Przełożony Igora z wyglądu był zwykłym, przeciętnym, sympatycznym facetem, ale na oddziale lubił porządek i zawsze przechodził do konkretów.
- Jak zawsze, mój drogi, co rano chwytaj byka za rogi...
- Już do was doszły informacje, że dziś w nocy cały szpital był poruszony nocnym zamachem na jednego z sowieckich oficerów? - zapytał siedzący za biurkiem Smirnof.
Pułkownik Jaslen Szmelberg był dużo starszy i mógłby być ojcem Igora. Miał pięćdziesiąt trzy lata i był obecnie najstarszym stopniem lekarzem w szpitalu. Nigdy nie został komendantem szpitala, bo jego pochodzenie w dokumentach było mało czytelne. Matka: "nieznana", ojciec: "Szmelberg". I adnotacja: "noworodek przyniesiony z ulicy; opaska na nodze z nazwiskiem ojca". Ponieważ był sierotą, to państwo zadbało, żeby nigdy nie był sam, i nadano mu imię Jaslen na cześć towarzysza Lenina. Wszyscy do niego zwracali się po imieniu, ale zdarzało się, że niektórzy nazywali go Jasiek.
- O tym też słyszałem, ale doszły mnie informacje o waszym bohaterstwie. Z samego rana poinformował mnie ordynator Tucholski. Chwalił was, że bez zastanowienia oddaliście krew naszej ważnej pacjentce.
- Każdy na moim miejscu zrobiłby to samo - odpowiedział skromnie Igor.
- Nie każdy, nie każdy. Mam coś dla was, Smirnof. - Przełożony wyjął tabliczkę markowej czekolady i położył ją przed młodszym lekarzem. - To dla was. Dużo dobrych elementów we krwi straciliście, teraz uzupełnijcie swoje braki.
- Dzięki, ale nie trzeba - rzekł skromnie Smirnof.
- Trzeba, trzeba. Obiecałem mojemu stryjowi Hubertowi, że będę opiekował się wami. Sam wiesz, że u mnie "słowo droższe diamentów". - Jaslen chwilkę zamyślił się i dodał: - Zresztą to powiedzenie też jest autorstwa mojego stryja, a dzisiaj na oddziale nie potrzeba nam dwóch lekarzy, dlatego idźcie odpocząć do domu, "Smirek".
Igor przełamał czekoladę na pół i jedną część schował do kieszeni, drugą odsunął w stronę swojego szefa.
- Doktorze Jasiek, tylko pod warunkiem, że połowa czekolady dla was, a co do pójścia do domu, to nie mogę pozostawić mojego mentora i powiernika, żeby sam rządził na oddziale - uśmiechnął się Igor. - Poza tym ostatniej nocy na dyżur wezwałem Krzysztofa. Krótko przed wami wyszedł. Rozmawialiśmy z Krzyśkiem, że nie ma lepszego szefa w całym szpitalu.
- Przesadzacie. Od dzisiaj jest Tucholski. Zawsze była z niego taka "ciotka", a dzisiaj rano wydawał się jakiś taki pewniejszy i jakiś odmieniony, uśmiechnięty i miły. Coś chyba sobie w nocy na dyżurze pociągnął...
- Też to zauważyłem i wszyscy z podziwu nie mogą wyjść, ale to z powodu tej młodej radzieckiej pielęgniarki. Dał jej wolną rękę przy transfuzji bezpośredniej. Byłem świadkiem jak Zygmunt osobiście stwierdził, że za długo Ławrową jego koledzy nadzorują.
- Odważnie i mądrze - skomentował Jaslen. - Nie znam tam ich wszystkich z nazwisk. Ławrowa to ta "Maszka sierota"? - powiedział to tylko dla zasady, gdyż doskonale wiedział, kim jest dziewczyna, o której rozmawiali.
- Tak, to jest dokładnie ta pielęgniarka - przytaknął podwładny.
Po chwili postanowił dopytać szefa o więcej szczegółów.
- A wiecie może, dlaczego mówią na nią "sierota"?
- Pewnie, że wiem - powiedział Jaslen. - Jej rodzice pracowali w instytucie nowych technologii nad bronią chemiczną. Według oficjalnej wersji zdarzeń projekt wymknął się spod kontroli i znaleziono ich pewnego ranka martwych w pomieszczeniu badań za śluzą dezynfekcyjną. Wyglądało to na błąd w sztuce, jakby podczas badań czegoś nie dopatrzyli i struli się śmiertelnie. Znałem jej rodziców. Według mojego stryja, który ma szerokie znajomości, to była zaplanowana akcja usunięcia ludzi niewygodnych, bo świadomie opóźniali ważny i bardzo niebezpieczny dla ludzkości projekt... Ale to tak między nami.
Masza była wtedy małym dzieckiem, mogła mieć ze trzy lata. Zna i wierzy w oficjalną wersję i niech tak pozostanie, doktorze Smirnof.
- Tak jest, obywatelu pułkowniku.
- Spocznijcie majorze, spocznijcie. Jesteście dla mnie jak syn. Miałem raz okazję osobiście poznać waszego ojca i matkę.
- A co z mężem Maszy? - zapytał Igor bardzo ciekawy odpowiedzi.
- Z jakim tam mężem? To była mistyfikacja.
- Jak to? Ławrowa nie ma męża? - powiedział z uśmiechem młody lekarz.
- Co wam tak wesoło, jak pytacie o tę dziewczynę?
- Pułkowniku, ja ją polubiłem... Dobra jest, mądra i...
- I co? Podoba się - powiedział zadowolony Jaslen, jakby o swojej córce mówił.
- Tak - pokiwał głową Igor. - Będę szczery z wami i powiem wprost. Bardzo mi się podoba.
- Nie dziwię się. Oprócz nieprzeciętnej urody jest bardzo wysportowana i ma świetną pamięć. Potrafi idealnie odwzorować widziane obrazy. Kiedyś osobiście zrobiłem taki mały teścik na Maszy. Gdy pierwszy raz weszła ze mną tutaj, do naszego pokoju lekarskiego, powiedziałem: "rozejrzyj się i zobacz, ile tutaj tego wszystkiego mamy", a później po wyjściu przed gabinet zapytałem, czy wie, gdzie leży zszywacz do kartek. Jej odpowiedź brzmiała niesamowicie precyzyjnie: "Jeden, czerwony, leży w pierwszej szufladzie biurka przykryty do połowy szarym notatnikiem, a drugi, niklowany, leży na lewej górnej części blatu biurka". Liczyłem, że wskaże tylko ten niklowany, ale przechadzając się po naszym pokoju, dostrzegła też drugi, czerwony, w rozchylonej na parę centymetrów szufladzie. Więcej mi nie było trzeba do potwierdzenia informacji w wystawionej przez psychologa opinii o ponadprzeciętnych możliwościach poznawczych Maszy. Miło mi słyszeć, że "sierota" spodobała się wam... Pasujecie do siebie, bo wy, Smirnof jesteście perfekcyjnie wyszkoleni i chcę, żebyś wiedział, że wspominając teraz o tym nie mam na myśli Cambridge. - Mówiąc to, podszedł do Igora, który spoważniał, bo nie wiedział, w jakim kierunku rozmowa zmierza.
Młody lekarz próbował ignorować to, co usłyszał, ale ordynator stanął naprzeciw niego i patrzył chłopakowi w oczy, obserwując, jak próbuje wywinąć się z niewygodnej dla niego rozmowy.
- Igor, czas, żebym powiedział ci, co jest na rzeczy. Rzeczywiście jestem, jak mnie ładnie nazwałeś, "twoim powiernikiem". To ja sprowadziłem ciebie do naszego szpitala. Z dwóch powodów: Po pierwsze, ja teraz mam pięćdziesiąt trzy lata. Jak mi stuknęła pięćdziesiątka, mój krewny Hubert zasugerował, żebym zadbał o swojego następcę. Polecił mi zdolnego młodego chłopaka po Cambridge, który włada językami, i zapowiada się na solidnego lekarza.
- A po drugie? - dopytał zaskoczony Smirnof.
Jaslen nie odpowiedział, tylko poszedł zamknąć na klucz drzwi wejściowe, a w tej samej chwili młody lekarz wstał z fotela szefa.
Kiedy ordynator interny wrócił od drzwi i stanął naprzeciw swojego podwładnego, pierwsze, co zrobił zadbał o komfort ich rozmowy.
- Usiądź wygodnie, Igor. Pogadać trzeba.
Zanim przeszli do konkretów, pułkownik połamał leżącą na biurku połowę czekolady i polecił skosztować podwładnemu.
- Jedz i uzupełniaj straty z nocy.
Chłopak wziął podwójny kawałek i włożył do ust.
- Umm... wy wiecie, czego mi trzeba - mówiąc, to ssał pyszną czekoladę i czuł, jak od słodyczy jego mózg zaczyna lepiej funkcjonować. Nie czekając, aż Jaslen rozpocznie, zapytał: - A po drugie, szefie?
- Po drugie, jesteś dobrze wyszkolonym likwidatorem.
Igor z wrażenia przestał przeżuwać czekoladę, zrobił duże oczy i jak nigdy nie wiedział, co powiedzieć.
[...] Ten sam żołnierz, który oddał teczkę z dokumentami, podszedł do drzwi wejściowych i wprowadził na salę dwóch dużych facetów z nieprzyjaznymi twarzami. Jeden był pocięty od nadgarstków do barków, a drugi miał twarz, jakby przeżył wybuch bomby z gwoździami. Później dowiedziałem się, że to były dwa konkurujące ze sobą największe zakapiory z ulicy, z którymi służby notorycznie miały problemy. Kiedy weszli na salę, żołnierz rozkazał swoim ludziom okrążyć mnie, a oni szybko rozstawili się z dużymi odstępami dokoła w promieniu czterech metrów ode mnie. Jeden z komisji skinął na zakapiora z pokiereszowaną twarzą i krzyknął "ubit polyus!". Nie wiedziałem, o co chodzi, nawet nie było czasu na jakiekolwiek pytania i odpowiedzi. Zdawałem sobie sprawę, że jestem w ZSRR, a tu najdziwniejszy rozkaz musi być wykonany. Wielkolud uderzył mnie parę razy, złapał za rękę i zaczął kręcić mną, jakby chciał pokazać, jakie ze mnie chucherko. Ja szybko wykorzystałem moment, jak zachwiał się na nogach, i trzymając go za rękę, przeskoczyłem za jego plecy, owijając jego rękę na szerokiej szyi, po czym mocno zacisnąłem. I drugą ręką, a konkretnie przedramieniem huknąłem ciosem odwodzącym w jego łeb. Jego własna ręka znajdująca się między szyją a żuchwą spowodowała przerwanie rdzenia kręgowego. "Brzydal" nie zdążył upaść na parkiet, gdy z tyłu poczułem uderzenie. Wiedziałem, że przy takim rozkazie jeden może wyjść z tego żywy. Odwróciłem się i "na pamięć" trzasnąłem drugiego napastnika w tarczycę. Złapał się za szyję i upadł na leżącego tuż obok "brzydala". Spasione pyski zaczęli bić mi brawo, jeden z generałów wstał i krzyknął do pozostałych: "Eto nasz Polskij Brius Li! Zdies’ niczego drugogo nie uznajet. Wjetnam... tam budut obuczat’ naszych druziej!". Ja zaprotestowałem, mówiąc: "Nie godzę się na Wietnam. Przysłali mnie tutaj, bo miałem być szkolony". Wtedy odezwał się jeden z nich, który siedział pośrodku i do tej pory nie odzywał się, tylko obserwował. Musiał być najważniejszy, bo jak zaczął mówić, to na sali zrobiło się cicho jak makiem zasiał. Mówił poprawnie po polsku: "My, towarzyszu, możemy zaakceptować wasz protest, ale w takiej sytuacji nie możecie trafić do Szkoły Specjalistów w Kijowie mieszczącej się przy Wyższej Szkole Ministerstwa Spraw Wewnętrznych ZSRR". Spytałem zdziwiony: "Dlaczego", a on odparł: "Tam mogą uczyć się tylko niekarani, a wy sami spójrzcie pod nogi. Macie przed sobą świadków zdarzenia, a przy waszych nogach leżą dwa trupy. Wypłyniecie za dwa tygodnie z Polski do portu Hajfong w Północnym Wietnamie wraz z dostawą broni na jednym z drobnicowców. Nie pamiętam dokładnie, czy to będzie Moniuszko, Kilynski, Joziu Konrad czy inny, będziecie tam szkolić w ręcznej walce wojsko Północnego Wietnamu oraz wcielonych do niego ochotników z zaprzyjaźnionych krajów". Po chwili dodał: "Chcę znać waszą decyzję". Stałem i rozmyślałem, zdając sobie sprawę z tego, że pod wpływem stresu i lęku przed utratą swojego życia zabiłem dwóch osiłków. Bardzo tego żałowałem. Moja odpowiedź brzmiała: "Zgadzam się odsłużyć zasadniczą służbę wojskową w Wietnamie przez dwa lata i ani dnia więcej, licząc od dzisiaj do dnia powrotu do Polski". Po chwili usłyszałem: "Nie zrozumieliście mnie. Ja nie pytam się o waszą zgodę, tylko o to, czy chcecie". Odpowiedziałem: "Chcę".
[...] wyszłam z domu do ogrodu, żeby rozejrzeć się w okolicy, zauważyłam, że na grobach za domem zamiast pojedynczych kwiatów były tym razem położone małe pęczki kwiatków polnych, a dokoła kopców pozostawione świeże ślady gołych stóp. Sądząc po wielkości, mogło to być dziecko od około ośmiu do dwunastu lat. Kiedy stałam przy mogiłach z kamieni, z lasu dochodziło stłumione pianie koguta. Wolno skierowałam się za kilkukrotnym pianiem i stanęłam w miejscu, gdzie spod ziemi wydobywał się dźwięk. Było to w odległości około dwudziestu metrów w głąb lasu przylegającego do domowego ogródka. Klęknęłam i dotykałam w tym miejscu runa leśnego. Po kilku minutach znalazłam naturalnie wystający mały kawałek konara, za który pociągnęłam do góry, i podniosłam klapę wielkości nieco ponad pół na pół metra, porośniętą runem leśnym. Gdy do ziemianki wpadło światło, usłyszałam, jakby ktoś w środku przesuwał się w koniec podziemnego pomieszczenia, a kury znajdujące się pod ziemią zaczęły gdakać.
- Kto tam? - spytałam. W tej chwili zapaliła się zapałka i w ciemności zobaczyłam dziewczynkę, która cicho odpowiedziała:
- Tylko ja, Małgosia... i moje ptaki.
Gdy zapałka zgasła, ponownie zapytałam:
- Co tam robisz, dziecino?
- Ukrywam się przed złymi ludźmi... żołnierzami z czerwoną gwiazdką.
Wiedząc o mogiłach, które były usypane, szybko skojarzyłam, że osobą, która pochowała swoich bliskich, była ta dziewczynka.
Wyciągnęłam do niej rękę i powiedziałam:
- Chodź ze mną do domku, zrobię śniadanie.
Dziewczynka wyszła z ziemianki. Zanim odeszłyśmy, wzięła kawałek kija opartego o pobliskie drzewo i podparła klapę, mówiąc:
- Niech ptaki też sobie zjedzą śniadanie.
Po tym złapała mnie za rękę i poszłyśmy w stronę domu. Kiedy przechodziłyśmy obok grobów, łzy małej leciały same z oczu i ja też zaczęłam płakać, ale robiłam to tak, żeby dziewczynka nie słyszała. Podeszła do każdego osobno i poprawiła kwiatki, po czym złapała mnie za rękę i poprowadziła do domu. Jak zobaczyła na podwórku rąbiącego drewno żołnierza, zaczęła się wyrywać, krzycząc:
- Zostawcie mnie. Ja nie chcę umierać. To boli!
Wtedy powiedziałam do dziewczynki:
- Nikt tutaj krzywdy ci nie zrobi. Przysięgam. - Mówiąc to, podniosłam prawą dłoń i ułożyłam na sercu. - Jak ktoś będzie chciał ci krzywdę zrobić, obiecuję, że obronię, i on też cię obroni - wskazałam na radzieckiego żołnierza.
[...] - Dlaczego dziewczynka nic nie mówi o matce? - Po tych słowach szybko dopytałam: - Czy Zuzen żyje?
Mężczyzna opuścił głowę i potarł się ręką po czole, następnie zaczął mówić:
- Od zakończenia wojny siedziała w czterech ścianach i była wielokrotnie przesłuchiwana. Pytali ciągle o to samo: co wie o zaginionych cennych klejnotach, na zmianę z tym, co jej wiadomo o Hitlerze, Hermannie Göringu, Rudolfie Hessie, Himmlerze, Goebbelsie, Bormanie, Fegeleinie i innych. Część z nich popełniła samobójstwa lub zginęli podczas próby ucieczki z Berlina, poza Göringiem i Hessem, którzy z innymi zbrodniarzami Trzeciej Rzeszy byli sądzeni przed Międzynarodowym Trybunałem Wojskowym w Norymberdze. Sądzę, że wyroki trybunału dotarły do Polski i te wiadomości są z pewnością pani znane.
Mężczyzna wiedział, co może powiedzieć, a czego nie, dlatego mówił, ale nie do końca odpowiadał na moje bezpośrednie pytania.
- Pytałam, czy żyje.
- Przed zakończeniem wojny w nocy z 27 na 28 kwietnia Zuzen nie wróciła do domu. Czekając na nią pod drzwiami waszego mieszkania, po północy zdecydowałem się pójść do wyznaczonego miejsca, gdzie było spotkanie pani córki z niemieckim oficerem. Po godzinie czwartej rano dotarłem do tego mieszkania i zastałem ją w sypialni leżącą w bezruchu na łóżku. Musieliśmy odczekać, żeby doszła do siebie. Następnego dnia z okolic Berlina zabrał nas biały samolot Czerwonego Krzyża, którym udaliśmy się do Belgii, a konkretnie do portu morskiego w Antwerpii. Tam przy wejściu na łódź wojskową, którą mieliśmy płynąć do Brytyjczyków, sprawdzili nasze dokumenty. Mnie zabrali, a Zuzen bezwzględnie zatrzymali i pod eskortą odleciała stamtąd samolotem do Anglii. Nic nie mogłem zrobić. Po przypłynięciu do Anglii niezwłocznie skontaktowałem się z wujem Hubertem, którego poprosiłem o interwencję, ale nawet on nie był w stanie nic zmienić, bo dziewczyna była już na terenie Anglii. Szmelberg dowiedział się tylko, że Zuzen przebywając w Berlinie, była w mieszkaniu niemieckiego oficera SS Hermanna Fegeleina podczas jego aresztowania. Jako ostatnia miała z nim kontakt. Niemiecki oficer został ze swojego mieszkania przyniesiony pod eskortą do bunkra Hitlera. Jak wybudził się i złapał kontakt z otaczającym go światem, stanął przed sądem wojskowym. Wkrótce został skazany za zdradę na karę śmierci przez rozstrzelanie. Egzekucję podobno wykonano w ogrodach kancelarii Trzeciej Rzeszy. Po tych zdarzeniach pani córkę uznali za bliską osobę Fegeleina. Zrobili to na podstawie...