Księżna de Langeais - Honoré de Balzac

Kup ebooka

12.50 zł
10.25 zł (9,79 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

KSIĘŻNA DE LANGEAIS

Franciskowi Lisztowi.

Istnieje w miasteczku hiszpańskiem, na wyspie na morzu Śródziemnem, klasztor Karmelitanek bosych, w którym reguła św. Teresy zachowała się w pierwotnej surowości reform wprowadzonych przez tę niepospolitą kobietę. Fakt ten jest ścisłą prawdą, mimo że mógłby się wydać osobliwy. Jakkolwiek klasztory na półwyspie, tak samo jak na kontynencie, uległy prawie wszystkie zniweczeniu lub wstrząśnieniu pod wpływem Rewolucji i wojen napoleońskich, wyspa ta znajdowała się stale pod ochroną marynarki angielskiej; toteż ani bogaty klasztor ani spokojni mieszkańcy nie ucierpieli od zamieszek i powszechnych grabieży. Wszelakiego rodzaju burze, które szalały w pierwszych piętnastu latach XIX wieku, złamały się o tę skałę, niezbyt odległą od brzegów Andaluzji. Imię Cesarza zahuczało zapewne i na tem wybrzeżu, ale wątpliwe jest, aby jego fantastyczny pochód tryumfalny, oraz płomienny, do meteoru podobny majestat jego życia, znalazły zrozumienie u świętych dziewic modlących się w klasztorze. Niezmącona ani na chwilę surowość tego schronienia wraziła je w pamięć katolickiego świata. Toteż czystość jego reguły ściągała tam ze wszystkich stron Europy smutne kobiety, których duma, wyzwolona ze wszystkich ludzkich więzów, wzdychała do powolnego samobójstwa na łonie Boga. Żaden klasztor nie nadawał się zresztą bardziej do owego zupełnego oderwania się od rzeczy ziemskich, jakiego wymaga życie zakonne. A przecie widzi się na kontynencie wiele klasztorów wspaniale zbudowanych w duchu swego przeznaczenia. Niektóre zagrzebane są w głębi najustronniejszych dolin; inne wznoszą się nad okrzesanemi górami lub przewieszone są nad przepaścią. Wszędzie człowiek szukał poezji nieskończoności, uroczystej grozy milczenia; wszędzie chciał się znaleźć bliżej Boga: szukał go na wierzchołkach, na dnie otchłani, na skalistych wybrzeżach, i znalazł go wszędzie. Ale nigdzie bardziej niż na tej wpół-europejskiej, wpół-afrykańskiej skale nie możnaby spotkać tylu harmonij, spływających w jedno ku podniesieniu duszy, zdolnych zatrzeć jej najboleśniejsze wspominki, stępić najżywsze wrażenia, wyżłobić zgryzotom głębsze łoże. Klasztor ten zbudowano na wybrzeżu, na skalistym cyplu, który, siłą jakiegoś potężnego wstrząsnienia, ścięty jest gładko od strony morza. Terasy jego, lekko wyżłobione przez falę, są niedostępne. Przystępu do skały bronią również niebezpieczne rafy, które ciągną się daleko i między któremi igra lśniąca fala śródziemnego morza. Trzeba tedy znajdować się na morzu, aby widzieć cztery rogi kwadratowego budynku, którego kształt, wysokość, okna, ściśle unormowane są klasztornemi przepisami. Od strony miasta, kościół zasłania w zupełności grube mury klasztoru, którego dach pokryty jest szerokiemi płytami, obojętnemi na wiatry, burze i działanie słońca. Kościół, wyrosły z hojności pewnej hiszpańskiej rodziny, wieńczy miasto. Jego strzelista i wdzięczna fasada przydaje wielkości i piękna temu nadmorskiemu miasteczku. Czy to nie jest cud ziemski, widok miasta, gdzie, nad amfiteatralnie stłoczonemi dachami piętrzącemi się nad portem, góruje wspaniały portal z gotyckim tryglifem, z dzwonnicami, wieżyczkami i strzelistą koronką z kamienia? Religja górująca nad życiem, przypominająca bezustanku ludziom ich cel i środki: obraz nawskroś hiszpański! Rzućcie ten krajobraz w pełne morze Śródziemne, pod palące niebo; przydajcie doń kilka palm, nieco drzew skarłowaciałych ale żywych, splatających swoje zielone, kołyszące się na wietrze gałęzie z rzeźbionem listowiem martwej architektury. Spójrzcie na pianę morską bielącą rafy i odcinającą się od szafiru wód; podziwiajcie krużganki, terasy wznoszące się na szczycie każdego domu, gdzie mieszkańcy przychodzą oddychać wieczornym chłodem wśród kwiatów, wśród wierzchołków drzew wyrastających z małych ogródków. Dalej, w porcie, kilka żagli. Wreszcie, w ciszy zapadającej nocy, wsłuchajcie się w muzykę organów, śpiewów kościelnych i cudownego głosu dzwonów na pełnem morzu. Wszędzie hałas i spokój; ale najczęściej spokój wszędzie. Wnętrze kościoła podzielone było na trzy mroczne i tajemnicze nawy. Gwałtowne wichry nie pozwoliły zapewne architektowi wznieść owych strojących prawie wszystkie katedry kabłąków, między któremi znajdują się kaplice. Mury, zamykające budowlę, nie miały wcale okien. Te grube mury przedstawiały się z zewnątrz jako szara masa, wsparta w pewnych odstępach olbrzymiemi poprzecznemi szkarpami. Główna nawa oraz jej dwa boczne krużganki otrzymywały tedy całe światło przez różę o kolorowych witrażach, umieszczoną kunsztownie nad portalem, którego szczęśliwe położenie pozwoliło na przepych kamiennych koronek oraz na ozdoby właściwe stylowi nieściśle zwanemu gotykiem. Większa część trzech naw była otwarta dla mieszkańców, którzy chodzili tam na mszę i na nieszpory. Chór oddzielony był kratą, za którą wisiała ciemna zasłona, nieco rozwarta w środku, tak aby można było widzieć jedynie księdza i ołtarz. Kratę dzieliły w równych odstępach filary, które dźwigały galerję oraz organy. Budowa ta, w harmonji ze stylem kościoła, wyrażała się na zewnątrz w rzeźbionych drewnianych kolumienkach, podtrzymywanych przez pilastry wielkiej nawy. Ciekawemu, który byłby dość śmiały aby się wspiąć na wąską balustradę, niepodobnaby było dojrzeć coś więcej, niż długie ośmiokątne i kolorowe okna, umieszczone w równych odstępach dokoła wielkiego ołtarza. Podczas wyprawy francuskiej, podjętej do Hiszpanji celem przywrócenia władzy Ferdynanda VII, oraz po wzięciu Kadyksu, francuski generał, przybyły na wyspę dla wprowadzenia rządów królewskich, został dłużej dla obejrzenia tego klasztoru i znalazł sposób aby się tam dostać. Przedsięwzięcie było w istocie drażliwe. Ale był to człowiek gorącego temperamentu, człowiek którego całe życie było, aby tak rzec, pasmem poezji w czynie, i który przeżywał romanse zamiast je pisać; przedewszystkiem zaś człowiek z energją: musiała go tedy kusić rzecz na pozór niemożliwa. Kazać sobie legalnie otworzyć bramy żeńskiego klasztoru! Zalewie papież lub arcybiskup mogliby na to pozwolić. Użyć podstępu lub siły? W razie niedyskrecji, czyż to nie znaczyło zniweczyć swoje stanowisko, całą karjerę, i w dodatku chybić celu? Książę d'Angoul?me był jeszcze w Hiszpanji; ze wszystkich zaś błędów, jakich mógł się dopuścić ulubieniec naczelnego wodza, ten jeden spotkałby się z bezlitosną karą. Generał ów postarał się o swoją misję, aby uczynić zadość tajemnej ciekawości, mimo że nigdy ciekawość nie była bardziej beznadziejna. Ale ta ostatnia próba była sprawą jego sumienia. Ów klasztor Karmelitanek był to jedyny hiszpański klasztor, który umknął się jego poszukiwaniom. W czasie przeprawy, która nie trwała ani godziny, zrodziło się w jego duszy przeczucie pełne nadziei. Następnie, mimo że ujrzał jedynie mury klasztorne, mimo że nie widział nietylko zakonnic ale nawet ich sukien i słyszał jedynie liturgiczne śpiewy, odkrył w tych murach i w tych śpiewach lekkie oznaki, które usprawiedliwiły jego wątłą nadzieję. Słowem, mimo że jego tak szczególnie zbudzone podejrzenia były nader błahe, nigdy namiętność ludzka nie przemawiała silniej, niż w tej chwili ciekawość generała. Bo też dla serca niema drobnych wydarzeń; ono wyolbrzymia wszystko; rzuca na tę samą wagę upadek czternastoletniego cesarstwa i upadek kobiecej rękawiczki; - i prawie zawsze rękawiczka waży więcej niż cesarstwo. Oto więc fakty w ich rzeczowej prostocie. Po faktach przyjdą uczucia. W godzinę po przybyciu generała, przywrócono na wyspie władzę królewską. Kilku Hiszpanów-konstytucjonalistów, zbiegłych tam nocą po wzięciu Kadyksu, wsiadło na statek, który generał pozwolił im wynająć, aby odpłynąć do Londynu. Nie było tedy ani oporu ani reakcji. Ten mały przewrót na wysepce nie mógł się obyć bez mszy, której musiały asystować dwie kompanje odkomenderowane na wyprawę. Nieświadom surowej klauzury Karmelitanek bosych, generał miał tedy nadzieję zdobyć w kościele jakieś wskazówki co do zakonnic zamkniętych w klasztorze, z których jedna była mu może droższa niż życie i cenniejsza niż honor. Nadzieje jego spotkały się z okrutnym zawodem. Msza odbyła się z niezwykłą pompą. Na intencję uroczystości, zasłony kryjące zwyczajnie chór rozwarto, dając podziwiać jego bogactwa, drogocenne obrazy i relikwie oprawne w klejnoty, których blask gasił srebrne i złote wota zawieszone przez marynarzy w nawie. Zakonnice schroniły się wszystkie na chórek obok organów. Jednakże, mimo tego pierwszego zawodu, podczas mszy dziękczynnej rozegrał się najbardziej tajemniczy i przejmujący dramat, jaki kiedykolwiek wstrząsnął sercem człowieka. Siostra grająca na organach wzbudziła taki entuzjazm, że żaden z wojskowych nie żałował, iż przyszedł na nabożeństwo. Nawet żołnierze byli zadowoleni, a oficerowie tonęli w prost w zachwycie. Co się tyczy generała, pozostał napozór spokojny i chłodny. Wrażenia, jakie obudziły w nim utwory wykonane przez mniszkę, są z rzędu tych, których nie dano jest wyrazić słowem. Słowa są tu bezsilne. Podobne śmierci, Bogu, wieczności, wrażenia takie dają się ocenić jedynie w tym nieuchwytnym punkcie w którym stykają się z człowiekiem. Szczególnym trafem, utwory te należały, zdaje się, do szkoły Rossiniego, twórcy, który wlał w swoją muzykę najwięcej namiętności i którego dzieła, ilością i rozmiarami, wzbudzą kiedyś cześć równą homerowej. Z dzieł, które stworzył ów wspaniały genjusz, mniszka widocznie znała najlepiej Mojżesza, zapewne dlatego że ton religijny dochodzi tam najwyższego napięcia. Może te dwa duchy, jeden głośny w Europie, drugi nieznany, spotkały się w odczuciu wspólnej poezji. Takie było mniemanie dwóch oficerów, prawdziwych dilettanti, którzy tęsknili z pewnością w Hiszpanji za teatrem Favart. Ale przy Te Deum niepodobna było nie poznać duszy francuskiej w akcencie, jakiego nagle nabrała ta muzyka. Tryumf arcy-chrześcijańskiego króla budził wyraźnie najwyższą radość w sercu zakonnicy. Z pewnością była to Francuska. Niebawem, poczucie ojczyzny buchnęło, trysnęło niby snop światła w zewie organów, w który mniszka wplotła motywy oddychające wykwintem paryskiego smaku, barwiąc je nieznacznie tonami naszych najpiękniejszych narodowych melodyj. Ręce hiszpańskie nie byłyby wlały w ten wdzięczny hołd złożony orężowi francuskiemu tyle ciepła, które do reszty ujawniło francuskie pochodzenie grającej. - Wszędzie tedy jest Francja? rzekł jeden z żołnierzy.

CIĄG DALSZY TEKSTU W PEŁNEJ WERSJI

Od tłumacza

Jednem z najciekawszych studjów dla miłośników Balzaca jest śledzić ów osobisty pierwiastek, który, w mniejszym lub większym stopniu, wciska się we wszystkie jego dzieła. Wszędzie odnajdujemy strzępy jego duszy, jego cierpień, marzeń, czasem przekształcone do niepoznaki, czasem w przejrzystem przebraniu. Jednym z takich utworów opartych na bardzo autentycznem przeżyciu pisarza, jest Księżna de Langeais.

Kiedy Balzac ogłosił pierwsze swoje pisma, zwróciły nań uwagę przedewszystkiem kobiety. Było w jego ujęciu spraw kobiecych - jak wogóle spraw życia - coś nowego, wyłamującego się z dotychczasowych formuł. Życie w całem bogactwie zjawisk, ze wszystkiemi komplikacjami, ze wszystkiemu drobiazgami, przemilczanemi wprzódy a odgrywającemi taką rolę, wciskało się z nim do literatury. Kobiety uczuły w nim od pierwszej chwili swego przyjaciela, obrońcę, zarazem coś w rodzaju lekarza lub spowiednika. Toteż listów, które poczta przynosiła na biurko Balzaka, było mnóstwo. Wśród nich znalazł się w roku 1831 jeden, który ściągnął uwagę pisarza i skłonił go do odpowiedzi. Skreślony arystokratycznem pismem, nosił romansowy podpis: "Kobieta, która nie chce się dać poznać..." List ten, obok wyrazów entuzjazmu, zawierał zarzuty natury moralnej, tyczące zwłaszcza Fizjologji małżeństwa i Jaszczura; a także subtelne uwagi i krytyki, ciekawsze dla pisarza od pochwał, do których przyzwyczaiły go wielbicielki. Wywiązała się korespondencja; wreszcie, po paru listach, nieznajoma, na stanowcze żądanie pisarza, zdjęła maskę. Była to margrabina (później księżna) de Castries, jedna z najarystokratyczniejszych gwiazd dzielnicy Saint-Germain, osoba stojąca blisko Dworu. W pełnym wdzięku bileciku zaprosiła pisarza, aby ją odwiedził w jej pałacu. Księżna miała wówczas trzydzieści kilka lat. Nieszczęśliwy wypadek na polowaniu (złamanie kręgosłupa) sprawił, iż większą część życia spędzała w nawpół leżącej pozie na kanapie. Cierpienie to dawało tej pięknej twarzy bolesny i oryginalny urok. Wejście w ten arystokratyczny salon było wielkiem wydarzeniem dla Balzaka, który miał dotąd w swojem życiu jedną księżnę, ale napoleońską, a to gruba różnica! To było ukoronowaniem jego młodzieńczych marzeń o blasku, wykwincie, najwyższej kobiecości. Balzac zakochał się w pani de Castries. Znajomość ta wywarła wpływ i na jego kierunek myślenia. Miłość do tej wielkiej damy rozwinęła w nim owe reakcyjne sympatje, tak kłócące się nieraz z duchem nowoczesności, który bije z jego dzieła. Usiłował pod tym sztandarem wejść w czynną politykę, ale, szczęściem dla literatury, kandydatura jego do Izby upadła. I zewnętrznie stara się Balzac upodobnić do swoich wysokich znajomości. Ten grubas przedzierzga się w eleganta, nosi olśniewające kamizelki, błękitny frak ze szczerozłotemi guzikami, ma powozik, jeździ konno, ma w Operze stałe miejsce w loży lwów, oddaje księżnej mnóstwo czasu, na który jest tak skąpy. W jaki sposób łączy ten tryb życia z niewiarogodną płodnością pisarską, którą rozwija właśnie w tych latach, to należy do tajemnic genjuszu Balzaca. Kiedy, w lecie r. 1832, księżna udaje się do Aix, Balzac podąża tam na jej skinienie, ale w ślad za nim biegną jego zobowiązania, rozpoczęte prace, korekty. Aby wszystkiemu nadążyć, wstaje o piątej rano, pracuje do piątej po południu podtrzymując się czarną kawą; od szóstej wieczór jest na usługi swej damy. Czytając Księżnę de Langeais, możemy sobie odtworzyć wszystkie burze, jakie miotały tym namiętnym, niecierpliwym i ambitnym człowiekiem, spętanym w niewidzialne siatki dystyngowanej, moralnej i platonicznej miłości; podobnie jak czytając Córkę Ewy, mogliśmy sobie zdać sprawę, jak uciążliwą i kosztowną jest, dla człowieka piórem zarabiającego na życie, próżniacza miłość wielkiej damy. Wreszcie Balzac wydziera się. Zerwanie nastąpiło w najmniej oczekiwanej chwili. Pani de Castries i szwagier jej, książę de Fitz-James, zaproponowali pisarzowi wspólną podróż do Włoch, ofiarując mu miejsce w swoim powozie. Balzac przyjmuje z entuzjazmem, mała gromadka wyjeżdża z Aix w październiku r. 1832. Co zaszło w drodze, nie wiadomo; dość, że w Szwajcarji Balzac wynajduje jakiś pretekst wzywający go pilno do Paryża i w sposób nader gwałtowny opuszcza towarzystwo. Wraca do swej samotni i zanurza się w pracy. Praca ocaliła go, pozwoliła mu przebyć ten ciężki okres życia, którego ślady - jak twierdzi - zachował w sercu długo. W kilka lat potem pisze: "Trzeba było pięciu lat cierpień, aby moja tkliwa natura oderwała się od tej natury z żelaza... Ten stosunek, to była jedna z największych zgryzot mego życia... Ja jeden wiem, ile jest straszliwej prawdy w Księżnej de Langeais..." U człowieka z wyobraźnią Balzaka nigdy się napewno nie wie, w jakim stopniu należy brać dosłownie jego zwierzenia. Faktem jest, że nie upłynął rok od tych wydarzeń, jak Balzac wymieniał (na niewidziane coprawda) słowa miłości z Cudzoziemką, Ewą Hańską, z którą niebawem miał przeżyć słodkie chwile szczęścia w Genewie. Tam też, w czasie wspólnego pobytu, napisał prawie w całości ten utwór. Ewa Hańska i pod tym względem odegrała znaczną i dobroczynną rolę w życiu Balzaka: miłość jej, która oprócz upojeń serca dawała pełne zadowolenie jego ambicjom i słabostkom, pomogła mu zapomnieć o ranach, jakie sercu jego i dumie zadała pani de Castries. Czy Balzac nie za surowo osądził swoją wielką damę? Najlepszy znawca wszystkiego co tyczy Balzaka, Marceli Bouteron, zwierzył mi na ucho domysł, że księżna de Castries poprostu wskutek swego nieszczęśliwego wypadku skazana była na platonizm, który Balzac odczuł jako bolesną zniewagę. Czy się bawiła miłością genjalnego plebejusza, który musiał ją zapewne razić niejednem, jak później raził przywiązaną doń szczerze Ewę, czy też podzielała jego wzruszenia? Któż to dziś rozstrzygnie! To pewna, że jako artysta Balzac zawdzięcza pani de Castries dużo. Stała się dlań idealnym modelem, wedle którego stworzył swoje najrasowsze typy kobiece. Otworzyła mu arystokratyczny Olimp, który w dziele Balzaka tyle zajmuje miejsca. W godzinach cierpień które mu zadawała, pisarz mógł skutecznie dumać nad warunkami społecznemi, stanowiącemi siłę i słabość owego błyszczącego świata. Bezpośrednio z tych przeżyć powstała Księżna de Langeais, która pierwotnie nosiła wymowny tytuł: Ne touchez pas la hache (Nie dotykać siekiery). Po powrocie księżnej z Włoch, Balzac zachował z panią de Castries (ku wielkiej zgryzocie pani Hańskiej) towarzyskie stosunki, coprawda dość dalekie. Gdy ukończył Księżnę de Langeais, odczytał ten utwór w jej salonie w obecności kilku osób. Księżna wysłuchała spokojnie; z salonowem wyrobieniem, nie zdradziła niczem, aby poznała osoby tej noweli. Po ukończeniu lektury obsypała pisarza komplementami, ale nie wpłynęło to dodatnio na ich wzajemny stosunek. Istotnie, wobec tego że komentarz do Księżnej de Langeais znajdował się na ustach całego Paryża, niedyskrecje zawarte w tym utworze mogą się wydać dosyć śmiałe. Sam Balzac bezpośrednio po napisaniu wysoko cenił ten utwór. " Księżna de Langeais (pisze do pani Hańskiej) kosztuje mnie więcej niżbym ci zdołał powiedzieć. Mojem zdaniem, to jest kolosalne jako praca, ale nie będzie ocenione przez tłum". "Mój aniele (pisze w innym liście), będziesz drżała z pewnością czytając Nie dotykać siekiery, bo to jest, w zakresie kobiecości, największe ze wszystkiego co dotąd napisałem. Żadna kobieta z owego świata nie umywa się do tego..." Księżna de Langeais stanowi drugie opowiadanie z cyklu owej "kryminalnej" Historji Trzynastu, której część pierwszą tworzy Ferragus, a ostatnią Dziewczyna o złotych oczach. Czyż trzeba powtarzać wszystkie wątpliwości, jakie nam nastręcza ta romantyczna trylogja? Występują tu one tem jaskrawiej przez połączenie osobistego przeżycia z najbardziej wybujałą fantazją. Generał de Montriveau, to sam Balzac w nader przejrzystej transpozycji; zemsta generała, to jego własna zemsta, jaką zapewne roił sobie w chwilach lwiej wściekłości. Ale u niego, jako u pisarza, skończyło się na... atramencie. To jego rozpalone żelazo. Nie zawsze przebranie to jest szczęśliwe; co może mieć naiwny wdzięk u wielkiego artysty, w tem nie bardzo jest do twarzy generałowi artylerji. Trudno nam też nie dziwić się, co ten człowiek, którego Balzac czyni swoim sobowtórem, którego czyni wcieleniem prawości, lojalności, sumienia, co on robi w tej szajce, "mającej stopy w salonie, ręce we wszystkich żelaznych kasach, poddających bez skrupułu wszystko swojemu zachceniu" ( Ferragues). Gotowość, z jaką Montriveau z lekkiem sercem ofiarowuje się uczynić księżnę wdową, trochę mogłaby zastanowić w tym żelaznym i kryształowym człowieku, "który wiedział, iż nic nie może się sprzeciwić jego woli, może dlatego że chciał jedynie tego co sprawiedliwe..." Ale w epoce Romantyzmu wszystko jest możliwe; byłoby niedelikatnie przyciskać zbytnio do muru tego żelaznego generała. No, i niebezpiecznie! Księżna de Langeais to znowuż jeden z owych Balzaków, w których widzimy najosobliwsze pomięszanie elementów: drobiazgową i bystrą analizę, zaszczepioną na fantastycznej awanturze. Stąd to niejednolite wrażenie: gdy Balzac najbardziej chce nas przejąć grozą, czasem mimowoli musimy się uśmiechnąć. I przyklaskujemy zdrowemu sądowi Ewy Hańskiej, gdy pisze o tej książce w poufnym liście do brata:

...Początek, to wspaniałe studjum życia i rozwoju społeczeństwa podnoszącego się zwolna z kataklizmu, w którem omal nie zginęło. Ale poco ta scena na balu, ta groźba napiętnowania rozżarzonem żelazem, posmak meloramatu wpleciony w to, co jest i powinnoby zostać dramatem lub raczej tragedją serca... Pragnąłbym usunąć całą część, gdzie autor wprowadza na scenę owych słynnych trzynastu, którzy ani przez chwilę nie przestają być czemś niedorzecznem i śmiesznem. Oto co chciałabym powiedzieć panu de Balzac, gdyby to było możliwe, i jeżeli tylko ty podzielasz moją opinję o tej niezwykłej książce, może znalazłabym odwagę, gdyż wydaje mi się tak piękna mimo tych nieszczęśliwych ustępów, że to jest dla mnie prawdziwie serdeczny ból nie móc jej widzieć taką jaką powinnaby być, to znaczy oczyszczoną z tego co ja nazywam rozhulaną wyobraźnią autora...
Warszawa, w czerwcu 1926.