Księżycowa zagadka. Tajemne przejścia - Magdalena Ciechanowska

Kup ebooka

44.99 zł
34.79 zł (37,28 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Księżycowa zagadka

*

Jesienne noce sprzy­jają cie­niom, zja­wom i zuchwa­łym występ­kom, zwłasz­cza w takim mie­ście jak Kra­ków, gdzie duchy jak kró­liki wyska­kują zza węgła i spo­mię­dzy chod­ni­ko­wych pęk­nięć, z lochów i ze studni.

Nade­szła peł­nia.

Krwawy księ­życ sub­tel­nie doświe­tlał zabyt­kowe uliczki, wej­ścia do piw­nicz­nych spe­lu­nek, sekretne kąty i zała­ma­nia sta­rych murów. Doda­wał uroku kasz­ta­now­com na zmę­czo­nych tury­stami Plan­tach, przy­stan­kom tram­wa­jo­wym i koszom na śmieci. Przez nie­otwie­rane ni­gdy okna wśli­zgi­wał się na klatki scho­dowe brzyd­kich budyn­ków.

Szcze­gól­nie miękko poświata kła­dła się na uło­żo­nych w krąg ośmiu men­hi­rach. Oka­la­jące je ruiny sta­rej pro­chowni, nie od dziś oszpe­cone boho­ma­zami, trwały w łagod­nej ciszy. Razem z koń­cem lata stra­ciły zain­te­re­so­wa­nie zagu­bio­nych noc­nych wędrow­ców i miej­sco­wych hula­ków, któ­rzy pozo­sta­wili po sobie odłamki kolo­ro­wego szkła, z każ­dym dniem zapa­da­jące się głę­biej w zie­mię.

Rów­no­wagę i należny ład wzgó­rza Swa­roga zakłó­cały jed­nak inne byty. Pierw­szym z nich była kobieta o udu­cho­wio­nych oczach i cokol­wiek sztucz­nej uro­dzie bogini. Opa­da­jące na plecy włosy podą­żały miękko za ruchami smu­kłego, dosko­na­łego ciała, uwo­dząc i pro­wo­ku­jąc. Pach­nące tube­rozą i arab­skim jaśmi­nem nad­garstki, dłu­gie, ciemne rzęsy, gładka szyja - każdy ele­ment zda­wał się odgry­wać swój wła­sny teatr.

Poza nią, tuż za murem pro­chowni, znaj­do­wał się jesz­cze cień. Cień, powiedzmy sobie to jasno, zde­ter­mi­no­wany i gotowy.

Byłoby naiw­no­ścią sądzić, że łatwo jest wpły­nąć na nocny pej­zaż mia­sta, jed­nak zary­zy­kujmy pogląd, iż co wraż­liwsi miesz­kańcy odczuli nie­po­ko­jącą zmianę, drobne drgnie­nie na stru­nie cza­so­prze­strzeni, kiedy ostrze paster­skiego noża z impe­tem wbiło się w ide­alny brzuch bogini.

Dru­gie ude­rze­nie z początku zatrzy­mało się na kości, ale szybko zna­la­zło drogę mię­dzy żebrami, wio­dącą pro­sto w mię­si­stą tkankę serca. Kolejne ciosy były nie­istot­nym dodat­kiem, zadane przez mor­dercę dla świę­tego spo­koju albo z powodu zwie­rzę­cego instynktu.

Gdy cień zakoń­czył swoje dzieło, patrzył jesz­cze przez chwilę na ofiarę, a potem powoli wyco­fał się i odszedł z miej­sca zbrodni. Znik­nął, roz­pły­nął się gdzieś na krę­tych ścież­kach w kamie­nio­ło­mie.

Gałki oczne kobiety zasty­gły i przy­po­mi­nały teraz szklane kulki, któ­rymi bawią się cza­sem dzieci. Spły­wa­jąca stru­my­kami krew two­rzyła złudne wra­że­nie, że w nie­ru­cho­mym ciele tli się życie, ale głowa leżąca bez­wład­nie na chłod­nej, twar­dej ziemi nie pozo­sta­wiała żad­nych wąt­pli­wo­ści.

Czer­wone kro­ple powoli zni­kały w ściółce, cień był już daleko, a kamienny krąg wciąż błysz­czał w księ­ży­co­wej poświa­cie.

W oddali, w knaj­pach sta­rego Kazi­mie­rza, dopi­jano ostat­nie piwa. Na nowych osie­dlach i w PRL-owskich blo­ko­wi­skach rodzice wsta­wali do pła­czą­cych nie­mow­la­ków. Pechowcy cier­piący na bez­sen­ność prze­krę­cali się z boku na bok, klnąc i zło­rze­cząc. Gdzie­nie­gdzie nocną ciszę prze­ry­wał wrzask wra­ca­ją­cego z balangi stu­denta.

Uboż­sze o jedną duszę mia­sto zmie­rzało w kie­runku dnia.

*

- Które chcesz?! - woła. - Szma­ragdy? Czy ten jasny kom­plet?

- Jasny! - dola­tuje z gar­de­roby. - Nie­bie­ską zakła­dam, tę z roz­cię­ciem!

Wystu­kuje kod i prze­kręca dźwi­gnię.

Lubi zaglą­dać do sejfu.

Wyciąga obite gra­na­to­wym plu­szem pudełko. Gła­dzi dło­nią mięk­kie wło­ski, a potem z namasz­cze­niem odchyla wieczko. Oglą­da­nie zawar­to­ści nie­zmien­nie wpra­wia go w stan eufo­rii. Blask bijący od klej­no­tów zdaje się rów­no­cze­śnie cie­pły i eks­cy­tu­jąco zmy­słowy. Karol mógłby patrzeć na nie godzi­nami, jed­nak dziś może wstrzy­mać czas na zale­d­wie chwilę. Z wes­tchnie­niem odkłada pudełko do sejfu. Jego dłoń led­wie zdąży dotknąć szka­tułki z wie­czo­rową biżu­te­rią żony, kiedy sły­szy histe­ryczny krzyk:

- Karol! Chry­ste, chodź tu! Kurwa, Karol, szybko!

Wysoki ton w gło­sie spra­wia, że włosy jeżą mu się na gło­wie. Rzuca się do drzwi i z impe­tem wpada do gar­de­roby. Sza­ro­biała chmura owiewa jego oczy, usta, noz­drza. W pierw­szym odru­chu odwraca głowę.

- Karol!

Nabiera powie­trza.

Dym wcale nie jest tak gęsty, jak wyda­wało się w pierw­szej chwili, ale wciąż napływa. Ze zło­wiesz­czym sykiem wydo­bywa się zza wiszą­cych na zło­tym drążku sukie­nek od Valen­tina i Diora. Wśród tych opa­rów tkwi żona Karola, w bez­ru­chu, jak spa­ra­li­żo­wana. Drze się wnie­bo­głosy, poma­lo­wane ciem­no­czer­woną szminką usta są jedy­nym zdol­nym do dzia­ła­nia narzą­dem.

- Na boga, kobieto, rusz się! - Łapie ją za rękę i siłą odciąga od wie­sza­ków.

Dym zdą­żył prze­do­stać się na kory­tarz, ale tam szybko roz­pływa się i gdzieś ginie. I tylko obrazy na ścia­nach wydają się przez chwilę mniej wyraźne, zamglone.

- Coś ty, u licha, zro­biła? - pyta.

- Ja? Nic! - mówi żona, drżąc. - To samo!

- Jak to samo, co ty opo­wia­dasz?

Jest śmier­tel­nie prze­ra­żona. Obej­muje ją i zaczyna uspo­ka­jać, choć sam też trzę­sie się z ner­wów.

Prze­cho­dzi mu przez myśl, że ten dziwny gaz może być tru­jący. Albo wybu­chowy. Chry­ste, kto wie, co jesz­cze? Czy nie byłoby roz­sąd­nie wyjść przed dom i zadzwo­nić na pogo­to­wie gazowe, po straż pożarną? Drżą­cymi rękami spraw­dza, tele­fon ma przy sobie. Tak, to jest to, co trzeba zro­bić.

Zanim Karol zate­le­fo­nuje, mózg pod­suwa mu nie­ja­sne wspo­mnie­nie.

Coś iry­tu­jąco słod­kiego. Kar­mel, ewi­dent­nie czuje kar­mel. Znów pociąga nosem. Przy­po­mina sobie głu­pie eks­pe­ry­menty z kole­gami z pod­sta­wówki. Jak w pysk strze­lił, ten dym to musi być sale­tra z cukrem.

Czer­wona lampka w gło­wie Karola zapala się za późno.

Nie­za­mknięty sejf.

Klnąc, odpy­cha żonę i wbiega do gabi­netu. Czuje na skó­rze chłodne powie­trze dola­tu­jące z otwar­tego okna i prze­cho­dzą go ciarki. Czy nie było zamknięte? Zbliża się do sejfu i zagląda do środka.

Szka­tułka jego żony jest na swoim miej­scu, gotówka i pasz­porty też. Oszu­ku­jąc samego sie­bie, przez chwilę wypa­truje gra­na­to­wego pudełka. Czyżby przez nie­uwagę odło­żył je gdzie indziej? Na biurko z dębo­wego drewna, może na inkru­sto­waną mar­mu­rem komodę? Tylko że rze­czy­wi­stość zupeł­nie nie chce współ­pra­co­wać. Jego skarb znik­nął.

Karol rzuca się do okna, jed­nak nie dostrzega nic podej­rza­nego, żad­nego ruchu, samo­chodu czy syl­wetki. Nic, zupeł­nie nic.

