Księga życia. Księga Wszystkich Dusz. Tom 3 - Deborah Harkness

Kup ebooka

70.00 zł
59.50 zł (55,95 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Muchy nie mają dużo masy. Skła­dają się głów­nie ze wspo­mnień i serca. Na jed­nej z okrą­głych wież Sept-Tours Emily Mather przy­ci­snęła prze­zro­czy­stą rękę do piersi, którą nawet teraz dła­wił lęk.

Czy kie­dyś będzie łatwiej? Jej głos był pra­wie nie­sły­szalny. Patrze­nie? Cze­ka­nie? Wie­dza?

Nie zauwa­ży­łem, odparł krótko Phi­lippe de Cler­mont. Stał nie­da­leko i wpa­try­wał się w swoje rów­nie prze­świe­ca­jące palce. Ze wszyst­kich rze­czy w byciu mar­twym, któ­rych nie lubił -?tego, że nie może dotknąć żony Ysa­beau, że nie czuje jej zapa­chu ani smaku, że nie ma mię­śni, żeby sto­czyć poje­dy­nek -?na szczy­cie listy znaj­do­wała się nie­wi­dzial­ność. Ona wciąż mu przy­po­mi­nała, jaki się stał nie­ważny.

Emily wydłu­żyła się mina, a Phi­lippe prze­klął się w myślach. Odkąd cza­row­nica umarła, była jego stałą towa­rzyszką, dzie­liła jego samot­ność. Co sobie myślał, żeby war­czeć na nią jak na słu­żącą?

Może będzie łatwiej, kiedy już prze­staną nas potrze­bo­wać, ode­zwał się Phi­lippe łagod­niej­szym tonem. Może i był bar­dziej doświad­czo­nym duchem, ale to Emily rozu­miała meta­fi­zykę ich sytu­acji. To, co mu powie­działa, zupeł­nie nie zga­dzało się z tym, co on sam myślał o zaświa­tach. Sądził, że żywi widzą zmar­łych, bo cze­goś od nich potrze­bują: pomocy, wyba­cze­nia, odpłaty. Emily twier­dziła, że to tylko ludz­kie mity i że mar­twi mogą się uka­zać żywym wyłącz­nie wtedy, kiedy ci odpusz­czą i pójdą dalej.

Dzięki tej infor­ma­cji łatwiej było mu zno­sić to, że Ysa­beau go nie widzi. Ale nie­wiele łatwiej.

-?Nie mogę się docze­kać, żeby zoba­czyć reak­cję Em. -?Cie­pły alt Diany popły­nął w stronę blan­ków. -?Będzie taka zasko­czona.

Diana i Mat­thew, powie­dzieli jed­no­cze­śnie Emily i Phi­lippe, zer­ka­jąc w dół na bru­ko­wany dzie­dzi­niec ota­cza­jący château.

Tam. Phi­lippe wska­zał na pod­jazd. Nawet mar­twy zacho­wał wzrok wam­pira, ostrzej­szy niż ludzki. Z sze­ro­kimi ramio­nami i sza­tań­skim uśmie­chem na­dal był aż nazbyt przy­stoj­nym męż­czy­zną. Spoj­rzał z tym wła­śnie uśmie­chem na Emily, a ona nie mogła się powstrzy­mać; musiała go odwza­jem­nić. Są piękną parą, prawda? Spójrz, jak zmie­nił się mój syn.

Wam­piry nie powinny się zmie­niać wraz z mija­ją­cym cza­sem, dla­tego Emily spo­dzie­wała się, że zoba­czy te same ciemne włosy, czarne z gra­na­to­wym poły­skiem; te same zmienne szaro-zie­lone oczy, chłodne jak zimowe morze; tą samą bladą skórę i duże usta. Ale podob­nie jak Phi­lippe ona też zauwa­żyła kilka sub­tel­nych róż­nic. Włosy Mat­thew były krót­sze, a z brodą wyglą­dał jesz­cze groź­niej niż zwy­kle, jak pirat. Emily wydała stłu­miony okrzyk zasko­cze­nia.

Czy Mat­thew jest... więk­szy?

Tak. Pod­tu­czy­łem go, kiedy on i Diana byli tutaj w tysiąc pięć­set dzie­więć­dzie­sią­tym. Przez książki robi się miękki. Musi wię­cej wal­czyć, a mniej czy­tać. Phi­lippe zawsze uwa­żał, że ist­nieje coś takiego jak nad­miar edu­ka­cji. Mat­thew był na to żywym dowo­dem.

Diana też wygląda ina­czej. Bar­dziej jak jej matka z tymi dłu­gimi mie­dzia­nymi wło­sami, stwier­dziła Em, odno­to­wu­jąc naj­bar­dziej widoczną zmianę u swo­jej sio­strze­nicy.

Diana potknęła się na bruku, a Mat­thew natych­miast wycią­gnął rękę, żeby ją przy­trzy­mać. Kie­dyś Em uwa­żała jego nado­pie­kuń­czość za prze­jaw zabor­czo­ści cha­rak­te­ry­stycz­nej dla wam­pi­rów. Teraz, z nowej per­spek­tywy, zro­zu­miała, że on po pro­stu dzięki nad­na­tu­ral­nej spo­strze­gaw­czo­ści widział naj­drob­niej­szą zmianę wyrazu twa­rzy i nastroju Diany, każdą oznakę zmę­cze­nia czy głodu. Jed­nakże dzi­siaj jego tro­ska wyda­wała się zwie­lo­krot­niona.

Zmie­niły się nie tylko jej włosy. Na twa­rzy Phi­lippe'a odma­lo­wało się zdu­mie­nie. Diana nosi dziecko... dziecko Mat­thew.

Emily uważ­niej przyj­rzała się sio­strze­nicy, korzy­sta­jąc z więk­szej wni­kli­wo­ści, którą dała jej śmierć. Phi­lippe miał rację, czę­ściowo. Chcia­łeś powie­dzieć: "dzieci". Diana będzie miała bliź­nięta.

Bliź­nięta, powtó­rzył z zachwy­tem Phi­lippe. Jego wzrok przy­cią­gnęła żona. Spójrz, tam są Ysa­beau, Sara, Sophie i Mar­ga­ret.

Co się teraz sta­nie, Phi­lip­pie? Serce Emily ści­skał coraz więk­szy lęk.

Końce. Początki. Phi­lippe celowo mówił nie­ja­sno. Zmiana.

Diana ni­gdy nie lubiła zmian, stwier­dziła Emily.

To dla­tego, że boi się tego, czym musi się stać, odparł Phi­lippe.

***

Mar­cus Whit­more widział wiele okrop­no­ści od tam­tej nocy w roku 1781, kiedy Mathew de Cler­mont uczy­nił go wam­pi­rem. Ale żadna nie przy­go­to­wała go na dzi­siej­szą próbę: poin­for­mo­wa­nie Diany Bishop, że jej uko­chana cio­cia Emily Mather nie żyje.

Mar­cus ode­brał tele­fon od Ysa­beau, kiedy razem z Natha­nie­lem Wil­so­nem oglą­dali w rodzin­nej biblio­tece wia­do­mo­ści tele­wi­zyjne. Żona Natha­niela Sophie i ich córka Mar­ga­ret drze­mały na kana­pie.

-?Świą­ty­nia -?rzu­ciła naglą­cym tonem Ysa­beau. -?Przyjdź. Natych­miast.

Mar­cus bez pyta­nia posłu­chał babki. W dro­dze do drzwi zatrzy­mał się tylko po to, żeby zawo­łać swo­jego kuzyna Gal­low­glassa i ciotkę Verin.

W let­nim przed­wie­czor­nym świe­tle dotarł do polany na szczy­cie wzgó­rza, roz­ja­śnio­nej przez nad­przy­ro­dzony blask, który prze­są­czał się mię­dzy drze­wami. Od wiszą­cej w powie­trzu magii Mar­cu­sowi zje­żyły się włosy.

Potem wyczuł obec­ność wam­pira Ger­berta z Auril­lac. I jesz­cze kogoś. Cza­row­nicy.

Lek­kie, zde­cy­do­wane kroki roz­brzmiały na kory­ta­rzu, prze­no­sząc Mar­cusa z powro­tem do teraź­niej­szo­ści. Cięż­kie drzwi otwo­rzyły się ze skrzy­pie­niem.

-?Cześć, kocha­nie.

Mar­cus odwró­cił wzrok od kra­jo­brazu Ower­nii i wziął głę­boki wdech. Zapach Pho­ebe Tay­lor przy­po­mi­nał mu gęstwinę bzów, które rosły przed czer­wo­nymi drzwiami jego rodzin­nej farmy. Deli­katny, ale zde­cy­do­wany aro­mat zapo­wia­dał wio­snę po dłu­giej zimie Mas­sa­chu­setts i zawsze przy­wo­ły­wał obraz jego od dawna nie­ży­ją­cej matki i jej wyro­zu­mia­łego uśmie­chu. Teraz koja­rzył mu się jedy­nie ze sto­jącą przed nim drobną kobietą o żela­znej woli.

-?Wszystko będzie dobrze. -?Pho­ebe popra­wiła mu koł­nie­rzyk. Jej oliw­kowe oczy były pełne tro­ski.

Prze­rzu­cił się na bar­dziej ofi­cjalne ubra­nia niż T-shirty mniej wię­cej w tym cza­sie, kiedy zaczął pod­pi­sy­wać listy imie­niem i nazwi­skiem Mar­cus de Cler­mont zamiast Mar­cus Whit­more, pod któ­rym to nazwi­skiem znała go Pho­ebe, zanim opo­wie­dział jej o wam­pi­rach, ojcach liczą­cych sobie tysiąc pięć­set lat, fran­cu­skim zamku peł­nym groź­nych krew­nych i o cza­row­nicy Dia­nie Bishop. Według Mar­cusa z cudem gra­ni­czyło to, że dziew­czyna z nim została.

-?Nie będzie. -?Mar­cus poca­ło­wał ją w dłoń. Pho­ebe jesz­cze nie poznała Mat­thew. -?Zostań tu z Natha­nie­lem i resztą. Pro­szę.

-?Mówię ci po raz ostatni, Mar­cu­sie Whit­more, że będę stała u two­jego boku, kiedy będziesz witał swo­jego ojca i jego żonę. Nie wie­rzę, że na­dal musimy o tym dys­ku­to­wać. -?Pho­ebe wycią­gnęła do niego rękę. - Idziemy?

Mar­cus ujął jej dłoń, ale zamiast ruszyć do drzwi, tak jak narze­czona się spo­dzie­wała, przy­cią­gnął ją do sie­bie. Pho­ebe popa­trzyła na niego zasko­czona, z jedną ręką w jego dłoni, drugą przy­ci­śniętą do jego serca.

-?Dobrze. Ale jeśli ze mną pój­dziesz, musisz speł­nić pewne warunki. Po pierw­sze, przez cały czas będziesz ze mną albo z Ysa­beau.

Pho­ebe otwo­rzyła usta, żeby zapro­te­sto­wać, ale uci­szyło ją poważne spoj­rze­nie Mar­cusa.

-?Po dru­gie, jeśli każę ci wyjść z pokoju, zro­bisz to. Bez zwłoki. Bez pytań. Idź pro­sto do Fer­nanda. On będzie w kaplicy albo w kuchni. - Mar­cus przyj­rzał się jej twa­rzy i zoba­czył na niej nie­pew­ność, ale też akcep­ta­cję. -?Po trze­cie, pod żad­nym pozo­rem nie znaj­dziesz się w zasięgu ręki mojego ojca. Zgoda?

Pho­ebe poki­wała głową. Jako dobra dyplo­matka była gotowa prze­strze­gać jego zasad... na razie. Jed­nakże jeśli ojciec Mar­cusa okaże się takim potwo­rem, za jakiego uwa­żano go w tym domu, ona zrobi to, co musi.

***

Fer­nando Gonçalves wylał ubite jajka na gorącą patel­nię, pokry­wa­jąc nimi sma­żone ziem­niaki. Jego tor­tilla espa­ńola była jedną z nie­wielu potraw, którą jadała Sarah Bishop, a aku­rat dzi­siaj wdowa potrze­bo­wała sił.

Gal­low­glass sie­dział przy kuchen­nym stole i wydłu­by­wał kro­ple wosku z pęk­nięć w sta­rych deskach. Z blond wło­sami się­ga­ją­cymi do koł­nie­rza i musku­larną budową wyglą­dał jak ponury niedź­wiedź. Jego przed­ra­miona i bicepsy pokry­wały kolo­rowe zawi­jasy tatu­aży. Ich tema­tyka sta­no­wiła odbi­cie tego, co Gal­low­glass myślał w momen­cie ich robie­nia, ponie­waż na wam­pi­rze tatu­aże utrzy­my­wały się przez zale­d­wie kilka mie­sięcy. Teraz wiel­ko­lud naj­wy­raź­niej myślał o swo­ich korze­niach, bo jego ręce były pokryte cel­tyc­kimi węzłami, runami i baśnio­wymi stwo­rze­niami z nor­we­skich i gaelic­kich mitów i legend.

-?Prze­stań się mar­twić. -?Głos Fer­nanda był cie­pły i doj­rzały jak sherry sta­rzone w dębo­wych becz­kach.

Gal­low­glass pod­niósł na chwilę wzrok i wró­cił do swo­jego zaję­cia.

-?Nikt nie prze­szko­dzi Mat­thew w tym, co on musi zro­bić. Pomsz­cze­nie śmierci Emily to sprawa honoru.

Fer­nando wyłą­czył kuchenkę i pod­szedł do stołu, sunąc bez­sze­lest­nie bosymi sto­pami po kamien­nej pod­ło­dze. Idąc, odwi­nął rękawy bia­łej koszuli, nie­ska­zi­tel­nie czy­stej mimo godzin spę­dzo­nych tego dnia w kuchni. Wepchnął koszulę za pasek dżin­sów i prze­cze­sał pal­cami ciemne falu­jące włosy.

-?Mar­cus spró­buje wziąć na sie­bie winę, prze­cież wiesz -?stwier­dził Gal­low­glass. -?Ale śmierć Emily to nie wina chło­paka.

Scena, którą ujrzał na górze, była dziw­nie spo­kojna, zwa­żyw­szy na oko­licz­no­ści. Gal­low­glass przy­był do świą­tyni chwilę po Mar­cu­sie. Zastał tam tylko ciszę i Emily Mather klę­czącą w kręgu wyty­czo­nym przez jasne kamie­nie. Za nią stał cza­row­nik Peter Knox z rękami na jej gło­wie i wyra­zem ocze­ki­wa­nia -?nawet głodu -?na twa­rzy. Ger­bert z Auril­lac, wam­pir i naj­bliż­szy sąsiad de Cler­mon­tów, przy­glą­dał się im z zain­te­re­so­wa­niem.

-?Emily! -?Udrę­czony krzyk Sarah prze­szył powie­trze z taką siłą, że nawet Ger­bert cof­nął się o krok.

Zasko­czony cza­row­nik puścił Emily Mather, a ona osu­nęła się na zie­mię nie­przy­tomna. Sarah zaata­ko­wała Knoksa tak potęż­nym zaklę­ciem, że ten prze­le­ciał przez całą polanę.

-?Nie, Mar­cus jej nie zabił -?powie­dział Fer­nando. -?Ale jego zanie­dba­nie...

-?Brak doświad­cze­nia -?prze­rwał mu Gal­low­glass.

-?Zanie­dba­nie -?powtó­rzył Gonçalves -?ode­grało rolę w tej tra­ge­dii. Mar­cus o tym wie i bie­rze na sie­bie odpo­wie­dzial­ność.

-?Mar­cus nie pro­sił o przy­wódz­two -?zagrzmiał Gal­low­glass.

-?Nie. Ja wyzna­czy­łem go na to sta­no­wi­sko, a Mat­thew zgo­dził się, że to słuszna decy­zja. -?Fer­nando krótko uści­snął ramię olbrzyma i wró­cił do kuchenki.

-?To dla­tego przy­je­cha­łeś? Bo czu­łeś się winny, że odmó­wi­łeś kie­ro­wa­nia zako­nem, kiedy Mat­thew popro­sił cię o pomoc?

Nikt bar­dziej od Gal­low­glassa nie był zasko­czony, kiedy Fer­nando zja­wił się w Sept-Tours. Gonçalves uni­kał tego miej­sca, odkąd ojciec Gal­low­glassa Hugh de Cler­mont umarł w czter­na­stym wieku.

-?Jestem tutaj, bo Mat­thew był przy mnie, kiedy fran­cu­ski król kazał stra­cić Hugh. -?Zosta­łem wtedy sam na całym świe­cie, nie licząc mojej żałoby. -?Głos Fer­nanda był szorstki. -?A odmó­wi­łem dowo­dze­nia Ryce­rzami Świę­tego Łaza­rza, bo nie jestem de Cler­mon­tem.

-?Byłeś part­ne­rem mojego ojca! -?zapro­te­sto­wał Gal­low­glass. -?Jesteś tak samo de Cler­mon­tem jak Ysa­beau albo jej dzieci!

Fer­nando sta­ran­nie zamknął drzwi pie­kar­nika.

-?Jestem part­ne­rem Hugh -?oświad­czył na­dal odwró­cony ple­cami do stołu. - Twój ojciec ni­gdy nie będzie dla mnie prze­szło­ścią.

-?Prze­pra­szam -?powie­dział ze smut­kiem Gal­low­glass. Choć Hugh nie żył od pra­wie sied­miu wie­ków, Fer­nando ni­gdy nie prze­bo­lał straty. A on wąt­pił, czy to kie­dy­kol­wiek się sta­nie.

-?A jeśli cho­dzi o to, czy jestem de Cler­mon­tem -?cią­gnął Fer­nando, wpa­tru­jąc się w ścianę nad kuchenką -?Phi­lippe się na to nie zga­dzał.

Gal­low­glass znowu zaczął ner­wowo wysku­by­wać wosk ze szpar. Fer­nando nalał dwa kie­liszki czer­wo­nego wina i zaniósł je do stołu.

-?Pro­szę. -?Wrę­czył jeden pasier­bowi. -?Ty też będziesz dzi­siaj potrze­bo­wał sił.

W tym momen­cie do kuchni wpa­dła Mar­the. Gospo­dyni Ysa­beau rzą­dziła tą czę­ścią château i nie była zado­wo­lona, że widzi w niej intru­zów. Posław­szy Fer­nan­dowi i Gal­lo­glas­sowi kwa­śne spoj­rze­nie, pocią­gnęła nosem i otwo­rzyła pie­kar­nik.

-?To moja naj­lep­sza bryt­fanna! -?rzu­ciła oskar­ży­ciel­skim tonem.

-?Wiem -?powie­dział Fer­nando i napił się wina. -?Dla­tego jej uży­wam.

-?Pań­skie miej­sce nie jest w kuchni, dom Fer­nando. Pro­szę iść na górę i zabrać ze sobą Gal­low­glassa.

Mar­the się­gnęła do półki nad zle­wem po paczkę her­baty. I wtedy zoba­czyła imbryk owi­nięty w ścierkę, sto­jący na tacy obok fili­ża­nek, spodków, mleka i cukru. Mars na jej twa­rzy się pogłę­bił.

-?Co jest nie w porządku w mojej obec­no­ści tutaj? -?zapy­tał Fer­nando.

-?Nie jest pan słu­żą­cym -?odparła Mar­the. Zdjęła pokrywkę z imbryka i podejrz­li­wie pową­chała zawar­tość.

-?Ulu­biona Diany. Mówi­łaś mi, co ona lubi, pamię­tasz? -?Fer­nando uśmiech­nął się ze smut­kiem. -?I wszy­scy w tym domu służą de Cler­mon­tom, Mar­the. Jedyna róż­nica polega na tym, że ty, Alain i Vic­to­ire dosta­je­cie za to sowitą zapłatę. Reszta z nas ma być wdzięczna za ten przy­wi­lej.

-?I nie bez powodu. Inni man­ja­sang marzą o tym, żeby być czę­ścią tej rodziny. Pro­szę pamię­tać o tym na przy­szłość, dom Fer­nando. -?Mar­the poło­żyła nacisk na jego wiel­ko­pań­ski tytuł. Wzięła tacę. -?I o cytry­nie. A przy oka­zji, jajka się palą.

Gonçalves sko­czył im na ratu­nek.

-?Jeśli cho­dzi o cie­bie -?Mar­the wbiła wzrok w Gal­low­glassa -?nie powie­dzia­łeś nam o Mat­thew i jego żonie tego, co powi­nie­neś.

Gal­low­glass wpa­try­wał się ze skru­szoną miną w swoje wino.

-?Twoja babka póź­niej się z tobą poli­czy. -?Po tej mro­żą­cej krew w żyłach zapo­wie­dzi Mar­the wyma­sze­ro­wała z kuchni.

-?Co znowu zro­bi­łeś? -?zapy­tał Fer­nando, sta­wia­jąc na kuchence tor­tillę, jesz­cze nie spa­loną, Alham­dul­lil­lah. Doświad­cze­nie nauczyło go, że cokol­wiek nabroił Gal­low­glass, miał dobre inten­cje i cał­ko­witą pogardę dla moż­li­wych kon­se­kwen­cji.

-?Nooo... -?Gal­low­glass prze­cią­gnął samo­gło­skę, jak to tylko Szkot potrafi -?być może pomi­ną­łem w opo­wie­ści jedną czy dwie rze­czy.

-?Na przy­kład? -?naci­skał Fer­nando, wyczu­wa­jąc pośród domo­wych kuchen­nych zapa­chów woń kata­strofy.

-?Na przy­kład to, że cio­teczka jest w ciąży... i to z nikim innym jak z Mat­thew. I że dzia­dek ją adop­to­wał. Panie, jego przy­sięga krwi była ogłu­sza­jąca. -?Gal­low­glass się zamy­ślił. -?Myślisz, że na­dal będziemy mogli ją usły­szeć?

Fer­nando stał z roz­dzia­wio­nymi ustami.

-?Nie patrz tak na mnie. Podzie­le­nie się nowiną o dziecku wyda­wało mi się nie­wła­ściwe. Kobiety potra­fią być dziwne w takich spra­wach. A Phi­lippe przed śmier­cią powie­dział cio­teczce Ver­tin o przy­się­dze krwi i ona też nie pisnęła o tym słowa od tysiąc dzie­więć­set czter­dzie­stego pią­tego!

Powie­trze roz­darł huk, jakby zde­to­no­wano nie­wielką bombę. Coś zie­lo­nego i ogni­sto­ru­dego prze­mknęło za kuchen­nym oknem.

-?Co to było, do dia­bła? -?Fer­nando gwał­tow­nie otwo­rzył drzwi i osło­nił oczy przed jasnym bla­skiem słońca.

-?Pew­nie wku­rzona wiedźma. -?Ton Gal­low­glasa był posępny. -?Sarah musiała powie­dzieć Dia­nie i Mat­thew o Emily.

-?Nie eks­plo­zja, tylko to! -?Fer­nando wska­zał na dzwon­nicę w Saint-Lucien.

Okrą­żała ją skrzy­dlata dwu­nożna istota zie­jąca ogniem. Gal­low­glass wstał, żeby lepiej się przyj­rzeć.

-?To Corra -?powie­dział rze­czo­wym tonem. -?Ona jest zawsze tam, gdzie cio­teczka.

-?Ale to prze­cież smok. -?Fer­nando spoj­rzał na pasierba dzi­kim wzro­kiem.

-?To żaden smok. Nie widzisz, że ma tylko dwie nogi? Corra to smok ogni­sty. -?Gal­low­glass wykrę­cił ramię, żeby zade­mon­stro­wać tatuaż ze skrzy­dlatą istotą, która bar­dzo przy­po­mi­nała lata­jącą bestię. -?Wła­śnie taki. Mogłem pomi­nąć ze dwa szcze­góły, ale ostrze­ga­łem wszyst­kich, że cio­teczka Diana nie będzie taką samą cza­row­nicą jak wcze­śniej.

***

-?To prawda, skar­bie. Em nie żyje.

Stres zwią­zany z wyzna­niem prawdy Dia­nie i Mat­thew naj­wy­raź­niej oka­zał się dla niej zbyt silny. Sarah mogłaby przy­siąc, że widzi smoka. Fer­nando miał rację. Powinna ogra­ni­czyć whi­skey.

-?Nie wie­rzę ci. -?Głos Diany był piskliwy i ostry.

Prze­szu­kała salon Ysa­beau, jakby się spo­dzie­wała, że znaj­dzie Emily ukrytą za jedną z ozdob­nych sof.

-?Emily nie ma. -?Ści­szony głos Mat­thew był pełen żalu i czu­ło­ści. - Ode­szła.

-?Nie. -?Diana pró­bo­wała go omi­nąć, ale on chwy­cił ją w ramiona i przy­tu­lił.

-?Tak mi przy­kro, Sarah -?powie­dział.

-?Nie mów, że ci przy­kro! -?krzyk­nęła Diana, pró­bu­jąc się uwol­nić z sil­nego uści­sku. Zabęb­niła pię­ścią w ramię męża. -?Em żyje! To kosz­mar. Obudź mnie, Mat­thew, pro­szę! Chcę się obu­dzić w tysiąc pięć­set dzie­więć­dzie­sią­tym pierw­szym.

-?To nie jest kosz­mar -?Dłu­gie, samotne tygo­dnie uświa­do­miły Sarah, że śmierć Em to straszna prawda.

-?Więc wybra­łam nie­wła­ściwy zakręt... albo zawią­za­łam zły węzeł w zaklę­ciu. Nie tutaj mie­li­śmy tra­fić! -?Diana cała się trzę­sła z żalu i szoku. -?Em obie­cała, że ni­gdy nie odej­dzie bez poże­gna­nia.

-?Em nie miała czasu się poże­gnać... z nikim. Ale to nie zna­czy, że cię nie kochała. -?Sarah przy­po­mi­nała to sobie setki razy w ciągu dnia.

-?Diana powinna usiąść -?stwier­dził Mar­cus, przy­cią­ga­jąc krze­sło.

Syn Mat­thew teraz też wyglą­dał jak dwu­dzie­sto­pa­ro­letni sur­fer, który zeszłej jesieni w paź­dzier­niku zja­wił się w domu Bisho­pów. Skó­rzany rze­myk z dziwną kolek­cją przed­mio­tów zbie­ra­nych przez stu­le­cia na­dal wisiał na jego szyi wplą­tany w blond włosy. Na sto­pach Mar­cus miał ulu­bione converse'y. Nowy był jedy­nie smutny, pełen rezerwy wyraz jego oczu.

Sarah była wdzięczna za obec­ność Mar­cusa i Ysa­beau, ale osobą, którą naprawdę pra­gnęła mieć w tej chwili przy sobie, był Fer­nando. W tym trud­nym okre­sie oka­zał się dla niej opoką.

-?Dzię­kuję, Mar­cu­sie -?powie­dział Mat­thew, sadza­jąc żonę na krze­śle.

Pho­ebe pró­bo­wała wci­snąć jej do ręki szklankę wody. Kiedy Diana spoj­rzała na nią pustym wzro­kiem, Mat­thew wziął naczy­nie i posta­wił je na stole.

Wszy­scy patrzyli na wdowę.

Sarah nie czuła się pew­nie w takich sytu­acjach. To Diana była w rodzi­nie histo­ryczką. Wie­działa, od czego zacząć i jak upo­rząd­ko­wać ciąg zagma­twa­nych wyda­rzeń w spójną opo­wieść ze wstę­pem, roz­wi­nię­ciem i zakoń­cze­niem, może nawet z wia­ry­god­nym wytłu­ma­cze­niem, dla­czego Emily umarła.

-?Nie ma łatwego spo­sobu, by to opo­wie­dzieć -?zaczęła Sarah.

-?Nic nie musisz nam mówić -?ode­zwał się Mat­thew z oczami peł­nymi współ­czu­cia. -?Wyja­śnie­nia mogą pocze­kać.

-?Nie. Oboje musi­cie wie­dzieć. -?Sarah się­gnęła po szkla­neczkę whi­skey, którą zwy­kle miała pod ręką. Teraz jej nie zna­la­zła. Z niemą prośbą spoj­rzała na Mar­cusa.

-?Emily umarła w sta­rej świą­tyni -?powie­dział Mar­cus, bio­rąc na sie­bie trudne zada­nie.

-?Tej poświę­co­nej bogini? -?zapy­tała szep­tem Diana, marsz­cząc w sku­pie­niu czoło.

-?Tak. -?Sarah zakasz­lała, żeby usu­nąć gulę z gar­dła. -?Emily spę­dzała tam ostat­nio coraz wię­cej czasu.

-?Była sama? -?Wyraz twa­rzy Mat­thew już nie był cie­pły i pełen zro­zu­mie­nia. Jego głos stał się lodo­waty.

W pokoju zapa­dła cisza, tym razem ciężka i nie­zręczna.

-?Emily nie pozwa­lała nikomu ze sobą cho­dzić -?wyja­śniła Sarah, sta­wia­jąc na szcze­rość. Gdyby minęła się z prawdą, Diana od razu by się zorien­to­wała. Też była cza­row­nicą. -?Mar­cus pró­bo­wał ją prze­ko­nać, żeby kogoś ze sobą zabie­rała, ale Emily odma­wiała.

-?Dla­czego chciała być sama? -?spy­tała Diana, widząc nie­po­kój ciotki. - Co się działo, Sarah!

-?Od stycz­nia Em zwra­cała się ku wyż­szej magii. -?Sarah odwró­ciła wzrok od wstrzą­śnię­tej sio­strze­nicy. -?Miała straszne prze­czu­cia śmierci i nie­szczę­ścia. Chciała je zro­zu­mieć.

-?Ale Em zawsze mówiła, że wyż­sza magia jest zbyt mroczna, żeby cza­row­nice mogły bez­piecz­nie się nią posłu­gi­wać -?powie­działa Diana sil­niej­szym gło­sem. -?Mówiła, że cza­row­nica, która uważa, że jest odporna na zagro­że­nia, prze­kona się bole­śnie, jak potężne są te moce.

-?Mówiła z doświad­cze­nia -?potwier­dziła Sarah. -?Ta magia potrafi uza­leż­niać. Ona poznała jej atrak­cyj­ność, ale nie chciała, żebyś o tym wie­działa, skar­bie. Od dzie­się­cio­leci nie dotknęła kamie­nia do wróżb ani nie pró­bo­wała wzy­wać duchów.

-?Wzy­wać duchów? -?Mat­thew zmru­żył oczy. Z ciemną brodą wyglą­dał naprawdę groź­nie.

-?Myślę, że pró­bo­wała wezwać Rebeccę. Gdy­bym zda­wała sobie sprawę, jak daleko posu­nęła się w tych swo­ich pró­bach, sta­ra­ła­bym się ją powstrzy­mać. -?Oczy Sarah wypeł­niły się łzami. -?Peter Knox musiał wyczuć moc Emily, a wyż­sza magia zawsze go fascy­no­wała. Gdy ją zna­lazł...

-?Knox? -?powtó­rzył Mat­thew cicho, a Sarah zje­żyły się wło­ski na karku.

-?Kiedy ją zna­leź­li­śmy, Knox i Ger­bert też tam byli -?wyja­śnił Mar­cus z nie­szczę­śliwą miną. -?Em dostała ataku serca. Musiała być w ogrom­nym stre­sie, kiedy pró­bo­wała sta­wić opór Knok­sowi. Była ledwo przy­tomna. Pró­bo­wa­łem ją reani­mo­wać. Sarah rów­nież. Ale nic nie mogli­śmy już zro­bić.

-?Dla­czego Knox i Ger­bert tam byli?! -?krzyk­nęła Diana. -?I co, u licha, Knox chciał uzy­skać, zabi­ja­jąc Em?

-?Nie sądzę, żeby Knox chciał ją zabić, kocha­nie -?powie­działa Sarah. - Czy­tał w jej myślach albo usi­ło­wał to zro­bić. Jej ostat­nie słowa brzmiały: "Znam tajem­nicę Ash­mole'a nr 782, a ty ni­gdy jej nie poznasz".

-?Ash­mole'a nr 782? -?Diana osłu­piała. -?Jesteś pewna?

-?Tak. -?Sarah żało­wała, że sio­strze­nica zna­la­zła ten ręko­pis w Biblio­tece Bodle­jań­skiej. Wła­śnie on był powo­dem więk­szo­ści ich obec­nych pro­ble­mów.

-?Knox twier­dził, że de Cler­mon­to­wie mają bra­ku­jące strony manu­skryptu i znają jego sekrety -?ode­zwała się Ysa­beau. -?Verin i ja mówi­ły­śmy mu, że się myli, ale jedyne, co odcią­gało go od tego tematu, to dziecko. Mar­ga­ret.

-?Natha­niel i Sophie poszli za nami do świą­tyni -?wyja­śnił Mar­cus w odpo­wie­dzi na zdu­mione spoj­rze­nie Mat­thew. -?Mar­ga­ret była z nimi. Zanim Emily upa­dła nie­przy­tomna, Knox zoba­czył Mar­ga­ret i zapy­tał, jakim cudem dwa demony spło­dziły cza­row­nicę. Powo­łał się na przy­mie­rze. Zagro­ził, że Kon­gre­ga­cja prze­pro­wa­dzi śledz­two, czy nie doszło, jak to okre­ślił, do "poważ­nego naru­sze­nia prawa". Gdy my pró­bo­wa­li­śmy ocu­cić Emily i zabrać dziecko w bez­pieczne miej­sce, Ger­bert i Knox się wymknęli.

Do nie­dawna Sarah zawsze uwa­żała Kon­gre­ga­cję i przy­mie­rze za zło konieczne. Nie było łatwo trzem gatun­kom z innego świata -?demo­nom, wam­pi­rom i cza­row­ni­kom -?żyć wśród ludzi. Wszyst­kie one w któ­rymś momen­cie histo­rii padały ofiarą ludz­kiego stra­chu i prze­mocy, więc już dawno temu zgo­dziły się na przy­mie­rze w celu zmi­ni­ma­li­zo­wa­nia ryzyka, że ich świat przy­cią­gnie nie­po­trzebną uwagę. Ogra­ni­czało ono bra­ta­nie się gatun­ków, a także udział w ludz­kiej poli­tyce czy reli­gii. Dzie­wię­cio­oso­bowa Kon­gre­ga­cja wpro­wa­dziła te usta­le­nia w życie i pil­no­wała, żeby byty ich prze­strze­gały. Teraz, kiedy Diana i Mat­thew wró­cili do domu, Kon­gre­ga­cja mogła iść do dia­bła i zabrać ze sobą swoje przy­mie­rze, jeśli cho­dzi o Sarah.

Diana odwró­ciła głowę, a po jej twa­rzy prze­mknął wyraz nie­do­wie­rza­nia.

-?Gal­low­glass? -?wyszep­tała, czu­jąc w salo­nie zapach morza.

-?Witaj w domu, cio­teczko.

Złota broda zalśniła w bla­sku słońca. Diana przez chwilę ze zdu­mie­niem patrzyła na wiel­ko­luda, potem wyrwał się jej szloch.

-?No, no! -?Gal­low­glass porwał ją w niedź­wie­dzi uścisk. -?Minęło tro­chę czasu od chwili gdy mój widok dopro­wa­dził kobietę do łez. Poza tym to ja powi­nie­nem pła­kać. Jeśli cho­dzi o cie­bie, roz­ma­wia­li­śmy zale­d­wie parę dni temu, a dla mnie minęły wieki.

Wokół Diany zami­go­tał tajem­ni­czy blask, jakby powoli roz­pa­la­ją­cej się świecy. Sarah zamru­gała. Naprawdę będzie musiała odsta­wić alko­hol.

Mat­thew i jego bra­ta­nek wymie­nili spoj­rze­nia. Kiedy łzy Diany popły­nęły więk­szym stru­mie­niem, a blask wokół niej stał się inten­syw­niej­szy, na twa­rzy jej męża odma­lo­wała się jesz­cze więk­sza tro­ska.

-?Niech Mat­thew zabie­rze cię na górę. -?Gal­low­glass się­gnął do kie­szeni i wyjął z niej pognie­cioną żółtą ban­danę. Podał ją Dia­nie.

-?Wszystko z nią dobrze? -?zanie­po­ko­iła się Sarah.

-?Jest tro­chę zmę­czona -?odparł Gal­low­glass, pro­wa­dząc razem z Mat­thew Dianę do pokoju w odle­głej wieży.

Gdy wszy­scy troje wyszli, Sarah stra­ciła resztki kru­chego opa­no­wa­nia i zaczęła pła­kać. Codzien­nie wciąż na nowo prze­ży­wała śmierć Em, ale roz­mowa z Dianą oka­zała się jesz­cze bar­dziej bole­sna. Fer­nando zbli­żył się do niej z zatro­skaną miną, przy­tu­lił ją i powie­dział cicho:

-?Wszystko w porządku, Sarah. Wyrzuć to z sie­bie.

-?Gdzie byłeś, kiedy cię potrze­bo­wa­łam? -?zapy­tała Sarah, szlo­cha­jąc gło­śno.

-?Teraz jestem. -?Fer­nando zaczął koły­sać ją deli­kat­nie. -?A Diana i Mat­thew wró­cili bez­piecz­nie do domu.

***

-?Nie mogę prze­stać się trząść. -?Dia­nie szczę­kały zęby, a nogi i ręce dygo­tały, jakby pocią­gały je nie­wi­dzialne sznurki.

Gal­low­glass zaci­snął usta i odsu­nął się na bok, kiedy jego stryj otu­lał żonę kocem i maso­wał jej ramiona.

-?To szok, mon coeur -?powie­dział cicho Mat­thew, cału­jąc ją w poli­czek. Nie cho­dziło tylko o śmierć Emily, ale rów­nież o wspo­mnie­nie wcze­śniej­szej, trau­ma­tycz­nej utraty rodzi­ców. -?Możesz przy­nieść tro­chę wina, Gal­low­glas­sie?

-?Nie powin­nam. -?Wyraz twa­rzy Diany zmie­nił się rap­tow­nie, wró­ciły łzy. -?Dzieci... Ni­gdy nie poznają Em. Nasze dzieci będą dora­stać, nie zna­jąc Em.

-?Pro­szę. -?Gal­low­glass podał stry­jowi srebrną pier­siówkę.

Mat­thew spoj­rzał na niego z wdzięcz­no­ścią.

-?Jesz­cze lepiej -?powie­dział, wyj­mu­jąc korek. -?Tylko łyk, Diano. Nie zaszko­dzi bliź­nię­tom, a pomoże ci się uspo­koić. Każę Mar­the przy­nieść czarną her­batę z dużą ilo­ścią cukru.

-?Zabiję Petera Knoksa -?rzu­ciła gwał­tow­nie Diana, kiedy wypiła odro­binę whi­skey. Blask wokół niej poja­śniał.

-?Nie dzi­siaj -?uciął twardo Mat­thew, odda­jąc pier­siówkę bra­tan­kowi.

-?Czy glaem cio­teczki jest taki jasny, odkąd wró­ci­li­ście? - Gal­low­glass wpraw­dzie nie widział Diany Bishop od 1591 roku, ale nie pamię­tał, żeby wtedy ten blask był tak zauwa­żalny.

-?Tak, ale nosiła czar masku­jący. Szok musiał go osła­bić. -?Mat­thew posa­dził żonę na kana­pie. -?Diana chciała, żeby Emily i Sarah cie­szyły się tym, że zostaną bab­ciami, nim zaczną wypy­ty­wać o jej więk­szą moc.

Gal­low­glass zmełł w ustach prze­kleń­stwo.

-?Lepiej? -?zapy­tał Mat­thew, muska­jąc war­gami palce żony.

Diana poki­wała głową, choć zęby na­dal jej szczę­kały. Gal­low­glass cier­piał na samą myśl, ile wysiłku musi ją kosz­to­wać pano­wa­nie nad sobą.

-?Tak mi przy­kro z powodu Emily -?powie­dział Mat­thew, ujmu­jąc w dło­nie twarz żony.

-?Czy to nasza wina? Zosta­li­śmy w prze­szło­ści zbyt długo, tak jak uwa­żał tata? -?Diana mówiła tak cicho, że nawet Gal­low­glass z tru­dem ją sły­szał.

-?Oczy­wi­ście, że nie -?rzu­cił szorstko. -?Zro­bił to Peter Knox. Nikogo innego nie można obwi­niać.

-?Nie mar­twmy się tym, kogo obwi­niać -?rzekł Mat­thew, ale jego spoj­rze­nie było gniewne.

Gal­low­glass poki­wał głową. Wie­dział, że jego stryj będzie miał dużo do powie­dze­nia o Knok­sie i Ger­ber­cie... póź­niej. Teraz trosz­czył się o żonę.

-?Emily chcia­łaby, żebyś sku­piła się na sobie i Sarah. Na razie to wystar­czy. -?Mat­thew odgar­nął mie­dziane pasma przy­kle­jone do mokrych od łez policz­ków.

-?Powin­nam zejść na dół -?stwier­dziła Diana, przy­kła­da­jąc do oczu żółtą ban­danę Gal­low­glassa. -?Sarah mnie potrze­buje.

-?Zostańmy tu jesz­cze tro­chę. Pocze­kajmy, aż Mar­the przy­nie­sie her­batę. -?Mat­thew usiadł obok żony.

Diana oparła się o niego. Jej oddech był ury­wany, kiedy pró­bo­wała powstrzy­my­wać łzy.

-?Zosta­wiam was -?mruk­nął Gal­low­glass.

Mat­thew ski­nął mu głową w nie­mym podzię­ko­wa­niu.

-?Dzię­kuję, Gal­low­glas­sie -?powie­działa Diana, odda­jąc mu ban­danę.

-?Zatrzy­maj ją.

Wiel­ko­lud ruszył w stronę scho­dów.

-?Jeste­śmy sami -?powie­dział Mat­thew. -?Teraz już nie musisz być silna.

Gal­low­glass zosta­wił stryja i jego żonę sple­cio­nych ze sobą w obję­ciach, z twa­rzami wykrzy­wio­nymi z bólu i smutku, doda­ją­cych sobie nawza­jem otu­chy, któ­rej oddziel­nie by nie zna­leźli.

***

Nie powin­nam cię tu wzy­wać. Trzeba było zna­leźć inny spo­sób, żeby uzy­skać odpo­wie­dzi. Emily odwró­ciła się do naj­lep­szej przy­ja­ciółki. Powin­naś być ze Ste­phe­nem.

Wolę być tutaj z córką niż gdzie indziej, odparła Rebecca Bishop. Ste­phen rozu­mie. Spoj­rzała na Dianę i Mat­thew, na­dal smut­nych i sple­cio­nych w obję­ciach.

Nie bój się. Mat­thew się nią zaopie­kuje. Phi­lippe na­dal pró­bo­wał roz­gryźć Rebeccę Bishop, która oka­zała się istotą bar­dzo trudną i rów­nie wprawną w strze­że­niu tajem­nic jak wam­piry.

Nawza­jem o sie­bie się zatrosz­czą, stwier­dziła Rebecca, trzy­ma­jąc rękę na sercu. Wie­dzia­łam, że tak będzie.

Rozdział 2

Matthew popę­dził w dół krę­tymi scho­dami łączą­cymi jego pokoje na wieży z głów­nym pię­trem château Sept-Tours. Omi­nął śli­skie miej­sce na trzy­na­stym stop­niu i szorst­kie na sie­dem­na­stym, któ­rego brzeg Bal­dwin wyszczer­bił w cza­sie jed­nej z ich bija­tyk.

Mat­thew zbu­do­wał wieżę jako swoją pry­watną kry­jówkę, z dala od wiecz­nego zamie­sza­nia i krzą­ta­niny w czę­ści Phi­lippe'a i Ysa­beau. Rodziny wam­pi­rów były duże i hała­śliwe, z dwiema albo trzema liniami rodu sta­ra­ją­cymi się żyć razem jak jedno szczę­śliwe stado. Coś takiego rzadko się zda­rzało wśród dra­pież­ni­ków, nawet tych cho­dzą­cych na dwóch nogach i miesz­ka­ją­cych w pięk­nych domach. W rezul­ta­cie baszta Mat­thew została pier­wot­nie zapro­jek­to­wana do obrony. Nie miała drzwi tłu­mią­cych ciche kroki wam­pira ani dru­giego wej­ścia. Te prze­zorne roz­wią­za­nia wiele mówiły o sto­sun­kach jej twórcy z braćmi i sio­strami.

Tego wie­czoru izo­la­cja wieży jawiła się raczej jako ogra­ni­cze­nie, a życie tutaj oka­zało się dale­kie od tego, które on i Diana stwo­rzyli sobie w elż­bie­tań­skim Lon­dy­nie oto­czeni przez rodzinę i przy­ja­ciół. Praca Mat­thew jako szpiega kró­lo­wej sta­no­wiła wyzwa­nie, ale dawała dużo satys­fak­cji. Dzięki miej­scu w Kon­gre­ga­cji udało mu się ura­to­wać kilka cza­row­nic przed śmier­cią. Diana roz­po­częła wtedy dłu­go­trwały pro­ces oswa­ja­nia się ze swoją magiczną mocą. Przy­gar­nęli rów­nież dwoje osie­ro­co­nych dzieci i dali im szansę na lep­szą przy­szłość. Ich egzy­sten­cja w szes­na­stym wieku nie zawsze była łatwa, ale tamte dni wypeł­niały miłość i nadzieja, które towa­rzy­szyły Dia­nie wszę­dzie, dokąd­kol­wiek szła. W Sept-Tours wyda­wało się, że ota­czają ich tylko de Cler­mon­to­wie i śmierć.

Ta sytu­acja przy­pra­wiała Mat­thew o nie­po­kój, a gniew, który w obec­no­ści Diany trzy­mał na wodzy, teraz znaj­do­wał się nie­bez­piecz­nie bli­sko powierzchni. Szał krwi, cho­roba, którą odzie­dzi­czył po Ysa­beau, potra­fił bły­ska­wicz­nie opa­no­wać umysł i ciało wam­pira, nie zosta­wia­jąc miej­sca na rozum czy samo­kon­trolę. Wal­cząc z tą przy­pa­dło­ścią, Mat­thew nie­chęt­nie zgo­dził się zosta­wić Dianę pod opieką teścio­wej, a sam posta­no­wił się prze­spa­ce­ro­wać z psami Falo­nem i Hec­to­rem. Chciał odzy­skać jasność myśle­nia.

Jego bra­ta­nek nucił mor­skie szanty w wiel­kiej sali château. Z powodu, któ­rego Mat­thew nie potra­fił zgłę­bić, co drugi wers był okra­szony prze­kleń­stwami i ulti­ma­tami. Po chwili nie­zde­cy­do­wa­nia zwy­cię­żyła w nim cie­ka­wość.

-?Prze­klęty smok ogni­sty. -?Gal­low­glass ści­skał w ręce pikę z arse­nału znaj­du­ją­cego się przy wej­ściu i wyma­chi­wał nią w powie­trzu. -?Żegnaj­cie i adieu, hisz­pań­skie damy. Chodź tu natych­miast, zarazo, bo ina­czej bab­cia namo­czy cię w bia­łym winie i nakarmi tobą psy. Dosta­li­śmy roz­kaz poże­glo­wać na chwałę sta­rej Anglii. Co ty sobie myślisz, że tak latasz po domu jak wście­kła papuga? Możemy już ni­gdy was nie ujrzeć, o, piękne panie.

-?Co ty wypra­wiasz, do dia­bła? -?ode­zwał się Mat­thew.

Bra­ta­nek skie­ro­wał na niego spoj­rze­nie dużych nie­bie­skich oczu. Miał na sobie czarny T-shirt ozdo­biony czaszką i skrzy­żo­wa­nymi pisz­cze­lami. Przez tył koszulki od lewego ramie­nia do pra­wego bio­dra bie­gło dłu­gie cię­cie. Dziury w dżin­sach wyglą­dały na rezul­tat zno­sze­nia, a nie walki, włosy były zmierz­wione nawet jak na stan­dardy Gal­low­glassa. Ysa­beau zaczęła nazy­wać wnuka "sir Waga­bundą", ale to nie wpły­nęło na poprawę jego wyglądu.

-?Pró­buję zła­pać bestię two­jej żony.

Bra­ta­nek gwał­tow­nie dźgnął piką w powie­trze. Roz­legł się wrzask zasko­cze­nia, z góry spadł grad jasno­zie­lo­nych łusek i roz­sy­pał się po pod­ło­dze jak mika. Jasne wło­ski na przed­ra­mie­niu wikinga zalśniły od opa­li­zu­ją­cego zie­lo­nego pyłu. Gal­low­glass kich­nął.

Corra, towa­rzyszka Diany, trzy­mała się pazu­rami gale­rii min­streli, traj­ko­cząc jak sza­lona i cmo­ka­jąc języ­kiem. Powi­tała męża swo­jej pani mach­nię­ciem kol­cza­stego ogona, przy oka­zji prze­bi­ja­jąc bez­cenny gobe­lin z jed­no­roż­cem uwiecz­nio­nym w ogro­dzie. Mat­thew się skrzy­wił.

-?Zago­ni­łem ją do kaplicy na ołtarz, ale to prze­bie­gła dziew­czyna. -?W gło­sie Gal­low­glassa zabrzmiała nutka dumy. -?Z sze­roko roz­ło­żo­nymi skrzy­dłami ukryła się na gro­bie dziadka. Myl­nie wzią­łem ją za rzeźbę. Tylko spójrz na nią. Sie­dzi teraz pod kro­kwiami, cheł­pliwa jak dia­bli, a ja mam dwa razy więk­szy kło­pot. Prze­je­chała ogo­nem po jed­nej z ulu­bio­nych dra­pe­rii Ysa­beau. Bab­cia dosta­nie apo­plek­sji.

-?Jeśli Corra jest choć tro­chę podobna do swo­jej pani, zapę­dze­nie jej w kozi róg nie skoń­czy się dobrze -?ostrzegł Mat­thew. -?Spró­buj prze­mó­wić jej do roz­sądku.

-?O, tak, bo to jest bar­dzo sku­teczne, jeśli cho­dzi o cio­teczkę Dianę. - Gal­low­glass prych­nął. -?Co was opę­tało, żeby spu­ścić Corrę z oczu?

-?Im bar­dziej aktywny jest smok ogni­sty, tym spo­koj­niej­sza wydaje się Diana -?odparł Mat­thew.

-?Może, ale Corra źle działa na wystrój domu. Po połu­dniu stłu­kła wazon z S?vres.

-?Jeśli to nie był ten nie­bie­ski z głową lwa, który poda­ro­wał maman Phi­lippe, nie mar­twił­bym się zbyt­nio. -?Mat­thew jęk­nął, kiedy zoba­czył wyraz twa­rzy bra­tanka. -?Merde!

-?Alain też tak powie­dział. -?Gal­low­glass oparł się na pice.

-?Ysa­beau będzie musiała sobie pora­dzić z mniej­szą liczbą fajansu - skwi­to­wał Mat­thew. -?Corra może i jest utra­pie­niem, ale Diana śpi lepiej po raz pierw­szy, odkąd tu przy­je­cha­li­śmy.

-?No, to w takim razie w porządku. Po pro­stu powiedz Ysa­beau, że nie­zdar­ność Corry jest dobra dla jej wnu­cząt. Bab­cia da jej w ofie­rze wszyst­kie wazony. Spró­buję tym­cza­sem zaba­wić tę lata­jącą sekut­nicę, żeby cio­teczka mogła pospać.

-?Jak zamie­rzasz to zro­bić? -?zapy­tał scep­tycz­nym tonem Mat­thew.

-?Oczy­wi­ście śpie­wem.

Gal­low­glass spoj­rzał w górę. Corra zagru­chała, widząc jego nowe zain­te­re­so­wa­nie, i roz­pro­sto­wała skrzy­dła, tak że zalśniło na nich świa­tło pochodni wetknię­tych w ścienne uchwyty. Wiel­ko­lud ode­brał jej reak­cję jako zachętę, wziął głę­boki wdech i grzmią­cym gło­sem zain­to­no­wał kolejną bal­ladę.

-?Obra­cam głowę, cały płonę, kocham jak smok. Powiedzże, znasz imię mojej pani?

Corra zatraj­ko­tała z apro­batą. Gal­low­glass uśmiech­nął się sze­roko i zaczął poru­szać piką jak metro­no­mem. Patrząc na stryja, uniósł brwi i zaśpie­wał następną zwrotkę.

Bez końca sła­łem jej bły­skotki,

Klej­noty, perły, żeby była mil­sza,

A kiedy nie mia­łem już nic,

Wysła­łem ją... do pie­kła.

-?Powo­dze­nia -?rzu­cił Mat­thew, mając nadzieję, że Corra nie rozu­mie tej poezji.

Zaj­rzał do naj­bliż­szych kom­nat, żeby ska­ta­lo­go­wać prze­by­wa­jące w nich osoby. Hamish Osborne sie­dział w rodzin­nej biblio­tece i, sądząc po skrzy­pie­niu pióra i sła­bym zapa­chu lawendy i mięty, zaj­mo­wał się robotą papier­kową. Po krót­kim waha­niu Mat­thew otwo­rzył drzwi.

-?Czas dla sta­rego przy­ja­ciela? -?zapy­tał.

-?Już zaczy­na­łem myśleć, że mnie uni­kasz.

Osborne odło­żył pióro i polu­zo­wał kra­wat w let­nie kwia­towe wzory, na jakie nie odwa­ży­łaby się więk­szość męż­czyzn. Nawet na fran­cu­skiej wsi Hamish ubrał się w gra­na­towy prąż­ko­wany gar­ni­tur i lawen­dową koszulę jak na spo­tka­nie z człon­kami par­la­mentu. Pre­zen­to­wał się jak ele­gancki relikt z cza­sów edwar­diań­skich.

Mat­thew wie­dział, że demon pró­buje spro­wo­ko­wać kłót­nię. On i Hamish od wielu lat byli przy­ja­ciółmi z Oks­fordu. Ich zażyła przy­jaźń opie­rała się na wza­jem­nym sza­cunku i podob­nych, ostrych jak brzy­twy inte­lek­tach. Nawet pro­sta wymiana zdań potra­fiła być skom­pli­ko­wana i stra­te­giczna jak par­tia sza­chów roz­gry­wana przez dwóch mistrzów. Było jed­nak za wcze­śnie, żeby pozwo­lić Hami­showi na zepchnię­cie go do defen­sywy i zdo­by­cie prze­wagi.

-?Jak Diana? -?Osborne zauwa­żył, że Mat­thew celowo nie chwy­cił przy­nęty.

-?Tak jak można się spo­dzie­wać.

-?Oczy­wi­ście sam bym ją zapy­tał, ale twój bra­ta­nek mnie wygo­nił. - Hamish pod­niósł kie­li­szek do ust. -?Wina?

-?Pocho­dzi z mojej piw­nicy czy Bal­dwina? -?Na pozór nie­winne pyta­nie sta­no­wiło sub­telne przy­po­mnie­nie, że teraz, kiedy on i Diana wró­cili, Hamish może będzie musiał wybie­rać mię­dzy nim a resztą de Cler­mon­tów.

-?To bor­de­aux. -?Osborne zakrę­cił winem w kie­liszku, cze­ka­jąc na reak­cję przy­ja­ciela. -?Dro­gie. Stare. Dobre.

Mat­thew wykrzy­wił wargi.

-?Nie, dzię­kuję. W prze­ci­wień­stwie do mojej rodziny ni­gdy za nim nie prze­pa­da­łem. -?Zapa­sem cen­nego bor­de­aux Bal­dwina wolałby napeł­nić fon­tannę w ogro­dzie niż je wypić.

-?Co to za histo­ria ze smo­kiem? -?Mię­sień w szczęce Hami­sha zadrgał, ale Mat­thew nie potra­fił stwier­dzić, czy to z roz­ba­wie­nia, czy z gniewu. - Gal­low­glass mówi, że Diana przy­wio­zła go jako suwe­nir, ale nikt mu nie wie­rzy.

-?Ona należy do Diany -?powie­dział Mat­thew. -?Będziesz musiał sam ją zapy­tać.

-?Spra­wi­łeś, że wszy­scy w Sept-Tours trzęsą się ze stra­chu. -?Hamish nagle zmie­nił temat. -?Reszta jesz­cze nie zauwa­żyła, że naj­bar­dziej prze­ra­żoną osobą w château jesteś ty.

-?A jak Wil­liam? -?Mat­thew potra­fił rów­nie sku­tecz­nie zmie­niać temat jak demon.

-?Słodki Wil­liam gdzie indziej ulo­ko­wał uczu­cia. -?Osborne wykrzy­wił usta i odwró­cił głowę. Jego wyraźne cier­pie­nie dopro­wa­dziło ich grę do nie­ocze­ki­wa­nego końca.

-?Tak mi przy­kro. -?Mat­thew sądził, że ten zwią­zek prze­trwa. -?Wil­liam cię kochał.

-?Nie dość. -?Hamish wzru­szył ramio­nami, ale nie mógł ukryć bólu w oczach. -?Oba­wiam się, że swoje roman­tyczne nadzieje będziesz musiał prze­nieść na Mar­cusa i Pho­ebe.

-?Pra­wie wcale nie roz­ma­wia­łem z tą dziew­czyną -?stwier­dził Mat­thew. Wes­tchnął i nalał sobie kie­li­szek bor­de­aux Bal­dwina. -?Co możesz mi o niej powie­dzieć?

-?Młoda panna Tay­lor pra­cuje w jed­nym z domów aukcyj­nych w Lon­dy­nie: Sotheby albo Chri­stie. Ni­gdy ich nie potra­fię odróż­nić. -?Hamish zagłę­bił się w skó­rzany fotel sto­jący przy zim­nym kominku. -?Mar­cus poznał ją, kiedy odbie­rał coś dla Ysa­beau. Myślę, że to poważna sprawa.

-?Bo jest. -?Mat­thew wziął kie­li­szek i ruszył wzdłuż rega­łów usta­wio­nych pod ścia­nami. -?Zapach Mar­cusa jest na niej całej. On zna­lazł part­nerkę.

-?Tak podej­rze­wa­łem. -?Hamish sączył wino, obser­wu­jąc nie­spo­kojne kroki przy­ja­ciela. -?Oczy­wi­ście nikt nic mi nie powie­dział. Twoja rodzina naprawdę mogłaby nauczyć MI6 co nieco o tajem­ni­cach.

-?Ysa­beau powinna była to zakoń­czyć. Pho­ebe jest za młoda na zwią­zek z wam­pi­rem. Nie może mieć wię­cej niż dwa­dzie­ścia dwa lata, a Mar­cus połą­czył się z nią nie­ro­ze­rwalną wię­zią.

-?O, tak, zabro­nić Mar­cu­sowi się zako­chać! -?Szkoc­kie "r" Hami­sha stało się jesz­cze wyraź­niej­sze. -?Jak się oka­zuje, on jest rów­nie uparty jak ty, jeśli cho­dzi o miłość.

-?Może gdyby myślał o swoim sta­no­wi­sku przy­wódcy Zakonu Ryce­rzy Świę­tego Łaza­rza...

-?Prze­stań, Mat­thew, zanim powiesz coś tak nie­spra­wie­dli­wego, że może ni­gdy ci tego nie wyba­czę. -?Głos Hami­sha zabrzmiał jak trzask bicza. - Wiesz, jak trudno jest być wiel­kim mistrzem zakonu. Od Mar­cusa ocze­ki­wano, że wej­dzie w o wiele za duże buty, a on, wam­pir czy nie, nie jest dużo star­szy od Pho­ebe.

Zakon Ryce­rzy Świę­tego Łaza­rza zało­żono w cza­sach kru­cjat jako zakon rycer­ski, który miał bro­nić inte­re­sów wam­pi­rów w świe­cie coraz bar­dziej zdo­mi­no­wa­nym przez ludzi. Pierw­szym wiel­kim mistrzem został Phi­lippe de Cler­mont, mąż Ysa­beau, postać legen­darna nie tylko wśród wam­pi­rów, ale także wśród innych bytów. Dorów­na­nie mu było nie­moż­liwe.

-?Wiem, ale żeby się zako­chać... -?W Mat­thew nara­stał gniew.

-?Nie ma żad­nych "ale" -?prze­rwał mu Hamish. -?Mar­cus wyko­nał świetną robotę. Zwer­bo­wał nowych człon­ków i nad­zo­ro­wał finan­sowe szcze­góły wszyst­kich naszych ope­ra­cji. Zażą­dał, żeby Kon­gre­ga­cja uka­rała Knoksa za to, co tutaj zro­bił w maju, i for­mal­nie popro­sił o anu­lo­wa­nie przy­mie­rza. Nikt nie mógłby zro­bić wię­cej. Nawet ty.

-?Uka­ra­nie Knoksa nie cof­nie tego, co się stało. On i Ger­bert zakłó­cili spo­kój mojego domu. Knox zamor­do­wał kobietę, która była dla mojej żony jak matka. -?Mat­thew wychy­lił wino do dna, żeby zapa­no­wać nad gnie­wem.

-?Emily miała atak serca -?przy­po­mniał mu Hamish. -?Mar­cus twier­dzi, że da się okre­ślić jego przy­czyny.

-?Ja wiem dość -?oświad­czył z nagłą furią Mat­thew i cisnął pustym kie­lisz­kiem przez pokój. Szkło roz­biło się o brzeg jed­nego z rega­łów, odłamki posy­pały się na gęsty dywan. -?Nasze dzieci nie będą miały szansy poznać Emily. A Ger­bert, który od wie­ków jest w zaży­łych sto­sun­kach z naszą rodziną i wie, że Diana jest moją żoną, stał i patrzył na to, co robi Knox.

-?Wszy­scy w domu uwa­żali, że nie pozwo­lisz, żeby Kon­gre­ga­cja wymie­rzyła spra­wie­dli­wość. Ja im nie uwie­rzy­łem. -?Hami­showi nie podo­bały się zmiany, które dostrzegł w przy­ja­cielu. Zupeł­nie jakby pobyt w szes­na­stym wieku otwo­rzył jakąś starą, zapo­mnianą ranę.

-?Powi­nie­nem był roz­pra­wić się z Ger­ber­tem i Knok­sem, kiedy pomo­gli Satu Järvinen porwać Dianę i prze­trzy­my­wać ją w La Pierre. Gdy­bym to zro­bił, Emily by żyła. -?Plecy Mat­thew zesztyw­niały. -?Ale Bal­dwin mi tego zabro­nił. Powie­dział, że Kon­gre­ga­cja ma dość kło­po­tów.

-?Masz na myśli zabój­stwa? -?spy­tał Hamish.

-?Tak. Powie­dział, że jeśli wyzwę Ger­berta i Knoksa, tylko pogor­szę sprawy.

Wie­ści o tych mor­der­stwach -?o ofia­rach z roz­szar­pa­nymi żyłami, o braku śla­dów krwi, o nie­mal zwie­rzę­cych ata­kach na ludz­kie ciała -?tra­fiły do gazet od Lon­dynu do Moskwy. W arty­ku­łach sku­piano się na dziw­nych meto­dach zabój­ców, co gro­ziło ścią­gnię­ciem na wam­piry uwagi ludzi.

-?Nie popeł­nię znowu błędu mil­cze­nia -?zapo­wie­dział Mat­thew. -?Zakon Ryce­rzy Świę­tego Łaza­rza i de Cler­mon­to­wie nie byli w sta­nie ochro­nić mojej żony i jej rodziny, ale ja z pew­no­ścią mogę.

-?Nie jesteś zabójcą, Mat­thew -?sprze­ci­wił się Hamish. -?Nie pozwól, żeby gniew cię zaśle­pił.

Kiedy Cla­ir­mont spoj­rzał na niego pustym wzro­kiem, Osborne zbladł. Choć zda­wał sobie sprawę, że przy­ja­cie­lowi bli­żej do kró­le­stwa zwie­rząt niż więk­szo­ści istot cho­dzą­cych na dwóch nogach, ni­gdy nie widział, żeby Mat­thew wyglą­dał tak wil­czo i tak nie­bez­piecz­nie.

-?Jesteś pewien? -?Obsy­dia­nowe oczy łyp­nęły na niego groź­nie. Potem wam­pir odwró­cił się i wyszedł z pokoju.

***

Podą­ża­jąc za wyraź­nym zapa­chem korze­nia lukre­cji zmie­sza­nym z upa­ja­jącą wonią bzów, Mat­thew z łatwo­ścią zna­lazł swo­jego syna w rodzin­nych apar­ta­men­tach na dru­gim pię­trze château. Sumie­nie go gry­zło, kiedy pomy­ślał, co dzięki słu­chowi wam­pira Mar­cus mógł usły­szeć z jego oży­wio­nej roz­mowy z Hami­shem. Zaci­snął wargi, gdy węch zapro­wa­dził go pod drzwi znaj­du­jące się tuż przy scho­dach, i zdu­sił iskrę gniewu, kiedy sobie uświa­do­mił, że Mar­cus korzy­sta z daw­nego gabi­netu Phi­lippe'a.

Zapu­kał i pchnął cięż­kie drew­niane skrzy­dło, nie cze­ka­jąc na zapro­sze­nie. Z wyjąt­kiem lśnią­cego srebr­nego lap­topa na biurku, gdzie kie­dyś leżała suszka, pokój wyglą­dał dokład­nie tak samo jak w dniu, kiedy Phi­lippe de Cler­mont zmarł. Na stole pod oknem stał ten sam bake­li­towy tele­fon. Stosy cien­kich kopert i pożół­kłego papieru cze­kały, aż Phi­lippe napi­sze jeden z wielu listów. Do ściany była przy­pięta stara mapa Europy, któ­rej jego ojciec uży­wał, żeby śle­dzić ruchy wojsk Hitlera.

Mat­thew zamknął oczy, gdy nagle poczuł ostry ból. Phi­lippe nie prze­wi­dział, że wpad­nie w ręce nazi­stów. Jed­nym z nie­ocze­ki­wa­nych darów ich podróży w cza­sie była szansa ujrze­nia ojca i pojed­na­nia się z nim. Ceną, którą Mat­thew musiał zapła­cić za to spo­tka­nie, było jesz­cze sil­niej­sze poczu­cie straty, kiedy zna­lazł się z powro­tem w świe­cie bez Phi­lippe'a.

Gdy otwo­rzył oczy, zoba­czył przed sobą wście­kłą twarz Pho­ebe Tay­lor. Mar­cus potrze­bo­wał jedy­nie uła­mek sekundy, żeby sta­nąć mię­dzy ojcem a narze­czoną. Mat­thew ucie­szył się, kiedy zoba­czył, że jego syn nie stra­cił całego rozumu, łącząc się w parę z cie­pło­krwi­stą, choć gdyby on chciał skrzyw­dzić Pho­ebe, dziew­czyna już byłaby mar­twa.

-?Mar­cu­sie. -?Mat­thew spoj­rzał na kobietę sto­jącą za ple­cami syna. Pho­ebe w ogóle nie była w typie jego potomka, który zawsze wolał rude. - Przy naszym pierw­szym spo­tka­niu nie było czasu, żeby wła­ści­wie się przed­sta­wić. Jestem Mat­thew de Cler­mont, ojciec Mar­cusa.

-?Wiem, kim pan jest. -?Bry­tyj­ski akcent Pho­ebe był wspólny dla szkół publicz­nych, wiej­skich domów i pod­upa­dłych ary­sto­kra­tycz­nych rodów. Mar­cus, rodzinny ide­ali­sta i demo­krata, zako­chał się w kobie­cie błę­kit­nej krwi.

-?Witamy w rodzi­nie, panno Tay­lor. -?Mat­thew ukło­nił się, żeby ukryć uśmiech.

-?Pho­ebe, pro­szę. -?Dziew­czyna wyszła zza ple­ców narze­czo­nego z wycią­gniętą ręką, ale Mat­thew ją zigno­ro­wał. -?W cywi­li­zo­wa­nych krę­gach uści­snąłby pan moją dłoń, pro­fe­so­rze Cla­ir­mont. -?Na twa­rzy panny Tay­lor, która nie cof­nęła ręki, malo­wał się wyraz iry­ta­cji.

-?Jest pani oto­czona przez wam­piry. Dla­czego pani sądzi, że znaj­dzie tutaj cywi­li­zo­wane kręgi? -?Mat­thew przyj­rzał się jej. Pho­ebe chyba poczuła się nie­swojo, bo ucie­kła spoj­rze­niem. -?Może pani uznać moje zacho­wa­nie za nie­po­trzeb­nie ofi­cjalne, ale żaden wam­pir nie dotyka bez pozwo­le­nia part­nerki innego wam­pira, jego narze­czo­nej rów­nież. - Spoj­rzał na duży szma­ragd na trze­cim palcu jej lewej ręki. Wieki temu w Paryżu Mar­cus wygrał ten kamień w karty. I wtedy, i teraz klej­not był wart for­tunę.

-?Och, Mar­cus mi tego nie powie­dział. -?Pho­ebe zmarsz­czyła brwi.

-?Nie, ale prze­ka­za­łem ci kilka pro­stych zasad -?szep­nął do niej Mar­cus. -?Może czas je sobie przy­po­mnieć. Prze­ćwi­czymy nasze ślubne przy­sięgi, kiedy przyj­dzie na to pora.

-?Po co? Na pewno nie znaj­dziesz w nich słowa "posłu­szeń­stwo".

Zanim sprzeczka roz­go­rzała na dobre, Mat­thew odchrząk­nął i powie­dział:

-?Przy­sze­dłem prze­pro­sić za swój wybuch w biblio­tece. Ostat­nio zbyt szybko wpa­dam w gniew. Wybacz­cie mi tem­pe­ra­ment.

Cho­dziło o coś wię­cej niż tem­pe­ra­ment, ale Mar­cus -?podob­nie jak Hamish -?tego nie wie­dział.

-?Jaki wybuch? -?Pho­ebe zmarsz­czyła brwi.

-?Nic takiego -?zbył ją Mar­cus, choć wyraz jego twa­rzy mówił co innego.

-?Zasta­na­wia­łem się rów­nież, czy nie zba­dał­byś Diany? Jak wiesz, ona nosi bliź­nięta. Sądzę, że jest na początku dru­giego try­me­stru, ale nie mie­li­śmy ostat­nio dostępu do odpo­wied­niej opieki medycz­nej, a ja chciał­bym być pewien. -?Gałązka oliwna Mat­thew, podob­nie jak wcze­śniej ręka Pho­ebe, wisiała w powie­trzu przez dłuż­szą chwilę, zanim została przy­jęta.

-?O-oczy­wi­ście -?wyją­kał Mar­cus. -?Dzię­kuję, że powie­rzasz Dianę mojej opiece. Nie zawiodę cię. A Hamish ma rację. Nawet gdy­bym zro­bił autop­sję Emily, nie dał­bym rady okre­ślić, czy została zabita przez magię, czy umarła z przy­czyn natu­ral­nych. Możemy ni­gdy się tego nie dowie­dzieć.

Mat­thew nie zawra­cał sobie głowy spo­rami. Zamie­rzał usta­lić, jaką dokład­nie rolę ode­grał Knox w śmierci Emily, bo odpo­wiedź miała zade­cy­do­wać, jak szybko Mat­thew go zabije i ile naj­pierw cza­row­nik wycierpi.

-?Pho­ebe, miło było poznać -?powie­dział.

-?Nawza­jem. -?Dziew­czyna skła­mała uprzej­mie i prze­ko­nu­jąco. Miała stać się poży­tecz­nym nabyt­kiem w sta­dzie de Cler­mon­tów.

-?Przyjdź rano do Diany, Mar­cu­sie. Będziemy na cie­bie cze­kać.

Mat­thew posłał ostatni uśmiech i zło­żył płytki ukłon fascy­nu­ją­cej Pho­ebe, po czym wyszedł z pokoju.

***

Nocne wędrówki po Sept-Tours nie zła­go­dziły gniewu ani nie­po­koju Mat­thew. Jeśli już, to powięk­szyły rysy w jego samo­kon­troli. Sfru­stro­wany wybrał do swo­jej wieży trasę powrotną prze­cho­dzącą obok twier­dzy i kaplicy. Znaj­do­wały się w niej tablice pamiąt­kowe więk­szo­ści zmar­łych de Cler­mon­tów: Phi­lippe'a, Louisy, jej brata bliź­niaka Louisa, God­freya, Hugh, a także kil­korga ich dzieci, uko­cha­nych przy­ja­ciół i słu­żą­cych.

-?Dzień dobry, Mat­thew. -?Powie­trze wypeł­nił zapach sza­franu i skórki poma­rań­czo­wej.

Fer­nando. Po dłu­gim waha­niu Mat­thew zmu­sił się do tego, żeby się odwró­cić.

Zwy­kle stare drew­niane drzwi kaplicy były zamknięte, bo tylko Mat­thew spę­dzał w niej czas. Tego wie­czoru stały otwo­rem, a na tle cie­płego bla­sku świec wyle­wa­ją­cego się ze środka ryso­wała się syl­wetka męż­czy­zny.

-?Mia­łem nadzieję, że cię spo­tkam. -?Fer­nando zro­bił sze­roki zapra­sza­jący gest ręką.

Patrzył, jak szwa­gier idzie w jego stronę, i przy­glą­dał się jego twa­rzy w poszu­ki­wa­niu zna­ków ostrze­gaw­czych: roz­sze­rzo­nych źre­nic, falo­wa­nia ramion przy­po­mi­na­ją­cego naje­żo­nego na grzbie­cie wilka, pomruku rodzą­cego się w głębi gar­dła.

-?Inspek­cja wypa­dła pomyśl­nie? -?zapy­tał Mat­thew z defen­sywną nutą w gło­sie.

-?Ujdzie. -?Fer­nando zamknął za nimi drzwi. -?Ledwo.

Mat­thew lekko prze­su­nął pal­cami po masyw­nym sar­ko­fagu Phi­lippe'a sto­ją­cym na środku kaplicy i ruszył dalej bez­sze­lest­nie pod czuj­nym spoj­rze­niem brą­zo­wych oczu Fer­nanda.

-?Gra­tu­luję mał­żeń­stwa, Mat­thew -?powie­dział Fer­nando. -?Choć jesz­cze nie pozna­łem Diany, Sarah opo­wia­dała mi o niej tyle histo­rii, że mam wra­że­nie, jak­by­śmy byli sta­rymi przy­ja­ciółmi.

-?Przy­kro mi, Fer­nando, ale... -?zaczął Mat­thew ze skru­szoną miną.

Gonçalves uci­szył go gestem ręki.

-?Nie ma potrzeby prze­pra­szać.

-?Dzię­kuję, że zaopie­ko­wa­łeś się ciotką Diany -?powie­dział Mat­thew. - Wiem, jak trudno ci tu prze­by­wać.

-?Wdowa potrze­bo­wała kogoś, kto pomy­śli naj­pierw o jej bólu. Ty to samo zro­bi­łeś dla mnie, kiedy umarł Hugh.

W Sept-Tours wszy­scy, od Gal­low­glassa i ogrod­nika po Vic­to­ire'a i Ysa­beau mówili o Sarah zawsze w odnie­sie­niu do Emily, a nie po imie­niu, kiedy nie było jej w pobliżu. Zwrot wyra­żał sza­cu­nek, a jed­no­cze­śnie wciąż przy­po­mi­nał o stra­cie.

-?Muszę cię zapy­tać, Mat­thew: czy Diana wie o twoim szale krwi? - Fer­nando mówił cicho. Mury kaplicy były grube, ale prze­zor­ność zawsze była wska­zana.

-?Oczy­wi­ście, że wie.

Mat­thew opadł na kolana przed małym sto­sem zbroi i broni w jed­nej z nisz kaplicy. Prze­strzeń była dosta­tecz­nie duża, żeby pomie­ścić trumnę, ale Hugh de Cler­mont został spa­lony na sto­sie, tak że nie zostało nic do pocho­wa­nia. Mat­thew stwo­rzył dla ulu­bio­nego brata rodzaj pomnika z poma­lo­wa­nego drewna i metalu: tar­czy, ręka­wic, kol­czugi, zbroi pły­to­wej, mie­cza i hełmu.

-?Wybacz mi suge­stię, że ukry­wał­byś tak ważną kwe­stię przed tą, którą kochasz. -?Fer­nando trzep­nął go w ucho. -?Cie­szę się, że powie­dzia­łeś żonie, ale zasłu­gu­jesz na baty za to, że nic nie pisną­łeś Mar­cu­sowi ani Hami­showi... ani Sarah.

-?Możesz spró­bo­wać. -?W gło­sie Mat­thew pobrzmie­wała groźba, która odstra­szy­łaby każ­dego innego członka jego rodziny... tylko nie Fer­nanda.

-?Chciał­byś pro­stej kary, co? Ale nie wykpisz się tak łatwo. Nie tym razem. -?Gonçalves ukląkł obok niego.

Zapa­dła długa cisza. Fer­nando cze­kał cier­pli­wie.

-?Szał krwi się nasi­lił. -?Mat­thew oparł głowę na dło­niach zło­żo­nych do modli­twy.

-?Oczy­wi­ście, że tak. Teraz jesteś żonaty. Czego się spo­dzie­wa­łeś?

Che­miczne i emo­cjo­nalne reak­cje towa­rzy­szące mał­żeń­stwu były inten­sywne i nawet cał­kiem zdrowe wam­piry z tru­dem zno­siły jaki­kol­wiek roz­dzie­le­nie z part­ne­rem. Nawet krót­kie roz­sta­nia pro­wa­dziły do nie­po­koju, iry­ta­cji, agre­sji i w rzad­kich wypad­kach do sza­leń­stwa. U wam­pira dotknię­tego sza­łem krwi zarówno impuls łącze­nia się w pary, jak i skutki roz­łąki były wie­lo­krot­nie spo­tę­go­wane.

-?Sądzi­łem, że sobie pora­dzę. -?Mat­thew oparł czoło na dło­niach. - Wie­rzy­łem, że miłość do Diany jest sil­niej­sza niż cho­roba.

-?Och, Mat­thew. Moż­liwe, że jesteś więk­szym ide­ali­stą niż Hugh w swo­ich naj­lep­szych cza­sach. -?Fer­nando wes­tchnął i poło­żył dłoń na jego ramie­niu.

Zawsze dawał pocie­chę i pomoc tym, któ­rzy ich potrze­bo­wali... nawet jeśli na to nie zasłu­gi­wali. Wysłał Mat­thew na stu­dia u chi­rurga Albu­ca­sisa, kiedy brat jego part­nera sta­rał się prze­zwy­cię­żyć śmier­telne ataki szału, drę­czące go w pierw­szych wie­kach po ponow­nych naro­dzi­nach. To Fer­nando chro­nił Hugh -?brata, któ­rego Mat­thew wiel­bił -?kiedy ten przy­jeż­dżał z pola bitwy do ksią­żek, a potem wra­cał na wojnę. Bez jego opieki Hugh sta­wiałby się do walki z tomi­kiem poezji, tępym mie­czem i jedną ręka­wicą. To Fer­nando powie­dział Phi­lippe'owi, że roz­kaz, żeby Mat­thew wró­cił do Jero­zo­limy, byłby strasz­li­wym błę­dem. Nie­stety, ani jeden, ani drugi go nie posłu­chali.

-?Z tru­dem zmu­si­łem się do tego, żeby ją dzi­siaj opu­ścić. -?Mat­thew prze­biegł wzro­kiem po kaplicy. -?Nie mogę usie­dzieć spo­koj­nie. Bar­dzo chcę coś zabić, ale pra­wie nie­moż­liwe jest odda­le­nie się od niej tak, żeby nie sły­szeć jej odde­chu.

Fer­nando słu­chał z nie­mym współ­czu­ciem, choć nie rozu­miał, dla­czego Mat­thew jest zdzi­wiony. Musiał sobie przy­po­mi­nać, że świeżo poślu­bione wam­piry czę­sto nie zdają sobie sprawy, jak bar­dzo ta nowa więź może na nie wpły­wać.

-?Teraz Diana chce być bli­sko Sarah i mnie. Ale kiedy jej smu­tek z powodu śmierci Emily minie, będzie chciała wró­cić do swo­jego życia. - Mat­thew był wyraź­nie zmar­twiony.

-?Nie może. Nie, kiedy ty będziesz stał przy jej boku. -?Przy nim Fer­nando ni­gdy nie owi­jał niczego w bawełnę. Ide­ali­ści tacy jak on potrze­bo­wali szcze­ro­ści, bo ina­czej się gubili. -?Diana się dosto­suje, jeśli cię kocha.

-?Nie będzie musiała się dosto­so­wy­wać -?wyce­dził Mat­thew przez zęby. - Nie odbiorę jej wol­no­ści, nie­ważne, ile mnie to będzie kosz­to­wać. W szes­na­stym wieku nie spę­dza­łem z nią każ­dej minuty. Nie ma powodu, żeby to się zmie­niło w dwu­dzie­stym pierw­szym.

-?W prze­szło­ści pano­wa­łaś nad uczu­ciami, bo jeśli nawet cie­bie przy niej nie było, to był Gal­low­glass. -?Gdy zoba­czył zasko­czoną minę Mat­thew, wyja­śnił: -?Opo­wie­dział mi wszystko o waszym życiu w Lon­dy­nie i Pra­dze. A jeśli nie Gal­low­glass, przy Dia­nie zawsze ktoś był: Phi­lippe, Davy, inna cza­row­nica, Mary, Henry. Naprawdę myślisz, że tele­fony komór­kowe dadzą ci porów­ny­walne poczu­cie bli­sko­ści i kon­troli?

Szał krwi czaił się tuż pod powierzch­nią, Mat­thew na­dal czuł gniew, ale jed­no­cze­śnie wyglą­dał na przy­gnę­bio­nego. Fer­nando pomy­ślał, że to jest krok we wła­ści­wym kie­runku.

-?Ysa­beau powinna cię powstrzy­mać przed związ­kiem z Dianą Bishop, kiedy stało się jasne, do czego to wszystko zmie­rza -?rzekł surowo Fer­nando. Gdyby Mat­thew był jego dziec­kiem, zamknąłby go w sta­lo­wej wieży, żeby temu zapo­biec.

-?Powstrzy­mała mnie. -?Wyraz twa­rzy Mat­thew stał się jesz­cze bar­dziej nie­szczę­śliwy. -?Nie byłem zwią­zany z Dianą do naszego przy­jazdu do Sept-Tours w tysiąc pięć­set dzie­więć­dzie­sią­tym. Dopiero Phi­lippe dał nam bło­go­sła­wień­stwo.

Fer­nando poczuł gorycz w ustach.

-?Aro­gan­cja tego czło­wieka nie znała gra­nic. Bez wąt­pie­nia zapla­no­wał wszystko przed waszym powro­tem do teraź­niej­szo­ści.

-?Phi­lippe wie­dział, że go tu nie będzie -?wyznał Mat­thew, a oczy Fer­nanda się roz­sze­rzyły. -?Nie powie­działem mu o jego śmierci, sam się domy­ślił.

Fer­nando zaklął szpet­nie. Bóg Mat­thew na pewno wyba­czyłby mu bluź­nier­stwo, bo w tym wypadku było uspra­wie­dli­wione.

-?I twój ślub z Dianą miał miej­sce przed tym czy po tym, jak Phi­lippe nazna­czył ją przy­sięgą krwi?

Nawet po podróży w cza­sie przy­sięga krwi na­dal była sły­szalna, a według Verin de Cler­mont i Gal­low­glassa ogłu­sza­jąca. Na szczę­ście Fer­nando nie nale­żał do tego rodu, więc pieśń Phi­lippe'a sta­no­wiła dla niego tylko cichy szum.

-?Potem.

-?Oczy­wi­ście. Przy­sięga krwi Phi­lippe'a zapew­niła jej bez­pie­czeń­stwo. Noli me tan­gere. -?Fer­nando pokrę­cił głową. -?Gal­low­glass traci czas, pil­nu­jąc Diany.

-?"Nie doty­kaj mnie, bo należę do Cezara" -?powie­dział cicho Mat­thew. - To prawda. Żaden wam­pir póź­niej jej nie zaata­ko­wał. Oprócz Louisy.

-?Louisa była na tyle sza­lona, żeby zlek­ce­wa­żyć życze­nie ojca - sko­men­to­wał Fer­nando. -?Domy­ślam się, że to dla­tego Phi­lippe wysy­łał ją w tysiąc pięć­set dzie­więć­dzie­sią­tym pierw­szym na skraj zna­nego świata. - Ta decy­zja zawsze wyda­wała mu się pochopna, a Phi­lippe nawet nie kiw­nął pal­cem, żeby pomścić jej póź­niej­szą śmierć. Fer­nando odło­żył tę infor­ma­cję do roz­wa­że­nia póź­niej.

***

Nagle drzwi się otwo­rzyły i przez kaplicę śmi­gnęła szara kotka Sarah. Za nią wszedł Gal­low­glass z paczką papie­ro­sów w jed­nej ręce i srebrną pier­siówką w dru­giej. Tabi­tha zaczęła się łasić do nóg Mat­thew, doma­ga­jąc się jego uwagi.

-?Dacho­wiec Sarah jest pra­wie tak nie­zno­śny jak smok ogni­sty cio­teczki. -?Gal­low­glass podał butelkę stry­jowi. -?Napij się. To nie krew, ale i nie fran­cu­ski sikacz babci. To, co ona ser­wuje, nadaje się do sto­so­wa­nia tylko jako woda koloń­ska.

Mat­thew pokrę­cił głową. Wino Bal­dwina już zakwa­siło mu żołą­dek.

-?I ty nazy­wasz się wam­pi­rem -?rzu­cił drwiąco Fer­nando, patrząc na Gal­low­glassa. -?Musisz się napić z powodu um pequ­eno dragăo.

-?Spró­buj okieł­znać Corrę, jeśli myślisz, że to takie łatwe. - Gal­low­glass wysu­nął papie­rosa z paczki i wsa­dził go do ust. -?Albo możemy gło­so­wać, co z nią zro­bimy.

-?Gło­so­wać? -?zdzi­wił się Mat­thew. -?A od kiedy to gło­su­jemy w tej rodzi­nie?

-?Odkąd Mar­cus prze­jął Zakon Ryce­rzy Świę­tego Łaza­rza -?odparł Gal­low­glass, wyj­mu­jąc z kie­szeni srebrną zapal­niczkę. -?Odkąd wyje­cha­łeś, aż dła­wimy się demo­kra­cją.

Fer­nando popa­trzył na niego zna­cząco.

-?Co? -?Gal­low­glass otwo­rzył zapal­niczkę.

-?To święte miej­sce, a poza tym wiesz, co Mar­cus sądzi o pale­niu, kiedy w domu są cie­pło­krwi­ści -?przy­po­mniał z dez­apro­batą Fer­nando.

-?I możesz sobie wyobra­zić, co ja o tym sądzę, gdy na górze jest moja cię­żarna żona. -?Mat­thew wyrwał papie­rosa z ust bra­tanka.

-?Ta rodzina była zabaw­niej­sza, kiedy było w niej mniej leka­rzy - stwier­dził ponuro Gal­low­glass. -?Pamię­tam stare dobre czasy, kiedy sami zszy­wa­li­śmy swoje rany bitewne i nie obcho­dził nas żaden poziom żelaza czy wita­miny D.

-?O, tak. -?Fer­nando uniósł rękę, poka­zu­jąc poszar­paną bli­znę. -?Tamte dni rze­czy­wi­ście były wspa­niałe. A twoje umie­jęt­no­ści, jeśli cho­dzi o igłę, legen­darne, Bife.

-?Popra­wi­łem się -?pró­bo­wał się bro­nić Gal­low­glass. -?Oczy­wi­ście ni­gdy nie byłem tak dobry jak Mat­thew czy Mar­cus. Ale nie mogli­śmy wszy­scy iść na uni­wer­sy­tet.

-?Nie, póki Phi­lippe był głową rodziny -?przy­znał Fer­nando. -?On wolał, żeby jego dzieci i wnuki wła­dały mie­czem, a nie ide­ami. Dzięki temu byli­ście o wiele bar­dziej ule­gli.

Ta uwaga zawie­rała ziarno prawdy i ocean bólu.

-?Powi­nie­nem wra­cać do Diany. -?Mat­thew dotknął ramie­nia Fer­nanda i ruszył do wyj­ścia.

-?Cze­ka­nie nie uła­twi wyzna­nia Mar­cu­sowi i Hami­showi prawdy o szale krwi, przy­ja­cielu -?ostrzegł go Fer­nando.

-?Myśla­łem, że po tylu latach mój sekret jest bez­pieczny -?powie­dział Mat­thew.

-?Sekrety, tak jak umarli, nie zawsze pozo­stają pogrze­bane -?zauwa­żył ze smut­kiem Fer­nando. -?Powiedz im. Jak naj­szyb­ciej.

***

Mat­thew wró­cił do swo­jej wieży bar­dziej wzbu­rzony, niż kiedy ją opusz­czał.

Ysa­beau zmarsz­czyła brwi na jego widok.

-?Dzię­kuję, że czu­wa­łaś nad Dianą, maman -?powie­dział, cału­jąc ją w poli­czek.

-?A ty, synu? -?Ysa­beau dotknęła jego policzka, wypa­tru­jąc, tak jak wcze­śniej Fer­nando, oznak szału krwi. -?Czy nie powin­nam raczej czu­wać nad tobą?

-?Nic mi nie jest. Naprawdę.

-?Oczy­wi­ście. -?Ten zwrot ozna­czał wiele rze­czy w pry­wat­nym słow­niku jego matki, ale ni­gdy tego, że ona się z kimś zga­dza. -?Będę w swoim pokoju, gdy­byś mnie potrze­bo­wał.

Kiedy ucichł odgłos kro­ków matki, Mat­thew sze­roko otwo­rzył okna i przy­su­nął do nich fotel. Zaczął chło­nąć inten­sywne let­nie zapa­chy lep­nicy i ostat­nich lew­ko­nii. Cichy oddech Diany śpią­cej na górze mie­szał się z innymi noc­nymi pie­śniami, które mogły usły­szeć tylko wam­piry: kle­ko­tem żuwa­czek chrząsz­czy wal­czą­cych ze sobą o samice, świsz­czą­cym odde­chem popie­lic bie­ga­ją­cych po blan­kach, prze­ni­kli­wymi piskami ćmy tru­piej główki, dra­pa­niem pazu­rów kun leśnych wspi­na­ją­cych się na drzewa. Sądząc po stęk­nię­ciach i sapa­niu, które dobie­gało z ogrodu, Gal­low­glas­swowi nie uda­wało się schwy­tać dzika buszu­ją­cego w warzy­wach Mar­the, podob­nie jak wcze­śniej nie powio­dło mu się z Corrą.

Nor­mal­nie Mat­thew roz­ko­szo­wał się spo­koj­nymi godzi­nami mię­dzy pół­nocą a świ­tem, kiedy sowy prze­sta­wały pohu­ki­wać i nawet naj­bar­dziej zdy­scy­pli­no­wane ranne ptaki jesz­cze nie zrzu­ciły z sie­bie koł­dry. Tej nocy nawet zna­jome zapa­chy i dźwięki nie potra­fiły zdzia­łać cudu.

Mogło mu pomóc tylko jedno.

Mat­thew wspiął się po scho­dach na szczyt wieży. Spoj­rzał z góry na uśpioną postać. Pogła­skał ją po wło­sach i uśmiech­nął się, kiedy żona instynk­tow­nie przy­su­nęła głowę do jego ręki. Choć to wyda­wało się nie­moż­liwe, paso­wali do sie­bie: wam­pir i cza­row­nica, męż­czy­zna i kobieta, mąż i żona. Twarda pięść zaci­śnięta wokół jego serca roz­luź­niła się o kilka cen­nych mili­me­trów.

Mat­thew zdjął ubra­nie i wśli­znął się do łóżka. Pościel była oplą­tana wokół nóg Diany, więc wycią­gnął ją i nakrył ich oboje. Wpa­so­wał się kola­nami pod kolana żony i przy­su­nął do sie­bie jej bio­dra. Wchło­nął jej deli­katny, miły zapach -?miodu, rumianku i soku z wierzby -?musnął poca­łun­kiem jasne włosy.

Po zale­d­wie kilku odde­chach jego serce zwol­niło, napię­cie zelżało. Diana dała mu spo­kój, któ­rego wcze­śniej nie mógł zaznać. W kręgu ramion miał wszystko, czego potrze­bo­wał. Żonę. Dzieci. Wła­sną rodzinę. Pozwo­lił, żeby jego duszę prze­nik­nęło silne uczu­cie praw­dzi­wo­ści, które zapew­niała mu sama obec­ność Diany.

-?Mat­thew? -?wymam­ro­tała sen­nie.

-?Jestem tutaj -?szep­nął jej do ucha, przy­tu­la­jąc ją moc­niej. -?Śpij. Słońce jesz­cze nie wze­szło.

Diana jed­nak odwró­ciła się twa­rzą do niego i wtu­liła w jego szyję.

-?O co cho­dzi, mon coeur? -?Mat­thew zmarsz­czył brwi i odsu­nął się, żeby spoj­rzeć na żonę. Jej twarz była napuch­nięta i czer­wona od pła­czu, drobne zmarszczki wokół oczu pogłę­biły się od tro­ski i żalu. Ten widok go zabo­lał. -?Powiedz mi.

-?Nie ma sensu -?stwier­dziła ze smut­kiem Diana. -?Nikt nie może tego napra­wić.

Mat­thew się uśmiech­nął.

-?Przy­naj­mniej pozwól mi spró­bo­wać.

-?Możesz spra­wić, żeby czas sta­nął w miej­scu? -?wyszep­tała Diana po chwili waha­nia. -?Choć na tro­chę?

Mat­thew był sta­rym wam­pi­rem, a nie cza­row­nicą podró­żu­jącą w cza­sie. Ale był rów­nież męż­czy­zną i znał jeden spo­sób na osią­gnię­cie tego magicz­nego celu. Głowa mówiła mu, że to za wcze­śnie po śmierci Emily, ale ciało wysy­łało inne, bar­dziej wymowne sygnały.

Powoli opu­ścił głowę, dając Dia­nie czas, żeby go ode­pchnęła. Ona jed­nak wplo­tła palce w jego włosy i odwza­jem­niła poca­łu­nek z inten­syw­no­ścią, która zaparła mu dech.

Jej koszula nocna z deli­kat­nego płótna pocho­dziła z dale­kiej prze­szło­ści i choć była nie­mal prze­zro­czy­sta, na­dal sta­no­wiła barierę mię­dzy ich cia­łami. Mat­thew uniósł ją, odsła­nia­jąc miękką wypu­kłość, w któ­rej rosły jego dzieci, krą­głość piersi doj­rze­wa­ją­cych z dnia na dzień obiet­nicą pokarmu. Nie kochali się od cza­sów Lon­dynu. Mat­thew zare­je­stro­wał więk­sze napię­cie brzu­cha Diany, znak, że bliź­nięta się roz­wi­jają, a także zwięk­szony dopływ krwi do piersi i łona.

Nasy­cił nią oczy, palce i usta. Ale zamiast satys­fak­cji poczuł jesz­cze więk­szy głód. Zasy­pał poca­łun­kami jej ciało, aż dotarł do ukry­tych miejsc, które znał tylko on. Diana pró­bo­wała moc­niej przy­ci­snąć do sie­bie jego usta, a on skub­nął zębami jej udo w nie­mej naga­nie.

Gdy Diana na serio zaczęła wal­czyć z jego samo­kon­trolą, doma­ga­jąc się czy­nów, on obró­cił ją i prze­su­nął chłodną dło­nią po jej ple­cach.

-?Chcia­łaś, żeby czas się zatrzy­mał -?przy­po­mniał jej.

-?Zatrzy­mał się. -?Diana naparła na niego zapra­sza­jąco.

-?Więc dla­czego mnie popę­dzasz?

Mat­thew dotknął bli­zny w kształ­cie gwiazdy mię­dzy jej łopat­kami i pół­księ­życa bie­gną­cego łukiem z jed­nej strony żeber na drugą. Zmarsz­czył brwi. W dole ple­ców zoba­czył cień, głę­boko pod skórą, per­ło­wo­szary zarys, który wyglą­dał tro­chę jak smok ogni­sty wgry­za­jący się w pół­księ­życ, skrzy­dłami zasła­nia­jący klatkę pier­siową Diany, ogo­nem ople­ciony wokół jej bio­der.

-?Dla­czego się zatrzy­ma­łeś? -?Diana odgar­nęła włosy z oczu i spoj­rzała na niego przez ramię, wykrę­ca­jąc szyję. -?Chcę, żeby czas się zatrzy­mał, ale nie ty.

-?Masz coś na ple­cach. -?Mar­thew prze­su­nął pal­cami po skrzy­dłach smoka ogni­stego.

-?Coś nowego? -?zapy­tała Diana z ner­wo­wym śmie­chem. Na­dal się mar­twiła, że wygo­jone rany ją szpecą.

-?Razem z innymi two­imi bli­znami przy­po­mina mi to obraz z labo­ra­to­rium Mary Sid­ney, ten ze smo­kiem ogni­stym chwy­ta­ją­cym pasz­czą księ­życ. - Zasta­na­wiał się, czy zarys bestii byłby widoczny rów­nież dla innych, skoro potra­fiły go dostrzec tylko jego oczy wam­pira. -?Jest piękny. Kolejny dowód two­jej odwagi.

-?Mówi­łeś, że jestem nie­ostrożna -?przy­po­mniała mu Diana. Zaparło jej dech, gdy jego usta dotknęły głowy smoka.

-?Bo jesteś. -?Mat­thew prze­su­nął war­gami wzdłuż krę­tego ogona smoka. Się­gnął niżej. -?I to dopro­wa­dza mnie do sza­leń­stwa.

Jed­no­cze­śnie on dopro­wa­dzał ją do sza­leń­stwa, prze­ry­wa­jąc to, co robił, żeby szep­tać czułe słówka albo obiet­nice. Ona chciała speł­nie­nia i spo­koju, wraz z któ­rym przy­cho­dziło zapo­mnie­nie, ale on pra­gnął, żeby ta chwila -?pełna poczu­cia bez­pie­czeń­stwa i intym­no­ści -?trwała wiecz­nie. Odwró­cił żonę do sie­bie. Jej usta były mięk­kie i pełne, oczy roz­ma­rzone, kiedy wsu­wał się w nią powoli. Poru­szał się deli­kat­nie, aż przy­śpie­szone bicie jej serca powie­działo mu, że zbliża się punkt kul­mi­na­cyjny.

Diana wykrzyk­nęła jego imię, tka­jąc zaklę­cie, które umie­ściło ich w cen­trum świata.

Potem leżeli sple­ceni ze sobą w ostat­nich różo­wa­wych chwi­lach przed świ­tem. Diana przy­cią­gnęła głowę męża do piersi. On spoj­rzał na nią pyta­jąco, a ona poki­wała głową. Mat­thew przy­tknął usta do sre­brzy­stego księ­życa nad wyraźną nie­bie­ską żyłą.

Był to stary spo­sób wam­pi­rów na pozna­nie uko­cha­nej, uświę­cona chwila bli­sko­ści ducho­wej, kiedy myśli i emo­cje były wymie­niane szcze­rze i bez osą­dza­nia. Wam­piry były skry­tymi bytami, ale kiedy piły krew z żyły nad ser­cem part­nerki, nastę­po­wał moment dosko­na­łego spo­koju i zro­zu­mie­nia, który uci­szał stałą, tłu­mioną potrzebę polo­wa­nia i posia­da­nia.

Skóra Diany roz­stą­piła się pod jego zębami i Mat­thew wypił kilka cen­nych uncji jej krwi. Wraz z nią zalała go fala wra­żeń i uczuć: rado­ści zmie­sza­nej z żalem, zachwytu z powrotu do przy­ja­ciół i rodziny, nazna­czo­nego smut­kiem, wście­kło­ści z powodu śmierci Emily, hamo­wa­nej przez Dianę ze względu na niego i na dzieci.

-?Oszczę­dził­bym ci tej straty, gdy­bym mógł -?powie­dział cicho Mat­thew, cału­jąc ślad, jaki jego usta zosta­wiły na jej skó­rze. Prze­to­czył się razem z nią tak, że zna­lazł się na ple­cach, a Diana na nim. Żona spoj­rzała mu w oczy.

-?Wiem. Po pro­stu ni­gdy mnie nie zosta­wiaj, Mat­thew. Bez poże­gna­nia.

-?Ni­gdy cię nie zosta­wię -?obie­cał.

Diana dotknęła ustami jego czoła. Przy­ci­snęła je do skóry mię­dzy jego oczami. Więk­szość cie­pło­krwi­stych nie mogła uczest­ni­czyć w rytu­ale wspól­noty wam­pi­rów, ale jego żona zna­la­zła spo­sób na obej­ście tego ogra­ni­cze­nia, tak jak to robiła z innymi prze­szko­dami na swo­jej dro­dze. Odkryła, że kiedy całuje go wła­śnie w tym miej­scu, widzi jego naj­skryt­sze myśli i mroczne miej­sca, w któ­rych są ukryte jego tajem­nice i lęki.

Mat­thew czuł jedy­nie mro­wie­nie od jej mocy, więc leżał nie­ru­chomo, żeby Diana rów­nież mogła się nim nasy­cić. Odprę­żył się, żeby jego uczu­cia i myśli mogły pły­nąć do niej swo­bod­nie.

-?Witaj w domu, sio­stro.

Nie­ocze­ki­wany zapach dymu drzew­nego i skó­rza­nych sio­deł zalał pokój, kiedy Bal­dwin zerwał koł­drę z łóżka.

Diana krzyk­nęła wystra­szona. Mat­thew pró­bo­wał zakryć sobą jej nagie ciało, ale było za późno. Jego żony już dotknął inny wam­pir.

-?Już w poło­wie pod­jazdu sły­sza­łem przy­sięgę krwi mojego ojca. I jesteś w ciąży. -?Wzrok Bal­dwina de Cler­monta padł na zaokrą­glony brzuch Diany. Jego chłodna twarz była wście­kła i jed­no­cze­śnie chłodna. Obró­cił jej rękę i pową­chał nad­gar­stek. -?I tylko zapach Mat­thew na tobie. No, no.

Bal­dwin puścił Dianę, Mat­thew ją objął.

-?Wsta­waj­cie! -?roz­ka­zał z furią wam­pir. -?Oboje.

-?Nie masz nade mną wła­dzy, Bal­dwi­nie! -?krzyk­nęła Diana.

Nie mogła wymy­ślić odpo­wie­dzi, która bar­dziej roz­wście­czy­łaby szwa­gra. Bal­dwin nachy­lił się do niej bez ostrze­że­nia, tak że jego twarz zna­la­zła się cale od jej twa­rzy. Tylko twarda dłoń Mat­thew zaci­śnięta na szyi brata nie pozwo­liła mu zbli­żyć się bar­dziej.

-?Przy­sięga krwi mojego ojca ozna­cza, że mam. -?Bal­dwin wbił spoj­rze­nie w oczy Diany, sta­ra­jąc się zmu­sić ją do odwró­ce­nia wzroku. Kiedy tak się nie stało, wam­pir stwier­dził: -?Two­jej żonie bra­kuje manier, Mat­thew. Naucz ją albo ja to zro­bię.

-?Wyuczyć? -?Oczy Diany się roz­sze­rzyły.

Gdy roz­sta­wiła palce, wiatr owiał jej stopy gotowy odpo­wie­dzieć na wezwa­nie. Wysoko w górze Corra krzyk­nęła, by dać znać swo­jej pani, że już jest w dro­dze.

-?Żad­nej magii i żad­nych smo­ków -?szep­nął jej do ucha Mat­thew, modląc się, żeby choć ten jeden raz go posłu­chała. Nie chciał, żeby Bal­dwin czy kto­kol­wiek inny w rodzi­nie zoba­czył, jak bar­dzo roz­wi­nęły się jej umie­jęt­no­ści, kiedy prze­by­wali w szes­na­stym wieku.

Jakimś cudem Diana ski­nęła głową.

-?Co to ma zna­czyć? -?W pokoju roz­legł się lodo­waty głos Ysa­beau. - Jedy­nym uspra­wie­dli­wie­niem two­jej obec­no­ści tutaj, Bal­dwi­nie, może być to, że postra­da­łeś rozum.

-?Ostroż­nie, Ysa­beau. Poka­zu­jesz pazury. -?Bal­dwin ruszył do scho­dów. - Zapo­mi­nasz, że ja jestem głową rodu de Cler­mon­tów. Nie potrze­buję żad­nych uspra­wie­dli­wień. Spo­tkajmy się w biblio­tece, Mat­thew. Ty też, Diano.

Bal­dwin odwró­cił się i wpa­try­wał w brata dziw­nymi zło­to­brą­zo­wymi oczyma.

-?Nie każ mi cze­kać.

Rozdział 3

Biblio­teka de Cler­mon­tów była ską­pana w łagod­nym świe­tle przed­świtu, w któ­rym wszystko wyda­wało się mięk­kie: brzegi ksią­żek, mocne zarysy drew­nia­nych rega­łów sto­ją­cych pod ścia­nami, dywan Aubus­sona w cie­płych zło­tych i błę­kit­nych bar­wach.

Jed­nakże to świa­tło nie stę­piło mojego gniewu.

Przez trzy dni myśla­łam, że nic nie wyprze mojego żalu z powodu śmierci Emily, ale trzy minuty w towa­rzy­stwie Bal­dwina poka­zały, że się myli­łam.

-?Wejdź, Diano.

Bal­dwin sie­dział przy wyso­kim oknie na podob­nym do tronu krze­śle Savo­na­roli. Jego rudo­złote włosy lśniły w bla­sku lampy, a ich kolor przy­po­mi­nał mi pióra Augu­sty, orła, z któ­rym cesarz Rudolf polo­wał w Pra­dze. Każdy cal musku­lar­nego ciała wam­pira był napięty z gniewu i powścią­ga­nej siły.

Rozej­rza­łam się po pokoju. Nie my jedni zosta­li­śmy wezwani na rodzinne zebra­nie. Przy kominku cze­kała drobna młoda kobieta o skó­rze koloru odtłusz­czo­nego mleka i czar­nych ster­czą­cych wło­sach. Jej oczy były ciem­no­szare i ogromne, oko­lone gęstymi rzę­sami. Wcią­gnęła powie­trze nosem, jakby wyczu­wała burzę.

-?Verin.

Mat­thew ostrzegł mnie przed cór­kami Phi­lippe'a, które były tak prze­ra­ża­jące, że rodzina kazała mu prze­stać je two­rzyć. Ale ta tutaj nie wyglą­dała na groźną. Twarz miała gładką i pogodną, postawę roz­luź­nioną, jej oczy try­skały ener­gią i inte­li­gen­cją. Gdyby nie czarne ubra­nie, można by ją wziąć za elfa.

I wtedy zauwa­ży­łam ręko­jeść noża wysta­jącą z jej czar­nych wyso­kich butów na obca­sach.

-?Wölfling -?Verin chłodno powi­tała brata, ale spoj­rze­nie, które posłała mnie, było jesz­cze bar­dziej lodo­wate. -?Cza­row­nica.

-?Diana. -?Zapło­nął we mnie gniew.

-?Mówi­łam ci, że nie da się pomy­lić. -?Verin nie zare­ago­wała na moje słowa, tylko zwró­ciła się do naj­star­szego brata.

-?Co tu robisz, Bal­dwi­nie? -?spy­tał Mat­thew.

-?Nie wie­dzia­łem, że potrze­buję zapro­sze­nia do domu mojego ojca -?odparł brat. -?Tak się składa, że przy­je­cha­łem z Wene­cji, żeby zoba­czyć się z Mar­cu­sem.

Spoj­rze­nia obu męż­czyzn się zwarły.

-?Wyobraź sobie moje zasko­cze­nie, kiedy cie­bie tu zasta­łem -?cią­gnął Bal­dwin. -?Nie spo­dzie­wa­łem się rów­nież, że twoja part­nerka jest teraz moją sio­strą. Phi­lippe umarł w tysiąc dzie­więć­set czter­dzie­stym pią­tym, więc jak to moż­liwe, że czuję jego przy­sięgę krwi? Że ją sły­szę?

-?Może niech ktoś inny prze­każe ci naj­now­sze wie­ści. -?Mat­thew wziął mnie za rękę i odwró­cił się, żeby pójść na górę.

-?Żadne z was nie znik­nie mi z oczu, póki się nie dowiem, jak cza­row­nica wyłu­dziła przy­sięgę krwi z mar­twego wam­pira. -?W gło­sie Bal­dwina zabrzmiała groźba.

-?To nie było żadne wyłu­dze­nie -?oświad­czy­łam z obu­rze­niem.

-?A zatem nekro­man­cja? Jakiś brudne zaklę­cie wskrze­sza­jące? A może wezwa­łaś jego ducha i zmu­si­łaś go do zło­że­nia przy­sięgi?

-?To, co się wyda­rzyło mię­dzy Phi­lippe'em i mną, nie ma nic wspól­nego z moją magią, a wszystko z jego wspa­nia­ło­myśl­no­ścią. -?Mój gniew jesz­cze bar­dziej się roz­pa­lił.

-?Mówisz tak, jak­byś go znała -?stwier­dził Bal­dwin. -?To nie­moż­liwe.

-?Nie dla podróż­niczki w cza­sie.

-?Podróż­niczki w cza­sie? -?Bal­dwin osłu­piał.

-?Diana i ja byli­śmy w prze­szło­ści -?wyja­śnił Mat­thew. -?Dokład­nie mówiąc, w roku tysiąc pięć­set dzie­więć­dzie­sią­tym. Odwie­dzi­li­śmy Sept-Tours tuż przed świę­tami Bożego Naro­dze­nia.

-?Widzie­li­ście Phi­lippe'a? -?zapy­tał Bal­dwin.

-?Widzie­li­śmy. Phi­lippe był tam­tej zimy sam. Przy­słał mi monetę i kazał przy­je­chać do domu.

Obecni w pokoju de Cler­mon­to­wie zro­zu­mieli pry­watny kod ich ojca. Kiedy senior rodu przy­sy­łał starą srebrną monetę, odbiorca musiał bez pyta­nia posłu­chać roz­kazu.

-?W grud­niu? To zna­czy, że musimy zno­sić jesz­cze pięć mie­sięcy pie­śni krwi -?wymam­ro­tała Verin, ści­ska­jąc mostek nosa, jakby bolała ją głowa.

Zmarsz­czy­łam brwi.

-?Dla­czego pięć mie­sięcy? -?zapy­ta­łam.

-?Według naszych legend przy­sięga krwi śpiewa przez rok i jeden dzień - wyja­śnił Bal­dwin. -?Wszyst­kie wam­piry ją sły­szą, ale pieśń jest szcze­gól­nie gło­śna i wyraźna dla tych, któ­rzy mają w żyłach krew Phi­lippe'a.

-?Phi­lippe chciał usu­nąć wszel­kie wąt­pli­wo­ści, że jestem de Cler­mont - powie­dzia­łam, patrząc na Mat­thew.

Wszyst­kie wam­piry, które poznały mnie w szes­na­stym wieku, musiały sły­szeć tę pieśń, dla­tego wie­działy, że jestem nie tylko part­nerką Mat­thew, ale rów­nież córką Phi­lippe'a de Cler­monta. Mój teść chro­nił mnie na każ­dym eta­pie naszej podróży przez prze­szłość.

-?Żadna cza­row­nica nie zosta­nie uznana za członka rodu de Cler­mont. - Ton Bal­dwina był bez­na­miętny i sta­now­czy.

-?Ja już nim jestem. -?Unio­słam lewą rękę, żeby zoba­czył moją obrączkę. -?Mat­thew i ja wzię­li­śmy ślub. Wasz ojciec był gospo­da­rzem cere­mo­nii. Jeśli prze­trwały archiwa para­fii Saint-Lucien, dowie­cie się z nich, że uro­czy­stość odbyła się siód­mego grud­nia tysiąc pięć­set dzie­więć­dzie­sią­tego roku.

-?We wsi zna­leź­li­by­śmy księgę kościelną z wyrwaną stroną -?powie­działa cicho Verin. -?Atta zawsze zacie­rał ślady.

-?Nie ma zna­cze­nia, czy się pobra­li­ście, bo Mat­thew rów­nież nie jest praw­dzi­wym de Cler­mon­tem, a jedy­nie dziec­kiem part­nerki mojego ojca - rzekł zimno Bal­dwin.

-?To nie­do­rzeczne -?zapro­te­sto­wa­łam. -?Phi­lippe uwa­żał go za swo­jego syna. Mat­thew nazywa cie­bie bra­tem, a Verin sio­strą.

-?Nie jestem sio­strą tego szcze­niaka -?oświad­czyła Verin. -?Nie mamy wspól­nej krwi, tylko nazwi­sko. I dzięki Bogu.

-?Prze­kona się pani, Diano, że mał­żeń­stwo i part­ner­stwo nie liczą się dla więk­szo­ści de Cler­mon­tów -?roz­legł się cichy głos z wyraź­nym hisz­pań­skim albo por­tu­gal­skim akcen­tem. Nale­żał do nie­zna­jo­mego, który stał w drzwiach. Jego ciemne włosy i oczy koloru espresso kon­tra­sto­wały z jasno­złotą skórą i jasną koszulą.

-?Nie pro­si­li­śmy o twoją obec­ność, Fer­nando -?rzu­cił gniew­nie Bal­dwin.

-?Jak wie­cie, przy­cho­dzę, kiedy jestem potrzebny, a nie kiedy mnie wzy­wają. -?Męż­czy­zna ukło­nił mi się lekko. -?Fer­nando Gonçalves. Bar­dzo mi przy­kro z powodu pani straty.

Nazwi­sko tego czło­wieka koła­tało się w mojej pamięci. Już gdzieś je sły­sza­łam.

-?To pana Mat­thew popro­sił o przy­wódz­two nad Zako­nem Ryce­rzy Świę­tego Łaza­rza, kiedy sam zre­zy­gno­wał ze sta­no­wi­ska wiel­kiego mistrza - stwier­dzi­łam w końcu.

Fer­nando Gonçalves nale­żał do naj­groź­niej­szych ryce­rzy zakonu. Sądząc po sze­ro­ko­ści jego ramion i ogól­nej spraw­no­ści, nie wąt­pi­łam, że to prawda.

-?Tak. -?Jak wszyst­kie wam­piry miał cie­pły i głę­boki głos o brzmie­niu jak nie z tego świata. -?Ale Hugh de Cler­mont był moim part­ne­rem. Odkąd zgi­nął razem z tem­pla­riu­szami, mia­łem nie­wiele do czy­nie­nia z zako­nami rycer­skimi, bo nawet naj­dziel­niej­szym ryce­rzom brak odwagi, żeby dotrzy­my­wać obiet­nic. -?Fer­nando wbił wzrok w naj­star­szego de Cler­monta. -?Prawda, Bal­dwi­nie?

-?Rzu­casz mi wyzwa­nie? -?Bal­dwin wstał.

-?A muszę? -?Fer­nando się uśmiech­nął. Był niż­szy od szwa­gra, ale coś mi mówiło, że nie byłoby łatwo poko­nać go w walce. -?Nie pomy­ślał­bym, że zlek­ce­wa­żysz przy­sięgę krwi swo­jego ojca.

-?Nie mamy poję­cia, czego Phi­lippe chciał od tej cza­row­nicy. Mógł pró­bo­wać dowie­dzieć się wię­cej o jej mocy. Albo ona mogła użyć magii. - Bal­dwin wysu­nął pod­bró­dek do przodu.

-?Nie bądź głupi. Cio­teczka nie użyła żad­nej magii wobec dziadka. - Gal­low­glass wszedł do pokoju kro­kiem tak nie­dba­łym i zre­lak­so­wa­nym, jakby de Cler­mon­to­wie zawsze spo­ty­kali się o wpół do pią­tej rano, żeby poroz­ma­wiać o pil­nych spra­wach.

-?Skoro Gal­low­glass już tu jest, zosta­wię de Cler­mon­tów samych. - Fer­nando ski­nął głową Mat­thew. -?Wezwij mnie, jeśli będę ci potrzebny.

-?Pora­dzimy sobie. Prze­cież jeste­śmy rodziną. -?Po wyj­ściu Fer­nanda Gal­low­glass mru­gnął nie­win­nie do Verin i Bal­dwina. -?Jeśli cho­dzi o to, czego Phi­lippe chciał, to cał­kiem pro­ste, stryju. Chciał, żebyś ofi­cjal­nie uznał Dianę za jego córkę. Zapy­taj Verin.

-?Co to zna­czy? -?Bal­dwin spoj­rzał na sio­strę.

-?Atta wezwał mnie kilka dni przed śmier­cią -?powie­działa Verin cichym, smut­nym gło­sem. Słowo atta było obce, ale wyraź­nie wyczu­wało się w nim czu­łość. -?Phi­lippe mar­twił się, że możesz zlek­ce­wa­żyć jego przy­sięgę krwi. Kazał mi przy­siąc, że ją uznasz, choćby nie wiem co.

-?Przy­sięga Phi­lippe'a była pry­watną sprawą mię­dzy nim a mną. Nie trzeba jej uzna­wać. Nie musi­cie robić tego wy ani nikt inny. -?Nie chcia­łam, żeby moje wspo­mnie­nia o Phi­lip­pie -?i o tam­tej chwili -?zostały zbru­kane przez Bal­dwina albo Verin.

-?Nic ma rze­czy bar­dziej publicz­nej od adop­cji cie­pło­krwi­stej i przy­ję­cia jej do klanu wam­pi­rów -?oświad­czyła Verin i prze­nio­sła wzrok na Mat­thew. -?Nie nauczy­łeś cza­row­nicy naszych zwy­cza­jów, zanim wda­łeś się w ten zaka­zany romans?

-?Czas był luk­su­sem, któ­rego nie mie­li­śmy -?odpo­wie­dzia­łam zamiast niego.

Na samym początku naszego związku Ysa­beau ostrze­gła mnie, że muszę dużo dowie­dzieć się o wam­pi­rach. Po tej roz­mo­wie przy­sięga krwi wysu­nęła się na czoło listy rze­czy, które powin­nam zgłę­bić.

-?Zatem pozwól, że ci wyja­śnię -?zaczęła Verin bel­fer­skim tonem. -?Nim ucich­nie pieśń Phi­lippe'a, jedno z jego dzieci czy­stej krwi musi uznać przy­sięgę. Do tego czasu nie jesteś praw­dziwą de Cler­mont i żaden wam­pir nie ma obo­wiązku uwa­żać cię za członka naszej rodziny.

-?To wszystko? Nie obcho­dzą mnie oby­czaje wam­pi­rów. Wystar­czy mi, że jestem żoną Mat­thew. -?Im wię­cej sły­sza­łam o de Cler­mon­tach, tym mniej mi się to wszystko podo­bało.

-?Gdyby to była prawda, mój ojciec nie musiałby cię adop­to­wać - zauwa­żyła Verin.

-?Pój­dziemy na kom­pro­mis -?posta­no­wił Bal­dwin. -?Z pew­no­ścią Phi­lippe byłby zado­wo­lony, gdyby imiona dzieci cza­row­nicy zna­la­zły się na drze­wie gene­alo­gicz­nym de Cler­mon­tów.

Jego słowa zabrzmiały pojed­naw­czo, ale byłam pewna, że kryje się za nimi jakiś mroczny cel.

-?Moje dzieci nie są waszymi krew­nymi. -?Głos Mat­thew zabrzmiał jak grzmot.

-?Są, jeśli Diana jest de Cler­mont, tak jak twier­dzi -?powie­dział z uśmie­chem Bal­dwin.

-?Chwi­leczkę. Jakie drzewo gene­alo­giczne? -?Musia­łam cof­nąć się o krok w tej dys­ku­sji.

-?Kon­gre­ga­cja pro­wa­dzi ofi­cjalne drzewa gene­alo­giczne wszyst­kich rodzin wam­pi­rów -?odparł Bal­dwin. -?Nie­któ­rzy już nie prze­strze­gają tej tra­dy­cji. De Cler­mon­to­wie tak. Zapi­sują daty naro­dzin i śmierci, nazwi­ska part­ne­rów i potom­stwa.

Moja ręka auto­ma­tycz­nie powę­dro­wała do brzu­cha. Chcia­łam, żeby Kon­gre­ga­cja jak naj­dłu­żej nie wie­działa o moich dzie­ciach. Sądząc po wyra­zie twa­rzy Mat­thew, on czuł to samo.

-?Może podróż w cza­sie wystar­czy, żeby wyja­śnić sprawę przy­sięgi krwi, ale tylko naj­czar­niej­sza magia albo nie­wier­ność może wytłu­ma­czyć twoją ciążę -?stwier­dził Bal­dwin, roz­ko­szu­jąc się sytu­acją. -?Te dzieci nie mogą być twoje, Mat­thew.

-?Diana nosi moje dzieci -?oświad­czył Mat­thew. Jego oczy zro­biły się nie­bez­piecz­nie ciemne.

-?To nie­moż­liwe -?orzekł Bal­dwin.

-?Ale taka jest prawda.

-?Jeśli tak, będą to naj­bar­dziej znie­na­wi­dzone i naj­bar­dziej prze­śla­do­wane dzieci na świe­cie -?ostrzegł Bal­dwin. -?Byty będą się zabi­jać o ich krew. I waszą.

W tej samej chwili zorien­to­wa­łam się, że Mat­thew już przy mnie nie ma, i usły­sza­łam trzask łamią­cego się krze­sła. Potem zoba­czy­łam, że mój mąż stoi nad bra­tem i trzyma go za gar­dło, jed­no­cze­śnie przy­ci­ska­jąc nóż do jego serca.

Verin ze zdu­mie­niem spoj­rzała w dół i zoba­czyła jedy­nie pusty fute­rał na broń wysta­jący z buta. Zaklęła.

-?Możesz być głową rodziny, Bal­dwi­nie, ale ni­gdy nie zapo­mi­naj, że to ja jestem zabójcą -?wyce­dził Mat­thew.

-?Zabójcą? -?Pró­bo­wa­łam ukryć kon­ster­na­cję, kiedy wyszła na jaw kolejna tajem­nica mojego męża.

Nauko­wiec, Wam­pir. Wojow­nik. Szpieg. Książę.

Skry­to­bójca.

Mat­thew wiele razy mówił mi, że jest zabójcą, ale ja zawsze uwa­ża­łam, że to nie­od­łączna część bycia wam­pi­rem. Wie­dzia­łam, że mor­do­wał w samo­obro­nie, w bitwach i żeby prze­trwać. Ni­gdy nie przy­pusz­cza­łam, że doko­ny­wał egze­ku­cji na roz­kaz rodziny.

-?Na pewno o tym wie­dzia­łaś? -?Verin przy­glą­dała mi się badaw­czo zim­nymi oczami. W jej gło­sie brzmiała zło­śli­wość. -?Gdyby Mat­thew nie był w tym taki dobry, jedno z nas już dawno by go uśmier­ciło.

-?Wszy­scy mamy swoją rolę w tej rodzi­nie, Verin -?powie­dział z gory­czą Mat­thew. -?Czy Ernst wie, że twoja zaczęła się w mięk­kiej pościeli, mię­dzy męskimi udami?

Sio­stra jak bły­ska­wica sko­czyła na niego z pal­cami zagię­tymi w szpony.

Wam­piry były szyb­kie, ale magia była szyb­sza.

Pchnę­łam Verin na ścianę podmu­chem cza­ro­wia­tru, jak naj­da­lej od braci, żeby Mat­thew zdą­żył wymu­sić jakąś obiet­nicę na Bal­dwi­nie i wresz­cie go puścił.

-?Dzię­kuję, ma lionne. -?Mąż zwy­kle tak do mnie mówił, kiedy zro­bi­łam coś odważ­nego... albo nie­wia­ry­god­nie głu­piego. Podał mi nóż sio­stry. - Potrzy­maj go.

Pod­niósł Verin z pod­łogi, a Gal­low­glass sta­nął u mojego boku.

-?No, no -?mruk­nęła Verin, kiedy już sta­nęła na wła­snych nogach. - Rozu­miem, dla­czego atcie spodo­bała się twoja żona, ale nie pomy­śla­ła­bym, że masz wystar­cza­jące jaja na tę kobietę, Mat­thew.

-?Wszystko się zmie­nia -?odarł krótko mój mąż.

-?Naj­wy­raź­niej. -?Szwa­gierka otak­so­wała mnie wzro­kiem.

-?Więc dotrzy­masz obiet­nicy, którą dałaś dziad­kowi? -?spy­tał Gal­low­glass.

-?Zoba­czymy -?ostroż­nie powie­działa Verin. -?Mam parę mie­sięcy na decy­zję.

-?Czas minie, ale nic się nie zmieni. -?Bal­dwin spoj­rzał na mnie z ledwo skry­waną nie­na­wi­ścią. -?Uzna­nie żony Mat­thew będzie miało kata­stro­falne skutki.

-?Speł­nia­łam życze­nia atty, kiedy żył, nie mogę więc zlek­ce­wa­żyć ich teraz, kiedy on nie żyje.

-?Musimy czer­pać pocie­chę z faktu, że Kon­gre­ga­cja już szuka Mat­thew i jego part­nerki -?stwier­dził Bal­dwin. -?Kto wie? Może do grud­nia oboje będą mar­twi.

Posław­szy nam ostat­nie pogar­dliwe spoj­rze­nie, wyma­sze­ro­wał z pokoju. Verin zer­k­nęła prze­pra­sza­jąco na Gal­low­glassa i ruszyła w ślad za bra­tem.

-?A więc... dobrze poszło -?wymam­ro­tał Gal­low­glass. -?Nic ci nie jest, cio­teczko? Tro­chę poja­śnia­łaś.

-?Cza­ro­wiatr zwiał mój czar masku­jący. -?Pró­bo­wa­łam znowu się nim oto­czyć.

-?Zwa­żyw­szy na to, co się wyda­rzyło tego ranka, chyba lepiej, żebyś go na sobie miała, póki Bal­dwin jest w domu -?pora­dził Gal­low­glass.

-?Balw­din nie może się dowie­dzieć o mocy Diany. Doce­nił­bym twoją pomoc, Gal­low­glas­sie. I Fer­nanda rów­nież. -?Mat­thew nie okre­ślił dokład­nie, jaką formę mia­łaby przy­brać ta pomoc.

-?Oczy­wi­ście. Czu­wa­łem nad cio­teczką przez całe jej życie. I nie prze­stanę teraz.

Po tych sło­wach różne czę­ści mojej prze­szło­ści, któ­rych ni­gdy nie rozu­mia­łam, tra­fiły na swoje miej­sce jak ele­menty ukła­danki. Jako dziecko czę­sto czu­łam, że obser­wują mnie inne byty, ich spoj­rze­nia łasko­tały albo mro­ziły mi skórę. Jedną z nich był Peter Knox, wróg mojego ojca i ten sam cza­row­nik, który szu­kał w Sept-Tours Mat­thew i mnie, a zabił Em. Czy drugą mógł być ten niedź­wiedź, któ­rego teraz kocha­łam jak brata, ale pozna­łam go dopiero, kiedy prze­nie­śli­śmy się do szes­na­stego wieku?

-?Obser­wo­wa­łeś mnie? -?Moje oczy napeł­niły się łzami. Zamru­ga­łam, żeby je odpę­dzić.

-?Obie­ca­łem dziad­kowi, że będę cię pil­no­wał. Ze względu na Mat­thew. - Nie­bie­skie oczy Gal­low­glassa zła­god­niały. -?I dobrze. Byłaś praw­dzi­wym dia­błem wcie­lo­nym: wspi­na­łaś się na drzewa, bie­ga­łaś za rowe­rami na ulicy, szłaś do lasu, nie mówiąc nikomu, dokąd się wybie­rasz. Nie mam poję­cia, jak twoi rodzice dawali sobie z tobą radę.

-?Czy tatuś wie­dział? -?musia­łam spy­tać.

Mój ojciec poznał wiel­ko­luda w elż­bie­tań­skim Lon­dy­nie, kiedy nie­ocze­ki­wa­nie wpadł na Mat­thew i na mnie pod­czas jed­nej ze swo­ich regu­lar­nych podróży w cza­sie. Nawet we współ­cze­snym Mas­sa­chu­setts ojciec od razu roz­po­znałby Gal­low­glassa. Tego czło­wieka nie dawało się z nikim pomy­lić.

-?Sta­ra­łem się nie ujaw­niać.

-?Nie o to pyta­łam. -?Byłam coraz lep­sza w wyła­py­wa­niu pół­prawd wam­pi­rów. -?Czy ojciec wie­dział, że mnie pil­nu­jesz?

-?Zadba­łem o to, żeby Ste­phen zoba­czył mnie tuż przed tym, jak razem z twoją matką wyru­szyli do Afryki. -?Gal­low­glass pra­wie szep­tał. - Pomy­śla­łem, że gdy nadej­dzie koniec, pocie­szy go świa­do­mość, że jestem bli­sko cie­bie. Byłaś taka mała. Ste­phen musiał wario­wać, myśląc o tym, ile czasu minie, zanim będziesz z Mat­thew.

Bisho­po­wie i de Cler­mon­to­wie dzia­łali bez naszej wie­dzy przez lata, a nawet wieki, żeby bez­piecz­nie nas ze sobą połą­czyć: Phi­lippe, Gal­low­glass, mój ojciec, Emily, moja matka.

-?Dzię­kuję, Gal­low­glas­sie -?powie­dział Mat­thew ochry­ple. Był tak samo jak ja zasko­czony poran­nymi rewe­la­cjami.

-?Nie ma za co, stryju. Robi­łem to z chę­cią. -?Gal­low­glass odchrząk­nął i wyszedł z pokoju.

W biblio­tece zapa­dła nie­zręczna cisza.

-?Chry­ste. -?Mat­thew prze­cze­sał rękami włosy. Był to znak, że zbliża się kres jego cier­pli­wo­ści.

-?Co zro­bimy? -?zapy­ta­łam, usi­łu­jąc odzy­skać spo­kój po nagłym przy­jeź­dzie Bal­dwina.

Mat­thew mi nie odpo­wie­dział, bo cichy kaszel zasy­gna­li­zo­wał czy­jąś obec­ność.

-?Prze­pra­szam, że prze­szka­dzam, milord.

W drzwiach stał Alain Le Merle, dawny gier­mek Phi­lippe'a de Cler­monta. Trzy­mał starą szka­tułkę ze srebr­nymi ćwie­kami na wierz­chu uło­żo­nymi w ini­cjały P.C. oraz małą księgę rachun­kową opra­wioną w zie­lony bukram. Jego szpa­ko­wate włosy i miły wyraz twa­rzy były takie same jak w 1590 roku, kiedy go pozna­łam. Podob­nie jak mój mąż i Gal­low­glass on też był stałą gwiazdą w zmien­nym wszech­świe­cie.

-?O co cho­dzi, Ala­inie? -?zapy­tał Mat­thew.

-?Mam sprawę do pani de Cler­mont -?odparł Alain.

-?Sprawę? -?Mat­thew zmarsz­czył brwi. -?To nie może zacze­kać?

-?Oba­wiam się, że nie -?powie­dział prze­pra­sza­ją­cym tonem Alain. -?Wiem, że to trudny okres, milord, ale sieur Phi­lippe sta­now­czo przy­ka­zał, żeby dać te rze­czy madame de Cler­mont naj­prę­dzej jak to moż­liwe.

Alain zago­nił nas z powro­tem do naszej wieży. To, co zoba­czy­łam na biurku, cał­kiem wyparło z mojej głowy wyda­rze­nia minio­nej godziny i pozba­wiło mnie tchu.

Mała ksią­żeczka opra­wiona w brą­zową skórę.

Hafto­wany rękaw wytarty ze sta­ro­ści.

Bez­cenne klej­noty: perły, dia­menty i sza­firy.

Złoty grot strzały na dłu­gim łań­cuszku.

Dwie minia­tury o jasnych powierzch­niach, tak świe­żych jak w dniu, kiedy zostały nama­lo­wane.

Listy prze­wią­zane wybla­kłą wstążką w kolo­rze goź­dzi­ko­wym.

Srebrna pułapka na szczury z lekko zaśnie­dzia­łym pięk­nym gra­we­run­kiem.

Pozła­cany instru­ment astro­no­miczny godny cesa­rza.

Drew­niane pudełko zro­bione przez cza­row­nika z gałęzi jarzębu.

Kolek­cja przed­mio­tów nie wyglą­dała impo­nu­jąco, ale wszyst­kie miały dla mnie ogromne zna­cze­nie, bo przy­po­mi­nały osiem mie­sięcy naszego życia.

Drżącą ręka się­gnę­łam po dzien­nik. Dał mi go Mat­thew nie­długo po naszym przy­by­ciu do rezy­den­cji w Wood­stock. Jesie­nią 1590 roku oprawa była świeża, a kartki były kre­mowe. Dzi­siaj skórę zna­czyły plamy, a papier zżółkł. W prze­szło­ści trzy­ma­łam ksią­żeczkę na półce w Sta­rym Domu, ale z eks­li­brisu wyni­kało, że obec­nie jest ona wła­sno­ścią biblio­teki w Sewilli. Na wyklejce napi­sano atra­men­tem: Manu­scrito Gonçalves 4890. Ktoś -?bez wąt­pie­nia Gal­low­glass -?usu­nął pierw­szą stronę. Kie­dyś pokry­wały ją moje nie­pewne próby pod­pisu. Kleksy z bra­ku­ją­cej kartki prze­sią­kły na następną, ale lista elż­bie­tań­skich monet będą­cych w obiegu w roku 1590 na­dal była czy­telna.

Kart­ku­jąc notat­nik, przy­po­mnia­łam sobie lek na ból głowy, który pró­bo­wa­łam zro­bić w ramach darem­nych wysił­ków, żeby zostać praw­dziwą elż­bie­tań­ską panią domu. Dzien­nik przy­wo­łał słodko-gorz­kie wspo­mnie­nia czasu spę­dzo­nego z Nocną Szkołą. Kilka stron poświę­ci­łam dwu­na­stu zna­kom zodiaku, róż­nym prze­pi­som i listom rze­czy do spa­ko­wa­nia przed naszą podróżą do Sept-Tours. Usły­sza­łam ciche dzwo­nie­nie, kiedy prze­szłość i teraź­niej­szość otarły się o sie­bie, w kątach przy kominku dostrze­głam ledwo widoczne nie­bie­skie i bursz­ty­nowe nici.

-?Skąd masz te rze­czy? -?spy­ta­łam, sku­pia­jąc się na tu i teraz.

-?Pan Gal­low­glass dał je dom Fer­nan­dowi dawno temu -?wyja­śnił Alain. - Kiedy dom Fer­nando przy­je­chał w maju do Sept-Tours, popro­sił mnie, żebym to wszystko pani oddał.

-?Cud, że w ogóle coś się zacho­wało. Jak udało ci się to ukry­wać przede mną przez tyle lat? -?Mat­thew wziął do ręki pułapkę na szczury.

Dro­czył się ze mną, kiedy zamó­wi­łam u jed­nego z naj­droż­szych zegar­mi­strzów w Lon­dy­nie urzą­dze­nie do łapa­nia szczu­rów, które gra­so­wały na naszym stry­chu w Black­friars. Mon­sieur Val­lin zapro­jek­to­wał łapkę w kształ­cie kota z uszami na poprzecz­kach i małą myszą przy­cup­niętą na jego nosie. Gdy Mat­thew zwol­nił mecha­nizm, ostre kocie zęby wbiły się w jego palec.

-?Robi­li­śmy, co musie­li­śmy, milord. Cze­ka­li­śmy. Mil­cze­li­śmy. Nie tra­ci­li­śmy wiary, że czas spro­wa­dzi do nas z powro­tem madame de Cler­mont. -?W kąci­kach ust Ala­ina zadrżał smutny uśmiech. -?Gdyby tak sieur Phi­lippe mógł dożyć tego dnia.

Na myśl o Phi­lip­pie moje serce się ści­snęło. Mój teść musiał wie­dzieć, jak źle jego dzieci zare­agują na nową sio­strę. Dla­czego posta­wił mnie w tak trud­nej sytu­acji?

-?Wszystko w porządku, Diano? -?Mat­thew deli­kat­nie poło­żył dłoń na mojej.

-?Tak. Po pro­stu jestem tro­chę przy­tło­czona.

Wzię­łam do ręki nasze por­trety w pięk­nych elż­bie­tań­skich stro­jach. Na prośbę hra­biny Pem­broke nama­lo­wał je Nicho­las Hil­liard. Ona i hra­bia Nor­thum­ber­land poda­ro­wali nam te minia­tury w pre­zen­cie ślub­nym. Oboje byli począt­kowo przy­ja­ciółmi Mat­thew razem z innymi człon­kami Noc­nej Szkoły: Wal­te­rem Rale­igh, Geo­rge'em Chap­ma­nem, Tho­ma­sem Har­rio­tem i Chri­sto­phe­rem Mar­lowe'em. Z cza­sem więk­szość z nich zaprzy­jaź­niła się rów­nież ze mną.

-?To madame Ysa­beau zna­la­zła minia­tury -?wyja­śnił Alain. -?Codzien­nie prze­glą­dała gazety w poszu­ki­wa­niu waszych śla­dów, ano­ma­lii pośród zwy­kłych wyda­rzeń. Kiedy madame zoba­czyła je w ogło­sze­niu domu aukcyj­nego, wysłała pana Mar­cusa do Lon­dynu. Wła­śnie tak poznał made­mo­iselle Pho­ebe.

-?Ten rękaw pocho­dzi z two­jej sukni ślub­nej. -?Mat­thew dotknął kru­chego mate­riału, prze­su­nął pal­cem po wyha­fto­wa­nym rogu obfi­to­ści, tra­dy­cyj­nym sym­bolu dobro­bytu. -?Ni­gdy nie zapo­mnę two­jego widoku, kiedy scho­dzi­łaś do wsi ze wzgó­rza. Pło­nęły pochod­nie, dzieci toro­wały drogę przez śnieg. -?Jego uśmiech był pełen miło­ści, dumy i zado­wo­le­nia.

-?Po weselu wielu męż­czyzn z wio­ski zapo­wie­działo sta­ra­nia o rękę madame de Cler­mont, gdyby pan się nią znu­dził -?powie­dział ze śmie­chem Alain.

-?Dzię­kuję, że prze­cho­wa­łeś dla mnie te pamiątki. -?Spoj­rza­łam na biurko. -?Aż za łatwo byłoby myśleć, że wszystko to sobie wyobra­zi­łam, że tak naprawdę ni­gdy nie prze­nie­śli­śmy się do roku tysiąc pięć­set dzie­więć­dzie­sią­tego. Teraz tam­ten czas wydaje się bar­dziej realny.

-?Sieur Phi­lippe prze­wi­dział, że może pani tak się czuć. Nie­stety jesz­cze dwie sprawy wyma­gają pani uwagi, madame de Cler­mont. -?Alain podał mi księgę rachun­kową.

-?Co to jest?

Zmarsz­czy­łam brwi i wzię­łam księgę do ręki. Była dużo cień­sza niż te w gabi­ne­cie Mat­thew z finan­so­wymi spra­woz­da­niami Zakonu Ryce­rzy Świę­tego Łaza­rza.

-?Pani rachunki, madame.

-?Myśla­łam, że moimi finan­sami zaj­muje się Hamish. -?Zosta­wił mi stosy doku­men­tów do pod­pisu.

-?Pan Osborne prze­jął od milord sprawy pani inter­cyzy. To są fun­du­sze, która pani dostała od sieur Phi­lippe'a.

Uwaga Ala­ina przez chwilę sku­piała się na moim czole, gdzie Phi­lippe zosta­wił ślad swo­jej krwi, kiedy uzna­wał mnie za swoją córkę.

Zacie­ka­wiona zła­ma­łam pie­częć i prze­wró­ci­łam okładkę. Małą książkę rachun­kową co jakiś czas ponow­nie opra­wiano, kiedy zaczy­nało bra­ko­wać stron. Pierw­sze wpisy na gru­bym szes­na­sto­wiecz­nym papie­rze pocho­dziły z roku 1591. Jeden doty­czył posagu, który dał mi Phi­lippe, kiedy poślu­bi­łam Mat­thew: 20 000 wenec­kich zło­tych monet i 30 000 srebr­nych tala­rów. Kolejne inwe­sty­cje -?wraz z odset­kami oraz zyskami z zaku­pio­nych domów i ziem -?były skru­pu­lat­nie zapi­sy­wane zgrab­nym pismem Ala­ina. Zaj­rza­łam na koniec księgi. Ostat­niego wpisu, na lśnią­cym bia­łym papie­rze, doko­nano 4 lipca 2010 roku, w dniu, kiedy przy­je­cha­li­śmy do Sept-Tours. Oczy wyszły mi na wierzch, gdy zoba­czy­łam kwotę w kolum­nie akty­wów.

-?Przy­kro mi, że nie ma tego wię­cej -?pośpiesz­nie rzekł Alain, myl­nie bio­rąc moją reak­cję za roz­cza­ro­wa­nie. -?Inwe­sto­wa­łem pani pie­nią­dze jak swoje wła­sne, ale bar­dziej lukra­tywne, czyli bar­dziej ryzy­kowne trans­ak­cje wyma­ga­łyby zgody sieur Bal­dwina, a on oczy­wi­ście nie mógł się dowie­dzieć o pani ist­nie­niu.

-?To wię­cej, niż potra­fi­ła­bym sobie wyobra­zić, Ala­inie.

Mat­thew prze­ka­zał mi dużą część majątku, kiedy pod­pi­sy­wał inter­cyzę, ale ta suma była ogromna. Phi­lippe chciał, żebym miała finan­sową nie­za­leż­ność podob­nie jak reszta kobiet z rodu de Cler­mont. I jak dowie­dzia­łam się dziś rano, mój teść dopiął swego, żywy czy mar­twy. Odło­ży­łam książkę rachun­kową.

-?Dzię­kuję.

-?To była dla mnie przy­jem­ność -?powie­dział Alain z ukło­nem i wyjął coś z kie­szeni. -?I na koniec sieur Phi­lippe pole­cił mi dać pani to.

Alain wrę­czył mi kopertę z taniego, cien­kiego papieru. Było na niej wypi­sane moje nazwi­sko. Kiep­ski klej dawno wysechł, ale lakowa pie­częć na­dal się trzy­mała. W czarno-czer­wo­nym wosku zato­piono starą monetę - spe­cjalny sygnał Phi­lippe'a.

-?Sieur Phi­lippe pra­co­wał nad tym listem ponad godzinę. Kiedy skoń­czył, kazał mi go prze­czy­tać, by się upew­nić, że zawarł w nim wszystko, co chciał.

-?Kiedy? -?zapy­tał Mat­thew ochry­ple.

-?W dniu, kiedy umarł. -?Na twa­rzy Ala­ina odma­lo­wał się wyraz udręki.

Drżące pismo nale­żało do kogoś zbyt sta­rego albo cho­rego, żeby mógł utrzy­mać pióro w ręce. Było to żywe przy­po­mnie­nie tego, jak cier­piał Phi­lippe. Dotknę­łam swo­jego imie­nia. Kiedy dotar­łam do jego końca, prze­su­nę­łam pal­cem po papie­rze, żeby litery się roz­pa­dły. Na koper­cie naj­pierw poja­wiła się czarna kałuża, a po chwili atra­ment uło­żył się w twarz męż­czy­zny, na­dal piękną, choć nazna­czoną bólem. W miej­scu pło­wych oczu iskrzą­cych inte­li­gen­cją i humo­rem ziały głę­bo­kie, puste oczo­doły.

-?Nie powie­dzie­li­ście mi, że nazi­ści go ośle­pili.

Wie­dzia­łam, że mój teść był tor­tu­ro­wany, ale nie mia­łam poję­cia, że jego oprawcy wyrzą­dzili mu taką krzywdę. Przyj­rza­łam się uważ­niej twa­rzy Phi­lippe'a. Na szczę­ście w moim imie­niu nie było dość liter, żeby dało się nary­so­wać szcze­gó­łowy por­tret. Dotknę­łam policzka teścia i obraz znik­nął. Na koper­cie została po nim atra­men­towa plama. Pstryk­nę­łam pal­cami i kleks uniósł się, two­rząc małe czarne tor­nado. Kiedy prze­stało wiro­wać, litery opa­dły z powro­tem na wła­ściwe miej­sca.

-?Sieur Phi­lippe czę­sto roz­ma­wiał z panią o swo­ich zmar­twie­niach, madame de Cler­mont, kiedy ból był nie­zno­śny -?mówił dalej Alain.

-?Roz­ma­wiał z nią? -?powtó­rzył w osłu­pie­niu Mat­thew.

-?Pra­wie codzien­nie -?odparł sługa, kiwa­jąc głową. -?Kazał mi odsy­łać wszyst­kich z tej czę­ści château, żeby nikt nie pod­słu­chał. Madame de Cler­mont dawała sieur Phi­lippe'owi uko­je­nie, kiedy nikt inny tego nie potra­fił.

Odwró­ci­łam kopertę i dotknę­łam sta­rego srebr­nego pie­niążka.

-?Phi­lippe ocze­ki­wał, że monety zostaną mu zwró­cone. Oso­bi­ście. Jak mogę to zro­bić, skoro on nie żyje?

-?Może odpo­wiedź jest w środku -?pod­su­nął Mat­thew.

Wydłu­ba­łam monetę z wosku. Potem ostroż­nie wyję­łam z koperty kru­chą kartkę. Papier trzesz­czał zło­wiesz­czo, kiedy go roz­kła­da­łam.

W nosie zała­sko­tał mnie słaby zapach towa­rzy­szący Phi­lippe'owi: waw­rzynu, fig i roz­ma­rynu.

Spoj­rza­łam na list i podzię­ko­wa­łam w duchu za swoje doświad­cze­nie w odszy­fro­wy­wa­niu trud­nego pisma. Zaczę­łam czy­tać na głos:

Diano,

Nie pozwól, żeby duchy prze­szło­ści skra­dły Ci radość w przy­szło­ści.

Dzię­kuję, że trzy­ma­łaś mnie za rękę.

Możesz już ją puścić.

Twój ojciec z krwi i przy­sięgi,

Phi­lippe

P.S. Moneta jest dla prze­woź­nika. Powiedz Mat­thew, że zoba­czymy się po dru­giej stro­nie.

Zadła­wi­łam się ostat­nimi sło­wami. Ich echo roz­brzmiało w cichym pokoju.

-?Więc Phi­lippe spo­dziewa się, że zwrócę mu monetę. -?Będzie cze­kał na brzegu Styksu, aż łódź Cha­rona prze­wie­zie mnie przez rzekę. Może jest z nim Emily. I moi rodzice rów­nież. Zamknę­łam oczy, żeby odciąć się od bole­snych obra­zów.

-?Co on miał na myśli, pisząc: "Dzię­kuję, że trzy­ma­łaś mnie za rękę"? - spy­tał Mat­thew.

-?Obie­ca­łam mu, że nie będzie sam w mrocz­nych cza­sach. Że będę przy nim. -?W moich oczach wez­brały łzy. -?Jak to moż­liwe, że tego nie pamię­tam?

-?Nie wiem, uko­chana. Ale jakoś udało ci się dotrzy­mać obiet­nicy. - Mat­thew nachy­lił się i mnie poca­ło­wał. Spoj­rzał ponad moim ramie­niem. - A Phi­lippe zadbał o to, żeby jak zwy­kle mieć ostat­nie słowo.

-?Co masz na myśli? -?Wytar­łam mokre policzki.

-?Zosta­wił dowód na piśmie, że z wła­snej woli i z rado­ścią uznał cię za swoją córkę. -?Mat­thew dotknął kartki dłu­gim, bia­łym pal­cem.

-?Wła­śnie dla­tego sieur Phi­lippe chciał, żeby madame de Cler­mont dostała ten list jak naj­szyb­ciej -?powie­dział Alain.

-?Nie rozu­miem. -?Spoj­rza­łam na męża.

-?Dzięki tym klej­no­tom, two­jemu posa­gowi i listowi jego dzieci -?ani nawet Kon­gre­ga­cja -?nie będą mogły twier­dzić, że Phi­lippe został zmu­szony do zło­że­nia przy­sięgi krwi -?wyja­śnił Mat­thew.

-?Sieur Phi­lippe dobrze znał swoje dzieci. Czę­sto prze­wi­dy­wał przy­szłość rów­nie łatwo jak cza­row­nik. -?Alain poki­wał głową. -?Zosta­wię panią wspo­mnie­niom.

-?Dzię­kuje, Ala­inie. -?Mat­thew zacze­kał, aż ucichną kroki sługi, i spoj­rzał na mnie z tro­ską. -?Wszystko w porządku, mon coeur?

-?Oczy­wi­ście -?mruk­nę­łam, patrząc na biurko. Leżała na nim roz­rzu­cona prze­szłość, a wyraź­nej przy­szło­ści nie było widać.

-?Idę na górę się prze­brać -?oznaj­mił Mat­thew. -?Nie­długo wrócę. Wtedy będziemy mogli zejść na śnia­da­nie.

-?Nie śpiesz się -?powie­dzia­łam, siląc się na uśmiech, mia­łam nadzieję, że szczery.

Gdy Mat­thew wyszedł, się­gnę­łam po złoty grot, który Phi­lippe dał mi z oka­zji ślubu. Jego cię­żar doda­wał otu­chy, metal ogrzał się szybko pod moim doty­kiem. Prze­ło­ży­łam łań­cu­szek przez głowę. Grot zawisł nad moimi pier­siami. Jego brzegi były zbyt mięk­kie i wygła­dzone, żeby zadra­pać skórę.

Poczu­łam, że w kie­szeni dżin­sów coś się rusza. Wyję­łam z niej kłąb jedwab­nych nici. Sznurki tkaczki przy­wę­dro­wały ze mną z prze­szło­ści i w prze­ci­wień­stwie do rękawa sukni ślub­nej czy wybla­kłego jedwa­biu, któ­rym owi­nięto moje listy, były świeże i lśniące. Opla­tały się i tań­czyły wokół moich nad­garst­ków i sie­bie nawza­jem niczym kolo­rowe węże, łącząc się w nowe barwy, a następ­nie roz­dzie­la­jąc z powro­tem na osobne pasma. Wijąc się po moich ramio­nach, wplo­tły się we włosy, jakby cze­goś szu­kały. Scho­wa­łam je do kie­szeni.

Podobno byłam tkaczką. Nie wie­dzia­łam jed­nak, czy kie­dy­kol­wiek zro­zu­miem splą­taną sieć, którą utkał Phi­lippe de Cler­mont, kiedy przy­sięgą krwi uczy­nił mnie swoją córką.

Rozdział 4

Zamie­rza­łeś w ogóle mi powie­dzieć, że jesteś zabójcą w rodzie de Cler­mon­tów? -?spy­ta­łam, się­ga­jąc po sok grejp­fru­towy.

Mat­thew spoj­rzał na mnie nad kuchen­nym sto­łem, na któ­rym Mar­the zosta­wiła mi śnia­da­nie. Prze­my­cił do środka Hec­tora i Fal­lona i teraz psy z zain­te­re­so­wa­niem śle­dziły naszą roz­mowę... i mój posi­łek.

-?I o związku Fer­nanda z twoim bra­tem Hugh? Zosta­łam wycho­wana przez dwie kobiety. Nie ukry­wa­łeś przede mną tej infor­ma­cji z obawy, że mogła­bym tego nie akcep­to­wać.

Hec­tor i Fal­lon spoj­rzały na swo­jego pana, cze­ka­jąc na odpo­wiedź. Kiedy się jej nie docze­kały, prze­nio­sły wzrok na mnie.

-?Verin wydaje się miła -?stwier­dzi­łam, pró­bu­jąc spro­wo­ko­wać męża.

-?Miła? -?Mat­thew uniósł brew.

-?No cóż, nie licząc tego, że była uzbro­jona w nóż. -?Byłam zado­wo­lona, że moja stra­te­gia się spraw­dziła.

-?Noże -?popra­wił mnie Mat­thew. -?Jeden miała w bucie, drugi przy pasie i trzeci w sta­niku.

-?Czy Verin była skautką? -?Teraz z kolei ja unio­słam brwi.

Zanim mąż zdą­żył odpo­wie­dzieć, do kuchni wpadł Gal­low­glass, wir błę­kitu i czerni, a za nim Fer­nando. Mat­thew wstał. Kiedy psy poszły w jego ślady, poka­zał im pod­łogę, a one natych­miast go posłu­chały.

-?Dokończ śnia­da­nie, a potem idź na wieżę -?powie­dział Mat­thew, zanim wyszedł z kuchni. -?Zabierz ze sobą psy. I nie schodź na dół, póki po cie­bie nie przyjdę.

-?Co się dzieje? -?zapy­ta­łam gospo­dy­nię w nagle opu­sto­sza­łym pomiesz­cze­niu.

-?Bal­dwin jest w domu. -?Mar­the nic wię­cej nie dodała, jakby taka odpo­wiedź powinna mi w zupeł­no­ści wystar­czyć.

-?Mar­cus. -?Przy­po­mnia­łam sobie, że Bal­dwin wró­cił, żeby zoba­czyć się z synem Mat­thew. Zerwa­łam się od stołu, psy wstały z pod­łogi. -?Gdzie on jest?

-?W gabi­ne­cie Phi­lippe'a. -?Mar­the zmarsz­czyła brwi. -?Nie sądzę, żeby Mat­thew chciał tam panią widzieć. Może dojść do roz­lewu krwi.

-?To całe moje życie. -?Mówiąc to, patrzy­łam przez ramię i w rezul­ta­cie wpa­dłam na Verin. Towa­rzy­szył jej star­szy dżen­tel­men, wysoki i chudy, o łagod­nych oczach. Pró­bo­wa­łam ich wymi­nąć. -?Prze­pra­szam.

-?Dokąd idziesz? -?zapy­tała szwa­gierka, tara­su­jąc mi drogę.

-?Do gabi­netu Phi­lippe'a.

-?Mat­thew kazał ci iść na wieżę. -?Verin zmru­żyła oczy. -?Jest twoim part­ne­rem, a ty masz go słu­chać jak przy­stało na żonę wam­pira. -?Jej akcent był nie­miecki... ale nie czy­sto nie­miecki, może austriacki, szwaj­car­ski... Albo pocho­dził ze wszyst­kich trzech języ­ków.

-?Jaka dla was szkoda, że jestem cza­row­nicą. -?Wycią­gnę­łam rękę do męż­czy­zny, któ­rzy przy­słu­chi­wał się naszej roz­mo­wie z ledwo masko­wa­nym roz­ba­wie­niem. -?Diana Bishop.

-?Ernst Neu­mann. Jestem mężem Verin. -?Akcent Ern­sta wska­zy­wał na pocho­dze­nie z oko­lic Ber­lina. -?Dla­czego nie chcesz puścić Diany, Schatz? Dzięki temu też będziesz mogła tam pójść. Wiem, jak nie lubisz tra­cić dobrej kłótni. Ja zacze­kam w salo­nie.

-?Dobry pomysł, kocha­nie. Nie mogą mnie winić, że cza­row­nica ucie­kła z kuchni. -?Verin spoj­rzała na męża ze szcze­rym podzi­wem i go poca­ło­wała. Choć wyglą­dała jak jego wnuczka, było oczy­wi­ste, że ona i Ernst są bar­dzo w sobie zako­chani.

-?Cza­sami je mie­wam -?przy­znał mąż z weso­łymi iskier­kami w oczach. -?Ale zanim Diana uciek­nie, a ty pobie­gniesz za nią, powiedz mi, czy mam wziąć nóż, czy pisto­let, na wypa­dek gdyby jeden z two­ich braci wpadł w szał?

Verin się zasta­no­wiła.

-?Myślę, że wystar­czyłby tasak Mar­the. Ger­berta kie­dyś spo­wol­nił, a jego skóra jest dużo grub­sza niż Bal­dwina czy Mat­thew.

-?Wziął pan tasak na Ger­berta? -?Coraz bar­dziej lubi­łam męża Verin.

-?To byłaby prze­sada -?stwier­dził Ernst, lekko różo­wie­jąc z zakło­po­ta­nia.

-?Boję się, że Pho­ebe pró­buje dyplo­ma­cji -?wtrą­ciła Verin, kie­ru­jąc mnie w stronę bija­tyki. -?To ni­gdy nie działa na Bal­dwina. Musimy iść.

-?Jeśli Ernst bie­rze nóż, ja biorę psy. -?Pstryk­nę­łam pal­cami na Hec­tora i Fal­lona i ruszy­łam szyb­kim kro­kiem, a psy pobie­gły za mną, powar­ku­jąc i macha­jąc ogo­nami, jakby świet­nie się bawiły.

Podest dru­giego pię­tra, który pro­wa­dził do rodzin­nych apar­ta­men­tów, był pełen gapiów, kiedy tam dotar­ły­śmy z Verin. Stali na nim Natha­niel, Sophie z Mar­ga­ret na rękach, Hamish w jedwab­nym szla­froku w kratę, z tylko jedną połową twa­rzy ogo­loną, i Sarah, którą chyba obu­dziły hałasy. Ysa­beau miała znu­dzoną minę, jakby takie rze­czy działy się przez cały czas.

-?Wszy­scy do salonu -?powie­dzia­łam, cią­gnąc Sarah w kie­runku scho­dów. - Ernst tam do cie­bie dołą­czy.

-?Nie wiem, co tak poru­szyło Mar­cusa. -?Hamish ręcz­ni­kiem wytarł z brody krem do gole­nia. -?Bal­dwin go wezwał i z początku wszystko wyda­wało się w porządku. Potem zaczęli na sie­bie wrzesz­czeć.

Mały pokój, któ­rego Phi­lippe uży­wał jako gabi­netu, był pełen wam­pi­rów i testo­ste­ronu. Mat­thew, Fer­nando i Gal­low­glass prze­py­chali się, wal­cząc o lep­szą pozy­cję. Bal­dwin sie­dział na krze­śle wind­sor­skim i odchy­lony razem z nim do tyłu, trzy­mał skrzy­żo­wane nogi na biurku. Mar­cus opie­rał się o drugą stronę biurka, czer­wony na twa­rzy. Jego part­nerka Pho­ebe Tay­lor -?bo młoda kobieta sto­jąca obok była tą, którą nie­ja­sno pamię­ta­łam z pierw­szego dnia po naszym powro­cie, pró­bo­wała zała­go­dzić spór mię­dzy głową rodu de Cler­mont i wiel­kim mistrzem Zakonu Ryce­rzy Świę­tego Łaza­rza.

-?Ta dziwna zbie­ra­nina cza­row­nic i demo­nów, które tu spro­wa­dzi­li­ście, musi natych­miast stąd znik­nąć -?oświad­czył Bal­dwin, bez powo­dze­nia sta­ra­jąc się poha­mo­wać gniew. Tylne nogi krze­sła opa­dły z hukiem na pod­łogę.

-?Sept-Tours należy do Ryce­rzy Świę­tego Łaza­rza! -?krzyk­nął Mar­cus. -?Ja jestem wiel­kim mistrzem, a nie ty. Ja mówię, co tu może się dziać!

-?Daj spo­kój, Mar­cu­sie. -?Mat­thew wziął syna za łokieć.

-?Jeśli nie zro­bi­cie dokład­nie tego, co każę, nie będzie żad­nych Ryce­rzy Świę­tego Łaza­rza! -?Bal­dwin wstał, tak że oba wam­piry zna­la­zły się twa­rzą w twarz.

-?Prze­stań mi gro­zić, Bal­dwi­nie -?powie­dział Mar­cus. -?Nie jesteś moim ojcem ani panem.

-?Nie, ale jestem głową tej rodziny. -?Bal­dwin rąb­nął pię­ścią w biurko. -?Posłu­chasz mnie, Mar­cu­sie, albo ponie­siesz kon­se­kwen­cje swo­jego nie­po­słu­szeń­stwa.

-?Dla­czego wy dwaj nie może­cie usiąść i poroz­ma­wiać roz­sąd­nie? -?Pho­ebe odważ­nie pod­jęła wysi­łek, żeby roz­dzie­lić dwa wam­piry.

Bal­dwin wark­nął na nią ostrze­gaw­czo, a Mar­cus sko­czył mu do gar­dła.

Mat­thew chwy­cił Pho­ebe i odcią­gnął ją na bok. Dziew­czyna drżała, choć bar­dziej z gniewu niż ze stra­chu. Fer­nando zła­pał Mar­cusa i przy­szpi­lił jego ramiona do boków. Gal­low­glass zaci­snął dłoń na ramie­niu Bal­dwina.

-?Nie rzu­caj mu wyzwa­nia -?ostrzegł Fer­nando, kiedy Mar­cus pró­bo­wał się uwol­nić. -?Chyba że jesteś gotowy wyjść z tego domu i ni­gdy nie wró­cić.

Po dłuż­szej chwili wam­pir ski­nął głową. Gonçalves go puścił, ale został w pobliżu.

-?Te groźby są absur­dalne -?stwier­dził Mar­cus tro­chę bar­dziej opa­no­wa­nym tonem. -?Zakon Ryce­rzy Świę­tego Łaza­rza i Kon­gre­ga­cja od lat cho­dzą ze sobą do łóżka. My doglą­damy ich spraw finan­so­wych, nie wspo­mi­na­jąc o pomocy w zapro­wa­dza­niu porządku wśród wam­pi­rów. Z pew­no­ścią...

-?Z pew­no­ścią Kon­gre­ga­cja nie zary­zy­kuje zemsty rodu de Cler­mont? Nie pogwałci azylu, któ­rym zawsze było Sept-Tours? -?Bal­dwin pokrę­cił głową. -?Oni już to zro­bili, Mar­cu­sie. Kon­gre­ga­cja tym razem się nie bawi. Od lat szu­kała powodu, żeby roz­wią­zać Zakon Ryce­rzy Świę­tego Łaza­rza.

-?Robią to teraz, bo ofi­cjal­nie oskar­ży­łem Petera Knoksa o śmierć Emily? -?zapy­tał Mar­cus.

-?Tylko czę­ściowo. Kon­gre­ga­cja nie mogła znieść two­jego uporu w spra­wie anu­lo­wa­nia przy­mie­rza. -?Bal­dwin cisnął mu zwój per­ga­minu. Trzy pie­czę­cie zako­ły­sały się lekko na to bru­talne trak­to­wa­nie. - Roz­wa­ży­li­śmy twoją prośbę... ponow­nie. Została odrzu­cona. Ponow­nie.

To jedno słowo "my" wyja­śniło pewną tajem­nicę. Odkąd w dwu­na­stym wieku utwo­rzono Kon­gre­ga­cję i pod­pi­sano przy­mie­rze, wśród trzech wam­pi­rów zasia­da­ją­cych przy stole narad zawsze był jakiś de Cler­mont. Do tej pory nie zna­łam jego toż­sa­mo­ści. Teraz oka­zało się, że jest nim brat Matt­thew.

-?Szkoda, że wam­pir wmie­szał się w spór dwojga cza­row­ni­ków -?cią­gnął Bal­dwin. -?Żąda­nie odszko­do­wa­nia za śmierć Emily Mather było głu­pie, Mar­cu­sie, ale dal­sze pod­wa­ża­nie przy­mie­rza nie­wy­ba­czal­nie naiwne.

-?Co się stało? -?zapy­tał Mat­thew. Prze­ka­zał Pho­ebe pod moją opiekę, choć jego spoj­rze­nie mówiło, że nie cie­szy go mój widok.

-?Mar­cus i inni uczest­nicy jego małej rebe­lii wezwali w kwiet­niu do unie­waż­nie­nia przy­mie­rza. Twój syn ogło­sił, że rodzina Bisho­pów znaj­duje się pod bez­po­śred­nią ochroną Ryce­rzy Świę­tego Łaza­rza, stąd zaan­ga­żo­wa­nie zakonu.

Mat­thew ostro spoj­rzał na Mar­cusa. Nie wie­dzia­łam, czy chce uca­ło­wać syna za jego wysiłki, by chro­nić rodzinę, czy skar­cić go za zbytni opty­mizm.

-?W maju... cóż, sam wiesz, co wyda­rzyło się w maju -?mówił dalej Bal­dwin. -?Mar­cus okre­ślił śmierć Emily jako wrogi akt człon­ków Kon­gre­ga­cji, mający na celu wywo­ła­nie otwar­tego kon­fliktu mię­dzy bytami. Uznał, że Kon­gre­ga­cja zechce ponow­nie roz­wa­żyć jego wcze­śniej­szą prośbę o anu­lo­wa­nie przy­mie­rza w zamian za rozejm z Zako­nem Ryce­rzy Świę­tego Łaza­rza.

-?Była to cał­kiem roz­sądna prośba. -?Mar­cus roz­wi­nął doku­ment i prze­biegł go wzro­kiem.

-?Roz­sądna czy nie, za wnio­skiem były dwa głosy, sie­dem prze­ciw - rela­cjo­no­wał Bal­dwin. -?Ni­gdy nie dopro­wa­dzaj do gło­so­wa­nia, któ­rego wyniku nie możesz z góry prze­wi­dzieć, Mar­cu­sie. Do tej pory powi­nie­neś odkryć tę nie­miłą prawdę na temat demo­kra­cji.

-?To nie­moż­liwe, bo ozna­cza, że tylko ty i matka Natha­niela gło­so­wa­li­ście za moją pro­po­zy­cją -?stwier­dził oszo­ło­miony Mat­thew. Aga­tha Wil­son była jedną z trójki demo­nów wśród człon­ków Kon­gre­ga­cji.

-?Inny demon poparł Aga­thę -?powie­dział zimno Bal­dwin.

-?Ty gło­so­wa­łeś prze­ciw? -?Mar­cus naj­wy­raź­niej liczył na popar­cie rodziny.

Na pod­sta­wie swo­ich nie­licz­nych kon­tak­tów z Bal­dwi­nem mogła­bym powie­dzieć synowi mojego męża, że nie­po­trzeb­nie łudził się nadzieją.

-?Zobaczmy. -?Mat­thew wyrwał per­ga­min z ręki Mar­cusa, wzro­kiem doma­ga­jąc się wyja­śnień od brata.

-?Nie mia­łem wyboru -?oświad­czył Bal­dwin. -?Wiesz, jakich szkód naro­bił twój syn? Od tej pory będzie się szep­tać o tym, jak młody par­we­niusz z pod­rzęd­nej gałęzi rodu de Cler­mont pró­bo­wał zakwe­stio­no­wać tysiąc­let­nią tra­dy­cję.

-?Pod­rzęd­nej? -?Wstrzą­snęła mną znie­waga, któ­rej Bal­dwin dopu­ścił się wobec Ysa­beau.

Jed­nakże moja teściowa w ogóle nie wyda­wała się poru­szona. Jeśli już, to wyglą­dała na jesz­cze bar­dziej znu­dzoną. Przy­pa­try­wała się ide­al­nie wypie­lę­gno­wa­nym dłu­gim paznok­ciom.

-?Za daleko się posu­wasz, Bal­dwi­nie -?wark­nął Gal­low­glass. -?Nie było cię tutaj, kiedy w maju przy­je­chali dwaj zbun­to­wani człon­ko­wie Kon­gre­ga­cji i zabili Emily...

-?Ger­bert i Knox nie są zbun­to­wani! -?Bal­dwin pod­niósł głos. -?Należą do dwóch trze­cich więk­szo­ści.

-?Nic mnie to nie obcho­dzi -?ode­zwał się z kamienną twa­rzą Mar­cus. - Naka­zy­wa­nie cza­row­ni­kom, wam­pi­rom i demo­nom, żeby trzy­mali się osobno, nie ma już sensu... jeśli w ogóle kie­dy­kol­wiek miało. Roz­wią­za­nie przy­mie­rza jest wła­ściwą rze­czą.

-?A od kiedy to ma zna­cze­nie? -?Bal­dwin wyda­wał się znu­żony.

-?Tu jest mowa, że Peter Knox został potę­piony -?stwier­dził Mat­thew, pod­no­sząc wzrok znad doku­mentu.

-?Co wię­cej, zmu­szono go do rezy­gna­cji. Ger­bert i Satu argu­men­to­wali, że został spro­wo­ko­wany do dzia­ła­nia prze­ciwko Emily, ale Kon­gre­ga­cja nie mogła zaprze­czyć, że ode­grał pewną rolę w śmierci cza­row­nicy. -?Bal­dwin usiadł z powro­tem za biur­kiem ojca. Choć był męż­czy­zną słusz­nej postury, nie wyda­wał się godny, żeby zaj­mo­wać miej­sce Phi­lippe'a.

-?A więc to Knox zabił moją cio­cię. -?Wzbie­rały we mnie gniew i moc.

-?On twier­dzi, że tylko pytał ją o miej­sce pobytu Mat­thew i o to, gdzie znaj­duje się manu­skrypt z Biblio­teki Bodle­jań­skiej, ponoć święty tekst, który wam­piry nazy­wają Księgą Życia -?wyja­śnił Bal­dwin. -?Knox mówił, że Emily się zde­ner­wo­wała, kiedy odkrył, że córka Wil­so­nów jest cza­row­nicą, choć jej rodzice są oboje demo­nami. O jej atak serca obwi­nia stres.

-?Emily była zdrowa jak koń -?oświad­czy­łam.

-?A jaką cenę Knox zapłaci za zabi­cie członka rodziny mojej żony? - zapy­tał spo­koj­nie Mat­thew, kła­dąc dłoń na moim ramie­niu.

-?Knox został na zawsze wyklu­czony z Kon­gre­ga­cji -?odparł Bal­dwin. - Mar­cus przy­naj­mniej w tej kwe­stii posta­wił na swoim, ale nie jestem pewien, czy tego nie poża­łu­jemy.

Bra­cia wymie­nili dłu­gie spoj­rze­nia. Naj­wy­raź­niej coś waż­nego prze­ga­pi­łam.

-?Kto zaj­mie jego miej­sce? -?zapy­tał Mat­thew.

-?Za wcze­śnie, żeby na to odpo­wie­dzieć. Cza­row­nice upie­rają się przy kimś ze Szko­cji, na tej pod­sta­wie, że Knox nie dokoń­czył kaden­cji. Janet Gow­die jest oczy­wi­ście za stara, zatem sta­wiam pie­nią­dze na któ­reś z McNi­ve­nów, może Kate. Albo Jenny Horne.

-?Szkoci pło­dzą potężne cza­row­nice -?stwier­dził Gal­low­glass -?a Gow­die, Horne'owie i McNi­ve­no­wie są naj­bar­dziej sza­no­wa­nymi rodzi­nami na pół­nocy.

-?Może nie być tak łatwo nimi ste­ro­wać jak Knok­sem -?zauwa­żył Bal­dwin. - I jedno jest jasne: cza­row­nice są zde­ter­mi­no­wane, żeby dostać Księgę Życia.

-?Zawsze chciały ją mieć -?powie­dział Mat­thew.

-?Nie tak bar­dzo jak teraz. Knox zna­lazł w Pra­dze pewien list. Podobno jest w nim dowód, że macie albo mie­li­ście księgę o pocho­dze­niu... czy też ory­gi­nalną księgę cza­rów, jeśli woli­cie jego wer­sję -?wyja­śnił Bal­dwin. -?Powie­dzia­łem Kon­gre­ga­cji, że to jedy­nie fan­ta­zja cza­row­ni­ków spra­gnio­nych wła­dzy, ale mi nie uwie­rzyli. Naka­zali pełne śledz­two.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki