Rozdział 7
W wyjątkowo upalny dzień Surinder pojechała pociągiem na południe. To
nie był dzień w stylu "bawmy się dobrze, jedźmy nad morze". W pociągu
było gorąco, duszno, potwornie tłoczno i nieprzyjemnie. Przegrzane
dzieciaki jęczały i zawodziły; w wagonie wisiał odór przepoconych ciał.
Gdy wysiadła, nic się nie zmieniło. Na dworcu było równie tłoczno i gorąco, panowała nerwowa atmosfera, bo odwoływano kolejne połączenia z powodu przegrzanych szyn i ludzi przegrywających z upałem. Londyn
wydawał się osobliwie groźnym miejscem.
Jaz błagał, żeby nie przyjeżdżała, ale postraszyła go, że powie o wszystkim rodzicom, więc tak naprawdę nie mógł nic zrobić.
Zoe była jednocześnie niewiarygodnie podekscytowana i zdenerwowana. Czy
to miał być nowy początek? Czy Jaz włączy ją w końcu do swojego życia i zbudują coś wszyscy razem?
Gdy zobaczyła, że z pociągu wysiada tylko Surinder, poczuła olbrzymie
rozczarowanie.
Wystroiła Hariego w jego najlepsze ubranko, przy okazji odkrywając, że
jest już na niego za małe, więc westchnęła i założyła mu z powrotem
dżinsowe ogrodniczki kupione w sklepie z używaną odzieżą. Synek kręcił
się i sprawiał wrażenie podminowanego, zwłaszcza że postanowiła nie
zabierać wózka i próbowała zachęcić go do pokonania pieszo drogi z domu
na przystanek autobusowy. Hari odmówił i skończyło się to tak, że przez
większość czasu Zoe musiała go nieść, a on zawzięcie wiercił się i wyrywał. Teraz stała na peronie, spocona, zdenerwowana, w totalnej
rozsypce, a ta piękna, poukładana dziewczyna, która wysiadała z pociągu,
musiała być siostrą Jaza. To było widać na pierwszy rzut oka.
Sam Jaz był jak zwykle nieobecny.
Zoe z trudem uniosła rękę.
Surinder spojrzała na nią - no, nie swoją bratową, ale prawie. Dobry
Boże. Tego się nie spodziewała. Szczupła, a raczej wychudzona, bo tak
szczupły to nikt nie chciałby być, drobna, rozczochrane czarne włosy
luźno związane z tyłu, podkrążone oczy. Przyglądała się jednak Zoe dość
krótko, bo jej uwagę przykuł chłopczyk chowający się za matką.
Uśmiechnęła się.
- Cześć! - zagaiła. - Cześć!
Kucnęła. Chłopczyk przyglądał się jej nieufnie.
- To ty jesteś Hari?
Dziecko milczało.
- Czy...? - Zoe zdawała sobie sprawę, że w jej głosie dźwięczy
zdenerwowanie. - Czy Jaz ci wszystko wyjaśnił?
Surinder się wyprostowała. Była taka ładna, miała w sobie tyle pewności
siebie. Zoe natychmiast zapragnęła się z nią zaprzyjaźnić. Ktoś taki jak
ona nigdy nie pozwoliłby sobie przypadkowo zmajstrować dzieciaka,
pomyślała ponuro. Wygląda na rozsądną osobę.
- Co wyjaśnił? A tak w ogóle to cześć. Jestem Surinder. Przepraszam, że
mój brat jest takim bałwanem.
- Hm... nie ma problemu - odparła Zoe. - Czy powiedział ci o Harim?
- A co miał powiedzieć?
- On nie... on nie mówi.
- O... - Surinder zmarszczyła brwi. - To dość dziwne w przypadku kogoś o nazwisku Mehta.
Stały na zatłoczonym peronie.
- Czy jest tu jakieś chłodniejsze miejsce, gdzie można by się napić
herbaty? - spytała Surinder. - Gdzieś, gdzie nie ma dziewięciu miliardów
stopni?
W okolicach stacji Euston nie ma zbyt wielu takich miejsc, ale w końcu
znalazły niewielki park z kilkoma huśtawkami. Hari przyjrzał im się, ale
nie odważył się podejść bliżej. Surinder kupiła dla wszystkich herbatę
na pobliskim straganiku.
- A zatem... - zaczęła. Hari wdrapał się na kolana Zoe. Surinder próbowała
nawiązać z nim kontakt, ale chłopczyk ciągle chował twarz w ubraniu
matki.
- Jest nieśmiały - wyjaśniła Zoe.
- Właśnie widzę - odparła Surinder i obie zastanowiły się przelotnie,
zszokowane, czy Jaz wcześniej przyznałby się do swoich błędów, gdyby
Hari był otwartym, uroczym, rozgadanym chłopcem.
W sumie Hari jest ładny, pomyślała Surinder, ma długie, ciemne rzęsy,
piękną skórę.
Zoe westchnęła.
- Co się dzieje? - zainteresowała się Surinder. - Jakieś problemy?
- Tak, no cóż, samotne macierzyństwo... no wiesz... - Zoe poczuła, jak do
oczu napływają jej łzy. - No cóż, nie wiesz. To takie skomplikowane.
- Jaz ci nie pomaga?
- Pomagał! - Zoe stanęła w obronie ojca swojego dziecka. - Gdy pracował,
to pomagał. Ale chce zostać cholernym didżejem i nie potrafi utrzymać
żadnej posady, nie potrafi przynajmniej spróbować...
- Kochana jesteś, że go bronisz - odparła Surinder. - Słuchaj, chcemy ci
pomóc. To znaczy ja chcę...
- A wasi rodzice?
- W tej kwestii Jaz jest nieugięty. - Surinder wzruszyła ramionami. -
Przykro mi.
- W porządku - bąknęła Zoe. - To dlatego, że nie jestem Hinduską?
Surinder prychnęła.
- Dobry Boże, ależ skąd, uwielbiają Angelę.
Po czym zdała sobie sprawę, że zachowała się nietaktownie.
- Mój starszy brat... Słuchaj, nieważne. Pokaż mi, gdzie mieszkasz.
Gdy tylko zobaczyła klitkę z łuszczącą się tapetą i mizernym grzejnikiem
elektrycznym, natychmiast podjęła decyzję. Znała już kogoś, kto nie
pasował do wielkiego miasta. Kto potrzebował przestrzeni, aby móc
swobodnie oddychać.
- Słuchaj, znasz się na książkach?
- Dużo czytam - odparła Zoe i podniosła wzrok. - Jestem gotowa... To
znaczy, potrzebujemy dachu nad głową. Ale jeśli wiesz o jakiejś dobrej
posadzie... To przysięgam, przysięgam, że potrafię ciężko pracować.
Naprawdę.
Surinder się rozejrzała. Klitka była paskudna, ale wysprzątana do
czysta. Hari też był czysty i zadbany.
- Nie mogę niczego obiecać, ale zobaczymy, co uda mi się załatwić.
Pochyliła się nad chłopcem. Hari natychmiast ukrył się za plecami Zoe.
- Następnym razem, gdy się zobaczymy, młody człowieku - rzekła Surinder
- mam nadzieję, że będziesz milszy dla swojej hinduskiej ciotki.
Rozdział 9
Wieczór był chłodny. Nina zaciągnęła zasłony (gdyby zostawiła je
rozsunięte, to pomimo ciemności Lennox wyglądałby przez okno i zamartwiał się swoim czarnym jagnięciem). Rozpaliła w piecu i przygotowała zapiekankę pasterską, ulubione danie Lennoxa, mając
nadzieję, że wprawi go w nastrój sprzyjający rozmowie, a przynajmniej w nastrój sprzyjający rozmowie nieco bardziej niż zazwyczaj. Siedział na
kanapie - przyniosła mu herbatę, a on spojrzał na nią badawczo.
- A to nie ja powinienem przynieść herbatę tobie? Do czego zmierzasz?
- Opowiedz mi o tej rezydencji - zaczęła Nina bez zbędnych wstępów.
- Dlaczego przekupujesz mnie herbatą, żebym ci o niej opowiedział? -
zainteresował się dobrodusznie Lennox. - To herbatnik firmy Penguin?
- Tak.
- Ile zostało w opakowaniu?
- Nie pytaj.
- No cóż... - Lennox się uśmiechnął. - Ramsay jest młodym właścicielem
ziemskim... ekhm, teraz to już może po prostu właścicielem ziemskim...
- Tyle to już wiem. Powiedz mi, czy zamordował swoją żonę.
W półuśmiechu Lennoxa czaił się smutek.
- O Boże, a więc dotarła do ciebie ta historia?
- Mężczyźni zawsze mordują swoje żony - odparła Nina, moszcząc się na
kanapie.
- Nie - poprawił ją ostrożnie Lennox. - Mężczyźni bardzo rzadko kogoś
mordują. - Zastanowił się przez chwilę. - Ale jeśli już, to tak, na ogół
swoje żony.
- A więc...
- Pewnego razu spotkałem Elspeth Urquart - rzekł Lennox. Jego głos
zbrzmiał, jakby dobiegał z oddali. - Była taka piękna, niczym wróżka.
Drobna, z burzą złotych włosów. Zielone oczy. Ostro zarysowany
podbródek.
- Sukienka z pajęczyn? - uzupełniła Nina. - Co się z nią stało?
Lennox pokręcił głową.
- Była zawsze... taka nieobecna. Zupełnie jakby przed chwilą się obudziła
i nie rozumiała, co się stało z jej życiem. Była piękna. Myślę, że to
się stało nagle...
- Ale co?
- No cóż, młody Urquart, to znaczy Ramsay, studiował na Uniwersytecie
Cambridge, gdy niespodziewanie zmarł jego ojciec. Facet był już sędziwy.
Ramsay musiał wrócić i zająć się domem, który był strasznie zaniedbany...
nadal jest. Minęły może trzy miesiące i spiknął się ze Elspeth. Pojawiły
się dzieci, a potem... Elspeth zniknęła. Myślę, że nie nadawała się do
życia we współczesnym świecie. Tak wszyscy mówili.
- A więc ją zamordował?
Lennox parsknął śmiechem i uniósł dłoń.
- Słuchaj, ja wiem... Ludzie nie potrafią sobie tego poukładać, myślą, że
ten czy tamten nie może być agresywny. "To był taki dobry mąż i ojciec",
i takie tam. Ale ja znam Ramsaya od dzieciaka, razem chodziliśmy do
szkoły. On się nigdy nie złościł, nigdy nie żywił do nikogo urazy.
Powiesz mi pewnie, że wszystko jest możliwe. A nie sądzisz, że gliny już
dawno siedziałyby mu na ogonie? Przeszukania, pozwy, plakaty wieszane na
latarniach, wezwania, koszulki, itepe, itede? Bo zniknęła piękna, młoda
kobieta będąca matką trojga dzieci?
- Pani Murray uważa, że sprawę wyciszono.
- Pani Murray uważa, że za zamachy terrorystyczne na World Trade Center
i Pentagon odpowiadają reptilianie.
- No tak - przyznała Nina. - A ty co myślisz?
- Myślę, że nie potrafiła sobie z tym wszystkim poradzić. Dzieci
pojawiły się jedno po drugim. Coś takiego źle wpływa na kobietę. Myślę,
że albo wyjechała gdzieś daleko, tam, gdzie była w stanie ogarnąć swoje
życie... albo popełniła samobójstwo.
- No dobrze, a dlaczego my nic o tym nie wiemy?
- Bo to nie nasz interes - odparł Lennox. - Wszystko jedno, co się
wydarzyło, to była olbrzymia tragedia dla tego faceta. Serce mu pękło.
Pewnie nigdy go nie widziałaś...
- Widziałam. Zajrzał do księgarni, szukał Spaceru po dachach. Wielki
chłop. Pasuje do rysopisu mordercy żony.
- Hmm... No cóż, śmiem wątpić. Gliny nie są głupie. To po prostu bardzo
smutna historia. Zazwyczaj odchodzą ojcowie. Ale czasem odchodzą matki.
Smutne rzeczy wydarzają się w życiu wielu z nas. Ludzie wstają
codziennie z łóżka z uśmiechem na ustach, pomimo doświadczeń, których
ani ty, ani ja nie jesteśmy w stanie sobie nawet wyobrazić.
Nina zastanowiła się nad tym przez chwilę i kiwnęła głową.
Lennox przyciągnął ją do siebie i otulił ich oboje miękkim pledem w szkocką kratę, przewieszonym przez oparcie starej kanapy.
- Nie chcę, żeby przydarzyło nam się coś złego.
- To niemożliwe - odparła Nina, wtulając się w niego mocno.
Lennox oparł swoją wielką głowę na jej ramieniu.
- Masz rację - mruknął.
Siedzieli tak oboje objęci, blask ognia migotał na ścianach pokoju, a Pietruszka zaskomlał cichutko przez sen i odwrócił się na drugi bok.
Rozdział 10
Ciąża Niny nie przebiegała tak, jak wyobrażała to sobie sama
zainteresowana, gdy zobaczyła dwie kreski na teście. Nina nieustannie
wymiotowała, zapominała o różnych rzeczach, spała do późna, zalewała się
łzami, biegała tu i tam, wszystko porządkując, a potem znów tonęła we
łzach.
Była wykończona. Nie spodziewała się tego. Zupełnie jakby dziecko
pożerało ją od wewnątrz. Jasne, cieszyła się, przepełniało ją uczucie
miłości, ale czuła się także udręczona mdłościami, refluksem i koniecznością biegania co pięć minut do toalety. Podnoszenie ciężkich
kartonów z książkami zaczynało być problemem, choć Lennox starał się ją
w tym wyręczać. I oczywiście nieustannie wisiało nad nią widmo awarii
furgonetki. Zmusiła się już wcześniej do lektury poradników naprawy aut,
poirytowana, lecz świadoma bogactwa zawartej w nich wiedzy, tak więc
wiedziała, jak zmienić koło, sprawdzić poziom oleju i tym podobne -
jednak zupełnie osobną kwestią było, czy będzie w stanie zrobić to
teraz, gdy jej piersi już przestały się mieścić we wszystkich bluzkach,
którymi dysponowała, a brzuch właśnie zamierzał pójść w ich ślady.
Spojrzała ponownie na CV przysłane przez tę dziewczynę z Londynu.
Świetne referencje, ale nie dla księgarki, tylko dla przedszkolanki. Z drugiej strony sprawiała wrażenie uczciwej, pracowitej...
Nina westchnęła. Tego poranka na dworze panowała osobliwa cisza, chociaż
gęsta mgła uniosła się już znad jeziora. Powietrze było rześkie i przyjemne Tak właśnie jest na północy Szkocji, uświadomiła sobie. Przez
jakiś czas pogoda jest paskudna, więc przyzwyczajasz się do tego, że
trzeba siedzieć w domu, a potem nagle - dwa lub nawet trzy razy w tygodniu - pojawia się słońce, osuszając poranną rosę i wyskakując zza
sinych gór na horyzoncie wyłącznie po to, aby cię zdezorientować i zachwycić, a ty wtedy przebaczasz Szkocji wszystkie deszczowe poranki i mroczne wieczory, bo tak nieopisanie wspaniałe jest to, jak doskonale
może wyglądać idealny dzień.
Może po prostu nikt nie ma ochoty zaglądać do księgarni, gdy wzywa go
rower, a największych śmiałków (dysponujących nieprzemakalnymi kocami)
kuszą nawet pikniki, o ile uda się znaleźć zaciszne miejsce rozświetlone
słońcem, ale ukryte przed porywami wiatru, pomyślała Nina.
Rozmawiała z kobietą z Rezydencji pod Bukami. Napomknęła, że być może
znalazła kandydatkę do pracy, a kobieta spytała, czy ona jest
kryminalistką. Nina zaprzeczyła, kobieta odparła, że szkoda, Nina
zainteresowała się, czy taka osoba nie musi przypadkiem opiekować się
dziećmi mieszkającymi w rezydencji, a kobieta poinformowała ją, że
najlepiej by było nie.
Nina sięgnęła po telefon.
Rozdział 11
Surinder lubiła myśleć o sobie jak o bajkowej matce chrzestnej,
rozwiązującej wszystkie problemy - jak o wspaniałym, świetnie
zorganizowanym aniele.
Pozostali mieli jednak inny pogląd na tę sprawę. Mieli wrażenie, że
godzą się na możliwie jak najlepsze wyjście z bardzo złej sytuacji.
Zaczęło się od tego, że Zoe wpadła w tarapaty, nerwowo rozmawiając przez
telefon z Niną i jednocześnie próbując pilnować Hariego bawiącego się
tabletem. Nina spytała ją, co ostatnio czytała, a wtedy Zoe poczuła, jak
w jednej sekundzie wszystko wyleciało jej z głowy.
Jedyne, co sobie przypomniała, to Wesoły listonosz, uwielbiana przez
Hariego bajeczka, na której wypożyczenie nalegał za każdym razem, gdy
szli do biblioteki. To, że Nina była wielką fanką opowiastki o wesołym
listonoszu i sprzedała setki tych książeczek, oznaczało, że kandydatka
udzieliłaby dobrej odpowiedzi, tymczasem Zoe zacięła się, rozpaczliwie
poszukując w pamięci innego tytułu i w końcu wspomniała o trylogii soft
porno, popularnej kilka lat wcześniej. Wydało jej się, że niemal słyszy,
jak potencjalna nowa szefowa uśmiecha się sztywno po drugiej stronie
słuchawki.
Podczas drugiej rozmowy niemal w ogóle nie dano jej dojść do głosu. Jak
się okazało, pani MacGlone była gosposią w rezydencji, w której Zoe
miała zamieszkać, i trajkotała przez telefon jak automat. Spędzała na
miejscu cały dzień, a porankami i wieczorami miała zająć się Zoe,
otrzymując w zamian wikt, opierunek i niewielkie wynagrodzenie.
Zapewniano posiłki, jednak pani MacGlone oświadczyła wyzywająco, że
"żywią się prosto". Gospodyni zajmowała się także sprzątaniem i praniem,
jak zaznaczyła, z wyłączeniem pokoju i ubrań Zoe, przy czym oznajmiła,
że będzie jej potrzebne wszelkie możliwe wsparcie.
- Czy mogłaby pani opowiedzieć mi krótko o rodzinie właściciela domu? -
spytała Zoe. Pytanie wydało jej się całkowicie nieszkodliwe.
Długie milczenie rozmówczyni uświadomiło jej jednak, że być może jest
inaczej.
- No cóż, właściciel ma na imię Ramsay - odparła pani MacGlone z silnym
szkockim akcentem. - Dużo pracuje. Lepiej mu nie przeszkadzać.
- W porządku - zgodziła się Zoe. - A jego żona?
- To ci nie powiedzieli? - zagderała pani MacGlone. - Ach, ci Anglicy.
Nie mają o niczym pojęcia.
Zoe zamrugała, próbując zrozumieć, co, u licha, gosposia ma na myśli.
- Odeszła od nich. Dwa lata temu. To dlatego cię potrzebujemy. Ale
lepiej o tym nie wspominać, to ich denerwuje.
- O mój Boże. Dlaczego...?
- Tak jak powiedziałam, lepiej o tym nie wspominać. Ani dzieciom, ani
szefowi, szef też nie lubi o tym rozmawiać.
- W porządku, rozumiem - zełgała Zoe, która w zasadzie niczego nie
rozumiała. - A dzieci?
- Shackleton ma dwanaście lat, Mary dziewięć, Patrick pięć.
- Świetnie! - Zoe zachwyciła się wizją przyjaciela dla Hariego. - Mój
synek ma cztery lata.
- Tak, no cóż. Patrick nie jest standardowym pięciolatkiem.
- Hari nie jest standardowym czterolatkiem - mruknęła Zoe cicho, na
wypadek gdyby Hari przysłuchiwał się rozmowie.
Pani MacGlone pociągnęła nosem, jakby chciała powiedzieć, że to się
jeszcze zobaczy.
- No dobrze - poinformowała. - Umowa na okres próbny, sześć tygodni.
- A... A pan Ramsay nie chce ze mną porozmawiać? - spytała zaskoczona Zoe.
Pani MacGlone westchnęła ciężko.
- On mi ufa.
- Oczywiście - odparła pospiesznie Zoe. - Oczywiście.
I tak klamka zapadła.
Zoe być może nienawidziła człowieka wynajmującego jej mieszkanie, który
od pewnego czasu złowróżbnie napomykał o wyższym czynszu. Gdy jednak
przyszła pora wyprowadzki, poczuła wobec niego pewną wdzięczność - facet
obrzucił spojrzeniem paskudną klitkę, przelotnie przyjrzał się
nieustannie rosnącej mokrej plamie na suficie, a potem, ku bezbrzeżnemu
zdumieniu Zoe, zwrócił jej całą kaucję w gotówce. Przez chwilę miała
ochotę go ucałować.
Wszystko potoczyło się tak szybko. Surinder po prostu miała... po prostu
miała w sobie to coś. Odsunęła na bok wszelkie protesty i troski Zoe za
pomocą niepodważalnie logicznego stwierdzenia, że dziewczyna nie może
dłużej pozostać w dotychczasowym mieszkaniu, że czeka na nią pokój w dużym domu, opieka nad dziećmi i praca w księgarni - tu trochę, tam
trochę, przez większość czasu będzie mieć wolne - a poza tym w Szkocji
są darmowe przedszkola. Z czym tu się spierać?
Zresztą, co Zoe miała jeszcze do wyboru? Jaz już się zdążył zmyć - wedle
informacji z jego Instagrama przebywał obecnie na Ibizie, "organizując
sobie fuchy" (Zoe nie miała pojęcia, czy płatne, ale podejrzewała, że
raczej nie) i cykając sobie fotki na tle wschodów i zachodów słońca,
ustrojony w rozmaite niedorzeczne nakrycia głowy, otoczony młodymi
kobietami.
Pieniędzy z odzyskanej kaucji wystarczyło na bilety do Szkocji -
siedemnastogodzinny maraton autobusem, o którym wolała nie myśleć - i na
nową kurteczkę dla Hariego. Co więcej, o radości, w supermarketowym
dziale z ubraniami była wyprzedaż, więc Zoe kupiła także kilka ciepłych
bluz oraz tanią podróbkę kurtki puchowej. Wszyscy mówili tylko o tym,
jak zimno bywa w Szkocji. Ziąb i potwór z Loch Ness - oto, co ich
czekało. Za każdym razem, gdy ktoś wspominał o potworze, Hari szeroko
otwierał oczy i chował się za futonem, więc mówiła ludziom, żeby
przestali o tym gadać, ale to nikogo nie powstrzymało. Poza tym nie
chciała, żeby ktokolwiek wiedział, że wyjeżdża, na wypadek gdyby
poniosła porażkę i musiała wrócić po sześciu tygodniach. Ale nie mogła
tak myśleć.
Poradzi sobie. Zaskoczy wszystkich. Zaoszczędzi zarobione pieniądze i stanie znów na nogi, skoczy na głęboką wodę. A te biedne, pozbawione
matki maluchy! Na pewno się ucieszą z jej obecności. Oczywiście nie
zastąpi im matki, ale sprawi, że sporo w ich życiu zmieni się na lepsze.
Wszystko pójdzie jak z płatka. Po raz pierwszy od dłuższego czasu Zoe
czuła przypływ optymizmu i pozwalała szaleć wyobraźni.
Nie mogła jednak zaakceptować ulgi w głosie Jaza, gdy do niego dotarło,
że Surinder znalazła rozwiązanie problemu. Zoe zdała sobie sprawę, że
gdzieś z tyłu jej głowy, tak głęboko, że nie była w stanie się do tego
przyznać, kryła się odrobina, dosłownie krztyna nadziei, że Jaz powie:
"Hej, myślałem nad tym, zrezygnuję z bycia didżejem, znajdę odpowiednią
robotę, ustatkuję się, będę dobrym mężem i ojcem i może znajdziemy
jakieś fajne miejsce, gdzie zamieszkamy razem? Zmieniłem się".
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Wprowadzenie
W dzieciństwie przeczytałam wszystkie książki z niewielkiego działu dla
dzieci w naszej skromnej, lokalnej bibliotece (poza wielką, zieloną
książką o gadach i płazach, której panicznie się bałam).
Czytałam o kaligrafii, tenisie stołowym, zuchach (byłam kiepską zuchenką
i nie znosiłam harcerstwa - zdobyłam tylko jedną sprawność: czytelnika),
o tym, jak zostać szpiegiem, o Biblii i oczywiście wszystkie bajki,
jakie znalazłam na półkach.
Myślałam, że o to w tym chodzi: czytasz, aż przeczytasz wszystkie
książki. Gdy skończyłam trzynaście lat, dostałam kartę dorosłego
użytkownika biblioteki. Dotarłam wtedy gdzieś do połowy półki z dziełami
Louisa L'Amoura i zdałam sobie sprawę, że chyba jednak mi się nie uda
(chociaż nie spodziewalibyście się po nastolatce, że przeczyta tyle
powieści Toma Clancy'ego).
A skoro już to wyjaśniłam - cześć, dziękuję ci za wybranie Księgarni
nad jeziorem. Wiem, że jest wiele innych książek. Przysięgam, że wiem
:D
Ta książka nie jest kontynuacją Objazdowej księgarni. Co ciekawe,
Objazdowa księgarnia w wydaniu brytyjskim została zatytułowana The
Little Shop of Happy Ever After (Sklepik szczęśliwych zakończeń), a w amerykańskim - The Bookshop on the Corner (Księgarnia tuż za rogiem).
To w sumie dość zabawna historia: o dziwo, tytuły książek nie zawsze są
wybierane przez autorów. Gdy opublikowałam The Little Shop of Happy
Ever After, panowała moda na długie tytuły, ten jednak zawsze wydawał
mi się odrobinę przegadany.
A potem mój ukochany amerykański wydawca oświadczył: "Wiesz, ten
brytyjski tytuł jest taki trochę nie bardzo. Może byśmy go zmienili?", a ja odparłam: "Nie ma problemu!".
"Może The Bookshop on the Corner?"
"Ale to jest objazdowa księgarnia, więc tak naprawdę nie znajduje się
tuż za rogiem".
"Pomyślałem, że w takim tytule fajne jest to, że sugeruje podręczność
księgarni".
"No dobrze, to będę ją parkować tuż za rogiem".
"Super".
I z tego właśnie powodu brytyjskie wydanie od amerykańskiego różni się
liczbą powtórzeń zdania "Furgonetka stała zaparkowana tam gdzie
zazwyczaj, tuż za rogiem ulicy".
Tak czy owak, nie jest to kontynuacja - wprawdzie pojawiają się w niej
znajome twarze, Nina i Surinder, ale jest to przede wszystkim historia
Zoe.
Jest to opowieść o tym, że jeśli kochasz książki, to zawsze masz pancerz
chroniący cię przed światem - być może brzmi to dziwacznie, ale naprawdę
w to wierzę.
Nie zawsze musisz wierzyć w każde zawarte w nich słowo. Chodzi o to, aby
przez chwilę pomyśleć jak inny człowiek, żyć jego życiem. Mój syn nie
pochłania książek, nie jest też dzieckiem przedwcześnie dojrzałym -
pamiętam jednak, że gdy przeczytał serię o Harrym Potterze, powiedział z zaskoczeniem: "To nie było jak oglądanie filmu - ja tam naprawdę
byłem, mamo". Jestem przekonana, że czytanie to najlepsza forma
bezpośredniej komunikacji pomiędzy ludzkimi mózgami, jaką do tej pory
udało się odkryć ludzkości (przynajmniej dopóki Facebook nie zachęci nas
wszystkich do wszczepienia sobie implantów).
Czytanie to rodzaj ucieczki - uwielbiam patrzeć na ludzi jadących do
pracy, nieświadomych tchnienia porannej szarości, zatopionych w dziejach
Anglii za czasów Thomasa Cromwella, wizji marsjańskiego świata Michela
Fabera czy opisach niedostępnych twierdz i siedzib George'a R.R.
Martina.
W poprzedniej powieści o księgarni wspomniałam, jak i gdzie czytam, a wielu czytelników podzieliło się ze mną własnymi pomysłami. Ciekawe
okazało się na przykład rozgraniczenie pomiędzy "prawdziwymi książkami"
a e-bookami i audiobookami. Część osób (choć było ich niewiele)
prezentowała nieugięte stanowisko - "nie ma to jak prawdziwa książka".
Większość uwielbia jednak wolność związaną z możliwością noszenia całej
biblioteczki w telefonie lub w kieszeni. Coraz częściej widuję też ludzi
korzystających z opcji powiększania czcionki na czytniku e-booków, która
pozwala im obyć się bez okularów - czyż nie jest to przydatne?
Czytnik lub telefon łatwo oprzeć o wybrany przyrząd gimnastyczny na
siłowni. Korzystam z nich także, biorąc kąpiel (przewijam strony,
dotykając ekranu nosem) i nigdy jeszcze nie udało mi się ich upuścić, a musicie mi uwierzyć na słowo - nie znam nikogo bardziej niezdarnego niż
ja. Kocham też audiobooki, bo mogę ich słuchać, gdy wyprowadzam psa na
spacer.
W przypadku e-booków trochę brakuje mi możliwości podglądania tytułów
książek czytanych przez inne osoby. Żałuję, że nie są zawsze wyświetlane
na górze ekranu, bo nieustannie zapominam tytułu właśnie czytanej
książki. Ktoś pyta, co czytam, ja zaczynam gestykulować, a pytający
spogląda na mnie tak, jakby chciał powiedzieć "Ach, przepraszam,
myślałem, że naprawdę jesteś molem książkowym". To takie
denerwujące.
Zirytowałam się też podczas pewnej kolacji, gdy jedna z obecnych na niej
kobiet bez końca opowiadała, że nie czyta e-booków, a wyłącznie
prawdziwe książki. Słowo daję, zawsze traktuję innych uprzejmie, ale ona
była po prostu nieznośna, więc w końcu odparłam: "E-booki tak naprawdę
są tylko dla tych, którzy dużo czytają". Może było to złośliwe, ale
dało mi sporo satysfakcji.
Chcę ci przekazać, co następuje: kochaj wszystko, co czytasz. Wzbogacaj
swoje życie książkami każdego rodzaju. Jeśli jakaś ci nie
odpowiada1, zabierz się za kolejną - życie jest zbyt krótkie,
aby je marnować. Nadal próbuję przeczytać wszystkie istniejące książki.
Jesteś czytelnikiem, więc mnie rozumiesz.
Uściski i całusy,
Jenny
Rozdział 1
Opowie mi pani o płaczu?
Uprzejma, ale bardzo oficjalna kobieta siedziała za sfatygowanym,
obdrapanym, starym biurkiem państwowej przychodni. Z treści plakatu
wiszącego na ścianie wynikało, że jeśli podejrzewa się u siebie udaru
mózgu, należy pamiętać o pewnym niejasnym akronimie.
Możliwość udaru budziła w Zoe silny niepokój, jeszcze większy niż ten
wywołany faktem, że w ogóle się tu pojawiła. W pomieszczeniu oprócz
biurka i plakatu znajdowało się okno z widokiem na mur z czerwonych
cegieł, przysłonięte brudną żaluzją, i szorstka wykładzina dywanowa
zachlapana kawą.
- Głównie w poniedziałki - odparła Zoe, skupiając uwagę na pięknych,
błyszczących, ciemnych włosach kobiety. Jej własne też były długie i ciemne, teraz niedbale związane; miała nadzieję, że gumką do włosów, a nie recepturką zgubioną przez listonosza. - No wie pani. Gdy metro nie
przyjeżdża na czas albo nie mogę wstawić wózka do wagonu. Albo gdy ktoś
cmoka z irytacją, gdy próbuję to zrobić. Jak nie wezmę wózka, to spóźnię
się godzinę. Chociaż Hari i tak jest już za duży na wózek. A przecież ja
to wiem, dzięki za informację, może sobie pan darować te krytyczne
spojrzenia. Albo kiedy utknę w robocie i zastanawiam się, ile mi zajmie
odebranie Hariego i wtedy cały dzień pracy traci jakąkolwiek wartość.
Albo myślę sobie, że pojedziemy autobusem, docieramy na przystanek, a kierowca zamyka nam drzwi przed nosem, chociaż nas widzi, ale nie chce
mu się męczyć z wózkiem. Albo kończy się nam ser i nie mam pieniędzy,
żeby go kupić. Widziała pani ceny sera? Albo...
Kobieta uśmiechnęła się życzliwie, choć z pewnym zaniepokojeniem.
- Miałam na myśli pani syna, pani O'Connell. W jakich sytuacjach on
płacze?
- Ach... - bąknęła z zaskoczeniem Zoe.
Obie zerknęły na ciemnowłosego chłopczyka, ostrożnie bawiącego się w kącie pokoju zabawkową farmą. Dziecko odpowiedziało im spojrzeniem
pełnym rezerwy.
- Nie... nie zrozumiałam. - Zoe pomyślała nagle, że zaraz znów się
rozpłacze.
Uprzejma doktor Baqri podsunęła jej pudełko z chusteczkami, co tylko
pogorszyło sprawę.
- ...panno O'Connell - głos Zoe zadrżał. - Z Harim raczej wszystko w porządku... Czasem parę łez, tylko że on... - Wiedziała, że dłużej już nie
powstrzyma płaczu. - Tylko że on... w ogóle nie mówi.
"Przynajmniej... - pomyślała Zoe, gdy już doprowadziła się do względnego
porządku po tym, jak prawie puściły jej nerwy, ale powstrzymała się w ostatniej chwili, gdy z przerażeniem uświadomiła sobie, że czas
wyczekiwanej od wielu miesięcy wizyty u lekarza właśnie się kończy, a ona zużyła go w większości na popłakiwanie i spoglądanie na przemian z nadzieją i rozpaczą na doktor Baqri, z Harim wiercącym się teraz
radośnie na jej kolanach. - Przynajmniej doktor Baqri nie powiedziała
tego, co wszyscy mówią..."
- Jak może pani się orientuje, Einstein - zaczęła lekarka i Zoe jęknęła
w duchu - zaczął mówić dopiero, gdy skończył pięć lat.
Zoe uśmiechnęła się krzywo.
- Tak, wiem, dziękuję - wycedziła przez zaciśnięte zęby.
- Mutyzm wybiórczy... Czy pani syn doznał jakiejś traumy?
Zoe przygryzła wargę. Boże, mam nadzieję, że nie.
- No cóż, jego tata... pojawia się i znika - powiedziała, a potem dodała
prosząco, jakby szukała akceptacji lekarki. - T... to nie jest nic
nadzwyczajnego, prawda? Lubisz tatę, prawda?
Na dźwięk słowa "tata" Hari rozpromienił się jak zwykle i pytająco
dotknął jej policzka pulchnym paluszkiem.
- Niedługo - odparła Zoe.
- Kiedy ostatnio się z nim widzieliście? - spytała lekarka.
- Hm... trzy... sześć...
Zoe próbowała sobie przypomnieć. Szczerze mówiąc, to Jaza nie było przez
całe lato. Ciągle powtarzała sobie, że pora przestać śledzić jego feed
na Instagramie, ale to było jak paskudne uzależnienie. Brał udział chyba
w czterech festiwalach. Widziała mnóstwo jego zdjęć w różnokolorowych
kapeluszach.
- A więc... - zaczęła lekarka, po tym, jak zagrała z Harim w grę karcianą,
nauczyła go pstrykać palcami, pobawiła się z nim w akuku i zachęciła go
do odszukania różnych przedmiotów ukrytych w pomieszczeniu. Czterolatek
robił to wszystko, uporczywie i nerwowo próbował jednak wrócić na kolana
matki, spoglądając na doktor Baqri ciemnymi, okrągłymi z przerażenia
oczami.
- ...to fobia społeczna.
- Wiem.
- Co niezwykłe - lekarka zajrzała do notatek - dziecko nie rozmawia
nawet ze swoim rodzicem. Czy coś je niepokoi w domu?
Mieszkali na parterze okropnego wiktoriańskiego budynku przy głównej
ulicy w Wembley. Rury wydawały dziwne odgłosy. Sąsiad z piętra wyżej
często wracał do domu pijany i do późnej nocy puszczał głośno muzykę.
Czasami sprowadzał kumpli, którzy walili w drzwi i głośno rechotali.
Uzbieranie pieniędzy na kaucję za inne mieszkanie, a tym bardziej opłaty
za wynajem, wydawało się marzeniem ściętej głowy. Lokalni radni
zaoferowali zakwaterowanie w pensjonacie ze śniadaniem, co Zoe uznała za
jeszcze gorsze rozwiązanie. Nie mogła liczyć na pomoc matki, która wiele
lat wcześniej przeprowadziła się do Hiszpanii i sama walczyła z rosnącymi kosztami życia, utrzymując się ze skromnej brytyjskiej
emerytury i dorabiając w paskudnym barze z powieszonymi w oknach
obrazkami smażonych jajek.
Od chwili gdy Zoe zaszła w nieplanowaną ciążę i urodziła Hariego,
spędzała sporo czasu na udawaniu, że wszystko jest w porządku, zarówno
przed rodziną, jak i przyjaciółmi. Nie była w stanie stawić czoła
powadze sytuacji, co pociągało za sobą dramatyczne konsekwencje.
Doktor Baqri zauważyła wyraz twarzy pacjentki.
- O nic... o nic pani nie obwiniam.
Zoe znów poczuła, jak zaczynają jej drżeć wargi.
- Łączy was silna więź - dodała doktor Baqri. - Syn jest nieśmiały, ale
nie dostrzegam u niego oznak traumy. Czasami... czasami po prostu tak
jest.
Zapadło dłuższe milczenie.
- Dawno już - odezwała się w końcu cicho Zoe - nikt mi nie powiedział
czegoś tak miłego.
- Zaczniemy od nagród za próby - mówiła doktor Baqri, wręczając Zoe plik
schematów i wykazy celów. - Oczywiście wyłącznie zachęcamy. Coś fajnego
za szept... smakołyk za piosenkę.
Zoe zamrugała, próbując wykombinować, skąd weźmie pieniądze na
smakołyki. W obecnej sytuacji już zaczynała się obawiać, co pocznie, gdy
zrobi się zbyt zimno, aby Hari mógł nadal chodzić w sandałach.
- Jeśli to nie zadziała, spróbujemy leczenia farmakologicznego.
Zoe wpatrzyła się w lekarkę. Faszerowanie lekami jej cudownego synka. A więc stanęła przed ścianą - po dwugodzinnej jeździe w upale przez cały
Londyn na wizytę u specjalisty logopedy, po ośmiu miesiącach oczekiwania
w kolejce na konsultację.
- Czy często pani z nim rozmawia? - spytała doktor Baqri.
- Aha! - Zoe ucieszyła się, że jednak nie wszystko to jej wina. - Tak!
Robię to! Cały czas!
- Proszę zadbać o to, aby nie przesadzić. Jeśli będzie pani rozumieć
jego wszystkie potrzeby i pragnienia, zabraknie mu motywacji. A motywacja jest tu potrzebna.
Doktor Baqri wstała, dostrzegła przerażenie na twarzy Zoe i uśmiechnęła
się do niej.
- Zdaję sobie sprawę, że brak panaceum to niełatwa sprawa - zauważyła,
zbierając broszury z biurka.
Zoe znów poczuła ucisk w gardle.
- To prawda - odparła.
I tak właśnie było.
Zoe próbowała się zachęcająco uśmiechać do synka. Wracali dwoma
zatłoczonymi autobusami, pełnymi rozwrzeszczanych, awanturujących się
uczniaków oglądających filmiki na telefonach z maksymalnie podkręconym
dźwiękiem. Ludzi było mnóstwo, autobusy jechały strasznie powoli, Hari
musiał siedzieć na kolanach Zoe, żeby zrobić miejsce dla innych
pasażerów, a jej ścierpła noga. Starała się policzyć, ile to wszystko
kosztuje. Znowu ominęła zmianę w pracy, a jej szefowa Xania była już u kresu cierpliwości, bo Zoe ciągle brała wolne, ale przecież nie może
stracić tej pracy... To wszystko było tak potwornie przytłaczające. A gdy
w końcu dotarli do domu i zamknęli za sobą drzwi z brudnej płyty
wiórowej, gdy Hari zaczął się już przewracać ze zmęczenia, to w kupce
korespondencji leżącej na wycieraczce Zoe znalazła list, który miał
jeszcze bardziej wszystko skomplikować.
Rozdział 2
Komu wynajęłaś stodołę? Nie mogą ci pomóc?
Surinder Mehta siedziała w kuchni swojego domku w Birmingham i rozmawiała przez telefon ze swoją przyjaciółką Niną, próbując udzielić
jej konstruktywnych porad, a ta robiła to, co zazwyczaj robi każda
osoba, której udziela się konstruktywnych porad - a mianowicie negowała
je punkt po punkcie.
Nina prowadziła objazdową księgarnię na górzystej północy Szkocji. Już
wkrótce miało to być czasowo utrudnione, ponieważ zakochała się w bardzo
przystojnym farmerze, a zima była wyjątkowo długa, mroczna i sprzyjająca
bliskości... No i szczerze mówiąc, tak się po prostu czasem zdarza. Nina
pogłaskała ze złością swój spory brzuch. Jak dotąd nie udało im się
znaleźć czasu ani sił, aby zająć się tym tematem.
- To są robotnicy rolni! Są zapracowani!
- Musi być ktoś, kto mógłby ci pomóc. A ta dziewczyna, która sprzątała
ci mieszkanie?
- Ainslee poszła na studia. Po prostu... Każdy tutaj pracuje w trzech
różnych miejscach. Tak już jest. Za mało ludzi.
Nina wyjrzała przez okno. Nadszedł czas żniw i wszyscy pomagali w pracach polowych. W oddali widziała niewyraźne, nisko pochylone
postacie. Wiatr kołysał łanami jęczmienia, złocistymi w promieniach
popołudniowego słońca. W tym roku oszczędzono jej konieczności udziału w żniwach, ale nadal miała sporo obowiązków. Właśnie przyjechała na farmę,
aby ugotować zupę dla wszystkich pracujących do późna w polu.
- No cóż... - odezwała się w końcu. - Przemyśl to, proszę.
- Nie zrezygnuję ze swojej pracy, żeby cię zastąpić podczas urlopu
macierzyńskiego! - odparła Surinder. - Co nie oznacza, że cię nie
kocham, więc nie kombinuj.
Po zakończeniu rozmowy Nina siedziała w kuchni, wzdychając. Wszystko
zaczęło się tak wspaniale. Przypomniała sobie tamten dzień. Lennox
doglądał wykotu owiec na wzgórzu - wiosna przyszła późno i sporo
zwierząt musiało mierzyć się z trudnymi warunkami, wydając małe na świat
na huraganowym wietrze, a także podczas częstych opadów śniegu. Nie była
do końca pewna, jak jej partner zareaguje. Był już kiedyś żonaty i nie
chciała, aby pomyślał, że czegoś od niego oczekuje. Odpowiadało jej ich
wspólne życie. Z pewnością nie chciałby żadnego zamieszania - nadmiar
atrakcji kompletnie nie był w jego stylu.
Siedząc tego dnia w furgonetce z książkami, była tak rozkojarzona, że
próbowała dwukrotnie sprzedać pani McGleachin tę samą powieść Dorothy
Whipple, co mogło się skończyć pomniejszym incydentem dyplomatycznym.
Wręczyła też jednemu z klientów niewłaściwy zbiór testów egzaminacyjnych
i zorientowała się, że niezdarnie chowa za plecami egzemplarz What to
Expect When You're Expecting (Na co mieć nadzieję, gdy jest się przy
nadziei) za każdym razem, gdy ktoś wchodził po schodkach do niewielkiej
furgonetki ozdobionej kołyszącym się żyrandolem, błękitnymi regałami,
pufami w kąciku dla dzieci i niewielkim biurkiem. Na tym ostatnim
stanęło niedawno urządzenie do płatności zbliżeniowych, z którego Nina
była niezmiernie dumna (i które działało, o ile wiatr wi-fi wiał we
właściwym kierunku). Tymczasem wielu starszych mieszkańców Kirrinfief
uważało ów wynalazek za czarną magię.
W końcu Nina przejechała furgonetką na drugą stronę wzgórza, zajrzała do
gulaszu nastawionego rano w wolnowarze i powitała zmęczonego Lennoxa
łagodnym uśmiechem oraz mocnym całusem.
- Poczytamy? - spytała po kolacji.
- Och, kochanie, tak się dziś namęczyłem przy owcach, sama wiesz... -
odparł Lennox, ale ucichł, gdy zobaczył jej minę. - No dobrze,
poczytajmy trochę - powiedział, przyciągając do siebie ich owczarka
Pietruszkę i otaczając go ramieniem.
Z mocno bijącym sercem Nina sięgnęła po wybraną książkę, wyjmując ją z niewielkiej papierowej torebki z odzysku, służącej do ochrony okładki
przed zabrudzeniem. Tytuł brzmiał po prostu Hello (Witaj).
Zilustrowano ją serią nieco impresjonistycznych obrazków, które
ukazywały, jak widzi noworodek. Pierwsze ilustracje były utrzymane
jedynie w rozmytej czerni i bieli, ale wraz z kolejnymi przewracanymi
kartkami stawały się coraz ostrzejsze i bardziej kolorowe - od ruchu
chmur do wrażenia wiejącego wiatru - i na koniec, na ostatniej stronie,
pojawił się śliczny, szczegółowy portret dziecka i matki, patrzących
sobie w oczy, a nad nimi jedno słowo: Witaj.
Lennox nie zasnął podczas lektury, jak miał to w zwyczaju. Siedział
nieruchomy i napięty, gdy Nina czytała drżącym głosem kolejne zdania,
przewracając kartki. Patrzył na nią tak, jakby widział ją po raz
pierwszy. Nie zasnął też pies, wyczuwając atmosferę panującą w pokoju.
Gdy Nina skończyła czytać i poczuła, że nieco trzęsą się jej ręce,
zdecydowanym ruchem zamknęła książeczkę i spuściła wzrok. Zapanowała
długa cisza - rozlegało się w niej tylko tykanie starego, nakręcanego
raz na tydzień zegara stojącego na równie starym, drewnianym kredensie.
Tyk, tyk, tyk.
Nina nie mogła tego znieść. Powoli podniosła głowę. Lennox wpatrywał się
w nią z wyrazem niedowierzania na twarzy.
- Powinieneś mi chyba powiedzieć, czy się cieszysz - powiedziała szybko.
- Och... - zaczął Lennox, a potem w charakterystyczny dla siebie, niezbyt
wylewny sposób dodał: - No cóż, nieee.
Nina zerknęła na niego z niepokojem.
- Wiem, że o tym nie rozmawialiśmy - odparła. - Ale z drugiej strony nie
rozmawialiśmy też o opcji, że nie...
Lennox kiwnął głową.
- No więc - mruknął.
- To będzie musiała być jedna z tych sytuacji, o których dyskutowaliśmy
- ciągnęła Nina - kiedy musisz powiedzieć cokolwiek. No wiesz, czy
jesteś zadowolony... Cieszysz się?
Lennox spojrzał na nią z konsternacją.
- Oczywiście - rzekł, jakby zdumiony tym, że Nina uznała, iż mógłby
odczuwać coś innego, choć w gruncie rzeczy właśnie to czuł.
- No wiesz, często to robimy - wymamrotała Nina. - To ma określone
konsekwencje.
- A tak, dzięki. Jestem farmerem.
Rozpromieniła się, gdy Lennox posadził ją sobie na kolanach i ostrożnie
pocałował. Jego dłonie dotknęły jej brzucha.
- To tylko ja - powiedziała. - A to w środku to na razie mała fasolka.
- No cóż, ją też lubię. A więc kiedy?
- Listopad? Pomyślałam, że fajnie będzie urodzić w nudnym, deszczowym
miesiącu, gdy nie ma za wiele do roboty.
Lennox westchnął przeciągle i oparł swoją wielką głowę o drobną główkę
Niny.
- No cóż... Tak będzie... Tak będzie...
- Powiedz coś - zaśmiała się Nina.
Lennox przytulił ją mocniej. Przez dłuższą chwilę panowała cisza.
- Idealnie - odezwał się w końcu szeptem. - Tak będzie idealnie.
I tak sobie siedzieli jeszcze bardzo długo.
Wszystko było dobrze. W tej kwestii - bo w innych to niekoniecznie.
Rozdział 3
Zoe próbowała się dodzwonić do Jaza. Nie widziała się z nim od wielu
tygodni.
Po raz kolejny, jak zazwyczaj, zastanowiła się, jak, u licha, znalazła
się w tej sytuacji. Jak w ogóle to się dzieje, że ludzie lądują w różnych sytuacjach.
Ach, Jaz. Didżej supergwiazda z Birmingham, który zawsze wygląda jak
dzieciak, choć ma już dwadzieścia osiem lat.
Nigdy nie zamieszkali razem. Zoe nigdy nie poznała jego rodziny. Tak, w tym właśnie momencie Zoe wie, że myślisz sobie: "Ty totalna idiotko,
dlaczego, u diabła, dałaś sobie zmajstrować dziecko?". Pozwól, że ci coś
powiem: to samo w zasadzie usłyszała od swojej matki i jej przyjaciółek,
tylko jeszcze ostrzejszym tonem.
Próbowała się bronić równie nieudolnie, jak zarządzała stanem swojego
konta w banku. Jaz był - jest - niesamowicie pociągający, ma naturalnie
podkręcone rzęsy sięgające prawie linii włosów, szerokie bary, długie
nogi... Zoe się starała. Naprawdę się starała. Jaz też przez chwilę się
starał, ale "uwiązanie przy dziecku, szczerze mówiąc, nie jest w moim
stylu, mała".
Wynajęli w Wembley paskudny pokój z kuchnią i łazienką współdzielonymi z innymi mieszkańcami budynku. Zoe odmalowała go, jak umiała najlepiej,
chociaż stara tapeta się łuszczyła. W korytarzu unosił się zapach
kiepskiego jedzenia i nie była w stanie przepchnąć wózka obok rowerów
współlokatorów.
Wzięła najkrótszy możliwy urlop macierzyński (o ironio, pracowała w luksusowym przedszkolu - stanowczo zbyt luksusowym, aby móc posłać do
niego własnego syna), Jaz próbował wziąć się w garść i podjął pracę w biurze, a potem pojawił się Hari - raczej cicho i bez komplikacji,
zgodnie ze słowami położnej, ale w dość traumatyczny i wyjątkowy sposób
wedle samej Zoe.
Oboje na krótko zapomnieli o innych sprawach, zachwycając się pięknem
malucha, tym, jaki jest cudowny i doskonały, jego maleńkimi, różowymi
paznokietkami, odziedziczonymi po ojcu rzęsami, sennymi oczkami i wydętymi usteczkami. Hari był cichym, spokojnym, kochanym przez
wszystkich bobasem. Wszyscy ich młodzi, buszujący po klubach i festiwalach przyjaciele wpadali z krótkimi wizytami, przynosili
prezenty, których nie było gdzie upchnąć, i rozpływali się nad
dzidziusiem. Z Hiszpanii przyjechała też matka Zoe, roniąc łzy w stylu
charakterystycznym dla opery mydlanej East Enders i przez chwilę,
dosłownie przez chwilę, Zoe pomyślała, że może jakoś to będzie.
A potem Jaz postanowił, że może będzie wyskakiwał na piwko z chłopakami
i nabierze trochę doświadczenia jako didżej. Rano budził się spóźniony
do roboty i w związku z tym wszystkim oczywiście nie miał ochoty
zajmować się Harim. Synek był przesłodki, ale Zoe zdała sobie sprawę, że
dzieci istnieją dwadzieścia cztery godziny na dobę, w każdej sekundzie,
i jeśli spuści się je z oczu choćby na chwileczkę, prawdopodobnie
zadławią się na śmierć albo coś w tym rodzaju.
Aby się ciągle nie kłócić, Jaz coraz częściej nie pojawiał się w domu, a lato tamtego roku było wyjątkowo upalne. Na zewnątrz nie było się gdzie
podziać. Zoe nie miała dokąd pójść z dzieckiem, więc spędzała dzień za
dniem na wpatrywaniu się w cztery ściany klitki, czując się jak
bohaterka filmu uwięziona w swoim pokoju.
Tyle że jedyne, co ją więziło, to fakt, że na nic nie było jej stać -
mogła tylko pracować i siedzieć w domu, nic ponadto. Dręczona tym
londyńskim błędnym kołem wróciła do pracy w luksusowym, wspaniałym
przedszkolu, gdzie serwowano uprzywilejowanym dzieciom organiczne
jedzenie i nauczano je matematyki metodą Kumon, choć mogła sobie
pozwolić na to tylko dlatego, że zostawiała Hariego w zwyczajnym domowym
przedszkolu, gdzie, jak podejrzewała, po prostu sadzano maluchy przed
telewizorem.
Gdy pytała Jaza, co dalej, ten natychmiast wszczynał awanturę, wybiegał
wściekły z domu i nie wracał przez wiele dni, a Zoe karmiła Hariego
najtańszymi papkami i przecierami, siedząc w swojej klitce i zastanawiając się, co, u licha, się z nią stało. Z Zoe O'Connell,
dwudziestoośmioletnią obiecującą pedagożką wieku przedszkolnego,
planującą uzyskać tytuł magistra i któregoś dnia otworzyć własne
przedszkole. Ugrzęzła. Z płatkami śniadaniowymi we włosach, z dzieckiem,
z którym coś było nie tak, po męczącej jeździe autobusem z przesiadką do
szpitala na drugim końcu miasta, gdzie powiedziano jej po prostu, żeby
sobie sama z tym wszystkim poradziła, wróciła do domu i na wycieraczce
znalazła "waloryzację" czynszu.
Wiedziała, że tak będzie. Widziała, że to się zbliża. Nowy lokal z organiczną kawą na rogu ulicy. Sklep z owocami morza. Plotki, że mają
otworzyć ekskluzywny supermarket Waitrose. To były dobre wieści dla
większości jej sąsiadów. Dla niej - złowrogie sygnały zmian. Wynajmujący
jej klitkę chciał, aby się wyprowadziła, aby zamiast niej zamieszkał
jakiś zamożny młody człowiek sukcesu. Gość ze spożywczaka rozwiesił
przed sklepem białe lampki choinkowe i przemalował ściany na jasną
zieleń, a właściciel sklepu z narzędziami dodał do jego nazwy słowo
"vintage". Krążyły plotki o Banksym (Zoe miała ochotę go zamordować).
Macki gentryfikacji pomalowane na szaro farbą marki Farrow&Ball
rozciągały się coraz dalej. I w końcu dosięgły Zoe.
List leżał na stoliku w korytarzu. Zoe nie rozumiała, jak coś tak
niepozornego mogło wyglądać tak złowrogo, ale przeraziła się już w chwili, gdy go dotknęła.
Nie da rady tyle zapłacić. Nie ma mowy. Zapomoga mieszkaniowa nic tu nie
zmieni. Spoglądając na list, uświadomiła sobie, że jeśli Jaz nie będzie
w stanie tego uregulować, to zostanie osobą bezdomną i będzie musiała
zdać się na łaskę i niełaskę władz gminy Brent - to była przerażająca
wizja, nie wiadomo, gdzie by wtedy wylądowali. Nie mogła tego zrobić.
Nie mogła stracić dachu nad głową. To było niedorzeczne. Absurdalne.
A może mogłaby wyjechać do Hiszpanii, zamieszkać u matki w jej
kawalerce, znaleźć pracę w jakimś barze... tam na pewno jest mnóstwo
barów. Ale wyprowadzka do innego kraju? Jej syn nie zna ani słowa po
hiszpańsku.
Zoe odkryła, że ogarnia ją panika, serce biło jej jak oszalałe.
Tymczasem Hari odszukał ich stary tablet z pękniętym ekranem i zaczął
się nim bawić.
Co robić? Ręce się jej trzęsły. Na rynku było sporo ofert pracy z zamieszkaniem dla niań, ale w żadnym nie było mowy o posadzie dla niani
z własnym dzieckiem. W żadnej pracy, którą mogłaby podjąć, nie zarobi
tyle, aby starczyło na podwyżkę czynszu. Stłumiła szloch i wróciła do
prób dodzwonienia się do Jaza, albo raczej złapania go na WhatsAppie, bo
nigdy nie odbierał telefonu, gdy widział, że to ona do niego dzwoni.
Napisała, że muszą się spotkać.
Rozdział 4
Oczywiście Jaz się spóźniał. Oczywiście. Po tym, jak wysłała do niego
milion wiadomości, żeby chociaż umówić się na konkretną godzinę. Kiedyś
w podobnej sytuacji próbowała mu zadać pytanie: "A co, gdyby z Harim
działo się coś niedobrego? Co, gdybym była z nim w szpitalu?", a Jaz
zrobił to, co zazwyczaj; po prostu zamknął jej usta, wzruszając
ramionami i mówiąc: "Nie martw się - napisałabyś wtedy do mnie
wiadomość, mała".
Zoe spojrzała na tablicę z menu. To była droga kawiarnia, pełna
szczupłych, jasnowłosych mamusiek i wysokich, przystojnych tatusiów
noszących swoje maluchy na barana, którzy kupowali całe tace kosztownych
ciast i kawy, zupełnie jakby pieniądze nic dla nich nie znaczyły, a następnie dołączali do swoich przyjaciół z labradorami bawiącymi się
frisbee.
Przycupnęła na końcu długiego stołu z Harim siedzącym jej na kolanie,
niczego nie kupując. Coraz więcej osób dołączało do tłumu w kawiarni,
wykrzykując: "Fizz! Charlie! Ollie! Fifi!", niosąc latawce, piłki,
koszyki piknikowe i lodówki turystyczne i rozmawiając o tym, jaki to
jest wspaniały dzień, a Zoe z synkiem kulili się w kącie, niemal
przepraszając za to, że zajmują miejsce. W końcu kupiła kubek herbaty,
najtańszą rzecz, jaką udało się jej wypatrzyć, obrzucana spojrzeniami
męczenniczek przez wychudzone blondynki ustawiające drogie wózki dla
dzieci tuż obok jej stołka. Z całych sił starała się skupić na nowej
książce Michaela Lewisa, którą zarezerwowała sobie i odebrała z biblioteki. Tylko książki nigdy jej nie zawiodły. "Cała ta wiedza
książkowa! - mawiała od czasu do czasu jej matka, gdy Zoe czytała kilka
książek naraz, co zdarzało się dość często. - Myślałby kto, że to pomoże
ci uniknąć sytuacji, w której ktoś zmajstruje ci dzieciaka! - A potem
dodawała: - Och, kochanie, przecież wiesz, że tak sobie tylko żartuję".
W końcu jednak zobaczyła przygarbioną sylwetkę Jaza. Zauważyła, że znowu
wygląda młodziej. Koszulka i spodenki sprawiały, że przypominał
przerośniętego brzdąca, a przesadnie wypielęgnowana broda zmieniała go w nastolatka. Tymczasem Zoe czuła, że każdego dnia przybywa jej lat, a cały świat spoczywa na jej barkach.
Oczywiście Jaz nadal był przystojny, nadal miał ten uroczy,
obezwładniający uśmiech.
Na jego widok Hari z zachwytem otworzył usta i zaczął gramolić się z kolan Zoe na dół.
- Powiedz "proszę"! - odezwała się pogodnie jedna z blondwłosych matek,
niby to żartując, ale w gruncie rzeczy mówiąc śmiertelnie poważnie.
Zoe westchnęła. Nie chciała w tym momencie zaczynać dyskusji, więc po
prostu postawiła Hariego na podłodze, czując na sobie oceniające
spojrzenia sąsiadów. Chłopczyk pobiegł do ojca, którego uwielbiał każdą
częścią swojej maleńkiej istoty.
- Hej, brachu! - przemówił Jaz, łapiąc Hariego i kręcąc się z nim w kółko.
Zoe marzyła, aby Jaz nie nazywał tak małego - nie byli braćmi i to w niczym nie pomagało - ale Jaz nazywał tak wszystkich. To był w zasadzie
rodzaj tiku nerwowego.
- Co mi masz dziś do powiedzenia?
Hari naturalnie nie miał nic do powiedzenia, ale uśmiechnął się
promiennie do ojca, który trzymał go w powietrzu nad swoją głową. W jego
uśmiechu było tyle czystej miłości, że Zoe zaklęła w duchu, bo była w końcu na zawsze związana z Jazem i musiała go traktować uprzejmie, ale
postanowiła, że nie pozwoli, aby tak promienny uśmiech został
kiedykolwiek czymś zakłócony lub zgasł. Kiedyś Zoe też myślała, że kocha
Jaza. To było jakoś przed tym, zanim nabrał ochoty, aby zrobić z niej
bezdomną.
- Jak leci? - spytał niedbale.
Zoe uświadomiła sobie, że przyciągają uwagę niemal wszystkich ludzi
zgromadzonych w kawiarni. Jazowi nigdy nie przeszkadzało, że ktoś się na
niego gapi.
- Przejdziemy się? - odparła, nie chcąc zapoznawać ze swoim trudnym
położeniem tego całego tłumu złożonego z idealnych, dopasowanych rodzin
w dobrej sytuacji materialnej, chodzących na jogę, wystrojonych w ciuchy
ze sklepu internetowego Boden, przebudowujących sutereny na mieszkania i wyjeżdżających na weekendy za miasto. Powinna była ich nienawidzić, a tymczasem rozpaczliwie im zazdrościła.
- Tylko sobie kupię kawę, mała... Masz na coś chęć?
Z przyzwyczajenia Zoe pokręciła głową, patrząc, jak Jaz wydaje prawie
dziesięć funtów na jedną olbrzymią latte i dwa wielkie muffiny, dla
siebie i dla Hariego. Malec wpatrzył się w ciastko, jakby się
zastanawiał, czy będzie w stanie zjeść coś tak ogromnego (i zjadł, a potem oboje z Zoe tego pożałowali).
Uwolnili się od atmosfery panującej w kawiarni i podążyli przez wysoką
trawę w stronę stawu, po którym pływały kaczki, omijając leniwie
czytającą i migdalącą się młodzież, siedzącą pojedynczo i w grupkach,
dysponującą niekończącą się ilością wolnego czasu na wylegiwanie się w parku, pozwalającą, by wchłonął ich słoneczny dzień.
Hari wędrował tu i tam bez celu, tak starannie rozsmarowując muffina po
każdym centymetrze swojego ciała, że Zoe uznała, iż w jego przypadku
krem z filtrem przeciwsłonecznym nie będzie potrzebny. Ulżyło jej, bo
taki specyfik kosztuje majątek.
- No co tam? - zapytał w końcu Jaz defensywnie.
- Czynsz - odparła krótko Zoe.
Jaz kiwnął głową.
- No tak, mała - jęknął - ale ja właśnie straciłem robotę.
I wyciągnął przed siebie ręce w geście "No i co zrobisz?". Zoe nie
zapytała o powód. Widziała, jak się zachowywał, gdy jeszcze z nimi
mieszkał. Rano do ostatniej chwili wylegiwał się w łóżku. Gdy nie był w stanie zmobilizować się do pójścia do pracy, informował pracodawcę, że
jest chory. Narzekał, że przełożeni oczekiwali od niego od czasu do
czasu wykonania jakichś zadań.
- Zamierzają podnieść czynsz - powiedziała stanowczo.
Jaz westchnął.
- Przepraszam, ale nic na to nie poradzę. Po prostu nie mam forsy.
Zoe już się nad tym zastanawiała. Mógł coś z tym zrobić. Mógł zdobyć
pieniądze. Gdyby powiedział rodzicom, na pewno by mu pomogli. Dobrze im
się powodziło tam, gdzie mieszkali, w Birmingham; stać ich było na to,
żeby sfinansować synowi samochód. Gdyby wiedzieli, że mają wnuka... być
może początkowo byłby to dla nich wstrząs, ale potem zmieniliby zdanie...
Zaciśnięte usta Jaza zmieniły się w wąziutką kreskę, tak jak zawsze, gdy
Zoe wspominała o jego rodzicach. Pod żadnym pozorem. Nie i już.
- Tylko przez rok - ciągnęła rozpaczliwie Zoe. - Potem Hari pójdzie do
szkoły, ja będę mogła dłużej pracować i wszystko się ułoży.
- Nie możesz zamieszkać u swojej matki?
- W Hiszpanii?
Przynajmniej zachował dość przyzwoitości, aby sprawiać wrażenie
zakłopotanego.
- Hej! - przerwał im wytworny męski głos. Jeden z irytująco idealnych
tatusiów z kawiarni, tych w wyprasowanych bawełnianych spodniach,
koszulkach polo, z nienagannymi fryzurami. - Ten tam to wasz chłopak?
Odwrócili się oboje. Hari balansował na stromym brzegu stawu, a olbrzymia, groźnie wyglądająca kaczka szarżowała w kierunku jego
muffina.
Jak zazwyczaj synek milczał.
- HARI! - wrzasnęli chórem.
Dziecko odwróciło się ku nim w tym samym momencie, gdy chwytająca
muffina kaczka pozbawiła je równowagi. W mgnieniu oka Jaz znalazł się
przy Harim i zgarnął go w objęcia, przytulając główkę synka do swojej
jaskrawej marynarki, nie zważając na rozmazane resztki ciastka.
- Wszystko dobrze, maluchu - zamruczał. Oczy chłopca wypełniły się
łzami, które spłynęły po markowej koszuli ojca, mocno tulącego malca do
siebie. - Wszystko dobrze. Wszystko dobrze, maluchu. Mam cię. Mam cię.
Ale wcale nie miał. Ani trochę, pomyślała zjadliwie Zoe, udając się z Harim w drogę powrotną do domu. Niekonsekwentny ojciec. Beznadziejne
przedszkole. Żadnych pieniędzy. Zaburzenie rozwojowe. Mogą tylko
siedzieć w domu albo w bibliotece (nawiasem mówiąc, uprzejma
bibliotekarka była pierwszą osobą, która zapytała Zoe, czy nie martwi
jej to, że Hari nie mówi).
A teraz znaleźli się w sytuacji bez wyjścia.
Rozdział 5
Surinder zorientowała się, że coś jest nie tak, po sposobie, w jaki Jaz
przekręcił klucz w zamku, po tym, jak napisał do niej, że przyjeżdża do
Birmingham, co samo w sobie było już dość niezwykłe.
Była jednak jego siostrą. Kochała go. Wiedziała, że nie jest mu łatwo.
Ich starsi bracia pracowali jako okuliści, ona sama prowadziła firmę
zajmującą się importem i eksportem różnych towarów, a Jaz jakoś nigdy
nie znalazł własnego miejsca w życiu. Gdy pojawił się na świecie, ich
ojciec bardzo dobrze zarabiał i Surinder skrycie uważała, że Jaz został
przez niego rozpieszczony - tata kupował mu auta i markowe ubrania.
Rodzice tak ciężko pracowali przez całe życie! Wiedziała, że czerpią
przyjemność z rozpieszczania przystojnego, najmłodszego syna. Jednak w pewnym sensie nie pozwolili Jazowi dorosnąć.
A teraz, ku jej bezbrzeżnemu zdumieniu, Jaz siedział u niej w kuchni,
mówiąc, że on sam ma dziecko.
Nawet już nie dziecko. Czteroletniego syna. Z białą kobietą mieszkającą
w Londynie.
Siedział zgarbiony nad stołem. Kuchnia prezentowała się elegancko i nowocześnie; znajdowały się w niej wyspa kuchenna i pastelowy, drogi
mikser, z którego Surinder nigdy nie korzystała. Czasami brakowało jej
stosów książek, zajmujących każde dostępne miejsce, gdy jeszcze
mieszkała z nią Nina.
- Ale... - Pokręciła ponownie głową. - Jak, u licha... jak, u licha, udało
ci się zmajstrować dziecko?
Jaz przewrócił oczami.
- No tak, no cóż, więc potrzebujesz kwiatek i pszczołę, i...
- Przestań - przerwała mu Surinder. - Kiedy zamierzałeś powiedzieć
rodzicom?
Jaz poruszył się niepewnie.
- No cóż... To po prostu... to się po prostu stało, rozumiesz?
- Nie rozumiem - odparła Surinder. - Na dziecko nie można wpaść ot
tak. O mój Boże, znowu zostałam ciotką! Pokaż mi jego zdjęcia. Nie, nie
pokazuj, jestem na ciebie wściekła. Nie, jednak pokaż. Nie, nie pokazuj.
Zapadła cisza.
- Daj mi telefon.
Jaz wyjął swój starannie strzeżony telefon.
- A ja myślałam, że tak pilnujesz telefonu, bo masz dziewczynę... Ach, ale
ty masz też dziewczynę, prawda?
Jaz poczerwieniał.
- Dlaczego mówisz mi o tym teraz?
- No cóż, nie odnoszę zbyt wielu sukcesów jako didżej i... - Jaz wzruszył
ramionami.
Surinder posłała mu spojrzenie w stylu misia Paddingtona. Brat z całych
sił postarał się je zignorować.
- Przyjechałeś po pieniądze?
- Jest mi naprawdę ciężko - odparł Jaz. - Ludzie mnie nie rozumieją.
- Ja rozumiem - oświadczyła złowieszczo Surinder. Otworzyła puszkę z herbatnikami na czarną godzinę, wyjęła jeden i nie poczęstowała gościa.
- Zamierzasz powiedzieć mamie i tacie?
- Zabiją mnie!
- Nie zabiją. Będą tylko rozczarowani.
- Jeszcze gorzej!
- Na miłość boską...
- Ja tylko... ona potrzebuje pomocy...
- Trafiłeś pod niewłaściwy adres. O czym byś się dowiedział, gdybyś
czytał gazety, spotkał się z określeniem "brexit" albo "kurs funta",
albo pracował w imporcie.
Jaz pocierał kark.
- Jaki masz plan?
- Chciałem zatrudnić się jako didżej podczas cyklu festiwali, ruszyć
jakoś ten temat do przodu, no wiesz... Zarobić trochę kasy, żeby rozwiązać
problem.
- A więc planujesz zakupić ziarna magicznej fasoli niczym bajkowy Jaś -
mruknęła ponuro Surinder.
- Pożałujesz tych słów, gdy stanę się sławny.
- A gdzie jest jej rodzina?
- W Hiszpanii. Tak naprawdę to ma tylko matkę.
W wyobraźni Surinder pojawiło się otyłe, leniwe dziewczynisko rozwalone
na kanapie, oczekujące, że Jaz za wszystko zapłaci.
- Ale z ciebie idiota. Jak ona wygląda? Masz jej zdjęcie?
Ku przerażeniu Surinder okazało się, że Jaz nie ma zdjęcia.
- Jest całkiem w porządku - zapewnił. - Ciągle czyta. Zupełnie jak ta
twoja dawna współlokatorka. Ma obsesję na punkcie książek. Książki,
książki, książki. Nudziarstwo.
Zapadła cisza.
- No co?
- A nic - odparła Surinder. - Tylko... ach, nic takiego.
Rozdział 6
Żniwiarze pracowali nadal. W powietrzu wisiała lekka mgiełka
rozświetlana popołudniowym słońcem, a nad świeżo skoszonymi polami
błąkał się lekki wietrzyk. Nadal do późna było jasno, chociaż dawało się
już wyczuć, że zbliża się jesień. Wysoko w powietrzu krążyły gęsi,
szykując się do długiej podróży na południe.
Przejeżdżając przez wieś, Nina zajrzała do sklepiku pani Murray po
estragon, którym zamierzała doprawić pieczonego kurczaka, a także po
cztery lukrowane drożdżówki - przynajmniej jedną z nich zamierzała
odłożyć dla Lennoxa.
- No, patrzcie tylko - odezwała się pani Murray. Nina zerknęła na swój
brzuch. - Aleś ty wielka!
- Wydawało mi się, że jestem raczej przeciętnych rozmiarów - burknęła
Nina, po raz kolejny uświadamiając sobie, że, jak powtarzała jej
apodyktyczna położna środowiskowa, stopień zaawansowania jej ciąży jest
dość oczywisty.
Odkryła, że zaszła w ciążę dokładnie w tym samym momencie, co pewna
celebrytka, i dostała lekkiej obsesji na jej punkcie. Tamta
demonstrowała maleńki, ledwie widoczny brzuszek w różnych popularnych
lokalizacjach na całym świecie, podczas gdy Nina miała już niejakie
trudności z pochyleniem się w celu zawiązania własnych butów.
- Ile ich tam masz? - Pani Murray zawsze była dość bezpośrednia.
- Dobrze już. - Nina zrezygnowała z drożdżówek.
Starsza kobieta podniosła wzrok.
- Wspaniałe wieści - oświadczyła. - Nie sądziłam, że jeszcze kiedyś
zobaczę szczęśliwego Lennoxa.
Nina uśmiechnęła się, niezbyt zachwycona tym, że jej przypomniano, iż
nie jest pierwszą kobietą Lennoxa.
- A co zamierzasz zrobić z tą swoją furgonetką?
Pytanie przerwał dźwięk dzwonka zawieszonego nad drzwiami. W sklepie
pojawiła się młoda nieznajoma dziewczyna. Wyglądała, jakby miała się
zaraz rozpłakać. Była szczupła, miała ostre kości policzkowe i jasne
włosy; mówiła z wyraźnym polskim akcentem.
- Dzień dobry - zagaiła niezobowiązująco pani Murray.
- Przepraszam, kiedy jest autobus? - Dziewczyna przetarła ręką dość
umorusaną twarz.
- To zależy, dokąd jedziesz. - Pani Murray zmarszczyła brwi.
- Wszystko jedno - odparła ostro dziewczyna.
Pani Murray i Nina wymieniły spojrzenia.
- We wtorek - poinformowała ekspedientka.
- Wszystko w porządku? - spytała ostrożnie Nina.
Dziewczyna pokręciła głową.
- To prawdziwe potwory! - oświadczyła i Nina poczuła autentyczny
niepokój.
- Kogo masz na myśli?
- Ach! - uświadomiła sobie nagle pani Murray. - Mieszkasz w tym domu.
- Już nie - odparła dziewczyna.
- Jakim domu? - zainteresowała się Nina.
- W rezydencji! - żachnęła się pani Murray, zupełnie jakby Nina była
niespełna rozumu.
- Wiecie - ciągnęła dziewczyna - to są... to są... - Spojrzała na swoje
rozmówczynie. - Wilczki - wyrzuciła z siebie. - To istne wilczki.
Pani Murray wbiła na kasę fiskalną tabliczkę czekolady, którą Nina
nieświadomie dorzuciła do swojego koszyka.
- Rozumiem.
- Nie zostaję... Wtorek?
- Autobus do Inverness. Tam jest lotnisko.
Dziewczyna kiwnęła głową bez słowa.
- Ach, ten dom... - mruknęła pani Murray.
Dziewczyna wyszła, wlokąc za sobą ciężką torbę.
- Jaki dom? - drążyła Nina.
Mieszkała tu dopiero rok. Poznała sporo osób, ale miejscowi byli tak
lojalni wobec siebie, że plotki docierały do niej z drugiej ręki, jeśli
w ogóle. Co w sumie jej nie przeszkadzało. Za każdym razem, gdy ją w czymś uwzględniano - tu poranna kawa, tam kolacja z okazji Dnia Roberta
Burnsa3 - czuła się coraz bardziej akceptowana i doceniana, i miała wrażenie, że inni widzą, iż mieszka tu na stałe, a nie tylko
zwiedza okolicę.
Poza tym, szczerze mówiąc, mnóstwo plotek dotyczyło jej, Lennoxa i jego
byłej żony. Mnóstwo. Więc ludzie zazwyczaj trzymali dziób na kłódkę, tak
na wszelki wypadek. Myśląc, że jej ciąża wyciszy te plotki, bardzo by
się rozczarowała.
- Rezydencja Pod Bukami.
- A, tak... - Nina skojarzyła coś, piąte przez dziesiąte. - Chyba go
kiedyś widziałam... Wysoki facet. Walnął głową w sufit furgonetki.
- Cały Ramsay - odparła pani Murray i westchnęła. - Trudny temat.
- Proszę mi opowiedzieć. - Nina chciała skupić się na czymś innym niż
lukrowane drożdżówki.
- Żona go zostawiła. Z dzieciakami i całą resztą.
- O Boże, naprawdę? To okropne. Dużo dzieci?
- Troje.
Polka zajrzała przez uchylone drzwi. Na zewnątrz szalała ulewa, tak
nagła, a jednocześnie tak całkowicie zwyczajna, że nawet Nina nauczyła
się nie komentować tego zjawiska. Pogoda w Szkocji jest taka sama jak w każdym innym kraju. Po prostu zmienia się odrobinę szybciej.
- Ale leje.
- Wejdź no tutaj - odezwała się pani Murray z dezaprobatą. - No więc
dzieciaki nie mają matki.
- Co się z nią stało? - zaciekawiła się Nina. - Gdzie jest teraz?
- Nigdy jej nie widziałam - odparła Polka.
- Nikt nie widział - uzupełniła pani Murray.
- Poważnie? - drążyła Nina. - Dlaczego ja nic o tym nie wiem? Zabił ją?
A może zwariowała i zamknął ją w pokoju na poddaszu?
W sklepie zapadła cisza.
- To była niezła lisica - oświadczyła w końcu pani Murray. - Ale nie, po
prostu wyjechała.
- Jest pani tego pewna?
- To olbrzymia rezydencja - odrzekła pani Murray. - Tam się dzieją
dziwne rzeczy.