Rozdział 2
Wydawał się dziwny. Inny. Zupełnie niepodobny do Mistrza. Była pewna, że przeżył znacznie mniej ludzkich lat, bo jego ciało nie było tak znużone, tak zużyte przez czas. Wysoki, smukły, ale szeroki w ramionach, poruszał się z pewnością siebie godną wojownika i robił wrażenie kogoś, kto polega przede wszystkim na fizycznej sile. Ale nie chodziło tylko o to... nie o sprawność czy młodość, tak odmienną od kruchej starości Ofira. Było w nim coś jeszcze, coś sięgającego głębiej niż przyjemna powierzchowność... coś, co sprawiło, że Brenna zwróciła na niego uwagę już w pierwszej chwili, gdy na niego spojrzała, i uświadomiła sobie, że zna go, choć przecież był jej obcy. W jego twarzy odbijał się jej własny mrok, oddech przywodził wspomnienie dawno utraconych uczuć, oczy skrywały groźną iskrę, budzącą instynktowny niepokój. Ten człowiek miał w sobie wszystko, co tak dobrze znała, a co jednocześnie sprawiało, że nie mogła przestać patrzeć, jakby przez to patrzenie miała rozwikłać zagadkę, o której dokładnym brzmieniu nie miała jeszcze najmniejszego pojęcia. Wiedziała jednak, że to nie może być przypadek. Oto nadchodził ten, na którego czekała.
Przyglądała mu się uważnie, odkąd tylko przekroczył cmentarną bramę. Oczywiście nie zauważył jej, nie miał prawa jej widzieć, w końcu był tylko zwykłym człowiekiem, który przychodząc na ziemię poświęconą umarłym bez żadnej ochrony, bez choćby grama poświęconej soli w kieszeni, na własne życzenie stawał się równie bezbronny jak owca zagubiona pośród sfory erwanów. Chociaż nie... Brenna w zamyśleniu przejechała językiem po zębach, uważnie wpatrując się w szeroką pierś mężczyzny, unoszoną raz po raz wyraźnie przyspieszonym oddechem. Bał się. Wciągnęła zachłannie wątłą jeszcze woń ledwie kiełkującego strachu i westchnęła tęsknie do wizji nasycenia się prawdziwym, przedśmiertnym przerażeniem.
Czyżby nieznajomy okazał się zwykłym idiotą? Być może nie zdawał sobie sprawy, że niektórzy Pogranicznicy są znacznie bardziej krwiożerczy niż całe stado wygłodniałych erwanów i okrutniejsi niż lykus czy jakikolwiek inny zwierzęcy drapieżnik. Strach przywabiał ich jak świeża krew wereny. Brenna zwilżyła niecierpliwie usta. Być może nikt go dotąd nie ostrzegł, żeby bez właściwej ochrony nie wkraczać po zmroku za cmentarną bramę. Zwłaszcza w taką noc jak ta, jesienną ślepą noc bez księżyców i gwiazd.
Nawet jeśli instynkty nawoływały go do ucieczki, mężczyzna uparcie brnął dalej, w coraz groźniejsze regiony rozległej nekropolii. Był zatem albo niebezpiecznie odważny, albo nieskończenie głupi. Albo nie wiedział, albo beztrosko ignorował fakt, że tu, tuż na skraju Zasłony, roztaczany przez Pogranicze mroczny cień nakłada się na świat śmiertelników, a przedarcie się na drugą stronę staje się o wiele łatwiejsze.
Dyskretnie śledziła nieznajomego spomiędzy kęp czarnolistnych żałobnic, cicho jak cień przemykając za kolejne grobowce, gdy się zbliżał. Była szelestem suchych liści, łagodnym tchnieniem wieczornego wiatru na jego skupionej twarzy. Z początku nie miała pewności, co nią kieruje. Torturując albo odbierając życie, nasycała się przerażeniem ofiar na dostatecznie długo, żeby nie odczuwać głodu aż do nowego zadania wyznaczonego jej przez Mistrza. Teraz była zmęczona, ale syta. Zapach nieznajomego wabił ją jednak i zwodził, jak obietnica intrygującego wyzwania, któremu nie potrafiła się oprzeć.
Nabrała podejrzeń, kiedy po krótkich poszukiwaniach mężczyzna dotarł do położonej na uboczu płyty grobowej bezimiennych dusz, zdjął znoszoną czarną sakwę z pleców i zaczął ostrożnie wyjmować z niej różne przedmioty: zawiniątka ziół i kwiatów, ptasie pióra, ozdobione symbolami kamienie, świece i w końcu kilka wyglądających na niezwykle stare książek. Miała pewność, gdy niewielką miotełką z igliwia czarnej sosny oczyścił dokładnie z liści i piachu zniszczony nagrobek, potem podpalił pąk suszonego prawdoziela i rozpoczął prosty rytuał oczyszczenia. Brenna prychnęła drwiąco. To jednak nie był zwykły śmiertelnik, lecz lekkomyślny idiota, który najwyraźniej zamierzał przywoływać demony.
Jedna po drugiej, rozbłyskały kolejne świece. Nieznajomy rozpalał ogień niewielkim krzesiwem, najpierw szepcząc ledwie słyszalne słowa powitalnego psalmu w świętym języku Enarów, a potem nucąc, coraz pewniej, coraz głośniej skomplikowane wersy prastarej inicjacyjnej inkantacji.
Powietrze nad płytą grobowca bezimiennych zaczęło powoli tężeć, niewidzialne dotąd nici tkaniny rzeczywistości splątywały się ze sobą w coraz grubsze sznury, tańcząc i wirując płynnym mrokiem nad głową ewokanty. Za każdym razem, gdy przekręcał słowo, zatrzymywał się albo głos mu zadrżał, hipnotyczny taniec materializującej się ciemności gubił rytm, a nici rozplątywały się z powrotem w nicość. Nieznajomy nie poddawał się jednak, raz za razem niestrudzenie podejmował swoją pieśń na nowo. Z przymkniętymi oczami mruczał ją i nucił, aż utonął po kolana w ciemności przypominającej gęsty czarny dym.
- Przyzywam cię z Otchłani! - zawołał zaskakująco silnym głosem i rozrzucił ramiona na boki w geście powitania. - Przyzywam cię zza Zasłony! - powtórzył, a echo jego słów zadudniło w gęstej mgle jak bijące w przestrachu serce. - Pograniczniku, istoto piekielna, wszeteczny demonie półświata! Przybądź na me wezwanie, poddaj się mojej woli, albowiem jestem tym, który zna twoje Prawdziwe Imię. Jestem tym, któremu będziesz służyć, aż do śmierci! Nakazuję ci, przybądź i objaw się, bo znam twoje imię!
Ewokanta na chwilę zamilkł. Jego słowa, brzemienne magiczną mocą, przetoczyły się po tężejącej ciszy cmentarza jak burzowy front, a Brenna zdała sobie sprawę, że wstrzymuje oddech. Kolejny głupi nawyk, którego nauczyło ją ułomne ludzkie ciało. Czekała bez strachu na to, co miało za chwilę nastąpić, chociaż nie mogła uspokoić niecierpliwego drżenia. Pomyślała, że gdyby miała serce, to zapewne kłułoby ją teraz z przejęcia.
I wtedy to się stało. Ewokanta wziął długi oczyszczający oddech, otworzył oczy i wypowiedział je. Piękny, a zarazem straszliwy dźwięk, który przeciął ducha Brenny jak ostrze miecza zahartowanego w piekielnym ogniu. Jej imię. Jej Prawdziwe Imię, to samo, które nadał jej Bezimienny Bóg, powołując ją niegdyś do istnienia. Jedyne. Niepowtarzalne i niewymawialne dla nikogo, kto nie był jego właścicielem.
Słuchała z przejęciem każdego dźwięku. Każdej zgłoski, która natychmiast ulatywała w przestworza, przeobrażając się w widmowe odbicie tego, co miała symbolizować. Chłonęła zapach sosnowej żywicy rozgrzanej letnim słońcem, tęskne zawodzenie samotnego lykusa w dzień podwójnego księżyca, zapach wiosennych górskich jagód i tak dobrze jej znany słonawy aromat świeżej ludzkiej krwi. Zachwycała się wspomnieniem lodowatego tchnienia wiatru poruszającego białą trawą na pustkowiach, ulotnym pięknem uderzenia skrzydeł nocnego motyla.
Gdy ewokanta w końcu się do niej zwrócił, w jego jasnych oczach dostrzegła ten specyficzny rodzaj skupionej determinacji, która oznaczała zwykle odwagę. Uśmiechnęła się do siebie triumfalnie; ta ludzka cecha była nieodmiennie towarzyszką strachu, bo tylko człowiek, który się czegoś bał, musiał zdobywać się na odwagę. Ten widok dodał jej więc otuchy. Mistrz Ofir nigdy się nie bał. Był bezwzględny. Ten człowiek nie dorastał mu nawet do pięt. Był ułomny. Czuł. Być może więc tym razem miała wreszcie szansę.
- Jesteś - stwierdził lakonicznie, tonem całkowicie wyzutym z emocji. Jego głos był przyjemnie niski, ale pobrzmiewały w nim też ostrzejsze dźwięki, jak łoskot skalnych odłamków przykrytych aksamitem.
Brenna dała sobie chwilę na uświadomienie sobie, że rzeczywiście, BYŁA. Oto stała przed ewokantą, a on, śmiertelny, dorosły człowiek, widział ją, patrzył na jej istotę, której cienista natura została wywołana z niewidzialności dźwiękiem jej Prawdziwego Imienia. Odwzajemniła mu się tym samym, bez pośpiechu przyglądając się jego gniewnym stalowym oczom, mocnej szczęce podkreślonej świeżym zarostem i gęstym włosom, w których brąz świeżo rozkopanej ziemi mieszał się z popiołem wygasłego ogniska.
- Owszem - przyznała, starając się zabrzmieć na tyle beztrosko, żeby wytrącić go z równowagi, a dla lepszego efektu położyła prowokacyjnie jedną dłoń na biodrze. - Gdzie Mistrz?
- To ja cię przyzwałem. - Odpowiedź zabrzmiała stanowczo i gromiąco zarazem.
- A gdzie Mistrz? - powtórzyła z naciskiem.
- Dziwi mnie, że o to pytasz, demonie. - Ewokanta wykrzywił się tak, jakby zamierzał się uśmiechnąć, ale powstrzymał się, zdawszy sobie sprawę, z kim ma do czynienia. W jego oczach zamigotało coś dzikiego, rozbawienie dziwnie zmieszane z nienawiścią. - Powinieneś wiedzieć, że Ofir przekroczył Zasłonę - ciągnął chłodnym tonem. - Być może snuje się właśnie przez twoje Pogranicze, zanim odnajdzie drogę przez Całun, a być może demony rozrywają już jego cień na strzępy na samym dnie Pustki. Najważniejsze, że teraz to ja posiadam twoje Prawdziwe Imię.
Brenna zmrużyła oczy i z rozmysłem pozwoliła sobie na najpaskudniejszy uśmiech, do jakiego była zdolna.
- No proszę. - Skrzyżowała ramiona na piersiach i obrzuciła mężczyznę lekceważącym spojrzeniem. - A już myślałam, że ten podły staruch nigdy nie umrze. Ciekawe, kto był na tyle sprytny, że dopadł go, jeszcze zanim ten wywęszył zagrożenie i wysłał mnie za niedoszłym mordercą na łowy? Cóż, mam nadzieję, że ktokolwiek to był, zadbał o to, żeby ewokanta cierpiał tak, jak sobie na to zasłużył. Szkoda tylko, że mnie przy tym nie było. - Prychnęła z pogardą i zmarszczyła brwi, jakby następna myśl przyszła do niej dopiero teraz. - Nie wiedziałam, że miał czeladnika.
Stalowe oczy nieznajomego w jednej chwili przetopiły się w płynny ołów.
- Skąd wiesz, że ktoś go zamordował? - zapytał głosem tak cichym i niskim, że poczuła, jak krew tężeje w jej żyłach.
- Nie wiedziałam, że miał czeladnika idiotę. - Wzruszyła lekko ramionami, rozkoszując się narastającym napięciem na twarzy nieznajomego.
- Uważaj, demonie, teraz to ja jestem twoim panem.
- Panem? - Brenna roześmiała się bezczelnie. Grała, ale robiła to doskonale. Miała za sobą całe wieki doświadczenia w udawaniu, że jest kimś innym. - To, że ukradłeś moje imię, nie czyni z ciebie jeszcze mojego właściciela.
Spodziewała się wybuchu wściekłości, choćby chwilowej utraty koncentracji, która teraz, zanim przypieczętowali więź jego krwią, mogłaby dać jej szansę na wyzwolenie, ale ewokanta zacisnął tylko usta i zmierzył ją nieprzyjemnie przenikliwym spojrzeniem. Stalowa barwa jego oczu rozjarzyła się mroźną poświatą.
- A jednak przybyłaś na moje wezwanie - stwierdził na poły obojętnie, na poły z wyższością. - Wygląda więc na to, że chcesz czy nie, musisz mnie teraz słuchać.
Brenna odważnie wytrzymała jego lodowate spojrzenie, ale przeklęła w duchu jego zimną krew. Spodziewała się, że go wystraszy. W najgorszym wypadku wytrąci z równowagi, tak istotnej przy ewokanckich rytuałach.
- Czego chcesz? - warknęła, dając upust nagromadzonym emocjom.
Nieznajomy uniósł dumnie podbródek pokryty nieporządnym ciemnym zarostem i rozłożył szeroko ramiona, parodiując skruchę.
- Na razie tylko lepiej ci się przyjrzeć.
- Jeśli chcesz mnie zobaczyć w pełnej krasie, wypuść mnie na zewnątrz. - Uśmiechnęła się zachęcająco, sprytnie podejmując jego kłamliwą grę.
- Podoba mi się twój zapał - przyznał, unosząc lekko kąciki ust. - Już niedługo będziesz miał sposobność zrobić z niego właściwy użytek.
- "Będziesz miał sposobność"? - Brenna roześmiała się na całe gardło. - Och, nie udawaj, że nie widzisz we mnie kobiety, ewokanto. Mam się obrócić, żebyś mógł mnie lepiej docenić? A może wolisz, żebym się rozebrała? - zapytała go, powoli i wyzywająco wodząc dłonią po linii biodra. - Zresztą, gdyby nie pociągały cię takie wszeteczne demony jak ja, nie zacząłbyś się babrać w magii Pogranicza, tylko skupił raczej na tych bzdurnych praktykach świętych mężów, gapiących się w niebo w oczekiwaniu na cud. Ale... - przeciągnęła specjalnie to słowo, wodząc krańcem języka po górnej wardze - zupełnie nie wyglądasz mi na świętoszka!
- Będziesz moim wysłannikiem i szpiegiem. Niczym więcej. - Słowa nieznajomego rozległy się złowróżbnym echem w martwej ciszy cmentarza.
Brenna wzięła głęboki oddech i tym razem pozwoliła sobie na szczerość.
- Jestem demonem pamiętającym czasy, o których ci się nie śniło, żałosny śmiertelniku. Posiadam moce, które potrafią skorumpować najuczciwszego męża. I zapewniam cię, że z czasem będziesz pragnął więcej. O wiele, wiele więcej - oznajmiła z satysfakcją gorzką jak wspomnienie jej poprzednich mistrzów. - Szpieg i wysłannik... - Spojrzała na niego pogardliwie. - Cóż za dziecinne bajanie. Nie słyszałeś, że każda władza korumpuje?
Mężczyzna słuchał jej, ale najwyraźniej nie zamierzał z nią dyskutować. Gniewne ściągnięcie brwi było zatem jedyną reakcją, na jaką Brenna mogła liczyć. Nie dawał się zastraszyć, musiała wypróbować zupełnie inną taktykę.
- Powiedz, co mam dla ciebie zdobyć? - podjęła po chwili, uśmiechając się zachęcająco, i zrobiła powolny krok w jego kierunku. - Jakie sekrety wykraść? A może kogoś okaleczyć? Przestraszyć? Otumanić? Pozbawić zmysłów? Zabić? Zmusić, żeby kogoś zabił? - pytała coraz śmielej, uwodząc go z każdym kolejnym kocim krokiem, z każdym powolnym ruchem bioder. - Wystarczy, że uchylisz Zasłonę, o ile posiadasz dostateczne zdolności. Wystarczy, że rzucisz odpowiednie zaklęcie, o ile zdążyłeś nauczyć się inkantacji. Sądzę jednak, że skoro przybyłeś tu ledwie dzień po śmierci Mistrza, musisz mieć bardzo, bardzo pilne życzenia, albo pragnienie, które domaga się zaspokojenia. Już. Teraz. Natychmiast!
Mężczyzna zmrużył stalowe oczy i bez wahania wytrzymał zwodnicze spojrzenie Brenny.
- Niecierpliwy, wiecznie głodny demon - mruknął z ponurym rozbawieniem i ku jej zaskoczeniu sam zrobił krok do przodu. Stali teraz twarzą w twarz, znacznie bliżej niż poważyłby się na to jakkolwiek inny śmiertelnik i zbyt blisko, żeby Pograniczniczka nie uznała tego podświadomie za wyzwanie. - Dokładnie taki, jakiego potrzebuję. Ofir miał jednak rację, jesteś też przebiegły i zakłamany. Czy też przebiegła i zakłamana, skoro się upierasz. - Wydął szyderczo wargi, a już po chwili jego twarz stężała, a wzrok znieruchomiał. - Nie próbuj mnie tak więcej prowokować - ostrzegł, zniżając głos. - Nie wierzę w ani jedno twoje słowo, dlatego zanim wypuszczę cię na łowy, dopełnimy pewnych niezbędnych formalności naszego zapoznania. Nie mogę przecież wypuścić cię bez smyczy.
Brenna z trudem złapała oddech, wściekła na sposób, w jaki dała się mu podejść. Nie doceniła jego determinacji. Być może nawet nie doceniła jego doświadczenia.
- Znasz już moje imię - wysyczała wściekle.
- Owszem. - Nieznajomy nie przestawał się w nią wpatrywać, a ona zrozumiała, że stal w jego oczach jest odbiciem jego żelaznej woli. - Wystarczy zatem, że teraz upewnię się, że zawsze i wszędzie mnie usłyszysz.
Zanim zdążyła zareagować, przeszedł do właściwego rytuału związania, tak starego jak księżyce wschodzące właśnie nad horyzontem. Jednym płynnym ruchem rozciął sobie wnętrze dłoni, pozwalając świeżej krwi płynąć wprost na zniszczoną płytę grobową na cześć bezimiennych. Brenna zdążyła ledwie uświadomić sobie, że tej krwi jest znacznie więcej niż potrzeba, zanim jej zmysły pochłonął intensywny słonawy zapach wzmocniony materią rozdzieranej Zasłony.
Ewokanta nie krzyczał, ale jęknął głucho, gdy Pograniczniczka żarłocznie rzuciła się na jego duszę, upajając się mocą pulsującą w jego krwi. Pozwolił jej pić, pozwolił jej zaczerpnąć sił, pozwolił jej rozpoznać jego esencję, bo bez tego nie mogłaby przecież mu służyć. Ale czas mijał, a krew ze zbyt głębokiej rany płynęła nadal, wzburzona nadnaturalnym tchnieniem i drżącym pulsowaniem słabnącej Zasłony, a demon, coraz silniejszy, coraz śmielej wdzierał się w jego duchową jaźń. Krwi było zbyt dużo, ewokanta zbyt zaskoczony, a głodny demon potężniejszy, niż mógł oczekiwać. Brenna, niepowstrzymywana, nie przestawała więc pić w zachłannym uniesieniu, a nieznajomy, koncentrując całą siłę woli, zdołał się jej przeciwstawić dopiero tuż przed granicą, której żaden Pogranicznik nie powinien nigdy przekraczać. Udało mu się ją przywołać i poskromić dopiero wtedy, gdy na spragnionych wargach mogła już niemal wyczuć przedsmak jego prawdziwej istoty, a Prawdziwe Imię jej nowego pana zamajaczyło odległym echem skomplikowanej pieśni stworzenia. Zakosztowała jego tajemnicy. Rozsmakowała się w jego istocie. Dała się uwieść ponurym dźwiękom, zakazanym smakom, tajemniczym zapachom i cielesnym doznaniom tego, który miał od teraz być jej panem. I zobaczyła go. Naprawdę go zobaczyła, chociaż trwało to ledwie jedno uderzenie ułomnego ludzkiego serca.
Broniła się i walczyła, gryzła, drapała i wierzgała, kiedy nieznajomy ściągnął wodze ewokanckiej potęgi i przywołał ją ostatecznie do świata śmiertelnych. Kiedy wynurzyli się zza Zasłony, zdyszani i wyzuci z sił, Brenna z satysfakcją oceniła, że ewokanta patrzy na nią z wrogością, która wykiełkowała na strachu.
- Coś nie tak, Mistrzu? - wycedziła aksamitnym głosem, ocierając usta ze szkarłatu krwi. Przekrzywiła głowę, sceptycznie przyglądając się jego skulonej na ziemi sylwetce. Mężczyzna wił się nadal z bólu, łapiąc kolejne oddechy w spazmatycznym pośpiechu. - Może nawet nie powinnam cię tak nazywać. Nie wierzę, że otrzymałeś mistrzowską pieczęć.
- Co ty mi... zrobiłaś? - wycharczał nieznajomy.
- Co ja zrobiłam? - Brenna uniosła brwi w udawanym zdziwieniu i zaraz zmarszczyła je ze złością. - Ty głupcze! Nie możesz posiąść władzy nad demonem, nie oddając mu cząstki własnej duszy. Inaczej więź nie byłaby kompletna. Chciałeś władzy nade mną? No cóż, wszystko na tym świecie ma swoją cenę, a moja dusza jest stara i zahartowana przez wieki waszych zbrodni.
- Znam twoje Prawdziwe Imię, demonie! - Słowa ewokanty zabrzmiały chrapliwie i słabo pomimo całej jego determinacji. - Należysz do mnie! - przypomniał jej.
Brenna uśmiechnęła się do niego szeroko i z lubością zlizała ostatnią słodką kroplę jego krwi z kącika ust.
- Tak jak i ty należysz do mnie, mój Mistrzu. A teraz - złożyła mu prześmiewczy ukłon - jestem do twoich usług. Czego sobie życzysz?
Ewokanta przez chwilę wpatrywał się nieruchomo w ciemność, zbierając siły. Dopiero kiedy jego oddech stał się miarowy i spokojny, ostrożnie podniósł się z ziemi.
"Korian. Tak nazywali go inni ludzie. To nie było jego Prawdziwe Imię, ale to, którym posługiwał się na co dzień" - uświadomiła sobie Brenna.
"Korian" - wypowiedziała na próbę w myślach, ciesząc się, że wzięła znacznie więcej, niż jej na to pozwolił. - "Korian" - powtórzyła dla samej uciechy z faktu, że poznała go, zanim on poznał ją.
Ewokanta wyprostował się z trudem sugerującym, że nadal trawi go bolesny ogień połączenia, ale w jego oczach Pograniczniczka nie odnalazła już choćby cienia niedawnego strachu.
- Dostaniesz się do pałacu króla i dokładnie sprawdzisz komnaty księżniczki Beatrix - wyrzucił z siebie rozkaz tak szybko, jakby od dawna powtarzał go sobie w myślach.
- Dokładnie sprawdzisz? - Brenna nie kryła głębi swego rozczarowania. - A może mam jeszcze posprzątać i zmienić pościel, żeby pogniecione prześcieradło nie uwierało jej najjaśniejszego tyłka, co?
- Dokładnie sprawdzisz komnaty zaginionej księżniczki Beatrix. - Głos Mistrza był twardy jak stal miecza. Ukryta w nim nuta władczej potęgi zacisnęła się duszącą pętlą na gardle Pograniczniczki.
- Och, to już brzmi ciekawiej. - Wzruszyła lekko ramionami, nie dając po sobie poznać, jak dotkliwie działa na nią wpleciony w słowa przymus. - Uciekła czy ktoś ją porwał?
- Zniknęła - odparł ponuro Korian. - Bez żadnych śladów. Bez najmniejszego krzyku czy oznak walki. Masz ją odnaleźć.
Brenna rozparła się na najbliższym ozdobionym kolumnami grobowcu i ziewnęła demonstracyjnie.
- Nudy - podsumowała.
- To twoje pierwsze zadanie - pouczył ją ewokanta, zupełnie wyzutym z emocji głosem, który przypominał rozkaz wydawany przez żołnierza. Brenna pomyślała, że był to głos należący do kogoś, kto nie ma w zwyczaju wahać się w obawie przed konsekwencjami.
- A co jeśli ktoś mi przeszkodzi? - zapytała, udając, że uważnie ogląda swoje kształtne ludzkie dłonie i że jest to zdecydowanie bardziej absorbujące niż cokolwiek, co może powiedzieć jej Mistrz.
- Dopilnuj, aby do tego nie doszło - wycedził szorstko.
- Komnaty Beatrix są pilnie strzeżone.
- Właśnie dlatego potrzebuję demona, który niepostrzeżenie się do nich wśliźnie, a w razie komplikacji zadba o brak świadków.
Dopiero po tych słowach Brenna zdecydowała się spojrzeć w jego chmurne, zdeterminowane oczy, w których znalazła niewypowiedziane przyzwolenie na mord.
- To wszystko, Mistrzu? - Uśmiechnęła się zachęcająco i drapieżnie zarazem.
- Udasz się później do pracowni Ofira i upewnisz się, że tam również nie ma śladów walki, a drzwi są bezpiecznie zamknięte od środka. Wygląda na to, że królewski ewokanta popełnił samobójstwo na wieść o zniknięciu księżniczki, obarczając się zapewne winą. - Głos Koriana nadal był całkowicie wolny od emocji, ale po tych słowach pozwolił sobie na krzywy grymas. - Każda inna możliwość zdruzgotałaby serce króla. Był niezwykle przywiązany do swojego maga, a wieść o spisku mogłaby go niepotrzebnie sprowokować - dokończył z wyczuwalnym naciskiem, na co Brenna głośno wypuściła powietrze z ust.
- Porwana księżniczka, zamordowany ewokanta... - zaczęła wyliczać na palcach, kręcąc z dezaprobatą głową - ...śledztwo, zacieranie śladów, przeszukanie i to wszystko bez świadków.
- Nie podołasz? - Korian zmrużył stalowe oczy.
- Powinieneś wiedzieć, że nie mogę tak długo przebywać poza cmentarzem - mruknęła, dając mu jasno odczuć, że jest na niego obrażona. - Granice Pogranicza są szczelne, a poza Zasłoną powoli tracę materialną powłokę, a wraz z nią możliwość działania. Tak jak lód na jeziorze topniejący w wiosennym słońcu.
Korian jeszcze mocniej zmrużył oczy, a jego szczęka poruszyła się nerwowo.
- Dobrze znam rytuał otwierający przejście - zapewnił ją oschle, a Brenna, słysząc ten ton, wydęła dziecinnie usta.
- A czy pamiętasz o tym, że najpierw musisz mnie nakarmić krwią?
- Dostaniesz swoją strawę, demonie - odparł coraz bardziej rozeźlony i bez ostrzeżenia cisnął w stronę Brenny niewielki skórzany bukłak, upstrzony brunatnymi plamami. - Wystarczy ci sił na całą noc.
Chwyciła go sprawnie jedną ręką i zważyła w dłoni.
- Czy to... - zaczęła, ale urwała, kiedy odetkała korek i zaczęła wąchać zawartość.
- Krew niewiniątka - przytaknął Korian, świetnie maskując obrzydzenie.
Brenna upiła niewielki łyk, przełknęła ostrożnie, jakby spodziewała się trucizny, pociągnęła jeszcze i nagle ze wściekłością wypluła wszystko, jęcząc i klnąc.
- Przecież to zwierzęca posoka! A do tego cuchnie śmiercią! - wykrzyknęła z furią. - Oszalałeś? Nie tknę tego! - rzuciła w niego nadal otwarty bukłak. Szkarłatna strużka spłynęła mu po twarzy.
- Krew młodego, niewinnego stworzenia - wyjaśnił spokojnym, lodowatym tonem, ocierając wierzchem dłoni policzek. - W tym przypadku świeżo ubitego jagnięcia.
- Nie kpij ze mnie! - wysyczała zajadle. - Potrzebuję krwi niewinnego dziecka. Żywego ludzkiego dziecka, ty potworze! Niełatwo przedostać się przez Zasłonę, a jeszcze trudniej wrócić. Jeśli naprawdę zależy ci na mojej pomocy, to musisz mnie nakarmić, jak należy.
- Krew to krew, demonie. - Słowa ewokanty z trudem przecisnęły się przez jego zaciśnięte zęby. - Nie próbuj mnie przechytrzyć. Nie próbuj mnie zastraszyć - ostrzegł ją, powoli cedząc każde słowo. - Nie kwestionuj moich poleceń. Nigdy. Jestem tu dlatego, że jesteś narzędziem, którego potrzebuję. Nie zamierzam wysłuchiwać przy okazji twojego zdania ani zważać na twoje odczucia. Jesteś istotą cienia, plugawą i przeklętą, a twoje imię i twój los są w moich rękach.
Brenna powstrzymała się od riposty i ograniczyła się do obrzucenia swojego nowego właściciela spojrzeniem pełnym nienawiści. Tak, teraz brzmiał znajomo, teraz znacznie bardziej przypominał jej starego Ofira, któremu przez tyle lat życzyła śmierci. Zamierzała więc dobrze zapamiętać te słowa. Zamierzała przechowywać je w sercu i pielęgnować pragnienie zemsty, które właśnie zaczęło z nim kiełkować. Jako niewolnik nie mogła nic, ale nie przestawała mieć nadziei, że w końcu uda jej się odzyskać wolność.
Korian przez chwilę przyglądał się jej nieruchomo, jakby mimo wszystko spodziewał się od niej odpowiedzi, a gdy się jej nie doczekał, raz jeszcze cisnął w nią brudnym bukłakiem, nie bacząc, że część jego zawartości rozlała się na płytę grobowca bezimiennych.
- A teraz wypijesz krew, którą ci przyniosłem - rozkazał, wplatając w te słowa przymus, przed którym nie mogła się obronić. - Nie uronisz nawet kropli i wypełnisz swoje zadanie jeszcze przed świtem.
Powolnymi, sztywnymi ruchami Brenna zbliżyła bukłak do ust i nie spuszczając oczu z ponurego oblicza swojego Mistrza, bez słów zaczęła wypełniać jego polecenie. Już pierwszy łyk wykręcił jej wszystkie wnętrzności i ściął bolesnym lodem zrozpaczoną duszę. Krew była zimna i powoli gęstniała. Znajomy słodko-słony smak, który potrafił wprawić ją w euforyczne uniesienie, w przypadku zwierzęcej krwi wypełniał ją jedynie niewysłowioną grozą i instynktownym sprzeciwem. Każdy łyk zaprawiony był cierpieniem umierającego niewinnie zwierzęcia, każda kropla nasączona przedśmiertnym strachem, który odbijał się zwielokrotnionym echem w duszy zniewolonego demona. Kiedy opróżniła bukłak, nie poczuła żadnego przypływu siły, nawet najmniejszej fali niecierpliwej ekscytacji, która zwykle pchała ją do działania. Nie czuła w zasadzie zupełnie nic, poza miękką, otumaniającą pustką, która uwięziła jej zmysły w całkowitej obojętności. To biedne zwierzę zginęło przez nią.
- Upewnij się, że będę miała drogę powrotu, ewokanto - zwróciła się do swojego pana i wierzchem dłoni otarła z ust resztkę ciemnej gęstej krwi. - Ofirowi całe dziesięciolecia zajęło dopracowanie właściwej mocy zaklęć.
Korian skrzywił się nieprzyjemnie i po prostu wskazał jej miejsce obok siebie, na środku płyty dla bezimiennych.
- Nie martw się - pocieszył ją głosem, w którym nie było ani krzty prawdziwej troski. - Jesteś mi potrzebna jeszcze do kilku zadań, nie zostawię cię na pastwę śmiertelnego świata, dopóki będziesz się grzecznie sprawować.