Księga utraconych godzin - Hayley Gelfuso

Kup ebooka

53.99 zł
44.81 zł (53,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

1938, Norymberga, Niemcy

W roku 1938 w Norymberdze pewien mężczyzna opowiadał córeczce bajkę na dobranoc. Ten mężczyzna był zegarmistrzem z dziada pradziada i mieszkał w żydowskiej dzielnicy miasta. Strzegł czasu, tak jak od dwóch wieków czynili to jego przodkowie.

- Pora spać, Lisavet. Dość już bajek na dziś - stwierdził zegarmistrz, kiedy córeczka poprosiła go, już po raz trzeci tego wieczoru, o kolejną opowieść.

Za oknem dawno zrobiło się ciemno i zimno, wiał listopadowy wiatr. Zegarmistrz myślał o pracy, którą musiał dokończyć w warsztacie na dole. A konkretnie o doręczonym tego ranka liście z Ameryki, który leżał na jego biurku.

- Nie jestem zmęczona - nadąsała się Lisavet. - Zaczekam, aż Klaus wróci do domu.

- Twój brat wróci dziś późno - strofował ją ojciec.

Uśmiech na jego twarzy udaremniał wszelkie próby zdyscyplinowania córki. Pogłaskał ją po włosach, wiedząc już, że z nią nie wygra. Lisavet - ze swoimi złotymi włosami i karmelowymi oczami - była kopią jego zmarłej żony.

Jej matka za życia lubiła żartować, że stworzyli sobie dwie miniaturowe wersje siebie samych, on w postaci syna, ona zaś córki. W sensie fizycznym było to prawdą, poza tym jednak Ezekiel Levy i jego syn Klaus nie mogliby bardziej się od siebie różnić. Klaus ze swoimi arystokratycznymi upodobaniami i marzeniami o studiach w stolicy przypominał raczej matkę.

A Lisavet wdała się w ojca. Często można ją było zastać przycupniętą na stołku w warsztacie. Przyglądała się, jak ojciec nakłania koła zębate i sprężyny starych zepsutych zegarków, by znów zechciały działać. To ona każdego ranka nakręcała zegary w witrynie sklepu, obserwując z milczącą czcią, jak te drewniane i metalowe arcydzieła wyśpiewują pieśń czasu. I to ona miała pewnego dnia odziedziczyć warsztat oraz rodzinne sekrety z nim związane.

- Opowiedz mi jeszcze raz o czarodziejskim zegarku - poprosiła Lisavet, z całej siły chwytając ojca za nadgarstek, gdy próbował wstać.

Jedenastoletnia Lisavet była już właściwie za duża na bajki na dobranoc i zegarmistrz wiedział, że niedługo przestanie go o nie prosić. Usiadł z powrotem na brzegu łóżka.

- Dawno, dawno temu w Niemczech żył sobie zegarmistrz imieniem Ezekiel. Mieszkał z dwójką dzieci w małym, miłym mieszkanku nad warsztatem, który od pokoleń należał do jego rodziny - zaczął niskim, głębokim głosem, huczącym niczym ogień na kominku. - Sprzedawali w swoim sklepie wspaniałe, znane na całym świecie zegary wykonane z materiałów najlepszej jakości. Ze złota, szlachetnych kamieni i rzeźbionego drewna, które połyskiwały w blasku świec oświetlających pracownię. To były wielkie stojące zegary i małe zegary stołowe, a także wszelkie inne rozmaitej wielkości. Wśród tych wszystkich niebywałych arcydzieł znajdował się czasomierz najcenniejszy ze wszystkich. Zwykły mosiężny zegarek kieszonkowy, od ponad stu lat przekazywany z ojca na syna. Wyjątkowość tego zegarka nie polegała na tym, że był wysadzany srebrem czy złotem, lecz na tym... - Ezekiel zawiesił głos i uniósł krzaczaste brwi, czekając, aż córka sama dokończy zdanie.

Bawili się tak przy różnych bajkach, które jej opowiadał, ale zwłaszcza przy tej.

- ...że dzięki niemu mogli rozmawiać z samym czasem - dopowiedziała Lisavet ściszonym głosem.

- Zgadza się. - Ezekiel uśmiechnął się i postukał ją w nosek. - Czas jest osią, wokół której kręci się świat. Ludzie liczą swoje życie w miesiącach i tygodniach, jakby takie sukcesywne odmierzanie ich egzystencji mogło ją jakimś sposobem wydłużyć. Wypadki zdarzają się w ciągu trzech ruchów sekundnika. Serca przestają bić w jednej chwili. Ale bywa też, że coś dzieje się w przestrzeni pomiędzy sekundami. Powstają całe światy. Planety stają w ogniu. Dusze gasną w okamgnieniu, a wspomnienia wpadają w przepaść i gubią się w ciszy i płomieniach. - Ściszył głos do syczącego szeptu. Lisavet otworzyła szeroko oczy. - Nie zawsze tak było. Przed wiekami to, co znikało z naszego świata i wpadało w ciszę, pozostawało ukryte. Niedostępne dla ludzkości. Odgrodzone. Niepoznane. Najbardziej oddani sprawie przeczuwali, że istnieje coś więcej, i szukali tego poprzez medytację, ocierali się o to w swoich snach, ale nigdy nie potrafili tego do końca uchwycić. W miarę jak czas stawał się bardziej namacalny i cenniejszy, zmieniała się również strefa cienia. Wraz z wynalezieniem zegarów słonecznych pojawiła się możliwość liczenia godzin, a kiedy pojawiły się prawdziwe zegary, również sekund. Jeśli coś można policzyć, można też nad tym zapanować, i wkrótce zasłona między naszym światem a tym, co z niego wypada, stała się cieńsza. Ci, którzy poznali język czasu, nazwali się jego strażnikami.

Zegarmistrz wyszeptał ostatnie słowa z nabożną czcią. Za oknem rozpętała się wichura.

- Jak Ezekiel - podchwyciła Lisavet natychmiast. - On właśnie był strażnikiem czasu.

- Zgadza się. Rodzina od lat trzymała to w tajemnicy. Aż pewnego dnia wszystko zaczęło się zmieniać...

- Nadciągała burza - podpowiedziała Lisavet.

Ezekiel zmarszczył czoło, a jego głos jeszcze się obniżył.

- Nadciągała burza. Na świecie pociemniało, zrobiło się przenikliwie zimno, a szalejąca wichura mogłaby zdmuchnąć ogień w każdym kominku. Ludzie przestali przychodzić do sklepu i kupować zegary. Ezekiel czuł postępujący mrok, który czaił się na ulicach. Ci, którzy wywołali tę burzę, byli bezlitośni, przepełnieni nienawiścią i ogniem. Kilku z nich pewnego letniego wieczoru przyszło do warsztatu Ezekiela i wypytywało o jego tajemnicę. Chcieli zagarnąć dla siebie moc, którą dysponował. Zażądali, żeby oddał im zegarek umożliwiający mu rozmowy z czasem.

- Ale Ezekiel ich przechytrzył - wtrąciła Lisavet z dumą.

- To prawda. Jego zadaniem było dochować tajemnicy, dał im więc falsyfikat. Wtedy zostawili jego zakład w spokoju, Ezekiel wiedział jednak, że wrócą, jak tylko odkryją jego podstęp. Czas był w niebezpieczeństwie, podobnie jak rodzina zegarmistrza. Napisał więc list do starego przyjaciela, innego strażnika czasu, z prośbą o pomoc.

- Dlaczego po prostu nie wyjechali? - zapytała Lisavet, marszcząc nieznacznie czoło.

Ojciec przygryzł z namysłem wargę.

- Bo ci, którzy wywołali burzę, na pewno by ich schwytali. Tak więc Ezekiel poprosił przyjaciół, żeby pomogli jego rodzinie uciec w inny sposób. Widzisz, strażnicy czasu znali pewne miejsce ukryte w fałdach czasu. Miejsce, gdzie jego rodzina mogłaby się schować i z pomocą innego strażnika czasu przedostać się stamtąd do spokojnych krajów, z dala od burzy.

- I udało się? Pomogli mu? - zapytała Lisavet, ziewając sennie.

Zawsze kiedy Ezekiel opowiadał córce tę historię, w pewnym momencie składał obietnicę, że dokończy następnego wieczoru. Dzisiaj jednak na jego biurku leżał list od przyjaciela z Ameryki. Tym razem zatem Ezekiel pocałował Lisavet w czoło i się uśmiechnął.

- Tak, kochanie. Przyjaciele odpisali mu i obiecali pomoc. Ezekiel i jego rodzina czekali na właściwy moment. Rozmawiali z najbliższymi przyjaciółmi i sąsiadami o zagrożeniach, jakie niesie nadchodząca ciemność. Chcieli zabrać ze sobą tyle osób, ile tylko zdołają. Wymagało to wielu wyjaśnień. Nie wszyscy wierzyli w ten tunel w czasie, w wielu budził lęk. Inni nie godzili się opuszczać domu bez względu na to, jak gwałtowna szalała wokół wichura. Ci, którzy zdecydowali się uciec, ustalili datę: pierwszy wieczór Chanuki, kiedy wszyscy będą razem ze swoimi rodzinami. - Tu zegarmistrz przerwał. Lisavet zaczęły zamykać się oczy. Dokończył opowieść szeptem: - Tak więc w grudniu, w blasku księżyca, wymknęli się w mroku na wolność.

Z chwilą gdy to powiedział, dwa tuziny stojących zegarów w sklepie na dole wybiły godzinę jedenastą. Ezekiel umilkł i słuchał. Gdy kuranty wybrzmiały, rozchodząc się echem po domu, jego uszy wyłowiły inne dźwięki. Krzyki na ulicach, a zaraz potem brzęk tłuczonego szkła.

- Co to było? - zapytała Lisavet, znów otwierając szeroko oczy.

Podszedł do okna i rozchylił zasłony. W dole na bruku kłębił się nadciągający ulicą niczym wicher tłum gniewnych twarzy. Ezekiel patrzył ze zgrozą, jak z mieszkań w domu naprzeciwko wybiegają sąsiedzi, dzieci boso i w nocnych koszulach.

- Tato, co się dzieje? - dopytywała Lisavet, wstając z łóżka.

- Włóż buty, Lisavet - polecił córce. - Zaraz wrócę.

Nie zważając na jej wołanie, zbiegł po schodach do swojego warsztatu. Tłum był coraz bliżej. Ezekiel słyszał łomot pięści walących w drzwi. Chrzęst miażdżonego stopami szkła. Widział już takie sceny i rozpoznał odgłosy przechowywane we wspomnieniach umarłych. Wiedział, co działo się potem. Najpierw krzyki, wybijane szyby, gniew. Potem ogień, walka, zabijanie.

Ostatni zegar w zakładzie wybił ostatni dźwięk, który zabrzmiał jak imię.

Klaus. Ezekielowi serce podeszło do gardła na myśl o synu, który jeszcze nie wrócił z synagogi. Ogarnięty paniką zastygł w bezruchu na ostatnim stopniu.

- Tato? - Głos Lisavet dobiegał ze szczytu schodów.

- Zostań tam!

Nadchodzili. Pierwsi byli już pod jego sklepem i dobijali się do drzwi. Napotkał przez szybę spojrzenia ich oczu, stalowoszarych i zimnych jak lód. Przyszli po zegarek. Po chwili uderzenia pięści przemieniły się w kopniaki, a krzyki w szyderstwa i obelgi. Ezekiel pośpiesznie chwycił list leżący na biurku. Wepchnął go do kieszeni i wyjął z szuflady pozostałe listy. Te, w których była mowa o strażnikach czasu i osobach pomagających mu w ucieczce. Wrzucił je do wiadra z wodą, której używał do mycia podłogi, a mydliny i ług zamieniły je w szarą breję. Nie tracąc nawet chwili na zamknięcie szuflady, sięgnął po płaszcz. Ledwie zdążył go włożyć, a już pierwszy kamień walnął we framugę okna. Lisavet była w połowie schodów, kiedy do niej wrócił. Schodziła, potykając się o rąbek za długiej koszuli nocnej.

- Tato!

- Na górę, Lisavet - syknął, sięgając do płaszcza po zegarek kieszonkowy.

Poczuł w dłoni znajomy mosiężny przedmiot, gładki i śliski.

Przesuwał palcami po koronce zegarka, aż wskoczyła na właściwe miejsce, po czym otworzył drzwi na oścież. To, co kiedyś było ich przytulnym mieszkankiem, przemieniło się w cichą pogrążoną w ciemności jaskinię. Lisavet złapała ojca za łokieć, przestraszona tym widokiem. Ezekiel mocno chwycił córkę za ramiona i uklęknął, żeby popatrzeć jej w oczy.

- Posłuchaj mnie, Lisavet. Pójdę poszukać twojego brata, dobrze? Chcę, żebyś tu na mnie zaczekała. Zostań w tym miejscu, tuż za drzwiami. Nie ruszaj się stąd. Obiecuję, że jak tylko znajdę Klausa, przyjdziemy tu do ciebie. Dobrze?

- Ale, tato, co to jest?

Uderzył drugi kamień. Tym razem rzut był celny i roztrzas wkał szybę.

- To ten tunel w czasie, o którym ci mówiłem - odparł Ezekiel w popłochu. - Ten, który zabierze nas gdzieś daleko stąd.

- Ale to była tylko bajka! - wykrzyknęła Lisavet, potrząsając głową, gdy on popychał ją do przodu.

Po drugiej stronie drzwi widziała jedynie ciemność.

- To nie była tylko bajka, Lisavet. Wejdź do środka. Zaraz po ciebie przyjdę, obiecuję.

Zapierała się nogami, a on podniósł ją, jak kiedyś, gdy była młodsza, i przerzucił ją sobie przez ramię. Postawił ją za drzwiami i zatrzymał się jeszcze na chwilkę, żeby pocałować ją w głowę i zarzucić swój brązowy płaszcz na jej drobne ramionka. Sięgał jej aż do ziemi i otulał stopy.

- Bądź dzielna - powiedział stłumionym głosem i przycisnął wargi do jej włosów.

- Tato? - zwróciła się do niego, a jej głos rozszedł się echem w ciemności.

Ezekiel położył palec na ustach i zostawił ją, wycofując się z powrotem za próg.

Drzwi zamknęły się za nim i nigdy już nie otworzyły.

Lisavet czekała wiele godzin. Wszędzie panowały martwa cisza i całkowity bezruch. Odliczała sekundy. Z nadejściem każdej pełnej godziny wyczekiwała z utęsknieniem, kiedy usłyszy muzykę zegarów dobiegającą z warsztatu, w którym dorastała, ale jej uszy wypełniała wyłącznie cisza. Cisza tak przemożna, że zdawała się żywa, wręcz namacalna. W mroku Lisavet niewiele widziała i nie sięgała wzrokiem dalej niż na kilka metrów, lecz to, co zdołała dostrzec, było dziwnie znajome.

Półki z książkami. Wznoszące się po obu stronach i wypełnione oprawionymi w skórę woluminami najróżniejszych rozmiarów. Niczym biblioteka. Lisavet zrobiła niepewny krok do przodu, a jej oczy powoli przyzwyczajały się do ciemności. "Biblioteka" nie była całkiem właściwym słowem. Istotnie znajdowały się tu książki, a ich skórzane grzbiety tworzyły schludne, równe rzędy. Gdzieniegdzie pomiędzy ciągnącymi się w nieskończoność półkami widniały sklepione przejścia i rzymskie kolumny. Lisavet powiodła wzrokiem w górę wzdłuż jednej z nich. Tam, gdzie spodziewała się ujrzeć sufit, zobaczyła atramentowe niebo wypełnione rozmytymi obrazami, jakby Michał Anioł wymalował freski z Kaplicy Sykstyńskiej bezpośrednio na gwiazdach, a jeden obraz nakładał się na drugi niczym chmury przesuwające się na wietrze.

Lisavet chętnie przeszłaby się między półkami, jednak w głowie rozbrzmiewały jej słowa ojca. Zostań w tym miejscu, tuż za drzwiami. Nie ruszaj się stąd. Gdy się odwróciła, drzwi wyglądały inaczej. Teraz wydawały się zamglone, bardziej przypominały własne odbicie w wodzie. Zaczęły znikać, ciemność pochłaniała znajome drewniane deski. Lisavet rzuciła się do klamki, ta jednak rozwiała się pod wpływem jej dotknięcia, odbierając dziewczynce wszelkie szanse powrotu do ojca. Lisavet osunęła się na podłogę i siedziała skulona. Jej ciałem wstrząsnął szloch.

Gdzieś w ciemności rozległy się szepty. Delikatne ciekawskie pobrzękiwanie, jakby cienie szukały źródła dźwięku, którego nigdy wcześniej nie słyszały. Lisavet z łomoczącym sercem otarła oczy wierzchem dłoni. Jeszcze tego nie wiedziała, ale to sam czas, z dawna hołubiony przyjaciel jej przodków, uczył się mówić do niej, a ona, niepewna i zlękniona, odpowiedziała mu.

- H-halo?! - zawołała na tyle głośno, na ile się odważyła.

Halo, odpowiedziały szepty, odsyłając echem jej własny głos.

Lisavet wstała.

- Kto tam jest? - zapytała.

Szepty znów rozbrzmiały, teraz bliżej.

Oddech Lisavet stał się szybki i płytki. Zrobiła kilka kroków w stronę ciemności, oddalając się od miejsca, gdzie zostawił ją ojciec.

- Zostań tam, gdzie jesteś - powiedziała. - Idę do ciebie.

Zostań, zostań, zostań, powtórzyły szepty.

Lisavet zanurzyła się głębiej w ciemność, wyruszając na poszukiwanie czasu.

Nikt nie przychodził.

Lisavet była tam już uwięziona przez dwa tygodnie i w tym czasie nauczyła się trzech bardzo ważnych rzeczy.

Pierwsza była taka, że najwyraźniej nie obowiązywały tu prawa natury. W ogóle nie czuła głodu. Nie chciało jej się pić ani nie musiała korzystać z łazienki. Sen w tradycyjnym sensie też nie był konieczny. Mogła spać i niekiedy robiła to dla zabicia czasu, wkrótce jednak zaczęła przedłużać chwile bez snu, żeby się przekonać, jak długo wytrzyma.

Po drugie, w tym miejscu nie było żadnych innych ukrytych drzwi, co potwierdziły kilkudniowe poszukiwania. Nie dało się stąd wyjść.

Po trzecie zaś, czas nie mieszkał tutaj, tak jak to sugerowała opowieść jej ojca. A nawet jeśli, nie służył jej żadną pomocą.

Nikt nie przychodził. Być może nikt nawet nie wiedział, że ona tu jest.

Niebo nad tym cichym miejscem było najpiękniejszym zjawiskiem, jakie Lisavet kiedykolwiek widziała. Wypełniały je wirujące kolory, które poruszały się i przemieniały niby wodne gwiazdy. Lisavet miała wrażenie, że przez wiele dni leżała na podłodze między dwoma regałami i wpatrywała się w sklepienie niebieskie. Polegała na nim, a jego bezkres i tajemniczość upewniały ją w tym, że wciąż żyje. Gdy tak leżała na podłodze, niekiedy wydawało jej się, że wśród tych wirujących obrazów w górze dostrzega twarz ojca, ale gdy tylko skupiała na niej wzrok, ta wizja znikała.

Kiedy nie ukrywała się pośród półek, spacerowała wzdłuż rzędów książek, podśpiewując sobie w nadziei, że jej głos dotrze przez znikające drzwi do jej ojca albo że czas wreszcie zwróci na nią uwagę. Pewnego dnia, snując się między regałami, zaczęła wrzeszczeć na całe gardło. Coraz głośniej i głośniej, licząc na to, że ktoś ją usłyszy.

I wreszcie ktoś usłyszał. Czy też raczej coś.

- Czemuż, na niebiosa, tak się wydzierasz? - odezwał się głos, ostry i poirytowany.

Lisavet odwróciła się na pięcie i ujrzała niewyraźną sylwetkę mężczyzny wyłaniającą się z półek. Jego cielesna postać rozciągnęła się w powietrzu, zanim dołączyła do jego reszty, niczym smuga atramentu w wodzie, zniekształcona i półprzezroczysta. Był w białej pudrowanej peruce, fioletowym fraku i mówił po niemiecku z dziwacznym akcentem.

- Szu-szukam ojca - wyjąkała Lisavet, zbyt wstrząśnięta jego nagłym pojawieniem się, żeby czuć strach.

- Nie widzisz, że go tu nie ma, dziewczynko? I dobrze. Możesz uważać się za szczęściarę.

- Szczęściarę?

- Większość obecnych tu ludzi jest martwa. Tylko umarli żyją w tym zapomnianym miejscu.

- Ale ja nie umarłam. I jestem tutaj.

Mężczyzna omiótł ją spojrzeniem z góry na dół, jakby chciał się upewnić co do prawdziwości jej słów.

- Na to wygląda. Jesteś strażniczką czasu?

- Kim?

- Strażniczką czasu - powtórzył tamten zniecierpliwiony.

- N-nie - odrzekła Lisavet niepewnie.

- Skoro nie jesteś strażniczką czasu, to kim?

- Nazywam się Lisavet Levy - przedstawiła mu się.

Mężczyzna nie odpowiedział. Nasłuchiwał bacznie czegoś w oddali.

- Ciii. - Przyłożył palec do ust. - Słyszysz?

Lisavet nastawiła uszu. Dobiegł ją szmer cichych szeptów.

- Czas! - wykrzyknęła. - Wrócił!

- Czas? - Dżentelmen w peruce uniósł brwi z rozbawieniem. - Tak nazywasz tego demona? Cóż, pewnie to równie dobre określenie jak każde inne. Czas jest potworem, który z każdego robi śmiertelnika w taki czy inny sposób. Zabiera wszystko bez względu na bogactwo czy pozycję społeczną. - To mówiąc, mężczyzna skrzywił się z goryczą, a Lisavet odniosła wrażenie, że kiedyś, zanim czas mu je zabrał, miał zarówno bogactwo, jak i wysoką pozycję społeczną. - Jeśli nie będziesz uważać, ciebie także zabierze, zanim będziesz gotowa.

- Dokąd mnie zabierze?

W końcu tego właśnie chciała. Może zabrałby ją z tego miejsca. Do Ameryki, jak w tej bajce. Ale mężczyzna potrząsnął głową.

- Nie tam, gdzie byś chciała. Uwierz mi.

Lisavet zrobiła wielkie oczy, kiedy jej rozmówca rozwiał się w nicość. Szepty stały się głośniejsze, nawoływały bezkształtnym echem, sycząc jak woda na rozgrzanych węglach. Lisavet pobiegła w przeciwną stronę, choć nie była pewna, przed czym właściwie ucieka. Schroniła się w szczególnie ciemnym kącie, gdzie książki na półkach były najbardziej zakurzone. Koniec z podśpiewywaniem. Wyłącznie cisza.

Wkrótce Lisavet znów wyruszyła na poszukiwanie ducha. Tym razem, zamiast krzyczeć, szeptała, idąc powoli między kolejnymi rzędami książek.

- Halo? - zagadywała cicho, uważając, żeby nie obudzić tamtych wcześniejszych dźwięków.

Bez odpowiedzi. Przypomniała sobie, że mężczyzna najpewniej wyłonił się spomiędzy książek na półkach. Kiedy jej palce musnęły jeden z zakurzonych obitych skórą grzbietów, odezwał się inny głos.

- Lepiej bądź ostrożna - usłyszała.

Lisavet w popłochu cofnęła rękę.

- Kto to powiedział?

- To dział średniowiecznej Anglii - podjął głos. - Jesteś na to stanowczo zbyt młoda.

Po jej lewej stronie rozmyta postać nabrała kształtów. Drobinki światła i barw połączyły się i przybrały formę mężczyzny. Ten był młodszy od poprzedniego i miał na sobie szatę z szorstkiego szarego materiału. Przyciskał dłoń do podbródka w głębokiej zadumie.

- Powinnaś raczej unikać całej średniowiecznej Europy, jeśli mam być szczery. Chociaż kilka rzeczy mogłoby się nadać. Członkowie rodzin królewskich, dajmy na to, albo... - Spojrzał w jej stronę. - A może wolałabyś okres romantyzmu? Lubisz poezję?

Lisavet wymamrotała coś nieskładnie.

- Przypuszczam, że jesteś trochę za młoda na to, żeby kochać wiersze. Powiedz, upierasz się przy Anglii czy jesteś otwarta na inne rejony? Może Włochy? Ach, Włochy latem. W epoce renesansu. Byłabyś zachwycona.

- O czym ty mówisz?

- O wspomnieniach.

- Wspomnieniach?

- Tak. O wspomnieniach w księgach. Zazwyczaj nie dbam o to, od czego zaczynają strażnicy czasu, ale... - Odwrócił się w jej stronę, a jego rozmyta postać uległa przesunięciu. - Jesteś taka młoda. Nie chciałbym, żebyś za pierwszym razem natknęła się na coś przerażającego.

- Nie jestem strażniczką czasu - zaprotestowała Lisavet.

- Nie? Och. Cóż za rozczarowanie. A już myślałem, że wreszcie zrobili się postępowi i wyznaczyli dziewczynkę. Wielka szkoda, wiesz... No ale pewnie nic się na to nie poradzi. - Najwyraźniej nie dostrzegał narastającej paniki Lisavet, gdy tak ubolewał nad jej losem. - Co tu zatem robisz?

- Jestem uwięziona. Ojciec zostawił mnie tutaj i teraz nie mogę trafić do wyjścia.

- Rozumiem - oznajmił mężczyzna.

Minę miał zatroskaną, ale nie zaoferował żadnej pomocy ani rozwiązania.

- A... a czy w ogóle jest? - naprowadziła go Lisavet.

- Czy co jest?

- Wyjście. Jakieś drzwi albo...

- Och. Nie. Obawiam się, że nie.

Lisavet poczuła, że opuszcza ją wszelka energia.

- A możesz mi przynajmniej powiedzieć, co to jest za miejsce?

- To niezupełnie miejsce. To raczej... pojęcie. Znajdujesz się w przestrzeni pomiędzy przeszłością a teraźniejszością. Wszędzie i nigdzie. To jest miejsce, w którym kończy się czas. Miejsce, dokąd przenosi się świadomość, kiedy ciało umiera. Istnieje w przestrzeni pomiędzy tkanką rzeczy materialnych, między jedną chwilą a kolejną. Tutaj wszystko to, co kiedykolwiek zdarzyło się na ziemi, trwa pod postacią wspomnień.

- Czyli ty jesteś wspomnieniem? - zapytała Lisavet, marszcząc czoło.

- Niestety tak.

- Czy ja jestem... martwa? - Nie była pewna, czy chce poznać odpowiedź.

- Ludzie zawsze tak się przejmują śmiercią. Jakby to był koniec.

Lisavet wpatrywała się w niego bez słowa.

Westchnął.

- Nie, nie jesteś martwa.

- Czy ja śnię?

- Nie, również nie śnisz. Zapewniam cię, że to wszystko jest jak najbardziej rzeczywiste.

- Ale właśnie powiedziałeś, że jesteś wspomnieniem. Nie możesz być rzeczywisty.

- Dlaczego nie? Wspomnienia są czymś najrzeczywistszym, co każdy z nas ma, Lisavet.

Lisavet cofnęła się o krok.

- Wiesz, jak mam na imię?

- Tak, oczywiście - odparł mężczyzna z lekkim uśmieszkiem. - Znalazłem je w twoich wspomnieniach. No wiesz. W tym czymś, co twoim zdaniem nie jest rzeczywiste.

Lisavet z zakłopotaniem przygryzła wargę.

- A jak ty masz na imię?

- Ja? Och, ja nie mam imienia. No, w każdym razie już nie. Zostało zapomniane. - Wzdrygnął się nieznacznie, wypowiadając to słowo.

- Zapomniane? - powtórzyła Lisavet.

Znowu się wzdrygnął.

- Tak, przez strażnika czasu, który nie chciał, żeby świat o mnie pamiętał.

- Nie rozumiem - przyznała Lisavet.

Mężczyzna znowu odwrócił się w stronę książek, na jego widmowej twarzy malowała się tęsknota.

- Te księgi zawierają wspomnienia każdego, kto kiedykolwiek żył na ziemi. Zanim pojawili się strażnicy czasu, te wspomnienia po prostu kłębiły się tutaj w przestrzeni czasu, pozostawione same sobie. Nie tak jak teraz, starannie uporządkowane w księgach.

Lisavet pomyślała o ojcu. O jego bajce na dobranoc. Widząc jej smętną minę, wspomnienie mężczyzny podało jej rozmytą dłoń, a jego usta rozciągnęły się w serdecznym uśmiechu.

- Jeśli chcesz, pokażę ci teraz Włochy. To naprawdę piękny kraj, a ja znam idealne wspomnienie, do którego mógłbym cię zabrać.

Gdy tylko zanurzyli się we wspomnienie, nastąpiła erupcja dźwięku. Dochodził zewsząd. Z ziemi, z budynków, ulic, z samego nieba. Po tak długiej ciszy ta nagła kakofonia była czymś więcej niż powodzią, to był huragan ogarniający każdy skrawek ciała Lisavet. Ciepłe słońce świeciło jej na twarz, łagodny wietrzyk rozwiewał jej włosy. Ciepło! Ruch! Stali na tarasie i spoglądali na jakiś festyn w dole. Ludzie śmiali się i śpiewali. Lisavet omal się nie rozpłakała na ich widok. To wszystko wydawało się prawie rzeczywiste... Prawie.

- Skąd wiedziałeś, jak tego dokonać? - zapytała Lisavet.

Wspomnienie mężczyzny obok niej patrzyło z uśmiechem na jej reakcję.

- Byłem strażnikiem czasu - odparł.

- Naprawdę?

- Pierwszym, jaki kiedykolwiek istniał. Zanim Rzymianie podbili mój naród, znalazłem przestrzeń czasu dzięki zegarom słonecznym i medytacjom. To ja jestem tym, od którego wykradziono wszystkie tajemnice.

Zabrał ją z tarasu na dół i pokazał dziewczynkę, w której wspomnieniu przebywali. Wydawała się mniej więcej w wieku Lisavet, siedziała na podwyższeniu, w strojnej jedwabnej sukience.

- To jedna z córek Medyceuszy - wyjaśnił mężczyzna. - Bardzo bogata i ważna.

Lisavet niewiele wiedziała o Medyceuszach i ich domniemanym bogactwie. Dziewczynka wydawała się jej po prostu znudzona, jakby chciała przyłączyć się do festynu, ale nie mogła. Gdy szli w tłumie ludzi, Lisavet zaczęła rozumieć, jak dziewczynka się czuje. Ona też była tu, lecz tak naprawdę jej nie było. Miała ochotę skosztować smakołyków sprzedawanych z wozów. Chciała się pobawić z dziećmi biegającymi w tłumie. Wszystko, czego dotknęła, przenikało na wylot przez jej dłonie. Spojrzenia omiatały ją obojętnie, dostrzegając w miejscu, gdzie stała, jedynie pustą przestrzeń.

Lisavet przeniosła uwagę na jedyną osobę, z którą mogła porozmawiać.

- Mogę ci zadać pytanie?

- Jeśli chcesz.

- Skoro zostałeś... zapomniany... - Lisavet wypowiedziała to słowo najłagodniej jak umiała, ale on i tak się wzdrygnął. - Jak to możliwe, że nadal cię widzę?

- Och, nie wymazali mnie całkowicie. Gdyby to zrobili, usunęliby również swoją wiedzę o przestrzeni czasu. Tak więc ta nędzna resztka moich wspomnień, która pozostała, nadal tu jest. W przestrzeni czasu.

- Trochę to zawiłe.

- Prawda? - Zmarszczył czoło, wydawał się równie zdezorientowany jak ona. - Ale mimo wszystko cieszy mnie to. Dzięki temu mogę w razie potrzeby służyć pomocą innym strażnikom czasu. Pokazuję im, jak to wszystko działa, jeśli mają z tym trudności.

- Skoro nie masz imienia, to jak powinnam się do ciebie zwracać?

Wspomnienie wzruszyło ramionami.

- Jak tylko sobie życzysz... Chyba.

Lisavet przyjrzała mu się. Jeszcze nigdy nie nadawała nikomu imienia. Nie licząc swoich lalek, ale to co innego. On był osobą. W każdym razie kiedyś. Nie potrafiła jednoznacznie stwierdzić, skąd pochodził. Jego skóra nie była ani szczególnie blada, ani szczególnie ciemna, miała ciepły oliwkowy odcień. Może był Włochem? To by tłumaczyło jego miłość do tego kraju. Głowę miał ogoloną. Jego szaty również nie stanowiły żadnej wskazówki. Były zwyczajne i stare, coś podobnego mógłby nosić mnich, ale ponieważ Lisavet nigdy wcześniej nie spotkała żadnego mnicha, nie miała pewności.

- Azrael - powiedziała po chwili.

Mężczyzna wydawał się rozbawiony.

- Azrael? Judeochrześcijański anioł śmierci? Trochę pretensjonalnie, co?

Lisavet się zaczerwieniła.

- Możemy wybrać coś innego.

- Nie, nie. Azrael jest w porządku. - Kilkakrotnie wypowiedział to imię na głos, jakby je przymierzał. - Właściwie chyba całkiem dobrze do mnie pasuje.

Zostali jeszcze trochę, słuchając muzyki, aż świat zaczął blaknąć po brzegach, które marszczyły się i falowały jak woda. Lisavet spojrzała na Azraela w popłochu. Potrząsnął głową.

- Nic się nie martw. Wspomnienie dobiega końca. - Wskazał taras w górze, skąd niania wyprowadzała właśnie dziewczynkę. - Wracajmy na razie do przestrzeni czasu. - Wyciągnął rękę do Lisavet.

- Nie chcę tam wracać.

Azrael zmarszczył lekko czoło.

- Nie musisz zostać tam na długo. Teraz, kiedy umiesz już wędrować w czasie, możesz wybrać się, dokąd tylko zechcesz. Ale... - Przechylił głowę i spojrzał na nią, mrużąc oczy. - Bądź ostrożna. Na świecie jest więcej zła, niż miałaś dotąd okazję się przekonać.

Lisavet obiecała, że będzie ostrożna, ale w głowie już roztrząsała różne możliwości. Myślała o wszystkim tym, czego nauczyła się w szkole na lekcjach historii. Starożytny Egipt. Niemcy, zanim stały się Niemcami. Wielka Wojna, o której tak często mówił jej ojciec. Miała to wszystko na wyciągnięcie ręki. Chwyciła dłoń Azraela i opuścili włoskie wspomnienie. Gdy wrócili, uderzyła ją kamienna cisza. Zniknęło słońce. Znikły wietrzyk, muzyka i zapachy. Znów otaczała ich nieruchoma ciemność. Lisavet stwierdziła ze zdziwieniem, że czuje również pewną ulgę wobec braku tak wielu bodźców.

- Myślisz, że w następnej kolejności mógłbyś mi pokazać swoją książkę? - zapytała, wskazując w górę na półki.

Azrael skrzywił się nieznacznie.

- Zrobiłbym to, gdybym mógł; jednakże nie mam własnej książki. Wszelkie widma, które napotkasz w przestrzeni czasu, nie zostały "zebrane", że tak powiem, przez strażnika czasu. A to oznacza, że nie mamy swojej księgi wspomnień, w której moglibyśmy się zamknąć.

- Och. Nie zdawałam sobie sprawy, że...

Azrael podniósł rękę i przyłożył palec do ust. Wbił wzrok w coś na końcu rzędu półek. Lisavet podążyła za jego spojrzeniem i zobaczyła sylwetkę mężczyzny idącego między regałami. Jego cień nie rozciągał się tak jak cień Azraela. To była realna osoba, nie wspomnienie.

- Strażnik czasu - wymamrotał Azrael.

Lisavet wytrzeszczyła oczy. Strażnik czasu? Może mógłby pomóc jej się stąd wydostać! Ale Azrael pokręcił głową.

- Nie wydaje mi się, żeby ten chciał ci pomóc.

- Dlaczego nie?

Azrael znów ją uciszył i gestem pokazał, żeby poszła za nim. Śledzili strażnika czasu z pewnej odległości, aż zobaczyli, że znika za jednym z regałów.

- W tym dziale są Niemcy - powiedział Azrael cicho. - Dosyć blisko współczesnych czasów.

Lisavet wyczuła zmianę w jego tonie. Niemcy? Jej Niemcy? Ignorując przestrogę Azraela, minęła go i pobiegła w stronę regału, za który skręcił tamten mężczyzna. Nie zatrzymała się, dopóki nie dotarła na sam kraniec półek. Dysząc ciężko, wyjrzała zza nich. Mężczyzna stał pośrodku rzędu książek. Wyjął jedną z półki i wodził palcami po zamkniętej okładce. Jasne włosy miał krótko przycięte w wojskowym stylu, a kiedy się odwrócił z książką w dłoni, Lisavet mogła lepiej się przyjrzeć jego ubraniu. Z boku czarny mundur był nierozpoznawalny, z przodu jednak widziała wyraźnie mnóstwo srebrnych odznak i insygniów. Oraz jaskrawoczerwoną opaskę opinającą jego biceps. Nazista.

Z przerażeniem patrzyła, jak żołnierz otwiera księgę i wyjmuje z kieszeni paczkę zapałek. Przyłożył płomień do jednej ze stronic, aż zajęła się ogniem. Gdy ogień strzelił w górę, cisnął otwartą książkę na ziemię - okładką do góry, ze złamanym grzbietem.

- Strażnicy czasu niszczą wspomnienia, jeśli nie chcą, żeby świat o nich pamiętał.

Lisavet drgnęła. Azrael dogonił ją i z posępną miną obserwował teraz tę scenę ponad jej barkiem.

- Ale dlaczego? - zapytała.

Azrael wzruszył ramionami.

- Żeby utrzymać w mocy swoją ideologię. Przeszłość jest naszym lustrem. Mówi nam o tym, kim byliśmy i kim się staliśmy. Niektórym nie podoba się to, co dostrzegają w swoim odbiciu, więc zmieniają je, wymazując wspomnienia z powierzchni ziemi. Wymazując ludzi z istnienia.

- Wymazując ludzi? - powtórzyła Lisavet głosem piskliwym z przerażenia.

Żołnierz podniósł gwałtownie głowę.

- Wer ist da? - zapytał, sięgając do paska po broń.

Lisavet z łomoczącym sercem skryła się za regałem. Azrael został tam, gdzie był. Żołnierz wykrzyknął w jego stronę kilka gniewnych słów, przeklinając Azraela, że tak go przestraszył. Nazista wyjął coś z kieszeni, a Lisavet zmrużyła oczy, żeby lepiej się przyjrzeć. Szkiełko kieszonkowego zegarka odbiło blask płomieni, mrugając do Lisavet z poufałością nie do pomylenia z niczym innym. Mosiężna obudowa była wytarta ze starości, a jej patyna odzwierciedlała wiele dłoni, które trzymały wcześniej ten zegarek. Przekazywany z ojca na syna, a teraz zawłaszczony przez żołnierza. Całe ciało Lisavet zastygło na ten widok.

Żołnierz majstrował przy zegarku, aż parę kroków przed nim pojawiły się drzwi. Zniknął za nimi, obejrzawszy się po raz ostatni na płonący stos papieru. Z chwilą kiedy drzwi zasklepiły się za nim, Lisavet rzuciła się do przodu. Padła na kolana przed płonącą książką i włożyła obie dłonie w płomienie, żeby uratować z nich to, co pozostało z oprawionego w skórę tomu. Okładka była nadpalona na brzegach. Większość stron zdążyła kompletnie się zwęglić, a popiół kruszył się pod stopami Lisavet, kiedy zadeptywała ogień. Kilka jednak, z samego początku, pozostało nienaruszonych. Szeptały do Lisavet, kiedy ostrożnie ścierała z nich sadzę poparzonymi palcami. Opowiadały jej swoją historię głębokim, huczącym niczym ogień głosem. To była opowieść jej ojca. I głos jej ojca.

Oddech miała urywany i oczy piekły ją od łez. Zapomniała, że Azrael jest obok niej, dopóki się nie odezwał.

- Ten zegarek... - powiedział cicho.

Lisavet rozpłakała się. Nie chciała myśleć o tym, co to oznacza, choć przecież wiedziała, że istnieje tylko jedno wytłumaczenie tego, w jaki sposób zegarek kieszonkowy jej ojca trafił w ręce nazistowskiego żołnierza. Azrael nic nie mówił, lecz trwał przy niej, gdy tuliła do serca to, co pozostało ze wspomnień Ezekiela Levy'ego.

Nikt po nią nie przyjdzie.

2

1965, Boston, Massachusetts

Dziewczyny stojącej na krawędzi grobu nie dało się pomylić z nikim innym. Opuszczona, zaniedbana istota w za dużym rozpinanym swetrze, którego mankiety wystawały z rękawów płaszcza. Miała niespełna szesnaście lat, a piegowata buzia i wiotkie rude włosy sprawiały, że wydawała się jeszcze młodsza. To właśnie te włosy w świetlistym miedzianym odcieniu stanowiły znak rozpoznawczy i pozwalały jednoznacznie zidentyfikować ją jako krewną mężczyzny leżącego w trumnie.

Moira osłonięta parasolem przyglądała się nastolatce przez kłęby dymu ze swojego papierosa. Był październik, liście zaczęły już tracić żywe barwy. Moira cisnęła niedopałek na ziemię i wyjęła z kieszeni płaszcza kolejnego papierosa. Srebrna zapalniczka, którą zawsze nosiła przy sobie, pstryknęła głośno, przebijając się przez głos księdza wygłaszającego modlitwę za zmarłego. Dziewczyna podniosła głowę. Moira uśmiechnęła się do niej, to był zimny, pełen wyższości grymas, który przychodził jej najbardziej naturalnie. Tamta natychmiast odwróciła wzrok skrępowana. Nie znały się, Moira i ta dziewczyna, i jasne było, że tamta zastanawia się, kim Moira jest. Dlaczego w ogóle przyszła na pogrzeb jej wuja.

Od śmierci Ernesta Duquesne codziennie padało. Miasto było zalane wodą, chodniki całe w błocie. W dniu pogrzebu lało jak z cebra, rozważano wręcz jego przełożenie, ostatecznie jednak zdecydowano, że się odbędzie, a orszak żałobny zmuszony był brnąć w błotnistej trawie do miejsca pochówku. W nabożeństwie uczestniczyło niewiele osób. Moira nie wzięła w nim udziału, patrzyła z samochodu, jak żałobnicy wchodzą do kaplicy w centrum miasta, chciała się przekonać, kto przyszedł. Sąsiedzi. Dawni koledzy ze szkoły. Paru dalekich krewnych. Z chwilą gdy modlitwa dobiegła końca, a kapłan zamknął modlitewnik, wszyscy oddalili się pośpiesznie, instynkt samozachowawczy podpowiadał im widocznie, że lepiej, by ich tam nie widziano. Poza tą dziewczyną.

Gdy wszyscy sobie poszli, stała samotnie nad grobem w strugach deszczu, oczy miała zamknięte, głowę lekko pochyloną do przodu. Rude włosy przykleiły jej się do skroni, nadając jej jeszcze żałośniejszy wygląd. Moira, która bardzo dbała o swoją nieskazitelną aparycję, musiała sobie przypomnieć, że dziewczyna jest młoda, osamotniona i w żałobie, a zatem trudno oczekiwać, że będzie się przejmowała takimi sprawami. W milczeniu obeszła grób naokoło i stanęła obok nastolatki, unosząc parasol, żeby chronił również tę małą. Na stukot kropel uderzających o napiętą tkaninę dziewczyna podniosła wzrok w popłochu.

- Amelia Duquesne? - zagadnęła Moira gładkim, swobodnym tonem.

- T-tak? - wyjąkała Amelia.

- Nazywam się Moira Donnelly. Swego czasu pracowałam z twoim wujem.

- Naprawdę?

Moira patrzyła, jak dziewczyna opuszcza wzrok i omiata spojrzeniem strój Moiry. Ołówkowa spódnica do kolan, czarny golf, czółenka na obcasach ze wzmocnionymi podnoskami i rozpięty skórzany trencz, żaden z tych elementów nie wydawał się odpowiedni dla osoby zatrudnionej w Departamencie Stanu, gdzie pracował Ernest Duquesne. Jeśli dodać do tego czerwoną szminkę, fryzurę na pazia z zaczesaną na bok grzywką, Moira wyglądała raczej na przedstawicielkę bohemy niż na urzędniczkę państwową.

- Spotkałyśmy się już kiedyś - poinformowała Moira dziewczynę. - Miałaś wtedy około dziewięciu lat. Pamiętasz?

- Nie bardzo. - Amelia schowała stulone dłonie w rękawy swetra.

Zastanawiała się pewnie, co osoba z przeszłości jej wuja robi na jego pogrzebie po tym wszystkim, o co został oskarżony. W tej małej można było czytać jak w otwartej księdze. Trzeba będzie nad tym popracować.

- Potrzymaj mi go z łaski swojej - poprosiła Moira, wkładając rączkę parasola w dłoń dziewczyny. Ta wzięła go bez protestów. Moira odwróciła się w stronę grobu, sięgając do kieszeni po kolejnego papierosa. - Zabawne, jak działa czas - westchnęła. - Zawsze mamy poczucie, że stoimy przed otchłanią naszego życia, a wszystkie lata rozciągają się przed nami. Nie zdajemy sobie sprawy, że w każdej chwili coś może się pojawić i zepchnąć nas z urwiska. Wszyscy jesteśmy nieśmiertelni w swoim czasie. Aż już nie jesteśmy. - Tu nastąpiła pauza, podczas której zapaliła papierosa srebrną zapalniczką. Dziewczyna wpatrywała się w nią. - Ernest dużo o tobie opowiadał - rzuciła Moira bezceremonialnie. - Zawsze nam mówił, jaka z ciebie bystrzacha. Na pewno bardzo ci go brakuje.

W oczach Amelii zalśniły łzy, zaraz jednak potrząsnęła głową.

- Mówią, że sprzedawał tajemnice Rosjanom - powiedziała prędko.

Moira uśmiechnęła się nieznacznie. Mówili jeszcze inne rzeczy. Nazywali go komunistą. Ernest Duquesne. Oddany urzędnik państwowy. Zasłużony weteran wojenny. Komunista. Zdrajca. Szpieg. Tak właśnie pisały wszystkie gazety, a oprócz tego podawały wstrząsające szczegóły jego śmierci. "Z przestrzeloną na wylot głową i tajemnicami państwowymi na wargach", pisały. Zostałby aresztowany. Oskarżony o zdradę i stracony jak Rosenbergowie w 1953. Gdyby nie to, że już nie żył.

- No i? Przecież to nie zmienia tego, ile dla ciebie znaczył - stwierdziła Moira.

Amelia zjeżyła się podejrzliwie.

- Byliście ze sobą blisko? To dlatego pani tu dziś przyszła?

- Przyszłam, bo chciałam cię o coś zapytać. - Moira wreszcie przeszła do rzeczy. - Twój wuj przed śmiercią był w posiadaniu czegoś bardzo ważnego. Liczyłam, że pomożesz mi to znaleźć.

- Jacyś ludzie byli już w naszym domu. Przeszukali jego gabinet... Skonfiskowali wszystko, co tylko w jakikolwiek sposób związane było z jego pracą.

Moira kiwnęła głową zniecierpliwiona. Już to wiedziała.

- Rzecz w tym, że pracuję w oddziale specjalnym i nie mam nic wspólnego z agentami, którzy przeszukiwali wasz dom. To, czego ja szukam, nie zwróciłoby ich uwagi. Nie wiedzieliby, że warto tego szukać.

- A co to jest?

Tu nastąpiła pauza. Deszcz uderzał w parasol nad ich głowami.

- Zegarek.

- Zegarek?

- Z białą tarczą i złotą ramką. Marki Glashütte.

Amelia opuściła wzrok na trumnę.

- To ten, który wuj zawsze nosił.

Moira zerknęła na mankiety swetra wystające z rękawów płaszcza dziewczyny i zauważyła, że zaczęła nerwowo pociągać za ten lewy.

- Miałam nadzieję, że znasz miejsce, gdzie mógłby go trzymać. W domu jakiegoś krewnego? Albo ukochanej?

Amelia gestem wskazała pusty cmentarz.

- Chyba widać, że nie - stwierdziła. Moira nie spodziewała się po niej takiej zjadliwości. - Może miał go na ręce, kiedy umarł.

Moira przyglądała się Amelii przez chwilę, rozważając, jak wiele wyjawić. Ciekawe, ile ta mała już wie.

- Jak się pewnie domyśliłaś, to nie jest tylko zwyczajny czasomierz. Ma specjalne funkcje, których większość zegarków naręcznych nie ma, co czyni go bardzo kosztownym przedmiotem. Chcielibyśmy go odzyskać po śmierci Ernesta.

- My? - zdziwiła się Amelia.

- Nasz departament. - Moira wyjęła z innej kieszeni płaszcza wizytówkę. Było na niej wytłoczone jej imię i nazwisko, czerwonym tuszem w takim samym kolorze jak jej szminka, oraz numer telefonu. - Jeśli gdzieś się na niego natkniesz, zadzwoń pod ten numer.

Amelia wzięła wizytówkę w dwa palce.

- Czy ten zegarek ma coś wspólnego z tajemnicami, które wuj niby sprzedawał Rosjanom?

Moira posłała jej ponury uśmiech.

- Powiedzmy, że gdyby dostał się w ręce Rosjan, wszyscy moglibyśmy się znaleźć w całkiem innym świecie.

- Ma wygrawerowane na odwrocie tajemnice bomby atomowej czy coś?

Moira ściągnęła wargi. Nie bez powodu zazwyczaj trzymała się z dala od nastolatek.

- Jest więcej sposobów niż ten jeden na zakończenie wojny, Amelio. I są bardziej niebezpieczne tajemnice niż broń masowej zagłady.

Głęboko zaciągnęła się papierosem, osłaniając go od deszczu.

- "I tak się właśnie kończy świat. Nie hukiem ale skomleniem".

Ku jej zaskoczeniu Amelia natychmiast się ożywiła.

- T.S. Eliot! - wykrzyknęła.

- Czytałaś go? - zapytała Moira sceptycznie.

- W zeszłym roku wuj podarował mi tomik jego wierszy na Gwiazdkę.

Moira nie była zdziwiona. Ernest zawsze był fanatycznym miłośnikiem poezji, potrafił cytować z pamięci najdziwaczniejsze wersy. To logiczne, że siostrzenica poszła w jego ślady.

- Wobec tego rozpoznasz i ten fragment: "Pomiędzy ideę/ i rzeczywistość, pomiędzy zamiar/i dokonanie...".

- "...pada Cień"1 - dokończyła Amelia.

Moira przyglądała się Amelii długą chwilę, trzymając w palcach papierosa.

- Nie przekazuj tego zegarka żadnym innym agentom. Nie poznają się na jego znaczeniu. Kiedy go znajdziesz, pamiętaj, żeby dostarczyć go mnie. I tylko mnie. Zrozumiano?

- Jeśli go znajdę, chce pani powiedzieć - poprawiła ją Amelia.

- Och, jestem pewna, że się odnajdzie.

Cisnęła niedopałek w mokrą trawę. Natychmiast zgasł, żarzący się na czerwono czubeczek zatonął w błocie. Moira odchyliła rękaw płaszcza, odsłaniając własny zegarek, mniejszy model na bransoletce z białego złota.

- Spóźnisz się do szkoły, panno Duquesne - ostrzegła dziewczynę.

Na wzmiankę o szkole przez twarz Amelii przemknął strach. Nie bez powodu. Moira obserwowała ją od ponad tygodnia, przejrzała szkolny dziennik i wiedziała wszystko na temat jej aktualnej sytuacji w Pembroke Academy. Choć bystra, miała na koncie całkiem długą listę przewinień i nieobecności. Jak się okazało, pomimo powierzchowności szarej myszki Amelia Duquesne była niezłą buntowniczką. Oddała teraz Moirze parasol i odwróciła się, by odejść, po raz ostatni zerknąwszy na grób wuja.

- Och, i Amelio - powiedziała jeszcze Moira, czekając, aż dziewczyna obejrzy się na nią - cokolwiek zrobisz, kiedy znajdziesz ten zegarek... - Urwała i spojrzała znacząco na rękaw Amelii. - Nie nakręcaj go.

Amelia nieznacznie przyciągnęła nadgarstek do piersi, ale szybko się zreflektowała i zamaskowała ten gest, krzyżując ręce. Odwróciła się i odeszła pośpiesznie w deszczu. Moira patrzyła za nią, aż zniknęła za bramą cmentarza.

Amelia spóźniła się na pierwszą poranną lekcję, wyjątkowo jednak jej nauczyciel, jak się zdawało, nie miał jej tego za złe. Zazwyczaj pan Markham był bardzo surowy w takich kwestiach. Większość uwag dotyczących jej spóźnień pochodziła właśnie od niego. Jego lekcja zaczynała się punktualnie o ósmej rano, Amelii zaś trudno było zwlec się z łóżka przed dziewiątą. Kiedy tego ranka otworzyła drzwi, machnął tylko ręką zapraszającym gestem. Sądziła, że może oszczędził jej kazań przez wzgląd na pogrzeb wuja, jednak po chwili, kiedy szła do swojej ławki, zawołał:

- A swoją drogą, panno Duquesne, to już trzecie spóźnienie w tym miesiącu. Proszę podejść do mnie po lekcji.

Amelia zwiesiła głowę zgnębiona i wśród chichotów reszty klasy zajęła swoje miejsce. Pan Markham podjął przerwany wykład na temat wojny secesyjnej. Amelia wertowała podręcznik, świadoma spojrzeń koleżanek. Śmierć jej wuja była przedmiotem szkolnych plotek już od tygodnia. Pogłoski o jego zdradzie ścigały Amelię po kampusie niczym burzowa chmura.

- Słyszałam, że pochowali go dziś rano. - Dziewczyna siedząca przed Amelią odwróciła się i odezwała zjadliwym szeptem, kiedy pan Markham pisał coś na tablicy.

Ta dziewczyna, Rebecca, była córką kongresmena. Jedną z wielu pośród uczennic Pembroke. Politycy chętnie posyłali tutaj swoje córki ze względu na niewielką odległość od większości ważniejszych miast Wschodniego Wybrzeża, a także na wybitne osiągnięcia, jeśli chodzi o masową produkcję zarówno przyszłych studentek, jak i debiutantek o nienagannych manierach. Amelia, której żadna z tych ścieżek nie pociągała, zawsze pozostawała outsiderką pomimo statusu wuja jako pracownika Departamentu Stanu. Jego popadnięcie w niełaskę sprawiło jedynie, że została wypchnięta jeszcze dalej na obrzeża towarzyskich kręgów Pembroke.

- Czy to znaczy, że teraz, kiedy twój wuj nie żyje, odeślą cię z powrotem na łono ojczyzny? - zapytała Rebecca kilka minut później.

- Tak - odparła Amelia drwiąco, pochylając głowę nad podręcznikiem. - Czekam tylko, aż Breżniew przyśle samolot. - Uczennica po jej lewej stronie wydała cichy okrzyk.

- Lepiej uważaj z takimi żartami - rzuciła Rebecca ostrzegawczo. - Mój ojciec powiedział, że gdyby twój wuj wciąż żył, trafiłby na krzesło elektryczne. I że należałoby mu się to za zdradę ojczyzny.

- Śmiałe słowa jak na kogoś, kto sfałszował wyniki badania słuchu, żeby uniknąć powołania do wojska - odgryzła się Amelia.

Pan Markham ostrzegawczo wykrzyknął spod tablicy nazwisko Amelii. Rebecca odczekała, aż znów się odwróci, po czym przypuściła kolejny atak.

- Słyszałam, że został zabity w momencie, kiedy sprzedawał tajemnice Rosjanom. Strzałem w głowę, zgadza się? - Amelia odgrodziła się od niej podręcznikiem i nie zaszczyciła jej ani jednym spojrzeniem. - Czy twoja matka też nie zginęła od strzału w głowę? O ile pamiętam, tak właśnie umarła. Chociaż pewnie w jej przypadku to było jednak co innego. Sama palnęła sobie w łeb.

Amelia mocniej zacisnęła palce na podręczniku. Zerknęła na pana Markhama, zastanawiając się, czy satysfakcja z puszczenia wiązanki soczystych przekleństw warta jest kolejnej uwagi.

Rebecca nachyliła się bliżej, zasłaniając dłonią fragment tekstu, który czytała Amelia.

- Ale rozumiem. Ja też wolałabym umrzeć, gdybym miała dziecko z żonatym mężczyzną. Wyobrażasz sobie? Jakie to uczucie być niechcianą? Tyle że ty... chyba wcale nie musisz sobie tego wyobrażać, co?

Amelia zatrzasnęła podręcznik na palcach Rebecki. Rebecca krzyknęła, znacznie głośniej niż było to uzasadnione.

- Panno Duquesne! - warknął pan Markham i wskazał drzwi. - Proszę wyjść.

Amelia zebrała swoje rzeczy wśród szyderczych chichotów. Na korytarzu usiadła na ławce, którą postawiono tam chyba specjalnie dla niej. Spojrzała na zegar ścienny. Pięć minut - jej nowy rekord.

Pembroke Academy to była prywatna szkoła żeńska z internatem, o sporym prestiżu. Nie tolerowano tam naginania reguł, a wszelkie złośliwości surowo tępiono; Amelia zaś celowała w obu tych dziedzinach. Spóźnianie się, zakradanie do stołówki po ciszy nocnej i regularne pyskowanie nauczycielom były dla niej chlebem powszednim. To był mechanizm obronny. W bardzo młodym wieku nauczyła się rozpoznawać wyraz współczucia w oczach innych i nienawidziła go.

Amelia starała się powstrzymać łzy, które napływały jej do oczu, na wypadek gdyby ktoś przechodził korytarzem. Nie miała pewności, czy w ogóle wolno jej przeżywać żałobę. Pogrzeb to jedno, prawie nikt tam nie przyszedł. Ale czy miała prawo otwarcie opłakiwać wuja po tym, co zrobił? Cierpieć po śmierci zdrajcy? Czy ludzie zaczną i ją uważać za zdrajczynię? Nie mogła się uwolnić od widoku jego trumny. Trumna pozostała zamknięta podczas ceremonii pogrzebowej i przynajmniej za to Amelia była wdzięczna. Za to, że nie musiała go oglądać w takim stanie. Wuja, który wychowywał ją po śmierci matki, pozbawionego koloru i życia.

Miała siedem lat, kiedy umarła jej matka, a wuj Ernest, kawaler ze szczelnie wypełnionym harmonogramem i absolutnym brakiem doświadczenia z dziećmi, wydawał się najmniej odpowiednim kandydatem do opieki nad siostrzenicą. Jednakże tylko on wyraził zainteresowanie. Przez pierwszych kilka miesięcy, odkąd u niego zamieszkała, Amelia była tak onieśmielona, że prawie się nie odzywała, porozumiewała się z nim skinieniami głową zamiast słowami. Dał jej pokój na piętrze, który kiedyś był swego rodzaju małą biblioteką zastawioną półkami z książkami od podłogi do sufitu, z wielkim oknem wychodzącym na dąb na podwórzu za domem. Grube, oprawne w skórę woluminy, wypełnione po brzegi nazwami, datami i opowieściami o dalekich krajach.

- To był dział historii Europy - powiedział z zakłopotaniem, kiedy po raz pierwszy stanęli w progu, a on trzymał w dłoni jej małą walizkę. - Obiecuję, że je stąd zabiorę, jak już znajdę dla nich jakieś inne miejsce.

Gdzie? - zapytała Amelia w duchu, rozglądając się. Dom wuja Ernesta bardziej przypominał bibliotekę niż budynek mieszkalny, wszystkie ściany były zastawione półkami, książki piętrzyły się też na wszelkich dostępnych powierzchniach nieprzeznaczonych do jedzenia albo do spania. Usiłując opróżnić jej pokój, wstawił dodatkowy regał do jadalni. Potem jednak Amelia zaczęła przy śniadaniu zadawać mu pytania o Joannę d'Arc, Maksymiliana Robespierre'a i króla Henryka VIII, a on uświadomił sobie, że dziewczyna czyta książki historyczne po nocach, kiedy sny o matce nie dają jej spać. Pierwsza rozmowa, jaką odbyła z wujem, zaczęła się od jej pytania, co znaczy słowo "gilotyna", co przerwało słowną abstynencję, którą sama sobie narzuciła, nie odzywając się przez dwa miesiące. Tak więc ostatecznie książki zostały, choć Ernest zabrał kilka najbardziej makabrycznych, zastępując je tomikami poezji, którą Amelia pokochała prawie równie namiętnie jak historię. Do tego stopnia, że uczyła się całych fragmentów na pamięć, by móc je cytować podobnie jak wuj.

Gdy Amelia już się u niego zadomowiła, sny o matce zostały zastąpione przez koszmary, w których budziła się w jego domu sama, opuszczona, bo wuj Ernest uciekł w nocy i zostawił ją na pastwę losu.

- Jesteś na mnie skazana, malutka - przemawiał do niej w takie noce, głaszcząc ją po włosach i przytulając czule. - Nigdy cię nie opuszczę.

A jednak to się stało. Była oto sama. Jednak ją porzucił.

Gdy takie przemyślenia i wspomnienia mieszały się w głowie Amelii, jej dłoń zacisnęła się na zegarku, który miała na nadgarstku drugiej ręki. Okłamała Moirę Donnelly, mówiąc, że nie wie, gdzie on jest. Trzy dni temu znalazła go w swojej szkolnej skrzynce na listy, starannie owinięty w brązowy papier. Bez żadnego liściku ani adresu zwrotnego. Nic nie wskazywało na to, w jaki sposób się tam znalazł, co powinno ją zaniepokoić. Na jego widok poczuła jednak zbyt wielką ulgę, żeby się tym przejmować. Ten zegarek najbardziej ze wszystkiego przypominał jej wuja Ernesta. Odkąd tylko pamiętała, nosił go codziennie. Myśl, że miałaby się z nim rozstać i oddać go tamtej kobiecie, była nie do zniesienia.

Nie nakręcaj go, powiedziała.

Ale niby dlaczego? To był zegarek. Zegarki należało nakręcać. Wuj miał jeszcze kilka innych, które trzymał w pudełku w swojej sypialni, a chociaż zawsze nosił tylko ten, wszystkie codziennie nakręcał, żeby mechanizm nie zardzewiał. W dzieciństwie Amelia często mu się przy tym przyglądała i obserwowała, jak poruszają się jego dłonie, gdy dbał o to, by zegarki nie przestały chodzić. Zegarek, który nie chodzi, to była perspektywa budząca grozę. Oznaczał zaniedbany czas.

- Czas jest bytem intencjonalnym - tłumaczył w trakcie nakręcania. - Musisz się o niego troszczyć, a wtedy on będzie się troszczył o ciebie.

Amelia podwinęła rękaw. Jej palce zawisły niepewnie nad koronką zegarka. Może Moira założyła, że Amelia nie potrafi go nakręcić prawidłowo. Łatwo zerwać sprężynę, jeśli zrobi się to nieumiejętnie. Ale Amelia umiała nakręcić go jak trzeba. Ciekawość zwyciężyła. Ostrożnie wysunęła koronkę. Obróciła ją parę razy, najpierw do przodu, potem do tyłu, ale nic się nie wydarzyło. Amelia zmarszczyła czoło, czując niejakie rozczarowanie. Wcisnęła koronkę z powrotem na miejsce. Miała wrażenie, że zegarek zadrżał, kiedy to zrobiła, i nagle wskazówki przestały się przesuwać. Ta przerwa trwała niecałą sekundę i zaraz znów ruszyły. Tyle że teraz przesuwały się do tyłu.

Dziewczyna wyprostowała się nieznacznie.

- Amelio? - Pan Markham otworzył drzwi klasy.

Podniosła wzrok, zła, że jej przeszkodził.

- Co?

Ściągnął brwi również zirytowany.

- Nie tym tonem, panno Duquesne. Możesz wrócić do klasy. Zaraz wyznaczę pracę domową.

Amelia z powrotem opuściła rękaw swetra, zakrywając zegarek, i wstała. Nagle w głowie usłyszała słowa wiersza, który Moira zacytowała na cmentarzu, tak wyraźnie, jakby tamta kobieta stała obok niej.

Pomiędzy ideę i rzeczywistość...

Dziwne mrowienie zaczęło się przesuwać od czubka głowy Amelii w dół po jej kręgosłupie.

...pada Cień.

Przeszła przez drzwi, żeby wrócić do klasy, a wtedy świat stanął na głowie. Najpierw usłyszała, że ktoś krzyczy. Potem krzyczało już tysiąc osób, wszyscy naraz. Głosy odbijały się echem w jakiejś otchłani, której nie widziała, a jednak ją czuła, całym ciałem balansowała na krawędzi niewidzialnej przepaści. Aż wreszcie w nią wpadła, runęła w dół w bezkresną ciemność. Poczuła powiew gorącego powietrza i nagle już nie spadała. Nie było żadnego uderzenia, nagłego wstrząsu. Jej stopy znów stały na twardym gruncie, jak gdyby nigdy nic.

Otworzyła oczy, słysząc swój wysilony oddech. Przed nią rozpościerała się milcząca jaskinia. Z obu stron widziała dwie ściany wznoszące się wysoko ku górze. W głębi jaskini kłębiły się nieprzeniknione cienie. Kiedy jej wzrok przyzwyczaił się już do ciemności, zorientowała się, że te ściany to tak naprawdę regały z książkami tworzące istny labirynt. W panice sięgnęła do zegarka i spoconymi dłońmi znów przekręciła koronkę. Cofnęła się o krok i poczuła, że jej stopa zahacza o framugę drzwi. Szarpnęło ją w kręgosłupie, jakby ktoś obwiązał ją w pasie sznurkiem, a potem poderwało ją w górę, aż znów stanęła nogami na ziemi.

Zacisnęła powieki, bojąc się otworzyć oczy i stawić czoła temu, co mogło się znajdować naprzeciwko niej. Cisza zniknęła równie nagle, jak się pojawiła, zamiast niej Amelia słyszała szelest targanych wiatrem opadłych liści, metaliczne pstryknięcie...

- Nie jesteś zbyt dobra w przestrzeganiu zaleceń, jak widzę.

Amelia otworzyła gwałtownie oczy.

Stała na cmentarzu. Niebo było zaciągnięte chmurami, lecz przebijało przez nie poranne światło. Na wprost Amelii znajdował się grób wuja. Po jej lewej stronie Moira Donnelly wydmuchała w górę długi słup dymu, spoglądając na własny zegarek.

- Będziemy musiały nad tym popracować - powiedziała, opuszczając rękę i kierując spojrzenie ciemnych oczu na Amelię.

Amelia głośno wypuściła powietrze, bo odkąd runęła w przepaść, wstrzymywała oddech. Ile to trwało? Parę godzin? Sekund? Nie była pewna. Wszystko wyglądało tak samo jak tego poranka. Buty miała przemoczone od wilgotnej trawy, krople deszczu uderzały ją w twarz, w otwartym grobie wciąż widać było trumnę.

- C-co się dzieje? - zapytała, spoglądając w panice na Moirę.

Czerwone wargi Moiry drgnęły w uśmiechu.

- Ty mi powiedz.

Amelia starała się normalnie oddychać, ale każdy kolejny oddech więznął jej w gardle.

- Nie rozumiem. Czy to... czy pani... Która godzina?

Moira zaciągnęła się papierosem, zanim odpowiedziała:

- Jakieś trzydzieści sekund po ósmej rano.

Amelii omal oczy nie wyskoczyły z orbit.

- Ale ja... dopiero co...

- Ostrzegałam cię, żebyś go nie nakręcała.

- Wiem. Ale byłam na korytarzu, a potem przeszłam przez drzwi i... - Amelia urwała, żeby zaczerpnąć powietrza. - A potem... - Zawiesiła głos.

Moira uniosła brwi.

- A potem?

Amelia potrząsnęła głową, brakowało jej słów.

- Nie wiem.

Pamiętała wszystko jak przez mgłę. Upadek, krzyki, otchłań.

Moira cisnęła papierosa na ziemię i chwyciła Amelię za nadgarstek.

- Cóż, chyba powinnyśmy odesłać cię z powrotem.

- O czym pani mówi?

- Z powrotem do właściwego czasu. - Zaczęła majstrować przy koronce zegarka. - Kiedy opuścisz cmentarz, nakręć zegarek ponownie, a wtedy pojawią się drzwi, które przeniosą cię z powrotem do twojej klasy. To powinno załatwić sprawę.

Amelia próbowała się wyrwać, a wtedy Moira mocno trzepnęła ją po dłoni.

- Ale myślałam... Nie zabierze go pani?

- Obawiam się, że trochę już na to za późno. Porozmawiamy potem. - Rozległo się ciche pstryknięcie, kiedy Moira wcisnęła koronkę na miejsce. - No to zmykaj - popędziła Amelię.

- Ale ja... Jak?

- Każde przejście się nada. Drzwi, brama albo... - Moira urwała, rozglądając się po opustoszałym cmentarzu. - Oto kolejny wiersz dla ciebie, ciekawe, czy go rozpoznasz. Walt Whitman. "Wkraczam na twoje suwerenne, mroczne, bezkresne tereny... Gdy w twych portalach"...

Amelia była tak roztrzęsiona, że dobrą chwilę trwało, zanim zdołała odnaleźć w pamięci ten utwór. Moira zmieniła kolejność wersów. Ale Walt Whitman należał do ulubionych poetów Amelii.

- ..."również śmierć"2 - dokończyła.

Moira posłała jej szeroki koci uśmiech.

- W wielu religiach groby są również portalami, moja droga. Wrotami do świata, który znajduje się w obrębie naszego własnego, a jednak wykracza poza niego.

Amelia pisnęła cicho.

- Nie rozumiem.

- Uważaj na głowę - przestrzegła ją Moira.

I pchnęła Amelię w tył do otwartego grobu.

Kiedy dziewczyna zniknęła jej z oczu, Moira westchnęła. To mogło okazać się bardziej skomplikowane, niż sądziła. Nie śpieszyło jej się tam, dokąd teraz miała się udać. Na parkingu otrząsnęła parasol i strzepnęła krople deszczu z płaszcza. Jej samochód, jaskrawoczerwony cadillac z czarnym dachem, był jedną z wielu rzeczy, do których miała szczególny stosunek, i nie chciała zamoczyć jego wnętrza. W takim mieście jak Boston już samo posiadanie samochodu było symbolem statusu. Jeśli dodatkowo był on czysty i zadbany, zyskiwało się kolejne punkty.

Moira przede wszystkim chciała być kimś, czyich kompetencji nikt nie kwestionuje. Była całkowicie samowystarczalna. Miała własne pieniądze, własne mieszkanie. Pracę w Departamencie Stanu, której mogłoby jej pozazdrościć wielu mężczyzn. Zasłużyła sobie na swoją pozycję, ale wielu kolegów wciąż postrzegało ją jako uśmiechniętą, skromną i uległą sekretarkę

Jacka Dillingera, którą była, kiedy zaczynała karierę dziesięć lat temu. Teraz przejęła dawne stanowisko Jacka i część tych samych mężczyzn, którzy kiedyś patrzyli na nią z góry, stało się jej podwładnymi. Szanowali ją jako szefową, ale to nie znaczyło jeszcze, że przestali mieć ją na oku. Czekali tylko na jakieś jej potknięcie.

Tak więc Moira pilnowała, by nie popełnić żadnego błędu. Oczekiwali od niej uległości, więc stała się nieustępliwa. Chcieli skromności, więc stała się przebiegła. Spodziewali się uśmiechów, stała się zatem zimna, niewzruszona i obcesowa. Nie potrzebowała, żeby ktokolwiek otwierał przed nią drzwiczki samochodu, i gotowa była odgryźć rękę, która zostawiłaby odciski palców na lśniącej karoserii. Codziennie dbała o to, by prezentować się nieskazitelnie. Przycinała swoje ciemne włosy tuż poniżej linii podbródka i unikała jasnych sukienek, jakie nosiły żony mężczyzn, z którymi pracowała. Wolała spodnie albo ołówkowe spódnice wcięte w talii, buty na obcasach, ze spiczastymi noskami, i golfy w ciemnych kolorach. I nigdy, pod żadnym pozorem, nie wychodziła do pracy, nie podkreśliwszy oczu czarnym eyelinerem oraz nie podkręciwszy rzęs z najwyższą starannością i precyzją.

Tego ranka nie spodziewała się spotkać żadnego z kolegów z pracy, mimo to prezentowała się jak należy, siedząc przed głównym budynkiem administracyjnym Pembroke Academy. Czekając, wypaliła kolejnego papierosa, opierając łokieć o otwarte okno. Było jeszcze wcześnie. Z samochodu widziała okna gabinetu, w którym Amelia Duquesne za kilka godzin powinna spotkać się z dziekanem. Jak się okazało, to on właśnie po śmierci Ernesta był jedyną osobą, która miała jakiekolwiek istotne znaczenie w życiu Amelii. To on zadecyduje, co będzie dalej z tą biedną małą sierotką. Moira patrzyła, jak wjeżdża na miejsce parkingowe kilka rzędów dalej. Był drętwym, łysiejącym mężczyzną pod sześćdziesiątkę, ubranym w tweedową marynarkę z łatami na łokciach. Wysiadł z samochodu, trzymając w rękach stertę papierowych teczek i ze skórzaną torbą przewieszoną przez ramię. Kiedy zamykał drzwi, pasek torby zsunął mu się w zgięcie łokcia, a kiedy usiłował go poprawić, teczki wypadły mu z rąk. Rozsypały się na wszystkie strony, a wiatr pognał je dalej przez parking. Dziekan zaklął głośno, upuścił torbę na ziemię i zaczął gonić teczki.

To był dogodny punkt wyjścia. Moira po raz ostatni zaciągnęła się papierosem, cisnęła niedopałek na ziemię i zaczęła manipulować przy koronce swojego zegarka. Wystarczyła jedna ósma obrotu, by czas zadrżał i się cofnął. Teczki poderwały się z ziemi i trafiły z powrotem w ręce dziekana. Pasek torby wrócił grzecznie na jego ramię. Moira wcisnęła koronkę na miejsce i wysiadła z samochodu równocześnie z nim.

- Dziekan Hodgkins? - zagadnęła, a jej obcasy stukały miarowo o bruk, gdy szła w jego stronę.

Podniósł wzrok. Torba się zsunęła. Sięgnął, by poprawić pasek. Tym razem jednak Moira wyjęła mu z rąk teczki, zanim zdążyły spaść na ziemię.

- Proszę pozwolić, że pomogę - powiedziała.

Moira utrzymała kontakt wzrokowy, robiąc krótką pauzę, by mógł jej się przyjrzeć, podczas gdy sama obserwowała wyraz jego twarzy. To było tyleż strategiczne, co zabawne. Z jego reakcji mogła wyczytać, jak też potoczy się ich rozmowa. Po chwili wyciągnęła do niego rękę, w drugiej trzymając jego teczki.

- Przepraszam, że tak pana zaskoczyłam. Nazywam się Moira Donnelly.

Dziekan Hodgkins drgnął jak spłoszony ptak, podnosząc się, żeby uścisnąć jej dłoń jak należy.

- Bardzo mi miło. Też bym się pani przedstawił, ale... Cóż, wygląda na to, że już pani wie, kim jestem.

Moira uśmiechnęła się do siebie. Ta scena rozegrała się gładko. Dwie postacie w filmie spotkały się po raz pierwszy. Skłamała, mówiąc, że próbowała dzwonić do jego biura, ale nikt nie odebrał. Zażartował z niekompetencji swojej sekretarki, a Moira udawała, że ją to rozbawiło. Grała na zwłokę najdłużej jak mogła, komplementując szkołę i wychwalając jej renomę. Przez cały czas nieprzerwanie utrzymywała kontakt wzrokowy. Zanim przeszła do rzeczy, wiedziała już o nim wszystko, czego potrzebowała. Polubił ją. Zwiodła go jej fałszywa serdeczność. A co ważniejsze - podobała mu się. Poznała to po sposobie, w jaki usunął lewą rękę z zasięgu jej wzroku, żeby ukryć obrączkę, a także po tym, jak w trakcie rozmowy wychylał się lekko do przodu, spijając każde słowo z jej perfekcyjnie umalowanych ust.

Rozmowa przebiegnie według planu.