W obli­czu kata­strofy czło­wiek lubi się łudzić, że czas za chwilę się cof­nie, a wszystko okaże się kosmiczną pomyłką.

Tym­cza­sem dowód na nie­od­wra­cal­ność tego, co zaszło, wypa­try­wana przez Karola szem­rana postać, wła­śnie zwal­nia tempo biegu. Jest daleko poza zasię­giem wzroku męż­czy­zny w oknie. Zatrzy­muje się przy sta­rej topoli i pod­nosi z ziemi zardze­wiały popie­laty skła­dak. Zdej­muje latek­sowe ręka­wiczki, roz­pusz­cza orze­chowe włosy i prze­cze­suje je pal­cami. Wkłada cie­płą gra­na­tową bluzę, która cze­kała w bagaż­niku. Zanim wsią­dzie na rower, śmieje się rado­śnie.

Cenny łup w ple­caku pul­suje, jakby biło w nim serce.

*

Pozor­nie nie zmie­niło się nic. Za barem stał ten sam uśmiech­nięty szelma, goście roz­ma­wiali przy okrą­głych sto­li­kach, kiwa­jąc gło­wami, gesty­ku­lu­jąc i sącząc kawę lub przy­stro­jone owo­cami drinki. Menu wypi­sane białą farbą na ciem­nej tablicy, tem­pe­ra­tura usta­wiona na dwa­dzie­ścia trzy stop­nie, aro­mat czosnku i pod­pie­czo­nej na patelni bagietki, w witrynce cia­sto z budy­niem wani­lio­wym i wiśnią. Skrzy­piące drew­niane schody, mosiężne żyran­dole, piw­niczne mury od trzy­stu lat wciąż te same. Stu­kot łyżeczki o tale­rzyk, kie­li­szek wina, sza­lik, który zsu­nął się z opar­cia krze­sła, śmiech, szu­ra­nie butów. Ide­alne miej­sce na spo­tka­nie przy­ja­ciół.

Jed­nak coś było nie tak. Zwy­kły gwar i luz wyda­wały się odle­głe, powie­trze chłod­niej­sze, a twa­rze bar­dziej nie­prze­nik­nione. Ruchy spięte i nie­pewne. Jakby wszy­scy coś prze­czu­wali, jakby zło uno­siło się w postaci tru­ją­cych wyzie­wów. Kolejni goście wycho­dzili ze swo­jego ulu­bio­nego lokalu i ze zdzi­wie­niem stwier­dzali, że to już nie to, że wcale nie poczuli się lepiej. Dopa­dało ich nagłe pra­gnie­nie zna­le­zie­nia się w domu, w bez­piecz­nym kącie, teraz, już, jak naj­szyb­ciej. Nie rozu­mieli dla­czego.

Zmianę trud­niej sobie uświa­do­mić, kiedy ozna­cza odar­cie z tego, co kie­dyś było natu­ralne. Pod­skór­nie wiesz, że cze­goś bra­kuje, ale nie potra­fisz przy­po­mnieć sobie czego. Dla­tego nie­wiele osób zorien­to­wało się, że krze­sło, na któ­rym w czwartki siada piękna dziew­czyna, pozo­staje puste podej­rza­nie długo. Nikt nawet nie pró­bo­wał go zająć. Gdyby nie przy­szła raz, być może nic by się nie zmie­niło. Migrena, wyjazd za mia­sto, bolący ząb - to się prze­cież zda­rza. Ale jeśli latami pijesz białe wino w tym samym kącie, zosta­wiasz tam swój per­li­sty śmiech i uwo­dzi­ciel­skie gesty, a potem zni­kasz bez śladu, bez poże­gna­nia, na całe tygo­dnie, to nie może ozna­czać nic dobrego. Za tym musi kryć się coś mrocz­nego.

Gdyby nie cho­dziło o istotę cza­ru­jącą, na któ­rej zawie­siło się nie­jedno męskie i kobiece spoj­rze­nie, kła­dący się cie­niem na rze­czy­wi­sto­ści ślad byłby bled­szy. Pół biedy, gdyby to jej przy­ja­ciółka znik­nęła. Nie­od­gad­nione oczy, zadra­pa­nia na przed­ra­mio­nach, twarz bez grama maki­jażu. Szary swe­ter z ręka­wami pod­cią­gnię­tymi aż do łokci, włosy nie­dbale roz­rzu­cone, żad­nych kol­czy­ków, per­fum, kolo­rów, tatu­aży. Pustka. Ruchy kocie i ciche, nie­zwra­ca­jące uwagi. Można byłoby podej­rze­wać, że celowo pró­buje się nie wyróż­niać, ale to wyma­ga­łoby wysiłku, a z niej raczej ema­no­wała pogarda, kom­pletna nie­czu­łość na cudze pra­gnie­nia. Kry­jące się głę­boko w rysach twa­rzy i gestach bystrość i dystans jesz­cze wzma­gały to wra­że­nie.

Na nie­szczę­ście aku­rat ta osob­niczka sie­działa upar­cie, bez­pieczna, pod­pie­ra­jąc dło­nią poli­czek i cze­ka­jąc. Od czasu do czasu pod­no­siła do ust kie­li­szek i spo­glą­dała w kie­runku scho­dów.

Wciąż się łudziła, że to wszystko zaraz się wyja­śni i będą śmiać się z tego razem, dzie­ląc się kawał­kiem kru­chego cia­sta. I że będzie mogła odrzu­cić nie­do­rzeczną pro­po­zy­cję, którą jej dzi­siaj zło­żono. Jed­nak Micha­liny na­dal nie było. Jej tele­fon od dawna mil­czał, miej­sca, w któ­rych się spo­ty­kały, pozo­sta­wały puste, a poli­cja roz­kła­dała ręce. Jakby zapa­dła się pod zie­mię, co zresztą w obli­czu ostat­nich wyda­rzeń w Kra­ko­wie nie wyda­wało się wcale absur­dalne. Piękne dziew­czyny prze­stały mieć szczę­ście w tym mie­ście, jakby z nagła dopa­dła je jakaś klą­twa. Podob­nie zresztą jak piękne klej­noty, z wysił­kiem skra­dzione, zamknięte w ciem­nej skrytce i cier­piące na brak należ­nego podziwu. Micha­lina chęt­nie spoj­rza­łaby na nie z zachwy­tem, podob­nie jak na inne łupy przy­ja­ciółki. Ale się nie zja­wiała. Może sie­dzi w jakimś lochu, ciem­nej piw­nicy, cze­ka­jąc na pomoc? Zwią­zana, porwana przez jakie­goś zwy­rod­nialca? Upro­wa­dzona, brudna i zapła­kana?

Dno kie­liszka było już puste. Myśl o tym, że mogło stać się coś jesz­cze gor­szego, mate­ria­li­zo­wała się, mimo wysił­ków, by ją powstrzy­mać. Nie, nie można sobie wyobra­żać, że jedyna osoba, która jest bli­skim ci czło­wie­kiem, prze­stała ist­nieć. Trzeba te wizje ode­pchnąć od sie­bie i dzia­łać, dopóki nie jest za późno.

Nawet jeśli to ozna­cza pój­ście na wyjąt­kowo zły układ.

*

Strze­li­ste wieże góru­jące nad pod­gór­skim ryn­kiem przy­wo­dzą na myśl raczej sie­dzibę czar­no­księż­nika niż kościół. I nic w tym dziw­nego, bo poda­nia upar­cie gło­szą, że neo­go­tycki gmach posta­wiono na miej­scu wapien­nej groty, która słu­żyła za pierw­szą pra­cow­nię alche­miczną samemu panu Twar­dow­skiemu, nadwor­nemu astro­lo­gowi Zyg­munta Augu­sta. Zro­zu­miałe więc, że trudno opa­no­wać magiczne sko­ja­rze­nia i zacho­wać chłodny umysł, jakże łatwo stać się ofiarą uroku rzu­ca­nego przez tajemną histo­rię mia­sta. Spo­glą­dasz na maje­sta­tyczny budy­nek i zasta­na­wiasz się, czy gospo­darz jest w domu. Może wła­śnie prze­pro­wa­dza eks­pe­ry­menty optyczne z cyn­ko­wym zwier­cia­dłem albo obser­wuje niebo przez lunetę. Lepiej go nie dener­wo­wać.

Skrę­ca­jąc w jedną z uli­czek, Dariusz Kar­ski prze­zor­nie się rozej­rzał. Wystar­czył mu drobny, nie­mal nie­zau­wa­żalny ruch głowy, by się upew­nić, że nie jest śle­dzony. Klu­czył mię­dzy budyn­kami, aż dotarł do nisz­cze­ją­cych scho­dów. Wbiegł na górę i usiadł u ich szczytu. Odru­chowo wycią­gnął rękę, żeby odsło­nić tar­czę zegarka scho­wa­nego pod czar­nym ręka­wem.

Nie cze­kał długo.

- Siema, Kapi­ta­nie - przy­wi­tał się chu­dzie­lec, sia­da­jąc tuż obok.

Kar­ski nie­na­wi­dził, kiedy tak go nazy­wano. Przez lata w poli­cji nabrał wprawy, pew­no­ści sie­bie i doświad­cze­nia. Zbu­do­wał wize­ru­nek sil­nego czło­wieka, z któ­rym nie warto zadzie­rać, ale przy odro­bi­nie chęci można się doga­dać, lepiej więc zawczasu ska­pi­tu­lo­wać. Prze­szedł długą drogę, a jed­nak żadną siłą nie potra­fił odcze­pić od sie­bie ksywy, zasłu­żo­nej mło­dzień­czą głu­potą w począt­kach kariery. Przy­lgnęła do niego jak rzep.

