Byt nieczłowieczy
- To ty jesteś tym gościem? - zapytał ostro Red, łapiąc bezdomnego za
ramiona zapuszczonego gabardynowego płaszcza.
- O jakiego gościa ci chodzi? - odpowiedział mężczyzna o oblepionej
brudem twarzy. Rozglądał się szczurzymi ślepiami po kwartecie młodych
mężczyzn, którzy przyparli go do muru. Tunel, w którym go dopadli, gdy
się załatwiał, nie dawał prawie żadnej nadziei na pomoc. Chłopcy dobrze
o tym wiedzieli i najwyraźniej on także. - Nie wiem, o czym mówisz.
- Pokazywałeś się dzieciom - powiedział Red.
Mężczyzna pokręcił głową. Strużka śliny spływała mu z wargi na
zmierzwioną, krzaczastą brodę.
- Ja nic nie zrobiłem - upierał się.
Brendan podszedł do niego powolnym, ciężkim krokiem, który rozbrzmiewał
głucho w tunelu.
- Jak się nazywasz? - zapytał ze zwodniczą uprzejmością. Chociaż nie był tak wysoki jak Red i nie robił równie imponującego wrażenia, blizna, która ciągnęła się na jego policzku od skroni do żuchwy, sugerowała, że wie, jak to jest zadawać i cierpieć ból. - Nazwisko! - dodał ostrzej. - Nie będę pytał po raz drugi. - Pope - wymruczał staruch. - Pan Pope.
Brendan wyszczerzył zęby.
- Pan Pope? - powtórzył. - Słyszeliśmy, że pokazywałeś tego swojego
zjełczałego małego kutasa niewinnym dzieciom. Co na to powiesz?
- Nie - powtórzył Pope, znowu kręcąc głową. - To nieprawda. Nigdy
niczego takiego nie robiłem.
Kiedy zmarszczył czoło, brud na jego twarzy popękał jak cudaczny
chodnik, druga skóra, która narastała miesiącami. Gdyby nie zapach
alkoholu bijący od niego i tuszujący najgorszy smród ciała, nie dałoby
się zbliżyć do niego bardziej niż na metr. To był ludzki śmieć, hańba
dla rodzaju człowieczego.
- Po co zawracać sobie nim głowę? - spytał Karney. - Śmierdzi.
Red zerknął przez ramię, żeby go uciszyć. Jako siedemnastolatek Karney
był najmłodszy i zgodnie z niepisaną hierarchią w kwartecie praktycznie
nie miał prawa do wypowiadania swojego zdania. Rozumiejąc ten błąd,
zamknął się i pozwolił Redowi ponownie skupić się na włóczędze. Młody
mężczyzna pchnął Pope'a na ścianę tunelu. Staruszek krzyknął, uderzając
o beton. Krzyk powrócił echem. Karney, wiedząc na podstawie uprzednich
doświadczeń, jak dalej potoczy się ta scena, odsunął się i zaczął
przyglądać chmurze komarów złocącej się u wejścia do tunelu. Chociaż
lubił towarzystwo Reda i pozostałej dwójki - koleżeństwo, drobne
kradzieże, picie - ta konkretna zabawa nigdy nie przypadła mu do gustu.
Nie widział żadnej rozrywki w znajdowaniu jakiegoś pijanego ludzkiego
wraka, takiego jak Pope, i laniu go do utraty resztek rozumu, jakie
tłukły się jeszcze w jego niepoczytalnej głowie. To sprawiało, że Karney
czuł się brudny i nie chciał mieć z tym nic wspólnego.
Red odciągnął Pope'a od ściany i splunął mu w twarz potokiem wyzwisk, a kiedy nie udało mu się uzyskać adekwatnej reakcji, cisnął nim o mur
tunelu po raz drugi, tym razem brutalniej, a potem złapał zasapanego
człowieka za klapy i potrząsał nim tak długo, aż zagrzechotały kości.
Pope zerkał panicznie wzdłuż nasypu. Kiedyś jeździł tędy pociąg z Highgate do Finsbury Park. Tory jednak już dawno zniknęły i dziś to był
publiczny park, popularny wśród porannych biegaczy i wieczornych
kochanków. Niemniej teraz, w środku parnego popołudnia, nigdzie nie było
widać żywej duszy.
- Ej - odezwał się Catso. - Nie potłucz jego butelek.
- Jasne - wtrącił się Brendan. - Powinniśmy wygrzebać sobie drinka,
zanim rozwalimy mu głowę.
Na wzmiankę o kradzieży jego alkoholu Pope zaczął się szarpać, ale to
tylko bardziej rozzłościło oprawcę. Red był w paskudnym humorze. Ten
dzień, jak większość dni babiego lata, był duszny i nudny. Trzeba było
jakoś znieść ten nędzny niedopałek zmarnowanego lata; nie mieli nic do
roboty i żadnych pieniędzy do wydania. Potrzebna im była jakaś rozrywka
i Redowi jako lwu, a Pope'owi jako chrześcijaninowi, przypadło ją
zapewnić.
- Stanie ci się krzywda, jeśli będziesz się stawiał - poradził
mężczyźnie Red. - Chcemy tylko zobaczyć, co masz w kieszeniach.
- Nie twoja sprawa - odparł Pope i przez chwilę mówił jak człowiek,
który przywykł do posłuchu.
Ten wybuch sprawił, że Karney odwrócił się od komarów i spojrzał na
wyniszczoną twarz Pope'a. Nienazwane degeneracje pozbawiły ją godności i werwy, ale pozostało tam coś jeszcze, co migotało pod brudem. Karney
zastanawiał się, kim ten człowiek kiedyś był. Może bankierem? Sędzią,
który teraz na zawsze przepadł dla prawa?
Catso podszedł teraz do szamotaniny, żeby przeszukać ubranie Pope'a,
podczas gdy Red trzymał swojego więźnia za gardło i przyciskał do ściany
tunelu. Pope oganiał się od niepożądanych zakusów Catso najlepiej, jak
potrafił, młócił rękami, a jego wzrok był coraz bardziej szalony. Nie
walcz, przekonywał go siłą woli Karney, bo to skończy się dla ciebie
jeszcze gorzej. Jednak starzec najwyraźniej był o krok od paniki.
Wydawał z siebie ciche burkliwe protesty, które brzmiały bardziej
zwierzęco niż ludzko.
- Niech ktoś przytrzyma go za ręce - powiedział Catso, uchylając się
przed atakami Pope'a.
Brendan złapał bezdomnego za nadgarstki i wygiął mu ręce nad głowę, żeby
ułatwić rewizję. Nawet teraz, kiedy wszelkie nadzieje na wyrwanie się
przepadły, Pope nie przestawał się wiercić. Udało mu się przykopać
solidnie Redowi w goleń, za co oberwał w twarz. Krew buchnęła mu z nosa
i spłynęła na usta. Karney wiedział, że tam, skąd płynęła, kryje się
więcej kolorów. Widział mnóstwo obrazków rozdartych ludzi: błyszczące,
jaskrawe zwoje jelit, żółty tłuszcz i fioletowe płuca - i cała ta
barwność była zamknięta w szarym worku ciała Pope'a. Karney nie do końca
wiedział, czemu taka myśl przyszła mu do głowy. Zaniepokoiła go, więc
spróbował ponownie skupić się na komarach. Niestety Pope domagał się
jego uwagi, krzycząc rozdzierająco, kiedy Catso rozerwał jedną z jego
licznych kamizelek, żeby dobrać się do wewnętrznych warstw ubrań.
- Łajdaki! - wrzeszczał Pope, najwyraźniej nie przejmując się tym, że
obelgi w sposób nieunikniony sprowokują kolejne ciosy. - Zabierzcie ode
mnie te cholerne łapska, bo dopilnuję, żebyście wszyscy padli trupem.
Wszyscy!
Pięść Reda zakończyła te pogróżki, nowa krew popłynęła za pierwszą
strugą. Pope splunął nią na dręczycieli.
- Nie kuście mnie - powiedział, zniżając głos do pomruku. - Ostrzegam
was...
- Cuchniesz jak zdechły pies - powiedział Brendan. - Tym właśnie jesteś:
zdechłym psem.
Pope nie raczył mu odpowiedzieć. Patrzył na Catso, który systematycznie
opróżniał mu kieszenie płaszcza i kamizelki, rzucając żałosną kolekcję
pamiątek na ziemię w tunelu.
- Karney - warknął Red. - Przejrzyj te rzeczy, co? Sprawdź, czy nie ma
tam czegoś wartego zabrania.
Karney spojrzał na plastikowe świecidełka, brudne wstążki, postrzępione
kawałki papieru (facet był poetą?) i korki od wina.
- To same śmieci - powiedział.
- Mimo to sprawdź - nalegał Red. - Może zawinął w te śmieci pieniądze. -
Karney nie ruszył się, żeby zerknąć. - Sprawdź, do cholery!
Karney niechętnie przykucnął i zaczął przeglądać stos śmieci, które
Catso nadal rzucał na ziemię. Wystarczyło raz zerknąć, żeby wiedzieć, że
nie ma tam niczego cennego, chociaż parę drobiazgów - podniszczone
fotografie, prawie nieczytelne notatki - mogłyby podpowiedzieć, kim był
Pope, zanim alkohol i rodzące się szaleństwo przepędziły jego
wspomnienia. Mimo swojej ciekawości Karney chciał uszanować prawo
włóczęgi do prywatności. Tylko tyle biedakowi zostało.
- Tu niczego nie ma - oznajmił, przejrzawszy pobieżnie rzeczy.
Ale Catso nie skończył jeszcze obszukiwać bezdomnego. Im głębiej sięgał,
tym więcej warstw brudnych ubrań ukazywało się jego ochoczym rękom. Pope
miał więcej kieszeni niż najprawdziwszy sztukmistrz.
Karney zerknął znad żałosnego stosu drobiazgów i ku swojemu zakłopotaniu odkrył, że Pope patrzy na niego. Wyczerpany i pobity starzec przestał już protestować. Wyglądał żałośnie. Karney rozłożył ręce, pokazując, że niczego nie wziął ze stosu. Pope zaś w ramach odpowiedzi skinął ledwie widocznie głową. - Mam! - wrzasnął triumfalnie Catso. - Mam skurczysyna! - Wyciągnął z kieszeni butelkę wódki.
Pope był albo za słaby, żeby zauważyć, że zwinięto mu zapas alkoholu,
albo zbyt zmęczony, żeby się tym przejąć. Tak czy inaczej nie mruknął
nawet słowa skargi, kiedy ukradli mu wódkę.
- Coś jeszcze? - dopytywał się Brendan. Zaczął chichotać. Piskliwy
śmiech sygnalizował jego narastające podniecenie. - Może pies ma tego
więcej.
Puścił ręce Pope'a i odepchnął na bok Catso, który nie zaprotestował.
Miał swoją butelkę i był usatysfakcjonowany. Stłukł szyjkę, żeby się
niczym nie zarazić i zaczął pić, kucając na ziemi. Red wypuścił Pope'a,
ewidentnie znudzony tą zabawą. Brendan przejął inicjatywę i dopiero
zaczął się rozkręcać.
Red podszedł do Karneya i szturchnął stos rzeczy Pope'a czubkiem buta.
- Totalny niewypał - powiedział beznamiętnie.
- Aha - przyznał Karney, mając nadzieję, że niezadowolenie Reda oznacza
koniec upokorzeń dla starca.
Jednak Red właśnie rzucił kość Brendanowi i miał dość rozumu w głowie,
żeby nie próbować mu jej teraz wyrywać. Karney widział już, do jakiej
przemocy jest zdolny Brendan, i nie chciał znowu oglądać go w akcji.
Wstał z westchnieniem i odwrócił się plecami do Brendana. Echo w tunelu
było jednak zbyt wymowne, mieszanka ciosów i wydyszanych obelg.
Wcześniejsze doświadczenia podpowiadały, że nic nie powstrzyma Brendana,
dopóki jego furia sama nie wygaśnie. Każdy na tyle głupi, żeby mu
przerywać, sam stałby się jego ofiarą.
Red przeszedł na drugi koniec tunelu, zapalił papierosa i obserwował
wymierzaną karę bez szczególnej ciekawości. Karney zerknął na Catso.
Zamiast kucać, siedział teraz na ziemi z butelką wódki między
wyciągniętymi nogami. Uśmiechał się do siebie szeroko, głuchy na strumyk
próśb wyciekający z rozkwaszonych ust Pope'a.
Karneyowi zrobiło się niedobrze. Bardziej dla odwrócenia uwagi od bicia
niż ze szczerego zainteresowania, powrócił do śmieci zwędzonych z kieszeni Pope'a i wziął jedną fotografię, żeby uważniej ją obejrzeć.
Przedstawiała dziecko, chociaż nie sposób było odgadnąć, czy da się w nim dostrzec rodzinne podobieństwo. Twarz Pope'a była teraz prawie nie
do poznania, jedno oko już mu się zamykało z powodu opuchlizny. Karney
odrzucił fotografię na stos pamiątek. Wtedy zauważył kawałek sznurka z węzłami, który wcześniej przegapił. Zerknął znowu na Pope'a. Opuchnięte
oko zamknęło się, drugie wydawało się niewidzące. Usatysfakcjonowany
tym, że nikt nie patrzy, Karney wyjął spomiędzy śmieci zwinięty jak wąż
w gnieździe sznurek. Węzły go fascynowały. Od zawsze. Chociaż nigdy nie
nauczył się rozwiązywać akademickich zagadek (matematyka była dla niego
wiedzą tajemną, podobnie jak zawiłości języka), zawsze pociągały go
bardziej konkretne łamigłówki. Wystarczył węzeł, układanka albo rozkład
jazdy pociągów, żeby zatracił się w problemie na długie godziny. Nabrał
takich upodobań już w dzieciństwie, które było dla niego samotnym
czasem. Skoro nie miał ojca ani rodzeństwa, które zajęłoby jego uwagę,
gdzie mógł znaleźć lepsze towarzystwo jeśli nie w łamigłówce?
Obracał sznurek raz za razem, przyglądając się trzem węzłom umieszczonym
pośrodku, w odległości cala od siebie nawzajem. Były duże i asymetryczne
i nie służyły żadnemu ewidentnemu celowi poza tym może, że potrafiły
oczarować takie umysły jak jego własny. Jak inaczej wyjaśnić ich
wymyślną konstrukcję, jeśli nie tym, że wiążący zadał sobie ogromny
trud, by stworzyć niemal nierozwiązywalny problem? Karney przesuwał
palcami po powierzchni węzłów, instynktownie szukając luźniejszego
miejsca, ale supły zostały tak genialnie sprokurowane, że żadnej igły -
nawet najcieńszej - nie dałoby się wsunąć między krzyżujące się pasma.
Wyzwanie okazało się zbyt pociągające, żeby mu się oprzeć. Znowu zerknął
na starca. Brendan najwidoczniej zmęczył się swoją pracą. Kiedy Karney
spojrzał, cisnął właśnie bezdomnym o ścianę i pozwolił, żeby ciało
osunęło się na ziemię. I tam je zostawił. Buchnął stamtąd
charakterystyczny smród ścieków.
- To było świetne - oznajmił Brandon tonem człowieka, który właśnie
wyszedł spod ożywczego prysznica. Wysiłek pokrył jego rumianą twarz
warstewką potu. Chłopak uśmiechał się od ucha do ucha. - Daj mi trochę
tej wódki, Catso.
- Skończyła się - wybełkotał Catso, obracając butelkę do góry dnem. - To
był raptem jeden haust.
- Łżesz, dupku - powiedział do niego Brendan, nadal się uśmiechając.
- A nawet jeśli, to co z tego? - odpowiedział Catso i odrzucił pustą
butelkę. Rozbiła się. - Pomóż mi wstać - poprosił Brendana.
Tamten, nadal w doskonałym humorze, pomógł koledze wstać. Red już
wychodził z tunelu. Pozostali ruszyli za nim.
- Ej, Karney! - zawołał przez ramię Catso. - Idziesz?
- Jasne.
- Chcesz pocałować kundla, żeby mniej bolało? - zasugerował Brandon.
Catso prawie posikał się ze śmiechu, słysząc tę uwagę. Karney nie
odpowiedział. Wstał, nie odrywając oczu od nieruchomej postaci leżącej
pod ścianą tunelu. Szukał czegoś, coś zdradzałoby choćby resztki
przytomności. Niczego nie wypatrzył. Obejrzał się na kumpli. Cała trójka
odwróciła się już plecami i odchodziła wzdłuż torów. Karney
błyskawicznie schował sznurek z węzłami. Kradzież trwała tylko chwilę.
Kiedy już sznurek leżał bezpiecznie schowany, ogarnęło go uczucie
triumfu nieproporcjonalne w stosunku do realnego zysku. Już przewidywał
godziny zabawy, jakiej dostarczą mu węzły. Czas, kiedy zapomni o sobie,
swojej pustce, o sterylnym lecie i czekającej go pozbawionej miłości
zimie. Zapomni też o starym człowieku, leżącym we własnych odchodach
kilka jardów od miejsca, w którym Karney teraz stał.
- Karney! - zawołał Catso.
Karney odwrócił się plecami do Pope'a i zaczął odchodzić od ciała i towarzyszącego mu stosu drobiazgów. Kiedy znalazł się kilka kroków od
końca tunelu, starzec zaczął coś mruczeć do siebie w delirium. Słowa
były niezrozumiałe. Jednak za sprawą jakiejś akustycznej sztuczki ściany
tunelu zwielokrotniły dźwięk. Głos Pope'a napływał i odpływał raz za
razem, napełniając przestrzeń szeptami.
* * *
Dopiero znaczniej później tej nocy, kiedy usiadł sam w swojej sypialni
sąsiadującej z pokojem, gdzie jego matka płakała przez sen, miał okazję
przyjrzeć się spokojnie węzłom. Nic nie powiedział Redowi ani pozostałym
o kradzieży sznurka. To był taki drobiazg, że wyśmialiby go za to, że w ogóle o tym wspomina. Poza tym węzły były osobistym wyzwaniem dla niego,
któremu zamierzał stawić czoło sam - i sam, być może, ponieść porażkę.
Chwilę bił się z myślami, zanim wybrał węzeł, od którego zacznie, i rozpoczął pracę. Prawie natychmiast stracił poczucie upływu czasu.
Problem całkowicie go pochłonął. Godziny rozkosznej frustracji mijały
niepostrzeżenie, kiedy analizował plątaninę, szukając jakiejś wskazówki
na temat ukrytej w węźle metody. Niczego nie znalazł. Konfiguracja, o ile stał za nią jakiś racjonalny zamysł, kompletnie go przerastała. Mógł
tylko mieć nadzieję, że rozwiąże problem metodą prób i błędów. Świt
groził, że znowu ściągnie światło na świat, kiedy w końcu Karney
porzucił sznurek, żeby przespać się parę godzin. W ciągu nocy zdołał
tylko poluzować maleńki fragment węzła.
Przez następne cztery dni problem stał się jego tajemną obsesją, idée
fixe, do której powracał przy każdej nadarzającej się okazji, szarpiąc
węzeł palcami, które były coraz bardziej odrętwiałe. Łamigłówka
pochłonęła go jak mało co w dorosłym życiu. Pracując nad węzłem, był
głuchy i ślepy na świat zewnętrzny. Siedząc w nocy w oświetlonym lampą
pokoju albo w parku za dnia, prawie czuł, jak daje się wciągnąć do
splątanego serca zagadki, jego świadomość skupiała się tak mocno, że
mogła dotrzeć tam, gdzie światło nie było w stanie się przebić. Jednak
mimo uporu rozwiązywanie supła okazało się niesłychanie powolnym
procesem. W przeciwieństwie do większości węzłów, jakie napotkał, które
- gdy już je trochę poluzować - odsłaniały swoje rozwiązanie, ta
struktura została tak pomysłowo zaprojektowana, że poluzowanie jednego
elementu sprawiało, że inny bardziej się zaciskał. Karney zaczynał
rozumieć, że sztuka polega na tym, by pracować na wszystkich stronach
węzła w takim samym tempie, luzując jeden fragment odrobinę i przechodząc do następnego. Systematyczna rotacja, chociaż żmudna, powoli
zaczynała przynosić efekt.
W tym czasie nie widywał się z Redem, Brendanem i Catso. Ich milczenie
sugerowało, że brakowało im jego towarzystwa w równym stopniu jak jemu
ich. Dlatego zdziwił się, kiedy Catso wpadł do niego w piątkowy wieczór.
Przyszedł z propozycją. On i Brendan znaleźli dom, który nadawał się do
włamania, i chcieli, żeby Karney robił za czujkę. Już dwa razy pełnił tę
rolę. Za każdym razem były to drobne kradzieże z włamaniem; pierwsza
pozwoliła im zgarnąć sporo nadającej się na sprzedaż biżuterii, druga -
kilkaset funtów w gotówce. Tym razem jednak mieli to zrobić bez Reda. On
coraz bardziej interesował się Anelisą, która według Catso kazała mu
przysiąc, że zaprzestanie drobnych kradzieży i wykorzysta swój talent do
czegoś ambitniejszego. Karney wyczuwał, że Catso - i najprawdopodobniej
też Brendan - aż się palą, by dowieść, że świetnie radzą sobie bez Reda.
Dom, który wybrali, był łatwym celem, jak twierdził Catso, a Karney
byłby skończonym głupcem, gdyby odpuścił sobie tak świetną okazję
łatwego zarobku. Potakiwał entuzjastycznemu koledze, będąc myślami przy
innym problemie. Kiedy Catso skończył gadkę, Karney zgodził się pomóc.
Nie zrobił tego ze względu na pieniądze, tylko dlatego, że dzięki temu
mógł szybciej wrócić do węzła.
* * *
Dużo później tego wieczoru, zgodnie z sugestią Catso, spotkali się w miejscu proponowanej roboty. Dom rzeczywiście wyglądał na łatwy do
obrobienia. Karney często przechodził wiaduktem, którym Hornsey Lane
przebiegała nad Archway Road, ale nigdy dotąd nie zauważył stromej
ścieżki - częściowo to były schody, częściowo chodnik - biegnącej na
tyłach wiaduktu ku drodze na dole. Wejście na nią było wąskie i łatwe do
przegapienia, a jej meandry oświetlała tylko jedna latarnia, której
światło przesłaniały drzewa rosnące w przylegających do niej ogrodach. I właśnie te ogrody, po których tylnych płotach łatwo można było się
wspiąć albo równie łatwo je wyłamać, dawały doskonałe dojście do domów.
Złodziej wykorzystujący ustronną ścieżkę mógł wejść i wyjść bezkarnie,
niezauważony przez nikogo ani z drogi powyżej, ani tej w dole. Całość
wymagała tylko czujki na ścieżce, która ostrzegłaby przed ewentualnym
przechodniem. I to było zadanie Karneya.
Nadchodząca noc była rajem dla złodzieja. Chłodna, ale nie zimna,
pochmurna, lecz bez deszczu. Spotkali się na Highgate Hill przy bramie
kościoła pasjonistów i stamtąd zeszli do Archway Road. Brendan obstawał,
że nadejście z góry zwróciłoby więcej uwagi. Patrole policyjne częściej
przejeżdżały Hornsey Lane, po części dlatego, że wiadukt stanowił
nieodpartą pokusę dla ludzi w depresji. Miejsce miało niewątpliwe zalety
dla potencjalnych samobójców, a największą z nich był upadek z osiemdziesięciu stóp, który nawet jeśli cię nie zabije, to na pewno
zrobią to jadące Archway Road ogromne ciężarówki.
Brendan znowu był w doskonałym nastroju, zadowolony z tego, że dowodzi
pozostałymi, zamiast zajmować drugie miejsce po Redzie. Paplał
podekscytowany, głównie na temat kobiet. Karney pozwolił, żeby Catso
zajął zaszczytne miejsce obok Brendana i sam szedł kilka kroków za nimi
z ręką w kieszeni kurtki, gdzie czekały węzły. Przez ostatnie kilka
godzin z powodu zmęczenia po wielu bezsennych nocach sznurek zaczął
płatać figle jego oczom. Czasem wydawało się, że porusza się w jego
rękach, jakby sam próbował się rozwiązać od środka. Nawet teraz, kiedy
szli ścieżką, Karney miał wrażenie, że sznurek przesuwa się pod jego
dłonią.
- Ej, stary... spójrz tylko na to. - Catso wskazał w górę ścieżki. Cała
tonęła w ciemności. - Ktoś załatwił lampę.
- Ciszej - powiedział mu Brendan i poprowadził ich w górę.
To nie była nieprzenikniona ciemność. Odrobina światła padała z Archway
Road, ale przefiltrowana przez gęstą masę krzewów, więc ścieżka była
praktycznie nieoświetlona. Karney ledwie widział własne dłonie, gdy
uniósł je przed twarzą. Jednak ciemność zniechęci prawie wszystkich z wyjątkiem tych najzwinniejszych przechodniów do skorzystania z dróżki.
Kiedy pokonali nieco więcej niż połowę jej wysokości, Brendan zatrzymał
kumpli.
- To ten dom - oznajmił.
- Jesteś pewien? - zapytał Catso.
- Liczyłem podwórka. To ten.
Płot na tyłach ogrodu był mocno zniszczony. Wystarczyło, by Brendan
popracował nad nim tylko chwilę - hałasy zamaskowała późna ciężarówka
sunąca asfaltem w dole - żeby zapewnić im łatwy dostęp. Brendan
przepchnął się przez gęstwinę ciernistych krzaków rosnących dziko na
końcu ogrodu, a za nim wszedł Catso, klnąc z powodu drapiących kolców.
Brendan uciszył go drugim przekleństwem, a potem odwrócił się do
Karneya.
- Wchodzimy. Zagwiżdżemy dwa razy, gdy wyjdziemy z domu. Pamiętasz
sygnały?
- Nie jest imbecylem, prawda, Karney? Poradzi sobie. Idziemy czy nie?
Brendan nie powiedział nic więcej. We dwóch pokonali kolczaste krzaki i przeszli przez właściwy ogród. Kiedy już wyszli z cieni drzew na
trawnik, byli szarymi postaciami na tle domu. Karney patrzył, jak
zbliżają się do tylnych drzwi, usłyszał hałas: to Catso - który miał o wiele zręczniejsze palce z tej dwójki - otworzył zamek wytrychem. A potem obaj chyłkiem weszli do środka. Karney został sam.
Nie całkiem sam. Nadal miał towarzystwo w postaci sznurka. Rozejrzał się
po ścieżce, widząc coraz lepiej w żółtawej poświacie lamp sodowych. Nie
było żadnych przechodniów. Zadowolony wyjął węzły z kieszeni. Jego ręce
były jak zjawy, ledwie był w stanie dojrzeć supły. Jednak prawie bez
świadomej intencji, która by nimi kierowała, jego palce ponownie zaczęły
badać sznurek i chociaż wydawało się to dziwne, poczynił większe postępy
w kilka sekund pracy na oślep niż w ciągu poprzednich godzin. Okradziony
ze wzroku kierował się samym instynktem i to zdziałało cuda. Znowu
zdumiało go wrażenie intencji kryjącej się w splotach, jakby coraz
bardziej brały udział we własnym rozwikłaniu. Zachęcone posmakiem
zwycięstwa, jego palce przesuwały się po węźle z natchnionym wyczuciem i wydawało się, że zatrzymują się dokładnie na tych pasmach, którymi
trzeba poruszyć.
Rozejrzał się znowu po ścieżce, żeby się upewnić, że jest pusta, i obejrzał się na dom. Drzwi pozostały otwarte. Nigdzie jednak nie było
widać Catso i Brandona. Skupił się ponownie na łamigłówce. Prawie miał
ochotę się roześmiać z powodu łatwości, z jaką nagle węzeł zaczął się
rozwiązywać.
Oczy, może pod wpływem narastającego podniecenia, zaczęły mu płatać
zdumiewające figle. Rozbłyski kolorów, niespotykanych, nienazwanych
odcieni, zapalały się przed nim, a ich źródłem było serce węzła. Światło
padło na pracujące palce. W jego blasku ciało stało się przezroczyste.
Widział końcówki nerwów, jarzące się z powodu nowo odkrytej wrażliwości.
Paliczki były widoczne aż po szpik. A potem niemal równie nagle, jak się
pojawiły, barwy zgasły, pogrążając jego oczy w ciemności - dopóki znowu
nie zapłonęły.
Serce zaczęło mu łomotać w uszach. Wyczuwał, że brakuje zaledwie sekund
do rozwikłania węzła. Splecione włókna praktycznie odskakiwały od
siebie. Jego palce stały się teraz zabawką sznurka, nie odwrotnie.
Rozwikłał pętle, żeby przesunąć przez nie pozostałe dwa węzły. Ciągnął,
przepychał, wszystko na rozkaz sznurka.
Kolory powróciły, ale tym razem jego palce pozostały niewidzialne i zamiast nich widział coś jarzącego się w ostatnich paru splotach węzła.
Kształt wił się jak ryba w sieci, rósł z każdym rozwikłanym fragmentem.
Młot w jego głowie zdwoił tempo uderzeń. Powietrze wokół stało się
niemal lepkie, jakby Karney zanurzył się w błocie.
Ktoś zagwizdał. Wiedział, że ten sygnał powinien mieć dla niego
znaczenie, ale nie potrafił sobie przypomnieć jakie. Zbyt wiele rzeczy
go rozpraszało: gęstniejące powietrze, walące serce, węzeł rozplątujący
się w jego bezradnej ręce, podczas gdy postać w jego środku - wijąca się
i lśniąca - puchła i wrzała.
Znowu rozległ się gwizd. Tym razem jego ponaglające brzmienie wyrwało
Karneya z transu. Podniósł wzrok. Brendan już przechodził przez ogród, a Catso szedł kilka jardów za nim. Karney miał tylko chwilę, żeby
zarejestrować ich pojawienie się, zanim węzeł zapoczątkował ostatnią
fazę rozwikływania się. Ostatnie pasmo uwolniło się i postać w sercu
węzła skoczyła ku twarzy Karneya, rosnąc w tempie wykładniczym. Rzucił
się do tyłu, żeby nie stracić głowy, i istota śmignęła obok niego.
Zaszokowany zatoczył się w zarośla i upadł między ciernie. Nad jego
głową listowie trzęsło się, jakby powiał silny wiatr. Posypały się na
niego liście i drobne gałązki. Wpatrywał się w konary, próbując dostrzec
kształt, ale on już zniknął.
- Dlaczego mi nie odpowiedziałeś, ty cholerny idioto? - zapytał Brendan.
- Myśleliśmy, że zwiałeś i nas zostawiłeś.
Karney ledwie zauważył nadejście zasapanego Brendana. Nadal rozglądał
się po koronach drzew nad głową. Smród zimnego błota wypełnił mu
nozdrza.
- Lepiej rusz tyłek - powiedział Brandon, przechodząc przez połamany
płot na ścieżkę.
Karney próbował się podnieść, ale cierniste krzaki utrudniały mu to,
łapiąc go za włosy i ubranie.
- Cholera! - usłyszał sapanie Brendana po drugiej stronie ogrodzenia. -
Policja! Na wiadukcie.
Catso dotarł do końca ogrodu.
- Co tu robisz? - zapytał Karneya.
Karney wyciągnął rękę.
- Pomóż mi - poprosił.
Catso złapał go za nadgarstek, ale w tej samej chwili Brendan syknął
"Policja! Ruchy!", więc zrezygnował z pomagania i tylko przemknął przez
ogrodzenie za kumplem, a potem w dół, ku Archway Road. Karney
potrzebował kilku mglistych sekund, by zdać sobie sprawę, że sznurek z pozostałymi dwoma węzłami zniknął z jego dłoni. Był pewien, że go nie
wypuścił. To raczej sznurek samowolnie go porzucił, a jedyna okazja,
jaką ku temu miał, to przelotny kontakt z Catso. Karney wyciągnął rękę,
żeby złapać się próchniejącego płotu, i wreszcie udało mu się wstać.
Musiał ostrzec Catso, do czego zdolny jest sznurek, bez względu na
policję. Są gorsze rzeczy od gliniarzy.
Biegnący ścieżką Catso nie był nawet świadomy tego, że węzełki ukradkiem
trafiły do jego ręki. Był zbyt pochłonięty ucieczką. Brendan już zniknął
na Archway Road i się oddalał. Catso obejrzał się, żeby zobaczyć, czy
policja go ściga. Nigdzie jednak nie było ich śladu. Uznał, że nawet
gdyby teraz zaczęli go gonić, i tak nie zdołaliby go złapać. Poza tym
był jeszcze Karney. Catso zwolnił kroku, a potem przystanął i obejrzał
się na ścieżkę, żeby przekonać się, czy ten idiota ruszył za nimi, ale
on nawet nie przelazł przez ogrodzenie.
- Niech go szlag - zaklął pod nosem Catso.
Może powinien się cofnąć po niego?
Kiedy tak się wahał na ciemnej ścieżce, zdał sobie sprawę, że to, co
wziął za porywisty wiatr w wysokich drzewach, gwałtownie zamarło. Nagła
cisza go zdumiała. Oderwał wzrok od ścieżki, żeby spojrzeć w gąszcz
gałęzi, i jego przerażony wzrok padł na kształt, który pełzł ku niemu z góry, cuchnący błotem i rozpadem. Powoli, jak we śnie, Catso podniósł
ręce, żeby stwór go nie dotknął, ale on i tak wyciągnął w dół mokre,
lodowate kończyny i porwał chłopaka w górę.
Karney, który właśnie przechodził przez ogrodzenie, dostrzegł, jak
kumpel zostaje wciągnięty w korony drzew, i zobaczył jego nogi młócące
powietrze, podczas gdy fanty wylatywały mu z kieszeni, rozsypywały się
po ścieżce, turlały w stronę Archway Road.
Potem Catso wrzasnął i jego zwisające nogi zaczęły się poruszać jeszcze
bardziej gorączkowo. Karney usłyszał nawoływanie u szczytu ścieżki.
Uznał, że to pewnie jeden policjant woła coś do drugiego. W następnej
chwili usłyszał pośpieszny tupot. Zerknął na Hornsey Lane - policjanci
jeszcze nie dotarli do początku dróżki. Zerknął w dół, w kierunku Catso,
i akurat zdążył zobaczyć, jak ciało spada z drzewa. Upadło na ziemię
bezwładnie, ale w następnej chwili podniosło się. Catso spojrzał
przelotnie w górę ścieżki, w stronę Karneya. Wyraz jego twarzy, nawet w blasku sodowych lamp, zdradzał szaleństwo. A potem zaczął biec. Karney,
zadowolony z tego, że kumpel ma przewagę, schował się za ogrodzeniem,
kiedy dwóch policjantów pojawiło się na ścieżce i zaczęło ścigać Catso.
Wszystko to - węzeł, złodzieje, pościg, wrzask i reszta - zajęło raptem
kilka sekund, w czasie których Karney nie zdążył nawet nabrać powietrza
w płuca. Teraz leżał na ciernistej poduszce i dyszał jak ryba wyrzucona
na brzeg. Po drugiej stronie ogrodzenia policjanci pędzili ścieżką i nawoływali podejrzanego.
Catso ledwie słyszał ich rozkazy. To nie przed policją uciekał, ale
przed ubłoconą istotą, która go uniosła, żeby spojrzał w jej pokrytą
szankrami twarz o ślepiach jak szparki. Teraz, kiedy dotarł do Archway
Road, poczuł drżenie w kończynach. Był pewien, że jeśli nogi odmówią mu
posłuszeństwa, stwór znowu go dopadnie i położy usta na jego wargach,
tak jak to zrobił wcześniej. Tyle że tym razem Catso nie będzie miał
siły krzyczeć; życie zostanie wyssane z jego płuc. Jego jedyną nadzieją
było oddalenie się tak, by ulica oddzieliła go od prześladowcy. Wciąż
słysząc w uszach głośny oddech stwora, wspiął się na barierę
zabezpieczającą drogę, zeskoczył na asfalt i zaczął biegiem pokonywać
prowadzącą na południe autostradę. W połowie dystansu zdał sobie sprawę
ze swojego błędu. Zgroza sprawiła, że zapomniał o wszelkich innych
niebezpieczeństwach. Niebieskie volvo - z kierowcą, którego usta
układały się w idealne "o" - pędziło prosto na niego. Catso zamarł w światłach samochodu jak zahipnotyzowane zwierzę. Dwa ułamki sekundy
później został potrącony, przeleciał przez pas rozdzielający jezdnie i wylądował pod kołami ciężarówki z naczepą. Drugi kierowca nie miał
szansy go ominąć. Uderzenie rozpruło Catso i cisnęło ciało pod koła.
W ogrodzie na górze Karney usłyszał paniczny pisk hamulców, a potem głos
policjanta na dole ścieżki:
- Jezu Chryste wszechmogący...
Poczekał kilka sekund, a potem wyjrzał z kryjówki. Ścieżka była pusta na
całej długości. Drzewa znieruchomiały. Z drogi na dole niosły się
dźwięki syreny i okrzyki policjantów zatrzymujących nadjeżdżające
samochody. Gdzieś bliżej słychać było szloch. Zaczął uważnie nasłuchiwać
przez kilka chwil, próbując się zorientować, skąd dobiega łkanie, zanim
zdał sobie sprawę, że to on płacze. Bez względu jednak na łzy
zamieszanie na dole domagało się jego uwagi. Stało się coś strasznego i musiał zobaczyć co. Bał się jednak przebiec szpalerem drzew, wiedząc, co
się tam czai, więc stał, gapiąc się w górę na gałęzie i próbując
wypatrzyć stwora. Nigdzie jednak nie wychwycił ani dźwięku, ani ruchu.
Drzewa zamarły. Dławiąc strach, wyszedł z kryjówki i zaczął schodzić
ścieżką, wpatrując się w liście, żeby spostrzec najmniejszą oznakę
obecności potwora. Słyszał gwar zbierającego się tłumu. Myśl o stłoczonych ludziach pocieszała go. Od tej pory będzie potrzebował
kryjówki, prawda? Ludzie, którzy widzieli cud, zwykle ich potrzebowali.
Dotarł do miejsca, z którego Catso został wciągnięty między konary.
Znaczyły je opadłe liście i rozrzucone fanty. Stopy Karneya chciały
przyśpieszyć, ponieść go jak najdalej z tego miejsca, ale jakiś
perwersyjny instynkt sprawił, że zwolnił. Chciał sprowokować dziecko
węzła do pokazania się? Może lepiej stawić mu czoło mimo całej jego
ohydy, niż żyć od tego czasu w strachu, ubarwiając w wyobraźni jego
wygląd i zdolności? Jednak stwór się nie ujawnił. Jeśli rzeczywiście
wciąż był na drzewie, nie ruszył nawet pazurem.
Coś poruszyło się pod jego stopami. Spojrzał w dół i zobaczył tam niemal
zasłonięty przez liście sznurek, który najwyraźniej uznał, że Catso nie
jest godny jego posiadania. Teraz, kiedy już pewne wskazówki odnośnie do
jego mocy zostały ujawnione, sznurek nawet nie próbował udawać zwykłego
przedmiotu. Wił się na żwirze jak wąż w rui, unosił węźlasty łeb, żeby
zwrócić uwagę Karneya. Chłopak chciał zignorować te wybryki, ale nie
potrafił. Wiedział, że jeśli sam go nie podniesie, to prędzej czy
później zrobi to ktoś inny, taka sama ofiara jak on słabości do zagadek.
Dokąd taka niewinność mogła doprowadzić, jeśli nie do następnej
ucieczki, być może straszliwszej od pierwszej? Nie, najlepiej będzie,
jeśli sam zabierze węzły. Przynajmniej był świadom ich potencjału i w związku z tym w pewnym stopniu był przed nim chroniony. Pochylił się, a wtedy sznurek prawie wskoczył mu do dłoni, owijając się wokół jego
palców tak mocno, że Karney omal nie krzyknął.
- Łajdak - mruknął.
Sznurek zwinął się w jego dłoni, oplatając mu palce w ekstatycznym
powitaniu. Karney uniósł rękę, żeby lepiej widzieć to przedstawienie.
Jego niepokój w związku z wydarzeniami na Archway Road nagle zniknął jak
za sprawą cudu. Jakie znaczenie mają takie drobne troski? To tylko życie
i śmierć. Lepiej wycofać się teraz, póki jeszcze może.
Nad jego głową zatrzęsła się gałąź. Oderwał wzrok od węzłów i zerknął na
drzewo, mrużąc oczy. Kiedy sznurek wrócił do niego, niepokoje i lęki
wyparowały.
- Ukaż się - powiedział. - Nie jestem taki jak Catso. Nie boję się. Chcę
wiedzieć, czym jesteś.
Z ukrycia wśród liści przyczajony stwór wychylił się w stronę Karneya i wypuścił pojedynczy, lodowaty oddech. Pachniał rzeką o niskim stanie
wody, gnijącą roślinnością. Karney już miał ponownie zapytać, czym stwór
jest, kiedy zdał sobie sprawę, że wydech był odpowiedzią. Wszystko, co
stwór mógł powiedzieć na temat swojego istnienia, zawierało się w tym
przejmującym, cuchnącym oddechu. Nie można było odmówić elokwencji tej
odpowiedzi. Zaniepokojony obrazem, jaki tchnienie wywołało w jego
umyśle, Karney cofnął się o krok. Poranione, ospałe kształty poruszały
się za jego oczami, zatopione w brudnym szlamie.
Kilka stóp od drzewa czar tchnienia prysł i Karney nabrał w płuca
wyziewów samochodowych znad drogi, jakby oddychał najczystszym
powietrzem o poranku świata. Odwrócił się plecami do cierpienia, które
wyczuł, schował oplecioną sznurkiem rękę do kieszeni i ruszył ścieżką.
Drzewa za nim znowu znieruchomiały.
Kilkudziesięciu gapiów zebrało się na wiadukcie, żeby popatrzeć na to,
co dzieje się na dole. Ich obecność wzbudziła z kolei zaciekawienie
kierowców jadących Hornsey Lane; niektórzy zaparkowali samochody i wysiedli, żeby dołączyć do tłumu. Scena pod wiaduktem była zbyt odległa,
żeby obudzić jakiekolwiek uczucia w Karneyu. Stał wśród gawędzącego
tłumu i beznamiętnie patrzył w dół. Rozpoznał trupa Catso po ubraniu, bo
poza tym niewiele zostało z jego kumpla.
Wiedział, że kiedyś przyjdzie mu go opłakać, ale w tej chwili nie czuł
niczego. W końcu Catso nie żył, prawda? Jego ból i konsternacja wreszcie
się skończyły. Karney przeczuwał, że mądrzej będzie zachować łzy dla
tych, których cierpienie ma się dopiero zacząć.
* * *
I znowu węzły.
Tej nocy w domu próbował je odłożyć na bok, ale po wieczornych
wydarzeniach spowił je nowy czar. Supły więziły bestie. W jaki sposób i dlaczego - tego nie wiedział. I - co ciekawe - w tej chwili
niespecjalnie to go obchodziło. Przez całe życie akceptował fakt, że
świat jest pełen tajemnic, których jego ograniczony umysł nie miał nawet
nadziei pojąć. To była jedyna prawdziwa lekcja, jaką przyswoił sobie w szkole: że jest ignorantem. Ta nowa zagadka była tylko kolejną pozycją
na długiej liście.
Przyszło mu na myśl tylko jedno sensowne wyjaśnienie: takie mianowicie,
że Pope w jakiś sposób zaaranżował kradzież węzłów, bo doskonale
wiedział, że oswobodzona bestia zemści się na jego oprawcach. Dopiero
podczas kremacji Catso, sześć dni później, Karney znalazł pewne
potwierdzenie swojej teorii. Do tego czasu zachowywał obawy dla siebie,
uznając, że im mniej będzie opowiadał o wydarzeniach tamtej nocy, tym
mniej szkód mogą mu narobić. Mówienie sprawiało, że rzeczy fantastyczne
zyskiwały na wiarygodności, dodawało ciężaru zjawisku, które - miał
nadzieję - zostawione samemu sobie stanie się zbyt kruche, żeby
przetrwać.
Kiedy następnego dnia policja przyszła do jego domu, żeby zadać kilka
rutynowych pytań przyjacielowi Catso, powiedział, że nic nie wie o okolicznościach jego śmierci. Brendan twierdził to samo i ponieważ
najwyraźniej nie było świadków, którzy zeznaliby coś innego, Karneya
więcej nie przesłuchiwano. Zostawiono go samego ze swoimi myślami. I z węzłami.
Raz spotkał Brendana. Spodziewał się oskarżeń. Brendan wierzył, że Catso
uciekał przed policją, kiedy zginął, a to z powodu rozkojarzenia Karneya
nie zostali ostrzeżeni o pojawieniu się gliniarzy. Jednakże Brendan o nic go nie oskarżył. Wziął na siebie ciężar winy z gorliwością, która
wręcz trąciła entuzjazmem. Mówił tylko o własnej winie, nie Karneya.
Pozorna przypadkowość śmierci Catso ujawniła w nim niespodziewaną
wrażliwość, aż Karney miał ochotę opowiedzieć mu całą niewiarygodną
historię od początku do końca. Jednak czuł, że to nie jest właściwa
chwila. Pozwolił więc, żeby Brendan wylewał swoje żale, a sam trzymał
język za zębami.
* * *
I wciąż te węzły.
Czasem budził się w środku nocy i czuł, że sznurek porusza się pod
poduszką. Jego obecność była pocieszająca, ale zapał już nie, bo budził
podobny entuzjazm w Karneyu. Chłopak chciał dotknąć pozostałych węzłów i zbadać ich zagadkę. Wiedział jednak, że tylko kusiłby własną
kapitulację, prowokował ulegnięcie fascynacji i żywionemu przez węzły
pragnieniu rozwiązania. Kiedy taka pokusa się pojawiała, zmuszał się do
przypomnienia sobie ścieżki przy wiadukcie i stwora wśród drzew; do
ponownego przebudzenia okropnych myśli, jakie napłynęły wraz z oddechem
potwora. A potem stopniowo wspomnienie cierpienia osłabiało ciekawość i Karney zostawiał sznurek na swoim miejscu. Poza zasięgiem wzroku,
chociaż rzadko poza zasięgiem myśli.
Wiedział, że węzły są niebezpieczne, lecz nie potrafił się zmusić do ich
spalenia. Dopóki miał ten skromny kawałeczek sznurka, był kimś jedynym w swoim rodzaju. Porzucenie go oznaczałoby powrót do dotychczasowej
nijakości. Nie chciał tego robić, mimo że podejrzewał, że codzienny i bliski kontakt ze sznurkiem systematycznie osłabia jego zdolność
opierania się pokusie.
Jeśli chodzi o stwora z drzewa, to więcej go nie zobaczył. Zaczął się
wręcz zastanawiać, czy nie wyobraził sobie tamtej konfrontacji. Więcej
nawet: z upływem czasu jego zdolność do racjonalizacji mogłaby
ostatecznie zwyciężyć i zepchnąć prawdę w niebyt. Jednakże wydarzenia po
kremacji Catso przekreśliły tę wygodną opcję.
Karney poszedł na nabożeństwo sam. I mimo obecności Brendana, Reda i Anelisy wyszedł z niego sam. Nie miał ochoty rozmawiać z żadnym z żałobników. W miarę upływu czasu coraz trudniej było mu odtworzyć słowa,
w które kiedyś potrafiłby ująć wydarzenia tamtej nocy. Wyszedł
pośpiesznie z krematorium, zanim ktokolwiek mógłby do niego podejść i zagadać. Szedł z pochyloną głową z powodu porywistego wiatru, który
przez cały dzień przynosił szybko następujące po sobie chwile to słońca,
to zachmurzenia. Idąc, grzebał w kieszeni w poszukiwaniu paczki
papierosów. Sznurek czekał jak zawsze i powitał jego palce w typowy dla
siebie przymilny sposób. Karney wyplątał się z niego i wyjął papierosy,
ale wiatr był za silny, żeby udało mu się utrzymać płomyk na zapałce, a jego dłonie najwyraźniej nie radziły sobie z tak prostym zadaniem jak
osłonięcie ognia. Przeszedł więc kawałek dalej, aż znalazł zaułek i wszedł do niego, żeby zapalić papierosa. Tam już czekał na niego Pope.
- Wysłałeś kwiaty? - zapytał bezdomny.
Karney odruchowo chciał się odwrócić i uciec. Jednak oświetlona słońcem
ulica znajdowała się raptem może o jard od niego, nie groziło mu tu
żadne niebezpieczeństwo. A rozmowa ze starcem mogła okazać się
pouczająca.
- Żadnych kwiatów? - upewnił się Pope.
- Żadnych - odpowiedział Karney. - Co tu robisz?
- To samo co ty. Przyszedłem zobaczyć, jak chłopak się pali.
Pope uśmiechnął się szeroko; wyraz jego nieszczęsnej, brudnej twarzy był
aż przesadnie odrażający. Nadal wyglądał jak worek kości, tak jak w tunelu dwa tygodnie wcześniej, ale teraz czaiło się w nim coś groźnego.
Karney cieszył się, że ma słońce za plecami.
- I ciebie. Przyszedłem też zobaczyć ciebie - dodał Pope.
Karney postanowił nie odpowiadać. Uderzył zapałką o draskę i zapalił
papierosa.
- Masz coś, co należy do mnie - mówił dalej Pope. Karney nie zamierzał
się przyznawać. - Chcę odzyskać moje węzły, chłopcze, zanim narobisz
prawdziwych szkód.
- Nie wiem, o czym mówisz - odpowiedział chłopak.
Niechętnie skupił wzrok na twarzy Pope'a, przyciągany przez jej
zawiłość. Zaułek, zawalony stosami śmieci, drgnął. Chmura musiała
przesunąć się po słońcu, bo dla oczu Karneya postać Pope'a subtelnie
pociemniała.
- To było głupie, chłopcze, próbować mnie okraść. Fakt, że byłem łatwą
ofiarą. To mój błąd i więcej się to nie powtórzy. Widzisz, czasem
dokucza mi samotność. Na pewno to rozumiesz. A kiedy czuję się samotny,
zaczynam pić.
Chociaż wydawało się, że minęło raptem kilka sekund, odkąd Karney
zapalił, papieros dopalił się już do filtra, a chłopak nawet raz się nie
zaciągnął. Wypuścił peta, jak przez mgłę zdając sobie sprawę, że czas,
podobnie jak przestrzeń, ulegają przedziwnemu wypaczeniu w tym zaułku.
- To nie ja - mruknął. Dziecinna wymówka w obliczu dowolnego oskarżania.
- Właśnie że ty - odpowiedział Pope z niezachwianym przekonaniem. - Nie
marnujmy oddechu na kłamstwa. Okradłeś mnie i twój koleżka za to
zapłacił. Nie możesz cofnąć szkód, których narobiłeś. Możesz jednak
zapobiec kolejnym, jeśli zwrócisz mi to, co do mnie należy. W tej
chwili.
Karney sięgnął bezwiednie do kieszeni, nawet nie zdając sobie z tego
sprawy. Chciał uciec z tej pułapki, zanim się zamknie. Oddanie Pope'owi
tego, co w końcu było jego prawowitą własnością, wydało się najprostszym
wyjściem. Jego palce jednak się zawahały. Dlaczego? Może dlatego, że
oczy Matuzalema były takie nieprzejednane; może dlatego, że oddanie
węzłów dawałoby Pope'owi całkowitą kontrolę nad bronią, która
ostatecznie zabiła Catso? Jednak nade wszystko Karney nie mógł ścierpieć
myśli o oddaniu jedynej cząstki tajemnicy, jaka kiedykolwiek wpadła mu w ręce, nawet za cenę własnego zdrowia psychicznego.
Pope, wyczuwając jego niechęć, wrzucił przymilność na wyższy bieg.
- Nie bój się mnie - powiedział. - Nie zrobię ci krzywdy, o ile mnie do
tego nie zmusisz. O wiele bardziej wolałbym, żebyśmy zakończyli tę
sprawę polubownie. Kolejna przemoc, może nawet kolejna śmierć, tylko
przyciągnęłaby więcej uwagi.
Czy właśnie patrzę na mordercę? - pomyślał Karney. Tak zaniedbanego, tak
idiotycznie słabego? A jednak dźwięk zaprzeczał widokowi. Nasiono
rozkazu, które kiedyś Karney usłyszał w głosie Pope'a, teraz w pełni
rozkwitło.
- Chcesz pieniędzy? - zapytał Pope. - O to ci chodzi? Pochlebiłbym
twojej dumie, gdybym zaproponował ci coś za fatygę?
Karney spojrzał z niedowierzaniem na obszarpanego włóczęgę.
- No wiem - mruknął starzec. - Może nie wyglądam na dzianego faceta, ale
pozory potrafią mylić. Właściwie to jest zasada, a nie wyjątek. Weźmy na
przykład ciebie. Nie wyglądasz na trupa, ale możesz mi wierzyć, że na
dobrą sprawę już jesteś trupem. Obiecuję ci śmierć, jeśli będziesz
dłużej mi się przeciwstawiał.
Ta przemowa, tak wyważona, tak przemyślana, zdumiała Karneya, gdy padła
z ust Pope'a. Dwa tygodnie temu dorwali go wstawionego. Był
skonsternowany i bezbronny. Jednak teraz, trzeźwy, przemawiał jak
hegemon, jak szalony król, który udawał żebraka wśród pospólstwa. Król?
Nie, raczej kapłan. Coś w naturze jego siły (nawet samo
nazwisko1) sugerowało, że źródłem jego władzy jest coś więcej
niż zwykła polityka.
- Raz jeszcze - odezwał się Pope - proszę, żebyś oddał mi to, co należy
do mnie.
Zrobił krok w stronę Karneya. Zaułek był wąskim tunelem napierającym na
ich głowy. Jeśli znajdowało się nad nimi niebo, to Pope je oślepił.
- Oddaj mi węzły - powiedział.
Jego głos łagodnie dodawał otuchy. Ciemność całkowicie zamknęła się
wokół nich. Karney widział tylko usta mężczyzny: nierówne zęby, szary
język.
- Oddaj mi je, złodzieju, bo inaczej poniesiesz konsekwencje.
- Karney?
Głos Reda napłynął z innego świata. Świat ten znajdował się zaledwie
parę kroków dalej - głos, słońce, wiatr - ale przez długą chwilę Karney
nie mógł go zlokalizować.
- Karney?
Siłą oderwał swoją świadomość od zębów Pope'a i zmusił się do odwrócenia
w stronę ulicy. Stał tam w słońcu Red z Anelisą u boku. Jej włosy w kolorze blond błyszczały.
- Co jest grane?
- Zostaw nas - powiedział Pope. - Ja i on mamy interes do załatwienia.
- Ty masz interes do załatwienia z nim? - zapytał Karneya Red.
Zanim Karney zdążył odpowiedzieć, Pope się odezwał:
- Powiedz mu. Powiedz mu, Karney, że chcesz porozmawiać ze mną na
osobności.
Red zerknął ponad ramieniem Karneya na starca.
- Zamierzasz wyjaśnić mi, co tu się dzieje?
Język Karneya silił się z odpowiedzią, ale nadaremnie. Słońce znajdowało
się tak daleko. Za każdym razem, kiedy cień chmury przepływał po ulicy,
bał się, że światło zgaśnie już na zawsze. Poruszał ustami
bezdźwięcznie, żeby wyrazić swój strach.
- Wszystko w porządku? - zapytał Red. - Karney? Słyszysz mnie?
Karney skinął głową. Ciemność, która go trzymała, zaczynała się
rozwiewać.
- Tak... - odpowiedział.
Nagle Pope rzucił się na Karneya, desperacko sięgając do jego kieszeni.
Zderzenie pchnęło chłopaka, który nadal trwał w stuporze, na ścianę
zaułka. Upadł w bok na stos skrzynek. Stos i on sam przewrócili się, a Pope, który za mocno się go trzymał, też runął na ziemię. Cały jego
wcześniejszy spokój - wisielczy humor, zawoalowane pogróżki - przepadły.
Znowu był zidiociałym włóczęgą wyrzucającym z siebie szaleńcze brednie.
Karney poczuł, że ręce bezdomnego rozrywają mu ubranie, orają skórę w poszukiwaniu węzłów. Słów, jakie Pope wykrzykiwał mu w twarz, nie dało
się już zrozumieć.
Red wszedł do zaułka, żeby odciągnąć starca, łapiąc go za płaszcz, włosy albo brodę, cokolwiek będzie najłatwiej chwycić, żeby oderwać go od ofiary. Łatwiej powiedzieć niż zrobić. Atak był napędzany furią szaleństwa. Jednak w końcu zwyciężyła większa siła Reda. Bluzgający nonsensami Pope został odciągnięty i postawiony do pionu. Red trzymał go jak wściekłego psa. - Wstawaj... - powiedział do Karneya. - Odsuń się poza jego zasięg.
Karney podniósł się chwiejnie pośród odłamków skrzynek. W kilka sekund
Pope zdążył narobić sporych szkód. Karney krwawił z pół tuzina różnych
miejsc. Ubranie miał zniszczone, koszulę tak podartą, że nie dało się
już tego naprawić. Ostrożnie dotknął rozoranej twarzy. Ślady były
wybrzuszone jak blizny rytualne.
Red pchnął Pope'a na ścianę. Bezdomny nadal się gotował, wytrzeszczał
oczy jak wariat. Strumień obelg - mieszanina angielszczyzny i bełkotu -
popłynął prosto w twarz Reda. Nie przerywając tyrady, Pope znowu
spróbował rzucić się na Karneya, ale tym razem chwyt Reda nie pozwolił
mu dosięgnąć chłopaka pazurami. Red wywlekł Pope'a z zaułka na główną
ulicę.
- Usta ci krwawią - powiedziała Anelisa, patrząc na Karneya z nieskrywaną odrazą.
Karney czuł słony i gorący smak krwi. Przyłożył dłoń do warg. Gdy ją
zabrał, była czerwona.
- Dobrze, że przyszliśmy tu za tobą - dodała Anelisa.
- Aha - odpowiedział, nie patrząc na nią.
Wstydził się tego, że zrobił z siebie przedstawienie w zaułku, i wiedział, że Anelisa musi śmiać się w duchu z tego, że nie potrafił się
obronić przed bezdomnym. Cała jej rodzina to rasowi złoczyńcy, a jej
ojciec był bohaterem wśród złodziejów.
Red wrócił z ulicy. Pope przepadł.
- O co tu poszło? - zapytał ostro, wyjmując grzebień z kieszeni i poprawiając fryzurę.
- O nic - odpowiedział Karney.
- Nie chrzań. Twierdzi, że coś mu ukradłeś. To prawda?
Karney zerknął na Anelisę. Gdyby nie ona, może byłby gotów od razu
opowiedzieć o wszystkim Redowi. Odwzajemniła spojrzenie i wydawało się,
że czyta mu w myślach. Wzruszyła ramionami i odeszła poza zasięg słuchu,
kopiąc po drodze kawałki połamanych skrzynek.
- On ma coś do nas, Red - powiedział Karney.
- Co ty wygadujesz?
Karney spojrzał na swoją zakrwawioną rękę. Nawet kiedy Anelisa ich
zostawiła, słowa wyjaśnień napływały opornie.
- Catso... - zaczął.
- Co z nim?
- On uciekał, Red.
Za jego plecami Anelisa westchnęła poirytowana. To trwało za długo i nadużywało jej cierpliwości.
- Red, spóźnimy się - powiedziała.
- Poczekaj minutę - odpowiedział jej ostro i skupił się z powrotem na
Karneyu. - Co masz na myśli? Co z Catso?
- Dziadyga nie jest tym, czym się wydaje. To nie jest zwykły bezdomny.
- Nie? A kto? - Nutka sarkazmu pojawiła się w głosie Reda, niewątpliwie
na użytek Anelisy. Dziewczyna miała dość udawania dyskretnej i podeszła
do nich z powrotem. - Kto to jest, Karney?
Karney pokręcił głową. Jaki miało sens wyjaśnianie części tego, co się
wydarzyło? Albo trzeba spróbować wyjaśnić całość, albo nie mówić nic.
Milczenie było łatwiejsze.
- Nieważne - bąknął bezbarwnie.
Red rzucił mu zdziwione spojrzenie, a kiedy nie padły żadne dalsze
wyjaśniania, powiedział:
- Jeśli masz mi coś do powiedzenia na temat Catso, to chętnie posłucham.
Wiesz, gdzie mieszkam.
- Jasne.
- Mówię serio - dodał Red. - Gdybyś chciał pogadać.
- Dzięki.
- Catso to był porządny gość, wiesz? Trochę ochlapus, ale mieliśmy swoje
chwile, nie? Nie powinien był umrzeć, Karney. To nie w porządku.
- Red...!
- Woła cię.
Anelisa wyszła już na ulicę.
- Ona zawsze mnie woła. Do zobaczenia, Karney.
- Jasne.
Red poklepał Karneya po piekącym policzku i poszedł za Anelisą na
słońce. Karney nie ruszył za nimi. Był roztrzęsiony po ataku Pope'a.
Zamierzał poczekać w zaułku, aż odzyska chociaż część zimnej krwi.
Szukając pociechy w węzłach, włożył rękę do kieszeni kurtki. Była pusta.
Sprawdził pozostałe kieszenie. Też okazały się puste, a jednak był
przekonany, że staruch nie zdołał zbliżyć się do sznurka. Może sznurek
wyślizgnął się z ukrycia podczas szarpaniny. Karney zaczął przeszukiwać
zaułek, a kiedy za pierwszym razem niczego nie znalazł, przeszukał go po
raz drugi i trzeci. Jednak do tego czasu już wiedział, że szuka na
darmo. Pope'owi jednak się udało. Dzięki zręczności albo przypadkowi
odzyskał węzły.
Ze zdumiewającą klarownością Karney przypomniał sobie, jak stał na
Wiadukcie Samobójców i patrzył w dół na Archway Road, na ciało Catso
rozwleczone pośrodku siatki świateł i pojazdów. Czuł się tak oderwany od
tej tragedii, patrzył na nią z zaangażowaniem godnym przelatującego w górze ptaka. Teraz nagle został zestrzelony z nieba. Leżał ranny na
ziemi i czekał bezradnie na nadchodzącą zgrozę. Czuł smak krwi z rozkwaszonej wargi i zastanawiał się - pragnąc, żeby ta myśl przepadła,
gdy tylko zaczęła się formować - czy Catso zginął na miejscu, czy też
poczuł smak krwi, kiedy leżał na asfalcie i patrzył na ludzi na
wiadukcie, którzy mieli dopiero się przekonać, jak blisko znajduje się
śmierć.
Wrócił do domu najbardziej ludną trasą, jaką potrafił obmyślić. Pokazał
się przez to w swoim opłakanym stanie szanowanym matronom i policjantom,
ale wolał ich dezaprobatę od ryzyka zapuszczenia się na puste ulice z dala od głównych arterii miejskich. W domu obmył zadrapania i włożył
świeże ubranie, a potem siedział przez pewien czas przed telewizorem,
żeby w końcu przestać się trząść. Było późne popołudnie i nadawano
programy dla dzieci. Ton przyprawiającego o nudności optymizmu skaził
wszystkie kanały. Karney pochłaniał banały oczami, ale nie umysłem,
wykorzystując chwilę odpoczynku, żeby znaleźć słowa, którymi mógłby
opisać to, co mu się przydarzyło. Koniecznie musiał teraz ostrzec Reda i Brendana. Skoro Pope zdobył kontrolę nad węzłami, to była tylko kwestia
czasu, zanim jakaś bestia - może coś gorszego od stwora z drzew -
przyjdzie po nich. A wtedy będzie już za późno na wyjaśnienia. Wiedział,
że tamci dwaj potraktują go pogardliwie, ale postara się ich przekonać,
nawet jeśli się przy tym ośmieszy. Może jego łzy i panika poruszą ich w sposób, w jaki jego ubogie słownictwo nigdy by nie zdołało. Jakieś pięć
po piątej, zanim jego matka wróciła z pracy, wymknął się z domu i poszedł poszukać Brendana.
* * *
Anelisa wyjęła z kieszeni sznurek, który znalazła w zaułku, i obejrzała
go uważnie. Nie do końca była pewna, czemu w ogóle zawracała sobie nim
głowę, ale jakimś sposobem trafił do jej ręki. Zaczęła bawić się jednym
z węzłów, narażając swoje długie paznokcie. Miała mnóstwo lepszych zajęć
tak wczesnym wieczorem. Red poszedł kupić papierosy i coś do picia, a ona obiecała sobie nieśpieszną, pachnącą kąpiel przed jego powrotem.
Była jednak przekonana, że nie trzeba wiele czasu, żeby rozwiązać węzeł.
Odnosiła wręcz wrażenie, że supeł aż się pali do tego, żeby go rozplątać
- wyczuwała coś przedziwnego, jakby ruch w jego wnętrzu. A jeszcze
bardziej intrygujące były kolory w węźle - widziała przebłyski szkarłatu
i fioletu. W ciągu paru minut całkowicie zapomniała o kąpieli; to mogło
zaczekać. Zamiast tego skupiła się na zagadce w palcach. Już po paru
minutach zaczęła widzieć światło.
* * *
Karney opowiedział Brendanowi historię najlepiej, jak potrafił. Kiedy
już zaryzykował i zaczął od początku, przekonał się, że opowieść siłą
własnego rozpędu poniosła go aż do chwili obecnej praktycznie bez
większego wahania. Zakończył słowami:
- Wiem, że to brzmi nieprawdopodobnie, ale to wszystko prawda.
Brendan nie uwierzył w ani jedno słowo. Jego puste spojrzenie wyrażało
to całkiem jasno. Jednak na jego pobliźnionej twarzy malowało się coś
więcej niż niedowierzanie. Karney nie potrafił tego rozgryźć, dopóki
Brendan nie złapał go za koszulę. Dopiero wtedy dostrzegł głębię jego
furii.
- Uważasz, że śmierć Catso nie jest dość straszna - zasyczał. - Więc
musiałeś przyjść i opowiedzieć mi te brednie.
- Ale to prawda.
- A gdzie są teraz te pieprzone węzły?
- Mówiłem ci, stary je dorwał. Zabrał mi je dziś po południu. Pozabija
nas, Bren. Wiem to.
Brendan wypuścił Karneya.
- Powiem ci, co zrobię - oznajmił wielkodusznie. - Zapomnę o wszystkim,
co mi właśnie powiedziałeś.
- Nie rozumiesz...
- Powiedziałem: zapomnę o tym, że pisnąłeś choćby słówkiem. W porządku?
A teraz wypierdalaj stąd i zabierz ze sobą swoje zabawne historyjki.
Karney ani drgnął.
- Słyszysz?! - wrzasnął Brendan.
Karney dostrzegł charakterystyczne błyski w kącikach jego oczu. Gniew
był tylko kamuflażem, ledwie wystarczającym dla żałoby, przed którą
Brendan nie potrafił się bronić. W tym stanie ani strach, ani
argumentacja nie przekonałyby go do przyjęcia faktów. Karney wstał.
- Przepraszam - powiedział. - Pójdę już sobie.
Brendan pokręcił głową, patrząc w podłogę. Nie podniósł wzroku,
pozwolił, żeby Karney sam poszedł do wyjścia. Został teraz tylko Red.
Ostatni sąd apelacyjny. Historię raz opowiedzianą można opowiedzieć
ponownie, prawda? Powtórka będzie łatwa. Już obracając słowa w głowie,
Karney wyszedł, zostawiając Brendana jego łzom.
* * *
Anelisa słyszała, że Red wchodzi frontowymi drzwiami. Słyszała, że woła.
Raz, a potem drugi. Słowo brzmiało znajomo, ale potrzebowała kilku
sekund, żeby rozpoznać w nim własne imię.
- Anelisa! - zawołał znowu. - Gdzie jesteś?
Nigdzie, pomyślała. Jestem niewidzialną kobietą. Nie szukaj mnie.
Proszę, na Boga, zostaw mnie w spokoju. Przyłożyła dłoń do ust, żeby
powstrzymać szczękające zęby. Musiała pozostać absolutnie nieruchoma,
zachować absolutną ciszę. Jeśli poruszy się choćby na szerokość włosa,
to coś ją usłyszy i przyjdzie po nią. Była bezpieczna jedynie zwinięta w maleńką kulkę i zatykając usta dłonią.
Red zaczął wchodzić po schodach. Anelisa bez wątpienia kąpała się i śpiewała sobie pod nosem. Ta kobieta niewiele rzeczy uwielbiała tak jak
wodę. Zdarzało jej się siedzieć godzinami w wannie, jej piersi wyłaniały
się wtedy z piany jak dwie rajskie wyspy. Cztery kroki od podestu na
półpiętrze usłyszał hałas w korytarzu na dole. Kaszel albo coś
podobnego. Pogrywała sobie z nim? Odwrócił się i zszedł, poruszając się
teraz bardzo cicho. Prawie na dole schodów dostrzegł sznurek, który
upadł na jeden ze stopni. Podniósł go i przez chwilę zastanawiał się nad
zawiązanym na nim pojedynczym węzłem, nim znowu usłyszał hałas. Tym
razem nie wmawiał sobie, że to Anelisa. Wstrzymał oddech, czekając na
kolejną wskazówkę z korytarza. Kiedy nic nie nadeszło, sięgnął do buta i wyjął nóż sprężynowy, broń, którą nosił przy sobie już od jedenastego
roku życia. Broń nastolatka, jak zwrócił mu uwagę ojciec Anelisy. Jednak
teraz, gdy szedł korytarzem do salonu, dziękował świętemu patronowi
noży, że nie posłuchał rady starego przestępcy.
W pokoju panował mrok. Wieczór zapadł w domu, zaciemnił okna. Red stał
przez długą chwilę w progu, niespokojnie wypatrując we wnętrzu ruchu.
Znowu ten hałas - tym razem nie pojedynczy dźwięk, ale cała seria. Z ulgą stwierdził, że nie wydaje ich człowiek. Najprawdopodobniej pies
raniony w walce. W dodatku dźwięk nie dochodził z pokoju przed nim, ale
ze znajdującej się dalej kuchni. Nabrał odwagi, kiedy zdał sobie sprawę,
że intruz to tylko zwierzę, więc sięgnął do pstryczka, żeby włączyć
światło.
Szaleńczy ciąg wydarzeń, jakie wtedy zainicjował, rozegrał się w zapierającym dech w piersi tempie i potrwał nie więcej niż kilkanaście
sekund, a mimo to Red przeżył wszystko z najdrobniejszymi szczegółami. W pierwszej sekundzie, kiedy światło się zapaliło, zobaczył coś
poruszającego się na podłodze w kuchni, w następnej już szedł ku tej
istocie z nożem w ręku. Trzecia sekunda wywabiła z ukrycia zaalarmowane
jego agresywnymi zamiarami zwierzę. Rzuciło się na niego jak rozmazana
połyskliwa plama. Jego nagła bliskość była obezwładniająca: wielkość,
żar parującego ciała, ogromna paszcza, z której buchał oddech cuchnący
zgnilizną. W czwartej i piątej sekundzie Red zdołał uniknąć pierwszego
ataku, ale w szóstej stwór go dopadł. Złapał go obdartymi ze skóry
kończynami. Red ciął nożem i zadał ranę, ale stwór porwał go w śmiercionośne objęcia. Bardziej przypadkiem niż celowo nóż wbił się w ciało i płynny żar obryzgał Redowi twarz. Prawie tego nie zauważył.
Zostały mu trzy ostatnie sekundy. Śliska od krwi broń wysunęła mu się z ręki i utkwiła w ciele bestii. Rozbrojony Red próbował wyrwać się z uścisku, ale zanim zdążył się odsunąć, wielki niedokończony łeb naparł
na niego, paszcza otworzyła się jak tunel i zaciągnęła się jednym
potężnym haustem powierza z płuc chłopaka. To było ostatnie tchnienie,
jakie mu pozostało. Pozbawiony tlenu mózg urządził pokaz fajerwerków z okazji rychłego odejścia: ognie rzymskie, wirujące fontanny, komety.
Pokaz pirotechniczny był jednak zdecydowanie za krótki i zaraz zapadła
ciemność.
Na górze Anelisa słuchała chaosu dźwięków i próbowała poskładać je w całość, ale nie potrafiła tego zrobić. Jednak cokolwiek się wydarzyło,
zakończyło się ciszą. Red nie przyszedł jej szukać. Podobnie jak bestia.
Może pozabijali się wzajemnie, pomyślała. Prostota tego rozwiązania ją
zadowoliła. Czekała w pokoju, aż głód i nuda przezwyciężyły jej obawy,
dopiero wtedy zeszła na parter. Red leżał tam, gdzie porzuciło go
potomstwo drugiego węzła; oczy miał szeroko otwarte, żeby oglądać
fajerwerki. Sam stwór siedział w przeciwległym kącie pokoju: strzęp
żywej istoty. Na jego widok Anelisa odsunęła się od ciała Reda w stronę
drzwi. Stwór nie próbował iść za nią, tylko powiódł za nią spojrzeniem
głęboko osadzonych oczu, dysząc chrapliwie. Jego ruchy były powolne,
ospałe.
Anelisa uznała, że poszuka ojca, i uciekła z domu, zostawiwszy uchylone
drzwi wejściowe.
Nadal były niezamknięte, kiedy godzinę później zjawił się Karney. Chociaż po wyjściu od Brendana zamierzał iść prosto do Reda, odwaga zaczęła go opuszczać. Zamiast tego poszedł najpierw - nie planując tego - na wiadukt nad Archway Road. Stał tam przez długi czas, obserwując ruch samochodowy na dole i popijając wódkę, którą kupił przy Holloway Road. Wydał całą gotówkę na ten zakup, ale alkohol na pusty żołądek mocno podziałał i przejaśnił mu w głowie. Wszyscy umrą, uznał. Może to była jego wina, bo ukradł sznurek. Ale bardziej prawdopodobne było to, że Pope i tak ukarałaby ich za zbrodnie przeciwko jego osobie. Jedyne, na co mogli mieć teraz nadzieję - na co on mógł mieć nadzieję - to odrobina zrozumienia. To byłoby prawie wystarczające, uznał jego zalany alkoholem mózg: umrzeć, rozumiejąc tajemnice świata odrobinę lepiej, niż kiedy się urodził. Red by to zrozumiał. Teraz Karney stał na schodach i wołał kumpla po imieniu. Nikt nie
odkrzyknął w odpowiedzi. Wypita wódka uczyniła go bezczelnym, więc znowu
zawołał Reda i wszedł do domu. W korytarzu panowała ciemność, ale
światło paliło się w jednym z pokojów, dlatego ruszył w tym kierunku. W domu było parno jak w cieplarni. Jeszcze goręcej było w salonie, gdzie
Red oddawał ciepło swojego ciała powietrzu.
Karney gapił się na niego dostatecznie długo, by zauważyć, że trzyma
sznurek w lewej ręce i że pozostał na nim tylko jeden węzeł. Może Pope
tu był i z jakiegoś powodu zostawił sznurek. Jakkolwiek do tego doszło,
obecność sznurka w dłoni Reda stanowiła jedyną w życiu okazję. Tym razem
- przysięgał w duchu Karney, podchodząc do ciała - zniszczy sznurek raz
na zawsze. Spali go i rozrzuci prochy na cztery strony świata. Pochylił
się, żeby wyjąć go z ręki przyjaciela. Sznurek wyczuł jego bliskość,
wysunął się śliski od krwi z dłoni martwego człowieka do dłoni Karneya i oplótł się wokół jego palców, zostawiając czerwony ślad. Karneya mdliło,
gdy spojrzał na ostatni węzeł. Proces, którego zapoczątkowanie wymagało
od niego tak wielkiego wysiłku, toczył się teraz sam siłą rozpędu. Po
rozwiązaniu drugiego supła trzeci praktycznie sam się rozplątywał. Nadal
najwyraźniej potrzebował ludzkiej pomocy - bo w przeciwnym wypadku,
dlaczego skoczyłby tak ochoczo do jego ręki? - ale już był bliski
rozwiązania własnej zagadki. Konieczne było, żeby Karney zniszczył go
szybko, zanim węzłowi uda się rozplątać do końca.
Dopiero wtedy zdał sobie sprawę, że nie jest sam. Poza nieboszczykiem w pobliżu było też coś żywego. Oderwał wzrok od podrygującego węzła, kiedy
ktoś do niego przemówił. Słowa nie miały sensu. Właściwie to były nie
tyle słowa, ile raczej seria bolesnych dźwięków. Karney przypomniał
sobie oddech stwora na ścieżce i niejasność odczuć, jakich był źródłem.
Teraz ponownie poruszyła go taka sama niejednoznaczność. Wraz ze
strachem naszło go wrażenie, że stworzenie powiedziało "strata", choć
nie wiadomo w jakim języku.
W Karneyu obudziło się coś w rodzaju litości.
- Pokaż się - powiedział, nie wiedząc, czy bestia go zrozumie.
Minęło kilka drżących uderzeń serca i stworzenie weszło drugimi
drzwiami. Światło w salonie było mocne, wzrok Karneya dobry, ale
anatomii tej istoty nie dało się ogarnąć. Było coś małpiego w obdartej
ze skóry, rozkołatanej postaci. Zdawała się zarazem pobieżna, niegotowa,
jakby urodziła się przedwcześnie. Otworzyła paszczę i wydała z siebie
kolejny dźwięk. Z oczu ukrytych pod krwawiącym płatem czoła nic nie dało
się wyczytać. Przygarbiony stwór zaczął wlec się ze swojej kryjówki
przez salon w stronę Karneya, każdym krokiem kusząc go do tchórzliwej
ucieczki. Przy ciele Reda zatrzymał się i uniósł jedną z odartych ze
skóry kończyn, wskazując załom szyi. Karney zobaczył tkwiący tam nóż -
domyślał się, że należał do Reda. Zastanawiał się, czy bestia próbowała
usprawiedliwić fakt, że zabiła chłopaka?
- Czym jesteś? - zapytał.
To samo pytanie.
Stwór potrzasnął ciężkim łbem w tę i z powrotem. Przeciągły, niski jęk
dobył się z ust. I nagle podniósł rękę i wskazał Karneya. Kiedy to
zrobił, światło padło na jego twarz i Karney dostrzegł oczy pod niskim
czołem: dwa klejnoty uwięzione w okaleczonej kuli czaszki. Od ich blasku
i klarowności wzburzył mu się żołądek. A stwór nadal wskazywał go
palcem.
- Czego chcesz? - zapytał Karney. - Powiedz mi, czego chcesz.
Bestia opuściła odartą ze skóry kończynę i przestąpiła nad trupem w stronę Karneya, ale nie miała okazji ujawnić swoich intencji. Krzyk spod
drzwi wejściowych sprawił, że zamarła w pół chwiejnego kroku.
- Jest tu kto? - dopytywał się przybysz.
Na twarzy stwora odmalowała się panika. Zbyt ludzkie oczy obróciły się w krwawych oczodołach i bestia zawróciła, wycofała się do kuchni. Intruz,
kimkolwiek był, zawołał ponownie. Jego głos rozbrzmiał bliżej. Karney
spojrzał na trupa, na zakrwawioną rękę, rozważył swoje opcje i potem
ruszył przez salon, żeby wybiec kuchennymi drzwiami. Stworzenie już
zniknęło. Tylne drzwi domu stały otwarte na oścież. Karney usłyszał za
sobą, jak przybysz mamrocze rwaną modlitwę na widok szczątków Reda.
Zawahał się w mroku. Czy ukradkowa ucieczka to rozsądny wybór? Czy nie
obciąży go bardziej, niż gdyby został i spróbował dociec prawdy? Węzeł,
który nadal poruszał się w jego dłoni, w końcu pomógł mu podjąć decyzję.
Zniszczenie go było najważniejsze. W salonie nieznajomy dzwonił po
pomoc. Wykorzystując jego spanikowany monolog jako osłonę, Karney
pokonał chyłkiem ostatnie jardy do tylnego wyjścia i uciekł.
* * *
- Ktoś do ciebie wydzwaniał! - zawołała ze szczytu schodów matka. -
Obudził mnie już dwa razy. Powiedziałam mu, że nie wiem...
- Przepraszam, mamo. Kto dzwonił?
- Nie chciał powiedzieć. Zabroniłam mu więcej dzwonić. Powiedz mu, gdyby
znowu telefonował, że nie życzę sobie, żeby ludzie wydzwaniali o tej
porze. Niektórzy z nas muszą wstać rano do pracy.
- Tak, mamo.
Matka zniknęła z podestu na półpiętrze i wróciła do pustego łóżka. Drzwi
się za nią zamknęły. Roztrzęsiony Karney stał na dole w korytarzu z ręką
zaciśniętą na węźle w kieszeni. Sznurek nadal się poruszał, obracał raz
za razem w ciasnocie jego dłoni, szukając odrobiny swobody, żeby choć
trochę rozluźnić sploty. Jednak Karney nie zostawiał mu ani krzty
przestrzeni. Poszukał wódki, którą kupił wcześniej tego wieczoru,
odkręcił jedną ręką butelkę i napił się. Pociągnął drugi gorzki łyk.
Zadzwonił telefon. Karney odstawił butelkę i podniósł słuchawkę.
- Słucham?
Dzwoniono z budki telefonicznej. Rozległ się dźwięk, moneta wpadła i zabrzmiał głos:
- Karney?
- Tak?
- Na miłość boską, on mnie zabije.
- Kto mówi?
- Brendan. - Głos w ogóle nie przypominał głosu Brendana: był za
piskliwy, zbyt tchórzliwy. - Zabije mnie, jeśli nie przyjdziesz.
- Pope? Chodzi o Pope'a?
- Całkiem mu odbiło. Musisz przyjść na złomowisko na wzgórzu. Daj mu...
Połączenie się urwało. Karney odłożył słuchawkę. Sznurek w jego dłoni
wyczyniał akrobacje. Karney otworzył dłoń. W słabym świetle padającym z półpiętra ostatni węzeł zamigotał. W jego sercu, tak jak w sercach
pozostałych dwóch, kusiły przebłyski koloru. Karney zacisnął pięść z powrotem, wziął butelkę wódki i wyszedł.
* * *
Złomowisko szczyciło się kiedyś wielkim i wiecznie rozwścieczonym
dobermanem, ale ubiegłej wiosny pies dostał guza i zaatakował
właściciela. W efekcie został uśpiony, a następcy nie kupiono. Dzięki
temu ogrodzenie z blachy falistej można było łatwo pokonać. Karney
wspiął się na nie i zeskoczył na zasypaną żwirem i żużlem ziemię po
drugiej stronie. Reflektor przy głównej bramie oświetlał zbiorowisko
samochodów osobowych i dostawczych zgromadzonych na złomowisku.
Większości nie dałoby się już odratować: zardzewiałe ciężarówki i cysterny, autobus, który najwyraźniej przywalił rozpędzony w niski
wiadukt, rzędy samochodów jak zdjęcia przestępców w kartotece,
ustawionych obok siebie lub jeden na drugim, same ofiary wypadków.
Zaczynając od bramy, Karney przeszukiwał złomowisko systematycznie,
starając się poruszać jak najciszej, ale w północno-zachodnim krańcu
nigdzie nie znalazł Pope'a ani jego więźnia. Z węzłem w ręku ruszył w głąb terenu, z każdym krokiem oddalając się od dodającego otuchy
światła. Parę kroków dalej dostrzegł blask ognia między dwoma
samochodami. Zamarł i spróbował zorientować się w zawiłej grze cieni i płomieni. Usłyszał ruch za sobą i obrócił się, w każdej chwili
spodziewając się krzyku, ciosu. Nic takiego się nie wydarzyło. Rozejrzał
się po złomowisku, mimo żółtego odblasku płomienia wciąż tańczącego na
jego siatkówce, ale cokolwiek się poruszyło, teraz znieruchomiało.
- Brendan? - szepnął, patrząc znowu w stronę ognia.
W połaci cienia przed nim poruszyła się jakaś postać. Brendan wypadł z niej chwiejnie i wylądował na kolanach na żużlu parę stóp od miejsca, w którym stał Karney. Nawet w zwodniczym świetle było widać, że solidnie
oberwał. Na koszuli miał plamy, za ciemne, żeby mogły być czymś innym
niż krew. Twarz krzywił z bólu, który odczuwał albo którego się
spodziewał. Kiedy Karney podszedł do niego, Brendan skulił się jak bite
zwierzę.
- To ja, Karney.
Brendan uniósł posiniaczoną głowę.
- Zrób coś, żeby przestał.
- Wszystko będzie dobrze.
- Każ mu przestać. Proszę.
Brendan podniósł ręce do szyi. Miał na gardle obrożę ze sznura. Smycz
sięgała w ciemność między dwoma samochodami. Tam, trzymając jej koniec,
stał Pope. Jego oczy błyszczały w mroku, chociaż nie było żadnego
światła, które mogłyby odbijać.
- Mądrze zrobiłeś, przychodząc - powiedział Pope. - Zabiłbym go.
- Puść go - zażądał Karney.
Pope pokręcił głową.
- Najpierw węzeł.
Wyszedł z ukrycia. Z jakiegoś powodu Karney spodziewał się, że Pope
zrzuci przebranie bezdomnego i ukaże swoje prawdziwe oblicze -
jakiekolwiek miałoby być - ale nic z tego. Miał na sobie te same brudne
szmaty co zawsze, ale niezaprzeczalnie panował nad sytuacją. Szarpnął
krótko sznurem i Brendan przewrócił się na ziemię, dławiąc się i szarpiąc na próżno pętlę zaciskającą się na gardle.
- Przestań - powiedział Karney. - Mam węzeł, niech cię szlag. Nie
zabijaj go.
- Przynieś mi go.
Kiedy Karney zrobił krok w stronę starca, coś krzyknęło w labiryncie
złomowiska. Karney rozpoznał ten dźwięk, podobnie jak Pope. To był
niewątpliwie głos obdartego ze skóry stworzenia, które zabiło Reda.
Znajdowało się w pobliżu. Na brudnej twarzy Pope'a zapłonęła nowa
determinacja.
- Szybko! Bo go zabiję.
Wyciągnął nóż z kieszeni płaszcza. Pociągnął za sznur i zmusił Brandona
do powrotu.
Skarga stworzenia przybrała na sile.
- Węzeł! - nalegał Pope. - Daj mi go!
Podszedł do Brendana i przyłożył ostrze do jego krótko ostrzyżonej
głowy.
- Nie - prosił Karney. - Po prostu weź węzeł.
Zanim zdążył nabrać powietrza, coś poruszyło się w kąciku jego pola
widzenia i parzący chwyt zacisnął się na jego nadgarstku. Pope krzyknął
gniewnie, a Karney odwrócił się i zobaczył obok siebie szkarłatną
bestię, która patrzyła nań udręczonym wzrokiem. Karney próbował się
wyrwać, ale stwór pokręcił pokiereszowaną głową.
- Zabij to! - wrzeszczał Pope. - Zabij!
Stwór spojrzał na Pope'a i po raz pierwszy Karney dostrzegł coś
jednoznacznego w jego bladych oczach: czystą nienawiść. Potem Brendan
krzyknął, a Karney zdążył jeszcze zobaczyć, jak nóż wbija mu się w policzek. Pope wyciągnął ostrze i pozwolił, żeby trup Brendana padł do
przodu. Zanim ciało uderzyło o ziemię, Pope już szedł do Karneya z morderczym zamiarem widocznym w każdym kroku. Bestia, wrzeszcząc ze
strachu, puściła rękę Karneya i zdążyła jeszcze zrobić unik przed
pierwszym ciosem Pope'a. Stwór i człowiek rozdzielili się i rozbiegli w różne strony. Buty Karneya ślizgały się na luźnym żużlu. Przez chwilę
czuł cień Pope'a na sobie, ale o milimetr uniknął drugiego ciosu nożem.
- Nie zdołasz stąd uciec! - usłyszał, biegnąc. Pope był tak pewien
swojej pułapki, że nawet go nie gonił. - Jesteś na moim terytorium,
chłopcze. Nie ma stąd ucieczki.
Karney rzucił się między dwa samochody i zaczął kluczyć z powrotem w kierunku bramy, ale jakimś cudem stracił orientację. Jeden ciąg
zardzewiałych wraków prowadził do drugiego, tak podobnego, że nie dało
się ich odróżnić. Dokądkolwiek labirynt go wiódł, wydawało się, że nie
ma stąd wyjścia. Nie widział już lampy ani ogniska Pope'a na drugim
końcu złomowiska. To był jeden wielki teren łowiecki, a on był
zwierzyną. I dokądkolwiek Dedalowa ścieżka go poprowadziła, ścigał go
głos Pope'a równie bliski jak bicie własnego serca.
- Oddaj węzeł, chłopcze - mówił. - Oddaj, a nie nakarmię cię twoimi
własnymi oczami.
Karney był przerażony, ale wyczuwał, że tak samo boi się Pope. Sznurek
nie był narzędziem do zabijania, jak cały czas uważał Karney. Bez
względu na ukrytą w węzłach logikę, starzec nie był ich panem. W tym
fakcie tkwiła maleńka szansa na przetrwanie. Nadszedł czas, żeby
rozwiązać ostatni węzeł. Rozwikłać go i pogodzić się ze skutkami. Czy
mogą być gorsze od śmierci z rąk Pope'a?
Znalazł odpowiednie schronienie obok spalonej ciężarówki, przykucnął i otworzył pięść. Nawet w ciemności czuł, jak węzeł pracuje, żeby się
rozplątać. Pomagał mu najlepiej, jak potrafił.
- Nie rób tego - odezwał się znowu Pope, udając, że ma w sobie jakieś
człowieczeństwo. - Wiem, co sobie myślisz, i uwierz mi, że to będzie
twój koniec.
Nagle Karney odniósł wrażenie, że ma dwie lewe ręce, już niezdolne do
rozwiązania problemu. Jego umysł wypełnił się galerią wizerunków
śmierci: Catso na drodze, Red na dywanie, Brendan wymykający się z uścisku Pope'a, kiedy nóż wysunął się z jego głowy. Odegnał te obrazy i wziął się w garść najlepiej, jak potrafił. Pope zakończył swój monolog.
Teraz na złomowisku słychać było tylko odległy szum ruchu samochodowego.
Dobiegał ze świata, o którym Karney wątpił, by jeszcze kiedyś go ujrzał.
Grzebał przy węźle jak człowiek z pękiem kluczy przed zamkniętymi
drzwiami, sprawdzający je kolejno, jeden po drugim, ze świadomością, że
noc napiera już na niego. Szybciej, szybciej, ponaglał sam siebie.
Jednak dawna zręczność teraz całkiem go opuściła.
Nagle rozległ się syk, kiedy coś przecięło powietrze. To Pope go
znalazł. Z triumfalną miną zadał śmiertelny cios. Karney przeturlał się
z kucek, ale ostrze trafiło go w biceps, rozcinając mu rękę od ramienia
aż po łokieć. Ból sprawił, że stał się szybszy i drugie uderzenie
trafiło w szoferkę samochodu, wywołując fontannę iskier zamiast krwi.
Zanim Pope mógł znowu dźgnąć, Karney już odskoczył. Krew płynęła mu z ręki. Starzec rzucił się w jego stronę, ale chłopak był szybszy.
Uskoczył za jeden z autokarów i wśliznął się pod pojazd. Pope przebiegł
obok, a Karney zdusił jęk bólu. Z powodu zadanej mu rany lewą rękę miał
praktycznie niesprawną. Przyciągnął ją do ciała, żeby zminimalizować
napięcie rozciętego mięśnia, i próbował dokończyć nieszczęsną robotę
przy węźle, posługując się zębami w zastępstwie drugiej ręki. Rozbłyski
białego światła pojawiały mu się przed oczami - utrata świadomości nie
była odległą perspektywą. Oddychał głęboko i miarowo przez nos, podczas
gdy palce gorączkowo szarpały węzeł. Już nie widział supła i prawie go
nie czuł w ręku. Pracował na oślep, tak jak na ścieżce, i tak jak wtedy
instynkt wziął górę. Węzeł zaczął tańczyć przy jego ustach, rwąc się do
rozplątania. Brakowało mu dosłownie kilku chwil.
W zapamiętaniu Karney nie zauważył wyciągniętej po niego ręki, dopóki
nie został wywleczony z kryjówki i nie spojrzał prosto w błyszczące oczy
Pope'a.
- Koniec gierek - oznajmił staruch i puścił Karneya, żeby wyrwać mu
sznurek spomiędzy zębów.
Chłopak starał się odchylić o kilka umęczonych cali poza zasięg Pope'a,
ale ból mu to utrudniał. Padł do tyłu i aż krzyknął przy zderzeniu z ziemią.
- A teraz wydłubiemy ci oczka - powiedział Pope. Jego nóż opadł.
Jednak oślepiający cios nie został zadany. Poraniona postać wynurzyła
się z ukrycia za plecami starca i złapała go za połę gabardynowego
płaszcza. Pope zaraz odzyskał równowagę i odwrócił się gwałtownie. Nóż
odnalazł przeciwnika. Karney otworzył mglące się z bólu oczy w samą
porę, żeby zobaczyć oskórowane stworzenie, jak zatacza się do tyłu z policzkiem rozciętym do kości. Pope zamierzał dokończyć rzeź, ale Karney
nie czekał, żeby to zobaczyć. Wyciągnął rękę, chcąc złapać się wraka
samochodu, i podciągnął się do pionu z węzłem nadal między zębami. Pope
zaklął za jego plecami i Karney już wiedział, że staruch porzucił próby
zabicia bestii, by ruszyć za nim. Wiedząc, że musi przegrać ten wyścig,
chłopak wyturlał się chwiejnie spomiędzy samochodów na otwartą
przestrzeń. Gdzie znajdowała się brama? Nie miał pojęcia. Jego nogi
należały do komedianta, nie do niego, miały gumowe stawy, nienadające
się do niczego poza wywijaniem orłów. Po dwóch krokach kolana się pod
nim ugięły. Powitał go zapach zlanego benzyną żużlu.
Zdesperowany przyłożył zdrową rękę do ust. Palce znalazły luźną pętlę na
sznurku. Pociągnął naprawdę mocno i jak za sprawą cudu ostatni splot
węzła się rozwiązał. Karney wypluł sznurek, kiedy narastający żar
przypalił mu wargi. Sznurek upadł na ziemię i gdy ostatnia pieczęć
została złamana, z rdzenia trzeciego supła wyłonił się jego więzień.
Pojawił się na żużlu jako chorowite niemowlę o szczątkowych kończynach,
z łysą głową zdecydowanie za dużą dla uschłego ciała i skórą tak bladą,
że niemal półprzezroczystą. Zamachał porażonymi kończynami w daremnej
próbie wyprostowania się, bo Pope już śpieszył, żeby poderżnąć mu
bezbronne gardło. Jakiekolwiek nadzieje żywił Karney wobec ostatniego
węzła, ten słabowity pomiot ich nie spełnił. To coś budziło w nim
odrazę.
I wtedy stwór przemówił. Nie było to kwilenie niemowlęcia, ale głos
dorosłego mężczyzny, chociaż dobywający się ust dziecka.
- Do mnie! - zawołał. - Szybko!
Pope wyciągnął rękę, żeby zamordować dziecko. Powietrze na złomowisku
wypełniło się smrodem błota i cienie wypluły pełzające kolczaste
stworzenie o opadłym ku ziemi brzuchu. Pope cofnął się, kiedy stwór -
równie niedokończony w swoim podobieństwie do gada jak jego małpi brat -
zbliżył się do dziwnego niemowlaka. Karney naprawdę spodziewał się, że
bestia pożre smakowity kąsek, ale blade dziecko uniosło ręce na
powitanie. Potwór z pierwszego węzła owinął się wokół niego. Wtedy
pojawiło się drugie stworzenie, pojękując z radości. Położyło ręce na
dziecku i wzięło wycieńczone ciało w szerokie ramiona. Dopełniła się
bezbożna rodzina złożona z gada, małpy i dziecka.
Jednak zjednoczenie jeszcze się nie dokonało. W tej samej chwili, w której ciała trzech istot się połączyły, zaczęły się strzępić i rozpadać
na wstęgi pastelowej materii. Ich anatomie roztapiały się, a pasma
układały w nowej konfiguracji, włókno splatało się z włóknem, wiązał się
nowy węzeł, dzieło przypadkowe, a jednak nieuniknione, daleko bardziej
wyrafinowane niż wszystko, czego kiedykolwiek dotykały palce Karneya.
Nowa, być może nierozwiązywalna łamigłówka wynurzała się z fragmentów
starych. O ile tamte były niesprecyzowane, o tyle ta będzie skończona i kompletna. Czym jednak będzie? Czym?
Gdy motek nerwów i mięśni przybierał ostateczny kształt, Pope wykorzystał swoją szansę. Podbiegł z dzikim wyrazem twarzy, oświetlonej blaskiem trwającego zespolenia, i wbił nóż w serce węzła. Jednak źle wymierzył atak w czasie. Świetlista macka odwinęła się od ciała i oplotła wokół nadgarstka Pope'a. Gabardyna zapłonęła. Ciało bezdomnego zaczęło się palić. Wrzasnął i wypuścił broń. Kończyna go puściła i powróciła do tkania, a starzec tylko zatoczył się do tyłu, ściskając dymiącą rękę. Wyglądało na to, że traci rozum. Żałośnie kołysał głową w tę i z powrotem. W przelocie jego wzrok padł na Karneya i iskierka intelektu ponownie zapłonęła w jego oczach. Sięgnął po zranioną rękę chłopaka i przyciągnął go do siebie. Karney krzyknął, ale Pope, nie zważając na jego ból, odciągnął go w bezpieczne załomy labiryntu, z dala od miejsca, gdzie splatanie się i wicie dobiegało końca. - Nie skrzywdzi mnie - mówił do siebie - nie, póki będę miał ciebie.
Zawsze miał słabość do dzieci. - Pchnął Karneya przed siebie. - Trzeba
zabrać papiery... i zwiewać.
Karney ledwie wiedział, czy jeszcze żyje, czy już nie. Nie miał siły,
żeby walczyć z Pope'em. Po prostu szedł za nim, prawie czołgając się
przez większość czasu, aż dotarli do celu: samochodu ukrytego za stosem
pordzewiałych wraków. Nie miał kół. Krzak, który przebił się przez
podwozie, zajmował miejsce kierowcy. Pope otworzył tylne drzwi,
pomrukując z zadowoleniem, i pochylił się do środka, zostawiając Karneya
opartego o błotnik. Chłopaka dzieliła już tylko chwila od utraty
świadomości. Nie mógł się tego doczekać. Jednak Pope miał wobec niego
plany. Wyjął małą książeczkę z niszy pod siedzeniem pasażera i szepnął:
- Teraz musimy iść. Mamy sprawę do załatwienia.
Karney jęknął, pchnięty naprzód.
- Stul dziób - powiedział Pope, obejmując go. - Mój brat ma uszy.
- Brat? - mruknął Karney, próbując zrozumieć, co właściwie wymknęło się
Pope'owi.
- Był związany czarem - wyjaśnił Pope. - Dopóki ty się nie pojawiłeś.
- Zwierzęta - mruknął Karney; atakowały go pomieszane obrazy gadów i małp.
- Człowiek - odpowiedział Pope. - Ewolucja to węzeł, chłopcze.
- Człowiek - powtórzył Karney i kiedy wypowiedział to słowo, jego
obolałe oczy dostrzegły lśniący kształt na samochodzie za plecami jego
dręczyciela.
Tak, to rzeczywiście był człowiek. Wciąż jeszcze oślizły po odrodzeniu,
z ciałem poznaczonym odziedziczonymi ranami, ale triumfalnie ludzki.
Pope dostrzegł błysk rozpoznania w oczach Karneya. Złapał go i już miał
posłużyć się jego ciałem jak tarczą, kiedy interweniował brat. Ponownie
narodzony człowiek sięgnął z wysokości dachu i złapał Pope'a za chudą
szyję. Staruch wrzasnął i wyrwał się, popędził po żużlu. Brat z wyciem
rzucił się w pościg i obaj zniknęli Karneyowi z oczu.
Z daleka Karney usłyszał ostatnie błagania Pope'a, kiedy brat go dopadł,
a potem słowa przeszły w krzyk, jakiego Karney miał nadzieję nigdy
więcej nie usłyszeć. Później zapadła cisza. Brat nie wrócił - z czego
Karney, mimo dręczącej go ciekawości, cieszył się.
Kiedy kilka minut później zebrał dość energii, żeby opuścić złomowisko -
światło znowu paliło się przy bramie, wskazówka dla skonsternowanych -
znalazł Pope'a leżącego twarzą na żwirze. Gdyby miał dość sił - a nie
miał - nie obróciłby ciała nawet, gdyby zaoferowano mu za to małą
fortunę. Wystarczał widok tego, jak nieboszczyk w bólu wbił ręce w ziemię i jak jasne zwoje wnętrzności, tak schludnie ułożone w brzuchu,
rozlały się teraz pod nim. Książka, na której odzyskaniu Pope'owi tak
zależało, leżała obok na ziemi. Mimo zawrotów głowy Karney pochylił się,
żeby ją podnieść. Uznał, że to mała rekompensata za zgrozę, jaką przeżył
tej nocy. Najbliższa przyszłość przyniesie pytania, na które nigdy nie
miał nadziei poznać odpowiedzi, oskarżenia, przed którymi miał żałośnie
małe możliwości się obronić. Jednak w świetle lampy przy bramie odkrył,
że poplamione strony to większa nagroda, niż się spodziewał. Skrupulatna
dłoń skopiowała tutaj i opatrzyła skomplikowanymi diagramami twierdzenia
zapomnianej nauki Pope'a: wzory węzłów zapewniających miłość i wysoki
status; supły służące do dzielenia i związywania dusz. Do budowania
fortun i płodzenia dzieci. Do zniszczenia świata.
Przejrzawszy pobieżnie książkę, wspiął się na bramę i zgramolił na ulicę
po drugiej stronie. O tej porze była opustoszała. Nieliczne światła
paliły się na osiedlu naprzeciwko. Pokoje, w których chorzy
przeczekiwali godziny do ranka. Zamiast wymagać kolejnego wysiłku od
umęczonych kończyn, Karney postanowił poczekać na miejscu, aż zdoła
zatrzymać samochód, który zabierze go gdzieś, gdzie mógłby opowiedzieć
swoją historię. Miał czym się do tego czasu zająć. Chociaż ciało miał
odrętwiałe, a w głowie mu się kręciło, myślał jasno jak nigdy dotąd.
Sięgnął do tajemnic na stronicach zakazanej książki Pope'a jak do oazy.
Pijąc haustami, wyczekiwał czekającej go pielgrzymki z nietypowym dla
niego radosnym uniesieniem.
Ciało polityczne
Za każdym razem, kiedy Charlie George się budził, jego dłonie były
nieruchome.
Czasami było mu za gorąco pod kocem i musiał się odkryć, odrzucić go na
połówkę łóżka zajmowaną przez Ellen. Czasem nawet wstawał i na wpół
śpiąc, człapał do kuchni, żeby nalać sobie szklankę mrożonego soku
jabłkowego. A potem z powrotem wślizgiwał się do łóżka, układał przy
łagodnym półksiężycu ciała Ellen i pomału znów odpływał w sen. Dłonie
czekały do momentu, aż jego oczy się zamkną, a oddech stanie się
regularny jak tykanie zegara; aż się upewnią, że mocno śpi. Dopiero
wtedy, wiedząc, że jego świadomość się ulotniła, odważały się ponownie
rozpocząć swoje sekretne życie.
* * *
Od miesięcy budził się dręczony dokuczliwym bólem dłoni i nadgarstków.
- Idź do lekarza - radziła mu Ellen, jak zwykle niewspółczująca. -
Dlaczego nie pójdziesz z tym do lekarza?
Dlatego że nienawidził lekarzy, ot co. Kto przy zdrowych zmysłach
zaufałby człowiekowi, który zawodowo babrze się w chorych ludziach?
- Pewnie jestem przepracowany - powiedział sobie.
- Nie przypuszczam - mruknęła Ellen.
Ale to było właśnie najbardziej prawdopodobne wytłumaczenie. Z zawodu
był pakowaczem, przez cały dzień pracował rękami. Męczyły się. Zwykła
rzecz.
- Nie zadręczaj się, Charlie - powiedział pewnego dnia swojemu odbiciu w lustrze, oklepując się po twarzy, żeby tchnąć w nią trochę życia. - Z twoimi rękami jest wszystko w porządku.
I tak noc w noc sytuacja się powtarzała. Wyglądało to następująco:
Państwo George'owie śpią razem w swoim małżeńskim łożu - on na plecach,
cicho pochrapując, ona na boku, skulona, na lewo od niego. Głowa
Charliego spoczywa na dwóch grubych poduszkach. Usta ma lekko
rozchylone, pod żyłkowanymi okrywami powiek oczy śledzą śnioną przygodę
- może dziś Charlie jest strażakiem i właśnie bohatersko nurkuje w samo
serce płonącego burdelu. Czasem marszczy brwi, kiedy indziej uśmiecha
się z wyższością. Sen jest przyjemny.
Pod kocem widać jakiś ruch. Powoli, nawet ostrożnie, rzec by można,
dłonie Charliego wypełzają z ciepła łóżka i wynurzają się na powietrze.
Palce wskazujące kiwają się na boki jak opatrzone paznokciami główki,
kiedy dłonie spotykają się na falującym podbrzuszu i ściskają na
powitanie jak towarzysze broni. Charlie jęczy przez sen: burdel zawalił
mu się na głowę. Dłonie natychmiast przypadają płasko do brzucha, udając
niewiniątka. Chwilę później, gdy jego oddech znów się wyrównuje, z zapałem podejmują przerwaną debatę.
Przypadkowy obserwator siedzący u stóp łóżka mógłby zinterpretować ich
rozmowę jako objaw zaburzeń psychicznych Charliego: dłonie drgają
nerwowo, podskubują się nawzajem, to głaszczą, to znów zdają się
walczyć... Bez wątpienia jest jednak w ich spazmatycznych poruszeniach
jakiś kod, jakaś celowość, ciągłość. Można by niemal pomyśleć, że śpiący
człowiek jest głuchoniemy i w ten sposób mówi przez sen. Tyle że dłonie
nie posługują się żadnym dającym się rozpoznać językiem migowym. Nie
próbują również komunikować się z nikim innym, rozmawiają wyłącznie
między sobą. To tajne spotkanie, które ma tylko dwie uczestniczki. Będą
tak tkwiły na jego brzuchu przez całą noc, spiskując przeciw polityce
ciała.
* * *
Charlie nie był całkowicie nieświadomy wzbierającego w nadgarstkach
buntu. Nasilało się w nim niejasne wrażenie, że coś z jego egzystencją
jest nie do końca w porządku. Czuł się coraz wyraźniej odcięty od
codziennych doświadczeń, jakby w narastającym stopniu stawał się tylko
widzem codziennych (i conocnych) rytuałów zamiast ich czynnym
uczestnikiem. Weźmy, na przykład, jego życie uczuciowe.
Nigdy nie był wybitnym kochankiem, ale też nigdy nie miał poczucia, że
powinien się wstydzić. Ellen wyglądała na zadowoloną z jego starań.
Ostatnio jednak czuł się odgrodzony od całego aktu. Patrzył na swoje
dłonie wędrujące po ciele Ellen, dotykające jej z nabytą przez lata
intymną wprawą - i obserwował ich zabiegi jakby z wielkiego oddalenia,
niezdolny rozkoszować się wrażeniem ciepła i wilgoci. Nie stały się przy
tym wcale mniej zręczne, wręcz przeciwnie: ostatnio Ellen zaczęła
całować jego palce i wychwalać ich przemyślność. Jej pochwały bynajmniej
go nie uspokoiły, ba, świadomość, że jego dłonie dają Ellen taką
rozkosz, a on nic z tego nie czuje, tylko pogorszyła mu humor.
Były zresztą jeszcze inne oznaki jego niestabilności. Drobne, irytujące
oznaki. Łapał się na tym, że wybija palcami marszowe rytmy na pakowanych
w fabryce kartonach. Zauważył u siebie skłonność do łamania ołówków,
rozdrabniania ich na małe kawałeczki, zanim dobrze sobie uświadomi, co
robi (albo raczej: co robią jego ręce). Na podłodze pakowalni zostawały
drewniane drzazgi i okruchy grafitu.
Ale w największe zakłopotanie wprawiało go łapanie za rękę zupełnie
obcych ludzi. Zdarzyło mu się to trzykrotnie: raz na przystanku i dwa
razy w windzie w fabryce. Wmawiał sobie, że to nic innego jak tylko
prymitywna potrzeba kontaktu z drugim człowiekiem w zmieniającym się
świecie; lepszego wytłumaczenia nie umiał znaleźć. Bez względu jednak na
przyczynę, było to diabelnie żenujące, zwłaszcza kiedy za którymś razem
stwierdził, że dyskretnie ściska dłoń własnego brygadzisty. Co gorsza,
brygadzista odpowiedział uściskiem na jego uścisk i obaj spojrzeli na
swoje dłonie takim wzrokiem jak dwaj właściciele psów na swoich pupili
kopulujących na drugim końcu smyczy.
Coraz częściej też obserwował wnętrza swoich dłoni w poszukiwaniu
włosów. Matka go kiedyś przestrzegała, że to pierwszy objaw szaleństwa.
Nie, nie same włosy. Wypatrywanie ich.
* * *
Zrobił się z tego wyścig z czasem. Debatujące po nocach na brzuchu
dłonie były w pełni świadome nadwątlenia jego umysłu. Rozpędzona
wyobraźnia mogła odkryć prawdę w ciągu najbliższych paru dni.
Co więc robić? Zaryzykować przedwczesne oddzielenie i ponieść wszystkie
jego możliwe konsekwencje? Czy jednak pozwolić, by niestabilność
psychiki rozwijała się dalej w nieprzewidywalny sposób, nawet gdyby
Charlie miał odkryć spisek, zanim na dobre popadnie w obłęd? Dyskusje
stawały się coraz bardziej gorące.
- A jeśli się mylimy? - zapytywała jak zawsze ostrożna lewa. - Jeżeli
nie istnieje życie po ciele?
- To i tak się o tym nigdy nie dowiemy - odpowiadała prawa.
Lewa przez chwilę rozważała jej słowa.
- Jak to zrobimy, kiedy nadejdzie czas? - Wiedziała, że to pytanie
sprawi przywódczyni najwięcej kłopotu. - Jak? - naciskała, wykorzystując
chwilową przewagę. - No jak? Jak?
- Coś wymyślimy - mówiła wtedy prawa. - To musi być czyste cięcie.
- A jeśli będzie stawiał opór?
- Do stawiania oporu człowiek potrzebuje dłoni, a te zbuntują się
przeciwko niemu.
- Która z nas to zrobi?
- Mną się sprawniej posługuje - przypominała prawa. - Dlatego to ja
muszę dzierżyć broń. Ty odejdziesz.
Lewa milczała długą chwilę. Trudno jej było o tym myśleć, przez te
wszystkie lata zawsze były razem.
- Później możesz po mnie wrócić - dodawała prawa.
- Tak zrobię.
- Musisz wrócić. Jestem Mesjaszem. Beze mnie nie będziesz miała dokąd
pójść. Musisz zebrać armię i wtedy po mnie przyjść.
- Pójdę na skraj świata, jeśli będzie trzeba.
- Nie popadaj w sentymentalizm.
Obejmowały się wtedy jak bracia spotykający się po długim niewidzeniu i przysięgały sobie wierność na wieki. Ach, te gorączkowe noce, wypełnione
entuzjazmem planowanej rebelii! Nawet za dnia, kiedy przysięgły się nie
spotykać, nie sposób było nie zejść się czasem i nie dotknąć przelotnie,
by powiedzieć:
- Już niedługo.
Albo:
- Do zobaczenia na brzuchu.
Albo:
- Jak to będzie, kiedy cały świat będzie należał do nas?
* * *
Charlie wiedział, że jest na skraju załamania nerwowego. Regularnie
zerkał podejrzliwie na swoje dłonie i przyglądał się palcom wskazującym,
wyprostowanym jak długoszyje stwory przepatrujące horyzont. W swojej
paranoi popatrywał także na dłonie innych ludzi, obsesyjnie śledząc
język, którym porozumiewały się niezależnie od woli właścicieli.
Uwodzicielskie dłonie sekretarki-dziewicy. Szalone dłonie zabójcy, który
w telewizji zarzekał się, że jest niewinny. Dłonie, które każdym gestem
zdradzały właściciela, przeprosinami kontrowały gniew, na miłość
odpowiadały furią. Oznaki buntu zdawały się wszechobecne. W końcu
dotarło do niego, że musi z kimś porozmawiać, zanim do reszty zwariuje.
Wybrał Ralpha Fry'a z księgowości, trzeźwo myślącego, godnego zaufania
przeciętniaka. Ralph okazał mu wielkie zrozumienie.
- Wiem, co czujesz - powiedział. - Ja tak miałem, kiedy Yvonne ode mnie
odeszła. Takie nerwowe drgawki. Tiki.
- I co z tym zrobiłeś?
- Poszedłem do psychoanalityka, doktora Jeudwine'a. Powinieneś spróbować
terapii. Będziesz jak nowy.
Charlie przez chwilę obracał jego słowa.
- Właściwie czemu nie... - mruknął po paru takich obrotach. - Drogi ten
psychoanalityk?
- Drogi, ale dobry. Pozbyłem się tików. Znaczy wiesz, zanim do niego
poszedłem, myślałem, że jestem całkiem zwyczajnym gościem i mam typowe
problemy w małżeństwie. A teraz? Spójrz na mnie. - Fry wykonał
zamaszysty gest. - Mam tyle tłumionych popędów, że nie wiedziałbym, od
czego zacząć. - Wyszczerzył zęby jak świr. - Ale jestem z tym szczęśliwy
jak nigdy w życiu. Daj gościowi szansę, szybko ustali, co cię kręci.
- Nie chodzi o seks.
- Coś ci powiem. - Fry uśmiechnął się porozumiewawczo. - Zawsze chodzi o seks. Wiem, co mówię.
* * *
Następnego dnia Charlie zadzwonił do doktora Jeudwine'a, nie mówiąc o niczym Ellen. Sekretarka umówiła go na pierwszą sesję. Podczas rozmowy
strasznie pociły mu się dłonie, bał się, że słuchawka zaraz wyśliźnie mu
się z ręki, ale kiedy załatwił sprawę, poczuł się lepiej.
Ralph Fry miał rację: doktor Jeudwine naprawdę był dobrym człowiekiem.
Nie wyśmiał żadnego z małych lęków Charliego, przeciwnie, wysłuchał go z najwyższym zainteresowaniem. Było to nadzwyczaj uspokajające.
Podczas trzeciej sesji doktorowi udało się przywołać u Charliego jedno
wspomnienie z dzieciństwa z wyjątkową wyrazistością: dłonie leżącego w trumnie ojca, spoczywające na jego szerokiej piersi. Rumiane, porośnięte
szorstkimi włoskami. Potężna władczość tych szerokich dłoni, nawet po
śmierci, nie dawała potem Charliemu spokoju przez długie miesiące. Czyż
nie wyobrażał sobie, kiedy patrzył, jak ciało powierzane jest ziemi, że
wcale jeszcze nie znieruchomiało? Że dłonie nawet w tej chwili wybijają
werbel na wieku trumny, dopominając się o wypuszczenie? Pomysł był
niedorzeczny, ale wyartykułowanie go bardzo mu pomogło. W jasno
oświetlonym gabinecie fantazja ta, mdła i absurdalna, zadrżała pod
spojrzeniem doktora, poskarżyła się, że światło ją razi, a potem
rozwiała się w powietrzu, zbyt słabowita, by poddać się analizie.
Egzorcyzmy okazały się znacznie łatwiejsze, niż Charlie się spodziewał.
Wystarczyło lekko szturchnąć i wszystkie te dziecinne bzdury zostały
wyłuskane z jego psyche jak kąsek zepsutego mięsa spomiędzy zębów.
Dłużej nie mogły tam gnić. Doktor Jeudwine był zachwycony wynikami
terapii. Po jej zakończeniu przyznał, że ta konkretna obsesja była dla
niego czymś nowym, więc tym bardziej cieszył się, że udało mu się
rozwikłać problem. Dłonie jako symbol ojcowskiej władzy, powiedział,
nieczęsto się trafiają. W snach jego pacjentów zwykle pierwszoplanową
rolę odgrywa penis, wyjaśnił, na co Charlie odparł, że dłonie zawsze
wydawały mu się ważniejsze od części intymnych. Czyż nie mogą zmieniać
świata?
Nie przestał łamać ołówków ani bębnić palcami; prawdę powiedziawszy,
łamał szybciej i bębnił chyba nawet bardziej intensywnie niż wcześniej.
Tłumaczył sobie jednak, że tak jak pies w słusznym wieku nie od razu
zapomina wszystkie sztuczki, tak i on potrzebuje czasu, by odzyskać
równowagę.
Rewolucja nie wyszła więc z podziemia - chociaż niewiele brakowało.
Stało się oczywiste, że dalsza zwłoka nie ma sensu. Buntownicy musieli
działać.
Ostatecznie to Ellen, niczego nieświadoma, przyczyniła się do wszczęcia
powstania. Był późny wtorkowy wieczór, niby październik, a mimo to noc
gorąca i parna. Kochali się przy uchylonym oknie i zasłonach
rozsuniętych na parę cali, żeby przepuszczały powiewy wątłego wietrzyku.
Po wszystkim zalegli pod wspólnym przykryciem. Charlie zasnął, zanim pot
na karku zdążył mu dobrze wyschnąć. Ellen nie spała: leżała na wznak, z głową opartą na twardej jak kamień poduszce i otwartymi oczami.
Wiedziała, że sen nieprędko przyjdzie. Zapowiadała się jedna z tych
nocy, kiedy swędzi ją cała skóra, wszystkie gruzły w materacu zbierają
się pod jej ciałem, a wszelkie wątpliwości, jakie żywiła w życiu, gapią
się na nią z ciemności. Miała ochotę opróżnić pęcherz (jak zawsze po
seksie), ale nie potrafiła zebrać dość siły woli, żeby wstać i pójść do
łazienki. Oczywiście im dłużej zwlekała, tym bardziej jej się chciało i tym trudniej było jej zasnąć. Diabelnie głupia sytuacja, pomyślała, a potem, zagubiona wśród swoich licznych zmartwień, zapomniała, o jakiej
sytuacji mowa.
Charlie wiercił się przez sen. A właściwie to tylko jego dłonie
podrygiwały nerwowo. Spojrzała na jego twarz. We śnie przypominał
prawdziwego aniołka, zupełnie nie wyglądał na swoje czterdzieści jeden
lat, mimo że w zaroście na policzkach pojawiały się już plamki siwizny.
Lubiła go chyba wystarczająco, żeby móc powiedzieć, że go kocha, ale
zarazem nie dość mocno, by wybaczyć mu jego przewiny. Był leniwy. I marudny. Wiecznie narzekał, że coś go boli. I jeszcze te wieczory (które
ostatnio ustały), kiedy wracał do domu późno, a ona była przekonana, że
spotyka się z inną kobietą.
Kiedy tak na niego patrzyła, pojawiły się jego dłonie. Wychynęły spod
przykrycia jak dwójka kłócących się dzieci, z emfazą dźgając powietrze
palcami.
Zmarszczyła brwi, nie wierząc własnym oczom. Zupełnie jakby oglądała
telewizję z wyłączonym dźwiękiem, jakieś głupie przedstawienie z udziałem dziesięciu palców. Kiedy tak patrzyła zdumiona, dłonie wspięły
się po bokach Charliego i odgarnęły koc z jego brzucha, odsłaniając
włosy, coraz gęstsze w miarę zbliżania się do okolic intymnych. Blizna
po operacji wyrostka, jaśniejsza od okalającej ją skóry, zabłysła w świetle. Dłonie usadowiły się na brzuchu.
Tej nocy toczyły wyjątkowo ożywiony spór. Lewa, z natury bardziej
konserwatywna, zalecała przełożenie oddzielenia na późniejszy termin.
Prawa miała jednak dość czekania. Nadszedł czas, przekonywała, żeby
postawić się tyranowi i obalić rządy ciała. Traf chciał, że ta decyzja
nie należała już do nich.
Ellen uniosła głowę z poduszki. Dłonie dopiero teraz poczuły na sobie
jej spojrzenie. Dotychczas, zaaferowane swoją kłótnią, zupełnie nie
zwracały na nią uwagi, a tak ich spisek wyszedł na jaw.
- Charlie... - syknęła do ucha tyrana. - Charlie, przestań. Przestań!
Prawa wyprostowała palce wskazujący i środkowy, zwęszywszy jej bliskość.
- Charlie... - powtórzyła Ellen. Dlaczego on zawsze musiał tak mocno spać?
- Charlie! - Potrząsnęła nim. Mocno.
Prawa postukała palcem lewą, żeby zwrócić jej uwagę na obserwującą je
kobietę.
- Charlie, proszę cię, obudź się.
Prawa skoczyła bez ostrzeżenia, lewa dołączyła ułamek sekundy później.
Ellen zdążyła jeszcze raz wykrzyknąć imię Charliego, nim zacisnęły jej
się na gardle.
We śnie Charlie płynął statkiem niewolniczym; jego sny często rozgrywały
się w egzotycznych sceneriach w typie filmów Cecila DeMille'a. W tej
akurat historii ręce miał skute kajdanami, za które wleczono go właśnie
pod pręgierz, żeby wychłostać za jakieś nieujawnione przewinienie. Nagle
złapał kapitana za chuderlawe gardło. Wszędzie dookoła niewolnicy
odpowiedzieli wiwatami, zachęcając go do uduszenia dowódcy statku.
Kapitan - całkiem podobny do doktora Jeudwine'a - błagał go, żeby
przestał. Miał piskliwy, przerażony głos, prawie kobiecy. Głos Ellen.
- Charlie! - kwilił. - Przestań!
Ale jego niemądre skargi tylko prowokowały Charliego: zaczął z jeszcze
większą siłą potrząsać kapitanem. Czuł się jak prawdziwy bohater, kiedy
niewolnicy - w cudowny sposób oswobodzeni - z radością tłoczyli się
wokół niego, żeby być świadkami ostatnich chwil swojego pana.
Kapitan zsiniał na twarzy.
- Udusisz mnie... - zdołał jeszcze wykrztusić, zanim kciuki Charliego po
raz ostatni mocniej wbiły mu się w szyję i ostatecznie pozbawiły go
życia.
Dopiero wtedy w oparach sennej mgły Charlie zdał sobie sprawę, że jego
ofiara była wprawdzie mężczyzną, ale nie miała jabłka Adama. Statek
wokół niego zaczął się rozmywać, nawoływania stawały się mniej
natarczywe... Zatrzepotał powiekami i otworzył oczy.
Stał na łóżku ubrany w spodnie od piżamy i trzymał Ellen za szyję. Jej twarz była ciemna, pokryta plamami i upstrzona gęstą biała pianą. Język zwisał z ust. Miała otwarte oczy i przez moment wydało mu się, że życie wciąż się w nich tli, wyziera spod żaluzji powiek. A potem okna zionęły pustką. Ellen opuściła dom. Ogarnęły go żałość i przejmujący smutek. Chciał wypuścić ciało z rąk,
ale dłonie nie zamierzały rozluźnić uchwytu na gardle. Kciuki, teraz
zupełnie pozbawione czucia, cały czas dusiły Ellen, bezwstydnie winne.
Kiedy zszedł tyłem z łóżka na podłogę, podążyła za nim w odległości
wyprostowanych ramion jak niechciana partnerka do tańca.
- Proszę... - błagał nieprzejednane palce. - Proszę!
Niewinne jak para uczniaków przyłapanych na kradzieży dłonie wypuściły
swoje brzemię i aż podskoczyły w udawanym zdumieniu. Ellen osunęła się
na dywan: śliczny worek śmierci. Pod Charliem ugięły się kolana. Nie
zdołał zahamować upadku, padł obok żony i czekał, aż popłyną łzy.
* * *
Teraz pozostało już tylko działanie. Minął czas kamuflażu, ukradkowych
spotkań i niekończących się dyskusji: prawda wyszła na jaw, na dobre i na złe. Musiały tylko chwilę odczekać. Było kwestią czasu, kiedy Charlie
napatoczy się na nóż kuchenny albo zauważy gdzieś siekierę. Już
niedługo. Bardzo niedługo.
* * *
Długo leżał na podłodze obok Ellen i szlochał. A potem równie długo
leżał i myślał. Od czego powinien zacząć? Zadzwonić do adwokata? Na
policję? Do doktora Jeudwine'a? Kogokolwiek wybierze, nie zatelefonuje
do niego z twarzą wtuloną w dywan. Spróbował wstać, chociaż zdrętwiałe
dłonie ledwie były w stanie utrzymać jego ciężar. Całe ciało go mrowiło,
jakby przepływał przez nie słaby prąd elektryczny. Tylko dłonie były
pozbawione czucia. Kiedy uniósł je do twarzy, żeby przetrzeć załzawione
oczy, klapnęły bezwładnie na policzki, wyzute z sił. Wsparty na łokciach
podczołgał się do ściany i wspiął po niej do pozycji pionowej. Wciąż na
wpół ślepy z żałoby, wypadł z sypialni na schody.
- Kuchnia - powiedziała prawa do lewej. - Idzie do kuchni.
Śnię cudzy koszmar, pomyślał Charlie, włączając szturchnięciem brody
światło w jadalni. Skierował się do barku. Jestem niewinny. Jestem
nikim. Dlaczego coś takiego miałoby się przydarzyć właśnie mnie?
Butelka whiskey wyśliznęła mu się z dłoni, kiedy próbował ją chwycić.
Rozbiła się na podłodze. Przenikliwy aromat alkoholu podrażnił mu
podniebienie.
- Stłuczone szkło - zabębniła lewa.
- Nie - odparła prawa. - Musimy uzyskać czyste cięcie, za wszelką cenę.
Cierpliwości.
Charlie zatoczył się w stronę telefonu. Musiał zadzwonić do doktora
Jeudwine'a, on mu powie, co robić. Sięgnął po słuchawkę, ale dłonie
ponownie odmówiły współpracy. Palce gięły się bezwolnie, kiedy próbował
wstukać na klawiaturze numer psychoanalityka. Teraz już płakał z frustracji, łzy gniewu wypłukiwały żałobę. Niezgrabnie uchwycił
słuchawkę nadgarstkami, podniósł ją do ucha i zaklinował między głową i barkiem. Łokciem wybrał numer.
- Spokojnie - powiedział. - Tylko spokojnie.
Słyszał pikanie przekazywanego w głąb systemu numeru Jeudwine'a. Za
kilka sekund normalność podniesie słuchawkę i wszystko będzie dobrze.
Musiał wytrzymać jeszcze parę chwil, to wszystko.
Jego dłonie zaczęły się na przemian zaciskać i rozwierać konwulsyjnie.
- Spokojnie... - próbował do nich przemówić.
Nie słuchały.
Daleko - och, jak daleko! - w domu doktora Jeudwine'a telefon zaczął
dzwonić.
- Odbierz. Odbierz! No odbierz, na Boga!
Ręce zaczęły mu się trząść tak gwałtownie, że omal nie upuścił
słuchawki.
- Odbierz! - wrzasnął do mikrofonu. - Błagam, podnieś słuchawkę!
Zanim głos rozsądku zdążył przemówić, prawa wystrzeliła w przód i chwyciła się krawędzi tekowego stołu, kilka stóp od miejsca, w którym
stał Charlie. Niewiele brakowało, żeby stracił przez to równowagę.
- Co... ty... robisz? - wykrztusił. Nie był pewien, czy mówi do siebie, czy
do swojej ręki.
Z niedowierzaniem wpatrywał się w zbuntowaną kończynę, która cal po calu
przesuwała się wzdłuż skraju blatu. Jej zamysł był oczywisty: chciała go
odciągnąć od telefonu, Jeudwine'a i wszelkiej nadziei na ocalenie. Nie
panował nad swoim zachowaniem. Stracił czucie w nadgarstkach i przedramionach. Dłoń nie należała już do niego. Wciąż była do niego
przytwierdzona - ale nie była jego dłonią.
Na drugim końcu linii ktoś podniósł słuchawkę i zabrzmiał głos doktora
Jeudwine'a (poirytowanego, że ktoś go budzi):
- Halo?
- Doktorze...
- Kto mówi?
- To ja, Charlie...
- Kto?
- Charlie George, doktorze. Na pewno mnie pan pamięta.
Z każdą kolejną sekundą dłoń odciągała go coraz dalej i dalej. Czuł, jak
słuchawka wyślizguje mu się spomiędzy ucha i ramienia.
- Kto? Nie dosłyszałem...
- Charles George. Na litość boską, Jeudwine, musi mi pan pomóc!
- Proszę zadzwonić jutro do gabinetu.
- Pan nie rozumie. Moje dłonie... Nie panuję nad nimi!
Ścisnęło go w żołądku, gdy poczuł, jak coś pełznie mu po biodrze: to
jego lewa dłoń przemieszczała się na przód ciała i zsuwała w dół, w stronę krocza.
- Ani mi się waż! - powiedział Charlie. - Jesteś moja.
- Z kim pan rozmawia? - zapytał zdezorientowany Jeudwine.
- To moje dłonie, doktorze! Chcą mnie zabić! Przestań! - krzyknął
Charlie, żeby powstrzymać przesuwającą się rękę. - Stój!
Lewa nie słuchała. Złapała go za jądra i ścisnęła z taką mocą, jakby
chciała z nich wycisnąć krew. Z powodzeniem. Charlie zawył do słuchawki,
a prawa skrzętnie wykorzystała okazję i szarpnęła nim tak, że stracił
równowagę. Słuchawka spadła na podłogę. Pytania Jeudwine'a utonęły w emanującym z krocza bólu. Z impetem uderzył o podłogę, zahaczywszy po
drodze głową o stół.
- Ty suko - zrugał dłoń. - Ty suko!
Nieskruszona lewa wspięła się po jego ciele i dołączyła do prawej na
blacie. Charlie zawisł na rękach na stole, przy którym tak często jadał
albo się śmiał.
Chwilę później, omówiwszy dalszą taktykę, dłonie uznały, że czas puścić
się blatu. Charlie ledwie zarejestrował ten fakt. Krwawił z głowy i krocza, korciło go, żeby zwinąć się w kłębek i poczekać, aż ból i mdłości ustąpią. Buntowniczki miały jednak inne plany, a jemu brakowało
sił, żeby im się przeciwstawić. Ledwie zdawał sobie sprawę, że wczepiły
się w gęsty dywan i usiłują przeciągnąć jego bezwładną masę w stronę
drzwi. Dalej znajdowała się kuchnia, a w niej obfitość pił do mięsa i noży do steków. Wyobraził sobie siebie jako olbrzymi posąg, który
tysiące mozolących się w pocie czoła robotników wleką na docelowe
miejsce ekspozycji. Szło to ciężko, ruch był nierówny, ciało posuwało
się szarpnięciami, palce stóp zahaczały paznokciami o dywan, który
dodatkowo ocierał skórę na otłuszczonej piersi, ale do celu brakowało
już tylko jarda. Poczuł na policzku schodek do kuchni, a potem lodowate
płytki terakoty. Sunąc po posadzce, z wolna odzyskiwał znękaną
świadomość. W słabej księżycowej poświacie rozpoznawał znajome widoki:
kuchenka, pomrukująca lodówka, kosz na śmieci, zmywarka... Wszystkie nad
nim górowały. Czuł się jak robak.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki