1.
Porcelanowa filiżanka w niezapominajki zadrżała na spodku. Drżała bowiem drobna dłoń, która odstawiała ją na miejsce. Ola obtarła łzę wzruszenia. Ostatnio rzadko się wzruszała podczas przeglądania mediów społecznościowych. Dziś było inaczej. Jej ulubiona autorka, Marzena Rogalska, tak pięknie mówiła o ojcu. O dzieciństwie. O plecaku, który spakowali jej rodzice. O poczuciu bezpieczeństwa, o świadomości własnej wartości, o miłości... Tak, Ola Szulc też została wyposażona w taki plecak. Choć czasem miała wrażenie, że jest niedomknięty, że mama i tata nie włożyli do niego wszystkiego, czuła go. Dzięki temu oddychała. Funkcjonowała. Żyła dalej. Mimo wszystko. Na przekór pustce, która bezgłośnie krzyczała w jej sercu. Zamknęła ekran laptopa i mimowolnie spojrzała na zdjęcie stojące na półce regału. Biała ramka wysadzana bursztynem okalała - a jakże - fotografię wykonaną nad morzem. Dwoje ludzi w mocnym uścisku uśmiechało się od ucha do ucha na tle Bałtyku. Tamtego dnia wiało - bezsprzecznie można było to stwierdzić na podstawie wysokości fal i rozwianych włosów kobiety. To był wiatr szczęścia. I miłości. Bezgranicznej miłości w przededniu trzydziestej rocznicy ślubu... Był moment, że Ola nie mogła patrzeć na to zdjęcie. Ostatnie zapisane w pamięci telefonu taty. Z czasem jednak coraz częściej je otwierała. Po kilku miesiącach wywołała. Teraz patrzyła na nie z miłością. I z tęsknotą - głęboką jak to morze... Z plecaka uczuć i emocji, który codziennie nosiła na plecach, wyjęła dziś również wdzięczność. Za to, co zostawili. Za to, co spakowali. Za to, co mogła z tego bagażu wyjmować. Z zamyślenia wyrwał ją charakterystyczny dźwięk dzwoneczka umieszczonego nad drzwiami. Ola aż podskoczyła na krześle. Przecież o tej porze nikt nie powinien tu zaglądać!
Księgarenka przy ulicy Miłosnej była przytulnym, kameralnym miejscem - świątynią przyjaciół książek. W niewielkim lokalu w kilkudziesięcioletniej kamienicy mieściło się kilka regałów, które zajmowały przestrzeń od sufitu do podłogi. Książki były na nich poustawiane według gatunków i autorów. Poza półkami w księgarence znajdowały się trzy okrągłe stoliki i krzesła. Każde z innej parafii. Klienci mogli spocząć na nich na chwilę, napić się kawy, herbaty lub gorącej czekolady i zanurzyć w lekturze. Często bywało tak, że płacili za napoje, ale nie kupowali książki. Ola nie nalegała. Wiedziała, że codziennie będą wracać, by chłonąć kolejne strony, poznawać następne rozdziały. Miejsce miało swoich stałych bywalców, jednak mężczyzny, który właśnie wszedł do środka mimo późnej pory, nie kojarzyła.
Szulc była na siebie zła. Gdy tylko wybiła osiemnasta, pobiegła do komputera, by włączyć wywiad z pisarką. Nie miała czasu na powrót do domu. Zresztą tutaj też czuła się jak w domu. A może nawet bardziej niż w prywatnych czterech ścianach...? Zaaferowana promocją nowej książki, zapomniała przekręcić kluczyk w zamku. Starszy pan, ubrany w zielony płaszcz i czarny kapelusz, bez trudu mógł się więc dostać do księgarenki.
- Dobry wieczór, młoda damo! - Chcąc okazać szacunek sprzedawczyni, mężczyzna uchylił kapelusza. Ola zauważyła siwe kosmyki.
- Dobry wieczór! - odpowiedziała i zamilkła na kilka sekund. Nie potrafiła powiedzieć klientowi, że jest zamknięte, że go nie obsłuży. Na pierwszy rzut oka był już po osiemdziesiątce - tyle lat mieliby jej dziadkowie, gdyby żyli. Jeden dziadek zmarł kilka lat przed jej przyjściem na świat, pozostałych przodków nie pamiętała zbyt dobrze - drugi dziadek umarł kilka miesięcy po jej narodzinach, a obie babcie musiała pożegnać przed dziesiątymi urodzinami. Mimo to, a może właśnie przez to, przez tę tęsknotę, lgnęła do starszych ludzi. Lubiła ich błysk w okalanym zmarszczkami oku, uśmiech, który zdawał się odpływać dziesiątki lat wstecz, szorstkie, a zarazem delikatne dłonie... To właśnie seniorzy byli jej ulubioną grupą klientów, zwłaszcza dwie przyjaciółki - Halina i Teresa. Z każdej rozmowy, z każdego spotkania, choćby krótkiego, chłonęła, ile potrafiła. Pod płaszczykiem recenzji przeczytanej książki, refleksji związanej z aktualną sytuacją społeczno-polityczną czy zwykłej rozmowy o pogodzie przekazywali młodej miłośniczce literatury życiowe drogowskazy i mądrości. Dzielili się swoimi wspomnieniami. Czasem wracali do czasu wojny, powstania... Przekazywali Oli swoją historię, wierząc, że po ich ostatniej wizycie w księgarence przy ulicy Miłosnej nie będzie ona zapomniana. Szulc była ciekawa starszego pana, "eleganta", jak go nazwała w myślach. Po przywitaniu się mężczyzna podszedł do regału, na którym znajdowała się literatura faktu - publikacje historyczne dotyczące II wojny światowej. Szybko jednak odwrócił wzrok i spojrzał na dziewczynę.
- Zdaję sobie sprawę, że już zamknięte, ale kiedy zobaczyłem otwarte drzwi, nie mogłem nie wejść. - Uśmiechnął się przepraszająco. - Miała pani dobry dzień?
- Tak - odparła Ola, zaskoczona pytaniem. Rzadko je słyszała.
- Widzisz mnie tu po raz pierwszy, młoda damo, ale obiecuję, że będę częstym gościem - zapewnił, splatając dłonie na dolnej części kręgosłupa.
- Mieszka pan w pobliżu? - Szulc kojarzyła sąsiadów z najbliższej okolicy, w większości byli jej stałymi klientami i gośćmi na popołudniowych herbatach. Tego mężczyznę widziała po raz pierwszy, była tego pewna.
- Bardzo, bardzo blisko. - Znów się uśmiechnął. - Wiesz... W życiu nie trzeba się bać zmian. Przychodzą zazwyczaj niespodziewanie. Burzą zastany porządek, przewracają go do góry nogami. Ale często niosą coś dobrego. Innego, ale dobrego. Dają początek czemuś nowemu. Wymuszają odwagę, na którą być może nie było miejsca. Popychają do przodu, ale nie na tyle, by spaść z urwiska. Zawsze znajdzie się gałąź, by się jej złapać. Pamiętaj o tym - poprosił i ponownie uchylił kapelusza. Zszokowana Ola nie zdążyła się pożegnać. Odprowadzała tajemniczego gościa wzrokiem, dopóki nie zniknął za zakrętem ulicy Miłosnej. O tym, że przed chwilą zajrzał do księgarenki, świadczył tylko dźwięk dzwoneczka nad drzwiami...
*
Ola nie miała pojęcia, że zmiany przyjdą szybko. Tak szybko. Dzień nie zaczął się dla niej dobrze - zamiast włączyć drzemkę, wyłączyła budzik. W rezultacie zaspała. Nie miała czasu na śniadanie, nie traciła go także na makijaż. Dziś w księgarni musiała być wcześniej - już kilka dni temu właściciel zapowiedział się punktualnie o ósmej. Szulc nie przeczuwała niczego złego. Adam Brzozowski miał przecież prawo odwiedzać swój sklep w dowolnej chwili. To on ją zatrudnił. Była na czwartym roku studiów, szukała wakacyjnej pracy. Mieszkała niedaleko, przechodząc obok witryny, zauważyła kartkę z ogłoszeniem. Weszła i... została. Trafiła na awaryjną sytuację. Księgarenka przy ulicy Miłosnej tamtego upalnego dnia pękała w szwach. Wycieczka ze Śląska - kilkunastu podopiecznych lokalnego domu seniora - zapragnęła właśnie tam wypić popołudniową herbatę, rozkoszując się widokiem książek. Adam nie nadążał z podawaniem napoju, ze zdejmowaniem woluminów z wyższych półek i z zagadywaniem gości. Ola spadła mu jak z nieba. Próbny dzień zaliczyła na szóstkę, już kolejnego dnia podpisali umowę. Miała być do końca września, by Szulc spokojnie wróciła na studia, ale Brzozowski, który odziedziczył interes po wuju, nie wyobrażał sobie tracić sumiennej pracownicy. Dostosował grafik pracy do rozkładu zajęć na ostatnim roku studiów, a po obronie pracy magisterskiej zaproponował zatrudnienie na czas nieokreślony. Powtarzał, że dobrego pracownika traktuje się dobrze. Mająca takie relacje z szefem Ola nie obawiała się jego wizyty. Jak się okazało, niesłusznie...
- Nie wierzę... - szepnęła, opadając na krzesło ustawione przy jednym ze stolików. Adam Brzozowski stał obok i nie patrzył na pracownicę. Nerwowo ściskał trzymany w dłoniach kaszkiet.
- Przepraszam, że ci nie powiedziałem. - Chrząknął. - Nie chciałem cię stresować.
- Panie Adamie... - Głos wyraźnie świadczył o tym, że Ola była bliska płaczu. - Nie chciał mnie pan stresować? Przecież... Przecież ja właśnie straciłam pracę. Gdyby powiedział mi pan wcześniej...
- Nie straciłaś! - zaprzeczył stanowczo. - To był jeden z warunków sprzedaży księgarenki. Nowa właścicielka przez rok nie ma prawa cię zwolnić. Pani Adamska na to przystała.
- Dlaczego? - zapytała, niemal szepcząc. Wiedziała, że to miejsce jest całym światem Brzozowskiego. Nic nie wskazywało na to, że może chcieć tak po prostu oddać je w inne ręce. Przecież było czymś więcej niż sklepem. To było rodzinne dziedzictwo. To było ważne miejsce na mapie miasteczka!
- Pieniądze. - Był szczery. Aż do bólu. Nie owijał w bawełnę. - To nie jest dochodowy biznes. Wiesz, jakie były obroty. - Westchnął, siadając obok Oli. - Lokal wymaga remontu, a mnie zwyczajnie na niego nie stać. Zasługujesz na podwyżkę, tego też nie mogę zapewnić...
- Przecież pan wie, że nie jestem tutaj...
- ... dla kariery, wiem. Ale musisz godnie żyć. Obiecałem twojemu ojcu, że będę dla ciebie dobry. Nie mogę dłużej dotrzymać słowa.
- Naprawdę woli pan sprzedać księgarenkę, niż mnie zwolnić? - Szulc otarła łzę, która mimowolnie spłynęła po jej policzku.
- W Polsce nic mnie nie trzyma, wnuki w Londynie rosną, zaraz Eliza wróci do pracy, chociaż tak jej pomogę, że zajmę się bliźniakami. - Adam objął drobną dłoń Aleksandry. - Nie potrafiłem ci tego powiedzieć wcześniej. Wiem, jak bardzo jesteś związana z tym miejscem. Przez rok nic ci nie grozi.
- A potem?
- Jestem pewny, że dogadacie się z panią Anielą. Będzie tu za godzinę, poznacie się.
Dziewczyna pokręciła głową.
- Ma pan jeszcze jakąś niespodziankę dla mnie?
- Właściwie to... tak. - Wyprostował się. - W przyszłym tygodniu rozpocznie się tutaj remont.
*
"W życiu nie trzeba się bać zmian. Przychodzą zazwyczaj niespodziewanie. Burzą zastany porządek, przewracają go do góry nogami. Ale często niosą dość dobrego. Innego, ale dobrego. Dają początek czemuś nowemu. Wymuszają odwagę, na którą być może nie było miejsca"... Oli wciąż dźwięczały w głowie słowa wczorajszego gościa. Elegant zajrzał do księgarenki w samą porę. Przekazał dziewczynie pewną mądrość w dniu, w którym to miejsce zostało sprzedane... Szulc nerwowo wyglądała przez okno. Bała się zmian, w jej sercu próżno było szukać odwagi. Musiała ją jednak wykrzesać. Nie chciała za kilka minut stanąć oko w oko z nową właścicielką, będąc kłębkiem nerwów. Pragnęła pokazać się z jak najlepszej strony, w końcu pierwsze wrażenie robi się tylko raz, szczególnie w wypadku pracodawcy. Owszem, umowa gwarantowała jej rok stabilizacji. A co potem? Miasteczko nie było metropolią, nie kusiło młodych perspektywą kariery. Utrata posady oznaczałaby dla Oli konieczność przeprowadzki. Dziewczyna nie była gotowa na to, by opuszczać ulicę Miłosną. Ani dziś, ani za rok.
- W porządku? - Adam stanął za plecami Oli i położył pulchną dłoń na drżącym ramieniu.
- Nie - odpowiedziała zgodnie z prawdą. Miała żal do właściciela, właściwie byłego właściciela księgarenki, że w tajemnicy przed nią przez kilka tygodni prowadził negocjacje, a wczoraj w obecności notariusza podpisał stosowne dokumenty. Rzeczywiście, musiała przyznać, że o nią zadbał. Widziała umowę, faktycznie znajdował się w niej zapis o ciągłości jej zatrudnienia przez najbliższy rok. Tylko co z tego? Co przyniesie ten rok? To pytanie niemal raniło duszę Oli. Kim właściwie jest ta Adamska? Czy będzie podzielała miłość do książek? Czy uszanuje to miejsce? Czy...
- Idą! - Brzozowski przygładził sztruksową marynarkę, kiedy zauważył postać wyłaniającą się zza zakrętu. Szarpnął za klamkę, a w księgarence rozległ się charakterystyczny dzwoneczek. Może po raz ostatni? Może nowa właścicielka każe go zdjąć...? Ola wzięła głęboki oddech. Pożałowała, że zaspała, że nie zatroszczyła się o strój i makijaż. Kobieta, która ściskała dłoń pana Adama, była niezwykle elegancka. Wysoka, szczupła, blond włosy zebrała w ciasny kok tuż nad karkiem. Miała na sobie granatowe spodnie sięgające kostek, łososiowe szpilki i wełniany płaszcz w takim samym odcieniu. Na nosie zaś dumnie prezentowały się okulary przeciwsłoneczne. Ola nie mogła dojrzeć koloru oczu kobiety. Do czasu. Wchodząc do księgarenki, nieznajoma zdjęła okulary, a dziewczyna dostrzegła duże, błękitne tęczówki.
- Olu, poznaj, proszę, Agnieszkę Adamską, synową nowej właścicielki. Pani Agnieszko, to Aleksandra Szulc, pracownica - dokonał prezentacji Brzozowski.
- Bardzo mi miło! - Agnieszka uśmiechnęła się, wyciągając wypielęgnowaną dłoń.
- Dzień dobry. - Ola niepewnie uścisnęła rękę.
- Teściowa nie czuje się dzisiaj najlepiej, więc ją zastępuję. Chciałam obejrzeć lokal przed remontem. - Uśmiech zgasł tak szybko, jak się pojawił. Agnieszka odwróciła się od Oli i zaczęła czujnie rozglądać się po kawiarence. Pracownica miała wrażenie, że w głowie kobiety tworzy się właśnie nowa aranżacja wnętrza. - Oczywiście na czas remontu będziesz miała płatny urlop - oznajmiła Adamska, nie odwracając się do Oli. - Myślę, że dwa tygodnie wystarczą na wszystko, a ty w tym czasie odpoczniesz.
- Dawno nie miałaś urlopu! - Adam próbował rozładować napiętą atmosferę. Dziewczyna przytaknęła, kiwając głową. Faktycznie, ostatni raz wzięła wolne po śmierci rodziców... - Czy mają już panie jakiś pomysł na nowy wystrój, kolor ścian? - zapytał Brzozowski.
- Mama nie chce zbyt wiele zmieniać. - Ola odetchnęła z ulgą, usłyszawszy deklarację Agnieszki. - Zależy nam na odświeżeniu kolorów. Może wymienimy regały? - Adamska pogładziła dłonią oparcie krzesła. - Meble zostawimy - powiedziała stanowczo. - Poddamy je renowacji. Znam kogoś, kto się tym zajmuje... Zmiany będą nieznaczne, proszę się nie obawiać. - Podeszła do regału z literaturą kryminalną. Wyjęła jeden z woluminów. Otworzyła, przerzuciła kilka kartek i... zanurzyła nos między stronami. Ola nie mogła powstrzymać uśmiechu. Ona też wąchała książki. Uwielbiała aromat nowych wydań oraz starych perełek, których nie brakowało na półkach w księgarni. Zapach papieru był jak najpiękniejsze, najbardziej luksusowe perfumy.
- Wie pani, ja już nie mam prawa się obawiać. - Adam westchnął. - Od wczoraj to miejsce należy do pani teściowej.
- Mama powiedziała, że zawsze będzie tu część pana i pańskiego wuja, a ja się z nią zgadzam. - Agnieszka odłożyła egzemplarz na miejsce i oddaliła się w kierunku części socjalnej. - Ciasno tutaj oceniła - patrząc na niewielkie biurko, przy którym wczorajszego wieczora Ola oglądała wywiad z pisarką.
- Dla jednej osoby w sam raz - odważyła się w końcu odezwać Szulc.
- Teraz nie będziesz tak często sama - oświadczyła Adamska, wycofując się do minikuchni. - Myślę, że mama będzie się aktywnie włączać w księgarenkowe życie, a i ja, i mój mąż chętnie zajrzymy. - Ola posłusznie pokiwała głową. Nie była przyzwyczajona do czyjegoś nadzoru. Brzozowski szybko wrzucił ją na głęboką wodę. - To pańscy bliscy? - zapytała Agnieszka, patrząc na fotografię oprawioną w ramkę wysadzaną bursztynem.
- To moi rodzice - powiedziała cicho Ola.
- Piękni ludzie - oceniła, uśmiechając się do dziewczyny. - I mają piękną córkę. - Szulc spuściła wzrok. Agnieszka natomiast ani na chwilę nie przestawała na nią patrzeć. - No dobrze! - Po chwili milczenia klasnęła w dłonie. - Pokaże mi pan te dokumenty, o których wspominał pan u notariusza? - zwróciła się do byłego już właściciela księgarenki. - Olu, jeżeli chcesz, to masz już wolne do końca dnia - zaoferowała pracownicy. - Przed nami nużąca biurokracja, nie chcę marnować twojego czasu. Jutro prosiłabym cię jeszcze o krótkie spotkanie, by ustalić szczegóły remontu, a potem zaczniesz urlop. Co ty na to?
*
Ola nie widziała innego wyjścia - zgodziła się i na spotkanie, i na urlop, i na opuszczenie księgarenki. Zamykając za sobą drzwi, czuła dziwny ucisk w sercu, a melodia dzwoneczków ani trochę nie wydawała się przyjazna.
Z jednej strony dziewczyna powinna się cieszyć - mimo zmiany właściciela nie straciła pracy. Przynajmniej na rok... Z drugiej - nie potrafiła określić uczuć, które nią targały. Smutek, żal do Brzozowskiego, że tyle tygodni ukrywał przed nią prawdę, strach przed relacją z nowymi właścicielami... Czuła też tęsknotę i ból, że nie może pójść do mamy, przytulić się do niej i słuchać, że na pewno wszystko będzie dobrze... Stała na ulicy Miłosnej i nie wiedziała, w którym kierunku iść. Do domu? Nie, nie chciała być teraz sama. Spojrzała na piekarnię znajdującą się naprzeciwko. Uwielbiała to miejsce. Często kupowała tam świeże pieczywo - chleb lub bułki z ziarnami, a także coś słodkiego. Ola przepadała za słodyczami, ale nie lubiła piec. Zresztą co to za frajda piec tylko dla siebie? Chętnie korzystała więc z asortymentu w "Miłosnych Wypiekach". Tak, przy tej ulicy wszystko było Miłosne... Nagle zmrużyła oczy. Zauważyła znajomą postać - piekarnię opuszczał tajemniczy elegant, który dzień wcześniej odwiedził dziewczynę w księgarence. Niewiele myśląc, pomachała mu. Liczyła, że mężczyzna się zatrzyma, ona przebiegnie przez jezdnię i zamienią kilka słów. Chciała... mu podziękować? Powiedzieć, że jego przypuszczenia okazały się w stu procentach trafne? Że faktycznie zapowiedział wielkie zmiany w jej życiu? Mężczyzna zdawał się jej jednak nie widzieć. Wolnym krokiem, z dłońmi splecionymi na plecach przemierzał ulicę Miłosną. Zniknął za zakrętem, zanim Ola zdążyła krzyknąć. Westchnęła z rezygnacją. Postanowiła wrócić do swojego mieszkania i wypić ulubioną herbatę. Przebiegła przez ulicę w niedozwolonym miejscu, korzystając z niewielkiego ruchu, i stanęła przed drzwiami piekarni i cukierni w jednym. Zamierzała umilić sobie dzień kawałkiem dobrego ciasta.
- Dzień dobry! - Weszła do środka i przywitała się z ekspedientką. Pani Basia pracowała tu od zawsze. Niska, przy kości, próbująca ujarzmić gęste czarne włosy pod czepkiem w kremówki. Nakrycie głowy było jej znakiem rozpoznawczym. Ola nieraz widziała przez okno księgarenki, jak pani Basia w pośpiechu opuszcza piekarnię i... wraca do domu w stroju służbowym. Nikt z okolicznych mieszkańców się nie śmiał. Z panią Basią trzeba było żyć w dobrych relacjach - świeży chleb, smaczne ciasto - to ona decydowała, który klient dostanie najsmaczniejsze kawałki pieczywa i słodkości. Asortyment wcale nie był oczywisty. Zamiast chlebów razowych, słonecznikowych czy z dodatkiem żurawiny sprzedawała "Bochen Stefana", "Piętkę z masłem", "Okruszynkę dla synka"... Ciekawe nazwy zwyczajnych produktów czyniły to miejsce wyjątkowym na mapie miasteczka.
- Witaj, Oleńko! - Ekspedientka uśmiechnęła się do Szulc. - Ty nie w pracy? - Spojrzała na okrągły zegar wiszący nad wejściem. Wskazywał kilkanaście minut po dziesiątej.
- Nie - odpowiedziała Ola, wpatrując się w półkę z ciastami. - Jest sernik? - zmieniła temat, ale bezskutecznie.
- Urlop masz?
- Tak. - Przecież nie skłamała!
- W czwartek?
- Tak wyszło...
- Ale przecież widziałam pana Adama. Jakaś klientka wchodziła i nie wychodziła... - Pani Basia była nie tylko wybitnym handlowcem, znawcą sztuki piekarniczej i cukierniczej, lecz także doskonałą obserwatorką okolicy. Chwilami aż zbyt doskonałą, dzięki czemu niektórym klientkom mogła serwować "przysmaki" w postaci najświeższych plotek.
- Trochę się pozmieniało...
- No, nie mów, że Brzozowski to sprzedał?! - Pani Basia aż wychyliła się przez ladę.
- Skąd pani wie?
- No, kiedyś był tu po bułki i mówił, że do córki chce pojechać, wnuki bawić... - Zmieszała się. Najwyraźniej dziewczyna jako ostatnia dowiedziała się o planach pracodawcy. Ekspedientka w duchu skarciła Adama, przecież Ola, jak mawiała do swoich koleżanek, to dobre dziecko i najwyraźniej nowa sytuacja ją przybiła. Nic dziwnego. - Ta blondyna to kupiła?
- Jej teściowa.
- Oby się nie okazała lafiryndą! - Pani Basia z nadzieją pokręciła głową. - Ja już niejedno widziałam, Oleńko. Ładna, elegancka, ale to właśnie takim często klasy brakuje. Myślą, że jak mają pieniądze, to mają wszystko. A pieniądze to przecież nic - urwała, widząc nietęgą minę dziewczyny. - To mówisz, że serniczka byś chciała? - Na szczęście "przesłuchanie" uznała za zakończone i przystąpiła do obsłużenia jednej z ulubionych klientek.
*
Ola po kilku minutach opuściła piekarnię. Z dwoma kawałkami sernika i reklamówką "Bułek od marynarza" postanowiła iść do domu. Nie zrobiła nawet kroku, gdy w jej torebce rozdzwoniła się komórka. Dziewczyna odebrała natychmiast, bez spoglądania na wyświetlacz. Myślała, że to Brzozowski lub nowa właścicielka - wymieniły się przecież numerami. Dzwonił jednak ktoś inny.
- Nienawidzę Zakopanego! - Usłyszała głos najlepszej przyjaciółki.
Zosia Wilczyńska była całkowitym przeciwieństwem Oli, nie tylko z wyglądu. Burza rudych loków, duże zielone oczy, piegi na nosie i policzkach - w szkole żartowano, że pewnie mieszka na Zielonym Wzgórzu, ale ona była dumna ze swojej urody. Wiele dziewcząt na jej miejscu miałoby kompleksy, ale nie Zośka. Ona miała duszę artystki, bujała w obłokach. Obracała się zresztą w świecie artystów. Po roku na filologii polskiej postanowiła rzucić studia i oddać się swojej pasji. Dziś fotografia była nie tylko jej hobby, lecz także źródłem dochodów, i to wysokich. Zosia robiła zdjęcia modelkom i artystom, bywała na planach filmowych. Jej nazwisko wiele mówiło w branży, co odzwierciedlały liczne zlecenia w Polsce i poza granicami kraju. Ostatnie kilka dni spędziła w stolicy Tatr i tłumacząc się nawałem pracy, rzadko odzywała się do przyjaciółki. Wymieniły zaledwie kilka SMS-ów i rozmawiały raz, próbując przekrzyczeć szum Krupówek.
- Mogę wpaść do księgarenki? Duży masz ruch czy możemy pogadać? Muszę to z siebie wyrzucić! - Tak, to je różniło. Ola wszystko chowała w sobie, skromna, skryta szara myszka, która nie lubiła wychylać się zza miotły, a właściwie zza księgarenkowej lady. Zosia natomiast była jak wulkan - zarówno w okazywaniu emocji, jak i w zwierzaniu się z targających nią uczuć.
- Mam dzisiaj urlop. - Szulc uznała, że w zmiany wprowadzi przyjaciółkę już na żywo. - Przyjedź do mieszkania, mam sernik!
- Ten "Prosto z Wiednia"?
- Właśnie ten!
- Będę za piętnaście minut!
*
Ola weszła do mieszkania dosłownie pięć minut później. Po śmierci rodziców nie sprzedała przestrzeni, w której się wychowała. Nadal zajmowała dwa pokoje z kuchnią i łazienką dwie kamienice od księgarenki. Pomieszczenia, jak to w kamienicznym budownictwie, były wysokie. Okna również zajmowały sporo miejsca, więc wnętrza były idealnie oświetlone, a wiosną i latem nasłonecznione. Prosto z niewielkiego przedpokoju, w którym mieściły się zaledwie szafka na buty połączona z lustrem i siedziskiem oraz wieszak, przechodziło się do salonu z kuchnią. Kiedyś były to dwa osobne pomieszczenia, jednak na życzenie mamy tata rozbił ścianę, dzięki czemu uzyskali dużą powierzchnię. Meble kuchenne z drewnianymi blatami i białymi frontami kryły w sobie naczynia i niezbędne urządzenia. Szafki wiszące i stojące rozdzielała kolorowa mozaika płytek - każda z innej parafii, ale każda z duszą. Część salonową od kuchni oddzielała wyspa, przy której stały dwa wysokie krzesła. Stół - stary, drewniany, okrągły - mieścił się pod oknem w rogu pokoju. Był przykryty śnieżnobiałym bieżnikiem, a na jego środku znajdował się wazon ze świeżymi kwiatami. Ola nauczyła się tego od mamy - w domu, na stole, zawsze powinny być kwiaty. Teraz ze względu na porę roku Szulc wybrała tulipany. Na przełomie kwietnia i maja mogła wybierać w ich kolorach u zaprzyjaźnionej kwiaciarki, pani Eli. Była to postać nie mniej barwna niż właścicielka sklepu z pieczywem. Prowadziła niewielką kwiaciarnię w pobliżu rynku. Z daleka klient widział nieduży blaszak z nieco obdartymi ścianami, które nosiły na sobie ślady upływającego czasu - zim, deszczy, słońca. Po przekroczeniu progu wchodził w sam środek tajemniczego ogrodu. Zamykał za sobą drzwi szarej rzeczywistości, zanurzając się w kolorach i zapachach mniej lub bardziej egzotycznych roślin. Pani Ela sama była kolorowa i egzotyczna. Bluzki w intensywnych barwach, dzwony lub spodnie typu alladynki były jej znakami rozpoznawczymi. Nigdy nie rozstawała się z bransoletkami i wisiorkami. Całości stylizacji zawsze dopełniała opaska z roślinnym motywem. Prawdziwa kobieta kwiat.
*
Ola postawiła zakupy na kuchennym blacie. Obmyła ręce w zlewie i wyciągnęła produkty z torby. Następnie nastawiła wodę na herbatę. Choć ją i Zosię wiele różniło, wiele je też łączyło, między innymi zamiłowanie do earl grey, białego naparu czy innych smakowitości zalewanych wodą o temperaturze od osiemdziesięciu do stu stopni w zależności od typu. Jedna z wiszących szafek była właśnie "herbaciarnią" - kolorowe, odpowiednio podpisane słoiczki i puszki oraz tekturowe pudełka z trudem mieściły się na dwóch półkach.
Do przybycia gościa pozostało jeszcze kilka minut, dlatego Ola postanowiła pomalować rzęsy tuszem i pociągnąć usta pomadką. Zosia - nawet jeśli planowała zajrzeć do Szulc prosto z trasy - na pewno wyglądała elegancko, a wszelkie niedoskonałości zakryła starannym makijażem i nie omieszkałaby skomentować braku choćby minimalnego kontaktu cery przyjaciółki z kosmetykami. Ola weszła więc do niewielkiej łazienki i zapaliła światło przy lustrze. Sięgnęła po ulubione drogeryjne produkty i po chwili była gotowa do pełnienia honorów pani domu.
*
Zosia pojawiła się dosłownie pięć minut później. Wpadła do mieszkania jak zawsze - jak burza - bez pukania, bez naciskania dzwonka. W biegu zrzuciła dżinsową kurtkę i zsunęła botki na kilkucentymetrowym obcasie. Od lat wyznawała zasadę, że płaskie buty to... nie buty. Opadła na jedno z krzeseł przy stole i od razu zwróciła uwagę na nakrycie. Czekały na nią porcja sernika i ulubiona filiżanka w drobne róże z pozłacanym brzeżkiem. W środku parzyła się herbata z dodatkiem bławatka.
- Nienawidzę Zakopanego! - Zosia powtórzyła opinię wyrażoną w krótkiej rozmowie telefonicznej, co upewniło Olę, że tym razem wyjazd służbowy przyjaciółki nie do końca się udał. Szulc nie zadawała jednak pytań. Wiedziała, że Zośka, być może nieco chaotycznie, opowie jej wszystko z najdrobniejszymi szczegółami. - I prawników! - dodała, biorąc do ust pierwszy kawałek ciasta. - Mówię ci, Olka, co za ludzie! Szczególnie jeden. Piotrek. - Przewróciła zielonymi oczami. - Dupek, po prostu dupek! Myśli, że jak ma drogi garniak, zegarek za tysiące i auto droższe od mojego mieszkania, to może wszystko. Otóż nie może i go uświadomiłam. I wiesz, co on zrobił? - W ustach Zosi lądowały kolejne porcje wypieku. - Powiedział, że jestem dla niego wyzwaniem. Wyzwanie to może być na Instagramie, ale kobieta nie może być jego przedmiotem! Nie chciałam iść z nim na kawę, na drinka, na mleko. Nie chcę mieć z nim nic wspólnego. A on swoje, że kręci go moja stanowczość i zrobi wszystko, żeby mnie zmiękczyć. Powtarzał, że jestem jego wilczycą... Obrzydliwy typ. Mówię ci, Olka, wiesz, gdzie im się poprzewracało? I pod krawatami też! Mam nadzieję, że więcej tej ekipy nie spotkam!
- A co to był w ogóle za projekt? - Ola wykorzystała moment, gdy Zosia pochłonęła sernik i sięgnęła po filiżankę.
- Sesja zdjęciowa dla pracowników kancelarii adwokackiej z miasteczka. Nie pytaj, po co im potrzebne te zdjęcia, też nie wiem. Mówili coś o jakiejś fundacji. - Machnęła ręką. - Było ich kilku. Dwóch, rodzeni bracia jak wywnioskowałam, bardzo sympatycznych. Widać, że mają poukładane w głowie. Z trzecim ze składu to nawet bym się mogła umówić. Ale pozostali dwaj to dramat! Współczuję ich szefom, babom, klientom i sprzedawczyniom z warzywniaka! - Skrzyżowała ręce. - A co ty tu w ogóle robisz?
- U siebie w domu? - Ola próbowała schować niepewność za uśmiechem.
- W ogóle w domu. - Zosia przewróciła oczami. - I nie wyjeżdżaj mi z tekstem, że pijesz ze mną herbatę, bo to widzę.
- W księgarence zaszły pewne zmiany...
- Brzozowski cię wylał?!
- Ciszej! Nie... On po prostu... sprzedał księgarenkę. - Ola dłubała widelczykiem w swoim kawałku sernika. Nie tknęła ciasta od początku rozmowy.
- Co on zrobił? - Zosia zaakcentowała każde słowo. - Dlaczego mi nie powiedziałaś, nie zadzwoniłaś, nie napisałaś, nie nadałaś depeszy? Przecież nie byłam na końcu świata!
- Sama dowiedziałam się o tym dziś rano.
- Straciłaś pracę?!
- Spokojnie, w umowie sprzedaży jest zapis, że nowa właścicielka przez rok nie może mnie zwolnić. Teraz dała mi urlop. - Wzruszyła ramionami. - Siedzą z panem Adamem nad dokumentami, jutro mamy się na chwilę spotkać, a od poniedziałku w księgarence rusza remont.
- Mam nadzieję, że to nie jest żadna lafirynda? - Wilczyńska zmrużyła oczy.
- Pani Basia mówi to samo. - Ola się zaśmiała. - Poznałam jedynie synową właścicielki. Wygląda na bizneswoman, ale jest sympatyczna. Z panią Anielą spotkam się jutro.
- I co ty o tym wszystkim sądzisz? Chyba to jeszcze do ciebie nie dotarło, co?
- No nie - przyznała szczerze. - Szkoda mi pana Adama, naprawdę go lubię...
- Pamiętam, jak ci pomógł...
- No właśnie. Z jednej strony będę za nim tęsknić. Z drugiej strony mam do niego żal, że przez tyle tygodni nic mi nie powiedział. Rozmowy z panią Anielą trwały od lutego, a przecież maj na horyzoncie... - oznajmiła ze smutkiem. - Z trzeciej zaś jestem wdzięczna, że o mnie zadbał, że w umowie jest zapis...
- Boisz się relacji z nową szefową, co? - Zosia bez trudu rozszyfrowała, co martwi Olę.
- Będę wypełniać swoje obowiązki jak zawsze. Będę sumienna, uczciwa, uśmiechnięta. Będę traktować gości księgarenki jak własnych. Boję się jednak, że mimo to nie przypadnę pani Anieli do gustu, że będzie mieć pretensje, że znajdzie na moje miejsce kogoś lepszego...
- Na twoje miejsce nie ma nikogo lepszego! - Zosia położyła na drobnej dłoni przyjaciółki swoją dłoń, chcąc dodać Oli otuchy. - Pamiętaj, że nie jesteś w tym sama, masz mnie i możesz do mnie zadzwonić o każdej porze dnia i nocy, tak? Razem znajdziemy wyjście z każdej sytuacji. W najgorszym wypadku napadniemy potencjalną lafiryndę w jakimś ciemnym zaułku i przyłożymy jej kilogramową encyklopedią.
- Dziękuję. - Ola odwzajemniła uścisk i się uśmiechnęła. Świadomość, że ma wsparcie, była bezcenna i obecnie niezwykle budująca.
- No, a teraz rozchmurz się i jedz, bo inaczej ja porwę ten serniczek!