Księżyc. Jak zmienił naszą planetę, przewodził ewolucji i stworzył nas takimi, jakimi jesteśmy - Rebecca Boyle

Kup ebooka

64.99 zł
50.69 zł (50,09 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wprowadzenie

Lecz ze wszyst­kich gwiazd naj­bar­dziej na podzi­wie­nie zasłu­guje księ­życ, gwiazda ostat­nia i naj­bar­dziej z zie­mią spo­krew­niona, którą przy­ro­dze­nie za śro­dek prze­ciw cie­niom nocy wyna­la­zło1.

Pli­niusz Star­szy, Histo­ria natu­ralna

Roz­strzy­ga­jącą rolę ode­grał w tym wypadku Księ­życ.

Pod­puł­kow­nik David Shoup, trzy­dzie­sto­dzie­wię­cio­letni żoł­nierz o rumia­nych policz­kach słu­żący w ame­ry­kań­skiej pie­cho­cie mor­skiej, mar­twił się o Księ­życ, kiedy jego łódź mknęła przez czarną noc na Pacy­fiku. Księ­życa nie było jesz­cze widać; znaj­do­wał się w ostat­niej kwa­drze, a jego uby­wa­jąca ćwiartka miała wzejść nad oce­anem dopiero o pół­nocy. Ale Księ­życ wywiera potężny wpływ na Zie­mię nawet z ukry­cia.

Shoup wie­dział, że łódź oddziału mari­nes potrze­buje wody głę­bo­kiej przy­naj­mniej na metr dwa­dzie­ścia, by swo­bod­nie prze­pły­nąć nad rafą kora­lową Tarawy, płyt­kim, trój­kąt­nym ato­lem w połu­dnio­wej czę­ści Oce­anu Spo­koj­nego. Obec­nie Tarawa jest sto­licą pań­stwa Kiri­bati, ale 20 listo­pada 1943 roku sta­no­wiła pierw­szy punkt w pla­nie alian­tów mają­cym na celu pod­bój Cesar­stwa Wiel­kiej Japo­nii. Zdo­by­cie maleń­kiej wyspy i tam­tej­szego lądo­wi­ska zale­żało od pływu, a ten z kolei uza­leż­niony był od Księ­życa.

Szta­bowcy sił alianc­kich wyzna­czyli inwa­zję na pora­nek 20 listo­pada, ponie­waż według nich wła­śnie tego dnia przy­pływ miał przy­kryć rafę oka­la­jącą Tarawę. Pozba­wieni moż­li­wo­ści prze­pro­wa­dze­nia pomia­rów sate­li­tar­nych mogli się jedy­nie domy­ślać, jak wysoki będzie pływ. Porów­nali cykl księ­ży­cowy z liczą­cymi sto lat wykre­sami pły­wów Oce­anu Spo­koj­nego, bo tylko nimi dys­po­no­wali, i uzu­peł­nili wie­dzę bar­dziej aktu­al­nymi danymi z miejsc tak odle­głych jak Austra­lia i Chile. Sza­co­wali, że przy­pływ osią­gnie pół­tora metra do godziny 11.15 - poziom wody będzie więc wystar­cza­jąco wysoki dla stat­ków i zosta­nie jesz­cze tro­chę zapasu. Ale dla Sho­upa taka głę­bo­kość na­dal nie była zbyt kom­for­towa.

"Będziemy musieli albo brnąć przez pły­ci­znę, być może pod ostrza­łem kara­bi­nów maszy­no­wych, albo [amfi­bie] będą musiały nas trans­por­to­wać, krą­żąc mię­dzy plażą a krań­cem szelfu. Musimy dość dokład­nie obli­czyć wyso­kość przy­pływu, by łodzie Hig­ginsa dały sobie radę"2 - powie­dział Rober­towi Sher­ro­dowi, wcie­lo­nemu do służby kore­spon­den­towi wojen­nemu maga­zynu "Life".

Kiedy dowódcy zamar­twiali się pły­wami w godzi­nach poprze­dza­ją­cych wschód słońca, mój dzia­dek, star­szy sze­re­gowy John J. Cor­co­ran, z deter­mi­na­cją wypeł­niał swoje zada­nie na Wyspie Nanu­mea, nieco ponad osiem­set kilo­me­trów na połu­dniowy wschód. Dzia­dek był małym, ale istot­nym try­bi­kiem w machi­nie naj­więk­szej floty w base­nie Oce­anu Spo­koj­nego pod­czas dru­giej wojny świa­to­wej.

Jack, podob­nie jak wielu mło­dych Ame­ry­ka­nów, w trak­cie wojny ocho­czo zacią­gnął się do służby woj­sko­wej i był gotów wal­czyć, gdy tylko dostał kara­bin, bagnet i wypłatę z Kor­pusu Pie­choty Mor­skiej Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Zara­biał sześć dola­rów czter­dzie­ści cen­tów mie­sięcz­nie i potra­fił już wypo­sa­żać samo­loty w bomby.

We wrze­śniu 1943 roku w wieku sie­dem­na­stu lat, zamiast wypro­wa­dzić się na stu­dia, Jack wsiadł na pokład trans­por­towca Puebla i popły­nął na zachód od San Diego przez głę­biny zwod­ni­czego Oce­anu Spo­koj­nego, które ani tro­chę nie przy­po­mi­nały tak dobrze mu zna­nych, sza­rych wód Atlan­tyku. W listo­pa­dzie 1943 roku zna­lazł się dalej od domu niż kto­kol­wiek, kogo kie­dy­kol­wiek znał, włą­cza­jąc w to swo­ich rodzi­ców, któ­rzy byli irlandz­kimi imi­gran­tami.

Oddziały zgro­ma­dzone, by zdo­być Tarawę, miały znaczną prze­wagę liczebną nad japoń­skimi siłami, które zaata­ko­wały Pearl Har­bor, a także nad siłami alian­tów, które przez upalne pół roku w bło­cie odbi­jały Wyspę Guadal­ca­nal. Ame­ry­kań­ska pie­chota mor­ska uda­jąca się na ów atol miała osła­niać alianc­kie okręty, a gene­rał Julian Smith zapo­wie­dział, że mary­narka wojenna zapewni "naj­bar­dziej zagęsz­czone bom­bar­do­wa­nia z powie­trza i ostrzał z okrę­tów w histo­rii kon­flik­tów zbroj­nych"3. Mój dzia­dek przy­ło­żył rękę do zrzu­ce­nia przez alian­tów dzie­wię­ciu­set ton uzbro­je­nia woj­sko­wego pod­czas bitwy o Tarawę, co uto­ro­wało drogę do inwa­zji.

Mimo tych sta­rań walka o Tarawę przy­nio­sła naj­tra­gicz­niej­szy w dzie­jach kor­pusu ame­ry­kań­skiej pie­choty mor­skiej bilans ofiar śmier­tel­nych w tak krót­kiej bitwie. Pod­czas sie­dem­dzie­się­ciu sze­ściu godzin walki z pię­ciu tysięcy męż­czyzn, któ­rzy przy­pu­ścili szturm na plażę, tysiąc stu pięt­na­stu zostało zabi­tych, a nie­mal dwa tysiące trzy­stu zostało ran­nych.

Ran­kiem 20 listo­pada przy­pływ nie osią­gnął pół­tora metra. Potwier­dziły się obawy Sho­upa - poziom wody nie pod­niósł się zna­cząco i statki trans­por­towe nie zdo­łały prze­do­stać się przez rafę kora­lową. O godzi­nie 6.48 czasu lokal­nego Smith wraz z admi­ra­łem zapy­tali przez radio­sta­cję pilota obser­wu­ją­cego oko­licę z hydro­planu: "Czy rafa jest zalana wodą?". "Nie" - usły­szeli w odpo­wie­dzi. Mari­nes musieli więc wygra­mo­lić się z uwię­zio­nych na pły­ciź­nie łodzi i ruszyć w stronę odle­głego o pięć­set pięć­dzie­siąt metrów wybrzeża. Brnęli w wodzie z kara­bi­nami nad głową pod gra­dem poci­sków wystrze­li­wa­nych przez siły japoń­skie. W wyniku tego ostrzału setki żoł­nie­rzy ame­ry­kań­skiej pie­choty mor­skiej zgi­nęły, a część uto­nęła w głę­bi­nach wokół rafy. Miną dekady, zanim kto­kol­wiek zro­zu­mie, dla­czego przy­pływ tam­tego dnia nie wez­brał, ustę­pu­jąc miej­sca krwa­wej kipieli.

W dzie­ciń­stwie i wcze­snej mło­do­ści usły­sza­łam tylko kilka opo­wie­ści o służ­bie dziadka na fron­cie dru­giej wojny świa­to­wej; jak wielu wete­ra­nów, dzia­dek nie lubił mówić o tym okre­sie. Z mate­ria­łów w archi­wach pań­stwo­wych dowie­dzia­łam się, że jego oddział, 31. Grupa Lot­ni­cza Pie­choty Mor­skiej, sto­so­wał tak­tykę żabich sko­ków - prze­ska­ki­wał z wyspy na wyspę w ślad za żoł­nie­rzami wal­czą­cymi na pierw­szej linii frontu, ostrze­li­wu­jąc z powie­trza kolejne pod­bi­jane zie­mie, a doko­ny­wane przez niego naloty bom­bowe miały umoż­li­wić przej­ście do następ­nego etapu bitwy na Oce­anie Spo­koj­nym. Od mamy dowie­dzia­łam się, że Jack nie mógł zasnąć w pro­wi­zo­rycz­nie zada­szo­nych bre­zen­tem oko­pach, że mimo prze­ra­że­nia na każ­dej z kolej­nych wysp odma­wiał róża­niec. Będąc gor­li­wym kato­li­kiem, nauczył słów modli­twy kole­gów z oddziału. "Zdro­waś Maryjo, łaski pełna" - powta­rzał, pró­bu­jąc zagłu­szyć okrzyki "Śmierć Ame­ry­ka­nom!", wzno­szone po angiel­sku z cha­rak­te­ry­stycz­nym akcen­tem. Gdy byłam dziec­kiem, opo­wie­ści o japoń­skim zagro­że­niu przy­po­mi­na­ją­cym zjawy poru­sza­jące się z noc­nym wia­trem, prze­ra­żały mnie do szpiku kości. Żałuję, że nie pro­si­łam o wię­cej. I żałuję, że nie mia­łam oka­zji powie­dzieć Jac­kowi, zanim zmarł w 2010 roku, że o straty wśród pie­choty mor­skiej pod­czas bitwy o Tarawę powi­nien winić Księ­życ.

Codzien­nie na wszyst­kich ziem­skich wybrze­żach pływ prze­suwa gra­nicę mię­dzy lądem a wodą. Wraz z upły­wem dnia zacu­mo­wane łodzie to uno­szą się, to opa­dają w dokach. Plaże posze­rzają się i zwę­żają, a bru­nat­nice, muszelki i wszyst­kie inne dro­biny, które nie­sie ze sobą morze, pozo­sta­wione przez odpływ schną na pia­sku, daleko od chlu­po­czą­cych fal.

Przy­pływy i odpływy nastę­pują z powodu oddzia­ły­wa­nia gra­wi­ta­cyj­nego Księ­życa i w mniej­szym stop­niu Słońca. W trak­cie okrą­ża­nia Ziemi przez Księ­życ te dwa ciała nie­bie­skie przy­cią­gają się wza­jem­nie. Część Ziemi, która w danej chwili znaj­duje się naj­bli­żej Księ­życa, odczuwa to nieco moc­niej. Księ­życ przy­ciąga do sie­bie wodę, two­rząc dwa wybrzu­sze­nia4 w pokry­wa­ją­cych część globu oce­anach. Wypu­kło­ści powo­dują przy­pływ, który bie­rze swój począ­tek wewnątrz oce­anu i prze­suwa się ku brze­gom. Dwa razy w mie­siącu Słońce dodat­kowo wzmac­nia pływ. Kiedy zbiega się ono z Księ­ży­cem i nastę­puje peł­nia albo nie­wi­doczny nów, siły gra­wi­ta­cyjne Słońca wzmac­niają efekt wybrzu­sze­nia. Wów­czas powstaje zja­wi­sko zwane pły­wem syzy­gij­nym (mak­sy­mal­nym) - wtedy przy­pływy są wyż­sze, a odpływy niż­sze.

Sie­dem dni póź­niej, kiedy Księ­życ nie jest już w jed­nej linii ze Słoń­cem, lecz znaj­duje się pod kątem pro­stym, widać połowę jego pełni5. Nazy­wamy to pierw­szą lub ostat­nią kwa­drą. Siły gra­wi­ta­cyjne Słońca w mniej­szym stop­niu oddzia­łują na pod­no­sze­nie się i opa­da­nie poziomu mórz i oce­anów, za ich sprawą powstaje tak zwany pływ kwa­dra­tu­rowy (kwa­drowy). W tym okre­sie mie­siąca przy­pływy i odpływy są mini­malne.

Topo­gra­fia Ziemi także odgrywa pewną rolę w tym, jak zacho­wują się wody. Kon­ty­nenty zmie­niają pływy, a głę­bo­kość linii brze­go­wej warun­kuje to, jak szybko poja­wia się przy­pływ, a potem jak szybko przy­cho­dzi odpływ. Poza tym aktu­alna pozy­cja Księ­życa na oko­ło­ziem­skiej orbi­cie oddzia­łuje także na jego gra­wi­ta­cję. Księ­życ, jak wszyst­kie ciała nie­bie­skie, nie poru­sza się po okręgu, ale po elip­sie - o czym wiemy od sie­dem­na­sto­wiecz­nego nie­miec­kiego astro­noma obse­syj­nie bada­ją­cego Srebrny Glob (będzie o tym mowa póź­niej). Punkt na orbi­cie, w któ­rym nasz sate­lita jest naj­bar­dziej odda­lony od Ziemi, zwiemy apo­geum, a ten, w któ­rym jest naj­bli­żej, nazywa się pery­geum. Trzy lub cztery razy do roku pery­geum zbiega się z peł­nią, co astro­lo­go­wie okrzyk­nęli "super­k­się­ży­cem". Gdy Księ­życ znaj­duje się bli­żej Ziemi, wywo­łuje wyjąt­kowo wyso­kie przy­pływy i niskie odpływy. Z kolei im bar­dziej się oddala, tym słab­sze jego przy­cią­ga­nie. W apo­geum nasz sate­lita jawi się też znacz­nie mniej­szy na noc­nym nie­bie - wów­czas nazy­wamy go "mikrok­się­ży­cem". Jed­nak nawet tak odle­gły Księ­życ ma potężny wpływ na Zie­mię.

Żoł­nie­rze ame­ry­kań­skiej pie­choty mor­skiej zapla­no­wali inwa­zję pod­czas pływu kwa­dra­tu­ro­wego i nie potra­fili zro­zu­mieć, dla­czego poziom wody nie tylko wystar­cza­jąco się nie pod­niósł, ale w ogóle nie wzra­stał przez pra­wie dwa dni. "Wymy­ka­jąca się fala", jak póź­niej nazwali ją kro­ni­ka­rze wojenni, ledwo przy­kry­wała rafę kora­lową u wybrzeży Tarawy, ponie­waż Księ­życ znaj­do­wał się w apo­geum, a jego siła przy­cią­ga­nia była słaba z powodu dużej odle­gło­ści od Ziemi. Tak się zło­żyło, że 20 listo­pada był jed­nym z dwóch dni w całym 1943 roku, kiedy wystą­pił pływ kwa­dra­tu­rowy w cza­sie apo­geum Księ­życa. Przed erą sate­li­tarną, z pew­no­ścią zaś przed zaję­ciem wyspy przez mari­nes i doko­na­niem przez nich pomia­rów topo­gra­ficz­nych, ame­ry­kań­scy pla­ni­ści woj­skowi nie mogli prze­wi­dzieć, jak dra­ma­tycz­nie owo poło­że­nie Księ­życa wpły­nie na poziom wód wokół Tarawy.

Pomimo rzezi nie­ugięci żoł­nie­rze pie­choty mor­skiej z upo­rem docie­rali na brzeg wśród świsz­czą­cych w powie­trzu bomb. Po trzech dniach walk poziom wody w końcu się pod­niósł i mari­nes zajęli atol, ale spu­sto­sze­nie było cał­ko­wite. Ame­ry­ka­nie w ojczyź­nie byli obu­rzeni, zacho­dząc w głowę, dla­czego pod­bi­cie tak małej wyspy zebrało tak śmier­telne żniwo.

Oddział mojego dziadka dotarł do Tarawy w syl­we­stra 1943 roku. Do tego czasu alianci kon­tro­lo­wali już wyspę, a "mor­skie psz­czółki" (Seabees), czyli bata­liony budow­lane, uprząt­nęły plaże ze zwłok i drzew pal­mo­wych. Star­szy sze­re­gowy Cor­co­ran kon­ty­nu­ował swoją pracę, wypo­sa­ża­jąc samo­loty w bomby na następną fazę wie­lo­eta­po­wego planu pod­boju Oce­anu Spo­koj­nego. Księ­życ liczył sobie cztery dni, kiedy męż­czy­zna zja­wił się na znisz­czo­nym atolu. Wisiał na wie­czor­nym nie­bie niczym sza­bla, kosa albo byczy róg. Był na tyle mały, że z łatwo­ścią można go było prze­oczyć, dopóki ukrad­kiem nie zja­wił się w polu widze­nia.

Po krwa­wej jatce na Tara­wie alianci zwra­cali pil­niej­szą uwagę na oddzia­ły­wa­nie Księ­życa, który odgry­wał fun­da­men­talną rolę w dłu­gich mie­sią­cach poprze­dza­ją­cych lądo­wa­nie w Nor­man­dii oraz wyzwo­le­nie Fran­cji. Fran­cu­ski ruch oporu miał nadzieję, że peł­nia Księ­życa zapewni dogodne warunki, by móc bez­piecz­nie zrzu­cić szpie­gów i zapasy na spa­do­chro­nach. Alianci zaś wie­dzieli, że będą potrze­bo­wali zależ­nego od pełni przy­pływu i lśnią­cego księ­ży­co­wego bla­sku, by ich statki mogły przy­bić do kon­ty­nen­tal­nej Europy i zdo­łały wyrwać ją z rąk nazi­stow­skich Nie­miec. W 1943 roku, gdy alianccy pla­ni­ści woj­skowi deba­to­wali nad wybo­rem odpo­wied­niego portu, nadzieje Fran­cu­zów to rosły, to malały wraz z każ­dym mija­ją­cym dwu­dzie­sto­ośmio­dnio­wym cyklem lunar­nym.

W końcu alianci na miej­sce inwa­zji wybrali Nor­man­dię znaj­du­jącą się na pół­noc­nym wybrzeżu Fran­cji, ponie­waż leżała bli­sko brzegu Wiel­kiej Bry­ta­nii, ale była mniej oczy­wi­stym celem od Calais, więk­szego mia­sta por­to­wego. Nor­man­dia posia­dała zarówno nie­wielki port, jak i małe lądo­wi­sko, które siły alianc­kie pla­no­wały zająć pierw­szego dnia6.

Naj­pierw alianci mieli prze­kro­czyć nocą kanał La Man­che, a spa­do­chro­nia­rze prze­le­cieć nad nim, za prze­wod­nika mając jedy­nie blask Księ­życa. Ich celem było zaję­cie dwóch mostów. Następ­nie cięż­kie samo­loty miały pod­nieść się do lotu. Dowódcy potrze­bo­wali około czter­dzie­stu minut poran­nego świa­tła, by, jak na Tara­wie, zbom­bar­do­wać wybrzeże przed roz­po­czę­ciem inwa­zji lądo­wej. Oddziały mające prze­pro­wa­dzić atak naziemny przy­by­łyby na miej­sce, poko­naw­szy pły­ci­znę, ponie­waż poziom wody szybko pod­no­siłby się wraz z poran­nym przy­pły­wem7.

Przy wybrzeżu nor­mandz­kiego Calva­dos kanał La Man­che potrafi pod­nieść się wzglę­dem poziomu w trak­cie odpływu o zdu­mie­wa­jące 5,8 metra. Tak samo jak w przy­padku Tarawy, zmiana strefy pły­wów nastę­puje z powodu oddzia­ły­wa­nia Księ­życa na topo­gra­fię wybrzeża. Strome brzegi, takie jak w Nor­man­dii, mogą zwięk­szyć strefę pły­wów wie­lo­krot­nie w sto­sunku do wyso­ko­ści prze­wi­dy­wa­nej na pod­sta­wie wzro­stu i spadku poziomu wody8.

Dra­styczna zmiana pły­wów ozna­cza, że wody szybko przy­bywa - pod­czas lądo­wa­nia w Nor­man­dii tafla pod­no­siła się o trzy­dzie­ści cen­ty­me­trów co pięt­na­ście minut. Alianci zało­żyli, że mniej wię­cej pół godziny pod­czas odpływu wystar­czy pierw­szej gru­pie żoł­nie­rzy, aby roz­mi­no­wać plażę, oczy­ścić ją z trój­kąt­nych drew­nia­nych prze­szkód i żela­znych barie­rek wyso­ko­ści czło­wieka, roz­sta­wio­nych przez nie­miec­kie woj­ska. Gdyby przy­pływ poja­wił się odpo­wied­nio szybko, siły alianc­kie prze­pły­nę­łyby nad pia­skiem do Fran­cji i wspar­łyby postępy inwa­zji.

W Nor­man­dii odpływ o wcho­dzie słońca nastę­puje tylko pod­czas nowiu albo pełni Księ­życa. Dywi­zje powietrzne potrze­bo­wały bla­sku pełni, by dole­cieć na miej­sce, zatem posta­no­wiono: po raz kolejny niech zde­cy­duje Księ­życ. Win­ston Chur­chill wspo­mi­nał w swo­ich pamięt­ni­kach, że alianci wyzna­czyli inwa­zję na 5, 6 i 7 czerwca. "Wyma­gane warunki ist­niały tylko w ciągu trzech dni każ­dego mie­siąca księ­ży­co­wego (...)" - napi­sał. "Gdyby w żaden z tych dni pogoda nie była sprzy­ja­jąca, cała ope­ra­cja musia­łaby zostać odło­żona o co naj­mniej dwa tygo­dnie, a wła­ści­wie cały mie­siąc, jeżeli chcie­li­by­śmy cze­kać na kolejną odpo­wied­nią fazę Księ­życa"9.

Ponie­waż, jak pro­gno­zo­wano, 5 czerwca miała być kiep­ska pogoda, głów­no­do­wo­dzący Dwi­ght D. Eisen­ho­wer prze­su­nął ter­min roz­po­czę­cia ope­ra­cji o dobę. Pro­gnoza na następny pora­nek była korzystna, lądo­wa­nie w Nor­man­dii wyzna­czono więc na 6 czerwca. Księ­życ w pełni poja­wił się na nie­bie wie­czo­rem 5 czerwca, na pół­to­rej godziny przez zacho­dem słońca, i osią­gnął naj­wyż­szy punkt o godzi­nie 23.30 czasu uni­wer­sal­nego. Tuż po pół­nocy 6 czerwca 1944 roku spa­do­chro­nia­rze z 82. i 101. Dywi­zji Powietrz­no­de­san­to­wej zaczęli opa­dać z nieba nad Fran­cją. Gene­rał bry­gady James Gavin z 82. Dywi­zji Powietrz­no­de­san­to­wej wspo­mi­nał, że świa­tło Księ­życa zapew­niało dobrą widocz­ność. Jak zapa­mię­tał: "Drogi i nie­wiel­kie sku­pi­ska domów w nor­mandz­kich wio­skach zde­cy­do­wa­nie wyróż­niały się w bla­sku Księ­życa"10. Spa­do­chro­nia­rze prze­jęli dwa mosty, by odciąć drogę nazi­stow­skim czoł­gom, a na polach pod nimi bojow­nicy ruchu oporu prze­je­chali rowe­rami przy świe­tle Księ­życa, by odciąć tory kole­jowe, pod­ziemne linie tele­fo­niczne i naziemne linie wyso­kiego napię­cia. Nor­man­dia została odcięta ze wszyst­kich stron. Pierw­sza fala wojsk dobiła do plaży o godzi­nie 6.30 przy poran­nym let­nim słońcu i zacho­dzą­cym Księ­życu.

Walki trwały cały dzień, a alianci ponie­śli ogromne straty, zwłasz­cza na plaży Omaha. Jed­nak gdy zapa­dała noc, nie­miec­kie siły były w odwro­cie. Po lądo­wa­niu w Nor­man­dii alianci wyzwo­lili Paryż, a następ­nie jesie­nią i zimą masze­ro­wali na wschód, do Ber­lina, przy czym po dro­dze prze­trwali jesz­cze ostat­nią roz­pacz­liwą ofen­sywę nazi­stów w Arde­nach. Niemcy ska­pi­tu­lo­wały 8 maja 1945 roku.

Mój dzia­dek tam­tej wio­sny był w Have­lock w Karo­li­nie Pół­noc­nej, gdzie przy­go­to­wy­wał się do innego ataku lądo­wego. W naj­gor­szym sce­na­riu­szu miała to być inwa­zja na Japo­nię, co wyma­gało, by żoł­nie­rze pie­choty mor­skiej pozo­sta­wali w sta­nie goto­wo­ści do walki. Kiedy nazi­ści się pod­dali, Jack Cor­co­ran prze­by­wał w obo­zie szko­le­nio­wym, w któ­rym zresztą na­dal tkwił w sierp­niu 1945 roku, gdy Stany Zjed­no­czone zrzu­ciły dwie bomby ato­mowe na Hiro­szimę i Naga­saki. Cesar­stwo Wiel­kiej Japo­nii ska­pi­tu­lo­wało i po dwóch mie­sią­cach Jack Cor­co­ran został z hono­rami zwol­niony ze służby.

Udał się do domu w New Jer­sey. Oże­nił się z moją bab­cią, Helen, miał sze­ścioro dzieci i dzie­się­cioro wnu­cząt, prze­pra­co­wał całe dłu­gie życie jako księ­gowy i w końcu prze­szedł na eme­ry­turę. Jack zabie­rał mnie nad ocean za każ­dym razem, gdy odwie­dza­łam go w Toms River. Sta­wa­łam na piasz­czy­stej plaży Seaside Heights razem z bra­tem i cze­ka­łam, patrząc, jak przy­bywa wody, która w końcu docie­rała do mnie.

Owe pływy i bitwy to tylko część opo­wie­ści o naszym Księ­życu i o nas samych. Rola Srebr­nego Globu w dru­giej woj­nie świa­to­wej to led­wie uła­mek podróży, w którą się wybra­li­śmy, odkąd nasz gatu­nek poja­wił się na Ziemi.

Księ­życ od zara­nia cywi­li­za­cji wpły­wał na naszych przy­wód­ców i ich pod­boje, ale jego moc powstała o wiele wcze­śniej od dzie­lą­cych nas kon­flik­tów. Jego wpływ sięga siar­ko­wych począt­ków naszej pla­nety i wszyst­kiego, co pełza, trze­po­cze skrzy­dłami, pływa lub wyciąga się ku niebu na jej powierzchni. Księ­życ prze­wo­dzi nam wszyst­kim, wisząc na nie­bie­skim fir­ma­men­cie. Nie jest on jed­nak czymś od nas odręb­nym, zwłasz­cza że sta­nowi nie­od­łączną część Ziemi. Wyod­ręb­nił się z niej tuż po tym, jak powstała nasza pla­neta. Jego elip­tyczna orbita wcale nie okrąża Ziemi, przy­naj­mniej nie tak, jak można to sobie wyobra­żać. Raczej Zie­mia i Księ­życ okrą­żają sie­bie nawza­jem, obra­ca­jąc się wokół wspól­nego środka cięż­ko­ści, który ukie­run­ko­wuje oba ciała nie­bie­skie i kształ­tuje ich wspól­no­tową histo­rię.

Obec­nie Księ­życ kie­ruje migra­cjami, repro­duk­cją, ruchem liści, a być może nawet prze­pły­wem krwi w naszych żyłach. Dyry­guje sym­fo­nią życia na Ziemi - od ludzi, któ­rzy pro­wa­dzą ze sobą wojny, po polipy korali, z któ­rych skła­dają się rafy kora­lowe Tarawy. Prze­wo­dził ewo­lu­cji od pierw­szego życio­daj­nego poru­sze­nia, które nastą­piło w komi­nach hydro­ter­mal­nych w głę­bi­nach oce­anu albo w nie­wiel­kich cie­płych base­nach w stre­fach przy­brzeż­nych, przy czym w oby­dwu przy­pad­kach źró­dłem skład­ni­ków odżyw­czych były księ­ży­cowe przy­pływy.

Księ­życ czyni Zie­mię wyjąt­kową - z pew­no­ścią w naszym Ukła­dzie Sło­necz­nym, a być może nawet w kosmo­sie. Ukształ­to­wał nas takimi, jakimi jeste­śmy, w spo­sób, który naukowcy i naukow­czy­nie dopiero zaczy­nają rozu­mieć, od naszej fizjo­lo­gii po psy­cho­lo­gię. Księ­życ nauczył nas, jak możemy mie­rzyć czas, co wyko­rzy­sta­li­śmy do tego, by zapro­wa­dzić porzą­dek w świe­cie. Księ­życ stał się inspi­ra­cją dla ludz­kich przed­się­wzięć: reli­gij­nych, filo­zo­ficz­nych, nauko­wych i odkryw­czych.

Niniej­sza książka to histo­ria naszej podróży w towa­rzy­stwie Księ­życa przed­sta­wiona w trzech czę­ściach. Mowa w niej o tym, jak powstał Księ­życ, jak nas stwo­rzył i jak go sobie wyobra­żamy. Nie jest to jedy­nie pozy­cja o astro­no­mii ani też o misjach Apollo, choć zarówno astro­no­mia, jak i owe misje są nie­ro­ze­rwal­nie zwią­zane z ludzką podróżą u boku Srebr­nego Globu. Jest to bowiem książka o cza­sie, życiu na Ziemi, ludz­kiej cywi­li­za­cji, naszym miej­scu we wszech­świe­cie i o tym, jak to wszystko stało się moż­liwe wła­śnie dzięki Księ­życowi. Mam nadzieję, że ta książka zmieni wasze myśle­nie o tych wszyst­kich spra­wach. I trzy­mam kciuki, by zmie­niła rów­nież spo­sób, w jaki postrze­ga­cie Księ­życ, odwiecz­nego towa­rzy­sza naszego świata. Mam nadzieję, że dostrze­że­cie go na nowo, gdy następ­nym razem wyj­dzie­cie na nocny spa­cer.

Rozdział 1. Inny świat

ROZ­DZIAŁ 1

Inny świat

Księ­życ jest inny.

Ani tro­chę nie przy­po­mina Ziemi, tej wil­got­nej bańki nie­praw­do­po­dob­nie tęt­nią­cej życiem we wszech­świe­cie nico­ści. Księ­życ pozo­staje jałowy przez całe nie­wy­obra­żal­nie dłu­gie cztery i pół miliarda lat, odkąd towa­rzy­szy naszej pla­ne­cie. Księ­życ jest mil­czący. Nie sły­chać na nim cyka­nia świersz­czy, wycia kojo­tów ani noc­nego wia­tru poru­sza­ją­cego sosny. Jest na nim sucho, przy­naj­mniej na powierzchni. Żadne fale nie roz­bi­jają się o brzeg, nie ma prze­lot­nych desz­czy, zero śniegu. To poorane kra­te­rami pust­ko­wie, które wydziela zapach zga­szo­nych petard. Na Księ­życu panuje pie­kący skwar pod­czas nie­koń­czą­cego się dnia i lodo­waty mróz w trak­cie cią­gną­cej się nocy.

Księ­ży­cowy kra­jo­braz wystę­puje w skali sza­ro­ści, choć można w nim dostrzec róż­no­barwne plamy: orze­chową, cze­ko­la­dową, pia­skową, kre­dową, złotą, musz­tar­dową oraz - jak wyra­ził się astro­nauta z Apolla 11, Michael Col­lins - "kolor wiśniowy"11.

Pro­mie­nie sło­neczne na pozba­wio­nym powie­trza Księ­życu pła­tają czło­wie­kowi figle, wypa­cza­jąc u odwie­dza­ją­cych go astro­nau­tów postrze­ga­nie głębi kra­te­rów i kątów nachy­le­nia zbo­czy, przez co drobne wznie­sie­nia wydają się wynio­słymi szczy­tami. Domi­nuje mono­to­nia. Nie ma błę­ki­tów, próżno szu­kać tu zie­leni. Pro­mie­nie Słońca nie roz­pra­szają się w wil­got­nej atmos­fe­rze. Poro­sty nie oble­kają księ­ży­co­wych skał. W księ­ży­co­wej gle­bie nie roz­wi­jają się żadne bak­te­rie, które mogłyby przy­czy­nić się do roz­kwitu roślin. Nad gło­wami nie roz­brzmie­wają pta­sie trele, nie widać mró­wek pod sto­pami, zresztą nie uświad­czymy tu także żad­nych innych gatun­ków zwie­rząt. Na Księ­życu nie ma niczego ani nikogo. Przed lądo­wa­niem Apolla żadna istota ni­gdy nie spoj­rzała na czarne księ­ży­cowe niebo i nie zasta­na­wiała się nad swoim miej­scem w tym wszyst­kim. Ni­gdy wcze­śniej nikt nie wpa­try­wał się w sier­po­watą Zie­mię i nie dumał nad zło­że­niem jej wizyty. Nie było żad­nej innej kul­tury prócz tej, którą przy­wieź­li­śmy ze sobą.

Księ­życ nie opo­wiada o sobie żad­nej histo­rii, mówi jed­nak wiele o nas. Pro­jek­tu­jemy nasze marze­nia i nasz zapał na jego mar­mur­ko­watą powierzch­nię, która służy nam za lustro - dosłow­nie i w prze­no­śni. Odbija bowiem świa­tło sło­neczne, a nawet wła­sne świa­tło Ziemi, sza­rawy ziem­ski blask, kie­ru­jąc je z powro­tem w naszą stronę. Możemy zaob­ser­wo­wać to zja­wi­sko, kiedy sierp Księ­życa znaj­duje się mię­dzy nowiem a pierw­szą lub trze­cią kwa­drą, mimo to jego cała tar­cza jest lekko dostrze­galna. Księ­życ to odwrot­ność Ziemi, opu­sto­szała skała, któ­rej bli­zny szep­czą o burz­li­wej prze­szło­ści naszego świata i uwy­dat­niają jego roz­pustne ogrody barw i życia. Księ­życ zawiera tylko to, co mie­ści się w naszej wyobraźni. Sta­nowi przy­stań tylko dla tego, co zacu­mo­wa­li­śmy w jego morzach.

Od zara­nia dzie­jów Księ­życ kon­tro­lo­wał życie na Ziemi i prze­wo­dził roz­gry­wa­ją­cej się w ludz­kim umy­śle wspa­nia­łej wypra­wie, peł­nej myśli, cudów, wła­dzy, wie­dzy i mitów. Jed­nak ta sza­leń­cza, róż­no­rodna ziem­ska histo­ria skrywa prawdę o Srebr­nym Glo­bie. Jak­kol­wiek żywa i barwna byłaby nasza wspólna histo­ria, to sam Księ­życ jest cichy, ste­rylny i mar­twy.

Ale nie zawsze tak było: kiedy Księ­życ był młody, kipiał ener­gią i żarem, posia­dał pole magne­tyczne, oce­any lawy i być może czynną sko­rupę, taką jak ta, która kształ­tuje i marsz­czy obli­cze naszej pla­nety. Ale nie było nikogo, kto mógłby zoba­czyć na wła­sne oczy ten pełen życia okres jego roz­woju. Jedyny Księ­życ, który kie­dy­kol­wiek pozna­li­śmy, to ten spo­glą­da­jący na nas swoim wid­mo­wym obli­czem, dwu­wy­mia­ro­wym, zim­nym i nie­mym.

Nie dzieje się tam nic poza oka­zjo­nal­nym prze­lo­tem pla­ne­to­idy albo krót­ko­trwa­łym gwał­tow­nym wzbi­ciem się tumanu kurzu po roz­trza­ska­niu się lub wylą­do­wa­niu statku kosmicz­nego. Nic nie zadziera głowy w niebo, nic nie oddy­cha, nic nie ma nadziei.

Kiedy astro­nauta z Apolla 11, Buzz Aldrin, posta­wił krok na Księ­życu w 1969 roku, opi­sał swoje oto­cze­nie jako "wspa­niałe pust­ko­wie"12. Jego słów jesz­cze nic nie zdo­łało prze­bić. Trudno porów­nać Księ­życ z czym­kol­wiek, co jest nam znane, ponie­waż wszystko, co zna­jome, znaj­duje się na Ziemi.

Nawet z per­spek­tywy orbity Zie­mia wygląda jak dom, na jej widok czu­jemy się jak u sie­bie. Astro­nauci dono­szą, że wpa­try­wa­nie się w naszą pla­netę z góry to jedno z naj­bar­dziej eks­cy­tu­ją­cych doświad­czeń pod­czas pobytu w kosmo­sie. Tu jest nasze miej­sce. Cie­niutka war­stwa ziem­skiej atmos­fery, pną­cza z chmur, zie­le­nie­jące kon­ty­nenty i głę­bo­kie, nie­bie­skie oce­any przy­wo­łują nas. Księ­życ nas tak nie nęci, jak wspo­mina Col­lins, który okrą­żył go w poje­dynkę, ale nie posta­wił na nim stopy. Trudno zna­leźć pocie­chę w "uschnię­tej, spa­lo­nej słoń­cem pestce brzo­skwini, którą widzę za oknem. Zapro­sze­nie od niego jest mono­tonne i zaadre­so­wane wyłącz­nie do geo­lo­gów" - napi­sał w swo­ich wspo­mnie­niach pod tytu­łem Nio­sąc pło­mień13.

Ludzie to istoty postrze­ga­jące świat przez zmy­sły, a na Księ­życu trudno o znane nam bodźce. Gdy­by­ście wybrali się z wizytą na Srebrny Glob, to mogli­by­ście odbie­rać sprzeczne uczu­cia nie­do­statku i przy­tło­cze­nia zara­zem. Za każ­dym razem, gdy­by­ście wyszli na zewnątrz - rzecz jasna w ska­fan­drze - a potem powró­cili do środka i zdjęli kom­bi­ne­zon, Księ­życ robiłby na was wra­że­nie. Byli­by­ście samotni, roz­grzani i zara­zem czu­li­by­ście, że zama­rza­cie, byli­by­ście prze­ra­żeni i jed­no­cze­śnie niczym w eks­ta­zie, czu­li­by­ście się nad­ludźmi i jed­no­cze­śnie tak, jak­by­ście nic nie zna­czyli - i to wszystko w odstę­pie chwili, a może wszyst­kie te dozna­nia towa­rzy­szy­łyby wam jed­no­cze­śnie. Topo­gra­fia i wnę­trze Księ­życa, jego atmos­fera - wszystko to jest tak inne od tego, co znamy.

Człon­ko­wie załogi Apolla 11, któ­rzy sta­nęli na Księ­życu, Neil Arm­strong i Buzz Aldrin, byli pierw­szymi ludźmi, któ­rzy doświad­czyli tzw. aler­gii księ­ży­co­wej. Pył księ­ży­cowy pokrył ich ska­fan­dry i buty, a wkrótce dostał się też do wnę­trza lądow­nika Eagle. Astro­nauci czuli się tak roz­draż­nieni z jego powodu, że spali w heł­mach, żeby nie wdy­chać nocą księ­ży­cowych dro­bi­nek. Astro­nauci uczest­ni­czący w póź­niej­szych misjach zauwa­żyli, że kurz zary­so­wał osłony prze­ciw­sło­neczne w ich przy­łbi­cach i znisz­czył uszczelki w pojem­ni­kach z prób­kami skal­nymi, które przy­wieźli do domu. Pył księ­ży­cowy może wywo­łać pewną postać kataru sien­nego, spra­wiać, że oczy astro­nau­tów będą swę­działy i łza­wiły, a w gar­dłach poja­wią się dra­pa­nie i ból. W prze­ci­wień­stwie do ziem­skiego kurzu, który składa się głów­nie z mate­rii orga­nicz­nej, pył księ­ży­cowy jest startą na proch skałą - a jako że wokół nie ma wody czy wia­tru, nic nie może wygła­dzić ostrych kra­wę­dzi jego zia­re­nek. To tak jakby wdy­chać papier ścierny.

W sumie jed­nak astro­nau­tom i tak się poszczę­ściło, ponie­waż obec­ność pyłu oka­zała się dla nich tylko pewną nie­do­god­no­ścią. Zespół naukowy z NASA prze­strzegł ich, że może on reago­wać z tle­nem. Aldrin i Arm­strong mieli uwa­żać na pobraną szybko losową próbkę, nie­wielką księ­ży­cową kulkę, którą Arm­strong wci­snął do kie­szeni chwilę po tym, jak opu­ścił lądow­nik Eagle. Kiedy Aldrin i Arm­strong wró­cili do środka, z uwagą obser­wo­wali pył, pod­czas gdy w kabi­nie lądow­nika pod­no­szono ciśnie­nie. Gdyby coś zaczęło się tlić, mieli otwo­rzyć właz i wyrzu­cić kawa­łek skały. Po tej pró­bie obaj męż­czyźni byli cał­ko­wi­cie zaku­rzeni.

"To coś zda­wało się przy­wie­rać do róż­nych rze­czy i tam zosta­wać" - powie­dział Aldrin. "Nie było mowy, żeby to ode­rwać"14. Jeśli coś mia­łoby się zapa­lić, to ich ska­fan­dry.

Osta­tecz­nie oka­zało się, że pył nie wcho­dzi w reak­cję z tle­nem, ale wydziela taki zapach, jakby z nim reago­wał. Księ­życ ma draż­niącą woń, przy­po­mi­na­jącą tę, jaka roz­cho­dzi się tuż po zga­śnię­ciu fajer­wer­ków. Wła­śnie tak Aldrin opi­sał zapach w kap­sule, kiedy razem z Arm­stron­giem wró­cili do niej po krót­kim poby­cie na zewnątrz i zdjęli hełmy. Arm­strong stwier­dził, że był to "zapach mokrego popiołu", niczym na polu namio­to­wym nocą, po zga­sze­niu ogni­ska15. Astro­nauta z załogi Apolla 17, Har­ri­son "Jack" Schmitt, nazwał to wonią pro­chu strzel­ni­czego16.

Księ­życ jest nie­ustan­nie bom­bar­do­wany świa­tłem sło­necz­nym i pro­mie­nio­wa­niem pocho­dzą­cym z gwiazd oraz innych kosmicz­nych źró­deł, a także ude­rze­niami pla­ne­toid w pro­ce­sie będą­cym swego rodzaju kosmicz­nym ogrod­nic­twem (ang. gar­de­ning). Wszyst­kie te dzia­ła­nia roz­sz­cze­piają atomy w "rego­li­cie", war­stwie luź­nej, zwie­trza­łej skały pokry­wa­ją­cej Księ­życ. Księ­życowy rego­lit mniej wię­cej w czter­dzie­stu trzech pro­cen­tach składa się z tlenu, zatem więk­szość roz­sia­nych ato­mów to wła­śnie atomy tlenu. To samo doty­czy pro­chu strzel­ni­czego. Kiedy się zapala, zawarte w nim sub­stan­cje che­miczne uwal­niają znaczne ilo­ści tlenu, dodat­kowo wzmac­nia­jąc wybuch. Zapach, który wyczuli astro­nauci, był pozo­sta­ło­ścią po ato­mach roz­ry­wa­nych przez mikro­sko­pijne, nie­wi­dzialne cząstki pro­mie­nio­wa­nia.

Współ­cze­śnie wciąż jest to przed­mio­tem nauko­wej dys­ku­sji mię­dzy innymi dla­tego, że księ­ży­cowe skały utra­ciły swój zapach. Kiedy badacz otwiera dziś wore­czek z kamie­niem z Księ­życa - nie­za­leż­nie od tego, jak ostroż­nie skała została odłu­pana i zapa­ko­wana w Labo­ra­to­rium Pró­bek Księ­ży­co­wych Naro­do­wej Agen­cji Aero­nau­tyki i Prze­strzeni Kosmicz­nej - nie poja­wia się nie­znana woń. Nikt nie może z peł­nym prze­ko­na­niem stwier­dzić, dla­czego zapach wie­trzeje, gdy skały są wysta­wione na dzia­ła­nie czło­wieka i Ziemi.

Po tym, jak przy­wy­kli­by­ście do nie­ustan­nego zapa­chu petard panu­ją­cego na Księ­życu, zauwa­ży­li­by­ście bez­u­stanną suchość. Srebrny Glob to wysu­szone na wiór miej­sce i bar­dzo zatę­sk­ni­li­by­ście za wszech­obec­no­ścią wody, któ­rej doświad­cza­li­ście w całym swoim świa­do­mym życiu. Kusi­łaby was za każ­dym razem, gdy widzie­li­by­ście Zie­mię. Choć znamy i lubimy nasze kon­ty­nenty i góry, to nie ląd domi­nuje wygląd pla­nety, z oddali wyróż­nia ją przede wszyst­kim woda - nie­bie­ska oznaka spo­koju i cie­pła.

Przez więk­szość dzie­jów ludz­kość sądziła, że na Księ­życu też są oce­any. Astro­no­mo­wie na prze­strzeni stu­leci byli prze­ko­nani, że ciemne plamy na naszym sate­li­cie to wła­śnie księ­ży­cowe morza. Sie­dem­na­sto- i osiem­na­sto­wieczni naukowcy z obse­sją na punk­cie Księ­życa mocno wie­rzyli w to, że na jego powierzchni wystę­pują liczne oce­any, jeziora i zatoki. Mare Tra­nqu­il­li­ta­tis (Morze Spo­koju), gdzie wylą­do­wał Apollo 11, było praw­dzi­wym morzem w wyobraźni kar­to­grafa Księ­życa, Gio­van­niego Bat­ti­sty Ric­cio­lego, jezu­ity, który obda­ro­wał nas nowo­żyt­nym nazew­nic­twem Srebr­nego Globu w 1651 roku. Ciem­niej­sze plamy nazy­wamy zbior­czo maria, co po łaci­nie ozna­cza "morza". Tak naprawdę, jak nauczyły nas księ­ży­cowe skały, owe morza są prze­past­nymi rów­ni­nami zasty­głej lawy.

Choć Księ­życ może wyda­wać się pyli­stym, suchym, zio­ną­cym pustką morzem, to posiada wodę. Jeśli wie­rzyć róż­nym narzę­dziom badaw­czym, ma jej cał­kiem sporo. Pro­blem polega na tym, że woda jest uwię­ziona w rego­li­cie w postaci uwod­nio­nych mine­ra­łów lub ist­nieje w postaci lodu na zawsze ukry­tego w kra­te­rach, do któ­rych ni­gdy nie dociera świa­tło sło­neczne. Woda w płyn­nej postaci nie może ist­nieć na Księ­życu. Nie ma tam atmos­fery, która utrzy­muje wodę w sta­nie cie­kłym, więc owa woda natych­miast by wypa­ro­wała, a obecny w niej wodór ule­ciałby w kosmos. Każdy, kto w przy­szło­ści zapra­gnie odwie­dzić Księ­życ i zdo­być dostęp do tam­tej­szej wody, będzie musiał być doprawdy uta­len­to­wa­nym che­mi­kiem, bie­głym w uwal­nia­niu wody ze skały.

Bar­dzo nie­wiele miejsc na Ziemi przy­po­mina kra­jo­braz księ­ży­cowy mię­dzy innymi dla­tego, że woda wystę­puje pra­wie wszę­dzie na naszej pla­ne­cie. Ziem­ska woda roz­mięk­cza i kru­szy skałę. W połą­cze­niu z wia­trem woda to nisz­czy­ciel­ski żywioł świa­tów. Potrafi dopro­wa­dzić do powsta­nia i znik­nię­cia całych łań­cu­chów gór­skich. Woda ściera także kra­tery. Choć na­dal nie usta­lono, kiedy poja­wił się i ile trwał deszcz pla­ne­toid, to wiemy, że Zie­mia została nim zbom­bar­do­wana dawno temu, a jed­nak nie ma dziś żad­nych śla­dów po tej bitwie. Za to Księ­życ, pozba­wiony wody i wia­tru, zacho­wuje świa­dec­two tego pier­wot­nego pogromu. Powstałe w ten spo­sób kra­tery spła­tały nie­je­den figiel ludz­kiemu umy­słowi.

W 2019 roku mały chiń­ski robot Chang'e 4 wylą­do­wał na nie­wi­docz­nej z Ziemi stro­nie Księ­życa - było to pierw­sze takie osią­gnię­cie w histo­rii. Kilka mie­sięcy po lądo­wa­niu chiń­ski nauko­wiec Long Xiao opu­bli­ko­wał wideo przed­sta­wia­jące zbli­ża­nie się lądow­nika do księ­ży­co­wej powierzchni. Wyglą­dało to jak ani­ma­cja frak­tala. Każdy kra­ter robił się coraz więk­szy w polu widze­nia lądow­nika, po czym w dużych kra­terach uka­zy­wały się mniej­sze, a owe mniej­sze kra­tery także stop­niowo się zwięk­szały, aż poja­wiły się w nich maleń­kie kra­tery i tak dalej. Z cza­sem osoba odwie­dza­jąca Księ­życ zaczę­łaby roz­po­zna­wać kon­kretne kształty i leje owych kra­terów, tak samo jak ja roz­po­znaję moje ulu­bione szczyty gór­skie. Na­dal jed­nak trudno byłoby wam się prze­miesz­czać wokół nich, nie tylko dla­tego, że można się o nie potknąć i prze­wró­cić. Trudno byłoby się poru­szać, ponie­waż wasz umysł miałby kło­poty z inter­pre­to­wa­niem tego, co widzia­łyby wasze oczy.

Kra­tery na Księ­życu rzu­cają dzi­waczne cie­nie, wypa­cza­jące kra­jo­braz niczym krzywe lustra w weso­łym mia­steczku. Skrajny kon­trast mię­dzy ciem­no­ścią kosmosu a jaskrawą bielą Księ­życa potrafi nabrać mózg astro­nauty. Pod­czas misji Apollo 12 Char­les "Pete" Con­rad i Alan Bean zauwa­żyli, że wszyst­kie kra­tery wydają się tego samego koloru, zwłasz­cza z bli­ska.

"Kolory były zwod­ni­cze. Pamię­tam, jak pod­czas pierw­szego spa­ceru na Księ­życu oglą­da­łem skały wokół modułu księ­ży­co­wego i uzna­wa­łem, że praw­do­po­dob­nie są sza­ro­brą­zowe lub jasno­szare" - wspo­mi­nał Bean, który po odej­ściu z NASA został mala­rzem i pró­bo­wał za pośred­nic­twem sztuki wyra­zić to, co widział. "W trak­cie dru­giego spa­ceru dokład­nie po tych samych miej­scach, choć wtedy nie byłem tego świa­domy, mówi­łem, że są jasno­brą­zowe. Myśla­łem, że wszyst­kie skały miały jasno­be­żowy nalot, choć pierw­szego dnia sądzi­łem, że jest on jasno­szary. Teraz mam wra­że­nie, że wnę­trze wszyst­kich skał przy­po­mi­na­łoby ciem­no­szary bazalt, choć nie­znacz­nie róż­ni­łyby się fak­turą, kształ­tem i tym podob­nym. Ponadto za każ­dym z dwóch razów, gdy wra­ca­li­śmy do lądow­nika, nasze ska­fan­dry były tak samo szare. Widzia­łem tylko ciemną sza­rość, ni­gdy żad­nych brą­zów, które zauwa­ży­łem na zewnątrz".

Świa­tło nabie­rało astro­nau­tów też w inny spo­sób. Misje Apollo docie­rały na miej­sce, gdy Słońce wisiało nisko na księ­ży­co­wym nie­bie, dzięki czemu załoga wyraź­nie widziała cie­nie rzu­cane przez kra­tery. Con­rad i Bean wylą­do­wali w pobliżu "ter­mi­na­tora", gra­nicy mię­dzy księ­ży­co­wym dniem (oświe­tloną stroną) a nocą (nieoświe­tloną stroną). Było tuż po wscho­dzie Słońca czasu księ­ży­co­wego; Słońce wzno­siło się wów­czas tylko około pię­ciu stopni nad hory­zon­tem. Unie­ście pięść i wyce­luj­cie ją w hory­zont - kiedy Apollo 12 wylą­do­wał, Słońce uno­siło się nad powierzch­nią tam, gdzie znaj­dują się wasze knyk­cie.

Bean i Con­rad wylą­do­wali tylko sto sześć­dzie­siąt cztery metry od małego lądow­nika Surveyor 3, który osiadł na Księ­życu w 1968 roku. Maszyna wylą­do­wała tak bli­sko, ponie­waż grono naukowe na Ziemi chciało dowie­dzieć się, jak surowe księ­ży­cowe warunki wpły­nęły na wcze­śniej­szy pojazd. Astro­nauci poszli to spraw­dzić, ale oba­wiali się, że kra­tery po dro­dze okażą się zdra­dliwe.

"Możemy mieć drobne kło­poty z dotar­ciem do kra­teru Blocky. Nie jestem pewien, czy to złu­dze­nie optyczne, ale zdaje się, że ściana, na któ­rej znaj­duje się Surveyor, jest nachy­lona pod kątem znacz­nie więk­szym niż czter­na­ście [stopni]" - nadał Bean do Houston.

W pew­nym momen­cie dwóch astro­nau­tów spa­ce­ru­ją­cych po Księ­życu pod­jęło się dokład­niej­szej oceny tych wymia­rów. Con­rad chwy­cił kamień wiel­ko­ści grejp­fruta i sto­czył go ze zbo­cza. Póź­niej dowódcy w Houston popro­sili go, by zszedł się do kra­teru (także myląco nazwa­nego Surveyor) i zebrał tro­chę mate­riału z pod­łoża. "Tu jest okrop­nie stromo" - odparł Con­rad, odma­wia­jąc wyko­na­nia prośby. "Zbiorę tro­chę kamieni przy kra­wę­dzi".

Surveyor, sze­roki na pra­wie dwie­ście metrów kra­ter ude­rze­niowy, ma zbo­cza nachy­lone pod kątem dwu­dzie­stu jeden stopni, co umoż­li­wia łatwy i przy­jemny spa­cer w dół. Cie­nie spra­wiły, że pochy­łość wyglą­dała na bar­dziej nie­bez­pieczną, niż w isto­cie była17.

Rów­nież poza stro­mymi zbo­czami kra­te­rów powierzch­nia Księ­życa faluje niczym oce­any, co skło­niło do nada­nia lawo­wym rów­ni­nom mor­skich nazw. W zasa­dzie na Księ­życu mogą wystę­po­wać fale. Na długo po tym, jak ostygł, two­rząc stałą kulę, na­dal wyka­zuje pewną aktyw­ność geo­lo­giczną.

Bean i Con­rad - podob­nie jak robili to ich następcy z misji Apollo 14, 15 i 16 - pozo­sta­wili na Księ­życu sej­smo­gra­ficzną sta­cję pomia­rową. Przy­rządy te wykry­wają aktyw­ność sej­smiczną głę­boko pod powierzch­nią Księ­życa. Geo­log Jack Schmitt pod­czas spa­ce­rów na Księ­życu w trak­cie misji Apollo 17 zauwa­żył księ­ży­cowe struk­tury geo­lo­giczne będące dal­szym dowo­dem aktyw­no­ści sej­smicz­nej. Trzy­na­stego grud­nia 1972 roku razem z Gene'em Cer­na­nem zapar­ko­wali pojazd kosmiczny w doli­nie zwa­nej Tau­rus-Lit­trow, w obrę­bie księ­ży­cowego Mare Sere­ni­ta­tis (Morza Jasno­ści). Eks­plo­ro­wali szare wzgó­rze zwane Masy­wem Pół­noc­nym.

Schmitt zauwa­żył to pierw­szy.

- Hej, spójrz, jak wznosi się ta skarpa - powie­dział. - Tam jest wyraźna zmiana fak­tury.

- Dobra. O, fak­tycz­nie, widzę, o co ci cho­dzi. Wygląda, jakby skarpa nacho­dziła na Masyw Pół­nocny, prawda? - dodał Cer­nan.

- Tak - odpo­wie­dział Schmitt. Do Houston nadał opis zaob­ser­wo­wa­nego zja­wi­ska: - Styk skarpy z Masy­wem Pół­noc­nym wygląda tak, jakby skarpa miała gład­szą fak­turę, mniej kra­te­ro­watą i z pew­no­ścią mniej pooraną liniami. Wcale bym się nie zdzi­wił, gdyby, jak powie­dział Gene, była młod­sza18.

Miał na myśli to, że skarpa powstała już po ufor­mo­wa­niu się góry. Coś prze­kształ­ciło powierzch­nię Księ­życa. Nie mylił się. W bada­niu z 2019 roku zespół naukow­ców po raz pierw­szy połą­czył dane na temat wstrzą­sów ze sta­cji sej­smicz­nych roz­sta­wio­nych przez Apolla z uak­tu­al­nio­nym obra­zo­wa­niem kra­jo­brazu księ­ży­co­wego i wyka­zał, że obec­nie Księ­życ jest aktywny geo­lo­gicz­nie19. Srebrny Glob wytwa­rza głazy. For­muje sterty kamieni. Powstają osu­wi­ska, z któ­rych two­rzą się skarpy takie jak Lee-Lin­coln, mające wygląd ramie­nia unie­sio­nego we wzru­sze­niu. Księ­życ posiada linie usko­ków, w któ­rych regu­lar­nie wystę­pują księ­ży­cowe trzę­sie­nia, na tyle dyna­miczne, by wstrzą­snąć astro­nautą - lub przy­szłą sie­dzibą miesz­kalną.

Nasz sate­lita - w prze­ci­wień­stwie do Ziemi - nie ma rucho­mej sko­rupy. Jego wewnętrzne drga­nia wyni­kają z siły pły­wo­wej wytwo­rzo­nej mię­dzy Księ­ży­cem a Zie­mią i sta­no­wią pozo­sta­łość po jego pier­wot­nym cie­ple. Gdy Księ­życ sty­gnie - co nastę­puje do dziś, po czte­rech i pół miliar­dach lat od jego powsta­nia - kur­czy się. Jego sko­rupa marsz­czy się i zapada, jak wino­grono zamie­nia­jące się w rodzynkę.

Owe trzę­sie­nia wydają się dość czę­ste. Czwarta sta­cja sej­smiczna Apollo nali­czyła dwa­na­ście tysięcy przy­pad­ków wystą­pie­nia aktyw­no­ści sej­smicz­nej, łącz­nie z dwu­dzie­stoma ośmioma płyt­kimi trzę­sie­niami od 1969 do 1977 roku20. Płyt­sze trzę­sie­nia przy­po­mi­nają wstrząsy, któ­rych doświad­czamy na Ziemi. Przez te osiem lat trzę­sie­nie wystę­po­wało co kilka dni. To zna­czy ziem­skich dób. Doba na księ­życu jest czymś zupeł­nie innym.

"Dzień" na Księ­życu ozna­cza pełny obrót wokół wła­snej osi oraz jedno okrą­że­nie Ziemi, co trwa dwa­dzie­ścia sie­dem ziem­skich dób, sie­dem godzin, czter­dzie­ści trzy minuty i dwa­na­ście sekund. Nazy­wamy to mie­sią­cem gwiaz­do­wym (syde­rycz­nym), ponie­waż tyle czasu potrze­buje Księ­życ na to, by raz okrą­żyć Zie­mię po orbi­cie i wró­cić do tego samego poło­że­nia wzglę­dem gwiazd. Choć układ Zie­mia- Księ­życ obraca się wokół Słońca, to Słońce potrze­buje tro­chę wię­cej czasu, by wró­cić w to samo miej­sce na księ­ży­co­wym nie­bie. Mie­siąc syno­dyczny (tak zwana luna­cja) odpo­wiada jed­nemu peł­nemu cyklowi faz Księ­życa widocz­nemu z Ziemi. Z punktu widze­nia Księ­życa mie­siąc syno­dyczny ozna­cza czas mię­dzy kolej­nymi wscho­dami Słońca 21 w tym samym miej­scu na jego powierzchni. Nie­ważne, gdzie sto­icie, trwa on dwa­dzie­ścia dzie­więć i pół ziem­skiej doby.

Innymi słowy, gdy­by­ście stali na Księ­życu, musiałby upły­nąć cały ziem­ski mie­siąc, żeby Słońce wze­szło, zaszło i znów wze­szło. Ozna­cza to też, że świa­tło dzienne świeci tam dwa tygo­dnie - tak samo długo trwa noc. Potrze­bo­wa­li­by­ście spe­cjal­nego sprzętu, by prze­żyć w takich warun­kach. Nawet naj­bar­dziej zaawan­so­wane statki kosmiczne, jakie potra­fimy skon­stru­ować, pod­dają się lodo­wa­tej ciem­no­ści księ­ży­co­wej nocy, pod­czas któ­rej tem­pe­ra­tura spada do pra­wie minus stu czter­dzie­stu dzie­wię­ciu stopni Cel­sju­sza. Pod­czas dnia na Księ­życu panuje skwar: śred­nia tem­pe­ra­tura na księ­ży­co­wym rów­niku wynosi wtedy nie­mal sto dzie­więt­na­ście stopni Cel­sju­sza22. Na nie­które głę­bo­kie kra­tery, z któ­rych część skrywa w swo­ich wnę­trzach nie­zbędny czło­wie­kowi do prze­trwa­nia lód, ni­gdy nie padają pro­mie­nie sło­neczne.

Pod­czas misji Apollo 11 Arm­strong i Aldrin mieli trud­no­ści ze spa­niem w lądow­niku. Pył był iry­tu­jący, ale kiedy wło­żyli ska­fan­dry, by się przed nim uchro­nić, zaczęli trząść się z zimna. Kli­ma­ty­za­cja w kom­bi­ne­zo­nach miała zapew­nić im kom­fort pod­czas gorą­cego księ­ży­co­wego dnia - jed­nak z jej powodu mar­zli wewnątrz lądow­nika. Każdy, kto w przy­szło­ści wybrałby się z wizytą na Księ­życ, potrze­bo­wałby sys­temu pod­trzy­mu­ją­cego go przy życiu, który pozwa­lałby prze­trwać w skraj­nych tem­pe­ra­tu­rach na Srebr­nym Glo­bie.

Dobra wia­do­mość jest taka, że pew­nie nie prze­szka­dza­łoby wam cho­dze­nie w czymś, co jest wła­ści­wie prze­no­śnym domem. Siła gra­wi­ta­cyjna Księ­życa równa się jed­nej szó­stej ziem­skiej, co spra­wia, że wszystko wydaje się lżej­sze. Waży­li­by­ście tylko 16,6 pro­cent tego, co waży­cie na Ziemi, więc ska­fan­der kosmiczny nie byłby żad­nym cię­ża­rem. Choć może uda­łoby się wam, jak­kol­wiek z tru­dem, stać pro­sto, to wielu astro­nau­tów misji Apollo prze­wró­ciło się zaraz po wyj­ściu na powierzch­nię Księ­życa.

Współ­cze­sne bada­nia poka­zują, dla­czego tak się dzieje i że może za tym stać coś wię­cej niż sztuczka świetlna, na którą dali się nabrać Bean z Con­ra­dem. W eks­pe­ry­men­cie prze­pro­wa­dzo­nym w 2014 roku w Toronto ochot­nicy obra­cali się na gigan­tycz­nym wiru­ją­cym ramie­niu, co miało symu­lo­wać różne poziomy gra­wi­ta­cji23. Kiedy się tak krę­cili, pró­bu­jąc powstrzy­mać wymioty, poka­zy­wano im literę "p". Odczy­ty­wali ją jako "p" lub "d", w zależ­no­ści od tego, gdzie, ich zda­niem, znaj­do­wała się góra. Nie byli odchy­leni w trak­cie wiro­wa­nia, to zmiana gra­wi­ta­cji ich zmy­liła. Oka­zuje się, że ludzie potrze­bują około pięt­na­stu pro­cent gra­wi­ta­cyj­nej siły Ziemi, by wyczu­wać, gdzie jest góra. Gra­wi­ta­cja Księ­życa jest tylko odro­binę więk­sza i wynosi około 16,6 pro­cent tej ziem­skiej. Słab­sze oddzia­ły­wa­nie sił gra­wi­ta­cyj­nych i wyni­ka­jąca z tego dez­orien­ta­cja mogą tłu­ma­czyć, dla­czego tak trudno cho­dzić po Księ­życu.

Sprawę dodat­kowo pogar­sza to, że wydaje się, jakby czas tu sta­nął. Pły­nie zgod­nie z biciem waszego serca, a być może także zgod­nie z pika­niem sys­temu pod­trzy­mu­ją­cego życie w ska­fan­drze kosmicz­nym, ale gdy­by­ście po pro­stu stali tak przez godzinę lub dwie w ciszy, nie zauwa­ży­li­by­ście żad­nego upływu czasu. Nie ma dłu­gich cieni rzu­ca­nych przez Słońce w samo połu­dnie. Nie ma zmiany kąta pada­nia świa­tła ani pręd­ko­ści wia­nia wia­tru. Jed­no­cze­śnie, choć świa­do­mie nie zauwa­ży­li­by­ście mija­ją­cego czasu, to wasze ciało by go odczuło.

Zwy­kle nie zauważa się czasu tak, jak wyczuwa się zapach lub dotyk, ale postrze­ga­nie jego upływu jest odczu­ciem jak każde inne, obec­nym we wszyst­kich komór­kach waszego orga­ni­zmu, jak i w orga­ni­zmach każ­dej innej żywej istoty. Nie jest nam znana żadna forma życia, która nie prze­ja­wia­łaby jakich­kol­wiek rodza­jów aktyw­no­ści zależ­nej od czasu. Rytm dobowy zsyn­chro­ni­zo­wany jest z cyklem świa­tła i ciem­no­ści - z pew­nymi spe­cjal­nymi księ­ży­co­wymi wyjąt­kami - bo wła­śnie tyle trwa doba na Ziemi, odkąd ist­nieje na niej wie­lo­ko­mór­kowe życie. Kiedy świa­tło świeci bez prze­rwy przez dwa tygo­dnie, zegar oko­ło­do­bowy, w naj­lep­szym wypadku, zaczyna się roz­re­gu­lo­wy­wać.

Nie­które aspekty czasu na Księ­życu wydają się bar­dziej zna­jome. Srebrny Glob doświad­cza prze­si­leń i rów­no­nocy, tak samo jak Zie­mia, jed­nak tylko na księ­ży­co­wych bie­gu­nach wystę­puje coś przy­po­mi­na­ją­cego pory roku. Oś Księ­życa jest nachy­lona pod kątem 1,5 stop­nia, a oś Ziemi pod kątem 23,4 stop­nia i wła­śnie dzięki temu możemy doświad­czać czte­rech pór roku. Tem­pe­ra­tura sezo­nowo pod­nosi się i opada na pół­noc­nym i połu­dnio­wym bie­gu­nie Księ­życa, gdzie kąt pada­nia pro­mieni sło­necz­nych zawsze jest skrajny. Choć oś obrotu Księ­życa jest nachy­lona tylko nie­znacz­nie, to Księ­życ prze­chyla się wzglę­dem Słońca i płasz­czy­zny, na któ­rej znaj­dują się inne pla­nety. Kiedy Słońce znaj­duje się nad rów­ni­kiem Księ­życa, na pół­noc­nej pół­kuli księ­ży­co­wej jest lato, tak samo jak na kuli ziem­skiej. Gdy Słońce prze­su­nie się poni­żej rów­nika Księ­życa, na pół­noc­nej pół­kuli panuje zima. Na Księ­życu nastę­pują też prze­si­le­nia, kiedy Słońce wydaje się zatrzy­my­wać i zmie­niać kie­ru­nek ruchu. Cywi­li­za­cje na Ziemi nauczyły się mie­rzyć te zja­wi­ska sło­neczne i wyko­rzy­sty­wać je do wyzna­cza­nia upływu czasu. Może przy­szli osad­nicy na Księ­życu ułożą kalen­darz prze­si­leń lub skon­stru­ują kalen­darz faz Ziemi, tak samo jak ludzie żyjący w epoce neo­litu opra­co­wali kalen­darze oparte na fazach Księ­życa, w któ­rych Srebrny Glob słu­żył im za prze­wod­nika.

W trak­cie księ­ży­co­wej "zimy" na pół­kuli połu­dnio­wej na więk­szej czę­ści jego bie­guna połu­dnio­wego panują na tyle niskie tem­pe­ra­tury, że zawiera ona lód, który może skła­dać się z wody lub nawet dwu­tlenku węgla (zwa­nego suchym lodem). Gdy Księ­życ zbliża się do swo­jej wła­snej rów­no­nocy, część wody zostaje uwol­niona do orbity.

Choć Księ­życ posiada wła­sną wer­sję cyklu hydro­lo­gicz­nego (natu­ral­nego obiegu wody), to nie ma na nim choćby deli­kat­nie pada­ją­cego desz­czu ani śniegu. Dźwięki burzy, jedne z typo­wych dla Ziemi odgło­sów, mogłyby oka­zać się tym, za czym naj­bar­dziej zatę­sk­ni­cie na Srebr­nym Glo­bie. Na Księ­życu nie ma żad­nych dźwię­ków. Panuje na nim cisza jak makiem zasiał. Nawet gdy­by­ście spró­bo­wali naro­bić hałasu, na przy­kład dzwo­niąc kawał­kami alu­mi­nium o sta­tek kosmiczny, nic byście nie usły­szeli. Księ­życ zasad­ni­czo pozba­wiony jest atmos­fery, posiada tylko ulotną "egzos­ferę" zło­żoną z nała­do­wa­nych czą­ste­czek i uno­szą­cego się pyłu. Jest ona zbyt cienka, by prze­no­siła dźwięk.

Pod­czas każ­dej misji Apollo astro­nauci zarówno lądo­wali na Księ­życu, jak i star­to­wali z niego przy uży­ciu rakiet, w które wypo­sa­żony był lądow­nik. Samo zde­rze­nie się z jego powierzch­nią i wystrze­le­nie z niej cze­goś wzbija tumany kurzu. Wiemy to mię­dzy innymi dzięki Beanowi z Apolla 12. Kiedy pod­szedł do wcze­śniej wyko­rzy­sty­wa­nego lądow­nika, Survey­ora, zauwa­żył, że ten zro­bił się brą­zowy po dwóch latach sta­nia na powierzchni Księ­życa. Zmiana koloru nastą­piła po wpły­wem pro­mie­nio­wa­nia sło­necz­nego i kosmicz­nego. Poza tym moduł księ­ży­cowy Apollo 12, Intre­pid, wypia­sko­wał Survey­ora, kiedy wylą­do­wał zale­d­wie pół­tora metra dalej. Część brązu została starta, tak jakby ktoś wyszo­ro­wał Survey­ora dru­cianą szczotką. Phil Met­zger, astro­nom z Uni­wer­sy­tetu Środ­ko­wej Flo­rydy, odkrył, że każde lądo­wa­nie roz­rzuca księ­ży­cową glebę po oko­licy z pręd­ko­ścią od czte­ry­stu metrów do trzech kilo­me­trów na sekundę24. Ważna jest ta ostat­nia liczba: 2,4 kilo­me­tra na sekundę to księ­ży­cowa pręd­kość ucieczki. Wła­śnie tak szybko dany obiekt musi się poru­szać, żeby uciec od gra­wi­ta­cji Księ­życa i odle­cieć w kosmos. Ozna­cza to, że każda misja Apollo wzbiła wystar­cza­jąco dużo pyłu i wypchnęła go z wystar­cza­jącą pręd­ko­ścią, by tra­fił na orbitę. Część tego pyłu na­dal krąży wokół Księ­życa, część okrąża Słońce, a część mogła nawet opaść z powro­tem na Zie­mię, skąd przy­była cztery i pół miliarda lat temu.

Ostat­nie i być może naj­bar­dziej wszech­ogar­nia­jące odczu­cie, które mie­li­by­ście na Księ­życu, byłoby ulotne. Ile razy w życiu poczu­li­ście coś na kształt szó­stego zmy­słu? Jest to coś nie­uchwyt­nego, ale wyraź­nego; po pro­stu wie­cie, że samo­chód na pasie obok za chwilę zje­dzie na bok, czu­je­cie obec­ność zwie­rzę­cia za waszymi ple­cami lub ptaka nad wami, wyczu­wa­cie, że nie jeste­ście jedy­nymi oso­bami w cichej biblio­tece.

Na Księ­życu nie poczu­li­by­ście nic takiego. Zamiast tego towa­rzy­szy­łoby wam prze­ko­na­nie, że wokół nie ma nic ani nikogo. Wszy­scy, któ­rzy kie­dy­kol­wiek ist­nieli, są tam u góry - na Ziemi. Każda istota, która kie­dy­kol­wiek żyła, zmarła, oddy­chała i kochała, prze­bywa daleko poza Księ­ży­cem, żegluje ponad wami, zdaje się krą­żyć wokół was, podob­nie jak Słońce i gwiazdy. Pierw­szą osobą, która doświad­czyła tego wra­że­nia, był Col­lins uczest­ni­czący w misji Apollo 11. Kiedy uno­sił się nad nie­wi­doczną stroną Księ­życa, bez kon­taktu z Aldri­nem, Arm­stron­giem i Zie­mią, doznał głę­bo­kiego poczu­cia samot­no­ści. "Jestem teraz sam, doprawdy sam jak palec, cał­ko­wi­cie oddzie­lony od wszel­kiego zna­nego życia. Tak to jest. Gdyby ktoś poli­czył, wyszłoby trzy miliardy i dwa po tam­tej stro­nie Księ­życa i jeden plus Bóg jeden wie ile po tej - napi­sał. - Odczu­wam to prze­moż­nie - nie jest to strach czy samot­ność, ale świa­do­mość, wycze­ki­wa­nie, satys­fak­cja, pew­ność, nie­mal egzal­ta­cja. Podoba mi się to uczu­cie"25.

Księ­życ nie ma ludz­kich uczuć, ale gdyby można było opi­sać jakiś świat jako samotny, to wła­śnie on zasłu­gi­wałby na to miano. Z pew­no­ścią jest pusty, a jego prze­zna­cze­niem jest zawsze sta­wać twa­rzą w twarz ze świa­tem, z któ­rego się wziął, i ze świa­tem, który - może wła­śnie dzięki Księ­życowi - został obda­rzony powie­trzem, wodą i życiem. Księ­życ ni­gdy nie prze­sta­nie być samotny, ale zawsze będzie nam towa­rzy­szył, jeśli dobrze się z nim obej­dziemy.

Rozdział 2. Stworzenie

ROZ­DZIAŁ 2

Stwo­rze­nie

Niech bogo­wie, któ­rzy prze­by­wają w nie­bio­sach i pod­ziem­nym świe­cie, nie­ustan­nie wychwa­lają świą­ty­nię Sina, ojca, ich stwo­rzy­ciela.

cylin­der Nabo­nida z Sip­par

Na początku był chaos. Zanim nazwano nie­biosa, zanim powstała Zie­mia, ist­niała jedy­nie woda, wiru­jąca w bez­kształt­nej pustce. Ale nagle coś się wyda­rzyło. Wody się roz­stą­piły. Wiru­jąca mie­szanka roz­dzie­liła się na słodką wodę, ucie­le­śnioną przez kapry­śnego boga Abzu, i wodę słoną, uoso­bioną przez bogi­nię Tia­mat. Gdy zostali połą­czeni świę­tym węzłem mał­żeń­skim, Tia­mat wydała na świat pozo­stałe bóstwa stwo­rze­nia.

Młodsi bogo­wie byli tak hała­śliwi i nie­zno­śni, że nie dawali Abzu zmru­żyć oka, posta­no­wił ich więc uni­ce­stwić. Tia­mat, która nie mogła się pogo­dzić z tą decy­zją, ostrze­gła swo­jego star­szego syna, Enki, boga mądro­ści. Enki zabił więc Abzu i zbu­do­wał dom z jego szcząt­ków. Wów­czas roz­pę­tała się wielka bitwa, sama Tia­mat została roz­darta na dwoje, jedna jej połowa stała się nie­bem, a druga - Zie­mią26.

Opo­wieść pocho­dzi z sume­ryj­skiego eposu Enuma elisz, jed­nego z naj­star­szych mitów o stwo­rze­niu wszech­świata; jego frag­menty można zna­leźć na tabli­cach z Ur, sta­ro­żyt­nego mia­sta, któ­rego ruiny znaj­dują się we współ­cze­snym Iraku. Jed­nak w tej histo­rii poja­wia wiele meta­for owego nie­zwy­kle gwał­tow­nego, burz­li­wego zamętu, jaki zapa­no­wał pod­czas naro­dzin Układu Sło­necz­nego oraz powsta­wa­nia Księ­życa i Ziemi. Oto naukowa wer­sja tego zda­rze­nia.

Na początku, jakieś 4,6 miliarda lat temu, ist­niał tylko chaos w postaci chmury gazo­wej pozo­sta­łej po poprzed­niej gene­ra­cji gwiazd. Nie było nic poza czą­stecz­kami pyłu i gazu, wiru­ją­cymi w próżni. Gwiezdne dro­biny zbli­żyły się do sie­bie i nagle coś się wyda­rzyło. Mate­ria zaczęła się zapa­dać pod wpły­wem wła­snej gra­wi­ta­cji. Słońce się zapa­liło. "Nie­chaj się sta­nie świa­tłość" - powie póź­niej­sza opo­wieść o stwo­rze­niu. Wiatr wiał od strony nowo naro­dzo­nego Słońca o wiele sil­niej niż nała­do­wane czą­steczki obec­nie pły­nące w stru­mie­niu wia­tru sło­necz­nego, a podmu­chy roz­wie­wały pozo­stały pył i gaz. W wiru­ją­cej mie­sza­ni­nie w końcu powstały na zlepki, a te uro­sły do postaci więk­szych mas, które osta­tecz­nie stały się pla­ne­tami.

Było ich wię­cej niż osiem, które ist­nieją do dzi­siaj. Część pier­wot­nych pla­net Układu Sło­necz­nego praw­do­po­dob­nie została ska­zana na zapo­mnie­nie. Oddzia­ły­wa­nia gra­wi­ta­cyjne spra­wiły, że pla­nety i pla­netozymale (można powie­dzieć, zarodki pla­netarne) zde­rzały się ze sobą niczym kule bilar­dowe i praw­do­po­dob­nie nie­które opu­ściły Układ Sło­neczny, ska­zane na mil­czące dry­fo­wa­nie wśród gwiazd. Ni­gdy nie dowiemy się, ile z nich spo­tkał ten bole­sny los. Wiemy za to, że jedna z tych pra­sta­rych pla­net została uni­ce­stwiona. Zatem sio­stra gwiazd w pasie Mer­ku­rego, Wenus, Ziemi i Marsa w ogóle już nie ist­nieje. Zapewne była roz­mia­rów Marsa, jej masa była równa około czter­dzie­stu pię­ciu pro­cen­tom dzi­siej­szej Ziemi. Nazy­wała się Teja po grec­kiej bogini, matce Selene - uoso­bie­nia Księ­życa. Teja została znisz­czona, podob­nie jak Abzu i Tia­mat. A Zie­mia i Księ­życ powstały z jej szcząt­ków.

Dopóki astro­nauci uczest­ni­czący w misji Apollo nie wylą­do­wali na Księ­życu i nie naszpi­ko­wali go przy­rzą­dami pomia­ro­wymi, nie wie­dzie­li­śmy o Tei. Nie mie­li­śmy zie­lo­nego poję­cia, skąd wziął się Księ­życ, mogli­śmy tylko sta­wiać hipo­tezy. Misje Apollo na nowo napi­sały histo­rię pocho­dze­nia Księ­życa. W tam­tym cza­sie śro­do­wi­sko naukowe bada­jące Zie­mię zaczęło two­rzyć nową opo­wieść o powsta­niu naszej pla­nety oraz jej wyjąt­ko­wych geo­lo­gicz­nych dzie­jach i doszło do wnio­sku, że może im w tym pomóc Księ­życ. W końcu Księ­życ i nasza rodzima pla­neta mają wspólną histo­rię. A skały pobrane w trak­cie misji Apollo na­dal dostar­czają nowych wska­zó­wek. Wyprawy na Księ­życ zapew­niły tak dużo nowego mate­riału i posta­wiły tak wiele nie­ocze­ki­wa­nych pytań, że zmu­siły śro­do­wi­sko naukowe do kom­plet­nej rewi­zji teo­rii o powsta­niu Układu Sło­necz­nego. Tak jak Księ­życ odbija świa­tło Ziemi, tak samo jego główną rolą we współ­cze­snej nauce jest uka­zy­wa­nie nam odbi­cia naszej wła­snej histo­rii. Histo­ria Księ­życa to wię­cej niż naukowa cie­ka­wostka. Odkry­cie jego począt­ków może rzu­cić świa­tło na to, jak się tu zna­leź­li­śmy, a może nawet odpo­wie­dzieć na pyta­nie: dla­czego?

Czy nie byłoby wspa­niale to wie­dzieć? Dla­czego my? Dla­czego tu? Dla­czego nie gdzie­kol­wiek indziej?

Ist­nieją inne ska­li­ste pla­nety, ale żadna nie przy­po­mina Ziemi. Mars także jest powoli obra­ca­ją­cym się cia­łem nie­bie­skim typu ziem­skiego, nachy­lo­nym nie­mal pod iden­tycz­nym kątem jak Zie­mia. Jed­nak stra­cił wodę i atmos­ferę. Poza tym nie ma wła­snego księ­życa, tylko nie­wiel­kie, prze­chwy­cone pla­ne­to­idy. Wenus to szybko obra­ca­jące się ska­li­ste ciało nie­bie­skie o gęstej atmos­fe­rze, lecz z cza­sem jej płaszcz z chmur za bar­dzo się zbił i udu­sił pla­netę. Jeśli na Wenus kie­dy­kol­wiek była woda, to już znik­nęła. Mer­kury, zbyt bli­ski Słońcu, jakimś cudem wciąż gro­ma­dzi nie­wiel­kie ilo­ści wody w ciem­nych doli­nach naj­głęb­szych kra­te­rów. Ale nie­mi­ło­sier­nie prażą go pro­mie­nie sło­neczne. Ani Wenus, ani Mer­kury nie mają księ­ży­ców.

Dla­czego my mamy? Czy to wła­śnie Teja, pier­wotna Zie­mia, oraz ich wspólne zde­rze­nie dało począ­tek naszej pla­ne­cie? Dla­czego skoń­czy­li­śmy z ogrom­nym Księ­ży­cem, ważą­cym jedną czwartą Ziemi? Co takiego stało się pod­czas tego kata­kli­zmu, że spo­wo­do­wało powsta­nie dwóch świa­tów: jed­nego suchego i cał­ko­wi­cie mar­twego, a dru­giego ską­pa­nego w wodzie i tęt­nią­cego życiem?

Widoczna z Ziemi wiel­kość Księ­życa w zesta­wie­niu z wiel­ko­ścią Słońca oraz obser­wo­wa­nie zaćmień sło­necz­nych dopro­wa­dziły wielu sta­ro­żyt­nych do wnio­sku, że Księ­życ został umiesz­czony na nie­bie obok Słońca nie­przy­pad­kowo. Nawa­ho­wie z połu­dniowo-zachod­niej Ame­ryki, podob­nie jak przed­sta­wi­ciele wielu innych kul­tur, wie­rzyli, że owe ciała nie­bieskie zostały stwo­rzone jed­no­cze­śnie i z podob­nych powo­dów: jedno, by oświe­tlało dzień, dru­gie, aby roz­świe­tlało noc. W wielu reli­giach na prze­strzeni wie­ków ist­niał podobny pogląd. Zaczęto też zakła­dać, że Księ­życ został nam dany jako zegar odmie­rza­jący czas. Pla­ton nawet dowo­dził, że następ­stwo dni i nocy, oświe­tla­nych Księ­życem i Słoń­cem, nauczyło nas liczyć i myśleć.

Z cza­sem mnie­ma­nie, że Księ­życ został celowo i cudow­nie stwo­rzony, prze­kuto w teo­rię naukową. Filo­zo­fo­wie i naukowcy argu­men­to­wali, że Księ­życ powstał razem z Zie­mią, ukształ­to­wany z tej samej pier­wot­nej mate­rii, z któ­rej skła­dają się Słońce i inne pla­nety. Księ­życ musiał powstać w tym samym cza­sie i miej­scu co Zie­mia i zostać tam dzięki wspól­nemu przy­cią­ga­niu obu ciał nie­bie­skich. Śro­do­wi­sko naukowe popie­rało tę wer­sję wyda­rzeń do prze­łomu XIX i XX wieku, kiedy to pio­nier w dzie­dzi­nie astro­no­mii Geo­rge Howard Dar­win wpadł na inne wyja­śnie­nie.

Geo­rge - syn słyn­nego bio­loga Char­lesa i jego żony Emmy - zaczął for­mu­ło­wać swoją teo­rię od myśli o pły­wie. Jego tata napi­sał, że kon­trola Księ­życa nad pły­wami może odpo­wia­dać za naro­dziny życia, które wyło­niło się w "jakimś cie­płym base­nie pły­wo­wym". Jed­nak Geo­rge zasta­na­wiał się, czy pływ miał coś wspól­nego z samym ist­nie­niem Księ­życa. Dzięki wcze­śniej­szym odkry­ciom nauko­wym wie­dział, że obroty Ziemi stop­niowo, choć nie­zwy­kle powoli, zwal­niają wsku­tek oddzia­ły­wań pły­wo­wych ze Srebr­nym Glo­bem. Zwol­nie­nie obrotu Ziemi wokół wła­snej osi ozna­cza, że traci ona moment pędu27. Moment pędu ma stałą war­tość, o ile nie działa na niego coś jesz­cze - wtedy moż­liwe są jego wzrost lub spa­dek. Bio­rąc pod uwagę owo prawo zacho­wa­nia momentu pędu, Geo­rge Dar­win doszedł do wnio­sku, że w miarę jak rota­cja Ziemi zwal­nia, Księ­życ się od niej oddala. Jeśli zaś oddala się nie­ustan­nie, to w minio­nych epo­kach musiał znaj­do­wać się znacz­nie bli­żej.

Dar­win prze­pro­wa­dził pewne obli­cze­nia i odkrył, że w sto­sun­kowo nie­da­le­kiej prze­szło­ści Zie­mia i jej Księ­życ pra­wie się ze sobą sty­kały, a ziem­ski dzień trwał cztery godziny. Jakimś spo­so­bem Księ­życ został ode­pchnięty. W 1899 roku nauko­wiec ten wysu­nął hipo­tezę powsta­nia Srebr­nego Globu w wyniku roz­sz­cze­pie­nia: Księ­życ - niczym lodo­wiec - odła­mał się od Ziemi i został osob­nym bytem. Dar­win sądził, że Księ­życ praw­do­po­dob­nie ode­rwał się gdzieś z obszaru Oce­anu Spo­koj­nego, dla­tego wła­śnie ocean ten jest tak głę­boki28.

Cho­ciaż nie tak to się wyda­rzyło, to należy przy­pi­sać Geo­rge'owi zasługi w stwo­rze­niu ogól­nego zarysu kon­cep­cji, która - jak dziś się oka­zuje - jest praw­dziwa: Księ­życ nie powstał samo­dziel­nie ani nie ukształ­to­wał się rów­no­le­gle z Zie­mią w jakimś oso­bli­wym pro­ce­sie bliź­nia­czych naro­dzin. Księ­życ pocho­dzi z Ziemi i dzieli jej histo­rię.

Pod­stawę fak­to­gra­ficzną teo­rii Geo­rge'a Dar­wina przy­nio­sła misja Apollo. Zaczęło się od kilku kamy­ków, które Neil Arm­strong zebrał pod­czas swo­ich pierw­szych chwil na Księ­życu. Dzieła dopeł­niły póź­niej­sze, o wiele słyn­niej­sze próbki skał prze­trans­por­to­wane na Zie­mię przez kolejne misje Apollo. Fakty zresztą wciąż wycho­dzą na świa­tło dzienne dzięki wyjąt­kowo pięk­nym i oso­bli­wie kosmicz­nym ska­łom, takim jak per­łowa, zie­lono nakra­piana próbka ozna­czona jako "trok­to­lit 76535".

Wiele skał księ­ży­co­wych to białe i szare kawałki cze­goś, co nazywa się anor­to­zy­tem - dziw­nej mate­rii o małej gęsto­ści, która powstaje, gdy mine­rały kry­sta­li­zują się w roz­to­pio­nej skale. Anor­to­zyt znaj­duje się wśród pró­bek zebra­nych przez Neila Arm­stronga, a ponie­waż jest tak nie­zwy­kły, to astro­nauci wra­cali na pokła­dach kolej­nych stat­ków Apollo po wię­cej. Lśniące odłamki Księ­życa wydają się nie­zwy­kłe także dla­tego, że są tak czy­ste. Ich szla­chet­ność, zwłasz­cza w porów­na­niu z prze­cięt­nymi ziem­skimi ska­łami, zasko­czyła śro­do­wi­sko geo­lo­giczne w latach sie­dem­dzie­sią­tych XX wieku. Typowe skały na Ziemi wystę­pują w jed­nej z trzech odmian: może to być skała mag­mowa, która powstaje, gdy sto­pione skały sty­gną; skała osa­dowa, nano­szona przez wodę i wiatr przez miliardy lat; i skała meta­mor­ficzna, czyli jeden z dwóch wcze­śniej­szych typów prze­kształ­cony w geo­lo­gicz­nym tyglu dzie­jów. Wszyst­kie te skały mogą zawie­rać mnó­stwo mine­ra­łów. Ale księ­ży­cowy anor­to­zyt nie. Składa się pra­wie cał­ko­wi­cie z mine­rału nale­żą­cego do grupy ska­leni.

Jak na skałę, jest to mate­riał powszechny i łatwo dostępny, zarówno w prze­no­śni, jak i dosłow­nie. Ska­le­nie wystę­pują na Ziemi w takiej ilo­ści, że czę­sto wyko­rzy­stuje się je w prosz­kach do czysz­cze­nia kuchni ze względu na ich kru­chość i małą gęstość. Na Księ­życu wła­ści­wo­ści te czy­nią je wyjąt­ko­wymi. Skały anor­to­zy­towe pokry­wają dziś powierzch­nię Srebr­nego Globu, ponie­waż kie­dyś się nad nią uno­siły. Falo­wały w morzu sto­pio­nej mate­rii Księ­życa niczym góry lodowe na tafli ziem­skich oce­anów. Cięż­szy mate­riał skalny zato­nął w płyn­nej mag­mie i stwo­rzył rdzeń Księ­życa, tym­cza­sem krysz­tały anor­to­zytu wypły­nęły na powierzch­nię, two­rząc cienką sko­rupę niczym kożuch na wczo­raj­szym pud­dingu. Gdy świeżo upie­czony Księ­życ ostygł, skały zostały unie­ru­cho­mione w sko­ru­pie, z któ­rej uwol­niły się dopiero póź­niej, pod­czas ude­rzeń pla­ne­toid.

Żeby ta mate­ria mogła oddzie­lić się od reszty Księ­życa, by z anor­to­zytu powstała biała, czy­sta księ­ży­cowa sko­rupa, potrzebny był ocean, na któ­rym mogłaby się uno­sić. Potrzebny był ska­li­sty ocean roz­cią­ga­jący się na całą obję­tość Księ­życa. Taki ocean magmy mógł powstać wyłącz­nie wsku­tek dzia­ła­nia nie­po­ję­tej siły - jak spo­tka­nie z Teją.

Histo­ria Tei jest wyjąt­kiem w Ukła­dzie Sło­necz­nym, przy­naj­mniej z tego, co nam wia­domo. Zaczyna się 4,35 miliarda lat temu, plus minus kil­ka­set milio­nów ziem­skich lat. I nie star­tuje wraz z Zie­mią, przy­naj­mniej nie do końca. Zaczyna się wraz z Zie­mią w wer­sji 1.0.

Gdy­by­ście mogli odwie­dzić ten obcy świat, nie roz­po­zna­li­by­ście niczego zna­jo­mego. Zie­mia 1.0 krę­ciła się jak der­wisz, obra­ca­jąc się o jeden dzień i jedną noc co kilka godzin. Paru­jące skały świeżo upie­czo­nej pla­nety były nie­prze­rwa­nie sma­gane sil­nymi wia­trami. Znaj­do­wał się tam ląd - w pew­nym sen­sie - i praw­do­po­dob­nie tro­chę wody. Nocne niebo wyglą­dało nieco ina­czej, z kon­ste­la­cjami w zmie­nio­nym ukła­dzie, ale dałoby się dostrzec roz­cią­ga­jącą się nad gło­wami Drogę Mleczną i lśnią­cego na połu­dnio­wym nie­bo­skło­nie Jowi­sza. Zoba­czy­li­by­ście też nad sobą błysz­czący glob: kilka dni przed zde­rze­niem Teja byłaby tego samego roz­miaru na nie­bie pier­wot­nej Ziemi, co Księ­życ na naszym nie­bo­skło­nie.

Zde­rze­nie było nie­unik­nione, prze­są­dzone przez los i gra­wi­ta­cję. Zie­mia 1.0 obie­gała Słońce po orbi­cie w odle­gło­ści pra­wie stu pięć­dzie­się­ciu milio­nów kilo­me­trów, czyli mniej takiej, w jakiej dziś się znaj­duje. Teja także znaj­do­wała się bli­sko Słońca, w tak zwa­nej ekos­fe­rze, w któ­rej nie jest ani zbyt gorąco, ani zbyt zimno, ale w sam raz do tego, by woda pozo­stała w sta­nie cie­kłym. Jed­nak ta prze­strzeń nie mogła pomie­ścić dwóch ska­li­stych świa­tów.

Ciała, które powstały wokół racz­ku­ją­cego Słońca, krą­żyły wów­czas o wiele szyb­ciej. Gdy zbli­żał się moment zde­rze­nia, Teja pędziła ku Ziemi 1.0 z sza­loną pręd­ko­ścią, wyno­szącą mię­dzy trzy­dzie­ści dwa tysiące a czter­na­ście tysięcy kilo­me­trów na godzinę. Niż­sza z tych war­to­ści jest około czte­rech razy wyż­sza od tej, z którą leci pocisk wystrze­lony ze sztu­cera kali­ber 7,62 mm. Porów­na­nie to ma się oczy­wi­ście nijak do skali całej pla­nety, ale okre­śle­nie pręd­ko­ści jest nauko­wym spo­so­bem na przy­bli­że­nie ogromu tej kata­strofy.

Jeśli może­cie wyj­rzeć teraz na zewnątrz, spró­buj­cie wyobra­zić sobie, co by się stało, gdyby świat się skoń­czył. Rozej­rzyj­cie się. Czy w zasięgu waszego wzroku znaj­duje się wie­żo­wiec, dom sąsiada, może drzewo? Znajdź­cie niebo. Czy jest nie­bie­skie? Może widzi­cie smugę kon­den­sa­cyjną lub nawet zosta­wia­jący ją za sobą samo­lot i jego ogon lśniący w słońcu? A teraz wyobraź­cie sobie: oto nad­cho­dzi Teja. Naj­pierw znika samo­lot, potem zosta­wione przez niego smugi. Drzewo i budynki buchają pło­mie­niami niczym wście­kła czer­wona góra - nie, raczej niczym odwró­cony do góry nogami świat - opa­dają, zasła­nia­jąc niebo od wschodu po zachód. Słońce na­dal świeci, więc widać wszyst­kie szcze­góły tego posta­wio­nego na gło­wie świata, który nad­ciąga. Płyną stru­mie­nie lawy, a ska­li­ste szczyty rzu­cają cień na głę­bo­kie doliny.

Następ­nie cały hory­zont ciem­nieje do bla­do­czer­wo­nego bla­sku, gdy Zie­mia 1.0 zaczyna stę­kać i drżeć, fale wstrzą­sów tar­gają jej sko­rupą i prze­ni­kają płaszcz. Siła gra­wi­ta­cyjna Tei przy­ciąga Zie­mię 1.0, a gra­wi­ta­cja Ziemi 1.0 przy­ciąga Teję, aż niebo zamyka się na dobre, a sko­rupy obu pla­net spo­ty­kają się ze sobą. Nisz­czy­ciel­skie fale sej­smiczne wstrzą­sają płasz­czami Ziemi 1.0 oraz Tei i oba ciała nie­bie­skie ule­gają roze­rwa­niu.

Dwa lata po ostat­niej misji Apollo osoby zaj­mu­jące się sele­no­gra­fią, czyli bada­niem powierzchni Księ­życa, zor­ga­ni­zo­wały kon­fe­ren­cję i w końcu opu­bli­ko­wały kom­plek­sową teo­rię potwier­dza­jącą tę opo­wieść. Har­wardzki pro­fe­sor Regi­nald Daly w 1946 roku sfor­mu­ło­wał teo­rię gigan­tycz­nego zde­rze­nia29, ale kon­cep­cja ta nie zdo­była szer­szego uzna­nia, dopóki astro­nauci misji Apollo nie przy­wle­kli ze sobą tego całego anor­to­zytu, by poka­zać, że Księ­życ rze­czy­wi­ście daw­niej był płynną magmą.

Dave Ste­ven­son, pla­ne­to­log z Cal­te­chu (Kali­for­nij­skiego Insty­tutu Tech­nicz­nego), był stu­den­tem na Uni­wer­sy­te­cie Cor­nella pod­czas kon­fe­ren­cji w 1974 roku i wspo­mniana kon­cep­cja utkwiła mu w gło­wie. Dzie­sięć lat póź­niej wziął udział w kon­fe­ren­cji o począt­kach Księ­życa w Kona na Hawa­jach. Wów­czas wraz z więk­szo­ścią śro­do­wi­ska sele­no­gra­ficz­nego sądził, że roz­wiał tajem­nicę począt­ków Srebr­nego Globu.

"Nie uzgod­niw­szy tego wcze­śniej ze sobą, wielu z nas przy­było na spo­tka­nie z prze­ko­na­niem: "Hej, to jest to: wiel­kie zde­rze­nie to wła­ściwa wer­sja". W oczach fizy­ków to wyglą­dało pocią­ga­jąco. Obli­cze­nia wyda­wały się banal­nie pro­ste" - powie­dział mi Ste­ven­son. Dwa światy się zde­rzyły, cał­ko­wi­cie nisz­cząc sie­bie nawza­jem, a to co z nich zostało, z cza­sem osty­gło, two­rząc dwa nowe ciała nie­bie­skie, które mamy dziś. To miało sens. Ale skały to nic pro­stego. Opo­wieść o Tei i Ziemi 1.0 jest skom­pli­ko­wana. Już pod­czas powsta­wa­nia tej teo­rii część geo­che­mi­ków wyra­żała pewne wąt­pli­wo­ści. Od samego początku ist­nie­nia hipo­tezy o gigan­tycz­nym zde­rze­niu opo­wieść wyła­nia­jąca się z badań nad ska­łami i nar­ra­cja powo­łana do życia przez fizy­ków nie do końca ze sobą współ­grały.

Na początku, kiedy wszystko było cha­osem, ska­li­ste światy nie­ustan­nie powsta­wały, zde­rzały się ze sobą i dopro­wa­dzały do wypa­ro­wa­nia czę­ści z nich.

Pod­sta­wowy zarys pra­daw­nego pan­de­mo­nium pocho­dzi od wiel­kiego nie­miec­kiego filo­zofa Imma­nu­ela Kanta. W meta­fi­zyce kan­tow­skiej rozum jest źró­dłem moral­no­ści, a w jego astro­fi­zyce chaos jest źró­dłem stwo­rze­nia. W 1754 roku Kró­lew­ska Aka­de­mia Nauk w Ber­li­nie wrę­czyła mu nagrodę za roz­prawę naukową Unter­su­chung der Frage, ob die Erde seit­dem sie aus ihrem natürlichen Ent­ste­hen die Umdre­hung um ihre Achse ausführt, hie­rin irgen­de­ine Veränderung erlit­ten habe und wie man sich darüber ent­sche­iden könne (Bada­nie zagad­nie­nia, czy Zie­mia prze­szła zmianę obrotu wokół wła­snej osi), w któ­rej roz­wa­żał, czy jakie­kol­wiek siły zewnętrzne kie­dy­kol­wiek zadzia­łały na obra­ca­jącą się Zie­mię. Na pod­sta­wie ana­lizy pły­wów stwier­dził, że ruch wody przy­czy­niał się do spo­wol­nie­nia ziem­skich obro­tów. Osta­tecz­nie dowo­dził, że rota­cja Ziemi będzie spo­wal­niać aż do momentu, w któ­rym czas obrotu pla­nety zrówna się z okre­sem obiegu Księ­życa wokół niej. Poskut­ko­wa­łoby to tym, że Zie­mia zawsze poka­zy­wa­łaby Księ­ży­cowi to samo obli­cze - tak jak Księ­życ nie­zmien­nie poka­zuje jedno obli­cze nam. Miał rację, choć reguły mate­ma­tyczne sto­jące za tą kon­cep­cją zostały przed­sta­wione dopiero przez Geo­rge'a Dar­wina. Rok po swoim księ­ży­co­wym eseju w trak­ta­cie zaty­tu­ło­wa­nym All­ge­me­ine Natur­ge­schichte und The­orie des Him­mels oder Ver­such von der Ver­fas­sung und dem mecha­ni­schen Ursprünge des gan­zen Weltgebäudes, nach New­to­ni­schen Grundsätzen abge­han­delt (Powszechna histo­ria natu­ralna i teo­ria nieba, czyli roz­prawa o powsta­niu i mecha­nicz­nym początku całego wszech­świata, według zasad New­tona) Kant zapro­po­no­wał nową teo­rię, która doty­czyła powsta­nia nie tylko Księ­życa, ale całego Układu Sło­necz­nego. Filo­zof napi­sał dzieło mniej wię­cej w tym samym cza­sie co Pierre-Simon Laplace we Fran­cji i Wil­liam Her­schel w Anglii, a każdy z nich zapro­po­no­wał nieco odmienne uję­cie tego samego zagad­nie­nia. Jed­nak to kan­tow­ska wer­sja naszej wspól­nej histo­rii o początku jest naj­bliż­sza prawdy.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Pli­niusz Star­szy, K. Pli­niu­sza Star­szego Histo­ryi natu­ral­nej ksiąg XXXVII = C. Pli­nii Secundi Histo­riae natu­ra­lis libri XXXVII, t. 1 ks. 2, tłum. J. Łuka­sze­wicz, Poznań 1845, s. 291, https://polona.pl/item-view/fea7f2fc-2335-4e14-931c-c1eb707f5eec?page=150 (dostęp: 9.12.2024) (jeśli nie zazna­czono ina­czej, wszyst­kie przy­pisy pocho­dzą od autorki - przyp. red. pol.). [wróć]

R. Sher­rod, Tarawa. The Incre­di­ble Story of One of World War II's Blo­odiest Bat­tles, Sky­horse, New York 2013, s. 42. [wróć]

J. Ale­xan­der, Across the Reef. The Marine Assault of Tarawa, U.S. Marine Corps Headqu­ar­ters, History and Museums Divi­sion, Washing­ton D.C. 2013, s. 8. [wróć]

Gra­wi­ta­cja powo­duje powsta­nie uwy­pu­kle­nia naj­bli­żej Księ­życa. Siły, w tym gra­wi­ta­cyjne, oraz siła odśrod­kowa two­rzą wybrzu­sze­nie także w miej­scu naj­bar­dziej odda­lo­nym od Księ­życa, na glo­bie powstają zatem dwie wypu­kło­ści. Pociąga to za sobą wystę­po­wa­nie dwóch przy­pły­wów i dwóch odpły­wów dzien­nie w nie­mal wszyst­kich miej­scach obra­ca­ją­cej się Ziemi (wystę­puje kilka wyjąt­ków od tej reguły - jak choćby w Zatoce Mek­sy­kań­skiej - skut­ku­ją­cych jed­nym cyklem pły­wo­wym dzien­nie; dzieje się tak, ponie­waż cza­sami ziem­skie kon­ty­nenty wcho­dzą pły­wom w drogę). Odstęp cza­sowy mię­dzy odpły­wem a przy­pły­wem w danym miej­scu wynosi sześć godzin i dwa­na­ście minut. [wróć]

Pływy syzy­gijne w języku angiel­skim nazywa się "pły­wami wio­sen­nymi", choć nie mają nic wspól­nego z porą roku (ang. spring - wio­sna), ale raczej z napie­ra­niem naprzód (ang. sprin­ging forth). Za to pływy kwa­dra­tu­rowe zwiemy neap tide, przy czym śred­nio­an­giel­skie słowo neep ozna­cza "nikłe" lub "bra­ku­jące". [wróć]

S.E. Ambrose, D-Day: June 6, 1944. The Cli­mac­tic Bat­tle of World War II, Simon & Schu­s­ter, New York 2013, s. 71-73. [wróć]

Eisen­ho­wer D.D., Cru­sade in Europe. A Per­so­nal Acco­unt of World War II, Double­day, New York 1948, s. 239. [wróć]

Dwa tysiące lat wcze­śniej inny dowódca woj­skowy, Juliusz Cezar - "naj­więk­szy mąż, co w ciągu wie­ków zja­wił się na ziemi" (Juliusz Cezar, tłum. L. Ulrich, https://wol­ne­lek­tury.pl/kata­log/lek­tura/juliusz-cezar.html, dostęp: 2.12.2024), jak nazwał go Szek­spir - na wła­snej skó­rze doświad­czył eks­tre­mal­nych pły­wów kanału La Man­che pod­czas pierw­szego nie­uda­nego pod­boju Bry­ta­nii. [wróć]

W. Chur­chill, Druga wojna świa­towa, t. 5, tłum. K.F. Rudolf, Non Stop Press, Gdańsk 1996, s. 285; D. Olson, Cele­stial Sleuth. Using Astro­nomy to Solve Myste­ries in Art, History and Lite­ra­ture, Sprin­ger Pra­xis Books, New York 2014, s. 254. [wróć]

J.M. Gavin, Aerial War­fare, Infan­try Jour­nal Press, Washing­ton D.C. 1947, s. 57. [wróć]

M. Col­lins, Nio­sąc pło­mień. Podróże astro­nauty, tłum. J. Tra­wicka, M. Józe­fo­wicz, Wydaw­nic­two Astra, Kra­ków 2019, s. 471. [wróć]

B. Aldrin, K. Abra­ham, Magni­fi­cent Deso­la­tion. The Long Jour­ney Home from the Moon, Three Rivers Press, New York 2010, s. 34. [wróć]

M. Col­lins, Nio­sąc pło­mień..., op. cit., s. 392. [wróć]

Vacu­uming Equ­ip­ment, t. 2, sec. 12.41, The Apollo 11 Tech­ni­cal Crew Debrie­fing, 31 lipca 1969, https://history.nasa.gov/alsj/a11/a11tcdb.html#120 (dostęp: 29.11.2024). [wróć]

J.R. Han­sen, First Man. The Life of Neil A. Arm­strong, Simon & Schu­s­ter, New York 2018, s. 532. [wróć]

Har­ri­son "Jack" Schmitt jest czę­stym uczest­ni­kiem "Kon­fe­ren­cji nauko­wej na temat Księ­życa i pla­net", dorocz­nego spo­tka­nia osób zaj­mu­ją­cych się sele­no­gra­fią i geo­lo­gią, gdzie regu­lar­nie odpo­wiada na pyta­nia i udziela się w póź­niej­szych publi­ka­cjach nauko­wych. Schmitt porów­nał zapach Księ­życa z pro­chem strzel­ni­czym pod­czas wyda­rze­nia, w któ­rym wzię­łam udział w 2019 roku. [wróć]

Inte­ra­gency Report. Astro­ge­ology 21; Para­ph­ra­sed Geo­lo­gic Excerpts from Apollo 12 Mis­sion, red. D. Schle­icher, Geo­lo­gi­cal Survey for the Natio­nal Aero­nau­tics and Space Admi­ni­stra­tion, czer­wiec 1970, https://www.lpi.usra.edu/reso­ur­ces/USGS-Reports/Astro-0021.pdf (dostęp: 29.11.2024). [wróć]

Apollo 17 Tech­ni­cal Air-to-Gro­und Voice Trans­crip­tion, Man­ned Spa­ce­craft Cen­ter, Houston 1972, taśma 94A/2, EVA 3, 13 grud­nia 1972, s. 1126-1127, https://www.hq.nasa.gov/alsj/a17/AS17_TEC.PDF (dostęp: 29.11.2024). Zob. też: Rebecca Boyle, Apollo-Era Tre­mors Reveal a Dyna­mic, Active Moon, "Scien­ti­fic Ame­ri­can", 13 maja 2019. [wróć]

T.R. Wat­ters i in., Shal­low Seismic Acti­vity and Young Thrust Faults on the Moon, "Nature Geo­science" 2019, vol. 12, s. 411-417, https://doi.org/10.1038/s41561-019-0362-2 (dostęp: 29.11.2024). [wróć]

Y. Naka­mura, G.V. Latham, H.J. Dorman, Apollo Lunar Seismic Expe­ri­ment - Final Sum­mary, "Jour­nal of Geo­phy­si­cal Rese­arch" 1982, t. 87, s. A117-123, https://doi.org/10.1029/jb087is01p0a117 (dostęp: 29.11.2024). [wróć]

Jak mogli­ście się domy­ślić, słowo "mie­siąc" pocho­dzi od Księ­życa (np. "przy mie­siącu" ozna­cza "przy bla­sku księ­życa", jak podaje W. Doro­szew­ski w swoim słow­niku - przyp. tłum.). Podob­nie jest w języku angiel­skim - moon (księ­życ) wywo­dzi się ze sta­ro­an­giel­skiego wyrazu m?nath o ger­mań­skim pocho­dze­niu i ma wiele wyra­zów pokrew­nych, mię­dzy innymi w języku holen­der­skim (maand), nie­miec­kim (Monat), łaciń­skim (men­sis), a nawet grec­kim (??? lub m?n). [wróć]

J.P. Wil­liams i in., The Glo­bal Sur­face Tem­pe­ra­tu­res of the Moon as Measu­red by the Divi­ner Lunar Radio­me­ter Expe­ri­ment, "Ica­rus" 2017, t. 283, s. 300-325, https://doi.org/10.1016/j.ica­rus.2016.08.012 (dostęp: 29.11.2024). [wróć]

R.H. Lau­rence Har­ris i in., How Much Gra­vity Is Needed to Esta­blish the Per­cep­tual Upri­ght?, "PLoS One" 2014, t. 9, e106207, https://doi.org/10.1371/jour­nal.pone.0106207 (dostęp: 29.11.2024). [wróć]

P.T. Met­zger, Dust Trans­port and Its Effects Due to Lan­ding Spa­ce­craft, w: The Impact of Lunar Dust on Human Explo­ra­tion, red. J.S. Levine, Cam­bridge Scho­lars Publi­shing 2021. [wróć]

M. Col­lins, Nio­sąc pło­mień..., op. cit., s. 402. [wróć]

S. Dal­ley (tłum.), Myths from Meso­po­ta­mia. Cre­ation, the Flood, Gil­ga­mesh, and Others, wyd. popra­wione, Oxford Uni­ver­sity Press, Oxford 2009, s. 233-255. [wróć]

Moment pędu to war­tość opi­su­jąca ruch i masę obra­ca­ją­cego się ciała lub sys­temu wiru­ją­cych obiek­tów: obra­ca­ją­cej się Ziemi, Księ­życa obra­ca­ją­cego się wokół krę­cą­cej się Ziemi i tak dalej. Obrót ciała pozo­staje stały, o ile nie dzia­łają na niego żadne zewnętrzne siły. Pla­ton opi­suje to para­dok­salne zesta­wie­nie ruchu i spo­czynku w Pań­stwie. Sir Isaac New­ton był pierw­szym zachod­nim myśli­cie­lem, który wyło­żył mate­ma­tyczne reguły rzą­dzące momen­tem pędu - zro­bił to w Mate­ma­tycz­nych zasa­dach filo­zo­fii natu­ral­nej. Dowodu na zacho­wa­nie momentu pędu dostar­czyli zarówno Daniel Ber­no­ulli, jak i Leonard Euler, któ­rzy opi­sali go w 1746 roku. [wróć]

G.H. Dar­win, The Tides and Kin­dred Phe­no­mena in the Solar Sys­tem, Hough­ton Mif­flin, Boston 1899, s. 282. [wróć]

R.A. Daly, Ori­gin of the Moon and Its Topo­gra­phy, "Pro­ce­edings of the Ame­ri­can Phi­lo­so­phi­cal Society" 1946, t. 90, nr 2, s. 104-119, https://www.jstor.org/sta­ble/3301051 (dostęp: 29.11.2024). [wróć]