Księżniczka Burundi - Kjell Eriksson

Reflow text when sidebars are open.
Strona redakcyjna
Redaktor serii
Małgorzata Cebo-Foniok
Korekta
Jolanta Gomółka
Renata Kuk
Projekt graficzny serii i okładki
Małgorzata Cebo-Foniok
Zdjęcie na okładce
David De Lossy/Digital Vision/Getty Images/Flash Press Media
Tytuł oryginału
Prinsessan av Burundi
Copyright ? by Kjell Eriksson 2002
Published by agreement with Ordfronts Förlag AB, Stockholm
and Leonhardt & H?ier Agency A/S, Copenhagen.
All rights reserved.
For the Polish edition
Copyright ? 2012 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.
ISBN 978-83-241-4494-5
Warszawa 2012. Wydanie I
Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.
02-952 Warszawa, ul. Wiertnicza 63
tel. 620 40 13, 620 81 62
www.wydawnictwoamber.pl
Publikację elektroniczną przygotował
1
1
Talerzyk zadrżał i uderzył o szklankę. Mleko się rozlało - biały kwiat na ceracie.
A mamy tak mało mleka - przeszło jej przez myśl. Szybko podniosła szklankę, starła ściereczką mleko.
- Kiedy tata wróci?
Odwróciła się. W drzwiach stał Justus.
- Nie wiem - powiedziała, wrzucając ściereczkę do zlewu.
- Co jest na kolację?
Stał oparty o futrynę, w ręku trzymał książkę. Zaznaczył palcem miejsce, w którym skończył czytać. Chciała spytać, co to za książka, ale nagle przyszło jej coś do głowy. Podeszła do okna.
- Zrazy - odpowiedziała nieobecnym głosem. Powiodła wzrokiem po parkingu. Śnieg znów zaczął padać.
Może dostał pracę? Wiedziała, że rozmawiał z Mickem. Na pewno potrzebują ludzi do odśnieżania. Ostatnio śnieg padał niemal codziennie. A John nie ma lęku wysokości.
Uśmiechnęła się, wspominając, jak kiedyś wspiął się po rynnie na jej balkon. Było to co prawda tylko pierwsze piętro, ale mimo wszystko. Gdyby spadł, złamałby kark. Jak jego ojciec, pomyślała i uśmiech zniknął z jej twarzy.
Pamiętała, że była na niego wściekła, a on tylko się roześmiał. A potem objął ją i uścisnął tak mocno, że aż się zdziwiła. Kto by pomyślał, że w jego wątłym ciele było tyle siły.
Potem często wracała do tego zdarzenia, opowiadając z niejaką dumą o jego zapale. To było ich pierwsze wspólne wspomnienie.
Śnieg. Mały traktor z pługiem przejechał przed domem, zrzucając kolejne hałdy na już przysypane ciężkim śniegiem krzaki przy szczycie parkingu. Za kierownicą siedział Harry. Rozpoznała jego czerwoną czapkę, wyraźnie widoczną z kabiny.
To właśnie Harry pierwszy zaczął zatrudniać Justusa. Załatwił mu pracę w czasie wakacji, kiedy chłopak nie mógł niczego znaleźć. Justus kosił trawniki, zbierał śmieci, pielił chwasty. Narzekał, ale był dumny jak paw, kiedy dostał swoją pierwszą wypłatę.
Berit śledziła wzrokiem traktor. Śnieg padał nieprzerwanie. Reflektor na dachu kabiny rozsiewał czerwono-żółte światło. Powoli nad budynkami i parkingiem zapadał zmrok. Światło omiatało budynki wokół dziedzińca. Harry nie przerywał odśnieżania. Ciekawe, ile godzin pracował przez te ostatnie kilka dni?
- Z tego śniegu będą Kanary - rzucił niedawno zadowolony, kiedy przypadkiem wpadli na siebie na podwórku.
Oparł się wtedy na łopacie i spytał, co u Justusa. Zawsze o niego pytał.
Odwróciła się od okna, żeby przekazać synowi pozdrowienia, ale Justus zdążył już zniknąć.
- Co robisz? - zawołała w głąb mieszkania.
- Nic - odkrzyknął jej.
Berit domyślała się, że syn siedzi przed komputerem. Od sierpnia, kiedy John któregoś dnia przyszedł do domu z wielkim pudłem pod pachą, Justus każdą wolną chwilę spędzał przyklejony do monitora.
- Oczywiście, że chłopak musi mieć komputer. Nie może być gorszy od innych - powiedział John, kiedy Berit stwierdziła, że komputer to zbędny luksus.
- Ile za niego dałeś?
- Kupiłem okazyjnie - odpowiedział. Widząc jej ponury wzrok, który znał aż za dobrze, sięgnął pospiesznie po rachunek z El-Giganten.
Berit rozejrzała się po kuchni, usiłując znaleźć sobie jakieś zajęcie, ale obiad był już gotowy. Wróciła do okna. John obiecał, że będzie przed czwartą. Zbliżała się szósta. Zwykle dzwonił, jeśli miał się spóźnić. Kiedy pracował w warsztacie i okazywało się, że musi zostać po godzinach, zawsze ją uprzedzał. Niechętnie zostawał, ale Sagge zwykle prosił go o to w taki sposób, że nie wypadało mu odmówić. Jakby te kilka godzin miało decydować o przetrwaniu firmy.
Kiedy stracił pracę, stał się bardziej milczący. Prawdę mówiąc, nigdy nie należał do osób szczególnie rozmownych, w przeciwieństwie do Berit, ale kiedy Sagge wręczył mu wymówienie, stał się jeszcze bardziej małomówny.
Dopiero jesienią coś się zmieniło. Berit była przekonana, że to miało coś wspólnego z rybami. Z nowym akwarium, o którym mówił od lat, a które teraz wreszcie stało się rzeczywistością.
Akwarium przysparzało mu sporo pracy, a tego właśnie było mu trzeba. Przez kilka tygodni, niemal przez cały wrzesień, ciężko pracował. Harry pomagał mu je zainstalować. A potem on i Gunilla przybyli na jego "inaugurację". Berit uznała pomysł za nieco dziwny, ale przyjęcie okazało się udane.
Wpadł też ich najbliższy sąsiad, Stellan, matka Johna i jego brat, Lennart, który wyjątkowo był trzeźwy i w dobrym humorze. Stellan, zwykle dość nieśmiały, objął ją ramieniem i powiedział, że jest bardzo miła. John tylko się roześmiał. Ze strony Stellana nie miał się czego obawiać. Zwykle jednak w podobnych sytuacjach bywał dość drażliwy, szczególnie po kilku głębszych.
Harry skończył odśnieżać parking. Światełko na dachu kabiny rzucało kaskady światła na ścieżkę prowadzącą do pralni i do osiedlowej świetlicy. Odśnieżanie. Berit miała dość mętne pojęcie, na czym tak naprawdę polegało. Czy nadal wchodzono na dachy, tak jak kiedyś? Z dzieciństwa pamiętała ubranych w kożuchy mężczyzn z wielkimi łopatami i przewieszonymi przez ramię zwojami lin. Pamiętała nawet tablice ostrzegawcze, które robotnicy ustawiali na podwórzu i od ulicy.
Może był u Lennarta? U brata Tucka, jak go nazywał. Nie lubiła, kiedy do niego chodził. Przypominały jej się dawne czasy, kiedy Lennart szpanował udawaną pewnością siebie. John przyglądał się temu, milcząc zawzięcie. A ona nie bardzo wiedziała, co o tym wszystkim sądzić.
Berit miała zaledwie szesnaście lat, kiedy się poznali. Ich trójka. Najpierw poznała Johna, a wkrótce potem także Lennarta. Bracia wydawali się nierozłączni. Lennart, z opadającą na oczy długą ciemną grzywką, zawsze w ruchu, nieobliczalny, zawsze czymś zajęty, rozprawiający o czymś nerwowo. I John, jasny blondyn, o wąskich ustach i łagodnym usposobieniu, czym natychmiast ujął Berit. Blizna nad lewym okiem dziwnie kontrastowała z jego jasną twarzą o nieco kobiecych rysach. Była pamiątką po wypadku na motorowerze. Oczywiście brat prowadził.
Nie potrafiła zrozumieć, jak to możliwe, że John i Lennart byli rodzeństwem. Tak różni, zarówno z wyglądu, jak i z zachowania. Kiedyś nawet spytała o to Ainę, ich matkę, ale było to pod koniec dorocznej uczty rakowej, więc Aina zacisnęła usta i zbyła ją jakimś żartem.
Berit szybko zrozumiała, że bracia zdobywali pieniądze na swoje utrzymanie na różne sposoby. John co prawda pracował od czasu do czasu w warsztacie, ale miała wrażenie, że głównie dla zachowania pozorów, przede wszystkich wobec Albina, swojego ojca.
John popełniał drobne przestępstwa nie dlatego, że był zły czy chciwy. Po prostu zwykłe życie mu nie wystarczało, podobnie zresztą jak wielu innym w jego otoczeniu. Z pozoru były to zwykłe dzieciaki, przystosowane do życia nastolatki, które wieczorami włóczyły się gromadami po wschodnich dzielnicach Uppsali, dopuszczając się drobnych kradzieży. Ktoś zwinął komuś torebkę, ktoś inny podprowadził skuter czy nawet samochód, czasem włamywali się do piwnic albo rozbijali wystawę sklepową, jeśli akurat przyszła im na to ochota.
Niektórzy, między innymi John i Lennart, byli stałymi członkami gangu, inni przychodzili, a potem znikali po pół roku albo po roku.
Niektórzy uczyli się w Bolandsskolan, żeby w przyszłości zostać malarzami pokojowymi, betoniarzami, mechanikami samochodowymi, czyli tym, kim zostawali młodzi ludzie ze środowisk robotniczych na początku lat siedemdziesiątych. W tych kręgach młodzież nie uczyła się dalej w liceach o profilu humanistycznym. Brakowało im chęci i odpowiednich wyników w nauce. Byli też tacy, którzy szli do pracy od razu po podstawówce.
Większość mieszkała w domu z rodzicami, którzy na ogół byli bezradni, gdy odkrywali, że ich dzieci ćpają, kradną czy szaleją po nocach samochodami po mieście. Mieli własne problemy. Podczas rozmów z pracownikami socjalnymi, psychologami czy innymi zawodowymi naprawiaczami społeczeństwa bezradnie rozkładali ręce. Nie rozumieli języka, jakim do nich mówiono, byli skrępowani własną niemożnością, niekiedy czuli wręcz palący wstyd.
Po szkole John zaczął pracować w warsztacie mechanicznym, przyuczał się do zawodu spawacza. Wzywano go, kiedy było dużo zleceń, powierzając mu coraz bardziej odpowiedzialne zadania. Szybko zdobył opinię zdolnego pracownika. Był dokładny, zbierał pochwały, może nie od Saggego, ale jego trzej współpracownicy byli zadowoleni.
- Gdyby nie oni, nie poradziłbym sobie - zwierzył się kiedyś Berit.
Jego kontakty z kumplami z ulicy zaczęły się rozluźniać. Miał teraz regularną pracę, był ceniony, przyzwoicie zarabiał, no i poznał Berit.
Lennart w ciągu dnia rozwoził towary ze sklepu na swoim dostawczym motorowerze, wieczorami zaś grywał w bilard w Sivia.
John też tam bywał. Prawdę mówiąc, grał lepiej od brata, ale Lennart się tym nie przejmował. Spędzał czas głównie piętro niżej, gdzie grano we flippera.
To właśnie tam Berit spotkała ich obu. Przyszła tam kiedyś w towarzystwie swojej przyjaciółki. Anna-Lena kochała się w chłopaku, który był stałym bywalcem klubu.
Berit zobaczyła Johna i zakochała się w nim od pierwszego wejrzenia. Patrzyła, jak krąży wokół stołu z kijem w ręku, podobało jej się, jak skupia się na grze. Rzadko się odzywał.
Miał wąskie dłonie. Przyglądała się jego rozcapierzonym palcom na zielonym suknie, widziała, jak uważnie przygotowuje się do kolejnego ruchu, jaki jest skupiony, poważny. Przede wszystkim widziała jego powagę. I jego długie rzęsy. I oczy. I skupione spojrzenie.
Nie potrafiła powiedzieć, dlaczego właśnie teraz przypomniała jej się sala bilardowa. Nie była tam od lat. Może dlatego, że pomyślała o Lennarcie? Może John był u niego? Nie chciała do niego dzwonić. Zdarzało się, że czasem pili razem. Niekiedy John po prostu oświadczał, że musi się spotkać z bratem. Ostatnio nie zdarzało się to często, ale kiedy już podjął taką decyzję, nikt nie był w stanie jej zmienić. Nawet Justus. Chłopak dobrze o tym wiedział, znał ojca na wylot, więc jego protesty nigdy nie trwały długo ani też nie były szczególnie silne.
Raz się zdarzyło, że John uległ synowi i wrócił do domu. Justus miał wtedy dwanaście lat. Sam zadzwonił do wujka i poprosił tatę do telefonu. Nie chciał, żeby matka słyszała rozmowę, więc zamknął się w łazience. John wrócił po pół godziny, chwiał się na nogach, ale wrócił.
Coraz rzadsze wieczory i noce spędzane z bratem były jakby powrotem do ich wcześniejszego życia. Berit nie wiedziała, o czym rozmawiają. O dawnych czasach, o dzieciństwie w Almtuna czy może o czymś zupełnie innym?
Nie mieli wspólnych zainteresowań, łączyła ich tylko przeszłość. Berit czuła niekiedy pewnego rodzaju zazdrość o świat, z którego była wykluczona, który był jej obcy. Dzieciństwo Johna i Lennarta, ich wczesne wspólne lata, kiedy jednak chyba byli szczęśliwi. Tak to przynajmniej wyglądało, gdy zaczynali o tym rozmawiać. Nawet w głosie Lennarta pojawiło się wtedy ciepło, którego zwykle w nim nie było.
Do tego świata Berit nie miała dostępu. Miała nawet wrażenie, że w takich chwilach jej lata spędzone z Johnem stawały się jakby mniej ważne. Weszła do jego życia w momencie, kiedy ono już zaczęło się zmieniać, kiedy dzieciństwo definitywnie się skończyło. Nie uczestniczyła w jego jasnych, radosnych latach, tych, do których wciąż wracał, o których wciąż opowiadał.
- Kiedy wróci?
- Pewnie niedługo - zawołała, zadowolona, że Justus jest w swoim pokoju. - Pewnie odśnieża. Ciągle pada, to niewiarygodne.
Chłopiec milczał. Czekała na kolejne pytanie, chciała usłyszeć jego głos, ale on nadal milczał. Co teraz robi? O czym myśli? Odważy się do niego pójść? Opuścić półmrok kuchni? Nie czuła się na siłach. Nie tęskniła do światła, nie chciała oglądać szybko poruszających się postaci na monitorze, nie chciała czuć na sobie pytających spojrzeń syna.
- Może pomógłbyś Harry'emu? - zawołała. - Zarobiłbyś trochę.
Żadnej reakcji.
- Na pewno przyda mu się pomoc przy odśnieżaniu zejść do piwnicy.
- Mam gdzieś jego śnieg - powiedział Justus, stając nagle w drzwiach.
- To nie tylko jego śnieg - odpowiedziała cicho.
Chłopiec żachnął się, sięgnął do włącznika na ścianie.
- Nie, nie włączaj światła!
Natychmiast pożałowała swoich słów.
- Lubię taki półmrok. Mogę zapalić świeczki - dodała pospiesznie. Czuła na sobie jego wzrok. - Zarobiłbyś trochę - powtórzyła.
- Nie potrzebuję pieniędzy. Poza tym tata ma pieniądze.
- To prawda, ale nie za dużo. Podobno chcesz kupić aparat fotograficzny?
Justus posłał jej niechętne spojrzenie. Czyżby w jego wzroku był triumf?
- Tak czy inaczej uważam, że mógłbyś z nim pogadać - nie poddawała się.
- Okropnie marudzisz - stwierdził chłopak. Odwrócił się, tak jak to on potrafił, i zniknął w swoim pokoju.
Słyszała, jak trzasnął drzwiami, a potem skrzypienie łóżka, kiedy się na nie rzucił. Wróciła do okna. Harry i jego traktor zniknęli. W domu po drugiej stronie podwórza w większości okien paliło się światło. Widziała siedzące wokół stołów rodziny. Niektóre okna rozświetlało niebieskawe światło telewizorów.
Nagle gdzieś na parkingu zobaczyła poruszający się cień, już chciała zawołać coś uradowana, spodziewając się, że za chwilę przy śmietniku pojawi się John, ale tak się nie stało. Gdzie podział się cień? Coś jej się przywidziało? Jeśli ktoś szedł między garażami, to po chwili musiał wyjść obok śmietnika. Ale Johna nie było. Berit wpatrywała się w ciemność. Nagle cień znów się pojawił. Wrócił na krótką chwilę. Miała wrażenie, że ktoś tam jednak jest. Jakiś mężczyzna w zielonej kurtce. Nie był to jednak John.
Więc kto? I dlaczego czaił się za śmietnikiem? Nagle przyszło jej do głowy, że może jest to brat Harry'ego, który czasem pomagał mu odśnieżać. Na pewno jednak nie był to John. Chwilę ulgi zastąpiło poczucie samotności.
Ziemniaki były jeszcze ciepłe, postawiła patelnię ze zrazami na wolnym ogniu. Zaraz tu będzie, wmawiała sobie, grzejąc dłonie na garnku z ziemniakami.
O wpół do ósmej zadzwoniła do Lennarta. Brat Johna odebrał po piątym sygnale. Był trzeźwy. Nie miał wiadomości od Johna już od wielu dni.
- Na pewno się pojawi - rzucił lekko, ale ona usłyszała w jego głosie nutkę niepokoju.
Miała go przed oczami, niemal widziała, jak stoi w holu, przestępując nerwowo z nogi na nogę.
- Podzwonię trochę - powiedział. - Pewnie poszedł gdzieś z kumplami. Strzelili sobie po browarku.
Berit nie znosiła, kiedy tak mówił. "Strzelili sobie po browarku". Rzuciła słuchawką.
Zadzwoniła do matki Johna, nie wspominając, że czeka na niego już kilka godzin. Miała nadzieję, że może John zajrzał do matki i się tam zasiedział, ale nie. Rozmawiały chwilę, Berit cały czas krążyła niespokojnie po pokoju.
Kwadrans po ósmej zadzwonił Lennart.
- Nie musiałaś, kurde, od razu rzucać słuchawką - zaczął.
Natychmiast się domyśliła, że zdążył już się napić. Wiedziała dlaczego.
- Gdzie on może być? - spytała, folgując swojej rozpaczy.
Z pokoju wyszedł Justus.
- Jestem głodny - oświadczył.
Dała mu znać ręką, żeby się uspokoił, i pospiesznie zakończyła rozmowę z Lennartem.
- Wiesz może, dokąd tata mógł pójść? - spytała syna.
Wiedziała, że nie powinna tego robić, ale była coraz bardziej roztrzęsiona. Justus wykonał niezdecydowany gest ręką.
- Nie wiem - powiedział. - Pewnie niedługo wróci.
Berit zaczęła płakać.
- Mamo, on zaraz przyjdzie!
- Tak, pewnie tak - odpowiedziała. Spróbowała się uśmiechnąć, ale uśmiech zamienił się w grymas. - Przykro mi, kiedy nie uprzedza, że się spóźni. Ziemniaki będą do wyrzucenia.
- Możemy chyba zacząć jeść?
Nagle poczuła niczym nieuzasadnioną złość. Czyżby odczytała słowa syna jako brak lojalności, czy też może nagle zrozumiała, że stało się coś złego?
Usiedli do stołu. Harry znów pojawił się na parkingu ze swoim traktorem, Berit pomyślała, że wróci do tematu odśnieżania, ale zrezygnowała, kiedy zobaczyła minę chłopca.
Ziemniaki były rzeczywiście zimne, ale mięso kruche i jeszcze ciepłe. Po kolacji Justus w milczeniu sprzątnął ze stołu. Śledziła wzrokiem jego mechaniczne ruchy. O dwa rozmiary za duże jeansy wisiały na nim, ledwo się opierały na pośladkach. Jesienią stopniowo zmienił sposób ubierania się, zaczął też słuchać innej muzyki. Od grzecznego angielskiego popu, którego Berit niejednokrotnie też z przyjemnością słuchała, przeszedł do ostrego, surowego rapu o agresywnym brzmieniu. Jego nowy sposób ubierania się miał związek z muzyką, której teraz słuchał.
Zerknęła na wiszący na ścianie zegar. Dochodziła dziewiąta. Teraz wiedziała już na pewno, że czeka ją długa noc. Bardzo długa.
2
2
Przyglądał się kobiecie, która siedziała za kierownicą autobusu. Prowadziła mało płynnie. Podjeżdżała za blisko innych samochodów, zbyt gwałtownie przyspieszała, a potem nagle hamowała.
- Baby - zamruczał pod nosem niezadowolony.
Autobus był w połowie pełen. Przed nim siedział jakiś obcokrajowiec. Imigrant. Pewnie Irańczyk albo Kurd. Niekiedy miał wrażenie, że niemal połowa okolicznej ludności to czarnuchy. Trzy miejsca dalej siedziała Gunilla. Uśmiechnął się, kiedy zobaczył przed sobą jej kark. Zawsze należała do najładniejszych dziewczyn w szkole, miała długie, kręcone jasne włosy i błyszczące oczy, ledwie widoczne spod długiej grzywki. Teraz wyglądała trochę jak troll, szczególnie kiedy się śmiała. Jej włosy straciły dawny blask.
Autobus zbliżał się do ronda ze zbyt dużą prędkością, zahamował tak gwałtownie, że stojący obok drzwi pasażerowie polecieli na siebie. Torba, którą miał na ramieniu, uderzyła Gunillę w głowę, kobieta się odwróciła. Jest taka jak dawniej, ale jednak inna, pomyślał, patrząc na jej przerażoną, ale i lekko oburzoną minę. Ileż to razy widział ją w podobnej pozycji, z lekko odwróconą do tyłu głową. Wtedy jednak było w jej oczach coś figlarnego, jakby kusiła tego, na kogo patrzyła. Na Vincenta nigdy tak nie patrzyła. W ogóle rzadko go zauważała.
- Nigdy - wymamrotał pod nosem. - Mnie nigdy nie kusiła.
Nagle zrobiło mu się niedobrze.
- Wysiadaj, żebym nie musiał cię dłużej oglądać! - syknął. Siedzący przed nim Irańczyk miał łupież.
Autobus przedzierał się mozolnie przez uliczny ruch.
Gunilla utyła, zrobiła się gruba. Figlarność w jej oczach zastąpiło zmęczenie.
- Wysiadaj! - syknął ponownie Vincent.
Siedział wpatrzony w jej głowę. Kiedy autobus mijał lokal, w którym w czasach jego dzieciństwa był skup złomu Uno Lantza, a który teraz został zamieniony na nowoczesne biuro, przyszedł mu do głowy pewien pomysł. To chore, pomyślał. Totalnie chore, ale i cholernie cudowne.
Roześmiał się. Irańczyk odwrócił się i też zaczął się śmiać.
- Masz łupież - powiedział Vincent.
Irańczyk skinął głową i uśmiechnął się jeszcze szerzej.
- Łupież - powtórzył Vincent głośniej.
Gunilla, podobnie jak garstka innych pasażerów, odwróciła się. Vincent schylił głowę. Zaczął się pocić. Wysiadł przy autobusowej kafejce, zatrzymał się, stał chwilę na chodniku. Autobus pojechał dalej Kungsgatan. Vincent przyglądał się swoim stopom. Zawsze wysiadał za wcześnie. Moje biedne stopy, pomyślał. I biedny ja.
Stopy zaprowadziły go w stronę Bang?rdsgatan, w dół do rzeki, a potem w stronę mostu Nybron. Stał tam z rękami opuszczonymi biernie wzdłuż ciała. Tylko jego oczy się poruszały. Wszyscy zdawali się gdzieś spieszyć. Ale Vincent Hahn mógł sobie pozwolić, by robić wszystko we własnym tempie. Spoglądał w dół na czarną wodę. Był siedemnasty grudnia 2001 roku. Jak zimno, pomyślał, czując, jak pot zastyga mu na plecach.
- Biedni talibowie - powiedział głośno. - Wszyscy jesteśmy biedni.
Ruch za jego plecami gęstniał. Na moście przybywało ludzi. Uniósł głowę, spojrzał w stronę kina Spegeln. Na zewnątrz, na ulicy, zebrał się tłum ludzi. Zorganizowany protest czy może zdarzył się wypadek? Jakaś kobieta śmiała się głośno. Pewnie po prostu jakiś zabawny film. Śmiech. Ludzie przed kinem po drugiej stronie ulicy sprawiali wrażenie śmiejącej się demonstracji.
Dzwony katedry wybiły szóstą; sprawdził godzinę na swoim zegarku. Uśmiechnął się triumfująco w stronę kościelnej wieży. Zegar spieszył się o pięćdziesiąt pięć sekund. Chłód i zimny wiatr znad rzeki skłoniły go do przejścia na drugą stronę ulicy, skierował się w stronę rynku, Stora Torget.
- To było tak straszne, że nawet się nie odważyłem... - Usłyszał głos jakiegoś przechodnia, odwrócił się zaintrygowany. Chętnie posłuchałby dalszego ciągu opowieści. Co mogło być takie straszne? - zastanawiał się.
Zatrzymał się, spojrzał na mężczyznę, który - jak sądził - wypowiedział te słowa.
Niedługo będzie jeszcze gorzej, miał ochotę wykrzyczeć. Dużo gorzej.
3
3
Ola Haver słuchał żony z rozbawionym uśmiechem.
- Z czego się śmiejesz? - spytała.
- Z niczego - powiedział, broniąc się.
Rebecka Haver żachnęła się.
- Mów dalej, chętnie posłucham - powiedział, sięgając po solniczkę.
Spojrzała na niego, nie mogąc się zdecydować, czy kontynuować opowieść.
- Facet stanowi zagrożenie dla społeczeństwa - stwierdziła, wskazując na zdjęcie w gazetce samorządowej.
- Więc trzeba coś z tym zrobić.
Rebecka pokręciła głową, wskazując cały czas palcem na twarz brodatego działacza samorządowego.
Nie chciałbym się znaleźć na jej celowniku, pomyślał Haver.
- Chodzi o ludzi starych i słabych, którzy albo nie potrafią, albo boją się mówić w swojej sprawie.
Haver słyszał to już wiele razy, jej wypowiedzi zaczynały go męczyć. Znów sięgnął po solniczkę.
- Sól jest niezdrowa - upomniała go Rebecka.
Spojrzał na nią, odstawił solniczkę, sięgnął po łyżeczkę i w milczeniu dokończył jeść gotowane zbyt długo jajko. Ugotowało się na twardo.
Wstał, sprzątnął po sobie, wstawił filiżankę, talerzyk i podstawkę do jajka do zmywarki, starł pospiesznie blat i zgasił światło nad kuchenką. Po wykonaniu tych rutynowych czynności zwykle zerkał na termometr, tego ranka jednak zatrzymał się na środku kuchni. Coś powstrzymywało go przed podejściem do okna, jakby jakaś niewidzialna ręka. Rebecka rzuciła mu pospieszne spojrzenie, ale zaraz wróciła do swojej lektury. Wtedy zrozumiał. Po sprawdzeniu temperatury na zewnątrz zwykle pochylał się nad żoną, całował ją w czubek głowy i mówił kilka miłych słów. Zawsze tak było, każdego ranka, kiedy siadali razem do śniadania.
Tym razem zawahał się, czy raczej jego ciało się zawahało, odmówiło zrobienia dwóch kroków do okna. Poczuł się zmieszany.
Rebecka przestała czytać, obserwowała go z zawodową wręcz uwagą, nabytą podczas lat pracy na oddziałach opieki. Haver schylił się, jakby chciał zamknąć zmywarkę, ale zmywarka była już zamknięta.
- Coś się stało?
- Nie, wszystko w porządku, po prostu się zamyśliłem.
- Boli cię głowa?
Zaprzeczył. Całą jesień dręczyły go powracające napady niezwykle ostrego bólu głowy, ale od ostatniego minęło już dobrych kilka tygodni. Czyżby zauważyła jego wahanie? Nie sądził.
- Dzisiaj do wydziału zabójstw przychodzi nowy pracownik. Z Göteborga.
- Rozbrójcie go - ucięła Rebecka.
Nie zamierzał jej odpowiadać, nagle zaczęło mu się spieszyć. Wyszedł z kuchni i zniknął w sąsiednim pokoju, pełniącym funkcję gabinetu i biblioteki.
- Wrócę późno - rzucił po chwili już z garderoby.
Odsunął na bok dres i sweter, który kiedyś zrobiła mu Rebecka. Pod stosem kartonów leżała foliowa torba z KappAhla. Sięgnął po nią, zasunął drzwi i szybkim krokiem przeszedł przez kuchnię.
- Wrócę późno - powtórzył.
Zatrzymał się na chwilę w holu, otworzył drzwi i szybko wyszedł w chłodny grudniowy poranek. Zaczerpnął powietrza i ruszył przed siebie z pochyloną głową.
Grudzień. Czas ciemności. Rebece ta ciemność wydawała się bardziej nieprzenikniona niż kiedykolwiek wcześniej. Nie przypominał sobie, żeby kiedyś była tak bardzo przygnębiona. Obserwował jej próby zachowania spokoju, ale pod cienką powierzchnią drzemały jesienne lęki, czy cokolwiek to było, szarpiąc i rwąc cienką błonkę, którą naciągnęła na swoją zmęczoną twarz.
W powietrzu wirowały pojedyncze płatki śniegu. Zobaczył Josefssona spod trójki, który szedł na spacer ze swoim pudlem. Sąsiad, który podziwiał policjantów i zawsze jak najlepiej się o nich wyrażał, uśmiechnął się do niego i rzucił coś o zbliżającej się zimie. Haver, który kiepsko znosił entuzjazm Josefssona i jego wylewność, wymamrotał coś o czekających wszystkich trudnych tygodniach.
Pomyślał o Rebece. Powinna wrócić do pracy. Brakowało jej ludzi, codziennej dawki stresu, kontaktu z pacjentami i kolegami z pracy. Wieczorne pogawędki, kiedy opowiadali sobie o wydarzeniach dnia, zostały zastąpione gderaniem i narzekaniem, oczekiwaniem na coś, co być może się zdarzy. I sprawi, że ich życie nabierze nowego sensu. Kiedy na świat przyszła Sara, ich drugie dziecko, ich życie nagle zostało pozbawione napięcia, które zawsze dodawało ich związkowi pewnej pikanterii.
Obok zawodowej rutyny pojawiła się teraz rutyna w domu, senna pustka. Był czas, kiedy wracał do domu z radością. Tęsknił za Rebecką, chciał być blisko niej.
Czy wina leżała wyłącznie po jej stronie? Dużo o tym myślał. Sammy Nilsson, jego kolega z wydziału zabójstw, uważał, że to oznaka starzenia się. "Przeżywacie kryzys wieku średniego, kiedy pary odkrywają, że lepiej już było", powiedział kiedyś z uśmiechem na ustach. "Bzdura", skwitował wtedy jego wynurzenia Haver. Teraz jednak nie był już tego taki pewien. Kochał Rebeckę, kochał ją od pierwszej chwili, kiedy się poznali. Ale czy ona kochała jego? Ostatnio odkrył nowy rys niezadowolenia na jej twarzy. Jakby patrzyła na niego nowymi oczami. To prawda, że od czasu, kiedy Ann Lindell poszła na urlop macierzyński, więcej pracował, ale wcześniej też mu się to zdarzało, tylko że wtedy Rebecka nie miała większych zastrzeżeń.
Zadzwoniła jego komórka.
- Cześć, to ja - odezwał się szef wydziału zabójstw, Ottosson. - Zapomnij o dzisiejszym strzelaniu, mamy umarlaka.
Haver zatrzymał się. Pudel Josefssona zaczął obszczekiwać labradora spod piątki.
- Gdzie? - spytał.
- W Librobäck. Facet wyszedł biegać i trafił na trupa.
- Wyszedł biegać?
Spojrzał na horyzont, słońce ledwie zdążyło wstać. Ludzie naprawdę uprawiali jogging o tak wczesnej porze i w taką pogodę?
- Technicy są w drodze - ciągnął Ottosson.
W jego głosie słychać było zmęczenie, a nawet lekki brak zainteresowania, jakby codziennie jakiś biegający zapaleniec natrafiał na trupa.
- Morderstwo?
- Najprawdopodobniej - powiedział Ottosson, ale zaraz się poprawił. - Zdecydowanie tak. Ciało zostało okaleczone. - Haver słyszał nutkę beznadziei w głosie szefa.
To nie zmęczenie, tylko poczucie bezradności wobec tkwiącego w ludziach zła sprawiało, że głos szefa brzmiał obojętnie.
- Gdzie w Libro?
- Zaraz za wyjazdem z miasta, po prawej stronie, obok gminnych magazynów.
Haver otworzył drzwi samochodu. Próbował sobie przypomnieć, jak wyglądało przedłużenie Börjegatan.
- Przy stacji kontroli pojazdów?
- Dalej. Tam, gdzie gmina zwykle wywozi śnieg.
- Już wiem. Kto zajmuje się sprawą?
- Fredriksson i Bea.
Zakończyli rozmowę. Powiedział Rebece, że wróci późno, teraz już nie miał co do tego żadnych wątpliwości, chociaż powód był inny niż jeszcze przed kwadransem. Zamiast iść na zebranie związku zawodowego policjantów, czeka go praca. Sprawy związkowe będę musiał odłożyć na później. Podobnie jak wyprawę na strzelnicę.
John Harald Jonsson bardzo krwawił. Jego jasna kurtka była przesiąknięta krwią. Śmierć zapewne była dla niego wybawieniem. U prawej ręki brakowało trzech palców, zostały odcięte na wysokości drugiego stawu. Na szyi były ślady po oparzeniach, ciemne wylewy i krwiaki na twarzy dawały pojęcie o jego cierpieniach.
Policyjny technik, Eskil Ryde, stał jakiś metr od ciała i patrzył gdzieś na północ. Haver pomyślał, że przypomina Seana Connery'ego. Ponure spojrzenie, lekki zarost, wysokie czoło. Spoglądał w dal, jakby miał nadzieję, że gdzieś tam, na równinie wokół Uppsali, znajdzie odpowiedź. Tak naprawdę przypatrywał się startującemu samolotowi Viggen.
Beatrice i Fredriksson przykucnęli obok ciała. Z zachodu wiał silny wiatr. Funkcjonariusz w mundurze wygradzał teren taśmą policyjną. Wokół unosił się słodkawy zapach. Haver obejrzał się do tyłu.
Fredriksson podniósł wzrok, skinął mu głową.
- Mały John - powiedział.
Haver też zdążył już rozpoznać ofiarę. Kilka lat temu natknął się na Małego Johna, zajmując się sprawą, w którą był zamieszany jego brat. To on podał Johna jako swoje alibi. Haver zapamiętał go jako sympatycznego chłopaka, byłego drobnego złodziejaszka, który jednak nigdy nie stosował przemocy. Jak można było się spodziewać, potwierdził zeznania brata. Haver był przekonany, że kłamał, ale nie potrafił podważyć jego słów. W zeznaniach Lennarta Jonssona nie było luk.
Haver przypomniał sobie, że rozmawiali wtedy o rybach. Mały John pasjonował się rybami akwariowymi, a od tego do wędkarstwa nie było już daleko.
- Niech to szlag - rzuciła Beatrice, podnosząc się z wyraźnym wysiłkiem.
Przy poboczu zatrzymał się wóz Ottossona. Trójka funkcjonariuszy przyglądała się, jak szef rozmawia z gapiami, którzy już zdążyli się zebrać jakieś pięćdziesiąt metrów dalej przy drodze krajowej numer 272. Gestem ręki pokazywał, że pobocze nie służy do parkowania samochodów.
- Gdzie jest nasz sportowiec? - spytał Haver, rozglądając się dookoła.
- Na pogotowiu. Poślizgnął się, kiedy wybiegł na jezdnię, żeby zatrzymać przejeżdżający samochód. Niewykluczone, że złamał rękę.
- Został przesłuchany?
- Tak. Mieszka w Luthagen i biega tu każdego ranka.
- W tym śniegu?
- Biega ścieżką rowerową, w tym miejscu zwykle zawraca. Najpierw jednak trochę ćwiczy i wtedy schodzi z jezdni. Tak nam tłumaczył.
- Widział coś?
- Nic.
- Ciało leży tu od wczorajszego wieczoru - przerwał im technik.
- Są ślady kół?
- Całe mnóstwo - powiedziała Beatrice.
- Ciężarówki zwożą tu śnieg z całego miasta - dodał Fredriksson.
- To już zrozumiałem - wszedł mu w słowo Haver.
Przyjrzał się dokładniej ciału. Mały John został pobity. I nie było to przypadkowe pobicie. Ktoś zrobił to z premedytacją albo w napadzie furii. Ślady po oparzeniach, pewnie po papierosach, były bardzo wyraźne. Haver schylił się i zaczął się przyglądać nadgarstkom mężczyzny. Ciemno czerwone ślady świadczyły o tym, że ofiara miała mocno związane ręce.
Kikuty palców były czarne. Cięcie było dokładne, zapewne zrobione ostrym nożem, może nożyczkami albo obcęgami.
Haver zobaczył idącego powoli Ottossona i ruszył mu na spotkanie.
- Mały John - stwierdził.
Szef skinął głową. Wyglądał zaskakująco świeżo. Może to zasługa porannego powietrza?
- Słyszałem, że został okaleczony - wyjaśnił po chwili.
- Jakież to ważne wiadomości mógł posiadać Mały John? - zastanawiał się Haver.
- Co masz na myśli?
- Mam wrażenie, że go torturowano.
Nagle pomyślał o rybkach, które John hodował. Piranie. Wzdrygnął się na samą myśl.
Ottosson zamruczał coś pod nosem. Kolejny podmuch wiatru zmusił ich do podniesienia głów. Haver nadal był pochłonięty własnymi myślami. Czuł się rozkojarzony, nieprofesjonalny.
- Wygląda mi to na porachunki.
Ottosson wyjął dużą kraciastą chustkę, wytarł głośno nos.
- Cholerny wiatr. Na miejscu są jakieś ślady?
- Jak dotąd niczego nie znaleźliśmy. Prawdopodobnie został tu przywieziony samochodem.
- Jest otwarty - powiedział szef, wskazując głową w stronę szlabanu, który rzeczywiście był niedomknięty. - Często tędy przejeżdżam, ale nigdy nie widziałem, żeby ktoś tu wjeżdżał, chyba że zimą. Ciężarówki wysypują tu śnieg.
Haver wiedział, że Ottosson ma letni domek położony niedaleko miasta, gdzieś przy Gysingevägen.
- Dlaczego tu przyjechałeś? - zawołał za szefem.
Ottosson rzadko pojawiał się osobiście na miejscu zbrodni.
- Zatrzymałem Małego Johna, kiedy miał szesnaście lat. To był jego pierwszy kontakt z policją.
- A teraz ile ma lat?
- Skończył czterdzieści dwa - rzucił Ottosson i ruszył do samochodu.
Koniec wersji demonstracyjnej