Księga Szeptów (#2). Księga Szeptów - Część II - Marta Calik-Tomera

-
Proszę czekać

Rozdział 1

- Chcesz coś do pi­cia? - za­py­ta­ła Kor­ne­lię mama.

W od­po­wie­dzi Kora uśmiech­nę­ła się bla­do i prze­czą­co po­krę­ci­ła gło­wą.

- Nie, dzię­ku­ję. Chcę... po­ło­żę się. Może póź­niej, do­brze?

Mag­da spoj­rza­ła na nią ba­daw­czo.

- Gdy­byś zmie­ni­ła zda­nie, to za­wo­łaj - po­wie­dzia­ła, od­wró­ci­ła się w kie­run­ku scho­dów i wy­szła.

Kor­ne­lia za­mknę­ła za sobą drzwi. Ro­zej­rza­ła się po swo­im po­ko­ju. Z ulgą za­uwa­ży­ła, że wszyst­ko wy­glą­da­ło do­kład­nie tak jak dwa ty­go­dnie temu, kie­dy po­je­cha­ła spo­tkać się z Gabe'em. Po­wo­li, z tru­dem sta­jąc na po­ra­nio­nej no­dze, usia­dła na łóż­ku. Za­mknę­ła oczy i pierw­szy raz od po­by­tu w szpi­ta­lu po­czu­ła, że na­resz­cie jest sama.

Chcia­ła ze­brać my­śli i prze­ana­li­zo­wać wszyst­ko, co się zda­rzy­ło. Ostat­nie dni wy­da­wa­ły jej się ja­kimś kosz­mar­nym nie­po­ro­zu­mie­niem. Kie­dy zo­rien­to­wa­ła się, że wszy­scy wo­kół my­ślą, że zwa­rio­wa­ła, po­sta­no­wi­ła w mia­rę moż­li­wo­ści uda­wać. To, cze­go nie pa­mię­ta­ła - albo ra­czej: pa­mię­ta­ła ina­czej niż wszy­scy - sta­ra­ła się uspra­wie­dli­wiać wy­pad­kiem i ubyt­ka­mi w pa­mię­ci krót­ko­trwa­łej. Chy­ba uda­ło jej się tro­chę uspo­ko­ić ro­dzi­ców, bo zre­zy­gno­wa­li z kon­sul­ta­cji psy­chia­trycz­nej.

Po dwóch dniach po­by­tu w szpi­ta­lu do­sta­ła do rąk swój te­le­fon. Jed­nak, ku jej prze­ra­że­niu, nie zna­la­zła w nim nic, co mia­ło­by zwią­zek z Gabe'em. Nie było nu­me­ru te­le­fo­nu ani zdjęć. Ga­briel prze­stał ist­nieć. Znik­nął. Jak­by ni­g­dy nie ist­niał. Le­żąc w szpi­tal­nym łóż­ku, spę­dzi­ła go­dzi­ny, czy­ta­jąc SMS-y od Ali i Ada­ma. Ku swo­je­mu prze­ra­że­niu zna­la­zła rów­nież mi­lio­ny SMS-ów, któ­re wy­mie­nia­ła ze swo­ją "naj­lep­szą przy­ja­ciół­ką" Sarą... Ga­le­ria była peł­na ich zdjęć. Wy­glą­da­ły, jak­by zna­ły się od lat, jak­by zna­czy­ły dla sie­bie na­praw­dę wie­le. I na pew­no Sara nie wy­glą­da­ła na Upa­dłe­go Anio­ła. Nikt nie wy­glą­dał.

Na tyle, na ile po­zwa­lał jej szpi­tal­ny in­ter­net, Kor­ne­lia roz­po­czę­ła po­szu­ki­wa­nia Ga­brie­la. Ale na­wet wu­jek Go­ogle nie znał ni­ko­go o ta­kim imie­niu i na­zwi­sku. Na Aka­de­mii Mu­zycz­nej nie było wy­mia­ny z USA... tak jak­by ostat­ni rok jej ży­cia po pro­stu nie ist­niał.

Kor­ne­lia li­czy­ła, że po­wrót do domu po­zwo­li jej zna­leźć choć­by strzę­py in­for­ma­cji, jed­ną wia­do­mość, jed­no zdję­cie. Co­kol­wiek. Na­ma­cal­ny do­wód, że tam­te wy­da­rze­nia były praw­dą. Że Ga­briel ist­niał, że to wszyst­ko mia­ło miej­sce, że jej skrzy­dła... Kor­ne­lia ma­chi­nal­nie się­gnę­ła dło­nią na ple­cy, lecz za­wa­ha­ła się.

Jej wzrok padł na le­żą­cy na pod­ło­dze koło łóż­ka lap­top. Się­gnę­ła po nie­go i spró­bo­wa­ła wy­god­nie uło­żyć się na po­dusz­kach. Czte­ry go­dzi­ny póź­niej krew znów za­czę­ła nie­bez­piecz­nie szu­mieć jej w gło­wie. Za­mknę­ła kom­pu­ter i od­dy­cha­jąc płyt­ko, pró­bo­wa­ła się uspo­ko­ić.

Z każ­dym ko­lej­nym spraw­dzo­nym pli­kiem, z każ­dą ko­lej­ną wia­do­mo­ścią od Sary, z każ­dym ko­lej­nym otwo­rzo­nym fol­de­rem ze zdję­cia­mi prze­ko­ny­wa­ła się tyl­ko, że przez ostat­nie dwa ty­go­dnie wszy­scy do­oko­ła mó­wi­li jej coś, co ra­cjo­nal­nie wy­da­wa­ło się praw­dą.

Za dwa dni miał się od­być po­grzeb Sary, jej ro­dzi­na chcia­ła, żeby Kora po­wie­dzia­ła parę słów na uro­czy­sto­ści, ale ona ubła­ga­ła ro­dzi­ców, żeby nie mu­sia­ła tego ro­bić. Tłu­ma­czy­ła, że nie czu­je się na si­łach.

Po­dob­no po­zna­ły się z Sarą w pierw­szym dniu szko­ły na ko­ry­ta­rzu i od tej chwi­li były nie­roz­łącz­ne. Spę­dza­ły ze sobą każ­dą wol­ną chwi­lę, ra­zem się uczy­ły, ra­zem ćwi­czy­ły, wi­dy­wa­ły się w week­en­dy i wy­jeż­dża­ły na wa­ka­cje. Ich ro­dzi­ny się przy­jaź­ni­ły. Po­szły ra­zem na stu­dia, były dla sie­bie jak sio­stry. I po­twier­dza­ły to wszyst­kie zdję­cia, wia­do­mo­ści i fil­mi­ki, któ­re Kor­ne­lia zna­la­zła.

Po­win­na być zroz­pa­czo­na. Po­win­na sza­leć z żalu i wy­pła­ki­wać oczy. Tym­cza­sem nie czu­ła nic. Dla niej Sara była po­two­rem, któ­ry za­bił Ga­brie­la.

Po­czu­ła, że znów do oczu na­pły­wa­ją jej łzy. Odło­ży­ła lap­top i po­wo­li ze­szła z łóż­ka. Ci­cho otwo­rzy­ła drzwi i przez mo­ment słu­cha­ła, ale jej uszu do­biegł tyl­ko mia­ro­wy od­dech mamy i po­chra­py­wa­nie taty z ich sy­pial­ni. W po­ko­ju obok Ma­tyl­da prze­krę­ca­ła się wła­śnie na łóż­ku.

Naj­ci­szej, jak tyl­ko mo­gła, Kor­ne­lia ze­szła do kuch­ni. Kie­dy za bar­dzo ob­cią­ża­ła nogę, wstrzy­my­wa­ła od­dech i za­ci­ska­ła z bólu zęby. Na­sta­wi­ła so­bie wodę na her­ba­tę, opar­ła się o ku­chen­ny blat i za­pa­trzy­ła w okno. W szy­bie od­bi­ja­ła się jej przy­gar­bio­na po­stać.

Nie mo­gła prze­stać my­śleć o tym, że jest jesz­cze jed­no moż­li­we wy­tłu­ma­cze­nie ca­łej sy­tu­acji. Po pro­stu wszyst­ko so­bie wy­my­śli­ła. Umysł pła­tał jej fi­gle i zwy­czaj­nie zwa­rio­wa­ła. Sama per­spek­ty­wa była prze­ra­ża­ją­ca, ale bez ja­kie­go­kol­wiek do­wo­du na to, że tam­to ży­cie fak­tycz­nie ist­nia­ło, nie mo­gła wy­klu­czyć tej moż­li­wo­ści.

Woda w czaj­ni­ku za­go­to­wa­ła się i Kora usły­sza­ła ci­che klik­nię­cie. Za­la­ła her­ba­tę i usia­dła cięż­ko przy ku­chen­nym sto­le. Przy­mknę­ła oczy, cze­ka­jąc, aż na­pój lek­ko prze­sty­gnie.

Wes­tchnę­ła gło­śno i opar­ła gło­wę na dło­niach. Przez chwi­lę wsłu­chi­wa­ła się w noc­ną ci­szę i za­nim się zo­rien­to­wa­ła, od­pły­nę­ła.

Szła ci­chym, pach­ną­cym desz­czem la­sem. Pod bo­sy­mi sto­pa­mi czu­ła mo­krą, chłod­ną tra­wę. Ro­zej­rza­ła się po oko­li­cy, a wo­kół niej nie było ni­ko­go. Prze­szła kil­ka me­trów, a po­tem przy­sta­nę­ła pod jed­nym z wy­so­kich świer­ków i za­dar­ła gło­wę. Ko­ro­ny drzew ko­ły­sa­ły się lek­ko na wie­trze. Kora przy­mknę­ła oczy i na­bra­ła głę­bo­ko po­wie­trza. Na­gle po­czu­ła, że ktoś de­li­kat­nie do­ty­ka jej ra­mie­nia, od­wró­ci­ła lek­ko gło­wę i zo­ba­czy­ła za­nie­po­ko­jo­ne spoj­rze­nie Gabe'a.

- Kora, nic ci nie jest? - usły­sza­ła jego głos.

Prze­czą­co po­krę­ci­ła gło­wą i po­czu­ła, że zbie­ra jej się na płacz. Gabe wy­cią­gnął do niej ręce, a wte­dy przy­tu­li­ła się do nie­go moc­no.

- Nie wiem, co się dzie­je. Nie ma cie­bie... nie ma Ali­cji i Ada­ma. Je­stem... w ja­kimś in­nym świe­cie - wy­rzu­ci­ła z sie­bie jed­nym tchem.

- Ktoś grze­bał w cza­sie. Sam nie wiem... - skrzy­wił się - sam nie wiem, gdzie je­stem. Trzy­ma­ją mnie gdzieś...

Kora od­su­nę­ła się od nie­go i uważ­nie na nie­go spoj­rza­ła.

- Kto? - za­py­ta­ła.

Gabe przez chwi­lę wpa­try­wał się w prze­strzeń nad nią.

- Ciem­ność... już wie­dzą, że mogę się z tobą skon­tak­to­wać - szep­nął. - Znajdź mnie, mu­sisz mnie zna­leźć. I choć­by nie wiem co, nie za­po­mi­naj, gdzie są two­je skrzy­dła. One tam są. Znajdź mo­je­go bra­ta. On ci po­mo­że.

Kora ką­tem oka do­strze­gła ruch za swo­imi ple­ca­mi. Po­czu­ła, że Gabe gwał­tow­nie od­py­cha ją od sie­bie.

- Obudź się! - usły­sza­ła jego krzyk.

- Gabe! - za­wo­ła­ła i szarp­nę­ła się do przo­du.

Ku­bek z hu­kiem wy­lą­do­wał na pod­ło­dze. Po­czu­ła, że ob­la­ła się zim­ną już her­ba­tą. Otwo­rzy­ła oczy i za­czę­ła gwał­tow­nie ła­pać po­wie­trze. Dzwo­ni­ło jej w uszach, a w ple­cach pul­so­wał zna­jo­my ból.

Za­nim zdą­ży­ła się po­zbie­rać, usły­sza­ła na scho­dach kro­ki. Chwi­lę póź­niej w drzwiach sta­nę­li jej ro­dzi­ce.

- Kora, co się dzie­je? - za­wo­ła­ła mama, mru­żąc oczy i ogar­nia­jąc wzro­kiem kuch­nię, roz­bi­ty ku­bek i mo­kre ubra­nie Kory.

- Nic, nic. Nie mo­głam spać, ze­szłam, żeby zro­bić so­bie her­ba­tę, i przy­snę­łam... mu­sia­łam strą­cić ku­bek i się prze­stra­szy­łam... prze­pra­szam, że was obu­dzi­łam... - po­wie­dzia­ła szyb­ko.

- Nic ci nie jest? Krzy­cza­łaś - za­py­tał oj­ciec, ba­daw­czo jej się przy­glą­da­jąc.

- Nie... nic nie pa­mię­tam... - mruk­nę­ła, uni­ka­jąc jego wzro­ku. - Prze­bio­rę się, bo je­stem cała mo­kra, i... - Zer­k­nę­ła przez okno. - O, to już rano. To ja się... pój­dę wy­ką­pać.

Łu­kasz jesz­cze przez chwi­lę wpa­try­wał się uważ­nie w cór­kę, ale tyl­ko ści­snął ją za rękę, kie­dy wy­cho­dzi­ła z kuch­ni.

Kora, tak szyb­ko, na ile po­zwa­la­ły jej po­ra­nio­ne nogi, po­bie­gła do ła­zien­ki. Za­mknę­ła drzwi na klucz, od­krę­ci­ła kran i ścią­gnę­ła z sie­bie mo­kre ubra­nia. Od­wró­ci­ła się ple­ca­mi do lu­stra i się­gnę­ła dło­nią do ło­pa­tek. Naj­pierw ni­cze­go nie po­czu­ła. Spa­ni­ko­wa­ła lek­ko, ale przy­po­mnia­ła so­bie sło­wa Gabe'a i ode­tchnę­ła głę­bo­ko.

Za­mknę­ła oczy i prze­je­cha­ła opusz­ka­mi pal­ców po skó­rze, na­gle pra­wie krzyk­nę­ła, bo po­czu­ła lek­ką wy­pu­kłość. Wie­dzia­ła, że to to. Je­śli czu­ła swo­je bli­zny, mo­gła być pew­na, co cho­wa się pod nimi.

Znów mo­gła od­dy­chać, krew przy­spie­szy­ła. Nie zwa­rio­wa­ła. To wszyst­ko było praw­dą.

Py­ta­nie brzmia­ło: gdzie jest Gabe, gdzie znik­nę­li Adam i Ala, kto grze­bał przy cza­sie i ja­kim cu­dem ma od­na­leźć bra­ta Ga­brie­la?

Rozdział 2

W cią­gu ko­lej­nych dni Kora mia­ła nie­wie­le cza­su, żeby za­jąć się po­szu­ki­wa­nia­mi. Mu­sia­ła za­ła­twić for­mal­no­ści zwią­za­ne z urlo­pem dzie­kań­skim. Nie mia­ła weny do stu­diów, na wio­lon­cze­lę pa­trzy­ła jak na wro­ga. Już na samą myśl, że mia­ła­by jej do­tknąć, zbie­ra­ło jej się na płacz. Prze­sta­ła słu­chać mu­zy­ki, bo mia­ła wra­że­nie, że wte­dy roz­pa­da się na mi­lion ka­wał­ków.

Naj­trud­niej było prze­brnąć przez po­grzeb Sary. Tylu lu­dzi pod­cho­dzi­ło do Kor­ne­lii z kon­do­len­cja­mi, a ona ukry­ta za oku­la­ra­mi sło­necz­ny­mi z po­cie­sza­ją­cy­mi ją pseu­do Alą i Ada­siem, jak ich na­zy­wa­ła w my­ślach, sta­ra­ła się prze­trwać uro­czy­stość. Na cmen­ta­rzu po­czu­ła, że nie może od­dy­chać, a chwi­lę póź­niej z jej oczu za­czę­ły ka­pać łzy. Nie pła­ka­ła z po­wo­du Sary, ale też nie uda­wa­ła. Opła­ki­wa­ła swo­je ży­cie, któ­re wciąż mia­ła w gło­wie i w ser­cu. Roz­pa­cza­ła z tę­sk­no­ty za Gabe'em, Ada­siem i Alą. Wie­dzia­ła, że ni­ko­mu nie może za­ufać. A wszy­scy my­śle­li, że opła­ku­je swo­ją naj­lep­szą przy­ja­ciół­kę. Iro­nia losu.

***

Kora z ulgą za­mknę­ła drzwi do swo­je­go po­ko­ju. Ścią­gnę­ła z sie­bie czar­ną su­kien­kę, we­szła pod koł­drę i otwo­rzy­ła lap­top. Kom­pu­ter za­szu­miał ci­cho i na pul­pi­cie po­ka­za­ło się otwar­te okien­ko wy­szu­ki­war­ki. Wpa­try­wa­ła się w mi­ga­ją­cy kur­sor i ko­lej­ny wie­czór z ko­lei za­sta­na­wia­ła się, co ma wpi­sać. Po­szu­ku­ję Anio­ła? Jak zna­leźć anio­ła? Jak cof­nąć czas?

Każ­da fra­za wy­da­wa­ła się ir­ra­cjo­nal­na. Kor­ne­lia przy­mknę­ła oczy i znów przy­po­mnia­ła so­bie sło­wa Gabe'a.

"Znajdź mo­je­go bra­ta".

Zmarsz­czy­ła brwi. Tyl­ko raz usły­sza­ła coś na te­mat jego bra­ci. Mi­chał, Ra­fał, Ariel... Kil­ka ostat­nich nocy spę­dzi­ła na prze­szu­ki­wa­niu in­ter­ne­tu. Wie­dzia­ła, któ­re frag­men­ty Bi­blii i któ­re apo­kry­fy mó­wią o anio­łach. Po­czy­ta­ła tro­chę o Ne­fi­lim, do­kład­niej przyj­rza­ła się hi­sto­riom i opo­wie­ściom na te­mat Ra­fa­ła, Mi­cha­ła i Ga­brie­la. Ale wciąż nie wie­dzia­ła, jak ma jej to po­móc.

Ko­lej­ne dni mi­ja­ły, a ona wła­ści­wie prze­sta­ła ogar­niać rze­czy­wi­stość. Sta­ra­ła się mak­sy­mal­nie ogra­ni­czyć kon­tak­ty z ro­dzi­ca­mi i "przy­ja­ciół­mi". Wy­ma­wia­ła się zmę­cze­niem, bó­lem, złym sa­mo­po­czu­ciem. Czas spę­dza­ła albo prze­szu­ku­jąc ko­lej­ne stro­ny w in­ter­ne­cie, albo szpe­ra­ła w uni­wer­sy­tec­kiej bi­blio­te­ce. Cza­sa­mi, chwy­ta­jąc się ostat­niej de­ski ra­tun­ku, po­tra­fi­ła go­dzi­na­mi sie­dzieć w ko­ście­le, szu­ka­jąc tam ci­szy, spo­ko­ju, uko­je­nia.

Czas pły­nął, ale Gabe już jej się nie śnił. A tak bar­dzo chcia­ła go zo­ba­czyć. Bała się, że po­wo­li za­cznie za­po­mi­nać, jak wy­glą­da. Co noc - a ra­czej nad ra­nem, kie­dy zmę­cze­nie bra­ło górę - Kor­ne­lia za­my­ka­ła oczy i sta­ra­ła się przy­po­mnieć so­bie Gabe'a.

***

Ga­briel uniósł ręce i prze­cze­sał dło­nią wil­got­ne wło­sy, któ­re spa­da­ły mu na twarz. Usi­ło­wał się sku­pić i przy­po­mnieć so­bie, ile cza­su był już w tym le­sie. Ostat­nie, co pa­mię­tał, to głos Kory, któ­ra mó­wi­ła, że go ko­cha i że musi z nią zo­stać.

Po­tem za­pa­dła ciem­ność.

Kie­dy się z niej wy­ło­nił, sie­dzia­ła przed nim Li­lith. Pierw­sza żona Ada­ma. Naj­pa­skud­niej­szy de­mon, ja­kie­go znał. Wszyst­ko go bo­la­ło, a rana od cię­cia Sary pul­so­wa­ła tę­pym bó­lem.

Wie­dział, że star­sza sio­stra Sary mu­sia­ła się wściec, ale nie przy­pusz­czał, że za­re­agu­je... tak szyb­ko. Za­sta­na­wiał się, po co trzy­ma go przy ży­ciu.

Gabe pró­bo­wał od­dy­chać płyt­ko, żeby nie czuć bólu, któ­ry wra­cał z każ­dym unie­sie­niem klat­ki pier­sio­wej. Jęk­nął ci­cho, usi­łu­jąc zmie­nić po­zy­cję na wy­god­niej­szą. Łań­cuch, któ­ry spi­nał jego dło­nie, nie uła­twiał za­da­nia.

Już miał za­mknąć oczy i spró­bo­wać cho­ciaż tro­chę od­po­cząć, ale do­strzegł Li­lith, któ­ra zbli­ża­ła się do nie­go bez­sze­lest­nie.

- Li­lith - syk­nął, usi­łu­jąc za­cho­wać spo­kój - Sto lat cię nie wi­dzia­łem. Gdzie się po­dzie­wa­łaś, skar­bie? W któ­rym krę­gu pie­kiel­nym była aż tak do­bra im­pre­za?

- Da­ruj so­bie, Ga­brie­lu.

- "Ga­brie­lu"? Aż tak po­waż­nie? My­śla­łem, że ina­czej lu­bisz mnie na­zy­wać? - Uśmiech­nął się zim­no.

Li­lith wpa­try­wa­ła się w nie­go zie­lo­ny­mi jak tra­wa ocza­mi. Z fi­li­gra­no­wą po­stu­rą, dłu­gi­mi, spły­wa­ją­cy­mi jak woda wło­sa­mi w ko­lo­rze psze­ni­cy przy­po­mi­na­ła tro­chę elfa.

- Wiesz, co się sta­ło? - za­py­ta­ła zim­no.

Gabe oparł gło­wę o pień drze­wa, do któ­re­go przy­ku­ła go Li­lith, i przy­mknął po­wie­ki.

- Mó­wiąc szcze­rze, nie­wie­le pa­mię­tam. Aż tak do­bra była ta ostat­nia im­pre­za?

- Za­bi­łeś moją sio­strę - usły­szał syk i po­czuł zim­ne ostrze na skó­rze tuż przy ser­cu. Otwo­rzył oczy.

- No da­lej - mruk­nął. - Do­kończ to, co za­czę­ła Sara. Miej­my to z gło­wy.

Li­lith jesz­cze kil­ka se­kund przy­ci­ska­ła ostrze do jego pier­si, póź­niej z wes­tchnie­niem cof­nę­ła się i usia­dła na po­kry­tym mchem ka­mie­niu. Ga­briel od­prę­żył się lek­ko.

- Po co mnie tu trzy­masz? - za­py­tał.

Li­lith pa­trzy­ła na nie­go i zmru­ży­ła oczy.

- Jesz­cze nie wiem. Za­sta­na­wiam się, co z tobą zro­bić. Może wy­rwę ci skrzy­dła? Może zo­sta­niesz tu na za­wsze? Może od­dam cię Ciem­no­ści?

- Ciem­ność już ra­czej się mną nie in­te­re­su­je... - De­mon ro­ze­śmiał się zim­no.

- Żar­tu­jesz? Ciem­ność jest wście­kła. Za­wa­li­łeś, po­zwo­li­łeś Jej prze­żyć. W do­dat­ku... za­bi­łeś moją siostrę.

- Prze­pra­szam, nie chcia­łem, żeby Sara umar­ła... Nie mia­łem wyj­ścia - szep­nął Gabe, a przed ocza­mi sta­nę­ło mu zdzi­wio­ne spoj­rze­nie Sary. - Mu­sia­łem... mu­sia­łem...

- Nic nie mu­sia­łeś! Mo­głeś zro­bić, co na­le­ży. Być na­dal Księ­ciem Ciem­no­ści, a Sara... Przez cie­bie Ciem­ność we­zwa­ła mnie. To ja mu­szę po­sprzą­tać ten ba­ła­gan...

- Wiesz do­brze, że nie mo­głem tego zro­bić. Zmie­ni­łem się, prze­sta­łem być tym, za kogo mia­ła mnie Ciem­ność.

- Te­raz je­steś ni­kim - rzu­ci­ła.

Gabe wzru­szył ra­mio­na­mi.

- To już nie­istot­ne. Kor­ne­lia jest bez­piecz­na...

- Tak my­ślisz?

- Mimo wszyst­ko tak, sko­ro ty je­steś ze mną, to Ciem­ność musi mieć ja­kiś inny po­mysł na roz­pra­wie­nie się Kor­ne­lią... za­kła­dam, że chwi­lo­wo jest bez­piecz­na.

Li­lith przez chwi­lę wpa­try­wa­ła się w Gabe'a.

- Ona ni­g­dy cię nie od­naj­dzie - mruk­nę­ła. - Mu­sia­ła­by prze­szu­kać kil­ka wy­mia­rów lub mieć po­moc. A jest cał­ko­wi­cie sama. Bez­bron­na i prze­ko­na­na, że zwa­rio­wa­ła... Moż­li­we, że żad­ne z nas nie bę­dzie mu­sia­ło nic ro­bić. - Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. - A ja po­trzy­mam tu cie­bie tro­chę. Kto wie? Może wró­ci ci ro­zum, a może wręcz prze­ciw­nie... może sam zwa­riu­jesz. - Uśmiech­nę­ła się i prze­krzy­wi­ła gło­wę tak, że pół jej twa­rzy za­sło­ni­ła kur­ty­na ja­snych wło­sów. - Nie­waż­ne! - wes­tchnę­ła i po­wo­li znik­nę­ła mię­dzy drze­wa­mi.

Gabe nie­ru­cho­mo wpa­try­wał się w miej­sce, w któ­rym jesz­cze przed chwi­lą sie­dzia­ła Li­lith. Oparł gło­wę o pień drze­wa, a jego skrzy­dła de­li­kat­nie otu­li­ły jego po­stać. Je­śli to, co mó­wi­ła Li­lith, było praw­dą, to nie mie­li szans i Kora go nie znaj­dzie. Przy­mknął oczy, czu­jąc pod po­wie­ka­mi blask wscho­dzą­ce­go słoń­ca.

Rozdział 3

Kor­ne­lia zwi­nię­ta w kłę­bek spa­ła na swo­im łóż­ku. Szczel­nie za­su­nię­te ro­le­ty oraz za­sło­ny nie wpusz­cza­ły do jej po­ko­ju upal­ne­go, czerw­co­we­go po­wie­trza i ja­sno świe­cą­ce­go słoń­ca. Kora pod­da­ła się koło czwar­tej w nocy, kie­dy za oknem wła­ści­wie ro­bi­ło się ja­sno. Sku­li­ła się na łóż­ku i za­pa­dła w nie­spo­koj­ny sen.

Na­gle do jej po­ko­ju z im­pe­tem wkro­czy­ła mama. Po­de­szła do okna i szarp­nię­ciem roz­su­nę­ła za­sło­ny. Kora, wciąż jesz­cze na pół­ś­pią­co, moc­niej za­ci­snę­ła po­wie­ki. Tym­cza­sem mama da­lej wal­czy­ła z ro­le­ta­mi, któ­re upar­cie roz­su­wa­ła. W drzwiach sta­nął tata i ci­cho wes­tchnął.

- Kora - za­wo­ła­ła Mag­da. - Wsta­waj, mu­si­my po­roz­ma­wiać.

- Śpię... - mruk­nę­ła.

- Wiesz, któ­ra jest go­dzi­na? - sap­nę­ła mama.

- Nie wiem, ósma?

- Nie, moja dro­ga, dwu­na­sta. Otwórz oczy. Mu­sisz z nami po­roz­ma­wiać. Mam dość sta­nu, w któ­rym się znaj­du­jesz. Nie jesz. Nie śpisz. Nie wy­cho­dzisz z domu. Ja mogę dużo zro­zu­mieć, ale nie mo­żesz spę­dzić ży­cia w sy­pial­ni.

- Taki wła­śnie mia­łam plan - mruk­nę­ła Kor­ne­lia i usia­dła na łóż­ku.

Po­pa­trzy­ła na mamę, któ­ra w bo­jo­wej po­zie sta­ła przy oknie.

- Kora, my się o cie­bie mar­twi­my. Mu­sisz wyjść z domu...

- Do­brze, spo­tkam się z... eeee... Alą i Ada­mem, okej...

- Nie! Nie okej! Ich też trzy­masz na dy­stans. Idziesz na te­ra­pię. Za­ła­twi­łam ci świet­ne­go psy­cho­te­ra­peu­tę. Jest naj­lep­szy w Kra­ko­wie. Idziesz dzi­siaj. Masz dwie go­dzi­ny. Idź się umyj, zro­bię ci coś do je­dze­nia. Je­dzie­my o czter­na­stej - wy­re­cy­to­wa­ła mama i tak samo, jak się po­ja­wi­ła, tak na­gle wy­szła.

Kora wpa­try­wa­ła się z unie­sio­ny­mi brwia­mi w ojca.

- Tato...

Łu­kasz w obron­nym ge­ście uniósł dło­nie.

- Ja by­łem po two­jej stro­nie, ale nie po­ma­gasz. Idziesz na te­ra­pię, czy tego chcesz, czy nie.

Kor­ne­lia jesz­cze chwi­lę po­sie­dzia­ła na łóż­ku i po­wo­li wsta­ła. Ro­zej­rza­ła się po po­ko­ju, któ­ry wy­glą­dał jak to­tal­ne po­bo­jo­wi­sko. Się­gnę­ła po le­żą­cą na zie­mi su­kien­kę. Była dłu­ga i za­kry­wa­ła jej po­ra­nio­ne nogi. Kie­dy we­szła do ła­zien­ki i po­pa­trzy­ła w lu­stro, tro­chę za­czę­ła ro­zu­mieć za­cho­wa­nie mamy.

Cerę mia­ła prze­raź­li­wie bla­dą. Pierw­szy raz w ży­ciu zo­ba­czy­ła na swo­jej twa­rzy ko­ści po­licz­ko­we. Oczy mia­ła pod­krą­żo­ne, jak­by nie spa­ła przez kil­ka ty­go­dni... co w du­żej czę­ści było praw­dą.

Po go­dzi­nie była tro­chę mniej bla­da. Wło­sy za­plo­tła w luź­ne­go war­ko­cza, a ko­rek­to­rem za­ma­sko­wa­ła cie­nie pod ocza­mi.

Na dole w kuch­ni zja­dła po­tul­nie obiad po­da­ny przez mamę, któ­ra nie ode­zwa­ła się do niej sło­wem. Ma­tyl­da pró­bo­wa­ła za­ła­go­dzić sy­tu­ację, ale po kil­ku nie­mra­wych od­po­wie­dziach sio­stry i mamy wes­tchnę­ła i po­szła do swo­je­go po­ko­ju. Ci­sza pa­no­wa­ła też w sa­mo­cho­dzie. Kora pa­trzy­ła przez szy­by na idą­cych uli­ca­mi lu­dzi. Byli tacy bez­tro­scy, nie­świa­do­mi... szczę­śli­wi. Ona czu­ła się, jak­by ugrzę­zła w in­nym ży­ciu, in­nym świe­cie, in­nym cie­le. Mia­ła wra­że­nie, że jej skó­ry nie do­ty­ka cie­pło słoń­ca.

Na myśl o te­ra­pii ro­bi­ło jej się nie­do­brze.

"Ko­lej­na oso­ba, przed któ­rą będę mu­sia­ła kła­mać...".

- To tu­taj - usły­sza­ła głos mamy i zer­k­nę­ła na nowy, ele­ganc­ki bu­dy­nek, któ­ry, nie wia­do­mo kie­dy, po­ja­wił się w cen­trum Kra­ko­wa. - Przy­ja­dę po cie­bie za go­dzi­nę. Ga­bi­net jest na trze­cim pię­trze. Dok­tor Ra­fał Gó­rec­ki.

Kor­ne­lia wy­sia­dła z sa­mo­cho­du i przez mo­ment za­sta­na­wia­ła się, czy nie uciec, ale do­szła do wnio­sku, że to i tak nie ma sen­su. Uni­ka­jąc wła­sne­go spoj­rze­nia w lu­strze, wje­cha­ła na trze­cie pię­tro i sta­nę­ła przed drzwia­mi, na któ­rych ktoś umie­ścił ta­blicz­kę z ele­ganc­kim srebr­nym na­pi­sem:

RA­FAŁ GÓ­REC­KI

PSY­CHO­TE­RA­PEU­TA

Kor­ne­lia wes­tchnę­ła i lek­ko na­ci­snę­ła klam­kę. Zna­la­zła się w no­wo­cze­snym, ele­ganc­kim przed­po­ko­ju. Jej uwa­gę w pierw­szej ko­lej­no­ści przy­ku­ły dwa mięk­kie fo­te­le. Przy biur­ku, znaj­du­ją­cym się na­prze­ciw­ko wej­ścia, sie­dzia­ła re­cep­cjo­nist­ka.

- Pani Kor­ne­lia - po­wie­dzia­ła, za­nim Kora zdą­ży­ła po­wie­dzieć co­kol­wiek.

Dziew­czy­na kiw­nę­ła gło­wa.

- Pro­szę się roz­go­ścić, pan dok­tor za­raz pa­nią przyj­mie.

Kor­ne­lia usia­dła w głę­bo­kim fo­te­lu, ale nie za bar­dzo mo­gła się roz­luź­nić. Za­nim zdą­ży­ła się­gnąć po ja­kie­kol­wiek cza­so­pi­smo, któ­re za­ję­ło­by jej my­śli, drzwi z pra­wej stro­ny uchy­li­ły się i usły­sza­ła:

- Kor­ne­lio, za­pra­szam.

Kora wes­tchnę­ła po raz ko­lej­ny i we­szła do ga­bi­ne­tu, sta­nę­ła oko w oko z wy­so­kim bru­ne­tem, któ­ry uśmie­chał się do niej przy­jaź­nie.

- Cześć, je­stem Ra­fał Gó­rec­ki, mo­żesz do mnie mó­wić "pa­nie dok­to­rze", "pa­nie Ra­fa­le", "Ra­fa­le", jak wo­lisz.

- Kor­ne­lia - mruk­nę­ła.

- Pro­szę, sia­daj. - Ra­fał wska­zał jej sza­rą sofę.

Kora szyb­ko omio­tła wzro­kiem oto­cze­nie. Oprócz re­ga­łów za­sta­wio­nych rzę­da­mi ksią­żek za­uwa­ży­ła po­roz­wie­sza­ne na ścia­nach dy­plo­my i cer­ty­fi­ka­ty. Sam ga­bi­net był neu­tral­ny i nie zdra­dzał nic o psy­cho­te­ra­peu­cie. Je­dy­nym dość eks­tra­wa­ganc­kim ele­men­tem był por­tret mło­dej ko­bie­ty, w suk­ni ro­dem z Prze­mi­nę­ło z wia­trem. Męż­czy­zna jesz­cze stał przy biur­ku i prze­glą­dał no­tat­ki. Kor­ne­lia szyb­ko oce­ni­ła jego wiek na trzy­dzie­ści parę lat. Miał ciem­ne wło­sy, ciem­ne oczy i trzy­dnio­wy za­rost. Był przy­stoj­ny w ten non­sza­lanc­ki spo­sób. Tacy męż­czyź­ni za­zwy­czaj nie zda­ją so­bie spra­wy z tego, jak dzia­ła­ją na ko­bie­ty.

Usiadł w fo­te­lu, któ­ry stał po le­wej stro­nie sofy, i po­pa­trzył na Korę.

- Co cię do mnie spro­wa­dza? Mogę mó­wić ci na "ty"?

- Ja­sne - mruk­nę­ła i usły­sza­ła, że ma strasz­nie za­chryp­nię­ty głos. Chrząk­nę­ła lek­ko. - Wła­ści­wie... - Po­czu­ła, że nie ma siły dłu­żej kła­mać. - Wła­ści­wie to przy­wio­zła mnie tu mama. Sama, no cóż... Do­bro­wol­nie ra­czej bym tu nie przy­szła. - Uśmiech­nę­ła się z za­kło­po­ta­niem.

- Ro­zu­miem. Na po­cząt­ku chciał­bym, że­byś mia­ła świa­do­mość dwóch rze­czy. Po pierw­sze nic, o czym roz­ma­wia­my, nie opusz­cza mu­rów tego po­miesz­cze­nia, po dru­gie chciał­bym, że­byś mó­wi­ła praw­dę... albo nie mó­wi­ła nic. Nie chcę, że­byś mó­wi­ła coś tyl­ko dla­te­go, że tego ocze­ku­je od cie­bie mama, tata, kto­kol­wiek. Mu­sisz być szcze­ra. Ina­czej nic nam z tego nie wyj­dzie.

Kor­ne­lia przez chwi­lę pa­trzy­ła te­ra­peu­cie w oczy i kiw­nę­ła gło­wa twier­dzą­co.

- Okej. To mamy z gło­wy. Chcesz o czymś po­roz­ma­wiać? Chcesz coś mi po­wie­dzieć?

- Wła­śnie to na tym po­le­ga pro­blem. Nie mam wie­le do po­wie­dze­nia. W moim ży­ciu dzie­je się... dzie­je się tyle, że sama nie po­tra­fię tego ogar­nąć. Szcze­rze? Nie wiem, czy chcę o tym mó­wić. My­ślę, że gdy­bym ci o tym opo­wie­dzia­ła, to wy­słał­byś mnie do szpi­ta­la psy­chia­trycz­ne­go.

- Je­stem w sta­nie na­praw­dę dużo zro­zu­mieć. - Uśmiech­nął się, a Kor­ne­lia po raz pierw­szy od wie­lu dni po­czu­ła, że się roz­luź­nia. - Je­śli chcesz, to po­ga­da­my. Je­śli nie, mo­żesz po­czy­tać, od­po­cząć. Co chcesz. - Ra­fał wpa­try­wał się w nią.

- Okej. Mogę chwi­lę od­po­cząć? - za­py­ta­ła, czu­jąc, jak jej cia­ło za­pa­da się po­wo­li w mięk­ką sofę.

- Do­brze, ja będę pra­co­wał. - Zer­k­nął na ze­ga­rek. - Mamy jesz­cze... sie­dem­dzie­siąt mi­nut. Tak że ty od­po­czy­waj, a jak mi­nie nasz czas, dam ci znać.

Kor­ne­lia jesz­cze przez chwi­lę ob­ser­wo­wa­ła, jak psy­cho­te­ra­peu­ta wra­ca do biur­ka, a po­tem po­zwo­li­ła so­bie pierw­szy raz od wie­lu dni na od­po­czy­nek. Nie my­śla­ła o Ga­brie­lu, o anio­łach, o swo­im ży­ciu. Za­mknę­ła oczy i od­pły­nę­ła.

***

Ga­briel z gło­wą prze­chy­lo­ną do tyłu wpa­try­wał się w pły­ną­ce po nie­bie chmu­ry. Czas mi­jał. Cza­sa­mi od­wie­dza­ła go Li­lith, cza­sa­mi któ­ryś z upa­dłych, któ­rzy jesz­cze nie tak daw­no temu speł­nia­li jego ży­cze­nia. A on znaj­do­wał się do­kład­nie w tym sa­mym miejscu przy­ku­ty łań­cu­cha­mi do drze­wa. Zdej­mo­wa­li mu je tyl­ko na noc, żeby mógł się po­ło­żyć. Wte­dy pil­no­wa­ły go stra­że.

Na po­cząt­ku pró­bo­wał na­wią­zy­wać kon­takt z Kor­ne­lią, z kim­kol­wiek, kto mógł­by go usły­szeć. Od­po­wia­da­ła mu je­dy­nie Ciem­ność. Czuł ją. Była bli­sko. Była wście­kła. Cza­sa­mi miał wra­że­nie, że jej mac­ki liżą pió­ra jego skrzy­deł. Jego sta­rych, no­wych, skrzy­dłach. Któ­re nie chcia­ły się scho­wać. Pró­bo­wał, wie­lo­krot­nie. Bez skut­ku. Wciąż z nim były, sza­re, pięk­nie, w ja­kiś dziw­ny spo­sób przy­tul­ne i do­da­ją­ce otu­chy. Ale nie mógł ich scho­wać, tak jak­by za­po­mniał, jak się to robi. Bał się, że Ciem­ność w koń­cu bę­dzie chcia­ła mu je ode­brać, w koń­cu... prze­cież już raz je stra­cił. Skrzy­wił się lek­ko, a w jego gło­wie po­ja­wi­ło się wspo­mnie­nie.

Głos Li­lith za­brzmiał tuż przy jego le­wym uchu:

- O, nie śpisz.

Od­wró­cił się i zo­ba­czył, że sia­da koło nie­go, na tyle bli­sko, żeby do­kład­nie go wi­dzieć.

- No co tam? Znu­dzi­ło ci się? Wy­pusz­czasz mnie?

Ro­ze­śmia­ła się gło­śno, od­rzu­ca­jąc gło­wę do tyłu. Jej ja­sne wło­sy za­fa­lo­wa­ły

- Och, Ga­brie­lu. Two­je nie­słab­ną­ce po­czu­cie hu­mo­ru jest na­praw­dę uro­cze. Chcia­łam ci coś po­ka­zać... - Uśmiech­nę­ła się zim­no.

Chwy­ci­ła go za rękę i na­gle po­czuł, że po­wie­trze za­drga­ło, a świat wo­kół nich za­wi­ro­wał. Przed jego ocza­mi po­ja­wi­ło się wnę­trze miesz­ka­nia. W ja­sno oświe­tlo­nym po­miesz­cze­niu znaj­do­wał się męż­czy­zna sie­dzą­cy przy biur­ku, po­grą­żo­ny w lek­tu­rze, opie­rał gło­wę na jed­nej ręce. Miał na so­bie ja­sną ko­szu­lę z pod­wi­nię­ty­mi rę­ka­wa­mi, któ­ra kon­tra­sto­wa­ła z jego ciem­ną kar­na­cją i ciem­ny­mi wło­sa­mi. Męż­czy­zna drgnął lek­ko i uniósł gło­wę, oparł się o fo­tel i za­pa­trzył się w coś, po dru­giej stro­nie po­miesz­cze­nia.

- Raff - szep­nął Gabe i po­czuł, że jego głos lek­ko za­drżał. Po­dą­żył za jego wzro­kiem i po­czuł, że ser­ce mu za­mie­ra.

Na sza­rej so­fie lek­ko sku­lo­na spa­ła spo­koj­nie Kor­ne­lia. Gabe całą wolę wło­żył w to, żeby nie re­ago­wać, czuł czuj­ny wzrok Li­lith na so­bie. Chło­nął ob­raz, któ­ry miał przed ocza­mi. Kora od­dy­cha­ła spo­koj­nie, była bar­dzo bla­da i miał wra­że­nie, że jest dużo szczu­plej­sza niż wcze­śniej... Z luź­ne­go war­ko­cza wy­my­ka­ły się pa­sma wło­sów i ota­cza­ły jej twarz.

I wte­dy inny ob­raz wtar­gnął do gło­wy Ga­brie­la i anioł wcią­gnął z sy­kiem po­wie­trze.

- Co? Przy­po­mnia­łeś so­bie ostat­nie spo­tka­nie ze swo­im bra­tem? - Zim­ny, ocie­ka­ją­cy sar­ka­zmem głos wdarł się do jego świa­do­mo­ści.

Gabe z tru­dem prze­niósł wzrok na sie­dzą­ce­go przy biur­ku Ra­fa­ła. Wi­dać było, że my­śli nad czymś in­ten­syw­nie. Zmarsz­czył brwi i po­wo­li wstał z fo­te­la. Pod­szedł ci­cho i usiadł koło Kor­ne­lii, wciąż przy­glą­da­jąc się jej uważ­nie.

- Nie - pra­wie krzyk­nął i na­gle znów sie­dział w łań­cu­chach na skra­ju po­la­ny. - Nie - szep­nął i scho­wał twarz w dło­niach.

- No. - Li­lith cmok­nę­ła. - To ja nie będę ci dzi­siaj już prze­szka­dzać. My­ślę, że two­je wła­sne to­wa­rzy­stwo cię dzi­siaj wy­koń­czy...

Ga­briel od­dy­chał cięż­ko. Wciąż miał przed ocza­mi Ra­fa­ła, któ­ry wpa­try­wał się w Kor­ne­lię.

"Je­śli to praw­da...".

Po­czuł pul­su­ją­cy ból w klat­ce pier­sio­wej. Nie wie­dział, czy boli go rana, czy ser­ce.

"Je­śli to praw­da, Kor­ne­lia nie ma szans".

Rozdział 4

- Kora - usły­sza­ła mięk­ki głos.

- Gabe - szep­nę­ła.

- Kora, to ja, Ra­fał. Chy­ba za­snę­łaś.

Do mó­zgu Kory z opóź­nie­niem do­cho­dzi­ły in­for­ma­cje. Jesz­cze se­kun­dę po otwo­rze­niu oczu my­śla­ła, że pa­trzy w nie­bie­skie oczy Gabe'a, mru­gnę­ła i do­tar­ło do niej, że stoi przed nią Ra­fał.

- Prze­pra­szam - mruk­nę­ła. - Ostat­nio nie sy­piam do­brze.

- Kim jest Gabe?

Kor­ne­lia lek­ko prze­chy­li­ła gło­wę i dłu­żej wy­trzy­ma­ła jego spoj­rze­nie.

- To mi­łość mo­je­go ży­cia, któ­rą stra­ci­łam - szep­nę­ła. - Dzi­siaj ci o tym nie opo­wiem - do­da­ła i wy­szła bez po­że­gna­nia.

Kie­dy wra­ca­ła z mamą do domu, usi­ło­wa­ła prze­ana­li­zo­wać to, co dzia­ło się w ga­bi­ne­cie. Już daw­no nie czu­ła się tak bez­piecz­nie. Nie pa­mię­ta­ła, kie­dy ostat­nio obu­dzi­ła się tak wy­po­czę­ta. Nie wie­dzia­ła tyl­ko, co my­śleć o Ra­fa­le. Było w nim coś zna­jo­me­go. Nie umia­ła tego okre­ślić.

Mag­da zer­k­nę­ła prze­lot­nie na cór­kę i prze­rwa­ła jej roz­my­śla­nia:

- I jak było?

- Było... nie­źle - od­po­wie­dzia­ła sama za­sko­czo­na.

- Cie­szę się. Bę­dziesz mieć spo­tka­nia przez naj­bliż­sze trzy mie­sią­ce. Umó­wi­łam ci wi­zy­ty raz w ty­go­dniu. Mu­sisz sta­nąć na nogi, ko­cha­nie. Wiem, że śmierć Sary jest dla cie­bie czymś kosz­mar­nym, ale ina­czej nie dasz rady.

Kora kiw­nę­ła gło­wą. Nie mia­ła siły kłó­cić się z mat­ką. Po­my­śla­ła też, że może dzię­ki tym spo­tka­niom tro­chę bar­dziej się wy­śpi.

***

Ko­lej­ny mie­siąc mi­nął jej na spa­niu, szu­ka­niu in­for­ma­cji o anio­łach i wi­zy­tach w ga­bi­ne­cie dok­to­ra Gó­rec­kie­go. Wła­ści­wie jed­nak nie mia­ła oka­zji się wy­spać. Za­czę­li roz­ma­wiać. O drob­nost­kach, rze­czach nie­istot­nych. Ale te roz­mo­wy spra­wia­ły, że Kor­ne­lia po­czu­ła ulgę i cho­ciaż przez chwi­lę - spo­kój.

Kie­dy w ko­lej­ny po­nie­dzia­łek otwo­rzy­ła drzwi jego ga­bi­ne­tu, zo­ba­czy­ła, jak Ra­fał prze­glą­da le­żą­ce na biur­ku pa­pie­ry. Miał na so­bie ciem­ne spodnie i bia­łą ko­szu­lę z pod­wi­nię­ty­mi do łok­ci rę­ka­wa­mi, uśmiech­nął się do niej.

- Cześć, Kora. Do­brze cię wi­dzieć, sia­daj.

Kora usa­do­wi­ła się na ka­na­pie i pod­cią­gnę­ła ko­la­na pod bro­dę.

- To co? - Ra­fał usiadł na fo­te­lu i utkwił w niej spoj­rze­nie. - Po­wiesz mi coś dzi­siaj? - za­py­tał tym swo­im cie­płym i spo­koj­nym gło­sem.

Przez chwi­lę wpa­try­wa­ła się w nie­go i na­gle po­sta­no­wi­ła zro­bić coś cał­ko­wi­cie sza­lo­ne­go.

- Mó­wi­łeś, że nic, co tu­taj usły­szysz, nie opu­ści tego ga­bi­ne­tu, tak? - za­py­ta­ła, prze­chy­la­jąc gło­wę.

- Do­kład­nie. - Ra­fał kiw­nął gło­wą i od­chy­lił się na opar­cie fo­te­la.

- Okej, to coś ci opo­wiem. Pew­nie po­tem we­zwiesz ka­ret­kę i skoń­czę w psy­chia­try­ku, ale chy­ba już nie mogę dłu­żej tego trzy­mać w so­bie... a wła­ści­wie - za­my­śli­ła się - wła­ści­wie je­steś je­dy­ną oso­bą, któ­rej mogę to po­wie­dzieć.

Ra­fał nie ode­zwał się. Po­pa­trzył tyl­ko na nią i lek­ko ski­nął gło­wą.

Kora wes­tchnę­ła gło­śno. Spoj­rza­ła na swo­je dło­nie i przy­mknę­ła oczy. Nie chcia­ła wi­dzieć miny Ra­fa­ła, kie­dy sens jej słów za­cznie do nie­go do­cie­rać.

- Ktoś ukradł mi rze­czy­wi­stość. Wła­ści­wie moje ży­cie. Rok temu by­łam po pro­stu stu­dent­ką w kla­sie wio­lon­cze­li, mia­łam dwój­kę fan­ta­stycz­nych przy­ja­ciół, su­per ro­dzi­nę i pro­ble­my, ja­kie mie­wa­ją stu­den­ci: skąd wziąć kasę, jak zdać se­sję... W paź­dzier­ni­ku na na­szej uczel­ni po­ja­wi­li się stu­den­ci z USA. Wśród nich Ga­briel Wel­ling­ton, Gabe... - Głos jej się za­ła­mał. A po­nie­waż mia­ła za­mknię­te oczy, nie mo­gła za­uwa­żyć tego, że Ra­fał lek­ko drgnął. - A póź­niej moje ży­cie przy­spie­szy­ło. Gabe naj­pierw... naj­pierw mnie w so­bie roz­ko­chał, póź­niej... póź­niej zdra­dził, zo­sta­wił. Dość moc­no po­ha­ra­tał. Ali­cja i Adaś cały czas usi­ło­wa­li wy­bić mi go z gło­wy, ale ja nie mo­głam. Ko­cham... ko­cha­łam go. A póź­niej oka­za­ło się, że po zie­mi cho­dzą anio­ły. - Zer­k­nę­ła na Ra­fa­ła, któ­re­go twarz nie zdra­dza­ła żad­nych emo­cji poza uprzej­mym za­in­te­re­so­wa­niem. - Oka­za­ło się, że Adam i Ala, i moi ro­dzi­ce nimi byli, a ra­czej tata, bo mama... mama jest Upa­dłym. - Za­śmia­ła się ner­wo­wo na dźwięk słów, któ­re wpły­wa­ły z jej ust. - Naj­dziw­niej­sze oka­za­ło się to, że ja też mam coś wspól­ne­go z Anio­łem... A mój Gabe... mój Gabe oka­zał się Cie­niem Ar­cha­nio­ła. Miał mnie za­bić, ale dla od­mia­ny się we mnie za­ko­chał i po­sta­no­wił mnie chro­nić. I chy­ba mu się uda­ło. Osta­tecz­nie to ja tu je­stem, a on pew­nie nie żyje, bo po­świę­cił się dla mnie i chy­ba prze­stał być księ­ciem Ciem­no­ści... Obu­dzi­łam się dwa mie­sią­ce temu w szpi­ta­lu. Moi ro­dzi­ce są nor­mal­ni do szpi­ku ko­ści. Moi przy­ja­cie­le to inni lu­dzie, cho­ciaż wszyst­kie fak­ty na nie­bie i zie­mi świad­czą, że nie są to Adam i Ala. A Ga­briel... znik­nął... jak­by ni­g­dy go nie było... nie mam żad­ne­go, żad­ne­go do­wo­du, że on ist­niał... - Po­czu­ła, że łzy na­pły­wa­ją jej do oczu. Ode­tchnę­ła głę­bo­ko. - No i jesz­cze moja nie­do­szła za­bój­czy­ni była po­dob­no moją naj­lep­szą przy­ja­ciół­ką... A ja my­ślę, że są dwie opcje, albo ktoś mie­szał w tej rze­czy­wi­sto­ści, albo, co bar­dziej praw­do­po­dob­ne, po pro­stu zwa­rio­wa­łam - do­da­ła szep­tem i otar­ła łzy.

W ga­bi­ne­cie za­pa­dła wi­bru­ją­ca ci­sza. Kora nie otwie­ra­ła oczu. Bała się, że zo­ba­czy ten sam wy­raz twa­rzy, któ­ry wi­dzia­ła u swo­ich naj­bliż­szych, kie­dy pró­bo­wa­ła roz­ma­wiać na ten te­mat. Usły­sza­ła, że Ra­fał wsta­je i pod­cho­dzi do okna. W na­pię­ciu cze­ka­ła na to, co usły­szy od te­ra­peu­ty.

Ale za­miast słów usły­sza­ła coś, cze­go się nie spo­dzie­wa­ła. Zna­jo­my dźwięk, ci­chy szum. Otwo­rzy­ła oczy i znów, ko­lej­ny raz w cią­gu ostat­nich mie­się­cy, po­my­śla­ła, że tra­ci ro­zum.

Ra­fał stał przy oknie od­wró­co­ny do niej ty­łem. Ręce trzy­mał w kie­sze­niach, a z jego ple­ców wy­ro­sły pięk­ne, mi­go­czą­ce de­li­kat­nym zło­tym bla­skiem, bia­łe skrzy­dła. Kor­ne­lia przy­po­mnia­ła so­bie, że kie­dyś czy­ta­ła o imie­niu Ra­fał. Ozna­cza­ło ono "Bóg ule­czy". Ta­kie imię no­sił rów­nież je­den z trzech ar­cha­nio­łów. W iko­no­gra­fii prze­waż­nie uka­zy­wa­ny ra­zem z Mi­cha­łem i Ga­brie­lem.

- Czy­li po­gło­ski o tym, że mój brat na­praw­dę się zmie­nia, są praw­dzi­we - po­wie­dział ci­cho i od­wró­cił gło­wę w kie­run­ku Kory.

Dziew­czy­na przez chwi­lę wpa­try­wa­ła się w nie­go, nie wie­rząc w to, co wi­dzi. Na­gle zro­zu­mia­ła, dla­cze­go było w Ra­fa­le coś zna­jo­me­go. Od­wró­cił się do niej. Jego skrzy­dła wy­peł­ni­ły całą prze­strzeń mię­dzy ścia­na­mi ga­bi­ne­tu.

- Prze­pra­szam, nie mo­głem wcze­śniej ci po­wie­dzieć. Nie mia­łem po­ję­cia, ile wiesz, ile pa­mię­tasz. Bo to, że ktoś grze­bał w cza­sie, wie­my już chy­ba obo­je.

Kor­ne­lia nie ode­zwa­ła się ani sło­wem, jej umysł pra­co­wał na naj­wyż­szych ob­ro­tach. Była wy­jąt­ko­wo spo­koj­na. Nie zwa­rio­wa­ła. Anio­ły ist­nia­ły. Gabe ist­niał. Był. Na­praw­dę był. Wciąż nie­ru­cho­mo sie­dząc na so­fie, po­czu­ła, że świat, któ­ry przez ostat­nie mie­sią­ce zda­wał się wi­ro­wać do­oko­ła niej jak sza­lo­ny, wła­śnie się za­trzy­mał. Znów mia­ła grunt pod no­ga­mi.

Ze­rwa­ła się i prze­bie­gła po­kój, i rzu­ci­ła się w ra­mio­na Ra­fa­ła. Ten ro­ze­śmiał się ci­cho. Kor­ne­lia po­my­śla­ła, że Gabe śmiał się w bar­dzo po­dob­ny spo­sób. Ra­fał ob­jął ją de­li­kat­nie. Cie­pło jego cia­ła i spo­koj­ne bi­cie jego ser­ca spra­wi­ły, że z jej oczu za­czę­ły ka­pać łzy.

- Hej. - Ra­fał od­su­nął ją od sie­bie i uniósł jej pod­bró­dek, tak żeby spoj­rza­ła mu w oczy. - Je­stem tu­taj dla cie­bie. Znaj­dzie­my go, obie­cu­ję. Uwierz mi, on nie znik­nął. Ciem­ność na pew­no z nie­go nie zre­zy­gno­wa­ła. Sko­ro ktoś zmie­nił rze­czy­wi­stość, to zna­czy, że w któ­rejś rów­no­le­głej rze­czy­wi­sto­ści znaj­dzie­my Ga­brie­la.

Kora otar­ła łzy wierz­chem dło­ni i zmarsz­czy­ła brwi.

- A co to zna­czy, prze­pra­szam, "w ja­kiejś rze­czy­wi­sto­ści"? - mruk­nę­ła.

Ra­fał uśmiech­nął się i prze­cią­gnął się lek­ko, kie­dy jego skrzy­dła scho­wa­ły się z szu­mem.

- Po­dej­mu­jąc de­cy­zję, wcho­dzisz na ścież­kę, z któ­rej nie mo­żesz już za­wró­cić. Mo­żesz ją mo­dy­fi­ko­wać, mo­żesz skrę­cać, ale nie za­wró­cisz. Ale to, że wy­bie­rasz szko­łę mu­zycz­ną za­miast szko­ły ba­le­to­wej, to, że spo­tkasz się z Jan­kiem, a nie z Pio­trem, nie spra­wia, że te inne moż­li­wo­ści zni­ka­ją. - Ra­fał za­wie­sił głos i za­pa­trzył się w prze­strzeń. - One tam gdzieś są, cza­sa­mi wra­ca­ją do was, do lu­dzi, w for­mie snów, krót­kich prze­bły­sków typu "a co by było, gdy­by...". To wła­śnie te od­pry­ski rze­czy­wi­sto­ści ktoś te­raz spryt­nie wy­ko­rzy­stał.

- Ciem­ność? - szep­nę­ła Kora i za­pa­trzy­ła się w za­la­ne słoń­cem uli­ce.

- Moż­li­we. - Ra­fał wzru­szył ra­mio­na­mi. - Za mało wie­my, żeby to oce­nić, ale... my­ślę, że mogę ci po­móc.

- Po­mo­żesz mi zna­leźć Ga­brie­la? - Głos Kory drżał z pod­eks­cy­to­wa­nia.

Ra­fał po­pa­trzył na nią prze­cią­gle i lek­ko ski­nął gło­wą.

- Po­mo­gę ci... w koń­cu to mój brat. - Je­den ką­cik jego ust po­wę­dro­wał w górę.

***

Ra­fał roz­ma­wiał przez te­le­fon, a Kora oszo­ło­mio­na wo­dzi­ła za nim wzro­kiem. Bała się, że je­śli tyl­ko spu­ści go z oczu, to on znik­nie.

- Kora? - Ra­fał usiadł w fo­te­lu i po­pa­trzył na nią uważ­nie. - Wszyst­ko okej?

Kora kiw­nę­ła gło­wą i się uśmiech­nę­ła. Pierw­szy raz od dwóch mie­się­cy mia­ła wra­że­nie, że na jej ser­cu i klat­ce pier­sio­wej nie sie­dzi coś cięż­kie­go. Mo­gła od­dy­chać. Nie wie­dzia­ła, gdzie jest Ga­briel, ale w koń­cu nie była sama...

- Tak, dzię­ku­ję. Czu­je się... do­brze. Te­raz za­czy­nam wie­rzyć, że po pro­stu bę­dzie do­brze.

- Koń­czy nam się czas. Na ra­zie nie chcę, że­by­śmy coś zmie­nia­li w try­bie, w ja­kim się spo­ty­ka­my - po­wie­dział. Kora lek­ko zmarsz­czy­ła brwi. - Nie zro­zum mnie źle, ale nie mamy po­ję­cia, co się sta­ło i kto za tym wszyst­kim stoi. Zo­ba­czy­my się za ty­dzień, ale mam dla cie­bie za­da­nie. Pro­szę, przy­po­mnij so­bie mo­men­ty w two­im ży­ciu, któ­re mia­ły zna­cze­nie. Za­sta­nów się nad tym do­brze. Może w ten spo­sób od­naj­dzie­my Ga­brie­la. - Wrę­czył jej wi­zy­tów­kę. - Tu masz mój nu­mer. Gdy­by coś się dzia­ło, da­waj znać.

- Dzię­ki. - Uśmiech­nę­ła się i scho­wa­ła kar­tecz­kę do to­reb­ki.

- Co z two­imi skrzy­dła­mi? - za­py­tał.

Sta­ra­ła się nie pa­trzeć mu w oczy.

- Są... gdzieś tam - mruk­nę­ła. - Nie mogę ich roz­ło­żyć, od­kąd nie ma Ga­brie­la.

- Wca­le mnie to nie dzi­wi. Przez ostat­nie mie­sią­ce wąt­pi­łaś we wszyst­ko, co od­kry­łaś... wbrew po­zo­rom wszyst­ko jest kwe­stią wia­ry - wes­tchnął i drgnął lek­ko, kie­dy jego te­le­fon ci­cho za­wi­bro­wał. - Okej, wi­dzi­my się za ty­dzień. - Uśmiech­nął się i jesz­cze raz uści­skał Korę. - Nie martw się, bę­dzie do­brze.

Kor­ne­lia wy­szła z ga­bi­ne­tu. Idąc scho­da­mi, za­sta­na­wia­ła się, czy to fak­tycz­nie praw­da. Za­le­wa­ło ją tyle sprzecz­nych uczuć, ale na­resz­cie coś czu­ła. W koń­cu zna­la­zła ja­kiś cel, sens i dro­gę, któ­rą mo­gła iść.

Gdy wsia­da­ła do sa­mo­cho­du mamy, nie mo­gła prze­stać się uśmie­chać.

- Oooo! Uśmiech. - Mag­da z uwa­gą wpa­try­wa­ła się w cór­kę.

- To była do­bra se­sja... dzię­ki, ma­muś. - Kora cmok­nę­ła Mag­dę w po­li­czek.

Ta sze­rzej otwo­rzy­ła oczy, ale nic nie po­wie­dzia­ła. W kor­ku moc­niej ści­snę­ła cór­kę za rękę.

- Cie­szę się, do­brze wi­dzieć cię taką oży­wio­ną.

***

Gabe le­żał na tra­wie i wpa­try­wał się w gwiaz­dy. Czuł swo­je mięk­kie skrzy­dła, któ­re ota­cza­ły go cia­sno. Nie mógł so­bie przy­po­mnieć, ile go­dzin mi­nę­ło od jego spo­tka­nia z Li­lith i dla­cze­go za­pa­dła już noc.

Przed ocza­mi miał wciąż Kor­ne­lię i po­chy­la­ją­ce­go się nad nią Ra­fa­ła. Wła­ści­wie miał ocho­tę się pod­dać. Miał na­dzie­ję, że od­naj­dzie Mi­cha­ła, może Arie­la, może ko­goś z po­mniej­szych. Nie Ra­fa­ła, nie po tym... Wes­tchnął i prze­cze­sał wło­sy, któ­re zro­bi­ły się dłuż­sze od cza­su, gdy tu tra­fił.

Nie chciał wra­cać do tam­tych wspo­mnień. Pa­mię­tał Pa­ryż i te sza­lo­ne cza­sy. Był taki... zły, taki wście­kły, zwłasz­cza na tych, któ­rzy po­zwo­li­li mu Upaść. Szu­kał jej. Cią­gle jej szu­kał i był, po raz ko­lej­ny, prze­ko­na­ny, że ją od­na­lazł.

Rok 1868. Wła­śnie uwiódł Ma­rie. Była taka mło­da, taka ufna i ła­two­wier­na. Wpa­try­wa­ła się w nie­go wiel­ki­mi zie­lo­ny­mi ocza­mi. Jej ja­sne rude wło­sy upię­te pod ka­pe­lu­szem ku­si­ły go. Na­wet w obec­no­ści tej nie­szczę­snej przy­zwo­it­ki nie mógł od­mó­wić so­bie przy­jem­no­ści do­ty­ka­nia jej. Kie­dy już miał ją w gar­ści, przez przy­pa­dek zo­rien­to­wał się, że w jej ży­ciu jest ktoś jesz­cze.

Ra­fał. Jego brat. Za­ko­cha­ny w Ma­rie po uszy. Szczę­śli­wy, z pla­na­mi na de­cy­zję, któ­ra mia­ła zmie­nić jego ży­cie na za­wsze. Ga­briel po­czuł, że to ide­al­ny mo­ment na ze­mstę.

W koń­cu i tak miał w pla­nach po­zbyć się Ma­rie. Wie­dział, kie­dy Ra­fał chce się oświad­czyć. Wcze­śniej wy­wa­bił ją z domu, wy­znał jej uczu­cie, po­ca­ło­wał ją i wte­dy na oczach bie­gną­ce­go w ich stro­nę Ra­fa­ła wbił jej szty­let w ser­ce. Wciąż pa­mię­tał jej wzrok, tak cał­ko­wi­cie bez­bron­ny i nie­ro­zu­mie­ją­cy.

A póź­niej roz­pę­ta­ło się pie­kło. Ból Ra­fa­ła, jego wście­kłość. Pra­wie za­bi­li się na­wza­jem. Gabe wciąż pa­mię­tał, jak mie­sią­ca­mi le­czył rany... A po wszyst­kim oka­za­ło się, że za­bił Ma­rie na próż­no. Osta­tecz­nie była ko­lej­ną po­mył­ką. A te­raz los lub Oj­ciec - nie był prze­ko­na­ny, któ­ra wer­sja mo­gła­by być gor­sza - wła­śnie z nie­go drwił.

Miał pew­ność, że je­śli Kor­ne­lia po­wie, kim jest, jego brat ją za­bi­je. On na miej­scu Ra­fa­ła wła­śnie tak by po­stą­pił. Ze­mścił­by się, żeby ten dru­gi mógł po­czuć jego ból.

Na samą myśl o tym rana za­czę­ła pul­so­wać tę­pym bó­lem. Skrzy­wił się lek­ko i syk­nął. Je­den z pil­nu­ją­cych go Upa­dłych czuj­nie uniósł gło­wę. Ga­briel nie­na­wi­dził tego, jak bar­dzo czuł się bez­bron­ny.

Nie mógł nic zro­bić, był to­tal­nie bez­u­ży­tecz­ny.

Rozdział 5

Kor­ne­lia sie­dzia­ła na ta­ra­sie, wpa­tru­jąc się w pro­mie­nie za­cho­dzą­ce­go słoń­ca. Cie­pły, lip­co­wy wie­czór za­chę­cał do ak­tyw­no­ści, ze­wsząd do­cho­dzi­ły gło­sy są­sia­dów, ktoś pa­lił gril­la, ktoś za­pę­dzał dzie­ci do ką­pie­li. Kora trzy­ma­ła w rę­kach ku­bek z her­ba­tą, usi­łu­jąc sku­pić się na za­da­niu, któ­re dał jej Ra­fał. Ju­tro mia­ła się z nim spo­tkać i mu­sia­ła wie­dzieć, w któ­rą stro­nę po­win­na się udać.

Przez ostat­nie dni wer­to­wa­ła pa­mięt­ni­ki, spi­sy­wa­ła wy­da­rze­nia, któ­re jej zda­niem mia­ły wpływ na to, że jej ży­cia po­to­czy­ło się tak, a nie ina­czej. Mia­ła kil­ka po­my­słów, ale nie była pew­na, czy to nie śle­pe ulicz­ki. Jej te­le­fon za­wi­bro­wał ci­cho i Kor­ne­lia zer­k­nę­ła na wy­świe­tlacz.

Ra­fał:

Wi­dzi­my się ju­tro, ubierz się wy­god­nie i nie martw się. Wszyst­ko bę­dzie do­brze. R.

Kora:

OK, dzię­ki.

Wy­sła­ła i uśmiech­nę­ła się.

- Na­wet nie wiesz, jak do­brze cię wi­dzieć taką... nor­mal­ną - wes­tchnął Łu­kasz i usiadł cięż­ko na fo­te­lu obok cór­ki. Od­krę­cił bu­tel­kę z pi­wem i po­cią­gnął kil­ka ły­ków. - Nie cier­pię ko­sze­nia tra­wy - wes­tchnął.

- A jesz­cze rok temu chcia­łeś so­bie ku­pić trak­tor - za­śmia­ła się Kora.

- A to co in­ne­go, to wyż­sza pół­ka, moja dro­ga, wyż­sza pół­ka. Z kim roz­ma­wia­łaś?

- Z Ali­cją. Ju­tro po te­ra­pii idzie­my na za­ku­py i do kina, tak że... pew­nie będę póź­no - po­wie­dzia­ła szyb­ko, mo­dląc się w du­chu, żeby ta wy­mów­ka wy­star­czy­ła. Li­czy­ła, że bę­dzie mia­ła wy­star­cza­ją­co dużo cza­su na wy­pra­wę z Ra­fa­łem.

- Su­per, ja ju­tro je­stem w domu. Weź mój sa­mo­chód.

- Dzię­ki, tato.

- A po­wiedz mi, jaki jest ten te­ra­peu­ta? Jak on się na­zy­wa? Gór­ski...?

- Gó­rec­ki, Ra­fał. Jest cier­pli­wy i umie słu­chać. Mimo wszyst­ko cie­szę się, że mama mnie do tego zmu­si­ła.

- Cza­sa­mi spo­ty­ka nas to, co jest dla nas ide­al­ne, ale nie­ko­niecz­nie mie­ści się w na­szych wy­obra­że­niach czy ma­rze­niach - mruk­nął Łu­kasz, wpa­tru­jąc się w mu­chę, któ­ra upar­cie chcia­ła wle­cieć do bu­tel­ki.

- Idę się ką­pać i do spa­nia. Do­bra­noc, tato - po­wie­dzia­ła i cmok­nę­ła go w po­li­czek.

- Śpij do­brze - od­po­wie­dział.

Ale Kor­ne­lia jesz­cze dłu­go nie mo­gła za­snąć. Była zde­ner­wo­wa­na i pod­eks­cy­to­wa­na. Wciąż się bała, że gdy się rano obu­dzi, znów wszyst­ko oka­że się tyl­ko wy­two­rem jej wy­obraź­ni. Kie­dy w koń­cu zmo­rzył ją sen, śni­ło jej się, że goni Ga­brie­la. Mia­ła go przed sobą, a gdy wy­cią­ga­ła do nie­go ręce, zni­kał. Wi­dzia­ła jego pięk­ne, sza­re skrzy­dła, na któ­re prze­cież dane jej było pa­trzeć tyl­ko przez uła­mek se­kun­dy.

Kie­dy się obu­dzi­ła, wciąż z jego imie­niem na ustach, wes­tchnę­ła i po­czu­ła dresz­czyk emo­cji. Zja­dła śnia­da­nie i prze­mę­czy­ła się kil­ka ko­lej­nych go­dzin, cze­ka­jąc na porę wyj­ścia z domu. Wło­ży­ła dłu­gą spód­ni­cę, wciąż mia­ła pro­blem z po­ka­zy­wa­niem nóg, i ba­weł­nia­ną bluz­kę. Wło­sy spię­ła w wy­so­kie­go ku­cy­ka i zer­k­nę­ła na sie­bie w lu­strze. Nie wy­glą­da­ła już tak prze­raź­li­wie bla­do jak kil­ka ty­go­dniu temu, a w oczach nie mia­ła już tej bez­brzeż­nej roz­pa­czy. Po­cią­gnę­ła rzę­sy tu­szem i ode­tchnę­ła. Zbie­gła lek­ko na dół i wy­cią­gnę­ła z por­ce­la­no­wej wazy z przed­po­ko­ju klu­czy­ki do Suva ojca.

- Mamo, jadę na te­ra­pię, po­tem je­dzie­my z Alą do kina, pew­nie będę wie­czo­rem! - za­wo­ła­ła.

- Baw­cie się do­brze, skar­bie! - usły­sza­ła głos Mag­dy do­bie­ga­ją­cy z sy­pial­ni.

- Paaa! - od­po­wie­dzia­ła.

Była tak pod­eks­cy­to­wa­na, że do ga­bi­ne­tu do­tar­ła po­nad pół go­dzi­ny przed cza­sem. Re­cep­cjo­nist­ka uśmiech­nę­ła się do niej pro­fe­sjo­nal­nym uśmie­chem i oznaj­mi­ła, że oczy­wi­ście może po­cze­kać. Po­da­ła jej szklan­kę wody, a Kora nie­cier­pli­wie za­czę­ła prze­rzu­cać le­żą­ce na sto­li­ku cza­so­pi­sma. Co chwi­lę ner­wo­wo zer­ka­ła na ze­ga­rek, któ­ry wy­da­wał się cho­dzić nie­moż­li­wie wol­no.

Po pół­go­dzi­nie męki z ga­bi­ne­tu Ra­fa­ła wy­szedł star­szy pan i ski­nął gło­wą re­cep­cjo­ni­st­ce. Ta po chwi­li po­sła­ła dziew­czy­nie uśmiech i po­wie­dzia­ła:

- Za­pra­szam, Kor­ne­lio.

Kora ze­rwa­ła się jak opa­rzo­na z fo­te­la. We­szła do ga­bi­ne­tu Ra­fa­ła i za­mknę­ła za sobą drzwi. Zo­ba­czy­ła ar­cha­nio­ła sto­ją­ce­go przy biur­ku. Za­mknął wła­śnie no­tat­nik i scho­wał go do szu­fla­dy. Rów­nież ubra­ny był swo­bod­niej niż zwy­kle. Ja­sne chi­no­sy, sne­aker­sy i ko­szu­la w de­li­kat­ny wzo­rek wy­glą­da­ły jak zwy­kle świet­nie. Ra­fał uśmiech­nął się, uno­sząc na nią wzrok.

- Cześć, jak się czu­jesz?

- Dziw­nie? Strasz­nie się de­ner­wu­ję. - Kora opa­dła na ka­na­pę.

- Już ci wszyst­ko wy­ja­śniam.

Ra­fał ob­szedł biur­ko i przy­siadł na jego brze­gu. Ko­rze prze­mknę­ło przez myśl, że po­win­na go za­py­tać, czy jest w jego ży­ciu ktoś rów­nie waż­ny jak dla niej Ga­briel. Czy to tyl­ko oni są ja­kąś to­tal­ną ano­ma­lią? Po­wstrzy­ma­ła się i sku­pi­ła się na jego oczach.

- Po­dró­że mię­dzy wy­mia­ra­mi nie na­le­żą do ła­twych i przy­jem­nych. Ale je­steś ze mną, więc i tak po­ło­wę pro­ble­mu mamy z gło­wy. Ty mu­sisz być sku­pio­na, ja zaj­mę się resz­tą. Masz ja­kieś wspo­mnie­nia?

Kora kiw­nę­ła gło­wą.

- Nie mów mi o nich. Miej je w gło­wie, one same nami po­kie­ru­ją.

- Ile może nas nie być?

- Trud­no po­wie­dzieć, cza­sa­mi to trwa pięć mi­nut, cza­sa­mi kil­ka go­dzin. W od­pry­skach rze­czy­wi­sto­ści czas jest po­ję­ciem bar­dzo względ­nym. Pa­mię­taj, że nikt nas nie bę­dzie wi­dział... i, Kora - przez chwi­lę się za­wa­hał - pa­mię­taj, że to, co zo­ba­czysz... to się nie wy­da­rzy­ło i się nie wy­da­rzy... ale mu­sisz być go­to­wa na róż­ne wer­sje sie­bie... i jesz­cze róż­niej­sze wer­sje Ga­brie­la.

- Chcesz mnie prze­stra­szyć czy uspo­ko­ić? - jęk­nę­ła i po­dra­pa­ła się po czo­le.

- Może jed­no i dru­gie. - Ra­fał wzru­szył ra­mio­na­mi. - Okej, nie ma na co cze­kać - po­wie­dział i sta­nął na środ­ku ga­bi­ne­tu.

Za jego ple­ca­mi z ci­chym szu­mem wy­ło­ni­ły się jego skrzy­dła. Kor­ne­lia wpa­try­wa­ła się w nie jak za­cza­ro­wa­na. Chło­nę­ła ich blask i nie­ludz­kie pięk­no.

- Chodź do mnie - usły­sza­ła głos Ra­fa­ła.

Au­to­ma­tycz­nie wsta­ła i po­de­szła do nie­go. Zo­ba­czy­ła jego lek­ko uba­wio­ną minę i uśmiech­nę­ła się prze­pra­sza­ją­co.

- Wy­bacz, już się sku­piam! - Uśmie­chem pró­bo­wa­ła za­ma­sko­wać zmie­sza­nie.

- Obej­muj mnie w pa­sie i moc­no trzy­maj. Naj­le­piej za­mknij oczy. Nie umiem ci po­wie­dzieć, czy to bę­dzie miłe uczu­cie, czy nie. To tro­chę jak lot, ale... w cza­so­prze­strze­ni.

Kor­ne­lia mruk­nę­ła coś nie­zro­zu­mia­le i nie­pew­nie go ob­ję­ła. Był od niej dużo wyż­szy, wyż­szy na­wet niż Ga­briel, tak że się­ga­ła mu rap­tem w oko­li­ce most­ka. Za­dar­ła gło­wę i zo­ba­czy­ła jego brą­zo­we oczy, któ­re uważ­nie się w nią wpa­try­wa­ły.

- Wszyst­ko okej? - za­py­ta­ła ci­cho.

Czu­ła jego dło­nie na swo­jej ta­lii.

- To ra­czej ja po­wi­nie­nem cię o to spy­tać. - Uśmiech­nął się i przy­cią­gnął ją bli­żej. - Le­piej za­mknij oczy. Go­to­wa?

- Bar­dziej go­to­wa nie będę - mruk­nę­ła Kora i za­ci­snę­ła po­wie­ki, a póź­niej rze­czy­wi­stość za­drga­ła lek­ko.

Rozdział 6

Kor­ne­lia czu­ła szum w uszach i pęd po­wie­trza, któ­ry nie­jed­no­krot­nie za­pie­rał jej dech w pier­siach. Uścisk Ra­fa­ła był pew­ny, a jego ser­ce biło spo­koj­nie i mia­ro­wo. Sły­sza­ła je, gdy przy­ci­ska­ła gło­wę do jego pier­si. Mia­ła wra­że­nie, że lot trwał go­dzi­ny, a po­tem w kil­ka se­kund wszyst­ko usta­ło.

Kora po­czu­ła, że jej nogi do­ty­ka­ją pod­ło­gi. Ra­fał zwol­nił lek­ko uścisk, a jego skrzy­dła scho­wa­ły się z ci­chym szu­mem.

- Gdzie je­ste­śmy? - za­py­tał ją ci­cho.

Ro­zej­rza­ła się uważ­nie po prze­strze­ni, w któ­rej wy­lą­do­wa­li, i zmru­ży­ła oczy.

- W pew­nym mo­men­cie, za­nim po­szłam do li­ceum, za­sta­na­wia­łam się, czy nie iść do kla­sy biol-chem... my­śla­łam o me­dy­cy­nie. - Wzru­szy­ła bez­rad­nie ra­mio­na­mi i prze­szła przez bia­ły ko­ry­tarz. Zer­k­nę­ła na drzwi i zmarsz­czy­ła brwi: - Je­ste­śmy w Uni­wer­sy­tec­kim Cen­trum Kli­nicz­nym. W Uni­wer­sy­tec­kim Cen­trum Kli­nicz­nym... w Gdań­sku.

Prze­szli bez­sze­lest­nie przez drzwi i na­gle usły­sze­li ka­ko­fo­nię dźwię­ków, kwi­le­nie dzie­ci, stu­kot cho­da­ków i prze­raź­li­wy krzyk ko­bie­ty. Kora z wa­ha­niem po­de­szła do drzwi, zza któ­rych sły­chać było krzy­ki. W tym sa­mym mo­men­cie te uchy­li­ły się i po­ja­wi­ła się w nich blond gło­wa:

- Aga! Za­wo­łaj dok­tor Or­łow­ską, ro­dzi­my, niech szyb­ko przyj­dzie! - za­wo­ła­ła ko­bie­ta do idą­cej ko­ry­ta­rzem mło­dej pie­lę­gniar­ki. Ta kiw­nę­ła gło­wą i pu­ści­ła się bie­giem, omi­ja­jąc lu­dzi sto­ją­cych na ko­ry­ta­rzu.

- Je­steś le­kar­ką. No, no. - Ra­fał się uśmiech­nął.

Kora wpa­try­wa­ła się w miej­sce, w któ­rym znik­nę­ła pie­lę­gniar­ka. Bała się zo­ba­czyć sie­bie. Kil­ka dłu­gich se­kund póź­niej uj­rza­ła sie­bie nie-sie­bie. Mia­ła nie­dba­le spię­te na czub­ku gło­wy, wciąż ciem­ne wło­sy. Szła szyb­ko ko­ry­ta­rzem w bia­łym, ele­ganc­kim le­kar­skim uni­for­mie. Kie­dy mi­ja­ła Korę, ta zo­ba­czy­ła, że na twa­rzy jej star­szej wer­sji, tak samo zna­jo­mej jak zwy­kle, po­ja­wi­ło się kil­ka zmarsz­czek. Ta dru­ga mia­ła na so­bie lek­ki ma­ki­jaż, któ­ry nie rzu­cał się w oczy.

Le­kar­ka otwo­rzy­ła drzwi i z uśmie­chem rzu­ci­ła:

- No i jak tam, dziew­czy­ny dro­gie?

- Ro­dzi­my głów­kę... - usły­sza­ła głos po­łoż­nej.

Dal­szą część zda­nia za­głu­szył prze­raź­li­wy krzyk ro­dzą­cej ko­bie­ty. Ra­fał do­tknął de­li­kat­nie ra­mie­nia Kory.

- Okej? Idzie­my do środ­ka? - za­py­tał.

Kora, wciąż nie mo­gąc nic po­wie­dzieć, kiw­nę­ła gło­wą.

- Wej­dzie­my tak, że­by­śmy... no, nie wi­dzie­li może... - za­czął du­kać.

Par­sk­nę­ła śmie­chem i pew­niej­szym kro­kiem wśli­zgnę­ła się do sali, omi­ja­jąc wzro­kiem miej­sce, w któ­rym po­chy­lo­na była po­łoż­na.

- Do­brze, Ewa. Te­raz od­dy­chaj płyt­ko - za­ko­men­de­ro­wa­ła Kora, ob­ser­wu­jąc pra­cę po­łoż­nej.

- Nie dam rady - jęk­nę­ła pa­cjent­ka.

- Świet­nie ci idzie - do­da­ła Kor­ne­lia i z uwa­gą śle­dzi­ła to, co dzia­ło się mię­dzy no­ga­mi ko­bie­ty.

- Przyj! - krzyk­nę­ła po­łoż­na. - I chwi­lę póź­niej w sali sły­chać było krzyk, tym ra­zem dziec­ka, któ­re mięk­ko wy­lą­do­wa­ło na pier­si mamy.

- Gra­tu­la­cje, ma pani có­recz­kę!

Zmę­czo­na mama uśmiech­nę­ła się i przy­tu­li­ła cór­kę do po­licz­ka. Kor­ne­lia przy­pa­try­wa­ła się ca­łej sy­tu­acji z nie­usta­ją­cym zdzi­wie­niem. Ob­ser­wo­wa­nie po­ro­du było już abs­trak­cją, a ob­ser­wo­wa­nie sie­bie z per­spek­ty­wy oso­by trze­ciej było to­tal­nie osza­ła­mia­ją­ce.

Chwi­lę póź­niej uro­dzi­ło się ło­ży­sko, a Kora-le­kar­ka skon­tro­lo­wa­ła wszyst­ko i umo­ści­ła się mię­dzy no­ga­mi świe­żo upie­czo­nej mamy.

- Te­raz pa­nią znie­czu­lę i za­ło­żę szwy - po­wie­dzia­ła sku­pio­na.

- Ona chy­ba chce jeść - stwier­dzi­ła z wa­ha­niem mło­da mama, pa­trząc, jak jej cór­ka za­czy­na szu­kać bu­zią dro­gi do jej pier­si.

- Ula, po­móż przy­sta­wić małą. To nor­mal­ne, je­śli tyl­ko dziec­ko chce, niech je. Damy wam czas.

- Ma pani dzie­ci? - za­py­ta­ła Ewa. Ob­ser­wo­wa­ła nowo na­ro­dzo­ną cór­kę przy­sy­sa­ją­cą się do pier­si.

Kor­ne­lia uśmiech­nę­ła się lek­ko i jej twarz się roz­pro­mie­ni­ła.

- Mam pię­cio­let­nie­go syn­ka. Ma na imię Ga­briel.

Kor­ne­lia po­czu­ła, że bra­ku­je jej tchu. Zer­k­nę­ła na Ra­fa­ła, któ­ry ob­ser­wo­wał ją z uwa­gą.

- Od­dy­chaj. Od­dy­chaj - usły­sza­ła jego spo­koj­ny głos.

Sta­ra­ła się uspo­ko­ić ner­wo­wy od­dech. Za­mknę­ła oczy i kie­dy je otwo­rzy­ła, oka­za­ło się, że jest w ci­chym i przy­tul­nym miesz­ka­niu. Wiel­kie okna wy­cho­dzi­ły na mo­rze. Ci­che i spo­koj­ne lek­ko fa­lo­wa­ło.

- Jak się tu zna­leź­li­śmy? - za­py­ta­ła, pa­trząc na sie­dzą­ce­go w fo­te­lu Ra­fa­ła.

- Kie­dy za­czę­łaś się hi­per­wen­ty­lo­wać, na­gle prze­nie­śli­śmy się tu­taj. My­ślę, że to bę­dzie się dzia­ło au­to­ma­tycz­nie. Bę­dzie­my wpa­dać w róż­ne mo­men­ty in­nych rze­czy­wi­sto­ści, zwią­za­ne cały czas z jed­ną tobą.

- Gdzie te­raz jest... je­stem?

- Usy­piasz Ga­bry­sia. Tyl­ko znów nie spa­ni­kuj - uprze­dził ją. Kora kiw­nę­ła gło­wą.

- Dru­gie drzwi na pra­wo - wes­tchnął Ra­fał i za­mknął oczy. - Ja już dużo wiem, ale to ty mu­sisz się do­wie­dzieć resz­ty.

Kor­ne­lia nie­pew­nie ru­szy­ła ciem­nym ko­ry­ta­rzem i prze­szła przez uchy­lo­ne ja­sne drzwi.

- ...wte­dy wła­śnie mała mysz­ka przy­tu­li­ła się do mamy i bez­piecz­nie za­snę­ła w jej ra­mio­nach.

- Mamo, nie chcę spać - mruk­nął chło­piec.

Kor­ne­lia znów po­czu­ła w uszach zna­jo­my szum, ale sta­ra­ła się nad nim za­pa­no­wać. Chło­piec miał ja­sne wło­sy, któ­re dłuż­szy­mi fa­la­mi opa­da­ły mu wo­kół twa­rzy, oraz nie­bie­skie oczy, do­kład­niej sza­ro-nie­bie­skie. Kie­dy w pew­nym mo­men­cie ro­zej­rzał się po po­ko­ju, jego wzrok prze­śli­zgnął się po niej. Kor­ne­lia z wra­że­nia usia­dła koło łóż­ka.

Nie wie­dzia­ła, ile cza­su sie­dzia­ła i pa­trzy­ła na dziec­ko. Naj­pierw na to, jak ona - jako mat­ka - przy­tu­la je, tuli i usy­pia. Póź­niej sie­dzia­ła i wpa­try­wa­ła się w ma­łe­go Ga­brie­la.

- Kora... - usły­sza­ła nad sobą głos Ra­fa­ła. - Ona już śpi, za­snę­ła u sie­bie w sy­pial­ni. Mo­żesz te­raz szyb­ko wejść w jej świa­do­mość. Kor­ne­lia kiw­nę­ła gło­wą i pod­nio­sła się z nóg.

- Chodź­my - po­wie­dzia­ła.

Wte­dy na­gle usły­sza­ła ci­che skrzyp­nię­cie. Póź­niej okno uchy­li­ło się, a na fra­mu­dze po­ja­wi­ła się mę­ska dłoń. Kor­ne­lia i Ra­fał za­mar­li. Nikt ich nie wi­dział, ale... prze­cież ktoś wła­śnie wła­my­wał się do domu...

- Co ro­bi­my? - mruk­nę­ła do Ra­fa­ła.

- Cze­kaj... Mam dziw­ne wra­że­nie, że to...

- Gabe - jęk­nę­ła Kora i za­sło­ni­ła so­bie usta dło­nią.

- Kora, bła­gam cię - mruk­nął jej do ucha Ra­fał. - Ja wiem, że je­ste­śmy je­dy­nie pro­jek­cją, ale to jed­nak Gabe i nie wie­my...

Tym­cza­sem anioł wsu­nął się bez­sze­lest­nie do po­ko­ju i za­mknął za sobą okno. Na chwi­lę za­stygł bez ru­chu, na­słu­chu­jąc. Kie­dy upew­nił się, że nikt nie bę­dzie mu prze­szka­dzał, pod­szedł i uklęk­nął koło śpią­ce­go chłop­ca.

- Cześć, ma­leń­ki. Tę­sk­ni­łem za tobą - szep­nął i po­ca­ło­wał chłop­ca w czo­ło.

Przez chwi­lę tu­lił syna, a po­tem ci­cho za­czął nu­cić:

How can I say this wi­tho­ut bre­aking

How can I say this wi­tho­ut ta­king over

How can I put it down into words

When it's al­most too much for my soul alo­ne

I lo­ved, and I lo­ved and I lost you

I lo­ved, and I lo­ved and I lost you

I lo­ved, and I lo­ved and I lost you...1*

Kor­ne­lia po­czu­ła, że po po­licz­kach ka­pią jej łzy. Mie­li z Ga­brie­lem dziec­ko. Tyl­ko dla­cze­go Gabe wła­ści­wie wła­my­wał się, żeby się z nim zo­ba­czyć? Co się sta­ło?

Po ja­kimś cza­sie anioł uca­ło­wał syna i wy­pro­sto­wał się. Kora zo­ba­czy­ła, że wy­glą­da jak wte­dy, kie­dy wi­dzia­ła go po raz ostat­ni. Był zmę­czo­ny, z wor­ka­mi pod ocza­mi, na po­licz­ku miał bia­łą bli­znę. Zna­jo­mym ge­stem prze­cze­sał wło­sy, któ­re, po­dob­nie jak u jego ma­łej ko­pii, lek­ko opa­da­ły mu na twarz.

Ci­cho otwo­rzył drzwi. Po­ru­sza­jąc się pew­nie, sta­nął w drzwiach sy­pial­ni. Pani dok­tor usnę­ła z książ­ką w ręce. Gabe pod­szedł do niej i odło­żył książ­kę na pół­kę. De­li­kat­nie przy­krył ko­bie­tę koł­drą, a póź­niej po­ło­żył się koło niej i przy­tu­lił się do niej.

- Cześć, ma­leń­ka - szep­nął. - Tę­sk­ni­łem za tobą.

Nie­spo­koj­nie po­ru­szy­ła się we śnie.

- Ciiiiiii... to tyl­ko sen - szep­nął ła­mią­cym się gło­sem Gabe. - Śpij.

Od­prę­ży­ła się, a Ga­briel wtu­lił się w nią i za­mknął oczy. Kor­ne­lia roz­ło­ży­ła ręce i na­po­tka­ła rów­nie zdzi­wio­ny wzrok Ra­fa­ła.

- Po­wiesz mi, co się tu dzie­je?

- Nie mam po­ję­cia - mruk­nął. - Ale to strasz­nie dziw­ne. Spró­buj wziąć ją za rękę. Po­win­naś coś zo­ba­czyć. Może ja­kieś wspo­mnie­nia, szcze­gó­ły.

- Boję się...

- Wiem, ale ina­czej to bez sen­su.

Kiw­nę­ła gło­wą i po­de­szła po­wo­li do łóż­ka. Wy­cią­gnę­ła drżą­cą rękę, do­tknę­ła dru­giej sie­bie. Oto­czy­ła ją ciem­ność, a póź­niej ob­ra­zy za­czę­ły prze­ska­ki­wać jej przed ocza­mi. Zo­ba­czy­ła ich. Jak po­zna­ją się w cza­sie jed­nej z im­prez w aka­de­mi­ku. Po­cząt­ko­wo ta re­la­cja nie róż­ni­ła się od tego, co sama prze­szła. Gabe chciał wy­ko­nać swo­ją mi­sję, a póź­niej zmie­nił zda­nie.

Przez ja­kiś czas byli ra­zem. Kor­ne­lia za­szła w cią­żę, a Ga­briel sta­nął przed tra­gicz­nym wy­bo­rem. Jego prze­mia­na już się roz­po­czę­ła. Ciem­ność to czu­ła. Nie miał wy­bo­ru. Mógł albo słu­żyć Ciem­no­ści i za­pew­nić Ko­rze ochro­nę, albo ska­zać ją na śmierć. Ją i dziec­ko. Dla­te­go zde­cy­do­wał się na bar­dzo ry­zy­kow­ny, wręcz sa­mo­bój­czy krok. Za­warł z Ciem­no­ścią pakt. On na za­wsze miał zo­stać na jej roz­ka­zy, w za­mian za to Kora mia­ła być bez­piecz­na. Ona i dziec­ko. Ale to nie było wszyst­ko. Ga­briel zmie­nił jej wspo­mnie­nia. Mu­sia­ła za­po­mnieć o wszyst­kim. O anio­łach, o Ciem­no­ści. I o nim.

Mia­ła pa­mię­tać chło­pa­ka, z któ­rym za­szła w cią­żę i któ­re­go bar­dzo ko­cha­ła. A któ­ry zgi­nął w wy­pad­ku sa­mo­cho­do­wym. Ży­cie. To zda­rza się każ­de­go dnia.

Kor­ne­lia gło­śno zła­pa­ła po­wie­trze.

- Nie ucie­kaj - usły­sza­ła gdzieś w prze­strze­ni głos Ra­fa­ła. - Mu­sisz wie­dzieć wszyst­ko.

Sku­pi­ła się i moc­niej ści­snę­ła śpią­cą Korę za rękę. Na­gle zna­la­zła się we wspo­mnie­niach Ga­brie­la. Po­czu­ła ból, któ­ry zwa­lał z nóg. Tak jak­by ktoś wy­ry­wał mu ser­ce. Ob­raz przez chwi­lę za­czął wi­ro­wać, a oni zna­leź­li się znów w tym sa­mym miesz­ka­niu. Gabe stał i cia­sno przy­tu­lał do sie­bie Korę. Dziew­czy­na uśmiech­nę­ła się lek­ko i po­pa­trzy­ła mu w oczy.

- Mały chy­ba kop­nął - za­śmia­ła się i bez­wied­nie chwy­ci­ła za brzuch. Gabe od­su­nął ją od sie­bie i przy­ci­snął dłoń do jej brzu­cha.

- Chło­piec - szep­nął.

[...]

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.

1 "Hurts like hell", Fleu­rie.