ORDNUNG MUSS SEIN
W życiukażdego studenta przychodzi czas sprzątania. Spędza wtedy kilkagodzin, zakopując się w notatkach, porządkując je i układającw odpowiedniej kolejności. Niektórzy szaleńcy sprzątają wówczascały swój pokój, ba, czasem nawet całą stancję! Polon zdecydowanie donich nie należał. Uwielbiał kreatywny nieład panujący u niegow mieszkaniu. Przypuszczał, że gdyby nagle ktoś posprzątał mupokój, miałby problem z odnalezieniem w nim własnego tyłka.
Akuratsiedział sobie przy biurku, gdy w jego kieszeni rozdzwonił siętelefon. Wydobył aparat i spojrzał na wyświetlacz. Nie poznałnumeru. Po chwili namysłu postanowił odebrać.
- Halo?
- No,siemasz, Polon, Radek z tej strony - odezwał się głosw słuchawce.
- Radek?- zapytał zdziwiony, nie mogąc sobie przypomnieć nikogoo takim imieniu.
- No,Radek z chemicznego, byłem u ciebie wczoraj na imprezie.
- Byłau mnie wczoraj impreza? - zapytał zaskoczony. No tak,to wyjaśnia wózek sklepowy na korytarzu i wieżę z puszek popiwie na biurku.
- Przypomniałeśsobie? Fajno. Słuchaj, zostawiłem u ciebie moją pracę domową,bez niej nie dostanę zaliczenia, a zrobić nowej nie zdążę.
- Czegomam szukać? Co to w ogóle jest? - dociekał Polon,licząc na to, że w jego głowie dzięki temu pojawią sięjakiejkolwiek szczegóły wczorajszej zabawy.
- Wiesz,to taka mała, żółta fiolka, położyłem ją na twoim biurku.
- Oj,będzie ciężko ją znaleźć, pamiętasz, jak to u mnie wygląda...
- Szczerzemówiąc, nie bardzo pamiętam - odpowiedział Radek niepewnymgłosem. - Znaczy, mam jakiś tam ogólny zarys, ale nawetnie jestem w stanie określić, gdzie mieszkasz.
- Poczekajchwilę, oddzwonię do ciebie - rzucił Polon i rozłączyłsię.
Wszystkowskazywało na to, że nieubłaganie zbliżał się czas porządków. Takonkluzja natychmiast wywołała w nim stan depresyjno-lękowy.Z nosem zwieszonym na kwintę wyszedł z pokoju, otworzyłszafę i wyjął studenckie akcesoria do sprzątania. Łopatą zrzuciłwszystko, co znajdowało się na jego biurku, po czym dokładnierozgrabił, szukając fiolki. Jest! Przeklęta wiedźma chowała się zatomikiem wierszy. Podniósł ją z podłogi i złapał zatelefon, po czym wybrał numer ostatniego połączenia.
- Radek?
- NoRadek. Nie znalazłeś tej fiolki, co?
- Nowłaśnie znalazłam. Wpadniesz? Mieszkam na Bystrej, powinieneś łatwotrafić, skoro już raz trafiłeś.
- W sumie,eh, nie wiem, jak ci to powiedzieć... Kurde, miałem tę fiolkę całyczas w kieszeni spodni, popieprzyło mi się coś...
- Nowiesz? - oburzył się Polon. - To ja tutaj przyłopacie zapierdalam, przerzucając notatki, grabię to cholerstwoi wszystko na nic? Nie ma tak! Stawiasz piwo za mój wysiłek!
Ciszaz drugiej strony słuchawki zainspirowała go do rzutu odnalezionąfiolką za siebie, w bliżej nieokreśloną przestrzeń.
- Nodobra - powiedział w końcu Radek. - Wpadnęz czymś dobrym po zajęciach, w końcu zawsze to jakaśokazja, nie?
- Noja myślę - burknął Polon i zakończył połączenie.
Odłożyłkomórkę na biurko i wziął się za przekładanie notatek z powrotemna ich miejsce. Zadowolony z uzyskanego efektu odwrócił sięi zaczął szukać grabi. Po pięciu minutach bezowocnegoprzerzucania różnych elementów, w efekcie czego odkrył nawetkawałek wolnej podłogi, zajęcie mu się znudziło, więc wyszedł nakorytarz i odstawił łopatę na miejsce. Co jak co, ale porządekmusi być! Po chwili zadzwonił budzik - czas wychodzićz domu na zajęcia.
Wykładyspędzał zawsze tak samo - siedział i uważnie patrzył,kto robi notatki, następnie udawał, że sam notuje, w przerwachbezmyślnie gapił się w jeden punkt sali (najczęściej zegar),a potem wychodził i kserował niezbędne rzeczy. Powrót nastancję, z perspektywą darmowego piwa z dowozem, cieszył gojak obiad, więc w szampańskim nastroju wkroczył do pokoju,rzucił torbę na podłogę i usiadł do laptopa w oczekiwaniuna Radka. Zaczął kopiować hasła z Wikipedii, tym samymodrabiając zadanie domowe, i akurat jak usuwał ostatni link,usłyszał dzwoniący domofon.
Otworzyłdrzwi na klatkę schodową; po chwili zjawił się zziajany Radek.
- O,widzę, że udało ci się trafić - powitał go radośnie Polon.- To co pijemy?
- Dziśspożywać będziemy tę oto nogę od krzesła - powiedziałpatetycznie Radek, podnosząc w górę butelkę z bursztynowązawartością.
- Nogęod krzesła? - nie zrozumiał Polon.
- Udałomi się wyprodukować enzym, który trawiąc drewno produkuje alkohol- puszył się Radek. - Powąchaj sobie.
- Uch,rzeczywiście sosną zajeżdża - stwierdził Polon. - Rany,no co tu dużo mówić, zapraszam do pokoju. - Wskazałgościowi kierunek i udał się do kuchni po odpowiednie naczynia.
- Ej,Polon... - odezwał się Radek po chwili.
- No?
- Naczym ty normalnie siedzisz w pokoju?
- Generalnieto na tyłku - odpowiedział Polon. - Weź sobiekrzesło od biurka.
- Jakiekrzesło od biurka?
- Nonormalnie, weź krzesło, odstaw... O, cholera - wyrwało musię jak zobaczył swój pokój.
W ciągukilku chwil jego nieobecności zniknęło nie tylko krzesło, ale takżewszystko, co znajdowało się na podłodze. Wyglądało na to, że ktoś- Polona przeszedł dreszcz - posprzątał mupodłogę, a krzesło zabrał jako zapłatę.
- Toja może przyniosę coś do siedzenia z kuchni - powiedziałRadek, chcąc przerwać impas.
Ominąłwstrząśniętego lokatora mieszkania i udał się po niezbędnemeble. Tymczasem Polon otrząsał się z szoku, jakim było dlaniego zobaczenie podłogi po dwóch latach mieszkania na stancji. Jużprawie przyszedł do siebie, gdy usłyszał zduszony krzyk i brzdęktłuczonego szkła. Hałas pochodził z kuchni, więc udał się naszybki rekonesans. Okazało się, że Radek doznał jakiegoś atakupaniki, bo zbił okno i uciekając, zostawił wódkę na stole. Polonnie mógł uwierzyć, że jego gość nie zabrał ze sobą alkoholu.Gwałtowny podmuch powietrza wywołany ruchem za jego plecamii towarzyszące temu głośne chrupnięcie spowodowały, żenatychmiast się odwrócił.
W tensposób znalazł wszystkie rzeczy, które zniknęły wcześniej z jegopokoju. Na szczycie pokaźnej górki notatek i odpadków różnejmaści znajdowało się krzesło, a na krześle jedna pusta butelkapo piwie. Nie wiedzieć czemu, Polon poczuł się trochę nieswojo.
- Witaj,Polon - usłyszał grobowy głos dochodzący gdzieś z tyłujego głowy.
"Nigdywięcej nie zajaram", obiecał sobie Polon po raz czterdziestytrzeci. "Nie, zaraz, chwila, ja nie jarałem od kilku miesięcy!"
- Czegochcesz? - postanowił rozpocząć rozmowę dyplomatycznie.
- Jamjest Pan Bajzelhaus - przedstawiła się góra odpadków.- Były więzień piętnastego wymiaru cierpienia.Przybyłem z czeluści nieznanych człowiekowi, by pożreć ciebiei twoją duszę! - zagrzmiał i przygotował siędo konsumpcji.
- Ow mordę! - wyrwało się Polonowi. - PanieBajzelhaus, to ja proponuję grę. - Umysł Polona wrzuciłszósty bieg. - Jeśli pan wygra, to może mnie pan pożreć,nie będę uciekał jak mój kolega. Jeśli ja wygram, odejdzie pani zostawi mnie w spokoju.
- Brzmiuczciwie - rzekł Pan Bajzelhaus. - Zatemzagrajmy.
- Zapraszamw takim razie na balkon - powiedział Polon.
- Jakiesą reguły gry? - usłyszał pytanie.
- Pijemyten oto sosnowy eliksir prawdy - zaimprowizował student.- Kieliszek za kieliszkiem, aż któryś z nas padnie odnadmiaru prawdy w organizmie.
- Zatemustalone. Udajmy się na balkon.
Polonpuścił Pana Bajzelhausa przodem, po czym wyszedł za nim. Trząsł sięz ekscytacji. Bo oto stanął w szranki z zawodnikiemz innego wymiaru, a trzeba dodać, że jeszcze nikt go nigdynie przepił. Ceremonialnie otworzył butelkę i rozlał pierwszedwa kieliszki. Jego studencki zmysł wycenił zawartość alkoholu na96,67 procent.
Popięciu minutach przeszli na ty, a po piętnastu byli najlepszymiprzyjaciółmi. Po godzinie Pan Bajzelhaus solennie przepraszał za chęćpożarcia Polona i zaklinał się na demony wszystkich kręgów, żenigdy go nie skrzywdzi. Zaraz po złożeniu swojej przysięgi upadłi zasnął kamiennym snem. Polon od razu skorzystał z okazjii rzucił w niego zapaloną zapałką. Pan Bajzelhaus,nasączony specyfikiem, nawet nie zauważył, kiedy spłonął. Polonzebrał resztki i wyniósł do śmieci. Kosz był pełen, więcspakował je w większy worek i zarzucił na ramię.
- Jestemświętym Mikołajem, ho, ho, ho! - zawył Polon i wyszedłz domu prosto w ramiona dwóch nakładających się na siebiepolicjantów.
- Oj,szepszepraszam, panie władziu, znaczy władzo... Ja tu tylko śmieciwynoszę.
Policjancispojrzeli na niego i powiedzieli surowo:
- Proszętutaj dmuchnąć. - Podali mu balonik. - Siedemi pół promila? - zdziwili się. - Panie,może panu karetkę wezwać?
- Nietszeeeba... ja tylko zwłoki Bajzelhausa wyniosę i spać idę.
- Zwłoki?Niech pan otworzy ten worek. - Policjanci stali sięnieprzyjemni. - Ach, więc to pan polał śmieci benzynąi podpalił na balkonie, wszyscy sąsiedzi się skarżyli.
- Ależnie, przybył do mnie demon z innego wymiaru i chciał mniepożreć, więc go upiłem i podpaliłem - wyjaśniłuprzejmie Polon.
Niestetynawet te szczere wyjaśnienia nie przekonały policjantów.
- Panweźmie tę torebkę, na wszelki wypadek, jakby jakiś demon z panachciał wyjść w samochodzie. Musimy pojechać na komendę, złożypan wyjaśnienia w tej sprawie. Ordnung muss sein!- krzyknęli.
- Notak - powiedział Polon. - Ordnung muss sein.
SPOSÓB NA SĄSIADKĘ
Sąsiadkiz dołu to typ występujący powszechnie pod studenckimmieszkaniem. Nawet jeśli mieszkasz na parterze, magicznie pojawiająsię w piwnicy. Z reguły mają posturę stuletniego ograi wiecznie narzekają na hałas rzekomo płynący z twojegoprzytulnego mieszkanka. Sąsiadki narzekają, że nie sprzątasz zewspółlokatorami klatki schodowej, nawet jeśli sprzątałeś ją ledwietrzy miesiące temu. Jedynie mieszkanie w akademiku może uchronićcię przed klątwą sąsiadki z dołu - mieszkania sąregularnie sprawdzane przez wyspecjalizowane firmy pod kątemzalęgnięcia się sąsiadek (kosztuje to mnóstwo pieniędzy, dlategoczasem władzom akademika brakuje na szyby w oknach).
Naukowcydoszli do wniosku, że sąsiadki z dołu nie potrzebują snu.Wywnioskowali to, zastanawiając się nad motywami, jakimi kieruje sięsąsiadka. Większość sąsiadek narzeka na hałas, przez który nie mogąspać, jednak zamiast wyspać się w dzień, poświęcają go naczekanie, aż student będzie przechodził klatką schodową.
Problemhałasu, który słyszały sąsiadki, też zaprzątał głowy niestrudzonychbadaczy. Wysnuli oni teorię, że gdy spotyka się dwóch (lub więcej)studentów, ciemna materia w kosmosie zaczyna wibrować, tworzączłudzenia słuchowe, które są w stanie odbierać jedynie sąsiadkiz dołu. Teoria została sprawdzona przez najwybitniejszychfizyków naszej planety i okazała się ostatecznym dowodem naistnienie ciemnej materii.
VademecumStudenta, Rozdział 4, strona 34
Radekobudził się z potwornym bólem głowy. Oblewanie wraz z Polonemprzeprowadzki na nowe mieszkanie poszło aż za dobrze - w życiunie poznał i nie zapomniał tylu nowych imion, co na wczorajszejimprezie. Zwlókł się z łóżka i potykając się o paczkępieluch dla dorosłych, ruszył chwiejnym krokiem w stronęłazienki.
Pomijająckontury pewnych męskich części ciała namalowanych mydłem na lustrzeprzez rozchichotane studentki i jedną bliżej nieznaną dziewczynęśpiącą pod prysznicem, łazienka była w stanie idealnym. Oblałszybko twarz zimną wodą na rozbudzenie i wrócił do pokoju w celuzałożenia bardziej stosownych rzeczy (z jakiegoś powodu obudził sięubrany w połowę wojskowego munduru). Zanim jednak zdążyłotworzyć drzwi, z pokoju obok dobiegło go wołanie połączone zestekiem przekleństw, których nie powstydziłby się zespół pijanychszewców pracujących nad wzbogaceniem języka pod dowództwem Witkacego.
- Radeeek!Ty rozkierwoszczały grzybochlaście, chodź tutaj! - rozległosię ponownie rozpaczliwe wołanie Polona.
- Idę!- odkrzyknął.
"Uch,ta polonistyka rzeczywiście odbiła mu się na psychice"- pomyślał. Wyciągnął z szafy szuflę do śniegui zaczął przebijać się w stronę pokoju Polona. Po piętnastuminutach ciężkiej pracy udało mu się dotrzeć do drzwi, ale niechciały się ruszyć. Dopiero gdy z rozbiegu uderzył w nieramieniem, wypadły z zawiasów i z hukiem runęły w głąbpokoju.
Radekzauważył przyczynę swoich kłopotów: jednak powinien był ciągnąć zaklamkę. Nie zepsuło mu to humoru, wręcz przeciwnie - poczułnagły przypływ natchnienia do stworzenia kolejnej epickiej pieśni nagitarze.
- Jaksię bawić, to się bawić, drzwi wypieprzyć, nowe wstawić- zafałszował paskudnie, wchodząc do pokoju. - Polon!Gdzie ty, do ciężkiej cholery, jesteś?
- Tutaj!- rozbrzmiał zachrypnięty głos dochodzący z balkonu.- Ruszaj dupę szybciej, potrzebuję pomocy!
- Okurde, Polon, jak ty to zrobiłeś? - zapytał zaskoczonyRadek, myśląc nad sposobem wyciągnięcia kumpla z opresji.
- Skądniby mam wiedzieć, szybko bierz drabinę i mnie stąd wyciągnij!
- Cholera,wiem, że lubisz spać w hamaku, ale rozwieszanie sobieprześcieradła między balkonami na szóstym piętrze to już przesada!- wkurzył się Radek. - Skąd niby mam wziąćdrabinę?
- W kuchnijest - powiedział Polon, szczękając zębami.- Przywieźliśmy wczoraj naszym wózkiem sklepowymz jakiegoś klubu. Stawiam klina za pomoc - zaoferowałsię. - Tylko proszę, pospiesz się, jest coś kołodziesięciu stopni...
- Noale będę potrzebował pomocy, żeby ją przenieść!
- A niktnie został po imprezie?
- Jakaśdziewczyna śpi pod prysznicem, ale nie wiem, kiedy się obudzi.
- Polejją zimną wodą i zagoń do roboty!
- Samsię zagoń! - odgryzł się Radek. - Co ja, kurde,chłopiec na posyłki jestem?
Spojrzałna minę Polona i złagodniał.
- Nodobra, już idę... - powiedział i oddalił się w celuzorganizowania akcji ratunkowej.
Taprzebiegła pomyślnie i po półgodzinie Polon zawinięty w kocpił ciepłą herbatę w towarzystwie zaspanej koleżanki.
- Hej,jestem Polon, a to jest Radek, mieszkamy tutaj. Jak sięnazywasz? - Radek zadbał o poimprezowe savoir-vivrei usiadł naprzeciwko.
- Marta- powiedziała dziewczyna.
- Skądsię tutaj wzięłaś? - indagował Radek
- Noweź - skarcił go Polon. - Jeszcze jąspłoszysz... - urwał, gdy spojrzała na niego wzrokiemzdolnym przebić się przez zbrojony beton i zabić każdą osobę natyle głupią, by myśleć, że to wystarczająco dobre schronienie.
- Przyszłamwas ostrzec - rozpoczęła Marta. - Mieszkałam tukiedyś i uznałam, że musicie o czymś wiedzieć.
- Zatemoświeć nas, o pani - powiedział Polon i zarobiłkolejne spojrzenie.
- W mieszkaniupod wami mieszka najwredniejsza sąsiadka na świecie. To w zasadziejedyny minus tego mieszkania, ale przyćmiewa wszystkie możliwe plusy.
- Nampowiedziano, że lokal pod nami jest pusty i nikt tam nie mieszka- zaprotestował Radek.
- Tosamo powiedziała mi właścicielka mieszkania, jak się tutajwprowadzałam. Jednak tak jakoś po miesiącu zaczęłam podejrzewać, żepod nami mieszka dzika lokatorka. Była straszna. - Martęprzebiegł dreszcz. - Potrafiła dopaść na schodachi niemalże zamęczyć na śmierć swoją gadaniną.
- Możejuż się wyprowadziła - wyraził przypuszczenie Polon.- Inaczej na pewno miałaby do nas pretensje, że byliśmywczoraj głośno. W każdym razie dzięki za ostrzeżenie.
- Wynie traktujecie mnie poważnie! - oburzyła się Marta. - Nawaszym miejscu uciekałabym natychmiast, podarła umowę i ulotniłasię po angielsku. Ja wytrzymałam tu miesiąc.
- W porządku,rozejrzymy się piętro niżej i zobaczymy, co to za potwora- zapewnił Radek. - Pomogłabyś nam zesprzątaniem trochę?
- Jasne- odparła Marta.
Z generalnymogarnięciem nie było większego kłopotu - butelkiprzestawiono pod ścianę, śmieci podrzucono sąsiadom na wycieraczkę,wózek sklepowy i drabinę odstawiono do szafy, a pieluchydla dorosłych, po krótkiej sprzeczce, znalazły swoje miejsce nabalkonie.
- Nodobra - powiedziała Marta. - To chyba na tyle.Wpadnijcie kiedyś do mnie, jak będziecie mieli czas - dodałaz uśmiechem.
- Z chęcią.- Radek odprowadził ją do drzwi. - Tylko niezgub mi się tam po drodze! - zawołał za nią.
- Będęuważać! - odkrzyknęła.
- Uuu,stary, hormony buzują - skomentował Polon, kiedy Radekzamknął drzwi. - Żeby ci się tylko uszami nie wylały.
- Walsię, następnym razem zostaniesz na balkonie - burknął naodczepnego Radek. - Nie powinieneś przypadkiem być nazajęciach?
- Jestpiętnasta, już po zajęciach - odpowiedział Polon. - Ech,znowu zwolnienie trzeba drukować...
- Chwila,jak to już po zajęciach? To ty w czwartki teraz wcześniejkończysz?
- Czwartekdzisiaj? No nie, znowu pomyliłem dni, myślałem że dzisiaj wtorekmamy... - Polon się zafrasował. - Znaczy trzebasię spakować i ruszyć cztery litery na uniwerek.
Radekzaśmiał się w duchu. Nie miał takiej frajdy od czasu, gdy wmówiłPolonowi podczas imprezy, że nie może otworzyć lewego oka, boprzestało mu działać. Polon spędził wtedy kilka godzin z zamkniętymokiem, przeświadczony, że otworzenie go skończy się tragicznie, alew końcu Radek poczuł wyrzuty sumienia i przejechał mu rękąprzed twarzą, oznajmiając, że właśnie dokonał regeneracjitelepatycznej.
Kiedyindziej Polon przykleił mu kapcie do podłogi, ale to już zupełnieinna historia.
Obajstudenci dokonali szybkiego przeglądu zeszytów, spakowali długopisy,ubrali się odpowiednio i ruszyli zdobywać wiedzę. Schodząc poschodach na piętro poniżej, usłyszeli nieprzyjemny skrzek, zupełniejakby papudze wyrywano pióro. Przyspieszyli i zdążyli zobaczyć,jak drzwi rzekomo niezamieszkanego lokalu zamykają się z trzaskiem.
- Oj,chyba jednak się nam poszczęściło z sąsiadką. - Radekwestchnął.
- Nieczepia się, to nie mamy co narzekać - powiedział Polon,wzruszając ramionami.
- Sądzisz,że jest zła za wczoraj?
- Sądzę,że zaczniemy przyklejać do drzwi zatyczki do uszu przed każdąimprezą.
- Myślę,że to dobry plan.
- Myślisz?
- Zdarzami się.
- Todobrze.
Zajęciamijały Radkowi szybko, wykłady jeszcze szybciej, głównie dlatego, żena większości zmęczenie brało górę i zasypiał snemsprawiedliwego. Polon z kolei stał przed salą i kląłw sobie tylko znanym języku. Z pasją kopnął walającą się nakorytarzu puszkę - o dziwo, nie była to puszka popiwie. Nie mając nic specjalnego do roboty na uniwersytecie,postanowił wrócić do domu i zbadać mieszkanie pod nimi.
Gdywchodził po schodach, usłyszał skrzypienie powoli otwierających siędrzwi. Jednak kiedy wszedł na półpiętro, te zamknęły się z trzaskiem.Poprawił torbę na ramieniu i cichutko, na palcach zbliżył się dodrzwi. Ponieważ nie chciał wpaść na sąsiadkę, postanowił zajrzećprzez wizjer. Niczego nie udało mu się wypatrzeć, nawet nie zobaczyłwnętrza lokalu - całe pole widzenia wypełniła krwistaczerwień. "Pewnie zakrywa wizjer czerwoną kartką"- pomyślał i ruszył do domu. Jednak cały czas czułsię nieswojo, jakby ktoś obserwował jego plecy. Zrzucił to jednak nakarb zmęczenia i ogólnego nieogarnięcia. Aby szybko sobie z tymporadzić, natychmiast po wejściu do mieszkania rzucił się na łóżkoi zasnął. Obudził go wchodzący na korytarz Radek.
- O,stary, ale historia! - krzyknął współlokator zaraz poprzekroczeniu progu. - Popytałem tu i ówdzie,i dowiedziałem się kilku ciekawych rzeczy na temat naszejsąsiadki.
- Naprzykład? - zapytał Polon, wychodząc z pokojui przecierając oczy.
- Wyobraźsobie, że kilka osób ode mnie z roku mieszkało tutaj, ale niktdługo nie wytrzymał, nikt też nie wie, jak ona się nazywa. W zasadzienigdy nie opuszcza swojego mieszkania, a jeśli już to robi, totylko po to, by opieprzyć Bogu ducha winnych studentów.
- Teżmi coś - sarknął Polon. - Przypomina mi tokażdą sąsiadkę z dołu, z którą dotąd miałem do czynienia.
- Jestcoś jeszcze - kontynuował niezrażony Radek. - SpotkałemMartę i mówiła mi, że nasza droga sąsiadka jest albinoską.Czaisz? Biała jak wampir, a oczy ma w kolorze taniego winatruskawkowego. Co z tobą?
- Nictakiego - mruknął Polon, który przed chwilą poczuł, jakbydo żołądka wpadła mu kula lodu. - Nie wyspałem się przezciebie! - rzucił obrażonym tonem. - A zaten numer ze zmianą wtorku na czwartek zapłacisz mi krwią!
- Znaczymam odpalać komputer i gramy?
- Turniejma być! Zamierzam ośmieszyć cię przed całym Internetem! - piekliłsię Polon.
- No,no, już, spokojnie, spokojnie - mruczał pojednawczym tonemRadek. - Wtorek czy czwartek, w sumie, co to dlaciebie za różnica?
- Zarazzobaczysz, co to za różnica - warknął Polon, włączająckomputer.
I ruszylido walki.
Oficyna wydawnicza RW2010 proponuje
MarcinOrlik: PIASKOSPANIE
Witajw świecie, w którym granica między jawą a snem nieistnieje - witaj w piaskospaniu. Zdarzyło ci się tużpo obudzeniu mieć to dziwne wrażenie, że rozmawiałeś z kimś weśnie, czując jednocześnie, iż rozmowa odbyła się naprawdę?Przeżywałeś przygody, których nie można doświadczyć w rzeczywistości,a przecież kryły w sobie ten szczególny okruch realnościdowodzący prawdziwości twoich przeżyć? Jeśli tak, może właśniezdarzyło ci się piaskośnić...
A terazwyobraź sobie, że jest tylko piaskosen; że nie istnieje nic innego.Przywitaj się z głównym bohaterem - to jegocodzienność. Lewy nie zna swojego imienia. Nie ma pojęcia, gdzie sięznajduje. Nie wie nawet, czy posiada ciało. Jedyne, co zna i czegojest pewien, to piaskospanie. Moment, kiedy na twarzy czuje chłodnydotyk miękkiego piasku, by po chwili zobaczyć Miasto. Tam dowiadujesię, jakie przewidziano dla niego zadanie; tam ludzie, którzy mająnad nim władzę, wydają polecenia. Głównym obowiązkiem Lewego jestprzesłuchiwanie więźniów. Razem z Prawym wchodzą do cudzychsnów, by wyciągać z nich informacje. Ale przesłuchując, możnaczasem dowiedzieć się za dużo...
Lewychce się obudzić, bo ile można śnić? Jednak dla niego przebudzenienie jest prostą sprawą; został wciągnięty w intrygępiaskośniących, którzy za wszelką cenę chcą przedłużyć jego sen i sągotowi poświęcić wszystko, byleby tylko się nie obudził. Mają w tymswój cel...
MarcinOrlik: SZARY LEN
Postentropijnaantyutopia ze szkła.
Witajw świecie, w którym bałbyś się własnego cienia... Gdybyś gotylko rzucał. Ludzie, otoczeni ze wszech stron strefą chtoniczną,desperacko walczą o przetrwanie, za obronę mając jedynie małe,szare kulki - nasiona szarego lnu. Ale przyjdzieczas, kiedy będzie trzeba wejść prosto w napierającąchtoniczność. Tylko czy głównemu bohaterowi wystarczy odwagi?
KiedyNoit budzi się o brzasku na polanie, nie ma pojęcia, ani gdziesię znajduje, ani kim jest. Wokół niego leżą ludzie, których nie zna,a jedyną osobą, która może mu coś powiedzieć o otaczającymgo świecie, jest dziewczynka o imieniu Ome. Chyba ją zna... Tak,to jego siostra. Dzięki jej pomocy ludzie odnajdują wioskę zbudowanąze szkła, znajdującą się na dnie krateru we wnętrzu wzgórzai zaczynają bronić się przed atakującą ze wszech stron strefąchtoniczną. A to dopiero początek...
PiotrMrok: OLIMPIADA SZALEŃCÓW
Rozejrzyjsię. Olimpiada trwa. Musisz zdecydować, czy weźmiesz udział, czytylko kibicujesz? Może pognasz ulicami miasta w szaleńczymmaratonie, ścigany przez futrzaka o mentalności ŚwiętejInkwizycji? Lubisz strzelać do faszystów? Świetnie, mamy dla Ciebieodpowiednią dyscyplinę. A może wypad na Kapitol z wizytąw baraku, pardon, u Baracka? Jeśli masz dzieci, nie czytajtekstu "Junior i ośmiugniewnych". Lepiej żyć w nieświadomości. A jaknie masz, to od niego zacznij, koniecznie.
UWAGA!Osobom pozbawionym dystansu do świata i do siebie po lekturze"Olimpiady szaleńców"może się pogorszyć. Pamiętajcie, ostrzegaliśmy. A wszystkimradosnym wariatom życzymy dobrej zabawy.
PiotrMrok: LUBELSKA MASAKRA KOTEM PODWÓRKOWYM
Dariuszjest nastoletnim pisarzem. Ma głowę pełną marzeń, ale też kompleksów.Spotkanie z bratem w jednej z lubelskich kawiarnistaje się dla niego początkiem obłędnej przygody. Oczywiście graidzie o miłość, bo o cóż innego warto walczyć? Na drodzechłopaka staje zakonnica i wielki gość w białym kapeluszu,przy którym Kuba Rozpruwacz to niewinna pensjonarka. Darek otrzymujeod tajemniczej pary propozycję nie do odrzucenia. Rozróba ma szerokizasięg. W sprawę zamieszani są faszyści, elfy, agenci służb,zombie, centaury, młodociani czarodzieje, fanatycy religijni i wieluinnych. A że na wojnie i w miłości wszystkie chwytydozwolone, wolno używać nawet kotów. Acz potem można żałować.
Darekw swoich literackich fantazjach, zawsze zdobywa ukochaną Basięi triumfuje nad znienawidzonym nauczycielem. Czy będzie jednakumiał stawić czoła swoim lękom, przemierzając wraz z bandąodmieńców iście kafkowski świat, gdzie trzeba zabijać, by przetrwać,i wciąż od nowa unikać śmierci?
Czytelniku,jeżeli wierzysz w swoje poczucie humoru, czytaj i dajpostaciom tej niezwykłej, szalonej powieści szansę na lepsze życie.
TomaszMróz: FABRYKA WTÓRÓW
Wielkiponury budynek w centrum miasta, ginący w szarejkotłowaninie chmur. Nikt w okolicy nie wie, co się tam mieści,i nikt tego wiedzieć nie chce. Ci, którzy dostali się do wnętrzadziwnej budowli, znikają, by po jakimś czasie powrócić - alezupełnie odmienieni. Strażnik Instytutu przegania wścibskichnatrętów, lecz jeśli już ktoś pozna tajemnicę, nie ma drogi odwrotu.Co się wydarzyło setki lat temu na dalekiej Syberii? Kim jestczłowiek w czarnej pelerynie biegnący do tramwaju? Czy możnaprzekazać swe życie komuś innemu?
Wedrzyjsię do "Fabryki wtórów", poznaj jej sekrety. Leczpamiętaj, kto przekroczy progi Fabryki, już nigdy nie będzie taki jakwcześniej.
Powieśćkryminalna z elementami thrillera i science-fiction,tradycyjnie dla serii z Komisarzem Wątrobą, okraszona dużą dawkąhumoru i kpiny. Komisarz swoim zwyczajem nie daje za wygraną,dopóki nie dotrze do istoty problemu.
TomaszMróz: PRZEJŚCIE A8
Kryminałnie z tego świata. Mamy tu: tajemnicze zabójstwa, kuszenie,cyrografy, złote sztabki, walkę dobra ze złem, satyrę i pełneironii obserwacje rzeczywistości..
"PrzejścieA8" to kryminał paranormalny, w którym mieszaNowak. Spotykamy komisarza Wątrobę (w roli kuszonego), posterunkowegoChwiejczaka (niezłomnego) i nieśmiertelną ławeczkową trójcę(Pająk, Marian i Stalowy), która postanawia iść... do pracy. Cudboży? Raczej szatańskie sztuczki.
Cozrobić, kiedy w twoim życiu pojawi się Nowak? Jak uchronić sięprzed jego knowaniami, bandą arabskich górników oraz fanatyzmem Bolkaz działu marketingu? Jakie zalety ma mały mózg w dużejgłowie? W "Przejściu A8" zostały połączone rzeczystraszne i śmieszne, płytkie i głębokie oraz wysokiei niskie. Wynik jest zaskakująco pozytywny oraz pozytywniezaskakujący.
TomaszMróz: SZARY CIEŃ
Mylnetropy, zjawiska paranormalne, półświatek, którego życie koncentrujesię w miejscowym parku - to sceneria powieści "Szarycień". Historia dziwnego zgonu i jeszczedziwniejszego podejrzanego kładzie się cieniem na życiu komisarzaWątroby i posterunkowego Chwiejczaka, nie dając im spokoju przezlata.
W saloniezaniedbanej przedwojennej willi zostaje znalezione ciało młodegoczłowieka. Z zebranych informacji wynika, że był on związanyz tajemniczą sektą religijną. Okoliczności zdarzenia i brakśladów walki wskazują na samobójstwo, jednak symboliczne ułożeniezwłok, niejasne zeznania świadków, jak również sny prowadzącegośledztwo - podsycają podejrzenia, że było to morderstwo.W tym samym czasie w pobliskim parku trwają poszukiwaniasprawcy brutalnego pobicia włóczęgi. Policjanci nie umieją, a możenie chcą połączyć tych dwóch faktów. Dopiero upływ lat, wyrzutysumienia i... nuda starości powodują, że komisarz Wątrobai posterunkowy Chwiejczak postanawiają rozwiązać starą sprawę.
"Błędysię mszczą przez całe życie" - ta sentencjasprawdza się i tym razem, a osoba tytułowego Szarego cieniajest właśnie takim życiowym błędem sprawców zbrodni.
TomaszMróz: PRZYPADKOWY ZABÓJCA
Jednoz ekstremistycznych brytyjskich ugrupowań politycznychprzygotowuje zamach na premiera Wielkiej Brytanii podczas jego wizytyw Polsce. Jednak domniemany płatny zabójca, Polak z pochodzenia,okazuje się nie być tym, za kogo się podawał. Wykorzystującpodobieństwo do rzeczywistego mordercy, inkasuje kilkaset tysięcyfuntów zaliczki, aby uciec swoim zleceniodawcom i rozpocząć noweżycie - z dala od kraju rodzinnego i polskiego"piekiełka" emigrantów na Wyspach Brytyjskich. Realizujeswój plan aż do momentu, kiedy pojawia się dziwny, nieziemskiopiekun, deklarujący pomoc w planowanym zabójstwie. Brytyjskiesłużby specjalne wraz z londyńską policją, w postaci panówSmitha i Livera, śledzą wynajętego mordercę przez całą Europę.Akcja po kilku dniach przenosi się z Londynu do polskiegomiasta, w którym ma dojść do zamachu. Komisarz Wątroba wraz zeswoim zespołem zostaje wciągnięty w sieć politycznych intryg,grę tajnych służb i... demonów z piekła rodem.
K.A. Kowalewska: PIJANY SKRYBA
Maciej,Sylwek i Mario kontra bardzo źli ludzie.
W kręgach,w jakich obraca się Maciek, znajomość sztuk Szekspira nie dodajepunktów do siły. Raczej bierze się za to w mordę, podobnie jakza znajomość rosyjskiego, hiszpańskiego, obyczajów towarzyskich,zasad nakrywania do stołu oraz za dar pisania kwiecistych listów.Wszystkie te umiejętności Maciej Borowski wyssał z mlekiemarystokratycznej matki. W bursie ciągnęło się to za nim jaksmród z kibla na stacji PKP. Ale gdy skończył studia, zapakowałcały ten savoir vivre w karton i stał się Maćkiem,kumplem Mario.
BycieMaćkiem to łatwizna. Wystarczy żyć ze spadku, mieć dobrze zbudowanegokumpla, wracać do domu nad ranem i podrywać dziewczyny o dziwnymgłosie. Aha, i wypiąć się na rodzinę. Lecz gdzieś w środkuimprezy, gdzieś między Brzeską a Targową, ktoś robi Maćkowikuku, ktoś okrada jego mieszkanie, ktoś zostawia mu list. A todopiero początek kłopotów.
Wyjściez tarapatów ma zapewnić makieta, latynoska córka polskiegoAmerykanina i podróż do przeszłości. Kto wygra bitwę na kury? Coskrywa pudełko od przekupki ze Zgierza? Co łączy punk rockaz wojskiem polskim? Kim jest człowiek w gumofilcach? Jakklątwa voodoo działa na odległość? Co można ukryć w męskichspodniach?
Nate i inne pytania odpowie Maciek i jego ekipa komorników.W szalonej powieści, pełnej ciętego humoru, dziwnych przypadkówi nagłych zwrotów akcji. Spróbuj się nie roześmiać!