Księga Krwi
Zmarli mają autostrady.
Owe bezbłędne szlaki pociągów duchów, sennych dyliżansów przecinają
pustkowie poza naszym życiem, niosąc niekończące się tłumy bezcielesnych
dusz. W złamaniach naszego świata, szczelinach zrobionych przez czyny
pełne przemocy, gwałtu i okrucieństwa, słychać ich szum i pulsowanie.
Wędrujących po nich niespokojnych zmarłych można dostrzec, gdy serce
niemal nam pęka, wówczas ukazują się obrazy zwykle ukryte przed naszymi
oczami.
Na owych autostradach nie brak drogowskazów, mostów i zatoczek. Są tam
ronda i skrzyżowania.
I właśnie na tych skrzyżowaniach, gdy tłumy zmarłych mieszają się i łączą, zakazane autostrady najbardziej zbliżają się do naszego świata.
Ruch na rozstajach jest zawsze bardzo intensywny, a głosy umarłych
dźwięczą najdonośniej. Kroki niezliczonych stóp niemal zupełnie zatarły
tutejsze bariery oddzielające jedną rzeczywistość.
Jedno z owych skrzyżowań na autostradzie zmarłych leżało pod numerem 65
na Torlington Place. Numer 65, zwyczajna pseudogeorgiańska kamienica o ceglanym froncie, pod żadnym innym względem nie wyróżniał się spośród
innych budynków. Stary, nieciekawy dom, pozbawiony tanich wspaniałości,
którymi kiedyś się szczycił, od ponad dziesięciu lat stał pusty.
Lecz to nie wilgoć przepłoszyła lokatorów spod sześćdziesiątki piątki.
Nie grzyb w piwnicach ani osiadanie budynku, w wyniku którego frontowa
ściana domu od progu aż po dach pękła, tylko odgłosy przejścia. Na
górnym piętrze hałas owej drogi nigdy nie ustawał. Pękał od niego tynk
na ścianach i paczyły się belki. Okna trzęsły się w ramach. Umysły także
się trzęsły. Numer 65 przy Torlington Place był nawiedzony i nikt nie
mógł dysponować nim długo bez narażania się na obłęd.
W jakimś momencie historii w domu tym wydarzyło się coś strasznego. Nikt
nie wiedział dokładnie kiedy ani co. Lecz nawet niewyszkolony obserwator
natychmiast wyczuwał dławiącą atmosferę tego domu, zwłaszcza górnego
piętra. W powietrzu pod numerem 65 snuły się wspomnienia i zapowiedź
krwi, woń, która zalegała w zatokach i poruszała nawet najmocniejsze
żołądki. Budynku i jego otoczenia unikały szczury, ptaki, nawet muchy. W kuchni nikt nie natknął się na stonogę, na strychu nie gnieździł się
żaden szpak. Cokolwiek się tu stało, otworzyło dom, tak jak nóż otwiera
rybi brzuch, i przez owe cięcie, ową ranę w świecie wyglądali zmarli i mówili co chcieli.
Tak przynajmniej głosiła pogłoska.
* * *
Działo się to w trzecim tygodniu dochodzenia pod sześćdziesiątką piątką
przy Torlington Place, po trzech tygodniach niewiarygodnych sukcesów w dziedzinie badań paranormalnych. Wykorzystując w roli medium nowicjusza
w tej dziedzinie, dwudziestolatka Simona McNeala, wydział
parapsychologii Uniwersytetu Essex zarejestrował praktycznie nieodparte
dowody istnienia życia po śmierci.
Młody McNeal, zamknięty w przypominającym korytarz klaustrofobicznym
szczytowym pokoju domu, najwyraźniej zdołał wezwać zmarłych, a jego
goście pozostawili ślady swoich wizyt, notatki sporządzone setką różnych
charakterów pisma na ścianach barwy jasnej ochry. Wyglądało na to, że
zapisywali wszystko, cokolwiek przyszło im do głowy. Oczywiście swoje
imiona i nazwiska, a także daty urodzenia i śmierci. Urywki wspomnień,
życzenia dla żyjących potomków, dziwne, dwuznaczne frazy, sugerujące
obecne cierpienia i opłakujące utracone rozkosze. Niektóre litery były
kanciaste i brzydkie, inne delikatne i kobiece. Między urywkami poezji
romantycznej pojawiały się obsceniczne rysunki i niedokończone dowcipy.
Kiepsko nakreślona róża. Gra w kółko i krzyżyk. Lista zakupów.
Sławni zmarli także odwiedzali ową ścianę płaczu - był tam Mussolini,
Lennon i Janis Joplin - a także mnóstwo nieważnych, zapomnianych ludzi,
którzy pozostawili swe autografy obok wielkich. Ów apel powszechny
zmarłych rozrastał się z dnia na dzień, jakby wśród zagubionych plemion
rozchodziły się wieści wywabiające ich z ciszy, by pozostawili w tym
pustym pokoju znak swej uświęconej obecności.
* * *
Po całym życiu pracy w dziedzinie badań parapsychicznych doktor Florescu
aż za bardzo przywykła do bezwzględnych faktów klęski. Czuła się niemal
komfortowo w przekonaniu, iż nigdy nie zdobędzie twardych dowodów. Teraz
w obliczu nagłego, spektakularnego sukcesu czuła jednocześnie zachwyt i zamęt.
Siedziała, tak jak wcześniej przez trzy niewiarygodne tygodnie, w głównym salonie środkowego piętra, który od pokoju napisów dzielił tylko
jeden ciąg schodów, i niemal z nabożnym podziwem słuchała hałasów
dobiegających z góry, ledwie śmiejąc wierzyć, że wolno jej być świadkiem
tego cudu. Wcześniej zdarzało się, że coś chwytało przynętę, że jej uszy
wychwytywały fascynujące sugestie głosów z innego świata, lecz teraz po
raz pierwszy kraina ta chciała, by ją usłyszano.
Na górze wszystkie dźwięki umilkły.
Mary spojrzała na zegarek: była 18.17.
Z jakichś przyczyn, najlepiej znanych przybyszom, kontakt zawsze kończył
się niedługo po szóstej. Mary czekała do wpół do, po czym szła na górę.
Co wydarzyło się dzisiaj? Kto odwiedził ów ponury pokoik i pozostawił
swój ślad?
- Mam rozstawić kamery? - spytał Reg Fuller, jej asystent.
- Proszę - mruknęła oderwana od rozważań.
- Zastanawiasz się, co dziś znajdziemy?
- Dajmy mu dziesięć minut.
- Jasne.
Na górze McNeal przysiadł ciężko w kącie pokoju, wyglądając przez małe
okienko na październikowe słońce. Czuł się nieco odcięty, sam w tym
przeklętym miejscu, lecz mimo to nadal uśmiechał się do siebie owym
ciepłym, błogim, anielskim uśmiechem, który potrafił stopić nawet
najbardziej akademickie serce. Zwłaszcza serce doktor Florescu: o tak,
ta kobieta zadurzyła się w jego uśmiechu, oczach, zagubionej minie, jaką
dla niej przybierał.
Doskonale się bawił.
W istocie od tego się właśnie zaczęło - od zabawy. Teraz Simon wiedział,
że to gra o większą stawkę: coś, co z początku miało być swoistym
wykrywaczem kłamstwa, zamieniło się w nader poważne starcie: McNeal
przeciw Prawdzie. Prawda bowiem była prosta: oszukiwał. Zapisywał
wszystkie wiadomości od duchów na ścianie małymi kawałkami grafitu,
które ukrywał pod językiem, łoskotał, walił i krzyczał bez żadnej
prowokacji, jedynie z czystej, nieskalanej, łobuzerskiej złośliwości, a nieznane nazwiska - to dopiero zabawa, za każdym razem śmiał się, gdy o nich myślał - nazwiska te znajdował w książkach telefonicznych.
O tak, to była naprawdę świetna zabawa.
Obiecała mu tak wiele, kusiła sławą, zachęcała do każdego kolejnego
wymyślonego kłamstwa. Obietnice bogactwa, sławy, występów w telewizji,
podziwu, którego wcześniej nie zaznał. Jeśli tylko zdoła wezwać duchy.
Znów się uśmiechnął. Nazywała go swoim pośrednikiem: niewinnym
przekaźnikiem wiadomości. Wkrótce wdrapie się po schodach - wbijając
wzrok w jego ciało, słuchając z żałosnym podnieceniem jego bliskiego łez
głosu i zachwycając się kolejną serią nabazgranych nazwisk i nonsensów.
Lubił, kiedy oglądała jego nagość, czy raczej niemal nagość: wszystkie
sesje odbywał ubrany jedynie w slipy, by wykluczyć podejrzenie, że
ukrywa coś przy sobie. Idiotyczne środki ostrożności. Wystarczyły mu
tylko kawałki grafitu pod językiem i dość energii, by miotać się dokoła
przez pół godziny, rycząc ile sił w płucach.
Pocił się. Zagłębienie mostka lśniło od potu, włosy lepiły się do
bladego czoła. Ciężko dziś harował: nie mógł się już doczekać chwili,
gdy stąd wyjdzie, opłucze się i przez jakiś czas będzie się napawał ich
podziwem. Pośrednik wsunął dłoń pod slipy i zaczął bezmyślnie zabawiać
się sobą. Gdzieś w pokoju tkwiła uwięziona mucha, może nawet kilka much.
Choć to późna pora roku na muchy, słyszał je blisko. Brzęczały i tłukły
się o okno albo może o żarówkę. Słyszał ich słabe musze głosiki, ale nie
zastanawiał się nad nimi, zbyt zatopiony w myślach o rozgrywce i w prostej rozkoszy masowania członka.
O, jakże brzęczały owe bezradne owadzie głosy, brzęczały, śpiewały,
skarżyły się. Jak bardzo się skarżyły.
Mary Florescu zabębniła o stół długimi palcami. Jej ślubna obrączka
tkwiła dziś luźno na palcu, czuła, jak porusza się w rytm uderzeń.
Czasami była ciasna, czasem luźna: jedna z tajemnic, których nigdy do
końca nie zanalizowała, a jedynie przyjmowała jako coś oczywistego. W istocie dziś bardzo się poluzowała, mogła nawet spaść. Mary pomyślała o twarzy Alana. Kochanej twarzy Alana. Myślała o niej, patrząc przez
dziurę w obrączce, jakby spoglądała w głąb tunelu. Czy tak właśnie
wyglądała jego śmierć: oddalanie się coraz bardziej w głąb tunelu
wiodącego w mrok? Wsunęła obrączkę głębiej na palec. Opuszkami kciuka i palca wskazującego niemal czuła kwaśny smak metalu, gdy jej dotknęła, co
za niezwykłe, dziwne złudzenie.
Aby przepędzić gorycz, pomyślała o chłopcu. Z łatwością, zbyt wielką
łatwością przywołała jego twarz, która rozlała się w świadomości swoim
uśmiechem i przeciętnym wyglądem, wciąż niemęskim. W istocie przypominał
dziewczynę, jego krągłości, słodka czystość cery - niewinność.
Palcami wciąż dotykała obrączki i kwaśny posmak stał się wyraźniejszy,
uniosła wzrok, Fuller rozstawiał sprzęt, jego łysiejącą głowę otaczał
nimb falującego, migotliwego, zielonkawego światła, a Mary nagle
zakręciło się w głowie.
Fuller niczego nie widział, niczego nie słyszał, pochylał się w skupieniu nad swą pracą, Mary wpatrywała się w niego, widząc otaczającą
go aureolę, czując, jak budzą się w niej nowe wrażenia przepływające
przez całe ciało, powietrze nagle wydało jej się żywe: same cząstki
tlenu, wodoru, azotu tłoczyły się dokoła, przytrzymując ją w czułym
uścisku. Nimb wokół głowy Fullera rozrastał się, odnajdując podobną
światłość w każdym przedmiocie w pokoju, nienaturalne uczucie w jej
opuszkach także się rozszerzało. Widziała kolor własnego oddechu:
...pomarańczowy błysk w bulgoczącym powietrzu. Słyszała wyraźnie głos
biurka, przy którym siedziała: cichy jęk solidnej, namacalnej obecności.
Świat otwierał się przed nią, budząc w jej zmysłach ekstazę, wabiąc je w szaleńczy wir pomylonych ról, nagle umiała poznać świat jako system, nie
polityczny czy religijny, lecz system zmysłów, system, który rozchodził
się od żyjących ciał ku nieożywionemu drewnu biurka, zastałemu złotu
obrączki.
I dalej. Poza drewno, poza złoto. Przed nią otwarła się szczelina
wiodąca na autostradę, Mary słyszała w głowie głosy niepochodzące z żywych ust.
Uniosła wzrok, czy raczej jakaś nieznana siła brutalnie odchyliła jej
głowę i Mary odkryła, że patrzy w sufit. Pokrywały go robaki. Nie, to
przecież absurd. Wydawał się jednak żywy, rojący się życiem - pulsujący,
tańczący.
Przez sufit widziała chłopca. Siedział na podłodze, ściskając w dłoni
swój sterczący członek. Głowę odchylił tak samo jak ona, podobnie
zagubiony we własnej ekstazie. Nowy wzrok Mary dostrzegł pulsujące w nim
i dookoła jego ciała światło - wyśledził namiętność przyczajoną w wątpiach i rozkosz rozpływającą się w głowie.
I dostrzegł w nim coś jeszcze: kłamstwo, brak mocy tam, gdzie - jak
dotąd sądziła - kryło się coś cudownego. Nie miał zdolności rozmowy z duchami i nigdy jej nie posiadał, widziała to wyraźnie. Był małym
kłamczuchem, chłopcem kłamczuchem, słodkim, białym chłopcem kłamczuchem,
pozbawionym jakiegokolwiek współczucia czy mądrości, które pozwoliłyby
mu zrozumieć, co ośmielił się uczynić.
Teraz nadszedł koniec. Kłamstwa już padły, sztuczki zostały ograne i ludzie na autostradzie, zbrzydzeni do szczętu tym, że ktoś drwi z nich i kłamie w ich imieniu, brzęczeli w szczelinie w ścianie, domagając się
zadośćuczynienia.
Tę szczelinę otwarła ona sama: nieświadomie gładziła ją i podważała,
odblokowując kawałek po kawałku. Uczyniła to żądza, jaką czuła wobec
chłopca: niekończące się myśli o nim, frustracja, podniecenie i niesmak,
jakie budziło, to one rozszerzyły szczelinę. Ze wszystkich mocy, które
ukazują ów system, miłość i jej towarzyszka namiętność, a także ich
towarzyszka strata, okazały się najpotężniejsze. A ona siedziała tu,
uosobienie całej trójki, kochająca, pragnąca i boleśnie świadoma
niemożności owych uczuć, opatulona w cierpienie uczucia, którego sobie
odmawiała, wierząc, że kocha chłopca jedynie jako swego Pośrednika.
Ale to nie była prawda! Nie! Pragnęła go, pragnęła teraz, głęboko
wewnątrz siebie. Tyle że było już za późno.
Dłużej nie dało się blokować maszerującej masy: żądała ona, tak, właśnie
żądała dostępu do małego szachraja.
A ona nie mogła temu zapobiec, lecz jedynie jęknąć cicho ze zgrozą na
widok otwierającej się przed nią autostrady i pojąć, że nie stoją
bynajmniej na zwykłym skrzyżowaniu.
Fuller usłyszał jakiś dźwięk.
- Pani doktor? - Uniósł głowę znad sprzętu i jego twarz - zalana
błękitnym światłem, którą dostrzegała kątem oka - przybrała pytający
wyraz. - Mówiła pani coś?
Ze ściśniętym żołądkiem Mary pomyślała o tym, jak to się skończy.
Eteryczne oblicza umarłych rysowały się wyraźnie tuż przed nią. Widziała
głębię ich cierpienia i ze współczuciem rozumiała, czemu tak bardzo
chcą, by ich usłyszano.
Widziała wyraźnie, że autostrady krzyżujące się przy Torlington Place to
nie zwykłe drogi. Nie oglądała pogodnej, leniwej wędrówki przeciętnych
umarłych. Nie, dom otwierał się na szlak dostępny jedynie dla ofiar i sprawców przemocy. Dla mężczyzn, kobiet i dzieci, którzy umarli w męczarniach przekraczających wytrzymałość nerwów, na ich umysłach
odcisnęły się piętnem okoliczności własnej śmierci. Wymowne oczy bez
słów mówiły o męczarniach, na widmowych ciałach wciąż pozostawały rany,
które ich zabiły. Mary dostrzegała także krążących swobodnie wśród
niewinnych ich oprawców i rzeźników. Te potwory, oszaleli, zaczadzeni
krwią mordercy, wyglądały na ten świat: stwory niemające sobie równych,
niewypowiedziane, zakazane cuda naszego gatunku, gawędzące i zawodzące w swej własnej mowie niczym Żabrołaki.
Teraz chłopak nad nią też ich wyczuł. Zobaczyła, jak obraca się lekko w milczącym pokoju, wiedząc, że głosy, które słyszy, to nie brzęk much, że
skargi to nie skargi owadów. Nagle uświadomił sobie, że żył w maleńkim
zakątku świata, a jego reszta, Trzeci, Czwarty i Piąty Świat, napierała
na jego kłamliwe plecy, niewzruszona, wygłodniała. Widok jego paniki
miał dla niej także smak i zapach. O tak, czuła jego smak, tak jak
pragnęła, ale ich zmysły połączył nie pocałunek, lecz narastająca
panika. Wypełniła ją, jej empatia okazała się całkowita. Zalęknione
spojrzenie należało tak do niego, jak i do niej - z ich zaschniętych
gardeł wyrwało się to samo ochrypłe, słabe słowo: "Proszę...", którego
uczy się dziecko, "Proszę...", które zapewnia mu opiekę i podarki,
"Proszę...", które z pewnością muszą znać nawet duchy i nawet duchy
muszą go posłuchać.
Proszę...
Wiedziała jednak na pewno, że dziś nie znajdą podobnej litości. Te duchy
całe wieki rozpaczały na swej autostradzie, nosząc rany, od których
umarły, i obłęd, który je zamordował. Zbyt długo znosiły jego
bezczelność i brak powagi, jego głupstwa, wymysły, którymi zabawiał się
ich męczarniami. Teraz chciały powiedzieć prawdę.
Fuller przyglądał się jej uważnie, jego twarz pływała teraz w morzu
pulsującego pomarańczowego światła. Mary poczuła na skórze jego dłonie,
smakowały octem.
- Dobrze się pani czuje? - spytał, oddech miał jak żelazo.
Pokręciła głową.
Nie, nie czuła się dobrze, nic nie było dobre.
Szczelina poszerzała się z każdą sekundą: przez nią Mary widziała inne
niebo, szaroniebieskie niebo zniżające się nad autostradą. Widok ten
przytłaczał codzienną rzeczywistość domu.
- Proszę - rzekła, unosząc wzrok ku blednącej materii sufitu.
Szerzej. Szerzej. Kruchy świat, w którym mieszkała, rozciągnął się,
przekraczając granice wytrzymałości.
I nagle pękł niczym tama i czarne wody runęły przez wyrwę, zalewając
pokój.
Fuller wiedział, że coś jest nie tak (dostrzegła to w barwie jego aury,
odbił się w niej nagły strach), ale nie rozumiał, co się dzieje. Czuła,
jak jego kręgosłup drga, jak umysł pracuje gwałtownie.
- Co się dzieje? - zapytał i żałość tego pytania wzbudziła w Mary
przemożną chęć śmiechu.
Na górze w pokoju słów dzbanek z wodą pękł z trzaskiem.
Fuller puścił ją i pobiegł do drzwi. Gdy się zbliżył, zaczęły trząść się
i dygotać, jak gdyby z drugiej strony dobijali się do nich wszyscy
mieszkańcy piekieł. Gałka obracała się, obracała, obracała. Pod farbą
tworzyły się bąble powietrza. Klucz rozżarzył się do czerwoności.
Fuller obejrzał się na panią doktor, wciąż znieruchomiałą w groteskowej
pozie, z odchyloną głową i okrągłymi oczami.
Sięgnął do klamki, lecz drzwi otwarły się, nim zdążył jej dotknąć.
Korytarz za nimi zniknął bez śladu. Zamiast znajomego wnętrza ujrzał
autostradę ciągnącą się aż po horyzont. Widok ten w jednej chwili zabił
Fullera. Jego umysłowi zabrakło sił, by ogarnąć panoramę - nie potrafił
zapanować nad przeładowaniem wszystkich nerwów ciała. Serce stanęło;
rewolucja obaliła porządek organizmu; pęcherz i zwieracze nie
wytrzymały, kończyny, dygocząc, ugięły się pod nim. Gdy runął na
podłogę, twarz pokryły mu pęcherze, tak samo jak drzwi, a trup drżał
niczym klamka. Już stał się obiektem nieożywionym, równie zasługującym
na to upokorzenie jak drewno czy stal.
Gdzieś na wschodzie jego dusza dołączyła do autostrady rannych,
zmierzając w stronę skrzyżowania, gdzie chwilę temu zginął.
Mary Florescu wiedziała, że została sama; nad nią jej cudowny chłopiec,
jej piękne, kłamliwe dziecko, zwijał się i wrzeszczał, czując na ciele
mściwe dłonie umarłych. Znała ich zamiary: widziała to w ich oczach -
nie było w nich niczego nowego. W każdej historii pojawia się ta
tradycyjna tortura. Miał posłużyć do zapisania ich testamentów. Miał
stać się ich kartą, ich księgą, naczyniem ich autobiografii. Księgą
krwi. Księgą zrobioną z krwi. Księgą zapisaną krwią. Pomyślała o grimoirach robionych ze skóry martwych ludzi: oglądała je, dotykała.
Pomyślała o tatuażach: niektórych oglądanych na wystawach dziwolągów,
innych u rozebranych do pasa robotników na ulicy, na których plecach
wydziergano wiadomość przeznaczoną dla matek. Pisanie księgi krwi to nic
nowego.
Ale na takiej skórze, tak wspaniałej, lśniącej skórze - o Boże, co za
zbrodnia. Wrzeszczał, gdy mordercze igły ze strzaskanego szklanego
dzbanka tańczyły po jego ciele, orząc je niczym pługi. Mary czuła jego
cierpienia, jakby doświadczała ich sama, i nie były aż tak straszne.
A jednak krzyczał. I walczył, zasypując napastników obscenicznymi
wyzwiskami. Nie zwracali na niego uwagi. Roili się dokoła, głusi na
wszelkie błagania czy modlitwy, i pracowali nad nim z entuzjazmem istot
zbyt długo zmuszanych do milczenia. Mary słuchała, jak jego głos,
zmęczony ciągłymi skargami, słabnie, i walczyła z ciężarem strachu we
własnych rękach i nogach. Czuła, że powinna dostać się do tego pokoju.
Nieważne, co znajdowało się za drzwiami bądź na schodach - on jej
potrzebował i to wystarczyło.
Wstała i poczuła, jak włosy unoszą jej się z głowy, szarpiąc się i kołysząc dokoła niczym węże Gorgony Meduzy. Rzeczywistość falowała,
płynna - Mary prawie nie widziała pod sobą podłogi. Deski domu zamieniły
się w widmowe drewno, zza nich rozwierała się ku niej kipiąca złością
ciemność. Spojrzała na drzwi, cały czas walcząc z letargiem i sennością,
z których tak trudno było się otrząsnąć.
Wyraźnie nie życzyli sobie jej odwiedzin. "Może - pomyślała - nawet
odrobinę się mnie boją". I myśl ta zmotywowała ją: czemu bowiem mieliby
próbować ją zastraszyć, jeśli nie dlatego, że sama jej obecność po tym,
jak otworzyła dziurę w świecie, teraz mogła im zagrozić?
Pokryte bąblami drzwi stały otworem. Za nimi rzeczywistość domu poddała
się całkowicie skowyczącemu chaosowi autostrady. Mary przekroczyła próg,
skupiając się na tym, jak jej stopy wciąż dotykają solidnej podłogi,
choć oczy już jej nie widzą. Niebo nad jej głową miało barwę pruskiego
błękitu, autostrada była szeroka i wietrzna, ze wszystkich stron
napierali na nią zmarli. Walczyła z nimi, przepychając się naprzód
niczym przez tłum żywych ludzi, a ich wyszczerzone, idiotyczne twarze
gapiły się na nią, nienawidząc jej za to, że wtargnęła pośród nich.
"Proszę, proszę" już ucichły. Teraz milczała, jedynie zaciskała zęby i,
mrużąc oczy, walczyła z autostradą, unosząc przed siebie stopy, by
odnaleźć rzeczywistość schodów, które tak dobrze znała. Gdy ich
dotknęła, potknęła się i tłum ryknął. Nie wiedziała, czy śmieją się z jej niezgrabności, czy też ostrzegają, jak daleko zaszła.
Pierwszy stopień. Drugi stopień. Trzeci.
Choć tłum szarpał ją ze wszystkich stron, powoli wygrywała. Przed sobą
widziała przez otwarte drzwi pokój, w którym leżał jej mały łgarz
otoczony hordą napastników. Slipy miał zsunięte do kostek: cała scena
wyglądała jak gwałt. Już nie krzyczał, lecz oczy miał szalone z bólu i grozy. Przynajmniej nadal żył. Naturalna odporność młodego umysłu
pozwoliła mu choć częściowo zaakceptować widowisko, które rozgrywało się
przed nim.
Nagle jego głowa podskoczyła i spojrzał wprost przez drzwi na nią.
Ostateczność przebudziła w nim talent, zdolności stanowiące zaledwie
ułamek mocy Mary, lecz wystarczające, by nawiązał z nią kontakt. Ich
oczy się spotkały. W morzu błękitnej ciemności, ze wszystkich stron
otoczone przez cywilizację, której żadne z nich nie znało ani nie
rozumiało, ich żywe serca zetknęły się i poślubiły.
- Przepraszam - powiedział bezdźwięcznie. Zabrzmiało to nieskończenie
żałośnie. - Przepraszam. Przepraszam.
Odwrócił wzrok, odrywając od niej spojrzenie.
Była pewna, że musiała już dotrzeć niemal na szczyt schodów, choć wzrok
wciąż podpowiadał, że jej nogi stąpają w powietrzu, co potwierdzały
twarze podróżnych nad nią, pod nią i dookoła niej. Widziała jednak
bardzo słabo zarys drzwi, deski i belki pokoju, w którym leżał Simon. Od
czubka głowy aż po palce stóp pokrywała go krew. Mary widziała znaki,
hieroglify agonii na każdym calu jego torsu, twarzy, kończyn. W jednej
chwili zdawał się nabierać ostrości i widziała go w pustym pokoju, w promieniach słońca wpadających przez okno, a obok niego szczątki
stłuczonego dzbanka. A potem dekoncentrowała się i zamiast tego przed
oczami miała niewidzialny świat, który stał się widoczny, i Simon wisiał
w powietrzu, a oni pisali na nim ze wszystkich stron, wyrywając mu włosy
z głowy i ciała, by oczyścić kartkę, pisali pod pachami, na powiekach,
genitaliach, w rowku między pośladkami, na podeszwach stóp.
Oba te widoki łączyły jedynie rany. Nieważne, czy widziała go otoczonego
przez autorów, czy też samego w pokoju, wciąż krwawił i krwawił.
Teraz dotarła już do drzwi. Wyciągnęła drżącą rękę, by dotknąć
namacalnej rzeczywistości klamki, lecz mimo najwyższego skupienia nadal
jej nie dostrzegła. Widziała jedynie słaby widmowy zarys, jednak
wystarczył. Chwyciła klamkę, nacisnęła i pchnięciem otworzyła drzwi
pokoju słów.
Leżał tam przed nią. Dzieliły ich najwyżej dwa, trzy metry opętanego
powietrza. Ich oczy znów się spotkały, wymieniając wymowne spojrzenie,
wspólne światom żywych i umarłych. W spojrzeniu tym kryło się
współczucie i miłość. Fikcja opadła, kłamstwa rozpadły się w pył.
Miejsce manipulanckiego uśmiechu chłopca zajęła prawdziwa słodycz - na
którą odpowiedział wyraz jej twarzy.
A zmarli, przerażeni owym spojrzeniem, odwrócili głowy. Ich twarze
stężały, jakby skóra napięła się na kościach, ciała pociemniały niczym
sińce, w głosach zabrzmiał tęskny żal spodziewanej porażki. Sięgnęła, by
go dotknąć, nie musiała już walczyć z hordami umarłych: ze wszystkich
stron odpadali od swej ofiary niczym umierające muchy spadające z okna.
Dotknęła lekko jego twarzy i dotyk ten był błogosławieństwem. Do oczu
napłynęły mu łzy, ściekając po pokrytych bliznami policzkach, mieszając
się z krwią.
Umarli nie mieli już głosów ani nawet ust. Znikali na autostradzie za
tamą postawioną ich złości.
Powoli, etapami pokój zaczął powracać. Pod szlochającym ciałem pojawiły
się deski podłogi, każdy gwóźdź, każdy kawałek zaplamionego drewna. Po
nich powróciły okna i krzyki rozbawionych dzieci na ciemniejącej o zmierzchu ulicy. Autostrada zniknęła bez śladu ze świata żywych ludzi,
podróżni zwrócili twarze ku ciemności i odeszli w niepamięć,
pozostawiając w świecie rzeczywistym jedynie swoje sygnały i talizmany.
Na środkowym podeście pod numerem 65 leżał dymiący, pokryty bąblami trup
Rega Fullera, deptany nieuważnymi stopami podróżnych przecinających
skrzyżowanie. Po pewnym czasie jego własna dusz dotarła tu w tłumie
innych i zerknęła na ciało, które niegdyś zajmowała. A potem tłum
pociągnął ją ku miejscu sądu.
Na górze w ciemniejącym pokoju Mary Florescu klęczała obok McNeala,
gładząc jego lepką od krwi głowę. Nie chciała opuszczać domu, by wezwać
pomocy, póki nie upewni się, że dręczyciele nie powrócą.
Teraz słuchać było jedynie skowyt odrzutowca odnajdującego drogę przez
stratosferę aż do poranka. Nawet oddech chłopca był cichy i miarowy. Nie
otaczał go już nimb światła. Wszystkie zmysły powróciły na miejsce.
Wzrok. Słuch. Dotyk.
Dotyk.
Dotykała go teraz tak, jak nie odważyła się nigdy wcześniej, muskając
opuszkami palców całe ciało, jakże lekko przesuwając palcami po
opuchniętej skórze, niczym niewidoma czytająca Braille'a. Każdy milimetr
ciała pokrywały maleńkie słowa zapisane wielością rąk. Nawet przez krew
potrafiła dostrzec, jak starannie je w nim wyorano. W gasnącym świetle
udawało jej się nawet odczytać tu i tam jakąś frazę. Stanowiło to
ostateczny, niewątpliwy dowód i jakże żałowała, o Boże, jak bardzo
żałowała, że w końcu go zdobyła. A jednak po całym życiu czekania oto i ono: objawienie życia poza ciałem, zapisane w samym ciele.
Chłopiec przeżyje, widziała to jasno, krew już zaczynała zasychać, a tysiące ran się zasklepiać. Był w końcu zdrowy i silny: nie odniósł
żadnych poważniejszych fizycznych obrażeń. Rzecz jasna na zawsze stracił
swą urodę. Od tej pory w najlepszym razie będzie stanowił obiekt
ciekawości, w najgorszym odrazy i grozy. Ale ona go ochroni, a on z czasem nauczy się, jak ją poznać i jak jej zaufać. Ich serca były
nierozerwalnie złączone.
A po jakimś czasie, gdy słowa na jego ciele zamienią się w strupy i blizny, ona je odczyta. Z nieskończoną miłością i cierpliwością wyśledzi
historie umarłych opowiedziane na jego skórze.
Historię na jego brzuchu, zapisaną drobnym, pochyłym pismem. Świadectwo
misternych, eleganckich liter pokrywające twarz i skórę głowy, opowieść
na plecach, na łydce, na dłoniach.
Odczyta je wszystkie i wszystkie opisze, do ostatniej sylaby, lśniącej i sączącej się pod jej czułymi palcami, by świat poznał historie
opowiedziane przez umarłych.
Był Księgą Krwi, a ona jego jedyną tłumaczką.
Gdy zapadła ciemność, przerwała czuwanie i wyprowadziła go nagiego w pachnącą, czułą noc.
* * *
Oto zatem historie zapisane w Księdze Krwi. Jeśli chcesz, Czytelniku,
przeczytaj je i poznaj.
Stanowią mapę owej mrocznej autostrady wiodącej z życia w nieznaną dal.
Niewielu będzie musiało nią podążyć, większość odejdzie spokojnie
oświetlonymi lampami ulicami, wyprowadzana z życia do wtóru modlitw i czułości. Lecz niewielu nielicznych wybrańców czeka groza, która porwie
ich na autostradę potępionych.
Czytaj zatem. Czytaj i ucz się.
Ostatecznie najlepiej być gotowym na najgorsze i warto nauczyć się
chodzić, zanim zabraknie nam tchu.
Nocny pociąg z mięsem
Leon Kaufman nie był już nowy w mieście. W czasach niewinności nazywał
je zawsze "Pałacem Rozkoszy". Wówczas jednak wciąż mieszkał w Atlancie,
a Nowy Jork stanowił coś w rodzaju ziemi obiecanej, gdzie niczego się
nie zabrania i wszystko jest możliwe.
Teraz Kaufman od trzech i pół miesiąca mieszkał w swoim wymarzonym
mieście i Pałac Rozkoszy stracił wiele ze swej rozkoszności.
Czy naprawdę minęła zaledwie jedna pora roku od dnia, gdy wysiadł z autobusu na stacji Port Authority i spojrzał w głąb Czterdziestej
Drugiej Ulicy, ku skrzyżowaniu z Broadwayem? W tak krótkim czasie
stracił tak wiele bliskich sercu złudzeń.
Teraz wstydził się na myśl o swojej naiwności. Krzywił się, wspominając,
jak stanął na chodniku i oznajmił głośno:
- Nowy Jorku, kocham cię.
To miała być miłość? Nigdy.
W najlepszym razie zauroczenie.
A po zaledwie trzech miesiącach wspólnego życia z obiektem uwielbienia,
spędzania dni i nocy w jej obecności, ukochana przestała wydawać się tak
doskonała.
Nowy Jork był zwykłym miastem.
Kaufman widział, jak budzi się rano niczym dziwka i wydłubuje spomiędzy
zębów pomordowanych ludzi, wytrząsa samobójców z potarganych włosów.
Oglądał je późną nocą, gdy brudne boczne uliczki bezwstydnie kusiły
rozpustą. Obserwował w gorącym popołudniowym słońcu, rozleniwione i paskudne, obojętne na okropności popełniane co godzinę w zadławionych
przejściach.
To nie był Pałac Rozkoszy.
Rodził nie rozkosz, a śmierć.
Każdy napotkany człowiek zetknął się choćby przelotnie z przemocą, był
to jeden z elementów codziennego życia. Znajomość kogoś, kto zginął
gwałtowną śmiercią, stanowiła niemal powód do dumy, była dowodem, że
naprawdę mieszka się w tym mieście.
Lecz Kaufman przez niemal dwadzieścia lat kochał Nowy Jork z daleka.
Przez większość dorosłego życia planował swój romans. Niełatwo mu było
zatem otrząsnąć się z namiętności, jakby nigdy jej nie odczuwał. Czasami
wczesnym rankiem, nim odezwały się policyjne syreny, bądź o zmroku,
wciąż chwilami wydawał mu się cudem.
I dla tych chwil, a także dla własnych marzeń, nadal wciąż rozstrzygał
wątpliwości na korzyść ukochanej, nawet wtedy, gdy z zachowania
zdecydowanie nie przypominała damy.
* * *
Niełatwo przychodziła mu podobna wyrozumiałość. W ciągu kilku miesięcy,
które Kaufman spędził w Nowym Jorku, ulice miasta spłynęły przelaną
krwią.
W istocie nie były to nawet ulice, ale tunele kryjące się pod nimi.
"Mord w metrze" - te słowa krążyły z ust do ust. Zaledwie tydzień
wcześniej zgłoszono znalezienie kolejnych trzech ofiar. Ciała odkryto w jednym z wagonów metra na stacji Avenue of the Americas - rozprute i częściowo wypatroszone, jakby ktoś przeszkodził w pracy sprawnemu
pomocnikowi rzeźnika. Zabójstw dokonano tak bardzo fachowo, że policja
przesłuchiwała każdego ze swych kartotek, kto w przeszłości miał
jakiekolwiek związki z rzeźniczym fachem. Obserwowano uważnie pakowalnie
mięsa nad rzeką, przeczesywano rzeźnie. Zapowiadano szybkie aresztowanie
sprawcy, nikogo jednak nie znaleziono.
Niedawne trupie trio nie było pierwszym znalezionym w takim stanie:
dokładnie w dniu przybycia Kaufmana w "Timesie" ukazał się krótki
tekst, wciąż stanowiący temat ponurych szeptów wśród sekretarek w jego
biurze.
Według nich turysta z Niemiec, który zabłądził późną nocą w metrze,
natknął się w pociągu na ciało. Ofiarą była dobrze zbudowana, atrakcyjna
trzydziestolatka z Brooklynu. Zabójca rozebrał ją do naga, pozbawiając
całego ubrania i biżuterii, nawet kolczyków w uszach.
Od rozebrania jednak znacznie dziwniejszy okazał się staranny,
systematyczny sposób, w jaki ubranie złożono i umieszczono w pojedynczych plastikowych workach na siedzeniu obok trupa.
To nie było dzieło szalonego mordercy. Tu działał wysoce zdyscyplinowany
umysł: wariat obdarzony dogłębnym poczuciem porządku.
Jednak jeszcze dziwniejszy i bardziej niezwykły niż rozebranie trupa był
okropny sposób, w jaki zabójca go potraktował. Według pogłosek
niepotwierdzonych dotąd przez wydział policji ciało zostało starannie
ogolone. Usunięto wszystkie włosy: z głowy, krocza, spod pach -
wszystkie zostały przycięte i przypalone do skóry. Wyskubano nawet brwi
i rzęsy.
I wreszcie ów aż nadto nagi kawał mięsa zawieszono za stopy na jednej z poręczy zamocowanych w dachu wagonika, a pod spodem ustawiono czarny
plastikowy kubeł wyłożony czarnym foliowym workiem, do którego ściekała
płynąca z ran krew.
W tym właśnie stanie - rozebrane, ogolone, zawieszone i praktycznie
wykrwawione - znaleziono ciało Loretty Dyer.
Było to obrzydliwe, starannie wykonane i zdumiewające znalezisko.
Nie doszło do gwałtu, zwłoki nie nosiły żadnych śladów tortur. Ktoś
szybko i sprawnie zabił tę kobietę, jakby była kawałkiem mięsa. A rzeźnik wciąż przebywał na wolności.
Ojcowie Miasta w swojej głębokiej mądrości zarządzili całkowitą blokadę
na artykuły prasowe na temat morderstw. Mówiono, że mężczyzna, który
znalazł ciało, przebywa pod ochroną policji w New Jersey, poza zasięgiem
ciekawskich dziennikarzy. Lecz blokada zawiodła, bo chciwy gliniarz
przekazał co barwniejsze szczegóły reporterowi "Timesa". Wszyscy w Nowym
Jorku znali teraz upiorną historię morderstw. Stanowiła ona temat rozmów
w każdym sklepie i barze, no i oczywiście w metrze.
Ale Loretta Dyer była zaledwie pierwszą ofiarą.
Teraz znaleziono jeszcze trzy ciała w identycznych okolicznościach, choć
w tym przypadku ktoś wyraźnie przeszkodził sprawcy w pracy. Nie
wszystkie zwłoki zostały ogolone, nie poderżnięto im też gardeł, by
wypuścić krew. Odkrycie to różniło się od poprzedniego pod jeszcze
jednym, bardziej znaczącym względem: tym razem na zwłoki natknął się nie
turysta, lecz reporter z "The New York Times".
Kaufman przebiegł wzrokiem artykuł zajmujący pierwszą stronę gazety. Nie
odczuwał szczególnie lubieżnego zainteresowania tą historią, w odróżnieniu od sąsiada przy kontuarze w barze. Ogarnął go tylko lekki
niesmak, który sprawił, że Kaufman odsunął na bok talerz z przysmażonymi
jajkami. Oto kolejny dowód dekadencji tego miasta. Nie umiał radować się
jego chorobą.
Mimo to był tylko człowiekiem i nie potrafił do końca zignorować
krwawych detali opisanych na płachcie papieru przed nim. Artykuł
napisano w spokojnym, niesensacyjnym tonie, lecz prostota i jasność
stylu sprawiały, że sam temat budził jeszcze większą odrazę. Leon nie
umiał się też powstrzymać przed rozmyślaniem o człowieku stojącym za
tymi koszmarami. Czy był to jeden psychopata, czy może kilku w natchnieniu kopiujących oryginalne morderstwo? Może to zaledwie początek
grozy, może nastąpią dalsze zabójstwa, aż w końcu morderca, zachłyśnięty
powodzeniem lub wyczerpany, zapomni o ostrożności i da się schwytać. Do
tego czasu miasto, uwielbiane miasto Kaufmana, żyć będzie w stanie
gdzieś pomiędzy histerią i ekstazą.
Siedzący obok brodacz wywrócił kawę Kaufmana.
- Cholera! - rzucił.
Kaufman przesunął się na stołku, unikając ściekającej z kontuaru cieczy.
- Cholera - powtórzył tamten.
- Nic się nie stało - odparł Kaufman.
Przyjrzał się sąsiadowi z lekkim niesmakiem: niezgrabiasz próbował
wytrzeć kawę serwetką, która błyskawicznie zamieniała się w przemoczoną
papierową masę.
Kaufman odkrył, że zastanawia się, czy ten dureń o rumianych policzkach
i niestrzyżonej brodzie byłby zdolny do morderstwa, czy na przekarmionej
twarzy krył się jakikolwiek znak, jakakolwiek wskazówka w kształcie
czaszki i wyrazie małych oczek, zdradzająca jego prawdziwą naturę?
Tamten znów się odezwał.
- Chcesz pan nową?
Kaufman pokręcił głową.
- Kawę. Zwykłą. Czarną - rzekł dureń do dziewczyny za ladą. Uniosła
wzrok, oderwawszy się od czyszczenia grilla z zastygłego tłuszczu.
- Słucham?
- Kawę. Głucha jesteś?
Tamten wyszczerzył się do Kaufmana.
- Głucha.
Kaufman zauważył, że mężczyźnie brak trzech dolnych zębów.
- Kiepsko to wygląda, co?
Co miał na myśli? Kawę? Brak zębów?
- Trzech nieboszczyków. Zarżniętych.
Kaufman przytaknął.
- Daje do myślenia - dodał mężczyzna. - Jasne. No wie pan, to przecież
przykrywka, nie? Dobrze wiedzą, kto to zrobił.
Rozmowa robiła się idiotyczna. Kaufman zdjął okulary i schował do
kieszeni: brodata twarz rozmyła mu się przed oczami. Przynajmniej jakaś
poprawa.
- Sukinsyny - powtórzył nieznajomy. - Pieprzeni dranie, założę się o wszystko, że to przykrywka.
- Czego?
- Mają dowody, po prostu trzymają nas, kurwa, w niewiedzy. Tam coś jest
i to nie człowiek.
Kaufman zrozumiał. Dureń wygłaszał właśnie teorię spiskową. Jakże często
je słyszał: prawdziwe panaceum.
- Widzisz pan, dłubią przy tych tam klonach i wszystko wyrwało im się
spod kontroli. Całkiem możliwe, że hodują pierdzielone potwory. Tam na
dole coś jest, a oni nam nie mówią. Przykrywka bez dwóch zdań, założę
się o wszystko.
Kaufman odkrył, że fascynuje go pewność tamtego. Potwory na łowach.
Sześć głów. Tuzin oczu. Czemuż by nie? Wiedział, dlaczego nie. Bo to
uniewinniałoby jego miasto: oczyszczało je, a Kaufman wierzył w głębi
serca, że potwory, które można znaleźć w tunelach, to zupełnie zwyczajni
ludzie.
Brodacz rzucił pieniądze na kontuar i wstał, zsuwając tłusty zadek z poplamionego plastikowego stołka.
- Pewnie to pierdzielony gliniarz - rzucił na pożegnanie. - Próbowali
stworzyć pieprzonego bohatera, a stworzyli potwora. - Groteskowo
wyszczerzył zęby. - Założę się o wszystko - dodał i bez dalszych słów
wymaszerował z baru ciężkim krokiem.
Kaufman powoli wypuścił powietrze przez nos, czując, jak z jego ciała
ulatuje napięcie.
Nienawidził podobnych spotkań, czuł się skrępowany i bezradny. Po
zastanowieniu uznał, że nienawidzi też podobnych ludzi: pewnych siebie
brutali, od których roi się w Nowym Jorku.
* * *
Dochodziła szósta, gdy Mahogany się obudził. Poranny deszcz o zmierzchu
zamienił się w lekką mżawkę. Powietrze pachniało czystością, jeśli to
możliwe na Manhattanie. Przeciągnął się na łóżku, odrzucił brudną kołdrę
i wstał, gotów do pracy.
W łazience deszcz kapał na skrzynkę klimatyzacji, wypełniając mieszkanie
rytmicznym pluskiem, Mahogany włączył telewizor, by zagłuszyć hałas, nie
interesował go jednak żaden program.
Podszedł do okna. Ulicę pięć pięter w dole wypełniał gęsty tłum
samochodów i ludzi.
Po ciężkim dniu pracy Nowy Jork zmierzał do domów, by tam bawić się,
kochać, ludzie wylewali się strumieniami z biur i wsiadali do swych
pojazdów - niektórzy poirytowani po dniu ciężkiej roboty w rzadko
wietrzonych biurach, inni, potulni jak owce, wędrowali do domu alejami,
popychani naprzód nieustającym prądem ciał. Jeszcze inni wciskali się do
metra, ślepi na pokrywające wszystkie ściany graffiti, głusi na bełkot
własnych głosów i na zimne grzmoty w tunelach.
Myśl ta uradowała Mahogany'ego. On przecież nie należał do stada
przeciętniaków. Mógł stać w oknie i patrzeć na tysiąc głów w dole,
świadom, że jest wybrańcem.
Oczywiście miał swoje terminy, tak samo jak ci na ulicy. Lecz jego praca
nie była bezsensowna, bardziej przypominała uświęcony obowiązek.
Tak jak oni musiał gdzieś mieszkać, spać i srać. Ale nie kierowała nim
potrzeba pieniędzy, lecz wymogi historii.
Należał do nielicznej garstki o tradycjach sięgających daleko poza
Amerykę. Był nocnym łowcą jak Kuba Rozpruwacz, jak Gilles de Rais,
żyjącym ucieleśnieniem śmierci, upiorem o ludzkiej twarzy. Krążył w ludzkich snach i budził koszmary.
Ludzie pod nim nie znali jego twarzy, nikt nawet nie spojrzał na niego
dwukrotnie, lecz on wychwytywał ich wzrokiem i ważył, wybierając
najdojrzalszych z przechodzącej w dole parady zdrowych i młodych, którzy
mieliby paść pod ciosem jego noża ofiarnego.
Czasami Mahogany pragnął ogłosić swoją tożsamość światu, miał jednak
obowiązki, które ciążyły mu coraz bardziej. Nie mógł oczekiwać sławy.
Wiódł tajemne życie i tylko jego duma łaknęła uznania.
"Ostatecznie - pomyślał - czy bydło pozdrawia rzeźnika, padając przed
nim na kolana?".
W sumie był zadowolony ze swego życia. Wystarczyło mu, że stanowił część
owej wielkiej tradycji. Musiało wystarczyć.
Ostatnio jednak doszło do kilku odkryć. Oczywiście to nie jego wina.
Nikt nie mógłby go obwiniać. Ale nastały ciężkie czasy. Życie nie było
już tak łatwe jak dziesięć lat temu. Jasne, trochę się postarzał i praca
bardziej go męczyła; zobowiązania przygniatały go coraz cięższym
brzemieniem. Był wybrańcem, a to trudny i ciężki przywilej.
Od czasu do czasu zastanawiał się, czy nie pora na to, by zacząć
przyuczać do swych obowiązków kogoś młodszego. Oczywiście musiał
zasięgnąć opinii Ojców, lecz wcześniej czy później trzeba będzie znaleźć
mu zastępcę, a uważał, iż byłoby oburzającym marnotrawstwem
doświadczenia, gdyby on sam go nie wyszkolił.
Mógł mu przekazać tak wiele użytecznych sztuczek: jak najlepiej
schwytać, zarżnąć, rozebrać, wykrwawić ofiarę. Jak wybrać najlepsze
mięso do ich celów. Jak najprościej pozbyć się szczątków. Tak wiele
szczegółów, tak wiele zgromadzonego doświadczenia.
Wszedł do łazienki i odkręcił prysznic. Nim stanął pod wodą, spojrzał w dół na swoje ciało. Niewielki brzuch, siwiejące włosy na oklapłej
piersi, blizny i pryszcze pokrywające bladą skórę. Starzał się. Lecz tej
nocy, tak jak każdej innej, miał do wykonania zadanie.
* * *
Kaufman pośpiesznym krokiem wrócił do holu z kanapką, opuszczając
kołnierz i strzepując deszcz z włosów. Zegar nad windą wskazywał siódmą
szesnaście. Zamierzał popracować najwyżej do dziesiątej.
Winda zawiozła go na dwunaste piętro, do biur firmy Pappas. Z nieszczęśliwą miną ruszył przez labirynt pustych biurek i pozamykanych
maszyn, na swoje niewielkie, wciąż oświetlone terytorium. Z korytarza
dobiegały go głosy sprzątających biuro kobiet, poza tym wokół panowała
martwa cisza.
Zdjął płaszcz, strzepnął z niego deszcz najlepiej jak umiał i odwiesił.
A potem siadł przed stertą zamówień, z którymi zmagał się od trzech dni,
i zabrał się do pracy. Oceniał, że trzeba będzie jeszcze jednej
wieczornej nasiadówki, by odwalić większość, a łatwiej było mu się
skupić bez nieustającego terkotu maszyn i maszynistek.
Rozpakował pełnoziarnistą bułkę z szynką i dodatkowym majonezem i zabrał
się do dzieła.
* * *
Dochodziła dziewiąta.
Mahogany ubrał się stosownie na nocną zmianę: miał na sobie zwykły,
spokojny garnitur, starannie zawiązany brązowy krawat, srebrne spinki
(prezent od pierwszej żony), wsunięte w rękawy idealnie odprasowanej
koszuli. Jego rzednące włosy połyskiwały od pomady, paznokcie miał
przycięte i wypolerowane, twarz skropioną wodą kolońską.
Spakował też torbę. Ręczniki, narzędzia, fartuch z kolczugi.
Przejrzał się w lustrze, uznał, że wciąż można by go wziąć za
czterdziestopięciolatka, najwyżej pięćdziesięciolatka.
Przyglądając się własnej twarzy, przypomniał sobie o obowiązkach. Nade
wszystko musi zachować ostrożność. Całkiem możliwe, że dziś wieczór ich
oczy będą obserwować każdy jego ruch i oceniać, jak się spisze. Musi
zachowywać się jak człowiek niewinny, niebudzący podejrzeń.
"Gdyby tylko wiedzieli - pomyślał - ludzie, którzy przechodzili,
przebiegali, mijali go na ulicach, którzy zderzali się z nim bez słowa
przeprosin, którzy patrzyli na niego ze wzgardą, uśmiechali się, widząc
masywne ciało, skrępowani odwracali wzrok na widok źle dopasowanego
garnituru. Gdyby tylko wiedzieli co robi, czym jest i co ze sobą nosi".
"Ostrożnie" - rzekł do siebie, gasząc światło. W mieszkaniu zapadł mrok.
Mahogany podszedł do drzwi i je otworzył. Przywykł do wędrówek w ciemności. Czuł się w niej dobrze.
Chmury deszczowe zupełnie odpłynęły. Mahogany przeszedł przez Amsterdam
do stacji metra na Sto Czterdziestej Piątej. Dziś znów pojedzie liną
Avenue of the Americas, swoją ulubioną i często najowocniejszą.
Schodami na dół z żetonem w dłoni. Przez automatyczną bramkę. Teraz czuł
w nozdrzach zapach tuneli. Oczywiście nie głębokich tuneli, te miały
własną, wyjątkową woń, lecz nawet stęchłe, naelektryzowane powietrze tej
płytkiej linii w jakiś sposób dodawało otuchy. Oddechy wyrzygane z ust
miliona podróżnych krążyły w podziemnym labiryncie, mieszając się z oddechem istot znacznie starszych, istot o głosach miękkich jak glina i odrażającym apetycie. Och, jakże to uwielbiał: zapach, ciemność, grzmot.
Stojąc na platformie, przebiegł krytycznym wzrokiem po innych
pasażerach. Jedno czy dwa ciała nawet się nadawały, lecz między nimi
było zbyt wiele śmieci, tak nieliczne warte obróbki. Wychudzeni, otyli,
chorzy, zmęczeni, ciała zniszczone obojętnością i nieumiarkowaniem. Jako
zawodowca brzydziło go to, choć rozumiał słabość niszczącą nawet
najlepszych z ludzi.
Niemal godzinę kręcił się po stacji, wędrując między peronami, a pociągi
nadjeżdżały i znikały, nadjeżdżały i znikały, a wraz z nimi ludzie.
Przygnębiała go mizerna liczba nadających się ciał, miał wrażenie, że
każdego dnia czeka coraz dłużej i dłużej, by znaleźć coś godnego użycia.
Było już niemal wpół do jedenastej, a on nie widział ani jednego
osobnika, który naprawdę nadawałby się na rzeź.
"Nieważne - rzekł do siebie - mam jeszcze czas". Wkrótce pojawią się
tłumy z teatrów. Wśród nich zawsze znalazło się parę solidnych ciał,
dobrze wykarmiona inteligencja ściskająca w dłoniach kupony biletów i wymieniająca opinie na temat rozrywki, jaką daje sztuka - o tak, coś tam
znajdzie.
* * *
Kaufman nie skończył do jedenastej, choć obiecał sobie wyjść godzinę
wcześniej. Ale nuda i rozdrażnienie utrudniały pracę i płachty pełne
liczb zaczynały rozmywać mu się przed oczami. Dziesięć po jedenastej
rzucił na biurko długopis i przyznał się do porażki. Wnętrzem dłoni tarł
piekące oczy tak długo, aż głowa wypełniła mu się kolorami.
- Chrzanić to, kurwa.
Nigdy nie przeklinał w towarzystwie, lecz zdarzało się czasami, iż ulżył
sobie, mówiąc do siebie "kurwa". Wydostał się z biura z wilgotnym
płaszczem przewieszonym przez ramię i skierował wprost do windy. Ręce i nogi miał odrętwiałe, powieki same mu opadały.
Na dworze było zimniej, niż się spodziewał, i chłodne powietrze na
chwilę wyrwało go z letargu. Pomaszerował na stację metra przy
Trzydziestej Czwartej Ulicy. Jeśli złapie ekspres do Far Rockaway,
będzie w domu za godzinę.
* * *
Ani Kaufman, ani Mahogany nie mieli pojęcia o tym, że na skrzyżowaniu
Dziewięćdziesiątej Szóstej Ulicy i Broadwayu policja aresztowała
mężczyznę, którego wzięła za Mordercę z Metra, uwięziwszy go wcześniej w jednym z pociągów z centrum. Drobny gość europejskiego pochodzenia,
wymachujący młotkiem i piłą, osaczył młodą kobietę w drugim wagoniku,
grożąc, że rozrąbie ją na pół w imię Jehowy.
Wątpliwe, by zdołał wypełnić swoją groźbę. Tak się jednak złożyło, że
nie miał szans tego zrobić. Podczas gdy reszta pasażerów (w tym dwóch
żołnierzy piechoty morskiej) patrzyła bezczynnie, wybrana ofiara kopnęła
napastnika prosto w jądra. Upuścił młotek, ona go podniosła i nim
żołnierze ją powstrzymali, złamała mu dolną szczękę i prawą kość
policzkową.
Kiedy pociąg zatrzymał się na Dziewięćdziesiątej Szóstej, policja już
czekała, by aresztować Rzeźnika z Metra. Całą hordą wpadli do pociągu,
wrzeszcząc jak upiory, śmiertelnie przerażeni. Rzeźnik leżał w kącie
wagonu ze zmasakrowaną twarzą. Policjanci wywieźli go tryumfalnie,
kobieta po przesłuchaniu wróciła do domu wraz z żołnierzami.
Choć Mahogany o niczym nie wiedział, zmyłka ta bardzo mu się przydała.
Policja potrzebowała niemal całej nocy, by ustalić tożsamość więźnia,
głównie dlatego, że mógł on jedynie ślinić się przez strzaskaną szczękę.
Dopiero o wpół do czwartej rano niejaki kapitan Davies, rozpoczynający
służbę, rozpoznał w nim emerytowanego kwiaciarza z Bronxu, Hanka
Vasarely. Najwyraźniej Hank regularnie trafiał do aresztu z powodu gróźb
karalnych i publicznego obnażania się, wszystko w imię Jehowy. Pozory
mylą: był mniej więcej tak niebezpieczny jak króliczek wielkanocny. Nie
aresztowano Rzeźnika z Metra, lecz nim gliniarze się zorientowali,
Mahogany miał sporo czasu dla siebie.
* * *
Kwadrans po jedenastej Kaufman wsiadł do ekspresu jadącego na Mott
Avenue. Oprócz niego wagonikiem jechało dwoje innych podróżnych:
czarnoskóra kobieta w średnim wieku w fioletowym płaszczu i blady
niedorostek o pokrytej trądzikowymi bliznami twarzy, wpatrujący się
nieprzytomnym wzrokiem w wypisane sprejem na suficie "Pocałuj mnie w moją białą dupę".
Kaufman jechał pierwszym wagonem. Czekała go trzydziestopięciominutowa
podróż. Ukojony rytmicznym kołysaniem pociągu, pozwolił sobie na
zamknięcie oczu. Jazda była nużąca, a on strasznie zmęczony. Nie
widział, jak światła w drugim wagonie zgasły. Nie widział twarzy
Mahogany'ego wyglądającej przez drzwi między wagonami w poszukiwaniu
nowego mięsa.
Przy Czternastej Ulicy ciemnoskóra kobieta wysiadła. Nikt nie wsiadł na
jej miejsce.
Kaufman na moment uniósł powieki, ujrzał pusty peron przy Czternastej i znów je zamknął. Drzwi zasunęły się z sykiem, a on szybował gdzieś w ciepłej przestrzeni pomiędzy świadomością i snem, w głowie trzepotały mu
zarodki sennych wizji, bardzo przyjemne. Pociąg znów ruszył z turkotem,
zagłębiając się w tunele.
Być może gdzieś w głębi sennego umysłu Kaufman zarejestrował fakt, iż
drzwi pomiędzy drugim a pierwszym wagonem rozsunęły się. Może poczuł
nagłą falę powietrza z tuneli i zauważył, że przez chwilę turkot kół
rozbrzmiewał głośniej. Ale zdecydował się to zignorować.
Może nawet usłyszał hurgot, gdy Mohagony obezwładnił młodzika o nieobecnych oczach. Lecz dźwięk ów był zbyt odległy, a obietnica snu
zbyt kusząca. Drzemał dalej.
Z jakiegoś powodu śnił o kuchni swojej matki. Siekała rzepę i uśmiechała
się słodko do niego. W owym śnie był bardzo mały i gdy pracowała,
patrzył w górę na jej promienną twarz. Ciach. Ciach. Ciach.
Gwałtownie uniósł powieki. Matka zniknęła. Wagon był pusty, chłopak
zniknął. Jak długo drzemał? Nie pamiętał, by zatrzymywali się przy
Zachodniej Czwartej Ulicy. Wstał z głową oszołomioną snem i o mało nie
upadł, bo pociąg zatrząsł się mocno. Wyglądało na to, że bardzo się
rozpędził, może maszyniście śpieszyło się do domu, do ciepłego łóżka i do żony. Pędzili bardzo szybko, w istocie przerażająco szybko.
Okno pomiędzy wagonami przesłaniała roleta, choć nie pamiętał, żeby
wcześniej ją zaciągnięto. Do trzeźwiejącej głowy Kaufmana zakradła się
lekka obawa. Co, jeśli spał bardzo długo i strażnik go nie zauważył?
Może przejechali już Far Rockaway i pociąg pędzi teraz tam, gdzie
pociągi zatrzymują się na noc?
- Pieprzyć to, kurwa - rzekł głośno.
Czy powinien pójść na przód i spytać maszynistę? Co za cholernie
idiotyczne pytanie: gdzie ja jestem? O tej porze mógł raczej spodziewać
się steku przekleństw niż zwykłej odpowiedzi.
I wtedy pociąg zaczął zwalniać.
Stacja. Tak, stacja. Wagon wynurzył się z tunelu i zatrzymał w blasku
brudnych lamp przy Zachodniej Czwartej Ulicy. Nie przeoczył żadnego
przystanku.
Gdzie zatem podział się chłopak?
Albo zlekceważył zakaz przechodzenia między wagonami podczas jazdy, albo
też przebywał w kabinie maszynisty z przodu. "Zapewne między jego
nogami" - pomyślał Kaufman, krzywiąc się z niesmakiem. Nie byłby to
pierwszy raz. To w końcu Pałac Rozkoszy i każdy ma prawdo do odrobiny
miłości w mroku.
Wzruszył ramionami. Co go obchodzi, gdzie się podział chłopak?
Drzwi się zamknęły. Nikt nie wsiadł do pociągu, który ruszył ze stacji.
Światła przygasły, kiedy zwiększył pobór mocy, znów się rozpędzając.
Kaufman poczuł nową falę senności, lecz nagły lęk przed tym, że się
zgubił, wprowadził do jego ciała dość adrenaliny i ręce i nogi mrowiły
nerwową energią.
Zmysły także się wyostrzyły.
Mimo łoskotu kół na szynach usłyszał dobiegający z sąsiedniego wagonu
odgłos darcia tkaniny. Czyżby ktoś zdzierał z siebie koszulę?
Wstał, dla równowagi przytrzymując się jednego z uchwytów.
Okienko między wagonami szczelnie zasłonięto, on jednak wbił w nie
wzrok, marszcząc brwi, jakby nagle odkrył w sobie zmysł rentgenowski.
Wagon kołysał się i podskakiwał. Znów jechali bardzo szybko.
Kolejny dźwięk darcia.
Może to gwałt?
Kierowany jedynie łagodną ciekawością podglądacza, Kaufman ruszył przez
rozkołysany wagon w stronę drzwi łącznikowych, w nadziei, że znajdzie
jakąś szczelinę w zasłonce. Nadal wbijał oczy w okno, toteż nie zauważył
rozbryzgów krwi, w których stąpał.
Dopóki...
...nie pojechała mu pięta. Spojrzał w dół. Jego żołądek niemal dostrzegł
krew, zanim mózg ją zarejestrował, i pełnoziarnista bułka z szynką
podjechała do góry, więznąc w głębi gardła. Krew. Wciągnął kilka haustów
stęchłego powietrza i odwrócił wzrok z powrotem ku oknu.
W głowie wciąż słyszał to słowo: "krew". Nic na świecie nie zdołałoby go
przegnać.
Od drzwi dzielił go tylko metr, najwyżej dwa. Musiał zajrzeć. Na bucie
miał krew, wąska smuga wiodła do sąsiedniego wagonu, ale mimo to nadal
musiał zajrzeć.
Musiał.
Postąpił dwa kroki w stronę drzwi i przebiegł wzrokiem zasłonę, szukając
czegokolwiek: wystarczyłaby nawet wyciągnięta nitka. Dostrzegł maleńką
dziurkę. Przytknął do niej oko.
Jego umysł odmówił przyjęcia tego, co oczy widziały za drzwiami.
Odrzucił ten widok jako bzdurny, jako senną wizję. Rozsądek upierał się,
że to nie może być prawda. Ale ciało wiedziało. Cały zesztywniał ze
zgrozy. Niemrugające oczy nie mogły odrzucić odrażającej sceny za
zasłoną. Stał tak przy drzwiach, a tymczasem pociąg z turkotem jechał
dalej, krew odpływała mu z kończyn, a mózg słabł z braku tlenu. Przed
oczami zatańczyły jasne punkciki światła, przesłaniając koszmar.
A potem zemdlał.
* * *
Był nieprzytomny, gdy pociąg dotarł do Jay Street. Nie słyszał
maszynisty ogłaszającego, że wszyscy podróżni jadący dalej powinni się
przesiąść. Gdyby usłyszał, podważyłby sensowność owych słów, żaden
pociąg nie wysadzał pasażerów przy Jay Street; trasa wiodła dalej do
Mott Avenue przez Wyścigi Akwedukt, mijając lotnisko Kennedy'ego.
Zacząłby pytać, co to w ogóle za pociąg. Tyle że już wiedział. Prawda
wisiała w sąsiednim wagonie. Uśmiechała się pogodnie do siebie zza
zakrwawionego metalowego fartucha.
To był Nocny Pociąg z Mięsem.
* * *
Kiedy człowiek leży nieprzytomny, traci rachubę czasu. Nim powieki
Kaufmana uniosły się, a jego mózg skupił na nowo odkrytej sytuacji,
mogły minąć sekundy bądź godziny.
Leżał teraz pod jednym z siedzeń, przyciśnięty do wibrującej ściany
wagonu, ukryty. Uznał, że jak dotąd los mu sprzyja: w jakiś sposób
kołysanie wagonu musiało sprawić, że jego nieprzytomne ciało przeturlało
się na bok.
Przypomniał sobie koszmar w wagonie numer dwa i z trudem nie
zwymiotował. Przełknął ślinę. Był sam. Strażnik gdzieś się podział (może
zamordowany?), a on w żaden sposób nie mógł wezwać pomocy. A co z maszynistą? Czy leżał nieżywy na swym pulpicie? Czy pociąg pędził teraz
nieznanym tunelem, bez żadnej identyfikującej go stacji, wprost ku
zagładzie?
A jeśli nie zginie w katastrofie, zawsze pozostaje Rzeźnik, wciąż
rąbiący ciało, oddzielony od miejsca, w którym leżał Kaufman, zaledwie
grubością drzwi.
Gdziekolwiek spojrzał, nazwa nad drzwiami brzmiała "Śmierć".
Hałas ogłuszał go, zwłaszcza tu, na podłodze. Zęby Kaufmana kołysały się
w szczękach, twarz odrętwiała od wibracji, bolała go nawet czaszka.
Stopniowo poczuł, jak do wyczerpanych kończyn powraca siła. Ostrożnie
wyciągnął palce i zacisnął pięści, by pobudzić krążenie krwi.
Gdy wróciło mu czucie, przyniosło ze sobą mdłości. Wciąż widział
brutalny horror sąsiedniego wagonu. Oczywiście wcześniej oglądał zdjęcia
ofiar, ale to nie były zwyczajne zabójstwa. Znalazł się w tym samym
pociągu co Rzeźnik z Metra, potwór zawieszający ofiary za nogi, nagie i bezwłose.
Ile trzeba czasu, by zabójca przekroczył próg wagonu i go znalazł?
Kaufman był pewien, że jeśli nie zabije go Rzeźnik, uczyni to nieznośne
wyczekiwanie.
Usłyszał ruch za drzwiami.
Instynkt zwyciężył. Kaufman rzucił się dalej pod siedzenie i skulił w maleńką kulę, przyciskając do ściany pobladłą od mdłości twarz.
Następnie zakrył głowę rękami i zacisnął powieki mocno, jak dziecko
bojące się Upiora.
Drzwi rozsunęły się. Szczęk. Syk. Fala powietrza znad torów. Pachniało
dziwniej niż kiedykolwiek wcześniej i zimniej. Czuł, że nozdrza
wypełniło mu prymitywne powietrze, wrogie, niezrozumiałe. Zadrżał.
Drzwi zamknęły się. Szczęk.
Kaufman wiedział, że Rzeźnik jest blisko. Możliwe, że stał zaledwie
kilka centymetrów od niego.
Czy właśnie w tej chwili patrzył na jego plecy? Może wręcz pochylał się
z nożem w ręku, by wyciągnąć Kaufmana z kryjówki jak ślimaka wyrwanego
ze skorupy?
Nic się nie wydarzyło. Nie poczuł na karku oddechu. Nikt nie rozpruł mu
pleców.
Niedaleko głowy usłyszał jedynie tupot stóp, który szybko zaczął się
oddalać.
Kaufman, dotąd wstrzymujący powietrze w płucach tak długo, że aż go
zabolały, wypuścił je ze świstem między zębami.
Mahogany z uczuciem bliskim zawodu odkrył, że śpiący mężczyzna wysiadł
przy Zachodniej Czwartej. Miał nadzieję załatwić tej nocy jeszcze jedną
robotę, by mieć zajęcie podczas zjazdu w dół. Ale nie: tamten zniknął.
"W sumie potencjalna ofiara nie wyglądała zbyt zdrowo - pomyślał -
pewnie to jakiś anemiczny żydowski księgowy. Mięso nie miałoby właściwej
jakości". Przeszedł przez wagon do kabiny maszynisty. Zamierzał spędzić
tam resztę drogi.
"O Chryste - pomyślał Kaufman - zaraz zabije maszynistę".
Usłyszał, jak drzwi kabiny otworzyły się, a potem głos Rzeźnika, niski i ochrypły.
- Cześć.
- Cześć.
Oni się znali.
- Już?
- Już.
Kaufmanem wstrząsnęła banalność owych słów. Już? Co to niby miało
znaczyć?
Nie dosłyszał następnych kilku słów, bo pociąg natrafił właśnie na
szczególnie hałaśliwy fragment torów. Nie mógł dłużej oprzeć się
ciekawości. Ostrożnie wyprostował się i zerknął przez ramię wzdłuż
wagonu. Widział jedynie nogi Rzeźnika i dół otwartych drzwi kabiny.
Cholera. Chciał znów zobaczyć twarz tego potwora.
Teraz z kabiny dobiegał śmiech.
Kaufman rozważył możliwe ryzyko: matematykę paniki. Gdyby pozostał tu,
gdzie jest, wcześniej czy później Rzeźnik zerknąłby w dół i go
dostrzegł, zamieniając w rąbankę. Z drugiej strony gdyby wyszedł ze swej
kryjówki, ryzykował, że zauważy go i zacznie ścigać. Co jest gorsze:
trwanie w bezruchu w dziurze i czekanie na śmierć czy też próba ucieczki
i stawienie czoła Stwórcy pośrodku wagonu.
Decyzja zaskoczyła jego samego: wyjdzie.
Nieskończenie powoli wyczołgał się spod siedzenia, co minutę oglądając
się na plecy Rzeźnika. Potem zaczął pełznąć w stronę drzwi. Każdy krok
stanowił męczarnię, lecz Rzeźnik był zbyt zatopiony w rozmowie, by się
oglądać.
Kaufman dotarł do drzwi. Zaczął się podnosić, cały czas usiłując
przygotować się na widok czekający na niego w wagonie numer dwa. Dłoń
zacisnęła się na klamce: odsunął drzwi.
Turkot wzmógł się, twarz omiotła mu fala wilgotnego powietrza,
cuchnącego niczym, co by znał na tej ziemi. Z pewnością Rzeźnik usłyszy
to bądź wyczuje. Z pewnością się odwróci - ale nie. Kaufman prześliznął
się przez otwartą szczelinę i znalazł w krwawej jatce.
Ulga sprawiła, że zapomniał o ostrożności. Niedokładnie zamknął drzwi,
które zaczęły się rozsuwać w rytm podskoków pociągu.
Mahogany wystawił głowę z kabiny, patrząc przez wagon w stronę wyjścia.
- Co, do kurwy? - spytał maszynista.
- Niedokładnie zamknąłem drzwi. To wszystko.
Kaufman usłyszał, jak Rzeźnik zmierza ku drzwiom. Przykucnął, kuląc się
skonsternowany pod poprzeczną ścianą, nagle świadom tego, jak pełny ma
pęcherz i wątpia. Szarpnięcie z drugiej strony zatrzasnęło drzwi, kroki
znów się oddaliły.
Bezpieczny, przynajmniej na kolejny oddech. Otworzył oczy, szykując się
na widok rzeźni.
Nie dało się go uniknąć.
Przepełnił wszystkie jego zmysły: smród otwartych wnętrzności, widok
ciał, dotyk płynu na podłodze pod palcami, skrzypienie pasów
napinających się pod ciężarem trupów, nawet powietrze smakowało słoną
krwią. W tym momencie, pędząc przez mrok, znalazł się sam na sam z absolutną, niezaprzeczalną śmiercią.
Ale mdłości minęły. Nie pozostało w nim nic, prócz lekkiego obrzydzenia.
A odkrył nawet, że z pewną ciekawością przygląda się zwłokom.
Najbliżej wisiały szczątki pryszczatego nastolatka, którego widział w wagonie numer jeden. Ciało wisiało do góry nogami, kołysząc się tam i z powrotem w rytm pociągu, identycznie jak trzy pozostałe, w obscenicznym
danse macabre.
Ręce dyndały luźno ze stawów, w których zrobiono nacięcia głębokie na
kilka centymetrów, by ciała wisiały porządniej.
Każdy fragment anatomii martwego dzieciaka huśtał się hipnotycznie.
Język zwisający z otwartych ust. Głowa kołysząca się na rozprutej szyi.
Nawet penis młodzika trzepotał z boku na bok z wyskubanego krocza. Z rany na głowie i otwartej tętnicy wciąż wypływały fale pulsującej krwi,
ściekające do czarnego kubła. Cały ów widok miał w sobie pewną
elegancję, wrażenie dobrze wykonanej roboty.
Za tym ciałem wisiały zawieszone trupy dwóch młodych białych kobiet i ciemnoskórego mężczyzny. Kaufman odwrócił na bok głowę, aby sprawdzić
ich twarze. Nie miały żadnego wyrazu. Jedna z dziewczyn była prawdziwą
pięknością. Uznał, że mężczyzna to Portorykańczyk. Wszystkich pozbawiono
wszelkich włosów na głowach i ciałach, w istocie w powietrzu wciąż
wisiał swąd spalenizny. Kaufman przesunął się wzdłuż ściany, podnosząc z przykucu, i gdy to uczynił, jedna z kobiet przekręciła się, ukazując mu
się od tyłu.
Nie był przygotowany na ten ostatni koszmar.
Mięso na jej grzbiecie zostało zgrabnie odrąbane od szyi aż po pośladki,
mięśnie oderwano, odsłaniając lśniące kręgi. Oto ostateczny tryumf
sztuki Rzeźnika. Ogolone, wykrwawione, rozprute połcie człowieczeństwa
wisiały tu wypatroszone jak ryby i gotowe do pożarcia.
Kaufman niemal uśmiechnął się w obliczu tej idealnej grozy. U podstawy
czaszki poczuł zachęcające kiełkowanie obłędu, wabiące w otchłań
zapomnienia, obiecujące głuchą obojętność wobec świata.
Zaczął niepowstrzymanie dygotać. Czuł, jak jego struny głosowe próbują
sformułować krzyk. To było nie do zniesienia: a jednak gdyby krzyknął,
po krótkiej chwili stałby się jak jeden z dyndających przed nim stworów.
- Pieprzyć to, kurwa - rzekł głośniej, niż zamierzał, po czym odepchnął
się od ściany i ruszył w głąb wagonu pomiędzy rozkołysanymi trupami,
przesuwając wzrokiem po starannie złożonych stosikach ubrań i dobytku na
siedzeniach obok właścicieli. Podłoga pod jego stopami lepiła się od
zasychającej żółci. Nawet przez zmrużone oczy widział aż nazbyt wyraźnie
krew w kubłach: gęstą i zawiesistą, z obracającymi się w niej cząstkami
chrząstek.
Minął już chłopaka i widział przed sobą drzwi do wagonu numer trzy.
Wystarczyło tylko przejść przez ów korytarz okropności. Dopingował się w duchu, próbując nie zważać na otaczające go koszmary i skoncentrować się
na drzwiach wiodących z powrotem do normalności.
Wyminął pierwszą kobietę. "Jeszcze parę metrów - rzekł do siebie -
najwyżej dziesięć kroków, mniej, jeśli zapomni o ostrożności".
I wtedy światła zgasły.
- Jezu Chryste - rzekł.
Pociąg szarpnął i Kaufman stracił równowagę.
W nieprzeniknionej czerni wyciągnął rozpaczliwie ręce, próbując się
oprzeć, i macające ramiona objęły wiszące obok ciało. Nim zdołał się
powstrzymać, poczuł, jak jego dłonie zagłębiają się w letnią skórę, a palce ściskają skraj mięśnia pleców nieboszczki, tak że koniuszkami
palców dotknął jej kręgosłupa. Policzek przycisnął do nagiej skóry uda.
Krzyknął. I w chwili gdy krzyczał, światła zamigotały i znów zapłonęły.
A gdy się rozjaśniły i jego krzyk ucichł, usłyszał tupot zbliżających
się stóp Rzeźnika, maszerujących przez wagon numer jeden w stronę drzwi
łącznikowych.
Kaufman wypuścił trupa, twarz miał wysmarowaną krwią z nogi kobiety.
Czuł ją na policzku niczym barwy wojenne.
Krzyk rozjaśnił mu w głowie i Kaufman nagle poczuł w sobie nowo obudzoną
siłę. Wiedział, że nie będzie już ganiał się po pociągu, koniec z tchórzostwem. Czeka go prymitywne starcie twarzą w twarz dwóch istot
ludzkich. I nie powstrzyma się przed niczym, nawet najgorszym podstępem,
byle tylko powalić wroga. To kwestia przetrwania, ni mniej, ni więcej.
Klamka zagrzechotała.
Kaufman rozejrzał się w poszukiwaniu broni spokojnym, szacującym
wzrokiem. Jego spojrzenie padło na stos ubrań obok trupa
Portorykańczyka. Wśród pierścionków z kryształkami i łańcuchów z tombaku
leżał nóż. Nieskazitelnie czysta broń o długiej klindze, prawdopodobnie
obiekt dumy właściciela. Sięgając obok umięśnionego ciała, Kaufman
podniósł ze stosu nóż. Przyjemnie leżał w ręce, w istocie budził w nim
rozkoszny dreszcz.
Drzwi się otwarły i ujrzał twarz Rozpruwacza.
Poprzez rzeźnię patrzył na Mahogany'ego. Nie wyglądał zbyt groźnie, ot,
kolejny łysiejący pięćdziesięciolatek z nadwagą. Twarz miał grubo
ciosaną, oczy głęboko osadzone, usta dość małe i delikatne, w istocie
niemal kobiece.
Mahogany nie mógł pojąć, skąd intruz się wziął, doskonale rozumiał
jednak, że to kolejne przeoczenie, kolejna oznaka narastającej
niekompetencji. Musi natychmiast pozbyć się tego obdartusa. Ostatecznie
od końca trasy dzieliła ich najwyżej mila, może dwie. Musi załatwić tego
kurdupla i powiesić za pięty, nim dotrą do celu.
Wszedł do wagonu numer dwa.
- Ty spałeś - rzekł, rozpoznając Kaufmana. - Widziałem cię.
Kaufman nie odpowiedział.
- Trzeba było wysiąść z pociągu. Co próbowałeś zrobić? Schować się
przede mną?
Kaufman nadal milczał.
Mahogany chwycił rączkę tasaka wiszącego u sfatygowanego skórzanego
pasa. Był umazany krwią, podobnie jak jego metalowy fartuch, młot i piła.
- A teraz - dodał - będę musiał się ciebie pozbyć.
Kaufman uniósł nóż. Wydawał się dość mały w zestawieniu z akcesoriami
Rzeźnika.
- Pieprzyć to, kurwa - rzekł.
Mahogany uśmiechnął się szeroko, widząc nędzną próbę obrony niskiego
mężczyzny.
- Nie powinieneś był tego oglądać. To nie jest przeznaczone dla takich
jak ty - oznajmił, postępując kolejny krok ku niemu. - To tajemnica.
"Ach, zatem to jeden z tych typów działających z boskiego natchnienia?"
- pomyślał Kaufman. To sporo tłumaczyło.
- Pieprzyć to - powtórzył.
Rzeźnik zmarszczył brwi. Nie podobała mu się obojętność obcego na jego
dzieło, jego reputację.
- Wszyscy musimy kiedyś umrzeć - powiedział. - Powinieneś się cieszyć,
nie spłoniesz jak większość z nich. Ciebie mogę użyć. By nakarmić ojców.
Kaufman odpowiedział jedynie uśmiechem. Przekroczył granicę grozy i nie
da się już zastraszyć temu obrzydliwemu wielkoludowi.
Rzeźnik odczepił tasak od pasa i uniósł wysoko.
- Taki paskudny Żydek - rzekł - powinien być wdzięczny, że w ogóle może
się komuś przydać. Bycie mięsem to najlepsze, na co możesz liczyć.
Bez ostrzeżenia zamachnął się. Rozpędzony tasak przeciął powietrze, lecz
Kaufman cofnął się o krok. Ostrze przecięło rękaw jego płaszcza i wbiło
się w łydkę Portorykańczyka; siła zderzenia do połowy odrąbała nogę,
ciężar ciała jeszcze szerzej otworzył ranę. Odsłonięte mięso uda było
jak najlepszy stek, soczyste i apetyczne.
Rzeźnik zaczął wyciągać tasak z rany i w tym momencie Kaufman skoczył
naprzód. Nóż pomknął ku oku Mahogany'ego, lecz błąd w ocenie sprawił, że
zamiast tego trafił go w szyję. Przebił kolumnę kręgową, wyłaniając się
w niewielkim rozbryzgu posoki z drugiej strony. Na wylot. Jednym ciosem.
Na wylot.
Mahogany poczuł klingę w szyi niczym dławienie, zupełnie jakby
zakrztusił się kurzą kostką. Wydał z siebie idiotyczny, niezdecydowany
kaszel. Z jego ust wypłynęła krew, malując je niczym szminka na wargach
kobiety. Tasak z brzękiem wylądował na ziemi.
Kaufman wyszarpnął nóż. Z dwóch ran trysnęły niewielkie łuki krwi.
Mahogany runął na kolana, wpatrując się w nóż, który go zabił. Niski
człowieczek przyglądał mu się obojętnie. Powiedział coś, lecz uszy
Mahogany'ego pozostały głuche, jakby znalazł się pod wodą.
Nagle oślepł. Z nostalgią pomyślał o swych zmysłach, świadom, że nigdy
już niczego nie zobaczy ani nie usłyszy. Oto śmierć, teraz go dopadła.
Ręce nadal czuły splot tkaniny spodni i gorące rozbryzgi na skórze. Jego
życie zdawało się balansować na paluszkach, a tymczasem dłonie
rozpaczliwie chwytały ostatnie wrażenia zmysłowe. A potem upadł i dłonie, życie i uświęcony obowiązek ugięły się pod ciężarem szarego
ciała.
Rzeźnik nie żył.
Kaufman wciągnął w płuca kilka haustów stęchłego powietrza i przytrzymał
się jednego z uchwytów, by uspokoić rozdygotane ciało. Łzy przesłoniły
bałagan, wśród którego stał. Czas mijał: nie wiedział jak wiele, stał
zagubiony we śnie o zwycięstwie.
I wtedy pociąg zaczął zwalniać. Kaufman poczuł i usłyszał działające
hamulce. Wiszące ciała poleciały naprzód, gdy rozkołysany pociąg zwolnił
bieg, do wtóru pisku kół na szynach wypacających z siebie śluz.
Ciekawość w Kaufmanie zwyciężyła.
Czy pociąg zajedzie do podziemnej rzeźni Rzeźnika, ozdobionej mięsem,
które gromadził przez całą swoją karierę? A roześmiany maszynista,
obojętny na masakrę - co zrobi, kiedy pociąg się zatrzyma? Cokolwiek się
jednak stanie, pozostaje kwestią akademicką. Kaufman był w stanie stawić
czoło wszystkiemu, sami zobaczycie.
Głośnik zatrzeszczał. Rozległ się głos maszynisty.
- Jesteśmy na miejscu, stary. Lepiej zajmij miejsce, co?
Zajmij miejsce? Co to niby miało znaczyć?
Pociąg toczył się teraz ślimaczo powoli. Za oknami widać było tylko
czerń. Światła zamrugały, po czym zgasły. Tym razem już się nie
zapaliły. Kaufman pozostał w nieprzeniknionej ciemności.
- Postój potrwa pół godziny - oznajmił głośnik, jak zwykle na stacjach.
Pociąg zatrzymał się. Turkot kół na torach i świst powietrza, do których
Kaufman zdążył już przywyknąć, nagle umilkły. Słyszał tylko pomruk
głośnika. Nadal niczego nie widział.
A potem coś syknęło. Drzwi się otwierały. Do wagonu wtargnął zapach tak
palący, że Kaufman przycisnął dłoń do twarzy, by nie dopuścić go do
siebie.
Stał w milczeniu z dłonią przy ustach, jak się zdawało całe życie. Nie
widzieć zła. Nie słyszeć zła. Nie mówić zła.
Nagle za oknem zamigotało światło, oświetlając zarys drzwi; stopniowo
narastało i wkrótce Kaufman widział już bezwładne ciało Rzeźnika u swych
stóp oraz blade połcie mięsa wiszące dookoła.
Usłyszał też szept dobiegający z ciemności za pociągiem, narastającą
falę słabych dźwięków, przypominających głosy chrząszczy. W tunelu kryły
się ludzkie istoty, które powoli zmierzały w stronę pociągu, Kaufman
widział już ich sylwetki. Niektóre niosły pochodnie płonące martwym,
brązowym blaskiem. Być może źródłem hałasu były ich stopy na wilgotnej
ziemi albo cmokające języki, albo jedno i drugie.
Nie był tak naiwny jak jeszcze godzinę wcześniej. Czy mógł wątpić w zamiary owych stworów, wynurzających się z mroku za pociągiem? Rzeźnik
szlachtował mężczyzn i kobiety na mięso dla tych kanibali, a teraz
zmierzali tu jak goście przywołani gongiem, by posilić się w wagonie
restauracyjnym.
Kaufman schylił się i podniósł z ziemi upuszczony przez Rzeźnika tasak.
Odgłos zbliżających się stworów z każdą chwilą narastał coraz bardziej.
Kaufman cofnął się w głąb wagonu, byle dalej od otwartych drzwi, tylko
po to, by odkryć, że łącznik za jego plecami także stoi otworem i stamtąd także zbliżają się szepty.
Skulił się przy jednym z siedzeń i już miał ukryć się pod nim, gdy zza
drzwi wyłoniła się dłoń, chuda i tak krucha, że niemal przezroczysta.
Nie zdołał odwrócić wzroku. Nie był to jednak paraliż wywołany strachem,
jak wcześniej przy okienku. Po prostu chciał zobaczyć.
Stwór wkroczył do wagonu, pochodnie płonące za jego plecami pogrążyły mu
twarz w cieniu, nadal jednak widać było wyraźnie jej zarys.
Nie miał w sobie niczego interesującego.
Dwie ręce i dwie nogi, tak samo jak u Kaufmana, głowa zupełnie zwykłego
kształtu, ciało drobne, zdyszane po wysiłku towarzyszącym wdrapaniu się
do pociągu. W sumie stwór sprawiał wrażenie bardziej geriatryczne niż
psychopatyczne: pokolenia fikcyjnych ludożerców nie przygotowały
Kaufmana na tak niepokojącą kruchość.
Za nim z ciemności wyłaniały się podobne stworzenia, które, szurając
nogami, wchodziły do pociągu; w istocie robiły to wszystkimi drzwiami.
Kaufman tkwił w pułapce. Zważył w dłoniach tasak, oceniając jego
równowagę, gotów do bitwy z tymi antycznymi potworami. Jeden z nich
wniósł do wagonu pochodnię, która oświetliła twarze przywódców.
Byli zupełnie łysi. Ich znużona skóra napinała się mocno na czaszkach,
połyskując lekko, widniały na niej plamy rozkładu i choroby, w niektórych miejscach mięśnie zamieniły się w czarną maź, przez którą
przeświecały kości policzkowe bądź skronie. Część była naga jak
noworodki, ich miękkie, przeżarte syfilisem ciała ledwie zdradzały płeć
właścicieli. W miejscu dawnych piersi pozostały tylko skórzaste worki
zwisające na tułowiu, genitalia skurczyły się i zaschły.
Gorzej jednak niż nadzy wyglądali ci, których ciała skrywały ubrania. Do
Kaufmana wkrótce dotarło, że gnijący materiał, który narzucili na
ramiona bądź którym przewiązali się w pasie, zrobiono z ludzkich skór.
Nie jednej, lecz dziesiątków, ponarzucanych nieporządnie jedna na drugą
niczym żałosne trofea.
Przywódcy tej groteskowej obiadowej kolejki dotarli już do ciał i smukłe
dłonie spoczęły na połciach mięsa, gładząc ogolone ciało w górę i w dół
w sposób sugerujący rozkosz zmysłową. Z ust wysuwały się roztańczone
języki, na mięsie lądowały kropelki śliny. Spojrzenia potworów krążyły
tam i z powrotem, pełne głodu i podniecenia.
W końcu jeden z nich dostrzegł Kaufmana.
Jego oczy na moment znieruchomiały, skupiając się na nim. Twarz
przybrała pytający wyraz, parodię zdumienia.
- Ty - rzekł. Głos był równie zwiędły jak usta, z których się dobył.
Kaufman uniósł odrobinę tasak, obliczając swe szanse. W wagonie było ich
może trzydziestu, poza dużo więcej, ale wyglądali tak słabo i nie mieli
broni, jedynie własną skórę i kości.
Potwór znów się odezwał - kiedy już odzyskał głos, przemawiał z dźwięczną modulacją, tonem niegdyś czarującego, wykształconego
mężczyzny.
- Przyszedłeś za tamtym, tak?
Zerknął w dół na ciało Mahogany'ego, wyraźnie natychmiast ogarniając
całą sytuację.
- I tak był stary - dodał. Wodniste oczy znów wpatrywały się w Kaufmana,
badając go uważnie.
- Pierdol się, kurwa - odparł Kaufman.
Stwór próbował uśmiechnąć się cierpko, lecz niemal już zapomniał podstaw
technicznych, toteż rezultat bardziej przypominał grymas ukazujący zęby
systematycznie spiłowane w szpic.
- Teraz ty musisz to dla nas robić - rzekł, szczerząc się niczym bestia.
- Nie przeżyjemy bez pokarmu.
Dłoń poklepała bok ludzkiego trupa. Kaufman nie potrafił odpowiedzieć na
ten pomysł, patrzył jedynie ze wstrętem, jak paznokcie wciskają się w szczelinę między pośladkami, obmacując miękki i wypukły mięsień.
- Brzydzi nas to nie mniej niż ciebie - oznajmił stwór. - Ale musimy
posilać się tym mięsem, inaczej umrzemy. Bóg jeden wie, że nie mamy na
nie ochoty.
Mimo to ślinił się.
Kaufman odzyskał głos; brzmiał słabo, był bardziej skonfundowany niż
wystraszony.
- Czym wy jesteście? - Przypomniał sobie brodacza w barze. - Jakimiś
wybrykami?
- Jesteśmy ojcami tego miasta - oznajmił stwór. - I matkami, i córkami,
i synami. Budowniczymi, prawodawcami. Stworzyliśmy to miasto.
- Nowy Jork? - spytał Kaufman. Pałac Rozkoszy?
- Nim się narodziłeś, nim ktokolwiek żywy się urodził. - Mówiąc, stwór
wciskał paznokcie pod skórę rozpłatanego trupa i oddzielał cienką,
elastyczną warstewkę smakowitego mięśnia. Za plecami Kaufmana inne
stwory zaczęły odczepiać zwłoki, z tą samą rozkoszą pieszcząc rękami
gładkie piersi i plecy, one także obdzierały je ze skóry.
- Dostarczysz nam więcej - rzekł ojciec. - Więcej mięsa dla nas. Tamten
był słaby.
Kaufman gapił się na niego z niedowierzaniem.
- Ja? - spytał. - Mam was karmić? Za kogo wy mnie macie?
- Musisz to zrobić dla nas i dla tych starszych od nas. Zrodzonych, nim
ktokolwiek pomyślał o tym mieście, kiedy Ameryka była krainą lasów i pustyń.
Krucha dłoń wskazała gestem poza pociąg.
Spojrzenie Kaufmana podążyło za wskazującym palcem w mrok. Obok pociągu
było coś jeszcze, czego wcześniej nie zauważył: coś znacznie większego
niż jakikolwiek człowiek.
Stado stworów rozstąpiło się, przepuszczając Kaufmana, by mógł obejrzeć
uważniej to coś stojące na zewnątrz, lecz jego stopy odmówiły
współpracy.
- No idź - powiedział ojciec.
Kaufman pomyślał o mieście, które kochał. Czy to naprawdę jego
praojcowie, filozofowie, stwórcy? Musiał w to uwierzyć. Może na
powierzchni żyją ludzie - biurokraci, politycy, najróżniejsze władze -
znający ów straszliwy sekret i poświęcający całe życie utrzymaniu tych
okropieństw, karmieniu ich, tak jak dzicy poświęcają owce swoim bogom.
Rytuał ten miał w sobie coś upiornie znajomego. Przywoływał wspomnienie
- nie w świadomości Kaufmana, lecz w jego głębszej, starszej jaźni.
Stopy słuchające już nie umysłu, lecz instynktu nakazującego oddanie
czci, poruszyły się. Przeszedł korytarzem ciał i wysiadł z pociągu.
Blask pochodni ledwie odrobinę rozświetlał bezkresny mrok na zewnątrz,
powietrze zdawało się namacalne, przesycone ciężką wonią pradawnej
ziemi, ale Kaufman nie czuł niczego. Pochylił głowę, z najwyższym trudem
powstrzymując się, by znów nie zemdleć.
To tam było: poprzednik człowieka. Pierwszy Amerykanin, który nazywał
ten kraj swoją ojczyzną przed Passamaquoddymi i Szejenami. Jego oczy -
jeśli w ogóle miał oczy - wpatrywały się w niego.
Kaufman zadygotał. Zaszczękał zębami.
Słyszał odgłosy anatomii tej istoty: tykanie, trzaski, szlochy.
Stwór poruszył się odrobinę w ciemności.
Odgłos jego ruchów był niesamowity. Jak podnoszącej się góry.
Kaufman także uniósł twarz i nie myśląc o tym, co robi i dlaczego, padł
na kolana w łajnie przed Ojcem Ojców.
Każdy dzień jego życia wiódł do tej chwili, każdy moment pędził ku tej
nieobliczalnej sekundzie świętej grozy.
Gdyby światło w otchłani wystarczyło, by ujrzeć całość, być może jego
słabowite, obojętne serce by pękło. Teraz czuł jego trzepot w piersi,
widząc to, co widzi.
To był olbrzym. Bez głowy ani kończyn. Bez jakichkolwiek rysów podobnych
do ludzkich, bez organów, które miałyby jakiś sens, sugerowały zmysły.
Nie przypominał niczego, był ławicą ryb, tysiącem ryjów poruszających
się unisono, rytmicznie unoszących się, rozkwitających i więdnących,
mienił się kolorami jak macica perłowa, lecz jednocześnie był
ciemniejszy od wszystkich znanych Kaufmanowi barw, barw, które umiałby
nazwać.
Kaufman widział tylko tyle, a i to więcej, niżby pragnął. W ciemności
kryło się jeszcze mnóstwo trzepoczącego, łopoczącego ciała.
On jednak nie mógł już dłużej patrzeć. Odwrócił się i w tym momencie z pociągu wyleciała piłka, która poturlała się i zatrzymała przed Ojcem.
A przynajmniej Kaufman sądził, że to piłka, póki nie przyjrzał się
uważniej i nie rozpoznał w niej ludzkiej głowy, głowy Rzeźnika. Skórę z twarzy zdarto pasmami, głowa połyskiwała krwią, leżąc przed swym panem.
Kaufman odwrócił wzrok i podreptał do wagonu. Każda cząstka jego ciała,
oprócz oczu, zdawała się płakać; oczy za bardzo paliły kryjącym się za
nim widokiem, odparowując wszelkie łzy.
Wewnątrz stwory zabrały się już do kolacji. Widział, jak jeden wydłubuje
z oczodołu smakowity błękitny kąsek, oko kobiety. Inny wsadził jej rękę
do ust. U stóp Kaufmana leżało bezgłowe truchło Rzeźnika, wciąż
krwawiące obficie z przegryzionej szyi.
Mały ojciec, który przemówił wcześniej, stanął przed Kaufmanem.
- Służ nam? - spytał łagodnie, jakby zachęcał krowę, by poszła za nim.
Kaufman wpatrywał się w tasak, symbol urzędu Rzeźnika. Stwory wychodziły
już z wagonu, wlokąc za sobą na wpół pożarte ciała. Pochodnie się
oddalały i powracała ciemność.
Nim jednak światło kompletnie zgasło, ojciec wyciągnął rękę i ujął twarz
Kaufmana, popychając go tak, by przejrzał się w brudnej szybie okna.
Mimo słabego odbicia Kaufman dostrzegł wyraźnie, jak bardzo się zmienił.
Był bledszy niż jakikolwiek żyjący człowiek, umazany błotem i krwią.
Dłoń ojca nadal ściskała twarz Kaufmana, jego wskazujący palec wcisnął
się do jego ust i głębiej, drapiąc paznokciem tył gardła, Kaufman zaczął
się dławić, brakło mu jednak woli, by odepchnąć intruza.
- Służ - powiedział stwór - w milczeniu.
Zbyt późno Kaufman zorientował się, co palce zamierzają...
Nagle chwyciły go za język i przekręciły tuż przy korzeniu. Kaufman
wstrząśnięty upuścił tasak, próbował krzyknąć, lecz z jego ust nie dobył
się żaden dźwięk. W gardle miał krew, słyszał trzask rozdzieranego ciała
i zalała go fala cierpienia.
A potem ręka zniknęła z jego ust i ujrzał przed sobą szkarłatne,
zaślinione palce. Między kciukiem a palcem wskazującym tkwił jego język.
Kaufmanowi odebrało mowę.
- Służ - powtórzył ojciec i wsunął język do swych ust, przeżuwając z wyraźnym zadowoleniem.
Kaufman padł na kolana, wyrzygując kanapkę.
Ojciec odchodził już w ciemność, szurając nogami; reszta starożytnych
zniknęła w labiryncie na kolejną noc.
Głośnik zatrzeszczał.
- Do domu - oznajmił maszynista.
Drzwi zasunęły się z sykiem i przez pociąg przebiegł szmer mocy, światła
zamigotały i zapłonęły, zgasły, znów zajaśniały.
Pociąg ruszył.
Kaufman leżał na podłodze, po twarzy spływały mu potoki łez, łez
rezygnacji i oszołomienia. Postanowił, że tu, na miejscu, wykrwawi się
na śmierć. Nawet jeśli umrze, co z tego. Świat i tak jest odrażający.
* * *
Obudził go maszynista. Kaufman otworzył oczy; patrząca na niego z góry
twarz była czarna i nawet przyjazna. Uśmiechnęła się. Kaufman próbował
coś powiedzieć, lecz usta zalepiała mu zaschnięta krew. Szarpnął głową,
jakby próbował wypluć z siebie słowo. Usłyszał jedynie mruknięcie.
Wciąż żył. Nie wykrwawił się na śmierć.
Maszynista podniósł go na kolana, przemawiając, jakby miał do czynienia
z trzylatkiem.
- Masz robotę do wykonania, mój stary. Bardzo im się spodobałeś.
Maszynista oblizał palce i zaczął masować opuchnięte wargi Kaufmana,
próbując je rozdzielić.
- Musisz się wiele nauczyć przed jutrzejszą nocą.
Wiele nauczyć. Wiele nauczyć.
Wyprowadził Kaufmana z pociągu. Nie znajdowali się na żadnej znanej mu
stacji, wyłożono ją białymi, nieskazitelnie czystymi kaflami: istna
nirwana zawiadowcy. Ścian nie szpeciło żadne graffiti. Nie było też
automatów z żetonami ani bramek czy pasażerów. Obsługiwano tu tylko
jedną linię: Nocny Pociąg z Mięsem.
Poranna zmiana sprzątaczy krzątała się już po wagonie, spłukując krew z siedzeń i podłogi. Ktoś rozbierał trupa Rzeźnika, szykując go do
usunięcia w New Jersey. Wszędzie wokół Kaufmana roiło się od
zapracowanych ludzi.
Przez kratę w dachu stacji wlewał się deszcz porannego światła. W promieniach słońca wisiały drobinki kurzu, obracając się raz po raz.
Kaufman wpatrywał się w nie zauroczony, nie widział niczego równie
pięknego od czasu dzieciństwa. Cudowny kurz. Obrót i znów, i znów, i znów.
Maszyniście udało się rozdzielić jego wargi. Usta miał zbyt poranione,
by nimi poruszyć, ale przynajmniej mógł łatwiej oddychać. A ból już
zaczynał słabnąć.
Tamten uśmiechnął się do niego, po czym odwrócił się do reszty
pracowników.
- Chciałbym wam przedstawić następcę Mahogany'ego. Oto nasz nowy Rzeźnik
- oznajmił.
Robotnicy spojrzeli na Kaufmana. Na ich twarzach dostrzegł pewien
szacunek, który całkiem mu się spodobał.
Zerknął w górę ku słońcu rozświetlającemu przestrzeń wokół niego. Skinął
głową na znak, że chciałby wstać, wyjść na świeże powietrze. Maszynista
przytaknął i poprowadził go stromymi schodami przez alejkę na chodnik.
Dzień był piękny. Jasne niebo nad Nowym Jorkiem zasnuwały włókna
bladoróżowych chmur. Powietrze pachniało porankiem.
Ulice i aleje były praktycznie puste, od czasu do czasu w dali przez
skrzyżowanie przejeżdżała samotna taksówka i jej silnik szeptał w ciszy;
po drugiej stronie ulicy przebiegł spocony miłośnik joggingu.
Wkrótce te same puste uliczki zaroją się od ludzi, nieświadome miasto
zajmie się własnymi sprawami, nie wiedząc, na czym je wzniesiono i czemu
zawdzięcza swoje życie. Kaufman bez wahania padł na kolana i ucałował
zakrwawionymi wargami brudny beton, przysięgając w milczeniu wieczną
wierność i oddanie jego trwaniu.
Pałac Rozkoszy bez słowa przyjął jego uwielbienie.
Papla i Jack
Dlaczego Moce (oby władały jak najdłużej, oby jak najdłużej srały
światłem na głowy potępionych) wysłały go z piekła, by prześladował
Jacka Polo, Papli nie udało się dowiedzieć. Za każdym razem, gdy
nieśmiało przekazywał swojemu przełożonemu pytanie brzmiące po prostu
"Co ja tu robię?", otrzymywał szybką reprymendę za swoją ciekawość. Nie
jego sprawa, brzmiała odpowiedź, jego sprawą jest wykonać rozkaz. Albo
umrzeć, próbując to zrobić. A po sześciu miesiącach ścigania Polo Papla
zaczął uważać zagładę za całkiem atrakcyjne wyjście. Niekończąca się
zabawa w chowanego nie służyła nikomu i przydawała tylko Papli ogromnej
frustracji. Obawiał się wrzodów, psychosomatycznego trądu (przypadłości
nader częstej u demonów niższego rzędu, takich jak on sam), a nade
wszystko lękał się, iż przestanie nad sobą panować i zabije tego
człowieka w niekontrolowanym ataku irytacji.
Gdzie w ogóle podziewał się Jack Polo?
Importer korniszonów - na jaja Lewiticusa, to był po prostu zwykły
importer korniszonów! - prowadził nudne życie z nudną rodziną, poglądy
polityczne miał prostackie, a teologiczne nieistniejące. Był kompletnym
nikim, jednym z najbardziej nieciekawych dzieł natury. Po co w ogóle
zawracać sobie nim głowę? To nie Faust podpisujący cyrografy i sprzedający duszę. Ten nawet by nie spojrzał na szansę boskiego
natchnienia: pociągnąłby tylko nosem, wzruszył ramionami i wrócił do
importowania korniszonów.
A jednak Papla pozostawał uwiązany do tego domu, długimi nocami i jeszcze dłuższymi dniami, póki nie doprowadzi tego człowieka do obłędu
albo bardzo blisko. Zapowiadało się na długie zadanie, może wręcz
nieskończone. Owszem, istniały chwile, gdy nawet psychosomatyczny trąd
wydawał mu się do zniesienia, byle tylko uwolnił go od tej niemożliwej
misji.
Ze swej strony Jack J. Polo pozostawał wciąż najbardziej nieświadomym ze
wszystkich ludzi. Zawsze taki był; w istocie jego przeszłość pękała w szwach od ofiar owej naiwności. Gdy jego nieżyjąca, szczerze opłakiwana
żona zdradzała go (co najmniej dwa razy był wtedy w domu i oglądał
telewizję), dowiedział się jako ostatni. A te wskazówki, jakie mu
zostawiali! Nawet ktoś ślepy, głuchy i niemy nabrałby podejrzeń. Ale nie
Jack. Cały czas krzątał się przy swoim nudnym interesie, nie zauważając
woni wody kolońskiej rywala ani nietypowej regularności, z jaką żona
zmieniała pościel.
Równy brak zainteresowania okazał, gdy jego młodsza córka Amanda wyznała
mu, że jest lesbijką. W odpowiedzi westchnął tylko i spojrzał na nią
pytająco.
- No cóż, byleś tylko nie zaszła w ciążę, kochanie - odparł i pogodny
jak zawsze podreptał do ogrodu.
Jakie szanse miała wściekłość w starciu z podobnym człowiekiem?
Istocie wyszkolonej, by wpychać palce w rany ludzkiej psychiki, Polo
nadstawiał powierzchnię tak idealnie gładką, tak całkowicie pozbawioną
wszelkich cech szczególnych, że zło nie miało się czego uchwycić.
Żadne wydarzenia w najmniejszym stopniu nie naruszały owej idealnej
obojętności. Klęski życiowe nie pozostawiały po sobie nawet
najmniejszych blizn. Gdy w końcu musiał stawić czoło prawdzie na temat
niewierności żony (zastał ich pieprzących się w wannie), nie mógł się
zmusić, by poczuć ból bądź upokorzenie.
- Zdarza się - rzekł do siebie i wycofał się z łazienki, pozwalając im
dokończyć to, co zaczęli. - Que sera, sera.
Que sera, sera. Facet mamrotał tę wkurzającą sentencję z monotonną
regularnością; najwyraźniej całe życie podporządkował filozofii
fatalizmu, pozwalając, by ataki na jego męskość, ambicję i godność
spływały po ego niczym deszczówka po łysej czaszce.
Papla słyszał, jak żona Polo wyznaje wszystko mężowi (zwisał do góry
nogami z żyrandola, niewidzialny jak zawsze), i od całej tej sceny
rozbolały go zęby. Oto zrozpaczona grzesznica, błagająca, by ją
oskarżyć, nakrzyczeć, może wręcz uderzyć. I zamiast dać jej satysfakcję
swojej nienawiści, Polo jedynie wzruszył ramionami i pozwolił, by bez
słowa przerwy wygłosiła całą przemowę, aż w końcu nie miała już nic
więcej, co mogłaby z siebie wyrzucić. Wreszcie odeszła, bardziej z frustracji i smutku niż nękana wyrzutami sumienia; Papla słyszał, jak
zwierza się lustru w łazience, jak bardzo obraził ją brak słusznego
gniewu u męża. Niedługo potem rzuciła się z balkonu kina Roxy.
Jej samobójstwo pod pewnymi względami okazało się użyteczne dla Papli.
Po odejściu żony i wyprowadzce córek Polo Papla mógł zacząć knuć
bardziej skomplikowane sztuczki mające wstrząsnąć ofiarą i nie musiał
się już przejmować, że przypadkiem ujawni swą obecność istotom, których
moce nie wyznaczyły na cele ataku.
Lecz pod nieobecność żony w domu całymi dniami panowała pustka i wkrótce
nuda przygniotła Paplę brzemieniem, które ledwie znosił. Godziny od
dziewiątej do piątej, spędzane samotnie w domu, często wydawały się
ciągnąć bez końca. Włóczył się posępnie po pokojach, planując niezwykłe,
niepraktyczne sposoby zemsty na owym Polo, krążąc tam i z powrotem,
przybity, w towarzystwie jedynie szczęków i skrzypień domu, gdy
kaloryfery stygły, a lodówka włączała się i wyłączała. Sytuacja szybko
pogorszyła się tak bardzo, że zaczął odczuwać przybycie południowej
poczty jako najwspanialszy moment całego dnia. I jeśli listonosz nie
miał żadnych przesyłek do doręczenia i omijał ich dom, kierując się do
następnego, Paplę ogarniała przejmująca melancholia.
Gdy Jack wracał, gry zaczynały się na dobre. Zwyczajowa rozgrzewka:
Papla spotykał go w drzwiach, nie pozwalając, by klucz obrócił się w zamku. To starcie trwało minutę czy dwie, póki Jack przypadkiem nie
odkrył granicy oporu stawianego przez Paplę i nie wygrał. W środku Papla
zaczynał huśtać kloszami żyrandola. Człowiek zwykle nie zwracał uwagi na
jego popisy, nieważne, jak mocno tańczyły lampy; może czasem wzruszał
ramionami, mamrocząc pod nosem "grunt znów się osuwa", a potem dodając
nieuniknione "que sera, sera".
W łazience Papla wyciskał pastę do zębów na deskę klozetową i zatykał
słuchawkę prysznica namoczonym papierem toaletowym. Właził nawet pod
prysznic wraz z Jackiem, wisząc niewidoczny z pręta, do którego
przyczepiono zasłonkę, i mamrocząc mu do ucha obsceniczne sugestie. W akademii demonów uczono, że ten sposób zawsze działa. Obsceniczne wizje
szeptane do ucha zawsze wstrząsają klientami, sprawiają, iż zaczynają
myśleć, że sami wymyślili owe zgubne fantazje, co doprowadzało ich do
obrzydzenia samymi sobą, następnie odrzucenia samych siebie i w końcu do
obłędu. Oczywiście w kilku przypadkach zdarzało się, iż ofiarę tak
bardzo nakręcały owe szeptane sugestie, że wychodziła na ulicę, aby je
spełnić. W takich okolicznościach często aresztowano ją i więziono.
Więzienie prowadziło do dalszych zbrodni i powolnego słabnięcia granic
moralnych - w ten sposób wiodąc do zwycięstwa. Tak czy inaczej, obłęd
wygrywał.
Tyle że z jakiejś przyczyny zasada ta nie dotyczyła Polo; okazał się
niewzruszony, istna wieża przyzwoitości.
W istocie wyglądało na to, że jeśli nic się nie zmieni, to Papla załamie
się pierwszy. Był zmęczony, ogromnie zmęczony. Niekończące się dni
dręczenia kota, czytania komiksów we wczorajszej gazecie, oglądania
teleturniejów wyczerpywały furię. Ostatnio przebudziła się w nim
namiętność do kobiety mieszkającej po drugiej stronie ulicy, naprzeciwko
Polo. Była młodą wdową i większość czasu spędzała, paradując po domu
zupełnie nago. Czasami nie mógł tego znieść, w środku dnia, kiedy
listonosz się nie zjawił, kiedy tak patrzył, obserwując kobietę,
świadom, że nigdy nie może przekroczyć progu tego domu.
Tak brzmiało Prawo. Papla był pomniejszym demonem i jego chwytanie dusz
ograniczało się ściśle do obszaru domu ofiary. Wyjście na zewnątrz
oznaczało zrzeczenie się wszelkiej władzy nad nią i zdanie na łaskę
ludzkości.
Przez cały czerwiec, cały lipiec i większość sierpnia pocił się w więzieniu i przez te wszystkie jasne, upalne miesiące Jack Polo
zachowywał całkowitą obojętność wobec ataków Papli.
Wszystko to było ogromnie poniżające i stopniowo podważało pewność
siebie demona, który patrzył, jak ta nudna ofiara przeżywa każdą kolejną
próbę, jakiej ją poddawał.
Papla płakał.
Papla krzyczał.
W ataku nieopanowanej rozpaczy zagotował wodę w akwarium, a wraz z nią
wszystkie gupiki.
Polo niczego nie słyszał. Niczego nie dostrzegał.
* * *
Wreszcie pod koniec września Papla złamał jedną z pierwszych zasad misji
i zwrócił się bezpośrednio do swoich panów.
Jesień to piekielna pora, a demony wyższego rzędu czuły się hojne i życzliwe. Zgodziły się łaskawie pomówić ze swym sługą.
- Czego chcesz? - Od głosu Belzebuba powietrze w salonie poczerniało.
- Ten człowiek... - zaczął nerwowo Papla.
- Tak?
- Ten Polo.
- Tak?
- Nie potrafię nic z nim zdziałać. Nie potrafię wzbudzić w nim paniki,
strachu czy nawet lekkiej troski. Jestem impotentny, o Władco Much, i chcę, żebyś uwolnił mnie od mojego bólu.
Przez chwilę twarz Belzebuba uformowała się w lustrze nad kominkiem.
- Czego chcesz?
Belzebub był po części słoniem, po części osą. Paplę ogarnęła groza.
- Ja... chcę umrzeć.
- Nie możesz umrzeć.
- Na tym świecie. Umrzeć dla tego świata. Odejść. Zostać zastąpionym.
- Nie umrzesz.
- Ale nie mogę go złamać! - wrzasnął Papla ze łzami w oczach.
- Musisz.
- Czemu?
- Bo ci każemy. - Belzebub zawsze posługiwał się królewskim "my", choć
nie miał po temu uprawnień.
- Powiedz mi chociaż, dlaczego jestem w tym domu? - błagał Papla. - Czym
on jest? Niczym! Jest niczym!
Belzebuba wyraźnie to rozbawiło. Roześmiał się, zabzyczał, zatrąbił.
- Jack Johnson Polo jest dzieckiem wyznawcy Kościoła Utraconego
Zbawienia. Należy do nas.
- Ale po co wam on? Jest taki nudny.
- Chcemy go dostać, bo przyrzeczono nam jego duszę, a jego matka jej nie
dostarczyła. Ani też własnej. Oszukała nas. Zmarła w ramionach księdza i została bezpiecznie odeskortowana do...
Słowo, które nastąpiło dalej, było zakazane. Władca Much ledwie zdołał
je wymówić.
- ...Nieba - dokończył Belzebub głosem, w którym dźwięczało poczucie
nieopisanej straty.
- Nieba - powtórzył Papla, nie wiedząc dokładnie, co to słowo znaczy.
- Polo ma być ścigany w imię Najstarszego i ukarany za zbrodnie swojej
matki. Żadne męki nie są zbyt ciężkie dla rodziny, która nas oszukała.
- Jestem zmęczony - błagał Papla, ośmieliwszy się podejść bliżej do
lustra. - Proszę. Błagam.
- Zdobądź tego człowieka - uciął Belzebub - albo będziesz cierpiał
zamiast niego.
Postać z lustra pomachała czarno-żółtą trąbą i zniknęła.
- Gdzie twoja duma? - dodał głos pana, niknąc w dali. - Duma, Paplo,
duma.
A potem odszedł.
Sfrustrowany Papla podniósł kota i wrzucił do ognia, gdzie zwierzak
błyskawicznie spłonął. "Gdyby tylko prawo pozwalało na poddawanie
ludzkiego ciała równie łatwemu okrucieństwu - pomyślał. - Gdyby tylko".
Wówczas sprawiłby, by Polo cierpiał podobne katusze. Ale nie. Papla znał
prawa równie dobrze jak własne ręce, nauczyciele wychłostali je batem na
odsłoniętej korze mózgowej początkującego demona. A pierwsze prawo
głosiło: "Nie tkniesz ręką swojej ofiary".
Nie wyjaśniono mu, dlaczego to prawo obowiązuje, ale obowiązywało.
"Nie tkniesz...".
I tak cały bolesny proces trwał dalej, dzień za dniem, a człowiek wciąż
nie okazywał żadnych oznak załamania. W ciągu następnych kilku tygodni
Papla zabił dwa kolejne koty, które Polo przyniósł do domu, żeby
zastąpić ukochanego Freddy'go (obecnie garstkę popiołu).
Pierwszą z owych nieszczęsnych ofiar utopił w klozecie w pewne nudne
piątkowe popołudnie. Ze złośliwą satysfakcją zarejestrował wyraz
niesmaku na twarzy Polo, gdy ten rozpiął rozporek i zerknął w dół. Lecz
wszelka przyjemność, jaką Papla czerpał z widoku konsternacji na twarzy
Jacka, szybko zniknęła w obliczu pogodnej sprawności, z jaką mężczyzna
załatwił kwestię martwego kota - wyciągnął z miski klozetowej kupkę
mokrego futra, owinął ją w ręcznik i praktycznie bez słowa pogrzebał w ogrodzie na tyłach.
Trzeci kot, którego Polo sprowadził do domu, od początku wyczuł
niewidzialną obecność demona. W istocie to był rozrywkowy tydzień w połowie listopada. Życie Papli stało się niemal ciekawe, dopóki bawił
się w kotka i myszkę z Freddym III. Freddy grał rolę myszy. Ponieważ
koty nie należą do wybitnie błyskotliwych zwierząt, nie było to zbyt
wielkie wyzwanie intelektualne, lecz jednak jakaś zmiana po
niekończących się dniach czekania, nawiedzania i kolejnych klęsk.
Przynajmniej stworzenie zaakceptowało obecność Papli. W końcu jednak,
będąc w paskudnym nastroju (spowodowanym przez powtórne wyjście za mąż
nagiej wdówki), demon stracił cierpliwość do kota. Zwierzak ostrzył
właśnie pazury o nylonowy dywan, drapiąc i skrobiąc całymi godzinami, i od ciągłego hałasu demonowi cierpły metafizyczne zęby. Raz jeden
spojrzał przelotnie na kota, a ten rozpadł się, jakby połknął
odbezpieczony granat.
Efekt był widowiskowy, pozostałości obrzydliwe; wszędzie walał się koci
mózg, kocie futro, kocie flaki.
Tego wieczoru Polo wrócił do domu wykończony i stanął w drzwiach
jadalni, z miną pełną niesmaku oglądając rzeź, jaka pozostała po Freddym
III.
- Przeklęte psy - mruknął. - Przeklęte, przeklęte psy.
W jego głosie dźwięczał gniew. "O tak - pysznił się Papla - gniew". W końcu go zdenerwował. Na twarzy mężczyzny odbiły się wyraźne emocje.
Zachwycony demon ruszył pędem przez dom, zdecydowany wykorzystać swoje
zwycięstwo. Otwierał i trzaskał wszystkimi drzwiami. Rozbijał wazony.
Rozhuśtał klosze żyrandoli.
Polo jedynie uprzątnął szczątki kota.
Papla rzucił się na dół, rozerwał poduszkę, udając kuśtykającego stwora
żywiącego przemożny apetyt na ludzkie mięso, na strychu chichotał
głośno.
Polo jedynie pogrzebał Freddy'ego III obok grobu Freddy'ego II i popiołów Freddy'ego I.
A potem położył się do łóżka bez poduszki.
Demon nie mógł tego pojąć. Jeśli ów człowiek nie potrafił okazać więcej
niż przebłysku troski, gdy jego kot eksplodował w jadalni, jakie miał
szanse, że kiedykolwiek złamie drania?
Pozostała tylko jedna sposobność.
Zbliżało się Narodzenie Boga i dzieci Jacka miały powrócić do domu, na
łono rodziny. Może to one zdołają go przekonać, że nie wszystko jest
dobrze ze światem; może uda im się wbić paznokcie pod powłokę
nieskazitelnej obojętności ojca i ją naruszyć. Z resztkami nadziei Papla
przeczekał tygodnie dzielące go od końca grudnia, planując kolejne ataki
z całą pomysłową złośliwością, do jakiej był zdolny.
Tymczasem życie Jacka toczyło się dalej. Najwyraźniej przeżywał je poza
wszelkimi doświadczeniami, niczym autor piszący niewiarygodną historię i nieangażujący się zbytnio we własną narrację. Na parę istotnych sposobów
okazał jednak entuzjazm wobec nadchodzących świąt. Idealnie wysprzątał
pokoje córek. Zasłał ich łóżka słodko pachnącą pościelą. Uprzątnął
wszelkie ślady kociej krwi z dywanu. Ustawił nawet w salonie choinkę
obwieszoną mieniącymi się bombkami, anielskimi włosami i prezentami.
Od czasu do czasu, szykując się do nadchodzącej Gwiazdki, Jack rozmyślał
o rozgrywce, którą toczył, i w milczeniu wyliczał szanse, że mu się
powiedzie. Wiedział, że w nadchodzących dniach będzie musiał znieść nie
tylko własny ból, ale też cierpienie swoich dzieci i położyć je na szali
naprzeciw możliwego zwycięstwa. Jak zawsze, gdy dokonywał podobnych
kalkulacji, szanse zwycięstwa zdawały się przeważać ryzyko.
Nadal zatem pisał swoje życie i czekał.
Spadł śnieg, uderzając miękko o okna i drzwi. Kolędnicy zastukali do
drzwi, a on szczodrze ich wynagrodził. Przez krótki czas można było
niemal uwierzyć w pokój na ziemi.
Późnym wieczorem dwudziestego trzeciego grudnia w wirze walizek i pocałunków zjawiły się córki. Pierwsza przybyła młodsza, Amanda. Ze
swego punktu obserwacyjnego na podeście Papla przyglądał się jej wrogo.
Nie sprawiała wrażenia idealnej kandydatki do załamania nerwowego, w istocie wyglądała niebezpiecznie. Godzinę czy dwie później dotarła Gina:
elegantka i wyrafinowana światowa kobieta w wieku dwudziestu czterech
lat, równie przerażająca jak siostra. Do domu wniosły zamęt i śmiech.
Poprzestawiały meble, wyrzuciły śmieciowe żarcie z zamrażarki,
powtarzały sobie (i ojcu), jak bardzo tęskniły za swoim towarzystwem. Po
paru godzinach w nudnym, ponurym domu rządy objęło światło, śmiechy i miłość.
Papli chciało się od tego rzygać.
Skomląc, ukrył głowę w sypialni, by uciszyć chór czułych słówek, ale
wciąż dopadały go fale uderzeniowe. Mógł tylko siedzieć, słuchać i szlifować szczegóły zemsty.
Jack ucieszył się, że ślicznotki wróciły do domu. Amanda była taka silna
i zawsze miała swoje zdanie na każdy temat, zupełnie jak jej matka. Gina
bardziej przypominała jego matkę: wyrafinowana i inteligentna. Ich
obecność uradowała go tak bardzo, że miał ochotę rozpłakać się z dumy, a przecież narażał je obie na ogromne niebezpieczeństwo. Co jednak innego
mu pozostało? Gdyby odwołał obchody Gwiazdki, wyglądałoby to bardzo
podejrzanie. Może nawet zepsułoby całą strategię, bo uświadomiłoby
nieprzyjacielowi, że prowadzi z nim grę.
Nie, musi wytrzymać. Udawać głupca, dokładnie tak, jak tego
nieprzyjaciel oczekiwał.
Nadejdzie jeszcze czas działania.
O trzeciej piętnaście w dzień Bożego Narodzenia Papla rozpoczął wrogie
działania wyrzuceniem Amandy z łóżka. Mizerny popis, ale wywarł
oczekiwany skutek. Sennie rozcierając stłuczoną głowę, położyła się z powrotem, tylko po to, by łóżko podskoczyło, zatrzęsło się i znów ją
zrzuciło niczym niesforny źrebak. Hałas obudził resztę mieszkańców, Gina
zjawiła się pierwsza.
- Co się dzieje?
- Ktoś jest pod łóżkiem.
- Słucham?
Gina chwyciła przycisk do papieru z komódki i zażądała, by napastnik
wyszedł.
Niewidzialny Papla siedział na parapecie, czyniąc pod ich adresem
obsceniczne gesty i wiążąc na supeł własne genitalia.
Gina zajrzała pod łóżko. Tymczasem Papla uczepił się lampy, każąc jej
kołysać się w przód i w tył, tak że pokój tańczył wraz z nią.
- Tu nic nie ma.
- Jest.
Amanda wiedziała. O tak, wiedziała.
- Coś tu jest, Gino - dodała. - Coś w tym pokoju, z nami. Jestem tego
pewna.
- Nie - odparła kategorycznie Gina. - Nikogo nie ma.
Amanda szukała za szafą, kiedy zjawił się Polo.
- Co to za hałasy?
- Coś jest w tym domu, tatusiu. Wyrzuciło mnie z łóżka.
Jack spojrzał na pomiętą pościel, na przesunięty materac, a potem na
Amandę.
Oto pierwsza próba: musi skłamać najlżej jak się da.
- Wygląda na to, że miałaś koszmar, moja śliczna. - Zmusił się do
niewinnego uśmiechu.
- Coś było pod łóżkiem - upierała się Amanda.
- Nikogo tam nie ma.
- Ale ja to czułam.
- Dobrze - zaproponował bez entuzjazmu wobec perspektywy dodatkowej
pracy. - Wy dwie zostańcie tutaj na wszelki wypadek.
Kiedy Polo wyszedł, Papla jeszcze mocniej zakołysał lampą.
- Osiadanie budynku - mruknęła Gina.
Na dole było zimno i Polo nie miał wcale ochoty dreptać na bosaka po
kuchennych płytkach, ale w głębi ducha czuł satysfakcję, iż bitwa
rozpoczęła się od tak drobnego ataku. Na wpół obawiał się, iż
nieprzyjaciel, mając pod ręką wrażliwe ofiary, rozpocznie naprawdę
gwałtownie, ale nie: właściwie ocenił umysł owego stwora. To był jeden z demonów niższego rzędu, potężny, ale głupi. Można go oszukać, podstępem
zmusić, by przekroczył granicę własnego opanowania. "Tylko spokojnie -
powtarzał sobie Polo - tylko spokojnie".
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki