Księżniczka Południa - Katarzyna Saska

Kup ebooka

39.99 zł
33.15 zł (33,15 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ANGELICA

Znów się roz­pa­dało, pomy­śla­łam, otwie­ra­jąc para­sol. Oprócz gwaru nowo­jor­skich ulic dało się sły­szeć stu­kot moich wyso­kich szpi­lek, które zale­wał deszcz. Weszłam do pobli­skiej pie­karni, w któ­rej jak zwy­kle cze­kał na mnie duży paku­nek. Wycho­dząc, z rado­ścią zauwa­ży­łam, że to ostat­nie kro­ple, które spa­dały z nieba, i zza gęstych, sza­rych chmur wycho­dzi słońce. Obok mnie poja­wiła się dziew­czynka ubrana w za duże żółte palto.

- Trzy­maj - odda­łam jej białą papie­rową torbę wypchaną po brzegi baj­glami, pącz­kami i świe­żym pie­czy­wem. Jej lekko umo­ru­sana buzia się roz­po­go­dziła.

- Dzię­kuję, pani Lotray.

- No już, ucie­kaj, póki nie pada.

Dziew­czynka czmych­nęła, a ja minę­łam dwie prze­cznice i weszłam do kan­ce­la­rii The Archer & Hart po dru­giej stro­nie ulicy. W dro­dze do biura spoj­rza­łam na kuch­nię, w któ­rej stał wazon z kwia­tami. Zmro­ziło mnie na ich widok. Prze­kro­czy­łam próg mojego gabi­netu i pode­szłam do okna, obser­wu­jąc mia­sto z góry. Oglą­da­jąc dra­pa­cze chmur z tak bli­ska, zawsze mia­łam dziwne poczu­cie snu na jawie. Nie potra­fi­łam cza­sem uwie­rzyć, że po tym wszyst­kim, co prze­szłam, dotar­łam wła­śnie tutaj. Na sam szczyt. Nie­je­den raz ubru­dzi­łam się w trak­cie tej wspi­naczki. Nie­je­den raz obok błota zna­la­zła się też krew. Jed­nak ani po jed­nym, ani po dru­gim nie ma już śladu. Mój życio­rys jest czy­sty jak łza. Bez skazy, dokład­nie tak jak ubra­nia od Cha­nel. Moja ulu­biona. Coco zawsze była moją inspi­ra­cją, tak jak ona zapro­jek­to­wa­łam sobie swój świat. Z gru­zów zbu­do­wa­łam zamek. Z kamieni rzu­ca­nych mi w twarz - for­tecę, którą ktoś z mojej prze­szło­ści pra­gnie zbu­rzyć. Nie od razu. Powoli. Jak szczur. Wygryza kawa­łek po kawałku. Kąsa, myśląc, że się prze­stra­szę. Nie dam się obu­dzić. Nie dam się wyrwać z tego pięk­nego snu. Nikt mi nie odbie­rze tego, na co tak ciężko pra­co­wa­łam.

Odwró­ci­łam się na dźwięk niskiego głosu. Mój nowy asy­stent. Młody, inte­li­gentny, a co naj­waż­niej­sze, dobrze zbu­do­wany i przy­stojny. Jego ponętne, wyrzeź­bione ciało dosko­nale się pre­zen­to­wało w opię­tej, bia­łej koszuli od Arma­niego. Koszuli, którą mu wybra­łam i kupi­łam. Usia­dłam w swoim fotelu i zmy­sło­wym ruchem ręki naka­za­łam mu podejść bli­żej.

Świa­tło zacho­dzą­cego słońca odbiło się w pla­ty­no­wej bran­so­le­cie na moim nad­garstku i roz­świe­tliło jego oczy. Gdy sta­nął naprze­ciwko mnie, obser­wo­wał, jak leni­wie, niby od nie­chce­nia, roz­chy­lam nogi. Przy­ło­ży­łam palec wska­zu­jący do lekko roz­war­tych ust, obli­za­łam go i zje­cha­łam powol­nym ruchem po szyi, pier­siach i brzu­chu, by zanu­rzyć go w majt­kach. Patrzy­łam asy­sten­towi pro­sto w oczy, prze­łknął ner­wowo ślinę i dalej obser­wo­wał, co robię. Odło­żył doku­menty, które mi przy­niósł, i pod­szedł bli­żej. Pochy­lił się nade mną, zła­pał za pod­ło­kiet­niki fotela i przy­su­nął go do sie­bie. Przez cały czas wpa­try­wał się w moje pełne pożą­da­nia, roz­sze­rza­jące się źre­nice. Na myśl o tym, co się zaraz sta­nie, wzra­stała tem­pe­ra­tura mego ciała, oddy­cha­łam coraz szyb­ciej. Roz­chy­li­łam wargi. W napię­ciu cze­ka­łam na jego ruch. Zaczął deli­kat­nie maso­wać wnę­trze moich ud, zbli­ża­jąc się do już lekko wil­got­nej cipki. Draż­nił się ze mną. Gdy był dosta­tecz­nie bli­sko, cofał dłoń. Przy­gry­za­łam wtedy wargę ze znie­cier­pli­wie­nia i pod­nie­ce­nia. Robił tak parę razy, aż w końcu odchy­lił moje maj­teczki i powoli wło­żył we mnie palec. Mój oddech jesz­cze bar­dziej się pogłę­bił, gdy maso­wał mnie od środka, a kciu­kiem pie­ścił mnie na zewnątrz. Poję­ki­wa­łam, bo chcia­łam wię­cej. Chwy­cił mnie moc­niej, pod­cią­gnął wyżej czer­woną spód­niczkę i klęk­nął. Czu­łam, jakby ogień roz­pa­lał mnie mię­dzy nogami. Zamknę­łam oczy i odchy­liłam głowę do tyłu, a on zanu­rzył swoją pomię­dzy moje uda. Jego język wędro­wał deli­kat­nie po mojej szparce. Powoli, nie spie­szył się, tak jak lubię, aby po chwili zwięk­szyć tempo. Wło­żył drugi palec. Wsu­wał go i wysu­wał z mokrej szparki, jed­no­cze­śnie wyli­zu­jąc mnie na zewnątrz. Świ­dro­wał języ­kiem nabrzmiałą łech­taczkę, dopro­wa­dza­jąc mnie do sza­leń­stwa. Było mi tak dobrze, czu­łam roz­kosz w każ­dym zaka­marku ciała.

- Nie prze­sta­waj - wzdy­cha­łam, chwy­ta­jąc go za włosy.

Wci­ska­łam go sobie jesz­cze moc­niej mię­dzy nogi i zaczę­łam jeź­dzić cipką po jego twa­rzy. Uno­si­łam się deli­kat­nie w górę i w dół, jęcząc coraz gło­śniej. Zarzu­ci­łam nogę na jego bark, wbi­ja­jąc mu w ramię długi, cienki obcas szpilki od Prady. Wydał z sie­bie pomruk zado­wo­le­nia. Zsu­nę­łam but z dru­giej stopy i bosą nogą doty­ka­łam jego kro­cza. Czu­łam, jaki jest pod­nie­cony, i w końcu mu na to pozwo­li­łam. Mia­łam na niego taką ochotę! Chcia­łam, żeby mnie wziął na tym fotelu, ale nie wie­dzia­łam, czy tyle wytrzy­mam. Zaraz dojdę, pomy­śla­łam. Gdy zassał swo­imi ustami moją łech­taczkę, przy­gry­za­jąc ją deli­kat­nie, byłam bli­ska eks­tazy. Znów zamknę­łam oczy i jęk­nę­łam jesz­cze gło­śniej:

- O tak, nie prze­sta­waj, kocha­nie.

Nagle coś wyrwało mnie z tego bło­giego unie­sie­nia.

- Ange­lico?

Odwró­ci­łam się od okna i zoba­czy­łam mojego asy­stenta, który przez cały czas cze­kał na odpo­wiedź.

- Skoń­czy­łem raport, o który pro­si­łaś. Czy jest jesz­cze coś, co mogę dla cie­bie zro­bić?

- To wszystko, Domi­nicu. Możesz iść. Dzię­kuję.

Zatrzy­mał się w drzwiach, a ja patrzy­łam na jego jędrne pośladki i nie mogłam ode­rwać od nich wzroku. Odwró­cił się gwał­tow­nie, pra­wie przy­ła­pu­jąc mnie na patrze­niu.

- Zapo­mniał­bym, umó­wi­łem kucha­rzy na jutro, tak jak pro­si­łaś. Będą u cie­bie po połu­dniu, żeby wszystko przy­go­to­wać. Zostaw mi klu­cze, to ich wpusz­czę.

- Dobrze, dzię­kuję - odpo­wie­dzia­łam, sia­da­jąc przy biurku i prze­glą­da­jąc raporty.

- Jak się czu­jesz? - usły­sza­łam, pod­nio­słam na chwilę wzrok i zoba­czy­łam, że on wciąż stoi w moim gabi­ne­cie.

- Dobrze, dla­czego pytasz?

- W końcu to twoje trzy­dzie­ste uro­dziny.

- To tylko liczba, nic szcze­gól­nego się nie zmie­nia, wczo­raj byłam taka jak dziś i dziś jestem taka, jaka będę jutro - odpo­wie­dzia­łam z nosem w papie­rach.

- A! - krzyk­nął dziw­nie pod­eks­cy­to­wany - przy­szedł kolejny czer­wony tuli­pan. To już dwu­dzie­sty dzie­wiąty.

Unio­słam głowę i wbi­łam w niego mroczne spoj­rze­nie, jakie wywo­ły­wały we mnie kwiaty, a zwłasz­cza czer­wone tuli­pany. Prze­szedł mnie dreszcz. Nie­na­wi­dzi­łam tych gie­rek. Domy­śla­łam się, do czego zmie­rzają i co mogą odkryć. Pogrze­ba­łam prze­szłość dosta­tecz­nie głę­boko i nie zamie­rza­łam jej wywle­kać, ale naj­wy­raź­niej komuś bar­dzo na tym zale­żało.

- Wyrzuć je - zażą­da­łam.

- Ale... nie jesteś cie­kawa, kto je wysyła? - dopy­ty­wał jak ni­gdy, odkry­wa­jąc swoje dotąd nie­zau­wa­żalne dla mnie wścib­stwo - żaden nie miał bile­cika.

- Nie - odpo­wie­dzia­łam krótko.

Wyszedł, a ja wycią­gnę­łam z torebki Bir­kin bal­sam Kylie Skin i wcie­ra­łam go w deli­kat­nie muśnięte słoń­cem, obo­lałe łydki, podzi­wia­jąc jed­no­cze­śnie nie­ska­zi­telny mani­kiur, który robi­łam co tydzień. Zawsze w tym samym gabi­ne­cie. Zawsze o tej samej porze. Takie były zasady. Gdy­bym się tam nie zja­wiła, tak jak codzien­nie rano po baj­gle, nie byłoby po co dalej grać. A każda gra musi mieć zasady. Każdy gracz powi­nien prze­strze­gać przy­naj­mniej kilku. Szcze­gól­nie jeśli jest ktoś, kto cię obser­wuje. Bacz­nie się przy­gląda, jaki będzie twój kolejny ruch. Wtedy trud­niej jest oszu­ki­wać, a prze­cież pokusa bywa duża. Zwłasz­cza jeśli cho­dzi o nagrodę, jaka na nas czeka, lub... zemstę.

Moje zasady w pracy były pro­ste: mogłam patrzeć na swo­jego asy­stenta, ale nie doty­kać go. Jed­nak od tego patrze­nia wzra­stał mój ape­tyt. Skoro nie mogłam poczę­sto­wać się w biu­rze, musia­łam zjeść coś na mie­ście.

Po powro­cie do domu prze­bra­łam się w wystrza­łową kieckę i nie zało­ży­łam bie­li­zny. Się­gnę­łam do szka­tułki po kol­czyki od Tif­fany'ego i łań­cu­szek z tej samej naj­now­szej kolek­cji. Prze­je­cha­łam dło­nią po dekol­cie. W odbi­ciu w lustrze przy­glą­da­łam się, jak moje palce doty­kają biżu­te­rii. Nagle zoba­czy­łam, jak czy­jaś masywna dłoń zaci­ska się na moim gar­dle. Wzdry­gnę­łam się prze­ra­żona. Musia­łam mru­gnąć, żeby uświa­do­mić sobie, że to tylko wytwór mojej wyobraźni. Dla­czego oszu­ki­wa­łam samą sie­bie? To nie była fan­ta­zja, to było wspo­mnie­nie. Bole­sne... wciąż prze­śla­do­wało mnie w snach. Nało­ży­łam na usta czer­woną szminkę. Zacze­sa­łam pla­ty­nowe włosy do tyłu i jesz­cze raz ści­snę­łam wisio­rek tak mocno, że poczu­łam, jak paznok­cie wbi­jają mi się we wnę­trze dłoni. To był mój tali­zman. Wszystko, co dro­gie i świe­cące, miało mnie chro­nić. Miało ukryć kogoś, kim byłam. Dawno temu, w innym życiu. Zmiana wyglądu to nie wszystko. Włosy można zafar­bo­wać lub ściąć, można sto­so­wać mocny maki­jaż albo nie malo­wać się wcale i kryć twarz za wiel­kimi oku­la­rami. To jed­nak na nie­wiele się zda. By stać się Ange­licą Lotray, musia­łam nauczyć się nią być. Począw­szy od akcentu, przez spo­sób poru­sza­nia się po spoj­rze­nie. Mia­łam dobrą nauczy­cielkę. Dzięki daw­nej men­torce do per­fek­cji opa­no­wa­łam mro­żące spoj­rze­nie. Moje oczy tra­ciły ten wyraz, dopiero gdy byłam z jakimś męż­czy­zną, dla­tego lubi­łam pie­przyć się od tyłu. Nie chcia­łam, by faceci widzieli w nich pożą­da­nie, żar namięt­no­ści. Nie chcia­łam, żeby mogli mnie zoba­czyć bez maski, za którą kry­łam się od tylu lat.

Weszłam do klubu Day­li­ght, usia­dłam jak zwy­kle przy barze i zamó­wi­łam coś do picia. Rozej­rza­łam się i zatrzy­ma­łam wzrok na wyso­kim, bar­dzo męskim bru­ne­cie. Gdy się do mnie przy­siadł, od razu zauwa­ży­łam, że mu sta­nął. Miał spo­rego, na samą myśl wzro­sło mi tętno. Wyszli­śmy, żeby jechać do niego, ale byłam zbyt napa­lona, by wytrzy­mać taki kawał drogi, więc wcią­gnę­łam go w pobli­ską uliczkę. Roz­chy­li­łam mu mary­narkę i roz­pię­łam koszulę. Wło­ży­łam pod nią dło­nie i prze­su­nę­łam nimi po twar­dych mię­śniach jego klatki pier­sio­wej. Wsu­nął mi język w usta i przy­gryzł deli­kat­nie moją wargę. Wplótł palce w moje włosy i doci­snął mnie do ściany. Prze­chy­lił moją głowę i cało­wał po szyi, aż prze­szły mnie ciarki, a cipka zaczęła robić się wil­gotna. Pra­gnę­łam go tak bar­dzo. Chcia­łam, żeby wszedł we mnie natych­miast i uwol­nił to napię­cie, które we mnie buzo­wało przez cały dzień. Nie zro­bił tego od razu. Naj­pierw wsu­nął ręce pod moją sukienkę w poszu­ki­wa­niu ster­czą­cych, stward­nia­łych sut­ków, które z początku deli­kat­nie maso­wał, by za chwilę draż­nić, ści­ska­jąc pal­cami coraz moc­niej. Obna­żył jedną pierś, chwy­cił w obie dło­nie i zaczął ssać ustami i pie­ścić cie­płym, wil­got­nym języ­kiem. Oplo­tłam go nogą, przy­cią­ga­jąc do sie­bie bli­żej, i zaczę­łam się o niego ocie­rać. On ruszył języ­kiem w górę, znów zaj­mu­jąc się moją szyją. Moje ręce wędro­wały po jego ple­cach, kie­ru­jąc się w dół, do napię­tych poślad­ków. Przy­ci­snął mnie mocno do sie­bie, napie­ra­jąc swoją erek­cją na moją małą. Jedną ręką chwy­cił mnie za gar­dło, a drugą łap­czy­wie maso­wał mój tyłek, przy­su­wa­jąc mnie jesz­cze bli­żej, i ocie­ra­jąc się o mnie nachal­niej i gwał­tow­niej. Chcia­łam, żeby już mnie prze­le­ciał. Nie wytrzy­mam dłu­żej, myśla­łam. Czu­łam pod­nie­ce­nie roz­cho­dzące się po pod­brzu­szu, rosło we mnie pra­gnie­nie, aby jak naj­szyb­ciej we mnie wszedł.

On, odga­du­jąc moje myśli, jed­nym ruchem pod­niósł mi sukienkę, a ze swo­ich spodni wypu­ścił nabrzmia­łego kutasa. Był impo­nu­jący, na jego widok prze­szły mnie dresz­cze. Zbli­ży­łam twarz do jego twa­rzy, wło­ży­łam mu język w usta, cału­jąc gwał­tow­nie i zachłan­nie. Moja dłoń powę­dro­wała w stronę wypusz­czo­nego na wol­ność ster­czą­cego penisa. Deli­kat­nie go maso­wa­łam, po czym obję­łam cały i poru­sza­łam ręką w górę i w dół, co spra­wiło, że on zaczął mi jęczeć w usta:

- Chodź tu do mnie - dyszał i odwró­cił mnie do sie­bie tyłem.

Wypię­łam pupę w jego stronę, nie mogąc się docze­kać, kiedy zanu­rzy we mnie swo­jego twar­dego jak skała kutasa. Gdy poczu­łam jego koronę na moich zwil­żo­nych war­gach, wypię­łam się jesz­cze bar­dziej. Wszedł we mnie. Moja bło­gość zwięk­szała się, gdy wcho­dził coraz głę­biej.

- Och - poję­ki­wa­łam. Rozej­rza­łam się wokół. Z oddali docho­dził hałas ulicy. Co jakiś czas prze­jeż­dżała tak­sówka, otwie­rały się i zatrza­ski­wały drzwi. Sły­sza­łam głosy roz­ba­wio­nych, pod­pi­tych osób. Sama myśl, że ktoś mógłby nas teraz zoba­czyć, była kurew­sko pod­nie­ca­jąca.

Gdy zaczął się we mnie poru­szać, nie mogłam się powstrzy­mać i jęcza­łam jesz­cze gło­śniej.

- Dobrze ci? - pytał, dysząc.

- Tak - ledwo wypo­wie­dzia­łam.

Zanu­rzył swoją dłoń mię­dzy moje uda i pie­prząc mnie, draż­nił łech­taczkę, która była już cała mokra. Wysu­nął rękę i wło­żył mi palec do ust.

- Poczuj, jak sma­ku­jesz, gdy masz mnie w sobie - mówił, a ja jęcza­łam z peł­nymi ustami.

Z każ­dym jego pchnię­ciem coraz nachal­niej ssa­łam jego palec, a moja cipka zaci­skała się na jego peni­sie, roz­ko­szu­jąc się każdą jego nabrzmiałą żyłą.

- Pieprz mnie - pro­si­łam - wypieprz mnie całą.

Pochy­li­łam się do przodu, a on mnie dźgał coraz szyb­ciej i moc­niej. Co jakiś czas wymie­rzał mi klapsa w pupę, co spra­wiało, że nie mogłam nad sobą zapa­no­wać. Opar­łam się dłońmi o mur budynku i zaci­ska­jąc je, zdzie­ra­łam paznok­cie o beton. Wypię­łam się jesz­cze bar­dziej, aby mógł jesz­cze głę­biej we mnie wejść.

Zła­pał mnie masywną dło­nią za włosy, przy­cią­ga­jąc do sie­bie, drugą chwy­cił moją twarz, cału­jąc namięt­nie i agre­syw­nie zara­zem. Cała pło­nę­łam, gdy widzia­łam, jak jego źre­nice powięk­szają się z pożą­da­nia. Wło­ży­łam sobie rękę mię­dzy nogi i zła­pa­łam go za jądra, masu­jąc je deli­kat­nie. Zaczął pro­sić:

- Mała, nie rób tak, bo zaraz dojdę.

Nie prze­sta­łam. Coraz więk­sza fala gorąca roz­cho­dziła się w moim wnę­trzu, byłam na kra­wę­dzi orga­zmu. Ści­snę­łam uda, on pchał mnie moc­niej. Jesz­cze dwa ruchy, jesz­cze tylko chwila.

- O tak! - krzyk­nę­łam. - O tak! Nie prze­sta­waj! O kurwa! - ledwo dokoń­czy­łam zda­nie, bo spa­zmy orga­zmu prze­cho­dzące przez moje ciało zawład­nęły każ­dym jego mię­śniem.

- Ja pier­dolę! - dyszał, zaci­ska­jąc zęby.

Było mi tak dobrze, że mogła­bym umrzeć w tam­tym momen­cie. Moja cipka zaci­skała się na jego pul­su­ją­cym peni­sie, który wciąż w niej tkwił. Przy­cią­gnął moją twarz do swo­jej i poca­ło­wał mnie. Sta­li­śmy tak jesz­cze przez chwilę, oddy­cha­jąc ciężko jak po jakimś mara­to­nie. W końcu odsu­nę­łam się, opu­ści­łam sukienkę, a on zapiął spodnie, spoj­rzał na mnie nie­pew­nie i powie­dział:

- Długo nie dzwo­ni­łaś, myśla­łem, że już o mnie zapo­mnia­łaś.

- Mia­łam dużo pracy - odpo­wie­dzia­łam wymi­ja­jąco.

- To może pój­dziemy jesz­cze na drinka? Poga­dać?

- Nie mogę, skar­bie, jutro rano mam ważne spo­tka­nie, chyba że - zawa­ha­łam się - chyba że masz coś dla mnie - prze­świe­tli­łam go wzro­kiem.

- Nie, mała - przy­cią­gnął mnie i zaczął maso­wać po pupie - to nie takie pro­ste.

- Jesteś pro­ku­ra­to­rem gene­ral­nym, na pewno coś wiesz.

- Tym razem to nie wyszu­ki­wa­nie bru­dów w kar­to­te­kach poli­cyj­nych dla two­ich boga­tych klien­tów.

- John, znajdź mi to, czego szu­kam - chwy­ci­łam jego twarz w dło­nie i wsu­nę­łam język w usta. Odsu­nę­łam się i, patrząc mu w oczy, doda­łam:

- Dowiedz się, jak Vic­to­ria mnie odna­la­zła i czego chce.

ADRIANO ALVARO MARTINEZ

Powiew wia­tru zbu­dził mnie z głę­bo­kiego snu. Ból głowy, który poczu­łem, nie nale­żał do tych, które można by zali­czyć do zno­śnych. Wszystko zaczy­nało mi się wymy­kać z rąk. Kon­trolę stra­ci­łem już dawno. Nawet nie byłem pewny, w któ­rym apar­ta­men­cie się znaj­duję. A może jeste­śmy w moim domu nad morzem? Bryza, która wpa­dała przez otwarte okno, napro­wa­dzała mnie na lekko zatarte wspo­mnie­nia drogi, którą poko­na­li­śmy, by się tu zna­leźć.

Skrzyp­nęło łóżko. Chyba się prze­bu­dziła. Nie pamię­ta­łem jej imie­nia, może nie zapy­ta­łem, a może podała jakieś lipne. One czę­sto tak robią. Więk­szość z nich pro­wa­dzi w ciągu dnia "nor­malne" życie, tak przy­naj­mniej twier­dzi Vic­to­ria. Jak zwy­kle zapła­ci­łem jej z góry. Dziew­czyny ni­gdy nie dosta­wały ode mnie pie­nię­dzy, chyba że w for­mie napiwku albo jakiejś eks­tra­kiecki, i naj­czę­ściej te jed­no­ra­zowe wypa­dały z mojego pokoju nad ranem. Te, które słu­żyły mi rów­nież do towa­rzy­stwa, wynaj­mo­wa­łem na dłu­żej. Z escort girl od Vic­to­rii mogłem się poka­zać publicz­nie bez obawy, że papa­razzi zro­bią nam wspólne zdję­cie, a nagłówki w bru­kow­cach, zamiast krzy­czeć: Alvaro Mar­ti­nez w towa­rzy­stwie luk­su­so­wej pro­sty­tutki, napi­szą o tajem­ni­czej pięk­no­ści. Muszę zacho­wy­wać pozory. Więk­szość zna­nych pił­ka­rzy i tak jest brana za dziw­ka­rzy, a ja nie potrze­buję takiej łatki. Potra­cił­bym naj­lep­sze kon­trakty. Vic­to­ria zawsze mi powta­rzała, że naj­waż­niej­sza jest sym­pa­tia kibi­ców. Muszą mnie kochać, a świat będzie mój, nawet gdy skoń­czę z piłką. Nie­stety, ludzie szybko się zako­chują i tak samo szybko mogą znie­na­wi­dzić. Dla­tego należy się pil­no­wać na każ­dym kroku. Gdy­bym nie spo­tkał Vic­to­rii, ni­gdy bym nie osią­gnął tego, co mam. Była jak pie­przona dobra wróżka, która zja­wiła się zni­kąd i z nasto­let­niego roz­ra­biaki tłu­ką­cego się po barach, lubią­cego wypić i przy­ćpać zro­biła odno­szą­cego suk­cesy spor­towca.

Skoń­czy­łem dwa­dzie­ścia pięć lat i byłem obrzy­dli­wie bogaty, nie mia­łem co robić z haj­sem. Naj­droż­sze zegarki zaj­mo­wały tyle miej­sca w sza­fie co spor­towe auta w moim garażu. Mimo to nie uło­ży­łem sobie jesz­cze życia. Nie byłem głupi, wie­dzia­łem, po co kobiety usta­wiały się do mnie w kolejce. Uda­wały miłość, aby popra­wić swój sta­tus mate­rialny, dla­tego wola­łem pro­sty­tutki. One przy­naj­mniej były szczere. Naj­waż­niej­szą kobietą w moim życiu i tak od zawsze była Nata­lia. Moja młod­sza sio­stra. Pcha­łem w nią tyle fun­tów, ile mogłem. Chcia­łem, żeby miała inne, lep­sze życie. Zbyt długo cier­pie­li­śmy biedę. Stra­ci­li­śmy rodzi­ców tak wcze­śnie. W domach dziecka nikt nas nie roz­piesz­czał, o wszystko musia­łem wal­czyć sam, dla sie­bie i dla niej. Chcę jej dać to, co najlep­sze, stu­dia w Sta­nach i podróże po Hisz­pa­nii, do któ­rej z wia­do­mych wzglę­dów cią­gnie nas oboje. Tam się uro­dzi­łem, pamię­tam sporo z tam­tych cza­sów, gdy miesz­ka­łem razem z rodzi­cami nad morzem. Spoj­rza­łem przez okno na hory­zont. Angiel­skie plaże to nie to samo...

Dziew­czyna wstała, leni­wie się prze­cią­ga­jąc. Przy­su­nęła się do mnie, ale nie mia­łem już ochoty na seks. Nie wiem, kiedy zaczął mnie nudzić. Zresztą jak wszystko. Z każ­dym dniem czu­łem coraz mniej, jak­bym zaczął powoli obumie­rać. Jesz­cze parę lat temu byłem jak młody bóg, pra­wie uwie­rzy­łem, że potra­fię latać. Nagle mogłem wszystko mieć, kupić, zała­twić. Każdy mi nad­ska­ki­wał, sta­łem się kimś. A teraz? Jestem tak znu­dzony tym fał­szem naokoło mnie, że wszy­scy wła­ści­wie mogliby wypa­ro­wać i nie poczuł­bym żad­nej róż­nicy.

- Chcesz? - zapy­tała z leni­wym uśmie­chem.

Biały pro­szek roz­sy­pany na nie­wiel­kim lusterku z zawrotną pręd­ko­ścią tra­fił do jej zgrab­nie sko­ry­go­wa­nego nosa. Nie wiem, jak to się stało, ale cały się zago­to­wa­łem. Gdy pod­su­nęła mi drugą kre­skę, wresz­cie coś poczu­łem - złość. Dużo zło­ści.

Wytrą­ci­łem jej lusterko z dłoni. Prze­stra­szyła się. Odsko­czyła na bez­pieczną odle­głość, a jej ramiona uno­siły się szybko. Sta­rała się zapa­no­wać nad odde­chem, ale nie była w sta­nie. Gdy pod­sze­dłem do niej dosta­tecz­nie bli­sko i zła­pa­łem ją za nad­garstki, pisnęła. Nie wiem, dla­czego wła­śnie wtedy mi sta­nął. Odwró­ci­łem ją do sie­bie ple­cami i opar­łem o ścianę. Chwy­ci­łem za szyję i jed­nym ruchem wsu­ną­łem w nią swo­jego nabrzmia­łego kutasa. Nie potra­fię powie­dzieć, co bar­dziej mnie nakrę­cało: jej strach czy zagu­bie­nie. W jej oczach doj­rza­łem zbyt wiele i wyzwa­lało to we mnie coraz więk­szą eks­cy­ta­cję. Nie obcho­dziła mnie prze­cież, a jed­nak wie­dzia­łem, że potrze­buje pomocy. Mógł­bym ją ura­to­wać, tak jak kie­dyś ktoś ura­to­wał mnie. Nie! Nie zba­wisz zwy­kłej dziwki i nar­ko­manki, bo nią wła­śnie była. I gdy tak znowu o niej pomy­śla­łem, mia­łem ochotę ją zerżnąć na wszyst­kie spo­soby. Nie zasta­na­wia­łem się, czy jej dobrze. Jęczała, więc zakła­da­łem, że tak. Może uda­wała? Z kobie­tami ni­gdy nie ma się tej pew­no­ści i nie ma zna­cze­nia, czy takiej pła­cisz, czy nie. Zawsze mogą ściem­niać, pie­przone aktorki.

- Uklęk­nij - wysa­pa­łem jej do ucha - chcę dojść w two­ich ustach.

Zro­biła to. Osu­nęła się zmy­słowo po ścia­nie, patrząc mi głę­boko w oczy. Lubiła to albo tak świet­nie odgry­wała swoją rolę. Nie robiło mi to róż­nicy. Jedyne, co się liczyło, to jej mięk­kie, powięk­szone usta opla­ta­jące mój penis. Cie­pły, wil­gotny język prze­su­wa­jący się po nim w przód i w tył. Zaczęła zmy­słowo, deli­kat­nie. Gdy przy­spie­szyła, jaja mi pod­sko­czyły do góry, zaczęła je cało­wać i pie­ścić. Nie mia­łem ochoty na takie draż­niące zabawy, więc wepchną­łem jej go z powro­tem do gar­dła i zaczą­łem się poru­szać coraz szyb­ciej i szyb­ciej. Nie dawa­łem jej czasu na zła­pa­nie odde­chu. Doci­ska­łem jej głowę do samego końca.

- O tak, dziwko, lubisz to, prawda?

Wyję­czała coś, aż cały zadrża­łem. Poczu­łem przy­jemny skurcz, który roz­szedł się po moim ciele. Satys­fak­cję spra­wiał mi widok spermy spły­wa­ją­cej po jej policzku. Wsu­ną­łem się w nią jesz­cze na chwilę, by obli­zała mnie do końca.

Gdy mia­łem dosyć, odsu­ną­łem się, wytar­łem kutasa w pościel i ruszy­łem do łazienki.

Sły­sza­łem, jak zbiera swoje rze­czy. Nie wie­działa, jak powinna się zacho­wać. W lustrze widzia­łem jej zanie­po­ko­joną twarz. Zro­biło mi się jej żal. Odwró­ci­łem się nieco w jej stronę, sta­ra­jąc się na nią nie patrzeć, i powie­dzia­łem:

- To zosta­nie mię­dzy nami.

- Dzię­kuję - jęk­nęła, pod­cho­dząc do mnie i pogła­skała mnie po ramie­niu.

Zła­pa­łem ją gwał­tow­nie za rękę, którą mnie doty­kała. Wbi­łem w nią wście­kły wzrok.

- Odstaw dragi, zarób, ile potrze­bu­jesz, i wypier­da­laj jak naj­da­lej! Chcesz dawać dupy i obcią­gać do eme­ry­tury?

Miała łzy w oczach. Nie wiem, czy z bólu, czy przez moje słowa.

- Jesteś jesz­cze ładna, to możesz zaro­bić na takich jak ja, ale za kilka lat zostaną ci do obcią­ga­nia zwię­dłe kutasy za marne pie­nią­dze. Zamiast eks­klu­zyw­nych apar­ta­men­tów - tanie motele, a kokę zamie­nisz na metę albo herę!

- Nie... ja nie...

Rzadko to robię. Nie wiem, dla­czego jeb­ną­łem jej takie kaza­nie. Chwilę temu kaza­łem jej przed sobą klę­kać, a teraz? Pomy­śla­łem o sio­strze i ona też mogła przed kimś klę­kać. Zro­biło mi się nie­do­brze na samą myśl, że ktoś mógłby tak potrak­to­wać Nata­lię.

- Powiem Vic­to­rii jedno słowo i skoń­czysz na ulicy, wiesz o tym?

Kiw­nęła głową.

- A więc wycią­gnij cały towar, jaki masz przy sobie, zostaw go na noc­nej szafce i zabie­raj się stąd. Za pięć minut ktoś cię odwie­zie, dokąd będziesz chciała.

Wybie­gła z sypialni w samej bie­liź­nie, nie oglą­da­jąc się za sie­bie.

Usia­dłem na łóżku i wpa­tru­jąc się w koka­inę, którą zosta­wiła, chwy­ci­łem się za głowę. Raz, dwa, trzy. Głę­boki wdech i wydech. Pod­sko­czy­łem jak opa­rzony, wzią­łem zwi­nięte sre­berko i wrzu­ci­łem je pro­sto do kibla. Dobrze zro­bi­łeś - pod­po­wia­dał wewnętrzny głos. Nie wszyst­kich da się ura­to­wać, ale może cza­sem kogoś się uda... Wma­wia­łem sobie, że prze­mó­wi­łem jej do roz­sądku. Tak mało uczuć znaj­do­wało się w moim sercu, ale ta jedna myśl spra­wiała, że czu­łem się bar­dziej żywy niż zazwy­czaj. Czas się ogar­nąć. Wró­cić do mia­sta. Pójść na tre­ning. Zapo­mnieć o dziw­kach i ich pro­ble­mach, o swo­ich pro­ble­mach. Lepiej będzie, jak zacznę wyży­wać się na piłce niż na czy­ichś ustach. Spoj­rza­łem w lustro i poczu­łem się jak palant. Muszę prze­stać to robić. Obmy­łem twarz zimną wodą i wytar­łem się ręcz­ni­kiem za pięć stów. Skąd wzięła się na nim krew? Wyrzu­ci­łem go do śmieci i jesz­cze raz spoj­rza­łem w lustro. Czer­wona stróżka wypły­wała mi z nosa. Co jest, do cho­lery? Wytar­łem się ręką, nie było na niej śladu krwi. Spoj­rza­łem jesz­cze raz w lustro i nic. To cho­lerne wspo­mnie­nie daw­nych cza­sów nie­raz powra­cało nie­spo­dzie­wa­nie, by zamą­cić mi w gło­wie.

Moją uwagę odwró­cił dźwięk tele­fonu. Posze­dłem ode­brać. Nata­lia. Uśmiech­ną­łem się. Zawsze roz­ma­wia­li­śmy po hisz­pań­sku. Mówiła ze słod­kim bry­tyj­skim akcen­tem. Nie potra­fi­łem jej tego oduczyć. Może gdyby rodzice żyli, byłoby wię­cej oka­zji do roz­mów w naszym ojczy­stym języku i nie mia­łaby z tym pro­blemu. Naj­waż­niej­sze, że podob­nie jak ja uwiel­biała hisz­pań­ski. Zawsze marzy­li­śmy, by wró­cić do kraju na stałe, dla­tego cze­kam, aż mnie wyku­pią do Realu Madryt. Wyje­chał­bym bez waha­nia. Gra­nie w tutej­szym bło­cie dało mi wię­cej umie­jęt­no­ści niż na suchym traw­niku. A pro­pos desz­czu, znów się roz­pa­dało i wła­śnie sobie uświa­do­mi­łem, że gdy wczo­raj tutaj zaje­cha­li­śmy, nie posta­wi­łem dachu w porsche. Kurwa!

ANGELICA

Lista gości była długa, tak jak i kolejka przed drzwiami. Nikt nie miał prawa wejść bez ręcz­nie wypi­sa­nego zapro­sze­nia, na które namó­wił mnie Domi­nic. To ponoć takie oso­bi­ste i buduje zaufa­nie. Być może, ale na razie jedy­nym zyskiem, jaki z tego mia­łam, był więk­szy odcisk na środ­ko­wym palcu.

Z bal­konu rzu­ci­łam okiem na setkę osób bawią­cych w moim domu. Z tłumu wyróż­niali się dobrze zbu­do­wani, bar­czy­ści męż­czyźni w czar­nych gar­ni­tu­rach. Wyna­ję­łam ochronę po tym żało­snym przed­sta­wie­niu z dostar­cza­niem mi codzien­nie przez mie­siąc po jed­nym tuli­pa­nie. Można się spo­dzie­wać, że nie odpu­ści sobie także dzi­siej­szej nocy.

Impreza się roz­po­częła, a ja sta­łam w swo­jej sypialni przed ogrom­nym lustrem i wkła­da­łam sek­sowną kieckę bez ple­ców, z jed­nym dłuż­szym ręka­wem. Musia­łam zakryć tę cho­lerną bli­znę, którą mam na ramie­niu. Wsu­nę­łam czarne san­dałki Gucci i zapię­łam je wokół kostki. Fran­cu­ski pedi­kiur świet­nie kon­tra­sto­wał z ich kolo­rem. Jesz­cze tylko wygła­dzi­łam sukienkę na bio­drach i byłam gotowa. Zeszłam na dół. Rozej­rza­łam się po salo­nie, gdy John zaszedł mnie od tyłu i poca­ło­wał w szyję. Wzdry­gnę­łam się i odwró­ci­łam gwał­tow­nie.

- Skoro tu jesteś, domy­ślam się, że coś zna­la­złeś.

- Vic­to­ria jest bar­dzo wpły­wowa. Ma wysoko posta­wione zna­jo­mo­ści.

- To już wiem - nie­cier­pli­wie prze­wró­ci­łam oczami.

- Ma też bar­dzo cie­ka­wego pro­te­go­wa­nego.

- Zamie­niam się w słuch - uśmiech­nę­łam się, roz­luź­nia­jąc.

- To mój pre­zent dla cie­bie ode mnie. Zasłu­ży­łem na nagrodę - powie­dział, pęka­jąc z dumy.

- Za kwa­drans możesz do nas dołą­czyć - szep­nę­łam mu do ucha, wpa­tru­jąc się w kobietę, która nie spusz­czała z nas wzroku. Nasze spoj­rze­nia się spo­tkały, a ja na wspo­mnie­nie ostat­niej nocy zro­bi­łam się wil­gotna.

Dopi­łam to, co mia­łam w kie­liszku, i uda­łam się z powro­tem w stronę scho­dów pro­wa­dzą­cych do mojej sypialni. Wie­dzia­łam, że pój­dzie za mną. Ledwo zdą­ży­łam zdjąć sukienkę i poło­żyć się na łóżku, a już stała w drzwiach. Pod­cho­dziła powoli, roz­bie­ra­jąc się w tym samym momen­cie. Przy­glą­da­łam się, jak kolejno zrzuca z sie­bie ubra­nia, i pie­ści­łam swoje ster­czące piersi. Gdy zatrzy­mała się przy łóżku, uklęk­nę­łam, wycią­gnę­łam rękę i dotknę­łam jej wil­got­nej szparki. Poca­ło­wa­łam ją, miała lekko roz­chy­lone usta, więc wsu­nę­łam w nie deli­kat­nie język. Palce wplo­tłam jej we włosy i zaczę­łam coraz inten­syw­niej i agre­syw­niej maso­wać jej język swoim. Ona pie­ściła moje pośladki, ści­ska­jąc je, przy­cią­gnęła mnie do sie­bie. Nasze cipki się doty­kały, a ja poczu­łam w pod­brzu­szu nara­sta­jące pod­nie­ce­nie. Cało­wała mnie po szyi, deli­kat­nie doty­ka­jąc moich nabrzmia­łych sut­ków, scho­dziła języ­kiem coraz niżej i zaczęła je ssać na prze­mian.

- Połóż się - roz­ka­za­łam.

Gdy leżała już na ple­cach, roz­chy­liła nogi, jeż­dżąc rękami po wewnętrz­nych stro­nach ud i poże­ra­jąc mnie wzro­kiem. Przy­su­nę­łam się bli­żej i zaczę­łam bawić się jej cipką. Usły­sza­łam, jak poję­kuje, co spra­wiło, że moje pod­nie­ce­nie wzro­sło i mia­łam coraz więk­szą ochotę na wyli­za­nie jej szparki. Wło­ży­łam palce do środka i wysu­nę­łam, naj­pierw powoli i deli­kat­nie, potem tro­chę szyb­ciej. Ona dyszała gło­śniej i zaczęła się wier­cić, dopa­so­wu­jąc ruchy bio­der do ruchów mojej ręki. Sta­rała się jesz­cze głę­biej nadziać na moje palce. Nachy­li­łam się nad nią i cało­wa­łam, nie prze­sta­jąc maso­wać jej wnę­trza, liza­łam jej piersi, pod­gry­za­jąc bro­dawki, scho­dzi­łam niżej. Gdy byłam dość bli­sko łech­taczki, draż­ni­łam się z nią i wyco­fy­wa­łam, gdy dozna­wała naj­więk­szego pod­nie­ce­nia. Zła­pała mnie wtedy za włosy i pro­siła nie­cier­pli­wie, żebym ją wyli­zała. Mój język zbli­żył się do upra­gnio­nego miej­sca. Krą­ży­łam nim naokoło, potem szyb­ciej, co jakiś czas ssąc jej łech­taczkę i dopro­wa­dza­jąc ją do sza­leń­stwa. Całe jej ciało zaczęło drżeć, jęczała coraz gło­śniej. Pod­nio­sła się deli­kat­nie i chwy­ciła mnie za piersi, piesz­cząc je. Bła­gała o jesz­cze.

Usły­sza­łam, jak otwie­rają się drzwi do pokoju.

John roze­brał się i usiadł w fotelu, przy­glą­da­jąc się, jak robię minetkę. Jego oddech przy­spie­szył, a penis tward­niał, uno­sząc się do góry. Chwy­cił go w dłoń i zaczął nim poru­szać. W końcu nie wytrzy­mał i pod­szedł do nas, zła­pał mnie za tyłek i płyn­nym ruchem zała­do­wał swo­jego nabrzmia­łego kutasa w moją wil­gotną szparkę. Był taki twardy, jakby miał zaraz eks­plo­do­wać. Ledwo mogłam się sku­pić na tym, co robię, bo gdy mnie posu­wał, czu­łam tak wielką roz­kosz, że mogłam tylko jęczeć.

- O tak, suko. Wyliż ją całą - dyszał, nie prze­sta­jąc się dziko wpa­try­wać w to, co robi­łam tej małej języ­kiem.

Jego dło­nie na moich poślad­kach prze­su­wa­jące się w tę i z powro­tem i jądra obi­ja­jące się o moją cipkę spra­wiały, że pło­nę­łam z pod­nie­ce­nia. Przez całe ciało prze­pły­wał żar, któ­rego nie mogłam i nie chcia­łam uga­sić. Gdy ze mnie wyszedł, ona przed nim uklę­kła, żeby mu obcią­gnąć. Usia­dłam na łóżku i przy­glą­da­łam się, jak ssie mu penis, jak się nim bawi i połyka go w cało­ści, jak liże mu jaja, a on trzyma ją za głowę i rusza się deli­kat­nie w jej ustach, powta­rza­jąc:

- Cią­gnij, maleńka, cią­gnij go. O kurwa, jak mi dobrze.

Pod­nie­cało mnie to nie­sa­mo­wi­cie i mia­łam ochotę zro­bić mu to samo, ale się powstrzy­ma­łam. To szó­sta zasada: nie rób loda. Ostatni raz zda­rzyło mi się to wieki temu, ale potem zrozumia­łam... ktoś pomógł mi zro­zu­mieć, że pada­nie na kolana przed face­tami nie jest zare­zer­wo­wane dla sil­nych kobiet. W cza­sie seksu to ja roz­daję karty i choć daję im się rżnąć w cipkę, to na pewno nie dam w usta.

Poło­ży­łam się na łóżku i roz­chy­li­łam nogi, ona pode­szła i zaczęła mnie wyli­zy­wać, a on ją wziął od tyłu. Dało się sły­szeć, jak jego jaja ude­rzają o jej zgrabny tyłek. Roz­pły­nę­łam się. To, co ona robiła z moją małą, to czy­sta eks­taza. Skrę­ca­łam się na łóżku niczym wąż, powta­rza­jąc:

- O tak, kocha­nie... wła­śnie tak, nie prze­ry­waj. O tak...

Wresz­cie on poło­żył się na mnie. Cało­wał moje roz­chy­lone usta. Patrzył mi głę­boko w oczy, prze­su­wa­jąc dło­nią po całym ciele. Zatrzy­mał się mię­dzy moimi nogami i wło­żył dwa palce do środka. Gdy poczu­łam je w sobie, wygię­łam się jak struna. On zata­czał we mnie powolne kręgi, wzma­ga­jąc mój ape­tyt. Nie chcia­łam dłu­żej cze­kać.

- Prze­leć mnie w końcu - zażą­da­łam.

Uśmiech­nął się i nachy­lił nade mną, nakie­ro­wu­jąc swój twardy jak skała penis na moją wil­gotną szparkę. Gdy moje obrzmiałe wargi oplo­tły jego przy­ro­dze­nie, wyda­łam z sie­bie jęk roz­ko­szy. Jego twarz się zmie­niła, w oczach rosło pod­nie­ce­nie. Dotknę­łam dło­nią jego policzka, a on poca­ło­wał mnie nachal­nie, głę­boko pene­tru­jąc języ­kiem moje gar­dło. Roz­chy­li­łam sze­rzej nogi, żeby mógł dostać się cały do mojego wnę­trza, i zaczę­łam poru­szać bio­drami w rytm jego bio­der. Jed­nym ramie­niem oparł się o łóżko, drugą ręką wędro­wał po moim ciele. Wło­żył dłoń pod moją pupę i przy­ci­skał ją do sie­bie moc­niej i moc­niej. Napie­rał na mnie coraz szyb­ciej i gwał­tow­niej.

- Lubisz, jak cię tak pie­przę? - dyszał, cału­jąc mnie jed­no­cze­śnie.

Nie byłam w sta­nie odpo­wie­dzieć, nie tylko dla­tego, że mia­łam jego język w ustach, ale przede wszyst­kim przez to, co mi wła­śnie robił. Było mi dobrze, ale chcia­łam wię­cej. Czu­łam głód, który on musiał zaspo­koić. Moje dło­nie wędro­wały po jego ciele, zatrzy­mu­jąc się na cudow­nie wyrzeź­bio­nych poślad­kach. Przy­ci­snę­łam je do sie­bie, a on znowu zapy­tał:

- Lubisz, jak cię tak pier­dolę?

- Tak - mruk­nę­łam, ale jego to nie zado­wo­liło, więc chwy­cił moją twarz mocno w dłoń, cało­wał, przy­gry­za­jąc moje wargi i, ude­rza­jąc mnie parę razy w poli­czek, powta­rzał:

- Lubisz tak? Dobrze ci?

- Tak, kocha­nie - wyję­cza­łam z tru­dem - dobrze mi.

Wtedy zanu­rzył się w moich wło­sach i przy­spie­szył swoje ruchy, wyda­jąc jesz­cze gło­śniej­szy jęk zado­wo­le­nia. W końcu zwol­nił, a ja roz­su­nę­łam jego pośladki. Ona, obser­wu­jąc przez cały czas, jak się pie­przymy, w końcu pode­szła, nachy­liła się nad nim i zaczęła go wyli­zy­wać.

Był tym bar­dzo pod­nie­cony. Ledwo powstrzy­my­wał się od krzyku, jego penis był tward­szy niż na początku. Znów mnie poca­ło­wał, chwy­ta­jąc mocno dło­nią za twarz. Uwiel­biam sil­nych, zde­cy­do­wa­nych face­tów. Nakrę­cało mnie to, choć jesz­cze bar­dziej krę­ciło mnie to, że mam nad nimi wła­dzę.

Wcho­dził i wycho­dził ze mnie powoli, poję­ku­jąc:

- Mógł­bym cię jebać przez całą noc... jesteś taka cia­sna - chwy­cił mnie dłońmi za pośladki i przy­ci­snął do swo­ich bio­der. - Chodź tu do mnie.

Wci­skał się we mnie jesz­cze głę­biej, aż w końcu zaczął bła­gać:

- Daj mi w dupę.

- Nie.

- Pro­szę cię, daj mi się wyje­bać w dupę.

- Nie.

- Pro­szę, wiesz, że będzie ci dobrze.

Wie­dzia­łam to dosko­nale, ale uwiel­bia­łam, gdy mnie tak prze­ko­ny­wał, mia­łam wra­że­nie, że wtedy zaczyna mnie lepiej ruchać. Gdy dopro­wa­dził mnie przed orgazm, wyję­cza­łam:

- Zerżnij mnie, jak chcesz.

Gdy to usły­szał, był bli­ski spusz­cze­nia się. Wycią­gnął go z mojej cipki i nakie­ro­wał niżej. Tro­chę zabo­lało. Gdy wcho­dził głę­biej, bolało jesz­cze bar­dziej. Ona pode­szła do mnie i zaczęła pie­ścić moje piersi. Im bar­dziej byłam pod­nie­cona, tym mniej uwagi zwra­ca­łam na ból. On zaczął się we mnie poru­szać, wsu­wał go i wysu­wał deli­kat­nie. Powoli jego twardy penis wypeł­niał mnie całą. Było mu bar­dzo dobrze i mnie też zaczy­nało być przy­jem­nie. Poru­szał się szyb­ciej i szyb­ciej. Schy­lał się nade mną i cało­wał gorąco, jęcząc razem ze mną.

- Dobrze ci, suko? - pytał, posu­wa­jąc mnie agre­syw­niej i ści­ska­jąc za gar­dło.

Przy­gry­złam wargę, bo mia­łam ochotę krzyk­nąć.

- O tak, jestem bli­sko. Pieprz mnie - ledwo wyję­cza­łam i usły­sza­łam jego okrzyk. Zmarsz­czył brwi, a oczy robiły się coraz więk­sze, aż zamknął je z całych sił i krzyk­nął:

- Docho­dzę, mała, docho­dzę. O kurwa!

Gdy zoba­czy­łam, jak mu dobrze, i poczu­łam, jak jego penis się powięk­sza w moim tyłku, ogar­nęła mnie fala cie­pła roz­cho­dzą­cego się od kro­cza po koniuszki pal­ców. Z każ­dym jego pchnię­ciem dozna­nie było sil­niej­sze i sil­niej­sze, aż odpły­nę­łam. Nie mogłam się poru­szyć. Wbi­ja­łam paznok­cie w jego plecy i przy­gry­złam jego bark, żeby stłu­mić okrzyk, jaki wyry­wał mi się z gar­dła. On nie potra­fił nad tym zapa­no­wać i w roz­ko­szy wykrzy­ki­wał na głos moje imię. W końcu padł na mnie bez­wład­nie.

Gdy tak leże­li­śmy w bez­ru­chu, usły­sze­li­śmy głos, w któ­rym było sły­chać pre­ten­sję:

- A ja?

John zczoł­gał się ze mnie i prze­cze­sał pal­cami włosy. Patrzył na mnie z leni­wym uśmie­chem, potem spoj­rzał na nią i powie­dział:

- Mogę cię jesz­cze szturch­nąć, ale naj­pierw musisz zro­bić cze­ko­la­do­wego loda.

Ja wybuch­nę­łam śmie­chem, a ona zebrała ciu­chy i wyszła obra­żona, rzu­ca­jąc na do widze­nia:

- Kre­tyn!

- I po co ją wkur­wi­łeś? Będziesz sam szu­kał następ­nej - powie­dzia­łam, zakła­da­jąc sukienkę.

- Kocha­nie - szep­nął mi do ucha, zapi­na­jąc mi suwak - nie potrze­buję następ­nej. Tylko ty się liczysz.

Prze­szył mnie chłód. Jego ostat­nie słowa wywo­łały we mnie kon­wul­sje. Rzu­ci­łam się bie­giem do łazienki i zaczę­łam wymio­to­wać.

- Ange­lico, wszystko w porządku? - szedł w moją stronę, a ja zatrza­snę­łam przed nim drzwi, po któ­rych osu­nę­łam się na pod­łogę. Zatka­łam dło­nią usta, które mimo­wol­nie otwie­rały się do krzyku. Wciąż sły­sza­łam w mojej gło­wie: Tylko ty się dla mnie liczysz, moja maleńka. Zasło­ni­łam rękami uszy, jakby ten głos docho­dził z zewnątrz, zaci­snę­łam powieki.

- Jesteś tam? Ange­lico?! Otwórz, bo wyważę drzwi!

- Wszystko w porządku - wyszłam cał­ko­wi­cie opa­no­wana.

- Co się stało? Co tam robi­łaś?

- Musia­łam popra­wić usta - skła­ma­łam, zosta­wia­jąc Johna kom­plet­nie zdez­o­rien­to­wa­nego.

Wró­ci­łam na przy­ję­cie z misją odszu­ka­nia Mar­ti­neza. Wycią­gnę­łam tele­fon i wpi­sa­łam jego nazwi­sko w wyszu­ki­warkę. Zro­bił zawrotną karierę na boisku, ale jesz­cze więk­szą w bru­kow­cach. Miliony zdjęć z milio­nem róż­nych kobiet. Prze­le­ciał chyba pół Anglii. Musi być dobry w łóżku. Zła­pa­łam za kolejny kie­li­szek ze stołu i uśmiech­nę­łam się bez­wied­nie na tę myśl.

- W końcu widzę uśmiech na two­jej twa­rzy.

- Słu­cham? - odwró­ci­łam się. Przede mną stał młody, nie­ziem­sko przy­stojny, wysoki bru­net o dość chło­pię­cym i szcze­rym spoj­rze­niu.

- Przy­glą­da­łem ci się przez jakiś czas i zauwa­ży­łem, że się w ogóle nie uśmie­chasz, jak­byś się czymś mar­twiła, ale może mi się wyda­wało.

- Na pewno, bo ja nie mam powo­dów do zmar­twień... zwłasz­cza teraz - zanu­rzy­łam usta w kie­liszku, nie spusz­cza­jąc z niego wzroku.

Nie­zły jest. Sze­ro­kie barki, wyspor­to­wana syl­wetka, dobrze ubrany, a jego zega­rek świad­czy o tym, że facet ma dobry i drogi gust. Wysoki, o czar­nych wło­sach i nie­biań­sko nie­bie­skich oczach. Mówi bar­dzo popraw­nie po angiel­sku, ale zbyt długo tre­no­wa­łam swój akcent, żeby dać się zwieść. Być może wycho­wał się na Wyspach, ale na pewno się tam nie uro­dził, a już na pewno nie w Lon­dy­nie. Obsta­wiam, że w jaki­miś uro­czym, zabi­tym dechami mia­steczku na połu­dniu Hisz­pa­nii. Na wspo­mnie­nie tam­tej­szych mia­ste­czek, uli­czek, muzyki, jedze­nia, słońca... poczu­łam ukłu­cie w sercu.

Spoj­rza­łam w lustro wiszące w oddali. Oczy, pamię­taj o ich wyra­zie, sły­sza­łam twardy, upo­mi­na­jący głos w gło­wie, gdy zoba­czy­łam w nich pustkę i smu­tek. Nie opusz­czaj gardy ani na chwilę. Twoje spoj­rze­nie mówi wię­cej, niż ci się zdaje. Zama­skuj strach i ból pew­no­ścią sie­bie. Nie pozwól czy­tać w sobie jak w książce. Tylko nie­od­gad­niona masz szansę to wygrać. Przy­mknę­łam powieki i potrzą­snę­łam deli­kat­nie głową, przy­po­mi­na­jąc sobie przez chwilę w myślach, jak długo wal­czy­łam o to, kim w końcu się sta­łam.

- Adriano - przed­sta­wił się.

- Ange­lica - odpo­wie­dzia­łam, wycią­ga­jąc pew­nie rękę w jego stronę.

- Jesteś tu jako osoba towa­rzy­sząca czy oso­bi­ście znasz sole­ni­zantkę? - zapy­tał, a ja z całych sił pró­bo­wa­łam zacho­wać powagę.

- Znam ją.

- W takim razie to, co ci zaraz powiem, musi zostać mię­dzy nami - mówił z tajem­ni­czym uśmie­chem. Przy­bli­żył się do mnie i się­gnął po kie­li­szek, niby przez przy­pa­dek doty­ka­jąc mojego przed­ra­mie­nia.

- Możesz mi zaufać - przy­gry­złam deli­kat­nie wargę, żeby nie zacząć się śmiać.

- Nie dość, że jestem bez zapro­sze­nia, kolega zabrał mnie na trze­ciego, to jesz­cze nie kupi­łem żad­nego pre­zentu. Sły­sza­łem o liście. To jakaś nowo­jor­ska fana­be­ria, żeby dawać gościom listę pre­zen­tów? Uro­dziny to nie wesele!

- Może lubi dosta­wać to, co jej się przyda, i nie robić sobie pro­ble­mów ze zwro­tami lub wymia­nami - rzu­ci­łam nieco ziry­to­wana jego uwagą.

- Myślę, że to snobka i tyle.

Zakrztu­si­łam się.

- Wszystko w porządku? - zapy­tał z prze­ję­ciem.

- A jeśli można spy­tać, to dla­czego nic nie kupi­łeś, skoro dosta­łeś listę? Ona może jest snobką, ale ty wycho­dzisz na sknerę - dopie­kłam mu, trze­po­cząc przy tym nie­win­nie rzę­sami.

- Lubię dawać pre­zenty...

- A więc w czym pro­blem?

- Nie lubię, jak ktoś ich po mnie ocze­kuje.

- A jed­nak przy­sze­dłeś...

- I tro­chę żałuję, bo impreza bar­dzo drę­twa.

Musia­łam odkaszl­nąć, żeby nie wybuch­nąć śmie­chem.

- Szcze­rze to spo­dzie­wa­łem się więk­szych atrak­cji. Jest tu bar­dzo sztywno, nie sądzisz?

Rozej­rza­łam się i fak­tycz­nie wszy­scy przy­nu­dzali. Z jed­nej strony nabur­mu­szone, nabite botok­sem cycate laski bez iskry w oku, zacze­piane przez napa­lo­nych wap­nia­ków, marzące tylko o tym, żeby prze­le­ciał je w końcu jakiś młody przy­stoj­niak. Z dru­giej warci grze­chu męż­czyźni, zbyt zajęci ucie­ka­niem od zrzę­dli­wych żon, poszu­ki­wali szczę­ścia u przy­stoj­nych kel­ne­rów. A z trze­ciej "para­sole" dys­ku­tu­jący kolejną już godzinę o inte­re­sach. W co naj­le­piej zain­we­sto­wać na rynku i co zro­bić, by wydy­mać kon­ku­ren­cję, a nie zostać wydy­ma­nym. Choć patrząc na nie­któ­rych, zda­łam sobie sprawę, że nie­je­den wolałby to dru­gie. Mój wzrok zato­czył krąg i z powro­tem zatrzy­mał się na nie­bie­skich oczach Adriana. Chęt­nie spoj­rza­ła­bym niżej... do mojej głowy wkra­dały się liczne fan­ta­zje na temat tego, czego jesz­cze nie mogłam zoba­czyć, gdy jego niski, lekko zachryp­nięty głos spro­wa­dził mnie znowu na zie­mię.

- Sły­sza­łem o sole­ni­zantce, że sły­nie z orga­ni­zo­wa­nia naj­lep­szych imprez w całym Nowym Jorku, ale szału nie ma, i do tego jest spóź­niona o jakieś... - urwał, gdy zakrztu­si­łam się oliwką z mar­tini. - Wybacz, nie powi­nie­nem obga­dy­wać two­jej zna­jo­mej.

- Przy­znam ci się do cze­goś. Też uwa­żam, że jest tu strasz­nie sztywno. I wcale za nią tak bar­dzo nie prze­pa­dam - mru­gnę­łam w jego stronę.

- To dobrze, bo chcia­łem ci zapro­po­no­wać, żeby­śmy się stąd ulot­nili, póki jej jesz­cze nie ma.

Spoj­rza­łam na zega­rek, do pół­nocy zostało tro­chę czasu. Zgo­dzi­łam się. Wsie­dli­śmy do jego spor­to­wego auta i ruszy­li­śmy za mia­sto. Drogi były puste, jecha­li­śmy bar­dzo szybko. Uwiel­biam taką jazdę. On o tym nie wie­dział i patrząc na mnie, co jakiś czas spraw­dzał, czy nie jestem prze­ra­żona. Nie byłam, wręcz prze­ciw­nie: adre­na­lina, która wzra­stała w moim ciele, spra­wiała, że mia­łam coraz więk­szą ochotę na seks.

Zatrzy­ma­li­śmy się nad jezio­rem. Było pięk­nie. Wtedy nie zda­wa­łam sobie jesz­cze sprawy, że już zawsze będę wra­cać myślami do tej chwili. Zawsze, gdy tak okrut­nie będzie mi go brak. Zahip­no­ty­zo­wał mnie ogromny księ­życ odbi­ja­jący się w spo­koj­nej, czar­nej toni jeziora, a także szum drzew. Wziął mnie za rękę i zapro­wa­dził na plażę.

- Masz piękne oczy - mówił. - Świecą dokład­nie jak one. - Zwró­cił wzrok na bez­chmurne niebo, na któ­rym błysz­czały miliony gwiazd.

Wie­dzia­łam, co zaraz nastąpi. Odgar­nie mi włosy, przy­bliży się jesz­cze bar­dziej, obej­mie mnie i zanu­rzy język w moich ustach. On jed­nak się odwró­cił w stronę jeziora i pod­szedł do jego brzegu. Wyglą­dał, jakby się nad czymś zasta­na­wiał albo cze­goś szu­kał. Nagle zawo­łał:

- Popatrz!

- Gdzie?

- Tam - wycią­gnął rękę i poka­zał, jak nie­da­leko przy zaro­ślach, nad taflą wody uno­szą się świe­tliki. Było ich mnó­stwo. Pamię­ta­łam ten widok z dzie­ciń­stwa, czę­sto wymy­ka­łam się nocą z domu, żeby zoba­czyć, jak tań­czą, roz­ja­śnia­jąc mrok. Spo­glą­dał w moją stronę. Odgar­nął mi włosy. Zaraz poczuję jego usta na moich...

- Wibru­jesz.

- Co?

- Twoja torebka wibruje.

Czar prysł! Aku­rat w takiej chwili musiał zadzwo­nić tele­fon. Dzwo­nił Domi­nic. Ode­bra­łam.

- Ange­lico, gdzie jesteś, wszy­scy cię szu­kają, już po dwu­na­stej... co z tor­tem i...

- Zaraz będę - rzu­ci­łam krótko i zwró­ci­łam się do Adriana: - Muszę wra­cać na przy­ję­cie.

Uśmiech­nął się, choć widzia­łam w jego oczach roz­cza­ro­wa­nie. Gdy zbli­żył się do samo­chodu, zasko­czył mnie kolejny raz. Rzu­cił mi klu­czyki.

- Popro­wa­dzisz?

Kusząca pro­po­zy­cja, takie auto na pewno zaje­bi­ście się pro­wa­dzi, ale wypi­łam jeden albo nawet dwa kie­liszki mar­tini...

Mia­łam mało czasu, więc jecha­łam naj­szyb­ciej, jak się dało, jesz­cze szyb­ciej niż wcze­śniej on, co wywo­łało na jego twa­rzy ogromne zdzi­wie­nie. Nic nie mówił, tylko spo­glą­dał na mnie, cza­sem lekko się uśmie­cha­jąc. A we mnie coraz bar­dziej goto­wała się krew, dobrze prze­czu­wa­łam, pro­wa­dziło się świet­nie, mia­łam wra­że­nie, że zaraz unie­siemy się w powie­trze. Zer­k­nę­łam na niego ukrad­kiem. Dawno się tak dobrze nie bawi­łam. Ostatni raz tak pędzi­łam, gdy mia­łam osiem­na­ście lat. W innym aucie, w innym mie­ście, w innym kraju. Z innym męż­czy­zną, na wspo­mnie­nie któ­rego prze­szedł mnie dreszcz.

Gdy prze­kro­czy­li­śmy próg apar­ta­mentu, Domi­nic przy­ci­szył muzykę i dał znak obsłu­dze, żeby wje­chała z tor­tem. Mój asy­stent zaczął ckliwe prze­mó­wie­nie i koń­cząc je, zwró­cił się w moją stronę, uno­sząc kie­li­szek szam­pana:

- Twoje zdro­wie, Ange­lico. Wszyst­kiego naj­lep­szego!

Uśmiech­nę­łam się, zła­pa­łam za kie­li­szek, rów­nież go unio­słam i zaczęło się odśpie­wy­wa­nie "Sto lat". Spraw­dzi­łam reak­cję Adriana - jego mina była wła­śnie taka, jakiej się spo­dzie­wa­łam - lekko zakło­po­tana, choć jed­no­cze­śnie roz­ba­wiona. Kiw­nął głową, a jego oczy mówiły: "Przy­znaję, nie­źle mnie wro­bi­łaś".

Zdmu­chi­wa­nie świe­czek, kro­je­nie tortu i zbie­ra­nie życzeń tak mnie pochło­nęły, że stra­ci­łam go z oczu. Musiał wyjść, bo już go wię­cej tam­tej nocy nie spo­tka­łam.

Gdy poże­gna­łam ostat­niego gościa, przy­po­mniało mi się, że spo­dzie­wa­łam się tego jed­nego nie­pro­szo­nego. Pode­szłam do ochrony i spy­ta­łam, czy w cza­sie trwa­nia przy­ję­cia wyda­rzyło się coś nie­zwy­kłego. Nikt nic nie zauwa­żył, nikt obcy nie pró­bo­wał się wedrzeć do środka. Wszyst­kich wcho­dzą­cych dokład­nie spraw­dzili z imie­nia i nazwi­ska. Spo­koj­nie ruszy­łam do swo­jej sypialni, po dro­dze ścią­ga­jąc kol­czyki i szpilki. Rzu­ci­łam rze­czy na fotel i roz­pi­na­jąc zamek sukienki, poczu­łam, jak zadrżało mi serce. Przez chwilę byłam pewna, że ktoś jest w moim pokoju. Odwró­ci­łam się gwał­tow­nie, ale to tylko wiatr bawił się zasłoną. Pode­szłam do okna i zamknę­łam je. Miesz­ka­łam zbyt wysoko, nie było moż­li­wo­ści, żeby ktoś się tu wdra­pał po gzym­sie. Na samą myśl o tym, jak moja wyobraź­nia zaczęła pra­co­wać, zaśmia­łam się pod nosem. Od kiedy sta­łam się taką tchórz­liwą para­no­iczką? Gdy trza­snęły drzwi, aż pod­sko­czy­łam. Musia­łam się uspo­koić i tylko jedno mogło mi w tym pomóc. Otwo­rzy­łam szafkę nocną i zamar­łam. W szu­fla­dzie leżał czer­wony tuli­pan. Kolejny. Trzy­dzie­sty. Ostatni. I... liścik.

Wszyst­kiego naj­lep­szego, Angel.

Tęsk­ni­łaś?

Powinno być trzy­dzie­ści jeden, ale kto by liczył?

Zmie­ni­łaś imię, wygląd, rok uro­dze­nia, ale jed­nego nie byłaś w sta­nie zmie­nić. Znam Cię zbyt dobrze.

PS Jesteś mi winna przy­sługę.

Prze­łknę­łam ner­wowo ślinę, się­gnę­łam po tabletki na uspo­ko­je­nie, które popi­łam wodą. Wzię­łam kwiat i liścik i zbie­głam na dół. Uzbro­iłam alarm, a nie­chciane poda­runki wrzu­ci­łam do kominka, pole­wa­jąc je ben­zyną. Odpa­li­łam zapałkę. Gdy patrzy­łam na coraz więk­sze pło­mie­nie, pogrze­bane wspo­mnie­nia zaczęły odko­py­wać w mojej gło­wie obrazy, któ­rych wyma­za­nie zajęło mi sporo lat.

Każdy tera­peuta, jakiego spo­tka­łam, trak­to­wał mnie tak jak wysoko posta­wioną poprzeczkę, jak przy­pa­dek prak­tycz­nie nie do ura­to­wa­nia... ale chrza­nić prak­tykę, liczyła się teo­ria, że każ­dego można zba­wić. Może to zło, któ­rym zosta­łam zain­fe­ko­wana, prze­cho­dziło na innych? Może dla­tego nie­je­den psy­chia­tra pra­wie stra­cił przeze mnie wła­sną prak­tykę? Lubi­łam z nimi pogry­wać. Kobieta czy męż­czy­zna - to nie miało dla mnie więk­szego zna­cze­nia. Zawsze zaczy­nało się tak samo. Uwo­dzi­łam ich i świet­nie się przy tym bawi­łam. Opie­rali się, ale prę­dzej czy póź­niej dopi­na­łam swego. Wygry­wa­łam, a oni prze­gry­wali z kre­te­sem. Dla­czego nisz­cze­nie ludzi spra­wiało mi taką przy­jem­ność? Zwłasz­cza męż­czyzn... choć cza­sem nie byłam pewna, czy bar­dziej nie­na­wi­dzę ich, czy może jed­nak kobiet? Jak­bym pod­świa­do­mie o coś je obwi­niała. Wie­dzia­łam o co, nie potrze­bo­wa­łam do tego pier­do­lo­nych sesji tera­peu­tycz­nych. W życiu nie spo­tkało mnie ze strony ludzi nic dobrego, dla­tego bra­łam od nich tyle, ile potrze­bo­wa­łam, i odkła­da­łam ich jak zabawki, któ­rych w dzie­ciń­stwie ni­gdy nie mia­łam.

Dzie­ciń­stwo... mój dom, rodzina. Stra­ci­łam wszystko w takim mło­dym wieku i teraz znów ktoś chciał, żebym mu o tym opo­wie­działa. A jakimś spo­so­bem do mojej głowy wkra­dała się tylko jedna myśl: jak i kiedy dobrać się do tego przy­stoj­nego leka­rza, przed któ­rym sie­dzia­łam na wygod­nej kana­pie. Wszystko wokół było takie... tera­peu­tyczne. Nie cier­pia­łam widoku peł­nego opa­ko­wa­nia chu­s­te­czek tuż obok na sto­liku. Stały na wycią­gnię­cie ręki, by wszyst­kie te żało­sne kre­atury, które nie radzą sobie z wła­snymi emo­cjami, mogły je wysmar­kać w obec­no­ści przy­stoj­niaka w bia­łym kitlu. Nie inte­re­so­wało mnie wypła­ki­wa­nie się na kozetce czy też gdzie­kol­wiek indziej. Moje napię­cie i fru­stra­cje roz­ła­do­wy­wa­łam w jeden spo­sób, który od lat się spraw­dzał. Skoro dzia­łał, to po co cokol­wiek zmie­niać?

Oli­via była lojalna i strze­gła mojej tajem­nicy. Ni­gdy nie powie­działa, co tak naprawdę zaszło w tym pier­do­lo­nym bia­łym domku, pra­wie ide­al­nym, jak na jeba­nej pre­rii. Wszy­scy zawsze myśleli, że obwi­niam się o to, że nie ura­to­wa­łam jej szyb­ciej. I to prawda. To była moja wina. Także wszystko to, co potem się wyda­rzyło, nie poma­gało mi w odna­le­zie­niu rów­no­wagi. Pozo­sta­wi­łam za to za sobą grzech i wstyd, nie otrzy­mu­jąc roz­grze­sze­nia.

TEKSAS, TRZYNAŚCIE LAT WCZEŚNIEJ

Była ciemna noc. Zimna jak na tę porę roku. Nie mia­łam dokąd iść. Mój dom prze­stał ist­nieć. Nawet gdy stały jesz­cze jego ściany, to już od dawna nie mogłam go nazy­wać domem. Naj­trud­niej­sza była roz­łąka z sio­strą. Wie­rzy­łam, że kie­dyś wrócę i napra­wię to, co zepsu­łam, ale teraz musia­łam znik­nąć. Anioł zgu­bił skrzy­dła, a raczej zostały mu ode­brane za grze­chy, któ­rych nie chciał popeł­niać.

- Co tutaj robisz, mała? - usły­sza­łam głos kobiety, która zatrzy­mała swój samo­chód na widok nasto­latki wędru­ją­cej samot­nie pośrodku niczego.

Była piękna. Jej złote loki opa­dały na piersi, któ­rych sutki prze­bi­jały przez cienki mate­riał jedwab­nej sukienki. Wycią­gnęła papie­rosa z papie­ro­śnicy i odpa­liła go, powoli się zacią­ga­jąc. Jej czer­wona szminka odbi­jała się na fil­trze, a dłu­gie fren­czowe paznok­cie co jakiś czas strzą­sały popiół z jego końca.

- Wsia­daj, pod­rzucę cię - powie­działa to w taki spo­sób, że nie potra­fi­łam odmó­wić. Zresztą było mi tak zimno, że nie zasta­na­wia­łam się, czy powin­nam jej ufać, czy też nie.

- To dokąd zmie­rzasz? Sama, w środku nocy... ucie­kłaś?

Zaczer­wie­ni­łam się deli­kat­nie. Bałam się, że będzie chciała mnie odwieźć do matki lub, co gor­sza, do komi­sa­riatu.

- Nie bój się - zer­k­nęła na mnie kątem oka - zawiozę cię, dokąd będziesz chciała. Wciąż paliła papie­rosa i dym wypeł­nił cały samo­chód. - Chcesz? - zapy­tała, wycią­ga­jąc papie­ro­śnicę.

Wzię­łam z waha­niem. Pierw­szy raz zacią­gnę­łam się tak naprawdę i pierw­szy raz poczu­łam, że oto wła­śnie zaczyna się moje nowe życie. Nie usły­sza­łam wię­cej żad­nych pytań, po pro­stu jecha­ły­śmy przed sie­bie. Nie obcho­dziło mnie dokąd. Spadł ze mnie pewien cię­żar, i to dzięki niej. Poja­wiła się nagle, dosłow­nie zni­kąd i wystar­czyło kilka minut, abym nie chciała wysia­dać z jej samo­chodu. Zmę­czona przy­snę­łam, nawet nie wie­dząc kiedy. Gdy otwo­rzy­łam oczy, wciąż jecha­ły­śmy. Naokoło drogi było zie­lono, a wśród soczy­stych traw pasły się owce. Świeże powie­trze, które wle­ciało do moich płuc, zmie­szało się z kolej­nym odpa­la­nym przez nią papie­ro­sem. Zje­chała na pobo­cze i prze­tarła oczy. Wycią­gnęła kolejne srebrne pudełko, na któ­rym roz­sy­pała biały pro­szek. Wcią­gnęła go przez sta­lową rurkę.

- Chcesz? - zapy­tała, jakby nie ist­niała mię­dzy nami róż­nica wieku.

Nie odpo­wie­dzia­łam. Prze­szyła mnie wzro­kiem.

- Ile masz lat?

- Sie­dem­na­ście - skła­ma­łam i spu­ści­łam głowę.

- Nie jesteś już dziec­kiem. Weź, poprawi ci się nastrój.

Otwo­rzy­łam sze­roko oczy i drżącą dło­nią się­gnę­łam po rurkę. Serce waliło mi jak sza­lone. Ni­gdy wcze­śniej nie pró­bo­wa­łam nar­ko­ty­ków, ale ona wyglą­dała tak pięk­nie i mówiła do mnie ina­czej niż wszy­scy. Trak­to­wała mnie jak doro­słą, do tego jak przy­ja­ciółkę, a może i młod­szą sio­strę. Pierw­szy raz ktoś się mną zaopie­ko­wał i nie zosta­wił, gdy potrze­bo­wa­łam pomocy.

Prze­je­cha­ły­śmy jesz­cze wiele kilo­me­trów. Dopiero pod wie­czór zatrzy­ma­ły­śmy się przed malut­kim dom­kiem. Kazała mi cze­kać, a sama weszła do środka. Nudzi­łam się, więc docią­gnę­łam jesz­cze jedną kre­skę. Pogło­śni­łam radio i z uśmie­chem na ustach wyobra­ża­łam sobie, jak może wresz­cie być pięk­nie. Wypi­łam dużo wody i strasz­nie mi się chciało siku, a ona wciąż nie wra­cała. Wysia­dłam, choć mi zabro­niła. Poszłam w krzaki i gdy mia­łam wra­cać do auta, zoba­czy­łam ją przez okno. Zakra­dłam się, jak naj­bli­żej się dało, i obser­wo­wa­łam, jak roz­ma­wia z jakimś męż­czy­zną. Był wysoki, przy­stojny, o ciem­nej kar­na­cji. Zbli­żył się do niej bar­dzo gwał­tow­nie. Zaczęli się cało­wać. Zadarł jej sukienkę do góry i ścią­gnął bie­li­znę, zanu­rzył w niej palce, jęk­nęła. Odsu­nę­łam się, nie chcia­łam na to patrzeć, ale coś nie pozwa­lało mi odejść, więc przy­su­nę­łam się bli­żej szyby. On roz­piął spodnie i wycią­gnął ster­czący penis, posa­dził ją na komo­dzie i roz­chy­lił jej nogi. Ona go objęła udami i wydała z sie­bie kolejny jęk. Widzia­łam jego umię­śnione pośladki, które spi­nały się przy każ­dym pchnię­ciu w jej ciało. Wypo­wia­dał cią­gle jej imię i to, jak jej pra­gnie. I ja poczu­łam, że też go pra­gnę. Widzia­łam, jak ją pie­przy, widzia­łam, jak ją pie­ści ustami, pal­cami, kuta­sem... wszę­dzie. Kochał ją i chcia­łam, żeby mnie kochał tak samo. Zazdro­ści­łam jej i tak bar­dzo pra­gnęłam zastą­pić ją u boku praw­dzi­wego męż­czy­zny, czu­łego, opie­kuń­czego i jed­no­cze­śnie agre­syw­nego. Jej wzmo­żone pod­nie­ce­nie potę­go­wało i moje dozna­nia. Z każ­dym jej krzy­kiem pogłę­biał się także mój oddech, a gdy usły­sza­łam, jak i on szczy­tuje, sama doszłam, zda­jąc sobie dopiero teraz sprawę, że przez cały ten czas trzy­ma­łam rękę w majt­kach. Odsu­nął się od niej i zapiął spodnie, ona opu­ściła sukienkę i wzięła pie­nią­dze, które jej podał.

Serce mi pod­sko­czyło na ten widok i szybko ucie­kłam do samo­chodu. Gdy wycho­dziła, widzia­łam, jak popra­wia szminką usta i układa pal­cami włosy.

Wra­ca­ły­śmy tam co tydzień.

NOWY JORK, TERAZ

- Tak pozna­łaś Vic­to­rię? - prze­rwał mi mój nowy tera­peuta. - Stała ci się bli­ska, i to w dość krót­kim cza­sie. Jak myślisz, dla­czego?

Dla­tego, że była wyra­cho­waną, zimną suką, która brała od życia, co chciała, i wbrew pozo­rom nie dawała się nikomu dymać. Ona usta­lała reguły tej popie­przo­nej gry, w którą ja nie potra­fi­łam jesz­cze grać. Wpo­iła mi zasady, jakimi należy się kie­ro­wać, aby nie stra­cić kon­troli.

- Chciała mnie - odpo­wie­dzia­łam po dłuż­szej chwili. - Poświę­cała mi swoją uwagę i czu­łam, że już nie jestem sama. Wresz­cie był ktoś, kto mógł mnie ochro­nić.

- Przed czym? Czego tak bar­dzo się bałaś, że zaufa­łaś obcej kobie­cie?

Tego, dok­torku, ni­gdy się nie dowiesz, ale nie­zła próba, od razu prze­cho­dzimy do rze­czy.

- Nasz czas dobiegł końca - rzu­ci­łam w odpo­wie­dzi.

- Zwy­kle to moja kwe­stia - spoj­rzał na zega­rek - ale ja ni­gdy nikogo nie popę­dzam.

- Skoro tak, to zna­czy, że nie będzie pan miał nic prze­ciwko, jeśli na tym zakoń­czymy?

- Dobrze, a więc za tydzień o tej samej porze?

Uśmiech­nę­łam się pobłaż­li­wie i wyszłam. Kiedy wra­ca­łam do mia­sta, w mojej gło­wie odtwa­rzały się kolejne wspo­mnie­nia, jak cią­gle powra­ca­jąca pio­senka, któ­rej nie cier­pisz, ale któ­rej nic nie jest w sta­nie uci­szyć.

TEKSAS, TRZYNAŚCIE LAT TEMU

Wizyty w tam­tym domku zawsze koń­czyły się tak samo, lecz jed­nego razu Vic­to­ria zaba­wiła tam dłu­żej niż zazwy­czaj. Gdy już dawno powinna była wycho­dzić, obok jej auta zapar­ko­wała fur­go­netka. Wysia­dło z niej dwóch bar­czy­stych męż­czyzn. Jeden odpa­lił papie­rosa, drugi splu­nął na zie­mię. Z daleka doj­rza­łam broń i usły­sza­łam jej prze­ła­do­wy­wa­nie. Byłam córką gliny i dosko­nale zna­łam ten dźwięk. Serce pod­sko­czyło mi do gar­dła, rzu­ci­łam się do okna, aby zoba­czyć, czy Vic­to­ria dalej jest w salo­nie. Nikogo w nim nie było. Obe­szłam dom dookoła i zoba­czy­łam ją w kuchni. Gesty­ku­lo­wała gwał­tow­nie i krzy­czała coś po hisz­pań­sku, a facet, z któ­rym przed chwilą się zaba­wiała, pró­bo­wał ją uspo­koić, chwy­ta­jąc jej nad­garstki. Zamknęli się dopiero wtedy, gdy usły­szeli trzask wyła­my­wa­nych drzwi. Nagle zga­sło świa­tło. Vic­to­ria spoj­rzała w moją stronę. Była prze­ra­żona, wzięła pie­nią­dze i swoje rze­czy i wybie­gła tyl­nym wyj­ściem. Chwy­ciła mnie za rękę i pocią­gnęła w stronę furtki. Usły­sza­łam huk. Padły dwa strzały i ciem­ność roz­pro­szył chwi­lowy błysk. Ruszy­ły­śmy z piskiem opon. Przez godzinę oglą­da­łam się za sie­bie, spraw­dza­jąc, czy nikt za nami nie jedzie.

- Nie bój się - powie­działa opa­no­wa­nym tonem.

- Kto to był? - odwa­ży­łam się wresz­cie zapy­tać.

- Nikt, kto chciałby nas skrzyw­dzić.

- Ale... ale oni...

- Nie zaprzą­taj sobie tym głowy - zer­k­nęła na mnie kątem oka, by upew­nić się, czy wszystko w porządku. Zawsze tak robiła, gdy coś było nie tak. Gdy nie chciała powie­dzieć prawdy. Patrzyła i spraw­dzała, czy jej wie­rzę. Zatrzy­mała się na pobo­czu, zwró­ciła twarz w moją stronę i chwy­ciła za pod­bró­dek.

- Ze mną nic ci nie grozi.

- Czy oni go...

Cisza.

- Dla­czego jesteś taka spo­kojna? Myśla­łam, że choć tro­chę ci na nim zależy.

Roze­śmiała się. Gło­śno, aż łzy zaczęły tań­czyć w jej błę­kit­nych oczach.

- Aniołku, mnie na żad­nym face­cie nie zależy i tobie też ni­gdy nie powinno. Im na nas nie zależy, patrzą tylko na sie­bie i chcą jedy­nie nas wyko­rzy­stać, zresztą dobrze o tym wiesz. Raz już kocha­łaś tak bar­dzo i co? Co ci zro­bił? Ten, któ­remu ufa­łaś, a który... - mach­nęła ręką. - Każdy jest taki sam, dla­tego nie ma co się przy­wią­zy­wać, a ten cwa­niak chciał mnie wydy­mać, więc dostał to, na co zasłu­żył.

Nie do końca rozu­mia­łam wtedy jej słowa. Niby wszyst­kie puz­zle paso­wały do sie­bie, a jed­nak nie potra­fi­łam ich uło­żyć w jeden obra­zek.

Wyje­cha­ły­śmy do innego mia­sta, im były­śmy dalej, tym czu­łam się bez­piecz­niej. Zaczę­łam naśla­do­wać akcent tam­tej­szych ludzi, gdyż mój z każ­dym kilo­me­trem dźwię­czał zbyt wiej­sko. Vic­to­ria uczyła mnie hisz­pań­skiego i wciąż obie­cy­wała, że kie­dyś zabie­rze mnie do Madrytu albo Bar­ce­lony, a kolejne waka­cje spę­dzimy na Wyspach Kana­ryj­skich. Musiała jesz­cze tylko odło­żyć tro­chę pie­nię­dzy i będziemy mogły wyje­chać we wszyst­kie te miej­sca, o któ­rych opo­wia­dała mi przed snem. Marzy­łam o Euro­pie. Była tak daleko, że wyda­wało mi się, że odnajdę w niej spo­kój i poczuję się wresz­cie bez­piecz­nie. Chcia­łam, żeby to już się stało, dla­tego posta­no­wi­łam jej pomóc. Pew­nej nocy, gdy zasnęła, poży­czy­łam od niej sukienkę, szpilki, poma­lo­wa­łam usta czer­woną szminką i ruszy­łam do baru.

Nie musia­łam długo cze­kać, by przy moim boku poja­wił się ktoś, kto był gotów zapła­cić za szybki nume­rek w kiblu lub na par­kingu w cia­snym samo­cho­dzie. Było mi wszystko jedno gdzie. Naj­waż­niej­sza była stawka. Płatne z góry. Wal­nę­łam parę szo­tów na roz­luź­nie­nie i ruszy­łam z nim do dam­skiej toa­lety. W torebce wciąż wibro­wał mi tele­fon. Vic­to­ria się obu­dziła i szu­kała mnie wszę­dzie. Mia­łam mało czasu, ale szybko pój­dzie. Wie­dzia­łam, co należy robić. Patrząc mu w oczy, roz­pi­na­łam jego roz­po­rek. Był pod­nie­cony na samą myśl o tym, co moje mło­dziut­kie, nie­winne usta zaraz z nim zro­bią. Zaczął mnie lizać po szyi, a odór gorzały, który wydzie­lał, przy­pra­wiał mnie o mdło­ści. Wyłą­czy­łam się kom­plet­nie, uczy­łam się tego latami. Było tak, jak­bym opusz­czała wła­sne ciało. Mój umysł się od niego oddzie­lał i nie czu­łam stra­chu, nie czu­łam nic. Przy­gry­złam wargę i obli­za­łam ją języ­kiem. Pchnę­łam go na ścianę kabiny i przy­kuc­nę­łam, gotowa mu obcią­gnąć, gdy nagle ktoś szarp­nął za drzwi i chwy­cił mnie za włosy. Zaczę­łam krzy­czeć i się wyry­wać, ale cią­gnięta po pod­ło­dze nie mia­łam żad­nych szans na ucieczkę. Spoj­rza­łam w górę.

- Vic­to­ria?!

- Co jest, kurwa?! - wrzesz­czał wście­kły męż­czy­zna, zapi­na­jąc spodnie.

- Wypier­da­laj! - krzyk­nęła Vic­to­ria w stronę faceta, który był gotowy ją zaata­ko­wać.

- Zaje­bię cię, dziwko! - szedł pew­nie w jej stronę.

- Wypier­da­laj! - powtó­rzyła, mie­rząc do niego z czter­dziestki czwórki.

Znie­ru­cho­miał i pod­nió­sł­szy ręce w górę, wyszedł bez słowa. Nie rozu­mia­łam, co się dzieje. Ilość alko­holu, jaką wypi­łam, dawała o sobie znać i wszystko zaczęło wiro­wać, a ja wymio­to­wać. Vic­to­ria pod­nio­sła mnie za ramię, wbi­ja­jąc w nie swoje dłu­gie pazury. Nie pró­bo­wała nawet odro­binę być deli­katna. Gdy sta­nę­łam pro­sto, ude­rzyła mnie w twarz. Oczy zaszły mi łzami.

- Co to, kurwa, miało być?!

- Chcia­łam ci pomóc - wydu­ka­łam drżą­cym gło­sem.

- Chcesz zara­biać na ple­cach?! - ude­rzyła mnie jesz­cze raz. - Albo, co gor­sza, na kola­nach?! Obcią­ga­jąc w brud­nych kiblach jesz­cze brud­niej­szym face­tom jak jakaś naj­tań­sza tirówka?!

- Nie... ja tylko - język plą­tał mi się przez alko­hol i nerwy, a także płacz, który mną tar­gał.

Chwy­ciła mnie z całych sił za włosy i z wście­kło­ścią w oczach wyce­dziła:

- Ni­gdy, prze­nigdy nie klę­kaj przed żad­nym face­tem!

Puściła mnie tak gwał­tow­nie, że ledwo zła­pa­łam rów­no­wagę.

- Prze­pra­szam! - krzy­cza­łam, bie­gnąc za nią. Bałam się, że po tym wszyst­kim zostawi mnie samą.

- Chcia­łam zaro­bić...

- Dając dupy?!

Czu­łam się coraz bar­dziej sko­ło­wana. Prze­cież ona robiła to samo, więc dla­czego mi tego bro­niła?

- Widzia­łam cię wtedy w tam­tym domku, z tym face­tem... pierw­szego dnia. Widzia­łam, co robi­li­ście, i widzia­łam, jak po wszyst­kim dawał ci pie­nią­dze.

Roze­śmiała się.

- Nie pła­cił mi za seks. Nie jestem dziwką - mówiła coraz czul­szym tonem. - To, co masz mię­dzy nogami, to twoja broń i musisz wie­dzieć, jak jej uży­wać, żeby ich wyru­chać, mimo że faceci sobie zawsze wyobra­żają, że to oni ruchają nas.

- To za co dawał ci pie­nią­dze?

- Chodź, pokażę ci.