Rozdział 1
GRACE
2018
Nasze zwierciadlane podobieństwo zdradza to - więź spod znaku matki i córki. Miałyśmy te same niebieskie, głęboko osadzone oczy, choć zawsze
uważałam, że jej błyszczą bardziej od moich. Może tak ją tylko
postrzegałam. Czesałyśmy się też zazwyczaj tak samo. Obie uwielbiałyśmy,
kiedy nasze długie włosy o popielatym odcieniu układały się w gęste,
naturalne fale. Myślę, że to było dla niej najtrudniejsze - wyrzec się
tego najwspanialszego elementu aparycji na rzecz niepewnych efektów
nauki i medycyny. Od tamtej pory nie potrafię zapuścić długich włosów.
Prześladuje mnie poczucie winy, teraz więc pozwalam im rosnąć do ramion.
Wyrównuję przekrzywione zdjęcie, przypięte pinezką do ściany nad
biurkiem, i przesyłam mamie w milczeniu słowa miłości.
- Spotykamy się za dziesięć minut w Lucky Brew? - woła ponad labiryntem
boksów mój kolega, z którym dzielę ścianę. Jest najgłośniejszy w biurze
i pierwszy, który zgłasza wniosek co do planów na najbliższy wieczór.
W otoczonej szkłem przestrzeni biurowej, w której zdaję się uwięziona
przez większość dni, odbija się echem kakofonia odpowiedzi, począwszy od
"piszę się na to", a skończywszy na pohukiwaniach i gwizdach.
Opuszczam wzrok na rysunek i rozluźniam ramiona. Czas się rozstać z moim
najnowszym dziełem. Chwila, kiedy kończę projekt dla klienta, to jak
zwinięcie w rulon części mózgu i umieszczenie go w bezdennej tekturowej
tubie. Przed studiami wyobrażałam sobie karierę architekta nieco inaczej
niż to, czego obecnie doświadczam. Sądziłam, że będę pracować twarzą w twarz z klientami, odkrywając przed nimi niezliczone godziny myśli i planowania strategicznego, które przelewałam na papier. Tymczasem
przekazuję tylko tekturowe tuby innym i jestem milczącym pośrednikiem,
jakbym się w istocie niewiele różniła od maszyny wytwarzającej jakiś
produkt. Nie jest chyba czymś złym pragnąć więcej, zwłaszcza w sytuacji,
gdy zainwestowałam przeszło dziesięć lat życia w tę firmę, ale cóż, jest
jak jest.
- Chcesz się do nas przyłączyć, Grace? - pyta Brian, uderzając dłonią w metalową poręcz łącznika między boksami.
Lucky Brew to bar studencki, cuchnie kiepskim piwem, brudnymi toaletami
i odpadkami. Z niewiadomego powodu każdy męski pracownik tej firmy uważa
ów lokal za swój drugi dom.
Zakręcam wieko ostatniej tuby i związuję wszystkie trzy na swoim biurku.
Silę się na grzeczny uśmiech.
- Dzięki za propozycję - odpowiadam - ale czeka mnie pracowity wieczór.
Brian parska śmiechem i przewraca oczami. Wiedzą oczywiście, że nie mam
nic ważnego do roboty, ale wolałabym się poddać borowaniu zęba, niźli
spędzić z tymi mężczyznami więcej czasu ponad niezbędne minimum.
Biorę trzy tuby ze zrolowanymi planami i zanoszę je do gabinetu Paula.
To pomieszczenie z wypisanym odręcznie hasłem nad tabliczką z jego
nazwiskiem: SZEF ROKU. Odchrząkuję i stukam kłykciem w wypukłą szybę.
- Masz chwilę? - pytam.
Paul przekręca się na obrotowym fotelu, odchyla do tyłu i splata dłonie
na karku. W jego przylizanych włosach odbija się blask świetlówek, a uśmiech odsłania więcej zębów, niż to jest konieczne.
- Dla ciebie mam zawsze mnóstwo czasu, Grace.
Siadam na skórzanym fotelu o prostym oparciu, równolegle do jego biurka.
- Chciałam porozmawiać o stanowisku architekta średniego szczebla. -
Obracam się i zamykam drzwi gabinetu, pragnąc zaznać prywatności, której
nie da się tu znaleźć, jak sądzę. - Pracuję dla tej firmy od dwunastu
lat. Oboje wiemy, że mam kwalifikacje i doświadczenie odpowiednie do
tego stanowiska.
Paul opuszcza dłonie na biurko i splata w idealny sposób palce,
zmieniając ton rozmowy ze swobodnego na formalnie rzeczowy.
- Jestem świadom, że złożyłaś stosowne podanie - mówi.
- Owszem, ale chciałam też sprawdzić, jak się sprawy mają.
- Tak. - Wypuszcza powietrze przez nos. Jest ode mnie starszy najwyżej o rok albo dwa lata i kieruje tą firmą, co powinno dowodzić jego
fachowości. Oboje ukończyliśmy studia ze specjalnością projektowania
architektonicznego i zajmujemy się od tej pory tą dziedziną zawodowo.
Niczym się od siebie nie różnimy, pomijając to, że przychodzę tu
wcześniej niż on, a wieczorem wychodzę ostatnia, i wcale nie dlatego,
bym pracowała gorzej niż on. - Posłuchaj, Grace, nie chcę ci robić
nadziei na to stanowisko. Mamy wielu świetnych kandydatów. Decyzja nie
będzie łatwa.
- Kandydatów z tej firmy?
- Nie, ale sama wiesz, że muszę traktować wszystkich równo.
Mam wielką ochotę parsknąć śmiechem, gdyż nie jestem pewna, czy on w ogóle rozumie pojęcie równości. Brak różnorodności, jeśli chodzi o zatrudnianie, i fakt, że jestem jedyną kobietą w firmie, nie świadczą o nim zbyt dobrze.
- Rozumiem.
- Nie trać jednak nadziei. W tej chwili nie mogę powiedzieć nic więcej.
- No tak, słusznie, Paul. - Podnoszę się z fotela i kładę tuby z rysunkami na biurku. - Życzę miłego wieczoru.
- Wszystko w porządku, Grace? - pyta i ma taki sam wyraz twarzy jak
wtedy, gdy wyjaśniał, dlaczego nie powinnam wiązać zbyt wielkich nadziei
na nowe stanowisko, i zarazem radził, bym ich nie traciła.
- Nigdy nie czułam się lepiej - zapewniam, po czym wychodzę z jego
gabinetu.
Dopiero gdy znajduję się na zewnątrz budynku i kieruję w stronę metra,
narasta we mnie gniew. Nie sądzę, bym kiedykolwiek mogła liczyć na
awans, rywalizując z mężczyznami, z którymi co wieczór stuka się
szklanicą piwa. Byłam wszakże cierpliwa i ciężko pracowałam, a mimo to
przez większość dni czuję się niczym osioł w kieracie - uczestniczka
wyścigu donikąd.
Niby mogłabym się starać o inną posadę. W Bostonie jest wiele biur
architektonicznych, ale cały ten czas i energia, jakie poświęciłam
Carmello Designs, wydają się kompletnie pozbawione znaczenia.
Z tymi myślami wchodzę do swego bloku przy Bacon Hill i zbliżam się do
skrzynki na listy. Mam ochotę zignorować stos rachunków, które na mnie
czekają, ale zamówiłam nowy kabel zasilający do komórki; bardzo go
potrzebuję. Powinni go dostarczyć właśnie dzisiaj.
Tak jak się spodziewałam, skrzynka jest zapełniona; wyciągam z niej stos
papierzysk i przez moment staram się uporządkować to naręcze
korespondencji, gdy naraz moją uwagę przykuwa duża, ciężka koperta z adresem jakiejś kancelarii prawniczej.
Ściska mnie w dołku, kiedy pokonuję trzy kondygnacje schodów, dzielące
mnie od mojej kawalerki, i grzebię się z kluczem. Rzucam przesyłki na
okrągły szklany stolik i otwieram kopertę w musztardowym kolorze, a następnie wyjmuję z niej całą jej zawartość.
Pod moimi oknami zawodzą syreny radiowozu, jednocześnie komórka
informuje mnie o nadejściu nowych wiadomości, ale nic nie ma znaczenia,
gdy po raz drugi odczytuję pierwszą linijkę tego listu.
Droga pani Laurent!
Mamy nadzieję, że niniejszy list zastanie Panią w dobrym zdrowiu i samopoczuciu. Kancelaria prawnicza Straus & Straus została
zaangażowana w celu przekazania Pani, jako spadkobierczyni, pewnej
nieruchomości na mocy testamentu Matildy Ellman. Ustalono, że jest Pani
jej biologiczną wnuczką, a tym samym osobą uprawnioną do otrzymania w spadku wyżej wymienionej nieruchomości.
Istnieje kilka opcji dotyczących sposobu przejęcia tytułu własności, my
zaś chętnie dokonamy tego wirtualnie, ponieważ miejsce Pani zamieszkania
znajduje się na terenie Stanów Zjednoczonych. Proszę skontaktować się z nami przy pierwszej sposobności, tak abyśmy mogli przedyskutować
konieczne procedury związane z niniejszą sprawą.
Z wyrazami szacunku,
Adwokat Brigitte Cora
Konrad-Adenauer-Strasse 1080A
85221 Dachau, Niemcy
+49 8131 300020
Opadam na sofę, zadowolona, że ratuje mnie przed upadkiem na podłogę.
Matilda Ellman - nigdy o nikim takim nie słyszałam. Mama całe życie
poszukiwała swoich biologicznych rodziców, powiedziano jej jednak, że
prawdopodobieństwo ustalenia więzów krwi jest prawie niemożliwe, gdyż
przybyła do Stanów Zjednoczonych jako osierocona imigrantka z Europy.
Wysłano ją za granicę nawet bez informacji o imieniu, które jej nadano.
To, że nigdy nie uzyskała odpowiedzi na dręczące ją pytania o rodzinę -
ojca i matkę, a także miejsce pochodzenia - było najsilniejszą gorzką
pigułką do przełknięcia, gdy się dowiedziała, że jest chora. Robiłam
wszystko, by jej pomóc, ale nie wiedząc nawet, od czego zacząć
poszukiwania, rzecz wydawała się w zasadzie niemożliwa. O ile się
orientuję, mam do czynienia z jakimś szwindlem. Na dobrą sprawę mogłabym
się założyć, że to zwyczajnie głupi kawał.
Wertuję pozostałe dokumenty i znajduję czarno-białą mapę miasta Dachau
z adresem nakreślonym u góry kartki, także wizytówkę kancelarii
prawniczej, przytwierdzoną na marginesie spinaczem. Ostatni w kopercie
jest oprawiony folder z fotokopiami dokumentów i kartkami pokrytymi
odręcznym pismem. Słowa uwieczniono po niemiecku, w języku, którego w ogóle nie znam.
To szwindel. Muszę w to wierzyć, choćby ze względu na swoje zdrowie
psychiczne.
Sięgam do kieszeni płaszcza i wyjmuję komórkę, a potem jęczę, wyszukując
w kontaktach numer taty. Upłynęły cztery miesiące od czasu, kiedy
rozmawialiśmy. Powinnam być chyba zdziwiona, że nie trwało to dłużej.
Mając nową rodzinę, rzadko sobie przypomina o swej pierworodnej córce,
ale nauczyłam się już nie spodziewać zbyt wiele po tym, jak byłam od
najmłodszych lat świadkiem rozpadu małżeństwa rodziców aż do chwili, gdy
rok później zdiagnozowano u mamy raka płuc.
Tata odbiera po drugim sygnale.
- To ty, Grace? - rzuca do słuchawki.
Pytanie każe mi się zastanawiać, czy moje imię widnieje na liście
kontaktów w jego komórce, czy też ojciec sili się na sarkazm.
- Tak, tato, to ja - odpowiadam. - Dzwonię, ponieważ chodzi mi o pewną
sprawę, o której możesz coś wiedzieć.
Wątpię w to co prawda, gdyż to właśnie ja towarzyszyłam mamie przez
lata, kiedy próbowała wpaść na jakikolwiek ślad swoich krewnych. Próbki
jej DNA znajdują się pewnie w każdym laboratorium tego kraju, zważywszy
na to, jak bardzo pragnęła uzyskać ową informację. Niczego wszakże nie
znaleziono.
- Wszystko w porządku? Wydajesz się podekscytowana.
Jestem zaskoczona, że pamięta, w jaki sposób okazuję niepokój, ale nie
zamierzam zagłębiać się w to teraz.
- Dostałam dziwny list z pewnej kancelarii prawniczej w Dachau w Niemczech. Poinformowano mnie, że jestem spadkobierczynią nieruchomości
pozostawionej przez... - Moje spojrzenie znów skupia się na liście,
który jakby wibruje na drżących kolanach. - Matildę Ellman.
Najwidoczniej ktoś ustalił, że jestem jej biologiczną wnuczką.
- Matildę Ellman?... - powtarza tata, jakby wertował katalog nazwisk w swojej głowie. - Nigdy o nikim takim nie słyszałem. Powiedziałaś, że
chodzi o Dachau w Niemczech?
- Tam się właśnie mieści ta kancelaria prawnicza, a drugi z adresów na
mapie też jest zlokalizowany w tym mieście. Domyślam się, że to ta
nieruchomość.
Z jego ust dobywa się przeciągłe westchnienie.
- Boże, Grace, nie wiem, co ci powiedzieć, kochanie. Spróbuj coś ustalić
i zadzwoń do tej kancelarii z prośbą o więcej informacji. Nie mam
pojęcia, co innego mógłbym ci poradzić.
- Tak, okej. Dam ci znać, co i jak. Mam nadzieję, że u was wszystko
dobrze. Porozmawiamy później.
- Grace - mówi tata, nie pozwalając mi skończyć rozmowy. - Masz w najbliższym czasie chęć na wspólny obiad?
Zgodzę się. Wiem, że i tak nie poda dnia ani godziny, a jeśli ja to
zrobię, nie zjawi się w umówionym miejscu i czasie.
- Jasne - mówię mimo to. - Zadzwoń do mnie, kiedy będziesz wolny.
- Zadzwonię, kochanie. Życzę ci spokojnej nocy. I nie martw się zanadto.
Twoja matka miała obsesję na tym punkcie.
Czuję, jak palą mnie policzki z frustracji, odkładam słuchawkę, by nie
powiedzieć czegoś, czego mogłabym później żałować.
Zanoszę papiery do biurka z komputerem i włączam monitor. Czekając, aż
uruchomi się przeglądarka, znów wertuję dokumenty i wyciągam jeden z nich. Pochodzi z Narodowej Bazy Danych DNA; jest tam mnóstwo informacji,
które są dla mnie czarną magią, kiedy staram się to wszystko objąć w jednej chwili wzrokiem.
Zamykam oczy, biorę głęboki wdech i znów próbuję skupić uwagę na
pierwszym ustępie strony zatytułowanej: Haplogrupa Linii Matczynej.
Poniżej jest lista osób, w tym mama i Matilda Ellman. Z wyjątkiem mamy
wszystkie pozostałe pochodzą z terenu Bawarii w Niemczech. Obracam się
do komputera i wpisuję w okienko wyszukiwarki nazwisko Matildy, potem
nazwę Dachau, Niemcy. Otwieram szeroko oczy na widok mnogości
powiązanych artykułów. Nie widzę żadnej wzmianki o Matildzie Ellman, ale
niemal przy każdym linku niepodobna uniknąć tematu Dachau, znanego jako
miejsce założenia pierwszego obozu koncentracyjnego z czasów Holokaustu.
Nieruchomość, którą dziedziczę, znajduje się właśnie w tym mieście.
Spodziewam się najgorszego przed kliknięciem pierwszego linku, ale
wyobraźnia nie zdołała mnie przygotować na to, co widzę na ekranie. Od
razu nasuwa się pytanie, czy ludzie wciąż tam mieszkają, ale nietrudno o odpowiedź. Ludzie zawsze żyli w tym mieście, a jednak kiedyś umarło ich
ponad trzydzieści tysięcy w obrębie zaledwie kilku kilometrów
kwadratowych.
Rozdział 2
MATILDA
KWIECIEŃ 1940
"Dzień był cieplejszy niż zwykle, niebo pokrywał wyjątkowy odcień
błękitu, jakby stanowił odzwierciedlenie oceanu. Nigdzie, jak okiem
sięgnąć, nie bieliła się żadna chmurka. Trawa sięgała powyżej pasa, a kwiaty polne kwitły jakby za sprawą oficjalnego zaproszenia ze strony
słońca. Wiatr śpiewał pieśń, jakiej nigdy przedtem nie słyszeliśmy, niby
kołysankę wymazującą niepotrzebne pory dnia. Powietrze pachniało
pościelą świeżo rozwieszoną na sznurze, a rześkie podmuchy szczypały nas
w policzki, jakbyśmy biegli przez wilgotne zasłony".
- To wszystko, co do tej pory napisałem - mówi Hans.
Podnosi się z miejsca u mego boku - zacienionego skrawka pod samotną
brzozą pośród cichej połaci kwiatów polnych. Kręcąc głową, porzuca
myśli, które przebiegają mu przez głowę, i wsuwa kartkę do kieszeni.
Uśmiecham się w odpowiedzi, wiedząc, że przez kilka godzin zmieniał
każde z tych zdań ze sto razy. Jego marzenie to napisanie książki, ale
każde słowo jest równie ważne co ostatnie, czasem nie potrafi ruszyć z miejsca, póki nie jest w pełni rad.
- Całkiem sporo jak na jeden dzień - mówię mu.
- Kłamiesz tak samo okropnie jak tańczysz, Matilda. Wiesz o tym?
Śmieję się z tej prawdy, której nie potrafię ukryć.
- Przypuszczam, że mogłabym się bardziej postarać - odpowiadam, unosząc
brew i patrząc na niego.
Na jego policzkach błyszczą piegi niby pocałunki słońca, a ja, śmiejąc
się cicho, łączę opuszką palca te kropeczki.
- Mało prawdopodobne... jak to, że wyrosnę z tych głupich plamek na twarzy
- zapewnia.
- Dlaczego chciałbyś, żeby zniknęły? Nie przyszło ci do głowy, że
zawdzięczasz każdą z nich jakiemuś dobremu uczynkowi? Gdyby tak było,
nie wstydziłbyś się teraz, prawda? - Moje pytania sprawiają, że odwraca
wzrok. Hans tak łatwo popada w zażenowanie, że trudno mu z tego powodu
nie dokuczać odrobinę. - Poza tym kto jeszcze może powiedzieć, że ma na
wierzchu dłoni szczęśliwą gwiazdkę utworzoną z piegów?
Uśmiecham się, wiedząc, że nie może zaprzeczyć.
Patrzy na swoją dłoń i zaciska pięść, ażeby uwydatnić kropki na
kostkach, po czym kręci głową.
- Rzeczywiście. Nie wszyscy jesteśmy obdarzeni długimi, jasnozłotymi
włosami, które połyskują w słońcu, czy dużymi, szafirowymi oczami jak u lalki. Ty jesteś nieskazitelna, a ja... no cóż... mam skazy, ot co. A skoro
już o tym mowa, jeśli nie przyprowadzę cię prędko do domu, będę miał
jeszcze więcej skaz - mówi.
To on jest z nas dwojga tym odpowiedzialnym. Ja jestem niczym wiatr -
nieprzewidywalna i gotowa robić, co mi się podoba. Hans przypomina
słońce, które ma tylko jeden obowiązek, bez względu na okoliczności.
Wschodzi o określonej porze i tak samo zachodzi, dzień i noc -
przewidywalny i solidny. Ja też potrafię być solidna, ale po co dorastać
szybciej, niż to jest konieczne?
- Niech i tak będzie, ale dla porządku, wcale nie jestem nieskazitelna.
Daleko mi do tego.
- Dla mnie jesteś doskonała - oznajmia Hans, przyglądając mi się przez
długą chwilę. - Choć przypuszczam, że twoje policzki czerwienią się
łatwiej niż u innych dziewcząt, ale to mi się akurat podoba.
Wydaje się, że doznaje dreszczu przyjemności, przyprawiając mnie o pąs,
ilekroć jesteśmy sami, niestety, coraz rzadziej spędzamy ze sobą czas, a ja ze smutkiem myślę o tym, że zasady rządzące naszym życiem mogą się
stać jeszcze surowsze.
W wieku siedemnastu lat powinniśmy żyć na świecie bez żadnych trosk.
Ludziom nie jest dane zbyt wiele lat, gdy mogą unikać konsekwencji
własnego postępowania. Nie wolno nam też zbyt wiele czynić na własny
rachunek, dopóki nie jesteśmy dość dojrzali, by odróżniać dobro od zła,
a wtedy dorosłość czai się tuż za rogiem. Potem już na zawsze, nim
dotrzemy do nieba bram, na naszych barkach spoczywa jakaś praca tudzież
obowiązek.
- Każdy dzień powinien być taki jak ten - mówię z przekonaniem.
- Powinien - odpowiada Hans, prowadząc nas przez wysoką trawę. - Ale
wtedy istnielibyśmy w jakimś fantastycznym śnie, a nie w prawdziwym
życiu.
- Nie zgadzam się. - Krzywię się z westchnieniem.
- No to przypuszczam w takim razie, że powinnaś jutro darować sobie
szkołę i zobaczyć, co się stanie, tak?
- Starzejesz się, Hans - rzucam żartobliwie z domieszką złośliwości.
Zatrzymuje się przy skrzypiącej drewnianej bramie; jej przeznaczenie
jest nieznane, gdyż brakuje przy niej palików ogrodzenia - pozostała
tylko kołysząca się furtka prowadząca na łąkę. Ale wydaje się właściwe,
że zawsze ją przekraczamy. Hans otwiera mi tę bramę i kłania się niby
przedstawicielce królewskiego rodu.
- Fräulein - dworuje sobie.
Nasza chwila zabawy dobiega końca, kiedy drewniane szczeble zatrzaskują
się za nami na zapadniętych w ziemi słupkach; Hans zajmuje miejsce u mego boku, a potem ruszamy brukowaną drogą.
- Zgłodniałam przez to świeże powietrze. Jak myślisz, co będziesz dziś
jadł na kolację? - W chwili, gdy to pytanie wymyka mi się z ust,
zaczynam tego żałować. - Nie powinnam była...
- Tilly, przestań się tak o mnie zamartwiać. Radzę sobie. Jestem pewien,
że zjemy wołowinę w occie i kluski ziemniaczane, tak jak wy.
Mój żołądek wydaje jęk, po chwili jednak ściska się z bólu. Wiem już, że
Hans będzie najprawdopodobniej jadł kapuśniak z czerstwym chlebem.
- Przyniosę ci trochę swojej kolacji. Nikt nie musi o tym wiedzieć.
Zaciska dłonie za głową i napręża tułów.
- Nie dzisiaj. Słyszałem rano, jak twój tata się wydziera. Po co go
denerwować jeszcze bardziej? To by nie było mądre.
Często próbuję zapomnieć, że nie ma między nami żadnych sekretów, ale
przecież wiem na ogół, co się dzieje, kiedy nie jesteśmy razem. Podłoga
naszego mieszkania to jednocześnie sufit w mieszkaniu Hansa; tak jest od
czasów dzieciństwa. Ściany są cienkie, a ja wiem z doświadczenia, że
kiedy chodzimy na palcach, to niżej brzmi to tak, jakby przez most
przebiegało stado słoni.
- Może będzie po pracy w lepszym humorze - mówię, świadoma, że nie ma co
na to liczyć.
Papa jest przez większość czasu zły, zwłaszcza teraz, kiedy produkcję w jego fabryce zmniejszono o połowę. Haruje za dwóch i dostaje to samo
wynagrodzenie co wcześniej, ale nie śmiem mówić tego na głos, wiedząc,
że tata Hansa to jeden z robotników zmuszonych odejść z zakładu. Żydom
nie wolno się już zatrudniać w fabryce samochodów czy w jakimkolwiek
publicznym przedsiębiorstwie, które oferuje pracę, jaką mogą wykonywać
wyłącznie oni. Z powodu drażliwości ojca mam ochotę mu powiedzieć, że
mogłoby być znacznie gorzej, ale, co karygodne, on wie o tym i wciąż
wyładowuje swoją złość na mamie i na mnie.
- Możliwe - oświadcza Hans, ale te słowa mają tylko wypełnić milczenie.
Nikt nie jest ostatnimi czasy szczęśliwy. Jakby świat się zapadał i nie
sposób się było zorientować, czy zapewni nam bezpieczeństwo, czy
pociągnie nas za sobą w otchłań.
- Powinieneś napisać coś jeszcze wieczorem. Zniknąć w innym miejscu,
choćby na chwilę.
Milczy, kiedy się zbliżamy do naszego domu. Ruszam za nim po schodkach,
docierając wpierw do jego drzwi. Rodzice Hansa prowadzą tak głośną
rozmowę, że słychać ją aż na korytarzu, a on odrzuca głowę z jękiem
irytacji.
- O nie, tylko nie to.
Zza drzwi dobiega:
- Nie będziemy mogli tu zostać, Saro. Nie rozumiesz tego? Nie możemy
udawać, że to przeminie. Jest coraz gorzej, a nam zaczyna już brakować
marek. Niedługo zostaniemy z niczym. Jak wtedy wykarmimy dzieci?
- Co chcesz powiedzieć, Adamie? Że mamy oddać nasz dom tym nazistom?
- A myślisz, że ja tego chcę? Obawiam się tylko, że już niedługo nie
będziemy mieli wyboru.
- Nie! - krzyczę, jakby Hans uczestniczył w rozmowie rodziców po drugiej
stronie drzwi. - Nie możesz odejść. Byliśmy przez większość życia
sąsiadami. Nie wyobrażam sobie zostać w tym domu bez ciebie.
Hans jest blady, wzrok ma spuszczony, wargi rozsunięte.
- Nie chcę odejść - mówi.
- Coś wymyślę - odpowiadam z przekonaniem. - Na pewno.
Nie chce patrzeć mi w oczy, chwytam go więc za ramiona, zmuszając do
skupienia na mnie uwagi. Odrywa spojrzenie od skrzypiących desek pod
stopami. W jego wzroku dostrzegam świadomość porażki, strach, bezradność
i inne emocje, których nie umiem odgadnąć.
- To tylko kwestia czasu, Tilly. Jest wojna. Nie sposób powiedzieć, co
się z nami stanie. Poza tym Hitler i naziści nie chcą tu nas, Żydów. To
oczywiste.
- Ale niesprawiedliwe. I nigdy się na to nie zgodzę. Coś wymyślę,
zobaczysz. Na pewno.
Nasze spojrzenia spotykają się na jedną zastygłą w czasie chwilę,
podczas gdy w mojej piersi wzbiera ból. Nie wiem, czy składam obietnicę,
której zdołam dotrzymać, ale nie ustanę, dopóki nie wyczerpię wszystkich
możliwości.
- Jesteś moją najlepszą przyjaciółką we wszechświecie, Tilly. I nie
zmieni tego dzieląca nas odległość. Wiesz o tym.
Teraz to ja spuszczam wzrok. Hansa już wydalono z naszej szkoły i posłano do żydowskiej. Jego rodzina musiała oddać wszystkie przedmioty
ze złota i srebra i to po tym, jak jego ojca zwolniono z pracy.
Właściwie głodują i niedługo stracą dom. I wszystko z powodu ich wiary,
a ja nie pojmuję dlaczego. Pytałam tyle razy w szkole, także mamę i papę, ale jakoś nikt nie potrafił mi udzielić odpowiedzi.
- Nie opuszczę cię - zapewniam go.
Drzwi jego mieszkania otwierają się i staje między nami jego ojciec z wyrazem szoku na twarzy.
- Co ty tu robisz, synu? Podsłuchiwałeś moją rozmowę z matką?
- Nie, ojcze - odpowiada Hans głosem potulnym i miękkim.
- Fräulein Ellman, może pójdzie pani do siebie? I proszę przekazać
rodzicom pozdrowienia.
- Tak, Herr Bauer - odpowiadam.
- Niech pani zmyka.
Niekiedy spędzałam z rodziną Hansa święta Jom Kippur i Rosz Haszana, a także szabat w piątkowy wieczór. Podobały mi się ich opowieści, modlitwy
przy świecach, wino, chałka. Piątkowe wieczory przepełniały chwile
szczęścia pomimo wszelkich kłopotów, których każdy doświadczał w ciągu
tygodnia. Czułam się zaszczycona, mogąc uczestniczyć w tym cotygodniowym
rytuale i błogosławieństwach. Było to piękne, ale od jakiegoś czasu nie
jestem już zapraszana. Niekiedy w piątkowe wieczory sama recytuję
modlitwy w nadziei zapomnienia o niedobrych uczuciach, jakie mnie
nawiedzały w minionym tygodniu. Zawsze okazuje się to skuteczne, ale
czas, kiedy robiłam to z Hansem i jego rodziną, jawi się jako
szczęśliwszy.
Mama i papa nie praktykują chrześcijaństwa tak jak inne rodziny.
Obchodzimy wprawdzie ważniejsze święta, ale nie pamiętam, kiedy ostatni
raz byliśmy w kościele. Może gdybyśmy przeznaczali więcej czasu na
modlitwę, papa nie byłby cały czas taki zły.
Ta jedna kondygnacja schodów, która dzieli mnie od naszego mieszkania,
przypomina strome zbocze góry. Nie chcę wracać do domu. Nie chcę słuchać
kłótni towarzyszącej kolacji ani plotek o tym, co się wydarzyło w naszym
regionie. Boję się i nie mam prawa tego wyznać.
Zachowuję się cicho, przemykając przez drzwi i zdejmując płaszcz tak, by
robić jak najmniej hałasu. Wieszam swoje rzeczy i ściągam buty z nóg.
- Gdzie się podziewałaś, Matildo? Martwiłam się! - woła z kuchni mama.
Nie pomyślałam o żadnej historyjce, jaką mogłabym ją uraczyć, co zwykle
robię. Za bardzo jestem zajęta tym, co przeżywa Hans. Zaciskam dłonie na
wysokości talii i wchodzę ostrożnie do kuchni, gdzie mama szykuje
posiłek w swoim ulubionym bladożółtym fartuszku z motywem czerwonych i fioletowych winogron. Jej rozpuszczone na karku nieskazitelne loki
nasuwają myśl, że wychodziła dziś na zakupy.
- Czytałam książkę na polu maków. W tak piękny dzień chciałam odetchnąć
świeżym powietrzem.
- Rozumiem - mówi mama, nie mrugnąwszy okiem. - Co teraz czytasz?
- Książkę napisaną przez...
- Tak, mów dalej.
- Pomóc ci przy kolacji?
- Byłaś z Hansem, prawda? - ciągnie mama, zataczając nad miską gniewne
kręgi trzymaną w dłoni łyżką.
- Dlaczego nie wolno mi spędzać czasu z Hansem, mamo?
- Wiesz dlaczego. Nie muszę ci chyba tego po raz kolejny wyjaśniać.
- Musisz, bo nie ma to dla mnie żadnego sensu. To mój przyjaciel. Mogę
spędzać z nim tyle czasu, ile mi się podoba.
Mama uderza drewnianą łyżką o ceramiczną miskę. Ten dźwięk sprawia, że
tężeją mi ramiona, ale wzdycham niespiesznie i staram się za wszelką
cenę uspokoić.
- Idź do swojego pokoju, Matildo. Zawołam cię, kiedy nadejdzie pora
kolacji.
Zarzuca sobie ścierkę na ramię i stara się usunąć resztki tłuczonych
ziemniaków z łyżki.
- Naród żydowski to nie stwory z rogami - mówię. - Ci ludzie nie są
przestępcami ani zwierzętami, a mimo to odebrano im wszelkie prawa, a my
przyglądamy się temu bez mrugnięcia okiem. Nie mogę mówić za ciebie ani
za tatę, ale wstyd mi za nas ogólnie. Wstyd za tych wszystkich, którzy
udają, że ta nienawiść nie narasta. Co złego Hans i jego rodzice wam
zrobili? Kiedyś się przyjaźniłaś z Sarą, a tata traktował Adama jak
brata. A teraz wydaje się, że przez całe życie byliście sobie obcy. To
koszmarne.
Nie czekam nawet na odpowiedź mamy.
- Matilda, wracaj tu natychmiast! - woła karcącym tonem.
Wbrew rozsądkowi ignoruję jej słowa. Idę na górę, do swojej sypialni na
poddaszu, i zamykam za sobą drzwi. Oboje, tata albo mama, wchodzą tu
tylko wtedy, kiedy to konieczne. Tacie trudno zresztą poruszać się w pozycji wyprostowanej, a mama nie znosi wąskich stopni. Dla mnie ta
przestrzeń jest idealna i przytulna. W ciągu dnia wpada tu dostatecznie
dużo światła słonecznego, a w nocy, kiedy blask świec migocze na złotych
pasmach tapety, to ciasne wnętrze tchnie niewytłumaczalnym urokiem.
Padam na materac i okrywam się wełnianym kocem. Cisza pozwala mi
dosłyszeć nieznaczne echo krzyków dobiegających z mieszkania Hansa,
które mieści się dwa piętra niżej.
Mogę coś zrobić. Jestem tego absolutnie pewna.
Rozdział 3
MATILDA
KWIECIEŃ 1940
Upływa kilka godzin i nie ma mowy, bym zasnęła. Schodzę ostrożnie na
dół, omijając trzeci stopień, by uniknąć deski wydającej najgłośniejsze
skrzypnięcie. Nauczyłam się już na pamięć, które są najbardziej
obluzowane; wiem, że ich dźwięk zaalarmuje kogoś, że nie śpię. Miejsca
przy ścianach wydają się najbezpieczniejsze i po chwili znajduję się za
drzwiami frontowymi, przesuwając gołe stopy wzdłuż każdego centymetra,
kiedy schodzę piętro niżej. Migotliwy blask świecy jest moim jedynym
źródłem światła, ale pokonywałam tę trasę już tyle razy w środku nocy,
że mogłabym to robić z zamkniętymi oczami. Sypialnia Hansa dzieli ścianę
z korytarzem, zaledwie metr od drzwi wejściowych jego mieszkania.
Stukam trzykrotnie palcem w ścianę, odczekuję dwie sekundy, potem znowu
stukam trzy razy. To sekretny kod, który opracowaliśmy jeszcze w szkole
podstawowej. W tamtym czasie jedynym problemem były schody
przeciwpożarowe, prowadzące na dach nad moją sypialnią, gdzie mogliśmy w ciepłe noce obserwować gwiazdy i snuć marzenia. Hans opowiadał o życiu,
które istniało poza naszym zasięgiem, o światach niewyobrażalnych dla
kogokolwiek na ziemi. Mówił, że każda gwiazda to dusza, która nas
obserwuje i chroni przed niebiosami i nieziemskimi światami. Jego
wyobraźnia jest jak książka pełna najwyrazistszych ilustracji, cudów, o których nigdy mi się nie śniło. Nie potrafię wyobrazić sobie życia bez
słuchania o tym, co rodzi się każdego dnia w jego głowie.
Nieznaczny, ledwie słyszalny dźwięk palca stukającego w ścianę informuje
mnie, że Hans nie śpi i wie, że tu jestem. Okrywam się staranniej
szlafrokiem w obronie przed rześkim powiewem, który przedostaje się
przez pobliskie okno. Moje stopy drętwieją od zimnych desek podłogi, ale
poza tym cała wręcz płonę, nie mogąc się doczekać, kiedy mu przekażę
szczegóły planu, który opracowałam.
Drzwi uchylają się odrobinę, pozostaje tylko niewielka szparka. Hans
obraca się, by je zamknąć, potem przekręca gałkę do końca w prawo.
- Co ty tu robisz, Tilly? - szepcze. - Jest późno.
Ma na sobie biały podkoszulek i ulubione spodnie od piżamy w czerwone
paski.
Nigdy wcześniej mnie nie pytał, co robię o tak późnej porze pod jego
mieszkaniem. Życie za bardzo się zmieniło, byśmy mogli wrócić do dawnych
przyzwyczajeń. Hans zdaje się żyć w lęku przed nieznanym, a ja chcę się
zachowywać tak, jakby nic nam nie groziło i nic nie mogło między nami
stanąć.
- Muszę z tobą porozmawiać. Mam pewien plan.
- Jaki plan? - pyta, jakby nie słyszał wcześniejszej rozmowy rodziców.
Biorę go za rękę i pociągam w głąb korytarza, w stronę schodów
przeciwpożarowych. Upłynęło tyle czasu od chwili, kiedy wychodziliśmy na
dach, ale to jedyne miejsce, gdzie nikt nie może nas usłyszeć.
- Jest zimno, Tilly. Zaziębisz się - mówi.
Zawsze martwi się bardziej o mnie niż o siebie. Jeśli się zaziębię, to
on też, ale uważam, że sprawa jest na tyle ważna, że warto zaryzykować.
- Przestań się tak o mnie martwić. Chodź.
Z cichym westchnieniem niezadowolenia Hans podąża w ślad za moimi
ostrożnymi krokami po drewnianych deskach najbliższych ściany. Potrzeba
tylko kilku minut, by znaleźć niewielkie metalowe drzwi, które prowadzą
na dach. Przestrzeń wydaje się mniejsza niż ostatnim razem, gdy tu
byliśmy. Podejrzewam, że trochę wyrośliśmy przez tych kilka lat.
Kwietniowe temperatury są bezlitosne, jakby nie chciały zrezygnować ze
swych praw do zimowego chłodu. Powietrze kłuje w oczy, kiedy się mierzę
z wiatrem i obejmuję ramionami, by się trochę ogrzać.
Zapomniałam już, jak pięknie bywało tu nocą. Wszystkie światła
miasteczka stapiają się z ciemnością, jak gdyby jednoczyły się z gwiazdami.
Kiedy Hans bierze haust świeżego powietrza, odwracam się do niego.
Płomień mojej świeczki gaśnie, pozostawiając po sobie strużkę dymu, ale
gwiazdy zapewniają dość światła. Umieszczam lichtarz między stopami.
- Wyjedźmy - proponuję. - Ucieknijmy stąd. Jeśli opuścimy Niemcy i udamy
się jak najdalej na wschód, będziemy bezpieczni.
Jego brwi marszczą się nad piegowatym nosem.
- To głupie, Matilda. Nie mamy marek, nie przetrwamy tej podróży. I jeśli przyłapią mnie na czymś zabronionym, to nie wiem, co się stanie,
ale gdyby naziści schwytali ciebie, kiedy starasz mi się pomóc... wolę nie
myśleć o tym, co mogłoby się z tobą stać.
Dotykam jego ramion.
- To absurdalne, Hans. Nic mi się nie stanie. Za rok oboje ukończymy
osiemnaście lat. Jesteśmy dorośli i musimy zrobić to, co dla nas
najlepsze.
Niezwłocznie kręci głową, odrzucając mój pomysł.
- Nie ma znaczenia, jak daleko zawędrujemy. Pomyśl o podbojach, jakich
już dokonał Hitler. Naziści zajęli Polskę i Czechosłowację.
- Wyjazd to jedyny sposób - przekonuję. - Jak możesz inaczej sądzić?
- Nie przeżyjemy. I jeśli coś mi się przytrafi, a ty zostaniesz sama, to
trudno przewidzieć, co się z tobą stanie.
Uderzam go w pierś, pragnąc mu wbić trochę rozumu do głowy.
- Chcesz, żeby ci wszystko zabrali?! - Moje gardło zaciska się wokół
tych słów, tak jakbym starała się je ujarzmić szeptem.
- Nie patrzę na to w ten sposób, Tilly. Mogą spróbować zabrać wszystko,
ale pewnych rzeczy nie można nikogo pozbawić - mówi, wskazując palcem
skroń. - Pozostaną mi wspomnienia i opowieści, które żyją w mojej
głowie... no i wciąż będę miał ciebie.
Moje mięśnie tężeją pod wpływem zimna, a rękami i nogami raz po raz
wstrząsa dreszcz.
- To niesprawiedliwe - stwierdzam.
Hans patrzy mi głęboko w oczy. Widzę, że chce się ze mną zgodzić, ale
nie zamierza się poddawać stosowanej przez nazistów taktyce
zastraszania.
- Życie to odwieczna lekcja... i wyzwania, którym powinniśmy sprostać.
Wierzę, że możemy przezwyciężyć... to.
Żadne z nas nie potrafi zdefiniować słowa "to". Europa utraciła swoją
wolną wolę, ale nie ulegnę słowom jakiegoś obłąkanego dyktatora. Nikt mi
nie będzie mówił, kogo mam kochać, a kogo nienawidzić.
- Nie chcę, żebyś wyjeżdżał - zapewniam Hansa.
- Ani ja. - Obejmuje mnie i przyciąga do piersi. Pamiętam czas, kiedy
byliśmy równi wzrostem, ale teraz jest ode mnie wyższy, tak bardzo w ostatnich latach wystrzelił w górę. Dziś ledwie sięgam mu brody. -
Będzie dobrze, jeśli tylko w to uwierzymy. Wyobraź sobie szczęśliwe
zakończenie tych koszmarnych czasów, a zobaczysz, że dojdziemy do tego
punktu naszej opowieści.
Obejmuję go mocno, wdychając świeże powietrze i woń mydła, która
przenika jego podkoszulek.
- Zawsze będziemy przyjaciółmi, prawda? - pytam na wszelki wypadek, by
uzyskać dowód jego lojalności, coś, czego nigdy wcześniej nie
potrzebowałam.
Hans cofa się o krok, uwalniając się z objęć, a ja przyglądam się
uważnie jego twarzy. Patrzy na mnie tak, jak nigdy dotąd. Przywodzi to
na myśl ból połączony z miłością, obronę przed jakimiś nieznanymi
siłami.
- Nie jestem pewien, czy mogę się zawsze z tobą przyjaźnić, Tilly.
Kocham cię w sposób, który oznacza coś więcej aniżeli przyjaźń. Kiedy
cię widzę, w mojej piersi robi się ciepło, przenika ono każdy nerw mego
ciała. Nie wystarcza mi, że cały czas przy tobie będę... po prostu... muszę
być.
Chwytam się za pierś, próbując uspokoić oszalałe serce. Może nie
dostrzega mojego przyspieszonego pulsu czy gorąca rozkwitającego na
policzkach, ale nie mogę nad tym zapanować. Nigdy nie potrzebowałam
zapewnień dotyczących naszego związku, ale kiedy o tym mówi - to, jak o tym mówi... - czuję iskrę radości, która przenika każdą cząstkę mego
ciała.
Niewypowiedziane słowa to coś zaiste niezwykłego między nami, ale jego
uczucia dorównują moim - uczucia, których nie wypowiadaliśmy na głos.
Bałam się utraty jego przyjaźni i może tak samo było w jego przypadku,
ale jeśli czas ucieka, a my nie mamy wpływu na to, co się stanie, to
powinniśmy móc powiedzieć wszystko, co jest do powiedzenia. Jeśli
jeszcze możemy.
- Powiedz mi, dlaczego właściwie uważasz, że chcę z tobą uciec? - pytam.
- Z tego samego powodu, dla którego chcę, byś była tu bezpieczna.
Nachyla się i po raz pierwszy poza marzeniami, które zachowuję wyłącznie
dla siebie, jego wargi dotykają moich. Oboje jesteśmy zimniejsi niż
nocne niebo i nasze usta przypominają lód, ale ciepło, którym się
dzielimy, chroni nas przed największym chłodem dni i nocy. Serce wali mi
tak mocno, że czuję echo jego uderzeń na piersi Hansa. Odrywa dłonie od
moich ramion i kładzie mi je na policzkach. Miękki dotyk jego palców
sprawia, że uginają się pode mną kolana, nie chcę, by ta chwila dobiegła
końca. Nie chcę jej przerywać. Nigdy.
Nasze wargi odrywają się od siebie, ale Hans nie cofa się ani o centymetr.
- Oto, jak bardzo cię kocham, Tilly.
Po raz pierwszy w trakcie naszej odwiecznej przyjaźni brak mi słów. Wiem
jednak, że ta chwila będzie najboleśniejszym ze wspomnień, jeśli zdarzy
się najgorsze.
- Wracajmy do domu - mówi - nim ktoś zauważy naszą nieobecność.
To on nieodmiennie trzyma nas na wodzy i robi wszystko, byśmy nie
wpakowali się w tarapaty.
Nie chcę tego, ale i tak postępuję zgodnie z jego poleceniem. Nie
zamierzam napytać sobie biedy w sytuacji, kiedy między tatą i mamą
bezustannie iskrzy. Wyobrażam sobie, że Hans myśli tak samo, ale z całkiem innych powodów.
Kiedy schodzimy na dół, przykłada palec do ust - znak, że nie powinniśmy
się odzywać. Nachyla się i całuje mnie ostrożnie w policzek.
- Do zobaczenia jutro - szepcze.
- Dobranoc - odpowiadam z drżeniem.
Nigdy nie parałam się pisaniem, ale gdy tylko zamykam drzwi sypialni,
ogarnia mnie przemożna chęć uwiecznienia na papierze wszystkiego, co
stało się na dachu, tak jakbym potrzebowała słów, by przypomnieć sobie
ogarniające mnie wtedy uczucie. Nie wiem, czy mój opis dorówna pięknej
prozie Hansa, ale nie wolno mi nigdy tego zapomnieć - ani jednego
szczegółu.
Rozdział 4
GRACE
2018
Siedzę na brzegu łóżka, od czwartej nad ranem obgryzając paznokcie.
Spontaniczne decyzje nie są w moim stylu, ale po tym wszystkim, co
przeczytałam i widziałam poprzedniego wieczoru, nie wiem, czy zdołam
zasnąć, póki nie uzyskam odpowiedzi na setki dręczących mnie pytań.
Ogrom niepewności budzi niepokój, jakiego nie odczuwałam już od lat.
Zawsze staram się kontrolować każdy aspekt życia, by wiedzieć, co mi
przyniesie jutrzejszy dzień, ale czegoś takiego się nie spodziewałam.
Na moich kolanach brzęczy telefon; widzę bilet lotniczy, który wykupiłam
trzy godziny temu. Wysłałam Paulowi mejl z informacją, że coś mi nagle
wyskoczyło, co oznacza, że będę potrzebowała trochę czasu dla siebie i tygodniowego urlopu. Łatwiej było podjąć tę decyzję, wiedząc, jak mało
prawdopodobny jest mój awans.
Trudno powiedzieć, czy potrafię jasno myśleć o tak wczesnych godzinach,
ale wedle wszelkich znaków na niebie i ziemi muszę wyjechać do Europy,
by przejąć nieruchomość na mocy przysługującego mi prawa spadkowego.
Dokumenty, które poleciłam przetłumaczyć z niemieckiego na angielski i które czyta się jak powieść lub pamiętnik, rozbudziły we mnie ciekawość
co do Matildy Ellman, mojej babki. Z tego, co dotychczas ustaliłam,
wydaje się osobą wszechwiedzącą i zdeterminowaną, zwłaszcza podczas
najstraszniejszego okresu w dziejach. Nie potrafię sobie wyobrazić, co
się mogło wydarzyć między faktami utrwalonymi na tych pierwszych
stronicach a chwilą, gdy obie, ona i mama, zostały rozdzielone.
Włączam komórkę, ponownie sprawdzając godzinę. Odczekałam do przyzwoitej
pory, żeby zadzwonić do Carli i uprzedzić ją, że wyjeżdżam. Jestem
przygotowana na wykład, kiedy będę z nią rozmawiała, ale od tego są
przyjaciele - rozwiewają wątpliwości, spowijające nasz umysł.
Oczywiście, jest już za późno, by dostrzec na horyzoncie coś więcej niż
tylko wyprawę do Niemiec.
Punktualnie o siódmej wybieram numer Carli i przechodzę na tryb
głośnomówiący; wstaję przy tym, żeby spakować rzeczy na podróż.
- Dlaczego dzwonisz? Co się stało? - pyta.
Zazwyczaj przesyłamy sobie wiadomości albo odwiedzamy się bez
zapowiedzi. Przyjaźnimy się od pierwszego roku w Boston College. My dwie
przeciwko całemu światu, zawsze nierozłączne. Na przełomie trzeciego i czwartego roku wyprowadziłyśmy się z akademika do maleńkiego lokum;
wydawało nam się, że zostaniemy tam już na zawsze, ale po studiach i dwóch dłuższych związkach, które zaliczyła Carla, zrozumiałyśmy, że
każda z nas potrzebuje prywatnej przestrzeni. Choć trudno znaleźć dwa
wolne i sąsiadujące ze sobą mieszkania, nam się udało i jest to
rozwiązanie idealne.
Mogłabym zapukać w ścianę, potrzebując rozpaczliwie jej uwagi. Gdybym
jej powiedziała, stojąc z nią twarzą w twarz, co zamierzam zrobić,
uniosłaby brew i posłała mi gniewne macierzyńskie spojrzenie, które
potrafię wyczuć przez telefon. Mogę odpowiadać szczerze na jej pytania,
ale bez dalszych wyjaśnień z mojej strony pomyślałaby, że straciłam
rozum.
- Wyjeżdżam dzisiaj do Niemiec, chciałam cię zawczasu uprzedzić. A tak
przy okazji, możesz odbierać moją pocztę, gdy tam będę?
Carla krząta się w pośpiechu po swoim mieszkaniu i szykuje do wyjścia.
Jedzie do rozwijającej się firmy księgowej jej ojca znajdującej się w dzielnicy finansowej. Jest zdeterminowana i chce się wspiąć na szczyt
drabiny korporacyjnej bez szczególnych przywilejów; żyje nadzieją na
status współwłaścicielki. Słyszę, jak stuka obcasami, co współgra z urywanymi oddechami w słuchawce.
- Przepraszam, chyba mówiłaś, że wyjeżdżasz dziś do Niemiec. Możesz to
powtórzyć?
W dali daje się słyszeć trzask otwieranych i zamykanych szuflad, a sądząc po echach jej słów, jest akurat w łazience.
- Wyjeżdżam do Niemiec. Eee... odziedziczyłam tam jakąś nieruchomość.
Muszę wszystko pozałatwiać i się zastanowić, co począć z tym spadkiem.
Jestem pewna, że potrwa to tylko kilka dni.
Stukot obcasów cichnie, jej oddech zwalnia.
- Spotkaj się ze mną na korytarzu, Grace - mówi. - W tej chwili.
Spoglądam przelotem na swoje bawełniane szorty i podkoszulek byłego
chłopaka, który mam od piętnastu lat, potem dotykam głowy, upewniając
się, że mam na niej istne ptasie gniazdo, efekt nieprzespanej nocy.
Carla widywała mnie w gorszym stanie, zwłaszcza przed kilkoma laty, w pierwszych miesiącach po śmierci mamy.
Wlokę się do drzwi i wychodzę na korytarz, następnie czekam, aż pojawi
się Carla. Przygotowuje się do pracy. Jedna strona jej kasztanowych
włosów w odcieniu toffi jest gładka i ułożona w fale, druga mokra, ale
moja przyjaciółka zdążyła się już ubrać i umalować.
- Wiem, że to niespodziewane - odzywam się.
- Tak, od tego powinnyśmy zacząć - odpowiada, krzyżując ramiona na
piersi. To pierwszy sygnał kwestionujący moją poczytalność.
- Moja biologiczna babka odnalazła mnie jakimś cudem i zapisała mi pewną
nieruchomość. Dostałam świadectwo DNA, którego nie mogę zignorować.
Matka przez całe życie próbowała odszukać swoich rodziców. Muszę
ustalić, czy to prawda. A jeśli tak, to chcę poznać całą tę historię.
Carla zamyka na chwilę oczy, jakby ponownie analizowała każde moje
słowo, by zrozumieć to, co mówię.
- I to wszystko wydarzyło się wczoraj wieczorem?
Rozmawiałyśmy poprzedniego dnia podczas lunchu i sprawy przedstawiały
się normalnie, jak to w upiorny poniedziałek.
- Tak.
- I wyjeżdżasz dzisiaj?
- Tak.
- Kto przysłał ten list czy cokolwiek to jest?
- Kancelaria prawnicza w Niemczech.
- Może powinnaś do nich zadzwonić i dowiedzieć się coś więcej, zanim
polecisz do innego kraju, i to sama, bez znajomości niemieckiego. Założę
się, że nie wiesz nawet, jaka tam obowiązuje waluta.
Oczekiwałam każdego z tych pytań. Miałam mnóstwo czasu, żeby przemyśleć
wszystko, nie śpiąc przez większość nocy.
- Zadzwoniłam do tej kancelarii. U nich to już pierwsza po południu.
Powiedzieli, że wszystkie informacje, jakich mi mogą zgodnie z prawem
udzielić, znajdują się w kopercie, i że ktoś ich wynajął, by zajęli się
stroną formalną i nic ponadto. Miałam tłumacza w telefonie, załatwiłam
sobie wcześniej taką aplikację, wiem też, że w Niemczech obowiązuje
euro. Mogę na lotnisku wymienić na nie gotówkę.
Carla wydaje się zaskoczona zakresem rekonesansu, jakiego udało mi się
dokonać w tak krótkim czasie.
- Ale czy kogokolwiek tam znasz? To bezpieczny teren?
Wlepiam wzrok w podłogę, świeży różowy pedikiur na palcach moich stóp
połyskuje w świetle korytarza.
- Nie znam tam nikogo, ale to stare miasteczko otaczające obóz
koncentracyjny. Wiem, że to całkiem inna historia, ale przyciąga
turystów.
- O mój Boże, Grace! Ta nieruchomość znajduje się nieopodal obozu
koncentracyjnego?
Mówiąc to, Carla opuszcza rękę wzdłuż boku, najwyraźniej poruszona moimi
słowami.
- Tak. I chcę wiedzieć dlaczego - wyjaśniam.
- Jeśli poczekasz do weekendu, będę mogła pojechać z tobą. Sądzę, że nie
powinnaś załatwiać tego sama.
- Nie mogę czekać i choć doceniam, że oferujesz mi pomoc, i to bez
wahania, muszę zrobić to osobiście... dla swojej mamy.
Jej oczy ogromnieją, są pełne szoku i troski.
- Nie lubisz nawet robić w pojedynkę zakupów, nie mówiąc już o wyjeździe
do Niemiec. Nie rozumiem, o co tu chodzi.
Czuję, jak palą mnie policzki; dotykam ich, by uspokoić wiecznie
pobudzone nerwy.
- Serce mi podpowiada, że powinnam tam pojechać.
- A co z pracą. Co z awansem? - Próbuje każdego argumentu, ale ja już
wszystko sobie przemyślałam.
- O awansie nie ma mowy, poza tym muszę przede wszystkim zdecydować się
na jakąś zmianę.
Od tak dawna stawiałam swą karierę na pierwszym miejscu, że przestałam
się zastanawiać, czego jeszcze w życiu pragnę. Na mej drodze nie
pojawiło się nic, co kazałoby mi się zatrzymać i zastanowić nad
kierunkiem, w którym zmierzam, ale ta historia ze spadkiem to dla mnie
przełom.
Carla wzdycha ciężko i zdmuchuje sprzed oka niesforny kosmyk włosów.
- Musisz informować mnie na bieżąco. Chcę wiedzieć, że nic ci nie grozi
i wszystko jest okay, kiedy się tam znajdziesz. Wyjeżdżasz tylko na
kilka dni?
- Nie wiem, ile czasu mi to zajmie, ale przypuszczam, że nie więcej niż
tydzień. Dam ci znać, jak się dowiem czegoś więcej.
Carla patrzy mi w oczy.
- Nie podoba mi się to, Grace. Może powinnam bardziej nalegać, żebyś
zmieniła zdanie, ale widzę, że cię nie przekonam. Chciałabym, żebyś
pozwoliła mi ze sobą jechać, ale rozumiem. Będę odbierała twoją
korespondencję. Twój tata wie, że wyjeżdżasz?
Przechylam głowę.
- Myślisz, że się przejmuje?
- Tak tylko pytałam - mówi. - Kiedy odlatujesz?
- O jedenastej dziś rano.
- A kiedy wylądujesz w Niemczech? - pyta nieustępliwie.
- Będzie tu wtedy około szóstej, prześlę ci wiadomość z lotniska.
- Tak, proszę. I chcę wiedzieć, gdzie się zatrzymasz, jak wygląda miasto
i w ogóle wszystko.
- Okay.
Carla pokonuje kilka dzielących nas kroków i obejmuje mnie za szyję, jej
mokre włosy opadają mi na twarz.
- Nie chcę, by ci się coś stało. Proszę, uważaj na siebie.
- Obiecuję - zapewniam i też ją obejmuję, zastanawiając się przez
chwilę, czy nie byłoby dobrze zaczekać, aż będzie mogła ze mną polecieć,
ale serce mi podpowiada, żebym jechała od razu. Wręczam jej klucz do
skrzynki na listy. - Dzięki, że się tak o mnie troszczysz.
- Przyjaciółki to przyjaciółki - zawodzi śpiewnie, zaciskając palce na
kluczu, po czym zmierza w stronę otwartych drzwi swego mieszkania. - Nie
zapomnij mi przesłać esemesa. Bo cię wytropię, Grace Laurent.
- Wiem o tym - odpowiadam z cichym śmiechem.
*
Zanim przejdę przez kontrolę i cło, a potem spędzę godzinę na czekaniu
przy bramce lotów międzynarodowych, uświadamiam sobie, jak wiele mi się
udało załatwić, nim wybiła dwunasta w południe. Zaskakujące, że
szczęśliwie złapałam jakiś w miarę tani lot i bez większego trudu
zarezerwowałam pokój w hotelu. Nie opuszcza mnie wrażenie, że w niespełna dwanaście godzin przeżyłam trzy dni. Jedynym zmartwieniem,
które mi ciąży, jest brak wiadomości od Paula. Zadzwoniłam do niego,
zostawiłam mu wiadomość na poczcie głosowej, potem jeszcze przesłałam
mejl. Mogłam się co prawda spodziewać, że będzie zwlekał z odpowiedzią,
dobrze wiedząc, że to mnie zdenerwuje. Od chwili, gdy zjawiłam się na
lotnisku, otwierałam skrzynkę kilkanaście razy, sprawdzając, czy
zareagował na moją niespodziewaną nieobecność w pracy.
Jakby w porozumieniu ze stewardesą, która poleca wszystkim pasażerom
wyłączenie urządzeń elektronicznych, Paul przesyła mi mejl.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki