Księżyc i wampirzyca - J. R. Rain

-
Proszę czekać

2

Czekałam na Stuarta pod dużą zieloną markizą, w najgłębszym cieniu. Słońce litościwie chowało się już za lśniącą kopułą pobliskiego multipleksu.

The Block, centrum handlowe w  Orange, to miejsce modne i ludne, nawiedzane, jak się wydaje, głównie przez grupki rozchichotanych piętnastolatek. Na ich widok przypomniała mi się moja córka, która ostatnio nie miała zbyt wielu powodów do śmiechu. Wręcz przeciwnie, wyglądało na to, że pogrąża się w depresji.

Dziewięć lat to za wcześnie na depresję.

Nagle i mnie dopadło przygnębienie. Rozejrzałam się dookoła; zza rogu zdecydowanym krokiem wyszedł jakiś mężczyzna, który obrzucił szybkim spojrzeniem tłum gości Starbucksa. Wypatrzył mnie i  ruszył w moją stronę. Należy wspomnieć - skoro była przed chwilą mowa o  lśniących kopułach - że człowiek ten był całkowicie łysy i  najwyraźniej bardzo z  tego dumny. Gdy się zbliżył, zauważyłam, że jego spodnie i koszulka są mocno wygniecione. Na gładkiej czaszce szkliła się cienka warstewka potu. U paska wisiał futerał z  komórką, która pamiętała chyba jeszcze koniec zeszłego stulecia.

- Pani Samantha Moon? - zapytał łysy mężczyzna.

- Zdumiewająca domyślność - odparłam.

- Niezbyt - powiedział, spoglądając na mój kapelusz. - Trudno przeoczyć coś takiego.

Zazwyczaj niechętnie podaję dłoń na powitanie. Mam skórę zimną jak lód, co powoduje, że ludzie najczęściej wzdrygają się odruchowo. Jednakże Stuart od razu wyciągnął do mnie rękę, więc zrobiłam to samo, choć z pewnym wahaniem. Zadrżał lekko, ale nie zrobił z tego wielkiej sprawy, co powitałam z  wdzięcznością. Jednocześnie fizyczny kontakt pobudził moje parapsychologiczne zdolności. Wyczułam, że spotkało go coś złego... nie. Coś złego spotkało jakąś bliską mu osobę. I to niedawno. Rzuciłam okiem na jego drugą dłoń. Na palcu miał obrączkę.

Coś się stało jego żonie.

- Napije się pan kawy? - zapytałam. - Skoro już jesteśmy w  trzecim pod względem wielkości Starbucksie na świecie...

Stuart rozejrzał się dookoła. Jego łysina połyskiwała w słońcu.

- Rzeczywiście, to nie był żart - skonstatował. - Lokal jest olbrzymi, więc chyba i kawa powinna być dobra, hm?

- "Dobra" to za mało powiedziane - poprawiłam go. - To jest Starbucks. Kawa ze Starbucksa jest czarodziejska.

- O, wierzę. Potrafi sprawić, że z kieszeni zniknie pięć dolców. Albo siedem, jak się zamówi te wszystkie fidrygałki.

- Fidrygałki?

- No, wie pani, bitą śmietanę, syrop i jakieś tam wiórki czekoladowe.

- Rozumiem. Pyszne fidrygałki.

Uśmiechnął się i  usiadł naprzeciwko mnie. Był niewysoki i szczupły. Jego łysa głowa w dziwny sposób mnie pociągała. Miała idealne proporcje. Żadnych tam grubych fałdów ani bruzd nie wiadomo skąd i po co. Skóra - gładka i lekko opalona. Pomyślałam sobie: oto łysina idealna. Miałam ochotę jej dotknąć. Ogromną.

Stuart wskazał palcem moje nakrycie głowy.

- Zawsze pani nosi takie duże kapelusze? - zapytał.

Z reguły zbywam pytania natury osobistej, a zwłaszcza takie, które dotyczą mojej... przypadłości.

- Mam dzięki niemu lepszy zasięg - rzuciłam krótko.

Patrzył na mnie osłupiałym wzrokiem przez sekundę albo dwie, a  potem jego twarz rozjaśnił uśmiech.

- Aha, przypomina antenę satelitarną, rozumiem. Niezły dowcip.

Zapytałam, czy napije się czarodziejskiej kawy, ale podziękował, tłumacząc się późną porą. Skorzystałam z tej samej wymówki, aby jej nie zamawiać, chociaż była to prawda jedynie połowiczna: sześć lat temu rzeczywiście byłoby dla mnie za późno, ale teraz kawa po prostu mnie mdliła.

- No dobrze, proszę mi powiedzieć, co spotkało pańską żonę - zaczęłam. - Bo to o nią chodzi, prawda?

Stuart odchylił się na oparcie krzesła i skrzyżował ramiona na piersi, mrużąc oczy. Jego źrenice zwęziły się do rozmiarów dwóch czarnych kropeczek.

- Tak, to prawda - przyznał - ale skąd pani wie o mojej żonie?

- Kobieca intuicja - wyjaśniłam.

Przyglądał mi się uważnie jeszcze przez chwilę, aż wreszcie wzruszył ramionami. Pochylił się w przód, lekko opierając wąskie dłonie na blacie stolika.

- Przed mniej więcej miesiącem... moja żona została zamordowana.

- Bardzo mi przykro.

- Mnie też - odparł i zaczął mówić dalej.

Jego żona zginęła w  katastrofie lotniczej. Razem z  nią ofiar było dziesięć. Samolot rozbił się w górach San Bernardino, całkiem niedaleko miejsca, gdzie w tej chwili siedzieliśmy. Nikt nie przeżył. Przypomniałam sobie internetowy artykuł na ten temat, ale sprawa szybko ucichła i już się nie dowiedziałam, co było przyczyną katastrofy ani też jakie wyniki przyniosło dochodzenie. Taka sensacja, a przeszła bez echa. Jakby ktoś koniecznie chciał ją zatuszować.

Pomyślałam sobie, że chyba nie znam nikogo, kto stracił bliską osobę w  katastrofie lotniczej. Przypomniało mi się jednak, że na początku Stuart powiedział: "Moja żona została zamordowana". Nie nazwał tego wypadkiem.

- Współczuję panu - powtórzyłam, kiedy skończył.

Skinął głową. Widać było, że opowieść o tragicznej śmierci żony bardzo go przygnębiła. Gdybyśmy znali się odrobinę lepiej, wzięłabym go za rękę, a tak mogłam tylko pomrukiwać pocieszająco i mówić - nie za często - że mi przykro. A to było raczej za mało.

Milczeliśmy jeszcze przez kilka chwil, a gdy poczułam, że nadszedł chyba właściwy moment, powiedziałam:

- Pańskim zdaniem to nie był wypadek.

- Nie był.

- Uważa pan, że ktoś zamordował pańską żonę.

- Jestem tego pewien. To było morderstwo. Zbiorowe morderstwo.

Przy stoliku obok nas usiadła para w starszym wieku, rozkładając na blacie książki, krzyżówki i sudoku. Oboje popijali bezgłośnie kawę z wysokich kubków. W  skali Starbucks "wysoki" kubek jest, oczywiście, mniejszy od "dużego".

Obserwowałam Stuarta uważnie, nie wiedząc, co właściwie mam o  nim myśleć. Nawet szósty zmysł nie podpowiadał mi, jak go rozpracować. Psychicznie był raczej zdrowy, chociaż widać było, że jest potwornie zrozpaczony. I to mnie właśnie martwiło. Rozum nigdy nie wygra z rozpaczą.

Kiedy przysiedli się do nas starsi państwo, odruchowo zniżyliśmy głosy, przysuwając się trochę bliżej siebie.

- Dlaczego pan uważa, że to było morderstwo? - zapytałam.

- Bo mojej żonie wielokrotnie grożono śmiercią, podobnie zresztą jak wszystkim pasażerom tego samolotu.

No dobrze, duży plus po stronie rozumu. Musiałam jednak zadać kilka pytań. Poważnych pytań.

- Czemu ktoś chciałby nastawać na życie pańskiej żony i pozostałych pasażerów?

- Miała być świadkiem w sądzie. Ona i pięć albo sześć innych osób.

Wypowiadając te słowa, Stuart bezwiednie wykonał pewien gest: sięgnął po coś dłonią, ale ponieważ nic przed nim nie stało, palce przeczesały tylko powietrze. Mogłam się domyślać, czego szuka mój rozmówca: kieliszka z jakimś mocnym napojem. Niestety, byliśmy w  Starbucksie, gdzie, o  ile mi wiadomo, nie podaje się kawy z prądem. Przynajmniej do tej pory tak było.

- Czy tym samolotem lecieli wszyscy świadkowie?

- Tak - potwierdził. - Mieli zostać umieszczeni w bazie wojskowej w Camp Pendleton, dla bezpieczeństwa. Wtedy, oczywiście, nie wiedziałem, dokąd władze ich wysyłają. Teraz już wiem.

- Przeciwko komu miała zeznawać pańska żona?

Stuart spojrzał na mnie z  wahaniem w  oczach. Domyśliłam się, o co chodzi. Jeszcze chwila i wpadnę po uszy w jakąś bardzo niebezpieczną aferę. Nie wiedział, czy powinien mnie w to mieszać. Dla niego byłam tylko fajną dziewczyną w kapeluszu wielkim jak sombrero; z całą pewnością nie chciał mnie na nic narażać.

- Może mi pan wszystko powiedzieć - uspokoiłam go. - Potrafię milczeć jak grób.

Potrząsnął tylko głową.

- Może lepiej dam sobie spokój - mruknął.

- Może - przytaknęłam - ale ja jestem już dużą dziewczynką.

- To są bardzo groźni ludzie, mogą dopaść każdego, jak widać, niemal wszędzie.

- Słyszał pan, że jestem dużą dziewczynką, prawda?

- Pani Samantho, to nie jest sprawa dla dziewczynki, ani dla dużej, ani dla małej. Tutaj przydałaby się cała armia.

- Proszę mi mówić po imieniu: Sam. I nie jestem z tych strachliwych.

Zmrużył oczy, przyglądając mi się bacznie. Promienie zachodzącego słońca musnęły jego idealnie kształtną czaszkę. Piękno jest wszędzie, pomyślałam, nawet w łysej glacy.

- Naprawdę się nie boisz? - zapytał.

- Nic a nic.

- A powinnaś.

- Boję się wielu różnych rzeczy, ale nie należą do nich uzbrojeni bandyci. Inna sprawa, kiedy dzieci przychodzą do mnie z pracą domową z matematyki.

Stuart uśmiechnął się szeroko.

- No, dobrze - powiedział - tylko pamiętaj, że cię ostrzegałem.

- Nie zapomnę.

Przyglądał mi się jeszcze przez chwilę, na przemian zginając i prostując palce. Nie wiedział, co zrobić z  pustymi dłońmi. Przyzwyczaił się pewnie do trzymania żony za rękę. Teraz, jak podejrzewałam, jej dłoń zastąpiła kryształowa szklanka z mocnym alkoholem.

- Moja żona miała zeznawać w procesie Jerry'ego Bluma.

Skinęłam potakująco głową. To nazwisko obijało mi się nieraz o  uszy, zwłaszcza w  czasach pracy w urzędzie federalnym. Jerry Blum był człowiekiem, który sam, bez niczyjej pomocy, stworzył olbrzymie przestępcze imperium, sięgające wpływami od Meksyku aż po Kanadę. To ostatnie było o tyle zrozumiałe, że pochodził właśnie z  Kanady. Ostatnimi czasy pracował ciężko nad obróceniem ulic i  szkół hrabstwa Orange w narkotykowy rynek. Przed sześcioma laty bawił się trochę w przekręty z kredytami mieszkaniowymi, które ja wtedy właśnie namierzałam. Miał niezwykły zmysł do tuszowania swoich powiązań z  wszystkimi nielegalnymi operacjami. Jeszcze bardziej niezwykłe było to, że zawsze umiał wykręcić się od oskarżeń; dlatego właśnie mój wydział nigdy go nie złapał.

Ostatni raz słyszałam o nim, gdy rozeszła się pogłoska, że ma stanąć przed sądem w związku z  kuriozalnym morderstwem pod nocnym klubem w  pobliskim mieście Seal Beach. Z niewiadomych przyczyn Jerry Blum stracił swoje słynne opanowanie i  zastrzelił człowieka na oczach wielu świadków.

Zapytałam o to Stuarta, a on potwierdził: jego żona rzeczywiście miała zeznawać w tym procesie. Widziała całe zajście (a oprócz niej jeszcze pięć innych osób) i zgodziła się wystąpić jako świadek, tym samym narażając się na śmiertelne niebezpieczeństwo.

Słuchałam go, postukując paznokciem w blat stolika. Paznokcie same rosły mi teraz w  szpic, ale na ogół nie zwracało to niczyjej uwagi, a w każdym razie nikt tego nie komentował. Może ludzie boją się dziwaczki z ostrymi paznokciami?

- Dlaczego sądzisz - zapytałam - że Jerry Blum miał coś wspólnego z katastrofą samolotu, którym leciała twoja żona?

- Bo dziś jest wolnym człowiekiem. Nie ma świadków - nie ma sprawy. Sąd orzekł, że działał w obronie własnej.

- Przecież w  tej katastrofie rozbił się wojskowy samolot. Musiał chyba być wojskowy, bo leciał do wojskowej bazy.

- Wiem, że to brzmi jak bełkot szaleńca, ale spójrz na fakty. Wiadomo nie od dziś, że Jerry Blum ucisza niewygodnych świadków. To była dokładnie taka sama akcja, tylko trochę bardziej kosztowna. Nie ma świadków - wychodzę na wolność.

Rozważałam to sobie w myśli, wciąż bębniąc paznokciem w stolik. Nikt nie może spowodować katastrofy wojskowego samolotu. Nie ma takich ludzi nawet wśród tych najbardziej wpływowych. A  jednak poszlaki były naprawdę bardzo mocne.

Uwaga! Okazało się, że stukam za mocno. W  plastiku pojawiła się dziura. No tak. Dzięcioł-wampir.

- Czy federalne dochodzenie ustaliło przyczynę katastrofy? - zapytałam.

- Nie - odparł Stuart. - Sprawa wciąż się toczy. Zaangażowały się w nią już chyba wszystkie instytucje na świecie. Ja sam byłem osobiście przesłuchiwany przez FBI, śledczych wojskowych i Federalny Zarząd Lotnictwa.

- Ty? Dlaczego?

- Nie mam pojęcia - odparł. - Chyba podejrzewali, że mogło dojść do przestępstwa.

Skinęłam głową, ale powstrzymałam się od stukania w blat.

- Ale to był on, Sam. To on zamordował mi żonę. Jestem tego pewien i chcę, żebyś pomogła mi znaleźć dowody. Co ty na to?

Zastanowiłam się przez chwilę. Tropienie bossa organizacji przestępczej to już nie przelewki. Musiałabym działać bardzo ostrożnie. Nie mogłam narazić ani swojej rodziny, ani samego Stuarta. O  siebie się zbytnio nie martwiłam.

Skinęłam potakująco głową, a  on uśmiechnął się z ulgą. Omówiliśmy jeszcze kwestię mojego honorarium za pozostawanie w dyspozycji. Kwota, którą zaproponowałam, była dość wysoka, ponieważ wszystko wskazywało na to, że śledztwo będzie żmudne i  czasochłonne. Stuart przyjął moje warunki bez mrugnięcia okiem. Podałam mu swój adres PayPal, na który miał przekazać pieniądze, i uprzedziłam, że zacznę pracować, kiedy przyjdzie potwierdzenie wpłaty. Zrozumiał.

Jeszcze raz podaliśmy sobie dłonie i  znowu nawet się nie skrzywił, dotykając mojej lodowatej skóry. A gdy wstał od stolika i odszedł, jego czaszka lśniła w  promieniach zachodzącego słońca; marzyłam o tym, żeby przesunąć po niej palcami.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

1

Gdy moja komórka zatrzęsła się bezgłośnie, siedziałam akurat samotnie w hotelowym pokoju, oglądając sobie w telewizji, jak sędzia Judy publicznie miesza z  błotem głupawego właściciela kamienicy w  slumsach. Aby odnaleźć telefon, musiałam rozgarnąć kopczyk zużytych chusteczek zalegających na nocnym stoliku. Numer na wyświetlaczu był nieznany. Zastanawiałam się przez chwilę, czy w ogóle odebrać - bo sędzia Judy już prawie doprowadziła tego gamonia do łez, a ja uwielbiam patrzeć, jak gamonie przed nią płaczą - ale to mógł być ewentualny zleceniodawca. Potrzebowałam jak najwięcej zleceń. W hotelu nie mieszka się za darmo.

Wyłączyłam dźwięk w  telewizorze, ucinając wspaniałą tyradę sędzi Judy i otworzyłam komórkę.

- Biuro detektywistyczne "Moon", słucham.

- Czy to biuro detektywistyczne "Moon"? - W słuchawce zabrzmiał męski głos.

- Mam niejasne wrażenie, że wszystko na to wskazuje...

Na długą chwilę zapadła cisza. Słyszałam, jak mój rozmówca oddycha głęboko, najprawdopodobniej przez usta. Jego głos miał nosowe brzmienie. Gdybym miała zgadywać, powiedziałabym, że przed chwilą płakał.

- Pani jest... no, prywatnym detektywem, coś takiego?

- Coś takiego - zgodziłam się. - W  czym mogę pomóc?

Nieznajomy znów umilkł. Czułam, że zaraz się rozłączy, nietrudno było zresztą zgadnąć dlaczego. Spodziewał się, że odbierze mężczyzna. Niestety, w  tej branży pokutują takie uprzedzenia; zdążyłam już przywyknąć. Tymczasem fakty mówią, że kobiety są na ogół lepszymi detektywami niż mężczyźni. Czekałam cierpliwie.

- Dobra pani jest? - odezwał się wreszcie.

- Wystarczająco dobra, aby się domyślić, że przed chwilą pan płakał - odparłam, spoglądając na zmięte chusteczki na nocnym stoliku. - A jeśli mam zgadywać, to w tej chwili gdzieś obok pana leży garść zużytych chusteczek higienicznych.

W słuchawce rozległo się coś jakby parsknięcie.

- Rzeczywiście, jest pani niezła - usłyszałam.

- I  za to tyle mi płacą. Jeśli pan sobie życzy, przedstawię swoje referencje.

- Mogą się przydać - odparł mój rozmówca, znów głęboko oddychając przez łzy. Potem coś zaszeleściło; pewnie wycierał nos. - Proszę posłuchać: potrzebuję pomocy, a nie mam do kogo się zwrócić.

- Na czym ma polegać ta pomoc?

- Może lepiej nie rozmawiajmy o tym przez telefon.

- Mieszka pan w hrabstwie Orange? - zapytałam.

- Tak. W Irvine.

- Spotkajmy się za godzinę w Orange, w centrum handlowym The Block. Jest tam duży Starbucks, trzeci pod względem wielkości na świecie.

- Poważnie?

- Prawdę mówiąc, to była hiperbola. Zamierzona przesada. Ale naprawdę jest spory.

Nieznajomy znów parsknął w słuchawkę, a ja odniosłam wrażenie, że się uśmiecha; prawie było to słychać.

- W porządku - powiedział. - Spotkamy się w, jak mówią, trzecim pod względem wielkości Starbucksie na świecie.

Poczułam, że już go lubię, chociaż wcale się nie znamy. Poinstruowałam, że ma się rozglądać za brunetką w kapeluszu z bardzo szerokim rondem.

- W kapeluszu? - zdziwił się.

- Jestem kobietą modną - wyjaśniłam. - W  promieniu metra ode mnie nikt nie może zobaczyć słońca.

Nieznajomy zaśmiał się głośno, ale nieszczerze, co nie uszło mojej uwagi. To był pusty śmiech. Od tego człowieka bił ogromny smutek związany z kimś, kto odszedł na zawsze. Mój szósty zmysł się rozwijał, ale nie potrzeba było jasnowidza, aby to stwierdzić.

- No cóż, zawsze dobrze mieć jakiś cel w  życiu - odparł mój rozmówca. - Przyjdę więc i poczekam na zaćmienie słońca. Wtedy będę wiedział, że to pani kapelusz.

Tym razem to ja uśmiechnęłam się szeroko.

- Tylko proszę dobrze patrzeć, bo pod takim kapeluszem może mnie pan nie znaleźć.

Nieznajomy przedstawił mi się - miał na imię Stuart - a ja odczytałam na głos numer jego komórki, na wypadek gdyby udało mu się nie trafić do trzeciego pod względem wielkości Starbucksa na świecie albo przegapić olbrzymi kapelusz rzucający cień na pół hrabstwa Orange.

Owszem, to także była hiperbola.

Po ustaleniu godziny spotkania zakończyliśmy rozmowę. Włączyłam z powrotem dźwięk w  telewizorze; sędzia Judy właśnie kończyła masakrować kamienicznika-nieudacznika na oczach telewizyjnej publiczności. Nakazała mu zwrócić dawnej lokatorce całą kaucję.

Punkt dla maluczkich!

Nie chciało mi się wstawać z  łóżka. Ani w  ogóle ruszać. Popołudnie to nie była dla mnie najlepsza pora. Powinnam w  zasadzie smacznie spać, ale przyzwyczaiłam się już, że właśnie o  tej godzinie wstaję, żeby pojechać po dzieci do szkoły.

Tylko że teraz nie mogłam ich odbierać. Zakazano mi tego.

Zakaz obowiązywał już od dwóch tygodni. Potwór, którego w  sobie nosiłam, był prawdopodobnie wdzięczny, że może wreszcie spać aż do samego zmierzchu, ale moje serce, serce matki, krajało się z rozpaczy.

I ostatecznie matka wygrała z potworem.

Jeszcze nie dalej niż kilka tygodni temu, żeby nie zaspać, musiałam nastawiać sobie budzik. Był rozkręcony na cały regulator i stał jak najbliżej mojego ucha.

A teraz budziłam się sama, o trzeciej po południu, dzień w dzień. Jak w zegarku.

Chociaż nie miałam już nic do roboty o tej godzinie.

Po przebudzeniu zazwyczaj od razu zaczynałam płakać. Kiepski początek dnia - czy też, w moim wypadku, nocy.

Porozczulałam się nad sobą jeszcze trochę, a  potem trzeba było w końcu zwlec się z łóżka, pójść do łazienki i  wysmarować grubo ręce i  twarz kremem z  najmocniejszym filtrem przeciwsłonecznym, jaki tylko był dostępny na rynku.

Gdy już byłam gotowa, ruszyłam do drzwi, łapiąc po drodze torebkę, kluczyki i kapelusz. Czekając na windę, zaczęłam się zastanawiać, co w tej chwili robią moje dzieci. Po sprawdzeniu godziny na komórce doszłam do wniosku, że siedzą w domu pod opieką mamy Danny'ego, która teraz codziennie się nimi zajmuje. Odrabiają lekcje albo kłócą się o programy w telewizji ewentualnie gry na komputerze. A może kłócą się po prostu. Westchnęłam ciężko. Brakowało mi nawet ich kłótni.

Pomyślałam o tym, że wieczorem do nich zadzwonię, o siódmej, jak zwykle. Udzielono mi pozwolenia na codzienną rozmowę z dziećmi. Powiem im, że je kocham i tęsknię za nimi. Od nich usłyszę to samo. Opowiedzą mi, co robiły przez cały dzień, a gdy zapytam, jak było w szkole, Anthony rozgada się, jak to on... i w tym momencie Danny, mój były mąż, podsłuchujący każde słowo, przerwie nam, mówiąc, że moje dziesięć minut dobiegło już końca, a dzieciom każe się pożegnać. Gdy tylko powiemy sobie "do widzenia", natychmiast osobiście odłoży słuchawkę.

Usłyszę trzask przerywanego połączenia.

I przez kolejne dwadzieścia trzy godziny i  pięćdziesiąt minut nie będę miała kontaktu ze swoimi dziećmi. Na początku mogliśmy rozmawiać przez dwadzieścia minut, potem z  dwudziestu zrobiło się piętnaście, a teraz dziesięć.

Będę musiała kupić więcej chusteczek.