- Cześć, Szczapa - powie­dział, widząc, jak przez nos tam­tego wędruje zmarszczka nie­za­do­wo­le­nia. - Powiedz mi, co to za fer­ment na wil­lach?

- Nie wiesz? Pani­czowi od arma­tury ktoś wybe­be­szył sejf.

- Co poszło? Kasa?

- Podobno jakieś świe­ci­dełka. - Szczapa wycią­gnął z kie­szeni brudną chu­s­teczkę i wytarł ciek­nący nos. - Kre­tyn, on z tych, co się lubią chwa­lić po kie­li­chu. Pole­ciał z jęzo­rem do sąsia­dów i masz, pół dziel­nicy szuka ochrony na już. Powa­rio­wali. Moim zda­niem i tak ma szczę­ście, że pierw­sza nie była skar­bówka. Chcesz wie­dzieć coś wię­cej?

Kar­ski pogar­dli­wie wzru­szył ramio­nami.

- Kra­dzieże mnie nie inte­re­sują.

- Nie za wybredny jesteś jak na psa? Mówią, że to sprawka Aurory. Kiedy ktoś od was się za nią weź­mie? Dziew­czyna robi nie­po­trzebne zamie­sza­nie na mie­ście. Szko­dzi inte­re­som.

- Pew­nie ni­gdy.

- Jak to? Prze­cież wszy­scy wie­dzą, co odsta­wia.

- I co z tego? - żach­nął się Kar­ski. - Nie ma poszko­do­wa­nych, nie ma śledz­twa. Panicz sąsia­dów ostrzegł, ale nam nic nie zgło­sił.

- Cwa­niara coś wymy­śliła. A widzia­łeś ją? Ładna jest?

- Mamy jakieś stare zdję­cie na bazie. Czy ja wiem? Śred­nia, nie przy­glą­da­łem się.

- Skoro się nie przy­glą­da­łeś, to pew­nie nic spe­cjal­nego - stwier­dził chudy z pew­nym zawo­dem.

- Panienki wolę oglą­dać w innych miej­scach.

- Mówi­łem: wybredny.

- Dobra, dość tego, nie mam czasu. Prze­każ sta­remu, żeby nie grali jutro wie­czo­rem, będzie nalot. Maszyny też niech posprzą­tają.

- Będzie cacy her­batka.

- Cacy to będzie, jak mi się zre­wan­żu­je­cie. Potrze­buję jakiś kon­kret.

Tam­ten roz­ło­żył ręce.

- Kiedy nic się teraz nie dzieje. Wszyst­kich dużych już poza­my­ka­li­ście.

Kar­ski spo­waż­niał i nachy­lił się w jego stronę.

- Szczapa, ty myślisz, że ja się wczo­raj uro­dzi­łem? - Odpo­wie­działo mu mil­cze­nie i oczy wbite w zie­mię. - Wiesz, jaka jest umowa. Mam sam przyjść i poskła­dać sta­remu biz­nes?

- Po co te nerwy? Doga­damy się.

Chu­dzie­lec nie dostrzegł drgnię­cia policzka Kar­skiego. Aler­gia dawała mu się we znaki, jakby wszyst­kie zaułki tego beto­no­wego mia­sta obsiano pokrzywą i perzem. Się­gał po raz kolejny po chu­s­teczkę, kiedy nie­spo­dzie­wana siła przy­gwoź­dziła go do zim­nej posadzki.

- Doga­damy się? - powtó­rzył Kar­ski, prawą ręką cią­gnąc za mate­riał spor­to­wej kurtki, żeby uci­skał krtań. - Co ty myślisz, że ja jestem twoim kolegą?

Doce­niał dusze­nie, bo z miej­sca poka­zy­wało, z jakim czło­wie­kiem ma do czy­nie­nia. Szczapa, gang­ster z bożej łaski, chwy­cił jego rękę i pró­bo­wał odcią­gnąć ją od swo­jej szyi. Mógłby zamiast tego przy­so­lić gli­nie w twarz, zaata­ko­wać oczy, ale nie, siło­wał się bez sensu, jakby mu się wyda­wało, że ma szansę swo­imi paty­ko­wa­tymi rękami poko­nać jego sta­lowy chwyt. Fan­ta­sta.

- Macie tydzień na zna­le­zie­nie mi cze­goś dobrego albo uznam, że robi­cie mnie na szaro. Jasne?

Szczapa, gdyby mógł, pew­nie poki­wałby głową, ale nie był w sta­nie. Krew zaczęła odpły­wać mu z twa­rzy. Kar­ski wycze­kał na odpo­wiedni moment i roz­luź­nił palce. Z obrzy­dze­niem wytarł rękę o spodnie.

Sły­szał, jak tam­ten łyka gwał­towne, bole­sne hau­sty powie­trza.

- Nie musia­łeś - wychar­czał wresz­cie chu­dzie­lec. - Naprawdę nie musia­łeś.

Jedy­nym powo­dem, dla któ­rego bra­kło w tej wypo­wie­dzi soczy­stych epi­te­tów, był strach.

Dobrze.

- Szczapa... - Kar­ski wło­żył ręce do kie­szeni i uniósł lewy kącik ust. - Jak ty się chcesz zada­wać z miłymi ludźmi, to lepiej zmień branżę.

Wstał. Na odchodne pro­tek­cjo­nal­nie klep­nął chu­dzielca w plecy. Zawsze warto zazna­czyć swoją pozy­cję.

- Widzimy się za tydzień na sta­rym sta­dio­nie. Liczę na to, że to będzie bar­dziej owocne spo­tka­nie.

Kilka minut póź­niej Kar­ski wmie­szał się w tłum cze­ka­jący na przy­stanku. Ludzie stali w ciszy, spo­glą­da­jąc co chwila na elek­tro­niczną tablicę, jakby to mogło przy­spie­szyć przy­jazd opóź­nio­nego tram­waju. Od strony rynku nad­cią­gnęła niska sta­ruszka, holu­jąc kra­cia­stą torbę na kół­kach. Jej zawar­tość inten­syw­nie pach­niała świe­żym, chru­pią­cym chle­bem. Sta­ruszka zmie­rzyła wzro­kiem dziew­czynę z odsło­nię­tymi kost­kami i wzdry­gnęła się, marsz­cząc oko­lice ust. Potem jej spoj­rze­nie zatrzy­mało się na Kar­skim. Prze­że­gnała się zama­szy­ście.

Jego lewa tęczówka była ide­al­nie błę­kitna, za to prawą nie­mal w poło­wie przy­kry­wała plama brązu. Kiedy był młod­szy, tłu­ma­czył ludziom, czym jest hete­ro­chro­mia. Po trzy­dzie­stce ani razu nie użył tego słowa.

- Spo­koj­nie - powie­dział do sta­ruszki. - Jestem leni­wym demo­nem. Nie ma się czego bać.

Usły­szał, jak ktoś za jego ple­cami par­ska śmie­chem.

Kobie­cina moc­niej zaci­snęła rękę na uchwy­cie i ruszyła żwawo, z prze­stra­chem oglą­da­jąc się za sie­bie.

Dzie­siątka była o tej porze zapchana wra­ca­jącą ze szkół mło­dzieżą, któ­rej pozer­skie roz­mowy budziły w Kar­skim nie­smak. W wago­nie sta­nął przo­dem do szyby, dzięki czemu pasa­że­ro­wie nie musieli na niego patrzeć. Ani on na nich. Sku­pił się na miej­skiej pano­ra­mie. Przy­glą­dał się mija­nym uli­com, tak jakby można było w ten spo­sób zauwa­żyć jakieś symp­tomy zła w tkance mia­sta. Dostrze­gał sznurki sto­ją­cych w kor­kach aut, pstro­kate szyldy na ścia­nach, z któ­rych tynk odcho­dził pła­tami, i ludzi spie­szą­cych dia­beł wie gdzie. Nikt już nie cho­dzi nor­mal­nie, wszy­scy cier­pią na defi­cyt czasu.

Wysiadł na Cyster­sów i udał się tam, gdzie można było usły­szeć naj­cie­kaw­sze plotki z komendy woje­wódz­kiej, do ukry­tego w cie­niu drzew baru Rebus.

- Znowu szy­dzą, że u nas nożow­nia - powie­dział nad­ko­mi­sarz o pod­krą­żo­nych oczach. W jego ochry­płym gło­sie można było wyczuć cyniczną satys­fak­cję. - Macze­to­gród i nie wia­domo co jesz­cze. Mają uży­wa­nie.

- Można się dosiąść? - zapy­tał Kar­ski.

- Chodź, Daro. - Nad­ko­mi­sarz przy­jaź­nie odsu­nął krze­sło, choć miny pozo­sta­łej dwójki sie­dzą­cej przy stole nie wska­zy­wały na entu­zjazm. - Co tam u cie­bie?

- Nic, posu­cha. Mówisz o tej denatce z kamie­nio­łomu?

Nad­ko­mi­sarz się ucie­szył. Odło­żył wide­lec na talerz wypeł­niony podwójną por­cją ruskich z cebulką i zło­żył dło­nie.

- Tak, już po sek­cji. Słu­chaj, osiem ran kłu­tych. Wycie­kło, wszę­dzie już o tym trą­bią.

- I tak się dzi­wię, że tak długo im zeszło. Zda­rzało się, że byli na miej­scu przed pro­ku­ra­to­rem. Jest jakiś trop?

Naj­młod­szy z sie­dzą­cych przy stole wtrą­cił się z prze­ję­ciem:

- Mówią, że to sata­ni­ści.

- Sata­ni­ści? - powtó­rzył Kar­ski, patrząc na niego spod zmru­żo­nych powiek. - Nie ogra­ni­czajmy się, może zabiła strzyga?

- Nie kpij, Daro - rzu­cił nad­ko­mi­sarz. - Kobitkę zarżnęli w kręgu z kamieni. Do tego jakieś świeczki, znaki, dupe­rele. Coś może być na rze­czy.

- Prę­dzej uwie­rzę, że to zemsta za ukra­dziony rower. Tro­chę roz­sądku, pano­wie. - Odchy­lił się na krze­śle i kątem oka zła­pał czy­jeś nie­chętne spoj­rze­nie.

Wie­dział, że nie jest lubiany, ale cza­sem zasta­na­wiało go, dla­czego patrzą na niego w ten spo­sób ludzie, któ­rych nawet nie koja­rzy. Jakby zro­bił im krzywdę. Czyż to nie ponure, że ci, któ­rzy powinni być mistrzami zim­nego rozu­mo­wa­nia, łapią się na takie głup­stwa?

Przy stole zapa­no­wała cisza. Wzrok nad­ko­mi­sa­rza powę­dro­wał w kie­runku, w któ­rym spo­glą­dał Kar­ski.

- Koja­rzę gościa - powie­dział. - Star­to­wał do was nie­dawno, ale był za cienki. Wszyst­kim szczy­lom się wydaje, że w cebo­siach jest lepiej. A to krzyż pań­ski, jak wszę­dzie.

- Żebyś wie­dział - odparł Darek, czuj­nie lustru­jąc nie­przy­ja­ciela. Odsu­nął krze­sło i wstał.

- Daro, daj spo­kój - powie­dział nad­ko­mi­sarz. - Szkoda ner­wów.

- Idę po ser­nik. Gnoja zabiję kiedy indziej.

Zbi­tek słów, któ­rego użył, był zupeł­nie przy­pad­kowy, ale nie pozo­stał nie­zau­wa­żony. Kar­ski mógł sobie życzyć wię­cej sym­pa­tii i zro­zu­mie­nia u innych, ale swoim zacho­wa­niem cią­gle utwier­dzał oto­cze­nie w prze­ko­na­niu, że jest czar­nym cha­rak­te­rem.

Pod zachod­nim fila­rem sie­dzieli stali bywalcy baru, sącząc her­batę i roz­ma­wia­jąc. Wyglą­dali schlud­nie, choć łatwo było zauwa­żyć, że nie śmier­dzą gro­szem. Całymi dniami gry­wali w tysiąca. Karty taso­wał zawsze ten z długą, siwą brodą, on też zapi­sy­wał wyniki w gru­bym zeszy­cie w kratkę. Cza­sem po pro­stu sie­dzieli w mil­cze­niu, z uśmie­chem pana na wło­ściach obser­wu­jąc gości przy­cho­dzą­cych na bułkę z pasz­te­tem czy nale­śniki ukra­iń­skie. Her­ba­cia­rze byli jed­nymi z nie­wielu zna­nych Kar­skiemu ludzi, któ­rzy nie byli wiecz­nie zago­nieni i nie­za­do­wo­leni. Tro­chę im zazdro­ścił.

Prze­cho­dząc obok ich sto­lika, pod­niósł leżącą na pod­ło­dze ser­wetkę. Zmiął ją w dłoni i wyko­nał zama­szy­sty ruch w stronę kosza na śmieci. Potem pod­szedł do lady i zamó­wił ciastko, poka­zu­jąc pal­cem kon­kretny tale­rzyk. Wybrał naj­bar­dziej syme­tryczny kawa­łek.

Zjadł nie­spiesz­nie, wysłu­chu­jąc jakiejś opo­wie­ści nad­ko­mi­sa­rza. Potem poże­gnał się, wyszedł i przy­sta­nął w cie­niu sosen. Tam się­gnął do kie­szeni. Treść zapi­sa­nej na per­fo­ro­wa­nej celu­lo­zie notatki spra­wiła, że poczuł nie­po­kój.

Niebo też zdą­żyło się zachmu­rzyć, jakby pró­bo­wało dopa­so­wać się do jego nastroju.

Do gabi­netu szefa dotarł w mniej niż dzie­sięć minut.

- Cześć. - Przy­sta­nął w drzwiach. - Sły­sza­łem, że o to nie­dzielne mor­der­stwo podej­rze­wają jakąś sektę.

Szef pod­niósł wzrok, jakby wcze­śniej go nie zauwa­żył. Był zde­ner­wo­wany.

- To nie nasza sprawa, nie mie­szamy się, dopóki nas nie popro­szą.

- A popro­szą?

- Daj spo­kój. Pew­nie znajdą zaraz jakie­goś zazdro­snego kochanka albo ćpuna, który to zro­bił. Sia­daj, Kar­ski. Jak ci idzie namie­rza­nie?

- Cóż - odparł, sado­wiąc się na krze­śle. - To potrwa. Co taki spięty jesteś dzi­siaj?

- Nie wiesz tego ode mnie. Wewnętrzni cię spraw­dzają.

Kar­ski zmarsz­czył brwi. Do ostat­niej chwili miał nadzieję, że infor­ma­cje dostar­czone przez ucholi z baru to uro­je­nia kogoś mu nie­przy­chyl­nego.

- Jakiś kon­kret?

- Ana­li­zują stare sprawy - powie­dział szef, ści­sza­jąc głos. - Śmierć na skał­kach też.

Po szy­bie zaczęły spły­wać kro­ple drob­nego desz­czu. Kar­ski uważ­nie patrzył na roz­mówcę.

- Czemu? Mają jakieś nowe poszlaki?

- Nie wiem i nie zamie­rzam węszyć. Wła­snej dupy nara­żać nie będę. Załatw coś dobrego, to ktoś z góry może wci­śnie hamu­lec.

- Jak to "załatw"? - Kar­ski roz­ło­żył ręce. - Dopiero co nara­iłem eki­pie naj­więk­szy trans­port nar­ko­ty­ków, jaki kie­dy­kol­wiek prze­je­chał przez Kra­ków. To mało?

- Darek, plecy mają swoją datę przy­dat­no­ści. Suk­ces sprzed czte­rech mie­sięcy nikogo nie inte­re­suje. Liczy się to, co jutro będzie na paskach. Oso­bi­ście wolał­bym poczy­tać o aresz­to­wa­nych człon­kach gangu, a nie o poli­cjan­cie idą­cym na pięt­na­ście lat do pier­dla za zabój­stwo, ale ludziom jest wszystko jedno. Byle szu­miało.

- Dobra - odparł Kar­ski, prze­ły­ka­jąc ślinę. Nie podo­bała mu się ta uwaga o wię­zie­niu. Mógł sobie daro­wać. - Zro­bię, co mogę.

- I słu­chaj, bądź teraz ostrożny, nie pakuj się w żadne kło­poty. Sprawa jest poważna. Pil­nuj papie­rów, masz być krysz­ta­łowy. To nie żarty.

- Jasne, zaraz sia­dam do maku­la­tury.

Roz­stali się, każdy dużo bar­dziej prze­jęty, niż to oka­zy­wał.

Kar­ski już raz ledwo wybro­nił się z zarzu­tów, i to dzięki szczę­ściu oraz zna­jo­mo­ściom. Czy to uda­łoby się znów? Wąt­pliwe. Pozo­sta­wało mieć nadzieję, że wewnętrzni węszą dla sportu albo dla for­mal­no­ści. Gorzej, jeśli ktoś zło­żył na niego zamó­wie­nie.

Bał się wię­zie­nia, bez dwóch zdań. Na samą myśl o zamknię­ciu czuł, że się dusi, że bra­kuje mu tlenu. Od czasu wyda­rzeń na skał­kach mie­wał sny o nie­woli, mocne i dłu­gie kosz­mary, po któ­rych budził się zlany potem i blady. Dobrze pamię­tał nie­które z nich, te, w któ­rych lata bie­gły tak powoli, że tra­cił rozum, i te, w któ­rych cela była za cia­sna, żeby mógł się wypro­sto­wać. Takie, w któ­rych o nim zapo­mi­nano na setki lat, a on wciąż żył w osa­mot­nie­niu, tak jakby i śmierć stra­ciła rachubę czasu.

Nie, jeśli tak to się skoń­czy, nie będzie cze­kał. Zała­twi to sam.

*

Deszcz roz­sza­lał się na dobre i kiedy Kar­ski cały w ner­wach wyszedł z budynku komendy pro­sto w wie­czorny mrok, chod­niki i ulice podziu­ra­wione były wiel­kimi kału­żami. Przy­sta­nął nad jedną, powstrzy­mu­jąc irra­cjo­nalną chęć przej­ścia przez śro­dek. W dzie­ciń­stwie usły­szał od kogoś, że kałuże to wrota do innego wymiaru. Niby głu­pie, a jed­nak lubi na nie patrzeć z nadzieją. W obli­czu zagro­że­nia każda fan­ta­zyjna myśl wydaje się ożyw­cza, ofe­ruje złu­dze­nie moż­li­wej ucieczki.

Mocno wcią­gnął noz­drzami powie­trze; było rześ­kie i świeże, jak zawsze po ule­wie. Nie miał ochoty na zaduch w tram­waju wonie­ją­cym zabie­ga­nymi ludźmi. Poszedł pie­chotą. Ulice były nie­mal puste, od czasu do czasu mignęła jakaś postać prze­my­ka­jąca pod murem ze zło­żoną para­solką wysta­jącą z torby. Zimne kro­ple ska­py­wały z drzew, a wiatr wzma­gał się coraz bar­dziej. Kar­ski lubił, kiedy mia­sto robi się takie spo­kojne. Przy­sta­nął na chwilę na moście Grun­waldz­kim i opie­ra­jąc się o barierkę, patrzył w czarną toń, w któ­rej odbi­jał się uby­wa­jący księ­życ.

Za jego ple­cami prze­szła grupa roz­we­se­lo­nych zna­jo­mych zmie­rza­ją­cych do pobli­skiego baru.

- To wszystko bujda na reso­rach, ja nie wie­rzę w żadne zabój­stwo w kręgu - powie­dział ktoś. - Temat zastęp­czy. Zawsze jak mia­sto roz­ko­pią, to nagry­wają jakiś dra­mat.

- Taki scep­tyk, a gaz nosisz.

- Na dziki.

Kar­ski uśmiech­nął się pod nosem. Wieść o rytu­al­nym mor­der­stwie roz­nio­sła się w mig i zawład­nęła umy­słami miesz­kań­ców jak zja­dliwy wirus. W mie­ście żąd­nym i peł­nym tajem­nic każdy miał już wła­sną teo­rię.

Ruszył przed sie­bie. Wiatr roz­pę­dził chmury i coraz wię­cej ludzi wychy­lało nosy ze swo­ich cie­płych, ale cia­snych miesz­kań. Kar­ski wolał znik­nąć, zanim zrobi się tłoczno.

Sąsiadkę spo­tkał u wylotu swo­jej ulicy. Uzbro­jona w skó­rzaną torebkę, zmie­rzała na przy­sta­nek w tem­pie, któ­rego nie powsty­dziłby się prze­ła­jo­wiec. W prze­lo­cie zła­pała Kar­skiego za ramię. Nie prze­pa­dał za spo­ufa­la­niem się, ale ta kobieta znała go od dziecka.

- Tam pod kamie­nicą znowu kręci się ten pomy­lony Teo­dor.

- Nic mi o tym nie wia­domo - powie­dział Kar­ski zgod­nie z prawdą.

- No to zaraz pan zoba­czy. Niech pan go prze­goni, dobrze? Nie wia­domo, co takiemu do łba strzeli. - Pokrę­ciła głową z poli­to­wa­niem. - Taki młody, a już wariat.

Kar­ski mógłby zaopo­no­wać, że skąd, Teo­dor może jest ory­gi­na­łem, ale bar­dzo kul­tu­ral­nym i abso­lut­nie nie­groź­nym. Jed­nak wszy­scy wiemy, że zadzie­ra­nie z sąsia­dami rzadko koń­czy się dobrze, dla­tego Kar­ski od nie­chce­nia ski­nął głową. Tak, zała­twi to.

Fak­tycz­nie, pod bramą krę­ciła się nabu­zo­wana, wąsata postać. Jesz­cze tylko tego dziś bra­ko­wało.

- Cześć, Teo­dor. Coś się stało?

- Czy coś się stało? - Wypie­lę­gno­wany wąs poru­szył się z obu­rze­niem. - Cią­gle coś się dzieje! Kupują, burzą i znowu kupują, palą i sta­wiają te swoje kon­te­nery! - Pod­szedł do Kar­skiego i roz­ło­żył ręce. - Musisz, musisz coś zro­bić, Kapi­ta­nie! Oni tam prze­sia­dują i spi­skują, godzi­nami obmy­ślają, jak znisz­czyć to mia­sto. I to tuż pod moim nosem, na mojej ulicy, bar­ba­rzyńcy i pomiot sza­tana! Spi­skują, sły­szysz?

Kar­ski oddy­chał spo­koj­nie, pró­bu­jąc nie zmie­niać wyrazu twa­rzy.

- Teo­dor, mia­łem ciężki dzień, poga­damy kiedy indziej, dobra?

Nie­stety zamiast uspo­koić roz­mówcę, tylko go roz­sier­dził.

- Ty się będziesz kry­go­wał, guz­drał, odwle­kał, a oni tam wszystko zde­mo­lują, zruj­nują i hotel posta­wią! Albo gorzej! - Jego oczy świe­ciły księ­ży­co­wym bla­skiem. - Bank. Sklep. Szklany. A jak nie szklany, to na czer­wono poma­lują.

- Teo­dor...

- Jeśli się nie posta­wimy pry­mi­ty­wom, zaraz zoba­czysz to za swoim oknem. Zetną lipy, dęby, wierzby i wtedy będziesz miał się z pyszna. Oni tam tylko sie­dzą i obra­dują, jak się do tego zabrać!

Kar­ski poło­żył dło­nie na ramio­nach Teo­dora.

- Obie­cuję ci, że się temu przyj­rzę. W przy­szłym tygo­dniu.

- Cią­gle tak mówisz. - W oczach despe­rata zabły­sły łzy. - Zby­wasz mnie, przy­ja­cielu. Po pro­stu zby­wasz.

Ostat­nią rze­czą, na którą Kar­ski miał ochotę, było tłu­ma­cze­nie się Teo­do­rowi.

- Mam sprawy rodzinne na gło­wie - skła­mał. - Daj mi kilka dni.

Teo­dor fuk­nął, ale ska­pi­tu­lo­wał.

- Będę cze­kał - powie­dział. - Trzy­mam cię za słowo.

Kar­ski poki­wał głową. Przez chwilę słu­chał dźwięku mokrych liści pla­ska­ją­cych pod ele­ganc­kimi butami odcho­dzą­cego Teo­dora. Jakie to musiało być wygodne, żyć w swoim wła­snym świe­cie, z dala od rze­czy­wi­sto­ści. Być, kim się chce.

Wszedł do klatki. Piw­niczny zapach sta­rych murów zawsze dzia­łał na niego kojąco. Kar­ski wpa­try­wał się przez chwilę w matowy o tej porze witraż z tuli­pa­nem, a potem skrzy­pią­cymi drew­nia­nymi scho­dami ruszył na pierw­sze pię­tro.

W swoim miesz­ka­niu powi­nien czuć się bez­pieczny, a jed­nak nie, wła­śnie tam lęki wra­cały do niego ze zdwo­joną siłą, może dla­tego, że nie musiał zacho­wy­wać pozo­rów. Nikt nie patrzył. Uśpiony nie­po­kój budził się i wycho­dził z zaka­mar­ków głowy, roz­py­chał się w ciele, powo­do­wał ból, tępy i nie­zno­śny.

Na pewno ist­nieje coś, co może go pogrą­żyć, a nie­przy­ja­ciele wła­śnie po to się­gają. Cze­goś nie dopil­no­wał. Te spoj­rze­nia, szepty, jak to wytrzy­mać? Co by powie­działa matka? Dla­czego kręci głową ze smut­kiem, dla­czego ma te cho­lerne wizje?

Kar­ski zła­pał się za skro­nie, czuł w czaszce gorąc, jakby płyn mózgowy zaczął się nagrze­wać. Palce drgały, nie­kon­tro­lo­wane wstrząsy z klatki pier­sio­wej, ramion, dłoni dotarły aż do nich.

Byle go nie wsa­dzili; jeśli ma wylą­do­wać w celi, strzeli sobie w łeb. O ile zdąży. Musi być jakiś spo­sób, to się nie może tak skoń­czyć. Musi, gdzieś jest, czeka na odna­le­zie­nie, na dzia­ła­nie. Wystar­czy dzia­łać, wystar­czy wymy­ślić spo­sób, zna­leźć roz­wią­za­nie. Tylko czemu jest ich tak wiele, dla­czego pomy­sły nawar­stwiają się, prze­ni­kają, wyklu­czają nawza­jem? Jest ich za dużo, wal­czą o uwagę, nisz­czą tkanki mózgu jak paso­żyty, jak wro­go­wie.

Nikt ci nie pomoże, jesteś z tym sam.

Nie­na­wi­dzą mnie.

Jesteś słaby, nie dasz rady.

**

Wbiegł do łazienki i poło­żył spo­cone dło­nie na muszli. Zwy­mio­to­wał. Trwał w tej pozy­cji dłuż­szą chwilę, spa­ra­li­żo­wany wła­sną nie­mocą. Potem z tru­dem usiadł, oparł się ple­cami o wannę i otarł czoło, które zdą­żyło zro­bić się mokre. Jego cia­łem jesz­cze przez chwilę wstrzą­sały drgawki. Nie byłby w sta­nie powie­dzieć, jak długo sie­dział w bez­ru­chu, może pięć minut, a może pół godziny. W końcu pod­niósł się, wyczer­pany jak po cięż­kiej cho­ro­bie, i umył zęby mię­tową pastą.

W kuchni oparł ręce o dębowy blat, włą­czył czaj­nik. Słu­cha­jąc szumu gotu­ją­cej się wody, odkrę­cił kuchenny kran i chlu­snął w twarz lodo­watą wodą. Jeden, drugi, trzeci raz. Kie­dyś to poma­gało.

Coraz gorzej ze mną.

Her­bata. Otwo­rzył szu­fladę i odru­chowo się­gnął po torebkę earl greya, jed­nak jego ręka zawi­sła w powie­trzu, a wzrok ześli­zgnął się na czarną, meta­lową puszkę z rysun­kiem sakury.

Potrze­bo­wał się zre­lak­so­wać.

Posta­wił puszkę na bla­cie. Mdły, słod­kawy zapach roz­szedł się w powie­trzu, zapusz­cza­jąc macki w pobli­skie kąty i szcze­liny. Kar­ski bez pośpie­chu zaczął przy­go­to­wy­wać skręta. Ruchy jego pal­ców, przy­go­to­wane na ten sce­na­riusz, stały się z nagła płynne i pre­cy­zyjne. Zada­nie posta­wione przed cia­łem zawsze zwy­cię­żało nad emo­cjami. Tak sam się zapro­jek­to­wał, kawa­łek po kawałku - aby być sku­tecz­nym i nie­za­wod­nym. Kto przej­mo­wałby się tym, co dzieje się w jego gło­wie. Myśli to tylko złu­dze­nie.

Kar­ski ruszył w stronę fotela i roz­siadł się wygod­nie, zata­pia­jąc plecy w welu­ro­wym opar­ciu. Zaraz wyrzuci z umy­słu drę­czące obrazy.

Dźwięk dzwonka roz­legł się w momen­cie, kiedy pło­mień zapal­niczki liznął koń­cówkę jointa.

Kar­ski zaklął siar­czy­ście. Wstał, na wszelki wypa­dek scho­wał trawę z powro­tem do puszki, i poszedł otwo­rzyć.

- Cześć - usły­szał.

W drzwiach stała szczu­pła dziew­czyna o łagod­nych rysach, trud­nym do okre­śle­nia kolo­rze wło­sów i zagad­ko­wych zie­lo­nych oczach.

Nie znał jej. Ale czy na pewno?

Wycią­gnęła przed sie­bie dłoń, ryzy­kow­nie trzy­ma­jącą szyjki dwóch brą­zo­wych bute­lek, i zama­chała nimi przed jego nosem.

- Poga­damy? - zapy­tała.

Nie odpo­wie­dział, musiał się jej przyj­rzeć. Było w niej coś zna­jo­mego, coś, co miał na końcu języka, ale co trudno było sfor­mu­ło­wać w kon­kret. Musiał już gdzieś ją widzieć, znać rysy twa­rzy. Zało­żył rękę na rękę i wtedy odpo­wiedni try­bik w jego mózgu wresz­cie poru­szył się zgod­nie z prze­zna­cze­niem.

Klik.

Dziew­czyna ze zdję­cia.

Umysł od razu zapul­so­wał alar­mem i posta­wił ciało w stan goto­wo­ści do dzia­ła­nia.

- Aurora - powie­dział gło­śno. - To ty, prawda?

- Brawo, detek­ty­wie - odparła, ukła­da­jąc usta w coś przy­po­mi­na­ją­cego uśmiech, ale led­wie dostrze­gal­nego. - Jesteś nie­źle przy­go­to­wany, bio­rąc pod uwagę, że się nie zapo­wie­dzia­łam.

Oparł się o fra­mugę.

- Serio? - zapy­tał. - Tutaj?

Trudno było o zasad­niej­szą wąt­pli­wość. Przed­sta­wi­cielka zło­dziej­skiej ary­sto­kra­cji bez­czel­nie stała na progu miesz­ka­nia gli­nia­rza. Pół biedy, gdyby umó­wiła się z nim gdzieś w cze­lu­ściach mia­sta, jak robili to wysłan­nicy lokal­nych mafio­zów, zastra­szeni dile­rzy i szare emi­nen­cje świata prze­stęp­czego. W ogro­dzie muzeum arche­olo­gii, w parku Bed­nar­skiego, w któ­rejś z kazi­mier­skich knajp, na cmen­ta­rzu Rako­wic­kim. Na scho­dach, pod prze­zna­czo­nym do roz­biórki murem, na ławce, w cie­niu pomnika. Nie, ona przy­szła do jego domu.

- Wpu­ścisz mnie czy robimy przed­sta­wie­nie dla sąsia­dów?

Wyczu­wał w niej strach, może nie­pew­ność. Coś bla­dego i śli­skiego.

Zasty­gła, wycze­ku­jąc odpo­wie­dzi.

- Właź - wyce­dził, sze­rzej otwie­ra­jąc drzwi.

Obser­wo­wał ją uważ­nie, kiedy zdej­mo­wała kurtkę. Gdy zasty­gła w bez­ru­chu, rzu­cił wymowne spoj­rze­nie na jej ubło­cone adi­dasy.

- Chyba śnisz - powie­dział.

Wes­tchnęła i się­gnęła do sznu­ró­wek. Na pewno było jej to nie na rękę.

A może jed­nak?

Wyobra­ził sobie, jak Aurora cich­cem prze­myka w swo­ich bia­łych skar­pet­kach po zabyt­ko­wym par­kie­cie, żeby zdo­być naj­cen­niej­sze skarby.

- Obyś nic nie kom­bi­no­wała. Potra­fię zro­bić się nie­przy­jemny.

- Już jesteś. - Odgar­nęła włosy. - Gdyby nawet ktoś taki jak ty mógł mieć coś, czego ja chcę, nie zoba­czył­byś nawet mojego palca.

Kar­ski zmru­żył oczy. Cała ta sytu­acja wyjąt­kowo mu się nie podo­bała. A wła­ści­wie jego racjo­nal­niej stro­nie, bo ta druga, przy­cza­jona, zasty­gła w peł­nym ocze­ki­wa­nia pod­nie­ce­niu. Czego ona może chcieć? Wska­zał dziew­czy­nie kanapę, a sam poszedł po otwie­racz. Zanim go użył, dys­kret­nie obej­rzał butelki. Kap­sle nie wyglą­dały podej­rza­nie.

Posta­wił piwo na sto­liku i usiadł w fotelu naprze­ciw Aurory.

- Zakła­dam, że masz ważny powód?

- Tak - odparła. Wypiła chci­wie kilka łyków i otarła usta wierz­chem dłoni. - Potrze­buję two­jej pomocy.

Lewy kącik ust Kar­skiego powę­dro­wał do góry. Uniósłby się znacz­nie wyżej, gdyby poli­cjan­towi dane było poznać całą prawdę.

- A myśla­łem, że to nie­ocze­ki­wane zja­wie­nie się w moich drzwiach jest już wystar­cza­jąco nie­do­rzeczne.

Mil­czała.

- Poza tym... - Roz­ło­żył ręce na pod­ło­kiet­ni­kach i posta­rał się, żeby jego ton wyda­wał się nie­dbały. Trzeba popra­co­wać nad prze­wagą w tej roz­grywce. - Sły­sza­łem, że nie­źle radzisz sobie sama.

- Chyba zda­jesz sobie sprawę z tego, że co naj­mniej połowa z tego, co o mnie opo­wia­dają, to bzdury.

- To na pewno, ale która część to kłam­stwo?

Dała się spro­wo­ko­wać. Spoj­rzała mu w oczy, wyzy­wa­jąco i gniew­nie.

- Zasta­nów się, ile prawdy jest w tym, co mówią o tobie, i będziesz miał gotowy sza­blon.

Wytrzy­mał, choć czuł się, jakby pró­bo­wał ustać na lodzie po wyko­na­niu podwój­nego piru­etu. Spo­koj­nie, jak gdyby ni­gdy nic, upił łyk piwa. Było cał­kiem dobre, zimne i mocno chmie­lowe. Tra­fiła.

Koniec zabawy.

- Mów, z czym przy­szłaś, albo się wynoś.

Odniósł wra­że­nie, że nieco zbla­dła.

Aurora posta­wiła butelkę na sto­liku.

- Ktoś na mnie poluje - oznaj­miła, ner­wowo zapla­ta­jąc dło­nie.

- Jakoś mnie to nie dziwi - rzu­cił Kar­ski, marsz­cząc brwi. Nie podo­bały mu się te gorącz­kowe manewry. Zmy­śla. - O ile wiem, zala­złaś za skórę masie ludzi. I to wpły­wo­wych.

- Ale do tej pory nikt nie chciał mnie zabić - odparła.

Kar­ski odru­chowo pod­parł pod­bró­dek dło­nią. Cie­ka­wość zwy­cię­żyła.

- Kogo aż tak wpie­ni­łaś?

- Pomo­żesz czy nie?

Na jej twa­rzy widać było napię­cie.

Kar­ski wstał i w mil­cze­niu wło­żył ręce do kie­szeni.

To nie był naj­lep­szy moment na pako­wa­nie się w kło­poty, nawet tak inte­re­su­jące. Co nie zna­czy, że go nie kor­ciło.

- Dla­czego przy­szłaś z tym do mnie? - zapy­tał.

- Na mie­ście mówią, że można się z tobą doga­dać.

Zza okna przedarł się krzyk miej­sco­wego pijaczka.

Wie­czo­rami, a nie­kiedy i w nocy, docie­rały tu nie­do­bitki lokal­sów, któ­rzy za dnia prze­sia­dy­wali pod mostem Dęb­nic­kim. W miarę wykań­cza­nia zapa­sów alko­holu zapusz­czali się coraz głę­biej w Stare Dęb­niki, jakby pałali sen­ty­men­tem do nad­gry­zio­nych przez ząb czasu kamie­nic. A może krę­cili się w pobliżu mono­po­lo­wych w dziel­ni­co­wym rynku.

Kar­ski stał i patrzył, jak dziew­czyna wierci się na kana­pie.

Nie wyglą­dała jak rasowa prze­stęp­czyni, jej spoj­rze­nie było jasne i mięk­kie. Nie brał tego za dobrą monetę, i to można z powo­dze­niem uda­wać. Tym­cza­sem z niej mimo­wol­nie wyzie­rała jakaś nie­po­jęta dzi­kość. Dzi­kość? Nie­uma­lo­wane rzęsy, włosy w lek­kim nie­ła­dzie, paznok­cie równo przy­cięte przy samej skó­rze. Szary swe­ter, rękawy pod­wi­nięte do łokci, sprane levisy, zero biżu­te­rii, żad­nego punktu zacze­pie­nia. Te pozory nie­win­no­ści mar­twiły go naj­bar­dziej, bo zda­wały mu się celowe, a już to rodziło podej­rze­nia. Pan­tera pró­bu­jąca wpa­so­wać się w kocie lego­wi­sko. Za dobry był, żeby w to uwie­rzyć. Pocią­gała go sama gra, o tak, ale z tyłu głowy huczały słowa szefa. Uwa­żaj. Nawet jeśli roz­są­dek nie jest jego mocną stroną, wizja wię­zien­nej celi sku­tecz­nie chło­dzi zapał do ryzyka. Masz być krysz­ta­łowy.

Zebrał powie­trze w płu­cach i użył naj­bar­dziej sta­now­czego tonu, na jaki było go stać. Takiego, żeby dziew­czyna zro­zu­miała, że pomy­liła adresy.

- Nie - powie­dział.

Posmut­niała i spu­ściła głowę. Przez moment zro­biło mu się jej żal.

- A czy... - Zła­pała dło­nią prze­ciw­le­głe ramię, jakby osła­niała się przed zim­nem. - Czy mogła­bym się cho­ciaż prze­ki­mać na kana­pie? Nie mogę wró­cić do swo­jego miesz­ka­nia.

Kar­ski był pod wra­że­niem jej tupetu.

- Nie masz jakiejś kole­żanki?

- Nie chcę nikogo nara­żać - powie­działa. - Tobie nikt nie odważy się gro­zić.

- Opa­nuj się z tym łech­ta­niem - odparł. - Na mnie to nie działa. - Skrzy­żo­wał ramiona i przez chwilę szu­kał odpo­wied­nich słów. - Widzisz... Uwa­żam, że w każ­dej legen­dzie jest ziarno prawdy. O tobie mówią, że jesteś prze­bie­gła, co w moim mnie­ma­niu ozna­cza, że nie można ci ufać. O mnie za to krąży opi­nia palanta.

- I mor­dercy.

Miał ochotę prze­łknąć ślinę, ale się powstrzy­mał.

- Niech ci będzie, że mor­dercy. Ale skupmy się na palan­cie. Nie sądzisz, że nasza sława nas wyprze­dza i pod­po­wiada naj­roz­sąd­niej­sze roz­wią­za­nia?

Jej oczy zapło­nęły. Wstała z kanapy i ruszyła do wyj­ścia.

- Tra­fię sama.

Kiedy usły­szał huk zamy­ka­nych drzwi, usiadł. Obra­cał w dło­niach zimną butelkę. Nie był z sie­bie dumny.

Co jeśli naprawdę ją zabiją?

Pró­bo­wał odsu­nąć od sie­bie tę myśl, ale ta wra­cała. Widział już w życiu tro­chę tru­pów i z łatwo­ścią potra­fił wyobra­zić sobie śmierć dowol­nego czło­wieka. Nie­od­wra­cal­nie zimne ciało ze zna­jomą twa­rzą, widok nie­zmien­nie wywo­łu­jący skur­cze żołądka.

Kar­ski zła­pał się za skro­nie, czu­jąc, jak palący ból prze­szywa klatkę pier­siową.

Kiedy był dziec­kiem, nie wie­dzieć czemu wyda­wało mu się, że sumie­nie i płuca to jeden i ten sam narząd. Umysł za nic nie chciał pozbyć się tego obrazu.

W nocy długo nie mógł zasnąć. Prze­wra­cał się z boku na bok, słu­chał, jak kro­ple desz­czu bęb­nią o para­pet, i zasta­na­wiał się, co by było, gdyby się zgo­dził.

*

Z nie­spo­koj­nego snu wyrwał go iry­tu­jący dźwięk budzika. Powieki wyda­wały się cięż­kie, podob­nie reszta ciała. Zwlókł się z łóżka, odsu­nął roletę i wyj­rzał przez okno w ciem­ność. Drzewa wciąż były na swoim miej­scu.

Uło­żył się na pod­ło­dze w pod­po­rze przo­dem i zro­bił serię pom­pek. Potem obró­cił się na plecy i przez chwilę patrzył w sufit.

Aurora. Czy to był sen?

Nie­moż­liwe, prze­cież śnię tylko kosz­mary.

Rano, nawet jeśli wciąż jest ciemno, odga­nia­nie natręt­nych myśli wycho­dzi o niebo lepiej niż w nocy. Otwo­rzył drzwi i dwa­na­ście razy pod­cią­gnął się na drążku roz­po­ro­wym. Poranny roz­ruch zawsze naj­szyb­ciej go budził i pozwa­lał zapo­mnieć o kosz­ma­rach.

Wszedł do salonu i włą­czył eks­pres. Ostat­nio nagrze­wał się dłu­żej, tak jakby był zmę­czony pro­du­ko­wa­niem zbyt dużej ilo­ści kawy. Kar­ski pod­sta­wił szklankę pod kran i odkrę­cił zimną wodę. Przy­go­to­wa­nie ciała do pierw­szego espresso. Obró­cił się, oparł się bio­drami o szafkę i upi­ja­jąc łyk, skie­ro­wał wzrok na jaśnie­jącą za oknem zie­leń. Cią­gle spraw­dzał, czy dalej tam jest.

Pra­wie upu­ścił szklankę. Odło­żył ją i zła­pał się za klatkę pier­siową.

- Jasna cho­lera...

Miał na końcu języka soczyst­sze prze­kleń­stwo, ale nie lubił uży­wać ich w swoim domu. Wyobra­żał sobie, co powie­działby na ten temat ojciec.

Pod­szedł bli­żej, sta­wia­jąc kroki ostroż­nie, jakby miał do czy­nie­nia z tygry­sem. Na jego kana­pie spała Aurora, przy­kryta sza­ro­zie­lo­nym kocem.

Mełł to przez chwilę w gło­wie, po czym wes­tchnął głę­boko. Mógł prze­wi­dzieć, że ktoś taki łatwo się nie podda.

Poszedł do łazienki i wziął szybki, lodo­waty prysz­nic. Zało­żył czy­ste dżinsy i czarny T-shirt. Wycią­gnął patel­nię z szafki, otwo­rzył lodówkę. Bez prze­rwy łapał się na tym, że stara się nie hała­so­wać. A ona jest prze­cież intru­zem, nie gościem.

Aurora obu­dziła się, kiedy sma­żył jajecz­nicę. Prze­cią­gnęła się i zwin­nie wyplą­tała z koca. Miała na sobie fla­ne­lową koszulę Kar­skiego.

- Szy­ku­jesz śnia­da­nie? - Pode­szła i zaj­rzała mu przez ramię.

- Tak. Teraz moja kolej. Co ty tu robisz?

- Cze­kam na jajecz­nicę - odparła, wska­zu­jąc pal­cem patel­nię.

- Zaraz stracę cier­pli­wość.

- Jest her­bata?

- Widzę, że masz dwie zdrowe ręce. - Wska­zał jej szu­fladę. - Ogar­niesz.

Zaczęła prze­grze­by­wać torebki z suszem, które od nie­pa­mięt­nych cza­sów cze­kały na dobry moment.

- Chry­ste - zde­ner­wo­wał się. - Weź zwy­kłe torebki, są na środku.

- Chcę zie­loną.

- Nie mam.

- A to? - Unio­sła bla­szane pudełko z sakurą i posta­wiła je obok kuchenki.

Bły­ska­wicz­nie poło­żył na nim dłoń, lewą ręką wyłą­cza­jąc gaz. Prze­ło­żył pudełko na drugą stronę.

- To nie her­bata, tylko zioła.

Obe­szła go z tyłu i chwy­ciła puszkę.

- Może być. Mięta?

- Nie! - Znów musiał wyrwać jej naczy­nie z rąk. - Zostaw. To mie­szanka tylko dla męż­czyzn.

Aż zabo­lało go w środku, kiedy usły­szał sam sie­bie. Skrzy­wił się.

Dziew­czyna roze­śmiała się z wyraźną ucie­chą.

- Tra­fiony, zato­piony.

Usa­do­wiła się przy stole i opie­ra­jąc podra­pane łok­cie na bla­cie, pod­parła twarz dłońmi. Obser­wo­wała go, kiedy roz­sta­wiał tale­rze i nakła­dał jajecz­nicę z patelni. Zalał her­batę, pod­rzu­cił na tale­rze grubo pokro­jony chleb, posta­wił sol­niczkę i chwy­cił wide­lec. Aurora, nie cze­ka­jąc na niego, zaczęła jeść, łap­czy­wie i pospiesz­nie.

- Spo­koj­nie - przy­sto­po­wał ją. - Gło­dzili cię, dzi­ku­sko?

- Jest dobra - odparła. - Też będziesz jadł czy zamie­rzasz tylko mie­rzyć mnie tym swoim lodo­wa­tym spoj­rze­niem?

Odsu­nął talerz, jedze­nie go dekon­cen­tro­wało.

- Chcę wie­dzieć, jak tu weszłaś.

- Zanie­po­ko­jony, co?

Śmier­tel­nie, ale nie mógł dać tego po sobie poznać. Nie wypu­ści jej, dopóki się nie dowie, jak dostała się do jego miesz­ka­nia.

- Albo zaraz mi to wyja­śnisz, albo aresz­tuję cię za wła­ma­nie.

Roze­śmiała się.

- Nie możesz - powie­działa. Na chwilę odło­żyła wide­lec, kie­ru­jąc na Kar­skiego chy­tre spoj­rze­nie. Nieco zmie­niło się od wczo­raj, co nie uszło jego uwa­dze. - Ludzie są bar­dzo wraż­liwi na luki w zabez­pie­cze­niach. Naj­lep­sze zamki, drzwi antyw­ła­ma­niowe, alarmy... A wiesz, gdzie jest naj­wię­cej dziur? - Wska­zała na swoją głowę. - Wła­śnie tutaj.

- Do rze­czy.

- Widzia­łeś, jak wycho­dzi­łam?

Zamarł.

- Byłaś tu cały czas?

Ski­nęła głową i się­gnęła po kromkę posma­ro­waną masłem.

- Tech­nicz­nie rzecz bio­rąc - zaczęła z wypcha­nymi ustami, zasła­nia­jąc je przed­ra­mie­niem - jestem czy­sta jak łza. Wpu­ści­łeś mnie.

- Kaza­łem ci się wyno­sić.

- Kapi­ta­nie, przy­po­mnij sobie, co dokład­nie powie­dzia­łeś, bo ja pamię­tam to ina­czej. Zro­bi­łeś mi wykład o potrze­bie dzia­ła­nia zgod­nie ze swoją naturą. I voila, zasto­so­wa­łam się.

Oparł skroń na dłoni. Dawno nie czuł się tak głu­pio.

- Powi­nie­neś czę­ściej cho­dzić do kina - oznaj­miła. - Wie­dział­byś, że zawsze trzeba pobiec za dziew­czyną. Mogę jesz­cze chleba? Jest bar­dzo smaczny.

Choćby się paliło, Kar­ski raz w tygo­dniu bywa w pie­karni zało­żo­nej kilka lat temu przez zmę­czo­nego biu­ro­wym życiem kor­posz­czura. Osob­nik ten, wypo­sa­żony w ohydne, gumowe buty z dziu­rami, biały, wiecz­nie uwa­lany mąką far­tuch i poczu­cie humoru o dość wąskim zasięgu, robi naj­lep­szy chleb w oko­licy. Pod nie­po­zor­nym loka­lem, który nie ma nawet szyldu, od rana stoi kolejka. Hie­rar­chia war­to­ści obo­wią­zu­jąca w mie­ście sta­wia dobre pie­czywo znacz­nie wyżej niż poczu­cie czasu czy god­ność.

W mil­cze­niu wska­zał jej szafkę.

- Zabra­łaś coś poza koszulą? - zapy­tał.

- Poży­czy­łam - spro­sto­wała, sado­wiąc się przy stole z bochen­kiem. - Jesz­cze zapa­sową szczo­teczkę do zębów.

- Grze­ba­łaś w moich rze­czach?

Wzru­szyła ramio­nami.

- Tro­chę. Lubię się roz­glą­dać w gościach, cza­sem sekrety leżą sobie na wierz­chu jak gdyby ni­gdy nic. Nie uwie­rzył­byś, jakie feno­me­nalne fanty można zdo­być w ten spo­sób.

Zain­try­go­wała go, choć pró­bo­wał tego nie oka­zy­wać. Wia­domo, gdzie pro­wa­dzi cie­ka­wość. Lecz dopy­tał:

- Co na przy­kład?

- Myślisz, że ci tak po pro­stu powiem?

- Jesteś mi coś winna za noc­leg i śnia­da­nie. - Wska­zał talerz pod­bród­kiem. - Wiem, że robię naj­lep­szą, ni­gdzie takiej nie zjesz. W życiu nie ma nic za darmo.

Uśmiech­nęła się, zasła­nia­jąc pełne jedze­nia usta.

- Potra­fisz być zabawny, kiedy się posta­rasz.

- Opo­wia­daj.

Wzięła głęb­szy wdech.

- Kie­dyś dość czę­sto odwie­dza­łam biuro jed­nego poli­tyka. Miał porządny sejf, ale tro­chę spe­cja­li­stycz­nego proszku, rzut oka pod ultra­fio­le­tem i wie­dzia­łam, że wpi­su­jąc kod dostępu, dotyka tylko czte­rech kla­wi­szy z kla­wia­tury. Co oczy­wi­ście wcale nie ozna­cza, że kom­bi­na­cja nie jest dłuż­sza, cyfry mogą się prze­cież powta­rzać, wtedy byłaby nie do zła­ma­nia. Jed­nak z doświad­cze­nia wiem, że ludzie są leniwi, a im droż­szego sprzętu uży­wają, tym mniej myślą.

- Nawet zakła­da­jąc, że mówimy o czte­rech nie­po­wta­rza­ją­cych się cyfrach, to wciąż dwa­dzie­ścia cztery kom­bi­na­cje. Sporo.

- O, umiesz w mate­ma­tykę, no pro­szę. Masz rację, dwa­dzie­ścia cztery, a sys­tem blo­kuje się po trzech nie­tra­fio­nych pró­bach. Ale nie spie­szyło mi się, a cał­kiem łatwo było się tam dostać. Pozwo­lisz, że nie będę wcho­dzić w szcze­góły. Zało­ży­łam, że sam otwiera sejf co kilka dni, zeru­jąc błędne podej­ścia, więc przy­cho­dzi­łam tam raz na dwa tygo­dnie i podej­mo­wa­łam dokład­nie dwie próby. Masz może kefir?

Kar­ski bez słowa wstał, otwo­rzył lodówkę i wycią­gnął błę­kitny kar­ton. Posta­wił go tuż przed jej nosem.

- Wstrzą­śnij.

- Dzię­kuję. Przy czwar­tej wizy­cie czu­łam się tam już swo­bod­nie, więc zaczę­łam szpe­rać. Oka­zało się, że gość w zwy­kłej biu­ro­wej sza­fie trzyma zeszyt z bru­dami na wszyst­kich świę­tych tego mia­sta. Praw­dziwy disney­land szan­tażu.

Kar­ski zabęb­nił pal­cami o kolano.

- Wszyst­kich świę­tych, czyli kogo?

- Urzęd­nicy, sędzio­wie, poli­cjanci. Kto wie... Może nawet ci, któ­rzy wła­śnie teraz pró­bują cię zała­twić.

Kar­ski zdrę­twiał. Pan­tera. Poło­żył przed­ra­miona na bla­cie i się nachy­lił.

- W co ty ze mną pogry­wasz?

- Całe śro­do­wi­sko huczy od plo­tek, że pró­bują cię wsa­dzić za tam­tego trupa sprzed dwóch lat - powie­działa i upiła kilka łyków kefiru pro­sto z kar­tonu, łypiąc na Kar­skiego od nie­chce­nia. - A ja wiem, jak to powstrzy­mać. Mogła­bym pomóc ci zagrać wewnętrz­nym na nosie. Ale nie zro­bię tego, jeśli ktoś mnie sprząt­nie. Z wia­do­mych powo­dów.

Odchy­lił się do tyłu na krze­śle i pokrę­cił głową.

- Wie­dzia­łem, że to się tak skoń­czy. Po pro­stu wie­dzia­łem.

- Będziesz to jadł? - zapy­tała. - Sty­gnie.

- Tak, będę - odparł, bły­ska­wicz­nie przy­su­wa­jąc talerz z powro­tem. - Ubierz się, ogar­nij i poga­damy. Jak ty wła­ści­wie masz na imię?

- Wero­nika.

Kiedy skoń­czył śnia­da­nie, sie­działa już na kana­pie, z nogą zało­żoną na nogę, w dżin­sach i wczo­raj­szym swe­trze. Kar­ski dostrzegł w dziew­czy­nie ner­wo­wość, masko­waną przez bez­tro­skę. Sam też czuł nie­po­kój. Nie powi­nien się w to pako­wać. Nie­stety, dla takich jak on schody do pie­kła zwy­kle są bar­dzo kuszące.

- Jaką kawę pijesz?

- Nie piję w ogóle. Czy to ozna­cza, że się zgo­dzi­łeś?

Przy­sta­nął, krę­cąc się przy eks­pre­sie.

- Nie pijesz kawy?

- Nie. Coś nie tak?

Kar­ski z gruntu nie ufał ludziom, któ­rzy gar­dzą kawą. Byli na samym dnie jego morza nie­wiary.

- Mam naprawdę nie­złą mie­szankę, paloną w Kra­ko­wie. Może jed­nak spró­bu­jesz?

Wzru­szyła ramio­nami.

- Dobrze, jeśli to dla cie­bie takie ważne. A wra­ca­jąc do tematu...

- Wero­nika... - Ciem­no­brą­zowe ziarna pach­niały obłęd­nie. Nasy­pał garść do młynka i zamknął pokrywę. - Posłu­chaj uważ­nie, bo nie będę się powta­rzał. Chyba sama doszłaś już do tego, że nie należę do altru­istów. Tak, można się ze mną uło­żyć. Ale jeśli masz w pla­nie mnie wyki­wać, lepiej od razu daj się komuś zastrze­lić, bo nic przy­jem­niej­szego cię z mojej strony nie czeka.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki