Księgi krwi - Clive Barker

Kup ebooka

44.00 zł
36.86 zł (35,58 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

"Stwór chwy­cił go za wargę i ode­rwał mię­śnie od czaszki, jakby ścią­gał komi­niarkę". Na­dal tu jeste­ście?

Oto kolejny przed­smak tego, czego może­cie ocze­ki­wać od Clive'a Bar­kera: "Wszy­scy męż­czyźni, kobiety i dzieci w tej roz­wście­czo­nej wieży byli ślepi. Widzieli tylko oczami mia­sta. Bez­myślni, znali tylko myśli mia­sta. I w swej ogrom­nej, bez­względ­nej sile uwa­żali się za nie­śmier­tel­nych. Olbrzy­mich, sza­lo­nych i nie­śmier­tel­nych".

Jak widzi­cie, Bar­ker to nie tylko nie­zwy­kle prze­ko­nu­jący, ale też upiorny wizjo­ner. Jesz­cze jeden cytat, z innego opo­wia­da­nia: "Czymże byłoby Zmar­twych­wsta­nie bez odro­biny śmie­chu?".

Zacy­to­wa­łem to z roz­my­słem, jako ostrze­że­nie dla ludzi sła­bego serca. Jeśli lubi­cie hor­rory, które dodają otu­chy, dosta­tecz­nie nie­rze­czy­wi­ste, by nie dało się ich trak­to­wać poważ­nie, i dosta­tecz­nie zna­jome, by nie ryzy­ko­wać nad­we­rę­że­nia wyobraźni i prze­bu­dze­nia kosz­ma­rów, które, jak sądzi­cie, zdo­ła­li­ście bez­piecz­nie uśpić, książki te nie są dla was. Jeśli nato­miast zmę­czyły was histo­rie, które opa­tu­lają czy­tel­nika koł­derką i nim odejdą, spraw­dzają trzy razy, czy nocna lampka się pali, nie mówiąc już o dłu­giej para­dzie Dobrych Histo­rii Nie­źle Opo­wie­dzia­nych, mają­cych do zaofe­ro­wa­nia jedy­nie ele­menty wypo­ży­czone od lep­szych auto­rów grozy, o któ­rych czy­tel­nicy best­sel­le­rów ni­gdy nie sły­szeli, zapewne ura­du­je­cie się rów­nie mocno jak ja, odkry­wa­jąc, iż Clive Bar­ker to naj­ory­gi­nal­niej­szy autor grozy, jaki od lat poja­wił się na rynku, a także, w naj­lep­szym zna­cze­niu tych słów, naj­bar­dziej szo­ku­jący z obec­nie aktyw­nych pisa­rzy.

Opo­wie­ści grozy czę­sto uważa się za dogłęb­nie kon­ser­wa­tywne. I ow­szem, część naj­lep­szych przed­sta­wi­cieli tego gatunku można tak nazwać, ale podobne ten­den­cje dopro­wa­dziły także do powsta­nia mnó­stwa nie­od­po­wie­dzial­nych bzde­tów, i nie ma powo­dów, dla któ­rych cały gatu­nek miałby stale oglą­dać się za sie­bie. Kiedy w grę wcho­dzi wyobraź­nia, jedyną zasadą powi­nien być instynkt autora, a instynkt Clive'a Bar­kera ni­gdy nie zawo­dzi. Mówiąc (jak nie­któ­rzy auto­rzy grozy, według mnie w wyraź­nej defen­sy­wie), iż lite­ra­tura grozy w grun­cie rze­czy zaj­muje się przy­po­mi­na­niem nam o tym, co nor­malne, poprzez uświa­da­mia­nie, iż to, co nad­przy­ro­dzone i obce, wykra­cza poza normę, zbli­żamy się nie­bez­piecz­nie do stwier­dze­nia (poja­wia­ją­cego się w ustach kilku zna­nych wydaw­ców), iż musi ona trak­to­wać o zwy­kłych, prze­cięt­nych ludziach, sta­ją­cych w obli­czu obco­ści. Nie­bio­som dzięki, że nikt nie zdo­łał wmó­wić tego Poemu, i nie­bio­som dzięki za pisa­rzy rów­nie rady­kal­nych jak Clive Bar­ker.

Nie żeby Bar­ker z góry odrzu­cał wszyst­kie tra­dy­cyjne tematy, lecz kiedy z nimi koń­czy, ule­gają one grun­tow­nej prze­mia­nie. Seks, śmierć i świa­tło gwiazd to szczy­towe osią­gnię­cie w dzie­dzi­nie opo­wie­ści o nawie­dzo­nych teatrach, Ludz­kie szczątki są bły­sko­tli­wie ory­gi­nalną waria­cją na temat złego sobo­wtóra, lecz w obu tych opo­wia­da­niach autor roz­wija zna­jome tematy głę­biej i dalej niż kto­kol­wiek przed nim, docho­dząc do wnio­sków jed­no­cze­śnie mrocz­nie zabaw­nych i oso­bli­wie opty­mi­stycz­nych. To samo można rzec o Nowych zabój­stwach przy Rue Mor­gue, onie­śmie­la­jąco opty­mi­stycz­nej kome­dio-maka­bre­sce. Teraz jed­nak zapusz­czamy się na bar­dziej ryzy­kowne tery­to­rium rady­kal­nej, sek­su­al­nej otwar­to­ści Bar­kera. Sami osądź­cie, co dokład­nie ta i inne histo­rie mówią na temat róż­nych moż­li­wo­ści.

Uprze­dza­łem, że książki te nie są raczej prze­zna­czone dla osób sła­bych duchem i wyobraź­nią, i lepiej o tym pamię­tać, gdy pró­bu­jemy zmie­rzyć się z histo­riami takimi jak Nocny pociąg z mię­sem, opi­sana w tech­ni­ko­lo­rze opo­wieść zako­rze­niona głę­boko w tra­dy­cji krwa­wych fil­mów grozy, tyle że inte­li­gent­niej­sza i znacz­nie barw­niej­sza od nich. Kozły ofiarne, wyspiar­ska opo­wieść grozy, wyko­rzy­stuje banalny, zdub­bin­go­wany film grozy i kasetę wideo oraz pod­wod­nych zom­bie, a Syn celu­lo­idu bez ogró­dek mówi o bio­lo­gicz­nym tabu, z bez­po­śred­nio­ścią godną fil­mów Davida Cro­nen­berga. Należy jed­nak zauwa­żyć, że praw­dziwa moc tej opo­wie­ści to pobu­dze­nie wyobraźni. Podob­nie ma się rzecz z opo­wia­da­niami takimi jak Mia­sta wśród wzgórz (które zadaje kłam stwier­dze­niu powta­rza­nemu przez wielu auto­rów hor­ro­rów, że nie ist­nieją już ory­gi­nalne histo­rie grozy) i Skóry naszych ojców. Płodna wyobraź­nia autora przy­po­mina tu wiel­kich mala­rzy fan­ta­stów i w isto­cie nie potra­fię przy­wo­łać żad­nego współ­cze­snego pisa­rza naszego gatunku, któ­rego dzieła gło­śniej doma­ga­łyby się ilu­stra­cji. A to prze­cież nie wszystko: prze­ra­ża­jący Blues świń­skiej krwi; Lęk, balan­su­jący na cien­kiej linie pomię­dzy trzeźwą myślą i pod­glą­dac­twem, wła­ści­wym wszyst­kim dzie­łom poru­sza­ją­cym temat sady­zmu. Jest ich jesz­cze wię­cej, ale czas już, bym zszedł wam z drogi.

Przed wami leży nie­mal ćwierć miliona słów (bo mam nadzieję, że kupi­li­ście wszyst­kie trzy tomy; autor zapla­no­wał je jako jedną książkę), doko­nany przez autora wybór naj­lep­szych opo­wia­dań powsta­łych w prze­ciągu pół roku wie­czo­rami, pod­czas gdy za dnia zaj­mo­wał się pisa­niem sztuk teatral­nych (dodam, że wysta­wia­nych przy peł­nej widowni). Oso­bi­ście uwa­żam to za zdu­mie­wa­jące osią­gnię­cie i naj­bar­dziej od wielu lat eks­cy­tu­jący debiut w dzie­dzi­nie lite­ra­tury grozy.

Ram­sey Camp­bell Mer­sey­side, 5 maja 1983

Księga Krwi

Zmarli mają auto­strady.

Owe bez­błędne szlaki pocią­gów duchów, sen­nych dyli­żan­sów prze­ci­nają pust­ko­wie poza naszym życiem, nio­sąc nie­koń­czące się tłumy bez­cie­le­snych dusz. W zła­ma­niach naszego świata, szcze­li­nach zro­bio­nych przez czyny pełne prze­mocy, gwałtu i okru­cień­stwa, sły­chać ich szum i pul­so­wa­nie. Wędru­ją­cych po nich nie­spo­koj­nych zmar­łych można dostrzec, gdy serce nie­mal nam pęka, wów­czas uka­zują się obrazy zwy­kle ukryte przed naszymi oczami.

Na owych auto­stra­dach nie brak dro­go­wska­zów, mostów i zato­czek. Są tam ronda i skrzy­żo­wa­nia.

I wła­śnie na tych skrzy­żo­wa­niach, gdy tłumy zmar­łych mie­szają się i łączą, zaka­zane auto­strady naj­bar­dziej zbli­żają się do naszego świata. Ruch na roz­sta­jach jest zawsze bar­dzo inten­sywny, a głosy umar­łych dźwię­czą naj­do­no­śniej. Kroki nie­zli­czo­nych stóp nie­mal zupeł­nie zatarły tutej­sze bariery oddzie­la­jące jedną rze­czy­wi­stość.

Jedno z owych skrzy­żo­wań na auto­stra­dzie zmar­łych leżało pod nume­rem 65 na Tor­ling­ton Place. Numer 65, zwy­czajna pseu­do­ge­or­giań­ska kamie­nica o cegla­nym fron­cie, pod żad­nym innym wzglę­dem nie wyróż­niał się spo­śród innych budyn­ków. Stary, nie­cie­kawy dom, pozba­wiony tanich wspa­nia­ło­ści, któ­rymi kie­dyś się szczy­cił, od ponad dzie­się­ciu lat stał pusty.

Lecz to nie wil­goć prze­pło­szyła loka­to­rów spod sześć­dzie­siątki piątki. Nie grzyb w piw­ni­cach ani osia­da­nie budynku, w wyniku któ­rego fron­towa ściana domu od progu aż po dach pękła, tylko odgłosy przej­ścia. Na gór­nym pię­trze hałas owej drogi ni­gdy nie usta­wał. Pękał od niego tynk na ścia­nach i paczyły się belki. Okna trzę­sły się w ramach. Umy­sły także się trzę­sły. Numer 65 przy Tor­ling­ton Place był nawie­dzony i nikt nie mógł dys­po­no­wać nim długo bez nara­ża­nia się na obłęd.

W jakimś momen­cie histo­rii w domu tym wyda­rzyło się coś strasz­nego. Nikt nie wie­dział dokład­nie kiedy ani co. Lecz nawet nie­wy­szko­lony obser­wa­tor natych­miast wyczu­wał dła­wiącą atmos­ferę tego domu, zwłasz­cza gór­nego pię­tra. W powie­trzu pod nume­rem 65 snuły się wspo­mnie­nia i zapo­wiedź krwi, woń, która zale­gała w zato­kach i poru­szała nawet naj­moc­niej­sze żołądki. Budynku i jego oto­cze­nia uni­kały szczury, ptaki, nawet muchy. W kuchni nikt nie natknął się na sto­nogę, na stry­chu nie gnieź­dził się żaden szpak. Cokol­wiek się tu stało, otwo­rzyło dom, tak jak nóż otwiera rybi brzuch, i przez owe cię­cie, ową ranę w świe­cie wyglą­dali zmarli i mówili co chcieli.

Tak przy­naj­mniej gło­siła pogło­ska.

* * *

Działo się to w trze­cim tygo­dniu docho­dze­nia pod sześć­dzie­siątką piątką przy Tor­ling­ton Place, po trzech tygo­dniach nie­wia­ry­god­nych suk­ce­sów w dzie­dzi­nie badań para­nor­mal­nych. Wyko­rzy­stu­jąc w roli medium nowi­cju­sza w tej dzie­dzi­nie, dwu­dzie­sto­latka Simona McNe­ala, wydział parap­sy­cho­lo­gii Uni­wer­sy­tetu Essex zare­je­stro­wał prak­tycz­nie nie­od­parte dowody ist­nie­nia życia po śmierci.

Młody McNeal, zamknięty w przy­po­mi­na­ją­cym kory­tarz klau­stro­fo­bicz­nym szczy­to­wym pokoju domu, naj­wy­raź­niej zdo­łał wezwać zmar­łych, a jego goście pozo­sta­wili ślady swo­ich wizyt, notatki spo­rzą­dzone setką róż­nych cha­rak­te­rów pisma na ścia­nach barwy jasnej ochry. Wyglą­dało na to, że zapi­sy­wali wszystko, cokol­wiek przy­szło im do głowy. Oczy­wi­ście swoje imiona i nazwi­ska, a także daty uro­dze­nia i śmierci. Urywki wspo­mnień, życze­nia dla żyją­cych potom­ków, dziwne, dwu­znaczne frazy, suge­ru­jące obecne cier­pie­nia i opła­ku­jące utra­cone roz­ko­sze. Nie­które litery były kan­cia­ste i brzyd­kie, inne deli­katne i kobiece. Mię­dzy uryw­kami poezji roman­tycz­nej poja­wiały się obsce­niczne rysunki i nie­do­koń­czone dow­cipy. Kiep­sko nakre­ślona róża. Gra w kółko i krzy­żyk. Lista zaku­pów.

Sławni zmarli także odwie­dzali ową ścianę pła­czu - był tam Mus­so­lini, Len­non i Janis Joplin - a także mnó­stwo nie­waż­nych, zapo­mnia­nych ludzi, któ­rzy pozo­sta­wili swe auto­grafy obok wiel­kich. Ów apel powszechny zmar­łych roz­ra­stał się z dnia na dzień, jakby wśród zagu­bio­nych ple­mion roz­cho­dziły się wie­ści wywa­bia­jące ich z ciszy, by pozo­sta­wili w tym pustym pokoju znak swej uświę­co­nej obec­no­ści.

* * *

Po całym życiu pracy w dzie­dzi­nie badań parap­sy­chicz­nych dok­tor Flo­re­scu aż za bar­dzo przy­wy­kła do bez­względ­nych fak­tów klę­ski. Czuła się nie­mal kom­for­towo w prze­ko­na­niu, iż ni­gdy nie zdo­bę­dzie twar­dych dowo­dów. Teraz w obli­czu nagłego, spek­ta­ku­lar­nego suk­cesu czuła jed­no­cze­śnie zachwyt i zamęt.

Sie­działa, tak jak wcze­śniej przez trzy nie­wia­ry­godne tygo­dnie, w głów­nym salo­nie środ­ko­wego pię­tra, który od pokoju napi­sów dzie­lił tylko jeden ciąg scho­dów, i nie­mal z naboż­nym podzi­wem słu­chała hała­sów dobie­ga­ją­cych z góry, led­wie śmie­jąc wie­rzyć, że wolno jej być świad­kiem tego cudu. Wcze­śniej zda­rzało się, że coś chwy­tało przy­nętę, że jej uszy wychwy­ty­wały fascy­nu­jące suge­stie gło­sów z innego świata, lecz teraz po raz pierw­szy kra­ina ta chciała, by ją usły­szano.

Na górze wszyst­kie dźwięki umil­kły.

Mary spoj­rzała na zega­rek: była 18.17.

Z jakichś przy­czyn, naj­le­piej zna­nych przy­by­szom, kon­takt zawsze koń­czył się nie­długo po szó­stej. Mary cze­kała do wpół do, po czym szła na górę. Co wyda­rzyło się dzi­siaj? Kto odwie­dził ów ponury pokoik i pozo­sta­wił swój ślad?

- Mam roz­sta­wić kamery? - spy­tał Reg Ful­ler, jej asy­stent.

- Pro­szę - mruk­nęła ode­rwana od roz­wa­żań.

- Zasta­na­wiasz się, co dziś znaj­dziemy?

- Dajmy mu dzie­sięć minut.

- Jasne.

Na górze McNeal przy­siadł ciężko w kącie pokoju, wyglą­da­jąc przez małe okienko na paź­dzier­ni­kowe słońce. Czuł się nieco odcięty, sam w tym prze­klę­tym miej­scu, lecz mimo to na­dal uśmie­chał się do sie­bie owym cie­płym, bło­gim, aniel­skim uśmie­chem, który potra­fił sto­pić nawet naj­bar­dziej aka­de­mic­kie serce. Zwłasz­cza serce dok­tor Flo­re­scu: o tak, ta kobieta zadu­rzyła się w jego uśmie­chu, oczach, zagu­bio­nej minie, jaką dla niej przy­bie­rał.

Dosko­nale się bawił.

W isto­cie od tego się wła­śnie zaczęło - od zabawy. Teraz Simon wie­dział, że to gra o więk­szą stawkę: coś, co z początku miało być swo­istym wykry­wa­czem kłam­stwa, zamie­niło się w nader poważne star­cie: McNeal prze­ciw Praw­dzie. Prawda bowiem była pro­sta: oszu­ki­wał. Zapi­sy­wał wszyst­kie wia­do­mo­ści od duchów na ścia­nie małymi kawał­kami gra­fitu, które ukry­wał pod języ­kiem, łosko­tał, walił i krzy­czał bez żad­nej pro­wo­ka­cji, jedy­nie z czy­stej, nie­ska­la­nej, łobu­zer­skiej zło­śli­wo­ści, a nie­znane nazwi­ska - to dopiero zabawa, za każ­dym razem śmiał się, gdy o nich myślał - nazwi­ska te znaj­do­wał w książ­kach tele­fo­nicz­nych.

O tak, to była naprawdę świetna zabawa.

Obie­cała mu tak wiele, kusiła sławą, zachę­cała do każ­dego kolej­nego wymy­ślo­nego kłam­stwa. Obiet­nice bogac­twa, sławy, wystę­pów w tele­wi­zji, podziwu, któ­rego wcze­śniej nie zaznał. Jeśli tylko zdoła wezwać duchy.

Znów się uśmiech­nął. Nazy­wała go swoim pośred­ni­kiem: nie­win­nym prze­kaź­ni­kiem wia­do­mo­ści. Wkrótce wdra­pie się po scho­dach - wbi­ja­jąc wzrok w jego ciało, słu­cha­jąc z żało­snym pod­nie­ce­niem jego bli­skiego łez głosu i zachwy­ca­jąc się kolejną serią naba­zgra­nych nazwisk i non­sen­sów.

Lubił, kiedy oglą­dała jego nagość, czy raczej nie­mal nagość: wszyst­kie sesje odby­wał ubrany jedy­nie w slipy, by wyklu­czyć podej­rze­nie, że ukrywa coś przy sobie. Idio­tyczne środki ostroż­no­ści. Wystar­czyły mu tylko kawałki gra­fitu pod języ­kiem i dość ener­gii, by mio­tać się dokoła przez pół godziny, rycząc ile sił w płu­cach.

Pocił się. Zagłę­bie­nie mostka lśniło od potu, włosy lepiły się do bla­dego czoła. Ciężko dziś haro­wał: nie mógł się już docze­kać chwili, gdy stąd wyj­dzie, opłu­cze się i przez jakiś czas będzie się napa­wał ich podzi­wem. Pośred­nik wsu­nął dłoń pod slipy i zaczął bez­myśl­nie zaba­wiać się sobą. Gdzieś w pokoju tkwiła uwię­ziona mucha, może nawet kilka much. Choć to późna pora roku na muchy, sły­szał je bli­sko. Brzę­czały i tłu­kły się o okno albo może o żarówkę. Sły­szał ich słabe musze gło­siki, ale nie zasta­na­wiał się nad nimi, zbyt zato­piony w myślach o roz­grywce i w pro­stej roz­ko­szy maso­wa­nia członka.

O, jakże brzę­czały owe bez­radne owa­dzie głosy, brzę­czały, śpie­wały, skar­żyły się. Jak bar­dzo się skar­żyły.

Mary Flo­re­scu zabęb­niła o stół dłu­gimi pal­cami. Jej ślubna obrączka tkwiła dziś luźno na palcu, czuła, jak poru­sza się w rytm ude­rzeń. Cza­sami była cia­sna, cza­sem luźna: jedna z tajem­nic, któ­rych ni­gdy do końca nie zana­li­zo­wała, a jedy­nie przyj­mo­wała jako coś oczy­wi­stego. W isto­cie dziś bar­dzo się polu­zo­wała, mogła nawet spaść. Mary pomy­ślała o twa­rzy Alana. Kocha­nej twa­rzy Alana. Myślała o niej, patrząc przez dziurę w obrączce, jakby spo­glą­dała w głąb tunelu. Czy tak wła­śnie wyglą­dała jego śmierć: odda­la­nie się coraz bar­dziej w głąb tunelu wio­dą­cego w mrok? Wsu­nęła obrączkę głę­biej na palec. Opusz­kami kciuka i palca wska­zu­ją­cego nie­mal czuła kwa­śny smak metalu, gdy jej dotknęła, co za nie­zwy­kłe, dziwne złu­dze­nie.

Aby prze­pę­dzić gorycz, pomy­ślała o chłopcu. Z łatwo­ścią, zbyt wielką łatwo­ścią przy­wo­łała jego twarz, która roz­lała się w świa­do­mo­ści swoim uśmie­chem i prze­cięt­nym wyglą­dem, wciąż nie­mę­skim. W isto­cie przy­po­mi­nał dziew­czynę, jego krą­gło­ści, słodka czy­stość cery - nie­win­ność.

Pal­cami wciąż doty­kała obrączki i kwa­śny posmak stał się wyraź­niej­szy, unio­sła wzrok, Ful­ler roz­sta­wiał sprzęt, jego łysie­jącą głowę ota­czał nimb falu­ją­cego, migo­tli­wego, zie­lon­ka­wego świa­tła, a Mary nagle zakrę­ciło się w gło­wie.

Ful­ler niczego nie widział, niczego nie sły­szał, pochy­lał się w sku­pie­niu nad swą pracą, Mary wpa­try­wała się w niego, widząc ota­cza­jącą go aure­olę, czu­jąc, jak budzą się w niej nowe wra­że­nia prze­pły­wa­jące przez całe ciało, powie­trze nagle wydało jej się żywe: same cząstki tlenu, wodoru, azotu tło­czyły się dokoła, przy­trzy­mu­jąc ją w czu­łym uści­sku. Nimb wokół głowy Ful­lera roz­ra­stał się, odnaj­du­jąc podobną świa­tłość w każ­dym przed­mio­cie w pokoju, nie­na­tu­ralne uczu­cie w jej opusz­kach także się roz­sze­rzało. Widziała kolor wła­snego odde­chu: ...poma­rań­czowy błysk w bul­go­czą­cym powie­trzu. Sły­szała wyraź­nie głos biurka, przy któ­rym sie­działa: cichy jęk solid­nej, nama­cal­nej obec­no­ści.

Świat otwie­rał się przed nią, budząc w jej zmy­słach eks­tazę, wabiąc je w sza­leń­czy wir pomy­lo­nych ról, nagle umiała poznać świat jako sys­tem, nie poli­tyczny czy reli­gijny, lecz sys­tem zmy­słów, sys­tem, który roz­cho­dził się od żyją­cych ciał ku nie­oży­wio­nemu drewnu biurka, zasta­łemu złotu obrączki.

I dalej. Poza drewno, poza złoto. Przed nią otwarła się szcze­lina wio­dąca na auto­stradę, Mary sły­szała w gło­wie głosy nie­po­cho­dzące z żywych ust.

Unio­sła wzrok, czy raczej jakaś nie­znana siła bru­tal­nie odchy­liła jej głowę i Mary odkryła, że patrzy w sufit. Pokry­wały go robaki. Nie, to prze­cież absurd. Wyda­wał się jed­nak żywy, rojący się życiem - pul­su­jący, tań­czący.

Przez sufit widziała chłopca. Sie­dział na pod­ło­dze, ści­ska­jąc w dłoni swój ster­czący czło­nek. Głowę odchy­lił tak samo jak ona, podob­nie zagu­biony we wła­snej eks­ta­zie. Nowy wzrok Mary dostrzegł pul­su­jące w nim i dookoła jego ciała świa­tło - wyśle­dził namięt­ność przy­cza­joną w wąt­piach i roz­kosz roz­pły­wa­jącą się w gło­wie.

I dostrzegł w nim coś jesz­cze: kłam­stwo, brak mocy tam, gdzie - jak dotąd sądziła - kryło się coś cudow­nego. Nie miał zdol­no­ści roz­mowy z duchami i ni­gdy jej nie posia­dał, widziała to wyraź­nie. Był małym kłam­czu­chem, chłop­cem kłam­czu­chem, słod­kim, bia­łym chłop­cem kłam­czu­chem, pozba­wio­nym jakie­go­kol­wiek współ­czu­cia czy mądro­ści, które pozwo­li­łyby mu zro­zu­mieć, co ośmie­lił się uczy­nić.

Teraz nad­szedł koniec. Kłam­stwa już padły, sztuczki zostały ograne i ludzie na auto­stra­dzie, zbrzy­dzeni do szczętu tym, że ktoś drwi z nich i kła­mie w ich imie­niu, brzę­czeli w szcze­li­nie w ścia­nie, doma­ga­jąc się zadość­uczy­nie­nia.

Tę szcze­linę otwarła ona sama: nie­świa­do­mie gła­dziła ją i pod­wa­żała, odblo­ko­wu­jąc kawa­łek po kawałku. Uczy­niła to żądza, jaką czuła wobec chłopca: nie­koń­czące się myśli o nim, fru­stra­cja, pod­nie­ce­nie i nie­smak, jakie budziło, to one roz­sze­rzyły szcze­linę. Ze wszyst­kich mocy, które uka­zują ów sys­tem, miłość i jej towa­rzyszka namięt­ność, a także ich towa­rzyszka strata, oka­zały się naj­po­tęż­niej­sze. A ona sie­działa tu, uoso­bie­nie całej trójki, kocha­jąca, pra­gnąca i bole­śnie świa­doma nie­moż­no­ści owych uczuć, opa­tu­lona w cier­pie­nie uczu­cia, któ­rego sobie odma­wiała, wie­rząc, że kocha chłopca jedy­nie jako swego Pośred­nika.

Ale to nie była prawda! Nie! Pra­gnęła go, pra­gnęła teraz, głę­boko wewnątrz sie­bie. Tyle że było już za późno.

Dłu­żej nie dało się blo­ko­wać masze­ru­ją­cej masy: żądała ona, tak, wła­śnie żądała dostępu do małego sza­chraja.

A ona nie mogła temu zapo­biec, lecz jedy­nie jęk­nąć cicho ze zgrozą na widok otwie­ra­ją­cej się przed nią auto­strady i pojąć, że nie stoją by­naj­mniej na zwy­kłym skrzy­żo­wa­niu.

Ful­ler usły­szał jakiś dźwięk.

- Pani dok­tor? - Uniósł głowę znad sprzętu i jego twarz - zalana błę­kit­nym świa­tłem, którą dostrze­gała kątem oka - przy­brała pyta­jący wyraz. - Mówiła pani coś?

Ze ści­śnię­tym żołąd­kiem Mary pomy­ślała o tym, jak to się skoń­czy.

Ete­ryczne obli­cza umar­łych ryso­wały się wyraź­nie tuż przed nią. Widziała głę­bię ich cier­pie­nia i ze współ­czu­ciem rozu­miała, czemu tak bar­dzo chcą, by ich usły­szano.

Widziała wyraź­nie, że auto­strady krzy­żu­jące się przy Tor­ling­ton Place to nie zwy­kłe drogi. Nie oglą­dała pogod­nej, leni­wej wędrówki prze­cięt­nych umar­łych. Nie, dom otwie­rał się na szlak dostępny jedy­nie dla ofiar i spraw­ców prze­mocy. Dla męż­czyzn, kobiet i dzieci, któ­rzy umarli w męczar­niach prze­kra­cza­ją­cych wytrzy­ma­łość ner­wów, na ich umy­słach odci­snęły się pięt­nem oko­licz­no­ści wła­snej śmierci. Wymowne oczy bez słów mówiły o męczar­niach, na wid­mo­wych cia­łach wciąż pozo­sta­wały rany, które ich zabiły. Mary dostrze­gała także krą­żą­cych swo­bod­nie wśród nie­win­nych ich opraw­ców i rzeź­ni­ków. Te potwory, osza­leli, zacza­dzeni krwią mor­dercy, wyglą­dały na ten świat: stwory nie­ma­jące sobie rów­nych, nie­wy­po­wie­dziane, zaka­zane cuda naszego gatunku, gawę­dzące i zawo­dzące w swej wła­snej mowie niczym Żabro­łaki.

Teraz chło­pak nad nią też ich wyczuł. Zoba­czyła, jak obraca się lekko w mil­czą­cym pokoju, wie­dząc, że głosy, które sły­szy, to nie brzęk much, że skargi to nie skargi owa­dów. Nagle uświa­do­mił sobie, że żył w maleń­kim zakątku świata, a jego reszta, Trzeci, Czwarty i Piąty Świat, napie­rała na jego kłam­liwe plecy, nie­wzru­szona, wygłod­niała. Widok jego paniki miał dla niej także smak i zapach. O tak, czuła jego smak, tak jak pra­gnęła, ale ich zmy­sły połą­czył nie poca­łu­nek, lecz nara­sta­jąca panika. Wypeł­niła ją, jej empa­tia oka­zała się cał­ko­wita. Zalęk­nione spoj­rze­nie nale­żało tak do niego, jak i do niej - z ich zaschnię­tych gar­deł wyrwało się to samo ochry­płe, słabe słowo: "Pro­szę...", któ­rego uczy się dziecko, "Pro­szę...", które zapew­nia mu opiekę i podarki, "Pro­szę...", które z pew­no­ścią muszą znać nawet duchy i nawet duchy muszą go posłu­chać.

Pro­szę...

Wie­działa jed­nak na pewno, że dziś nie znajdą podob­nej lito­ści. Te duchy całe wieki roz­pa­czały na swej auto­stra­dzie, nosząc rany, od któ­rych umarły, i obłęd, który je zamor­do­wał. Zbyt długo zno­siły jego bez­czel­ność i brak powagi, jego głup­stwa, wymy­sły, któ­rymi zaba­wiał się ich męczar­niami. Teraz chciały powie­dzieć prawdę.

Ful­ler przy­glą­dał się jej uważ­nie, jego twarz pły­wała teraz w morzu pul­su­ją­cego poma­rań­czo­wego świa­tła. Mary poczuła na skó­rze jego dło­nie, sma­ko­wały octem.

- Dobrze się pani czuje? - spy­tał, oddech miał jak żelazo.

Pokrę­ciła głową.

Nie, nie czuła się dobrze, nic nie było dobre.

Szcze­lina posze­rzała się z każdą sekundą: przez nią Mary widziała inne niebo, sza­ro­nie­bie­skie niebo zni­ża­jące się nad auto­stradą. Widok ten przy­tła­czał codzienną rze­czy­wi­stość domu.

- Pro­szę - rze­kła, uno­sząc wzrok ku bled­ną­cej mate­rii sufitu.

Sze­rzej. Sze­rzej. Kru­chy świat, w któ­rym miesz­kała, roz­cią­gnął się, prze­kra­cza­jąc gra­nice wytrzy­ma­ło­ści.

I nagle pękł niczym tama i czarne wody runęły przez wyrwę, zale­wa­jąc pokój.

Ful­ler wie­dział, że coś jest nie tak (dostrze­gła to w bar­wie jego aury, odbił się w niej nagły strach), ale nie rozu­miał, co się dzieje. Czuła, jak jego krę­go­słup drga, jak umysł pra­cuje gwał­tow­nie.

- Co się dzieje? - zapy­tał i żałość tego pyta­nia wzbu­dziła w Mary prze­możną chęć śmie­chu.

Na górze w pokoju słów dzba­nek z wodą pękł z trza­skiem.

Ful­ler puścił ją i pobiegł do drzwi. Gdy się zbli­żył, zaczęły trząść się i dygo­tać, jak gdyby z dru­giej strony dobi­jali się do nich wszy­scy miesz­kańcy pie­kieł. Gałka obra­cała się, obra­cała, obra­cała. Pod farbą two­rzyły się bąble powie­trza. Klucz roz­ża­rzył się do czer­wo­no­ści.

Ful­ler obej­rzał się na panią dok­tor, wciąż znie­ru­cho­miałą w gro­te­sko­wej pozie, z odchy­loną głową i okrą­głymi oczami.

Się­gnął do klamki, lecz drzwi otwarły się, nim zdą­żył jej dotknąć. Kory­tarz za nimi znik­nął bez śladu. Zamiast zna­jo­mego wnę­trza ujrzał auto­stradę cią­gnącą się aż po hory­zont. Widok ten w jed­nej chwili zabił Ful­lera. Jego umy­słowi zabra­kło sił, by ogar­nąć pano­ramę - nie potra­fił zapa­no­wać nad prze­ła­do­wa­niem wszyst­kich ner­wów ciała. Serce sta­nęło; rewo­lu­cja oba­liła porzą­dek orga­ni­zmu; pęcherz i zwie­ra­cze nie wytrzy­mały, koń­czyny, dygo­cząc, ugięły się pod nim. Gdy runął na pod­łogę, twarz pokryły mu pęche­rze, tak samo jak drzwi, a trup drżał niczym klamka. Już stał się obiek­tem nie­oży­wio­nym, rów­nie zasłu­gu­ją­cym na to upo­ko­rze­nie jak drewno czy stal.

Gdzieś na wscho­dzie jego dusza dołą­czyła do auto­strady ran­nych, zmie­rza­jąc w stronę skrzy­żo­wa­nia, gdzie chwilę temu zgi­nął.

Mary Flo­re­scu wie­działa, że została sama; nad nią jej cudowny chło­piec, jej piękne, kłam­liwe dziecko, zwi­jał się i wrzesz­czał, czu­jąc na ciele mściwe dło­nie umar­łych. Znała ich zamiary: widziała to w ich oczach - nie było w nich niczego nowego. W każ­dej histo­rii poja­wia się ta tra­dy­cyjna tor­tura. Miał posłu­żyć do zapi­sa­nia ich testa­men­tów. Miał stać się ich kartą, ich księgą, naczy­niem ich auto­bio­gra­fii. Księgą krwi. Księgą zro­bioną z krwi. Księgą zapi­saną krwią. Pomy­ślała o gri­mo­irach robio­nych ze skóry mar­twych ludzi: oglą­dała je, doty­kała. Pomy­ślała o tatu­ażach: nie­któ­rych oglą­da­nych na wysta­wach dzi­wo­lą­gów, innych u roze­bra­nych do pasa robot­ni­ków na ulicy, na któ­rych ple­cach wydzier­gano wia­do­mość prze­zna­czoną dla matek. Pisa­nie księgi krwi to nic nowego.

Ale na takiej skó­rze, tak wspa­nia­łej, lśnią­cej skó­rze - o Boże, co za zbrod­nia. Wrzesz­czał, gdy mor­der­cze igły ze strza­ska­nego szkla­nego dzbanka tań­czyły po jego ciele, orząc je niczym pługi. Mary czuła jego cier­pie­nia, jakby doświad­czała ich sama, i nie były aż tak straszne.

A jed­nak krzy­czał. I wal­czył, zasy­pu­jąc napast­ni­ków obsce­nicz­nymi wyzwi­skami. Nie zwra­cali na niego uwagi. Roili się dokoła, głusi na wszel­kie bła­ga­nia czy modli­twy, i pra­co­wali nad nim z entu­zja­zmem istot zbyt długo zmu­sza­nych do mil­cze­nia. Mary słu­chała, jak jego głos, zmę­czony cią­głymi skar­gami, słab­nie, i wal­czyła z cię­ża­rem stra­chu we wła­snych rękach i nogach. Czuła, że powinna dostać się do tego pokoju. Nie­ważne, co znaj­do­wało się za drzwiami bądź na scho­dach - on jej potrze­bo­wał i to wystar­czyło.

Wstała i poczuła, jak włosy uno­szą jej się z głowy, szar­piąc się i koły­sząc dokoła niczym węże Gor­gony Meduzy. Rze­czy­wi­stość falo­wała, płynna - Mary pra­wie nie widziała pod sobą pod­łogi. Deski domu zamie­niły się w wid­mowe drewno, zza nich roz­wie­rała się ku niej kipiąca zło­ścią ciem­ność. Spoj­rzała na drzwi, cały czas wal­cząc z letar­giem i sen­no­ścią, z któ­rych tak trudno było się otrzą­snąć.

Wyraź­nie nie życzyli sobie jej odwie­dzin. "Może - pomy­ślała - nawet odro­binę się mnie boją". I myśl ta zmo­ty­wo­wała ją: czemu bowiem mie­liby pró­bo­wać ją zastra­szyć, jeśli nie dla­tego, że sama jej obec­ność po tym, jak otwo­rzyła dziurę w świe­cie, teraz mogła im zagro­zić?

Pokryte bąblami drzwi stały otwo­rem. Za nimi rze­czy­wi­stość domu pod­dała się cał­ko­wi­cie sko­wy­czą­cemu cha­osowi auto­strady. Mary prze­kro­czyła próg, sku­pia­jąc się na tym, jak jej stopy wciąż doty­kają solid­nej pod­łogi, choć oczy już jej nie widzą. Niebo nad jej głową miało barwę pru­skiego błę­kitu, auto­strada była sze­roka i wietrzna, ze wszyst­kich stron napie­rali na nią zmarli. Wal­czyła z nimi, prze­py­cha­jąc się naprzód niczym przez tłum żywych ludzi, a ich wyszcze­rzone, idio­tyczne twa­rze gapiły się na nią, nie­na­wi­dząc jej za to, że wtar­gnęła pośród nich.

"Pro­szę, pro­szę" już uci­chły. Teraz mil­czała, jedy­nie zaci­skała zęby i, mru­żąc oczy, wal­czyła z auto­stradą, uno­sząc przed sie­bie stopy, by odna­leźć rze­czy­wi­stość scho­dów, które tak dobrze znała. Gdy ich dotknęła, potknęła się i tłum ryk­nął. Nie wie­działa, czy śmieją się z jej nie­zgrab­no­ści, czy też ostrze­gają, jak daleko zaszła.

Pierw­szy sto­pień. Drugi sto­pień. Trzeci.

Choć tłum szar­pał ją ze wszyst­kich stron, powoli wygry­wała. Przed sobą widziała przez otwarte drzwi pokój, w któ­rym leżał jej mały łgarz oto­czony hordą napast­ni­ków. Slipy miał zsu­nięte do kostek: cała scena wyglą­dała jak gwałt. Już nie krzy­czał, lecz oczy miał sza­lone z bólu i grozy. Przy­naj­mniej na­dal żył. Natu­ralna odpor­ność mło­dego umy­słu pozwo­liła mu choć czę­ściowo zaak­cep­to­wać wido­wi­sko, które roz­gry­wało się przed nim.

Nagle jego głowa pod­sko­czyła i spoj­rzał wprost przez drzwi na nią. Osta­tecz­ność prze­bu­dziła w nim talent, zdol­no­ści sta­no­wiące zale­d­wie uła­mek mocy Mary, lecz wystar­cza­jące, by nawią­zał z nią kon­takt. Ich oczy się spo­tkały. W morzu błę­kit­nej ciem­no­ści, ze wszyst­kich stron oto­czone przez cywi­li­za­cję, któ­rej żadne z nich nie znało ani nie rozu­miało, ich żywe serca zetknęły się i poślu­biły.

- Prze­pra­szam - powie­dział bez­dź­więcz­nie. Zabrzmiało to nie­skoń­cze­nie żało­śnie. - Prze­pra­szam. Prze­pra­szam.

Odwró­cił wzrok, odry­wa­jąc od niej spoj­rze­nie.

Była pewna, że musiała już dotrzeć nie­mal na szczyt scho­dów, choć wzrok wciąż pod­po­wia­dał, że jej nogi stą­pają w powie­trzu, co potwier­dzały twa­rze podróż­nych nad nią, pod nią i dookoła niej. Widziała jed­nak bar­dzo słabo zarys drzwi, deski i belki pokoju, w któ­rym leżał Simon. Od czubka głowy aż po palce stóp pokry­wała go krew. Mary widziała znaki, hie­ro­glify ago­nii na każ­dym calu jego torsu, twa­rzy, koń­czyn. W jed­nej chwili zda­wał się nabie­rać ostro­ści i widziała go w pustym pokoju, w pro­mie­niach słońca wpa­da­ją­cych przez okno, a obok niego szczątki stłu­czo­nego dzbanka. A potem dekon­cen­tro­wała się i zamiast tego przed oczami miała nie­wi­dzialny świat, który stał się widoczny, i Simon wisiał w powie­trzu, a oni pisali na nim ze wszyst­kich stron, wyry­wa­jąc mu włosy z głowy i ciała, by oczy­ścić kartkę, pisali pod pachami, na powie­kach, geni­ta­liach, w rowku mię­dzy poślad­kami, na pode­szwach stóp.

Oba te widoki łączyły jedy­nie rany. Nie­ważne, czy widziała go oto­czo­nego przez auto­rów, czy też samego w pokoju, wciąż krwa­wił i krwa­wił.

Teraz dotarła już do drzwi. Wycią­gnęła drżącą rękę, by dotknąć nama­cal­nej rze­czy­wi­sto­ści klamki, lecz mimo naj­wyż­szego sku­pie­nia na­dal jej nie dostrze­gła. Widziała jedy­nie słaby wid­mowy zarys, jed­nak wystar­czył. Chwy­ciła klamkę, naci­snęła i pchnię­ciem otwo­rzyła drzwi pokoju słów.

Leżał tam przed nią. Dzie­liły ich naj­wy­żej dwa, trzy metry opę­ta­nego powie­trza. Ich oczy znów się spo­tkały, wymie­nia­jąc wymowne spoj­rze­nie, wspólne świa­tom żywych i umar­łych. W spoj­rze­niu tym kryło się współ­czu­cie i miłość. Fik­cja opa­dła, kłam­stwa roz­pa­dły się w pył. Miej­sce mani­pu­lanc­kiego uśmie­chu chłopca zajęła praw­dziwa sło­dycz - na którą odpo­wie­dział wyraz jej twa­rzy.

A zmarli, prze­ra­żeni owym spoj­rze­niem, odwró­cili głowy. Ich twa­rze stę­żały, jakby skóra napięła się na kościach, ciała pociem­niały niczym sińce, w gło­sach zabrzmiał tęskny żal spo­dzie­wa­nej porażki. Się­gnęła, by go dotknąć, nie musiała już wal­czyć z hor­dami umar­łych: ze wszyst­kich stron odpa­dali od swej ofiary niczym umie­ra­jące muchy spa­da­jące z okna.

Dotknęła lekko jego twa­rzy i dotyk ten był bło­go­sła­wień­stwem. Do oczu napły­nęły mu łzy, ście­ka­jąc po pokry­tych bli­znami policz­kach, mie­sza­jąc się z krwią.

Umarli nie mieli już gło­sów ani nawet ust. Zni­kali na auto­stra­dzie za tamą posta­wioną ich zło­ści.

Powoli, eta­pami pokój zaczął powra­cać. Pod szlo­cha­ją­cym cia­łem poja­wiły się deski pod­łogi, każdy gwóźdź, każdy kawa­łek zapla­mio­nego drewna. Po nich powró­ciły okna i krzyki roz­ba­wio­nych dzieci na ciem­nie­ją­cej o zmierz­chu ulicy. Auto­strada znik­nęła bez śladu ze świata żywych ludzi, podróżni zwró­cili twa­rze ku ciem­no­ści i ode­szli w nie­pa­mięć, pozo­sta­wia­jąc w świe­cie rze­czy­wi­stym jedy­nie swoje sygnały i tali­zmany.

Na środ­ko­wym pode­ście pod nume­rem 65 leżał dymiący, pokryty bąblami trup Rega Ful­lera, dep­tany nie­uważ­nymi sto­pami podróż­nych prze­ci­na­ją­cych skrzy­żo­wa­nie. Po pew­nym cza­sie jego wła­sna dusz dotarła tu w tłu­mie innych i zer­k­nęła na ciało, które nie­gdyś zaj­mo­wała. A potem tłum pocią­gnął ją ku miej­scu sądu.

Na górze w ciem­nie­ją­cym pokoju Mary Flo­re­scu klę­czała obok McNe­ala, gła­dząc jego lepką od krwi głowę. Nie chciała opusz­czać domu, by wezwać pomocy, póki nie upewni się, że drę­czy­ciele nie powrócą.

Teraz słu­chać było jedy­nie sko­wyt odrzu­towca odnaj­du­ją­cego drogę przez stra­tos­ferę aż do poranka. Nawet oddech chłopca był cichy i mia­rowy. Nie ota­czał go już nimb świa­tła. Wszyst­kie zmy­sły powró­ciły na miej­sce. Wzrok. Słuch. Dotyk.

Dotyk.

Doty­kała go teraz tak, jak nie odwa­żyła się ni­gdy wcze­śniej, muska­jąc opusz­kami pal­ców całe ciało, jakże lekko prze­su­wa­jąc pal­cami po opuch­nię­tej skó­rze, niczym nie­wi­doma czy­ta­jąca Bra­ille'a. Każdy mili­metr ciała pokry­wały maleń­kie słowa zapi­sane wie­lo­ścią rąk. Nawet przez krew potra­fiła dostrzec, jak sta­ran­nie je w nim wyorano. W gasną­cym świe­tle uda­wało jej się nawet odczy­tać tu i tam jakąś frazę. Sta­no­wiło to osta­teczny, nie­wąt­pliwy dowód i jakże żało­wała, o Boże, jak bar­dzo żało­wała, że w końcu go zdo­była. A jed­nak po całym życiu cze­ka­nia oto i ono: obja­wie­nie życia poza cia­łem, zapi­sane w samym ciele.

Chło­piec prze­żyje, widziała to jasno, krew już zaczy­nała zasy­chać, a tysiące ran się zaskle­piać. Był w końcu zdrowy i silny: nie odniósł żad­nych poważ­niej­szych fizycz­nych obra­żeń. Rzecz jasna na zawsze stra­cił swą urodę. Od tej pory w naj­lep­szym razie będzie sta­no­wił obiekt cie­ka­wo­ści, w naj­gor­szym odrazy i grozy. Ale ona go ochroni, a on z cza­sem nauczy się, jak ją poznać i jak jej zaufać. Ich serca były nie­ro­ze­rwal­nie złą­czone.

A po jakimś cza­sie, gdy słowa na jego ciele zamie­nią się w strupy i bli­zny, ona je odczyta. Z nie­skoń­czoną miło­ścią i cier­pli­wo­ścią wyśle­dzi histo­rie umar­łych opo­wie­dziane na jego skó­rze.

Histo­rię na jego brzu­chu, zapi­saną drob­nym, pochy­łym pismem. Świa­dec­two mister­nych, ele­ganc­kich liter pokry­wa­jące twarz i skórę głowy, opo­wieść na ple­cach, na łydce, na dło­niach.

Odczyta je wszyst­kie i wszyst­kie opi­sze, do ostat­niej sylaby, lśnią­cej i sączą­cej się pod jej czu­łymi pal­cami, by świat poznał histo­rie opo­wie­dziane przez umar­łych.

Był Księgą Krwi, a ona jego jedyną tłu­maczką.

Gdy zapa­dła ciem­ność, prze­rwała czu­wa­nie i wypro­wa­dziła go nagiego w pach­nącą, czułą noc.

* * *

Oto zatem histo­rie zapi­sane w Księ­dze Krwi. Jeśli chcesz, Czy­tel­niku, prze­czy­taj je i poznaj.

Sta­no­wią mapę owej mrocz­nej auto­strady wio­dą­cej z życia w nie­znaną dal. Nie­wielu będzie musiało nią podą­żyć, więk­szość odej­dzie spo­koj­nie oświe­tlo­nymi lam­pami uli­cami, wypro­wa­dzana z życia do wtóru modlitw i czu­ło­ści. Lecz nie­wielu nie­licz­nych wybrań­ców czeka groza, która porwie ich na auto­stradę potę­pio­nych.

Czy­taj zatem. Czy­taj i ucz się.

Osta­tecz­nie naj­le­piej być goto­wym na naj­gor­sze i warto nauczyć się cho­dzić, zanim zabrak­nie nam tchu.

Nocny pociąg z mię­sem

Leon Kauf­man nie był już nowy w mie­ście. W cza­sach nie­win­no­ści nazy­wał je zawsze "Pała­cem Roz­ko­szy". Wów­czas jed­nak wciąż miesz­kał w Atlan­cie, a Nowy Jork sta­no­wił coś w rodzaju ziemi obie­ca­nej, gdzie niczego się nie zabra­nia i wszystko jest moż­liwe.

Teraz Kauf­man od trzech i pół mie­siąca miesz­kał w swoim wyma­rzo­nym mie­ście i Pałac Roz­ko­szy stra­cił wiele ze swej roz­kosz­no­ści.

Czy naprawdę minęła zale­d­wie jedna pora roku od dnia, gdy wysiadł z auto­busu na sta­cji Port Autho­rity i spoj­rzał w głąb Czter­dzie­stej Dru­giej Ulicy, ku skrzy­żo­wa­niu z Broad­wayem? W tak krót­kim cza­sie stra­cił tak wiele bli­skich sercu złu­dzeń.

Teraz wsty­dził się na myśl o swo­jej naiw­no­ści. Krzy­wił się, wspo­mi­na­jąc, jak sta­nął na chod­niku i oznaj­mił gło­śno:

- Nowy Jorku, kocham cię.

To miała być miłość? Ni­gdy.

W naj­lep­szym razie zauro­cze­nie.

A po zale­d­wie trzech mie­sią­cach wspól­nego życia z obiek­tem uwiel­bie­nia, spę­dza­nia dni i nocy w jej obec­no­ści, uko­chana prze­stała wyda­wać się tak dosko­nała.

Nowy Jork był zwy­kłym mia­stem.

Kauf­man widział, jak budzi się rano niczym dziwka i wydłu­buje spo­mię­dzy zębów pomor­do­wa­nych ludzi, wytrząsa samo­bój­ców z potar­ga­nych wło­sów. Oglą­dał je późną nocą, gdy brudne boczne uliczki bez­wstyd­nie kusiły roz­pu­stą. Obser­wo­wał w gorą­cym popo­łu­dnio­wym słońcu, roz­le­ni­wione i paskudne, obo­jętne na okrop­no­ści popeł­niane co godzinę w zadła­wio­nych przej­ściach.

To nie był Pałac Roz­ko­szy.

Rodził nie roz­kosz, a śmierć.

Każdy napo­tkany czło­wiek zetknął się choćby prze­lot­nie z prze­mocą, był to jeden z ele­men­tów codzien­nego życia. Zna­jo­mość kogoś, kto zgi­nął gwał­towną śmier­cią, sta­no­wiła nie­mal powód do dumy, była dowo­dem, że naprawdę mieszka się w tym mie­ście.

Lecz Kauf­man przez nie­mal dwa­dzie­ścia lat kochał Nowy Jork z daleka. Przez więk­szość doro­słego życia pla­no­wał swój romans. Nie­ła­two mu było zatem otrzą­snąć się z namięt­no­ści, jakby ni­gdy jej nie odczu­wał. Cza­sami wcze­snym ran­kiem, nim ode­zwały się poli­cyjne syreny, bądź o zmroku, wciąż chwi­lami wyda­wał mu się cudem.

I dla tych chwil, a także dla wła­snych marzeń, na­dal wciąż roz­strzy­gał wąt­pli­wo­ści na korzyść uko­cha­nej, nawet wtedy, gdy z zacho­wa­nia zde­cy­do­wa­nie nie przy­po­mi­nała damy.

* * *

Nie­ła­two przy­cho­dziła mu podobna wyro­zu­mia­łość. W ciągu kilku mie­sięcy, które Kauf­man spę­dził w Nowym Jorku, ulice mia­sta spły­nęły prze­laną krwią.

W isto­cie nie były to nawet ulice, ale tunele kry­jące się pod nimi.

"Mord w metrze" - te słowa krą­żyły z ust do ust. Zale­d­wie tydzień wcze­śniej zgło­szono zna­le­zie­nie kolej­nych trzech ofiar. Ciała odkryto w jed­nym z wago­nów metra na sta­cji Ave­nue of the Ame­ri­cas - roz­prute i czę­ściowo wypa­tro­szone, jakby ktoś prze­szko­dził w pracy spraw­nemu pomoc­ni­kowi rzeź­nika. Zabójstw doko­nano tak bar­dzo fachowo, że poli­cja prze­słu­chi­wała każ­dego ze swych kar­to­tek, kto w prze­szło­ści miał jakie­kol­wiek związki z rzeź­ni­czym fachem. Obser­wo­wano uważ­nie pako­wal­nie mięsa nad rzeką, prze­cze­sy­wano rzeź­nie. Zapo­wia­dano szyb­kie aresz­to­wa­nie sprawcy, nikogo jed­nak nie zna­le­ziono.

Nie­dawne tru­pie trio nie było pierw­szym zna­le­zio­nym w takim sta­nie: dokład­nie w dniu przy­by­cia Kauf­mana w "Time­sie" uka­zał się krótki tekst, wciąż sta­no­wiący temat ponu­rych szep­tów wśród sekre­ta­rek w jego biu­rze.

Według nich tury­sta z Nie­miec, który zabłą­dził późną nocą w metrze, natknął się w pociągu na ciało. Ofiarą była dobrze zbu­do­wana, atrak­cyjna trzy­dzie­sto­latka z Bro­oklynu. Zabójca roze­brał ją do naga, pozba­wia­jąc całego ubra­nia i biżu­te­rii, nawet kol­czy­ków w uszach.

Od roze­bra­nia jed­nak znacz­nie dziw­niej­szy oka­zał się sta­ranny, sys­te­ma­tyczny spo­sób, w jaki ubra­nie zło­żono i umiesz­czono w poje­dyn­czych pla­sti­ko­wych wor­kach na sie­dze­niu obok trupa.

To nie było dzieło sza­lo­nego mor­dercy. Tu dzia­łał wysoce zdy­scy­pli­no­wany umysł: wariat obda­rzony dogłęb­nym poczu­ciem porządku.

Jed­nak jesz­cze dziw­niej­szy i bar­dziej nie­zwy­kły niż roze­bra­nie trupa był okropny spo­sób, w jaki zabójca go potrak­to­wał. Według pogło­sek nie­po­twier­dzo­nych dotąd przez wydział poli­cji ciało zostało sta­ran­nie ogo­lone. Usu­nięto wszyst­kie włosy: z głowy, kro­cza, spod pach - wszyst­kie zostały przy­cięte i przy­pa­lone do skóry. Wysku­bano nawet brwi i rzęsy.

I wresz­cie ów aż nadto nagi kawał mięsa zawie­szono za stopy na jed­nej z porę­czy zamo­co­wa­nych w dachu wago­nika, a pod spodem usta­wiono czarny pla­sti­kowy kubeł wyło­żony czar­nym folio­wym wor­kiem, do któ­rego ście­kała pły­nąca z ran krew.

W tym wła­śnie sta­nie - roze­brane, ogo­lone, zawie­szone i prak­tycz­nie wykrwa­wione - zna­le­ziono ciało Loretty Dyer.

Było to obrzy­dliwe, sta­ran­nie wyko­nane i zdu­mie­wa­jące zna­le­zi­sko.

Nie doszło do gwałtu, zwłoki nie nosiły żad­nych śla­dów tor­tur. Ktoś szybko i spraw­nie zabił tę kobietę, jakby była kawał­kiem mięsa. A rzeź­nik wciąż prze­by­wał na wol­no­ści.

Ojco­wie Mia­sta w swo­jej głę­bo­kiej mądro­ści zarzą­dzili cał­ko­witą blo­kadę na arty­kuły pra­sowe na temat mor­derstw. Mówiono, że męż­czy­zna, który zna­lazł ciało, prze­bywa pod ochroną poli­cji w New Jer­sey, poza zasię­giem cie­kaw­skich dzien­ni­ka­rzy. Lecz blo­kada zawio­dła, bo chciwy gli­niarz prze­ka­zał co barw­niej­sze szcze­góły repor­te­rowi "Timesa". Wszy­scy w Nowym Jorku znali teraz upiorną histo­rię mor­derstw. Sta­no­wiła ona temat roz­mów w każ­dym skle­pie i barze, no i oczy­wi­ście w metrze.

Ale Loretta Dyer była zale­d­wie pierw­szą ofiarą.

Teraz zna­le­ziono jesz­cze trzy ciała w iden­tycz­nych oko­licz­no­ściach, choć w tym przy­padku ktoś wyraź­nie prze­szko­dził sprawcy w pracy. Nie wszyst­kie zwłoki zostały ogo­lone, nie pode­rżnięto im też gar­deł, by wypu­ścić krew. Odkry­cie to róż­niło się od poprzed­niego pod jesz­cze jed­nym, bar­dziej zna­czą­cym wzglę­dem: tym razem na zwłoki natknął się nie tury­sta, lecz repor­ter z "The New York Times".

Kauf­man prze­biegł wzro­kiem arty­kuł zaj­mu­jący pierw­szą stronę gazety. Nie odczu­wał szcze­gól­nie lubież­nego zain­te­re­so­wa­nia tą histo­rią, w odróż­nie­niu od sąsiada przy kon­tu­arze w barze. Ogar­nął go tylko lekki nie­smak, który spra­wił, że Kauf­man odsu­nął na bok talerz z przy­sma­żo­nymi jaj­kami. Oto kolejny dowód deka­den­cji tego mia­sta. Nie umiał rado­wać się jego cho­robą.

Mimo to był tylko czło­wie­kiem i nie potra­fił do końca zigno­ro­wać krwa­wych detali opi­sa­nych na płach­cie papieru przed nim. Arty­kuł napi­sano w spo­koj­nym, nie­sen­sa­cyj­nym tonie, lecz pro­stota i jasność stylu spra­wiały, że sam temat budził jesz­cze więk­szą odrazę. Leon nie umiał się też powstrzy­mać przed roz­my­śla­niem o czło­wieku sto­ją­cym za tymi kosz­ma­rami. Czy był to jeden psy­cho­pata, czy może kilku w natchnie­niu kopiu­ją­cych ory­gi­nalne mor­der­stwo? Może to zale­d­wie począ­tek grozy, może nastą­pią dal­sze zabój­stwa, aż w końcu mor­derca, zachły­śnięty powo­dze­niem lub wyczer­pany, zapo­mni o ostroż­no­ści i da się schwy­tać. Do tego czasu mia­sto, uwiel­biane mia­sto Kauf­mana, żyć będzie w sta­nie gdzieś pomię­dzy histe­rią i eks­tazą.

Sie­dzący obok bro­dacz wywró­cił kawę Kauf­mana.

- Cho­lera! - rzu­cił.

Kauf­man prze­su­nął się na stołku, uni­ka­jąc ście­ka­ją­cej z kon­tu­aru cie­czy.

- Cho­lera - powtó­rzył tam­ten.

- Nic się nie stało - odparł Kauf­man.

Przyj­rzał się sąsia­dowi z lek­kim nie­sma­kiem: nie­zgra­biasz pró­bo­wał wytrzeć kawę ser­wetką, która bły­ska­wicz­nie zamie­niała się w prze­mo­czoną papie­rową masę.

Kauf­man odkrył, że zasta­na­wia się, czy ten dureń o rumia­nych policz­kach i nie­strzy­żo­nej bro­dzie byłby zdolny do mor­der­stwa, czy na prze­kar­mio­nej twa­rzy krył się jaki­kol­wiek znak, jaka­kol­wiek wska­zówka w kształ­cie czaszki i wyra­zie małych oczek, zdra­dza­jąca jego praw­dziwą naturę?

Tam­ten znów się ode­zwał.

- Chcesz pan nową?

Kauf­man pokrę­cił głową.

- Kawę. Zwy­kłą. Czarną - rzekł dureń do dziew­czyny za ladą. Unio­sła wzrok, ode­rwaw­szy się od czysz­cze­nia grilla z zasty­głego tłusz­czu.

- Słu­cham?

- Kawę. Głu­cha jesteś?

Tam­ten wyszcze­rzył się do Kauf­mana.

- Głu­cha.

Kauf­man zauwa­żył, że męż­czyź­nie brak trzech dol­nych zębów.

- Kiep­sko to wygląda, co?

Co miał na myśli? Kawę? Brak zębów?

- Trzech nie­bosz­czy­ków. Zarżnię­tych.

Kauf­man przy­tak­nął.

- Daje do myśle­nia - dodał męż­czy­zna. - Jasne. No wie pan, to prze­cież przy­krywka, nie? Dobrze wie­dzą, kto to zro­bił.

Roz­mowa robiła się idio­tyczna. Kauf­man zdjął oku­lary i scho­wał do kie­szeni: bro­data twarz roz­myła mu się przed oczami. Przy­naj­mniej jakaś poprawa.

- Sukin­syny - powtó­rzył nie­zna­jomy. - Pie­przeni dra­nie, założę się o wszystko, że to przy­krywka.

- Czego?

- Mają dowody, po pro­stu trzy­mają nas, kurwa, w nie­wie­dzy. Tam coś jest i to nie czło­wiek.

Kauf­man zro­zu­miał. Dureń wygła­szał wła­śnie teo­rię spi­skową. Jakże czę­sto je sły­szał: praw­dziwe pana­ceum.

- Widzisz pan, dłu­bią przy tych tam klo­nach i wszystko wyrwało im się spod kon­troli. Cał­kiem moż­liwe, że hodują pier­dzie­lone potwory. Tam na dole coś jest, a oni nam nie mówią. Przy­krywka bez dwóch zdań, założę się o wszystko.

Kauf­man odkrył, że fascy­nuje go pew­ność tam­tego. Potwory na łowach. Sześć głów. Tuzin oczu. Cze­muż by nie? Wie­dział, dla­czego nie. Bo to unie­win­nia­łoby jego mia­sto: oczysz­czało je, a Kauf­man wie­rzył w głębi serca, że potwory, które można zna­leźć w tune­lach, to zupeł­nie zwy­czajni ludzie.

Bro­dacz rzu­cił pie­nią­dze na kon­tuar i wstał, zsu­wa­jąc tłu­sty zadek z popla­mio­nego pla­sti­ko­wego stołka.

- Pew­nie to pier­dzie­lony gli­niarz - rzu­cił na poże­gna­nie. - Pró­bo­wali stwo­rzyć pie­przo­nego boha­tera, a stwo­rzyli potwora. - Gro­te­skowo wyszcze­rzył zęby. - Założę się o wszystko - dodał i bez dal­szych słów wyma­sze­ro­wał z baru cięż­kim kro­kiem.

Kauf­man powoli wypu­ścił powie­trze przez nos, czu­jąc, jak z jego ciała ula­tuje napię­cie.

Nie­na­wi­dził podob­nych spo­tkań, czuł się skrę­po­wany i bez­radny. Po zasta­no­wie­niu uznał, że nie­na­wi­dzi też podob­nych ludzi: pew­nych sie­bie bru­tali, od któ­rych roi się w Nowym Jorku.

* * *

Docho­dziła szó­sta, gdy Maho­gany się obu­dził. Poranny deszcz o zmierz­chu zamie­nił się w lekką mżawkę. Powie­trze pach­niało czy­sto­ścią, jeśli to moż­liwe na Man­hat­ta­nie. Prze­cią­gnął się na łóżku, odrzu­cił brudną koł­drę i wstał, gotów do pracy.

W łazience deszcz kapał na skrzynkę kli­ma­ty­za­cji, wypeł­nia­jąc miesz­ka­nie ryt­micz­nym plu­skiem, Maho­gany włą­czył tele­wi­zor, by zagłu­szyć hałas, nie inte­re­so­wał go jed­nak żaden pro­gram.

Pod­szedł do okna. Ulicę pięć pię­ter w dole wypeł­niał gęsty tłum samo­cho­dów i ludzi.

Po cięż­kim dniu pracy Nowy Jork zmie­rzał do domów, by tam bawić się, kochać, ludzie wyle­wali się stru­mie­niami z biur i wsia­dali do swych pojaz­dów - nie­któ­rzy poiry­to­wani po dniu cięż­kiej roboty w rzadko wie­trzo­nych biu­rach, inni, potulni jak owce, wędro­wali do domu ale­jami, popy­chani naprzód nie­usta­ją­cym prą­dem ciał. Jesz­cze inni wci­skali się do metra, ślepi na pokry­wa­jące wszyst­kie ściany graf­fiti, głusi na beł­kot wła­snych gło­sów i na zimne grzmoty w tune­lach.

Myśl ta ura­do­wała Maho­gany'ego. On prze­cież nie nale­żał do stada prze­cięt­nia­ków. Mógł stać w oknie i patrzeć na tysiąc głów w dole, świa­dom, że jest wybrań­cem.

Oczy­wi­ście miał swoje ter­miny, tak samo jak ci na ulicy. Lecz jego praca nie była bez­sen­sowna, bar­dziej przy­po­mi­nała uświę­cony obo­wią­zek.

Tak jak oni musiał gdzieś miesz­kać, spać i srać. Ale nie kie­ro­wała nim potrzeba pie­nię­dzy, lecz wymogi histo­rii.

Nale­żał do nie­licz­nej garstki o tra­dy­cjach się­ga­ją­cych daleko poza Ame­rykę. Był noc­nym łowcą jak Kuba Roz­pru­wacz, jak Gil­les de Rais, żyją­cym ucie­le­śnie­niem śmierci, upio­rem o ludz­kiej twa­rzy. Krą­żył w ludz­kich snach i budził kosz­mary.

Ludzie pod nim nie znali jego twa­rzy, nikt nawet nie spoj­rzał na niego dwu­krot­nie, lecz on wychwy­ty­wał ich wzro­kiem i ważył, wybie­ra­jąc naj­doj­rzal­szych z prze­cho­dzą­cej w dole parady zdro­wych i mło­dych, któ­rzy mie­liby paść pod cio­sem jego noża ofiar­nego.

Cza­sami Maho­gany pra­gnął ogło­sić swoją toż­sa­mość światu, miał jed­nak obo­wiązki, które cią­żyły mu coraz bar­dziej. Nie mógł ocze­ki­wać sławy. Wiódł tajemne życie i tylko jego duma łak­nęła uzna­nia.

"Osta­tecz­nie - pomy­ślał - czy bydło pozdra­wia rzeź­nika, pada­jąc przed nim na kolana?".

W sumie był zado­wo­lony ze swego życia. Wystar­czyło mu, że sta­no­wił część owej wiel­kiej tra­dy­cji. Musiało wystar­czyć.

Ostat­nio jed­nak doszło do kilku odkryć. Oczy­wi­ście to nie jego wina. Nikt nie mógłby go obwi­niać. Ale nastały cięż­kie czasy. Życie nie było już tak łatwe jak dzie­sięć lat temu. Jasne, tro­chę się posta­rzał i praca bar­dziej go męczyła; zobo­wią­za­nia przy­gnia­tały go coraz cięż­szym brze­mie­niem. Był wybrań­cem, a to trudny i ciężki przy­wi­lej.

Od czasu do czasu zasta­na­wiał się, czy nie pora na to, by zacząć przy­uczać do swych obo­wiąz­ków kogoś młod­szego. Oczy­wi­ście musiał zasię­gnąć opi­nii Ojców, lecz wcze­śniej czy póź­niej trzeba będzie zna­leźć mu zastępcę, a uwa­żał, iż byłoby obu­rza­ją­cym mar­no­traw­stwem doświad­cze­nia, gdyby on sam go nie wyszko­lił.

Mógł mu prze­ka­zać tak wiele uży­tecz­nych sztu­czek: jak naj­le­piej schwy­tać, zarżnąć, roze­brać, wykrwa­wić ofiarę. Jak wybrać naj­lep­sze mięso do ich celów. Jak naj­pro­ściej pozbyć się szcząt­ków. Tak wiele szcze­gó­łów, tak wiele zgro­ma­dzo­nego doświad­cze­nia.

Wszedł do łazienki i odkrę­cił prysz­nic. Nim sta­nął pod wodą, spoj­rzał w dół na swoje ciało. Nie­wielki brzuch, siwie­jące włosy na okla­płej piersi, bli­zny i prysz­cze pokry­wa­jące bladą skórę. Sta­rzał się. Lecz tej nocy, tak jak każ­dej innej, miał do wyko­na­nia zada­nie.

* * *

Kauf­man pośpiesz­nym kro­kiem wró­cił do holu z kanapką, opusz­cza­jąc koł­nierz i strze­pu­jąc deszcz z wło­sów. Zegar nad windą wska­zy­wał siódmą szes­na­ście. Zamie­rzał popra­co­wać naj­wy­żej do dzie­sią­tej.

Winda zawio­zła go na dwu­na­ste pię­tro, do biur firmy Pap­pas. Z nie­szczę­śliwą miną ruszył przez labi­rynt pustych biu­rek i poza­my­ka­nych maszyn, na swoje nie­wiel­kie, wciąż oświe­tlone tery­to­rium. Z kory­ta­rza dobie­gały go głosy sprzą­ta­ją­cych biuro kobiet, poza tym wokół pano­wała mar­twa cisza.

Zdjął płaszcz, strzep­nął z niego deszcz naj­le­piej jak umiał i odwie­sił.

A potem siadł przed stertą zamó­wień, z któ­rymi zma­gał się od trzech dni, i zabrał się do pracy. Oce­niał, że trzeba będzie jesz­cze jed­nej wie­czor­nej nasia­dówki, by odwa­lić więk­szość, a łatwiej było mu się sku­pić bez nie­usta­ją­cego ter­kotu maszyn i maszy­ni­stek.

Roz­pa­ko­wał peł­no­ziar­ni­stą bułkę z szynką i dodat­ko­wym majo­ne­zem i zabrał się do dzieła.

* * *

Docho­dziła dzie­wiąta.

Maho­gany ubrał się sto­sow­nie na nocną zmianę: miał na sobie zwy­kły, spo­kojny gar­ni­tur, sta­ran­nie zawią­zany brą­zowy kra­wat, srebrne spinki (pre­zent od pierw­szej żony), wsu­nięte w rękawy ide­al­nie odpra­so­wa­nej koszuli. Jego rzed­nące włosy poły­ski­wały od pomady, paznok­cie miał przy­cięte i wypo­le­ro­wane, twarz skro­pioną wodą koloń­ską.

Spa­ko­wał też torbę. Ręcz­niki, narzę­dzia, far­tuch z kol­czugi.

Przej­rzał się w lustrze, uznał, że wciąż można by go wziąć za czter­dzie­sto­pię­cio­latka, naj­wy­żej pięć­dzie­się­cio­latka.

Przy­glą­da­jąc się wła­snej twa­rzy, przy­po­mniał sobie o obo­wiąz­kach. Nade wszystko musi zacho­wać ostroż­ność. Cał­kiem moż­liwe, że dziś wie­czór ich oczy będą obser­wo­wać każdy jego ruch i oce­niać, jak się spi­sze. Musi zacho­wy­wać się jak czło­wiek nie­winny, nie­bu­dzący podej­rzeń.

"Gdyby tylko wie­dzieli - pomy­ślał - ludzie, któ­rzy prze­cho­dzili, prze­bie­gali, mijali go na uli­cach, któ­rzy zde­rzali się z nim bez słowa prze­pro­sin, któ­rzy patrzyli na niego ze wzgardą, uśmie­chali się, widząc masywne ciało, skrę­po­wani odwra­cali wzrok na widok źle dopa­so­wa­nego gar­ni­turu. Gdyby tylko wie­dzieli co robi, czym jest i co ze sobą nosi".

"Ostroż­nie" - rzekł do sie­bie, gasząc świa­tło. W miesz­ka­niu zapadł mrok. Maho­gany pod­szedł do drzwi i je otwo­rzył. Przy­wykł do wędró­wek w ciem­no­ści. Czuł się w niej dobrze.

Chmury desz­czowe zupeł­nie odpły­nęły. Maho­gany prze­szedł przez Amster­dam do sta­cji metra na Sto Czter­dzie­stej Pią­tej. Dziś znów poje­dzie liną Ave­nue of the Ame­ri­cas, swoją ulu­bioną i czę­sto naj­owoc­niej­szą.

Scho­dami na dół z żeto­nem w dłoni. Przez auto­ma­tyczną bramkę. Teraz czuł w noz­drzach zapach tuneli. Oczy­wi­ście nie głę­bo­kich tuneli, te miały wła­sną, wyjąt­kową woń, lecz nawet stę­chłe, naelek­try­zo­wane powie­trze tej płyt­kiej linii w jakiś spo­sób doda­wało otu­chy. Odde­chy wyrzy­gane z ust miliona podróż­nych krą­żyły w pod­ziem­nym labi­ryn­cie, mie­sza­jąc się z odde­chem istot znacz­nie star­szych, istot o gło­sach mięk­kich jak glina i odra­ża­ją­cym ape­ty­cie. Och, jakże to uwiel­biał: zapach, ciem­ność, grzmot.

Sto­jąc na plat­for­mie, prze­biegł kry­tycz­nym wzro­kiem po innych pasa­że­rach. Jedno czy dwa ciała nawet się nada­wały, lecz mię­dzy nimi było zbyt wiele śmieci, tak nie­liczne warte obróbki. Wychu­dzeni, otyli, cho­rzy, zmę­czeni, ciała znisz­czone obo­jęt­no­ścią i nie­umiar­ko­wa­niem. Jako zawo­dowca brzy­dziło go to, choć rozu­miał sła­bość nisz­czącą nawet naj­lep­szych z ludzi.

Nie­mal godzinę krę­cił się po sta­cji, wędru­jąc mię­dzy pero­nami, a pociągi nad­jeż­dżały i zni­kały, nad­jeż­dżały i zni­kały, a wraz z nimi ludzie. Przy­gnę­biała go mizerna liczba nada­ją­cych się ciał, miał wra­że­nie, że każ­dego dnia czeka coraz dłu­żej i dłu­żej, by zna­leźć coś god­nego uży­cia.

Było już nie­mal wpół do jede­na­stej, a on nie widział ani jed­nego osob­nika, który naprawdę nada­wałby się na rzeź.

"Nie­ważne - rzekł do sie­bie - mam jesz­cze czas". Wkrótce poja­wią się tłumy z teatrów. Wśród nich zawsze zna­la­zło się parę solid­nych ciał, dobrze wykar­miona inte­li­gen­cja ści­ska­jąca w dło­niach kupony bile­tów i wymie­nia­jąca opi­nie na temat roz­rywki, jaką daje sztuka - o tak, coś tam znaj­dzie.

* * *

Kauf­man nie skoń­czył do jede­na­stej, choć obie­cał sobie wyjść godzinę wcze­śniej. Ale nuda i roz­draż­nie­nie utrud­niały pracę i płachty pełne liczb zaczy­nały roz­my­wać mu się przed oczami. Dzie­sięć po jede­na­stej rzu­cił na biurko dłu­go­pis i przy­znał się do porażki. Wnę­trzem dłoni tarł pie­kące oczy tak długo, aż głowa wypeł­niła mu się kolo­rami.

- Chrza­nić to, kurwa.

Ni­gdy nie prze­kli­nał w towa­rzy­stwie, lecz zda­rzało się cza­sami, iż ulżył sobie, mówiąc do sie­bie "kurwa". Wydo­stał się z biura z wil­got­nym płasz­czem prze­wie­szo­nym przez ramię i skie­ro­wał wprost do windy. Ręce i nogi miał odrę­twiałe, powieki same mu opa­dały.

Na dwo­rze było zim­niej, niż się spo­dzie­wał, i chłodne powie­trze na chwilę wyrwało go z letargu. Poma­sze­ro­wał na sta­cję metra przy Trzy­dzie­stej Czwar­tej Ulicy. Jeśli zła­pie eks­pres do Far Roc­ka­way, będzie w domu za godzinę.

* * *

Ani Kauf­man, ani Maho­gany nie mieli poję­cia o tym, że na skrzy­żo­wa­niu Dzie­więć­dzie­sią­tej Szó­stej Ulicy i Broad­wayu poli­cja aresz­to­wała męż­czy­znę, któ­rego wzięła za Mor­dercę z Metra, uwię­ziw­szy go wcze­śniej w jed­nym z pocią­gów z cen­trum. Drobny gość euro­pej­skiego pocho­dze­nia, wyma­chu­jący młot­kiem i piłą, osa­czył młodą kobietę w dru­gim wago­niku, gro­żąc, że roz­rą­bie ją na pół w imię Jehowy.

Wąt­pliwe, by zdo­łał wypeł­nić swoją groźbę. Tak się jed­nak zło­żyło, że nie miał szans tego zro­bić. Pod­czas gdy reszta pasa­że­rów (w tym dwóch żoł­nie­rzy pie­choty mor­skiej) patrzyła bez­czyn­nie, wybrana ofiara kop­nęła napast­nika pro­sto w jądra. Upu­ścił mło­tek, ona go pod­nio­sła i nim żoł­nie­rze ją powstrzy­mali, zła­mała mu dolną szczękę i prawą kość policz­kową.

Kiedy pociąg zatrzy­mał się na Dzie­więć­dzie­sią­tej Szó­stej, poli­cja już cze­kała, by aresz­to­wać Rzeź­nika z Metra. Całą hordą wpa­dli do pociągu, wrzesz­cząc jak upiory, śmier­tel­nie prze­ra­żeni. Rzeź­nik leżał w kącie wagonu ze zma­sa­kro­waną twa­rzą. Poli­cjanci wywieźli go try­um­fal­nie, kobieta po prze­słu­cha­niu wró­ciła do domu wraz z żoł­nie­rzami.

Choć Maho­gany o niczym nie wie­dział, zmyłka ta bar­dzo mu się przy­dała. Poli­cja potrze­bo­wała nie­mal całej nocy, by usta­lić toż­sa­mość więź­nia, głów­nie dla­tego, że mógł on jedy­nie śli­nić się przez strza­skaną szczękę. Dopiero o wpół do czwar­tej rano nie­jaki kapi­tan Davies, roz­po­czy­na­jący służbę, roz­po­znał w nim eme­ry­to­wa­nego kwia­cia­rza z Bro­nxu, Hanka Vasa­rely. Naj­wy­raź­niej Hank regu­lar­nie tra­fiał do aresztu z powodu gróźb karal­nych i publicz­nego obna­ża­nia się, wszystko w imię Jehowy. Pozory mylą: był mniej wię­cej tak nie­bez­pieczny jak kró­li­czek wiel­ka­nocny. Nie aresz­to­wano Rzeź­nika z Metra, lecz nim gli­nia­rze się zorien­to­wali, Maho­gany miał sporo czasu dla sie­bie.

* * *

Kwa­drans po jede­na­stej Kauf­man wsiadł do eks­presu jadą­cego na Mott Ave­nue. Oprócz niego wago­ni­kiem jechało dwoje innych podróż­nych: czar­no­skóra kobieta w śred­nim wieku w fio­le­to­wym płasz­czu i blady nie­do­ro­stek o pokry­tej trą­dzi­ko­wymi bli­znami twa­rzy, wpa­tru­jący się nie­przy­tom­nym wzro­kiem w wypi­sane spre­jem na sufi­cie "Poca­łuj mnie w moją białą dupę".

Kauf­man jechał pierw­szym wago­nem. Cze­kała go trzy­dzie­sto­pię­cio­mi­nu­towa podróż. Uko­jony ryt­micz­nym koły­sa­niem pociągu, pozwo­lił sobie na zamknię­cie oczu. Jazda była nużąca, a on strasz­nie zmę­czony. Nie widział, jak świa­tła w dru­gim wago­nie zga­sły. Nie widział twa­rzy Maho­gany'ego wyglą­da­ją­cej przez drzwi mię­dzy wago­nami w poszu­ki­wa­niu nowego mięsa.

Przy Czter­na­stej Ulicy ciem­no­skóra kobieta wysia­dła. Nikt nie wsiadł na jej miej­sce.

Kauf­man na moment uniósł powieki, ujrzał pusty peron przy Czter­na­stej i znów je zamknął. Drzwi zasu­nęły się z sykiem, a on szy­bo­wał gdzieś w cie­płej prze­strzeni pomię­dzy świa­do­mo­ścią i snem, w gło­wie trze­po­tały mu zarodki sen­nych wizji, bar­dzo przy­jemne. Pociąg znów ruszył z tur­ko­tem, zagłę­bia­jąc się w tunele.

Być może gdzieś w głębi sen­nego umy­słu Kauf­man zare­je­stro­wał fakt, iż drzwi pomię­dzy dru­gim a pierw­szym wago­nem roz­su­nęły się. Może poczuł nagłą falę powie­trza z tuneli i zauwa­żył, że przez chwilę tur­kot kół roz­brzmie­wał gło­śniej. Ale zde­cy­do­wał się to zigno­ro­wać.

Może nawet usły­szał hur­got, gdy Moha­gony obez­wład­nił mło­dzika o nie­obec­nych oczach. Lecz dźwięk ów był zbyt odle­gły, a obiet­nica snu zbyt kusząca. Drze­mał dalej.

Z jakie­goś powodu śnił o kuchni swo­jej matki. Sie­kała rzepę i uśmie­chała się słodko do niego. W owym śnie był bar­dzo mały i gdy pra­co­wała, patrzył w górę na jej pro­mienną twarz. Ciach. Ciach. Ciach.

Gwał­tow­nie uniósł powieki. Matka znik­nęła. Wagon był pusty, chło­pak znik­nął. Jak długo drze­mał? Nie pamię­tał, by zatrzy­my­wali się przy Zachod­niej Czwar­tej Ulicy. Wstał z głową oszo­ło­mioną snem i o mało nie upadł, bo pociąg zatrząsł się mocno. Wyglą­dało na to, że bar­dzo się roz­pę­dził, może maszy­ni­ście śpie­szyło się do domu, do cie­płego łóżka i do żony. Pędzili bar­dzo szybko, w isto­cie prze­ra­ża­jąco szybko.

Okno pomię­dzy wago­nami prze­sła­niała roleta, choć nie pamię­tał, żeby wcze­śniej ją zacią­gnięto. Do trzeź­wie­ją­cej głowy Kauf­mana zakra­dła się lekka obawa. Co, jeśli spał bar­dzo długo i straż­nik go nie zauwa­żył? Może prze­je­chali już Far Roc­ka­way i pociąg pędzi teraz tam, gdzie pociągi zatrzy­mują się na noc?

- Pie­przyć to, kurwa - rzekł gło­śno.

Czy powi­nien pójść na przód i spy­tać maszy­ni­stę? Co za cho­ler­nie idio­tyczne pyta­nie: gdzie ja jestem? O tej porze mógł raczej spo­dzie­wać się steku prze­kleństw niż zwy­kłej odpo­wie­dzi.

I wtedy pociąg zaczął zwal­niać.

Sta­cja. Tak, sta­cja. Wagon wynu­rzył się z tunelu i zatrzy­mał w bla­sku brud­nych lamp przy Zachod­niej Czwar­tej Ulicy. Nie prze­oczył żad­nego przy­stanku.

Gdzie zatem podział się chło­pak?

Albo zlek­ce­wa­żył zakaz prze­cho­dze­nia mię­dzy wago­nami pod­czas jazdy, albo też prze­by­wał w kabi­nie maszy­ni­sty z przodu. "Zapewne mię­dzy jego nogami" - pomy­ślał Kauf­man, krzy­wiąc się z nie­sma­kiem. Nie byłby to pierw­szy raz. To w końcu Pałac Roz­ko­szy i każdy ma prawdo do odro­biny miło­ści w mroku.

Wzru­szył ramio­nami. Co go obcho­dzi, gdzie się podział chło­pak?

Drzwi się zamknęły. Nikt nie wsiadł do pociągu, który ruszył ze sta­cji. Świa­tła przy­ga­sły, kiedy zwięk­szył pobór mocy, znów się roz­pę­dza­jąc.

Kauf­man poczuł nową falę sen­no­ści, lecz nagły lęk przed tym, że się zgu­bił, wpro­wa­dził do jego ciała dość adre­na­liny i ręce i nogi mro­wiły ner­wową ener­gią.

Zmy­sły także się wyostrzyły.

Mimo łoskotu kół na szy­nach usły­szał dobie­ga­jący z sąsied­niego wagonu odgłos dar­cia tka­niny. Czyżby ktoś zdzie­rał z sie­bie koszulę?

Wstał, dla rów­no­wagi przy­trzy­mu­jąc się jed­nego z uchwy­tów.

Okienko mię­dzy wago­nami szczel­nie zasło­nięto, on jed­nak wbił w nie wzrok, marsz­cząc brwi, jakby nagle odkrył w sobie zmysł rent­ge­now­ski. Wagon koły­sał się i pod­ska­ki­wał. Znów jechali bar­dzo szybko.

Kolejny dźwięk dar­cia.

Może to gwałt?

Kie­ro­wany jedy­nie łagodną cie­ka­wo­ścią pod­glą­da­cza, Kauf­man ruszył przez roz­ko­ły­sany wagon w stronę drzwi łącz­ni­ko­wych, w nadziei, że znaj­dzie jakąś szcze­linę w zasłonce. Na­dal wbi­jał oczy w okno, toteż nie zauwa­żył roz­bry­zgów krwi, w któ­rych stą­pał.

Dopóki...

...nie poje­chała mu pięta. Spoj­rzał w dół. Jego żołą­dek nie­mal dostrzegł krew, zanim mózg ją zare­je­stro­wał, i peł­no­ziar­ni­sta bułka z szynką pod­je­chała do góry, wię­znąc w głębi gar­dła. Krew. Wcią­gnął kilka hau­stów stę­chłego powie­trza i odwró­cił wzrok z powro­tem ku oknu.

W gło­wie wciąż sły­szał to słowo: "krew". Nic na świe­cie nie zdo­ła­łoby go prze­gnać.

Od drzwi dzie­lił go tylko metr, naj­wy­żej dwa. Musiał zaj­rzeć. Na bucie miał krew, wąska smuga wio­dła do sąsied­niego wagonu, ale mimo to na­dal musiał zaj­rzeć.

Musiał.

Postą­pił dwa kroki w stronę drzwi i prze­biegł wzro­kiem zasłonę, szu­ka­jąc cze­go­kol­wiek: wystar­czy­łaby nawet wycią­gnięta nitka. Dostrzegł maleńką dziurkę. Przy­tknął do niej oko.

Jego umysł odmó­wił przy­ję­cia tego, co oczy widziały za drzwiami. Odrzu­cił ten widok jako bzdurny, jako senną wizję. Roz­są­dek upie­rał się, że to nie może być prawda. Ale ciało wie­działo. Cały zesztyw­niał ze zgrozy. Nie­mru­ga­jące oczy nie mogły odrzu­cić odra­ża­ją­cej sceny za zasłoną. Stał tak przy drzwiach, a tym­cza­sem pociąg z tur­ko­tem jechał dalej, krew odpły­wała mu z koń­czyn, a mózg słabł z braku tlenu. Przed oczami zatań­czyły jasne punk­ciki świa­tła, prze­sła­nia­jąc kosz­mar.

A potem zemdlał.

* * *

Był nie­przy­tomny, gdy pociąg dotarł do Jay Street. Nie sły­szał maszy­ni­sty ogła­sza­ją­cego, że wszy­scy podróżni jadący dalej powinni się prze­siąść. Gdyby usły­szał, pod­wa­żyłby sen­sow­ność owych słów, żaden pociąg nie wysa­dzał pasa­że­rów przy Jay Street; trasa wio­dła dalej do Mott Ave­nue przez Wyścigi Akwe­dukt, mija­jąc lot­ni­sko Ken­nedy'ego. Zacząłby pytać, co to w ogóle za pociąg. Tyle że już wie­dział. Prawda wisiała w sąsied­nim wago­nie. Uśmie­chała się pogod­nie do sie­bie zza zakrwa­wio­nego meta­lo­wego far­tu­cha.

To był Nocny Pociąg z Mię­sem.

* * *

Kiedy czło­wiek leży nie­przy­tomny, traci rachubę czasu. Nim powieki Kauf­mana unio­sły się, a jego mózg sku­pił na nowo odkry­tej sytu­acji, mogły minąć sekundy bądź godziny.

Leżał teraz pod jed­nym z sie­dzeń, przy­ci­śnięty do wibru­ją­cej ściany wagonu, ukryty. Uznał, że jak dotąd los mu sprzyja: w jakiś spo­sób koły­sa­nie wagonu musiało spra­wić, że jego nie­przy­tomne ciało prze­tur­lało się na bok.

Przy­po­mniał sobie kosz­mar w wago­nie numer dwa i z tru­dem nie zwy­mio­to­wał. Prze­łknął ślinę. Był sam. Straż­nik gdzieś się podział (może zamor­do­wany?), a on w żaden spo­sób nie mógł wezwać pomocy. A co z maszy­ni­stą? Czy leżał nie­żywy na swym pul­pi­cie? Czy pociąg pędził teraz nie­zna­nym tune­lem, bez żad­nej iden­ty­fi­ku­ją­cej go sta­cji, wprost ku zagła­dzie?

A jeśli nie zgi­nie w kata­stro­fie, zawsze pozo­staje Rzeź­nik, wciąż rąbiący ciało, oddzie­lony od miej­sca, w któ­rym leżał Kauf­man, zale­d­wie gru­bo­ścią drzwi.

Gdzie­kol­wiek spoj­rzał, nazwa nad drzwiami brzmiała "Śmierć".

Hałas ogłu­szał go, zwłasz­cza tu, na pod­ło­dze. Zęby Kauf­mana koły­sały się w szczę­kach, twarz odrę­twiała od wibra­cji, bolała go nawet czaszka.

Stop­niowo poczuł, jak do wyczer­pa­nych koń­czyn powraca siła. Ostroż­nie wycią­gnął palce i zaci­snął pię­ści, by pobu­dzić krą­że­nie krwi.

Gdy wró­ciło mu czu­cie, przy­nio­sło ze sobą mdło­ści. Wciąż widział bru­talny hor­ror sąsied­niego wagonu. Oczy­wi­ście wcze­śniej oglą­dał zdję­cia ofiar, ale to nie były zwy­czajne zabój­stwa. Zna­lazł się w tym samym pociągu co Rzeź­nik z Metra, potwór zawie­sza­jący ofiary za nogi, nagie i bez­włose.

Ile trzeba czasu, by zabójca prze­kro­czył próg wagonu i go zna­lazł? Kauf­man był pewien, że jeśli nie zabije go Rzeź­nik, uczyni to nie­zno­śne wycze­ki­wa­nie.

Usły­szał ruch za drzwiami.

Instynkt zwy­cię­żył. Kauf­man rzu­cił się dalej pod sie­dze­nie i sku­lił w maleńką kulę, przy­ci­ska­jąc do ściany pobla­dłą od mdło­ści twarz. Następ­nie zakrył głowę rękami i zaci­snął powieki mocno, jak dziecko bojące się Upiora.

Drzwi roz­su­nęły się. Szczęk. Syk. Fala powie­trza znad torów. Pach­niało dziw­niej niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej i zim­niej. Czuł, że noz­drza wypeł­niło mu pry­mi­tywne powie­trze, wro­gie, nie­zro­zu­miałe. Zadrżał.

Drzwi zamknęły się. Szczęk.

Kauf­man wie­dział, że Rzeź­nik jest bli­sko. Moż­liwe, że stał zale­d­wie kilka cen­ty­me­trów od niego.

Czy wła­śnie w tej chwili patrzył na jego plecy? Może wręcz pochy­lał się z nożem w ręku, by wycią­gnąć Kauf­mana z kry­jówki jak śli­maka wyrwa­nego ze sko­rupy?

Nic się nie wyda­rzyło. Nie poczuł na karku odde­chu. Nikt nie roz­pruł mu ple­ców.

Nie­da­leko głowy usły­szał jedy­nie tupot stóp, który szybko zaczął się odda­lać.

Kauf­man, dotąd wstrzy­mu­jący powie­trze w płu­cach tak długo, że aż go zabo­lały, wypu­ścił je ze świ­stem mię­dzy zębami.

Maho­gany z uczu­ciem bli­skim zawodu odkrył, że śpiący męż­czy­zna wysiadł przy Zachod­niej Czwar­tej. Miał nadzieję zała­twić tej nocy jesz­cze jedną robotę, by mieć zaję­cie pod­czas zjazdu w dół. Ale nie: tam­ten znik­nął. "W sumie poten­cjalna ofiara nie wyglą­dała zbyt zdrowo - pomy­ślał - pew­nie to jakiś ane­miczny żydow­ski księ­gowy. Mięso nie mia­łoby wła­ści­wej jako­ści". Prze­szedł przez wagon do kabiny maszy­ni­sty. Zamie­rzał spę­dzić tam resztę drogi.

"O Chry­ste - pomy­ślał Kauf­man - zaraz zabije maszy­ni­stę".

Usły­szał, jak drzwi kabiny otwo­rzyły się, a potem głos Rzeź­nika, niski i ochry­pły.

- Cześć.

- Cześć.

Oni się znali.

- Już?

- Już.

Kauf­ma­nem wstrzą­snęła banal­ność owych słów. Już? Co to niby miało zna­czyć?

Nie dosły­szał następ­nych kilku słów, bo pociąg natra­fił wła­śnie na szcze­gól­nie hała­śliwy frag­ment torów. Nie mógł dłu­żej oprzeć się cie­ka­wo­ści. Ostroż­nie wypro­sto­wał się i zer­k­nął przez ramię wzdłuż wagonu. Widział jedy­nie nogi Rzeź­nika i dół otwar­tych drzwi kabiny. Cho­lera. Chciał znów zoba­czyć twarz tego potwora.

Teraz z kabiny dobie­gał śmiech.

Kauf­man roz­wa­żył moż­liwe ryzyko: mate­ma­tykę paniki. Gdyby pozo­stał tu, gdzie jest, wcze­śniej czy póź­niej Rzeź­nik zer­k­nąłby w dół i go dostrzegł, zamie­nia­jąc w rąbankę. Z dru­giej strony gdyby wyszedł ze swej kry­jówki, ryzy­ko­wał, że zauważy go i zacznie ści­gać. Co jest gor­sze: trwa­nie w bez­ru­chu w dziu­rze i cze­ka­nie na śmierć czy też próba ucieczki i sta­wie­nie czoła Stwórcy pośrodku wagonu.

Decy­zja zasko­czyła jego samego: wyj­dzie.

Nie­skoń­cze­nie powoli wyczoł­gał się spod sie­dze­nia, co minutę oglą­da­jąc się na plecy Rzeź­nika. Potem zaczął peł­znąć w stronę drzwi. Każdy krok sta­no­wił męczar­nię, lecz Rzeź­nik był zbyt zato­piony w roz­mo­wie, by się oglą­dać.

Kauf­man dotarł do drzwi. Zaczął się pod­no­sić, cały czas usi­łu­jąc przy­go­to­wać się na widok cze­ka­jący na niego w wago­nie numer dwa. Dłoń zaci­snęła się na klamce: odsu­nął drzwi.

Tur­kot wzmógł się, twarz omio­tła mu fala wil­got­nego powie­trza, cuch­ną­cego niczym, co by znał na tej ziemi. Z pew­no­ścią Rzeź­nik usły­szy to bądź wyczuje. Z pew­no­ścią się odwróci - ale nie. Kauf­man prze­śli­znął się przez otwartą szcze­linę i zna­lazł w krwa­wej jatce.

Ulga spra­wiła, że zapo­mniał o ostroż­no­ści. Nie­do­kład­nie zamknął drzwi, które zaczęły się roz­su­wać w rytm pod­sko­ków pociągu.

Maho­gany wysta­wił głowę z kabiny, patrząc przez wagon w stronę wyj­ścia.

- Co, do kurwy? - spy­tał maszy­ni­sta.

- Nie­do­kład­nie zamkną­łem drzwi. To wszystko.

Kauf­man usły­szał, jak Rzeź­nik zmie­rza ku drzwiom. Przy­kuc­nął, kuląc się skon­ster­no­wany pod poprzeczną ścianą, nagle świa­dom tego, jak pełny ma pęcherz i wąt­pia. Szarp­nię­cie z dru­giej strony zatrza­snęło drzwi, kroki znów się odda­liły.

Bez­pieczny, przy­naj­mniej na kolejny oddech. Otwo­rzył oczy, szy­ku­jąc się na widok rzeźni.

Nie dało się go unik­nąć.

Prze­peł­nił wszyst­kie jego zmy­sły: smród otwar­tych wnętrz­no­ści, widok ciał, dotyk płynu na pod­ło­dze pod pal­cami, skrzy­pie­nie pasów napi­na­ją­cych się pod cię­ża­rem tru­pów, nawet powie­trze sma­ko­wało słoną krwią. W tym momen­cie, pędząc przez mrok, zna­lazł się sam na sam z abso­lutną, nie­za­prze­czalną śmier­cią.

Ale mdło­ści minęły. Nie pozo­stało w nim nic, prócz lek­kiego obrzy­dze­nia. A odkrył nawet, że z pewną cie­ka­wo­ścią przy­gląda się zwło­kom.

Naj­bli­żej wisiały szczątki prysz­cza­tego nasto­latka, któ­rego widział w wago­nie numer jeden. Ciało wisiało do góry nogami, koły­sząc się tam i z powro­tem w rytm pociągu, iden­tycz­nie jak trzy pozo­stałe, w obsce­nicz­nym danse maca­bre.

Ręce dyn­dały luźno ze sta­wów, w któ­rych zro­biono nacię­cia głę­bo­kie na kilka cen­ty­me­trów, by ciała wisiały porząd­niej.

Każdy frag­ment ana­to­mii mar­twego dzie­ciaka huś­tał się hip­no­tycz­nie. Język zwi­sa­jący z otwar­tych ust. Głowa koły­sząca się na roz­pru­tej szyi. Nawet penis mło­dzika trze­po­tał z boku na bok z wysku­ba­nego kro­cza. Z rany na gło­wie i otwar­tej tęt­nicy wciąż wypły­wały fale pul­su­ją­cej krwi, ście­ka­jące do czar­nego kubła. Cały ów widok miał w sobie pewną ele­gan­cję, wra­że­nie dobrze wyko­na­nej roboty.

Za tym cia­łem wisiały zawie­szone trupy dwóch mło­dych bia­łych kobiet i ciem­no­skó­rego męż­czy­zny. Kauf­man odwró­cił na bok głowę, aby spraw­dzić ich twa­rze. Nie miały żad­nego wyrazu. Jedna z dziew­czyn była praw­dziwą pięk­no­ścią. Uznał, że męż­czy­zna to Por­to­ry­kań­czyk. Wszyst­kich pozba­wiono wszel­kich wło­sów na gło­wach i cia­łach, w isto­cie w powie­trzu wciąż wisiał swąd spa­le­ni­zny. Kauf­man prze­su­nął się wzdłuż ściany, pod­no­sząc z przy­kucu, i gdy to uczy­nił, jedna z kobiet prze­krę­ciła się, uka­zu­jąc mu się od tyłu.

Nie był przy­go­to­wany na ten ostatni kosz­mar.

Mięso na jej grzbie­cie zostało zgrab­nie odrą­bane od szyi aż po pośladki, mię­śnie ode­rwano, odsła­nia­jąc lśniące kręgi. Oto osta­teczny try­umf sztuki Rzeź­nika. Ogo­lone, wykrwa­wione, roz­prute połcie czło­wie­czeń­stwa wisiały tu wypa­tro­szone jak ryby i gotowe do pożar­cia.

Kauf­man nie­mal uśmiech­nął się w obli­czu tej ide­al­nej grozy. U pod­stawy czaszki poczuł zachę­ca­jące kieł­ko­wa­nie obłędu, wabiące w otchłań zapo­mnie­nia, obie­cu­jące głu­chą obo­jęt­ność wobec świata.

Zaczął nie­po­wstrzy­ma­nie dygo­tać. Czuł, jak jego struny gło­sowe pró­bują sfor­mu­ło­wać krzyk. To było nie do znie­sie­nia: a jed­nak gdyby krzyk­nął, po krót­kiej chwili stałby się jak jeden z dyn­da­ją­cych przed nim stwo­rów.

- Pie­przyć to, kurwa - rzekł gło­śniej, niż zamie­rzał, po czym ode­pchnął się od ściany i ruszył w głąb wagonu pomię­dzy roz­ko­ły­sa­nymi tru­pami, prze­su­wa­jąc wzro­kiem po sta­ran­nie zło­żo­nych sto­si­kach ubrań i dobytku na sie­dze­niach obok wła­ści­cieli. Pod­łoga pod jego sto­pami lepiła się od zasy­cha­ją­cej żółci. Nawet przez zmru­żone oczy widział aż nazbyt wyraź­nie krew w kubłach: gęstą i zawie­si­stą, z obra­ca­ją­cymi się w niej cząst­kami chrzą­stek.

Minął już chło­paka i widział przed sobą drzwi do wagonu numer trzy. Wystar­czyło tylko przejść przez ów kory­tarz okrop­no­ści. Dopin­go­wał się w duchu, pró­bu­jąc nie zwa­żać na ota­cza­jące go kosz­mary i skon­cen­tro­wać się na drzwiach wio­dą­cych z powro­tem do nor­mal­no­ści.

Wymi­nął pierw­szą kobietę. "Jesz­cze parę metrów - rzekł do sie­bie - naj­wy­żej dzie­sięć kro­ków, mniej, jeśli zapo­mni o ostroż­no­ści".

I wtedy świa­tła zga­sły.

- Jezu Chry­ste - rzekł.

Pociąg szarp­nął i Kauf­man stra­cił rów­no­wagę.

W nie­prze­nik­nio­nej czerni wycią­gnął roz­pacz­li­wie ręce, pró­bu­jąc się oprzeć, i maca­jące ramiona objęły wiszące obok ciało. Nim zdo­łał się powstrzy­mać, poczuł, jak jego dło­nie zagłę­biają się w let­nią skórę, a palce ści­skają skraj mię­śnia ple­ców nie­boszczki, tak że koniusz­kami pal­ców dotknął jej krę­go­słupa. Poli­czek przy­ci­snął do nagiej skóry uda.

Krzyk­nął. I w chwili gdy krzy­czał, świa­tła zami­go­tały i znów zapło­nęły.

A gdy się roz­ja­śniły i jego krzyk ucichł, usły­szał tupot zbli­ża­ją­cych się stóp Rzeź­nika, masze­ru­ją­cych przez wagon numer jeden w stronę drzwi łącz­ni­ko­wych.

Kauf­man wypu­ścił trupa, twarz miał wysma­ro­waną krwią z nogi kobiety. Czuł ją na policzku niczym barwy wojenne.

Krzyk roz­ja­śnił mu w gło­wie i Kauf­man nagle poczuł w sobie nowo obu­dzoną siłę. Wie­dział, że nie będzie już ganiał się po pociągu, koniec z tchó­rzo­stwem. Czeka go pry­mi­tywne star­cie twa­rzą w twarz dwóch istot ludz­kich. I nie powstrzyma się przed niczym, nawet naj­gor­szym pod­stę­pem, byle tylko powa­lić wroga. To kwe­stia prze­trwa­nia, ni mniej, ni wię­cej.

Klamka zagrze­cho­tała.

Kauf­man rozej­rzał się w poszu­ki­wa­niu broni spo­koj­nym, sza­cu­ją­cym wzro­kiem. Jego spoj­rze­nie padło na stos ubrań obok trupa Por­to­ry­kań­czyka. Wśród pier­ścion­ków z krysz­tał­kami i łań­cu­chów z tom­baku leżał nóż. Nie­ska­zi­tel­nie czy­sta broń o dłu­giej klin­dze, praw­do­po­dob­nie obiekt dumy wła­ści­ciela. Się­ga­jąc obok umię­śnio­nego ciała, Kauf­man pod­niósł ze stosu nóż. Przy­jem­nie leżał w ręce, w isto­cie budził w nim roz­koszny dreszcz.

Drzwi się otwarły i ujrzał twarz Roz­pru­wa­cza.

Poprzez rzeź­nię patrzył na Maho­gany'ego. Nie wyglą­dał zbyt groź­nie, ot, kolejny łysie­jący pięć­dzie­się­cio­la­tek z nad­wagą. Twarz miał grubo cio­saną, oczy głę­boko osa­dzone, usta dość małe i deli­katne, w isto­cie nie­mal kobiece.

Maho­gany nie mógł pojąć, skąd intruz się wziął, dosko­nale rozu­miał jed­nak, że to kolejne prze­ocze­nie, kolejna oznaka nara­sta­ją­cej nie­kom­pe­ten­cji. Musi natych­miast pozbyć się tego obdar­tusa. Osta­tecz­nie od końca trasy dzie­liła ich naj­wy­żej mila, może dwie. Musi zała­twić tego kur­du­pla i powie­sić za pięty, nim dotrą do celu.

Wszedł do wagonu numer dwa.

- Ty spa­łeś - rzekł, roz­po­zna­jąc Kauf­mana. - Widzia­łem cię.

Kauf­man nie odpo­wie­dział.

- Trzeba było wysiąść z pociągu. Co pró­bo­wa­łeś zro­bić? Scho­wać się przede mną?

Kauf­man na­dal mil­czał.

Maho­gany chwy­cił rączkę tasaka wiszą­cego u sfa­ty­go­wa­nego skó­rza­nego pasa. Był uma­zany krwią, podob­nie jak jego meta­lowy far­tuch, młot i piła.

- A teraz - dodał - będę musiał się cie­bie pozbyć.

Kauf­man uniósł nóż. Wyda­wał się dość mały w zesta­wie­niu z akce­so­riami Rzeź­nika.

- Pie­przyć to, kurwa - rzekł.

Maho­gany uśmiech­nął się sze­roko, widząc nędzną próbę obrony niskiego męż­czy­zny.

- Nie powi­nie­neś był tego oglą­dać. To nie jest prze­zna­czone dla takich jak ty - oznaj­mił, postę­pu­jąc kolejny krok ku niemu. - To tajem­nica.

"Ach, zatem to jeden z tych typów dzia­ła­ją­cych z boskiego natchnie­nia?" - pomy­ślał Kauf­man. To sporo tłu­ma­czyło.

- Pie­przyć to - powtó­rzył.

Rzeź­nik zmarsz­czył brwi. Nie podo­bała mu się obo­jęt­ność obcego na jego dzieło, jego repu­ta­cję.

- Wszy­scy musimy kie­dyś umrzeć - powie­dział. - Powi­nie­neś się cie­szyć, nie spło­niesz jak więk­szość z nich. Cie­bie mogę użyć. By nakar­mić ojców.

Kauf­man odpo­wie­dział jedy­nie uśmie­chem. Prze­kro­czył gra­nicę grozy i nie da się już zastra­szyć temu obrzy­dli­wemu wiel­ko­lu­dowi.

Rzeź­nik odcze­pił tasak od pasa i uniósł wysoko.

- Taki paskudny Żydek - rzekł - powi­nien być wdzięczny, że w ogóle może się komuś przy­dać. Bycie mię­sem to naj­lep­sze, na co możesz liczyć.

Bez ostrze­że­nia zamach­nął się. Roz­pę­dzony tasak prze­ciął powie­trze, lecz Kauf­man cof­nął się o krok. Ostrze prze­cięło rękaw jego płasz­cza i wbiło się w łydkę Por­to­ry­kań­czyka; siła zde­rze­nia do połowy odrą­bała nogę, cię­żar ciała jesz­cze sze­rzej otwo­rzył ranę. Odsło­nięte mięso uda było jak naj­lep­szy stek, soczy­ste i ape­tyczne.

Rzeź­nik zaczął wycią­gać tasak z rany i w tym momen­cie Kauf­man sko­czył naprzód. Nóż pomknął ku oku Maho­gany'ego, lecz błąd w oce­nie spra­wił, że zamiast tego tra­fił go w szyję. Prze­bił kolumnę krę­gową, wyła­nia­jąc się w nie­wiel­kim roz­bry­zgu posoki z dru­giej strony. Na wylot. Jed­nym cio­sem. Na wylot.

Maho­gany poczuł klingę w szyi niczym dła­wie­nie, zupeł­nie jakby zakrztu­sił się kurzą kostką. Wydał z sie­bie idio­tyczny, nie­zde­cy­do­wany kaszel. Z jego ust wypły­nęła krew, malu­jąc je niczym szminka na war­gach kobiety. Tasak z brzę­kiem wylą­do­wał na ziemi.

Kauf­man wyszarp­nął nóż. Z dwóch ran try­snęły nie­wiel­kie łuki krwi.

Maho­gany runął na kolana, wpa­tru­jąc się w nóż, który go zabił. Niski czło­wie­czek przy­glą­dał mu się obo­jęt­nie. Powie­dział coś, lecz uszy Maho­gany'ego pozo­stały głu­che, jakby zna­lazł się pod wodą.

Nagle oślepł. Z nostal­gią pomy­ślał o swych zmy­słach, świa­dom, że ni­gdy już niczego nie zoba­czy ani nie usły­szy. Oto śmierć, teraz go dopa­dła.

Ręce na­dal czuły splot tka­niny spodni i gorące roz­bry­zgi na skó­rze. Jego życie zda­wało się balan­so­wać na palusz­kach, a tym­cza­sem dło­nie roz­pacz­li­wie chwy­tały ostat­nie wra­że­nia zmy­słowe. A potem upadł i dło­nie, życie i uświę­cony obo­wią­zek ugięły się pod cię­ża­rem sza­rego ciała.

Rzeź­nik nie żył.

Kauf­man wcią­gnął w płuca kilka hau­stów stę­chłego powie­trza i przy­trzy­mał się jed­nego z uchwy­tów, by uspo­koić roz­dy­go­tane ciało. Łzy prze­sło­niły bała­gan, wśród któ­rego stał. Czas mijał: nie wie­dział jak wiele, stał zagu­biony we śnie o zwy­cię­stwie.

I wtedy pociąg zaczął zwal­niać. Kauf­man poczuł i usły­szał dzia­ła­jące hamulce. Wiszące ciała pole­ciały naprzód, gdy roz­ko­ły­sany pociąg zwol­nił bieg, do wtóru pisku kół na szy­nach wypa­ca­ją­cych z sie­bie śluz.

Cie­ka­wość w Kauf­ma­nie zwy­cię­żyła.

Czy pociąg zaje­dzie do pod­ziem­nej rzeźni Rzeź­nika, ozdo­bio­nej mię­sem, które gro­ma­dził przez całą swoją karierę? A roze­śmiany maszy­ni­sta, obo­jętny na masa­krę - co zrobi, kiedy pociąg się zatrzyma? Cokol­wiek się jed­nak sta­nie, pozo­staje kwe­stią aka­de­micką. Kauf­man był w sta­nie sta­wić czoło wszyst­kiemu, sami zoba­czy­cie.

Gło­śnik zatrzesz­czał. Roz­legł się głos maszy­ni­sty.

- Jeste­śmy na miej­scu, stary. Lepiej zaj­mij miej­sce, co?

Zaj­mij miej­sce? Co to niby miało zna­czyć?

Pociąg toczył się teraz śli­ma­czo powoli. Za oknami widać było tylko czerń. Świa­tła zamru­gały, po czym zga­sły. Tym razem już się nie zapa­liły. Kauf­man pozo­stał w nie­prze­nik­nio­nej ciem­no­ści.

- Postój potrwa pół godziny - oznaj­mił gło­śnik, jak zwy­kle na sta­cjach.

Pociąg zatrzy­mał się. Tur­kot kół na torach i świst powie­trza, do któ­rych Kauf­man zdą­żył już przy­wyk­nąć, nagle umil­kły. Sły­szał tylko pomruk gło­śnika. Na­dal niczego nie widział.

A potem coś syk­nęło. Drzwi się otwie­rały. Do wagonu wtar­gnął zapach tak palący, że Kauf­man przy­ci­snął dłoń do twa­rzy, by nie dopu­ścić go do sie­bie.

Stał w mil­cze­niu z dło­nią przy ustach, jak się zda­wało całe życie. Nie widzieć zła. Nie sły­szeć zła. Nie mówić zła.

Nagle za oknem zami­go­tało świa­tło, oświe­tla­jąc zarys drzwi; stop­niowo nara­stało i wkrótce Kauf­man widział już bez­władne ciało Rzeź­nika u swych stóp oraz blade połcie mięsa wiszące dookoła.

Usły­szał też szept dobie­ga­jący z ciem­no­ści za pocią­giem, nara­sta­jącą falę sła­bych dźwię­ków, przy­po­mi­na­ją­cych głosy chrząsz­czy. W tunelu kryły się ludz­kie istoty, które powoli zmie­rzały w stronę pociągu, Kauf­man widział już ich syl­wetki. Nie­które nio­sły pochod­nie pło­nące mar­twym, brą­zo­wym bla­skiem. Być może źró­dłem hałasu były ich stopy na wil­got­nej ziemi albo cmo­ka­jące języki, albo jedno i dru­gie.

Nie był tak naiwny jak jesz­cze godzinę wcze­śniej. Czy mógł wąt­pić w zamiary owych stwo­rów, wynu­rza­ją­cych się z mroku za pocią­giem? Rzeź­nik szlach­to­wał męż­czyzn i kobiety na mięso dla tych kani­bali, a teraz zmie­rzali tu jak goście przy­wo­łani gon­giem, by posi­lić się w wago­nie restau­ra­cyj­nym.

Kauf­man schy­lił się i pod­niósł z ziemi upusz­czony przez Rzeź­nika tasak. Odgłos zbli­ża­ją­cych się stwo­rów z każdą chwilą nara­stał coraz bar­dziej. Kauf­man cof­nął się w głąb wagonu, byle dalej od otwar­tych drzwi, tylko po to, by odkryć, że łącz­nik za jego ple­cami także stoi otwo­rem i stam­tąd także zbli­żają się szepty.

Sku­lił się przy jed­nym z sie­dzeń i już miał ukryć się pod nim, gdy zza drzwi wyło­niła się dłoń, chuda i tak kru­cha, że nie­mal prze­zro­czy­sta.

Nie zdo­łał odwró­cić wzroku. Nie był to jed­nak para­liż wywo­łany stra­chem, jak wcze­śniej przy okienku. Po pro­stu chciał zoba­czyć.

Stwór wkro­czył do wagonu, pochod­nie pło­nące za jego ple­cami pogrą­żyły mu twarz w cie­niu, na­dal jed­nak widać było wyraź­nie jej zarys.

Nie miał w sobie niczego inte­re­su­ją­cego.

Dwie ręce i dwie nogi, tak samo jak u Kauf­mana, głowa zupeł­nie zwy­kłego kształtu, ciało drobne, zdy­szane po wysiłku towa­rzy­szą­cym wdra­pa­niu się do pociągu. W sumie stwór spra­wiał wra­że­nie bar­dziej geria­tryczne niż psy­cho­pa­tyczne: poko­le­nia fik­cyj­nych ludo­żer­ców nie przy­go­to­wały Kauf­mana na tak nie­po­ko­jącą kru­chość.

Za nim z ciem­no­ści wyła­niały się podobne stwo­rze­nia, które, szu­ra­jąc nogami, wcho­dziły do pociągu; w isto­cie robiły to wszyst­kimi drzwiami.

Kauf­man tkwił w pułapce. Zwa­żył w dło­niach tasak, oce­nia­jąc jego rów­no­wagę, gotów do bitwy z tymi antycz­nymi potwo­rami. Jeden z nich wniósł do wagonu pochod­nię, która oświe­tliła twa­rze przy­wód­ców.

Byli zupeł­nie łysi. Ich znu­żona skóra napi­nała się mocno na czasz­kach, poły­sku­jąc lekko, wid­niały na niej plamy roz­kładu i cho­roby, w nie­któ­rych miej­scach mię­śnie zamie­niły się w czarną maź, przez którą prze­świe­cały kości policz­kowe bądź skro­nie. Część była naga jak nowo­rodki, ich mięk­kie, prze­żarte syfi­li­sem ciała led­wie zdra­dzały płeć wła­ści­cieli. W miej­scu daw­nych piersi pozo­stały tylko skó­rza­ste worki zwi­sa­jące na tuło­wiu, geni­ta­lia skur­czyły się i zaschły.

Gorzej jed­nak niż nadzy wyglą­dali ci, któ­rych ciała skry­wały ubra­nia. Do Kauf­mana wkrótce dotarło, że gni­jący mate­riał, który narzu­cili na ramiona bądź któ­rym prze­wią­zali się w pasie, zro­biono z ludz­kich skór. Nie jed­nej, lecz dzie­siąt­ków, pona­rzu­ca­nych nie­po­rząd­nie jedna na drugą niczym żało­sne tro­fea.

Przy­wódcy tej gro­te­sko­wej obia­do­wej kolejki dotarli już do ciał i smu­kłe dło­nie spo­częły na połciach mięsa, gła­dząc ogo­lone ciało w górę i w dół w spo­sób suge­ru­jący roz­kosz zmy­słową. Z ust wysu­wały się roz­tań­czone języki, na mię­sie lądo­wały kro­pelki śliny. Spoj­rze­nia potwo­rów krą­żyły tam i z powro­tem, pełne głodu i pod­nie­ce­nia.

W końcu jeden z nich dostrzegł Kauf­mana.

Jego oczy na moment znie­ru­cho­miały, sku­pia­jąc się na nim. Twarz przy­brała pyta­jący wyraz, paro­dię zdu­mie­nia.

- Ty - rzekł. Głos był rów­nie zwię­dły jak usta, z któ­rych się dobył.

Kauf­man uniósł odro­binę tasak, obli­cza­jąc swe szanse. W wago­nie było ich może trzy­dzie­stu, poza dużo wię­cej, ale wyglą­dali tak słabo i nie mieli broni, jedy­nie wła­sną skórę i kości.

Potwór znów się ode­zwał - kiedy już odzy­skał głos, prze­ma­wiał z dźwięczną modu­la­cją, tonem nie­gdyś cza­ru­ją­cego, wykształ­co­nego męż­czy­zny.

- Przy­sze­dłeś za tam­tym, tak?

Zer­k­nął w dół na ciało Maho­gany'ego, wyraź­nie natych­miast ogar­nia­jąc całą sytu­ację.

- I tak był stary - dodał. Wod­ni­ste oczy znów wpa­try­wały się w Kauf­mana, bada­jąc go uważ­nie.

- Pier­dol się, kurwa - odparł Kauf­man.

Stwór pró­bo­wał uśmiech­nąć się cierpko, lecz nie­mal już zapo­mniał pod­staw tech­nicz­nych, toteż rezul­tat bar­dziej przy­po­mi­nał gry­mas uka­zu­jący zęby sys­te­ma­tycz­nie spi­ło­wane w szpic.

- Teraz ty musisz to dla nas robić - rzekł, szcze­rząc się niczym bestia. - Nie prze­ży­jemy bez pokarmu.

Dłoń pokle­pała bok ludz­kiego trupa. Kauf­man nie potra­fił odpo­wie­dzieć na ten pomysł, patrzył jedy­nie ze wstrę­tem, jak paznok­cie wci­skają się w szcze­linę mię­dzy poślad­kami, obma­cu­jąc miękki i wypu­kły mię­sień.

- Brzy­dzi nas to nie mniej niż cie­bie - oznaj­mił stwór. - Ale musimy posi­lać się tym mię­sem, ina­czej umrzemy. Bóg jeden wie, że nie mamy na nie ochoty.

Mimo to śli­nił się.

Kauf­man odzy­skał głos; brzmiał słabo, był bar­dziej skon­fun­do­wany niż wystra­szony.

- Czym wy jeste­ście? - Przy­po­mniał sobie bro­da­cza w barze. - Jaki­miś wybry­kami?

- Jeste­śmy ojcami tego mia­sta - oznaj­mił stwór. - I mat­kami, i cór­kami, i synami. Budow­ni­czymi, pra­wo­daw­cami. Stwo­rzy­li­śmy to mia­sto.

- Nowy Jork? - spy­tał Kauf­man. Pałac Roz­ko­szy?

- Nim się naro­dzi­łeś, nim kto­kol­wiek żywy się uro­dził. - Mówiąc, stwór wci­skał paznok­cie pod skórę roz­pła­ta­nego trupa i oddzie­lał cienką, ela­styczną war­stewkę sma­ko­wi­tego mię­śnia. Za ple­cami Kauf­mana inne stwory zaczęły odcze­piać zwłoki, z tą samą roz­ko­szą piesz­cząc rękami gład­kie piersi i plecy, one także obdzie­rały je ze skóry.

- Dostar­czysz nam wię­cej - rzekł ojciec. - Wię­cej mięsa dla nas. Tam­ten był słaby.

Kauf­man gapił się na niego z nie­do­wie­rza­niem.

- Ja? - spy­tał. - Mam was kar­mić? Za kogo wy mnie macie?

- Musisz to zro­bić dla nas i dla tych star­szych od nas. Zro­dzo­nych, nim kto­kol­wiek pomy­ślał o tym mie­ście, kiedy Ame­ryka była kra­iną lasów i pustyń.

Kru­cha dłoń wska­zała gestem poza pociąg.

Spoj­rze­nie Kauf­mana podą­żyło za wska­zu­ją­cym pal­cem w mrok. Obok pociągu było coś jesz­cze, czego wcze­śniej nie zauwa­żył: coś znacz­nie więk­szego niż jaki­kol­wiek czło­wiek.

Stado stwo­rów roz­stą­piło się, prze­pusz­cza­jąc Kauf­mana, by mógł obej­rzeć uważ­niej to coś sto­jące na zewnątrz, lecz jego stopy odmó­wiły współ­pracy.

- No idź - powie­dział ojciec.

Kauf­man pomy­ślał o mie­ście, które kochał. Czy to naprawdę jego pra­oj­co­wie, filo­zo­fo­wie, stwórcy? Musiał w to uwie­rzyć. Może na powierzchni żyją ludzie - biu­ro­kraci, poli­tycy, naj­róż­niej­sze wła­dze - zna­jący ów strasz­liwy sekret i poświę­ca­jący całe życie utrzy­ma­niu tych okro­pieństw, kar­mie­niu ich, tak jak dzicy poświę­cają owce swoim bogom. Rytuał ten miał w sobie coś upior­nie zna­jo­mego. Przy­wo­ły­wał wspo­mnie­nie - nie w świa­do­mo­ści Kauf­mana, lecz w jego głęb­szej, star­szej jaźni.

Stopy słu­cha­jące już nie umy­słu, lecz instynktu naka­zu­ją­cego odda­nie czci, poru­szyły się. Prze­szedł kory­ta­rzem ciał i wysiadł z pociągu.

Blask pochodni led­wie odro­binę roz­świe­tlał bez­kre­sny mrok na zewnątrz, powie­trze zda­wało się nama­calne, prze­sy­cone ciężką wonią pra­daw­nej ziemi, ale Kauf­man nie czuł niczego. Pochy­lił głowę, z naj­wyż­szym tru­dem powstrzy­mu­jąc się, by znów nie zemdleć.

To tam było: poprzed­nik czło­wieka. Pierw­szy Ame­ry­ka­nin, który nazy­wał ten kraj swoją ojczy­zną przed Pas­sa­ma­qu­od­dymi i Sze­je­nami. Jego oczy - jeśli w ogóle miał oczy - wpa­try­wały się w niego.

Kauf­man zady­go­tał. Zaszczę­kał zębami.

Sły­szał odgłosy ana­to­mii tej istoty: tyka­nie, trza­ski, szlo­chy.

Stwór poru­szył się odro­binę w ciem­no­ści.

Odgłos jego ruchów był nie­sa­mo­wity. Jak pod­no­szą­cej się góry.

Kauf­man także uniósł twarz i nie myśląc o tym, co robi i dla­czego, padł na kolana w łaj­nie przed Ojcem Ojców.

Każdy dzień jego życia wiódł do tej chwili, każdy moment pędził ku tej nie­obli­czal­nej sekun­dzie świę­tej grozy.

Gdyby świa­tło w otchłani wystar­czyło, by ujrzeć całość, być może jego sła­bo­wite, obo­jętne serce by pękło. Teraz czuł jego trze­pot w piersi, widząc to, co widzi.

To był olbrzym. Bez głowy ani koń­czyn. Bez jakich­kol­wiek rysów podob­nych do ludz­kich, bez orga­nów, które mia­łyby jakiś sens, suge­ro­wały zmy­sły. Nie przy­po­mi­nał niczego, był ławicą ryb, tysią­cem ryjów poru­sza­ją­cych się uni­sono, ryt­micz­nie uno­szą­cych się, roz­kwi­ta­ją­cych i więd­ną­cych, mie­nił się kolo­rami jak macica per­łowa, lecz jed­no­cze­śnie był ciem­niej­szy od wszyst­kich zna­nych Kauf­ma­nowi barw, barw, które umiałby nazwać.

Kauf­man widział tylko tyle, a i to wię­cej, niżby pra­gnął. W ciem­no­ści kryło się jesz­cze mnó­stwo trze­po­czą­cego, łopo­czą­cego ciała.

On jed­nak nie mógł już dłu­żej patrzeć. Odwró­cił się i w tym momen­cie z pociągu wyle­ciała piłka, która potur­lała się i zatrzy­mała przed Ojcem.

A przy­naj­mniej Kauf­man sądził, że to piłka, póki nie przyj­rzał się uważ­niej i nie roz­po­znał w niej ludz­kiej głowy, głowy Rzeź­nika. Skórę z twa­rzy zdarto pasmami, głowa poły­ski­wała krwią, leżąc przed swym panem.

Kauf­man odwró­cił wzrok i podrep­tał do wagonu. Każda cząstka jego ciała, oprócz oczu, zda­wała się pła­kać; oczy za bar­dzo paliły kry­ją­cym się za nim wido­kiem, odpa­ro­wu­jąc wszel­kie łzy.

Wewnątrz stwory zabrały się już do kola­cji. Widział, jak jeden wydłu­buje z oczo­dołu sma­ko­wity błę­kitny kąsek, oko kobiety. Inny wsa­dził jej rękę do ust. U stóp Kauf­mana leżało bez­głowe tru­chło Rzeź­nika, wciąż krwa­wiące obfi­cie z prze­gry­zio­nej szyi.

Mały ojciec, który prze­mó­wił wcze­śniej, sta­nął przed Kauf­ma­nem.

- Służ nam? - spy­tał łagod­nie, jakby zachę­cał krowę, by poszła za nim.

Kauf­man wpa­try­wał się w tasak, sym­bol urzędu Rzeź­nika. Stwory wycho­dziły już z wagonu, wlo­kąc za sobą na wpół pożarte ciała. Pochod­nie się odda­lały i powra­cała ciem­ność.

Nim jed­nak świa­tło kom­plet­nie zga­sło, ojciec wycią­gnął rękę i ujął twarz Kauf­mana, popy­cha­jąc go tak, by przej­rzał się w brud­nej szy­bie okna.

Mimo sła­bego odbi­cia Kauf­man dostrzegł wyraź­nie, jak bar­dzo się zmie­nił. Był bled­szy niż jaki­kol­wiek żyjący czło­wiek, uma­zany bło­tem i krwią.

Dłoń ojca na­dal ści­skała twarz Kauf­mana, jego wska­zu­jący palec wci­snął się do jego ust i głę­biej, dra­piąc paznok­ciem tył gar­dła, Kauf­man zaczął się dła­wić, bra­kło mu jed­nak woli, by ode­pchnąć intruza.

- Służ - powie­dział stwór - w mil­cze­niu.

Zbyt późno Kauf­man zorien­to­wał się, co palce zamie­rzają...

Nagle chwy­ciły go za język i prze­krę­ciły tuż przy korze­niu. Kauf­man wstrzą­śnięty upu­ścił tasak, pró­bo­wał krzyk­nąć, lecz z jego ust nie dobył się żaden dźwięk. W gar­dle miał krew, sły­szał trzask roz­dzie­ra­nego ciała i zalała go fala cier­pie­nia.

A potem ręka znik­nęła z jego ust i ujrzał przed sobą szkar­łatne, zaśli­nione palce. Mię­dzy kciu­kiem a pal­cem wska­zu­ją­cym tkwił jego język.

Kauf­ma­nowi ode­brało mowę.

- Służ - powtó­rzył ojciec i wsu­nął język do swych ust, prze­żu­wa­jąc z wyraź­nym zado­wo­le­niem.

Kauf­man padł na kolana, wyrzy­gu­jąc kanapkę.

Ojciec odcho­dził już w ciem­ność, szu­ra­jąc nogami; reszta sta­ro­żyt­nych znik­nęła w labi­ryn­cie na kolejną noc.

Gło­śnik zatrzesz­czał.

- Do domu - oznaj­mił maszy­ni­sta.

Drzwi zasu­nęły się z sykiem i przez pociąg prze­biegł szmer mocy, świa­tła zami­go­tały i zapło­nęły, zga­sły, znów zaja­śniały.

Pociąg ruszył.

Kauf­man leżał na pod­ło­dze, po twa­rzy spły­wały mu potoki łez, łez rezy­gna­cji i oszo­ło­mie­nia. Posta­no­wił, że tu, na miej­scu, wykrwawi się na śmierć. Nawet jeśli umrze, co z tego. Świat i tak jest odra­ża­jący.

* * *

Obu­dził go maszy­ni­sta. Kauf­man otwo­rzył oczy; patrząca na niego z góry twarz była czarna i nawet przy­ja­zna. Uśmiech­nęła się. Kauf­man pró­bo­wał coś powie­dzieć, lecz usta zale­piała mu zaschnięta krew. Szarp­nął głową, jakby pró­bo­wał wypluć z sie­bie słowo. Usły­szał jedy­nie mruk­nię­cie.

Wciąż żył. Nie wykrwa­wił się na śmierć.

Maszy­ni­sta pod­niósł go na kolana, prze­ma­wia­jąc, jakby miał do czy­nie­nia z trzy­lat­kiem.

- Masz robotę do wyko­na­nia, mój stary. Bar­dzo im się spodo­ba­łeś.

Maszy­ni­sta obli­zał palce i zaczął maso­wać opuch­nięte wargi Kauf­mana, pró­bu­jąc je roz­dzie­lić.

- Musisz się wiele nauczyć przed jutrzej­szą nocą.

Wiele nauczyć. Wiele nauczyć.

Wypro­wa­dził Kauf­mana z pociągu. Nie znaj­do­wali się na żad­nej zna­nej mu sta­cji, wyło­żono ją bia­łymi, nie­ska­zi­tel­nie czy­stymi kaflami: istna nir­wana zawia­dowcy. Ścian nie szpe­ciło żadne graf­fiti. Nie było też auto­ma­tów z żeto­nami ani bra­mek czy pasa­że­rów. Obsłu­gi­wano tu tylko jedną linię: Nocny Pociąg z Mię­sem.

Poranna zmiana sprzą­ta­czy krzą­tała się już po wago­nie, spłu­ku­jąc krew z sie­dzeń i pod­łogi. Ktoś roz­bie­rał trupa Rzeź­nika, szy­ku­jąc go do usu­nię­cia w New Jer­sey. Wszę­dzie wokół Kauf­mana roiło się od zapra­co­wa­nych ludzi.

Przez kratę w dachu sta­cji wle­wał się deszcz poran­nego świa­tła. W pro­mie­niach słońca wisiały dro­binki kurzu, obra­ca­jąc się raz po raz. Kauf­man wpa­try­wał się w nie zauro­czony, nie widział niczego rów­nie pięk­nego od czasu dzie­ciń­stwa. Cudowny kurz. Obrót i znów, i znów, i znów.

Maszy­ni­ście udało się roz­dzie­lić jego wargi. Usta miał zbyt pora­nione, by nimi poru­szyć, ale przy­naj­mniej mógł łatwiej oddy­chać. A ból już zaczy­nał słab­nąć.

Tam­ten uśmiech­nął się do niego, po czym odwró­cił się do reszty pra­cow­ni­ków.

- Chciał­bym wam przed­sta­wić następcę Maho­gany'ego. Oto nasz nowy Rzeź­nik - oznaj­mił.

Robot­nicy spoj­rzeli na Kauf­mana. Na ich twa­rzach dostrzegł pewien sza­cu­nek, który cał­kiem mu się spodo­bał.

Zer­k­nął w górę ku słońcu roz­świe­tla­ją­cemu prze­strzeń wokół niego. Ski­nął głową na znak, że chciałby wstać, wyjść na świeże powie­trze. Maszy­ni­sta przy­tak­nął i popro­wa­dził go stro­mymi scho­dami przez alejkę na chod­nik.

Dzień był piękny. Jasne niebo nad Nowym Jor­kiem zasnu­wały włókna bla­do­ró­żo­wych chmur. Powie­trze pach­niało poran­kiem.

Ulice i aleje były prak­tycz­nie puste, od czasu do czasu w dali przez skrzy­żo­wa­nie prze­jeż­dżała samotna tak­sówka i jej sil­nik szep­tał w ciszy; po dru­giej stro­nie ulicy prze­biegł spo­cony miło­śnik jog­gingu.

Wkrótce te same puste uliczki zaroją się od ludzi, nie­świa­dome mia­sto zaj­mie się wła­snymi spra­wami, nie wie­dząc, na czym je wznie­siono i czemu zawdzię­cza swoje życie. Kauf­man bez waha­nia padł na kolana i uca­ło­wał zakrwa­wio­nymi war­gami brudny beton, przy­się­ga­jąc w mil­cze­niu wieczną wier­ność i odda­nie jego trwa­niu.

Pałac Roz­ko­szy bez słowa przy­jął jego uwiel­bie­nie.

Papla i Jack

Dla­czego Moce (oby wła­dały jak naj­dłu­żej, oby jak naj­dłu­żej srały świa­tłem na głowy potę­pio­nych) wysłały go z pie­kła, by prze­śla­do­wał Jacka Polo, Papli nie udało się dowie­dzieć. Za każ­dym razem, gdy nie­śmiało prze­ka­zy­wał swo­jemu prze­ło­żo­nemu pyta­nie brzmiące po pro­stu "Co ja tu robię?", otrzy­my­wał szybką repry­mendę za swoją cie­ka­wość. Nie jego sprawa, brzmiała odpo­wiedź, jego sprawą jest wyko­nać roz­kaz. Albo umrzeć, pró­bu­jąc to zro­bić. A po sze­ściu mie­sią­cach ści­ga­nia Polo Papla zaczął uwa­żać zagładę za cał­kiem atrak­cyjne wyj­ście. Nie­koń­cząca się zabawa w cho­wa­nego nie słu­żyła nikomu i przy­da­wała tylko Papli ogrom­nej fru­stra­cji. Oba­wiał się wrzo­dów, psy­cho­so­ma­tycz­nego trądu (przy­pa­dło­ści nader czę­stej u demo­nów niż­szego rzędu, takich jak on sam), a nade wszystko lękał się, iż prze­sta­nie nad sobą pano­wać i zabije tego czło­wieka w nie­kon­tro­lo­wa­nym ataku iry­ta­cji.

Gdzie w ogóle podzie­wał się Jack Polo?

Impor­ter kor­ni­szo­nów - na jaja Lewi­ti­cusa, to był po pro­stu zwy­kły impor­ter kor­ni­szo­nów! - pro­wa­dził nudne życie z nudną rodziną, poglądy poli­tyczne miał pro­stac­kie, a teo­lo­giczne nie­ist­nie­jące. Był kom­plet­nym nikim, jed­nym z naj­bar­dziej nie­cie­ka­wych dzieł natury. Po co w ogóle zawra­cać sobie nim głowę? To nie Faust pod­pi­su­jący cyro­grafy i sprze­da­jący duszę. Ten nawet by nie spoj­rzał na szansę boskiego natchnie­nia: pocią­gnąłby tylko nosem, wzru­szył ramio­nami i wró­cił do impor­to­wa­nia kor­ni­szo­nów.

A jed­nak Papla pozo­sta­wał uwią­zany do tego domu, dłu­gimi nocami i jesz­cze dłuż­szymi dniami, póki nie dopro­wa­dzi tego czło­wieka do obłędu albo bar­dzo bli­sko. Zapo­wia­dało się na dłu­gie zada­nie, może wręcz nie­skoń­czone. Ow­szem, ist­niały chwile, gdy nawet psy­cho­so­ma­tyczny trąd wyda­wał mu się do znie­sie­nia, byle tylko uwol­nił go od tej nie­moż­li­wej misji.

Ze swej strony Jack J. Polo pozo­sta­wał wciąż naj­bar­dziej nie­świa­do­mym ze wszyst­kich ludzi. Zawsze taki był; w isto­cie jego prze­szłość pękała w szwach od ofiar owej naiw­no­ści. Gdy jego nie­ży­jąca, szcze­rze opła­ki­wana żona zdra­dzała go (co naj­mniej dwa razy był wtedy w domu i oglą­dał tele­wi­zję), dowie­dział się jako ostatni. A te wska­zówki, jakie mu zosta­wiali! Nawet ktoś ślepy, głu­chy i niemy nabrałby podej­rzeń. Ale nie Jack. Cały czas krzą­tał się przy swoim nud­nym inte­re­sie, nie zauwa­ża­jąc woni wody koloń­skiej rywala ani nie­ty­po­wej regu­lar­no­ści, z jaką żona zmie­niała pościel.

Równy brak zain­te­re­so­wa­nia oka­zał, gdy jego młod­sza córka Amanda wyznała mu, że jest les­bijką. W odpo­wie­dzi wes­tchnął tylko i spoj­rzał na nią pyta­jąco.

- No cóż, byleś tylko nie zaszła w ciążę, kocha­nie - odparł i pogodny jak zawsze podrep­tał do ogrodu.

Jakie szanse miała wście­kłość w star­ciu z podob­nym czło­wie­kiem?

Isto­cie wyszko­lo­nej, by wpy­chać palce w rany ludz­kiej psy­chiki, Polo nad­sta­wiał powierzch­nię tak ide­al­nie gładką, tak cał­ko­wi­cie pozba­wioną wszel­kich cech szcze­gól­nych, że zło nie miało się czego uchwy­cić.

Żadne wyda­rze­nia w naj­mniej­szym stop­niu nie naru­szały owej ide­al­nej obo­jęt­no­ści. Klę­ski życiowe nie pozo­sta­wiały po sobie nawet naj­mniej­szych blizn. Gdy w końcu musiał sta­wić czoło praw­dzie na temat nie­wier­no­ści żony (zastał ich pie­przą­cych się w wan­nie), nie mógł się zmu­sić, by poczuć ból bądź upo­ko­rze­nie.

- Zda­rza się - rzekł do sie­bie i wyco­fał się z łazienki, pozwa­la­jąc im dokoń­czyć to, co zaczęli. - Que sera, sera.

Que sera, sera. Facet mam­ro­tał tę wku­rza­jącą sen­ten­cję z mono­tonną regu­lar­no­ścią; naj­wy­raź­niej całe życie pod­po­rząd­ko­wał filo­zo­fii fata­li­zmu, pozwa­la­jąc, by ataki na jego męskość, ambi­cję i god­ność spły­wały po ego niczym desz­czówka po łysej czaszce.

Papla sły­szał, jak żona Polo wyznaje wszystko mężowi (zwi­sał do góry nogami z żyran­dola, nie­wi­dzialny jak zawsze), i od całej tej sceny roz­bo­lały go zęby. Oto zroz­pa­czona grzesz­nica, bła­ga­jąca, by ją oskar­żyć, nakrzy­czeć, może wręcz ude­rzyć. I zamiast dać jej satys­fak­cję swo­jej nie­na­wi­ści, Polo jedy­nie wzru­szył ramio­nami i pozwo­lił, by bez słowa prze­rwy wygło­siła całą prze­mowę, aż w końcu nie miała już nic wię­cej, co mogłaby z sie­bie wyrzu­cić. Wresz­cie ode­szła, bar­dziej z fru­stra­cji i smutku niż nękana wyrzu­tami sumie­nia; Papla sły­szał, jak zwie­rza się lustru w łazience, jak bar­dzo obra­ził ją brak słusz­nego gniewu u męża. Nie­długo potem rzu­ciła się z bal­konu kina Roxy.

Jej samo­bój­stwo pod pew­nymi wzglę­dami oka­zało się uży­teczne dla Papli. Po odej­ściu żony i wypro­wadzce córek Polo Papla mógł zacząć knuć bar­dziej skom­pli­ko­wane sztuczki mające wstrzą­snąć ofiarą i nie musiał się już przej­mo­wać, że przy­pad­kiem ujawni swą obec­ność isto­tom, któ­rych moce nie wyzna­czyły na cele ataku.

Lecz pod nie­obec­ność żony w domu całymi dniami pano­wała pustka i wkrótce nuda przy­gnio­tła Paplę brze­mie­niem, które led­wie zno­sił. Godziny od dzie­wią­tej do pią­tej, spę­dzane samot­nie w domu, czę­sto wyda­wały się cią­gnąć bez końca. Włó­czył się posęp­nie po poko­jach, pla­nu­jąc nie­zwy­kłe, nie­prak­tyczne spo­soby zemsty na owym Polo, krą­żąc tam i z powro­tem, przy­bity, w towa­rzy­stwie jedy­nie szczę­ków i skrzy­pień domu, gdy kalo­ry­fery sty­gły, a lodówka włą­czała się i wyłą­czała. Sytu­acja szybko pogor­szyła się tak bar­dzo, że zaczął odczu­wać przy­by­cie połu­dnio­wej poczty jako naj­wspa­nial­szy moment całego dnia. I jeśli listo­nosz nie miał żad­nych prze­sy­łek do dorę­cze­nia i omi­jał ich dom, kie­ru­jąc się do następ­nego, Paplę ogar­niała przej­mu­jąca melan­cho­lia.

Gdy Jack wra­cał, gry zaczy­nały się na dobre. Zwy­cza­jowa roz­grzewka: Papla spo­ty­kał go w drzwiach, nie pozwa­la­jąc, by klucz obró­cił się w zamku. To star­cie trwało minutę czy dwie, póki Jack przy­pad­kiem nie odkrył gra­nicy oporu sta­wia­nego przez Paplę i nie wygrał. W środku Papla zaczy­nał huś­tać klo­szami żyran­dola. Czło­wiek zwy­kle nie zwra­cał uwagi na jego popisy, nie­ważne, jak mocno tań­czyły lampy; może cza­sem wzru­szał ramio­nami, mam­ro­cząc pod nosem "grunt znów się osuwa", a potem doda­jąc nie­unik­nione "que sera, sera".

W łazience Papla wyci­skał pastę do zębów na deskę klo­ze­tową i zaty­kał słu­chawkę prysz­nica namo­czo­nym papie­rem toa­le­to­wym. Wła­ził nawet pod prysz­nic wraz z Jac­kiem, wisząc nie­wi­doczny z pręta, do któ­rego przy­cze­piono zasłonkę, i mam­ro­cząc mu do ucha obsce­niczne suge­stie. W aka­de­mii demo­nów uczono, że ten spo­sób zawsze działa. Obsce­niczne wizje szep­tane do ucha zawsze wstrzą­sają klien­tami, spra­wiają, iż zaczy­nają myśleć, że sami wymy­ślili owe zgubne fan­ta­zje, co dopro­wa­dzało ich do obrzy­dze­nia samymi sobą, następ­nie odrzu­ce­nia samych sie­bie i w końcu do obłędu. Oczy­wi­ście w kilku przy­pad­kach zda­rzało się, iż ofiarę tak bar­dzo nakrę­cały owe szep­tane suge­stie, że wycho­dziła na ulicę, aby je speł­nić. W takich oko­licz­no­ściach czę­sto aresz­to­wano ją i wię­ziono. Wię­zie­nie pro­wa­dziło do dal­szych zbrodni i powol­nego słab­nię­cia gra­nic moral­nych - w ten spo­sób wio­dąc do zwy­cię­stwa. Tak czy ina­czej, obłęd wygry­wał.

Tyle że z jakiejś przy­czyny zasada ta nie doty­czyła Polo; oka­zał się nie­wzru­szony, istna wieża przy­zwo­ito­ści.

W isto­cie wyglą­dało na to, że jeśli nic się nie zmieni, to Papla zała­mie się pierw­szy. Był zmę­czony, ogrom­nie zmę­czony. Nie­koń­czące się dni drę­cze­nia kota, czy­ta­nia komik­sów we wczo­raj­szej gaze­cie, oglą­da­nia tele­tur­nie­jów wyczer­py­wały furię. Ostat­nio prze­bu­dziła się w nim namięt­ność do kobiety miesz­ka­ją­cej po dru­giej stro­nie ulicy, naprze­ciwko Polo. Była młodą wdową i więk­szość czasu spę­dzała, para­du­jąc po domu zupeł­nie nago. Cza­sami nie mógł tego znieść, w środku dnia, kiedy listo­nosz się nie zja­wił, kiedy tak patrzył, obser­wu­jąc kobietę, świa­dom, że ni­gdy nie może prze­kro­czyć progu tego domu.

Tak brzmiało Prawo. Papla był pomniej­szym demo­nem i jego chwy­ta­nie dusz ogra­ni­czało się ści­śle do obszaru domu ofiary. Wyj­ście na zewnątrz ozna­czało zrze­cze­nie się wszel­kiej wła­dzy nad nią i zda­nie na łaskę ludz­ko­ści.

Przez cały czer­wiec, cały lipiec i więk­szość sierp­nia pocił się w wię­zie­niu i przez te wszyst­kie jasne, upalne mie­siące Jack Polo zacho­wy­wał cał­ko­witą obo­jęt­ność wobec ata­ków Papli.

Wszystko to było ogrom­nie poni­ża­jące i stop­niowo pod­wa­żało pew­ność sie­bie demona, który patrzył, jak ta nudna ofiara prze­żywa każdą kolejną próbę, jakiej ją pod­da­wał.

Papla pła­kał.

Papla krzy­czał.

W ataku nie­opa­no­wa­nej roz­pa­czy zago­to­wał wodę w akwa­rium, a wraz z nią wszyst­kie gupiki.

Polo niczego nie sły­szał. Niczego nie dostrze­gał.

* * *

Wresz­cie pod koniec wrze­śnia Papla zła­mał jedną z pierw­szych zasad misji i zwró­cił się bez­po­śred­nio do swo­ich panów.

Jesień to pie­kielna pora, a demony wyż­szego rzędu czuły się hojne i życz­liwe. Zgo­dziły się łaska­wie pomó­wić ze swym sługą.

- Czego chcesz? - Od głosu Bel­ze­buba powie­trze w salo­nie poczer­niało.

- Ten czło­wiek... - zaczął ner­wowo Papla.

- Tak?

- Ten Polo.

- Tak?

- Nie potra­fię nic z nim zdzia­łać. Nie potra­fię wzbu­dzić w nim paniki, stra­chu czy nawet lek­kiej tro­ski. Jestem impo­tentny, o Władco Much, i chcę, żebyś uwol­nił mnie od mojego bólu.

Przez chwilę twarz Bel­ze­buba ufor­mo­wała się w lustrze nad komin­kiem.

- Czego chcesz?

Bel­ze­bub był po czę­ści sło­niem, po czę­ści osą. Paplę ogar­nęła groza.

- Ja... chcę umrzeć.

- Nie możesz umrzeć.

- Na tym świe­cie. Umrzeć dla tego świata. Odejść. Zostać zastą­pio­nym.

- Nie umrzesz.

- Ale nie mogę go zła­mać! - wrza­snął Papla ze łzami w oczach.

- Musisz.

- Czemu?

- Bo ci każemy. - Bel­ze­bub zawsze posłu­gi­wał się kró­lew­skim "my", choć nie miał po temu upraw­nień.

- Powiedz mi cho­ciaż, dla­czego jestem w tym domu? - bła­gał Papla. - Czym on jest? Niczym! Jest niczym!

Bel­ze­buba wyraź­nie to roz­ba­wiło. Roze­śmiał się, zabzy­czał, zatrą­bił.

- Jack John­son Polo jest dziec­kiem wyznawcy Kościoła Utra­co­nego Zba­wie­nia. Należy do nas.

- Ale po co wam on? Jest taki nudny.

- Chcemy go dostać, bo przy­rze­czono nam jego duszę, a jego matka jej nie dostar­czyła. Ani też wła­snej. Oszu­kała nas. Zmarła w ramio­nach księ­dza i została bez­piecz­nie ode­skor­to­wana do...

Słowo, które nastą­piło dalej, było zaka­zane. Władca Much led­wie zdo­łał je wymó­wić.

- ...Nieba - dokoń­czył Bel­ze­bub gło­sem, w któ­rym dźwię­czało poczu­cie nie­opi­sa­nej straty.

- Nieba - powtó­rzył Papla, nie wie­dząc dokład­nie, co to słowo zna­czy.

- Polo ma być ści­gany w imię Naj­star­szego i uka­rany za zbrod­nie swo­jej matki. Żadne męki nie są zbyt cięż­kie dla rodziny, która nas oszu­kała.

- Jestem zmę­czony - bła­gał Papla, ośmie­liw­szy się podejść bli­żej do lustra. - Pro­szę. Bła­gam.

- Zdo­bądź tego czło­wieka - uciął Bel­ze­bub - albo będziesz cier­piał zamiast niego.

Postać z lustra poma­chała czarno-żółtą trąbą i znik­nęła.

- Gdzie twoja duma? - dodał głos pana, nik­nąc w dali. - Duma, Paplo, duma.

A potem odszedł.

Sfru­stro­wany Papla pod­niósł kota i wrzu­cił do ognia, gdzie zwie­rzak bły­ska­wicz­nie spło­nął. "Gdyby tylko prawo pozwa­lało na pod­da­wa­nie ludz­kiego ciała rów­nie łatwemu okru­cień­stwu - pomy­ślał. - Gdyby tylko". Wów­czas spra­wiłby, by Polo cier­piał podobne katu­sze. Ale nie. Papla znał prawa rów­nie dobrze jak wła­sne ręce, nauczy­ciele wychło­stali je batem na odsło­nię­tej korze mózgo­wej począt­ku­ją­cego demona. A pierw­sze prawo gło­siło: "Nie tkniesz ręką swo­jej ofiary".

Nie wyja­śniono mu, dla­czego to prawo obo­wią­zuje, ale obo­wią­zy­wało.

"Nie tkniesz...".

I tak cały bole­sny pro­ces trwał dalej, dzień za dniem, a czło­wiek wciąż nie oka­zy­wał żad­nych oznak zała­ma­nia. W ciągu następ­nych kilku tygo­dni Papla zabił dwa kolejne koty, które Polo przy­niósł do domu, żeby zastą­pić uko­cha­nego Freddy'go (obec­nie garstkę popiołu).

Pierw­szą z owych nie­szczę­snych ofiar uto­pił w klo­ze­cie w pewne nudne piąt­kowe popo­łu­dnie. Ze zło­śliwą satys­fak­cją zare­je­stro­wał wyraz nie­smaku na twa­rzy Polo, gdy ten roz­piął roz­po­rek i zer­k­nął w dół. Lecz wszelka przy­jem­ność, jaką Papla czer­pał z widoku kon­ster­na­cji na twa­rzy Jacka, szybko znik­nęła w obli­czu pogod­nej spraw­no­ści, z jaką męż­czy­zna zała­twił kwe­stię mar­twego kota - wycią­gnął z miski klo­ze­to­wej kupkę mokrego futra, owi­nął ją w ręcz­nik i prak­tycz­nie bez słowa pogrze­bał w ogro­dzie na tyłach.

Trzeci kot, któ­rego Polo spro­wa­dził do domu, od początku wyczuł nie­wi­dzialną obec­ność demona. W isto­cie to był roz­ryw­kowy tydzień w poło­wie listo­pada. Życie Papli stało się nie­mal cie­kawe, dopóki bawił się w kotka i myszkę z Fred­dym III. Freddy grał rolę myszy. Ponie­waż koty nie należą do wybit­nie bły­sko­tli­wych zwie­rząt, nie było to zbyt wiel­kie wyzwa­nie inte­lek­tu­alne, lecz jed­nak jakaś zmiana po nie­koń­czą­cych się dniach cze­ka­nia, nawie­dza­nia i kolej­nych klęsk. Przy­naj­mniej stwo­rze­nie zaak­cep­to­wało obec­ność Papli. W końcu jed­nak, będąc w paskud­nym nastroju (spo­wo­do­wa­nym przez powtórne wyj­ście za mąż nagiej wdówki), demon stra­cił cier­pli­wość do kota. Zwie­rzak ostrzył wła­śnie pazury o nylo­nowy dywan, dra­piąc i skro­biąc całymi godzi­nami, i od cią­głego hałasu demo­nowi cier­pły meta­fi­zyczne zęby. Raz jeden spoj­rzał prze­lot­nie na kota, a ten roz­padł się, jakby połknął odbez­pie­czony gra­nat.

Efekt był wido­wi­skowy, pozo­sta­ło­ści obrzy­dliwe; wszę­dzie walał się koci mózg, kocie futro, kocie flaki.

Tego wie­czoru Polo wró­cił do domu wykoń­czony i sta­nął w drzwiach jadalni, z miną pełną nie­smaku oglą­da­jąc rzeź, jaka pozo­stała po Fred­dym III.

- Prze­klęte psy - mruk­nął. - Prze­klęte, prze­klęte psy.

W jego gło­sie dźwię­czał gniew. "O tak - pysz­nił się Papla - gniew". W końcu go zde­ner­wo­wał. Na twa­rzy męż­czy­zny odbiły się wyraźne emo­cje.

Zachwy­cony demon ruszył pędem przez dom, zde­cy­do­wany wyko­rzy­stać swoje zwy­cię­stwo. Otwie­rał i trza­skał wszyst­kimi drzwiami. Roz­bi­jał wazony. Roz­huś­tał klo­sze żyran­doli.

Polo jedy­nie uprząt­nął szczątki kota.

Papla rzu­cił się na dół, roze­rwał poduszkę, uda­jąc kuś­ty­ka­ją­cego stwora żywią­cego prze­możny ape­tyt na ludz­kie mięso, na stry­chu chi­cho­tał gło­śno.

Polo jedy­nie pogrze­bał Freddy'ego III obok grobu Freddy'ego II i popio­łów Freddy'ego I.

A potem poło­żył się do łóżka bez poduszki.

Demon nie mógł tego pojąć. Jeśli ów czło­wiek nie potra­fił oka­zać wię­cej niż prze­bły­sku tro­ski, gdy jego kot eks­plo­do­wał w jadalni, jakie miał szanse, że kie­dy­kol­wiek zła­mie dra­nia?

Pozo­stała tylko jedna spo­sob­ność.

Zbli­żało się Naro­dze­nie Boga i dzieci Jacka miały powró­cić do domu, na łono rodziny. Może to one zdo­łają go prze­ko­nać, że nie wszystko jest dobrze ze świa­tem; może uda im się wbić paznok­cie pod powłokę nie­ska­zi­tel­nej obo­jęt­no­ści ojca i ją naru­szyć. Z reszt­kami nadziei Papla prze­cze­kał tygo­dnie dzie­lące go od końca grud­nia, pla­nu­jąc kolejne ataki z całą pomy­słową zło­śli­wo­ścią, do jakiej był zdolny.

Tym­cza­sem życie Jacka toczyło się dalej. Naj­wy­raź­niej prze­ży­wał je poza wszel­kimi doświad­cze­niami, niczym autor piszący nie­wia­ry­godną histo­rię i nie­an­ga­żu­jący się zbyt­nio we wła­sną nar­ra­cję. Na parę istot­nych spo­so­bów oka­zał jed­nak entu­zjazm wobec nad­cho­dzą­cych świąt. Ide­al­nie wysprzą­tał pokoje córek. Zasłał ich łóżka słodko pach­nącą pościelą. Uprząt­nął wszel­kie ślady kociej krwi z dywanu. Usta­wił nawet w salo­nie cho­inkę obwie­szoną mie­nią­cymi się bomb­kami, aniel­skimi wło­sami i pre­zen­tami.

Od czasu do czasu, szy­ku­jąc się do nad­cho­dzą­cej Gwiazdki, Jack roz­my­ślał o roz­grywce, którą toczył, i w mil­cze­niu wyli­czał szanse, że mu się powie­dzie. Wie­dział, że w nad­cho­dzą­cych dniach będzie musiał znieść nie tylko wła­sny ból, ale też cier­pie­nie swo­ich dzieci i poło­żyć je na szali naprze­ciw moż­li­wego zwy­cię­stwa. Jak zawsze, gdy doko­ny­wał podob­nych kal­ku­la­cji, szanse zwy­cię­stwa zda­wały się prze­wa­żać ryzyko.

Na­dal zatem pisał swoje życie i cze­kał.

Spadł śnieg, ude­rza­jąc miękko o okna i drzwi. Kolęd­nicy zastu­kali do drzwi, a on szczo­drze ich wyna­gro­dził. Przez krótki czas można było nie­mal uwie­rzyć w pokój na ziemi.

Póź­nym wie­czo­rem dwu­dzie­stego trze­ciego grud­nia w wirze wali­zek i poca­łun­ków zja­wiły się córki. Pierw­sza przy­była młod­sza, Amanda. Ze swego punktu obser­wa­cyj­nego na pode­ście Papla przy­glą­dał się jej wrogo. Nie spra­wiała wra­że­nia ide­al­nej kan­dy­datki do zała­ma­nia ner­wo­wego, w isto­cie wyglą­dała nie­bez­piecz­nie. Godzinę czy dwie póź­niej dotarła Gina: ele­gantka i wyra­fi­no­wana świa­towa kobieta w wieku dwu­dzie­stu czte­rech lat, rów­nie prze­ra­ża­jąca jak sio­stra. Do domu wnio­sły zamęt i śmiech. Poprze­sta­wiały meble, wyrzu­ciły śmie­ciowe żar­cie z zamra­żarki, powta­rzały sobie (i ojcu), jak bar­dzo tęsk­niły za swoim towa­rzy­stwem. Po paru godzi­nach w nud­nym, ponu­rym domu rządy objęło świa­tło, śmie­chy i miłość.

Papli chciało się od tego rzy­gać.

Skom­ląc, ukrył głowę w sypialni, by uci­szyć chór czu­łych słó­wek, ale wciąż dopa­dały go fale ude­rze­niowe. Mógł tylko sie­dzieć, słu­chać i szli­fo­wać szcze­góły zemsty.

Jack ucie­szył się, że ślicz­notki wró­ciły do domu. Amanda była taka silna i zawsze miała swoje zda­nie na każdy temat, zupeł­nie jak jej matka. Gina bar­dziej przy­po­mi­nała jego matkę: wyra­fi­no­wana i inte­li­gentna. Ich obec­ność ura­do­wała go tak bar­dzo, że miał ochotę roz­pła­kać się z dumy, a prze­cież nara­żał je obie na ogromne nie­bez­pie­czeń­stwo. Co jed­nak innego mu pozo­stało? Gdyby odwo­łał obchody Gwiazdki, wyglą­da­łoby to bar­dzo podej­rza­nie. Może nawet zepsu­łoby całą stra­te­gię, bo uświa­do­mi­łoby nie­przy­ja­cie­lowi, że pro­wa­dzi z nim grę.

Nie, musi wytrzy­mać. Uda­wać głupca, dokład­nie tak, jak tego nie­przy­ja­ciel ocze­ki­wał.

Nadej­dzie jesz­cze czas dzia­ła­nia.

O trze­ciej pięt­na­ście w dzień Bożego Naro­dze­nia Papla roz­po­czął wro­gie dzia­ła­nia wyrzu­ce­niem Amandy z łóżka. Mizerny popis, ale wywarł ocze­ki­wany sku­tek. Sen­nie roz­cie­ra­jąc stłu­czoną głowę, poło­żyła się z powro­tem, tylko po to, by łóżko pod­sko­czyło, zatrzę­sło się i znów ją zrzu­ciło niczym nie­sforny źre­bak. Hałas obu­dził resztę miesz­kań­ców, Gina zja­wiła się pierw­sza.

- Co się dzieje?

- Ktoś jest pod łóż­kiem.

- Słu­cham?

Gina chwy­ciła przy­cisk do papieru z komódki i zażą­dała, by napast­nik wyszedł.

Nie­wi­dzialny Papla sie­dział na para­pe­cie, czy­niąc pod ich adre­sem obsce­niczne gesty i wią­żąc na supeł wła­sne geni­ta­lia.

Gina zaj­rzała pod łóżko. Tym­cza­sem Papla ucze­pił się lampy, każąc jej koły­sać się w przód i w tył, tak że pokój tań­czył wraz z nią.

- Tu nic nie ma.

- Jest.

Amanda wie­działa. O tak, wie­działa.

- Coś tu jest, Gino - dodała. - Coś w tym pokoju, z nami. Jestem tego pewna.

- Nie - odparła kate­go­rycz­nie Gina. - Nikogo nie ma.

Amanda szu­kała za szafą, kiedy zja­wił się Polo.

- Co to za hałasy?

- Coś jest w tym domu, tatu­siu. Wyrzu­ciło mnie z łóżka.

Jack spoj­rzał na pomiętą pościel, na prze­su­nięty mate­rac, a potem na Amandę.

Oto pierw­sza próba: musi skła­mać naj­lżej jak się da.

- Wygląda na to, że mia­łaś kosz­mar, moja śliczna. - Zmu­sił się do nie­win­nego uśmie­chu.

- Coś było pod łóż­kiem - upie­rała się Amanda.

- Nikogo tam nie ma.

- Ale ja to czu­łam.

- Dobrze - zapro­po­no­wał bez entu­zja­zmu wobec per­spek­tywy dodat­ko­wej pracy. - Wy dwie zostań­cie tutaj na wszelki wypa­dek.

Kiedy Polo wyszedł, Papla jesz­cze moc­niej zako­ły­sał lampą.

- Osia­da­nie budynku - mruk­nęła Gina.

Na dole było zimno i Polo nie miał wcale ochoty drep­tać na bosaka po kuchen­nych płyt­kach, ale w głębi ducha czuł satys­fak­cję, iż bitwa roz­po­częła się od tak drob­nego ataku. Na wpół oba­wiał się, iż nie­przy­ja­ciel, mając pod ręką wraż­liwe ofiary, roz­pocz­nie naprawdę gwał­tow­nie, ale nie: wła­ści­wie oce­nił umysł owego stwora. To był jeden z demo­nów niż­szego rzędu, potężny, ale głupi. Można go oszu­kać, pod­stę­pem zmu­sić, by prze­kro­czył gra­nicę wła­snego opa­no­wa­nia. "Tylko spo­koj­nie - powta­rzał sobie Polo - tylko spo­koj­nie".

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki