Jednem z najciekawszych studjów dla miłośników Balzaca jest
śledzić ów osobisty pierwiastek, który, w mniejszym lub większym
stopniu, wciska się we wszystkie jego dzieła. Wszędzie odnajdujemy
strzępy jego duszy, jego cierpień, marzeń, czasem przekształcone do
niepoznaki, czasem w przejrzystem przebraniu. Jednym z takich
utworów opartych na bardzo autentycznem przeżyciu pisarza, jest
Księżna de Langeais.
Kiedy Balzac ogłosił pierwsze swoje pisma, zwróciły nań
uwagę przedewszystkiem kobiety. Było w jego ujęciu spraw kobiecych
- jak wogóle spraw życia - coś nowego, wyłamującego się z
dotychczasowych formuł. Życie w całem bogactwie zjawisk, ze
wszystkiemi komplikacjami, ze wszystkiemu drobiazgami,
przemilczanemi wprzódy a odgrywającemi taką rolę, wciskało się z
nim do literatury. Kobiety uczuły w nim od pierwszej chwili swego
przyjaciela, obrońcę, zarazem coś w rodzaju lekarza lub
spowiednika. Toteż listów, które poczta przynosiła na biurko
Balzaka, było mnóstwo. Wśród nich znalazł się w roku 1831 jeden, który ściągnął
uwagę pisarza i skłonił go do odpowiedzi. Skreślony
arystokratycznem pismem, nosił romansowy podpis: "Kobieta, która
nie chce się dać poznać..." List ten, obok wyrazów entuzjazmu,
zawierał zarzuty natury moralnej, tyczące zwłaszcza
Fizjologji małżeństwa i
Jaszczura; a także subtelne uwagi i krytyki, ciekawsze dla
pisarza od pochwał, do których przyzwyczaiły go wielbicielki. Wywiązała się korespondencja; wreszcie, po paru listach,
nieznajoma, na stanowcze żądanie pisarza, zdjęła maskę. Była to
margrabina (później księżna) de Castries, jedna z
najarystokratyczniejszych gwiazd dzielnicy
Saint-Germain, osoba stojąca blisko Dworu. W pełnym
wdzięku bileciku zaprosiła pisarza, aby ją odwiedził w jej pałacu.
Księżna miała wówczas trzydzieści kilka lat. Nieszczęśliwy wypadek
na polowaniu (złamanie kręgosłupa) sprawił, iż większą część życia
spędzała w nawpół leżącej pozie na kanapie. Cierpienie to dawało
tej pięknej twarzy bolesny i oryginalny urok. Wejście w ten arystokratyczny salon było wielkiem
wydarzeniem dla Balzaka, który miał dotąd w swojem życiu jedną
księżnę, ale napoleońską, a to gruba różnica! To było ukoronowaniem
jego młodzieńczych marzeń o blasku, wykwincie, najwyższej
kobiecości. Balzac zakochał się w pani de Castries. Znajomość ta wywarła wpływ i na jego kierunek myślenia.
Miłość do tej wielkiej damy rozwinęła w nim owe reakcyjne sympatje,
tak kłócące się nieraz z duchem nowoczesności, który bije z jego
dzieła. Usiłował pod tym sztandarem wejść w czynną politykę, ale,
szczęściem dla literatury, kandydatura jego do Izby upadła. I
zewnętrznie stara się Balzac upodobnić do swoich wysokich
znajomości. Ten grubas przedzierzga się w eleganta, nosi
olśniewające kamizelki, błękitny frak ze szczerozłotemi guzikami,
ma powozik, jeździ konno, ma w Operze stałe miejsce w
loży lwów, oddaje księżnej mnóstwo czasu, na który jest
tak skąpy. W jaki sposób łączy ten tryb życia z niewiarogodną
płodnością pisarską, którą rozwija właśnie w tych latach, to należy
do tajemnic genjuszu Balzaca. Kiedy, w lecie r. 1832, księżna udaje
się do Aix, Balzac podąża tam na jej skinienie, ale w ślad za nim
biegną jego zobowiązania, rozpoczęte prace, korekty. Aby
wszystkiemu nadążyć, wstaje o piątej rano, pracuje do piątej po
południu podtrzymując się czarną kawą; od szóstej wieczór jest na
usługi swej damy. Czytając
Księżnę de Langeais, możemy sobie odtworzyć wszystkie
burze, jakie miotały tym namiętnym, niecierpliwym i ambitnym
człowiekiem, spętanym w niewidzialne siatki dystyngowanej, moralnej
i platonicznej miłości; podobnie jak czytając
Córkę Ewy, mogliśmy sobie zdać sprawę, jak uciążliwą i
kosztowną jest, dla człowieka piórem zarabiającego na życie,
próżniacza miłość wielkiej damy. Wreszcie Balzac wydziera się.
Zerwanie nastąpiło w najmniej oczekiwanej chwili. Pani de Castries
i szwagier jej, książę de Fitz-James, zaproponowali pisarzowi
wspólną podróż do Włoch, ofiarując mu miejsce w swoim powozie.
Balzac przyjmuje z entuzjazmem, mała gromadka wyjeżdża z Aix w
październiku r. 1832. Co zaszło w drodze, nie wiadomo; dość, że w
Szwajcarji Balzac wynajduje jakiś pretekst wzywający go pilno do
Paryża i w sposób nader gwałtowny opuszcza towarzystwo. Wraca do
swej samotni i zanurza się w pracy. Praca ocaliła go, pozwoliła mu
przebyć ten ciężki okres życia, którego ślady - jak twierdzi -
zachował w sercu długo. W kilka lat potem pisze: "Trzeba było
pięciu lat cierpień, aby moja tkliwa natura oderwała się od tej
natury z żelaza... Ten stosunek, to była jedna z największych
zgryzot mego życia... Ja jeden wiem, ile jest straszliwej prawdy w
Księżnej de Langeais..." U człowieka z wyobraźnią Balzaka nigdy się napewno nie
wie, w jakim stopniu należy brać dosłownie jego zwierzenia. Faktem
jest, że nie upłynął rok od tych wydarzeń, jak Balzac wymieniał (na
niewidziane coprawda) słowa miłości z
Cudzoziemką, Ewą Hańską, z którą niebawem miał przeżyć
słodkie chwile szczęścia w Genewie. Tam też, w czasie wspólnego
pobytu, napisał prawie w całości ten utwór. Ewa Hańska i pod tym
względem odegrała znaczną i dobroczynną rolę w życiu Balzaka:
miłość jej, która oprócz upojeń serca dawała pełne zadowolenie jego
ambicjom i słabostkom, pomogła mu zapomnieć o ranach, jakie sercu
jego i dumie zadała pani de Castries. Czy Balzac nie za surowo osądził swoją wielką damę?
Najlepszy znawca wszystkiego co tyczy Balzaka, Marceli Bouteron,
zwierzył mi na ucho domysł, że księżna de Castries poprostu wskutek
swego nieszczęśliwego wypadku skazana była na platonizm, który
Balzac odczuł jako bolesną zniewagę. Czy się bawiła miłością
genjalnego plebejusza, który musiał ją zapewne razić niejednem, jak
później raził przywiązaną doń szczerze Ewę, czy też podzielała jego
wzruszenia? Któż to dziś rozstrzygnie! To pewna, że jako artysta
Balzac zawdzięcza pani de Castries dużo. Stała się dlań idealnym
modelem, wedle którego stworzył swoje najrasowsze typy kobiece.
Otworzyła mu arystokratyczny Olimp, który w dziele Balzaka tyle
zajmuje miejsca. W godzinach cierpień które mu zadawała, pisarz
mógł skutecznie dumać nad warunkami społecznemi, stanowiącemi siłę
i słabość owego błyszczącego świata. Bezpośrednio z tych przeżyć
powstała
Księżna de Langeais, która pierwotnie nosiła wymowny
tytuł:
Ne touchez pas la hache (Nie dotykać siekiery). Po powrocie księżnej z Włoch, Balzac zachował z panią de
Castries (ku wielkiej zgryzocie pani Hańskiej) towarzyskie
stosunki, coprawda dość dalekie. Gdy ukończył
Księżnę de Langeais, odczytał ten utwór w jej salonie w
obecności kilku osób. Księżna wysłuchała spokojnie; z salonowem
wyrobieniem, nie zdradziła niczem, aby poznała osoby tej noweli. Po
ukończeniu lektury obsypała pisarza komplementami, ale nie wpłynęło
to dodatnio na ich wzajemny stosunek. Istotnie, wobec tego że
komentarz do
Księżnej de Langeais znajdował się na ustach całego
Paryża, niedyskrecje zawarte w tym utworze mogą się wydać dosyć
śmiałe. Sam Balzac bezpośrednio po napisaniu wysoko cenił ten
utwór. "
Księżna de Langeais (pisze do pani Hańskiej) kosztuje mnie
więcej niżbym ci zdołał powiedzieć. Mojem zdaniem, to jest
kolosalne jako praca, ale nie będzie ocenione przez tłum". "Mój aniele (pisze w innym liście), będziesz drżała z
pewnością czytając
Nie dotykać siekiery, bo to jest, w zakresie kobiecości,
największe ze wszystkiego co dotąd napisałem. Żadna kobieta z owego
świata nie umywa się do tego..."
Księżna de Langeais stanowi drugie opowiadanie z cyklu
owej "kryminalnej"
Historji Trzynastu, której część pierwszą tworzy
Ferragus, a ostatnią
Dziewczyna o złotych oczach. Czyż trzeba powtarzać
wszystkie wątpliwości, jakie nam nastręcza ta romantyczna trylogja?
Występują tu one tem jaskrawiej przez połączenie osobistego
przeżycia z najbardziej wybujałą fantazją. Generał de Montriveau,
to sam Balzac w nader przejrzystej transpozycji; zemsta generała,
to jego własna zemsta, jaką zapewne roił sobie w chwilach lwiej
wściekłości. Ale u niego, jako u pisarza, skończyło się na...
atramencie. To jego rozpalone żelazo. Nie zawsze przebranie to jest
szczęśliwe; co może mieć naiwny wdzięk u wielkiego artysty, w tem
nie bardzo jest do twarzy generałowi artylerji. Trudno nam też nie
dziwić się, co ten człowiek, którego Balzac czyni swoim sobowtórem,
którego czyni wcieleniem prawości, lojalności, sumienia, co on robi
w tej szajce, "mającej stopy w salonie, ręce we wszystkich
żelaznych kasach, poddających bez skrupułu wszystko swojemu
zachceniu" (
Ferragues). Gotowość, z jaką Montriveau z lekkiem sercem
ofiarowuje się uczynić księżnę wdową, trochę mogłaby zastanowić w
tym żelaznym i kryształowym człowieku, "który wiedział, iż nic nie
może się sprzeciwić jego woli, może dlatego że chciał jedynie tego
co sprawiedliwe..." Ale w epoce Romantyzmu wszystko jest możliwe;
byłoby niedelikatnie przyciskać zbytnio do muru tego żelaznego
generała. No, i niebezpiecznie!
Księżna de Langeais to znowuż jeden z owych
Balzaków, w których widzimy najosobliwsze pomięszanie
elementów: drobiazgową i bystrą analizę, zaszczepioną na
fantastycznej awanturze. Stąd to niejednolite wrażenie: gdy Balzac
najbardziej chce nas przejąć grozą, czasem mimowoli musimy się
uśmiechnąć. I przyklaskujemy zdrowemu sądowi Ewy Hańskiej, gdy
pisze o tej książce w poufnym liście do brata:
...Początek, to wspaniałe studjum życia i rozwoju
społeczeństwa podnoszącego się zwolna z kataklizmu, w którem omal
nie zginęło. Ale poco ta scena na balu, ta groźba napiętnowania
rozżarzonem żelazem, posmak meloramatu wpleciony w to, co jest i
powinnoby zostać dramatem lub raczej tragedją serca... Pragnąłbym
usunąć całą część, gdzie autor wprowadza na scenę owych słynnych
trzynastu, którzy ani przez chwilę nie przestają być czemś
niedorzecznem i śmiesznem. Oto co chciałabym powiedzieć panu de
Balzac, gdyby to było możliwe, i jeżeli tylko ty podzielasz moją
opinję o tej niezwykłej książce, może znalazłabym odwagę, gdyż
wydaje mi się tak piękna mimo tych nieszczęśliwych ustępów, że to
jest dla mnie prawdziwie serdeczny ból nie móc jej widzieć taką
jaką powinnaby być, to znaczy oczyszczoną z tego co ja nazywam
rozhulaną wyobraźnią autora...
Warszawa, w czerwcu 1926.