... Uroczyste święto panowało na nieskończonej Milwaukee Ave:
sklepy były zamknięte, saloony przywarte, ruch wozów powstrzymany,
tramwaje nieczynne, że tylko niekiedy przemykał z rykiem jakiś
wojskowy automobil pod rozwiniętym gwiaździstym sztandarem; całe
zaś avenue od piwnic aż po dachy, obwieszone było niezliczonemi
chorągwiami, napisami i kolorowemi plakatami, że co chwila, niby
stada ptactwa, łopotało tysiące barwistych skrzydeł w szarem,
zimowem powietrzu. Zimno bowiem było, padał suchy, rzadki śnieg,
ciężkie, ołowiane niebo zwisało nisko nad miastem i lodowaty wiatr
prześwistywał z bocznych ulic, siejąc tumanami śnieżnego pyłu. Ale
nikt na to nie zważał, ulica była literalnie zapchana tłumami,
jedynie środkiem wyboistej jezdni szarzał pas wolnego miejsca, po
którym spacerowali uroczyście policmeni. Nawet w oknach
powywieranych i na balkonach przystrojonych w dywany, portrety,
girlandy i wstęgi w barwach wszystkich narodów koalicji, również
mrowili się ludzie. Widać ich było na dachach niższych domów i na
drzewach; wieszali się po słupach tramwajowych, po kominach i gdzie
się tylko dało.
Śnieg wciąż padał, przysłaniając sinawą, drgającą zasłoną całe to
ludzkie mrowisko, a tylko niekiedy z pod tego lodowatego okwiatu
zrywał się jakby ryk morza, wybuchał orkanem wrzasków, bił w
ołowiane niebo i ścichał, przemieniając się w głuche, nieustanne
wrzenie głosów, szeptów, wołań.
Tłumy zbierały się już od południa na zapowiadany od kilku
dni wymarsz ochotniczego oddziału, który wyruszał na dalekie pola
bojów, do Francji. Kompanja była sformowana przeważnie z Polaków,
więc też i z Chicagoskiej Polonji nie brakowało prawie nikogo, -
zebrali się na pożegnanie swoich bohaterskich chłopaków. Stawiła
się też i reprezentacja władz federalnych, wojskowych i
municypalnych. Stawiło się również całe prawdziwie amerykańskie
Chicago. A prócz tego, istna wieża Babel języków, ras, narodów i
kolorów skóry waliła ze wszystkich stron miasta, zapychając już
boczne ulice i przejścia. Rosła też i niecierpliwość, bo modrawe
zmierzchy jęły przysłaniać ulice. Tłum wrzał, kłębił się i miotał
niby morze spętane kamiennemi brzegami. Co chwila ktoś alarmował,
że już nadciągają, i wtedy wszystkie oczy rwały się w zaśnieżone
dale i nieruchomieli w zasłuchanem oczekiwaniu. W tych nagłych
ciszach głośniej dawały się słyszeć zadyszane, schrypnięte głosy
sprzedających extra biuletyny z placu boju. Właśnie o pierwszym
zmierzchu sypnęły się nadzwyczajne dodatki gazet na zgorączkowane
tłumy, - a każdy z nich już tytułami porywał oczy, zaciekawiał i
roznamiętniał, - każdy z nich bowiem krzyczał strasznemi ranami
wojny i ociekał krwią tysięcy, wołał o nikczemności Niemców, o
bombardowaniu miast, zabijaniu dzieci, kobiet i starców, o
zatapianiu bezbronnych statków, zatruwaniu powietrza, o głodach,
pożogach i gwałceniu wszelkich praw boskich i ludzkich...
Odczytywano głośno te wiadomości, a każde słowo targało
duszę zgrozą, oburzeniem, gniewem i nienawiścią tak żywą, iż
zaszemrały klątwy i złorzeczenia.
Tłumy zadygotały niby bór, zafalowały gwałtownie, i naraz
głuchy pomruk wybuchnął grzmotem strasznej nienawiści.
- Śmierć Niemcom! Hańba! Śmierć Hunnom! Śmierć
barbarzyńcom!
Ale w tejże samej chwili zahuczały gdzieś w oddali potężne
trąby i w modrawej głębi, zasnutej śnieżnym pyłem, zamajaczył
rozkołysany las sztandarów i wiatr przynosił dźwięki narodowego
hymnu.
Wszystkie kapelusze wyleciały w górę, tysiące chustek
powiało z okien i balkonów, a sto tysięcy gardzieli zaśpiewało
refren ukochanej pieśni.
"And the star-spanglad banner, oh, long may it wave,
O'er the land of the free, and the home of the brave!"
Śpiewali jednym, potężnym głosem uniesienia.
Śpiewała wolność ze wszystkiej mocy dumy niebosiężnym
głosem szczęścia. Pochód zbliżał się szybko i toczył niby fala
rozśpiewana, grzmiąca, pokryta bryzgami rozmiotanych na wietrze
sztandarów. Niedojrzane jeszcze orkiestry, wycia elektrycznych
organów, trąby, turkoty jadących armat, świsty, brawa i wzmagające
się ustawicznie okrzyki tłumów grzmiały jak ocean, a i zwisające z
domów chorągwie jęły się trzepotać i bić o ściany.
- Prawdziwie amerykański bluff! - szepnął Topór, usiłując
zajrzeć wgłąb ulicy, ponad głowami niżej stojących. - Record wycia!
- i zwrócił się do smukłej kobiety o popielatych włosach i
błękitnych oczach. Uśmiechnęła się wzgardliwie. Stali całem
towarzystwem na rogu jakiejś ulicy, na schodkach sklepowych.
- Dzisiaj w każdej wardzie jeden saloon wydaje drinksy za
darmo dla ochotników! - objaśniał cicho jakiś obrzękły obywatel;
haczykowaty nos mu poczerwieniał i królicze oczy połyskiwały
złośliwie. Żuł gumę i oblizywał tłustym językiem grube, murzyńskie
wargi.
- Well! dla polskich bohaterów dzisiaj wszystkie szynki
stoją otworem. Komitet płaci. Księża kolektują po kościołach na
wypitkę! - śmiał się ktoś z olbrzymiem cygarem w zębach i z
brzuchem mocno wysadzonym.
- Jesteśmy w cenie. Licytują się po świecie o polskie
mięso.
- Ciszej! - ostrzegała piękna pani. - Mogą nas
obserwować...
- Robią to z pewnością - potwierdził młody, straszliwie
chudy chłopak, rozglądając się podejrzliwie. Jego świter rdzawy w
zielone pasy zwracał uwagę.
- Piknikowe gęby, nastrój odpustowy, brakuje tylko
karuzelów.
- Well, dobrze podgrzewają. Ciężką robotę mają werbunkowi
agenci, żeby poruszyć i rozhuśtać takie burżuazyjne stado...
- Taki musi pić pierwszy, pierwszy płakać, pierwszy
krzyczeć, pierwszy śpiewać i pierwszy nastawiać gnaty w razie
potrzeby. A do tego musi udawać zwykłego obywatela, bo inaczej -
dziesięć dolarów fiut, i nogą na pożegnanie.
- Czy to inaczej na naszych wiecach? - szepnęła pani.
- Księżniczko! - jęknęło olbrzymie cygaro. - Dla świętej
sprawy ludu...
- Nie zlękną się Niemcy tych amatorskich bohaterów -
wątpił ktoś.
- Mylicie się gruntownie, towarzyszu - szepnął Topór w
samo ucho.
- Co, ja się mylę? To mi się podoba! Przecież to koń, na
którego gramy...
- Niech żyje Ameryka! Niech żyje koalicja! Śmierć Hunnom!
- zawrzeszczał naraz Topór wraz ze swojem towarzystwem, gdyż pochód
nadciągał i oszalałe wrzaski zatargały powietrzem. Zagrały naraz
wszystkie orkiestry, sypały się ulewy kwiatów z okien i balkonów;
ziemia zadudniała od mocnych, mierzonych kroków wojska, jakoby od
bicia tysięcy cepów.
Tu i owdzie strzelano na wiwat prawie rotowym ogniem.
- Mam już dosyć tego widowiska.
- Jeszcze chwileczkę, księżniczko - prosił grubas. -
Przyszliśmy nie dla przyjemności.
- A na złość kropidlarzom uświetniamy tę narodową szopę! -
drwił któryś.
- Przejdą i uciekamy. Numer na jutro jeszcze nie gotowy.
Wspaniałe chłopaki. Niech żyje Polska! - wrzasnął Topór. - Niech
żyje Ameryka!
Jakoż nadchodzili: na przedzie widniała kapela trębaczów
rozgłośnie dmąca w mosiężne trąby, a za nią ciągnął oddział
regularnego wojska z rozwiniętym pułkowym sztandarem i z oficerami
na koniach, potem szła amatorska orkiestra, przybrana w nieco
fantastyczne czapy i mundury z czasów księcia Józefa; zasię dopiero
po niej waliły karnie ochotnicze szeregi. Maszerowali czwórkami w
kompletnym bojowym rynsztunku, w stalowych hełmach, z karabinami na
ramionach i nawet z baterją polnych dział dla większej parady.
Oficerowie z dobytemi szablami trzymali krok na skrzydłach.
Maszerowali zwarci, jak śmigły bór, rozkolebani w ruchu, potężni.
Szły chłopaki wybrane, równe wzrostem, dorodne, sprężyste, zwinne,
baczne, krzepkie, i sękatym dębczakom podobne. Twarze mieli
wygolone, szarawe, miny srogo zawadjackie, a oczy niebieskie niby
zagon rozkwitłego lnu. Żołnierz to był rasowy, z krwi, animuszu,
fantazji i dobrowolnego wyboru.
"Jeszcze Polska nie zginęła"!
Krzyknęły trąby, a za niemi zaśpiewały orkiestry i
wszystkie polskie serca i piersi, że powietrze roztrzęsło się
siarczystym mazurem. Jaki taki już pokrzykiwał i bił nogami do
wtóru, inny wrzeszczał jak opętany, zasię drudzy śpiewali z
zamkniętemi oczami tę pieśń tułaczą, tę pieśń - nadziei i wiary
nieśmiertelnej. Szlochem wzbierały piersi. Dusze się rwały do
ojczyzny dalekiej. Wskrzesały w sercach pomarłe wiary. Cud się
stawał na wszystkich oczach. Przygięte kerki prostowały się dumnie,
a zasnute nędzami oczy spozierały na te szeregi ze zdumieniem,
prawie ze strachem.
Chciało się naraz ludziom śmiać, i płakać, i krzyczeć z
jakiejś dzikiej, szalonej radości; chciało się na dźwiękach tej
piosenki lecieć we wszystek świat. Wnet i łzy, i ciężkie
westchnienia, i spazmatyczne wybuchy płaczów, i żałosne łkania, i
niepowstrzymane szlochy, i jakieś bezładne, radosne wołania
wyszarpywały się z głębin dusz wzburzonych.
- Jezus, Marja! Jezus! - krzyczał ktoś obłąkanie,
zalewając się rzęsistemi łzami.
Jakaś babina pod wystawą, gdzie widniał obraz
Częstochowskiej, na klęczkach odmawiała pacierz oblewany strugami
łez serdecznych.
Jakże tu nie oszaleć! Toć prawdziwe polskie wojsko
maszeruje! Na bój ciągnie z prawiecznym wrogiem. Toć nasze rodzone,
chłopaki. I w obronie Ameryki! W obronie Polski! W obronie świata
stanęli! A słowo stało się ciałem! Spełniają się sny długich lat i
całych pokoleń! A jak to idą, aż ziemia dygoce pod ich mocarnemi
krokami. Kto się im oprze? Na bagnetach rozniosą, w puch rozbiją,
gotowi cały świat stratować! I któż to są ci nieustraszeni rycerze,
śpieszący lać krew za wolność świata? Plemię tułaczów, synowie
nędzarzów, których głód wypędził z własnej ojczyzny i niby liście
rozsypał po całej kuli ziemskiej, - którym jeszcze wczoraj
zaprzeczano imienia polskiego, - którzy jeszcze wczoraj byli celem
szyderstw i wzgardy, a żyli w poniżeniu, traktowani gorzej bydła! I
oni pierwsi stanęli na głos Ameryki! Dobrowolnie rzucili rodziny i
fabryki, zwarli się w szeregi i oto maszerują ramię przy ramieniu,
a z jedną tylko myślą z jednem pragnieniem: służenia świętej
sprawie. Prężą się w marszu dumnie i spokojnie, godnie przechodzą w
ulewach kwiatów, śpiewów, entuzjastycznych okrzyków i pod
gwiaździstemi sztandarami, chylącemi się przed nimi.
Bo znowu, jak kiedyś, pierwsi idą na wyłom, gdzie walka o
wolność.
I znowu, jak kiedyś, imię Polski wywyższone mocą poświęceń
jej synów!
Więc i słuszna duma rozpierała serca, podnosiła czoła i
syciła takiem rozrzewnieniem, że błogosławiącym ruchem wyciągały
się spracowane, twarde ręce, szeptano pacierze, żegnano ich znakami
krzyża, zaś tysiące rozpłakanych spojrzeń obejmowało te drogie
głowy, jakby serdecznym uściskiem miłości. I coraz rzęsistsze grady
kwiatów spadały na nich z okien i balkonów, a ze wszystkich stron
coraz zapamiętałej wołano:
- A bijcie chłopcy tych psubratów. Za Kalisz! Za rugi
pruskie! Za sto lat niewoli! Zdepczcie gadzinę! Bez pardonu! Śmierć
zbójom i mordercom!
"Co nam obca przemoc wzięła -
siłą odbierzemy".
Śpiewali, wydając się jakoby stadem orłów lecących na bój,
na śmierć, ale i na zwycięstwo...
- Idą na rzeź, jak stado baranów z wesołym bekiem!
- Jeszczeby, w każdego wlano z litr dobrej gorzałki -
mruknął brzuch wysadzony.
- Zrobiłabym to samo... gdybym była mężczyzną - wyznała
niespodzianie księżniczka.
- Pani tak mówi, pani? Żona Topora! I żeby tak dowcipu nie
zmarnować, zawodowa, przysięgła rewolucjonistka! - podjęły gorąco
murzyńskie wargi.
- Teraz prawdziwy humbug polsko-katolicko-amerykański.
Uwaga!
Ochotnicy przemaszerowali, ale tuż za nimi zagrzmiały nowe
orkiestry, grały bojowe trąbki, warczały głucho bębny i rozkołysane
płoty lanc furkotały proporczykami a ziemia jęczała od ciężkiego
bicia kroków. Maszerowały bowiem, jako straż honorowa, przeróżne
związki wojskowe, każdy z własną kapelą, sztandarami i oficerami.
Barwność i rozmaitość ich bojowego ekwipunku ciągnęła oczy i
budziła powszechny entuzjazm. Było ich tysiące! Grzmieli w karnym
ordynku, szóstkami; miny mieli zawadjackie, krok równy i mocny,
spojrzenia weteranów zahartowanych w bojach.
- All right! Tego mi jeszcze brakowało do zupełnego
obrazu. - Artylerja św. Barbary! Krakusy królowej Jadwigi! Husarzy
Puławskiego! Ułani ks. Józefa! Kosynierzy Kościuszki! Gwardja
Korony Polskiej! - wyliczał ktoś ze śmiechem na rogu. - Co za
mundury! Musieli złupić jakiś teatr. Procesja jakby w Boże Ciało na
Krakowskim rynku.
- Panbyś, cholero jedna, wolał majufes na śmietniku pod
baldachimem, co? - zagadnął do niego naraz jakiś rozsrożony
robotnik.
- Co pan się ciska! Niech pan krzyczy jak ja: Niech żyje
Polska! Niech żyje Ameryka! Niech żyje polskie wojsko! -
zawrzeszczały murzyńskie wargi i jeszcze prędzej przepadły w
tłumach i mroku.
Całe towarzystwo jęło się również wycofywać i to z wielkim
trudem, gdyż za wojskiem tłumy ruszyły jak rzeka, całą szerokością
ulicy.
- Wracam do redakcji - zaczął Topór, kiedy się nareszcie
wyrwali na boczną ulicę. - Trzeba dać na jutro notatkę o tej hecy.
Napisz Aniu i nie żałuj sobie - zwrócił się do żony. - Pisz po
swojemu, niech się i towarzysze ucieszą. Oszczędzaj tylko
amerykańskie odciski. Towarzysz Merda idzie ze mną, co?
- Well, chętniebym po drodze zawadził o czerwony corner.
- I dał się pięknej Ewci skusić miętówką. All right! -
zgodził się Topór.
I poszli wszyscy, prócz Księżniczki. Skinęła im głową i
odwróciła, się, by jeszcze popatrzeć na rozbłyskające światła i
słuchać muzyk grających właśnie Marsyljankę. Odpływały milknącą
falą w dal i mroki nadchodzącej nocy.
Wiatr ustał, ociepliło się znacznie i śnieg padał mokremi
płatami. Ulice pustoszały i cichły. Tu i owdzie z powrotem
otwierano sklepy.
Nadziemna kolej zaturkotała tak gdzieś blisko, że
wzdrygnęła się i pobiegła do domu. Mieszkali niedaleko. Dzielnica
była nędzna, brudna i słabo jeszcze zabudowana; domy podobne do
siebie, jak dwie krople wody, stały dosyć rzadko, poprzedzielane
pustemi placami lub elami podobnemi do rynsztoków zawalonych
śmieciem i błotem. Wyniesione trotuary pokryte były płytami pełnemi
dołów i wyrw po kolana, ulica zaś położona nieco niżej, pomimo
sypiącego śniegu, czerniała niby błotnista kałuża. Bandy dzieci
harcowały po niej z wrzaskiem, uganiając się za jakimś psem
bezdomnym. Straszliwy, słodkawo-mdły zapach pobliskich garbarni
przesycał powietrze.
Księżniczka rozkołysana była wrażeniami, z których nie
mogła zdać sobie jeszcze sprawy. Przystanęła przed domem i
bezwiednie spojrzała w okna pierwszego piętra, ciemne były. Dom,
który wynajmowali, był jak sąsiednie, piętrowy, drewniany, obity
szalówką, na wysokiej podmurówce, naśladującej ciosowy kamień,
piernikowy w barwie i z długą werendą od ulicy. Dwa rachityczne
drzewka stróżowały przy schodach, z trotuaru.
Wilgotny chłód ogarnął ją w sieni, gdzie stał stół, parę
wyplatanych kolebaczów i pod schodami, wiodącemi na piętro,
uschnięta palma przyozdobiona pękami czerwonych, papierowych róż.
- Mr. Jack! - zawołała na schody.
- Good bye! Ania - odwrzeszczała z góry papuga. - Good
bye! Ania!
Zajmowali parter, na piętrze mieszkali lokatorzy i tam
była również wanna, kuchnia zaś w suterenach. Wielki parlor
położony od frontu, zaciemniała werenda, następne dwa pokoje z
oknami na sąsiedni dom, przedzielony tylko dosyć wąską elą, były
również ciemne i smutne. Pozapalała światła i, chodząc z pokoju do
pokoju, rozbierała się, rzucając - gdzie padły - rękawiczki,
kapelusz, okrycie i woalkę. Mieszkanie wionęło chłodem i
opuszczeniem; brzydkie było, urządzone fabryczną tandetą, kupowaną
na tygodniowe spłaty, więc jeno napełnione najpotrzebniejszemi
meblami. Jedynie parter urządzono z pewnem staraniem; na wielkim
dywanie stało kilka głębokich foteli na biegunach, skórą krytych, a
w pośrodku wielki, okrągły stół zawalony książkami i pismami. W
rogu pianino szczerzyło żółte zęby, a nad niem wisiał ogromny
portret Marksa, otoczony zwiędłym, laurowym wieńcem z czerwonemi
szarfami. Kilka szaf z książkami, niskich, podpierało ściany.
Pod jednem z okien usychały jakieś rośliny. Ale
osobliwością, przykuwającą każde oczy, był portret umieszczony na
wprost głównego wejścia. Malował go Axentowicz w Krakowie: stała na
nim smukła dziewczyna o płowych, lekko sfalowanych włosach i
błękitnych oczach, w balowym stroju ze srebrzystych gaz, tiulów i
koronek. Wychylał się z płótna, jak księżycowa bajka!
- Człowiek się tylko czuje sobą w przeszłości, - myślała z
jakimś gryzącym smutkiem, patrząc na portret i przyodziewając się w
wielki fartuch.
Spiesznie zeszła do kuchni, bo jakiś zegar wybijał piątą.
Łusia, jej bortniczka i prawie przyjaciółka, kładła
pasjansa na białym, okrągłym stole, jedną rękę miała w bandażach i
na temblaku.
- Mr. Jack pytał o panią. Poleciał odprowadzać wojsko na
kolej. No, jakże tam było? Tak mnie rwała ręka, że iść nie mogłam.
Ładnie było?
- Jak w Częstochowie na odpuście. Dawno poszedł mr. Jack?
- Z godzinę temu. Było pięć telefonów i przylatywał boy z
redakcji. A zaraz po pani wyjściu przyszło jakichś dwóch
grynhornów. Tak się dobijali, że musiałam ich wpuścić. Polacy,
młodzi, jeden miał nos przetrącony. Mówili, że jadą ze starego
kraju. Towarzysze podobno. Niby, że skądciś uciekli...
Księżniczka, rozpalająca ogień w dużym furnesie, podniosła
się nagle i odpasując fartuch, wyrzekła stłumionym głosem:
- Może Łusia nastawi obiad. Za jakieś pół godziny wrócę...
Ubrała się pośpiesznie i wybiegła z domu. Dopadła wolnego
Taxi i kazała mu dogonić pochód. Dopędzili go już w śródmieściu,
pod mostami, na kanałach. Przepchała się z gorączkową siłą w sam
środek i szła ogłuszona tym niemilknącym ani na chwilę huraganem
śpiewów, krzyków i muzyk.
Pomimo szalonych ścisków, wojsko maszerowało dosyć prędko,
witane i tutaj z niesłabnącym entuzjazmem i zasypywane kwiatami.
Miasto nurzało się w morzu świateł. Nad ulicami błyskały
kolorowe transparenty, a ze wszystkich ścian, domów i głębin nieba,
wytryskiwały elektrycznością pisane słowa powitań, zachęty i wołań
do obrony świata przed barbarzyńcami. Straszliwe drapacze nieba
patrzyły gdzieś z chmur tysiącami rozgorzałych okien na te mrowiska
ludzkie, płynące głębokiemi kanałami ulic.
Księżniczka grążyła się zwolna na dno tych wzburzonych
odmętów, aż w końcu zupełnie w nich utonęła. Zapomniała o sobie,
jakby się zatracając w tym wulkanicznym entuzjazmie. Poczuła się
jakby straszliwym płomieniem, uskrzydlona niewypowiedzianą
radością, zdała się unosić na dźwiękach muzyki, na migotach
świateł, na śpiewach. Stało się z nią to, co się już nieraz stawało
w dzieciństwie, na nabożeństwach w ich wiejskim kościele, kiedy to
grania organów, śpiewy chłopstwa, bicia dzwonów, światła, procesje
z pozłocistą monstrancją na przedzie - doprowadzały ją do
ekstatycznych uniesień, do płaczów i długich omdleń. I obecnie nie
wiedziała już co się z nią dzieje. Czuła się jakby źdźbłem porwanem
przez huragan i z rozkoszą nadludzką dawała mu się ponosić, i
rzucać choćby na zatracenie. Spragnionem sercem piła te wrażenia,
aż do utraty świadomości.
Ochłonęła nieco dopiero przed dworcem kolejowym. Cały plac
był udekorowany w niesłychane ilości świateł, chorągwi i zieleni.
Improwizowane trybuny zapchane były do ostatniego miejsca.
Wszystkie okna domów pełne były ludzi, ze wszystkich stron leciały
okrzyki wraz z kwiatami na głowy żołnierzy. Publiczność prawdziwie
amerykańska przyjmowała ich owacyjnie.
Ochotnicy stanęli rozwiniętym frontem, mając na lewym
flanku potężną watahę sokołów, a z prawej głęboki czworobok
wojskowych związków.
Na jakiś znak, - muzyki przestały grać, stało się prawie
cicho, że głos Majora miasta dawał się wyraźnie słyszeć. Mówił
krótko, dobitnie i obrazowo, a zakończył okrzykiem na cześć
koalicji i Polski.
Potem jęli przemawiać inni.
Księżniczka znalazła się niespodzianie tuż przy
ochotniczych szeregach. Znała z nich bardzo wielu i spróbowała
zagadać, ale odpowiadały jej tępe, niewidzące spojrzenia i jakieś
wzgardliwe uśmiechy. Dotknięta do żywego zwróciła się do jednego z
byłych towarzyszów, zecera z ich drukarni.
- Co to znaczy, panie Antoni, że nikt się do mnie nie
odzywa?
- Niewolno nam rozmawiać z podejrzanymi... - szepnął i
jakby skamieniał w powinnej pozie, z karabinem u nogi i
niewidzącemi oczami.
Padła komenda, odezwały się trąbki, zawarczały bębny,
zagrzmiały kapele i oddział paradnym krokiem pomaszerował pod
triumfalną bramą na stację, do pociągu przystrojonego w festony,
kwiaty i chorągiewki.
Tłum, niby przypływ morski, zakołysał się nagle, uderzył w
kordony policmenów, rozwalił wszelkie przeszkody i z dzikim rykiem
runął na perony. Podniósł się niesłychany wrzask tratowanych i
rozpaczliwe płacze.
Księżniczka, wydobywszy się cało z odmętów, dostała się
prawie pędem na kolej nadziemną i wpadła w pierwszy, nadchodzący
pociąg, nawet nie wiedząc dokąd ją zawiezie. Po dłuższej chwili
sprawdziła, że siedzi pod oknem, że ma okrycie poszarpane, kapelusz
zgnieciony, włosy rozplecione i twarz mokrą od łez. Dygotała
jeszcze z gorączki i ze zmęczenia. Oczy miała pełne świateł a w
sobie chaos zamierających dźwięków. I nie prędko zdobyła równowagę.
Pociąg z krzykiem przelatywał nad ulicami. Noc była na
świecie szara i posępna, śnieg już nie padał, bielił się jak całun
na nieprzejrzanych przestrzeniach. Chicago w tej martwej poświacie
widniało niby step zaśnieżony i zamarzły a pokryty niezliczonemi
szałasami. Niezliczone przejścia, ścieżki i przesmyki znaczyły się
linjami świateł. Tu i owdzie czarne wzgórza fabryk świeciły
tysiącami okien. Niebotyczne drapacze stały gdzieniegdzie, jakby na
straży. Pociągi przesuwały się nad domami we wszystkich kierunkach,
niby węże migocące rozjarzonemi ślepiami.
Odwróciła się od okna, rozdrażniała ją ta nieskończona
panorama, ale jeszcze więcej irytowały rozmowy, prowadzone dokoła.
Wagon był zapchany, wszyscy zdali się powracać z pochodu i rozmowa
toczyła się o ochotnikach, wojnie i Niemcach. Miała już tych
tematów powyżej uszów. Lata upływają i wszędzie, o każdej porze,
nic innego tylko wojna i Niemcy! Zaklęła po cichu. Poczuła się
bardzo strudzoną, nieomal chorą. Bolały ją fizycznie te głosy
ludzkie, huk pociągu, trzaskanie drzwiami. Jej entuzjazmy stawały
się śmiertelnem zmęczeniem i wyrzutami sumienia. Trzeźwemi oczami
spojrzała na siebie i aż się zatrzęsła z gniewu. Nie mogła sobie
teraz darować, że dała się porwać i to właśnie temu, co
najzawzięciej zwalczała: militarystyczno-patrjotycznej hecy!
Czyniła sobie gorzkie wyrzuty i napomnienia. Tak już wiele w życiu
wycierpiała przez tę swoją impulsywność, przez tę nieszczęsną
niemoc zapanowania nad sobą, że płakać się jej chciało z
upokorzenia.
- Szczęściem, że mnie nikt z towarzyszów nie widział -
rozmyślała.
Jakiś Amerykanin głośno wysławiał Polaków za ich lojalność
w stosunku do Ameryki, a potem jął chwalić za niesłychaną
pracowitość i wytrwałość.
- Najlepszy robotnik, bo da się bezkarnie wyzyskiwać -
rzekła wyzywająco.
Nie było odpowiedzi, gdyż w tejże chwili, na jakiejś
stacyjce, chłopak wskoczył z ostatniemi wydaniami "Trybuny", gdzie
już podawano szczegóły z pochodu i świeże wiadomości z wojny.
Czytano je głośno, dyskutowano i nowy grad przekleństw posypał się
na Niemców i ich przyjaciół.
Obok niej, chłopak Polak, tłumaczył ojcu z gazety jakiś
artykuł wielce pochlebny dla Polaków.
- Nareszcie zrozumieli, że my nie hetki pętelki -
zaszeptał z dumą stary.
- Ale stado, które się pochlebstwem prowadzi na rzeź -
warknęła mimowoli.
- Za ojczyznę trzeba płacić żywą krwią - rzekł z
namaszczeniem. - Z dobrej woli idziemy, moja pani. Niech pani
ludziom serca nie odbierał - szepnął surowiej. - Czasy nadeszły
przepowiedziane i biada tym, którzy znaków Pańskich nie posłuchają!
Mój chłopiec, dziewiętnaście lat stary, chce wstąpić do polskiego
wojska. Jedyne to moje dziecko, a ja mu rzekłem: jest tylko jeden
Bóg i jedna Ojczyzna. Woła cię głos powinności, to idź synu, a jak
potrzeba to i daj głowę za świętą sprawę, My są Polacy, moja pani -
dodał z naciskiem. - Nasza powinność!
Wysiadła na najbliższej stacji, jakby uciekając przed
głosem starego.
- Zakute łby - rozmyślała już na ulicy. - Zbawcy świata -
uśmiechnęła się wzgardliwie.
W domu zastała Łusię jeszcze przy pasjansie.
- Pan zaglądał, ale naszych chłopaków jeszcze niema,
kolacja wyschnie.
Telefon zabrzęczał, ktoś pytał o Topora.
Księżniczka zasiadła w parlorze do pisania, lecz
napisawszy z rozmachem tytuł: "Odpustowe procesje" - odrzuciła
pióro i kołysząc się na bujaczu, próbowała się skupić i zapanować
nad zdenerwowaniem. Jeszcze nie wiedziała co napisać, ale już w
mózgu przewijały się pojedyncze zdania, charakterystyki, złośliwe
uwagi, jadowite słowa. Wzbierał w niej i kształtował się jakiś zły,
urągliwy, mściwy wylew. A równocześnie pod nawałą brzękliwą słów,
pod zgiełkliwym chaosem przelatujących myśli i nieskoordynowanych
uczuć, podnosiły się jakieś dalekie, dalekie echa tęsknoty
niewiadomo za czem!
Ktoś zapukał i wszedł. Dreszcz nią zatargał radosny, znała
te ciche kroki.
- Good bye! - głos był dziwnie dźwięczny i ciepłem
przejmujący.
Ktoś o suchej, wygolonej twarzy i szarych za wielkich
oczach, usiadł przy niej.
- Był pan na wymarszu! Jakież wrażenia? - spojrzała na
niego z przyjemnością.
- Płakałem, jak wszyscy i entuzjazmowałem się jak wszyscy.
Niech żyje Polska i Polacy! - wykrzyknął, mocno jeszcze
podekscytowany wrażeniami.
- Żołnierze jak żołnierze, stado wymustrowanych baranów,
ale nasze związki wojskowe sprezentowały się niby chóry z jakiejś
opery. Mogliby się pokazywać w cyrkach!
- Wspaniałe, wspaniałe! - prawie zakrzyczał. - Pani ich
krzywdzi. Zaimponowali całemu miastu swojem wyszkoleniem i
sprawnością. A sokoli? toż to nadzwyczajna organizacja, żołnierz
gotowy w każdej chwili na usługi Ojczyzny. Przy nich nasze milicje
stanowe - zabawa w żołnierza. Jestem Amerykaninem i niełatwo
przychodzi mi chwalić cudze, ale takich żołnierzy, jak wasi,
poprostu uwielbiam.
Drgnęła w niej jakby duma narodowa, lecz odezwała się z
szyderstwem:
- Nie cierpię militarystycznych pachołków, czem lepsi, tem
gorzej dla świata.
- Nie rozumiem, jak człowiek rozumny i uczciwy może być
socjalistą. - Gniewem zamigotały jego stalowe oczy. - Jak można
sławić międzynarodówkę!
- Pan z amerykańskim uporem nie chce niczego rozumieć, co
się nie zgadza z pańskiemi przekonaniami - uśmiechała się z
pobłażliwą wyższością.
- Polskie sprawy zaczynam rozumieć, bo codziennie czytam
wasze gazety.
- Nauczył się pan po polsku? - zdumiona była i głęboko
poruszona.
- Trochę, tyle, że rozumiem gazetę, mówić mi trudno, Frank
mnie wieczorami poprawia. Moja fabryka ma zamiar założyć filję w
Polsce i mogą mnie tam wysłać - objaśniał, ale dziwnie się przytem
zmieszał i poczerwieniał.
- Chętniebym panu pomogła.
- All right! Godzinę dziennie, wieczorem, mogłaby pani? -
pytał gorączkowo.
- Mogę zacząć od jutra - zgodziła się bardzo chętnie.
Lubiła go bowiem, chociaż drażnił ją zimną rezerwą, z jaką się
zachowywał i wprost wrogim stosunkiem do socjalizmu. - Dla mnie
uczy się po polsku! - pomyślała z cichym triumfem. Nie obchodził ją
żywiej niźli inni znajomi, ale to odkrycie sprawiało jej szczególną
przyjemność. - Ma pan czas wieczorami?
- Od szóstej, - wszystkie godziny do rozporządzenia -
schylił głowę z wdzięcznością.
- I nie obawia się pan nawrócenia na socjalizm? -
żartowała.
- A pani się nie lęka przejścia na mój konformizm? -
odparował wesoło.
Roześmieli się oboje. Wszedł na to zadyszany Merda, zgasłe
cygaro latało mu w zębach, a okrągłe, wyblakłe, rybie oczki
przeszukiwały każdy kąt pokoju.
- Razem poszliście do pięknej Ewci na miętówkę! -
odpowiedziała na pytanie o męża.
- Dawno już wyszedł i przepadł jak kamień w wodzie.
Narzekał i rzucił się do telefonu, ale zewsząd odpowiadano, że
Topora niema.
- Sprawa jest ważna i pilna. Wie pani, B. wylądował
wczoraj w Nowym Jorku. Miałem depeszę z drogi, jedzie do Chicago.
Naturalnie jest pod pseudonimem. Ktoś musi po niego iść na stację,
a tylko jeden Topór zna go osobiście. Trzeba go przyjąć i dać mu
bezpieczną kwaterę, mogą za nim tropić.
- Powinien zająć się tem Komitet, albo redaktor, toby było
najwłaściwiej.
- Mam jeszcze dzisiaj zebranie delegatów. Omawiamy sprawę
wiecu - jego biegające wciąż oczy odkryły świeżo napisany tytuł. -
Odpustowe procesje! Świetny tytuł. Doskonały do wykrzykiwania. Każę
odbić tego numeru o tysiąc egzemplarzy więcej do ulicznej
sprzedaży.
Mr. Jack, nie chcąc im przeszkadzać, admirował w pobożnem
skupieniu portret, nieznacznie porównywując go z oryginałem.
- Well, B. jedzie z Krakowa z dyrektywami dla nas, i
dokazał prawdziwych cudów, przedostając się do Ameryki. Przyjechał
na jakimś duńskim żaglowcu, musimy go dobrze pilnować przed
detektywami. Wie pani, co wyrabiali z Pazurkiem? - I opowiedział
prawdziwą epopeję pogoni i ucieczki, prawie po całej Ameryce,
towarzysza tropionego przez politycznych agentów. - A w końcu
złowili go psiekrwie! - wybuchnął całym gradem klątw na agentów.
- Zrobili, co byli powinni - przerwał mu niespodzianie mr.
Jack. - Wszystkich podejrzanych o sympatje dla Niemców powinni
spędzać do więzień i obozów.
- Znaczy się, podejrzanych o inne przekonania, tylko o
inne przekonania!
- Tak, bo te inne przekonania mogą właśnie przygotować
zdradę, pomagać wrogowi, szerzyć w kraju niepokój i osłabiać
energję! - mówił zimno i stanowczo.
- Pan chciałby z Ameryki zrobić conajmniej carat! -
zawrzał Merda.
- Nie chciałbym tylko, aby moja ojczyzna stawała się
bezpiecznym chlewem dla świń całego świata! - wparł w niego swoje
szare, stalowe oczy.
Merda sprężył się jak bokser, cygaro wypluł i podskoczył
groźnie do niego.
- Jakże ja to mam rozumieć? - pytał, uśmiechając się
szczękającemi zębami.
- Jak powiedziałem - odparł z wyniosłym spokojem. - A
powiedziałem bez żadnych ukrytych intencji! Wyrzekłem to, co każdy
Amerykanin myśli i czuje! Jestem u mrs. Topór i nigdybym nie umiał
obrażać jej gości. Pan jako cudzoziemiec...
- Jestem obywatelem amerykańskim od lat piętnastu i
szczycę się tem.
- All right! to nam ułatwi rozmowę! Przecież amerykańska
gościnność nie miała granic, przyjmowaliśmy każdego, który pod
naszym sztandarem szukał schronienia. Byliśmy aż zbyt pobłażliwi
dla wszelkich europejskich odpadków, ale przyszły czasy, że musimy
od wszystkich żądać lojalności.
- Polacy wykazali tę lojalność w takiej mierze, że cała
Ameryka ze wzruszeniem podziwu sławi ich ofiarność. Natomiast inni
odpłacają się nam konspiracjami na rzecz Niemców, lub hasłami
dziecinnego pacyfizmu, co zresztą jest zamaskowaną robotą pro
Germania, no i tak samo bezwzględną zdradą Ameryki. A kto nie z
nami, ten przeciwko nam, a kto przeciwko nam, ten musi być
unieszkodliwiony każdym sposobem. Ameryka ma dosyć sił do wygrania
wojny i wytępienia wewnętrznych wrogów - powiedział tonem
niedopuszczającym dyskusji, poczem, pożegnawszy Księżniczkę,
wyszedł.
Merda gryzł ze złości świeże cygaro, daremnie usiłując je
zapalić.
- Cóż to za bydlę? Gęba rekina. Czystej wody żółty! -
syczał wzburzony.
- Mój lokator, inżynier od Mac-Cormica, porządny chłopak,
Bostończyk.
- Aha, kwakier i arystokrata. Myślałem, że to nasz i
niepotrzebnie przy nim plotłem o naszych sprawach. Gotów nas
wsypać...
- Ręczę za niego. Zresztą bardzo słabo rozumie po polsku.
Telefon zaskrzypiał, znowu pytano o Topora.
Merda poleciał go szukać, a Księżniczka zabrała się do
artykułu. Pisała szybko i z pasją i, jakby się mszcząc za doznane
na pochodzie wrażenia, unurzała go w błocie drwin i wymyślań. I nie
tylko dostało się ochotnikom, ale i całej Polonji. Zwymyślała
wszystkich i wszystko zmieszała z błotem. Nie dotknęła tylko ani
słowem Ameryki. Notatki były swojego rodzaju arcydziełem drwin,
fałszów i taniego, nędznego frazesu, dyszały wzgardą i nienawiścią.
Dopisywała ostatnich wierszy, gdy zjawił się Topór. Chwiał się
nieco na nogach, nucił coś pod nosem i, upadłszy w kolebacz, z
rozczuleniem przyglądał się piszącej żonie, cierpliwie wyczekując
końca.
Miał ze czterdzieści lat i przepyszną, rasową głowę
polskiego szlachcica: orli nos, czoło wyniosłe, szafirowe oczy,
ciemne włosy gładko przyczesane i nieco już przerzedzone, twarz
bladą, wygoloną, minę wielkopańską i uśmiech filuta. Wargi miał
nazbyt czerwone, lubieżnie lśniące, uszy dziecka, a szczęki
okrutnika. To też pomimo urody nie budził zaufania. Jego barytonowy
głos czarował i porywał wiecowych słuchaczów, zwłaszcza kobiety,
ale chód miał lękliwy - czającego się zwierza. Przyglądając się
żonie, zachrapał naraz głośno.
Obudziła go wkrótce, notatki były gotowe, przeczytał je z
uniesieniem, podpisał jak zwykle swoim pseudonimem, i zaczął ją
namiętnie całować.
- Dziękuję ci, furorę zrobi, genjalny! Mój skarbie jedyny!
- Miętówka jedzie od ciebie, że niepodobna wytrzymać -
odsunęła się z obrzydzeniem.
- Jedna mała i jedno piwo, musiałem z towarzyszami -
tłumaczył się skwapliwie.
- Było ich więcej, ale piękna Ewcia nalewała, nie mogłeś
przecie odmówić...
- Aniu! Jak cię kocham, nieprawda! Znowu ktoś plotek
narobił! Pewnie Merda, zbiję draniowi pysk, że popamięta. To jej
śluger, naprowadza gości.
- Nic mnie ta szynkarka nie obchodzi, rób co się podoba.
Merda był tutaj i zapowiadał przyjazd p. B. dzisiaj w nocy, wiesz o
tem?
- Wiem. Kłopotów z nim będzie, kosztów, a żadnego pożytku.
Nie cierpię go.
- Czy to ten sam, którego kiedyś w Warszawie wsypał
Brzozek?
- On we własnej osobie. Nadęty pyskacz, ale przyjeżdża
jako mąż zaufania krakowskiego Enkaenu, figura! Przywozi ciekawe
wiadomości z kraju.
Skrzywiła się i mocno zakłopotała.
- Co? znasz go może?
- Znałam go kiedyś, był nauczycielem mojego brata u nas na
wsi...
- Naturalnie zakochał się w tobie. Zwykłe dzieje: jaśnie
panienka i ubogi student. Juści oboje piękni, oboje szlachetni,
oboje pełni ideałów. Poznanie, pierwsze rozmowy, przeciągłe
spojrzenia, wymiana książek, niekiedy w jesienne wieczory czytanie
Słowackiego pod srogim dozorem babuni, a potem wiosna, księżycowe
noce, słowiki, zwierzenia, łzy, przysięgi, pocałunki, tęsknoty i t.
d...
- Drwisz z naszej własnej przeszłości, to jest nędzne.
Twoja tępa wyobraźnia nie umie się zdobyć na nowe obrazy -
przerwała mu, boleśnie dotknięta. - Ze mną ten pan nie flirtował,
za to uwiódł naszą pokojówkę i porzucił ją z dzieckiem.
- Cóż miał zrobić? Poprosić o jej rękę i ożenić się, co? -
drwił.
- A teraz gra rolę obrońcy ludu, mściciela jego krzywd,
trybuna!
- Egzagerujesz, jak zwykle - schował artykuł, zabierając
się do wyjścia.
- Możeby tych notatek nie drukować - zatrzymała go w
progu. - Czy to uczciwie wydrwiwać i opluwać szczery patrjotyzm i
taką ofiarność? - przemówiło sumienie.
- Frazesy! - rzucił ze wzgardą. - Przypuśćmy, że są
uczciwi, prawi, ofiarni, ale właśnie to przeszkadza naszym sprawom
politycznym. Nasza przyszłość jest związana z centralnemi
państwami. Z Niemcami iść musimy! Zresztą, oni wygrają wojnę!
Wszystek proletarjat świata idzie z nimi. A, że przeciwnikom nie
możemy zabronić głupich manifestacji, więc trzeba ich chociaż
ośmieszać i podcinać im nogi. A przytem, ci kochani rodacy także
nas nie oszczędzają. Ale, jeśli chcesz, napisz drugi artykuł
entuzjastycznie patrjotyczno-koalicyjny, postaram się go umieścić w
jakiej narodowej szmacie, dobrze zapłacą. Byłby to rodzaj
reasekuracji! - mówił z cyniczną szczerością.
Rzuciła w niego całym stosem gazet, wybiegł z drwiącym
śmiechem.
Obmierzły jej był ten plugawy cynizm, otrząsnęła się z
niego, jak z błota i mimowoli poniosły ją myśli w dawne lata, do
rodziny opuszczonej na zawsze i do domu, którego już nigdy ujrzeć
nie miała. Ożyły w niej wspomnienia, zdało się spopielałe i martwe.
Tęsknota głucha i niepokojąca niby nurt podziemny,
daremnie silący się przerwać na powierzchnię, zatargała ją
boleśnie.
Porwała się, aby uciekać gdzieś, pomiędzy ludzi, ale późno
było, noc, i okna sąsiedzkich domów gasły jedno po drugiem, a
mroźną pustką zionęły ulice.
Sufit zadrgał, to mr. Jack, jak zwykle, spacerował w
grubych śliperach po swoim pokoju, rozmawiając z papugą, jej ostry
skrzek przenikał ściany.
Otworzyła drzwi do sieni z jakiemś postanowieniem,
zbliżyła się nawet do schodów i po chwilowem wahaniu poszła do
kuchni.
Trzej bortnicy siedzieli przy Łusi, a czwarty, Frank
Bijak, smażył kiszkę na kominie. Wstrętny zapach przepalonego
tłuszczu uderzył w nią, jakby obuchem. Cofnęła się gwałtownie, ale
nie odeszła, zaciekawiły ją bowiem głośne rozmowy. Mówili o
pochodzie w gorączkowem podnieceniu. Entuzjazmowali się wojskiem. I
z zachwytem, jeden przez drugiego, opowiadali o wspaniałościach
przeróżnych. A przemowa Majora, dygnitarzów i podziw Amerykanów
przejmowały ich głęboką, narodową dumą. Wśród dość bezładnych
opowiadań, co chwila wybuchały okrzyki na cześć Ameryki, albo słowa
żywiołowej, bezgranicznej nienawiści do Niemiec. I pewni byli
zwycięstwa nad nimi, jak pewni byli powstania Polski.
Księżniczka, powróciwszy nagle do parloru, stanęła przed
własnym portretem.
- To byłam ja? Kiedyś, przed wiekami! - zaszeptały
pobladłe wargi, a w błękitnych oczach zaszkliły się łzy jakichś
niewypowiedzianych żalów. Nie pozwoliła im popłynąć, bo, zgasiwszy
nagle światło, powróciła na kuchenne schody. Na dole rozmowa
przeszła już w przyjacielskie zwierzenia. Rozmarzali się o Polsce.
Tęsknota oprzędzała im serca pajęczynami cudnych wspominań.
Budowali niedalekie jutro ze słońca nadziei. Przyszłość wydawała
się im szczęśliwa i wierzyli w nią całą potęgą pragnienia. I byli
przekonani najgłębiej, że skoro Niemcy zostaną pobici, - Polska
zmartwychwstanie i lud weźmie rządy kraju w swoje ręce, to stanie
się prawdziwy raj. Wierzyli w to serdecznie. Ale jeden z nich,
stary Szmidt, który pono w kraju nazywał się Kowalski, nasłuchawszy
się tych marzeń, odezwał się z przekąsem:
- Polska! Takie tam nastaną raje, jakie i były! Wszędzie
psi boso chodzą! Nie panuje dziedzic, to panuje boss, nie panuje ci
boss, to cię trzyma za łeb unja, a ty robociarzu rób, wyciągaj
gnaty i płać każdemu, płać ciągle, płać za wszystko i jednakowo tam
w Polsce, jak tutaj w Ameryce, jak na całym świecie!
Jeszcze rozważali jego słowa, gdy podnosząc się do
wyjścia, rzekł:
- Dołożę wam jeszcze: powiedział mi stary boss od
Mac-Cormicka: "lada dzień zaczną polskich socjalistów gonić,
więzić, do obozów brać, lub pędzić na front do kopania okopów". Z
przyjaźni mnie ostrzegał.
- Dlaczego? Za co? - podnosiły się zaniepokojone głosy.
- Dlatego, że za niemieckie pieniądze buntują przeciw
wojnie, śmieją się z ochotników, przeszkadzają po fabrykach
amunicji...
- Głupie gadanie - zaperzył się jeden. - To mnie z
towarzyszami płacą Niemcy?
- Ty Frank nie dostaniesz choćbyś i chciał, ale za ciebie
i towarzyszów może brać partja. Mało to kosztują redaktorzy,
agitacje, gazety i książki...
- Na to idą nasze składki. A mało się to kolektuje? -
bronił Frank.
- Co mi powiedzieli, powtórzyłem. Ale tak między nami
mówiąc, za co taki Merda żyje jak pan i całe dnie przesiaduje na
czerwonym cornerze? Albo i te żydki z naszym... - ruchem głowy
wskazał na górę - pieniędzy mają jak lodu...
- Mnie tam już za jedno - odezwał się któryś. - Z partji
wystąpiłem, a w niedzielę zapisuję się do polskiej armji. Byłem
dzisiaj na stacji werbunkowej - i rzucił na stół garść proklamacji.
Łusia zaczęła je głośno odczytywać.
Nie słuchała więcej, odwołał ją telefon. Topór narzekał,
iż pomimo starań nie mógł znaleźć bezpiecznego schronienia dla B.,
więc trzeba go przenocować u nich w domu, choćby przez jeden dzień.
- Nie chcę go widzieć na oczy - zawołała. - I nie będę
obsługiwała tego szubrawca. Mam dość roboty ze swoimi bortnikami.
Odłożyła gniewnie telefon i mimo, że przywoływał ją
jeszcze parę razy, nie podeszła. Zamknęła się w swoim pokoju. Nie
zasnęła jednak, była za bardzo zdenerwowana. Jakiś bunt poczynał
wrzeć w jej myślach i sercu. Zaciężyło jej naraz dotychczasowe
życie; obmierzli ludzie i stosunki; obmierzł cały ten świat w jakim
żyła. Tułaczka z kraju do kraju, prześladowania, więzienia, wieczne
spory, życie z dnia na dzień, życie tropionego zwierzęcia, oto jaka
była treść jej istnienia od lat dziesięciu! Zmęczona się poczuła. I
poco to wszystko!
Jej udręczone myśli krążyły omdlałym lotem w jakiejś
pustce smutnej. Nie, nie pragnęła tego rachunku sumienia, jaki się
natarczywie cisnął do mózgu. A przytem, coś boleśniejszego jawiło
się i szarpało serce, - jej bortnicy i ich marzenia o powrocie do
kraju, do rodzin, do swoich domów...
- "Do swoich chlewów i wszów" - dodawała z zawiścią. - "Do
swojej zwierzęcej egzystencji" - szeptała z gniewną pasją.
- A ja? Ni domu, ni rodziny, ni ojczyzny, ni nawet
własnego barłogu. Wydziedziczona ze wszystkiego! Prawdziwa
proletarjuszka. Poza społecznością, poza prawem i poza życiem -
snuła ponure refleksje. Proletarjusze wszystkich krajów łączcie
się! Zaśmiała się naraz w strasznem rozdrażnieniu. Będzie wam milej
zdychać na jednym śmietniku. A zakopią was głęboko, jak wściekłe
psy. I nieprzekopaną warstwą wzgardy was zasypią - szarpała się
rozpaczliwie, wybuchając płaczem. Ale te łzy nie przyniosły jej
ulgi, zatapiając ją w nowych a sroższych jeszcze udręczeniach.
- Stefan! Stefan! - łkała, wyciągając namiętnie ramiona.
Zawył w niej przyczajony głód pocałunków, i pieszczot, i miłości.
Głód tej samej wielkiej miłości, jaka ją kiedyś obłąkała i,
wyrwawszy z cichej wsi polskiej, rzuciła na bezdroża życia
rewolucjonistów. Głód tych samych uniesień, tego straszliwego
szczęścia i tej samej wiary w siebie, w ludzkość i w ukochanego!
Przez sen jeszcze płakała i, wijąc się w mękach, zrywała
się z pościeli z krzykiem, że Łusia wystraszona, zaglądała do niej
parę razy.
Ale rano, chociaż śmiertelnie wyczerpana i z twarzą mokrą
od łez, zerwała się mężnie na nogi. Czekał ją zwyczajny dzień
ciężkiej pracy i zwykłych kłopotów. Nie ulękła się: na dno serca,
głęboko jak trupy, pochowała zawiedzione nadzieje, zaś buntownicze
myśli splątała w żelazne nakazy woli już panującej nad sobą.
Wstydziła się tych chwil słabości, przypisując je przemęczeniu
wczorajszemi wrażeniami. I obwinięta po szyję w niebieski fartuch,
w szkaradnym żydowskim czepku, obrzeżonym zieloną falbanką, w
filcowych sliperach na nogach i w gumowych rękawiczkach, wyniosła i
piękna pomimo tego stroju, jak codzień gotowała kawę swym bortnikom
a po ich wyjściu, zabrała się do sprzątania pokojów, słania łóżek,
trzepania dywanów i mycia podłóg.
Mr. Jack wyszedł dzisiaj wcześniej, drzwi były uchylone do
jego pokoju, a biało-różowa papuga, kolebiąca się w złocistej
obręczy pod oknem, krzyczała:
- Dżek, poszedł precz! Ania! Hip! Hip! hurra! Merrda!
Merrrda!
Nie zdążyła sprzątnąć tego pokoju, gdy powrócił Topór.
Zmięty był i wyszarzany nocną hulanką jak szmata, schrypnięty i
nieco napity, nadrabiał jednak zwykłą bezczelnością.
Podobno noc przepędził na naradach z delegatami i p. B. w
redakcji. Szczególny dzisiaj objawiał humor, serdeczność i tkliwość
dla żony.
- Nawet w tym stroju masz urodę prawdziwej księżniczki! -
szepnął szarmancko.
- Dziękuję ci, wolałabym go nie nosić, nawet kosztem tej
urody.
- Powiedziane i zrobione! Poszukaj sobie służącej. Nie
mogę już dłużej pozwolić, żebyś się zapracowywała. Dawno z tego
powodu miałem wyrzuty sumienia, ale nie mogłem zaradzić. Na
szczęście, zmieniły się warunki. Z tem właśnie leciałem do domu.
Nie będzie już usługiwała parobom moja cudna pani.
- Odkryłeś kopalnię złota? - zdumiewała ją głównie jego
czułość.
- Przypłynęły większe zasiłki. Pewno coś potrzebujesz
kupić dla siebie?
- Wszystko mniej więcej, poczynając od bucików. B.
przywiózł pieniędzy?
- Tak... właśnie... przysłali z kraju... - Potwierdził
śpiesznie, kładąc przed nią tysiąc dolarów. - Ubierz się
odpowiednio, B. zaprosił na obiad.
Nie protestowała, onieśmielona jego dobrocią i miłosnemi
spojrzeniami.
- Proszę cię tylko, nic mu nie wspominaj, może mnie nie
pozna - zastrzegała.
Obiecał solennie. Przy śniadaniu opowiedziała mu rozmowę
bortników.
- Musimy być przygotowani na najgorsze, - wiedział co im
groziło. - Księża i patrjoci z Wydziału ciągle nas denuncjują w
Waszyngtonie. Mogą nawet zażądać naszej deportacji dla dobra
państwa! Wzmagają się na siłach i znaczeniu. Rząd federalny bardzo
się z nimi liczy, napędzają mu całe kohorty wyćwiczonych
ochotników, masami wykupują bondy wolnościowe i wszystkiemi
sposobami podsycają zapał do wojny.
- Te ciągłe manifestacje patrjotyczne, nawoływania do
broni, te agitacje z ambon po kościołach, odezwy Wydziału
Narodowego, przemówienia Paderewskiego, to wszystko podoba się
niezmiernie Amerykanom, zwłaszcza, że ich to prawie nic nie
kosztuje, Polacy to robią dla Ojczyzny! To bydło nie rozumie, że
Ameryka wyciągnie z nich ostatniego kwodra i ostatni żywy gnat, a
jak przestaną jej być potrzebni, puści ich na paszę z kwitkiem! Nie
ja zresztą będę płakał nad nimi! - zaśmiał się.
- Jakież wiadomości z wojny? - nie lubiła jego urągań
Polsce i rodakom.
- Zwykłe: Niemcy, piorą i piorą koalicję aż wióry lecą -
zatarł ręce. - Byle jeno zdążyli skończyć wojnę, nim Ameryka zdoła
przerzucić swoje posiłki.
- Obawiasz się tej przewagi sił? - wparła w niego
zaniepokojone oczy.
- Nie, nie, bo niemieckie submaryny przynajmniej połowę
tych sił spuszczą pod wodę, ale wolałbym już koniec. Obawiam się
różnych niespodzianek, zadługo się to już przeciąga. Że to męczy
burżuazję, dobrze, ale i podtrzymuje nacjonalizmy! Niech się jednak
dorzynają do końca - dodał z nowym ogniem i, odsunąwszy filiżankę,
zapatrzył się gdzieś w siebie i zaczął przyciszonym głosem marzyć:
- Nadejdzie wkrótce dzień zapłaty! Nasze organizacje
czekają, są już gotowe. Rewolucja czyha zaczajona i sprężona do
skoku! Rosja da sygnał, zapłonie od krańca do krańca i pierwsza się
weżre głodnemi kłami w burżuazyjne ścierwo! Francja podminowana,
wybuchnie, jak tylko Niemcy staną w Paryżu! Już widać, jak w Anglji
lordów wrzucają do Tamizy niby szczeniaki, a wielebnymi ubierają
przydrożne drzewa! A tutaj, w tym niby wolnym kraju, zagrzmią takie
pioruny, o jakich się ludziom jeszcze nie śniło. Jestem pewny, że
na gruzach tej nowej, stokroć jeno nikczemniejszej Kartaginy,
przyszłe pokolenia będą odczytywały napis: "tu był Nowy York". A w
naszej kochanej ojczyźnie, - zaśmiał się drwiąco, - pójdzie gładko.
Towarzysze mają do pomocy legjony, zaufanie okupantów, ciemnotę
chłopstwa i bierność burżuazji. W parę dni z endecji nie pozostanie
innego śladu, prócz kup potrzaskanych gnatów. Ludzie ani
przypuszczają, że w chwili, kiedy ostatnie działa wojny zamilkną,
rozpocznie się dopiero prawdziwie trzęsienie ziemi. Prawdziwa wojna
wyzwolenia. Cały ten gmach fałszu, zbrodni i krzywdy w proch się
rozleci pod uderzeniem proletarjackiej pięści! - pienił się,
porwany własnym głosem i frazesem.
- Cóż powiedzą na to zwycięskie mocarstwa? - spytała,
jakby przywołując do rozsądku.
- Go to hell! z niemi! - krzyknął brutalnie. - Będą tem,
czem je zrobimy, socjalistycznemi Federacjami! Nasza godzina
dziejowa wybije, czeka już za progiem. Sędziami będziem my! Nie
chcę już być wiecznie tropioną i szczutą zwierzyną! Pragnę i sam
zapolować... Na nich teraz kolej, niechaj posmakują nędzy, głodów i
kajdan! Niech posmakują życia wywołańców, a zwłaszcza niech poznają
jak się umiera... - syczał z taką nienawiścią, że zadrżała. Oczy
miał rozszalałe, twarz skurczoną i szczękał zębami, jakby kłami
gotowemi do darcia i duszenia.
- Upijasz się marzeniami - szepnęła w tonie pobłażliwości.
- Jesteś rewolucjonistką tylko z imienia, bo wiecznie w
tobie pokutuje jaśnie pani, hrabianka, która jeno z litości raczy
się zniżać do proletarjatu! - rozgniewał się.
- U djabła starego - odrzuciła mocno, - a bo się zniżam;
dobrowolnie i celowo się zniżam, żeby ich podnieść do człowieczego
poziomu! Mam to sobie za powinność. Ale i ty, panie Toporczyku
Wyhowski, kasztelanicu, robisz to samo. Robisz nawet lepiej, bo
jako zawodowy rewolucjonista - skończyła ironicznie.
- Nie drwij - zakrzyczał, dotknięty tym epitetem.
- Dokończę swoich mniemań, - otóż myślę, że bez pomocy
takich zdeklasowanych inteligentów, idealistów i marzycieli, jak my
i nam podobni, proletarjat nie dałby sobie rady. Mógłby się zdobyć
na bunty, na zniszczenie całej cywilizacji, na wyrżnięcie swoich
ciemiężycieli, ale nie potrafiłby się zdobyć na stworzenie nowego,
kulturalnego społeczeństwa.
- Dołoj gramotnyje. Precz z burżuazyjną kulturą! -
zakrzyczał dziko - moskale mają rację - przerwał, spostrzegłszy jej
zdumienie, - pomówimy jeszcze kiedyś. Muszę już lecieć, B. śpi w
redakcji. Przyprowadzę go na godzinę drugą.
Wybiegł pospiesznie, ona zaś zamedytowała się o jego nigdy
nieprzewidzianych wybuchach i nastrojach. Zdało się jej, że go zna
dobrze i przegląda nawskroś, a przychodziły chwile, jak obecna, że
dręczyła się jego zagadkowością.
Umiał przy niej marzyć, ale nigdy się nie zwierzał. Bywał
niezmiernie wylany, nawet gadatliwy, a pomimo tego czuła, że nie
odsłania prawdziwego dna swojej duszy. Tak, jak i swojej
przeszłości, o której wspominał niechętnie i bardzo niejasno. A te
jego rosnące ambicje władzy i przodowania, krzykliwa demagogja,
puste frazesy, brak skrupułów, kłamstwa, zanik sumienia i pociąg do
wódki przejmowały ją niepokojem i udręką. Zszargał się! Żal ścisnął
jej duszę i cichy smutek zamierającej miłości przejął serca jakiemś
niechętnem współczuciem.
Jeszcze kochała, lecz przedmiot kochania tracił już swój
kształt wymarzonego ideału, zaczynała widzieć pod nim człowieka i
zaczynała go surowo osądzać. Samo to jakoś przyszło, prawie
mimowoli.
Dosłyszawszy kroki Łusi, zeszła śpiesznie na dół, do
kuchni.
- I cóż Łusi powiedział adwokat?
- Powiedział: Twoja ręka warta dwa tysiące, ale żeby to
była prawa i zupełnie obcięta zapłaciliby całe pięć tysięcy
dolarów.
- Oddała mu Łusia mój list?
Łusia sponsowiała i, coś pilnie oglądając chorą rękę,
nieśmiało objaśniała:
- Nie byłam u pana Maleszy! Poszłam, ale w kolei spotkałam
Mazurkową i powiadam gdzie jadę. Załamała ręce i w głos krzyczy: do
prawdziwego złodzieja cię posłali, dziewczyno, do socjalisty, do
takiego, co nie wierzy w Pana Boga i trzyma z Niemcami! Przecież
ten człowiek - powiada - całe Chicago wie o tem, w Krakowie
pookradał wdowy i sieroty. A jak go zasądzili, uciekł z kryminału
do Ameryki. I - powiada - on się inaczej nazywa, nasz proboszcz ci
powie. Przyjechał tutaj, przystał do czerwonych, bo go ochraniają
przed szeryfem. Tyle mnie nastraszyła, że poszłam do proboszcza.
Potwierdził wszystko co do słowa i dał mi adres amerykańskiego
adwokata. Com rzekła, klerk mu przełożył. Oddałam mu sprawę! Muszę
przecież pamiętać o sobie, a jakby mnie okradli z tego co mi
zapłacą za moją rękę, to cóżbym poczęła biedna kaleka! I z
czemżebym wróciła do tatusia?
Popłakała się nad swojem kalectwem, gdyż rękę zmiażdżyła
jej maszyna w rzezalni, ale na propozycję Księżniczki z radością
zgodziła się jej pomagać w gospodarstwie, o ile tylko będzie mogła.
W najgorszym razie mogła ją zastępować ciotka, mieszkająca przy
wnukach, o parę domów dalej.
- Ale nikt o mojej robocie wiedzieć nie powinien -
zastrzegała. - Klerk mi radził, aby się z leczeniem nie spieszyć i
często wzywać doktora do domu. A tu jak na złość rany się prędko
goją, szczęściem, że mi już te cztery palce nie odrosną - wyznawała
się z rozbrajającą szczerością.
- Mazurkowa kłamie i proboszcz łże, p. Malesza to uczciwy
człowiek i pierwszy adwokat w sprawach odszkodowania, odpowiedziała
jej rozgniewana Księżniczka, i pobiegła na Milwaukee Ave, po różne
zakupy. Obładowana sprawunkami, powracała silnie przenerwowana
wilgotnem i zimnem powietrzem. Dzień był szkaradny, śnieg padał
gęstemi, mokremi płatami, zalewając jej twarz i oczy, błoto
rozbryzgiwało z pod kół automobilów, woda spływała z dachów na
wyboiste trotuary, a te niezliczone tramwaje, przelatujące z
przeszywającym sykiem, rozdrażniały ją najboleśniej. Szła też coraz
wolniej i coraz częściej zatrzymując się przed wystawami sklepów.
Wszędzie bowiem widniały wielkie portrety Wilsona, Paderewskiego i
wielkich mężów koalicji. Nie brakowało też zjadliwych karykatur
Wilhelma i jego satelitów. A wśród herbów i barw skoalizowanych
narodów, wyłaniały się obrazy straszliwych zniszczeń, przerażające
pola bitew, sceny wstrząsających mordów, ohydne dokumenty
niemieckiego bestjalstwa, ruin, śmierci i zniszczenia. Zasię w
polskich sklepach, aż ćmiło się w oczach od białych orłów na
amarantach i portretów królów, hetmanów i narodowych wodzów z
powstań i rewolucji. Były tam i "Olszynki" i "Samosierry" i księcia
Józefa przewagi, i Kościuszkowskie przysięgi, i Racławice, i
Grottgerowskie przesmutne mary, i Malczewskiego żałosne Sybiru
wspominki i echa! Cała martyrologja narodu i zarazem cała jego
duma, sława, cierpienia i wszystkie jego nieśmiertelne marzenia o
Całej, Wolnej i Niepodległej! I było tam jeszcze coś więcej, -
wezwanie do nowego czynu, do zapisywania się w szeregi tworzącej
się armji polskiej, napisane tak mocno, podniośle i porywająco, że
czytała je po kilka razy, nie mogąc się od tego oderwać. I tak idąc
wolno, co krok, co dom, co sklep, wszędzie pełno było wezwań,
afiszów i nawoływań do broni, do kupowania bondów wolnościowych, do
składek na cele wojny, do walki z Niemcami o wolność świata, o
cywilizację, o Polskę...
Przywiędłym, ironicznym uśmiechem potraktowała te
szowinistyczne naganki. Cóż ją obchodziły te wszystkie ojczyzny, w
imię których mordowano się po całym świecie. Wzruszyła pogardliwie
ramionami. Wszak nie uznawała nawet własnej! Stopniowo wyzbywała
się przywiązania do kraju. Zrywała nić po nici, aż nareszcie
poczuła się wolną. Alboż nie wydrwiwała tych uczuć? Alboż nie
opluwała na wiecach i zebraniach wszystkiego, co było narodowem i
świętem dla jej dawnych rodaków. Powszechne braterstwo i wszystek
świat, oto jej prawdziwa ojczyzna - ojczyzna z wyboru. Topór miał
rację - myślała - ten stary, podły świat musi się zawalić. Zbrodnią
jedynie dyszy, zbrodnią panuje i na krzywdzie człowieczej się
wspiera. Ogarnęła nienawistnem spojrzeniem napisy, odezwy i
portrety.
To wszystko po to - rozważała smutnie, żeby na tem
gnojowisku pomordowanych mogły wyrosnąć nowe fortuny. Zasiądą do
zwycięskiej uczty na trupach! Wrzała w poczuciu zgrozy tego
widowiska. Niedługo w niej żyły te patetyczne refleksje, gdyż,
powróciwszy do domu, musiała się zająć przyrządzaniem obiadu dla
swoich lokatorów i zaproszonego gościa. I przeszkadzała
rozmyślaniom stara Tekla, którą przyprowadziła Łusia, bowiem tak ją
rozbolała ręka, że jęczała w swoim pokoju.
Starowina zwijała się nadzwyczajnie: wysoka, sucha jak
wiór, z głową okręconą w barwną chustkę, modą podkrakowską, z
twarzą woskową, niezmiernie wydelikaconą, wyglądała jakby wyrzezana
w gruszkowem drzewie. Czarne jej oczka świeciły jak węgle, gadała
nieustannie o polskiem wojsku i dniu wczorajszym.
- Radujecie się, jakby wam z tego co przyszło - zauważyła
zniecierpliwiona.
- A ta sama szczera radość to się nie liczy? -
odpowiedziała rozpłomieniona. - Jakże, toż my w tej Ameryce byli
gorzej niż te Czarnuchy uważani, sam Mayor przemawia do naszych
chłopaków, to nie honor, co? Wszystkie gazety chwalą i podają z
nich obrazki. A jak mnie wczoraj zemgliło w ścisku i upadłam, to
sam wardowy odwiózł mnie swoją karą do domu. Bywało to tak kiedy? -
Gadała, snując radosną pieśń dumy. - Na mszę dałam do św.
Stanisława, że to patron Polski, na intencję naszych chłopaków. A w
niedzielę pójdę do Komitetu, mam ta trochę grosza, to je dam na
polskie wojsko, mam jeszcze korale ze złotym krzyżykiem, dam
również. Powiedziałam o tem wnukowi, a on mówi: co tylko babka ma,
niech babka daje na wojsko. Jabym, mój Jezu, ostatnią żyłkę wypruła
z siebie dla Polski.
- Sobczak was tak namawiał? - spytała z niedowierzaniem,
gdyż był to człowiek oddany partji, rozbijacz kropidlarskich wieców
i nieprzyjaciel księży.
- A Sobczak, mój wnuk, moja krew rodzona. Już się
odmienił, jak ta pogoda.
Przyszli lokatorzy na obiad i, obsiadłszy stół, zaczęli
jeść, opowiadając sobie przytem przeróżne wiadomości zasłyszane po
fabrykach.
Czterech ich było. Tylko stary Szmid milczał, uśmiechając
się z niestworzonych bajęd, jakie powtarzali.
Z głęboką ulgą odetchnęła po ich wyjściu. Drażniły ją te
rozmowy, a ich gorąca wiara w Polskę, zachwyty nad wojskiem i
postanowienia zapisywania się do polskiej armji sprawiały jej
prawdziwą przykrość. Zwłaszcza, że wszyscy, prócz Szmida, byli to
niedawni towarzysze. Nie mogła im darować dezercji.
Doczekała się wreszcie męża i p. B. Przyszli nieco
spóźnieni. Obiad już na nich czekał. Tekla, mimo starości, podawała
go bardzo sprawnie.
B. przyglądał się Księżniczce z ledwie ukrywanem
zdziwieniem. Poznał ją, ale jeszcze nie wierzył swoim oczom.
Spoglądała na niego z obrzydzeniem. I tak bardzo się zmienił, że
zaledwie go poznała. Był wysoki, podobny do nieociasanego kloca;
twarz miał rozlaną i czerwoną, usta od ucha do ucha, nos krogulczy,
czarne rzadkie włosy pozlepiane i lśniące, łysinę przez środek
głowy aż do karku, uszy szpiczaste jak nietoperz, złote binokle
kryły oczy niewiadomej barwy; ręce miał zakrótkie o pałąkowatych,
tępych palcach i płaskich paznogciach, które wciąż ogryzał. Mówił
głosem kłótliwym, prowokującym, nie dopuszczając nikogo do słowa.
Nie jadł, lecz pożerał wyzłoconemi obficie szczękami, kieliszkami
też nie gardził. A przytem był bardzo ruchliwy, wesoły, dowcipny i
inteligentny, o szalonej wprost pamięci i wielce wybuchowym
temperamencie. Sypał anegdotami, przytaczał różne powiedzenia,
cytował autorów, powtarzał całe ustępy z poetów i znał w Polsce
wszystkich ważniejszych ludzi. Szeroko rozpowiadał o kraju,
ludziach i wojnie. I nie zostawił suchej nitki na wrogach i na
przyjaciołach. Wszystkich wykpił, opluł, zlekceważył. Z lubością
prezentował swoje wartości. Co się stało w kraju dobrego - jego
było zasługą. A jeśli dzieje się źle, to juści dlatego, że nie
słuchają jego wskazań i rad. - Ja! Ja! Ja! - powtarzało się w tych
rozmowach, jak monotonne buczenie basetli. Topora traktował
przyjacielsko, ale tak protekcjonalnie i arogancko poklepywał go po
plecach, że ten siniał z wściekłości i ściskał dłonie w kułaki.
Księżniczka zaś, ukrywszy twarz za maską uprzejmego uśmiechu,
słuchała go ciekawie, chociaż przerażał ją swoją cyniczną
złośliwością. I ledwie już mogła wysiedzieć, tak bolało ją wprost
fizycznie jego niechlujne chamstwo i brutalność.
Siedzieli przy stole przeszło dwie godziny. Gość gadał
niepowstrzymanie, zalewając się nieustannie, ale, w miarę coraz
liczniejszych kieliszków, trzeźwiał, przycichał i coraz głębiej i
jaśniej ujmował przeróżne sprawy. Pod koniec, kiedy Toporowi już
zamykały się oczy z nieprzezwyciężonej senności, zaczął się
zwierzać, opowiadając ściszonym głosem szczegóły swego politycznego
życia, tysiączne matactwa, konszachty z okupantami, podstępne
targi, fałszywe umizgi do Wiednia i Berlina. Podstawianie nogi
przeciwnikom na każdy sposób, choćby nawet denuncjacją i pakowaniem
ich do więzień, a wszystko pod hasłami dobra ludu i Polski. Była to
hazardowa gra politycznego spekulanta, budującego swoją karjerę
kosztem ludu i Ojczyzny. Dawał obraz dosadny, mrożący swym egoizmem
i brutalną szczerością.
Przerwała mu w jakiemś miejscu.
- O tem mniej więcej coś wiemy, ale może pan mi opowie, co
się tam w kraju dzieje, jak tam przetrzymują ludzie tę wojnę, jak
tam żyją?
- Żyją nadzieją, żyją zupą kartoflaną, żyją rozpaczą i
żyją, bo umrzeć nie mogą. - Głos mu nabrzmiał jakiemś uczuciem
jakby bólu, gdy opowiadał o ruinie Polski, o spalonych wsiach i
miasteczkach, o miljonach wypędzonych na Wschód przez moskali, o
miljonach zagładzanych i wywożonych na Zachód przez Niemców, i o
miljonach doprowadzonych do ostatniej nędzy przez Austrjaków. W
miarę opowiadania budził się w nim człowiek i Polak, zrozpaczony
tragedją Ojczyzny. Widział jeno łzy, ruiny, śmierć i zniszczenie
dorobku całych pokoleń. A nie było w nim już śladu partyjnika,
kiedy malował niedolę mas, umierających z głodu i zimna, gwałty i
nikczemności zaborców, pomory dzieci, rozbestwienie żołdactwa i
całą okropną martyrologję narodu...
Słuchała z zapartym tchem, słuchała z wezbranem tęsknotą
sercem i z rozdzierającą żałością.
Opowiadał prędko, dosadnie i tak plastycznie, że, chwilami
zamierając z bólu, wybuchała niepowstrzymanym płaczem. A chwilami,
odrętwiała z bólu, nie czując nawet spływających łez, niosła się
całą duszą do Ojczyzny dalekiej, do tej wzgardzonej Ojczyzny, i
cierpiała jej nędzami, płakała jej łzami, żyła jej nieszczęściem...
Ale B. opanowawszy wkrótce własną słabość, przeszedł z
liryki i rozrzewnień do opowiadania o nastroju ludności. O chłopach
gnijących w ziemiankach i pod ogniem armat uprawiających swoje
pola, o nieugiętej postawie miast, o powstawaniu Legjonów, o
wielkiej ofiarności na cele narodowe, i o dumnej woli wytrwania i
przetrwania. A wybuchał szczerym entuzjazmem, rozpowiadając o
szarym żołnierzyku polskim. I brakowało mu już słów, gdy kreślił
jego nędzę, jego bohaterstwa, jego cierpienia, jego zwycięstwa i
jego świętą, nadludzką ofiarność dla Ojczyzny.
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.