Księgarnia spełnionych marzeń - Katarina Bivald

Reflow text when sidebars are open.
Nieznajoma kobieta na głównej ulicy Hope wyglądała tak pospolicie, że aż intrygująco. Chuda, mało interesująca postać w płaszczu zbyt ciepłym i szarym na tę porę roku. U jej stóp leżał plecak, a o szczupłą nogę opierała się olbrzymia torba podróżna. Miejscowi, którzy byli świadkami jej przyjazdu, mieli poczucie, że to wręcz niegrzeczne tak mało dbać o swój wygląd. Jakby zupełnie jej nie zależało, by zrobić na nich dobre wrażenie.
Miała włosy w nieokreślonym brązowym odcieniu, ani zdecydowanie jasne, ani zdecydowanie ciemne. Niedbale spięte klamrą, opadały na ramiona w nieporządnych lokach. Tam, gdzie powinna być jej twarz, widniała Staromodna dziewczyna Louisy May Alcott.
Zachowywała się, jakby zupełnie nie miało dla niej znaczenia, że jest w Hope. Jakby trafiła tam przypadkiem, z książką, bagażem, rozczochranymi włosami i wszystkim, i równie dobrze mogła teraz być w jakimkolwiek innym mieście. Stała na jednej z najpiękniejszych ulic w Cedar County, może najpiękniejszej w całej południowej Iowa, ale widziała przed sobą tylko książkę.
Tak całkiem obojętna chyba jednak nie była. Od czasu do czasu zerkała znad brzegu książki wielkimi szarymi oczami, jak piesek preriowy, który wystawia głowę, by sprawdzić, czy droga wolna.
Opuściła nieco książkę i spojrzała uważnie najpierw na lewo, a potem na prawo, tak daleko, jak mogła bez odwracania głowy. Potem znów zatopiła się w lekturze.
W istocie Sara zapamiętała prawie każdy szczegół ulicy. Nawet z książką przed oczami potrafiła odtworzyć w pamięci refleksy zachodzącego słońca na wypolerowanych samochodach, bujne i ozdobne, a zarazem symetryczne korony drzew i laminowany szyld reklamowy salonu fryzjerskiego w patriotycznych czerwono-biało-niebieskich barwach pięćdziesiąt metrów dalej. Nad tym wszystkim unosił się mdlący zapach świeżo upieczonej szarlotki. Dochodził z kawiarni za jej plecami, gdzie kilka kobiet w średnim wieku obserwowało jej czytanie z nieskrywaną dezaprobatą. Przynajmniej Sara tak to odbierała. Za każdym razem, gdy podnosiła wzrok znad książki, marszczyły brwi i kręciły lekko głowami, jakby złamała jakiś punkt niepisanej etykiety, czytając na ulicy.
Jeszcze raz wyjęła komórkę i zadzwoniła pod wybierany ostatnio numer. Zrezygnowała po dziewięciu wolnych sygnałach.
Amy Harris trochę się spóźniała. Na pewno było na to jakieś rozsądne wytłumaczenie. Może złapała gumę. Skończyło się jej paliwo. Wtedy łatwo się spóźnić o - znów spojrzała na wyświetlacz - dwie godziny i trzydzieści siedem minut.
Nie odczuwała niepokoju. Amy Harris pisała mądre listy na prawdziwym staroświeckim papierze listowym - grubym i w subtelnym kremowym kolorze. Niemożliwe było, by osoba pisząca listy na porządnym kremowym papierze mogła pozostawić przyjaciela samego w obcym mieście lub okazać się psychopatycznym seryjnym mordercą z sadystycznymi skrzywieniami seksualnymi, bez względu na to, co mówiła mama Sary.
- Przepraszam, kochanie.
Obok niej stała obca kobieta. Miała w spojrzeniu tę fałszywą wyrozumiałość ludzi, którzy zdążyli już kilka razy zadać Sarze to samo pytanie.
- Czy mogę ci w czymś pomóc? - zapytała. Na jej biodrze spoczywała brązowa papierowa reklamówka z zakupami, z której wychylała się niebezpiecznie puszka zupy pomidorowej Hunt's.
- Nie, dziękuję - odrzekła Sara. - Czekam na kogoś.
- Ach tak. - W głosie rozmówczyni słychać było pobłażliwość i lekkie rozbawienie. Kobiety w kawiarnianym ogródku śledziły z zainteresowaniem przebieg rozmowy. - Pierwszy raz w Hope?
- Jadę do Broken Wheel.
Może tylko tak się jej zdawało, ale kobieta wcale nie wyglądała na zadowoloną z odpowiedzi. Puszka z zupą niebezpiecznie podskoczyła. Po jakiejś minucie nieznajoma powiedziała:
- Obawiam się, że Broken Wheel trudno nazwać miastem. Znasz tam kogoś?
- Będę mieszkać u Amy Harris - odparła Sara.
Cisza.
- Na pewno już tutaj jedzie - dodała.
- Wygląda na to, że cię tu zostawiła, kochanie. - Kobieta patrzyła wyczekująco na Sarę. - Nie martw się. Zadzwoń do niej.
Sara niechętnie sięgnęła po telefon, powstrzymując odruch odsunięcia się od rozmówczyni, która przycisnęła policzek do jej ucha, by słyszeć sygnały.
- Nie odbiera. - Sara włożyła telefon z powrotem do kieszeni, a kobieta sama nieco się odsunęła.
- Co będziesz tam robić?
- Jadę na wakacje. Będę wynajmować pokój.
- I zostawili cię tutaj. Miły początek. Mam nadzieję, że nie płaciłaś z góry. - Kobieta przełożyła siatkę do drugiej ręki i pstryknęła palcami w stronę kawiarnianego ogródka. - Hank - zwróciła się do jednego z mężczyzn. - Podwieziesz tę dziewczynę do Broken Wheel, okej?
- Jeszcze nie wypiłem kawy.
- To weź ze sobą.
Mężczyzna chrząknął, ale wstał posłusznie i znikł w głębi lokalu.
- Na twoim miejscu - kobieta zwróciła się teraz do Sary - nie dawałabym pieniędzy od razu. Zapłaciłabym tuż przed wyjazdem do domu, a do tego czasu dobrze je ukryła. - Kiwnęła głową tak energicznie, że puszka z zupą znów podskoczyła. - Nie mówię, że wszyscy w Broken Wheel są złodziejami - zastrzegła. - Ale nie są tacy jak my.
Hank wrócił z nową kawą w papierowym kubku. Bagaż Sary wylądował na tylnym siedzeniu, a ona sama została posadzona uprzejmie, lecz stanowczo z przodu.
- Zawieź ją, Hank - powtórzyła kobieta i wolną ręką klepnęła dwa razy w dach samochodu. Nachyliła się do otwartego okna. - A gdybyś zmieniła zdanie, zawsze możesz tu wrócić.
- Broken Wheel - rzucił obojętnym głosem Hank.
Sara splotła dłonie na książce, starając się wyglądać na rozluźnioną. W samochodzie pachniało tanią wodą do golenia i drogą ciemno paloną kawą.
- Co będziesz tam robić?
- Czytać.
Pokręcił głową.
- Na urlopie - uściśliła.
- Zobaczymy - mruknął złowieszczo Hank.
Widok za oknem samochodu zmieniał się przed jej oczami. Trawniki przeszły w pola, lśniące samochody znikły, a w miejsce schludnych domów pojawiła się masywna ściana kukurydzy wznosząca się po obu stronach szosy. Droga prowadziła prosto z usypiającą jednostajnością. Od czasu do czasu krzyżowała się z innymi, także zupełnie prostymi, jakby ktoś pewnego dnia spojrzał z góry na wielkie pola i wyznaczył drogi linijką. Metoda równie dobra jak każda inna, pomyślała Sara. Jednak w miarę posuwania się do przodu tych poprzecznych dróg było coraz mniej, aż miało się wrażenie, że wokół nie ma nic prócz kilometrów kukurydzy.
- Do miasta już niedaleko - stwierdził Hank. - Tu dorastał mój przyjaciel. Dzisiaj sprzedaje ubezpieczenia w Des Moines.
Nie wiedziała, co ma na to odpowiedzieć.
- To wspaniale - zaryzykowała.
- Jest zadowolony - potwierdził jej rozmówca. - Znacznie bardziej, niż gdyby prowadził gospodarstwo w Broken Wheel, to na pewno.
Na tym zakończył swoją wypowiedź.
Sara przysunęła się do szyby, starając się rozpoznać miasto z listów Amy. Tyle słyszała o Broken Wheel, że niemal czekała, aż panna Annie nadjedzie na rowerze z platformą albo Jimmy stanie nagle przy krawężniku, machając ostatnim numerem swojej gazety. Zdawało się jej przez moment, że widzi ich przed sobą, lecz ich sylwetki znikły po chwili w pyle drogi. Na moment pojawiła się zrujnowana stodoła, ale schowała się za ścianą kukurydzy, jak gdyby nigdy jej tam nie było. Prócz niej nie widziała od kwadransa żadnych innych zabudowań.
Czy miasto będzie wyglądało tak, jak je sobie wyobrażała? Sara przestała się nawet niepokoić brakiem odpowiedzi Amy, myśląc o tym, że za chwilę je zobaczy.
Kiedy jednak dojechali do Broken Wheel, mogłaby je przeoczyć, gdyby Hank nie zwolnił. Pojawiło się nagle przy szerokiej, niemal trzypasmowej drodze. Budynki były tak niskie, że zdawały się wtapiać w asfalt.
Główna ulica składała się z kilku domów po obu jej stronach. W większości wyglądały na niezamieszkane, wydawały się szare i depresyjne w ostatnich promieniach popołudniowego słońca. Kilka sklepów miało zabite deskami lub powybijane szyby, ale bar był nadal otwarty.
- Co masz zamiar zrobić? - zapytał Hank bez szczególnego zainteresowania. - Zawieźć cię z powrotem?
Rozejrzała się dookoła. Jadłodajnia była z całą pewnością otwarta. Czerwony neon z napisem "Diner" migotał słabo, a przy stoliku najbliżej okna siedział samotny mężczyzna. Pokręciła głową.
- Jak chcesz - odparł tym samym tonem, co zabrzmiało jak "robisz to na własne ryzyko".
Wysiadła z samochodu, otworzyła tylne drzwi i wyjęła bagaż, ściskając książkę pod pachą. Hank ruszył w tej samej sekundzie, w której zamknęła drzwi. Zawrócił ostro przy jedynych światłach w mieście.
Zwisały na metalowej linie pośrodku ulicy i były czerwone.
Sara stała przed barem z torbą opartą o nogę, z plecakiem zarzuconym na ramię i książką w mocnym uścisku.
Będzie dobrze, przekonywała samą siebie. Wszystko się ułoży. Nic strasznego się nie stało... Poprawiła się: nic strasznego nie może się stać, dopóki ma się książki i pieniądze. Miała dość pieniędzy, by zatrzymać się w domu turysty, gdyby zaszła taka potrzeba. Pomijając drobiazg, że w Broken Wheel prawie na pewno nie było takiego obiektu.
Otworzyła drzwi - prawdziwe drzwi do saloonu, cóż za absurdalny szczegół - i weszła do środka. Bar był pusty, nie licząc mężczyzny przy oknie i kobiety za kontuarem. Mężczyzna, chudy i żylasty, całą swoją mową ciała zdawał się przepraszać za to, że żyje. Nawet nie podniósł wzroku, kiedy weszła, tylko nadal obracał powoli w dłoniach filiżankę kawy.
Kobieta natomiast od razu zwróciła uwagę na drzwi. Ważyła co najmniej sto pięćdziesiąt kilo, a jej potężne ręce spoczywały na wysokim kontuarze, za którym stała. Albo został zbudowany specjalnie dla niej, albo pracowała tam wystarczająco długo, by się do niego dopasować. Był zrobiony z ciemnego drewna i jakby skrojony na miarę baru. Jednak w miejscu, gdzie powinny być podstawki na kufle od piwa, znajdował się serwetnik z nierdzewnej stali z papierowymi serwetkami oraz laminowane menu ze sztucznymi obrazkami serwowanych tutaj tłustych potraw.
Kobieta zapaliła papierosa tak naturalnie, jakby był przedłużeniem jej ciała.
- Na pewno jesteś turystką - zawyrokowała. Dym z papierosa buchnął prosto w twarz Sary.
- Mam na imię Sara.
- Fatalny dzień wybrałaś sobie na przyjazd.
- Czy wiesz, gdzie mieszka Amy Harris?
Kobieta kiwnęła głową.
- Fatalny dzień.
Trochę popiołu z papierosa spadło na kontuar.
- Jestem Grace - przedstawiła się. - Choć naprawdę nazywam się Madeleine. Nie musisz jednak tak do mnie mówić.
Sara w tej chwili zupełnie nie myślała o tym, jak ma się do niej zwracać.
- Więc jesteś tutaj.
Sara była głęboko przekonana, że Grace-która-się-tak-nie-nazywała rozkoszuje się chwilą. Przedłużała ją. Trzy razy kiwnęła głową jakby do siebie, zaciągnęła się głęboko papierosem i powoli wypuściła dym jednym kącikiem ust. Pochyliła się nieco do przodu nad kontuarem.
- Amy nie żyje - powiedziała.
We wspomnieniach Sary śmierć Amy związała się na zawsze z ostrym światłem jarzeniówki, dymem z papierosa i zapachem zjełczałego tłuszczu, ale w tamtej chwili wszystko wydawało jej się nierzeczywiste. Stała w barze w amerykańskiej mieścinie i właśnie się dowiedziała, że kobieta, której nigdy nie spotkała, umarła. Cała sytuacja była zbyt surrealistyczna, by ją przerażać, a nawet zbyt dziwna, by odebrać ją jak senny koszmar.
- Nie żyje? - powtórzyła, co nawet jak na nią było wyjątkowo głupim komentarzem. Usiadła ciężko na barowym stołku. Nie miała pojęcia, co teraz robić. Pomyślała o kobiecie w Hope i o tym, czy powinna tam wrócić.
Amy nie mogła umrzeć, pomyślała Sara. Była przecież moją przyjaciółką i, na Boga, kochała książki.
Nie czuła żalu, ale pomyślała o kruchości życia i poczucie surrealizmu wzrosło. Przyjechała ze Szwecji do Iowa, by zrobić sobie przerwę od życia, a nawet uciec od życia, ale na pewno nie po to, by zetknąć się ze śmiercią.
Jak umarła? Jedna jej część chciała o to spytać, druga wolała nie wiedzieć.
Grace odpowiedziała, nim Sara zdążyła podjąć decyzję.
- Właśnie trwa stypa. Teraz już nie ma takich wystawnych pogrzebów. Za dużo religijnego pieprzenia, jeśli chcesz znać moje zdanie. Inaczej było, kiedy zmarła moja babcia. - Spojrzała na zegarek. - Ale powinnaś już tam jechać. Ktoś, kto znał ją lepiej, będzie chyba wiedział, co mamy z tobą zrobić. Ja staram się nie mieszać do problemów tego miasta, a ty na pewno jesteś jednym z nich.
Zgasiła niedopałek.
- George, podrzucisz Sarę do domu Amy?
Mężczyzna przy oknie podniósł wzrok. Przez chwilę wyglądał na równie porażonego, jak ona sama się czuła. Potem wstał, wziął jej torby i trochę je poniósł, a trochę powlókł do samochodu.
Grace chwyciła ją za łokieć, kiedy się odwróciła, by pójść za nim.
- To jest Biedny George - powiedziała i skinęła głową w stronę jego pleców.
Dom Amy Harris był wystarczająco duży, by pomieścić w miarę przestronną kuchnię i salon na parterze, ale dość mały, by niewielka grupa, która zebrała się po pogrzebie, wypełniła go niemal w całości. Na stole i kuchennym blacie stały formy do pieczenia z jedzeniem, ktoś postawił też salaterki z sałatą i chlebem i wetknął do szklanek sztućce i serwetki.
Sara dostała papierowy talerz z jedzeniem, po czym zostawiono ją na pewien czas w spokoju. George wciąż stał obok niej i była poruszona tą niespodziewaną oznaką lojalności. Zupełnie nie wyglądał na śmiałego człowieka, nawet w porównaniu z nią, a jednak wszedł z nią tutaj i krążył teraz dookoła równie niepewnie jak ona.
W mrocznym przedpokoju stała komoda, na której ktoś umieścił oprawioną fotografię kobiety, prawdopodobnie Amy, i dwie sfatygowane chorągiewki przedstawiające flagę amerykańską i flagę stanu Iowa. "Naszą wolność cenimy wysoko, a nasze prawa utrzymamy", głosił haftowany złotem napis na tej drugiej, lecz czerwone tło wyblakło i jeden róg zaczął się już strzępić.
Kobieta na fotografii była zupełnie obca. Miała jakieś dwadzieścia lat, włosy splecione w dwa cienkie warkocze i uśmiechała się sztucznie do obiektywu jak tysiące innych. Może było coś w jej oczach, błysk rozbawienia, który zdradzał, że wie, iż to wszystko, co Sara mogła poznać z jej listów, było tylko żartem. I tyle.
Chciała wyciągnąć rękę i dotknąć fotografii, lecz wydało jej się to zbyt obcesowe. Stała więc dalej w ciemnym przedpokoju, ostrożnie balansując papierowym talerzem i książką. Jej bagaż gdzieś znikł, lecz nie miała siły się tym przejmować.
Trzy tygodnie temu czuła się tak bliska Amy, że była gotowa mieszkać z nią przez dwa miesiące, teraz miała poczucie, że każdy ślad ich przyjaźni umarł razem z nią. Nigdy nie uważała, że przyjaciele muszą się spotykać - wiele spośród najbardziej inspirujących więzi łączyło ją z ludźmi, którzy nie istnieli - lecz teraz podtrzymywanie złudzenia, że coś dla siebie znaczyły, wydało jej się fałszywe i niemal lekceważące.
Ludzie wokół niej kręcili się po pomieszczeniach powoli i niezdecydowanie, jakby się dziwili, co do diabła tutaj robią, co dokładnie wyrażało także jej uczucia. A jednak nie wyglądali na zszokowanych. Ani na zdziwionych. Nikt nie płakał.
Większość patrzyła na nią z zaciekawieniem, ale coś, może powaga sytuacji, w jakiej się znajdowali, nie pozwalało im na zadawanie bezpośrednich pytań. Zamiast tego krążyli wokół niej i uśmiechali się za każdym razem, gdy napotykała ich spojrzenia.
Z tłumu wyłoniła się jakaś kobieta i zaczepiła ją w przejściu między salonem i kuchnią.
- Caroline Rohde.
Jej postawa i uścisk ręki miały w sobie coś wojskowego.
Była znacznie ładniejsza, niż Sara ją sobie wyobrażała. Miała duże oczy w kształcie migdałów i rysy twarzy rzeźbione jak na posągu. W świetle sufitowej lampy jej skóra zdawała się niemal lśnić bielą nad wysokimi kośćmi policzkowymi. Gęste włosy z siwymi pasmami przypominały płynne srebro.
Jej szyję owijał czarny szal z cienkiego, chłodnego jedwabiu, który na kimś innym wyglądałby niestosownie nawet na pogrzebie, ale na niej wydawał się elegancki i niemal dodający splendoru.
Trudno było określić jej wiek, lecz miała aurę osoby, która nigdy nie była naprawdę młoda. Sara nie mogła się oprzeć wrażeniu, że Caroline Rohde nigdy nie przywiązywała wielkiej wagi do młodości.
Kiedy mówiła, wszyscy wokół milkli, a jej głos pasował do całości - pewny, stanowczy, rzeczowy. Może pobrzmiewał w nim cień uśmiechu, lecz nigdy nie sięgał kącików ust, co najwyżej pogłębiał linie wokół nich.
- Amy mówiła, że przyjedziesz - powiedziała Caroline. - Nie powiem, bym uważała to za dobry pomysł, ale to w końcu nie moja sprawa.
I dodała, jakby po namyśle:
- Może tobie też nie powinnam tego mówić, ale chyba się ze mną zgodzisz, że doszło do... niezręcznej sytuacji.
- Niezręcznej - powtórzyła jak echo Sara, choć nie rozumiała, jak Amy mogła przewidzieć, że umrze.
Pozostali skupili się wokół nich w rozproszonym półkolu za plecami Caroline, zwróceni w stronę Sary, jakby była cyrkiem na gościnnych występach.
- Nie wiedzieliśmy, jak się z tobą skontaktować, kiedy Amy... odeszła. A teraz jesteś tutaj - podsumowała Caroline. - No cóż, zobaczymy, co możemy dla ciebie zrobić.
- Musiałabym gdzieś mieszkać - powiedziała Sara. Wszyscy nachylili się, by usłyszeć, co mówi.
- Mieszkać? - zdziwiła się Caroline. - Oczywiście, że zamieszkasz tutaj. Przecież dom jest pusty.
- Ale...
Mężczyzna z koloratką uśmiechnął się przyjaźnie do Sary i niestety uzupełnił to słowami:
- Amy bardzo nas prosiła, byśmy ci powiedzieli, że nic się w tej kwestii nie zmieniło.
Nic się nie zmieniło? Nie wiedziała, kto tu zwariował: Amy, pastor czy całe Broken Wheel.
- Jest oczywiście pokój dla gości - dodała Caroline. - Prześpij się tam dziś w nocy, a potem zobaczymy, co dalej.
Pastor skinął głową i tak oto zapadła decyzja: ma zamieszkać sama w opustoszałym domu Amy Harris.
Zaprowadzili ją na piętro. Caroline szła przodem jak dowódca na wojnie, Sara tuż za nią, a dalej George jak wspierający ją niemy cień. Za nimi podążała większość pozostałych gości. Ktoś niósł jej bagaż, nie wiedziała kto, ale kiedy znalazła się w małym pokoju, plecak i torba podróżna pojawiły się w jakiś magiczny sposób.
- Dopilnujemy, byś miała wszystko, czego potrzebujesz - rzuciła Caroline całkiem przyjaznym tonem. Potem przepędziła wszystkich i mrugnęła lekko do Sary, nim zamknęła za sobą drzwi.
Sara opadła na łóżko, nagle znowu sama, wciąż trzymając w ręce papierowy talerz z jedzeniem, a samotna książka leżała porzucona obok niej.
To ci dopiero, pomyślała.
Masz cztery nowe wiadomości. Odebrane o 05.13.
"Kochanie! Tutaj mama. Co? Tak, tak. I tata, oczywiście. Właśnie wróciliśmy od Andersa i Gunnel. Wiesz, nasi dawni sąsiedzi, którzy przeprowadzili się potem do uroczej willi w Tyresö. Co u ciebie? Czy już dojechałaś? Jak tam jest w tej dziurze? Czy Amy jest zupełną wariatką? Wsiadłaś do właściwego autobusu? Nie rozumiem, czemu koniecznie musiałaś jechać..."
Odebrane o 05.15. Matka mówiła dalej, jakby nikt jej nie przerwał:
"Na tę wieś. Czekaj, jeszcze nie skończyłam. Twój ojciec tu idzie, koniecznie musi coś powiedzieć, choć ja wcale nie skończyłam".
Chwila ciszy. Rzeczowe chrząknięcie.
"Sara! Mam nadzieję, że nie siedzisz tam przez cały czas w domu i nie czytasz. Musisz się odważyć wyjść do ludzi. To fantastyczna szansa, ta podróż. Pamiętam, kiedy twoja matka i ja..."
Odebrane o 05.18.
"Co się dzieje z tą pocztą? Czemu nie dają mi skończyć? Dobrze, w takim razie do usłyszenia. Czekaj. Twoja matka chce jeszcze coś powiedzieć".
"Pamiętaj, jeśli zmienisz zdanie, możesz jechać do Nowego Jorku. Albo do Los Angeles. I nie płać z góry".
Wiadomość znów została przerwana, a kolejna nagrała się dopiero w trzy godziny później. Znowu mama:
"Sara! Czemu nie odbierasz, kiedy dzwonimy? Czy Amy jest seryjnym mordercą? Przecież wiem, jak jest w Stanach. Jeśli leżysz gdzieś zadźgana nożem, nigdy ci tego nie daruję. Jeśli natychmiast nie oddzwonisz, ja zadzwonię do CIA". W tle dało się słyszeć mruknięcie ojca. "FBI. Whatever".
Matka wcale się nie uspokoiła, kiedy Sara wreszcie się z nią skontaktowała.
- Nie podoba mi się ten pomysł z małym miastem - powiedziała. Odbyły wcześniej dyskusję na ten temat.
Sara potarła czoło i opadła z powrotem na łóżko. Pokój, w którym leżała, był mały, może trzy metry na pięć. Oprócz łóżka stał tam tylko fotel pod samym oknem, nocny stolik i mała komoda. Nic więcej. Jasna tapeta w kwiatki wyglądała, jakby liczyła sobie przynajmniej parę dekad. Firanki miały zupełnie inny kwiatowy wzór i Sara odniosła wrażenie, że powieszono je tuż przed jej przyjazdem. Były z pewnością o dziesięć centymetrów za krótkie.
- Małe miasta są takie... nudne. Mogłaś pojechać gdziekolwiek indziej.
To już zakrawało na ironię. Matka Sary zawsze wierciła jej dziurę w brzuchu, żeby gdzieś wyjechała, a kiedy wreszcie to zrobiła, zachowywała się tak, jakby miała jej to za złe.
- I niebezpieczne. Kto wie, jacy szaleńcy tam się czają.
Właściwie nie wiadomo, co było gorsze - nuda czy ryzyko natknięcia się na któregoś z tych seryjnych morderców kryjących się w każdej szopie. Te słowa o czymś jej przypomniały.
- To dlatego, że ludzie są tam bliżej siebie - powiedziała.
- Szczerze mówiąc, co ty wiesz o ludziach? Gdybyś nie siedziała przez cały czas z nosem w książce...
O tym też już wiele razy dyskutowały.
Może nie powinna się dziwić, że matka postrzegała starszą córkę jako trudne życiowe wyzwanie. Jej młodsza siostra Josefin skończyła prawo i pracowała w Sądzie Rejonowym w Södertälje. Z czasem zostanie adwokatem - ceniony społecznie zawód wykonywany w drogich, szytych na miarę garsonkach. Sara przeciwnie. Księgarnia. Na przedmieściu. To tylko trochę lepsze niż być bezrobotną byłą pracownicą księgarni, jaką stała się teraz. A kiedy wreszcie wyjechała za granicę, to do małej dziury na amerykańskiej prowincji, by zamieszkać tam u starszej pani.
Sara zwykle nie przejmowała się tym, że matka uważa ją za nudziarę. Miała sporo racji. Sara w całym swoim życiu nie zrobiła niczego szalonego. Jednak ciągłe ataki na Amy zaczęły działać jej na nerwy jeszcze przed wyjazdem, a teraz, mając świeżo w pamięci tragiczny pogrzeb, mogła tylko odpowiadać monosylabami na komentarze matki.
Mama chyba wyczuła, że posunęła się za daleko, bo powiedziała:
- No, przynajmniej nie zadźgali cię nożem. - W jej głosie pobrzmiewał tak głęboki pesymizm, że nawet nie musiała jeszcze dodawać. - A jak Amy? Jest dla ciebie miła?
- Amy jest... - Sara zająknęła się. - Jest przemiła.
Taka była. Problem tylko w tym, że umarła.
Sara wymknęła się z pokoju jak czujny włamywacz. Tuż za progiem jej sypialni znajdował się mały korytarz prowadzący do łazienki i pokoju Amy - Caroline pokazała go, prowadząc ją do pokoju dla gości. Minęła go szybko, starając się nie patrzeć na groźnie zamknięte drzwi. Zastanawiała się, czy ktoś kiedykolwiek je otworzy. Ona w każdym razie nie miała zamiaru tego robić.
Przy schodach przystanęła i nasłuchiwała. Potem zeszła powoli na dół.
Przed każdym nowym pomieszczeniem wahała się i ostrożnie zaglądała przez uchylone drzwi. Nie wiedziała, czego się właściwie spodziewa. Paru miejscowych schowanych za kanapą w salonie? Rozgniewanych krewnych Amy w przedpokoju, zarzucających jej, że mieszka tu, nie płacąc czynszu? A może ducha Amy w kuchni? Wszędzie jednak było pusto i głucho.
Obeszła dom Amy, dotykając rękami powierzchni, których ona dotykała, w pokojach, w których mieszkała. Cisza w domu przerażała ją, drobne przebłyski utrwalonej codzienności zaskakiwały w najbardziej nieprzewidzianych momentach.
W kuchni ktoś wystawił czajnik elektryczny, słoik nescafé i butelkę mleka. Był jeszcze wczorajszy chleb, a kiedy otworzyła lodówkę, odkryła, że jest w niej całkiem sporo jedzenia, starannie zapakowanego, podpisanego i oznaczonego wczorajszą datą.
Zjadła chleb bez żadnych dodatków i nastawiła czajnik, nim wymknęła się do łazienki, by wziąć prysznic. Sam prysznic był muzealnym obiektem nad małą owalną wanną. Rozebrała się do naga, złożyła ubranie w schludną kostkę i położyła na sfatygowanym taborecie stojącym w kącie naprzeciw umywalki. Miała nadzieję, że tam się nie zamoczy, choć ani odpływ, ani zasłonka od prysznica nie budziły jej wielkiego zaufania.
Rury wydały przenikliwy, zawodzący dźwięk, a woda, która z nich popłynęła, była co najwyżej letnia.
To nie tak miało być, pomyślała Sara. Owinęła włosy ręcznikiem znalezionym w łazience, rozpakowała walizki i powlekła się z powrotem do kuchni. Nie spędziła dotąd więcej niż dwadzieścia minut w żadnym pomieszczeniu oprócz pokoju, w którym spała. Czuła się bezpieczniej, będąc w ruchu.
Samo rozpakowanie zajęło jej trzynaście minut, było teraz wpół do jedenastej i nie miała już zupełnie nic do zrobienia. Na dworze zaczynało się robić parno. Przez otwarte kuchenne drzwi dochodził zapach suchej ziemi i duszącej roślinności. Konkurował z zapachami wewnątrz domu - stęchlizny, drewna i starych dywanów.
Usiadła na kuchennym krześle, szukając wokół jakichś oznak, że tu mieszkała Amy, ale zobaczyła tylko podniszczone szafki i zwiędłe rośliny w oknie.
To miała być przygoda jej życia. Miała siedzieć tutaj z Amy, może na tych samych krzesłach, i rozmawiać o książkach, mieście i ludziach, których Amy znała, miło spędzać czas.
- Amy - powiedziała. - Coś ty, do cholery, zrobiła? Miałyśmy przecież zostać prawdziwymi przyjaciółkami.
Przy drzwiach kuchennych wychodzących na werandę stały dwie pary kaloszy w różnych rozmiarach. Wysoka trawa pożółkła od letniego słońca, a sam ogród kuchenny dawno zarósł chaszczami. Było w nim pewnie sporo rzeczy niewidocznych przez wszechobecną trawę, ale Sarze udało się zidentyfikować dwie pokrzywione jabłonie, których chyba nikt od lat nie przycinał, małe poletko ze zdziczałymi ziołami bardziej przypominającymi chwasty i parę gigantycznych rozsad pomidorów.
Znów weszła do domu i poświęciła następną godzinę na rozkładanie w nim swoich książek, by poczuć się bardziej u siebie. Trzynaście tomów nie wystarczyło jednak nawet na wszystkie pomieszczenia.
W Szwecji miała prawie dwa tysiące książek i trzy przyjaciółki. O ile byłe koleżanki z księgarni można nazwać przyjaciółkami.
Zaczęła pracę w księgarni w wieku siedemnastu lat, najpierw przed świętami Bożego Narodzenia, przy wyprzedażach książek i w czasie wakacji, potem na cały etat. I już tam została. Pół godziny od miejsca, w którym się urodziła. Więcej przygód w jej życiu nie było.
Jedna z dziewczyn w księgarni stwierdziła któregoś razu, że wszystkie opowieści zaczynają się od tego, że ktoś przyjeżdża albo wyjeżdża. Mało kto przychodził do księgarni Josephssona i na pewno nikt nie przychodził do domu Sary w Haninge. Nic oprócz listów napisanych ładnym charakterem pisma. Sara mogłaby nawet przysiąc, że te listy przynosiły ze sobą powiew Iowa, ulotne, lecz wyraźne poczucie przygody, jakichś perspektyw, innego, mniej ograniczonego życia.
Kiedy jednak tu się znalazła, czuła tylko zapach stęchlizny, drewna i starych dywanów.
- Weź się w garść, Saro - powiedziała. Brzmienie ludzkiego głosu podziałało na nią uspokajająco, nawet jeśli to był tylko jej własny. Prócz tego jedynymi dźwiękami, jakie słyszała, były stukanie gałęzi drzew w okno na piętrze i rury piszczące od czasu do czasu bez powodu.
Jak można przebyć tysiące kilometrów i po dotarciu na miejsce pozostać tą samą osobą? Tego Sara nie rozumiała.
Nie licząc oczywiście tego, że teraz miała tylko trzynaście książek i żadnych przyjaciół.
- Weź się w garść - powtórzyła, lecz tym razem nie zabrzmiało to pewniej.
Sara przypuszczała, że większość tych ludzi, którzy w ogóle o niej myśleli, sądziła, że potrzebuje książek, by ukryć się przed światem.
I może naprawdę tak było. Już na etapie gimnazjum odkryła, że niewielu zwraca uwagę na osobę, która siedzi schowana za książką. Od czasu do czasu musiała podnieść wzrok, by zrobić unik przed nadlatującą linijką czy podręcznikiem, ale rzadko celowali specjalnie w nią i zwykle nawet się nie gubiła na czytanej właśnie stronie. Kiedy inni w klasie byli sprawcami lub ofiarami mobbingu, wycinali bezsensowne wzory w stolikach lub bazgrali na cudzych szafkach, ona przeżywała wielkie namiętności, śmierć, radość, obce kraje i minione czasy. Inni mogli nadal przebywać w podupadłym budynku gimnazjalnym w Haninge, lecz ona była w tym czasie gejszą w Japonii, wędrowała z cesarzową Chin po klaustrofobicznie zamkniętych pomieszczeniach Zakazanego Miasta, dorastała na Zielonym Wzgórzu z Anią i innymi bohaterami i doświadczała z klasykami odpowiedniej dawki zbrodni, miłości i straty.
Tak, książki były murem ochronnym, lecz nie tylko. Chroniły ją przed otoczeniem, ale również zmieniały je w swego rodzaju niewyraźne kulisy dla prawdziwych przygód w jej życiu.
Można by sądzić, że dziesięć lat w księgarni powinno odebrać książkom trochę ich magicznego blasku, lecz Sara uważała, że jest wprost przeciwnie. Teraz z każdą wiązała dwa wspomnienia - tego, jak ją sprzedawała, i tego, jak ją czytała. Co roku sprzedawała na wyprzedaży niezliczone ilości książek Terry'ego Pratchetta, nim zaledwie parę lat temu skapitulowała, sięgnęła po jedną i zawarła znajomość z jednym z najbardziej fantastycznych i oczywiście najbardziej solidnych współczesnych pisarzy. Wspominała lato, kiedy sprzedawała głównie Wiosłować bez wioseł Ulli-Carin Lindquist[1], i letni wieczór w trzy lata później, kiedy ją przeczytała. Zapamiętała okładkę jako ciemny kontur w realistycznych, stonowanych barwach, jak letni wieczór tuż po zachodzie słońca i to, że sama książka była mała i cienka i że wszyscy, którzy ją kupili, musieli ją komentować. "To ta prezenterka", "spikerka, która umarła", "była taka dobra w telewizji", jak gdyby w jakiś sposób łamała im serce świadomość, że gwiazda telewizyjna też może umrzeć. Sara miała wrażenie, że to książka, która porusza ludzi, zanim jeszcze zaczną ją czytać.
Przeniosła więcej stosów książek Lizy Marklund, niż chciała o tym myśleć. Sprzedawała serię Jana Guillou o Hamiltonie przynajmniej w trzech różnych wydaniach i widziała, jak powstaje, rośnie i trwa na wieki fenomen szwedzkiego kryminału. Nie zauważyła właściwie, kiedy pojawiła się Camilla Läckberg, lecz zwróciła uwagę na jej wydania kieszonkowe. Często tak miała.
Sprzedała pewnie dziesiątki, może setki tysięcy książek, ale bez sensu byłoby je liczyć. Gdyby wtedy myślała o przyszłości, zakładałaby pewnie, że zestarzeje się w księgarni i stanie z czasem coraz bardziej szara i zakurzona, jak niesprzedane książki w małym magazynie, papier do kopiowania w rolce i zapasowe wkłady do nieskończonego napełniania długopisów i automatycznych ołówków, a potem odejdzie na emeryturę składającą się głównie z książek, które kupiła przez te wszystkie lata z pracowniczych zniżek.
Jednak księgarnię Josephssona zamknięto, ona została bez pracy, a teraz znalazła się zupełnie sama w Stanach Zjednoczonych.
Kiedy na podjazd skręcił jakiś samochód, była niemal wdzięczna za to, że oderwał ją od tych myśli. Wysiadł z niego pastor z pogrzebu, a kiedy szedł w stronę domu, wypróbowała w lustrze w przedpokoju trzy różne uśmiechy.
- Tylko zachowuj się normalnie, Saro - upomniała swoje odbicie w lustrze, ale kobieta, która spoglądała z niego rozszerzonymi oczami, wyglądała tragicznie i przypominała wystraszoną mysz w turbanie. Chodziła po domu ponad godzinę, a zapomniała zdjąć ręcznik, którym owinęła włosy.
Pastor był już prawie przy werandzie, więc wrzuciła ręcznik do szafy, przeczesała włosy palcami i wyszła mu na spotkanie.
Uśmiech, Saro, upomniała siebie w myślach.
Pastor sprawiał wrażenie równie zdenerwowanego jak ona. Biała koloratka powinna była dodawać mu pewnego dostojeństwa, lecz wrażenie psuły cienkie włosy, które nie chciały się układać, i pomarańczowa pikowana kurtka narzucona na koszulę. Jakby kupił ją na wyprzedaży w sklepie z tanią odzieżą w latach osiemdziesiątych.
- Śmierć Amy była ciężkim ciosem dla tego miasta - zaczął. Stał przed werandą z jedną nogą opartą o najniższy schodek, jakby nie mógł się zdecydować, czy wejść, czy sobie pójść. - Bardzo ciężkim.
- Tak - potwierdziła. - Jak... jak umarła?
Pytanie było może obcesowe, ale teraz naprawdę chciała to wiedzieć. Pastor jednak wymamrotał tylko coś o "chorobie". Czyli nie wypadek. Mimo wszystko musiała to być jednak nagła śmierć. Zaledwie trzy tygodnie temu przekazała Amy wszystkie szczegóły dotyczące podróży i nie dostała innej odpowiedzi niż ta, że będzie na nią czekać w Hope.
Zastanawiała się, czy powinna zaprosić go na kawę. Jakie zasady gościnności obowiązywały osobę mieszkającą za darmo w domu zmarłej kobiety? To jej o czymś przypomniało:
- Nie wiem właściwie, dokąd mam pójść.
- Pójść? - Teraz, o ile to możliwe, był jeszcze bardziej zdenerwowany. Zdjął nogę ze stopnia. - Przecież mieszkasz tutaj. - Kiedy nie zareagowała, dodał: - Amy była bardzo kochana. To dla nas radość, że jej dom nie stoi porzucony i pusty. A właśnie, może czegoś potrzebujesz? Masz jedzenie?
- Na jakieś parę tygodni.
- To dobrze. Coś innego? Pewnie będziesz potrzebować samochodu?
- Nie mam prawa jazdy.
Aż drgnął.
- Aha. Hm... Będę musiał o tym porozmawiać z Caroline. - Podjęcie tej decyzji sprawiło mu widoczną ulgę i pożegnał się, nim Sara rozstrzygnęła, czy powinna go zaprosić na kawę.
Nie rozwiązała tego problemu przed wizytą następnego gościa. Tym razem jednak nie miało to znaczenia.
Pani Jennifer - "Mów mi Jen" - Hobson była amerykańską gospodynią domową godną wiceprezydentury. Miała perfekcyjnie ułożone ciemne włosy i lekko maniakalny uśmiech osoby, która dużo przebywa z małymi dziećmi. Wkroczyła prosto do kuchni, wstawiła wodę i wyjęła dwie łyżeczki do kawy.
- Jestem wydawcą newslettera Broken Wheel - oznajmiła wśród brzęku filiżanek i łyżeczek.
Otworzyła dolną szafkę i wyjęła cukier. Włosy zakołysały się wokół jej głowy, kiedy się pochyliła.
- Piszemy o wszystkich ważnych miejscowych wydarzeniach. Kilka lat temu przyjechał tu facet z Jersey. Ktoś w rodzaju freelancera. Miał się tu rozejrzeć, ale wyjechał do Hope już po dwóch tygodniach i odmówił wywiadu.
Trudno było ocenić, co gorsze - wyjazd do Hope czy odmowa udzielenia wywiadu.
- Moja przyjaciółka ze Spencer prowadziła badania genealogiczne - rzuciła Jen przez ramię. - Ja stamtąd pochodzę. Przeprowadziłam się tutaj po ślubie.
Jej rysy jakby lekko stężały.
- No tak. Prowadziła te badania. Znalazła krewnych w Szwecji. Bardzo się z tego ucieszyła. Znacznie bardziej niż z krewnych w Irlandii czy Niemczech, o których się dowiedziała. Wszyscy mają kogoś stamtąd. Szwecja jest bardziej egzotyczna.
Spojrzała na Sarę, po czym szybko pokręciła głową, jakby zawiedziona, że Sara jest taka zwyczajna.
- Jak masz na nazwisko? Może jesteście spokrewnione. Dziwniejsze rzeczy się zdarzają, a w Szwecji nie ma chyba wielu ludzi?
- Dziewięć milionów.
- Macie dęby?
- Dęby?
- Stanowe drzewo Iowa. Mamy tu fantastyczne dęby.
- Aha... my też.
- Chciałabyś może powiedzieć coś od siebie?
Sara nie chciała.
- Nic? Żadnych pozdrowień? Może pierwsze wrażenia z miasta?
- Byłam tylko w barze z hamburgerami.
- Czyli po prostu sama coś napiszę - rzekła Jen jakby do siebie. - Jestem pewna, że pokochasz to miasto, kiedy je lepiej poznasz. Nie martw się - dodała. - Dobrze wypadniesz w tym artykule. Tylko muszę wymyślić, co miałabyś powiedzieć.
Koniec wersji demonstracyjnej