Wrzesień 1939
Auguste de Fonneuve, markiz Montauban,
zanurzył się w półmroku piwnicy. Już kilka lat temu zamontował w niej
oświetlenie elektryczne, jednak wiele tuneli i zaułków zawiłego
labiryntu pozostało poza jego zasięgiem. Jednym z nich był ten, który
markiz nazywał kryptą.
Do niego zmierzał, kierując się raczej intuicją człowieka dobrze
znającego trasę niż światłem lampy naftowej. Jej błękitny drżący płomień
pozostawiał za sobą smugę półcieni na starych kamiennych murach, na
wielkich beczkach przypominających śpiące olbrzymy i na piasku, który
lekko skrzypiał pod jego stopami.
Podszedłszy do zardzewiałej kraty, wyciągnął z kieszeni marynarki wielki
klucz i włożył go do dziurki zamka, który, świeżo nasmarowany, ustąpił
bezszelestnie. Tego samego nie można było powiedzieć o zawiasach
przeciągłym zgrzytem profanujących ciszę. Musi zapamiętać, żeby je też
nasmarować.
Krypta, znajdująca się w głębi piwnicy, za beczkami, była pozostałością
romańskiej kaplicy z XII wieku, którą książę Burgundii Hugon III kazał
wznieść po powrocie z Ziemi Świętej - wąskim pomieszczeniem sklepionym
tak nisko, że człowiek słusznego wzrostu nie dałby rady się w nim
wyprostować. Auguste nie był aż tak wysoki, a jednak otarł się
przerzedzonymi już włosami o szorstki tynk na suficie. Usiadł na
kamieniu, który kiedyś służył za młyńskie żarna. Mimo że przysiadał na
nim, odkąd pamiętał, nie miał pojęcia, skąd kamień się tam wziął.
Odstawił lampę na klepisko i rozejrzał się po znajomym wnętrzu.
W krypcie, wbrew nazwie, nie było żadnego grobowca ani sarkofagu, tylko
butelki wina spoczywające rzędami w niszach, pokryte grubą warstwą kurzu
i pajęczyn. Trzysta siedemdziesiąt trzy butelki - dokładnie tyle -
najlepszych win, także tych, które dała Francja, spały tam od lat i nikt
nie zakłócał ich snu. Każda z nich mogłaby opowiedzieć jakąś historię.
Niektóre dlatego, że były stare; te pochodzące sprzed 1871 roku, kiedy
do kraju dotarła filoksera i żeby zwalczyć tę okropną plagę, trzeba było
wykarczować francuskie winorośle i zastąpić je amerykańskimi, były tu
jedynymi butelkami prawdziwie francuskiego wina. Inne dlatego, że były
znakomite, bo pochodziły z najlepszych winnic Bordeaux, Burgundii,
Szampanii, doliny Loary... Jeszcze inne dlatego, że miały specjalne
znaczenie dla rodu markizów Montauban: te z pierwszego zbioru z 1827
roku, te z roku ślubu Auguste'a, z lat, w których urodzili się jego
synowie...
Każda butelka była z jakiegoś powodu wyjątkowa. Wśród nich znajdowało
się jednak osiem, które Auguste szczególnie cenił.
Przyglądając się w mroku piwnicy pokrytym kurzem denkom tych ośmiu
butelek, markiz Montauban się uśmiechnął. Ich historia fascynowała go,
od kiedy ojciec mu ją opowiedział, gdy miał zaledwie siedem lat i już
mógł się cieszyć jednym łykiem słodkiego wina po jedzeniu.
Auguste znał ich listę na pamięć. Madera z 1810 roku, jerez z 1821,
burgund Chambertin z 1846, szampan Roederer i cztery butelki win
bordoskich: Château Margaux, Château Latour i Château d'Yquem, wszystkie
z roku 1847, i Château Lafite z 1848. Wina trzech cesarzy.
Ten bezcenny skarb spoczywał nietknięty w jego domu, otulony czasem i bezruchem krypty.
- Ojcze...
Auguste, który właśnie znów odtwarzał w głowie niezwykłą historię tych
win, wzdrygnął się, bo choć słowo zostało wypowiedziane łagodnie,
wyrwało go z zamyślenia. Odwrócił się.
- Octave. Nie słyszałem, jak wszedłeś.
- Przepraszam, że cię wystraszyłem. Byłeś tak pogrążony w myślach, że
nie wiedziałem, jak...
Auguste wstał i przytulił syna, który będąc wyższy od niego, garbił się
pod sklepieniem krypty. Było to długie objęcie, czułe i gorące w tym
chłodnym, wilgotnym powietrzu, od którego markiz miał zimne dłonie i czubek nosa.
- Nie przejmuj się. Bardzo się cieszę, że wróciłeś do domu.
- Wiedziałem, że cię tu zastanę. Zawsze chowasz się w tym miejscu, kiedy
jesteś czymś zaniepokojony.
Auguste smutno się uśmiechnął.
- To prawda, że krypta wpływa na mnie kojąco. To samo światło, ta sama
temperatura, to samo powietrze i te same butelki. Wszystko niezmienne,
dalekie od szaleństwa świata na górze. Przynajmniej dotychczas.
Auguste pokręcił głową. Przez dwadzieścia lat nie był w stanie zapomnieć
horroru wojny; nędzy okopów, barbarzyńskiej walki, twarzy zabitych
towarzyszy broni, twarzy wrogów.
- Już walczyliśmy w wojnie, która miała zakończyć wszystkie wojny. Tak
mówili. A teraz co, znowu? Niech Bóg...
- Nie potrwa długo. To wielki blef Hitlera. Przecież nie może myśleć, że
rzuci wyzwanie całej Europie i wygra. Jak tylko dojdzie do linii
Maginota, zmusimy go do odwrotu, zobaczysz.
"Tak samo uważaliśmy w 1914", pomyślał Auguste, ale nie podzielił się
swoim pesymizmem z synem, którego czekał wyjazd na front. Z własnego
doświadczenia wiedział, że czasem dla ducha lepiej jest poddać się
fałszywej nadziei.
- Przykro mi, że nie będzie mnie na winobraniu - pożalił się Octave.
- Ach, tegoroczne winobranie... Mówiłem ci to już kilka razy: natura też
cierpi z naszego powodu. Czyż w sumie nie jesteśmy jednością? Dlatego
zbiory będą słabe w roku, kiedy zaczyna się wojna, i dobre, kiedy się
skończy. Winogrona potrzebują jeszcze dużo czasu, nawet na działkach,
gdzie zwykle dojrzewają najszybciej. Nie wiem, kiedy będziemy mogli
zacząć zbiór. A ponieważ mocno się ochłodziło, zaraz jesień... Nie, to nie
będzie dobry rok.
Octave zmartwiony przyglądał się ojcu. Markiz był człowiekiem
energicznym, o imponującym wyglądzie i walecznym temperamencie. W tamtej
chwili wyglądał jednak na przytłoczonego ciężarem lat i trosk. No
dobrze, ale czego innego należało się spodziewać po kimś, kto przeżył
jedną wyniszczającą wojnę i miał świadomość, że zaczyna się następna,
która nie wiadomo, jak się skończy?
Młodzieniec, ze skręconym żołądkiem, pomyślał, że okoliczności nie są
chyba odpowiednie, by przekazać ojcu wiadomość, z którą przyszedł.
Auguste zobaczył, że twarz Octave'a staje się poważna i napięta i że syn
chowa ręce za plecami; zawsze tak robił, kiedy był zdenerwowany. Markiz
zmarszczył czoło.
- Ojcze... - Głos Octave'a był zdławiony, jeszcze bardziej rozstrojony i dziecięcy niż zwykle. - Ja... Mam ci coś ważnego do powiedzenia.
Aldara była oszołomiona. Z nerwów czuła mdłości. Wytarła spocone dłonie
w sukienkę i natychmiast skarciła się za niezręczność. Jeszcze tylko
brakowało, żeby poplamiła delikatną jedwabną taftę. Na szczęście nie
znalazła na tkaninie żadnych śladów. A jednak było oczywiste, że nie
jest przyzwyczajona do noszenia czegoś tak wyszukanego. Wszyscy na pewno
to zauważyli.
Przyglądała się swojemu odbiciu w wiszącym nad kominkiem wielkim lustrze
ze złotą ramą. Upewniła się, że ta prześliczna sukienka, szmizjerka bez
rękawów w kolorze błękitnej porcelany, pasuje do jej oczu i podkreśla
opaloną skórę oraz ciemne włosy. I że znakomicie na niej leży, na jej
wysokim, smukłym ciele, w którym zawsze brakowało jej odrobinę
obfitszego biustu i bioder jak u aktorek z amerykańskich filmów. Ta
sukienka spodobała jej się, gdy tylko zobaczyła ją na wystawie
boutique w Lyonie, mieście uznanym niegdyś za światową stolicę
jedwabiu. I chociaż straciło już wiele z dawnego splendoru, ciągle można
w nim było znaleźć warsztaty wykonujące jedwabne cuda, jak ta tafta,
lekko szeleszcząca przy każdym ruchu.
Czy zauważyli, że pierwszy raz ma na sobie tak wyszukaną sukienkę?
Zauważyli, że nie jest tą, za którą się podaje? W tamtej chwili strachu
była przekonana, że cała jej fałszywość aż kłuje w oczy. Nie powinna
była doprowadzać tego tak daleko. To było szaleństwo. Czy to prawdziwa
miłość przesłoniła jej rozum, czy jakieś inne, znacznie mniej szlachetne
uczucie? Na samą myśl o tym, że jednak to drugie, dopadły ją mdłości. We
własnym odbiciu dostrzegała te tak ciemne zakamarki...
Z westchnieniem odwróciła się i podeszła do wielkiego balkonu. W salonie
wszystko zostało pomyślane tak, że imponowało bogactwem: wysokie sufity
udekorowane sztukaterią i plafonami, na których umieszczono inicjały
właściciela, lampy z rżniętego kryształu, dywany z cienkiej przędzy,
meble ze szlachetnego drewna, adamaszkowe zasłony, obrazy godne muzeum...
Z balkonu rozciągał się widok na ogromną przestrzeń: najpierw
dziedziniec wysypany żwirem, następnie ogród składający się ze
stuletnich drzew, równo przystrzyżonych krzewów, kwietników i sadzawki
otoczonej posągami. Zaraz za nim zaczynała się winnica: wielka połać
winnej latorośli zasadzonej w równych rzędach, bujnej i obciążonej
kiśćmi o tej porze roku; przypominała ogromną, miękką, zieloną kołdrę. W głębi rysowały się dachy małych miejscowości, wśród których wyróżniało
się miasto Beaune, stolica burgundzkiego wina. Dalej, na horyzoncie, w ten jasny i czysty dzień można było dostrzec nawet najwyższe szczyty
Alp. Korzystne położenie château na wzgórzu pozwalało podziwiać te
zapierające dech w piersiach widoki.
Kiedy Aldara usłyszała słowo château, "zamek", w pierwszym odruchu
przyszła jej do głowy stara średniowieczna budowla z wieżami, blankami i fosą. Jednakże miejsce, w którym się znalazła, nie miało z tym nic
wspólnego. Przeciwnie, była to elegancka rezydencja wzniesiona pod
koniec XVIII wieku, składająca się z głównego pawilonu i dwóch skrzydeł
w jasnym kolorze kontrastującym z ciemnymi dachówkami, powściągliwie
ozdobiona neoklasycystycznymi detalami jak frontony nad oknami i kolumnowy portyk zwieńczony szlacheckim herbem. Oprócz pałacu, typowo
francuskiego, zbudowano tu kaplicę, stajnie i winiarnię. Ten kompleks, w połączeniu z osiemdziesięcioma hektarami terenu, stanowił Domaine du
Clair de Lune - jeden z najważniejszych majątków Côte-d'Or, wielkiego
regionu znanych szeroko w świecie win burgundzkich.
Po drodze, kiedy samochód z podniesionym dachem mijał winnice, Aldara
słuchała o climats, grand cru, pinot noir... Wszystko to wydawało
jej się zbyt obce i skomplikowane. Dlatego w końcu zamknęła oczy i skupiła się na rozkoszowaniu się chłodnym wietrzykiem i słońcem na
twarzy.
Oczywiście teraz w sercu tego miejsca z niepokojem zadawała sobie
pytanie, co ona tam właściwie robi, obawiała się, że dała się ponieść
nastrojowi chwili i że zaraz wszystko zniknie jak miraż - bała się tego
od chwili, gdy minęli imponującą bramę Domaine du Clair de Lune.
Zgrzyt klamki drzwi sprawił, że aż podskoczyła, tak bardzo miała napięte
nerwy. Odwróciła się.
- Aldaro...
Octave, uśmiechając się równie sztucznie jak ona, podszedł i delikatnie
ujął ją za rękę. Dziewczyna patrzyła jednak ponad ramieniem Octave'a na
eleganckiego mężczyznę o szpakowatych, przerzedzonych, gładko
zaczesanych włosach. Jego zaciśnięte usta zdawały się niknąć pod
cienkimi czarnymi wąsami, a wielkie jasne oczy wpatrywały się w nią
świdrująco; w sumie wyraz jego twarzy w żadnym razie nie wydał jej się
miły. Miał na sobie trzyczęściowy garnitur, wykrochmaloną koszulę i krawat; dewizka zegarka lśniła na szarym materiale ubrania.
Poprowadzona przez Octave'a podeszła do mężczyzny. Przełknęła ślinę.
Starała się uśmiechać.
- Ojcze, przedstawiam ci Aldarę Saurí. Moją żonę.
Aldara wyciągnęła rękę, mając nadzieję, że nie będzie widać, jak się
trzęsie.
- Bardzo mi miło w końcu pana poznać, panie markizie - przywitała się
doskonałą francuszczyzną.
Mężczyzna szybko uścisnął jej dłoń, ale nie odezwał się ani słowem,
wyraz jego twarzy pozostał niezmieniony.
- Choć teraz powinienem powiedzieć Aldara de Fonneuve, prawda? Nie mogę
się przyzwyczaić. - Octave zaśmiał się krótko i nerwowo, co zabrzmiało
jak zgrzyt metalu.
Jego nieudolna próba rozluźnienia atmosfery spełzła na niczym.
Aldara poczuła, że markiz, ciągle milczący, wpatruje się w nią, jakby
chciał ją przejrzeć na wylot, jakby chciał poznać jej przeszłość i odszyfrować jej intencje, zanim zdoła go oszukać. W końcu, jak zawsze
wszyscy, zatrzymał się na jej bliźnie - szramie przebiegającej od kącika
ust do ucha.
- Skąd ma pani tę bliznę? - Głos markiza zabrzmiał tubalnie i głęboko,
jak głos ogra.
Octave odchrząknął, jakby próbował stłumić niepokój. Ścisnął rękę
małżonki. Chciał stanąć w jej obronie, ale kiedy zbierał na to odwagę,
Aldara bez wahania odpowiedziała:
- Zbombardowano nasz samochód, kiedy jechaliśmy do granicy. Siedziałam
przy oknie i kawałek szkła rozciął mi twarz.
- Aldara jest Hiszpanką. Przyjechała do Francji, uciekając przed wojną
domową - Octave pośpieszył z wyjaśnieniem.
Mimo nalegań ojca podczas krótkiej drogi z winiarni do domu nie pisnął
słówkiem na temat niespodzianki, którą dla niego przygotował. Ani o tym,
że w salonie czeka kobieta będąca jego żoną, ani kim ona jest, ani w jakich okolicznościach zawarli to pospieszne małżeństwo. Octave uznał,
że lepiej zaskoczyć ojca; prawda jednak była taka, że umierał ze
strachu, więc doszedł do wniosku, że jeśli zrzuci bombę w obecności
Aldary, markiz nie będzie robił scen i wszystko pójdzie łatwiej. Jakże
się mylił!
Auguste spojrzał na niego twardo.
- Octave, muszę z tobą porozmawiać. Na osobności.
Chłopak skinął głową i zwrócił się do małżonki:
- Wybacz. Zaraz wrócę...
Miałby ochotę ją przytulić, poprosić, żeby się nie martwiła, bo wszystko
się ułoży, gdyż ojciec, choć surowy i zaskoczony wiadomością, jest
dobrym człowiekiem. Chciałby ją pocałować i powiedzieć, że ją kocha.
Przytłoczony postawą ojca ograniczył się jednak do pogłaskania jej
dłoni, po czym puścił ją i wyszedł z salonu eskortowany przez markiza
jak więzień.
Zostawszy sama, Aldara poczuła, że miękną jej nogi, więc przysiadła na
krześle. Ukryła twarz w dłoniach. Popełniła wielki błąd, wychodząc za
Octave'a. Nie należała do tego miejsca ani do tego środowiska. Wszystko
w niej było kłamstwem, które szybko zostanie odkryte. Co się wtedy
wydarzy? Ta mimowolna przygoda nie mogła skończyć się dobrze ani dla
niej, ani dla niego. A do tego już za chwilę miała ich rozdzielić wojna.
Uniosła zaczerwienioną twarz i spojrzała na drzwi. Czy zdąży wyjść i wycofać się po swoich śladach? Czy zdąży naprawić głupstwo, które
popełniła?
- Czyś ty oszalał? Co ci strzeliło do głowy, żeby się żenić ot tak
sobie? Co ci strzeliło do głowy, żeby sprowadzać do domu i do rodziny
nieznajomą i nawet nie spytać o zdanie? Co ty sobie, do cholery,
myślałeś, Octave?
Odgrodzony od syna biurkiem w swoim gabinecie Auguste de Fonneuve ledwie
panował nad głosem, wściekłość zdawała się wychodzić wszystkimi porami
jego purpurowej twarzy.
Octave, którego zawsze przerażały wybuchy złości ojca, tym razem nie
ustąpił. Przełknął strach i spokojnie odpowiedział:
- Co ja sobie myślałem? To, że jestem w niej zakochany. I to, że po raz
pierwszy w życiu, bez cienia wątpliwości wiem, że Aldara jest kobietą, z którą chcę być do końca swoich dni. I to, że pojutrze wyjeżdżam na front
i jeśli Bóg tak zechce, może nie wrócę, ale przynajmniej umrę
szczęśliwy, wiedząc, że uczyniłem ją swoją żoną.
- A przyszło ci do głowy, że jeśli takie nieszczęście się zdarzy, to ja
będę za nią odpowiedzialny?
- Tylko to cię martwi na myśl o mojej ewentualnej śmierci? Nie przejmuj
się, tato, bo w tej chwili wyjedziemy z Aldarą, żeby ci nie ciążyć.
- Nie dramatyzuj, bo nie o to chodzi!
Auguste dyszał jak dzika bestia. Sięgnął po stojącą na stoliku karafkę i dwa kieliszki i do obu nalał pokaźną porcję koniaku. Markiz pociągnął
łyk. Syn jednym haustem opróżnił kieliszek.
- Czy ten pośpiech nie bierze się stąd, że dziewczyna jest w ciąży? -
rzucił nagle Auguste.
- Nie! Jestem w niej zakochany! Tak ciężko ci to zrozumieć?
- Boże! Jak człowiek jest młody, codziennie zakochuje się w innej
dziewczynie. I dobrze, to jest naturalne! Zabierasz ją na tańce, bawisz
się z nią, całujesz... Ale nie żenisz się, jeśli nie jest odpowiednia!
Skąd wiesz, że to ta właściwa, co? Nie znasz jej! Jest dziewicą?
- Ojcze, na Boga! Jak chcesz... No dobrze... Nie jest... - Octave odchrząknął.
- Ale była...
Chłopak poczuł, że palą go policzki, i wiedział, że się zaczerwienił.
Cała sytuacja była dla niego bardzo upokarzająca. Dolał sobie koniaku.
- Synu, wiesz, że zawsze pragnąłem, żebyś przedłużył ród Montaubanów.
Sam zaproponowałem ci doskonałe kandydatki, śliczne dziewczyny i to z dobrych, znanych rodzin. Wszystkie miały liczne zalety i każda z nich
marzyła o tym, żebyś ją wybrał na żonę.
- Wszystkie marzyły o mojej fortunie i mojej pozycji, nie oszukuj się,
ojcze. Myślisz, że nie widziałem, że okazując mi cyniczną uwagę,
jednocześnie kpiły sobie ze mnie, z mojego głosu i manier?
Auguste pokręcił głową. "Znowu to samo", pomyślał. Musiał przyznać, że
syn w żadnym razie nie jest adonisem. Był chorowitym dzieckiem, a potem
gamoniowatym nastolatkiem, który stał się celem drwin i prześladowania
ze strony kolegów w szkole. Nawet jako student uniwersytetu musiał
znosić żarty najcięższego kalibru z racji swojego wyglądu. "Szczur",
"strach na wróble", "ciota"... to tylko niektóre z epitetów, jakimi go
obrzucano przez to, że był za wysoki i za chudy, zbyt blady i zbyt
jasnowłosy, z powodu wąskiej, pociągłej twarzy, w której sterczały uszy,
nos i zbyt duże siekacze. Jego piskliwy głos i delikatny sposób bycia
dopełniały obraz całości. Auguste musiał jednak przyznać, że Bóg z nawiązką odpłacił jego synowi za brak atrybutów fizycznych innymi,
znacznie cenniejszymi. Octave był bowiem inteligentny, czuły, serdeczny,
szlachetny; krótko mówiąc - był wspaniałym człowiekiem. Szkoda tylko, że
brzemię wyglądu uczyniło go niepewnym siebie i zakompleksionym. I markiz
bardzo się bał, że kobieta, którą właśnie mu przedstawił jako synową,
okaże się dziwką, która wykorzystała te jego kompleksy, żeby usidlić
chłopaka.
- Aldara jest jedyną osobą, która mnie kocha za to, kim jestem - wyznał
chłopak, jakby słyszał myśli ojca.
- Poza tym, że cię kocha, co jeszcze o niej wiesz? Na miłość boską,
Octave, kim jest ta kobieta, którą w kilka dni uczyniłeś swoją żoną?
Octave z nowym entuzjazmem zaczął opowiadać ojcu o cudownych zaletach
Aldary.
- Jak już ci mówiłem, jest Hiszpanką. I to z dobrej rodziny, jeśli to
akurat cię martwi. Sam mogłeś stwierdzić, że jest piękna, ma klasę. Jest
elegancka i wykształcona, bardzo oczytana. Słyszałeś, jak doskonale
posługuje się naszym językiem.
- Tak, przyznam, że mnie to zaskoczyło. Ledwie drobny ślad obcego
akcentu.
Octave wyjaśnił, że ojciec Aldary był profesorem romanistyki na
uniwersytecie w Salamance. Kiedy wybuchła wojna w Hiszpanii,
nacjonaliści, zwolennicy generała Franco, rozstrzelali go pod pretekstem
przynależności do masonerii. Aldara i jej matka się uratowały, bo w tym
czasie były w Madrycie na wakacjach w domu jakiejś ciotki. Musiały
zostać w obleganym mieście i znosić bombardowania. Kiedy frankiści
zdobyli stolicę, udało im się uciec. Najpierw pojechały do Walencji, a potem do Barcelony, skąd zdołały zbiec do granicy z Francją.
- Czytałeś w prasie o cierpieniach uchodźców, nie muszę ci o tym
opowiadać. Aldara doświadczyła tego wszystkiego na własnej skórze: głód,
zimno, choroby, bombardowania... Biedaczka straciła matkę w kilka dni po
przekroczeniu granicy. Zmarła na jej rękach na zapalenie płuc. Zaraz po
pogrzebie matki wsadzili ją w pociąg do Clermont-Ferrand, gdzie spędziła
ostatnie miesiące w dawnych koszarach Gribeauval, które teraz są
ośrodkiem dla uchodźców. Tam ją poznałem.
- W koszarach?
- Nie, w pasmanterii.
- A co ty, u diabła, robiłeś w pasmanterii w Clermont-Ferrand?
- Bóg mnie tam zaprowadził, nie da się tego inaczej wyjaśnić. Bóg
chciał, żebym na nią trafił. - Octave z rozmarzonym wyrazem twarzy
spojrzał na mankiet koszuli. - Bóg i guzik.
Auguste niespokojnie poruszył się na krześle.
- Co to za bzdury z tym guzikiem? Mów jaśniej, synu.
- Wracając z winnicy Labastide, zatrzymałem się w Clermont-Ferrand na
noc i tam zauważyłem, że odpruł mi się guzik od jedynej czystej koszuli.
Poszedłem więc do sklepu, żeby poprosić o przyszycie. A gdy tam byłem,
przyszła ona. Miała oddać jakieś naprawione ubrania.
- Naprawione ubrania?
- Tak, uchodźczynie z Gribeauval zarabiają na życie naprawą ubrań.
Aldara właśnie odnosiła naprawione ubrania. I wtedy właścicielka,
wykorzystując jej obecność, poprosiła, żeby od ręki przyszyła mi guzik.
Kiedy do mnie podeszła i chwyciła za nadgarstek, nie byłem już w stanie
przestać o niej myśleć. Nigdy nie przydarzyło mi się nic podobnego...
- Tak, tak... - przerwał mu zniecierpliwiony Auguste.
Octave wiedział, że ojciec nie przepada za sentymentalizmem. On sam też
nie czuł się zbyt dobrze, mówiąc o tym, jak poznał kobietę swoich
marzeń. Wyjątkowe emocje, jakie go opadły w tamtej chwili, wolał
zachować dla siebie, ale na samo ich wspomnienie uśmiechnął się
głupkowato. Taki sam uśmiech miał z pewnością na twarzy, gdy zapytał o to, kim jest ta dziewczyna i czy jeszcze tam przyjdzie. Sprzedawczyni
odpowiedziała mu, że zwykle przychodzi po zlecenia, a potem je odnosi.
Po dwóch albo trzech dniach... Wydało mu się to wiecznością. A poza tym
wtedy nie będzie go już w mieście. Musiał wracać do domu. Nie mógł
jednak wyruszyć w podróż, nie zobaczywszy jej znowu. W przypływie
nietypowego dla siebie pragnienia w hotelowym pokoju odpruł guzik od
drugiego mankietu koszuli i postanowił zostać w mieście. Krążył pod
sklepem, licząc na to, że dziewczyna się pojawi. Nastąpiło to trzeciego
dnia. Wkroczył za nią do sklepu z guzikiem w ręku. Przez chwilę był
pewien, że sprzedawczyni odkryła podstęp, ale na szczęście nie wydała
go. Dziewczyna znowu ujęła jego nadgarstek; a kiedy przyszywała guzik,
była bardzo blisko niego, tak blisko, że Octave słyszał jej oddech i czuł jej ciepły nieokreślony aromat, przyjemny jak zapach deszczu, ognia
na kominku albo świeżo ściętej trawy. Każde wbicie igły przez Aldarę w mankiet koszuli było zgodne z tykaniem zegara za jego plecami. Musiał
coś zrobić, zanim ona skończy i straci ją na zawsze. Jedyne, co przyszło
mu do głowy, to pytanie o dobrą restaurację. Wskazała pobliski lokal.
"Jest czysty, a jedzenie jest domowe. Do tego nie jest drogi",
odpowiedziała. Wtedy skończyła przyszywać guzik. Podziękował jej i zapłacił za pracę, jak poprzednio dodając kilka monet. Nie chciał
wychodzić, ale jaki inny pretekst mógłby go zatrzymać w pasmanterii?
Chwycił za klamkę, zawahał się. Odwrócił się i zbierając w sobie całą
odwagę, na jaką było go stać, zapytał: "Jest pani głodna? Zje pani ze
mną obiad?". To musiało być coś w tym rodzaju, ale był tak zdenerwowany,
że nie zapamiętał, co dokładnie powiedział. Ona początkowo milczała.
Wydawała się zmieszana. Po chwili rzuciła okiem na ekspedientkę, jakby
oczekiwała od niej aprobaty albo pozwolenia. Wreszcie, po upływie kilku
sekund, które jemu wydawały się wiecznością, uśmiechnęła się i odpowiedziała: "Tak, z przyjemnością".
Octave smakował słodkie wspomnienie tych słów. Wciąż widział nieśmiały
uśmiech Aldary i zachwyt ekspedientki, która z całą pewnością była do
szpiku romantyczką i nie chciała uronić ani odrobiny z tej sceny.
Tydzień później nie mogli jej nie poprosić na świadka ich ślubu.
Otrząsnął się z zamyślenia.
- To przez guzik, ojcze, przez zwykły guzik. Sam powiedz, czy to nie
Opatrzność.
- Do diabła z tym cholernym guzikiem. Przeklęty guzik nie wyjaśnia, jak
przypadkowe spotkanie doprowadziło do tego, że pojąłeś za żonę
nieznajomą. Małżeństwo to coś znacznie poważniejszego niż chwilowe
zauroczenie!
Octave westchnął.
- Przyznaję, że zadziałałem dość pochopnie, że przed ślubem powinienem
był z tobą porozmawiać. I przepraszam cię za to.
Chłopak zauważył, jak wielką przyjemność sprawiły ojcu te ostatnie
słowa. Zgodnie ze sztywnymi staroświeckimi zasadami, którym hołdował
markiz, właściwe byłyby kilkumiesięczne zaloty; następnie zaprosiłby
dziewczynę do domu, żeby uzyskać aprobatę ojca, a następnie
narzeczeństwo trwałoby przynajmniej przez rok. Na koniec złożyliby
wizytę proboszczowi i po trzech tygodniach nauk odbyłoby się wystawne
wesele w rezydencji Montaubanów.
- Życie, które znamy, ojcze, za dwa dni ulegnie zawieszeniu, Bóg jeden
raczy wiedzieć, na jak długo. Nie mogłem wyjechać z Clermont-Ferrand,
wiedząc, że być może więcej jej nie zobaczę. Ona jest uchodźczynią, jej
sytuacja tutaj jest bardzo niepewna, nasze władze w każdej chwili mogą
jej nakazać opuścić kraj. Nie miała nawet odpowiednich dokumentów, żeby
wyjechać poza miasto.
- Co tylko dowodzi, że na tej całej sytuacji ona zyskuje najwięcej. No
właśnie, ta blizna...
- Na Boga, ojcze! Jak mogłeś ją o to zapytać tak bezceremonialnie? To
było bardzo niezręczne...
- Ta blizna! - Markiz przerwał wzburzonemu synowi. - Bardzo wątpię, żeby
była skutkiem bombardowania, jak twierdzi. Sam niestety odniosłem wiele
ran od bomb i odłamków i wierz mi, nie są tak czyste, jak ta jej, która
wydaje się raczej zadana ostrym narzędziem.
Octave nie chciał się wdawać z ojcem w dyskusję o bliźnie Aldary. Jakie
to teraz miało znaczenie? Rozmowa zaczynała go nużyć. Nie miało sensu
mielić tego samego w kółko, więc postanowił ją zakończyć.
- Dobrze. Nie proszę, żebyś jej ufał, bo jej nie znasz. Ale proszę,
żebyś zaufał mnie. Nigdy dotychczas cię nie zawiodłem, prawda? Daj mi
czas, daj nam czas, a dowiedziemy, że mimo pośpiechu nasz ślub nie był
błędem. Pokochasz ją jak własną córkę. Nie da się jej nie kochać.
Auguste zawahał się. Zastanawiał się przez chwilę, czy dalej jasno
wyrażać absolutny brak zgody, czy ugryźć się w język. W zasadzie
wszystko już zostało powiedziane i wszystko się dokonało. W końcu
odburknął coś na znak zgody.
Octave wstał z krzesła.
- Teraz, jeśli pozwolisz, wrócę do żony. Z pewnością jest bardzo
przygnębiona twoim przyjęciem... tak mało sympatycznym.
Markiz pożegnał go w milczeniu lekceważącym machnięciem ręki.
Kiedy został sam, nalał sobie następny kieliszek koniaku i z drewnianego
pudełka, które zawsze stało na stoliku, wyciągnął cygaro. Rozkoszując
się tytoniem i alkoholem, czuł, że się uspokaja; przyglądał się
portretowi swej nieboszczki małżonki. Patrzyła na niego ze srebrnej
ramki z poważną miną. Piękna i elegancka, doskonała do zadawania szyku w towarzystwie. Jednak niebywale kapryśna, ze skłonnością do melancholii i zamykania się w sobie. Bardzo ją kochał na samym początku, kiedy
namiętność ciągle podsycała miłość. Tyle że ich związek szybko się
wypalił i Auguste nigdy nie zdołał znaleźć w niej autentycznej
towarzyszki, na której mógłby się wesprzeć. Oczywiście on też nie był
idealnym towarzyszem dla Lucienne.
Nie chciał dla Octave'a małżonki takiej jak ona. Ani takiej matki dla
swoich wnuków. Może to właśnie najbardziej go niepokoiło w utracie
kontroli nad wyborem syna. Bo Lucienne nie była dobrą żoną, ale też nie
była dobrą matką dla Octave'a. Wymagająca, drobiazgowa, wyobcowana,
wyniosła... Część kompleksów i brak pewności siebie chłopaka wynikały z relacji z matką. Ale część jego siły również brała się z dorastania przy
niej, musiał to przyznać.
Otworzył jedną z szuflad biurka i ze stosu dokumentów wyciągnął inne
zdjęcie. Jego siostra Marguerite uśmiechała się do niego z połyskującego
papieru. Młoda i ładna pośród bugenwilli. Miała rozpuszczone, pokryte
solą włosy i śniadą od słońca skórę. Oczywiście tego nie było widać na
obrazie w sepii, ale Auguste to wiedział, pamiętał ją doskonale, nie
tylko z tego zdjęcia. Z całą pewnością Marguerite poradziłaby mu, żeby
pozwolił chłopakowi dać się ponieść namiętności, bo życie jest zbyt
krótkie, żeby brać je tak bardzo poważnie. Siostra zawsze miała szaloną
głowę... Odłożył zdjęcie na miejsce.
Tymczasem Lucienne cały czas mu się przyglądała. Niemal żądała od niego
wyjaśnień, ganiła go za to rozczarowanie, którego można by uniknąć,
gdyby zachowywał się jak należy od samego początku. "Żaden z moich synów
nie zrobiłby czegoś podobnego", pewnie rzuciłaby mu w twarz.
- Gorsze rzeczy zrobił twój syn, dobrze o tym wiesz - wymamrotał
Auguste.
Markiz pociągnął dym z cygara i wytarł ślad po kieliszku na blacie
biurka.
Choćby tylko po to, żeby przeciwstawić się małżonce, powinien wesprzeć
Octave'a, jak zwykle zresztą. Poza tym chłopak miał rację: w tych dniach
życie, takie jakie znali, ulegnie zawieszeniu. I oby tragedia nie
zastukała do drzwi Montaubanów.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki