Księżniczka Diuny - Brian Herbert, Kevin J. Anderson

Kup ebooka

69.00 zł
53.82 zł (37,95 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pew­nych rze­czy doty­czą­cych nawi­ga­to­rów i zagi­na­nia prze­strzeni nie wolno ni­gdy ujaw­nić nikomu z zewnątrz.

- Norma Cenva, genialna uczona z Ros­saka i pierw­szy nawi­ga­tor; słowa zapi­sane przed jej prze­mianą w Wyrocz­nię Czasu

Księż­niczka Iru­lana sie­działa w loży hono­ro­wej obok ojca, Pady­sza­cha Impe­ra­tora zna­nego wszech­świata, oto­czona prze­py­chem, ale bez świty. Spo­tkał ich nie­zwy­kły zaszczyt, bo takie spek­ta­kle jak ten, który mieli oglą­dać, były w całych dzie­jach Gil­dii Kosmicz­nej zastrze­żone tylko dla jej człon­ków.

Pogrzeb nawi­ga­tora był rzad­kim i uro­czy­stym wyda­rze­niem.

Wśród olśnie­wa­ją­cych świa­teł i dźwię­ków patrzyli na ogrom Węzła i sto­ją­cych tam wiel­kich liniow­ców. Gil­dia strze­gła swo­ich sekre­tów.

Oboje byli we wspa­nia­łych, ale utrzy­ma­nych w sto­no­wa­nych kolo­rach stro­jach: księż­niczka, ze schlud­nie uło­żo­nymi jasnymi wło­sami, w ciem­nej sukni i skrom­nej biżu­te­rii, Szad­dam IV rów­nież w ciem­nej, nie­zbyt zdob­nej ofi­cjal­nej sza­cie. Pozo­stałe miej­sca wido­kowe zapeł­niali gil­dyj­scy dygni­ta­rze.

Niebo nad główną pla­netą Gil­dii zasnu­wały chmury. Dzień był cie­pły, ale w powie­trzu nie było wil­goci. Przy wej­ściach na obszar wido­kowy stali wyprę­żeni na bacz­ność sar­dau­ka­rzy; wię­cej żoł­nie­rzy eli­tar­nych sił Impe­ra­tora pozo­stało na luk­su­so­wej fre­ga­cie, cze­ka­jąc na jego powrót do portu kosmicz­nego.

Po zapew­nie­niach wyso­kiego przed­sta­wi­ciela Gil­dii, prze­wod­nika gwiezd­nego Serella, że Gil­dia gwa­ran­tuje gosz­czo­nym przez nią Cor­ri­nom cał­ko­wite bez­pie­czeń­stwo, ojciec Iru­lany nie­chęt­nie zgo­dził się na ogra­ni­cze­nie liczeb­no­ści swo­jej ochrony. Teraz prze­wod­nik gwiezdny sie­dział po jego dru­giej stro­nie. Iru­lana była prze­ko­nana, że ani ona, ani ojciec nie muszą się niczego oba­wiać, bo Gil­dia nie dawała gwa­ran­cji lekką ręką.

Pady­szach Impe­ra­tor i jego naj­star­sza córka byli jedy­nymi oso­bami spoza Gil­dii, któ­rym pozwo­lono przy­glą­dać się cere­mo­nii pogrze­bo­wej nawi­ga­tora. Według wie­dzy Iru­lany pod­czas tysięcy lat współ­pracy Gil­dii Kosmicz­nej z rodem Cor­ri­nów taki zaszczyt nie spo­tkał żad­nego władcy.

Zapro­sze­nie obej­mo­wało ją, nie Impe­ra­to­rową, ponie­waż po stra­cie ostat­niej żony, Firenzy Tho­rvald, Szad­dam nie miał obec­nie poło­wicy. Dwu­dzie­sto­sze­ścio­let­nia Iru­lana była księż­niczką, jego naj­waż­niej­szą potom­ki­nią. W tej roli zwie­dziła w misjach dyplo­ma­tycz­nych wiele świa­tów, ale jesz­cze ni­gdy nie była w głów­nej sie­dzi­bie Gil­dii. Nie­wielu obcych widziało jakąś część Węzła, miej­sca, w któ­rym sku­piały się wszyst­kie galak­tyczne szlaki. Nawet jej ojciec, mimo całej swej potęgi, nie był tu wcze­śniej.

Rzędy liniow­ców usta­wio­nych na roz­le­głym obsza­rze napeł­niały ją naboż­nym podzi­wem. Te ogromne statki nie lądo­wały na żad­nej innej pla­ne­cie, a tutaj cią­gnęły się jak okiem się­gnąć, zebrane w celu upa­mięt­nie­nia jed­nego z potęż­nych, tajem­ni­czych nawi­ga­to­rów.

Ojciec wyda­wał się zado­wo­lony, że może być świad­kiem tego wyda­rze­nia. Nachy­lił się do niej.

- Impo­nu­jące, prawda? Zosta­nie to odno­to­wane w mojej ofi­cjal­nej bio­gra­fii. - Z sza­cunku zni­żył głos do szeptu, cho­ciaż w tym bez­mia­rze znik­nąłby nawet krzyk.

Przy­stojny prze­wod­nik gwiezdny zer­k­nął na gości, ale zacho­wał kamienną minę. Miał silną szczękę, gęste, falu­jące ciemne włosy i nie­prze­nik­nione spoj­rze­nie nie­sa­mo­wi­cie czar­nych oczu. Jako czło­wiek o zna­ko­mi­tych kwa­li­fi­ka­cjach i nie­po­szla­ko­wa­nej opi­nii odpo­wia­dał tylko przed naj­wyż­szym kie­row­nic­twem Gil­dii; godzinę temu powi­tał Szad­dama i Iru­lanę przed impe­rialną fre­gatą i przy­pro­wa­dził tutaj.

Roz­po­częła się cere­mo­nia. Goście przy­glą­dali się jej prze­bie­gowi z wytę­żoną uwagą. Pomimo szko­le­nia przez Bene Ges­se­rit i dłu­gich lat prak­tyki w zacho­wy­wa­niu powścią­gli­wo­ści księż­niczka była pod­eks­cy­to­wana.

W dole, na pierw­szym pla­nie, zebrały się tysiące gil­dian, ale mimo tak wiel­kiej liczby z ich sze­re­gów dobie­gał tylko lekki szmer. Mieli różne kształty, ale wszy­scy byli w jed­no­li­tych sza­rych uni­for­mach. Więk­szość wyglą­dała zwy­czaj­nie, nie­któ­rzy mieli jed­nak tak zde­for­mo­wane ciała, jakby byli przy­by­szami z innej rze­czy­wi­sto­ści.

Obok nich, w ekra­no­wa­nych, męt­nych zbior­ni­kach, znaj­do­wali się nawi­ga­to­rzy, prze­mie­nieni ludzie, któ­rzy pro­wa­dzili ogromne liniowce przez zagię­cia prze­strzeni. Przy­go­to­wu­jąc się do uczest­nic­twa w tym wyda­rze­niu, Iru­lana sta­ran­nie prze­stu­dio­wała doku­menty zgro­ma­dzone w bez­piecz­nych archi­wach Impe­rium i Bene Ges­se­rit, by poznać wszystko, co pomimo ota­cza­ją­cej ich aury tajem­ni­czo­ści było o nich wia­domo.

Każdy nawi­ga­tor miał nie­zwy­kle roz­sze­rzoną świa­do­mość i zdol­ność prze­wi­dy­wa­nia, dzięki czemu mógł wybie­rać w prze­strzeni kosmicz­nej bez­pieczne trasy. Ponie­waż przez cały czas prze­by­wali w gazie przy­pra­wo­wym, żyli na ogół setki lat, więc śmierć któ­re­goś z nich była wie­ko­pom­nym wyda­rze­niem. Nie ujaw­niano toż­sa­mo­ści tego nawi­ga­tora. Iru­lana zasta­na­wiała się, czy w ogóle zacho­wy­wali swoje ory­gi­nalne nazwi­ska.

Na sze­ro­kim placu zgro­ma­dzeń w dole zbiór róż­no­ra­kich gil­dian ota­czał umiesz­czoną na wyso­kiej kolum­nie klar­pla­zową kulę. Serello wyja­śnił im naboż­nym szep­tem, że w tym hip­no­ty­zu­ją­cym obiek­cie znaj­duje się Wyrocz­nia Czasu, istota licząca, jak powia­dano, tysiące lat. Iru­lana patrzyła na kulę jak urze­czona. Dla niej był to magiczny arte­fakt.

W kuli i postu­men­cie, na któ­rym spo­czy­wała, zami­go­tały świa­tła, ale po chwili zga­sły i zapa­no­wała tam ciem­ność jak w otchłani kosmosu. Iru­lana stłu­miła cichy okrzyk.

Serello nachy­lił się do Impe­ra­tora i szep­nął mu coś do ucha. Obaj wstali i pode­szli do bąbla mów­nicy na przo­dzie widowni. Księż­niczka została na miej­scu. Jej ojciec był wysoki, ale prze­wod­nik gwiezdny prze­wyż­szał go o pół głowy.

Jako pierw­szy prze­mó­wił przed­sta­wi­ciel Gil­dii. Jego głos poniósł się nad zgro­ma­dze­niem i wszyst­kie twa­rze zwró­ciły się w tamtą stronę.

- Zaszczy­cili nas swoją obec­no­ścią Impe­ra­tor Szad­dam IV i jego córka, księż­niczka Iru­lana. Pady­szach Impe­ra­tor wygłosi mowę na cześć naszego zmar­łego towa­rzy­sza, który tak dobrze słu­żył Gil­dii oraz Impe­rium.

Potężny prze­wod­nik gwiezdny odsu­nął się na bok i na śro­dek mów­nicy wszedł z gra­cją Szad­dam, trzy­ma­jąc wysoko głowę, by uwy­dat­nić swój orli nos i kla­syczne rysy. Iru­lana nie przy­po­mi­nała sobie, by kie­dy­kol­wiek wcze­śniej wyglą­dał tak dostoj­nie i poważ­nie.

- Z głębi serca skła­damy kon­do­len­cje wszyst­kim, któ­rzy znali zmar­łego nawi­ga­tora. Gil­dia Kosmiczna jest waż­nym part­ne­rem rodu Cor­ri­nów w spra­wach han­dlo­wych, woj­sko­wych i wielu innych. W imie­niu Impe­rium prze­ka­zu­jemy wyrazy naj­głęb­szej wdzięcz­no­ści za dłu­gie lata jego służby. - Skło­nił lekko głowę, by oka­zać sza­cu­nek dla Gil­dii, cho­ciaż Iru­lana wie­działa, że jest to wbrew jego dum­nej natu­rze.

Opu­ścił mów­nicę i obaj męż­czyźni wró­cili na swoje miej­sca.

Na placu zgro­ma­dzeń roz­go­rzała feeria róż­no­barw­nych świa­teł, jakby w Wyroczni Czasu zaświ­tała jutrzenka. Kula unio­sła się z postu­mentu jak na sil­ni­kach dry­fo­wych. Jej wnę­trze roz­świe­tliło się wszyst­kimi kolo­rami tęczy i Iru­lana uśmiech­nęła się z zachwy­tem.

Następ­nie potężną kolumnę wypeł­nił poma­rań­czowy blask i wtedy oka­zało się, że tak naprawdę jest ona zbior­ni­kiem gazu. Uno­siła się w nim nie­ru­chomo, pod­da­jąc się jedy­nie natu­ral­nemu wiro­wa­niu gazo­wej chmury, znie­kształ­cona postać. Góra kuli pociem­niała i oczy wszyst­kich sku­piły się na zbior­niku z nawi­ga­to­rem.

Wewnątrz kłę­biły się hip­no­ty­zu­jące obłoki i migo­tały świa­tła. Zda­wało się, że mar­twa istota - rażąco zde­for­mo­wana - poru­szyła się, jakby zapa­liła się w niej ostat­nia iskierka życia, nim wresz­cie zga­sła.

W powie­trzu wokół zbior­nika wyświe­tlono serię ogrom­nych holo­gra­mów przed­sta­wia­ją­cych wyda­rze­nia z życia zmar­łego. Naj­pierw poja­wił się jako zwy­czajne dziecko i mło­dzie­niec w ubra­niu, które wieki temu wyszło z mody. Póź­niej uka­zała się jego znie­kształ­cona postać w zbior­niku, a potem ogromny linio­wiec odla­tu­jący z orbity Węzła w głąb kosmosu.

Z instru­men­tów orkie­stry popły­nęły tony muzyki żałob­nej, przej­mu­ją­cej melo­dii o wol­nym, regu­lar­nym ryt­mie.

Uno­sząca się nad ogrom­nym pla­cem Wyrocz­nia Czasu poja­śniała, nato­miast tru­mienny zbior­nik pociem­niał, kry­jąc zawie­szoną w nim postać. Bucha­jące z kuli roz­bły­ski roz­świe­tliły całą prze­strzeń.

Roz­legł się nie­sa­mo­wity bez­pł­ciowy głos, któ­remu towa­rzy­szyło pul­so­wa­nie kuli. Potem oto­czyły ją mie­niące się efe­me­ryczne kształty i Wyrocz­nia prze­mó­wiła:

- Posłu­chaj­cie moich słów. Ciało naszego bło­go­sła­wio­nego nawi­ga­tora powróci do źró­dła przy­prawy.

Na­dal uno­sząca się kula ponow­nie pociem­niała.

Iru­lana wymie­niła z ojcem zacie­ka­wione spoj­rze­nia.

Ciemny zbior­nik, który wyglą­dał jak sar­ko­fag zbu­do­wany przez obcą cywi­li­za­cję, uniósł się z pod­łoża i zawisł pod kulą. Oba obiekty, jakby połą­czone nie­wi­dzialną liną, odpły­nęły na lądo­wi­sko liniow­ców.

Impe­ra­tor spoj­rzał na Serella, jakby szy­ko­wał się do zada­nia pyta­nia, ale prze­wod­nik gwiezdny oznaj­mił nie­zno­szą­cym sprze­ciwu tonem:

- Naj­ja­śniej­szy Panie, pora, byś wró­cił z księż­niczką na Kaita­ina. Gil­dia jest wdzięczna za wasz udział w uro­czy­sto­ści.

Nie­przy­wy­kły do odpra­wia­nia go z kwit­kiem Szad­dam nie dawał za wygraną.

- Chciał­bym zapy­tać...

- Naj­ja­śniej­szy Panie, reszta świę­tej cere­mo­nii jest ści­śle poufna. Zro­zum to, pro­szę, i usza­nuj nasze zwy­czaje. Uczy­ni­li­ście nam zaszczyt swoją obec­no­ścią.

Szad­da­mowi ode­brało mowę. Prze­wod­nik gwiezdny ukło­nił się i odda­lił, dając sar­dau­ka­rom znak, by pode­szli i odpro­wa­dzili Cor­ri­nów do impe­rial­nej fre­gaty.

Pusty­nia ma wiele tajem­nic. A Fre­meni znają tylko nie­które z nich.

- matka wie­lebna Ramallo, sicz Tabr

Pod otwar­tym nie­bem na Arra­kis wyso­kie wydmy cią­gnęły się po hory­zont. W powie­trze wznio­sła się niczym pry­mi­tywny znak na nie­bie chmura porwa­nego wia­trem pyłu.

Widok takiego bez­miaru napeł­niał Chani, córkę Lieta i Faruli, myślą o wol­no­ści. Wybrała się z dwoma towa­rzy­szami na otwarty blech, powie­dziaw­szy naibowi Stil­ga­rowi, że udaje się w spra­wach siczy, ale mło­dzi Fre­meni po pro­stu włó­czyli się po pustyni. Ich pustyni. Te miej­sca, nie­tknięte sto­pami har­kon­neń­skich panów, utwier­dzały ich w prze­ko­na­niu, że lud Fre­me­nów ni­gdy nie zosta­nie pod­bity.

Byli w dro­dze już od czte­rech dni. Przy­zy­wali czer­wia, jechali na nim przez cały dzień, po czym do następ­nego wschodu słońca roz­bi­jali obóz mię­dzy ska­łami. Chani podró­żo­wała ze swym star­szym przy­rod­nim bra­tem, Lie­tem-Chi­hem (noszą­cym fre­meń­skie imię Kho­uro), i Dża­mi­sem, najstar­szym z ich trójki, który uczest­ni­czył w tak wielu raz­zia jak żadne z nich. Ale Chani miała dopiero czter­na­ście lat i dużo czasu, by nabrać doświad­cze­nia.

Ran­kiem pią­tego dnia, obu­dziw­szy się w fil­tr­na­mio­tach pośród skał, oglą­dali wschód słońca. Dża­mis osło­nił dło­nią oczy i powiódł wzro­kiem po falu­ją­cych wydmach. Wcią­gnął powie­trze i zmarsz­czył się, a potem wyjął lor­netkę ole­jową. Obró­cił się do Chani i Kho­ura.

- Czu­je­cie ten zapach? Dobiega z daleka, ale jest wyraźny...

Chani zamknęła oczy i wzięła głę­boki oddech, kon­cen­tru­jąc się na sub­tel­nej woni w suchym, prze­sy­co­nym kurzem powie­trzu.

- Związki che­miczne przy­prawy, surowy zapach. Ostrzej­szy niż zazwy­czaj nad polem.

Błę­kitne w błę­ki­cie oczy jej brata zalśniły z pod­nie­ce­nia.

- Powin­ni­śmy to zba­dać.

Chani nie rwała się do pochop­nych dzia­łań.

- Zawsze ci się śpie­szy, Kho­urze. - Pokrę­ciła głową w zamy­śle­niu. Pły­nąca ku nim woń była słaba, ale wyczu­wała w niej lekką nutę alka­lo­idu. - W pobliżu, kilka kilo­me­trów stąd, jest masa pre­przy­pra­wowa.

Ojciec Chani słu­żył na Arra­kis jako pla­ne­to­log. Tłu­ma­czył jej pod­stawy swej nauki, wyobra­ża­jąc sobie, że któ­re­goś dnia zosta­nie jego następ­czy­nią, tak jak on zastą­pił ojca po jego śmierci wsku­tek zawa­le­nia się jaskini w Base­nie Gip­so­wym. Cho­ciaż Chani nie inte­re­so­wała służba dla Pady­sza­cha Impe­ra­tora, z chę­cią uczyła się eko­lo­gii, ponie­waż ta wie­dza mogła się przy­dać do zre­ali­zo­wa­nia marze­nia Fre­me­nów o zie­lo­nej Arra­kis.

Wzięła od Kho­ura lor­netkę i nasta­wiła ostrość. W oddali zoba­czyła na otwar­tym pia­sku wybrzu­sze­nie nie­po­dobne do grzbietu wydmy - powięk­sza­jący się bąbel dwu­tlenku węgla, który powsta­wał w dol­nych war­stwach, gdy mate­ria orga­niczna małych stwo­rzy­cieli mie­szała się z pod­ziem­nym cie­kiem wod­nym i pozo­sta­ło­ściami czerwi. Widziała mie­dziany maswerk przy­prawy, który wyglą­dał jak siatka nabrzmia­łych naczyń krwio­no­śnych na twa­rzy sta­rego Fre­mena. Nad wybrzu­sze­niem uno­siły się w powie­trzu opary z reak­cji che­micz­nych, pod­czas któ­rych mole­kuły łączyły się w odwieczną, mistyczną ukła­dankę.

Kho­uro upchnął swoje rze­czy we frem­saku i był gotowy do drogi, jakby zostało to już posta­no­wione. Popra­wił fil­trak, a Dża­mis zro­bił to samo, jakby szedł z nim w zawody. Chani zda­wała sobie sprawę, że będą mieli mało czasu.

Fascy­no­wała ją zło­wroga potęga wybu­chu przy­prawy. To zja­wi­sko rzadko widy­wano z tak nie­wiel­kiej odle­gło­ści. Wyru­szyli po pro­stu na zwiady, żeby być może zaob­ser­wo­wać nie­le­galne wydo­by­cie przy­prawy przez Har­kon­ne­nów, ale wszystko, co ważne dla pustyni, było istotne rów­nież dla Fre­me­nów.

Masa pre­przy­pra­wowa znaj­do­wała się na tyle bli­sko, że nie musieli przy­zy­wać czer­wia.

- Przed nami otwarty teren - powie­działa Chani. - Ale czer­wie nie zbli­żają się do miej­sca, gdzie lada chwila doj­dzie do wybu­chu przy­prawy.

- Popro­wa­dzę was jak pyłek nie­siony wia­trem - rzekł Kho­uro, scho­dząc ze skał. Przy­brał imię od fre­meń­skiej nazwy wia­tru wzbi­ja­ją­cego świsz­czące tumany kurzu, które pędziły przez wąwozy niczym duchy i rów­nie szybko jak one zni­kały. Oznaj­mił o tym po swoim pierw­szym uda­nym raj­dzie na har­kon­neń­ską prze­twór­nię przy­prawy i pysz­nił się, że pro­wa­dzi życie jak kho­uro.

Opu­ścili skały i ruszyli w nie­rów­nym ryt­mie przez pia­sek. Nie zdo­łali zro­bić nawet dwu­dzie­stu kro­ków, gdy Chani usły­szała odle­głe, wpro­wa­dza­jące dyso­nans bucze­nie. Wła­ści­wie nie tyle usły­szała, ile jakby wyczuła. Pod­nio­sła rękę, dając znak, by się zatrzy­mali. Jej towa­rzy­sze zasty­gli i roz­glą­dali się w poszu­ki­wa­niu zagro­że­nia. Wyjąw­szy lor­netkę, zlu­stro­wała niebo i udało jej się namie­rzyć źró­dło dźwięku. Wysoko, na tle zaku­rzo­nej żółci zoba­czyła powięk­sza­jącą się czarną plamkę.

- Sta­tek.

Cała trójka sko­czyła z powro­tem pod osłonę skał. Chani zamia­tała ślady ich stóp, by ukryć drogę ucieczki.

Bez­piecz­nie scho­wana w cie­niu obser­wo­wała, jak dziwny sta­tek się zbliża. Teraz już wszy­scy sły­szeli bucze­nie sil­ni­ków.

- To nie orni­top­ter, i nie har­kon­neń­ska maszyna - powie­dział Kho­uro.

Przy­glą­da­jąc się potęż­nemu stat­kowi, Chani zauwa­żyła, że nie został zapro­jek­to­wany tak, by sta­wiać czoło burzom pia­sko­wym i tar­ciu pia­sku. Był prze­zna­czony do podróży w prze­strzeni kosmicz­nej.

- To jed­nostka Gil­dii! - Zwięk­szyła ostrość, ale nie zna­la­zła żad­nych ozna­czeń na kadłu­bie. - Kie­ruje się wprost na wybuch przy­prawy.

- Nie wie­dzą, czym to grozi? - rzu­cił Dża­mis zara­zem szy­der­czo i z nie­do­wie­rza­niem. - Jeśli dosię­gnie ich eks­plo­zja, może uda się nam ura­to­wać coś z wraku.

Brat patrzył z nie­cier­pli­wym ocze­ki­wa­niem. Kilo­metr przed nimi sta­tek Gil­dii zawisł nad coraz wyraź­niej widocz­nym wybrzu­sze­niem. Z masy pre­przy­pra­wo­wej ulat­niało się coraz wię­cej gazu i Chani czuła w powie­trzu gorzką woń sub­stan­cji che­micz­nych.

- Uży­wają sil­ni­ków dry­fo­wych - stwier­dził Kho­uro. - Będą mieli szczę­ście, jeśli nie przy­cią­gną czer­wia i nie dopro­wa­dzą go do furii.

- Obcy robią mnó­stwo głu­pich rze­czy. - Chani prze­ka­zała mu lor­netkę. - Ale kto zro­zu­mie obco­świa­tow­ców, a zwłasz­cza Gil­dię?

Ojciec opo­wie­dział jej o swo­ich nie­licz­nych spo­tka­niach z przed­sta­wi­cie­lami Gil­dii i twier­dził, że zawsze były depry­mu­jące.

Sta­tek był więk­szy od prze­twórni przy­prawy; miał cięż­kie sil­niki i bul­wia­ste zgru­bie­nia po bokach, upstrzone małymi ilu­mi­na­to­rami. Chani była cie­kawa, ilu dziw­nych ludzi przez nie wygląda.

Dża­mis potrzą­snął głową.

- Daję tej przy­pra­wie godzinę do wybu­chu.

Chani zasta­na­wiała się, co zro­biłby ojciec.

- Może prze­pro­wa­dzają eks­pe­ry­menty.

Liet-Kynes, a przed nim jego ojciec, badał wybu­chy przy­prawy, sta­ra­jąc się zro­zu­mieć, jak melanż łączy się z życiem plank­tonu pia­sko­wego, pia­sko­wych troci i czerwi.

Ale tajem­ni­czy sta­tek nie prze­pro­wa­dzał eks­pe­ry­men­tów. Otwo­rzył się jego dolny luk i sze­ściu umun­du­ro­wa­nych gil­dian stło­czyło się na plat­for­mie dry­fo­wej, która zaczęła się opusz­czać ku wybrzu­sze­niu nad masą pre­przy­pra­wową.

- Znowu dryfy - mruk­nął Kho­uro z głę­boką pogardą. - Co ci intruzi wypra­wiają?

Popa­trzył przez lor­netkę, po czym prze­ka­zał ją Dża­mi­sowi, a tam­ten w końcu zwró­cił ją Chani.

Plat­forma dry­fowa zawi­sła tuż nad spię­trzo­nym pia­skiem, a przy­by­sze zmie­nili pozy­cję i uka­zała się jesz­cze jedna postać leżąca nie­ru­chomo na pokła­dzie. Chani zwięk­szyła przy­bli­że­nie, zoba­czyła nagą istotę o sza­ra­wej skó­rze, znie­kształ­co­nej gło­wie i kości­stych koń­czy­nach - ciało, które nie­zu­peł­nie wyglą­dało jak ludz­kie.

Brat trą­cił ją, żeby podała mu lor­netkę. Zro­biła to i osło­niła dło­nią oczy, by roz­róż­nić odle­głe syl­wetki w drga­ją­cym od upału powie­trzu. Kho­uro burk­nął ze zdzi­wie­niem:

- Przy­wieźli ze sobą trupa!

Kiedy ponow­nie przy­ło­żyła lor­netkę do oczu, zoba­czyła, że gil­dia­nie opusz­czają zwłoki na drga­jący pia­sek obok czer­wo­nych szcze­lin wypeł­nio­nych świeżą przy­prawą. Uświa­do­miła sobie, czego wła­śnie są świad­kami.

- Spójrz­cie, z jakim sza­cun­kiem się poru­szają. Skła­dają ciało w miej­scu wybu­chu przy­prawy. To pogrzeb. - Przy­po­mniała sobie, co kie­dyś powie­dział jej ojciec. - Gil­dia Kosmiczna ota­cza przy­prawę czcią. Są nią prze­sy­cone tkanki nawi­ga­to­rów.

Zde­for­mo­wane ciało musiało nale­żeć do jed­nej z tych tajem­ni­czych istot, które pro­wa­dziły liniowce przez prze­strzeń kosmiczną.

Pozo­sta­wiw­szy zwłoki na spię­trzo­nym pia­sku, sze­ściu przy­by­szów wró­ciło na wiszącą w powie­trzu plat­formę, która unio­sła ich na sta­tek.

- Wyko­rzy­stują Arra­kis jako cmen­tarz! - W gło­sie Dża­misa brzmiało obu­rze­nie.

Chani zmarsz­czyła czoło.

- W pia­skach Diuny pogrze­ba­nych jest wiele ciał.

Sta­tek Gil­dii z bucze­niem odda­lił się od bli­skiego wybu­chu przy­prawy i wkrótce stał się plamką na nie­bie.

Przy­rodni brat Chani ruszył, zanim zdo­łała coś dodać.

- Szybko! Bez względu na to, czyje to zwłoki, Gil­dia uważa, że są cenne. Musimy sami to spraw­dzić. - Bez cie­nia ostroż­no­ści wysko­czył na pia­sek. - To może być istotny sekret.

Dża­mis pobiegł za nim.

- Spójrz, jak wzbiera masa pre­przy­pra­wowa!

Kho­uro pędził, nie dba­jąc o to, by poru­szać się pustyn­nym kro­kiem. Nie będzie tu czerwi, nie teraz. Nogi Chani były szczu­płe, ale umię­śnione od wędro­wa­nia przez całe jej życie po pia­sku. Bie­gnąc za towa­rzy­szami, czuła, jak grunt pod jej sto­pami wibruje od roz­sa­dza­ją­cej go ener­gii, i myślała o burz­li­wych pro­ce­sach che­micz­nych zacho­dzą­cych głę­boko pod zie­mią, o nara­sta­ją­cym tam żarze i ciśnie­niu.

- Czy te zwłoki są tego warte, Chihu? - zawo­łała. Wolała użyć tego imie­nia.

Brat nawet się nie obej­rzał.

- Zwłoki nawi­ga­tora! - odkrzyk­nął.

Wycho­wana jako Fre­menka Chani była przy­zwy­cza­jona do nie­bez­pie­czeństw. Stale musiała być czujna i wypa­try­wać znaku czer­wia, a jeśli tego potrze­bo­wała, mogła też przy­wo­łać któ­re­goś z nich. Rozu­miała Szej-huluda, znała jego nastroje i zwy­czaje.

Ale masa pre­przy­pra­wowa była nie­prze­wi­dy­walna. Chani z nie­po­ko­jem patrzyła na krzy­wi­znę wybrzu­sze­nia; odkąd po raz pierw­szy zeszli ze skał, jego wiel­kość się podwo­iła. Od momentu, gdy sub­stan­cje che­miczne pod zie­mią zaczną się mie­szać, może minąć wiele godzin, a nawet dni, nim reak­cja osią­gnie punkt kul­mi­na­cyjny i nastąpi wybuch. Nie wie­działa jed­nak, od jak dawna trwa ten pro­ces.

Jej brat i Dża­mis uwiel­biali ryzyko. Widziała to już nie­raz, ale ni­gdy wcze­śniej nie zacho­wy­wali się aż tak lek­ko­myśl­nie. Prze­bie­gli przez pia­sek i wspięli się na osy­pu­jące się zbo­cze, które wyglą­dało jak nawietrzna strona naj­bar­dziej stro­mej wydmy.

Dyszała przez wtyki nosowe, gdy zrów­nała się z nimi, wdra­pu­jąc się pod górę do zde­for­mo­wa­nych zwłok. Z głę­bin wystrze­li­wały ziarnka pia­sku. W powie­trzu uno­sił się silny, szczy­piący w oczy zapach cyna­monu.

Zwłoki nawi­ga­tora były nagie, roz­cią­gnięte na ziemi, a stawy jego dłu­gich rąk znaj­do­wały się w nie­wła­ści­wych miej­scach. Palce dłoni miał połą­czone błoną, głowę obrzmiałą i zde­for­mo­waną. Otwarte, mar­twe oczy patrzyły w nie­skoń­czo­ność; powia­dano, że taki sam wyraz oczy nawi­ga­to­rów miały za życia.

Kho­uro pochy­lił się i dotknął jego żeber.

- Był kie­dyś czło­wie­kiem, ale Gil­dia Kosmiczna potwor­nie go znie­kształ­ciła.

- Ojciec mówi, że uży­wają melanżu do prze­mie­nia­nia odpo­wied­nich kan­dy­da­tów - powie­działa Chani.

Opary gazu były tak gęste, że miała wra­że­nie, iż mogłaby je kroić kry­sno­żem. Od dud­nie­nia masy pre­przy­pra­wo­wej drżał pia­sek i pod wpły­wem tych wibra­cji ciało nawi­ga­tora podry­gi­wało i pod­ska­ki­wało, jakby było upior­nie żywe. Dża­mis cof­nął się zdjęty zabo­bon­nym stra­chem i uczy­nił pal­cami znak odga­nia­jący złe moce.

- Przy­prawa przy­wró­ciła to mon­strum do życia.

Chani chwy­ciła brata za ramię.

- Już to zoba­czy­li­ście! Jeśli natych­miast stąd nie uciek­niemy, wszy­scy zgi­niemy. Masa lada chwila wybuch­nie.

Kho­uro ponow­nie się pochy­lił i pod­ło­żył rękę pod ramię nawi­ga­tora.

- Pomóż­cie mi!

Dża­mis ujął trupa za kostkę, ale gdy go pod­nie­śli, Chani zdała sobie sprawę, że ni­gdy go stam­tąd nie zabiorą.

- Zostaw­cie go, zbliża się wybuch! Dobrze o tym wie­cie!

Jej brat spoj­rzał z gry­ma­sem na cenny okaz, ale puścił ciało.

- Ojciec praw­do­po­dob­nie by zro­bił sek­cję zwłok. Ucie­kajmy!

Dża­mi­sowi i Chani nie trzeba było dwa razy tego powta­rzać. Zbie­gali z wybrzu­szo­nej powierzchni, śli­zga­jąc się i prze­wra­ca­jąc, sta­cza­jąc się, byle jak naj­szyb­ciej się stam­tąd wydo­stać.

Gdy dotarli do pod­nóża wybrzu­sze­nia, puścili się bie­giem, jakby gonił ich nad­cią­ga­jący czerw.

W poło­wie drogi na skały Chani usły­szała głę­bo­kie dud­nie­nie, jakby roz­wście­czona bestia dra­pała pazu­rami, sta­ra­jąc się wyrwać na powierzch­nię. Nie­wzru­szony skalny grzbiet zda­wał się odle­gły o wiele kilo­me­trów, a pia­sek wię­ził ich nogi.

Dża­mis potknął się i upadł. Prze­bie­ga­jący obok Kho­uro chwy­cił przy­ja­ciela za rękę i nie zatrzy­mu­jąc się, pode­rwał go na nogi. Dud­nie­nie prze­szło w ryk.

Kiedy Chani znowu usły­szała bucze­nie w powie­trzu, zasta­na­wiała się, czy to elek­trycz­ność sta­tyczna, czy też syczące fuma­role ucie­ka­ją­cego gazu przy­pra­wo­wego. Odwró­ciw­szy się, ze zdu­mie­niem ujrzała inny sta­tek powietrzny, który leciał nad wydmami tak nisko, że wzbi­jał tumany pyłu. Zgrabna jed­nostka była nie­ozna­ko­wana i zbu­do­wana jak owad.

Na otwar­tym pia­sku byli widoczni jak na dłoni.

- Sta­tek! - krzyk­nęła Chani.

Do tej pory mogli już bez­piecz­nie dostać się poza strefę wybu­chu, ale nie poza zasięg rabu­siów.

Kho­uro i Dża­mis szybko się obró­cili. Do schro­nie­nia w ska­łach mieli jesz­cze około dwu­stu metrów.

- Zoba­czyli nas! - stwier­dził Dża­mis.

- Nie wezmą nas żyw­cem. Będziemy wal­czyć. - Kho­uro dotknął kry­snoża u boku. - Możemy ich zabić.

- Nie cho­dzi im o nas - powie­działa Chani.

Sta­tek wyko­nał trudny manewr hamo­wa­nia nad wybrzu­sze­niem i zawisł nad roz­cią­gnię­tym tam cia­łem nawi­ga­tora. Przy­po­mi­nał jej osę skalną, obda­rzoną natu­ralną zdol­no­ścią szyb­kiego, nie­wy­kry­wal­nego lata­nia.

Nad tru­pem otwo­rzył się właz. Zamru­czały pola dry­fowe, ciało drgnęło i unio­sło się z pia­sku. Trans­por­to­wane ze zwi­sa­ją­cymi ramio­nami na dziwny sta­tek wyglą­dało jak dusza wstę­pu­jąca do nieba. Właz się zamknął i jed­nostka odle­ciała z rykiem zwięk­sza­ją­cych moc sil­ni­ków, pod­ry­wa­jąc z ziemi kłęby pia­sku i kurzu.

Wtedy nastą­piła erup­cja przy­prawy. Wybrzu­sze­nie pękło pod wście­kłym napo­rem gazów. Gej­zer wstrzą­snął zie­mią i roz­łu­pał wydmy jak zie­jącą ranę.

Chani padła na pia­sek i czoł­gała się, sta­ra­jąc się jak naj­bar­dziej odda­lić. Po kilku chwi­lach zasy­pał ich pył. Zasła­nia­jąc głowy, brnęli ku sta­bil­nemu wznie­sie­niu.

Oparł­szy znowu plecy o litą skałę, Chani odwró­ciła się i zoba­czyła wzbi­ja­jący się wysoko w powie­trze, rdzawo zabar­wiony melan­żem słup kurzu. Chmura pyłu roz­sze­rzyła się, prze­sła­nia­jąc niebo, i nie było przez nią widać tajem­ni­czego statku rabu­siów.

Gil­dia­nie zło­żyli tu darzone czcią zwłoki, spo­dzie­wa­jąc się, że zostaną pochło­nięte przez wybuch przy­prawy. Nie przy­szłoby im do głowy, że w ostat­niej chwili ktoś je ukrad­nie. Pory­wa­cze wie­rzyli, że umkną nie­zau­wa­żeni, ale Chani i jej towa­rzy­sze byli świad­kami ich nie­cnych poczy­nań.

Kiedy chło­piec staje się męż­czy­zną?

- wpis księż­niczki Iru­lany na temat ojca, Impe­ra­tora Szad­dama Cor­rino IV, zamiesz­czony w pamięt­niku z cza­sów dzie­ciń­stwa

Po powro­cie do pałacu na Kaita­inie Iru­lana zasia­dła obok ojca w sali audien­cyj­nej. Wpraw­dzie Szad­dam wolałby mieć synów, ale ona dosko­nale odgry­wała rolę księż­niczki tronu. Jej cere­mo­nialne sie­dzi­sko, zwy­kle zare­zer­wo­wane dla Impe­ra­to­ro­wej, było mniej­sze od tronu ojca, ale Iru­lana uwa­żała, że jest wystar­cza­jąco impo­nu­jące, odpo­wied­nie dla pier­wo­rod­nej i ulu­bio­nej córki władcy. We wspa­nia­łej sukni, z ide­al­nie uło­żo­nymi buj­nymi wło­sami, wyglą­dała jak praw­dziwa monar­chini.

Tron Zło­tego Lwa, wycio­sany z potęż­nej bryły zie­lo­nego hagal­skiego kwarcu, był znacz­nie bar­dziej oka­zały. Z jego wyso­ko­ści Szad­dam wysłu­chi­wał pod­da­nych i roz­są­dzał ich sprawy. Wzdłuż ścian wiel­kiej sali stały dzie­siątki ciem­nych drew­nia­nych krze­seł dla urzęd­ni­ków.

Dwie młod­sze sio­stry Iru­lany, Wensi­cja i Cha­lice, sie­działy po prze­ciw­nych stro­nach, mając przy sobie dwor­skich ofi­cjeli. Czę­sto uczest­ni­czyły w audien­cjach, ale przy­glą­dały się z boku. Cha­lice zawsze odda­wała się wtedy plot­kom i poga­dusz­kom o modzie, nato­miast Wensi­cja, trze­cia córka Szad­dama, przy­słu­chi­wała się i przy­pa­try­wała wszyst­kiemu z uwagą.

Szad­dam wyja­śnił Iru­la­nie korzy­ści pły­nące z obser­wo­wa­nia prze­wi­ja­ją­cego się codzien­nie stru­mie­nia peten­tów przed­sta­wia­ją­cych różne spra­woz­da­nia i prośby. Iru­lanę przy­go­to­wy­wano do tego przez lata w szkole matek Bene Ges­se­rit, a dwor­scy nauczy­ciele na Kaita­inie wpo­ili jej wszel­kie zasady ety­kiety. Teraz, po nie­daw­nej stra­cie Impe­ra­to­ro­wej Firenzy, któ­rej ojciec bar­dzo nie lubił, czę­ściej zapra­szano ją do udziału w dwor­skich wyda­rze­niach. Jej matka, pierw­sza żona Szad­dama, Ani­rula, nie żyła już od trzy­na­stu lat.

Jako naj­star­szą córkę łączyła ją bli­ska więź z ojcem, spę­dzała z nim wię­cej czasu niż jej cztery młod­sze sio­stry. Otwie­rały się przed nią wiel­kie moż­li­wo­ści i przy­się­gła sobie, że nie zawie­dzie Impe­ra­tora ani Impe­rium.

Szad­dam wyda­wał się zado­wo­lony, że pełni tę rolę z cał­ko­wi­tym odda­niem, ale postę­po­wał tak, jakby wszyst­kie jej aspekty były dla niej nowe, i to nawet wtedy, kiedy została w pełni wpro­wa­dzona w swoje zada­nia. Iru­lana podej­rze­wała, że jest tak zaab­sor­bo­wany obo­wiąz­kami, iż zapo­mina, czego się już nauczyła, i dla­tego czę­sto się powta­rza. Nie chcąc przy­spa­rzać mu stresu, nie zwra­cała na to uwagi. Nie­ła­two być Impe­ra­to­rem miliona świa­tów.

Pod skle­pie­niem sali uno­siły się baluc­kie krysz­ta­łowe lumis­fery, nasta­wione na symu­la­cję pory dnia i pogody na zewnątrz - teraz sło­necz­nego, cie­płego let­niego ranka. Przez otwarte wyso­kie okna napły­wały natar­czywe dźwięki muzyki w wyko­na­niu smycz­kowo-dętej Impe­rial­nej Orkie­stry Roz­ryw­ko­wej, która ćwi­czyła na dzie­dzińcu przed wie­czor­nym wystę­pem dla Impe­ra­tora i jego gości.

Na przód sali wysu­nął się szam­be­lan Beely Ridondo, męż­czy­zna chudy jak szkie­let, o żół­ta­wej skó­rze i wyso­kim czole. Z pochy­loną głową wszedł po stop­niach pod­wyż­sze­nia, na któ­rym stały trony, i wrę­czył Impe­ra­to­rowi prze­sad­nie dużą kostkę z wia­do­mo­ścią.

- Porzą­dek dnia, Naj­ja­śniej­szy Panie - powie­dział.

Na błysz­czą­cej powierzchni sze­ścianu uka­zała się zapi­sana bia­łymi lite­rami na czar­nym tle lista spraw. Iru­lana zer­k­nęła na nią z ukosa, odczy­tu­jąc ją razem z ojcem i bły­ska­wicz­nie zapa­mię­tu­jąc szcze­góły. Lista zawie­rała nazwi­ska przed­sta­wi­cieli wyso­kich rodów, któ­rzy pro­sili o wysłu­cha­nie. Jed­nak na pierw­szym miej­scu figu­ro­wał męż­czy­zna nie­spo­krew­niony z żad­nym z nich, ofi­cer, nie­jaki Moko Zenha.

- Kto to? - Impe­ra­tor obró­cił kostkę i wska­zał pal­cem nazwi­sko. - Czego chce?

Pod­szedł­szy bli­żej, szam­be­lan rzekł cichym gło­sem:

- Umie­ści­łem go na pierw­szym miej­scu, żebyś mógł mu poświę­cić, Naj­ja­śniej­szy Panie, kilka minut przed przy­stą­pie­niem do waż­niej­szych rze­czy. Kapi­tan floty Zenha jest uta­len­to­wa­nym i ambit­nym ofi­ce­rem two­jej gwar­dii przy­bocz­nej. Prosi o roz­mowę w spra­wie naj­wyż­szej wagi. Ma przy­kładny prze­bieg służby i wyróż­nił się w wielu woj­sko­wych ćwi­cze­niach. Robi wra­że­nie, jeśli wziąć pod uwagę jego niskie pocho­dze­nie. Może warto dać mu choć chwilę. Przy­pusz­czam, że chce wska­zać, co można by uspraw­nić w gwar­dii.

Szad­dam zmarsz­czył czoło.

- Pew­nie nie za darmo.

Ridondo kiw­nął głową.

- Przy naszym napię­tym har­mo­no­gra­mie nie naci­ska­łem na szcze­góły, Naj­ja­śniej­szy Panie. Mam anu­lo­wać tę audien­cję?

Zer­k­nąw­szy na Iru­lanę, Impe­ra­tor wes­tchnął.

- Nie, z czym­kol­wiek przy­cho­dzi, miejmy to za sobą. Każdy pod­dany jest dla mnie ważny, cho­ciaż jeśli to sprawa woj­skowa, powi­nien prze­strze­gać hie­rar­chii służ­bo­wej.

Usiadł wygod­niej na Tro­nie Zło­tego Lwa i prze­su­nął dło­nią po popie­la­to­ru­dych wło­sach.

Po wywo­ła­niu jego nazwi­ska Zenha wma­sze­ro­wał do sali audien­cyj­nej, stu­ka­jąc obca­sami na lśnią­cej pod­ło­dze. Wysoki, sze­roki w ramio­nach i surowo przy­stojny, pre­zen­to­wał się oka­zale w szkar­łatno-zło­tym mun­du­rze gwar­dii impe­rial­nej Szad­dama z ofi­cer­skimi epo­le­tami i małymi zło­tymi lwami na koł­nie­rzu. Wyglą­dał nie­na­gan­nie, każdy medal i guzik aż błysz­czał. Idąc pre­cy­zyj­nie odmie­rzo­nym kro­kiem ku pod­wyż­sze­niu, miał wzrok utkwiony w Pady­sza­cha Impe­ra­tora, ale gdy dotarł do pierw­szego stop­nia podium, jego spoj­rze­nie prze­śli­znęło się na Iru­lanę. Zauwa­żyła to i uznała za oso­bliwe.

Zenha zdjął czapkę i ukło­nił się, po czym przy­jął postawę na bacz­ność, patrząc znowu na Impe­ra­tora. Gdy Szad­dam dał mu znak, kapi­tan floty prze­mó­wił:

- Dzię­kuję za tak szyb­kie przy­ję­cie, Naj­ja­śniej­szy Panie. - Obró­cił się i sku­pił spoj­rze­nie orze­cho­wych oczu na Iru­la­nie. - Księż­niczko. - Z pew­no­ścią zacho­wał się nie­kon­wen­cjo­nal­nie, zwra­ca­jąc się raczej do niej niż do Impe­ra­tora. - Jestem Moko Zenha, kapi­tan floty, zastępca dowódcy w kaita­iń­skiej eska­drze ojca Waszej Wyso­ko­ści.

Iru­lana ski­nęła lekko głową, ale Szad­dam wark­nął:

- Zwra­caj się do mnie, nie do mojej córki!

Zenha wyprę­żył się jak struna.

- Tak jest, Naj­ja­śniej­szy Panie. Nie zro­bi­łem tego z braku sza­cunku.

Iru­lana zauwa­żyła na mun­du­rze kapi­tana zwój, herb jego rodu, pośled­niej szlachty ze świata zna­nego z pro­duk­cji świet­nych wydań ofi­cjal­nych doku­men­tów. Cho­ciaż Szad­dam zda­wał się nie roz­po­zna­wać jego nazwi­ska, Iru­lana sły­szała o tym jed­nym z nie­licz­nych kom­pe­tent­nych ofi­ce­rów w nad­mier­nie roz­bu­do­wa­nej flo­cie wojen­nej Impe­rium. Zenha awan­so­wał dzięki cięż­kiej pracy i poświę­ce­niu. W odróż­nie­niu od wielu dowód­ców wyż­szej rangi uzy­skał swój sto­pień dzięki umie­jęt­no­ściom, nie pro­tek­cji czy nepo­ty­zmowi.

Żało­wała, że przed audien­cją szam­be­lan nie powie­dział im o nim, bo mogłaby się lepiej przyj­rzeć prze­bie­gowi jego kariery. Mimo to, uży­wa­jąc tech­nik, któ­rych nauczyła się na Wal­la­chu IX, szu­kała w pamięci jakichś infor­ma­cji i coś zna­la­zła. Otóż czło­wiek ten cie­szył się powa­ża­niem w armii, zwłasz­cza wśród pod­ofi­ce­rów i sze­re­go­wych, cho­ciaż nie u wyż­szych rangą dowód­ców, z któ­rymi miał nie­wiele wspól­nego.

Nie­zręczna cisza się prze­dłu­żała, aż w końcu ofi­cer zebrał się na odwagę i rzekł:

- Naj­ja­śniej­szy Panie, sta­ran­nie prze­ana­li­zo­wa­łem całą moją wie­dzę o Impe­rium, jego poli­tyce, han­dlu i woj­sku. Uwa­żam, że mogę ode­grać ważną rolę w zapew­nie­niu trwa­ło­ści i wiel­ko­ści rodu Cor­ri­nów.

Połech­tany tymi sło­wami Szad­dam wydął usta, ale cze­kał, aż ofi­cer przej­dzie do sedna sprawy.

Zenha jesz­cze bar­dziej się wypro­sto­wał.

- Naj­ja­śniej­szy Panie, pokor­nie pro­szę o rękę two­jej córki Iru­lany.

Księż­niczka aż pod­sko­czyła z wra­że­nia na tro­nie. W sali roz­le­gły się pomruki nie­do­wie­rza­nia, a potem chi­choty. Zauwa­żyła zgor­szone miny sióstr.

- Przed­sta­wiam moje pełne refe­ren­cje i rodo­wód - brnął dalej kapi­tan. Wycią­gnął arkusz rydu­liań­skiego papieru kry­sta­licz­nego.

Szad­dam poczer­wie­niał i Iru­lana widziała, że za chwilę wybuch­nie zło­ścią, ale z jakie­goś powodu zapa­no­wał nad sobą i zmie­nił zda­nie. Zwró­cił się do bez­czel­nego ofi­cera:

- Odejdź. Chcę poroz­ma­wiać z córką.

Kapi­tan posłusz­nie odma­sze­ro­wał poza zasięg słu­chu.

Impe­ra­tor Szad­dam pochy­lił się ku niej na swym masyw­nym tro­nie i rzekł szep­tem:

- Nie martw się. W tym mun­du­rze może wygląda szar­mancko, ale nie jest cie­bie godny. Pocho­dzi z niskiego rodu z nie­wiel­kim mająt­kiem. To nie­od­po­wied­nia par­tia, zwłasz­cza bio­rąc pod uwagę wielu innych męż­czyzn, w któ­rych widzę kan­dy­da­tów na two­jego męża. Zmiaż­dżę go, ale nie od razu.

Iru­lana nie mogła się nadzi­wić, jak dobrze ojciec panuje nad swoim tem­pe­ra­men­tem.

- Ze wzglę­dów poli­tycz­nych naj­le­piej będzie odmó­wić mu uprzej­mie, ojcze. Ten czło­wiek zro­bił świetną karierę i musimy zachę­cić go do wytrwa­łej służby.

Na twa­rzy Impe­ra­tora odma­lo­wało się zakło­po­ta­nie, które świad­czyło o tym, że myślał on o czymś zupeł­nie innym. Mimo to powie­dział:

- Tak, odmó­wimy mu uprzej­mie, ale musimy też poka­zać, że do mojej sali tro­no­wej nie można ot tak wejść i popro­sić o rękę jed­nej z moich córek! Póź­niej wyja­śnię ci powody mojej decy­zji.

Iru­lana zauwa­żyła, że Cha­lice pochyla się do swo­ich dwó­rek i zakry­wa­jąc usta deli­katną dło­nią, mówi coś z chi­cho­tem. Sie­dząca po dru­giej stro­nie sali Wensi­cja miała zdu­mioną i ziry­to­waną minę.

Księż­niczka wypro­sto­wała się na tro­nie i skry­wa­jąc swoje myśli i emo­cje, skie­ro­wała nie­prze­nik­nione spoj­rze­nie na imper­ty­nenc­kiego ofi­cera. Pomimo nie­na­gan­nego mun­duru wyda­wał się w tym oto­cze­niu nie­okrze­sa­nym woja­kiem, lepiej czu­ją­cym się w towa­rzy­stwie żoł­nie­rzy niż wytwor­nych dwo­rzan.

Ale i tak była pod wra­że­niem jego odwagi. Oczy­wi­ście ojciec miał rację, pier­wo­rodną księż­niczkę trzeba wydać za naj­bar­dziej odpo­wied­niego kan­dy­data, ale patrząc na kapi­tana, nie mogła się oprzeć współ­czu­ciu. Musiał wie­dzieć, że jego oświad­czyny zostaną odrzu­cone.

Cze­ka­jąc w prze­dłu­ża­ją­cej się ciszy, Zenha zda­wał się coraz bar­dziej dener­wo­wać i prze­stę­po­wał z nogi na nogę.

Po cią­gną­cym się bez końca mil­cze­niu Szad­dam zwró­cił się ponow­nie do ofi­cera:

- Wystąp i przed­staw swoją sprawę. Pamię­taj, że mój czas jest nie­zwy­kle cenny.

Iru­lana była zain­try­go­wana. Dla­czego ojciec pozwa­lał mu na cień nadziei, że jego pro­po­zy­cja może w ogóle zostać roz­pa­trzona?

Odzy­skaw­szy nagle pew­ność sie­bie, Zenha zaczął szybko i rze­czowo:

- Cały prze­bieg mojej kariery wska­zuje, że wyróż­nia­łem się w two­jej służ­bie, Naj­ja­śniej­szy Panie. Jestem szlach­ci­cem, a moja rodzina, choć nie należy do wyso­kich rodów, dzięki dobrze pro­wa­dzo­nym inte­re­som stale się wybija. Jeśli moja pokorna prośba zosta­nie przy­jęta, bądź pewien, Naj­ja­śniej­szy Panie, że twoja córka będzie żyła w luk­su­sie. - Powiódł wzro­kiem po bogato zdo­bio­nej sali. - Choć oczy­wi­ście nie takim jak na Kaita­inie. - Następ­nie wyli­czył swoje woj­skowe osią­gnię­cia i zwy­cię­stwa. Pod­kre­ślił, w jak dobrych sto­sun­kach pozo­staje z innymi ofi­ce­rami floty i jak wiel­kim powa­ża­niem darzą go żoł­nie­rze, jakby to miało coś do rze­czy i mogło mu pomóc zyskać przy­chyl­ność Szad­dama.

Zer­k­nąw­szy kątem oka na ojca, Iru­lana zauwa­żyła, że led­wie skrywa on nie­smak. Mogła przy­siąc, że coś obmy­śla - czyżby jakiś spo­sób obró­ce­nia tej sytu­acji na swoją korzyść?

Zawsze wie­działa, że będzie pion­kiem w impe­rial­nych pla­nach i w końcu zosta­nie wydana za naj­waż­niej­szego i naj­bar­dziej przy­dat­nego zalot­nika. Ale miała już dwa­dzie­ścia sześć lat, a więc znacz­nie prze­kro­czyła wiek, w któ­rym mogła się spo­dzie­wać zarę­czyn. W ciągu lat Pady­szach Impe­ra­tor odrzu­cił wiele skła­da­nych jej ofert matry­mo­nial­nych, mimo że cza­sami wodził kon­ku­ren­tów za nos... tak jak teraz. Wie­działa, że osta­tecz­nie odmówi Zen­sze, bo prze­nigdy nie pozwo­liłby swo­jej pier­wo­rod­nej wyjść za zwy­kłego ofi­cera, bez względu na jego doko­na­nia.

Dla­czego zatem nie odtrąci go i z tym nie skoń­czy?

Wie­działa o sied­miu wcze­śniej­szych pre­ten­den­tach do jej ręki, a zaku­li­sowo mogło się o nią ubie­gać wielu innych. Jak długo ojciec zamie­rzał cią­gnąć tę grę, uży­wa­jąc jej jako przy­nęty dla poli­tycz­nych zysków?

Co dobrego kapi­tan floty mógł wnieść do rodu Cor­ri­nów?

Spoj­rzała na Cha­lice, banalną dzier­latkę o nala­nej twa­rzy, w naszyj­niku wysa­dza­nym sza­fi­rami i dobra­nych do niego bran­so­le­tach. Cha­lice przed­kła­dała bły­skotki nad sprawy ważne i zawsze ubie­rała się prze­sad­nie ele­gancko, nawet do codzien­nych dwor­skich zajęć. Druga córka Szad­dama nie orien­to­wała się w skom­pli­ko­wa­nej sieci niu­an­sów i sub­tel­no­ści; po pro­stu uwiel­biała piękne rze­czy. Brała błahe plotki za fakty i zmie­niała zda­nie zgod­nie z tym, co ostat­nio zasły­szała.

Nato­miast sie­dząca pod drugą ścianą Wensi­cja przy­glą­dała się całej sce­nie w sku­pie­niu. Była cztery lata młod­sza od Iru­lany i dużo ład­niej­sza od Cha­lice. Jej twarz w kształ­cie serca i lawen­dowe oczy skry­wały prze­ni­kliwy umysł. Wensi­cja stu­dio­wała histo­rię i poli­tykę Impe­rium i w prze­ci­wień­stwie do płyt­kiej Cha­lice chło­nęła i zapa­mię­ty­wała infor­ma­cje.

Teraz obie sie­działy z minami peł­nymi nie­do­wie­rza­nia, choć każda reago­wała na swój spo­sób. Szmer w sali audien­cyj­nej stop­niowo nara­stał.

Zenha na­dal mówił, gdy Impe­ra­tor pod­niósł rękę i mu prze­rwał.

- Bar­dzo prze­ko­nu­jąca opo­wieść. Nale­ży­cie roz­ważę twoją ofertę, kapi­ta­nie floty. Wróć do swo­jej jed­nostki i cze­kaj na moją ofi­cjalną decy­zję.

Ofi­cer wyda­wał się zasko­czony, ale przy­jął to z ostroż­nym opty­mi­zmem. Ukło­nił się z gra­cją, a potem wyma­sze­ro­wał z sali ide­al­nie odmie­rzo­nymi kro­kami, z wysoko unie­sioną brodą.

Po jego wyj­ściu Iru­lana zapy­tała ojca szep­tem:

- Dla­czego w ogóle go wysłu­cha­łeś?

- Mam cie­kawy pomysł, córko. Musimy to wyko­rzy­stać. - Pokle­pał ją po przed­ra­mie­niu. - Nie martw się.

Mimo wszystko Iru­lana nie mogła wyzbyć się nie­po­koju.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki