Rozdział 1
Muchy nie mają dużo masy. Składają się głównie ze wspomnień i serca. Na
jednej z okrągłych wież Sept-Tours Emily Mather przycisnęła
przezroczystą rękę do piersi, którą nawet teraz dławił lęk.
Czy kiedyś będzie łatwiej? Jej głos był prawie niesłyszalny.
Patrzenie? Czekanie? Wiedza?
Nie zauważyłem, odparł krótko Philippe de Clermont. Stał niedaleko i wpatrywał się w swoje równie przeświecające palce. Ze wszystkich rzeczy
w byciu martwym, których nie lubił -?tego, że nie może dotknąć żony
Ysabeau, że nie czuje jej zapachu ani smaku, że nie ma mięśni, żeby
stoczyć pojedynek -?na szczycie listy znajdowała się niewidzialność. Ona
wciąż mu przypominała, jaki się stał nieważny.
Emily wydłużyła się mina, a Philippe przeklął się w myślach. Odkąd
czarownica umarła, była jego stałą towarzyszką, dzieliła jego samotność.
Co sobie myślał, żeby warczeć na nią jak na służącą?
Może będzie łatwiej, kiedy już przestaną nas potrzebować, odezwał się
Philippe łagodniejszym tonem. Może i był bardziej doświadczonym duchem,
ale to Emily rozumiała metafizykę ich sytuacji. To, co mu powiedziała,
zupełnie nie zgadzało się z tym, co on sam myślał o zaświatach. Sądził,
że żywi widzą zmarłych, bo czegoś od nich potrzebują: pomocy,
wybaczenia, odpłaty. Emily twierdziła, że to tylko ludzkie mity i że
martwi mogą się ukazać żywym wyłącznie wtedy, kiedy ci odpuszczą i pójdą
dalej.
Dzięki tej informacji łatwiej było mu znosić to, że Ysabeau go nie
widzi. Ale niewiele łatwiej.
-?Nie mogę się doczekać, żeby zobaczyć reakcję Em. -?Ciepły alt Diany
popłynął w stronę blanków. -?Będzie taka zaskoczona.
Diana i Matthew, powiedzieli jednocześnie Emily i Philippe, zerkając w dół na brukowany dziedziniec otaczający château.
Tam. Philippe wskazał na podjazd. Nawet martwy zachował wzrok wampira,
ostrzejszy niż ludzki. Z szerokimi ramionami i szatańskim uśmiechem
nadal był aż nazbyt przystojnym mężczyzną. Spojrzał z tym właśnie
uśmiechem na Emily, a ona nie mogła się powstrzymać; musiała go
odwzajemnić. Są piękną parą, prawda? Spójrz, jak zmienił się mój syn.
Wampiry nie powinny się zmieniać wraz z mijającym czasem, dlatego Emily
spodziewała się, że zobaczy te same ciemne włosy, czarne z granatowym
połyskiem; te same zmienne szaro-zielone oczy, chłodne jak zimowe morze;
tą samą bladą skórę i duże usta. Ale podobnie jak Philippe ona też
zauważyła kilka subtelnych różnic. Włosy Matthew były krótsze, a z brodą
wyglądał jeszcze groźniej niż zwykle, jak pirat. Emily wydała stłumiony
okrzyk zaskoczenia.
Czy Matthew jest... większy?
Tak. Podtuczyłem go, kiedy on i Diana byli tutaj w tysiąc pięćset
dziewięćdziesiątym. Przez książki robi się miękki. Musi więcej walczyć,
a mniej czytać. Philippe zawsze uważał, że istnieje coś takiego jak
nadmiar edukacji. Matthew był na to żywym dowodem.
Diana też wygląda inaczej. Bardziej jak jej matka z tymi długimi
miedzianymi włosami, stwierdziła Em, odnotowując najbardziej widoczną
zmianę u swojej siostrzenicy.
Diana potknęła się na bruku, a Matthew natychmiast wyciągnął rękę, żeby
ją przytrzymać. Kiedyś Em uważała jego nadopiekuńczość za przejaw
zaborczości charakterystycznej dla wampirów. Teraz, z nowej perspektywy,
zrozumiała, że on po prostu dzięki nadnaturalnej spostrzegawczości
widział najdrobniejszą zmianę wyrazu twarzy i nastroju Diany, każdą
oznakę zmęczenia czy głodu. Jednakże dzisiaj jego troska wydawała się
zwielokrotniona.
Zmieniły się nie tylko jej włosy. Na twarzy Philippe'a odmalowało się
zdumienie. Diana nosi dziecko... dziecko Matthew.
Emily uważniej przyjrzała się siostrzenicy, korzystając z większej
wnikliwości, którą dała jej śmierć. Philippe miał rację, częściowo.
Chciałeś powiedzieć: "dzieci". Diana będzie miała bliźnięta.
Bliźnięta, powtórzył z zachwytem Philippe. Jego wzrok przyciągnęła
żona. Spójrz, tam są Ysabeau, Sara, Sophie i Margaret.
Co się teraz stanie, Philippie? Serce Emily ściskał coraz większy lęk.
Końce. Początki. Philippe celowo mówił niejasno. Zmiana.
Diana nigdy nie lubiła zmian, stwierdziła Emily.
To dlatego, że boi się tego, czym musi się stać, odparł Philippe.
***
Marcus Whitmore widział wiele okropności od tamtej nocy w roku 1781,
kiedy Mathew de Clermont uczynił go wampirem. Ale żadna nie przygotowała
go na dzisiejszą próbę: poinformowanie Diany Bishop, że jej ukochana
ciocia Emily Mather nie żyje.
Marcus odebrał telefon od Ysabeau, kiedy razem z Nathanielem Wilsonem
oglądali w rodzinnej bibliotece wiadomości telewizyjne. Żona Nathaniela
Sophie i ich córka Margaret drzemały na kanapie.
-?Świątynia -?rzuciła naglącym tonem Ysabeau. -?Przyjdź. Natychmiast.
Marcus bez pytania posłuchał babki. W drodze do drzwi zatrzymał się
tylko po to, żeby zawołać swojego kuzyna Gallowglassa i ciotkę Verin.
W letnim przedwieczornym świetle dotarł do polany na szczycie wzgórza,
rozjaśnionej przez nadprzyrodzony blask, który przesączał się między
drzewami. Od wiszącej w powietrzu magii Marcusowi zjeżyły się włosy.
Potem wyczuł obecność wampira Gerberta z Aurillac. I jeszcze kogoś.
Czarownicy.
Lekkie, zdecydowane kroki rozbrzmiały na korytarzu, przenosząc Marcusa z powrotem do teraźniejszości. Ciężkie drzwi otworzyły się ze
skrzypieniem.
-?Cześć, kochanie.
Marcus odwrócił wzrok od krajobrazu Owernii i wziął głęboki wdech.
Zapach Phoebe Taylor przypominał mu gęstwinę bzów, które rosły przed
czerwonymi drzwiami jego rodzinnej farmy. Delikatny, ale zdecydowany
aromat zapowiadał wiosnę po długiej zimie Massachusetts i zawsze
przywoływał obraz jego od dawna nieżyjącej matki i jej wyrozumiałego
uśmiechu. Teraz kojarzył mu się jedynie ze stojącą przed nim drobną
kobietą o żelaznej woli.
-?Wszystko będzie dobrze. -?Phoebe poprawiła mu kołnierzyk. Jej oliwkowe
oczy były pełne troski.
Przerzucił się na bardziej oficjalne ubrania niż T-shirty mniej więcej w tym czasie, kiedy zaczął podpisywać listy imieniem i nazwiskiem Marcus
de Clermont zamiast Marcus Whitmore, pod którym to nazwiskiem znała go
Phoebe, zanim opowiedział jej o wampirach, ojcach liczących sobie tysiąc
pięćset lat, francuskim zamku pełnym groźnych krewnych i o czarownicy
Dianie Bishop. Według Marcusa z cudem graniczyło to, że dziewczyna z nim
została.
-?Nie będzie. -?Marcus pocałował ją w dłoń. Phoebe jeszcze nie poznała
Matthew. -?Zostań tu z Nathanielem i resztą. Proszę.
-?Mówię ci po raz ostatni, Marcusie Whitmore, że będę stała u twojego
boku, kiedy będziesz witał swojego ojca i jego żonę. Nie wierzę, że
nadal musimy o tym dyskutować. -?Phoebe wyciągnęła do niego rękę. -
Idziemy?
Marcus ujął jej dłoń, ale zamiast ruszyć do drzwi, tak jak narzeczona
się spodziewała, przyciągnął ją do siebie. Phoebe popatrzyła na niego
zaskoczona, z jedną ręką w jego dłoni, drugą przyciśniętą do jego serca.
-?Dobrze. Ale jeśli ze mną pójdziesz, musisz spełnić pewne warunki. Po
pierwsze, przez cały czas będziesz ze mną albo z Ysabeau.
Phoebe otworzyła usta, żeby zaprotestować, ale uciszyło ją poważne
spojrzenie Marcusa.
-?Po drugie, jeśli każę ci wyjść z pokoju, zrobisz to. Bez zwłoki. Bez
pytań. Idź prosto do Fernanda. On będzie w kaplicy albo w kuchni. -
Marcus przyjrzał się jej twarzy i zobaczył na niej niepewność, ale też
akceptację. -?Po trzecie, pod żadnym pozorem nie znajdziesz się w zasięgu ręki mojego ojca. Zgoda?
Phoebe pokiwała głową. Jako dobra dyplomatka była gotowa przestrzegać
jego zasad... na razie. Jednakże jeśli ojciec Marcusa okaże się takim
potworem, za jakiego uważano go w tym domu, ona zrobi to, co musi.
***
Fernando Gonçalves wylał ubite jajka na gorącą patelnię, pokrywając nimi
smażone ziemniaki. Jego tortilla espańola była jedną z niewielu potraw,
którą jadała Sarah Bishop, a akurat dzisiaj wdowa potrzebowała sił.
Gallowglass siedział przy kuchennym stole i wydłubywał krople wosku z pęknięć w starych deskach. Z blond włosami sięgającymi do kołnierza i muskularną budową wyglądał jak ponury niedźwiedź. Jego przedramiona i bicepsy pokrywały kolorowe zawijasy tatuaży. Ich tematyka stanowiła
odbicie tego, co Gallowglass myślał w momencie ich robienia, ponieważ na
wampirze tatuaże utrzymywały się przez zaledwie kilka miesięcy. Teraz
wielkolud najwyraźniej myślał o swoich korzeniach, bo jego ręce były
pokryte celtyckimi węzłami, runami i baśniowymi stworzeniami z norweskich i gaelickich mitów i legend.
-?Przestań się martwić. -?Głos Fernanda był ciepły i dojrzały jak sherry
starzone w dębowych beczkach.
Gallowglass podniósł na chwilę wzrok i wrócił do swojego zajęcia.
-?Nikt nie przeszkodzi Matthew w tym, co on musi zrobić. Pomszczenie
śmierci Emily to sprawa honoru.
Fernando wyłączył kuchenkę i podszedł do stołu, sunąc bezszelestnie
bosymi stopami po kamiennej podłodze. Idąc, odwinął rękawy białej
koszuli, nieskazitelnie czystej mimo godzin spędzonych tego dnia w kuchni. Wepchnął koszulę za pasek dżinsów i przeczesał palcami ciemne
falujące włosy.
-?Marcus spróbuje wziąć na siebie winę, przecież wiesz -?stwierdził
Gallowglass. -?Ale śmierć Emily to nie wina chłopaka.
Scena, którą ujrzał na górze, była dziwnie spokojna, zważywszy na
okoliczności. Gallowglass przybył do świątyni chwilę po Marcusie. Zastał
tam tylko ciszę i Emily Mather klęczącą w kręgu wytyczonym przez jasne
kamienie. Za nią stał czarownik Peter Knox z rękami na jej głowie i wyrazem oczekiwania -?nawet głodu -?na twarzy. Gerbert z Aurillac,
wampir i najbliższy sąsiad de Clermontów, przyglądał się im z zainteresowaniem.
-?Emily! -?Udręczony krzyk Sarah przeszył powietrze z taką siłą, że
nawet Gerbert cofnął się o krok.
Zaskoczony czarownik puścił Emily Mather, a ona osunęła się na ziemię
nieprzytomna. Sarah zaatakowała Knoksa tak potężnym zaklęciem, że ten
przeleciał przez całą polanę.
-?Nie, Marcus jej nie zabił -?powiedział Fernando. -?Ale jego
zaniedbanie...
-?Brak doświadczenia -?przerwał mu Gallowglass.
-?Zaniedbanie -?powtórzył Gonçalves -?odegrało rolę w tej tragedii.
Marcus o tym wie i bierze na siebie odpowiedzialność.
-?Marcus nie prosił o przywództwo -?zagrzmiał Gallowglass.
-?Nie. Ja wyznaczyłem go na to stanowisko, a Matthew zgodził się, że to
słuszna decyzja. -?Fernando krótko uścisnął ramię olbrzyma i wrócił do
kuchenki.
-?To dlatego przyjechałeś? Bo czułeś się winny, że odmówiłeś kierowania
zakonem, kiedy Matthew poprosił cię o pomoc?
Nikt bardziej od Gallowglassa nie był zaskoczony, kiedy Fernando zjawił
się w Sept-Tours. Gonçalves unikał tego miejsca, odkąd ojciec
Gallowglassa Hugh de Clermont umarł w czternastym wieku.
-?Jestem tutaj, bo Matthew był przy mnie, kiedy francuski król kazał
stracić Hugh. -?Zostałem wtedy sam na całym świecie, nie licząc mojej
żałoby. -?Głos Fernanda był szorstki. -?A odmówiłem dowodzenia Rycerzami
Świętego Łazarza, bo nie jestem de Clermontem.
-?Byłeś partnerem mojego ojca! -?zaprotestował Gallowglass. -?Jesteś tak
samo de Clermontem jak Ysabeau albo jej dzieci!
Fernando starannie zamknął drzwi piekarnika.
-?Jestem partnerem Hugh -?oświadczył nadal odwrócony plecami do stołu. -
Twój ojciec nigdy nie będzie dla mnie przeszłością.
-?Przepraszam -?powiedział ze smutkiem Gallowglass. Choć Hugh nie żył od
prawie siedmiu wieków, Fernando nigdy nie przebolał straty. A on wątpił,
czy to kiedykolwiek się stanie.
-?A jeśli chodzi o to, czy jestem de Clermontem -?ciągnął Fernando,
wpatrując się w ścianę nad kuchenką -?Philippe się na to nie zgadzał.
Gallowglass znowu zaczął nerwowo wyskubywać wosk ze szpar. Fernando
nalał dwa kieliszki czerwonego wina i zaniósł je do stołu.
-?Proszę. -?Wręczył jeden pasierbowi. -?Ty też będziesz dzisiaj
potrzebował sił.
W tym momencie do kuchni wpadła Marthe. Gospodyni Ysabeau rządziła tą
częścią château i nie była zadowolona, że widzi w niej intruzów.
Posławszy Fernandowi i Galloglassowi kwaśne spojrzenie, pociągnęła nosem
i otworzyła piekarnik.
-?To moja najlepsza brytfanna! -?rzuciła oskarżycielskim tonem.
-?Wiem -?powiedział Fernando i napił się wina. -?Dlatego jej używam.
-?Pańskie miejsce nie jest w kuchni, dom Fernando. Proszę iść na górę
i zabrać ze sobą Gallowglassa.
Marthe sięgnęła do półki nad zlewem po paczkę herbaty. I wtedy zobaczyła
imbryk owinięty w ścierkę, stojący na tacy obok filiżanek, spodków,
mleka i cukru. Mars na jej twarzy się pogłębił.
-?Co jest nie w porządku w mojej obecności tutaj? -?zapytał Fernando.
-?Nie jest pan służącym -?odparła Marthe. Zdjęła pokrywkę z imbryka i podejrzliwie powąchała zawartość.
-?Ulubiona Diany. Mówiłaś mi, co ona lubi, pamiętasz? -?Fernando
uśmiechnął się ze smutkiem. -?I wszyscy w tym domu służą de Clermontom,
Marthe. Jedyna różnica polega na tym, że ty, Alain i Victoire dostajecie
za to sowitą zapłatę. Reszta z nas ma być wdzięczna za ten przywilej.
-?I nie bez powodu. Inni manjasang marzą o tym, żeby być częścią tej
rodziny. Proszę pamiętać o tym na przyszłość, dom Fernando. -?Marthe
położyła nacisk na jego wielkopański tytuł. Wzięła tacę. -?I o cytrynie.
A przy okazji, jajka się palą.
Gonçalves skoczył im na ratunek.
-?Jeśli chodzi o ciebie -?Marthe wbiła wzrok w Gallowglassa -?nie
powiedziałeś nam o Matthew i jego żonie tego, co powinieneś.
Gallowglass wpatrywał się ze skruszoną miną w swoje wino.
-?Twoja babka później się z tobą policzy. -?Po tej mrożącej krew w żyłach zapowiedzi Marthe wymaszerowała z kuchni.
-?Co znowu zrobiłeś? -?zapytał Fernando, stawiając na kuchence tortillę,
jeszcze nie spaloną, Alhamdullillah. Doświadczenie nauczyło go, że
cokolwiek nabroił Gallowglass, miał dobre intencje i całkowitą pogardę
dla możliwych konsekwencji.
-?Nooo... -?Gallowglass przeciągnął samogłoskę, jak to tylko Szkot
potrafi -?być może pominąłem w opowieści jedną czy dwie rzeczy.
-?Na przykład? -?naciskał Fernando, wyczuwając pośród domowych
kuchennych zapachów woń katastrofy.
-?Na przykład to, że cioteczka jest w ciąży... i to z nikim innym jak z Matthew. I że dziadek ją adoptował. Panie, jego przysięga krwi była
ogłuszająca. -?Gallowglass się zamyślił. -?Myślisz, że nadal będziemy
mogli ją usłyszeć?
Fernando stał z rozdziawionymi ustami.
-?Nie patrz tak na mnie. Podzielenie się nowiną o dziecku wydawało mi
się niewłaściwe. Kobiety potrafią być dziwne w takich sprawach. A Philippe przed śmiercią powiedział cioteczce Vertin o przysiędze krwi i ona też nie pisnęła o tym słowa od tysiąc dziewięćset czterdziestego
piątego!
Powietrze rozdarł huk, jakby zdetonowano niewielką bombę. Coś zielonego
i ognistorudego przemknęło za kuchennym oknem.
-?Co to było, do diabła? -?Fernando gwałtownie otworzył drzwi i osłonił
oczy przed jasnym blaskiem słońca.
-?Pewnie wkurzona wiedźma. -?Ton Gallowglasa był posępny. -?Sarah
musiała powiedzieć Dianie i Matthew o Emily.
-?Nie eksplozja, tylko to! -?Fernando wskazał na dzwonnicę w Saint-Lucien.
Okrążała ją skrzydlata dwunożna istota ziejąca ogniem. Gallowglass
wstał, żeby lepiej się przyjrzeć.
-?To Corra -?powiedział rzeczowym tonem. -?Ona jest zawsze tam, gdzie
cioteczka.
-?Ale to przecież smok. -?Fernando spojrzał na pasierba dzikim wzrokiem.
-?To żaden smok. Nie widzisz, że ma tylko dwie nogi? Corra to smok
ognisty. -?Gallowglass wykręcił ramię, żeby zademonstrować tatuaż ze
skrzydlatą istotą, która bardzo przypominała latającą bestię. -?Właśnie
taki. Mogłem pominąć ze dwa szczegóły, ale ostrzegałem wszystkich, że
cioteczka Diana nie będzie taką samą czarownicą jak wcześniej.
***
-?To prawda, skarbie. Em nie żyje.
Stres związany z wyznaniem prawdy Dianie i Matthew najwyraźniej okazał
się dla niej zbyt silny. Sarah mogłaby przysiąc, że widzi smoka.
Fernando miał rację. Powinna ograniczyć whiskey.
-?Nie wierzę ci. -?Głos Diany był piskliwy i ostry.
Przeszukała salon Ysabeau, jakby się spodziewała, że znajdzie Emily
ukrytą za jedną z ozdobnych sof.
-?Emily nie ma. -?Ściszony głos Matthew był pełen żalu i czułości. -
Odeszła.
-?Nie. -?Diana próbowała go ominąć, ale on chwycił ją w ramiona i przytulił.
-?Tak mi przykro, Sarah -?powiedział.
-?Nie mów, że ci przykro! -?krzyknęła Diana, próbując się uwolnić z silnego uścisku. Zabębniła pięścią w ramię męża. -?Em żyje! To koszmar.
Obudź mnie, Matthew, proszę! Chcę się obudzić w tysiąc pięćset
dziewięćdziesiątym pierwszym.
-?To nie jest koszmar -?Długie, samotne tygodnie uświadomiły Sarah, że
śmierć Em to straszna prawda.
-?Więc wybrałam niewłaściwy zakręt... albo zawiązałam zły węzeł w zaklęciu. Nie tutaj mieliśmy trafić! -?Diana cała się trzęsła z żalu i szoku. -?Em obiecała, że nigdy nie odejdzie bez pożegnania.
-?Em nie miała czasu się pożegnać... z nikim. Ale to nie znaczy, że cię
nie kochała. -?Sarah przypominała to sobie setki razy w ciągu dnia.
-?Diana powinna usiąść -?stwierdził Marcus, przyciągając krzesło.
Syn Matthew teraz też wyglądał jak dwudziestoparoletni surfer, który
zeszłej jesieni w październiku zjawił się w domu Bishopów. Skórzany
rzemyk z dziwną kolekcją przedmiotów zbieranych przez stulecia nadal
wisiał na jego szyi wplątany w blond włosy. Na stopach Marcus miał
ulubione converse'y. Nowy był jedynie smutny, pełen rezerwy wyraz jego
oczu.
Sarah była wdzięczna za obecność Marcusa i Ysabeau, ale osobą, którą
naprawdę pragnęła mieć w tej chwili przy sobie, był Fernando. W tym
trudnym okresie okazał się dla niej opoką.
-?Dziękuję, Marcusie -?powiedział Matthew, sadzając żonę na krześle.
Phoebe próbowała wcisnąć jej do ręki szklankę wody. Kiedy Diana
spojrzała na nią pustym wzrokiem, Matthew wziął naczynie i postawił je
na stole.
Wszyscy patrzyli na wdowę.
Sarah nie czuła się pewnie w takich sytuacjach. To Diana była w rodzinie
historyczką. Wiedziała, od czego zacząć i jak uporządkować ciąg
zagmatwanych wydarzeń w spójną opowieść ze wstępem, rozwinięciem i zakończeniem, może nawet z wiarygodnym wytłumaczeniem, dlaczego Emily
umarła.
-?Nie ma łatwego sposobu, by to opowiedzieć -?zaczęła Sarah.
-?Nic nie musisz nam mówić -?odezwał się Matthew z oczami pełnymi
współczucia. -?Wyjaśnienia mogą poczekać.
-?Nie. Oboje musicie wiedzieć. -?Sarah sięgnęła po szklaneczkę whiskey,
którą zwykle miała pod ręką. Teraz jej nie znalazła. Z niemą prośbą
spojrzała na Marcusa.
-?Emily umarła w starej świątyni -?powiedział Marcus, biorąc na siebie
trudne zadanie.
-?Tej poświęconej bogini? -?zapytała szeptem Diana, marszcząc w skupieniu czoło.
-?Tak. -?Sarah zakaszlała, żeby usunąć gulę z gardła. -?Emily spędzała
tam ostatnio coraz więcej czasu.
-?Była sama? -?Wyraz twarzy Matthew już nie był ciepły i pełen
zrozumienia. Jego głos stał się lodowaty.
W pokoju zapadła cisza, tym razem ciężka i niezręczna.
-?Emily nie pozwalała nikomu ze sobą chodzić -?wyjaśniła Sarah,
stawiając na szczerość. Gdyby minęła się z prawdą, Diana od razu by się
zorientowała. Też była czarownicą. -?Marcus próbował ją przekonać, żeby
kogoś ze sobą zabierała, ale Emily odmawiała.
-?Dlaczego chciała być sama? -?spytała Diana, widząc niepokój ciotki. -
Co się działo, Sarah!
-?Od stycznia Em zwracała się ku wyższej magii. -?Sarah odwróciła wzrok
od wstrząśniętej siostrzenicy. -?Miała straszne przeczucia śmierci i nieszczęścia. Chciała je zrozumieć.
-?Ale Em zawsze mówiła, że wyższa magia jest zbyt mroczna, żeby
czarownice mogły bezpiecznie się nią posługiwać -?powiedziała Diana
silniejszym głosem. -?Mówiła, że czarownica, która uważa, że jest
odporna na zagrożenia, przekona się boleśnie, jak potężne są te moce.
-?Mówiła z doświadczenia -?potwierdziła Sarah. -?Ta magia potrafi
uzależniać. Ona poznała jej atrakcyjność, ale nie chciała, żebyś o tym
wiedziała, skarbie. Od dziesięcioleci nie dotknęła kamienia do wróżb ani
nie próbowała wzywać duchów.
-?Wzywać duchów? -?Matthew zmrużył oczy. Z ciemną brodą wyglądał
naprawdę groźnie.
-?Myślę, że próbowała wezwać Rebeccę. Gdybym zdawała sobie sprawę, jak
daleko posunęła się w tych swoich próbach, starałabym się ją
powstrzymać. -?Oczy Sarah wypełniły się łzami. -?Peter Knox musiał
wyczuć moc Emily, a wyższa magia zawsze go fascynowała. Gdy ją
znalazł...
-?Knox? -?powtórzył Matthew cicho, a Sarah zjeżyły się włoski na karku.
-?Kiedy ją znaleźliśmy, Knox i Gerbert też tam byli -?wyjaśnił Marcus z nieszczęśliwą miną. -?Em dostała ataku serca. Musiała być w ogromnym
stresie, kiedy próbowała stawić opór Knoksowi. Była ledwo przytomna.
Próbowałem ją reanimować. Sarah również. Ale nic nie mogliśmy już
zrobić.
-?Dlaczego Knox i Gerbert tam byli?! -?krzyknęła Diana. -?I co, u licha,
Knox chciał uzyskać, zabijając Em?
-?Nie sądzę, żeby Knox chciał ją zabić, kochanie -?powiedziała Sarah. -
Czytał w jej myślach albo usiłował to zrobić. Jej ostatnie słowa
brzmiały: "Znam tajemnicę Ashmole'a nr 782, a ty nigdy jej nie poznasz".
-?Ashmole'a nr 782? -?Diana osłupiała. -?Jesteś pewna?
-?Tak. -?Sarah żałowała, że siostrzenica znalazła ten rękopis w Bibliotece Bodlejańskiej. Właśnie on był powodem większości ich obecnych
problemów.
-?Knox twierdził, że de Clermontowie mają brakujące strony manuskryptu i znają jego sekrety -?odezwała się Ysabeau. -?Verin i ja mówiłyśmy mu, że
się myli, ale jedyne, co odciągało go od tego tematu, to dziecko.
Margaret.
-?Nathaniel i Sophie poszli za nami do świątyni -?wyjaśnił Marcus w odpowiedzi na zdumione spojrzenie Matthew. -?Margaret była z nimi. Zanim
Emily upadła nieprzytomna, Knox zobaczył Margaret i zapytał, jakim cudem
dwa demony spłodziły czarownicę. Powołał się na przymierze. Zagroził, że
Kongregacja przeprowadzi śledztwo, czy nie doszło, jak to określił, do
"poważnego naruszenia prawa". Gdy my próbowaliśmy ocucić Emily i zabrać
dziecko w bezpieczne miejsce, Gerbert i Knox się wymknęli.
Do niedawna Sarah zawsze uważała Kongregację i przymierze za zło
konieczne. Nie było łatwo trzem gatunkom z innego świata -?demonom,
wampirom i czarownikom -?żyć wśród ludzi. Wszystkie one w którymś
momencie historii padały ofiarą ludzkiego strachu i przemocy, więc już
dawno temu zgodziły się na przymierze w celu zminimalizowania ryzyka, że
ich świat przyciągnie niepotrzebną uwagę. Ograniczało ono bratanie się
gatunków, a także udział w ludzkiej polityce czy religii.
Dziewięcioosobowa Kongregacja wprowadziła te ustalenia w życie i pilnowała, żeby byty ich przestrzegały. Teraz, kiedy Diana i Matthew
wrócili do domu, Kongregacja mogła iść do diabła i zabrać ze sobą swoje
przymierze, jeśli chodzi o Sarah.
Diana odwróciła głowę, a po jej twarzy przemknął wyraz niedowierzania.
-?Gallowglass? -?wyszeptała, czując w salonie zapach morza.
-?Witaj w domu, cioteczko.
Złota broda zalśniła w blasku słońca. Diana przez chwilę ze zdumieniem
patrzyła na wielkoluda, potem wyrwał się jej szloch.
-?No, no! -?Gallowglass porwał ją w niedźwiedzi uścisk. -?Minęło trochę
czasu od chwili gdy mój widok doprowadził kobietę do łez. Poza tym to ja
powinienem płakać. Jeśli chodzi o ciebie, rozmawialiśmy zaledwie parę
dni temu, a dla mnie minęły wieki.
Wokół Diany zamigotał tajemniczy blask, jakby powoli rozpalającej się
świecy. Sarah zamrugała. Naprawdę będzie musiała odstawić alkohol.
Matthew i jego bratanek wymienili spojrzenia. Kiedy łzy Diany popłynęły
większym strumieniem, a blask wokół niej stał się intensywniejszy, na
twarzy jej męża odmalowała się jeszcze większa troska.
-?Niech Matthew zabierze cię na górę. -?Gallowglass sięgnął do kieszeni
i wyjął z niej pogniecioną żółtą bandanę. Podał ją Dianie.
-?Wszystko z nią dobrze? -?zaniepokoiła się Sarah.
-?Jest trochę zmęczona -?odparł Gallowglass, prowadząc razem z Matthew
Dianę do pokoju w odległej wieży.
Gdy wszyscy troje wyszli, Sarah straciła resztki kruchego opanowania i zaczęła płakać. Codziennie wciąż na nowo przeżywała śmierć Em, ale
rozmowa z Dianą okazała się jeszcze bardziej bolesna. Fernando zbliżył
się do niej z zatroskaną miną, przytulił ją i powiedział cicho:
-?Wszystko w porządku, Sarah. Wyrzuć to z siebie.
-?Gdzie byłeś, kiedy cię potrzebowałam? -?zapytała Sarah, szlochając
głośno.
-?Teraz jestem. -?Fernando zaczął kołysać ją delikatnie. -?A Diana i Matthew wrócili bezpiecznie do domu.
***
-?Nie mogę przestać się trząść. -?Dianie szczękały zęby, a nogi i ręce
dygotały, jakby pociągały je niewidzialne sznurki.
Gallowglass zacisnął usta i odsunął się na bok, kiedy jego stryj otulał
żonę kocem i masował jej ramiona.
-?To szok, mon coeur -?powiedział cicho Matthew, całując ją w policzek. Nie chodziło tylko o śmierć Emily, ale również o wspomnienie
wcześniejszej, traumatycznej utraty rodziców. -?Możesz przynieść trochę
wina, Gallowglassie?
-?Nie powinnam. -?Wyraz twarzy Diany zmienił się raptownie, wróciły łzy.
-?Dzieci... Nigdy nie poznają Em. Nasze dzieci będą dorastać, nie znając
Em.
-?Proszę. -?Gallowglass podał stryjowi srebrną piersiówkę.
Matthew spojrzał na niego z wdzięcznością.
-?Jeszcze lepiej -?powiedział, wyjmując korek. -?Tylko łyk, Diano. Nie
zaszkodzi bliźniętom, a pomoże ci się uspokoić. Każę Marthe przynieść
czarną herbatę z dużą ilością cukru.
-?Zabiję Petera Knoksa -?rzuciła gwałtownie Diana, kiedy wypiła odrobinę
whiskey. Blask wokół niej pojaśniał.
-?Nie dzisiaj -?uciął twardo Matthew, oddając piersiówkę bratankowi.
-?Czy glaem cioteczki jest taki jasny, odkąd wróciliście? -
Gallowglass wprawdzie nie widział Diany Bishop od 1591 roku, ale nie
pamiętał, żeby wtedy ten blask był tak zauważalny.
-?Tak, ale nosiła czar maskujący. Szok musiał go osłabić. -?Matthew
posadził żonę na kanapie. -?Diana chciała, żeby Emily i Sarah cieszyły
się tym, że zostaną babciami, nim zaczną wypytywać o jej większą moc.
Gallowglass zmełł w ustach przekleństwo.
-?Lepiej? -?zapytał Matthew, muskając wargami palce żony.
Diana pokiwała głową, choć zęby nadal jej szczękały. Gallowglass
cierpiał na samą myśl, ile wysiłku musi ją kosztować panowanie nad sobą.
-?Tak mi przykro z powodu Emily -?powiedział Matthew, ujmując w dłonie
twarz żony.
-?Czy to nasza wina? Zostaliśmy w przeszłości zbyt długo, tak jak uważał
tata? -?Diana mówiła tak cicho, że nawet Gallowglass z trudem ją
słyszał.
-?Oczywiście, że nie -?rzucił szorstko. -?Zrobił to Peter Knox. Nikogo
innego nie można obwiniać.
-?Nie martwmy się tym, kogo obwiniać -?rzekł Matthew, ale jego
spojrzenie było gniewne.
Gallowglass pokiwał głową. Wiedział, że jego stryj będzie miał dużo do
powiedzenia o Knoksie i Gerbercie... później. Teraz troszczył się o żonę.
-?Emily chciałaby, żebyś skupiła się na sobie i Sarah. Na razie to
wystarczy. -?Matthew odgarnął miedziane pasma przyklejone do mokrych od
łez policzków.
-?Powinnam zejść na dół -?stwierdziła Diana, przykładając do oczu żółtą
bandanę Gallowglassa. -?Sarah mnie potrzebuje.
-?Zostańmy tu jeszcze trochę. Poczekajmy, aż Marthe przyniesie herbatę.
-?Matthew usiadł obok żony.
Diana oparła się o niego. Jej oddech był urywany, kiedy próbowała
powstrzymywać łzy.
-?Zostawiam was -?mruknął Gallowglass.
Matthew skinął mu głową w niemym podziękowaniu.
-?Dziękuję, Gallowglassie -?powiedziała Diana, oddając mu bandanę.
-?Zatrzymaj ją.
Wielkolud ruszył w stronę schodów.
-?Jesteśmy sami -?powiedział Matthew. -?Teraz już nie musisz być silna.
Gallowglass zostawił stryja i jego żonę splecionych ze sobą w objęciach,
z twarzami wykrzywionymi z bólu i smutku, dodających sobie nawzajem
otuchy, której oddzielnie by nie znaleźli.
***
Nie powinnam cię tu wzywać. Trzeba było znaleźć inny sposób, żeby
uzyskać odpowiedzi. Emily odwróciła się do najlepszej przyjaciółki.
Powinnaś być ze Stephenem.
Wolę być tutaj z córką niż gdzie indziej, odparła Rebecca Bishop.
Stephen rozumie. Spojrzała na Dianę i Matthew, nadal smutnych i splecionych w objęciach.
Nie bój się. Matthew się nią zaopiekuje. Philippe nadal próbował
rozgryźć Rebeccę Bishop, która okazała się istotą bardzo trudną i równie
wprawną w strzeżeniu tajemnic jak wampiry.
Nawzajem o siebie się zatroszczą, stwierdziła Rebecca, trzymając rękę
na sercu. Wiedziałam, że tak będzie.
Rozdział 2
Matthew popędził w dół krętymi schodami
łączącymi jego pokoje na wieży z głównym piętrem château Sept-Tours.
Ominął śliskie miejsce na trzynastym stopniu i szorstkie na
siedemnastym, którego brzeg Baldwin wyszczerbił w czasie jednej z ich
bijatyk.
Matthew zbudował wieżę jako swoją prywatną kryjówkę, z dala od wiecznego
zamieszania i krzątaniny w części Philippe'a i Ysabeau. Rodziny wampirów
były duże i hałaśliwe, z dwiema albo trzema liniami rodu starającymi się
żyć razem jak jedno szczęśliwe stado. Coś takiego rzadko się zdarzało
wśród drapieżników, nawet tych chodzących na dwóch nogach i mieszkających w pięknych domach. W rezultacie baszta Matthew została
pierwotnie zaprojektowana do obrony. Nie miała drzwi tłumiących ciche
kroki wampira ani drugiego wejścia. Te przezorne rozwiązania wiele
mówiły o stosunkach jej twórcy z braćmi i siostrami.
Tego wieczoru izolacja wieży jawiła się raczej jako ograniczenie, a życie tutaj okazało się dalekie od tego, które on i Diana stworzyli
sobie w elżbietańskim Londynie otoczeni przez rodzinę i przyjaciół.
Praca Matthew jako szpiega królowej stanowiła wyzwanie, ale dawała dużo
satysfakcji. Dzięki miejscu w Kongregacji udało mu się uratować kilka
czarownic przed śmiercią. Diana rozpoczęła wtedy długotrwały proces
oswajania się ze swoją magiczną mocą. Przygarnęli również dwoje
osieroconych dzieci i dali im szansę na lepszą przyszłość. Ich
egzystencja w szesnastym wieku nie zawsze była łatwa, ale tamte dni
wypełniały miłość i nadzieja, które towarzyszyły Dianie wszędzie,
dokądkolwiek szła. W Sept-Tours wydawało się, że otaczają ich tylko de
Clermontowie i śmierć.
Ta sytuacja przyprawiała Matthew o niepokój, a gniew, który w obecności
Diany trzymał na wodzy, teraz znajdował się niebezpiecznie blisko
powierzchni. Szał krwi, choroba, którą odziedziczył po Ysabeau, potrafił
błyskawicznie opanować umysł i ciało wampira, nie zostawiając miejsca na
rozum czy samokontrolę. Walcząc z tą przypadłością, Matthew niechętnie
zgodził się zostawić Dianę pod opieką teściowej, a sam postanowił się
przespacerować z psami Falonem i Hectorem. Chciał odzyskać jasność
myślenia.
Jego bratanek nucił morskie szanty w wielkiej sali château. Z powodu,
którego Matthew nie potrafił zgłębić, co drugi wers był okraszony
przekleństwami i ultimatami. Po chwili niezdecydowania zwyciężyła w nim
ciekawość.
-?Przeklęty smok ognisty. -?Gallowglass ściskał w ręce pikę z arsenału
znajdującego się przy wejściu i wymachiwał nią w powietrzu. -?Żegnajcie
i adieu, hiszpańskie damy. Chodź tu natychmiast, zarazo, bo inaczej
babcia namoczy cię w białym winie i nakarmi tobą psy. Dostaliśmy rozkaz
pożeglować na chwałę starej Anglii. Co ty sobie myślisz, że tak latasz
po domu jak wściekła papuga? Możemy już nigdy was nie ujrzeć, o, piękne
panie.
-?Co ty wyprawiasz, do diabła? -?odezwał się Matthew.
Bratanek skierował na niego spojrzenie dużych niebieskich oczu. Miał na
sobie czarny T-shirt ozdobiony czaszką i skrzyżowanymi piszczelami.
Przez tył koszulki od lewego ramienia do prawego biodra biegło długie
cięcie. Dziury w dżinsach wyglądały na rezultat znoszenia, a nie walki,
włosy były zmierzwione nawet jak na standardy Gallowglassa. Ysabeau
zaczęła nazywać wnuka "sir Wagabundą", ale to nie wpłynęło na poprawę
jego wyglądu.
-?Próbuję złapać bestię twojej żony.
Bratanek gwałtownie dźgnął piką w powietrze. Rozległ się wrzask
zaskoczenia, z góry spadł grad jasnozielonych łusek i rozsypał się po
podłodze jak mika. Jasne włoski na przedramieniu wikinga zalśniły od
opalizującego zielonego pyłu. Gallowglass kichnął.
Corra, towarzyszka Diany, trzymała się pazurami galerii minstreli,
trajkocząc jak szalona i cmokając językiem. Powitała męża swojej pani
machnięciem kolczastego ogona, przy okazji przebijając bezcenny gobelin
z jednorożcem uwiecznionym w ogrodzie. Matthew się skrzywił.
-?Zagoniłem ją do kaplicy na ołtarz, ale to przebiegła dziewczyna. -?W głosie Gallowglassa zabrzmiała nutka dumy. -?Z szeroko rozłożonymi
skrzydłami ukryła się na grobie dziadka. Mylnie wziąłem ją za rzeźbę.
Tylko spójrz na nią. Siedzi teraz pod krokwiami, chełpliwa jak diabli, a ja mam dwa razy większy kłopot. Przejechała ogonem po jednej z ulubionych draperii Ysabeau. Babcia dostanie apopleksji.
-?Jeśli Corra jest choć trochę podobna do swojej pani, zapędzenie jej w kozi róg nie skończy się dobrze -?ostrzegł Matthew. -?Spróbuj przemówić
jej do rozsądku.
-?O, tak, bo to jest bardzo skuteczne, jeśli chodzi o cioteczkę Dianę. -
Gallowglass prychnął. -?Co was opętało, żeby spuścić Corrę z oczu?
-?Im bardziej aktywny jest smok ognisty, tym spokojniejsza wydaje się
Diana -?odparł Matthew.
-?Może, ale Corra źle działa na wystrój domu. Po południu stłukła wazon
z S?vres.
-?Jeśli to nie był ten niebieski z głową lwa, który podarował maman
Philippe, nie martwiłbym się zbytnio. -?Matthew jęknął, kiedy zobaczył
wyraz twarzy bratanka. -?Merde!
-?Alain też tak powiedział. -?Gallowglass oparł się na pice.
-?Ysabeau będzie musiała sobie poradzić z mniejszą liczbą fajansu -
skwitował Matthew. -?Corra może i jest utrapieniem, ale Diana śpi lepiej
po raz pierwszy, odkąd tu przyjechaliśmy.
-?No, to w takim razie w porządku. Po prostu powiedz Ysabeau, że
niezdarność Corry jest dobra dla jej wnucząt. Babcia da jej w ofierze
wszystkie wazony. Spróbuję tymczasem zabawić tę latającą sekutnicę, żeby
cioteczka mogła pospać.
-?Jak zamierzasz to zrobić? -?zapytał sceptycznym tonem Matthew.
-?Oczywiście śpiewem.
Gallowglass spojrzał w górę. Corra zagruchała, widząc jego nowe
zainteresowanie, i rozprostowała skrzydła, tak że zalśniło na nich
światło pochodni wetkniętych w ścienne uchwyty. Wielkolud odebrał jej
reakcję jako zachętę, wziął głęboki wdech i grzmiącym głosem zaintonował
kolejną balladę.
-?Obracam głowę, cały płonę, kocham jak smok. Powiedzże, znasz imię
mojej pani?
Corra zatrajkotała z aprobatą. Gallowglass uśmiechnął się szeroko i zaczął poruszać piką jak metronomem. Patrząc na stryja, uniósł brwi i zaśpiewał następną zwrotkę.
Bez końca słałem jej błyskotki,
Klejnoty, perły, żeby była milsza,
A kiedy nie miałem już nic,
Wysłałem ją... do piekła.
-?Powodzenia -?rzucił Matthew, mając nadzieję, że Corra nie rozumie tej
poezji.
Zajrzał do najbliższych komnat, żeby skatalogować przebywające w nich
osoby. Hamish Osborne siedział w rodzinnej bibliotece i, sądząc po
skrzypieniu pióra i słabym zapachu lawendy i mięty, zajmował się robotą
papierkową. Po krótkim wahaniu Matthew otworzył drzwi.
-?Czas dla starego przyjaciela? -?zapytał.
-?Już zaczynałem myśleć, że mnie unikasz.
Osborne odłożył pióro i poluzował krawat w letnie kwiatowe wzory, na
jakie nie odważyłaby się większość mężczyzn. Nawet na francuskiej wsi
Hamish ubrał się w granatowy prążkowany garnitur i lawendową koszulę jak
na spotkanie z członkami parlamentu. Prezentował się jak elegancki
relikt z czasów edwardiańskich.
Matthew wiedział, że demon próbuje sprowokować kłótnię. On i Hamish od
wielu lat byli przyjaciółmi z Oksfordu. Ich zażyła przyjaźń opierała się
na wzajemnym szacunku i podobnych, ostrych jak brzytwy intelektach.
Nawet prosta wymiana zdań potrafiła być skomplikowana i strategiczna jak
partia szachów rozgrywana przez dwóch mistrzów. Było jednak za wcześnie,
żeby pozwolić Hamishowi na zepchnięcie go do defensywy i zdobycie
przewagi.
-?Jak Diana? -?Osborne zauważył, że Matthew celowo nie chwycił przynęty.
-?Tak jak można się spodziewać.
-?Oczywiście sam bym ją zapytał, ale twój bratanek mnie wygonił. -
Hamish podniósł kieliszek do ust. -?Wina?
-?Pochodzi z mojej piwnicy czy Baldwina? -?Na pozór niewinne pytanie
stanowiło subtelne przypomnienie, że teraz, kiedy on i Diana wrócili,
Hamish może będzie musiał wybierać między nim a resztą de Clermontów.
-?To bordeaux. -?Osborne zakręcił winem w kieliszku, czekając na reakcję
przyjaciela. -?Drogie. Stare. Dobre.
Matthew wykrzywił wargi.
-?Nie, dziękuję. W przeciwieństwie do mojej rodziny nigdy za nim nie
przepadałem. -?Zapasem cennego bordeaux Baldwina wolałby napełnić
fontannę w ogrodzie niż je wypić.
-?Co to za historia ze smokiem? -?Mięsień w szczęce Hamisha zadrgał, ale
Matthew nie potrafił stwierdzić, czy to z rozbawienia, czy z gniewu. -
Gallowglass mówi, że Diana przywiozła go jako suwenir, ale nikt mu nie
wierzy.
-?Ona należy do Diany -?powiedział Matthew. -?Będziesz musiał sam ją
zapytać.
-?Sprawiłeś, że wszyscy w Sept-Tours trzęsą się ze strachu. -?Hamish
nagle zmienił temat. -?Reszta jeszcze nie zauważyła, że najbardziej
przerażoną osobą w château jesteś ty.
-?A jak William? -?Matthew potrafił równie skutecznie zmieniać temat jak
demon.
-?Słodki William gdzie indziej ulokował uczucia. -?Osborne wykrzywił
usta i odwrócił głowę. Jego wyraźne cierpienie doprowadziło ich grę do
nieoczekiwanego końca.
-?Tak mi przykro. -?Matthew sądził, że ten związek przetrwa. -?William
cię kochał.
-?Nie dość. -?Hamish wzruszył ramionami, ale nie mógł ukryć bólu w oczach. -?Obawiam się, że swoje romantyczne nadzieje będziesz musiał
przenieść na Marcusa i Phoebe.
-?Prawie wcale nie rozmawiałem z tą dziewczyną -?stwierdził Matthew.
Westchnął i nalał sobie kieliszek bordeaux Baldwina. -?Co możesz mi o niej powiedzieć?
-?Młoda panna Taylor pracuje w jednym z domów aukcyjnych w Londynie:
Sotheby albo Christie. Nigdy ich nie potrafię odróżnić. -?Hamish
zagłębił się w skórzany fotel stojący przy zimnym kominku. -?Marcus
poznał ją, kiedy odbierał coś dla Ysabeau. Myślę, że to poważna sprawa.
-?Bo jest. -?Matthew wziął kieliszek i ruszył wzdłuż regałów ustawionych
pod ścianami. -?Zapach Marcusa jest na niej całej. On znalazł partnerkę.
-?Tak podejrzewałem. -?Hamish sączył wino, obserwując niespokojne kroki
przyjaciela. -?Oczywiście nikt nic mi nie powiedział. Twoja rodzina
naprawdę mogłaby nauczyć MI6 co nieco o tajemnicach.
-?Ysabeau powinna była to zakończyć. Phoebe jest za młoda na związek z wampirem. Nie może mieć więcej niż dwadzieścia dwa lata, a Marcus
połączył się z nią nierozerwalną więzią.
-?O, tak, zabronić Marcusowi się zakochać! -?Szkockie "r" Hamisha stało
się jeszcze wyraźniejsze. -?Jak się okazuje, on jest równie uparty jak
ty, jeśli chodzi o miłość.
-?Może gdyby myślał o swoim stanowisku przywódcy Zakonu Rycerzy Świętego
Łazarza...
-?Przestań, Matthew, zanim powiesz coś tak niesprawiedliwego, że może
nigdy ci tego nie wybaczę. -?Głos Hamisha zabrzmiał jak trzask bicza. -
Wiesz, jak trudno jest być wielkim mistrzem zakonu. Od Marcusa
oczekiwano, że wejdzie w o wiele za duże buty, a on, wampir czy nie, nie
jest dużo starszy od Phoebe.
Zakon Rycerzy Świętego Łazarza założono w czasach krucjat jako zakon
rycerski, który miał bronić interesów wampirów w świecie coraz bardziej
zdominowanym przez ludzi. Pierwszym wielkim mistrzem został Philippe de
Clermont, mąż Ysabeau, postać legendarna nie tylko wśród wampirów, ale
także wśród innych bytów. Dorównanie mu było niemożliwe.
-?Wiem, ale żeby się zakochać... -?W Matthew narastał gniew.
-?Nie ma żadnych "ale" -?przerwał mu Hamish. -?Marcus wykonał świetną
robotę. Zwerbował nowych członków i nadzorował finansowe szczegóły
wszystkich naszych operacji. Zażądał, żeby Kongregacja ukarała Knoksa za
to, co tutaj zrobił w maju, i formalnie poprosił o anulowanie
przymierza. Nikt nie mógłby zrobić więcej. Nawet ty.
-?Ukaranie Knoksa nie cofnie tego, co się stało. On i Gerbert zakłócili
spokój mojego domu. Knox zamordował kobietę, która była dla mojej żony
jak matka. -?Matthew wychylił wino do dna, żeby zapanować nad gniewem.
-?Emily miała atak serca -?przypomniał mu Hamish. -?Marcus twierdzi, że
da się określić jego przyczyny.
-?Ja wiem dość -?oświadczył z nagłą furią Matthew i cisnął pustym
kieliszkiem przez pokój. Szkło rozbiło się o brzeg jednego z regałów,
odłamki posypały się na gęsty dywan. -?Nasze dzieci nie będą miały
szansy poznać Emily. A Gerbert, który od wieków jest w zażyłych
stosunkach z naszą rodziną i wie, że Diana jest moją żoną, stał i patrzył na to, co robi Knox.
-?Wszyscy w domu uważali, że nie pozwolisz, żeby Kongregacja wymierzyła
sprawiedliwość. Ja im nie uwierzyłem. -?Hamishowi nie podobały się
zmiany, które dostrzegł w przyjacielu. Zupełnie jakby pobyt w szesnastym
wieku otworzył jakąś starą, zapomnianą ranę.
-?Powinienem był rozprawić się z Gerbertem i Knoksem, kiedy pomogli Satu
Järvinen porwać Dianę i przetrzymywać ją w La Pierre. Gdybym to zrobił,
Emily by żyła. -?Plecy Matthew zesztywniały. -?Ale Baldwin mi tego
zabronił. Powiedział, że Kongregacja ma dość kłopotów.
-?Masz na myśli zabójstwa? -?spytał Hamish.
-?Tak. Powiedział, że jeśli wyzwę Gerberta i Knoksa, tylko pogorszę
sprawy.
Wieści o tych morderstwach -?o ofiarach z rozszarpanymi żyłami, o braku
śladów krwi, o niemal zwierzęcych atakach na ludzkie ciała -?trafiły do
gazet od Londynu do Moskwy. W artykułach skupiano się na dziwnych
metodach zabójców, co groziło ściągnięciem na wampiry uwagi ludzi.
-?Nie popełnię znowu błędu milczenia -?zapowiedział Matthew. -?Zakon
Rycerzy Świętego Łazarza i de Clermontowie nie byli w stanie ochronić
mojej żony i jej rodziny, ale ja z pewnością mogę.
-?Nie jesteś zabójcą, Matthew -?sprzeciwił się Hamish. -?Nie pozwól,
żeby gniew cię zaślepił.
Kiedy Clairmont spojrzał na niego pustym wzrokiem, Osborne zbladł. Choć
zdawał sobie sprawę, że przyjacielowi bliżej do królestwa zwierząt niż
większości istot chodzących na dwóch nogach, nigdy nie widział, żeby
Matthew wyglądał tak wilczo i tak niebezpiecznie.
-?Jesteś pewien? -?Obsydianowe oczy łypnęły na niego groźnie. Potem
wampir odwrócił się i wyszedł z pokoju.
***
Podążając za wyraźnym zapachem korzenia lukrecji zmieszanym z upajającą
wonią bzów, Matthew z łatwością znalazł swojego syna w rodzinnych
apartamentach na drugim piętrze château. Sumienie go gryzło, kiedy
pomyślał, co dzięki słuchowi wampira Marcus mógł usłyszeć z jego
ożywionej rozmowy z Hamishem. Zacisnął wargi, gdy węch zaprowadził go
pod drzwi znajdujące się tuż przy schodach, i zdusił iskrę gniewu, kiedy
sobie uświadomił, że Marcus korzysta z dawnego gabinetu Philippe'a.
Zapukał i pchnął ciężkie drewniane skrzydło, nie czekając na
zaproszenie. Z wyjątkiem lśniącego srebrnego laptopa na biurku, gdzie
kiedyś leżała suszka, pokój wyglądał dokładnie tak samo jak w dniu,
kiedy Philippe de Clermont zmarł. Na stole pod oknem stał ten sam
bakelitowy telefon. Stosy cienkich kopert i pożółkłego papieru czekały,
aż Philippe napisze jeden z wielu listów. Do ściany była przypięta stara
mapa Europy, której jego ojciec używał, żeby śledzić ruchy wojsk
Hitlera.
Matthew zamknął oczy, gdy nagle poczuł ostry ból. Philippe nie
przewidział, że wpadnie w ręce nazistów. Jednym z nieoczekiwanych darów
ich podróży w czasie była szansa ujrzenia ojca i pojednania się z nim.
Ceną, którą Matthew musiał zapłacić za to spotkanie, było jeszcze
silniejsze poczucie straty, kiedy znalazł się z powrotem w świecie bez
Philippe'a.
Gdy otworzył oczy, zobaczył przed sobą wściekłą twarz Phoebe Taylor.
Marcus potrzebował jedynie ułamek sekundy, żeby stanąć między ojcem a narzeczoną. Matthew ucieszył się, kiedy zobaczył, że jego syn nie
stracił całego rozumu, łącząc się w parę z ciepłokrwistą, choć gdyby on
chciał skrzywdzić Phoebe, dziewczyna już byłaby martwa.
-?Marcusie. -?Matthew spojrzał na kobietę stojącą za plecami syna.
Phoebe w ogóle nie była w typie jego potomka, który zawsze wolał rude. -
Przy naszym pierwszym spotkaniu nie było czasu, żeby właściwie się
przedstawić. Jestem Matthew de Clermont, ojciec Marcusa.
-?Wiem, kim pan jest. -?Brytyjski akcent Phoebe był wspólny dla szkół
publicznych, wiejskich domów i podupadłych arystokratycznych rodów.
Marcus, rodzinny idealista i demokrata, zakochał się w kobiecie
błękitnej krwi.
-?Witamy w rodzinie, panno Taylor. -?Matthew ukłonił się, żeby ukryć
uśmiech.
-?Phoebe, proszę. -?Dziewczyna wyszła zza pleców narzeczonego z wyciągniętą ręką, ale Matthew ją zignorował. -?W cywilizowanych kręgach
uścisnąłby pan moją dłoń, profesorze Clairmont. -?Na twarzy panny
Taylor, która nie cofnęła ręki, malował się wyraz irytacji.
-?Jest pani otoczona przez wampiry. Dlaczego pani sądzi, że znajdzie
tutaj cywilizowane kręgi? -?Matthew przyjrzał się jej. Phoebe chyba
poczuła się nieswojo, bo uciekła spojrzeniem. -?Może pani uznać moje
zachowanie za niepotrzebnie oficjalne, ale żaden wampir nie dotyka bez
pozwolenia partnerki innego wampira, jego narzeczonej również. -
Spojrzał na duży szmaragd na trzecim palcu jej lewej ręki. Wieki temu w Paryżu Marcus wygrał ten kamień w karty. I wtedy, i teraz klejnot był
wart fortunę.
-?Och, Marcus mi tego nie powiedział. -?Phoebe zmarszczyła brwi.
-?Nie, ale przekazałem ci kilka prostych zasad -?szepnął do niej Marcus.
-?Może czas je sobie przypomnieć. Przećwiczymy nasze ślubne przysięgi,
kiedy przyjdzie na to pora.
-?Po co? Na pewno nie znajdziesz w nich słowa "posłuszeństwo".
Zanim sprzeczka rozgorzała na dobre, Matthew odchrząknął i powiedział:
-?Przyszedłem przeprosić za swój wybuch w bibliotece. Ostatnio zbyt
szybko wpadam w gniew. Wybaczcie mi temperament.
Chodziło o coś więcej niż temperament, ale Marcus -?podobnie jak Hamish
-?tego nie wiedział.
-?Jaki wybuch? -?Phoebe zmarszczyła brwi.
-?Nic takiego -?zbył ją Marcus, choć wyraz jego twarzy mówił co innego.
-?Zastanawiałem się również, czy nie zbadałbyś Diany? Jak wiesz, ona
nosi bliźnięta. Sądzę, że jest na początku drugiego trymestru, ale nie
mieliśmy ostatnio dostępu do odpowiedniej opieki medycznej, a ja
chciałbym być pewien. -?Gałązka oliwna Matthew, podobnie jak wcześniej
ręka Phoebe, wisiała w powietrzu przez dłuższą chwilę, zanim została
przyjęta.
-?O-oczywiście -?wyjąkał Marcus. -?Dziękuję, że powierzasz Dianę mojej
opiece. Nie zawiodę cię. A Hamish ma rację. Nawet gdybym zrobił autopsję
Emily, nie dałbym rady określić, czy została zabita przez magię, czy
umarła z przyczyn naturalnych. Możemy nigdy się tego nie dowiedzieć.
Matthew nie zawracał sobie głowy sporami. Zamierzał ustalić, jaką
dokładnie rolę odegrał Knox w śmierci Emily, bo odpowiedź miała
zadecydować, jak szybko Matthew go zabije i ile najpierw czarownik
wycierpi.
-?Phoebe, miło było poznać -?powiedział.
-?Nawzajem. -?Dziewczyna skłamała uprzejmie i przekonująco. Miała stać
się pożytecznym nabytkiem w stadzie de Clermontów.
-?Przyjdź rano do Diany, Marcusie. Będziemy na ciebie czekać.
Matthew posłał ostatni uśmiech i złożył płytki ukłon fascynującej
Phoebe, po czym wyszedł z pokoju.
***
Nocne wędrówki po Sept-Tours nie złagodziły gniewu ani niepokoju
Matthew. Jeśli już, to powiększyły rysy w jego samokontroli.
Sfrustrowany wybrał do swojej wieży trasę powrotną przechodzącą obok
twierdzy i kaplicy. Znajdowały się w niej tablice pamiątkowe większości
zmarłych de Clermontów: Philippe'a, Louisy, jej brata bliźniaka Louisa,
Godfreya, Hugh, a także kilkorga ich dzieci, ukochanych przyjaciół i służących.
-?Dzień dobry, Matthew. -?Powietrze wypełnił zapach szafranu i skórki
pomarańczowej.
Fernando. Po długim wahaniu Matthew zmusił się do tego, żeby się
odwrócić.
Zwykle stare drewniane drzwi kaplicy były zamknięte, bo tylko Matthew
spędzał w niej czas. Tego wieczoru stały otworem, a na tle ciepłego
blasku świec wylewającego się ze środka rysowała się sylwetka mężczyzny.
-?Miałem nadzieję, że cię spotkam. -?Fernando zrobił szeroki
zapraszający gest ręką.
Patrzył, jak szwagier idzie w jego stronę, i przyglądał się jego twarzy
w poszukiwaniu znaków ostrzegawczych: rozszerzonych źrenic, falowania
ramion przypominającego najeżonego na grzbiecie wilka, pomruku rodzącego
się w głębi gardła.
-?Inspekcja wypadła pomyślnie? -?zapytał Matthew z defensywną nutą w głosie.
-?Ujdzie. -?Fernando zamknął za nimi drzwi. -?Ledwo.
Matthew lekko przesunął palcami po masywnym sarkofagu Philippe'a stojącym na środku kaplicy i ruszył dalej bezszelestnie pod czujnym
spojrzeniem brązowych oczu Fernanda.
-?Gratuluję małżeństwa, Matthew -?powiedział Fernando. -?Choć jeszcze
nie poznałem Diany, Sarah opowiadała mi o niej tyle historii, że mam
wrażenie, jakbyśmy byli starymi przyjaciółmi.
-?Przykro mi, Fernando, ale... -?zaczął Matthew ze skruszoną miną.
Gonçalves uciszył go gestem ręki.
-?Nie ma potrzeby przepraszać.
-?Dziękuję, że zaopiekowałeś się ciotką Diany -?powiedział Matthew. -
Wiem, jak trudno ci tu przebywać.
-?Wdowa potrzebowała kogoś, kto pomyśli najpierw o jej bólu. Ty to samo
zrobiłeś dla mnie, kiedy umarł Hugh.
W Sept-Tours wszyscy, od Gallowglassa i ogrodnika po Victoire'a i Ysabeau mówili o Sarah zawsze w odniesieniu do Emily, a nie po imieniu,
kiedy nie było jej w pobliżu. Zwrot wyrażał szacunek, a jednocześnie
wciąż przypominał o stracie.
-?Muszę cię zapytać, Matthew: czy Diana wie o twoim szale krwi? -
Fernando mówił cicho. Mury kaplicy były grube, ale przezorność zawsze
była wskazana.
-?Oczywiście, że wie.
Matthew opadł na kolana przed małym stosem zbroi i broni w jednej z nisz
kaplicy. Przestrzeń była dostatecznie duża, żeby pomieścić trumnę, ale
Hugh de Clermont został spalony na stosie, tak że nie zostało nic do
pochowania. Matthew stworzył dla ulubionego brata rodzaj pomnika z pomalowanego drewna i metalu: tarczy, rękawic, kolczugi, zbroi płytowej,
miecza i hełmu.
-?Wybacz mi sugestię, że ukrywałbyś tak ważną kwestię przed tą, którą
kochasz. -?Fernando trzepnął go w ucho. -?Cieszę się, że powiedziałeś
żonie, ale zasługujesz na baty za to, że nic nie pisnąłeś Marcusowi ani
Hamishowi... ani Sarah.
-?Możesz spróbować. -?W głosie Matthew pobrzmiewała groźba, która
odstraszyłaby każdego innego członka jego rodziny... tylko nie Fernanda.
-?Chciałbyś prostej kary, co? Ale nie wykpisz się tak łatwo. Nie tym
razem. -?Gonçalves ukląkł obok niego.
Zapadła długa cisza. Fernando czekał cierpliwie.
-?Szał krwi się nasilił. -?Matthew oparł głowę na dłoniach złożonych do
modlitwy.
-?Oczywiście, że tak. Teraz jesteś żonaty. Czego się spodziewałeś?
Chemiczne i emocjonalne reakcje towarzyszące małżeństwu były intensywne
i nawet całkiem zdrowe wampiry z trudem znosiły jakikolwiek rozdzielenie
z partnerem. Nawet krótkie rozstania prowadziły do niepokoju, irytacji,
agresji i w rzadkich wypadkach do szaleństwa. U wampira dotkniętego
szałem krwi zarówno impuls łączenia się w pary, jak i skutki rozłąki
były wielokrotnie spotęgowane.
-?Sądziłem, że sobie poradzę. -?Matthew oparł czoło na dłoniach. -
Wierzyłem, że miłość do Diany jest silniejsza niż choroba.
-?Och, Matthew. Możliwe, że jesteś większym idealistą niż Hugh w swoich
najlepszych czasach. -?Fernando westchnął i położył dłoń na jego
ramieniu.
Zawsze dawał pociechę i pomoc tym, którzy ich potrzebowali... nawet
jeśli na to nie zasługiwali. Wysłał Matthew na studia u chirurga
Albucasisa, kiedy brat jego partnera starał się przezwyciężyć śmiertelne
ataki szału, dręczące go w pierwszych wiekach po ponownych narodzinach.
To Fernando chronił Hugh -?brata, którego Matthew wielbił -?kiedy ten
przyjeżdżał z pola bitwy do książek, a potem wracał na wojnę. Bez jego
opieki Hugh stawiałby się do walki z tomikiem poezji, tępym mieczem i jedną rękawicą. To Fernando powiedział Philippe'owi, że rozkaz, żeby
Matthew wrócił do Jerozolimy, byłby straszliwym błędem. Niestety, ani
jeden, ani drugi go nie posłuchali.
-?Z trudem zmusiłem się do tego, żeby ją dzisiaj opuścić. -?Matthew
przebiegł wzrokiem po kaplicy. -?Nie mogę usiedzieć spokojnie. Bardzo
chcę coś zabić, ale prawie niemożliwe jest oddalenie się od niej tak,
żeby nie słyszeć jej oddechu.
Fernando słuchał z niemym współczuciem, choć nie rozumiał, dlaczego
Matthew jest zdziwiony. Musiał sobie przypominać, że świeżo poślubione
wampiry często nie zdają sobie sprawy, jak bardzo ta nowa więź może na
nie wpływać.
-?Teraz Diana chce być blisko Sarah i mnie. Ale kiedy jej smutek z powodu śmierci Emily minie, będzie chciała wrócić do swojego życia. -
Matthew był wyraźnie zmartwiony.
-?Nie może. Nie, kiedy ty będziesz stał przy jej boku. -?Przy nim
Fernando nigdy nie owijał niczego w bawełnę. Idealiści tacy jak on
potrzebowali szczerości, bo inaczej się gubili. -?Diana się dostosuje,
jeśli cię kocha.
-?Nie będzie musiała się dostosowywać -?wycedził Matthew przez zęby. -
Nie odbiorę jej wolności, nieważne, ile mnie to będzie kosztować. W szesnastym wieku nie spędzałem z nią każdej minuty. Nie ma powodu, żeby
to się zmieniło w dwudziestym pierwszym.
-?W przeszłości panowałaś nad uczuciami, bo jeśli nawet ciebie przy niej
nie było, to był Gallowglass. -?Gdy zobaczył zaskoczoną minę Matthew,
wyjaśnił: -?Opowiedział mi wszystko o waszym życiu w Londynie i Pradze.
A jeśli nie Gallowglass, przy Dianie zawsze ktoś był: Philippe, Davy,
inna czarownica, Mary, Henry. Naprawdę myślisz, że telefony komórkowe
dadzą ci porównywalne poczucie bliskości i kontroli?
Szał krwi czaił się tuż pod powierzchnią, Matthew nadal czuł gniew, ale
jednocześnie wyglądał na przygnębionego. Fernando pomyślał, że to jest
krok we właściwym kierunku.
-?Ysabeau powinna cię powstrzymać przed związkiem z Dianą Bishop, kiedy
stało się jasne, do czego to wszystko zmierza -?rzekł surowo Fernando.
Gdyby Matthew był jego dzieckiem, zamknąłby go w stalowej wieży, żeby
temu zapobiec.
-?Powstrzymała mnie. -?Wyraz twarzy Matthew stał się jeszcze bardziej
nieszczęśliwy. -?Nie byłem związany z Dianą do naszego przyjazdu do
Sept-Tours w tysiąc pięćset dziewięćdziesiątym. Dopiero Philippe dał nam
błogosławieństwo.
Fernando poczuł gorycz w ustach.
-?Arogancja tego człowieka nie znała granic. Bez wątpienia zaplanował
wszystko przed waszym powrotem do teraźniejszości.
-?Philippe wiedział, że go tu nie będzie -?wyznał Matthew, a oczy
Fernanda się rozszerzyły. -?Nie powiedziałem mu o jego śmierci, sam się
domyślił.
Fernando zaklął szpetnie. Bóg Matthew na pewno wybaczyłby mu
bluźnierstwo, bo w tym wypadku było usprawiedliwione.
-?I twój ślub z Dianą miał miejsce przed tym czy po tym, jak Philippe
naznaczył ją przysięgą krwi?
Nawet po podróży w czasie przysięga krwi nadal była słyszalna, a według
Verin de Clermont i Gallowglassa ogłuszająca. Na szczęście Fernando nie
należał do tego rodu, więc pieśń Philippe'a stanowiła dla niego tylko
cichy szum.
-?Potem.
-?Oczywiście. Przysięga krwi Philippe'a zapewniła jej bezpieczeństwo.
Noli me tangere. -?Fernando pokręcił głową. -?Gallowglass traci czas,
pilnując Diany.
-?"Nie dotykaj mnie, bo należę do Cezara" -?powiedział cicho Matthew. -
To prawda. Żaden wampir później jej nie zaatakował. Oprócz Louisy.
-?Louisa była na tyle szalona, żeby zlekceważyć życzenie ojca -
skomentował Fernando. -?Domyślam się, że to dlatego Philippe wysyłał ją
w tysiąc pięćset dziewięćdziesiątym pierwszym na skraj znanego świata. -
Ta decyzja zawsze wydawała mu się pochopna, a Philippe nawet nie kiwnął
palcem, żeby pomścić jej późniejszą śmierć. Fernando odłożył tę
informację do rozważenia później.
***
Nagle drzwi się otworzyły i przez kaplicę śmignęła szara kotka Sarah. Za
nią wszedł Gallowglass z paczką papierosów w jednej ręce i srebrną
piersiówką w drugiej. Tabitha zaczęła się łasić do nóg Matthew,
domagając się jego uwagi.
-?Dachowiec Sarah jest prawie tak nieznośny jak smok ognisty cioteczki.
-?Gallowglass podał butelkę stryjowi. -?Napij się. To nie krew, ale i nie francuski sikacz babci. To, co ona serwuje, nadaje się do stosowania
tylko jako woda kolońska.
Matthew pokręcił głową. Wino Baldwina już zakwasiło mu żołądek.
-?I ty nazywasz się wampirem -?rzucił drwiąco Fernando, patrząc na
Gallowglassa. -?Musisz się napić z powodu um pequeno dragăo.
-?Spróbuj okiełznać Corrę, jeśli myślisz, że to takie łatwe. -
Gallowglass wysunął papierosa z paczki i wsadził go do ust. -?Albo
możemy głosować, co z nią zrobimy.
-?Głosować? -?zdziwił się Matthew. -?A od kiedy to głosujemy w tej
rodzinie?
-?Odkąd Marcus przejął Zakon Rycerzy Świętego Łazarza -?odparł
Gallowglass, wyjmując z kieszeni srebrną zapalniczkę. -?Odkąd
wyjechałeś, aż dławimy się demokracją.
Fernando popatrzył na niego znacząco.
-?Co? -?Gallowglass otworzył zapalniczkę.
-?To święte miejsce, a poza tym wiesz, co Marcus sądzi o paleniu, kiedy
w domu są ciepłokrwiści -?przypomniał z dezaprobatą Fernando.
-?I możesz sobie wyobrazić, co ja o tym sądzę, gdy na górze jest moja
ciężarna żona. -?Matthew wyrwał papierosa z ust bratanka.
-?Ta rodzina była zabawniejsza, kiedy było w niej mniej lekarzy -
stwierdził ponuro Gallowglass. -?Pamiętam stare dobre czasy, kiedy sami
zszywaliśmy swoje rany bitewne i nie obchodził nas żaden poziom żelaza
czy witaminy D.
-?O, tak. -?Fernando uniósł rękę, pokazując poszarpaną bliznę. -?Tamte
dni rzeczywiście były wspaniałe. A twoje umiejętności, jeśli chodzi o igłę, legendarne, Bife.
-?Poprawiłem się -?próbował się bronić Gallowglass. -?Oczywiście nigdy
nie byłem tak dobry jak Matthew czy Marcus. Ale nie mogliśmy wszyscy iść
na uniwersytet.
-?Nie, póki Philippe był głową rodziny -?przyznał Fernando. -?On wolał,
żeby jego dzieci i wnuki władały mieczem, a nie ideami. Dzięki temu
byliście o wiele bardziej ulegli.
Ta uwaga zawierała ziarno prawdy i ocean bólu.
-?Powinienem wracać do Diany. -?Matthew dotknął ramienia Fernanda i ruszył do wyjścia.
-?Czekanie nie ułatwi wyznania Marcusowi i Hamishowi prawdy o szale
krwi, przyjacielu -?ostrzegł go Fernando.
-?Myślałem, że po tylu latach mój sekret jest bezpieczny -?powiedział
Matthew.
-?Sekrety, tak jak umarli, nie zawsze pozostają pogrzebane -?zauważył ze
smutkiem Fernando. -?Powiedz im. Jak najszybciej.
***
Matthew wrócił do swojej wieży bardziej wzburzony, niż kiedy ją
opuszczał.
Ysabeau zmarszczyła brwi na jego widok.
-?Dziękuję, że czuwałaś nad Dianą, maman -?powiedział, całując ją w policzek.
-?A ty, synu? -?Ysabeau dotknęła jego policzka, wypatrując, tak jak
wcześniej Fernando, oznak szału krwi. -?Czy nie powinnam raczej czuwać
nad tobą?
-?Nic mi nie jest. Naprawdę.
-?Oczywiście. -?Ten zwrot oznaczał wiele rzeczy w prywatnym słowniku
jego matki, ale nigdy tego, że ona się z kimś zgadza. -?Będę w swoim
pokoju, gdybyś mnie potrzebował.
Kiedy ucichł odgłos kroków matki, Matthew szeroko otworzył okna i przysunął do nich fotel. Zaczął chłonąć intensywne letnie zapachy
lepnicy i ostatnich lewkonii. Cichy oddech Diany śpiącej na górze
mieszał się z innymi nocnymi pieśniami, które mogły usłyszeć tylko
wampiry: klekotem żuwaczek chrząszczy walczących ze sobą o samice,
świszczącym oddechem popielic biegających po blankach, przenikliwymi
piskami ćmy trupiej główki, drapaniem pazurów kun leśnych wspinających
się na drzewa. Sądząc po stęknięciach i sapaniu, które dobiegało z ogrodu, Gallowglasswowi nie udawało się schwytać dzika buszującego w warzywach Marthe, podobnie jak wcześniej nie powiodło mu się z Corrą.
Normalnie Matthew rozkoszował się spokojnymi godzinami między północą a świtem, kiedy sowy przestawały pohukiwać i nawet najbardziej
zdyscyplinowane ranne ptaki jeszcze nie zrzuciły z siebie kołdry. Tej
nocy nawet znajome zapachy i dźwięki nie potrafiły zdziałać cudu.
Mogło mu pomóc tylko jedno.
Matthew wspiął się po schodach na szczyt wieży. Spojrzał z góry na
uśpioną postać. Pogłaskał ją po włosach i uśmiechnął się, kiedy żona
instynktownie przysunęła głowę do jego ręki. Choć to wydawało się
niemożliwe, pasowali do siebie: wampir i czarownica, mężczyzna i kobieta, mąż i żona. Twarda pięść zaciśnięta wokół jego serca rozluźniła
się o kilka cennych milimetrów.
Matthew zdjął ubranie i wśliznął się do łóżka. Pościel była oplątana
wokół nóg Diany, więc wyciągnął ją i nakrył ich oboje. Wpasował się
kolanami pod kolana żony i przysunął do siebie jej biodra. Wchłonął jej
delikatny, miły zapach -?miodu, rumianku i soku z wierzby -?musnął
pocałunkiem jasne włosy.
Po zaledwie kilku oddechach jego serce zwolniło, napięcie zelżało. Diana
dała mu spokój, którego wcześniej nie mógł zaznać. W kręgu ramion miał
wszystko, czego potrzebował. Żonę. Dzieci. Własną rodzinę. Pozwolił,
żeby jego duszę przeniknęło silne uczucie prawdziwości, które zapewniała
mu sama obecność Diany.
-?Matthew? -?wymamrotała sennie.
-?Jestem tutaj -?szepnął jej do ucha, przytulając ją mocniej. -?Śpij.
Słońce jeszcze nie wzeszło.
Diana jednak odwróciła się twarzą do niego i wtuliła w jego szyję.
-?O co chodzi, mon coeur? -?Matthew zmarszczył brwi i odsunął się,
żeby spojrzeć na żonę. Jej twarz była napuchnięta i czerwona od płaczu,
drobne zmarszczki wokół oczu pogłębiły się od troski i żalu. Ten widok
go zabolał. -?Powiedz mi.
-?Nie ma sensu -?stwierdziła ze smutkiem Diana. -?Nikt nie może tego
naprawić.
Matthew się uśmiechnął.
-?Przynajmniej pozwól mi spróbować.
-?Możesz sprawić, żeby czas stanął w miejscu? -?wyszeptała Diana po
chwili wahania. -?Choć na trochę?
Matthew był starym wampirem, a nie czarownicą podróżującą w czasie. Ale
był również mężczyzną i znał jeden sposób na osiągnięcie tego magicznego
celu. Głowa mówiła mu, że to za wcześnie po śmierci Emily, ale ciało
wysyłało inne, bardziej wymowne sygnały.
Powoli opuścił głowę, dając Dianie czas, żeby go odepchnęła. Ona jednak
wplotła palce w jego włosy i odwzajemniła pocałunek z intensywnością,
która zaparła mu dech.
Jej koszula nocna z delikatnego płótna pochodziła z dalekiej przeszłości
i choć była niemal przezroczysta, nadal stanowiła barierę między ich
ciałami. Matthew uniósł ją, odsłaniając miękką wypukłość, w której rosły
jego dzieci, krągłość piersi dojrzewających z dnia na dzień obietnicą
pokarmu. Nie kochali się od czasów Londynu. Matthew zarejestrował
większe napięcie brzucha Diany, znak, że bliźnięta się rozwijają, a także zwiększony dopływ krwi do piersi i łona.
Nasycił nią oczy, palce i usta. Ale zamiast satysfakcji poczuł jeszcze
większy głód. Zasypał pocałunkami jej ciało, aż dotarł do ukrytych
miejsc, które znał tylko on. Diana próbowała mocniej przycisnąć do
siebie jego usta, a on skubnął zębami jej udo w niemej naganie.
Gdy Diana na serio zaczęła walczyć z jego samokontrolą, domagając się
czynów, on obrócił ją i przesunął chłodną dłonią po jej plecach.
-?Chciałaś, żeby czas się zatrzymał -?przypomniał jej.
-?Zatrzymał się. -?Diana naparła na niego zapraszająco.
-?Więc dlaczego mnie popędzasz?
Matthew dotknął blizny w kształcie gwiazdy między jej łopatkami i półksiężyca biegnącego łukiem z jednej strony żeber na drugą. Zmarszczył
brwi. W dole pleców zobaczył cień, głęboko pod skórą, perłowoszary
zarys, który wyglądał trochę jak smok ognisty wgryzający się w półksiężyc, skrzydłami zasłaniający klatkę piersiową Diany, ogonem
opleciony wokół jej bioder.
-?Dlaczego się zatrzymałeś? -?Diana odgarnęła włosy z oczu i spojrzała
na niego przez ramię, wykręcając szyję. -?Chcę, żeby czas się zatrzymał,
ale nie ty.
-?Masz coś na plecach. -?Marthew przesunął palcami po skrzydłach smoka
ognistego.
-?Coś nowego? -?zapytała Diana z nerwowym śmiechem. Nadal się martwiła,
że wygojone rany ją szpecą.
-?Razem z innymi twoimi bliznami przypomina mi to obraz z laboratorium
Mary Sidney, ten ze smokiem ognistym chwytającym paszczą księżyc. -
Zastanawiał się, czy zarys bestii byłby widoczny również dla innych,
skoro potrafiły go dostrzec tylko jego oczy wampira. -?Jest piękny.
Kolejny dowód twojej odwagi.
-?Mówiłeś, że jestem nieostrożna -?przypomniała mu Diana. Zaparło jej
dech, gdy jego usta dotknęły głowy smoka.
-?Bo jesteś. -?Matthew przesunął wargami wzdłuż krętego ogona smoka.
Sięgnął niżej. -?I to doprowadza mnie do szaleństwa.
Jednocześnie on doprowadzał ją do szaleństwa, przerywając to, co robił,
żeby szeptać czułe słówka albo obietnice. Ona chciała spełnienia i spokoju, wraz z którym przychodziło zapomnienie, ale on pragnął, żeby ta
chwila -?pełna poczucia bezpieczeństwa i intymności -?trwała wiecznie.
Odwrócił żonę do siebie. Jej usta były miękkie i pełne, oczy rozmarzone,
kiedy wsuwał się w nią powoli. Poruszał się delikatnie, aż przyśpieszone
bicie jej serca powiedziało mu, że zbliża się punkt kulminacyjny.
Diana wykrzyknęła jego imię, tkając zaklęcie, które umieściło ich w centrum świata.
Potem leżeli spleceni ze sobą w ostatnich różowawych chwilach przed
świtem. Diana przyciągnęła głowę męża do piersi. On spojrzał na nią
pytająco, a ona pokiwała głową. Matthew przytknął usta do srebrzystego
księżyca nad wyraźną niebieską żyłą.
Był to stary sposób wampirów na poznanie ukochanej, uświęcona chwila
bliskości duchowej, kiedy myśli i emocje były wymieniane szczerze i bez
osądzania. Wampiry były skrytymi bytami, ale kiedy piły krew z żyły nad
sercem partnerki, następował moment doskonałego spokoju i zrozumienia,
który uciszał stałą, tłumioną potrzebę polowania i posiadania.
Skóra Diany rozstąpiła się pod jego zębami i Matthew wypił kilka cennych
uncji jej krwi. Wraz z nią zalała go fala wrażeń i uczuć: radości
zmieszanej z żalem, zachwytu z powrotu do przyjaciół i rodziny,
naznaczonego smutkiem, wściekłości z powodu śmierci Emily, hamowanej
przez Dianę ze względu na niego i na dzieci.
-?Oszczędziłbym ci tej straty, gdybym mógł -?powiedział cicho Matthew,
całując ślad, jaki jego usta zostawiły na jej skórze. Przetoczył się
razem z nią tak, że znalazł się na plecach, a Diana na nim. Żona
spojrzała mu w oczy.
-?Wiem. Po prostu nigdy mnie nie zostawiaj, Matthew. Bez pożegnania.
-?Nigdy cię nie zostawię -?obiecał.
Diana dotknęła ustami jego czoła. Przycisnęła je do skóry między jego
oczami. Większość ciepłokrwistych nie mogła uczestniczyć w rytuale
wspólnoty wampirów, ale jego żona znalazła sposób na obejście tego
ograniczenia, tak jak to robiła z innymi przeszkodami na swojej drodze.
Odkryła, że kiedy całuje go właśnie w tym miejscu, widzi jego
najskrytsze myśli i mroczne miejsca, w których są ukryte jego tajemnice
i lęki.
Matthew czuł jedynie mrowienie od jej mocy, więc leżał nieruchomo, żeby
Diana również mogła się nim nasycić. Odprężył się, żeby jego uczucia i myśli mogły płynąć do niej swobodnie.
-?Witaj w domu, siostro.
Nieoczekiwany zapach dymu drzewnego i skórzanych siodeł zalał pokój,
kiedy Baldwin zerwał kołdrę z łóżka.
Diana krzyknęła wystraszona. Matthew próbował zakryć sobą jej nagie
ciało, ale było za późno. Jego żony już dotknął inny wampir.
-?Już w połowie podjazdu słyszałem przysięgę krwi mojego ojca. I jesteś
w ciąży. -?Wzrok Baldwina de Clermonta padł na zaokrąglony brzuch Diany.
Jego chłodna twarz była wściekła i jednocześnie chłodna. Obrócił jej rękę
i powąchał nadgarstek. -?I tylko zapach Matthew na tobie. No, no.
Baldwin puścił Dianę, Matthew ją objął.
-?Wstawajcie! -?rozkazał z furią wampir. -?Oboje.
-?Nie masz nade mną władzy, Baldwinie! -?krzyknęła Diana.
Nie mogła wymyślić odpowiedzi, która bardziej rozwścieczyłaby szwagra.
Baldwin nachylił się do niej bez ostrzeżenia, tak że jego twarz znalazła
się cale od jej twarzy. Tylko twarda dłoń Matthew zaciśnięta na szyi
brata nie pozwoliła mu zbliżyć się bardziej.
-?Przysięga krwi mojego ojca oznacza, że mam. -?Baldwin wbił spojrzenie
w oczy Diany, starając się zmusić ją do odwrócenia wzroku. Kiedy tak się
nie stało, wampir stwierdził: -?Twojej żonie brakuje manier, Matthew.
Naucz ją albo ja to zrobię.
-?Wyuczyć? -?Oczy Diany się rozszerzyły.
Gdy rozstawiła palce, wiatr owiał jej stopy gotowy odpowiedzieć na
wezwanie. Wysoko w górze Corra krzyknęła, by dać znać swojej pani, że
już jest w drodze.
-?Żadnej magii i żadnych smoków -?szepnął jej do ucha Matthew, modląc
się, żeby choć ten jeden raz go posłuchała. Nie chciał, żeby Baldwin czy
ktokolwiek inny w rodzinie zobaczył, jak bardzo rozwinęły się jej
umiejętności, kiedy przebywali w szesnastym wieku.
Jakimś cudem Diana skinęła głową.
-?Co to ma znaczyć? -?W pokoju rozległ się lodowaty głos Ysabeau. -
Jedynym usprawiedliwieniem twojej obecności tutaj, Baldwinie, może być
to, że postradałeś rozum.
-?Ostrożnie, Ysabeau. Pokazujesz pazury. -?Baldwin ruszył do schodów. -
Zapominasz, że ja jestem głową rodu de Clermontów. Nie potrzebuję
żadnych usprawiedliwień. Spotkajmy się w bibliotece, Matthew. Ty też,
Diano.
Baldwin odwrócił się i wpatrywał w brata dziwnymi złotobrązowymi oczyma.
-?Nie każ mi czekać.
Rozdział 3
Biblioteka de Clermontów była skąpana w łagodnym świetle przedświtu, w którym wszystko wydawało się miękkie: brzegi książek, mocne zarysy
drewnianych regałów stojących pod ścianami, dywan Aubussona w ciepłych
złotych i błękitnych barwach.
Jednakże to światło nie stępiło mojego gniewu.
Przez trzy dni myślałam, że nic nie wyprze mojego żalu z powodu śmierci
Emily, ale trzy minuty w towarzystwie Baldwina pokazały, że się myliłam.
-?Wejdź, Diano.
Baldwin siedział przy wysokim oknie na podobnym do tronu krześle
Savonaroli. Jego rudozłote włosy lśniły w blasku lampy, a ich kolor
przypominał mi pióra Augusty, orła, z którym cesarz Rudolf polował w Pradze. Każdy cal muskularnego ciała wampira był napięty z gniewu i powściąganej siły.
Rozejrzałam się po pokoju. Nie my jedni zostaliśmy wezwani na rodzinne
zebranie. Przy kominku czekała drobna młoda kobieta o skórze koloru
odtłuszczonego mleka i czarnych sterczących włosach. Jej oczy były
ciemnoszare i ogromne, okolone gęstymi rzęsami. Wciągnęła powietrze
nosem, jakby wyczuwała burzę.
-?Verin.
Matthew ostrzegł mnie przed córkami Philippe'a, które były tak
przerażające, że rodzina kazała mu przestać je tworzyć. Ale ta tutaj nie
wyglądała na groźną. Twarz miała gładką i pogodną, postawę rozluźnioną,
jej oczy tryskały energią i inteligencją. Gdyby nie czarne ubranie,
można by ją wziąć za elfa.
I wtedy zauważyłam rękojeść noża wystającą z jej czarnych wysokich butów
na obcasach.
-?Wölfling -?Verin chłodno powitała brata, ale spojrzenie, które
posłała mnie, było jeszcze bardziej lodowate. -?Czarownica.
-?Diana. -?Zapłonął we mnie gniew.
-?Mówiłam ci, że nie da się pomylić. -?Verin nie zareagowała na moje
słowa, tylko zwróciła się do najstarszego brata.
-?Co tu robisz, Baldwinie? -?spytał Matthew.
-?Nie wiedziałem, że potrzebuję zaproszenia do domu mojego ojca -?odparł
brat. -?Tak się składa, że przyjechałem z Wenecji, żeby zobaczyć się z Marcusem.
Spojrzenia obu mężczyzn się zwarły.
-?Wyobraź sobie moje zaskoczenie, kiedy ciebie tu zastałem -?ciągnął
Baldwin. -?Nie spodziewałem się również, że twoja partnerka jest teraz
moją siostrą. Philippe umarł w tysiąc dziewięćset czterdziestym piątym,
więc jak to możliwe, że czuję jego przysięgę krwi? Że ją słyszę?
-?Może niech ktoś inny przekaże ci najnowsze wieści. -?Matthew wziął
mnie za rękę i odwrócił się, żeby pójść na górę.
-?Żadne z was nie zniknie mi z oczu, póki się nie dowiem, jak czarownica
wyłudziła przysięgę krwi z martwego wampira. -?W głosie Baldwina
zabrzmiała groźba.
-?To nie było żadne wyłudzenie -?oświadczyłam z oburzeniem.
-?A zatem nekromancja? Jakiś brudne zaklęcie wskrzeszające? A może
wezwałaś jego ducha i zmusiłaś go do złożenia przysięgi?
-?To, co się wydarzyło między Philippe'em i mną, nie ma nic wspólnego z moją magią, a wszystko z jego wspaniałomyślnością. -?Mój gniew jeszcze
bardziej się rozpalił.
-?Mówisz tak, jakbyś go znała -?stwierdził Baldwin. -?To niemożliwe.
-?Nie dla podróżniczki w czasie.
-?Podróżniczki w czasie? -?Baldwin osłupiał.
-?Diana i ja byliśmy w przeszłości -?wyjaśnił Matthew. -?Dokładnie
mówiąc, w roku tysiąc pięćset dziewięćdziesiątym. Odwiedziliśmy
Sept-Tours tuż przed świętami Bożego Narodzenia.
-?Widzieliście Philippe'a? -?zapytał Baldwin.
-?Widzieliśmy. Philippe był tamtej zimy sam. Przysłał mi monetę i kazał
przyjechać do domu.
Obecni w pokoju de Clermontowie zrozumieli prywatny kod ich ojca. Kiedy
senior rodu przysyłał starą srebrną monetę, odbiorca musiał bez pytania
posłuchać rozkazu.
-?W grudniu? To znaczy, że musimy znosić jeszcze pięć miesięcy pieśni
krwi -?wymamrotała Verin, ściskając mostek nosa, jakby bolała ją głowa.
Zmarszczyłam brwi.
-?Dlaczego pięć miesięcy? -?zapytałam.
-?Według naszych legend przysięga krwi śpiewa przez rok i jeden dzień -
wyjaśnił Baldwin. -?Wszystkie wampiry ją słyszą, ale pieśń jest
szczególnie głośna i wyraźna dla tych, którzy mają w żyłach krew
Philippe'a.
-?Philippe chciał usunąć wszelkie wątpliwości, że jestem de Clermont -
powiedziałam, patrząc na Matthew.
Wszystkie wampiry, które poznały mnie w szesnastym wieku, musiały
słyszeć tę pieśń, dlatego wiedziały, że jestem nie tylko partnerką
Matthew, ale również córką Philippe'a de Clermonta. Mój teść chronił
mnie na każdym etapie naszej podróży przez przeszłość.
-?Żadna czarownica nie zostanie uznana za członka rodu de Clermont. -
Ton Baldwina był beznamiętny i stanowczy.
-?Ja już nim jestem. -?Uniosłam lewą rękę, żeby zobaczył moją obrączkę.
-?Matthew i ja wzięliśmy ślub. Wasz ojciec był gospodarzem ceremonii.
Jeśli przetrwały archiwa parafii Saint-Lucien, dowiecie się z nich, że
uroczystość odbyła się siódmego grudnia tysiąc pięćset
dziewięćdziesiątego roku.
-?We wsi znaleźlibyśmy księgę kościelną z wyrwaną stroną -?powiedziała
cicho Verin. -?Atta zawsze zacierał ślady.
-?Nie ma znaczenia, czy się pobraliście, bo Matthew również nie jest
prawdziwym de Clermontem, a jedynie dzieckiem partnerki mojego ojca -
rzekł zimno Baldwin.
-?To niedorzeczne -?zaprotestowałam. -?Philippe uważał go za swojego
syna. Matthew nazywa ciebie bratem, a Verin siostrą.
-?Nie jestem siostrą tego szczeniaka -?oświadczyła Verin. -?Nie mamy
wspólnej krwi, tylko nazwisko. I dzięki Bogu.
-?Przekona się pani, Diano, że małżeństwo i partnerstwo nie liczą się
dla większości de Clermontów -?rozległ się cichy głos z wyraźnym
hiszpańskim albo portugalskim akcentem. Należał do nieznajomego, który
stał w drzwiach. Jego ciemne włosy i oczy koloru espresso kontrastowały
z jasnozłotą skórą i jasną koszulą.
-?Nie prosiliśmy o twoją obecność, Fernando -?rzucił gniewnie Baldwin.
-?Jak wiecie, przychodzę, kiedy jestem potrzebny, a nie kiedy mnie
wzywają. -?Mężczyzna ukłonił mi się lekko. -?Fernando Gonçalves. Bardzo
mi przykro z powodu pani straty.
Nazwisko tego człowieka kołatało się w mojej pamięci. Już gdzieś je
słyszałam.
-?To pana Matthew poprosił o przywództwo nad Zakonem Rycerzy Świętego
Łazarza, kiedy sam zrezygnował ze stanowiska wielkiego mistrza -
stwierdziłam w końcu.
Fernando Gonçalves należał do najgroźniejszych rycerzy zakonu. Sądząc po
szerokości jego ramion i ogólnej sprawności, nie wątpiłam, że to prawda.
-?Tak. -?Jak wszystkie wampiry miał ciepły i głęboki głos o brzmieniu
jak nie z tego świata. -?Ale Hugh de Clermont był moim partnerem. Odkąd
zginął razem z templariuszami, miałem niewiele do czynienia z zakonami
rycerskimi, bo nawet najdzielniejszym rycerzom brak odwagi, żeby
dotrzymywać obietnic. -?Fernando wbił wzrok w najstarszego de Clermonta.
-?Prawda, Baldwinie?
-?Rzucasz mi wyzwanie? -?Baldwin wstał.
-?A muszę? -?Fernando się uśmiechnął. Był niższy od szwagra, ale coś mi
mówiło, że nie byłoby łatwo pokonać go w walce. -?Nie pomyślałbym, że
zlekceważysz przysięgę krwi swojego ojca.
-?Nie mamy pojęcia, czego Philippe chciał od tej czarownicy. Mógł
próbować dowiedzieć się więcej o jej mocy. Albo ona mogła użyć magii. -
Baldwin wysunął podbródek do przodu.
-?Nie bądź głupi. Cioteczka nie użyła żadnej magii wobec dziadka. -
Gallowglass wszedł do pokoju krokiem tak niedbałym i zrelaksowanym,
jakby de Clermontowie zawsze spotykali się o wpół do piątej rano, żeby
porozmawiać o pilnych sprawach.
-?Skoro Gallowglass już tu jest, zostawię de Clermontów samych. -
Fernando skinął głową Matthew. -?Wezwij mnie, jeśli będę ci potrzebny.
-?Poradzimy sobie. Przecież jesteśmy rodziną. -?Po wyjściu Fernanda
Gallowglass mrugnął niewinnie do Verin i Baldwina. -?Jeśli chodzi o to,
czego Philippe chciał, to całkiem proste, stryju. Chciał, żebyś
oficjalnie uznał Dianę za jego córkę. Zapytaj Verin.
-?Co to znaczy? -?Baldwin spojrzał na siostrę.
-?Atta wezwał mnie kilka dni przed śmiercią -?powiedziała Verin
cichym, smutnym głosem. Słowo atta było obce, ale wyraźnie wyczuwało
się w nim czułość. -?Philippe martwił się, że możesz zlekceważyć jego
przysięgę krwi. Kazał mi przysiąc, że ją uznasz, choćby nie wiem co.
-?Przysięga Philippe'a była prywatną sprawą między nim a mną. Nie trzeba
jej uznawać. Nie musicie robić tego wy ani nikt inny. -?Nie chciałam,
żeby moje wspomnienia o Philippie -?i o tamtej chwili -?zostały zbrukane
przez Baldwina albo Verin.
-?Nic ma rzeczy bardziej publicznej od adopcji ciepłokrwistej i przyjęcia jej do klanu wampirów -?oświadczyła Verin i przeniosła wzrok
na Matthew. -?Nie nauczyłeś czarownicy naszych zwyczajów, zanim wdałeś
się w ten zakazany romans?
-?Czas był luksusem, którego nie mieliśmy -?odpowiedziałam zamiast
niego.
Na samym początku naszego związku Ysabeau ostrzegła mnie, że muszę dużo
dowiedzieć się o wampirach. Po tej rozmowie przysięga krwi wysunęła się
na czoło listy rzeczy, które powinnam zgłębić.
-?Zatem pozwól, że ci wyjaśnię -?zaczęła Verin belferskim tonem. -?Nim
ucichnie pieśń Philippe'a, jedno z jego dzieci czystej krwi musi uznać
przysięgę. Do tego czasu nie jesteś prawdziwą de Clermont i żaden wampir
nie ma obowiązku uważać cię za członka naszej rodziny.
-?To wszystko? Nie obchodzą mnie obyczaje wampirów. Wystarczy mi, że
jestem żoną Matthew. -?Im więcej słyszałam o de Clermontach, tym mniej
mi się to wszystko podobało.
-?Gdyby to była prawda, mój ojciec nie musiałby cię adoptować -
zauważyła Verin.
-?Pójdziemy na kompromis -?postanowił Baldwin. -?Z pewnością Philippe
byłby zadowolony, gdyby imiona dzieci czarownicy znalazły się na drzewie
genealogicznym de Clermontów.
Jego słowa zabrzmiały pojednawczo, ale byłam pewna, że kryje się za nimi
jakiś mroczny cel.
-?Moje dzieci nie są waszymi krewnymi. -?Głos Matthew zabrzmiał jak
grzmot.
-?Są, jeśli Diana jest de Clermont, tak jak twierdzi -?powiedział z uśmiechem Baldwin.
-?Chwileczkę. Jakie drzewo genealogiczne? -?Musiałam cofnąć się o krok w tej dyskusji.
-?Kongregacja prowadzi oficjalne drzewa genealogiczne wszystkich rodzin
wampirów -?odparł Baldwin. -?Niektórzy już nie przestrzegają tej
tradycji. De Clermontowie tak. Zapisują daty narodzin i śmierci,
nazwiska partnerów i potomstwa.
Moja ręka automatycznie powędrowała do brzucha. Chciałam, żeby
Kongregacja jak najdłużej nie wiedziała o moich dzieciach. Sądząc po
wyrazie twarzy Matthew, on czuł to samo.
-?Może podróż w czasie wystarczy, żeby wyjaśnić sprawę przysięgi krwi,
ale tylko najczarniejsza magia albo niewierność może wytłumaczyć twoją
ciążę -?stwierdził Baldwin, rozkoszując się sytuacją. -?Te dzieci nie
mogą być twoje, Matthew.
-?Diana nosi moje dzieci -?oświadczył Matthew. Jego oczy zrobiły się
niebezpiecznie ciemne.
-?To niemożliwe -?orzekł Baldwin.
-?Ale taka jest prawda.
-?Jeśli tak, będą to najbardziej znienawidzone i najbardziej
prześladowane dzieci na świecie -?ostrzegł Baldwin. -?Byty będą się
zabijać o ich krew. I waszą.
W tej samej chwili zorientowałam się, że Matthew już przy mnie nie ma, i usłyszałam trzask łamiącego się krzesła. Potem zobaczyłam, że mój mąż
stoi nad bratem i trzyma go za gardło, jednocześnie przyciskając nóż do
jego serca.
Verin ze zdumieniem spojrzała w dół i zobaczyła jedynie pusty futerał na
broń wystający z buta. Zaklęła.
-?Możesz być głową rodziny, Baldwinie, ale nigdy nie zapominaj, że to ja
jestem zabójcą -?wycedził Matthew.
-?Zabójcą? -?Próbowałam ukryć konsternację, kiedy wyszła na jaw kolejna
tajemnica mojego męża.
Naukowiec, Wampir. Wojownik. Szpieg. Książę.
Skrytobójca.
Matthew wiele razy mówił mi, że jest zabójcą, ale ja zawsze uważałam, że
to nieodłączna część bycia wampirem. Wiedziałam, że mordował w samoobronie, w bitwach i żeby przetrwać. Nigdy nie przypuszczałam, że
dokonywał egzekucji na rozkaz rodziny.
-?Na pewno o tym wiedziałaś? -?Verin przyglądała mi się badawczo zimnymi
oczami. W jej głosie brzmiała złośliwość. -?Gdyby Matthew nie był w tym
taki dobry, jedno z nas już dawno by go uśmierciło.
-?Wszyscy mamy swoją rolę w tej rodzinie, Verin -?powiedział z goryczą
Matthew. -?Czy Ernst wie, że twoja zaczęła się w miękkiej pościeli,
między męskimi udami?
Siostra jak błyskawica skoczyła na niego z palcami zagiętymi w szpony.
Wampiry były szybkie, ale magia była szybsza.
Pchnęłam Verin na ścianę podmuchem czarowiatru, jak najdalej od braci,
żeby Matthew zdążył wymusić jakąś obietnicę na Baldwinie i wreszcie go
puścił.
-?Dziękuję, ma lionne. -?Mąż zwykle tak do mnie mówił, kiedy zrobiłam
coś odważnego... albo niewiarygodnie głupiego. Podał mi nóż siostry. -
Potrzymaj go.
Podniósł Verin z podłogi, a Gallowglass stanął u mojego boku.
-?No, no -?mruknęła Verin, kiedy już stanęła na własnych nogach. -
Rozumiem, dlaczego atcie spodobała się twoja żona, ale nie
pomyślałabym, że masz wystarczające jaja na tę kobietę, Matthew.
-?Wszystko się zmienia -?odarł krótko mój mąż.
-?Najwyraźniej. -?Szwagierka otaksowała mnie wzrokiem.
-?Więc dotrzymasz obietnicy, którą dałaś dziadkowi? -?spytał
Gallowglass.
-?Zobaczymy -?ostrożnie powiedziała Verin. -?Mam parę miesięcy na
decyzję.
-?Czas minie, ale nic się nie zmieni. -?Baldwin spojrzał na mnie z ledwo
skrywaną nienawiścią. -?Uznanie żony Matthew będzie miało katastrofalne
skutki.
-?Spełniałam życzenia atty, kiedy żył, nie mogę więc zlekceważyć ich
teraz, kiedy on nie żyje.
-?Musimy czerpać pociechę z faktu, że Kongregacja już szuka Matthew i jego partnerki -?stwierdził Baldwin. -?Kto wie? Może do grudnia oboje
będą martwi.
Posławszy nam ostatnie pogardliwe spojrzenie, wymaszerował z pokoju.
Verin zerknęła przepraszająco na Gallowglassa i ruszyła w ślad za
bratem.
-?A więc... dobrze poszło -?wymamrotał Gallowglass. -?Nic ci nie jest,
cioteczko? Trochę pojaśniałaś.
-?Czarowiatr zwiał mój czar maskujący. -?Próbowałam znowu się nim
otoczyć.
-?Zważywszy na to, co się wydarzyło tego ranka, chyba lepiej, żebyś go
na sobie miała, póki Baldwin jest w domu -?poradził Gallowglass.
-?Balwdin nie może się dowiedzieć o mocy Diany. Doceniłbym twoją pomoc,
Gallowglassie. I Fernanda również. -?Matthew nie określił dokładnie,
jaką formę miałaby przybrać ta pomoc.
-?Oczywiście. Czuwałem nad cioteczką przez całe jej życie. I nie
przestanę teraz.
Po tych słowach różne części mojej przeszłości, których nigdy nie
rozumiałam, trafiły na swoje miejsce jak elementy układanki. Jako
dziecko często czułam, że obserwują mnie inne byty, ich spojrzenia
łaskotały albo mroziły mi skórę. Jedną z nich był Peter Knox, wróg
mojego ojca i ten sam czarownik, który szukał w Sept-Tours Matthew i mnie, a zabił Em. Czy drugą mógł być ten niedźwiedź, którego teraz
kochałam jak brata, ale poznałam go dopiero, kiedy przenieśliśmy się do
szesnastego wieku?
-?Obserwowałeś mnie? -?Moje oczy napełniły się łzami. Zamrugałam, żeby
je odpędzić.
-?Obiecałem dziadkowi, że będę cię pilnował. Ze względu na Matthew. -
Niebieskie oczy Gallowglassa złagodniały. -?I dobrze. Byłaś prawdziwym
diabłem wcielonym: wspinałaś się na drzewa, biegałaś za rowerami na
ulicy, szłaś do lasu, nie mówiąc nikomu, dokąd się wybierasz. Nie mam
pojęcia, jak twoi rodzice dawali sobie z tobą radę.
-?Czy tatuś wiedział? -?musiałam spytać.
Mój ojciec poznał wielkoluda w elżbietańskim Londynie, kiedy
nieoczekiwanie wpadł na Matthew i na mnie podczas jednej ze swoich
regularnych podróży w czasie. Nawet we współczesnym Massachusetts ojciec
od razu rozpoznałby Gallowglassa. Tego człowieka nie dawało się z nikim
pomylić.
-?Starałem się nie ujawniać.
-?Nie o to pytałam. -?Byłam coraz lepsza w wyłapywaniu półprawd
wampirów. -?Czy ojciec wiedział, że mnie pilnujesz?
-?Zadbałem o to, żeby Stephen zobaczył mnie tuż przed tym, jak razem z twoją matką wyruszyli do Afryki. -?Gallowglass prawie szeptał. -
Pomyślałem, że gdy nadejdzie koniec, pocieszy go świadomość, że jestem
blisko ciebie. Byłaś taka mała. Stephen musiał wariować, myśląc o tym,
ile czasu minie, zanim będziesz z Matthew.
Bishopowie i de Clermontowie działali bez naszej wiedzy przez lata, a nawet wieki, żeby bezpiecznie nas ze sobą połączyć: Philippe,
Gallowglass, mój ojciec, Emily, moja matka.
-?Dziękuję, Gallowglassie -?powiedział Matthew ochryple. Był tak samo
jak ja zaskoczony porannymi rewelacjami.
-?Nie ma za co, stryju. Robiłem to z chęcią. -?Gallowglass odchrząknął i wyszedł z pokoju.
W bibliotece zapadła niezręczna cisza.
-?Chryste. -?Matthew przeczesał rękami włosy. Był to znak, że zbliża się
kres jego cierpliwości.
-?Co zrobimy? -?zapytałam, usiłując odzyskać spokój po nagłym
przyjeździe Baldwina.
Matthew mi nie odpowiedział, bo cichy kaszel zasygnalizował czyjąś
obecność.
-?Przepraszam, że przeszkadzam, milord.
W drzwiach stał Alain Le Merle, dawny giermek Philippe'a de Clermonta.
Trzymał starą szkatułkę ze srebrnymi ćwiekami na wierzchu ułożonymi w inicjały P.C. oraz małą księgę rachunkową oprawioną w zielony bukram.
Jego szpakowate włosy i miły wyraz twarzy były takie same jak w 1590
roku, kiedy go poznałam. Podobnie jak mój mąż i Gallowglass on też był
stałą gwiazdą w zmiennym wszechświecie.
-?O co chodzi, Alainie? -?zapytał Matthew.
-?Mam sprawę do pani de Clermont -?odparł Alain.
-?Sprawę? -?Matthew zmarszczył brwi. -?To nie może zaczekać?
-?Obawiam się, że nie -?powiedział przepraszającym tonem Alain. -?Wiem,
że to trudny okres, milord, ale sieur Philippe stanowczo przykazał,
żeby dać te rzeczy madame de Clermont najprędzej jak to możliwe.
Alain zagonił nas z powrotem do naszej wieży. To, co zobaczyłam na
biurku, całkiem wyparło z mojej głowy wydarzenia minionej godziny i pozbawiło mnie tchu.
Mała książeczka oprawiona w brązową skórę.
Haftowany rękaw wytarty ze starości.
Bezcenne klejnoty: perły, diamenty i szafiry.
Złoty grot strzały na długim łańcuszku.
Dwie miniatury o jasnych powierzchniach, tak świeżych jak w dniu, kiedy
zostały namalowane.
Listy przewiązane wyblakłą wstążką w kolorze goździkowym.
Srebrna pułapka na szczury z lekko zaśniedziałym pięknym grawerunkiem.
Pozłacany instrument astronomiczny godny cesarza.
Drewniane pudełko zrobione przez czarownika z gałęzi jarzębu.
Kolekcja przedmiotów nie wyglądała imponująco, ale wszystkie miały dla
mnie ogromne znaczenie, bo przypominały osiem miesięcy naszego życia.
Drżącą ręka sięgnęłam po dziennik. Dał mi go Matthew niedługo po naszym
przybyciu do rezydencji w Woodstock. Jesienią 1590 roku oprawa była
świeża, a kartki były kremowe. Dzisiaj skórę znaczyły plamy, a papier
zżółkł. W przeszłości trzymałam książeczkę na półce w Starym Domu, ale z ekslibrisu wynikało, że obecnie jest ona własnością biblioteki w Sewilli. Na wyklejce napisano atramentem: Manuscrito Gonçalves 4890.
Ktoś -?bez wątpienia Gallowglass -?usunął pierwszą stronę. Kiedyś
pokrywały ją moje niepewne próby podpisu. Kleksy z brakującej kartki
przesiąkły na następną, ale lista elżbietańskich monet będących w obiegu
w roku 1590 nadal była czytelna.
Kartkując notatnik, przypomniałam sobie lek na ból głowy, który
próbowałam zrobić w ramach daremnych wysiłków, żeby zostać prawdziwą
elżbietańską panią domu. Dziennik przywołał słodko-gorzkie wspomnienia
czasu spędzonego z Nocną Szkołą. Kilka stron poświęciłam dwunastu znakom
zodiaku, różnym przepisom i listom rzeczy do spakowania przed naszą
podróżą do Sept-Tours. Usłyszałam ciche dzwonienie, kiedy przeszłość i teraźniejszość otarły się o siebie, w kątach przy kominku dostrzegłam
ledwo widoczne niebieskie i bursztynowe nici.
-?Skąd masz te rzeczy? -?spytałam, skupiając się na tu i teraz.
-?Pan Gallowglass dał je dom Fernandowi dawno temu -?wyjaśnił Alain. -
Kiedy dom Fernando przyjechał w maju do Sept-Tours, poprosił mnie,
żebym to wszystko pani oddał.
-?Cud, że w ogóle coś się zachowało. Jak udało ci się to ukrywać przede
mną przez tyle lat? -?Matthew wziął do ręki pułapkę na szczury.
Droczył się ze mną, kiedy zamówiłam u jednego z najdroższych
zegarmistrzów w Londynie urządzenie do łapania szczurów, które grasowały
na naszym strychu w Blackfriars. Monsieur Vallin zaprojektował łapkę w kształcie kota z uszami na poprzeczkach i małą myszą przycupniętą na
jego nosie. Gdy Matthew zwolnił mechanizm, ostre kocie zęby wbiły się w jego palec.
-?Robiliśmy, co musieliśmy, milord. Czekaliśmy. Milczeliśmy. Nie
traciliśmy wiary, że czas sprowadzi do nas z powrotem madame de
Clermont. -?W kącikach ust Alaina zadrżał smutny uśmiech. -?Gdyby tak
sieur Philippe mógł dożyć tego dnia.
Na myśl o Philippie moje serce się ścisnęło. Mój teść musiał wiedzieć,
jak źle jego dzieci zareagują na nową siostrę. Dlaczego postawił mnie w tak trudnej sytuacji?
-?Wszystko w porządku, Diano? -?Matthew delikatnie położył dłoń na
mojej.
-?Tak. Po prostu jestem trochę przytłoczona.
Wzięłam do ręki nasze portrety w pięknych elżbietańskich strojach. Na
prośbę hrabiny Pembroke namalował je Nicholas Hilliard. Ona i hrabia
Northumberland podarowali nam te miniatury w prezencie ślubnym. Oboje
byli początkowo przyjaciółmi Matthew razem z innymi członkami Nocnej
Szkoły: Walterem Raleigh, George'em Chapmanem, Thomasem Harriotem i Christopherem Marlowe'em. Z czasem większość z nich zaprzyjaźniła się
również ze mną.
-?To madame Ysabeau znalazła miniatury -?wyjaśnił Alain. -?Codziennie
przeglądała gazety w poszukiwaniu waszych śladów, anomalii pośród
zwykłych wydarzeń. Kiedy madame zobaczyła je w ogłoszeniu domu
aukcyjnego, wysłała pana Marcusa do Londynu. Właśnie tak poznał
mademoiselle Phoebe.
-?Ten rękaw pochodzi z twojej sukni ślubnej. -?Matthew dotknął kruchego
materiału, przesunął palcem po wyhaftowanym rogu obfitości, tradycyjnym
symbolu dobrobytu. -?Nigdy nie zapomnę twojego widoku, kiedy schodziłaś
do wsi ze wzgórza. Płonęły pochodnie, dzieci torowały drogę przez śnieg.
-?Jego uśmiech był pełen miłości, dumy i zadowolenia.
-?Po weselu wielu mężczyzn z wioski zapowiedziało starania o rękę
madame de Clermont, gdyby pan się nią znudził -?powiedział ze śmiechem
Alain.
-?Dziękuję, że przechowałeś dla mnie te pamiątki. -?Spojrzałam na
biurko. -?Aż za łatwo byłoby myśleć, że wszystko to sobie wyobraziłam,
że tak naprawdę nigdy nie przenieśliśmy się do roku tysiąc pięćset
dziewięćdziesiątego. Teraz tamten czas wydaje się bardziej realny.
-?Sieur Philippe przewidział, że może pani tak się czuć. Niestety
jeszcze dwie sprawy wymagają pani uwagi, madame de Clermont. -?Alain
podał mi księgę rachunkową.
-?Co to jest?
Zmarszczyłam brwi i wzięłam księgę do ręki. Była dużo cieńsza niż te w gabinecie Matthew z finansowymi sprawozdaniami Zakonu Rycerzy Świętego
Łazarza.
-?Pani rachunki, madame.
-?Myślałam, że moimi finansami zajmuje się Hamish. -?Zostawił mi stosy
dokumentów do podpisu.
-?Pan Osborne przejął od milord sprawy pani intercyzy. To są fundusze,
która pani dostała od sieur Philippe'a.
Uwaga Alaina przez chwilę skupiała się na moim czole, gdzie Philippe
zostawił ślad swojej krwi, kiedy uznawał mnie za swoją córkę.
Zaciekawiona złamałam pieczęć i przewróciłam okładkę. Małą książkę
rachunkową co jakiś czas ponownie oprawiano, kiedy zaczynało brakować
stron. Pierwsze wpisy na grubym szesnastowiecznym papierze pochodziły z roku 1591. Jeden dotyczył posagu, który dał mi Philippe, kiedy
poślubiłam Matthew: 20 000 weneckich złotych monet i 30 000 srebrnych
talarów. Kolejne inwestycje -?wraz z odsetkami oraz zyskami z zakupionych domów i ziem -?były skrupulatnie zapisywane zgrabnym pismem
Alaina. Zajrzałam na koniec księgi. Ostatniego wpisu, na lśniącym białym
papierze, dokonano 4 lipca 2010 roku, w dniu, kiedy przyjechaliśmy do
Sept-Tours. Oczy wyszły mi na wierzch, gdy zobaczyłam kwotę w kolumnie
aktywów.
-?Przykro mi, że nie ma tego więcej -?pośpiesznie rzekł Alain, mylnie
biorąc moją reakcję za rozczarowanie. -?Inwestowałem pani pieniądze jak
swoje własne, ale bardziej lukratywne, czyli bardziej ryzykowne
transakcje wymagałyby zgody sieur Baldwina, a on oczywiście nie mógł
się dowiedzieć o pani istnieniu.
-?To więcej, niż potrafiłabym sobie wyobrazić, Alainie.
Matthew przekazał mi dużą część majątku, kiedy podpisywał intercyzę, ale
ta suma była ogromna. Philippe chciał, żebym miała finansową
niezależność podobnie jak reszta kobiet z rodu de Clermont. I jak
dowiedziałam się dziś rano, mój teść dopiął swego, żywy czy martwy.
Odłożyłam książkę rachunkową.
-?Dziękuję.
-?To była dla mnie przyjemność -?powiedział Alain z ukłonem i wyjął coś
z kieszeni. -?I na koniec sieur Philippe polecił mi dać pani to.
Alain wręczył mi kopertę z taniego, cienkiego papieru. Było na niej
wypisane moje nazwisko. Kiepski klej dawno wysechł, ale lakowa pieczęć
nadal się trzymała. W czarno-czerwonym wosku zatopiono starą monetę -
specjalny sygnał Philippe'a.
-?Sieur Philippe pracował nad tym listem ponad godzinę. Kiedy
skończył, kazał mi go przeczytać, by się upewnić, że zawarł w nim
wszystko, co chciał.
-?Kiedy? -?zapytał Matthew ochryple.
-?W dniu, kiedy umarł. -?Na twarzy Alaina odmalował się wyraz udręki.
Drżące pismo należało do kogoś zbyt starego albo chorego, żeby mógł
utrzymać pióro w ręce. Było to żywe przypomnienie tego, jak cierpiał
Philippe. Dotknęłam swojego imienia. Kiedy dotarłam do jego końca,
przesunęłam palcem po papierze, żeby litery się rozpadły. Na kopercie
najpierw pojawiła się czarna kałuża, a po chwili atrament ułożył się w twarz mężczyzny, nadal piękną, choć naznaczoną bólem. W miejscu płowych
oczu iskrzących inteligencją i humorem ziały głębokie, puste oczodoły.
-?Nie powiedzieliście mi, że naziści go oślepili.
Wiedziałam, że mój teść był torturowany, ale nie miałam pojęcia, że jego
oprawcy wyrządzili mu taką krzywdę. Przyjrzałam się uważniej twarzy
Philippe'a. Na szczęście w moim imieniu nie było dość liter, żeby dało
się narysować szczegółowy portret. Dotknęłam policzka teścia i obraz
zniknął. Na kopercie została po nim atramentowa plama. Pstryknęłam
palcami i kleks uniósł się, tworząc małe czarne tornado. Kiedy przestało
wirować, litery opadły z powrotem na właściwe miejsca.
-?Sieur Philippe często rozmawiał z panią o swoich zmartwieniach,
madame de Clermont, kiedy ból był nieznośny -?mówił dalej Alain.
-?Rozmawiał z nią? -?powtórzył w osłupieniu Matthew.
-?Prawie codziennie -?odparł sługa, kiwając głową. -?Kazał mi odsyłać
wszystkich z tej części château, żeby nikt nie podsłuchał. Madame de
Clermont dawała sieur Philippe'owi ukojenie, kiedy nikt inny tego nie
potrafił.
Odwróciłam kopertę i dotknęłam starego srebrnego pieniążka.
-?Philippe oczekiwał, że monety zostaną mu zwrócone. Osobiście. Jak mogę
to zrobić, skoro on nie żyje?
-?Może odpowiedź jest w środku -?podsunął Matthew.
Wydłubałam monetę z wosku. Potem ostrożnie wyjęłam z koperty kruchą
kartkę. Papier trzeszczał złowieszczo, kiedy go rozkładałam.
W nosie załaskotał mnie słaby zapach towarzyszący Philippe'owi:
wawrzynu, fig i rozmarynu.
Spojrzałam na list i podziękowałam w duchu za swoje doświadczenie w odszyfrowywaniu trudnego pisma. Zaczęłam czytać na głos:
Diano,
Nie pozwól, żeby duchy przeszłości skradły Ci radość w przyszłości.
Dziękuję, że trzymałaś mnie za rękę.
Możesz już ją puścić.
Twój ojciec z krwi i przysięgi,
Philippe
P.S. Moneta jest dla przewoźnika. Powiedz Matthew, że zobaczymy się po
drugiej stronie.
Zadławiłam się ostatnimi słowami. Ich echo rozbrzmiało w cichym pokoju.
-?Więc Philippe spodziewa się, że zwrócę mu monetę. -?Będzie czekał na
brzegu Styksu, aż łódź Charona przewiezie mnie przez rzekę. Może jest z nim Emily. I moi rodzice również. Zamknęłam oczy, żeby odciąć się od
bolesnych obrazów.
-?Co on miał na myśli, pisząc: "Dziękuję, że trzymałaś mnie za rękę"? -
spytał Matthew.
-?Obiecałam mu, że nie będzie sam w mrocznych czasach. Że będę przy nim.
-?W moich oczach wezbrały łzy. -?Jak to możliwe, że tego nie pamiętam?
-?Nie wiem, ukochana. Ale jakoś udało ci się dotrzymać obietnicy. -
Matthew nachylił się i mnie pocałował. Spojrzał ponad moim ramieniem. -
A Philippe zadbał o to, żeby jak zwykle mieć ostatnie słowo.
-?Co masz na myśli? -?Wytarłam mokre policzki.
-?Zostawił dowód na piśmie, że z własnej woli i z radością uznał cię za
swoją córkę. -?Matthew dotknął kartki długim, białym palcem.
-?Właśnie dlatego sieur Philippe chciał, żeby madame de Clermont
dostała ten list jak najszybciej -?powiedział Alain.
-?Nie rozumiem. -?Spojrzałam na męża.
-?Dzięki tym klejnotom, twojemu posagowi i listowi jego dzieci -?ani
nawet Kongregacja -?nie będą mogły twierdzić, że Philippe został
zmuszony do złożenia przysięgi krwi -?wyjaśnił Matthew.
-?Sieur Philippe dobrze znał swoje dzieci. Często przewidywał
przyszłość równie łatwo jak czarownik. -?Alain pokiwał głową. -?Zostawię
panią wspomnieniom.
-?Dziękuje, Alainie. -?Matthew zaczekał, aż ucichną kroki sługi, i spojrzał na mnie z troską. -?Wszystko w porządku, mon coeur?
-?Oczywiście -?mruknęłam, patrząc na biurko. Leżała na nim rozrzucona
przeszłość, a wyraźnej przyszłości nie było widać.
-?Idę na górę się przebrać -?oznajmił Matthew. -?Niedługo wrócę. Wtedy
będziemy mogli zejść na śniadanie.
-?Nie śpiesz się -?powiedziałam, siląc się na uśmiech, miałam nadzieję,
że szczery.
Gdy Matthew wyszedł, sięgnęłam po złoty grot, który Philippe dał mi z okazji ślubu. Jego ciężar dodawał otuchy, metal ogrzał się szybko pod
moim dotykiem. Przełożyłam łańcuszek przez głowę. Grot zawisł nad moimi
piersiami. Jego brzegi były zbyt miękkie i wygładzone, żeby zadrapać
skórę.
Poczułam, że w kieszeni dżinsów coś się rusza. Wyjęłam z niej kłąb
jedwabnych nici. Sznurki tkaczki przywędrowały ze mną z przeszłości i w przeciwieństwie do rękawa sukni ślubnej czy wyblakłego jedwabiu, którym
owinięto moje listy, były świeże i lśniące. Oplatały się i tańczyły
wokół moich nadgarstków i siebie nawzajem niczym kolorowe węże, łącząc
się w nowe barwy, a następnie rozdzielając z powrotem na osobne pasma.
Wijąc się po moich ramionach, wplotły się we włosy, jakby czegoś
szukały. Schowałam je do kieszeni.
Podobno byłam tkaczką. Nie wiedziałam jednak, czy kiedykolwiek zrozumiem
splątaną sieć, którą utkał Philippe de Clermont, kiedy przysięgą krwi
uczynił mnie swoją córką.
Rozdział 4
Zamierzałeś w ogóle mi powiedzieć, że jesteś zabójcą w rodzie de
Clermontów? -?spytałam, sięgając po sok grejpfrutowy.
Matthew spojrzał na mnie nad kuchennym stołem, na którym Marthe
zostawiła mi śniadanie. Przemycił do środka Hectora i Fallona i teraz
psy z zainteresowaniem śledziły naszą rozmowę... i mój posiłek.
-?I o związku Fernanda z twoim bratem Hugh? Zostałam wychowana przez
dwie kobiety. Nie ukrywałeś przede mną tej informacji z obawy, że
mogłabym tego nie akceptować.
Hector i Fallon spojrzały na swojego pana, czekając na odpowiedź. Kiedy
się jej nie doczekały, przeniosły wzrok na mnie.
-?Verin wydaje się miła -?stwierdziłam, próbując sprowokować męża.
-?Miła? -?Matthew uniósł brew.
-?No cóż, nie licząc tego, że była uzbrojona w nóż. -?Byłam zadowolona,
że moja strategia się sprawdziła.
-?Noże -?poprawił mnie Matthew. -?Jeden miała w bucie, drugi przy pasie
i trzeci w staniku.
-?Czy Verin była skautką? -?Teraz z kolei ja uniosłam brwi.
Zanim mąż zdążył odpowiedzieć, do kuchni wpadł Gallowglass, wir błękitu
i czerni, a za nim Fernando. Matthew wstał. Kiedy psy poszły w jego
ślady, pokazał im podłogę, a one natychmiast go posłuchały.
-?Dokończ śniadanie, a potem idź na wieżę -?powiedział Matthew, zanim
wyszedł z kuchni. -?Zabierz ze sobą psy. I nie schodź na dół, póki po
ciebie nie przyjdę.
-?Co się dzieje? -?zapytałam gospodynię w nagle opustoszałym
pomieszczeniu.
-?Baldwin jest w domu. -?Marthe nic więcej nie dodała, jakby taka
odpowiedź powinna mi w zupełności wystarczyć.
-?Marcus. -?Przypomniałam sobie, że Baldwin wrócił, żeby zobaczyć się z synem Matthew. Zerwałam się od stołu, psy wstały z podłogi. -?Gdzie on
jest?
-?W gabinecie Philippe'a. -?Marthe zmarszczyła brwi. -?Nie sądzę, żeby
Matthew chciał tam panią widzieć. Może dojść do rozlewu krwi.
-?To całe moje życie. -?Mówiąc to, patrzyłam przez ramię i w rezultacie
wpadłam na Verin. Towarzyszył jej starszy dżentelmen, wysoki i chudy, o łagodnych oczach. Próbowałam ich wyminąć. -?Przepraszam.
-?Dokąd idziesz? -?zapytała szwagierka, tarasując mi drogę.
-?Do gabinetu Philippe'a.
-?Matthew kazał ci iść na wieżę. -?Verin zmrużyła oczy. -?Jest twoim
partnerem, a ty masz go słuchać jak przystało na żonę wampira. -?Jej
akcent był niemiecki... ale nie czysto niemiecki, może austriacki,
szwajcarski... Albo pochodził ze wszystkich trzech języków.
-?Jaka dla was szkoda, że jestem czarownicą. -?Wyciągnęłam rękę do
mężczyzny, którzy przysłuchiwał się naszej rozmowie z ledwo maskowanym
rozbawieniem. -?Diana Bishop.
-?Ernst Neumann. Jestem mężem Verin. -?Akcent Ernsta wskazywał na
pochodzenie z okolic Berlina. -?Dlaczego nie chcesz puścić Diany,
Schatz? Dzięki temu też będziesz mogła tam pójść. Wiem, jak nie lubisz
tracić dobrej kłótni. Ja zaczekam w salonie.
-?Dobry pomysł, kochanie. Nie mogą mnie winić, że czarownica uciekła z kuchni. -?Verin spojrzała na męża ze szczerym podziwem i go pocałowała.
Choć wyglądała jak jego wnuczka, było oczywiste, że ona i Ernst są
bardzo w sobie zakochani.
-?Czasami je miewam -?przyznał mąż z wesołymi iskierkami w oczach. -?Ale
zanim Diana ucieknie, a ty pobiegniesz za nią, powiedz mi, czy mam wziąć
nóż, czy pistolet, na wypadek gdyby jeden z twoich braci wpadł w szał?
Verin się zastanowiła.
-?Myślę, że wystarczyłby tasak Marthe. Gerberta kiedyś spowolnił, a jego
skóra jest dużo grubsza niż Baldwina czy Matthew.
-?Wziął pan tasak na Gerberta? -?Coraz bardziej lubiłam męża Verin.
-?To byłaby przesada -?stwierdził Ernst, lekko różowiejąc z zakłopotania.
-?Boję się, że Phoebe próbuje dyplomacji -?wtrąciła Verin, kierując mnie
w stronę bijatyki. -?To nigdy nie działa na Baldwina. Musimy iść.
-?Jeśli Ernst bierze nóż, ja biorę psy. -?Pstryknęłam palcami na Hectora
i Fallona i ruszyłam szybkim krokiem, a psy pobiegły za mną, powarkując
i machając ogonami, jakby świetnie się bawiły.
Podest drugiego piętra, który prowadził do rodzinnych apartamentów, był
pełen gapiów, kiedy tam dotarłyśmy z Verin. Stali na nim Nathaniel,
Sophie z Margaret na rękach, Hamish w jedwabnym szlafroku w kratę, z tylko jedną połową twarzy ogoloną, i Sarah, którą chyba obudziły hałasy.
Ysabeau miała znudzoną minę, jakby takie rzeczy działy się przez cały
czas.
-?Wszyscy do salonu -?powiedziałam, ciągnąc Sarah w kierunku schodów. -
Ernst tam do ciebie dołączy.
-?Nie wiem, co tak poruszyło Marcusa. -?Hamish ręcznikiem wytarł z brody
krem do golenia. -?Baldwin go wezwał i z początku wszystko wydawało się
w porządku. Potem zaczęli na siebie wrzeszczeć.
Mały pokój, którego Philippe używał jako gabinetu, był pełen wampirów i testosteronu. Matthew, Fernando i Gallowglass przepychali się, walcząc o lepszą pozycję. Baldwin siedział na krześle windsorskim i odchylony
razem z nim do tyłu, trzymał skrzyżowane nogi na biurku. Marcus opierał
się o drugą stronę biurka, czerwony na twarzy. Jego partnerka Phoebe
Taylor -?bo młoda kobieta stojąca obok była tą, którą niejasno
pamiętałam z pierwszego dnia po naszym powrocie, próbowała załagodzić
spór między głową rodu de Clermont i wielkim mistrzem Zakonu Rycerzy
Świętego Łazarza.
-?Ta dziwna zbieranina czarownic i demonów, które tu sprowadziliście,
musi natychmiast stąd zniknąć -?oświadczył Baldwin, bez powodzenia
starając się pohamować gniew. Tylne nogi krzesła opadły z hukiem na
podłogę.
-?Sept-Tours należy do Rycerzy Świętego Łazarza! -?krzyknął Marcus. -?Ja
jestem wielkim mistrzem, a nie ty. Ja mówię, co tu może się dziać!
-?Daj spokój, Marcusie. -?Matthew wziął syna za łokieć.
-?Jeśli nie zrobicie dokładnie tego, co każę, nie będzie żadnych Rycerzy
Świętego Łazarza! -?Baldwin wstał, tak że oba wampiry znalazły się
twarzą w twarz.
-?Przestań mi grozić, Baldwinie -?powiedział Marcus. -?Nie jesteś moim
ojcem ani panem.
-?Nie, ale jestem głową tej rodziny. -?Baldwin rąbnął pięścią w biurko.
-?Posłuchasz mnie, Marcusie, albo poniesiesz konsekwencje swojego
nieposłuszeństwa.
-?Dlaczego wy dwaj nie możecie usiąść i porozmawiać rozsądnie? -?Phoebe
odważnie podjęła wysiłek, żeby rozdzielić dwa wampiry.
Baldwin warknął na nią ostrzegawczo, a Marcus skoczył mu do gardła.
Matthew chwycił Phoebe i odciągnął ją na bok. Dziewczyna drżała, choć
bardziej z gniewu niż ze strachu. Fernando złapał Marcusa i przyszpilił
jego ramiona do boków. Gallowglass zacisnął dłoń na ramieniu Baldwina.
-?Nie rzucaj mu wyzwania -?ostrzegł Fernando, kiedy Marcus próbował się
uwolnić. -?Chyba że jesteś gotowy wyjść z tego domu i nigdy nie wrócić.
Po dłuższej chwili wampir skinął głową. Gonçalves go puścił, ale został
w pobliżu.
-?Te groźby są absurdalne -?stwierdził Marcus trochę bardziej opanowanym
tonem. -?Zakon Rycerzy Świętego Łazarza i Kongregacja od lat chodzą ze
sobą do łóżka. My doglądamy ich spraw finansowych, nie wspominając o pomocy w zaprowadzaniu porządku wśród wampirów. Z pewnością...
-?Z pewnością Kongregacja nie zaryzykuje zemsty rodu de Clermont? Nie
pogwałci azylu, którym zawsze było Sept-Tours? -?Baldwin pokręcił głową.
-?Oni już to zrobili, Marcusie. Kongregacja tym razem się nie bawi. Od
lat szukała powodu, żeby rozwiązać Zakon Rycerzy Świętego Łazarza.
-?Robią to teraz, bo oficjalnie oskarżyłem Petera Knoksa o śmierć Emily?
-?zapytał Marcus.
-?Tylko częściowo. Kongregacja nie mogła znieść twojego uporu w sprawie
anulowania przymierza. -?Baldwin cisnął mu zwój pergaminu. Trzy
pieczęcie zakołysały się lekko na to brutalne traktowanie. -
Rozważyliśmy twoją prośbę... ponownie. Została odrzucona. Ponownie.
To jedno słowo "my" wyjaśniło pewną tajemnicę. Odkąd w dwunastym wieku
utworzono Kongregację i podpisano przymierze, wśród trzech wampirów
zasiadających przy stole narad zawsze był jakiś de Clermont. Do tej pory
nie znałam jego tożsamości. Teraz okazało się, że jest nim brat
Mattthew.
-?Szkoda, że wampir wmieszał się w spór dwojga czarowników -?ciągnął
Baldwin. -?Żądanie odszkodowania za śmierć Emily Mather było głupie,
Marcusie, ale dalsze podważanie przymierza niewybaczalnie naiwne.
-?Co się stało? -?zapytał Matthew. Przekazał Phoebe pod moją opiekę,
choć jego spojrzenie mówiło, że nie cieszy go mój widok.
-?Marcus i inni uczestnicy jego małej rebelii wezwali w kwietniu do
unieważnienia przymierza. Twój syn ogłosił, że rodzina Bishopów znajduje
się pod bezpośrednią ochroną Rycerzy Świętego Łazarza, stąd
zaangażowanie zakonu.
Matthew ostro spojrzał na Marcusa. Nie wiedziałam, czy chce ucałować
syna za jego wysiłki, by chronić rodzinę, czy skarcić go za zbytni
optymizm.
-?W maju... cóż, sam wiesz, co wydarzyło się w maju -?mówił dalej
Baldwin. -?Marcus określił śmierć Emily jako wrogi akt członków
Kongregacji, mający na celu wywołanie otwartego konfliktu między bytami.
Uznał, że Kongregacja zechce ponownie rozważyć jego wcześniejszą prośbę
o anulowanie przymierza w zamian za rozejm z Zakonem Rycerzy Świętego
Łazarza.
-?Była to całkiem rozsądna prośba. -?Marcus rozwinął dokument i przebiegł go wzrokiem.
-?Rozsądna czy nie, za wnioskiem były dwa głosy, siedem przeciw -
relacjonował Baldwin. -?Nigdy nie doprowadzaj do głosowania, którego
wyniku nie możesz z góry przewidzieć, Marcusie. Do tej pory powinieneś
odkryć tę niemiłą prawdę na temat demokracji.
-?To niemożliwe, bo oznacza, że tylko ty i matka Nathaniela
głosowaliście za moją propozycją -?stwierdził oszołomiony Matthew.
Agatha Wilson była jedną z trójki demonów wśród członków Kongregacji.
-?Inny demon poparł Agathę -?powiedział zimno Baldwin.
-?Ty głosowałeś przeciw? -?Marcus najwyraźniej liczył na poparcie
rodziny.
Na podstawie swoich nielicznych kontaktów z Baldwinem mogłabym
powiedzieć synowi mojego męża, że niepotrzebnie łudził się nadzieją.
-?Zobaczmy. -?Matthew wyrwał pergamin z ręki Marcusa, wzrokiem domagając
się wyjaśnień od brata.
-?Nie miałem wyboru -?oświadczył Baldwin. -?Wiesz, jakich szkód narobił
twój syn? Od tej pory będzie się szeptać o tym, jak młody parweniusz z podrzędnej gałęzi rodu de Clermont próbował zakwestionować tysiącletnią
tradycję.
-?Podrzędnej? -?Wstrząsnęła mną zniewaga, której Baldwin dopuścił się
wobec Ysabeau.
Jednakże moja teściowa w ogóle nie wydawała się poruszona. Jeśli już, to
wyglądała na jeszcze bardziej znudzoną. Przypatrywała się idealnie
wypielęgnowanym długim paznokciom.
-?Za daleko się posuwasz, Baldwinie -?warknął Gallowglass. -?Nie było
cię tutaj, kiedy w maju przyjechali dwaj zbuntowani członkowie
Kongregacji i zabili Emily...
-?Gerbert i Knox nie są zbuntowani! -?Baldwin podniósł głos. -?Należą do
dwóch trzecich większości.
-?Nic mnie to nie obchodzi -?odezwał się z kamienną twarzą Marcus. -
Nakazywanie czarownikom, wampirom i demonom, żeby trzymali się osobno,
nie ma już sensu... jeśli w ogóle kiedykolwiek miało. Rozwiązanie
przymierza jest właściwą rzeczą.
-?A od kiedy to ma znaczenie? -?Baldwin wydawał się znużony.
-?Tu jest mowa, że Peter Knox został potępiony -?stwierdził Matthew,
podnosząc wzrok znad dokumentu.
-?Co więcej, zmuszono go do rezygnacji. Gerbert i Satu argumentowali, że
został sprowokowany do działania przeciwko Emily, ale Kongregacja nie
mogła zaprzeczyć, że odegrał pewną rolę w śmierci czarownicy. -?Baldwin
usiadł z powrotem za biurkiem ojca. Choć był mężczyzną słusznej postury,
nie wydawał się godny, żeby zajmować miejsce Philippe'a.
-?A więc to Knox zabił moją ciocię. -?Wzbierały we mnie gniew i moc.
-?On twierdzi, że tylko pytał ją o miejsce pobytu Matthew i o to, gdzie
znajduje się manuskrypt z Biblioteki Bodlejańskiej, ponoć święty tekst,
który wampiry nazywają Księgą Życia -?wyjaśnił Baldwin. -?Knox mówił, że
Emily się zdenerwowała, kiedy odkrył, że córka Wilsonów jest czarownicą,
choć jej rodzice są oboje demonami. O jej atak serca obwinia stres.
-?Emily była zdrowa jak koń -?oświadczyłam.
-?A jaką cenę Knox zapłaci za zabicie członka rodziny mojej żony? -
zapytał spokojnie Matthew, kładąc dłoń na moim ramieniu.
-?Knox został na zawsze wykluczony z Kongregacji -?odparł Baldwin. -
Marcus przynajmniej w tej kwestii postawił na swoim, ale nie jestem
pewien, czy tego nie pożałujemy.
Bracia wymienili długie spojrzenia. Najwyraźniej coś ważnego
przegapiłam.
-?Kto zajmie jego miejsce? -?zapytał Matthew.
-?Za wcześnie, żeby na to odpowiedzieć. Czarownice upierają się przy
kimś ze Szkocji, na tej podstawie, że Knox nie dokończył kadencji. Janet
Gowdie jest oczywiście za stara, zatem stawiam pieniądze na któreś z McNivenów, może Kate. Albo Jenny Horne.
-?Szkoci płodzą potężne czarownice -?stwierdził Gallowglass -?a Gowdie,
Horne'owie i McNivenowie są najbardziej szanowanymi rodzinami na
północy.
-?Może nie być tak łatwo nimi sterować jak Knoksem -?zauważył Baldwin. -
I jedno jest jasne: czarownice są zdeterminowane, żeby dostać Księgę
Życia.
-?Zawsze chciały ją mieć -?powiedział Matthew.
-?Nie tak bardzo jak teraz. Knox znalazł w Pradze pewien list. Podobno
jest w nim dowód, że macie albo mieliście księgę o pochodzeniu... czy
też oryginalną księgę czarów, jeśli wolicie jego wersję -?wyjaśnił
Baldwin. -?Powiedziałem Kongregacji, że to jedynie fantazja czarowników
spragnionych władzy, ale mi nie uwierzyli. Nakazali pełne śledztwo.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki