Część I. Dzieciństwo
Wspomnienia Daisy Ferrein
1895 - 1975
Część I
Dzieciństwo
Przyszłam na świat 20 czerwca 1895 roku jako czwarte dziecko (i czwarta
córka) moich rodziców, w majątku Dziadka, w naszym ukochanym Butowie pod
Moskwą. Gdy nieco podrosłam, ja i starsza ode mnie zaledwie o kilkanaście miesięcy Lina (Karolina), byłyśmy nierozłączne jak
bliźniaczki, choć wyglądałyśmy tak, jakby różnica wieku wynosiła dwa lub
trzy lata, a charaktery i usposobienie miałyśmy zupełnie różne. Nasze
starsze siostry, Sonia (Sofia) i Lili (Elisabeth), miały za to podobne
temperamenty.
Rodzina bardzo się ucieszyła z mego przyjścia na świat, choć sądzę -
mimo że nigdy nikt się do tego nie przyznał - iż Dziadkowie (a może do
pewnego stopnia i rodzice) musieli być nieco zawiedzeni, że opatrzność
znowu zesłała im córkę, a nie syna, dziedzica, którego tak wyczekiwali,
ponieważ nasz Ojciec był jedynym synem i jedynym potomkiem tej linii
Ferreinów - jego siostra Zofia zmarła przedwcześnie na suchoty.
Dwa lata po mnie wreszcie przyszedł na świat chłopiec, nasz brat Karol.
Gdy byłam młoda, wydawało mi się, że pamiętam, jak któregoś dnia mama
przywiozła go w dużym kartonie, w takim, w jakim kupuje się lalki. Gdy
wieko zostało zdjęte, zobaczyliśmy leżącego w nim, niczym lalka, silnego
chłopczyka. Dopiero wiele lat później zrozumiałam, że wspomnienie nie
było prawdziwe - skąd się wzięło, nie potrafiłam wyjaśnić.
Pamiętam, że gdy Karol miał trzy czy cztery latka, był śliczny - długie
loki, miękkie i lśniące, które niania kilka razy dziennie starannie i z miłością szczotkowała i układała, duże oczy, ciemne, uważne. Często
nosił aksamitne ubranka z koronkowym kołnierzem.
Z nas sióstr wijące się włosy miała tylko najmłodsza Mania (Maria),
młodsza ode mnie o cztery lata. Gdy była malutka, miała włosy jasne -
potem zrobiły się popielate - a oczy zielone niczym wodna toń. Takiego
koloru oczu nigdy później nie widziałam.
Było nas sześcioro, a różnica wieku między kolejnymi dziećmi wynosiła
około dwóch lat. Wzrastaliśmy w ciepłej rodzinnej atmosferze, otaczała
nas miłość i troska oraz starania cioć i licznej służby. Byliśmy radośni
i szczęśliwi. Mieliśmy wszystko, czego dusza dziecka może zapragnąć, nie
grymasiliśmy jednak i nigdy, mimo zbytku, jaki nas otaczał, nie staliśmy
się zblazowani. Wszystko nas interesowało, radowało, ciekawiło.
To, że koło starszych i koło nas stale kręciła się służba, przybiegająca
na każde skinienie, że pokojówki i portierzy w hotelach za granicą
bardziej nadskakiwali naszej rodzinie niż innym, że administracja hoteli
starała się nam dogadzać, było dla nas jak najbardziej naturalne.
Nie pyszniliśmy się jednak z tego powodu, nie byliśmy zarozumiali, po
prostu się nad tym nie zastanawialiśmy.
Gdy Dziadek przyjeżdżał bez uprzedzenia z Butowa do Moskwy, nie
zamawiano na dworzec powozu, dlatego na jego widok dorożkarze
przekrzykiwali się nawzajem:
- Władimirze Karłowiczu! Władimirze Karłowiczu! Ku mnie, ku mnie!
Za granicą brano go często za Lwa Tołstoja, chociaż był o wiele od niego
przystojniejszy, za to w Moskwie rozpoznawano go wszędzie. Jego
"różowego" konia albinosa, który wzbudzał ogólny zachwyt, nazywano
Ferreinowskim koniem, a sprzedawane na dużym jarmarku w Palmową
Niedzielę szklane diabełki, skaczące w rurce z płynem, gdy się rurkę
zagrzało w ręce, zwano Ferreinowskimi farmaceutami. Przyjmowaliśmy to
wszystko jako coś należnego rodzinie, która w pojęciu nas, dzieci, w hierarchii społecznej zajmowała miejsce tuż po rodzinie carskiej.
A rodziną carską interesowaliśmy się jako bardzo nam bliską i pokrewną.
Carewiczówny były mniej więcej w naszym wieku, dużo o nich czytaliśmy i słyszeliśmy o ich zabawach, nauce, sposobie zachowania. Nie wątpiliśmy,
że któregoś dnia poznamy je osobiście i bardzo się zaprzyjaźnimy. Często
widywaliśmy dziewczynki w towarzystwie cara i jego żony, gdy będąc w Moskwie, wolno przejeżdżali ulicami, uśmiechając się do witających ich
tłumów i wdzięcznym ruchem ręki odpowiadając na owacje. Wszystkie cztery
dziewczynki były ładne, urocze, mnie szczególnie podobała się Anastazja.
Najbardziej jednak lubiliśmy pięknego carewicza Aleksieja [...].
Mama
Nasza Mama - ileż w niej niezmąconej pogody, spokojnej radości,
życzliwości dla wszystkich, olimpijskiej równowagi. Nigdy nie widziałam
jej zagniewanej, ani razu nie słyszałam, by podniosła głos lub okazała
zniecierpliwienie. Jeszcze dziś rozbrzmiewa mi w uszach jej srebrzysty
młody śmiech, wesoły i porywający, a jej beztroska - może tylko pozorna
- była zaraźliwa. Uśmiech wywoływał uśmiechy u innych. Na widok Mamy
wypogadzały się wszystkie twarze.
Gdy podrosłam, zdałam sobie sprawę, jak młodzieńcze usposobienie ma
nasza Mama [...]. Była bezpośrednia i szczera. Nie pamiętam, by
kiedykolwiek krzywo spojrzała na któreś z dzieci lub odezwała się do nas
surowo, mimo to miała posłuch.
Tylko raz jeden zostałam przez nią ukarana, miałam wtedy sześć albo
osiem lat. Już nie pamiętam za jakie przewinienie, lecz pamiętam, jak
bardzo mnie to dotknęło, ponieważ miałam nie dostać deseru. Mama
powiedziała mi jednak o tym nie podczas obiadu, przy innych, lecz gdy
byłyśmy tylko we dwie.
- Daisy, dzisiaj, proszę cię, nie bierz słodkiego.
Nie chodziło mi oczywiście o deser, aż tak łakoma nie byłam, ale o to,
że mnie ukarano. Przy stole kochana Mama zapomniała jednak o swoim
zakazie i już miała mnie spytać, dlaczego odmawiam deseru, lecz po
chwili, spojrzawszy na mnie, przypomniała sobie o karze, urwała w pół
słowa i się do mnie uśmiechnęła. Chciałam odwzajemnić uśmiech, jednak
się powstrzymałam, ponieważ wydawało mi się - niesłusznie - że powinnam
się trochę dąsać. Przez trzy następne dni nie jadłam deserów, a Mamusia
udawała, że tego nie widzi, aż wreszcie zrozumiałam, że jestem niemądra
i nie mam racji.
Przy całej swej równowadze i pogodzie ducha Mama była bardzo wrażliwa i łatwo się wzruszała niedolą innych ludzi, nawet tych fikcyjnych.
Czytając powieści, litowała się nad bohaterami i popłakiwała cicho.
Pragnąc oszczędzić jej zbytecznych wzruszeń, a może nawet wstrząsów,
Ojciec prosił ją, by nigdy nie czytała Dostojewskiego. Obiecała mu to i dotrzymała słowa.
Bardzo interesowała się życiem swych dzieci i bacznie śledziła ich
rozwój, zawsze gotowa oglądać i podziwiać nasze "arcydzieła", doradzić,
jak coś zrobić lub poprawić. A wszystko zawsze radośnie i spokojnie.
Bardzo nas to zachęcało. Dla niej robiliśmy figurki i kwiaty z wosku,
wycinaliśmy ludki i zwierzęta z kolorowego papieru, lepiliśmy wazoniki z gliny i garnuszki. Szczególnie pomysłowa i zręczna była w tych pracach
Lina, a ja ją naśladowałam.
Urządzałyśmy dla Mamy przedstawienia, w których aktorami były nasze
lalki. Inscenizowałyśmy nieraz całe rozdziały z Pisma Świętego.
Zanim ja i Lina skończyłyśmy dwanaście i trzynaście lat, uczyłyśmy się w domu, przychodzili do nas nauczyciele. Od czasu do czasu Mama
przysłuchiwała się lekcjom, lecz nigdy nie zabierała głosu i jeśli miała
jakąś uwagę do nauczyciela, nie przekazywała mu jej w naszej obecności.
Nasz Ojciec - zawsze poważny, milczący i skupiony, zamyślony - nie mógł
mieć lepszej towarzyszki życia niż Mama, która stanowiła jakby
przeciwwagę dla niego. Po śmierci naszej siostry Soni, która była dla
nich wielkim ciosem, to Mama dawała Ojcu duże wsparcie. Po tym trudnym
przeżyciu już nigdy nie był taki sam.
Przez pewien czas, gdy miałyśmy po kilkanaście lat, najstarsza z nas,
Lili, nieraz patrzyła na Mamę z pewną pobłażliwością, mylnie biorąc jej
prostotę, szczerość i otwartość za naiwność, jednak w nocy, po dniu, gdy
Mama umarła, a my we trzy czuwałyśmy przy jej drogich zwłokach, to
właśnie Lili, z trudem tłumiąc szloch, szeptała:
- Ach, jaka ona była mądra, nasza Mama, jak bardzo mądra... Choć nie
wszyscy byli dostatecznie mądrzy, by to zrozumieć.
Ojciec
Pamiętam Ojca, Aleksandra Woldemarowicza Ferreina, jak obserwuje z parku
Mamę siedzącą na werandzie - w liliowym szlafroku wyglądała jak wysoka
piękna lalka. Rzadkie były chwile, gdy jego zawsze poważną twarz
rozświetlał nieśmiały i przelotny uśmiech. Ciemne oczy patrzyły
przenikliwie, pozostał w mej pamięci poważny, a nawet smutny, jakby
skrywał jakąś niezbyt wesołą tajemnicę, która do pewnego stopnia
odgradzała go od innych. Był zupełnie, ale to zupełnie inny od Mamy -
był jej całkowitym przeciwieństwem.
Gdy byłyśmy jeszcze zupełnie malutkie, Ojciec był podobno żywiołowy i wesoły, lecz ja go takim nie pamiętam. Wiem jednak, że nieraz wchodził
do dziecinnego pokoju i patrzył przez chwilę, jak się bawimy, a my
czułyśmy się tym skrępowane. A potem mówił spokojnie i stanowczo, a mimo
to nieśmiało:
- Chodźcie do mnie, poczytam wam.
Potulnie i bez słowa szłyśmy za nim do jego gabinetu, siadałyśmy na
kanapie, a on brał z półki książkę i zaczynał czytać na głos, rzadko
podnosząc na nas wzrok. Nie wiem, jakie książki Ojciec dla nas wybierał,
ponieważ byłam tak oszołomiona, że nie słuchałam, sądzę jednak, że nie
były one na naszym poziomie i traktowały o jakichś dziedzinach nauki.
Starałyśmy się siedzieć jak najciszej, czekając na zakończenie lektury i naszej udręki, choć przecież Ojciec chciał nam tylko dostarczyć
rozrywki. Mama często przerywała te sesje, wchodząc nieoczekiwanie do
gabinetu, i półgłosem prosiła Ojca, by pozwolił nam odejść, ponieważ to,
co czyta, jest dla nas za trudne. O tym, że zwracała mu na to uwagę,
dowiedziałam się wiele lat później [...].
Babcia
Bielusieńkie włosy o srebrnym połysku, gładko zaczesane do tyłu, z przedziałkiem. Na głowie mały karbowany czepek z koronek. Jasnoszare,
prawie niebieskie oczy, poważne, a jednocześnie pogodne, wszystko
rozumiejące i bardzo przyjazne. Nos zgrabny i delikatnie zarysowany.
Cera z lekka zaróżowiona, prawie tak gładka, jak u dziecka, tylko z bliska widać było bardzo drobne zmarszczki. Babcia była raczej średniego
wzrostu, sprawiała jednak wrażenie wysokiej, tak dumną miała postawę i kształtną głowę. Nie narzucała swego autorytetu, nigdy nie podnosiła
głosu, ale gdy przemawiała, wszyscy cichli i w skupieniu słuchali jej
słów. Służba w domu Babci chodziła na paluszkach, czujna na najmniejszy
jej gest.
To Babcia uczyła nas, gdy byłyśmy maleńkie, wyszywać ściegiem
krzyżykowym wyplatane krzesła. W miarę, jak dorastałyśmy, czytała z nami
(z Liną i ze mną, a wcześniej ze starszymi od nas Sonią i Lili)
arcydzieła literatury rosyjskiej, starając się rozwinąć w nas
odpowiednie podejście do poruszanych tematów, wzbudzić zachwyt i uznanie
dla tego, co w nich piękne i cenne.
Pamiętam, że nie raz dziwiłam się, że Babcia nie podziela naszego
zdania, jednak później zawsze dochodziłam do wniosku, że nie my, a ona
miała rację. Cierpliwie słuchała, co miałyśmy do powiedzenia, i zachęcała nas do mówienia, mimo że Lina i ja odczuwałyśmy w stosunku do
niej pewną nieśmiałość. Sądzę, że tak samo było z Sonią i Lilą. Nawet
Karolek, który był o trzy lata młodszy ode mnie (a o cztery od Liny) i lubił swawolić, w obecności Babci tracił trochę ze swego tupetu (ale nie
z żywości ani z pewnej - powiedziałabym - kokieterii).
Za panieńskich lat Babcia, jak to było w zwyczaju, prowadziła pamiętnik,
w którym zwierzała się ze swoich przeżyć i myśli. Gdy pokochała Dziadka
i miała wyjść za niego za mąż, zniszczyła pamiętnik, ponieważ nie
chciała utrwalać żadnych swych przeżyć, których Dziadek z nią nie
dzielił. Od tamtej chwili wszystko miało być wspólne i cenne dla niej
było tylko to, co przeżywała razem z nim.
Jako dziecko nie zastanawiałam się nad tym (było to wszak takie
naturalne i proste, i rozumiało się samo przez się), jak piękne i wzruszające były stosunki między Babcią i Dziadkiem, lecz gdy byłam już
dorosłą kobietą, a szczególnie po tym, kiedy oboje już odeszli z tego
świata, zdałam sobie sprawę, że ich wspólne życie
było niezwykłe, tyle w nim było wzajemnego szacunku, delikatności,
troskliwości i głębokiej, niezmiennej miłości. Gdy Dziadek patrzył na
Babcię, w jego oczach niezmiennie świeciły uczucie, ciepło, zachwyt, a Babcia odpowiadała cichym, ledwie dostrzegalnym, ale jakże wymownym
uśmiechem.
Wielką tragedią w ich życiu była śmierć na suchoty jedynej córki Soni,
która odeszła w wieku szesnastu lat, ciągle też bali się o zdrowie
jedynego syna, a naszego ojca.
W ich salonie wisiał naturalnej wielkości portret naszej cioci Soni,
namalowany przez siostrzeńca Dziadka, Hermanna Lascha1, który
był znanym i cenionym w swoim czasie malarzem. Mnie i Linie ten obraz
bardzo się podobał - ładne rysy, nieco smutne oczy, miły uśmiech cioci
Soni, zgrabna postać, długie, ciężkie warkocze - jednak gdy wyrażałyśmy
nasz zachwyt na głos, Babcia mówiła:
- Nie to jest ważne, że ciocia Sonia była ładna, ale to, że była bardzo,
bardzo dobra... I ja wcale nie chcę, abyście wy były ładne, to nie jest
istotne...
Te słowa Babci mnie zastanawiały. Ja od dzieciństwa lubiłam ładne
twarze, a nieco później i ładne ręce, po których kształcie i wyrazie
bezwiednie oceniałam ludzi.
Babcia zapisywała uwagi, które robiliśmy, gdy byliśmy dziećmi, opisywała
w grubym, oprawionym w szare płótno zeszycie-albumie swoje wrażenia na
nasz temat - zwięźle, ciekawie, z dużym humorem. Od czasu do czasu
czytała nam urywki i całe scenki z tego albumu. Jakże nas to bawiło! Na
przykład to, jak któregoś dnia po wszystkich kątach szukano jednorocznej
Daisy, w czym pomocne były trzy starsze siostry "zaginionej" - jej słaby
głosik ginął w ogólnej wrzawie, bo i tak z trudem wydobywał się z głębokiej dębowej szafy, w której, już nie pamiętam z jakich powodów lub
w jakim celu, została ona zamknięta przez Lili i Sonię i przez nie
zapomniana!
Babcia dzieliła się też z nami wspomnieniami ze swego dzieciństwa - było
ich dużo i wszystkie nas fascynowały. Niestety w ciągu mojego długiego
życia zatarły się w mojej pamięci. Tylko dwa czy trzy epizody umiałabym
jeszcze powtórzyć, lecz oczywiście bez tych barw, bez tej iskry i blasku, jakimi świeciły w relacjach Babci.
- Dzieciństwo spędziłam w Carskim Siole2 pod Petersburgiem, gdzie
nasz ojciec był pastorem przy carskim dworze - opowiadała pewnego razu.
- Jak wiecie, było nas piętnaścioro rodzeństwa, w domu zawsze panował
ruch i gwar i trudno mi było spokojnie się samej bawić. Zawsze
przychodziło któreś z rodzeństwa i to zabierało zabawkę, którą się
bawiłam, to bezwiednie, a może i świadomie, przewracało wzniesione
przeze mnie budowle z kubików [klocków]. Pytacie o moje najdawniejsze
wspomnienie... Niech pomyślę... już wiem. Musiałam być bardzo maleńka, bo
wtedy jeszcze nie mówiłam, miałam pewnie nie więcej niż rok czy dwa.
Niania posadziła mnie na poduszce na dywanie, przewiązała mi śliniaczek
i przyniosła miseczkę z kaszką, którą postawiła mi na kolanach. Dała
łyżeczkę do ręki, a sama poszła zająć się którymś z dzieci. Przez chwilę
byłam sama. Z przyległych pokojów dochodził hałas i gwar, ale przy mnie
nie było nikogo! Nikogo, kto mógłby mnie potrącić, wywrócić moją
miseczkę, rozlać kaszkę na dywan, na moją sukienkę... Czułam się błogo -
moje śniadanie, spożyte w spokoju, bez przeszkód i przerw, sprawiło mi
nieopisaną przyjemność. Chociaż zawsze cieszyłam się, gdy otaczało mnie
liczne rodzeństwo, nie czułam się wśród nich zupełnie bezpiecznie, byłam
najmłodsza i bardzo bezbronna. W miarę jak dorastałam - ciągnęła Babcia
- brałam żywy udział w zbytkach moich braci. Szczególnie bliski był mi o rok starszy ode mnie Piotr, do którego byłam bardzo podobna, więc często
się przebieraliśmy on w moje, a ja w jego ubranie [...].
Kiedyś rodzice wydawali obiad dla licznych i ważnych gości - snuła
Babcia swoją opowieść. - Mama doglądała przygotowań [...]. W zamieszaniu
trochę zapomniano o nas, dzieciach. Zakradliśmy się do stołowego
popatrzeć na piękne nakrycia. Na stole leżał haftowany obrus, lśniły
kryształy i srebra. Przy każdym nakryciu misternie ułożono serwetkę.
Odwijamy brzeżki, a w serwetkach są dwa kawałki chleba, każdy innego
rodzaju. Przyszła nam chęć spróbować tego chleba. Bardzo nam zasmakował!
Może byliśmy już nawet głodni, ponieważ służba nie zdążyła podać nam
obiadu, który mieliśmy tym razem zjeść w naszym dużym pokoju
rekreacyjnym. Skubnęliśmy więc z jednego kawałka chleba miękisz, a potem
miękisz ze wszystkich pozostałych kawałków, skórek dokoła nie
ruszyliśmy. Potem starannie włożyliśmy do serwetek po dwa kółka chleba,
bez środków, i jakoś dziwnym trafem nikt nas przy tym zajęciu nie
zaskoczył, a my uwijaliśmy się sprawnie i szybko. Gdy ze wszystkich
plasterków chleba pozostały same tylko skórki, zabraliśmy się do naszych
pokojów. Możecie sobie przedstawić zdumienie rodziców, gdy goście,
usiadłszy przy stole i rozwinąwszy serwetki, znaleźli w nich same
skórki!
Bardzo nam się ten epizod podobał [...].
W rodzinnym domu Babci był długi i bardzo szeroki, jak galeria,
korytarz. Jedną jego ścianę stanowiły okna sięgające prawie od samej
podłogi do sufitu, a przeciwległa ściana na całej swej długości kryła
szafy na ubrania. Galeria kończyła się podwójnymi drzwiami wejściowymi,
prawie tak wielkimi jak brama. Stanowiła ulubione miejsce zabaw dzieci,
był obszerna i nadawała się do gier ruchowych, a nawet hałaśliwych, gdyż
była oddalona i od gabinetu ojca, i od pokojów matki.
Któregoś dnia, w kulminacyjnym punkcie walki między białymi a czerwonoskórymi, ktoś zapukał do drzwi wejściowych. Dzieci nie od razu
odpowiedziały. Gdy stukanie się powtórzyło i przybysz sam zaczął
otwierać niezamknięte na klucz drzwi, chłopcy gromadnie rzucili się, aby
intruzowi zabronić wejścia, napierając na drzwi od wewnątrz. Wtedy
rozległ się głos:
- Przychodzę z polecenia cara!
Dzieci odbiegły od drzwi, zapomniały o zabawie i przez kilka dni żyły w strachu, że zapłacą za swój figiel głowami. Wszystko przeszło jednak bez
śladu, ku wielkiemu ich zdziwieniu i uldze.
Pewnej niedzieli, gdy młodzież pobiegła do galerii, aby wyjąć z szaf
odświętne sukienki do kościoła, znalazła je wszystkie puste, na ziemi
leżało tylko parę szmatek. Po zawiadomieniu rodziców dzieci wybiegły do
ogrodu szukać śladów złodziei - z płotu zwisało kilka sukienek, spodnie,
fartuszek... to było wszystko, co zostało z garderoby rodziców i dzieci.
Na mszę udali się więc w strojach codziennych. Na drugi czy trzeci dzień
zajechała kareta. Dwie damy dworu przywiozły poszkodowanej rodzinie
Avenariusów skrzynki pięknych ubrań z karteczką od jednej z wielkich
księżnych, która później zaszczyciła dom wizytą.
Szafy zapełniły się ponownie i gdy po pewnym czasie policja odszukała
rabusiów i odzyskała skradzione ubrania, nie było już na nie miejsca!
Gdy Babcia miała dwanaście czy trzynaście lat, wstrząsnął nią wypadek.
Dwóch starszych braci wybierało się na dłuższą wycieczkę, po drodze
mieli zabrać przyjaciół. Sonia (nasza Babcia), która lubiła wszelkiego
rodzaju wyprawy, błagała matkę o pozwolenie wzięcia udziału w wycieczce.
Matka jej odmówiła, mieli być na niej sami chłopcy... Dziewczynka z żalem
patrzyła przez okno, jak bracia ładują do powozu swój sprzęt, wsiadają i jak konie ruszają. Nie zdążyli daleko odjechać, gdy spłoszone czymś
konie poniosły... i to prosto przed siebie, na przełaj, przez rów. Powóz
się zatoczył, uderzył w jakąś większą przeszkodę, wywrócił, a chłopcy z impetem z niego wyrzuceni już się nie podnieśli - zginęli na miejscu.
Działo się to na oczach ich siostry Soni, która początkowo z zazdrością
patrzyła w ślad za nimi, a potem skamieniała z przerażenia i grozy.
Miesiącami nie mogła dojść do siebie.
Wiele, wiele opowiadała nam Babcia o swoich przeżyciach i o losach
rodzeństwa, pokazywała nam mnóstwo fotografii. Ogromnie nam się podobały
i siostry, i bracia Babci - wszyscy postawni i bardzo przystojni.
Szczególnie fascynował mnie Jakub. Walczył w wojnie tureckiej. W jednej
z opuszczonych przez ludność wiosek w czasie przemarszu natknął się na
uroczą malutką dziewczynkę. Zabrał ją ze sobą i cały pułk ją adoptował i otoczył troskliwą opieką, której zakończenie wojny nie przerwało - dali
tej małej Turczynce dobre wychowanie i wykształcenie. Nie przestali się
nią interesować nawet wtedy, gdy w wieku dwudziestu lat wyszła za mąż za
jednego z młodych oficerów rodzinnego pułku, z nowego już pokolenia.
Służbę miała Babcia dobrze wyszkoloną. Przy stole kierowała nią
wzrokiem, lekkim skinieniem głowy, rzadko słowem. W mieście do stołu
podawał lokaj w białych rękawiczkach, pomagała mu pokojówka Natasza,
córka jednej z praczek w Butowie, którą nauczono usługiwać przy stole i sprzątać pokoje.
W Butowie Babcia często rano obchodziła ogród, sad, sprawdzała wydajność
krów (zarządzający oborą prowadził ścisłą statystykę) i wydawała
zalecenia. Pamiętam, jak powoli i z gracją sunęła po ścieżkach ogrodu,
trzymając nad głową otwartą miniaturową, koronkową parasolkę, która
rzucała lekki cień na jej delikatną twarz. Przystawała przed rabatą z ulubionym pachnącym groszkiem lub lekko pochylała się nad krzewem
herbacianych róż. Zatrzymywałyśmy się przy niej, rozgrzane od biegu, z przyspieszonym oddechem, a ona brała nas pod brody i zaglądała z troską
w oczy.
- Czy nie dosyć tego biegania? Może trochę odpoczniecie? Pójdziecie ze
mną do mleczarni? - pytała.
- O tak, Babciu! Chętnie.
Szłyśmy więc razem do basse-cour3, zaglądałyśmy do
mleczarni, gdzie było chłodno i gdzie na szerokich półkach stały
kamienne garnki z mlekiem, śmietaną, śmietanką, zsiadłym mlekiem, a potem do izdebki, do której wnoszono świeżo wydojone mleko w specjalnych
kubłach z przykrywami, pieniące się i jeszcze parujące, i gdzie ubijano
dla naszej Mamusi, cierpiącej na żołądek, słodkie masło.
Babci podsuwano krzesło, a ona siadała przy stole, wyjmowała z szuflady
gruby zeszyt i notowała ranny udój każdej krowy. Najwięcej mleka dawała
nasza ulubienica Krasotka, która rokrocznie niezawodnie rodziła dwa
cielątka - bliźniaki.
Kiedyś żona administratora, Katerina, która dbała o drób, szykowała się,
aby zanieść kurczętom kaszę jaglaną. Lina i ja spytałyśmy, czy możemy
jej pomóc i same zanieść garnek z jagłami.
- Czy nie będzie za ciężki? - spytała Babcia, lecz nie mogła oprzeć się
naszym prośbom.
Wzięłyśmy więc garnek i w asyście Kateriny poszłyśmy do kurników na
dziedzińcu folwarcznym. Były tam kury rasy włoskiej, o lśniącym czarnym
upierzeniu i białych "nausznikach", duże i zgrabne, prawie białe kury
rasy plymouth-rock i kwoki z kurczętami w specjalnych osiatkowanych
ogrodzeniach. Karmiłyśmy je jaglaną kaszą, a przyglądając się, jak kwoka
troskliwie zwołuje swoją gromadkę i uczy ją zbierać ziarno, choć sama
nie je, częstowałyśmy się tą samą kaszą, która smakowała nam o wiele
lepiej, niż gdy była gotowana dla nas.
Babcia opiekowała się wieloma biednymi rodzinami, interesowała chłopami
z pobliskiej wsi Michajłowskoje, ich zdrowiem i dobrobytem. Nie tylko z tej, ale i z dalszych wsi przychodzili ludzie do dworu ze swymi
kłopotami. Najczęściej były to jakieś wypadki wymagające pomocy
lekarskiej - a to rolnik rozciął kosą nogę, a to drwal o mało nie
odrąbał sobie ręki siekierą, a to znowu dziecko wylało na siebie dzban
wrzątku. I Babcia, i Mama miały podręczne apteczki, a we dworze był
większy asortyment leków i bandaży [...].
Babcia pochodziła z bardzo licznej rodziny. Jej ojciec był pastorem przy
dworze carskim. Miał piętnaścioro dzieci, z których dwoje czy troje
zmarło w bardzo młodym wieku [...]. Była bardzo przywiązana do swoich
braci i sióstr i utrzymywała z nimi ścisłe kontakty. Kochała wszystkich
Avenariusów, tych bliższych i tych dalszych, z linii rosyjskiej,
niemieckiej, polskiej czy skandynawskiej [...]. Korespondowała z nimi i często zapraszała ich do siebie na dłuższe pobyty. Stale gościł w jej
domu ten czy inny Avenarius.
Zapraszała i tych spoza Rosji, a gdy przyjazd któregoś z nich nie był
możliwy, utrzymywała z nim korespondencję, jak na przykład z poetą
niemieckim Ferdynandem Avenariusem [...].
Pamiętam młodziutkiego Lwa Avenariusa, studenta o błękitnych dziecinnych
oczach i bujnej jasnej czuprynie, którego przez dłuższy czas
spotykaliśmy u Babci na obiedzie. Przy stole mało mówił, jakby zamyślony
nad czymś, sprawiał wrażenie bardzo nieśmiałego. Któregoś dnia zniknął
bez pożegnania. Z zasłyszanych, a szeptanych między służbą opowieści
wywnioskowałyśmy, że stryjek Lew odebrał sobie życie. Później
dowiedzieliśmy się, że należał do grupy anarchistów i że wyznaczono mu
zadanie rzucenia bomby na którąś z koronowanych głów. Nie czując się na
siłach dokonać tego aktu, wolał raczej sam zakończyć życie. Było nam z Liną bardzo, bardzo żal Lwa, bo mimo iż był małomówny, lubiłyśmy go
szczerze i podziwiałyśmy jego oczy, loki - całą postać.
Jedna z sióstr Babci (i może również jedna z jej kuzynek) wyszła za mąż
za Fina. Z tego związku powstały dwie rodziny fińskich kuzynów:
Soisalon-Soininen oraz Olsoni. Z Soisalonami-Soininenami była
skomplikowana historia. Ich ojciec - nazywał się wtedy Johnsson - miał
wysokie stanowisko w hierarchii państwowych urzędników. W tamtym okresie
Finlandia znajdowała się pod zarządem Rosji. W mojej pamięci zachował
się taki obraz: na audiencji (u Wielkiego Księcia? U cara?)
zakonspirowany zamachowiec strzelił do władcy lub do ministra, którego
zasłonił nasz stryj Johnsson. Musiało mi się to wszystko pomieszać w głowie, gdyż byłam przekonana, że w jakiś sposób i szesnastoletni syn
Johnssona, Juhani, był wtedy z ojcem i go zasłonił. Jedna kula zabiła
Johnssona, druga przeszyła nogę Juhaniego, a osoba, dla której była
przeznaczona, uszła cało.
W nagrodę za odważny czyn Johnssona pozostałej po nim rodzinie przyznane
zostały specjalne przywileje, a nazwisko zmieniono na
Soisalon-Soininen4.
Przyznam, że za dziecinnych lat nigdy nie wątpiłam w prawdziwość tej
historii, czy też legendy, i nigdy się nad nią nie zastanawiałam. A teraz już nawet nie mam kogo o to zapytać (siostry, które lepiej znały
te sprawy, nie żyją), chyba że jeszcze kiedyś zobaczę się z Greti i Mary, które już dawno nie są Soisalon-Soininen, a ich brat Juhani nie
żyje.
Chyba raz w roku do Butowa lub do Moskwy przyjeżdżała nasza ciocia
Soisalon-Soininen z dwiema córeczkami, niezawodnie przywożąc nam w prezencie ogromne, szmaciane, fińskie lalki wielkości trzy-
czteroletnich dzieci. Ja i Lina bardzo lubiłyśmy te lalki. Można je było
podrzucać (nawet aż pod sufit), wchodzić z nimi na drzewa bez obawy, że
się stłuką, jak wszystkie nasze piękne lalki z porcelany. Lubiłyśmy,
oczywiście, i fińskie kuzynki: skupioną i nieco poważną blondynkę Greti
i żywą jak rtęć Mary o ciemnych oczach Włoszki.
Pewnego razu przyjechał do nas z matką i siostrami także Juhani. Miał
wtedy szesnaście lat. Było to w niespełna rok po wyżej opisanym wypadku,
gdy został postrzelony, i jeszcze z lekka kulał. Ja miałam wtedy sześć
czy siedem lat. Zdarzyło się, że odbywała się u nas jakaś zabawa
taneczna. Jej przebiegu nie pamiętam, lecz pamiętam dobrze jeden z epizodów. Otóż w pewnej chwili ktoś zwrócił Juhaniemu uwagę, że jego
jasne, gęste włosy zasypane są konfetti.
- To nic - odezwał się wesoło - poproszę Daisy i ona mi je z głowy
zsypie. - Po czym wziął mnie pod pachy, ostrożnie postawił przed sobą na
wysokim stole i pochylił głowę. Chciałam konfetti zsunąć z jego włosów,
ale zaplątało się w bujnych falach. Wtedy wsunęłam paluszki w tę
gęstwinę i zaczęłam ją lekko tarmosić. Konfetti posypało się jak deszcz,
ja się roześmiałam, a Juhani patrzył na mnie rozbawiony. Gdy skończyłam,
pod wpływem nie wiem jakiego wrażenia pochyliłam się nad głową Juhaniego
i ucałowałam jego loki. On podniósł głowę, popatrzył na mnie poważnie,
jakby pytająco, a potem delikatnie postawił na ziemi, na chwilę
przytuliwszy. Było mi bardzo radośnie.
Wiele czasu później, prawie gdy wychodziłam już za mąż, dowiedziałam
się, że Juhani po powrocie do Helsinek przez lata twierdził, że nie
ożeni się z nikim innym, tylko ze mną, gdy dorosnę, jednak już nigdy w życiu się z nim nie widziałam. Nie widziałam też Mary i Greti. Pierwsza
wojna światowa, rewolucja rosyjska, mój wyjazd do Polski przerwały nasze
więzy, jak tyle innych. Prawdziwym cudem odnaleźliśmy się z fińskimi
kuzynkami kilka lat temu i chociaż ja sama się z nimi nie spotkałam,
słyszałam o nich od Lili i mego syna i wiem, że Juhani już nie żyje. A w pamięci wciąż mam wyraźny obraz jego postaci i pięknej twarzy w obramowaniu wijących się złotych włosów, jego oczy patrzące się na mnie
z pytaniem - i jak ja to wtedy odczułam - z zachwytem.
Gdy parę lat temu [mój syn] Wieńczysław był w Finlandii, poznał Greti
i Mary. Ta druga, dla uczczenia tej wizyty i by złożyć hołd moim
Dziadkom, odczytała na familijnym obiedzie w Helsinkach napisany przez
siebie poemacik5, w którym w sposób wzruszający wyrażała
między innymi uniesienie, jakie odczuwała, gdy była dzieckiem i słuchała
naszej Babci grającej na pianinie, bo grała ona koncertowo. Opowiadała,
jak wraz z nami podkradała się w Butowie do otwartego okna salonu, z którego płynęły dźwięki. Ja jednak nie pamiętam, by nasze kuzynki
wpadały w cichy skupiony zachwyt, słuchając jej muzyki, dlatego miło mi
było i ciepło na sercu, gdy Wiś wręczył mi napisany dla niego, a poświęcony Babci i jej grze poemacik kuzynki Mary.
Każde z nas dostało od Babci oprawioną w skórę książeczkę Наша семейная
летопись (Nasza kronika rodzinna) poświęconą rodzinie
Avenariusów,6 jej rozwojowi od chwili, gdy pierwotne
nazwisko Haberman - Haferman zgodnie z ówczesnym zwyczajem w 1519 roku
zmieniono na Avenarius - (Hafer (niem.) - owies; avena (łac.) -
owies) - oraz broszurkę napisaną przez nią po niemiecku o jej matce, pod
tytułem Unsere Mutter (Nasza matka)7.
W ostatnich latach życia Babcia zmuszona była ze względu na zdrowie
(cierpiała na angina pectoris8) prawie zupełnie wyrzec się
fortepianu. Było jej to ciężarem i od czasu do czasu ulegała przemożnemu
pragnieniu i siadała, by zagrać jedną ze swoich ulubionych sonat
Beethovena. Wszystko dookoła cichło zasłuchane... Gdy Babcia kończyła, z widocznym wysiłkiem wstawała ze stołka i dłuższą chwilę stała, milcząc,
oparta o fortepian, usiłując złapać oddech. Nigdy się na ból nie
skarżyła, lecz widać było, że dotkliwie cierpiała.
Z nakazu lekarza ograniczyła też swoje wspaniałe przyjęcia. Nakryty
koronkowym i haftowanym lnianym obrusem stół zawsze wyglądał pięknie,
wznosiły się na nim wysokie patery z egzotycznymi owocami, cały był
przystrojony kwiatami, skrzyły się kryształy, puchary, kielichy i kieliszki.
My, gdy byliśmy mali, siedzieliśmy na szarym końcu stołu, lecz jedliśmy
te same potrawy, co dorośli - jesiotra lub łososia w galarecie, kaczki
czy przeogromny rostbef z francuskim groszkiem, borówkami i gruszkami,
p?che melbę9 lub lody w gorącym kożuszku z kruchego ciasta. Z deserów najbardziej lubiliśmy budyń flambé. Uważnie śledziliśmy, jak
lokaj, postawiwszy przed Babcią budyń i podlawszy go obficie rumem,
podawał jej palcami w białych rękawiczkach długą zapałkę z ogniem, który
Babcia przenosiła na budyń. I tak bardzo czekaliśmy, aby raz, chociaż
raz jeden, dotarł do nas budyń jeszcze płonący, jednak to nie zdarzyło
się nigdy. Gdy Zelma nakładała deser na nasze talerze, był już wygasły
[...].
Babcia nie traciła na urodzie, lecz ubywało jej sił. Poruszała się
wolniej i często przystawała, jednak zawsze miała na ustach ten sam
pogodny uśmiech, a w oczach to samo jasne światło.
Nadszedł dzień, kiedy przestała wstawać z łóżka. Siedziała oparta o wysoko ułożone poduszki. Sama niewiele mówiła swoim cichym melodyjnym
głosem, lecz nas zachęcała do opowiadania, co się dzieje w szkole i co
robimy w wolnych chwilach.
Któregoś dnia, gdy byłam w szkole, wezwano mnie z klasy do gabinetu
dyrektora. Patrząc poważnie oznajmił, że zwalnia mnie z dalszych lekcji,
gdyż mam jechać do Babci, powóz już na mnie czeka. Zdawało mi się, że na
chwilę przestało bić mi serce. Co się stało? Czy to możliwe?
Powóz stanął. Wbiegłam na schody. Przywitał mnie ojczym. W salonie, a właściwie w sali, gdzieśmy tyle tańczyli na balach organizowanych przez
Babcię dla Lili, rozmawiali Mama, Dziadek i doktor. Wszyscy byli
skupieni i zatroskani.
- Babcia chce cię zobaczyć, Daisy, pragnie się z tobą pożegnać...
Nie pytałam o nic więcej, tylko zamarłam, jakby mróz mnie skuł. Zelma
zaprowadziła mnie do drzwi sypialni Babci, a gdy weszłam, cicho je za
mną zamknęła. W pokoju Babci panował mrok i nie od razu mogłam rozróżnić
jej - mój Boże - tak bardzo w tej chwili drobną postać w łóżku. Tym
razem poduszki nie były ułożone wysoko, leżały płasko i głowa Babci, tak
dziwnie mała, w nich ginęła. Jakaż straszna zmiana w ciągu paru dni...
Babcia uniosła rękę - nie, nie rękę, lecz małą i chudziutką, jakby
dziecinną rączkę - i dała mi słaby znak, bym podeszła.
- Babciu, moja Babciu... - tylko tyle mogłam wypowiedzieć... Nachyliłam się
nad nią, a ona zrobiła nade mną znak krzyża i wyszeptała
błogosławieństwo, po czym jej ręka opadła bezwładnie, a zmęczone oczy
się zamknęły [...]. Nachyliłam się niżej, ostrożnie ucałowałam te biedne
drobne ręce i wyszłam [...]. Każdego z nas, po kolei, żegnała w ten
sposób Babcia i tegoż wieczoru odeszła od nas na zawsze10.
W sali balowej zrobiono chapelle ardente11 - która, gdyby nie
gromnice - wyglądałaby jak ogród: wszędzie zieleń, kwiaty i małe drzewka
pomarańczowe przywiezione z Butowa, narcyzy, lilie, kamelie. Jak ogród,
lecz dla pełnej iluzji brakowało szczebiotu ptaków, bo nawet kanarki
Babci nie śpiewały, no i gdyby nie tłum ludzi, którzy przychodzili i wychodzili bez końca.
Dasza, Natasza, kucharka, a nawet lokaj otwarcie popłakiwali. Wtem
wszedł do sali swoim elastycznym krokiem Dziadek, nie wiem już po raz
który, choć tamtego dnia krok ten był dziwnie nierówny. Wszyscy się
przed nim rozstąpili, ucichły nawet szepty. Dziadek długą chwilę patrzył
na piękną twarz Babci spojrzeniem przejmującym, rozdzierającym, jakby
nieświadom otaczających go ludzi. Czule się nad nią pochylił, wyciągnął
do zmarłej ręce, wziął delikatnie za ramiona i lekko, lekko nią
potrząsał, jakby chciał ukołysać, a jego usta bezdźwięcznie coś do niej
szeptały. Potem wyprostował się na całą swoją wysokość, szybkim ruchem
ręki strząsnął z rzęsy ciężką łzę i nie patrząc na nikogo, a raczej
nikogo nie widząc, ciężkim, nierównym krokiem wyszedł z sali.
Czy to możliwe, że Dziadek zostanie sam... Co będzie z Dziadkiem bez
Babci?
Dziadek
Dziadek do końca życia zachował młodzieńczość, optymizm, radość życia i pewien entuzjazm. Do ludzi podchodził bezpośrednio i życzliwie, nie
uznawał jednak hipokryzji, braku szczerości i sumienności oraz braku
odpowiedzialności, na co reagował gwałtownie i ostro, aczkolwiek jego
wybuchy nigdy nie trwały długo.
Wyrzeźbiony z jednej bryły, lecz dłutem subtelnym i delikatnymi
posunięciami tegoż dłuta. Łatwo zapalał się do sprawy, którą uznał za
słuszną. Trudno zliczyć to, co dawał na cele dobroczynne. Był bardzo
szczodry, nigdy nikomu nie odmawiał pomocy. Ileż to razy pogorzelcy
ciągnący
szosą koło Butowa z bardzo dalekich nawet stron otrzymywali od Dziadka
przydziały drewna do odbudowy chat, a częstokroć dodatkowo i pomoc
cieśli wysyłanych do nich przez Dziadka.
Nie uznawał kompromisów, był prostolinijny i otwarty do tego stopnia, że
nie umiał ukryć niechęci, jaką wzbudzali w nim ludzie pokrętni.
Aczkolwiek łatwo się unosił, gdy już darował komuś przewinienie, więcej
do tej kwestii nie powracał. Trudności i przeszkody, jakie napotykał w pracy, i w ogóle w swej działalności, pokonywał spokojnie, traktując je
jako coś nie do uniknięcia. Uważał, że należy się dobrze zastanowić nad
zagadnieniem i sposobem jego rozwiązania, a nie martwić się nim i nadmiernie przejmować.
W domu przy Babci zawsze odświeżał siły. Swoim równym usposobieniem,
anielską cierpliwością koiła go i w cudowny sposób nieraz hamowała jego
wybuchy, chociaż nigdy mu w niczym nie zaprzeczała.
Będąc sam nadzwyczaj dokładnym i punktualnym, wymagał tych cech i od
swoich pracowników, a młodzi ludzie, którym zdarzało się być
zaproszonymi z jakichś powodów do domu Dziadka, stali nieraz zawczasu
przed drzwiami, czekając, aż w przedpokoju wybije oznaczona godzina, i wtedy śmiało dzwonili do drzwi.
Któregoś dnia Dziadek oczekiwał przyjazdu do Butowa swojego starego
przyjaciela z Petersburga. Wysłał po niego konie na stację i czekał z niecierpliwością. Przemierzał alejkę w parku biegnącą równolegle do
drogi i co i raz spoglądał na zegarek.
Oto wjechał przez bramę powóz i zatrzymał się przed gankiem. Dziadek
podszedł, chcąc pierwszy przywitać drogiego gościa, a tu z powozu
wysiadła nieoczekiwana przez niego para ludzi. Dziadek był tak
zawiedziony, że nie mógł ukryć irytacji.
- Nie tych mi przywiozłeś, durniu! - krzyknął na stangreta, odwrócił się
do gości plecami i szybko odszedł.
Na szczęście Mama właśnie wyszła na ganek i zajęła się stropionymi i zażenowanymi przybyszami. Przecież często ktoś zajeżdżał do Butowa bez
oficjalnego zaproszenia, a że powóz prawie w każde święto był wysyłany
na stację, tak na wszelki wypadek, ci państwo skorzystali z niego i przyjechali do dworu.
Stangret zawrócił, żeby ponownie jechać na stację, lecz wtem nadjechała
dorożka, którą oczekiwany przez Dziadka gość był wynajął, nie znalazłszy
powozu z Butowa. Dziadek w miły sposób przeprosił niefortunnych
przyjezdnych i dzień upłynął w bardzo pogodnym nastroju.
Zamierzając wprowadzić różne innowacje w parku i w ogrodzie, któregoś
razu sprowadził ogrodnika z Zachodu, który uchodził za sławę w swojej
dziedzinie.
Niestety biedak się jąkał, a przyzwyczajony do odpowiedniego tytułowania
ludzi (był Niemcem), w każdym zdaniu i w każdej odpowiedzi na pytanie
Dziadka zwracał się do niego Ihre Ex... ex... ex...x...xzellenz12.
Opracował on obszerny projekt odmiennego rozplanowania pewnych części
parku, założenia basenu z egzotycznymi wodorostami i rybami, a bodajże
również krokodylami, co wzbudziło zainteresowanie Dziadka. Jego mowa i jego ciągłe jąkanie się, zwłaszcza przy Ex... ex... exzellenz tak jednak
go niecierpliwiły, że po kilku miesiącach rozstał się ze sławnym
ogrodnikiem. A może spowodował to wybuch pierwszej wojny światowej...
Zainteresowania Dziadka były bardzo szerokie, najwięcej jednak czasu
poświęcał oczywiście zakładom farmaceutycznym założonym jeszcze przez
jego ojca jako dopełnienie słynnej Staro-Nikolskiej apteki13,
która w ciągu roku realizowała liczbę recept wielokrotnie przekraczającą
roczne osiągnięcia innych, najbardziej znanych w świecie aptek.
Trzydziestego pierwszego grudnia depeszowano Dziadkowi, co godzinę - o ile nie był w tym czasie w Moskwie - jak duża jest liczba recept, i tak
aż do północy.
Zakłady (i obrót apteki) tak rosły, że Dziadkowi wielokrotnie radzono,
aby założył filie w różnych innych miastach, co ułatwiłoby pokrycie
zapotrzebowania. Dziadek jednak nigdy się na to nie zgodził, wychodząc z założenia, że tylko jego osobisty nadzór może zapewnić doskonałość
produktów i funkcjonowanie laboratoriów i zakładów.
Nie uznawał też reklamy i mimo usilnej kampanii nigdy w ten sposób nie
podkreślał zalet swych wytworów, które i tak osiągały rozgłos w świecie
medycznym i u szerokiej klienteli.
Wymagał we wszystkim bezsprzecznej doskonałości i pilnował jej w najdrobniejszych szczegółach, toteż firma Ф (Ferrein) cieszyła się
bezgranicznym zaufaniem całej ludności Rosji i powołana była do
zapewniania dostaw na carski dwór.
Dla zatrudnionych w zakładach pracowników, w celu uzupełnienia ich
wykształcenia, wybitni fachowcy prowadzili wykłady z chemii, biologii i innych gałęzi nauk tak zwanych przyrodniczych, a szczodrze udzielane
urlopy zapewniały im siły i zadowolenie z pracy. Na wykłady w laboratoriach chętnie chodziłyśmy i my.
Odpoczynkiem dla Dziadka były częste wyjazdy za granicę. W Butowie
uprawiał z zamiłowaniem jazdę konną, nawet w wieku przeszło
osiemdziesięciu lat. Lubiliśmy wszyscy jeździć konno w jego
towarzystwie.
Uroczyście i szumnie obchodzony był jubileusz Dziadka (nie pamiętam
który). Zjechali się liczni i wybitni przedstawiciele jego profesji z kraju i z całego świata, zalali główne aleje w Butowie, a ze stacji
nadjeżdżały coraz to nowe powozy.
W dużej świerkowej alei rozstawiono długi stół. Nakryto również do stołu
na tarasie, a dla młodzieży na trawniku pod lipami.
W pewnej chwili Dziadek, otoczony gośćmi, dostrzegł młodą Cygankę w fałdzistej wzorzystej spódnicy, w chusteczce ledwie przykrywającej
rozrzucone włosy, która, idąc charakterystycznym płynnym, a jednocześnie
nieco wyzywającym krokiem, wynurzyła się z bocznej alei. Głowę miała
wysoko podniesioną, lecz na widok Dziadka przybrała wyraz twarzy skromny
i pełen szacunku. Zbliżyła się wolnym krokiem, przystanęła i zmusiła
całe towarzystwo do zatrzymania się. Potem podeszła do Dziadka i spytała, czy może mu powróżyć, odkryć, co w przyszłości go spotka,
powiedzieć o tym, co było, co ma już za sobą. Wyciągnęła rękę po dłoń
jubilata, nachyliła się nad nią, badała jej linie, nieustannie tłumacząc
i mówiąc... nieraz z krótkimi przystankami, jakby się namyślając, szukając
odpowiednich wyrazów dla jego przeżyć, osiągnięć, pracy i triumfów... Od
czasu do czasu potrząsała głową, brzęczały nanizane na sznurek złote
monety na jej szyi i czole, wtórowały im bransoletki. Wszyscy słuchali z zaciekawieniem i zachwytem, a Dziadek z nieukrywanym wzruszeniem. We
wróżbie dużo miejsca Cyganka poświęciła i Babci. Nie można mówić o Dziadku, nie wspominając i o niej.
Piękną, zręczną i dowcipną wróżbę ułożył Wasilij Pietrowicz Avenarius,
poeta i pisarz, brat Babci. Cyganką zaś byłam ja i podobno doskonale
wywiązałam się ze swojego zadania. Może dlatego, że wiersz był piękny, a sama "robota" bardzo przypadła mi do gustu.
Następnie zainscenizowano jeszcze inne występy, między innymi
dziewczynki i kilka ich koleżanek wystąpiły w sukienkach jako liście
jesienne o różnych odcieniach czerwieni, brązu i złota, wirując na
deskach przez niby wiatr pędzone, to znów upadając bezsilnie na ziemię,
aby się po chwili znów poderwać w szalonym tourbillon14. A potem bawiono się w parku do późna w nocy, przy świetle licznych
lampionów i księżyca.
Babcia i Dziadek we wspomnieniach Lili
Jak daleko tylko potrafię sięgnąć pamięcią do moich dziecinnych lat,
moja Babcia, Zofia de Ferrein, urodzona de Avenarius, zawsze stanowiła
dla mnie symbol tego, co się rozumie pod określeniem Grande Dame
(lady).
Jej prosta postawa, równy głos (nigdy go nie podnosiła), wykwintna
uprzejmość, która jednak nie upoważniała ludzi do zbytniego zbliżenia
się do niej - wszystkie te cechy ogromnie mi imponowały.
Babcia była dla mnie wzorem, którego doskonałość od najmłodszych lat
starałam się osiągnąć, chociaż zdawałam sobie sprawę, że to niemożliwe,
ponieważ brak mi było subtelnego poczucia humoru Babci i jej urody.
Nosiła gładko zaczesane, z dwoma przedziałkami, włosy, bielusieńkie i świecące niczym płynne srebro, co jeszcze podkreślało delikatność jej
pięknej cery. Miała wąskie ręce o długich palcach okolone koronkową
falbanką rękawa, a przede wszystkim błękitne oczy, które potrafiły
iskrzyć się w młodzieńczym uniesieniu, gdy mówiła o czymś pięknym. Czy
to w ogóle można sobie było przedstawić, że istniały gdzieś inne,
starsze panie, które byłyby do niej choć w przybliżeniu, podobne?
Kiedyś, gdy w naszej okolicy odbywały się manewry, gościł u nas generał
von Eck, który był bardzo kulturalnym człowiekiem. Całkowicie uległ
urokowi tej mądrej i subtelnej kobiety.
- Gdy jej nie stanie, wszystko się tu zmieni - powiedział.
Rozumiał, że atmosfera, jaką Babcia stwarzała dokoła siebie, że jej
emanacje muszą zginąć razem z nią, że nie mogą jej przeżyć.
Pierwszych lekcji religii udzielała nam Babcia.
- Na początku było słowo... - Oczy jej się świeciły. Próbowała objaśnić
nam głębię i piękno tego zdania.
Myśmy wtedy tego nie rozumiały, byłyśmy na to jeszcze za głupie.
Historię świętą opowiadała nam Babcia tak barwnie, żeśmy ją kiedyś
zapytały, czy osobiście znała Adama i Ewę. Niektórych rzeczy nie
mogliśmy jednak pojąć. Uważałyśmy na przykład zdania, że Abraham nie był
cnotliwym człowiekiem. Jakżeż on mógł tak po prostu wypędzić na pustynię
swego syna Izmaela, który przecież w niczym nie zawinił?
Sprawa Ezawa i Jakuba także nie była według nas w porządku, lecz uwagi
zachowywałyśmy dla siebie, bo szacunek dla Babci nie pozwalał nam ich
wypowiadać.
Co niedziela Babcia przyjeżdżała swoim powozem i zabierała nas do
kościoła ewangelickiego. Nam się jednak o wiele bardziej podobała
prawosławna cerkiew z cudownym chórem i kadzidłem, dokąd nas po kryjomu
prowadziła niania, po to pewnie, aby uzyskać zbawienie dla naszych
"pogańskich" duszyczek.
W kościele ewangelickim stale towarzyszyły muzyce organowej nierówne,
łamiące się głosy starych kobiet. Nie mogłam zrozumieć, jak mogła to
znosić nasza, tak bardzo muzykalna Babcia.
Najbardziej lubiłam, gdy siadała do fortepianu. Nigdy nie zapomnę jej
interpretacji Beethovena, Schumanna, Chopina... Mogę wyliczyć zaledwie
kilku wielkich pianistów, których gra dawałaby mi takie uniesienie,
takie poczucie szczęścia, jak gra Babci. Często chodziła na koncerty,
nigdy nie przepuściła występu Nikischa15, a przed koncertem
sama odtwarzała w tym dniu cały program.
W ostatnich latach życia chodziła już tylko na próby generalne, które
odbywały się w godzinach przedpołudniowych. Koncerty wieczorne ją
wyczerpywały.
Wychowanie Babcia otrzymała w Smolnym Instytucie - był to internat dla
panienek z arystokratycznych domów. Wiele nam opowiadała o tym miejscu.
Dzieci, niestety, są bardzo nieuważne, dlatego pamiętam niewiele z tego,
co nam mówiła, na przykład to, że do późnej jesieni wychowanki instytutu
były przed lekcjami prowadzone na spacer do parku w lekkich sukienkach z krótkimi rękawami i w białych pelerynkach, bez płaszczy, wskutek czego
wracały do klasy aż sine z zimna.
Gdy Babcia skończyła siedemnaście lat i wróciła do rodzinnego domu,
starsza siostra krytycznie jej się przyjrzała.
- Ty w ogóle nie masz talii! - wykrzyknęła.
Przyniesiono gorset i Babcia została zasznurowana. Wynik był smutny -
zemdlała.
Rodzina nadwornego pastora de Avenariusa, ojca Babci, była liczna, a środki finansowe ograniczone, toteż do opery zabierano tylko najbardziej
muzykalne dzieci. Te z nich, które po powrocie potrafiły odśpiewać kilka
arii, uzyskiwały zgodę na ponowne pójście do teatru. Babcia próbę tę
przeszła zwycięsko.
Przypomina mi się jeszcze jeden epizod, o którym Babcia nam
opowiedziała. Któregoś dnia, zupełnie nieoczekiwanie, odwiedziła rodzinę
pastora żona cara. Matka naszej Babci była tym zaszczytem tak
skonfundowana, że mocno potrząsnęła jej ręką.
W Moskwie było wiele organizacji dobroczynności, między innymi Związek
Niemek. Członkinie tej organizacji uczestniczyły w zebraniach w białych
skórzanych rękawiczkach glacé16, jak to było w tamtych czasach
przyjęte. Urządzano loterie i dobroczynne bazary, te drugie były zresztą
bardzo atrakcyjne.
W okresie Bożego Narodzenia zgłaszało się do Babci wiele staruszek,
które Babcia obdarzała prezencikami na święta. Jedna z tych babulek
kiedyś przez dłuższy czas badawczo przyglądała się Babci.
- Czy pani jest zmarłą panią Ferrein?
- Niestety nie! - odrzekła zaskoczona tym pytaniem Babcia. Staruszki ta
odpowiedź jednak nie zadowoliła.
- Zatem pani nie jest zmarłą panią Ferrein?
Babcia się uśmiechnęła.
- Przecież ja jeszcze żyję!
Nastąpiła krótka chwila milczenia.
- Szkoda, wielka szkoda - szepnęła staruszka.
Babcia opowiadała nam o tym zajściu ze swoim uroczym, nieco ironicznym
uśmiechem. Co babulinka miała na myśli, pozostało zagadką.
Kiedyś w pewnym kurorcie w Niemczech jakaś osiemdziesięcioletnia pani
poprosiła Babcię, aby zagrała coś na jej pianinie. Było to okropne stare
pudło. Babcia jednak, jako stoik, wytrzymała fałszywe dźwięki, aby tylko
zrobić przyjemność tej pani. Gdy przestała grać, starsza pani
powiedziała w rozmarzeniu:
- Jakiż to piękny instrument!
Inna pani zapytała Babcię, od jak dawna przebywa w kurorcie.
- Od dwóch tygodni - brzmiała odpowiedź.
- Niemożliwe. I pani już tak dobrze mówi po niemiecku?!
Babcia uśmiechnęła się ubawiona naiwnością tej uwagi.
- Ja także umiem trochę pisać po niemiecku - odrzekła.
Dziadkowie bardzo dużo podróżowali. Zdaje mi się, że w Nicei byli
rokrocznie. Stamtąd przysyłano nam w zimie najpiękniejsze kwiaty
owinięte w wilgotny mech.
Zdarzyło się parokrotnie, że Dziadkowie nie zamówili sobie z góry
pokojów i przy ich przyjeździe hotele były przepełnione. W jednym z takich przypadków Dziadek zgodził się, aby umieszczono go tymczasowo w pokoju bilardowym, za którego użycie musiał zapłacić według stawki
obliczonej dla gry w bilard!
Kiedy indziej dali Dziadkom do dyspozycji jeden z salonów, lecz inni
goście w hotelu nie zostali o tym powiadomieni. Wiodące do salonu drzwi
były zrobione z matowego szkła. Ze względu na to, że Babcia miała bóle
reumatyczne, robiła dla siebie, a przy okazji i dla Dziadka, szydełkowe
koszulki z długimi rękawami z cieniusieńkiej wełny koloru różowego.
Oboje wstawali wcześnie i wcześnie kładli się wieczorem do łóżka. Gdy
się tak szykowali do nocnego spoczynku, zobaczyli naraz całą galerię
twarzy jakby przylepionych do oszklonych drzwi: byli to goście hotelowi,
którzy chcieli wejść do salonu, lecz znalazłszy, że drzwi są zamknięte,
i widząc przez przydymione szkło, że ktoś się za nimi porusza,
przybliżyli się do szyby, aby się zorientować, co się dzieje. Ujrzeli
dwie postacie w cielistych kombinezonach i wywnioskowali, że to para
akrobatów, którzy powtarzają swój numer, i że dzisiejszą atrakcją
wieczoru będzie właśnie ich występ.
Wydaje mi się, że Babcia nie miała rozwiniętego zmysłu orientacji.
Zdarzyło się, że zabłądziła kiedyś w Paryżu, wyszedłszy z hotelu na
krótką przechadzkę. Było to na Place de la Concorde. Wsiadła do dorożki
i kazała się odwieźć do hotelu. Dorożkarz oczywiście objechał dwukrotnie
w poprzek plac i stanął przed hotelem, który był tuż na rogu Rue St.
Honoré.
- Przepraszam pana, gdzie my jesteśmy? - spytała Babcia.
- W Paryżu, łaskawa pani, w Paryżu - odpowiedział bezczelny woźnica.
Dziadkowie mieli tylko jednego syna. Ich córka Sonia umarła w bardzo
młodym wieku i Babcia skupiła całą swoją uwagę na najdrobniejszych
szczegółach naszego wychowania. Przed południem prowadzono nas do Babci,
abyśmy się z nią przywitali (dziadkowie mieszkali niedaleko od nas).
Lubiliśmy ich stary dom, który przeżył najście Napoleona, jako że był
budowany z kamienia i ocalał podczas pożaru, gdy Moskwa została
podpalona przed nadejściem wojsk francuskich. Przy przebudowie domu i przekopywaniu otaczającego go gruntu znajdowano zamurowane i zakopane
skrzynie ze starymi złotymi monetami. Dawni właściciele widocznie
uciekli przed Napoleonem i już nie wrócili.
Wszystko w tym domu było tak inne niż w nowoczesnych domach. Na dole w kącie stał stary wolterowski fotel pradziadka z ruchomą podstawką na
świecznik i półeczką na książki, który wzbudzał nasze zaciekawienie.
Od drzwi wejściowych prowadziły na górę - do mieszkania - schody pokryte
czarno-białym dywanem. Przy zakrętach schodów stały w kątach oraz na
oknach kwiaty i różnorodne egzotyczne rośliny. Do przedpokoju prowadziły
drzwi z grawerowanego szkła, którego desenie bardzo nam się podobały. W przedpokoju wisiała wenecka latarnia z kutego żelaza o ściankach z barwnego szkła, jak witraże. Na prawo wchodziło się do gabinetu Dziadka,
na lewo - bezpośrednio do wielkiej sali z fortepianem Bechsteina, nad
którym wisiał naturalnej wielkości portret zmarłej córki dziadków, Soni.
Babcia najchętniej przebywała w tym pokoju, przy fortepianie lub z ręczną robótką przy oknie. Pamiętam, że jako dziecko podziwiałam jej
mały złoty naparstek.
Najpiękniejsze były jednak liczne pokoje, które nie miały drzwi i do
których schodziło się z salonu po paru jedynie stopniach, i gdzie można
było urządzać wspaniałe zabawy.
Tam mieściła się biblioteka z bardzo wysoką drabi-ną. Nas, dzieci,
interesowały tylko książki botaniczne, ponieważ były w nich piękne
ilustracje. Babcia często zdejmowała z półki kronikę rodziny
Avenariusów, pokazywała nam portrety rodzinne i zwracała nam uwagę na
to, jak typ "Avenariusowski" dziedziczył się z pokolenia na pokolenie
[...].
Stale mieszkali w domu dziadków jej bratankowie czy siostrzeńcy
studiujący w Moskwie, a pochodzący z innych miast.
Z naszą wychowawczynią Selmą, Niemką pochodzącą z dzielnicy bałtyckiej,
Babcia prowadziła długie rozmowy na temat naszego wychowania i wyjaśniała jej swoje w tej kwestii poglądy i życzenia.
Któregoś dnia szczerze się oburzyła, gdy wychowawczyni powiedziała:
- Kto to wie, Zofio Pietrowna, czy wnukom pani nie przyjdzie jeszcze
kiedyś paść świń?
Nasza wychowawczyni przypomniała sobie o tym, gdy bolszewicy wpędzili
nas w największą nędzę, odebrawszy majątek i wszystkie nasze
posiadłości. Ale któż to mógł przewidzieć?
Dwa razy w tygodniu miała Babcia tak zwane jour fixe'y17 -
jednego dnia po południu, a drugiego wieczorem. Nakrywano do dużego
stołu, panował nieprzerwany ruch - jedni goście wychodzili, gdy
przychodzili inni. Mimo licznej służby było to jednak męczące dla
starszej kobiety, ale o wiele prostsze niż urządzanie przyjęć dla
poszczególnych grup przyjaciół i znajomych. Na jour fixe mógł przyjść
każdy.
Dziadek i Babcia bardzo się od siebie różnili, mimo to nie mogę sobie
wyobrazić bardziej harmonijnego małżeństwa. Ich wzajemny stosunek był
zawsze i niezmiennie zabarwiony wzajemną głęboką miłością. Już na
śmiertelnym łożu Babcia wzywała mnie kilkakrotnie - między jednym
okropnym atakiem anginy pectoris a drugim - aby powiedzieć:
- Nie zostawiajcie Dziadka samego, gdy mnie nie stanie!
Cała jej troskliwość przed odejściem z tego świata skierowana była na
Dziadka. Właśnie w tamtym okresie ćwiczyłam Etiudę f-moll i Nokturn
c-moll Chopina. Te dwa utwory pozostały w mej pamięci na zawsze
związane ze wspomnieniem o Babci.
Motto Dziadka brzmiało: "Jeżeli życie było piękne, to podstawą jego były
trud i praca". Miał to rzadkie szczęście, że lubił swoją pracę, w niej
się wyżywał. Stale był w ruchu. Jeszcze teraz mam go przed oczami, jak
przemierza tam i z powrotem wielką salę, a następnie znika w swym
gabinecie, aby coś zanotować.
Zdarzało się, że w takich chwilach zapominał nawet o gościu, który
właśnie był u niego, dlatego że przyszedł mu do głowy jakiś ważny
pomysł. Tylko w sobotnie wieczory, przy grze w szachy, mógł godzinami
siedzieć spokojnie, lub gdy zagłębiał się w ulubioną lekturę - chemię
organiczną.
Jestem pewna, że jedynie przez grzeczność czytał na głos modne w tamtych
czasach utwory Matyldy Serao18, Il piccolo Mondo Antico,
powieści Fogazzara19 czy Narzeczonych20.
Chodził czasem Dziadek do teatru, lecz często opuszczał salę już po
pierwszym akcie - coś pilnego musiało być niezwłocznie załatwione!
Stale nosił w kieszeni mały tomik Marka Aureliusza21, z którego nam nieraz odczytywał parę zdań.
W zimie Dziadek wstawał o szóstej rano, a latem o piątej. Do późnej
jesieni przed śniadaniem kąpał się w stawie. Po śniadaniu kładł się na
dziesięć minut i wstawał odświeżony i pełny energii. Jego hobby były
piękne konie. Z wyjątkiem Babci u nas wszyscy jeździli konno. Gdy my,
jako małe dzieci, podążaliśmy wzrokiem za oddalającą się kawalkadą, nie
mogliśmy się doczekać, kiedy i my dosiądziemy koni. O ile wiem, nasi
rodzice zaręczyli się również podczas konnej wycieczki.
Gdy po długiej zimie w mieszkaniu w Moskwie wyjmowano podwójne okna i grube warstwy lodu narastające na nich podczas mrozów nie zasłaniały nam
widoku, ogarniało nas - dzieci - podniecenie. Oznaczało to, że niedługo
nastąpi wyjazd do Butowa, naszej letniej rezydencji, którą Babcia
obdarzyła nazwą Poselippo22, ponieważ bardzo lubiła tę włoską
miejscowość.
Większą część lata spędzaliśmy w Butowie, jednak na parę tygodni
wyjeżdżaliśmy nad morze. Lato przynosiło nam większą swobodę.
Pamiętam nudne spacery po moskiewskim bulwarze, gdzie inne dzieci wesoło
się bawiły, a my, pod nadzorem naszej guwernantki, maszerowaliśmy
grzecznie i nie wolno nam było wchodzić w żadne kontakty z innymi
dziećmi.
W Butowie natomiast mogliśmy urządzać dzikie zabawy, wchodzić na drzewa,
szukać grzybów bez rękawiczek, a nawet bez kapeluszy - o których nam
jednak często przypominano, i które zakładano nam na głowy, mocując je
gumką pod brodą, ponieważ zsuwaliśmy je na plecy - i przez cały dzień
mogliśmy być na świeżym powietrzu.
Lato miało tylko jedną złą stronę: w miejsce jednej guwernantki mieliśmy
ich aż trzy: Niemkę, Rosjankę i Francuzkę, i przez godzinę dziennie
musieliśmy kuć francuskie czasowniki na jednym z tarasów.
Przed willą dziadków rozciągał się [...] plac do różnych gier: krokieta,
badmintona, cerceau23 i innych. W zimie wylewano na podwórzu
przed domem ślizgawkę. Babcia lubiła się przyglądać naszym zabawom.
Gdy budziliśmy się rano, patrzyliśmy przede wszystkim przez okno: jaką
też będziemy mieli tego dnia pogodę? Przez barwne witraże
przedstawiające sceny z popularnych bajek dziecinnych trudno było sądzić
o pogodzie: kolorowe szyby łatwo wprowadzały w błąd i kiedy się przez
nie patrzyło, miało się zawsze wrażenie, że świeci słońce.
Gdy pogoda była piękna, z przykrością poddawaliśmy się przymusowej
kąpieli zdrowotnej, po której musieliśmy pół godziny poleżeć, kiedy
akurat ciągnęły nas ogród, basse-cour czy las. Babcia bardzo
pilnowała, aby dla naszego zdrowia było zrobione wszystko, co można
(nasz ojciec i jego siostra zmarli przecież na gruźlicę), i niczego nie
szczędzono dla jego wzmocnienia. We wszystkich kurortach, do których
jeździliśmy, obowiązkowa była dla nas także szwedzka gimnastyka i gimnastyka terapeutyczna, do czego mieliśmy dość niewielkie wtedy
zrozumienie.
Również latem rozkład dnia był ściśle przestrzegany. Po południowej
herbatce mieliśmy godzinę francuskiej lektury, jednocześnie z robótkami
ręcznymi. Wieczorem - przymusowy spacer z trzema guwernantkami. Szliśmy
wtedy poza park, przez kutą żelazną bramę na szosę i do lasu, który
należał do majątku dziadków. Park, otoczony ogrodzeniem, był duży, mimo
to czuliśmy się w nim do pewnego stopnia zamknięci, dlatego że nie wolno
nam było wychodzić z niego bez opieki, bo zbyt wielu podejrzanych ludzi
przechodziło drogą: ciągnęły nią piesze pielgrzymki do wszelkich
możliwych świętych miejsc, turkotały karawany Cyganów, którzy nas
fascynowali. Gdy rozlegał się gong wzywający na posiłek (u rodziców
chiński, u dziadków japoński), pielgrzymi żegnali się znakiem krzyża, bo
myśleli, że za żelazną bramą znajduje się ukryty pośród drzew klasztor.
Na niedzielę często zapraszano pracowników farmaceutycznych zakładów
Dziadka, aby mogli spędzić beztroski dzień w pięknym parku. Wieczorem
wyjeżdżali wypoczęci i obdarzeni ogromnymi bukietami kwiatów.
- Dzieci - zwracała się do nas nieraz Babcia, a jej oczy cudownie
świeciły - jakże jesteście szczęśliwe, jak dobrze wam jest...
Rozglądaliśmy się: tak, wszystko, co nas otaczało, było piękne.
Wypielęgnowane aleje parku, które codziennie posypywano świeżym
piaskiem, cudne drzewa, dworek rodziców cały opleciony bluszczem, ogród
różany przed willą dziadków, w którym pyszniło się przeszło dwieście
różnych gatunków róż i gdzie rosły nawet - na małych wzgórzach -
szarotki (dla Dziadka nie było niczego niemożliwego), szeroka aleja
wiodąca do rzeki obsadzona jodłami - pewnego dnia zastąpiły one topole,
których Dziadek nie lubił... Tak, to wszystko było piękne.
Dziadek zamierzał założyć w ogrodzie różanym tropikalny basen z centralnym ogrzewaniem i kryty szklanym kulistym dachem, lecz wojna w 1914 roku i później rewolucja zniweczyły te plany.
Piękne były także oranżerie, szczególnie ta, w której hodowano
tropikalne rośliny, gdzie zwisały ze ścian orchidee najróżniejszych
gatunków i gdzie nasza różowa kakadu czuła się doskonale, a złote i inne
rybki wesoło pluskały się w basenie. Był w tej oranżerii kącik ze
stolikiem i krzesłami - tuż przy basenie, można tam było posiedzieć i nacieszyć się widokiem bujnej egzotycznej roślinności. Gdy
przyjeżdżaliśmy do Butowa w porze zimowej, nieraz piliśmy tam herbatę ze
śmietanką tak gęstą jak masło, zajadając się świeżo upieczoną przez żonę
zarządcy bułką, choć gdy się dłużej posiedziało, wilgotny upał tam
panujący był nie do wytrzymania.
Były w Butowie także plantacje roślin leczniczych i do przygotowywania
ich do suszenia na potrzeby apteki zatrudniano wiele pracownic.
Dziadkowi udało się nawet z powodzeniem założyć hodowlę Hydrastis
canadensis24 - po uprzednim otrzymaniu licznych okrętowych
ładunków przywiędłych roślin, które nieumiejętnie pakowane, ginęły w drodze.
Każdemu, kto okazywał zainteresowanie hodowlą tej rośliny, Dziadek za
darmo rozdawał okazy.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki