Od wydawcy
Od wydawcy
Drugi tom Księgi smoków świata zabiera Czytelnika w podróż po świecie
smoków i wężowych potworów, kontynuowaną według założeń serii, której
tom pierwszy ujrzał światło dzienne w 2021 r. Tym, którzy swoją przygodę
z tytułem rozpoczynają od drugiego tomu, warto przypomnieć kilka
autorskich założeń zawartych we wstępie tomu pierwszego.
Smok pojawił się w ludzkich wyobrażeniach jako szczególna forma
ogromnego węża, wyposażona w łapy, skrzydła lub wielość głów, elementy
zaczerpnięte od innych stworzeń albo jeszcze inne nadzwyczajne
przymioty. W różnych kręgach kulturowych smoki wyobrażano sobie na
rozmaite sposoby, stąd i samo pojęcie smoka jest dość umowne. Niektóre
cywilizacje utożsamiały go wprost z wielkim wężem, inne znały wyłącznie
wężowe potwory, stąd rozdzielanie ich tworzyłoby sztuczne kategorie,
obce kulturze tradycyjnej.
Księga smoków świata pomyślana została jako poczet najistotniejszych i najciekawszych smoków i wężowych potworów przynależących do kultury
tradycyjnej wszelkich obszarów cywilizacyjnych. Każda z części,
odpowiadająca konkretnym kręgom kulturowym, rozpoczyna się krótkim
wprowadzeniem dotyczącym charakteru smoków z danego regionu. Po tych
ogólnych uwagach następuje przegląd istotniejszych bestii z owego
zakresu, a każdy ze smoczych konterfektów stara się połączyć opis
konkretnego potwora i poświęcone mu opowieści. W praktyce, w zależności
od charakteru źródeł i innych czynników, portrety rozmaitych bestii
różnią się nieznacznie rozłożeniem akcentów, zasadniczo wszakże łącząc
formułę leksykonu ze zbiorem mitów i legend.
Wobec ogromu materiału same analizy ograniczone zostały do
najistotniejszych uwag, stąd również wstępy do każdego z omawianych
kręgów kulturowych sprowadzają się do kilkuzdaniowych wprowadzeń, a szczegółowe cechy przynależnych mu smoków rozwinięte zostaną już na
konkretnych przykładach. Przytaczane mity, legendy, podania i baśnie
przedstawiono w sposób zwięzły, rezygnując z wątków drugorzędnych. Wiele
opowieści funkcjonuje zresztą w kilku wersjach, co wymusiło wybranie
jednej z nich - najpopularniejszej albo najciekawszej, z ewentualnym
zaznaczeniem, czym charakteryzują się warianty odmienne. Prawo do
autorskich adaptacji, o ile w ogóle z niego skorzystano, sprowadza się
do mało znaczących szczegółów, mających zwykle na celu zwiększenie
wewnętrznej logiki przytaczanych mitów, podań i legend, oraz do
wspomnianej już rezygnacji z wątków pobocznych.
Tom drugi, który Czytelnik trzyma w ręce, zawiera charakterystyki
niezwykle licznych smoków i wężowych potworów z obszaru Europy - zarówno
przedchrześcijańskiej (z wyłączeniem omówionego już świata antycznego),
jak i chrześcijańskiej. Zainteresowanych smokami i wężowym bestiami
starożytnego Egiptu, Azji Przedniej, Iranu, Armenii, Grecji i Rzymu, a także tymi wywodzącymi się z tradycji żydowskiej,
wczesnochrześcijańskiej i późnoantycznej, zachęcamy do sięgnięcia po tom
pierwszy Księgi smoków świata.
Wizerunek smoków i innych wężowych potworów w przedchrześcijańskiej
Europie (poza kręgiem grecko-rzymskim), której dziedzictwo znane jest
niestety tylko fragmentarycznie, siłą rzeczy nie był jednolity. Celtowie
oraz Germanie - którzy smoki określali mianem worm i wurm, czyli
"robak" - postrzegali je zwykle jako przerażające bestie, często
kojarzone z siłami zła, ciemności i zniszczenia, a nierzadko - jak Grecy
- groźnych strażników skarbów. Tymczasem wśród Bałtów wszelkie gady
uważano za istoty przyjazne i opiekuńcze, u Słowian zaś, gdzie
smoczo-wężowe potwory występowały pierwotnie pod nazwami zmijów i latawców, ich wizerunek odznaczał się sporą ambiwalencją, istniały tam
bowiem złe i dobre smokopodobne stwory. Takie rozbieżności w przypadku
zupełnie odrębnych od siebie ludów i kultur dziwić nie mogą, bardziej
intrygujące są zatem zbieżności. O ile obecny w wyobrażeniach Germanów,
Słowian i anatolijskich Hetytów konflikt pomiędzy wężem-smokiem a bogiem
burzy (Thorem, Perunem, Tarhuną) może być wspólnym dziedzictwem
indoeuropejskim, o tyle zwraca uwagę podobne u wielu ludów
(niekoniecznie sąsiadujących ze sobą albo należących do jednej grupy
językowo-krewniaczej) bezpośrednie łączenie smoków z burzą, pojawiające
się u Basków, Słowian czy Węgrów.
Wraz z chrystianizacją na miejscowe tradycje nakładały się gotowe klisze
kulturowe o semicko-późnoantycznym obliczu, zniekształcając niekiedy
pierwotny charakter zastanych wyobrażeń (i nierzadko sprowadzając
później jego ogląd do ułomnych rekonstrukcji). Stąd spisane w czasach
chrześcijańskich wcześniejsze tradycje oddają często już ostatnią fazę
dawnych wierzeń, niekiedy nasiąkniętą wpływami nowej religii. A jeśli
mimo chrystianizacji wśród Bałtów przekonanie o dobrej naturze gadów
okaże się trwałe, to na Słowiańszczyźnie ich negatywne konotacje zostaną
wyostrzone, dość skutecznie zamazując konkurencyjny wizerunek. Wiele
zresztą wcześniejszych opowieści o smokach i innych potężnych gadach
przeniknie do legend chrześcijańskiej Europy, gdzie niektóre z nich
zajmą poczesne miejsce.
Grafwitnir, Goin, Mo?n, Grabak, Grafwöllund, Ofnir, Swafnir i Nidhögg
Według skandynawskich wyobrażeń praojcem rodu ogromnych i przerażających
węży był Grafwitnir, który podgryzał gałęzie i korzenie świętego,
życiodajnego drzewa Yggdrasill, wyznaczającego oś świata. Od Grafwitnira
wywodziły się inne wężowe potwory: Goin, Mo?n, Grabak, Grafwöllund,
Ofnir, Swafnir oraz najstraszniejszy z nich - uskrzydlony Nidhögg, który
usadowił się nad źródłem Hvergelmir. Wszystkie te smoczo-wężowe bestie
zasmakowały w życiodajnym drzewie, dziedzicząc po swoim protoplaście nie
tylko wygląd, ale i nawyki. Należąca do Eddy Starszej Grimnira Pieśń
notowała wszak:
Więcej leży wężów pod jesionem Yggdrasill
Niżeli głupcy wiedzą:
Goin i Mo?n synami są Grafwitnira,
Grabak i Grafwöllund,
Ofnir i Swafnir będą wciąż - jak myślę -
Drzewa gałązki ogryzać.
Jesion Yggdrasill cierpi więcej
Niżeli lud przypuszcza:
Jeleń szczypie w górze, pień próchnieje,
Nidhögg korzeń niszczy.
Edda Młodsza eksponowała rolę tego ostatniego, stwierdzając: "Pod
Yggdrasilem (wilgoć kropląca) co dzień zasiadają bogowie sądzić. Jest to
drzewo jesion największe ze wszystkich, jego gałęzie rozchodzą się po
całym świecie i sięgają Nieba. Trzy ramiona korzeni są: u Asów, u Hrymthussów gdzie niegdyś była Ginnungagap, i w Niflhejm. Pod tym
ramieniem jest Hwergelmer i Nydhoggur wąż nurtujący korę".
Nie było to jedyne pożywienie straszliwego Nidhögga, który w czasie
ostatecznej walki bogów z siłami ciemności - znanej jako ragnarök -
wyleci spod ziemi i z lubością pożerał będzie ciała umarłych. Należąca
do Eddy Starszej Wieszczba Wölwy tak kreśli przerażający wizerunek
skrzydlatego potwora:
Tam widzę rzekę, pod prąd żmudnie brodzą
Krzywoprzysiężcy i mordercy-wilki;
Tam ssie Nidhögg umarłych ciała,
Wilk rozrywa ludzi: wiecież teraz, czy nie?
[...]
Smok ciemny tam nadlatuje,
Wąż lśniący, z dołu, od Nidafjöll,
Na piórach Nidhögg - lecąc nad polem -
Niesie trupy - teraz ginie.
Stoorworm
Stoorworm lub Stoor Worm był bohaterem najbardziej znanej legendy
Orkadów. Przedstawiano go jako wielkiego, złowrogiego węża morskiego,
grasującego u północno-zachodnich wybrzeży Europy i niosącego
zniszczenie nabrzeżnym wioskom. Podanie stanowiło orkadzki wykład
historii naturalnej, tłumaczący genezę fizycznogeograficznego oblicza
tej części kontynentu.
Opowieść o Stoorwormie uznać należy za zabytek starogermańskiej epiki o przedchrześcijańskich korzeniach (Skandynawowie zasiedlili wszak wyspy
już w IX w.), choć swój ostateczny kształt osiągnęła zapewne pod wpływem
średniowiecznej kultury europejskiej. Wątek ocalenia królewny od wodnego
smoka jest bowiem podejrzanie zbieżny z opowieściami o greckich ketosach
i smoku świętego Jerzego. Pradawna legenda została na nowo odkryta w XIX
w. i prędko upowszechniła się w Szkocji, tworząc pomost pomiędzy kulturą
germańską i mniej lub bardziej celtycką.
Straszliwe nadeszły termina, gdy potężny Stoorworm z głębin się
wynurzył, zniszczenie ludzkim niosąc siedzibom. Nikt zwyciężyć ni
powstrzymać go nie był władny, nikt wioskom przezeń w niwecz obracanym
ratunku przynieść nie zdołał. Na próżno król wojowników najmężniejszych
przyzywał, na próżno mędrców o radę prosił - potwór niezwyciężony nie
odnalazł przeciwnika godnego, śmierć i zniszczenie całemu niosąc
krajowi.
Wtedy to pewien czarownik z radą wystąpił, iżby co sobotę siedem
dziewic Stoorwormowi oddawać, a wówczas potwór nasycony inszej nie
będzie szukał ofiary. Zwiesił bezradnie głowę król i skinieniem posępnym
zgodę swą wyraził, gdyż rozkazu złowrogiego wypowiedzieć nie potrafił.
I zaiste, oszczędzał wąż morski osady ludzkie, gdy co tydzień
dziewczęta smakowite na pożarcie mu dawano, wszelako burzył się lud i władcy swemu buntem groził, jeśli inszego nie znajdzie rozwiązania.
Jakoż przez usta czarownika zwiedział się król, że bestia tak długo
ziemie jego i poddanych prześladować będzie, aż królewny nie otrzyma.
Ukrył lica swoje w dłoniach monarcha, aliści nie mógł sam przecie
odmówić tego, czego od poddanych swych żądał. Córę tedy swoją
Stoorwormowi wobec dworu całego oddać ślubował tonem stłumionym,
głośniej zaś dodał, że jeśli ofiara tak droga na marne pójdzie i kraju
od węża nie ocali, czarownika zaraz bestii wyda. Zaczem posłańców po
całym swym władztwie rozesłał, temu, któren córę jego wybawić zdoła,
rękę jej obiecując, jako i stary miecz Odyna, w pieczy jego
spoczywający.
Wielu stawiło się na wezwanie, atoli którykolwiek z nich Stoorworma
ujrzał, zaraz w trwodze umykał. Sam król stary przeto na walkę mieczem
sławnym z potworem się gotował, by w dzień złowrogi zginąć raczej, niźli
śmierci dziecka ukochanego bezczynnie się przyglądać.
Dotarły wieści z dworu pod każden dach. Dotarły i do chaty, w której
młody Assipattle z rodzicami mieszkał. Nikt już w ocalenie królewny
dobrej nie wierzył, gotowano się tedy, by o świcie, gdy Stoorworm się
budził, godnie pożegnać ją na drodze ostatniej. Jeden jeno Assipattle na
ratunek jej ruszyć zamierzał, lecz z niczym zdradzić się nie chcąc, nocy
wyczekiwał. Gdy mroki jej domowników oczy zamknęły, dosiadł rumaka i nie
szczędząc go, przed się pognał.
Dotarł Assipattle na brzeg, gdy świt na wschodzie się zaróżowił,
Stoorworm zaś budzić się poczynał. Osadził młodzian dziarski rumaka przy
chacie rybackiej, a torf rozżarzony z domostwa i łódź z przystani
kradnąc, jak w gorączce na morze się puścił, wiosłując zapamiętale.
Wychyliła bestia łeb swój ogromny z odmętów, paszczę rozwarła, a Assipattle na łodzi w gardziel jej wpłynął. Dotarł śmiałek aż do
wątroby, nożem ją otwierając i torf płonący w jej środek rzucając. Ból
niewypowiedziany trawić węża począł, cielsko jego w konwulsjach
zadrżało, a torsje łódź młodzieńca z trzewi jego wypchnęły. Znalazł się
znów na morzu Assipattle i ledwie jedno spojrzenie triumfalne potworowi
posłał, gdy od ruchów gwałtownych bestii spieniły się fale i na brzeg go
rzuciły.
Stali tam już król stary, miecz Odyna nerwowo ściskający, dwór cały,
królewna i lud mnogi, w uroczystej i posępnej przybyli procesji, a teraz
ze zdumieniem węża morze wściekle burzącego oglądając. Cierpiał okrutnie
Stoorworm, na wszystkie rzucał się strony, lecz ogień żywy wciąż trzewia
jego palił. Wyrąbał ogonem swoim cieśninę Skagerrak, lądy rozdzielając,
zębiska jeden po drugim wypluwał, które Orkady, Wyspy Owcze i Szetlandy
utworzyły, a język jego Bałtyk w lądzie wyrzezał. Długo trwały
cierpienia węża, nim w męczarniach skonał. Natenczas cielsko jego martwe
z wnętrznościami płonącymi na powierzchnię wypłynęło, Islandię tworząc i jej gejzery sławne.
Gdy prześladowca zwyciężonym został, ofiarował król szczęśliwy
Assipattle córę swoją i miecz pradawny. Gdy zaś knowania królowej i czarownika na jaw wyszły, którzy radami fałszywymi królewny pozbyć się
pragnęli, wydał maga na śmierć władca wzburzony, a połowicę swoją w wieży zamknąć rozkazał.
Jormungandr
Jormungandr albo Jörmungand (w staronordyckim: "Wielki Wąż", a dosłownie: "Wielki Kij") był najpotężniejszym i najstraszliwszym gadzim
potworem wyobrażeń germańskich. Pod tym złowrogim imieniem znany był
ogromny jadowity wąż, przed którym drżeli nie tylko ludzie, ale i nordyccy bogowie.
Trójkę przerażających dzieci - Jormungandra, wielkiego wilka Fenrira i boginię śmierci Hel - zrodziła Lokiemu olbrzymka Angerboda. Odyn dość
szybko pojął naturę niewielkiego jeszcze węża i wrzucił go do oceanu
otaczającego ziemię - Midgard. Jeśli jednak prędkie zdiagnozowanie
problemu potwierdzało sławę Odyna jako boga mądrości, to wdrożone
przezeń równie prędko rozwiązanie opinii tej nie poświadczało.
Jormungandr rozrósł się bowiem w oceanie do gigantycznych rozmiarów, aż
opasał swoim potwornym cielskiem całą ziemię. Stąd doczekał się
alternatywnego imienia "węża Midgardu" - Midgardsorma. Od tej pory
Jormungandr stał się najgroźniejszym i najbardziej niepokojącym z wszystkich bytów. Opasawszy świat wężowym ciałem, zaczął pożerać własny
ogon, stając się na poziomie symbolicznym odpowiednikiem Uroborosa.
Bogowie musieli pogodzić się z istnieniem Midgardsorma, a świadomi jego
potęgi, starali się go nie drażnić, choć jego drogi co rusz krzyżowały
się z tymi, którymi chadzał Thor. Konflikt boga burzy i piorunów z ogromnym smokiem-wężem jest zresztą zaskakująco zbieżny w opowieściach
germańskich i hetyckich.
Najlepsze świadectwo finezji nordyckich wyobrażeń wystawia fakt, że
tworząc konsekwentnie nastrój grozy wokół Jormungandrna, jednocześnie
pozwalały mu się ujawniać w okolicznościach mocno anegdotycznych.
Pewnego razu Thor otrzymał zadanie podniesienia dużego kota i mimo
swojej nadzwyczajnej krzepy nie podołał wyzwaniu. Później okazało się,
że rozkoszny kociak był tylko złudzeniem, a bóg burzy w rzeczywistości
próbował podnieść Midgardsorma, którego cielska dźwignąć się nie dało.
Innym razem Hymir zaproponował Thorowi relaksujące wędkowanie. Przynętę
stanowił łeb wołu, spodziewano się więc nie lada zdobyczy. Przewidywania
sprawdziły się aż nazbyt dobrze, bo to, co dało się schwytać na tak
masywną przynętę, wdało się z mocarnym Thorem w równorzędną szarpaninę.
W końcu bóg burzy wyciągnął na powierzchnię rozgniewanego Jormungandra i stając z nim oko w oko, zamachnął się swoim młotem Mjöllnirem. Należąca
do Eddy Starszej Pieśń o Hymirze zdaje się sugerować, że bóg ukatrupił
ogromnego węża. Edda Młodsza wyraźnie temu przeczy, twierdząc, że
wobec groźby starcia tak potężnych przeciwników przezorny Hymir czym
prędzej przeciął linę wędki, być może przerażony rozmiarami
Midgardsorma. Wydarzenie to tym bardziej podsyciło wrogość między dwoma
antagonistami, zwłaszcza że Jormungandra pozostawiło upokorzonym i wściekłym, a boga burzy rozczarowanym, gdy obaj byli przeświadczeni o własnej przewadze.
Finalna walka pomiędzy Midgardsormem a Thorem rozegra się w czasie
ostatecznego starcia mocy światła i ciemności - ragnarök. Wtedy to
Thor zabije złowrogiego węża, a sam padnie od jego jadu. Jak więc widać,
obaj - dosłownie - żyć bez siebie nie mogli...
Smok duński
Pochodzące z przełomu XII i XIII w. Dzieje Duńczyków Saxa Gramatyka
miały ambicję stać się wielką syntezą dziejów Danii, korzystającą z wszelkiej zachowanej dotąd tradycji, również mitycznej. Znalazło się tam
i miejsce dla pradawnego smoka żyjącego na jednej z duńskich wysp.
Bestia pluła trucizną, a występowała w charakterystycznej dla
germańskich wyobrażeń roli strażnika skarbu. Utwór opisał ją w ten
sposób:
Strażnikiem tej góry o potężnej masie
jest wąż kręty, opleciony gęstymi girlandami,
który ciągnie za sobą kręty ogon z pierścieniami i syczy nieskończonymi
zwojami, wyrzucając truciznę.
Pogromcą potwora i zdobywcą strzeżonych przezeń precjozów był jeden z najdawniejszych duńskich władców - mityczny król Frode (Frothon), który
dzięki swojemu czynowi podreperował budżet królestwa.
W owym czasie rządy w Danii Frode sprawował, król mężny, któren inszych
poniechawszy rozrywek, w wojennym jeno wprawiał się rzemiośle. Frasował
się wszakże, bowiem skarbiec jego pustkami świecił, przez ojca
dostojnego na wojnach strawiony. Nie mógł tedy Frode nawet wojom swym
należnej ofiarować zapłaty.
Gdy przeto bard pieśni na dworze duńskim wyśpiewywał o skarbach
nieprzebranych, na wyspie pobliskiej ukrytych, król bacznie ucha
nadstawił. Nie zawiódł go śpiewak, wiele sekretów przez Frodem
odkrywając. Oto smok groźny na straży skarbu stał cennego, jadem
śmiertelnym plujący. Atoli skóra bycza ochronę przed jadem zapewniała,
brzuch zaś smoka, od łusek twardych wolny, szansę śmiałkowi dawał.
Nakazał król tarczę swoją byczą powlec skórą, zaczem na wyspę niedaleką
samotnie się udał, jednako skarbu i sławy żądny. Tam smoka ujrzał, gdy
ów wodą pragnienie ukoiwszy, do groty swej powracał. Natarł na potworę
król mężny, aliści oszczepy przezeń rzucane od łusek twardych się
odbijały. Dobył miecza Frode, lecz i on bestii zranić nie mógł,
szczerbiąc się jeno na cielsku twardym. Wspomniał król na słowa śpiewaka
i celniej kolejny cios wymierzył, oręż swój w brzuchu monstrum
zatapiając. Ryknął smok, na nieprzyjaciela się rzucił, lecz i tym razem
musiał Frode bardowi sprawiedliwość oddać, zębiska bowiem ostre tarczy z wolej skóry przebić nie zdołały. Słabość uczuł potwór, jadem plunął i bez życia do stóp zwycięzcy się osunął.
Posiadł mężny król Frode kosztowności na wyspie ukryte, zaczem do zamku
swego morzem zamożny i zwycięski powrócił. Od owej pory wszystkie ludy
drżały przed potęgą władcy, któren sam jeden smoka potężnego ubić
zdołał, a armię najliczniejszą łacno mógł opłacić.
Fafnir
Największym bohaterem świata symbolicznego Germanów był heros z rodu
Völsungów, znany u Skandynawów jako Sigurd, a przez ich pobratymców z południa zwany Siegfriedem, czyli Zygfrydem. Opowieści o jego
czynach, wśród których kluczowym było zabicie smoka Fafnira, znane były
powszechnie, a chwałę herosa głosiły najpierw pogańskie pieśni i sagi,
później anglosaski poemat Beowulf, w końcu zaś spisany ok. 1200 r.
niemiecki epos Pieśń o Nibelungach i powstała pół wieku później Saga
o Dytryku z Bern, zrodzone już w dobie chrześcijańskiej kultury
rycerskiej. Istniała też francuska wersja żywotu bohatera, dająca mu
imię Lydéric. Wraz z upowszechnieniem druku wyselekcjonowane wyczyny
Zygfryda trafiły w czasach nowożytnych "pod strzechy" w całej Europie
dzięki literaturze jarmarcznej (straganowej), sycącej głód cudowności i przygody wśród ludu adaptacjami odpowiednio dobranych fragmentów
wcześniejszych dzieł. W każdej wersji najważniejszym osiągnięciem
Völsunga było pokonanie i zabicie potężnego Fafnira, który stał się
jednym z najsłynniejszych gadzich potworów Europy.
Fafnir miał początkowo ludzkie kształty, a w smoka zamienił się wraz z wejściem w posiadanie przeklętego skarbu, w nowej postaci stając się
jego czujnym strażnikiem. Jako gadzi potwór dysponował skrzydłami,
ostrymi pazurami i zębami, łuską chroniącą przed zranieniem, ogromną
siłą fizyczną oraz zdolnościami ziania ogniem i plucia jadem. Jego
atutami były również ludzka inteligencja, zdolność mowy i niezwykła
mądrość, a wszystko to razem czyniło zeń wyjątkowo groźnego przeciwnika
dla każdego śmiałka, który zechciałby połakomić się na jego precjoza.
Skąpanie się we krwi smoka zapewniało odporność na zranienia, zaś jej
spożycie - zdolność rozumienia mowy zwierząt. Przekąska z serca Fafnira
pozwalała natomiast posiąść jego mądrość. Saga o Völsungach
twierdziła, że gdy "smok pełznął do wody, ziemia trzęsła się potężnie,
tak że cały grunt w pobliżu drżał. Wydmuchiwał jad na całą drogę przed
sobą".
Uśmiech złowieszczy oblicze kowala Regina wykrzywiał, gdy z żelaza
rozżarzonego miecz wykuwał. Wspomnienia przykre niczym cienie upiorne go
opadały, atoli dzień pomsty się przybliżał.
Rozpamiętywał Regin czasy, gdy wraz z ojcem swym Hreidmarem,
czarownikiem, jako i braćmi Fafnirem i Otrem chatę wśród pól
zamieszkiwali. Owego dnia pamiętnego Odyn, Loki i Hönir po Midgardzie
wędrowali, Loki zaś Otra w wydrę przemienionego zabił, za zwyczajne
mając go zwierzę. Zapukali pod wieczór bogowie utrudzeni do chaty
Hreidmara, o gościnę prosząc i jakby z ojcowskiego kpiąc nieszczęścia,
wydrę upolowaną ofiarując. Wtedy to czarownik wzburzony sił ich pozbawił
i zniewolił, a łamiącym się głosem naturę wydry zdradził. Spojrzeli po
sobie bogowie skruszeni i jako obyczaj nakazywał, główszczyznę za
zabójstwo proponowali. Poznał Hreidmar nieszczęsny, że morderstwo
nieświadome żywot syna jego przecięło, rzekł im przeto w Fafnira i Regina przytomności, iżby skórę wydry złotem po brzegi wypełnioną
przynieśli, a z mocy swej ich wyzwoli. Ruszył tedy Loki, by okup zdobyć
i łacno skarb przeklęty Andwariego pozyskał z pierścieniem złotym.
Wtenczas ojciec zbolały wolność bogom wrócił, winy świadomej w nich nie
odnajdując.
Żądza bogactwa zatruła wszelako serca synów jego. Zabił Fafnir ojca
swego we śnie i skarb sobie przywłaszczył. Zażądał Regin, by brat część
dóbr Andwariego mu odstąpił, lecz odmówił mu Fafnir i w smoka się
przemieniwszy, z przeklętym odfrunął skarbem. Zaczem w pieczarze ciemnej
go złożył i na straży jego stanął, ogniem żywym śmiałków wszelkich paląc
albo na strzępy ich rozszarpując.
Nie bolał Regin nad śmiercią ojca, a jeno z przywłaszczenia precjozów
Andwariego Fafnirowi zarzut czynił, przez lata nienawiść w sercu swoim
pielęgnując. Aliści nie mógł przecie kowal przygarbiony ze smokiem
potężnym w szranki stawać. Dlatego uśmiechał się teraz, gdy los
opiekunem mocarnego Zygfryda go uczynił. Opowiadał mu Regin o potworze
złowrogim i do zgładzenia go namawiał. Nie trzeba było długo prawić
młodzieńcowi popędliwemu, by z bestią się zmierzył. Już widział Regin
Fafnira martwego i Zygfryda skarb Andwariego w ręce opiekuna swego
składającego. Posiędzie tedy kowal dobra nieprzebrane, serce smoka
spożywszy, mądrość wielką zyska, a wżdy i młodzieńca życia pozbawi, gdy
ów potrzebnym mu być przestanie. Odchodziła w mrok przeszłość nędzna, a nowy dzień pomyślność i bogactwo Reginowi miał przynieść.
Nazajutrz poprowadził kowal Zygfryda ku legowisku bestii, sam zaś się
ukrył, przed mocą drżąc smoka. Ściskał miecz swój młodzian waleczny, do
walki z Fafnirem się gotując, gdy wędrowiec nieznany doły wykopać mu
poradził i w jednym z nich się ukryć, by w krwi smoka się skąpał, a w niej nie utonął. Podziękował mu Zygfryd i czym prędzej jamy w ziemi
wydrążył, za kryjówkę jedną z nich obierając.
Czekał długo młodzieniec mężny, aże huk i hałas straszliwy nadejście
Fafnira potężnego oznajmiły. Przesunął się potwór ponad dołami, a wtedy
Zygfryd miecz swój w cielsku jego aż po rękojeść zatopił. Obmyła go krew
smocza, ciało jego odpornym na rany wszelkie czyniąc, z wyjątkiem
jednego miejsca, gdzie listek opadający do pleców jego przylgnął. Ryknął
przeraźliwie Fafnir, ogonem o ziemię bić począł, atoli z upływu krwi
słabnął, poznając ranę śmiertelną. Gdy upadł, tumany kurzu wzbijając,
przypadł doń Zygfryd i miecz z brzucha smoczego wyrwał. Spojrzał nań
Fafnir gasnący i o imię pogromcy swego zapytał. Długo wzbraniał się
młodzian, wżdy jako Zygfryd, syn Zygmunta ze sławnego rodu Völsungów,
się przedstawił. Westchnął Fafnir i ostrzegł go przed skarbem
przeklętym, któren nieszczęście na posiadacza swego ściąga, jako i Reginem nieszczerym, do każdej zbrodni zdolnym. Nie wiedział wojownik,
co o tym wszystkim myśleć, aliści gdy smok ducha oddał, zaraz do groty
jego wyruszył i kosztowności tam złożone Reginowi poniósł, jako pierwej
był obiecał.
Nie był nigdy szczęśliwszym jako w owym dniu kowal złowrogi, gdy zemstę
na Fafnirze odebrał, a wraz z nią bogactwa nieprzebrane dziedziczył.
Zaraz też z jego polecenia Zygfryd serce ze smoczych wydobył trzewi i na
ogniu dlań piekł. Kiedy zaś sok serdeczny kipieć począł, przyłożył doń
palec syn Zygmunta i oblizał, by sprawdzić, czy potrawa dla kowala
gotowa. Gdy tylko krew smoka języka jego dotknęła, w jednej chwili mowę
zwierząt rozumieć począł. Ze zdumieniem tedy słuchał ćwierkania ptactwa,
które pośród treli smutną opowiadało sobie historię o kowalu chciwym, co
plan zgładzenia Zygfryda w sercu nikczemnym ułożył. I tak nie dożył
Regin dnia następnego, miecz bowiem młodzieńca wzburzonego żywot
podstępny zakończył.
Słynął odtąd Zygfryd mocarny po wszej ziemi jako zabójca smoka
potężnego, a mowę zwierząt poznawszy i ciało swe odpornym na zranienia
uczyniwszy, niezwyciężonym się stał jak nikt przed nim. Wielu też czynów
sławnych dokonał, które imię jego nieśmiertelnym uczyniły. Rację miał
atoli Fafnir, gdy przed skarbem przeklętym go ostrzegał, zgubę jeno
przynoszącym. U szczytu bowiem powodzenia i sławy postradał Zygfryd
życie, gdy ostrze zdradzieckie w plecy go ugodziło, w owe miejsce,
którego za sprawą listka maleńkiego smocza krew nie oblała.
Gdy Sigurd/Siegfried z pangermańskiego herosa pogańskiego stał się
paneuropejskim rycerzem chrześcijańskim, postać Fafnira zubożono o jego
mitologiczną genealogię oraz wątki łączące się z kompanią Lokiego i pochodzeniem skarbu. Poemat Beowulf nie wymieniał potwora nawet z imienia, każąc Zygfrydowi (pomylonemu zresztą z jego ojcem Siegmundem)
pokonać anonimowego smoka w jego jaskini. Przebity mieczem bohatera
potwór zginął od własnego ognia, dzięki czemu zwycięzca mógł zagarnąć
jego kosztowności. Poemat nie mówił nic o inteligencji smoka,
wspominając jedynie, że "przerażająca bestia strzegła skarbu, siejąc
grozę i postrach wśród wszystkich, którzy choćby usłyszeli o jego
przerażającym istnieniu". Opisu potwora dopełnia określenie: "[...] smok
straszny dla każdego należącego do ludzkiej rasy".
Spisana w połowie XIII w. Saga o Dytryku z Bern dokonała poważnych
zmian w opowieści, nadając smokowi - tak silnemu, że "dziesięciu ludzi
nie odważyło się do niego zbliżyć" - imię... Regin. Regin nie strzeże
skarbów, a grasuje po lesie, zabijając każdą napotkaną istotę. Jego
bratem jest kowal Mime (Mimir), lecz tym razem rodzeństwo żyje z sobą w jak najlepszej komitywie. Obawiający się siły przygarniętego przez
siebie Sigurda Mime posyła go do walki z Reginem, licząc, że młodzieniec
nie powróci żywy. Tymczasem Sigurd zdzielił smoka żarzącym się w ogniu
pniem, a oszołomiona bestia zwiesiła głowę, nie mając sił, by wypluwać z paszczy truciznę. Bohater okładał ją dalej, aż zabił potwora. W końcu
odrąbał siekierą smoczy łeb Regina, a ugotowane smocze mięso pozwoliło
mu zrozumieć mowę ptaków. Ta przydatna umiejętność umożliwiła mu pojęcie
intrygi. Tym razem nie ma mowy o kąpieli w smoczej krwi, a cały wątek
zamyka przyniesienie Mimerowi gadziej głowy Regina.
Niektóre wersje opowieści pozbawiały bowiem Fafnira imienia, skarbu albo
inteligencji, ale niezmienne podkreślanie magicznych właściwości jego
krwi, serca bądź mięsa nie pozwalało wątpić, o którego smoka się
rozchodzi.
W adaptacji opowieści o Lydéricu pióra Aleksandra Dumasa anonimowym
wcieleniem Fafnira był "olbrzymi smok, który mnóstwo już ludzi pożarł",
przedstawiony jako uskrzydlona, ziejąca ogniem bestia o płomienistych
ślepiach, która przy swojej jaskini w Płaczącej Skale oczekiwała nowych
ofiar, a cała okolica pełna była ich porozrzucanych kości. Tyleż
krwiożerczy, co bezmyślny potwór czaił się w Czarnym Lesie, dokąd
Lydérica wysłał kowal Mimer - tym razem niespokrewniony z bestią -
sądząc, że skazuje młodzieńca na śmierć. Bohater mocno poranił smoka, po
czym pobiegł za uciekającym potworem i w jego jaskini odciął mu głowę,
zaś kąpiel we krwi monstrum pokryła ciało Lydérica odpornymi na rany
łuskami, z wyjątkiem miejsca, do którego przylgnął feralny listek.
Natomiast w grocie odpowiednika Fafnira odnaleźć można było zapewne
wiele rzeczy, ale nic przedstawiającego realną wartość.
Z kolei w anonimowej Historii o niezwyciężonym rycerzu Zygfrydzie,
krążącej od XVIII w. w tanich wydawnictwach jarmarcznych, dawny Fafnir
został rozdzielony na dwa potwory. Pierwszy z nich odpowiadał dokładnie
temu, z którym zmierzył się Lydéric, drugi zaś był człowiekiem zaklętym
w ogromnego, ziejącego ogniem gada, który w czasie świąt wielkanocnych
powracał do ludzkiej postaci, z czasem zaś miał odzyskać ją na stałe. A jako że literaturze straganowej zawsze mało było cudowności,
towarzyszyło mu dziewięć mniejszych smoków, będących jego potomstwem.
Monstrum porywa królewnę Florygundę, co skłania Zygfryda do wyprawy
ratunkowej. Smok jest przy tym mimowolnym strażnikiem skarbu, ukrytego w pobliżu jego legowiska przez braci króla Egwalda. W swojej wyprawie
waleczny i bogobojny rycerz pokonuje najpierw rozmaitych przeciwników,
m.in. olbrzyma, po czym stacza z wszystkimi smokami dramatyczną walkę,
przerywaną pogawędkami z Florygundą. Wychodzi z nich oczywiście
zwycięsko, zabijając najpierw młode gady, a później odrąbując
najstarszemu z nich kolejno ogon i głowę, po czym odnajduje skarb.
Fafnir żył zatem w europejskiej kulturze długo, nawet jeśli nie
występował pod własnym imieniem, a przypisywane mu cechy znacząco
odbiegały od pierwowzoru, łącząc się z nim jedynie poprzez pewne
charakterystyczne i rozpoznawalne wątki.
Smok gotalandzki
Spisany ok. 1000 r. poemat Beowulf w ustnej wersji istniał już zapewne
w VIII w., ale występujące w nim wątki były jeszcze starsze, głęboko
osadzone w germańskich wyobrażeniach przedchrześcijańskich. Tytułowy
bohater dokonuje wielu bohaterskich czynów, pokonując wodne potwory (o dziwo, tym razem nie są wężowe), po czym otoczony chwałą, obejmuje tron
kraju Gotów - Gotalandii. Po latach pokoju i pomyślności jego królestwo
zaczyna pustoszyć uskrzydlony smok o ciele pokrytym twardymi łuskami,
jadowity, ziejący ogniem i wyrzucający trujące opary. Monstrum
spoczywało dotąd w swojej jaskini w nadmorskim kurhanie, pilnując
skarbów. Nieszczęśliwie raz, podczas błogiej gadziej drzemki, pewien
człowiek skradł bestii kosztowny kielich, a wtedy wściekły smok wylazł
ze swojej kryjówki i w amoku zaczął obracać w ruinę Gotalandię, paląc
całe wioski płomieniami ze swoich trzewi.
Zamierzchłe to były czasy, gdy pewien wojownik szczęśliwy skarb ogromny
odziedziczył. Nie miał wszelako komu go oddać, rodziny bowiem, za
bogactwami wiecznie ganiającej, już mu zbrakło. By przeto nikogo na
pokuszenie kosztowności nie wodziły, ukrył je w jaskini w kurhanie
wydrążonej i smokowi o oddechu ognistym pieczę nad nimi powierzył.
Minęły stulecia, a woli wojownika roztropnego zadość się działo, nikt
bowiem o kosztownościach zwiedzieć się nie zdołał, a jeśli zdołał - ślad
po nim przepadł.
Aże razu pewnego zdarzyło się, że do jaskini człek przebiegły trafił i skarby nieprzebrane oczom jego się ukazały. Ujrzał też smoka
drzemiącego, przeto by śmierci niechybnej na siebie nie ściągnąć,
rozważnie postępować postanowił. Rozejrzał się po pieczarze, wzrok zaś
jego kielich drogocenny przykuł. Zapomniał tedy o inszych precjozach i cicho ku pucharowi się zbliżył, a pochwyciwszy go, ukradkiem oddalił.
Kiedy już bezpiecznym się poczuł, do pana swego pognał i darem
kosztownym łaski jego sobie zaskarbił, ze sprytu swego dumny.
Gdy ów w zadowoleniu trwał, oto obudził się smok straszliwy, a ślad
ludzkich stóp w siedlisku swym ujrzawszy, w gniew wpadł wielki.
Rozejrzał się uważnie, kielicha zaś nie odnajdując, ryknął przeraźliwie
i z jaskini się wychylił. Zaczem skrzydła rozprostował, ponad okolicę
wzbił się i w furii niepowstrzymanej ogniem wioski palić począł, wojnę
ludzkiemu wydając plemieniu, które spokój jego naruszyło, aż całą
nadmorską wypalił krainę.
Ledwie kilka dni minęło, a kraj Gotów w zgliszcza obracać się począł za
sprawą bestii straszliwej. Stary przeto król Beowulf wojowników
najdzielniejszych wezwał, by na ich czele walkę z bestią stoczyć i poddanych swych od zguby ocalić. Wybrał z nich jedenastu i wraz z nimi
wyruszył, życia swego szczędzić nie mając w zwyczaju. Gdy tak do wyprawy
się sposobił, stanął przed obliczem jego i ów człowiek, któren puchar
kosztowny ukradł, za winy się kajając i drogę ku legowisku potwora
wskazać obiecując. Zganił go Beowulf za lekkomyślność, lecz skruchę
pochwalając, rad ze wskazań jego skorzystał.
Gdy trzynastu mężów pod jaskinię smoka przybyło, ostawił towarzyszy
swoich król i sam ku legowisku bestii się przybliżył, pójść za sobą
wzbraniając. Stanął Beowulf przed pieczarą i głośno zakrzyknął, a zaraz
smok z czeluści się wychylił, krwi spragniony. Natarł potwór na króla,
lecz tarczę jego jeno zdruzgotał, monarcha zaś waleczny miecz w cielsku
gada zatopił. Bryznęła krew bestii, a smok raniony ogień z gardła z wściekłością wypuścił, paląc Beowulfa dotkliwie. Upadł król płomieniami
ogarnięty i ledwie żyw na ziemię piaszczystą, opar zaś trujący go
otoczył. Na ów widok rozpierzchli się w trwodze wojownicy. Skoro bowiem
sam Beowulf padł, któż żywym się ostanie? Jeden jeno Wiglaf młody
królowi swemu na odsiecz pośpieszył, śmiało w opary zdradliwe pędząc. A gdy smok tarczę jego spalił, za resztką tarczy Beowulfa się schronił. Z czcią uniósł młodzieniec króla swego i o wierności swojej z żarliwością
go zapewnił, jaką jeno podobne rodzą godziny. Wzruszył się monarcha
waleczny, a o obowiązkach swoich pamiętając, miecz mocno pochwycił i siły wszelkie wytężając, na smoka natarł, oręż na głowie jego krusząc.
Osunął się na ziemię Beowulf, potwór zaś łeb od ciosu mocnego pochylił.
Ujrzał Wiglaf, że łuski ciało smoka okrywające od śmierci bestię
uchroniły, lecz dostrzegł i miękkie miejsce poniżej głowy straszliwej i tam uderzyć postanowił. Bestia tymczasem na króla natarła i zębiskami
swymi go poraniła, jadem krew jego kalając, zaczem naprzeciw młodzieńca
ogniem wionęła. Nie zważał na ramię spalone Wiglaf, lecz do smoka
podbiegł i miecz swój w miękkie wbił miejsce. Ryknął potwór od rany tak
dotkliwej, słaniać się począł, atoli przeciwnika zdołałby jeszcze
rozszarpać, gdyby król Beowulf resztą sił nie powstał i uderzeniem
sztyletu smoka na dwoje nie rozpłatał.
Tak zginęła bestia złowroga, samym oddechem swym jadowitym do reszty
spalona. Zabójca jej dostojny na ziemię się osunął, w chwili konania
Wiglafa mężnego następcą swym czyniąc. Pognał zaraz młodzian dziarski do
groty i część skarbów pośpiesznie wyniósł, by mógł Beowulf oczy nimi
nasycić, jako dziedzictwem ludu swego, nim ducha wyzionie.
Owego dnia Gotalandia wielkiego zaznała szczęścia, bezpieczeństwo
odzyskując i kosztowności wielkie dziedzicząc. Atoli więcej było łez za
monarchą walecznym i sprawiedliwym wylanych, któren jadem zatruty z mieczem zwycięskim w ręku skonał, niźli radości nad smokiem zabitym i skarbów jego zdobyciem.
Żmij
Żmij (pierwotnie raczej zmij) należał do ważniejszych istot w kulturze
symbolicznej dawnych Słowian. Pod względem fizycznego wyglądu był to
ścisły odpowiednik smoka - ogromny, pokryty łuskami gad. Niekiedy
utożsamiano żmija z tęczą, gdy ten żłopać miał wodę z rzek i oddawać ją
chmurom, a kiedy indziej z Ognistą Rzeką, łączącą świat ziemski z piekłem. W Rossoszycy wielbiono go jako istotę wymierzającą
sprawiedliwość.
Wraz z chrystianizacją żmij zaczął się zlewać w jedno z właściwym
smokiem, zabrakło bowiem miejsca na odrębny gatunek dobrych smoków. W wielu językach słowiańskich żmij stał się prostym synonimem łacińskiego
draco, toteż antyczno-chrześcijański smok znany był na Bałkanach jako
zmaj, a na Rusi pod imieniem zmiej lub zmij (stąd też rumuński
zmeu). W ten sposób rozmaite żmije stały się po prostu terroryzującymi
okolicę smokami. W Polsce i Czechach słowo "żmij" ustąpiło jednak
odpowiednio smokowi oraz zmokowi i drakowi, a w Bułgarii i na Rusi
drakon pojawił się obok żmija jako odrębna istota.
W niektórych regionach żmij stał się antytezą smoka, jego odbiciem w negatywie. Jeśli smok pozostawał istotą złowrogą, związaną z ogniem i suszą, to żmij odgrywał pozytywną rolę, a łączony był z wodą. Bywał więc
antagonistą smoka, hali lub lamii - groźnych gadzich potworów. Taką
funkcję pełnił jednak konsekwentnie tylko w Bułgarii, gdzie wyraźnie
rozróżniano smoki i żmije, czyniąc z nich śmiertelnych przeciwników.
Na Śląsku i Łużycach żmije występowały nie jako groźne potwory, lecz
pospolite szkodniki, kradnące rozmaite dobra ze spiżarni. Według
zapisków piśmiennych, czyli chrześcijańskich już Słowian, pradawny stwór
bywał więc mistycznym strażnikiem sprawiedliwości, bywał prostym
synonimem smoka, czyli zagrażającą całej okolicy krwiożerczą bestią,
bywał dobrodusznym przeciwnikiem smoków, lamii i hal, bywał też wężowym
złodziejaszkiem okradającym spichlerze.
Najważniejszym z poświęconych żmijom przekazów była opowieść, która
tłumaczyć miała powstanie Żmijowych Wałów (Wałów Trajana) - tajemniczych
nasypów ciągnących się przez dużą część Ukrainy, z największym
skupiskiem pomiędzy Dnieprem, Rosią i Teterewem. Akcja podania
rozgrywała się za panowania wielkiego księcia kijowskiego Włodzimierza I Wielkiego, chrzciciela Rusi, zatem na przełomie czasów pogańskich i chrześcijańskich. Potwór występuje jako groźna bestia - prześladujący
okolicę siedmiogłowy, ognisty smok, którego zwyciężają popularni na Rusi
święci Borys i Gleb, synowie Włodzimierza.
Choć wielkim i potężnym był władcą książę Włodzimierz, to smutek w jego
panował krainie. Oto bowiem grasował na Rusi żmij ognisty, któremu nikt
nie mógł sprostać. Potwór siedem miał łbów, a żar wielki bił od niego.
Co roku zaś domagał się jednej dziewicy na pożarcie, grożąc, że inaczej
krainę całą w zgliszcza obróci. Ze łzami w oczach i rozpaczą w sercu
żegnali tedy córki ukochane rodzice zgnębieni, by głód żmija nasycić.
Kiedy wołania o ratunek do książęcego dotarły zamku, syn władcy pokonać
bestię obiecał. I choć odradzał mu ojciec walkę nierówną, o potomka
drżąc życie, to przecie rozumiał, że do rodu panującego obrona poddanych
należy, a syna odważnego i tak nic przed walką śmiertelną nie wstrzyma.
Wyruszył tedy syn książęcy z Kijowa na spotkanie z potworem, rękojeść
miecza swego ściskając. Gdy ujrzał żmija ognistego, zaraz natarł na
niego. Ryknął paszczami siedmioma potwór i do walki ze śmiałkiem stanął.
Dzielnie radził sobie Włodzimierzowic w starciu, na jakie nikt dotąd się
nie ośmielił. Ale choć godnie stawał rycerz, nie mógł przecie ognia
znieść żmijowego. Przeto umęczony od potwora odstąpił i ku samotnej
kuźni, jaką w pobliżu obaczył, po ratunek pognał.
W kuźni owej święci Borys i Gleb pierwszy pług wykuwali, aby lud ruski
uprawy ziemi nauczyć. Wpadł do niej syn książęcy i wraz wrota żelazne za
sobą zaparł. Natenczas żmij na kuźnię natarł, a drzwi z żelaza
ujrzawszy, ognistym lizać je począł językiem, aże roztapiać się poczęły.
Wżdy stopiły się całkiem, a potwór język swój płomienny pośrodku kuźni
ukazał. Nie czekali długo Borys i Gleb, lecz wraz ozór w kleszcze
porwali, na kowadło zaciągnęli i młotami okładać poczęli. Jęczał z bólu
żmij, atoli języka uwolnić nie potrafił, aże zwyciężonym i pokonanym
uznać się musiał.
Wtedy to bracia świątobliwi potwora okiełznanego do pługa zaprzęgli i w pierwszą orkę na Rusi z nim wyruszyli. Bruzdą obwiedziona została
kijowska ziemia, tak że złe moce przystępu już do niej nie miały. Tak
pierwszy pług na Ukrainie od sił ciemności ją zabezpieczył za sprawą
bliźniaków świętych i dzielnego syna księcia Włodzimierza. Pamiątką zaś
po ich czynie Żmijowe Wały ostały, przez bestię poskromioną wyorane.
Opowieść znana była również w nieco odmiennych wariantach. Według
jednego z nich śmiałek - niekoniecznie będący samym księciem - otrzymał
wsparcie od anioła, który nauczył go modlitw powstrzymujących żmija.
Bohater był bezpieczny, dopóki je odmawiał, natomiast smok korzystał z każdej okazji, gdy ów ustawał w modłach. Finał całej historii był jednak
identyczny.
Inaczej wydarzenia relacjonowała opowieść, wedle której wyłaniający się
z wód Morza Czarnego żmij żądał dla siebie ofiar z młodych dziewcząt.
Podanie to, wciąż łączące przedchrześcijańskiego potwora z odpowiednimi
dlań czasami pogańskimi, powstało już po chrystianizacji Rusi,
korzystając z motywów, które wcześniej nie mogły być Słowianom znane,
związanych z historią świętego Jerzego i wspomnieniem antycznych
ketosów. Wedle tej narracji kolejną z ofiarowanych żmijowi panien miała
być miejscowa księżniczka, którą ocalić zapragnął tajemniczy przybysz.
Wojownik zasnął w oczekiwaniu na bestię, a zbudziły go spadające mu na
twarz łzy nieszczęsnej panny. Śmiałek łatwo poradził sobie ze żmijem,
pragnąc zaś oszczędzić Rusi na przyszłość zagrożenia ze strony potworów
z Morza Czarnego, usypał Żmijowe Wały.
Dawnego kultu żmija słusznie bądź nie domyślano się w nazwie Żmigrodu,
co stało się kanwą późniejszej legendy. Żmij występuje w niej również
jako przerażająca bestia, tym razem jednogłowa i nosząca na swoim
smoczym łbie złotą koronę - znak pozycji wśród gadów i źródło potęgi
potwora. Z tej racji Żmij jest tutaj poniekąd imieniem własnym.
U stóp Beskidu Niskiego istniał przed wiekami gród, w którym mądry i waleczny Żyrosław rządy swe sprawował. Pod zamkiem owego księcia ciemna
znajdowała się jaskinia, w której Żmij groźny się zagnieździł. Był to
potwór ogromny, skrzydlaty i łuskami okryty, a na skroniach jego złota
spoczywała korona, diamentami wysadzana, jako znak panowania nad gadzim
plemieniem. By głód jego nasycić, przynoszono na rozkaz Żyrosława jadło
pod pieczarę bestii. Wielka za tym mądrość księcia się kryła, albowiem
syty Żmij nikogo nie niepokoił, a kiedy jeno wojska nieprzyjaciół pod
gród się przybliżyły, potwór wygłodniały z jaskini swej wyłaził i przerażonych napastników samym widokiem swym do odwrotu przymuszał.
Atoli pewnej nocy młodzieńcy, którzy srodze sobie podpili, skraść
Żmijowi koronę drogocenną zapragnęli. Najodważniejszy z nich do jaskini
się zakradł, reszta zaś na czatach stanęła. Śmiałek wszelako nie wracał
i kiedy do świtu się nie zjawił, poznali towarzysze jego, że potwór
musiał go pożreć, albowiem jedno kłapnięcie paszczy potężnej do tego
wystarczyć mogło. Przeto rozpierzchli się ze strachem i do domów swoich
pobiegli.
Kiedy kilka dni później jadło Żmijowi poniesiono, ów ani spojrzeć na
nie nie chciał, posiłek dlań przygotowany przed grotą przez tydzień stał
nietknięty. Nikt wyjaśnić tego nie potrafił, aże pewien starzec, mądry
niczym Salomon, przypomniał sobie ową nocną młodzieńców ekskursję, o której głośno w grodzie było, i ze smutkiem oznajmił, że widać potwór
raz ludzkiego zakosztowawszy mięsa, tak w nim się rozsmakował, że nic
więcej już w paszczę wziąć nie zechce. Zaraz tedy za zgodą księcia
skazańca z lochów wyciągnięto, któren i tak życie swe miał postradać, i u wejścia do jaskini łańcuchem przykuto. Nazajutrz kajdany same
brzęczały na wietrze, na znak, że monstrum nieszczęśnika pożarło, i na
potwierdzenie przypuszczeń najgorszych.
Padł strach wielki na mieszkańców grodu, którzy pojęli, że głodny Żmij
na nich szczerzyć będzie odtąd zębiska swoje. Zasmucił się wielce
Żyrosław, a poddanych swych uchronić pragnąc, wojny przeciw sąsiadom
wszczynał, aby jeńców pozyskać. A że zawsze zwycięskim był oręż jego,
przeto przed jaskinią wrogów potworowi na ofiarę złożonych nigdy nie
zbrakło. Tak książę rozumny grodowi swemu pokój od bestii groźnej
zapewnić zdołał.
Aliści sąsiedzi napadami nękani ani myśleli racje nieprzyjaciela
rozumieć, lecz sprzymierzyli się i wspólnie wojsko Żyrosława dzielnego
pobili. Księcia zaś samego przed jaskinią kajdanami przykuli, miecz jeno
i włócznię mu ostawiając, by choć z bronią w ręku zginął. Czekał
Żyrosław na los swój, z niepokojem ku wejściu do groty poglądając, lecz
skóry swej tanio sprzedać nie zamierzał. Kiedy przeto Żmij łeb swój
wychylił złowrogi i paszczę rozwarł szeroko, chwycił miecz książę i na
sztorc w nią wepchnął, szczęki śmiercionośne bezbronnymi czyniąc. A gdy
gad ogromny szamotać się począł, porwał Żyrosław włócznię i potwora do
ziemi nią przybił. Zaczem władca umęczony z kajdan się wyzwolił i do
bestii rannej podchodząc, koronę złotą z głowy jej ściągnął. W jednej
chwili Żmij skurczył się i w zwykłego przemienił węża. Nie czekało wiele
ptactwo okoliczne, które wraz na gada się rzuciło i dziobami
rozszarpało. Tak zakończył swe życie Żmij, który lęk dotąd wielki
wzbudzał.
Żyrosław zaś, przez lud swój wybawcą okrzyknięty, koronę potwora na
skronie włożył, najpotężniejszym z władców się stając. Wojen już nie
prowadził, lecz w pokoju z sąsiadami żyć począł. Gród zaś jego na
pamiątkę Żmigrodem nazwano.
Na Łużycach i Śląsku żmije nie były ani tak duże, ani aż tak groźne, za
to niezwykle dokuczliwe. Opisywano tutaj kradnącego monety pieniężnego
żmija, wysysającego mleko krowom mlekowego żmija i wynoszącego zboże z komory w łupinach orzecha żytniego żmija. Echem tego była późniejsza
opowieść o żytnich żmijach, które zalęgły się na zamku Wleński Gródek w Łupkach pod Wleniem (nazywanym potocznie zamkiem we Wleniu).
Żył na Śląsku pewien gospodarz, którego pole w lwóweckim leżało okręgu.
A że plon nie był owego lata obfity, a daniny wciąż rosły, udał się na
zamek wleński, by z panem swym się rozmówić.
Pomyślnie rozmowa przebiec musiała, skoro chłop wesoło komnaty
opuszczał, aliści na chwilę bez straży i służby pozostawiony, we
wleńskiej warowni drogę zgubił. Tak dotarł do spiżarni, przez nikogo
niestrzeżonej, w której szmer jakowyś posłyszał. Uchylił drzwi
skrzypiące i choć nie jego to była sprawa, zaniepokojony zapytał:
- Kto tu łazi?
Z ciemności głos sykliwy się ozwał:
- A ty po co tu łazisz, kiedy ja pracuję? Dużo jeszcze narobić się
trzeba, żeby w nędznej łupinie ziarno powynosić! - mówił jak do swego
potwór jakowyś.
Poznał zaraz gospodarz, że żytni żmij tutaj się zagnieździł.
Przestraszony zamknął tedy wrota komory i czym prędzej zamek opuścił,
życie swoje, a nie dobytek pana na Wleniu mając na uwadze.
W Zgorzelcu znano zupełnie specyficzną odmianę pieniężnego żmija. Potwór
czuwał tam nad skrzynką spoczywającą na schodach kościoła świętego
Piotra, w której zawsze znajdował się dukat. Gdy ktoś pozostawiał go w spokoju, na drugi dzień odnajdywał dwa dukaty, a w kolejny - trzy, gdy
jednak zabrał wszystkie monety, dostawał się pod panowanie złych mocy,
dopóki wszystkiego nie zwrócił.
Hala
Obecna w bułgarskich wyobrażeniach hala (albo ala) - jak wiele
smoczo-wężowych potworów w przedchrześcijańskiej Europie - łączona była
z deszczem, burzą i wichurą. Była trójgłowym wężem o trzech parach
skrzydeł, czającym się wśród skał, w pieczarach lub u źródeł wody. Każdy
z trzech łbów hali pełnił odmienną funkcję: jeden, jak przystało na
smoka, ział ogniem, drugi odpowiadał za burze, trzeci zaś za gradobicie.
Odpowiednikiem trzech głów i trzech par skrzydeł potwora były jego trzy
ogony, choć ich liczba bywała również wielokrotnością trójki - dość
regularnie bestie miewały ich dwanaście. Naturalnymi wrogami groźnych
hal były dobroduszne żmije, co doskonale oddaje ambiwalentny charakter
gadów w świecie symbolicznym Słowian.
Lamia
Znane z wyobrażeń bułgarskich lamie (lamje), nazywane poetycznie
córkami hali i siostrami żmijów, były groźnymi potworami, wykazującymi
pokrewieństwo - nie tylko symboliczne - z tymi pierwszymi, z którymi
zresztą często je mylono. Ukazywały się pod postacią ciemnej mgły lub
wichru, ale najczęściej występowały jako wężowe - czy na poły wężowe -
skrzydlate potwory. Lamie - bułgarskie chimery - posiadać miały rozmaitą
liczbę głów, zazwyczaj trzy, przy czym były to łby albo psie, albo
wężowe. Ich uskrzydlone cielska pokrywały łuski, a wieńczył je wężowy
ogon. Często powstawały z węży, którym odcięto głowę i zatknięto na woli
róg - po kilkudziesięciu dniach róg zrastał się z łbem, dając życie
potworowi.
Lamie żyły w jaskiniach i ziemnych dołach, zwykle w pobliżu rzek i źródeł. Powodowały groźne zjawiska atmosferyczne w środowisku wodnym lub
powietrznym, a szczególnie upodobały sobie wstrzymywanie wód i powodowanie suszy. Były żarłoczne i gustowały w ludzkiej krwi. Rzadko
jednak polowały na człowieka bezpośrednio. Ze swoją przedsiębiorczą
naturą wolały wstrzymywać wody i żądać za ich uwolnienie ludzkich ofiar.
Naturalnymi wrogami lamii były dobroduszne żmije, z którymi toczyły
niekończące się boje - lamia niweczyła wszak urodzaj, a żmij był jego
wytrwałym opiekunem. Zgładzenie lamii było dla miejscowej społeczności
niezwykle opłacalne: nie dość, że pozbywano się dokuczliwego
prześladowcy, to jeszcze z każdej z jej odrąbanych głów wypływała rzeka
obfitości, wezbrana zbożem, oliwą, mlekiem, miodem i winem. Trzy
spadające łby potwora zapewniały więc nie lada dobrobyt. Zadanie to nie
było jednak łatwe, przypisywano je zatem wyjątkowej parze braci
bliźniaków. Lamia niweczyła urodzaj, a zwycięscy bracia nie tylko
ratowali lud od głodu, ale i wytaczali z bestii wspomniane trzy rzeki,
które z nawiązką rekompensowały wcześniejsze straty.
Wraz z upowszechnianiem się legendy o świętym Jerzym to właśnie ów
bohater, zaprawiony w boju ze smokami, stawał się częstym pogromcą
rozmaitych lamii. W tego typu opowieściach gad zwykle wiązał wody,
żądając ofiary. Jak w innych narracjach o świętym Jerzym, ową ofiarą
była dziewica, którą pobożny rycerz ochoczo wybawiał, z pomocą cudu
uśmiercając potwora. Woda znów zaczynała płynąć, ratując zbiory, choć w tej wersji rzadko pojawiała się rzeka obfitości wypływająca z głów
zabitej bestii. Można się zatem domyślać, że choć pragmatyczny lud
zawsze z zadowoleniem witał wybawiciela od lamii, wolał jednak, gdy byli
nim bracia bliźniacy niż świątobliwy rycerz, niegwarantujący
natychmiastowej rekompensaty za poniesione szkody.
Sárkány
W świecie symbolicznym Madziarów jedną z najbardziej złowrogich istot
był Sárkány - złośliwy demon, często występujący jako siedmiogłowy smok.
Sárkány był władcą chmur i piorunów, emanacją zła i nocy, przeklętym
patronem tyrańskich rządów, niewoli i złych skłonności, który wprawnie
posługiwał się czarami i zaklęciami. Środowiskiem życia smoka - obok
burzowego nieba - były góry i skały, które otoczył szczególnie złą
sławą. Postać siedmiogłowej bestii była na tyle sugestywna, że Węgrzy
utożsamiali z potworem każdego wroga, ale też własne słabości, które
pragnęli przezwyciężyć.
Po chrystianizacji Sárkány został utożsamiony z antyczno-chrześcijańskim
dracone. Imię demona stało się w języku węgierskim rzeczownikiem
pospolitym oznaczającym smoka jako takiego, choć wciąż było używane
również w pierwotnym znaczeniu.
Żaltis
W wyobrażeniach Bałtów Żaltis był potężnym królem gadów i panem wód.
Przedstawiano go jako ogromnego węża (takie jest zresztą znaczenie jego
imienia), niekiedy ze złotą koroną na głowie lub łbem zwieńczonym
złotymi rogami. Przybierał też postać mężczyzny z długą brodą i jednym
okiem lub krzepkiego młodzieńca. Żaltis był potężnym czarownikiem, który
wymierzał sprawiedliwość. Ofiarowywał ludziom wodę zaprawioną przez
siebie rozmaitymi kombinacjami magicznych ziół. Dzięki niej ludzie
dożywali sędziwego wieku, cieszyli się zdrowiem, a kobiety bez problemu
rodziły. Woda, którą wielki wąż raczył niegodziwców, przynosiła odmienne
skutki: śmierć, chorobę, nędzę i inne nieszczęścia. Potężny Żaltis
pozostawał w bliskich związkach ze słoneczną boginią Saule, której
wyczekiwał o zmierzchu przy białym kamieniu na środku morza.
Wraz z chrystianizacją Żaltis z pełnoprawnego bóstwa stał się rodzajem
baśniowego stwora, ogromnego węża żyjącego w głębiach jezior w swoim
podwodnym pałacu. Zachował prawy charakter, ale wyraźnie złagodniał, a jego moc nie była już chyba tak wielka, skoro zrezygnował z wymierzania
sprawiedliwości i nie wydawał się mieć nad ludźmi jakiejkolwiek
przewagi.
Żaltis był bohaterem pełnej dramatyzmu opowieści o miłości do pięknej
Jegle (Egle), popularnej wśród bałtyjskiego ludu, a z czasem także
polskiej ludności Suwalszczyzny. W zależności od lokalnych wariantów
jako miejsce podwodnego pałacu węża wskazywano różne jeziora.
Coraz częściej Żaltis łeb swój z topieli wychylać począł, kiedy piękna
Jegle na brzegu pieśni cudnym wyśpiewywała głosem, wobec którego nawet
ptaki powietrzne trele swe przerywały. Pewnego dnia wysunął się na ląd i przed dziewczyną przestraszoną stanął, miłość jej wyznając. Prosił, by
powierzchowności jego się nie lękała, lecz z ufnością życie w jego
pałacach podwodnych spędzić raczyła jako żona prawa, której niczego nie
zbraknie. Spojrzała Jegle głęboko w oczy potwora i dostrzegła w nich
miłość szczerą. Przeto wzruszona głęboko, wyznaniu jego zadość uczynić
postanowiła.
Tak zamieszkała Jegle z wężem ogromnym w pałacach jego. Troskliwym
okazał się Żaltis małżonkiem, a szczęście niezmącone w podwodnej
królowało siedzibie. Powiła mu Jegle najpierw dwóch synów, później zaś
córę.
Aliści kiedy dzieci dorastać zaczęły, tęsknota coraz większa za domem
rodzinnym Jegle nawiedzała. Rada była udać się w progi ukochane, poczuć
raz jeszcze smak młodości swojej i tym samym co drzewiej odetchnąć
powietrzem, ojcu zaś staremu i braciom potomstwo swe okazać. Prosiła
tedy Żaltisa, aby jej i dzieciom na kilka tygodni na powierzchnię udać
się zezwolił. Zasępił się potwór podwodny, albowiem jednej chwili bez
swej ukochanej wyobrazić sobie nie potrafił, lecz nie chcąc jej niczego
wzbraniać, prośbie zadość uczynił. Ostrzegł jedynie, aby sekretu pałaców
podwodnych nikomu nie zdradziła, a jeśli wrócić zapragnie - niechaj trzy
razy imię jego nad jeziorem wykrzyczy.
Uradowało się serce ojca sędziwego, kiedy córkę przez lata całe
niewidzianą i wnuki mógł przytulić, przeto radość wielka w domostwie
jego zapanowała. Także bracia Jegle pełni byli wzruszenia i namawiali
siostrę, aby wraz z potomstwem na zawsze już z nimi została. Ona
wszelako do męża wrócić pragnęła i z tęsknotą swoją mimo radości się nie
kryła. Owo właśnie uczucie do potwora podwodnego najstraszliwsze
instynkty w sercach braci poruszyło. Postanowili tedy bestię zgładzić,
aby siostra na zawsze z nimi pozostała. Atoli ani od niej, ani od dzieci
niczego o Żaltisie dowiedzieć się nie mogli.
Pewnego dnia oznajmili, że na polowanie ruszają i radziby starszego z synów Jegle jako siostrzeńca umiłowanego z sobą zabrać. Przystała na to
matka, a i chłopiec do przygody się palił. Pośrodku boru zatrzymali się
wujowie i żądać wieści o Żaltisie od chłopca poczęli, a kiedy milczał
młodzian dzielny, ręki na niego nie zawahali się podnieść. Wżdy dumny
syn wężowego pana nic im nie wyznał. Przeto na drugi dzień brata jego na
łowy zabrali, lecz i on wujom brutalnym ojcowskich nie zdradził
sekretów. Wściekli mężowie kolejnym razem na polowanie siostrzenicę ze
sobą wzięli, aż dziewczyna, przez okrutników bita i straszona, płaczem
się zaniosła i drżąc ze strachu, wyznała, jak potwora łagodnego z toni
wywabić.
Zaczaili się wujowie uzbrojeni, którzy większymi potworami od monstrum
podwodnego się okazali, nad brzegiem jeziora. Po trzykroć imię Żaltisa
wykrzyczeli, a kiedy tafla drgnęła i wężowy pan łeb swój z topieli
wychylił, zaraz mieczami i toporami żywot nieszczęsnego zakończyli gada,
aże woda krwią spłynęła, ciało zaś Żaltisa na dno bez życia opadło.
Kiedy później Jegle wraz z dziećmi nad brzegiem jeziora stanęła i męża
swego przyzywała, cisza jej jeno odpowiedziała. Krzyczała przeto
głośniej i głośniej, lecz nikt na wezwanie jej się nie stawiał. Jedynie
fala wiatrem poruszona plamę krwi ukazała. Poznała Jegle, że Żaltis nie
żyje, i płaczem się zaniosła. Zaraz dzieci swe gorączkowo wypytywać
poczęła, czy aby ojca swego niechcący nie zdradziły. Zaprzeczyli
synowie, bicie przez wujów wyznając, lecz córka nic nie rzekła, odsunęła
się jeno i drżeć jako w febrze poczęła. O nic już Jegle nie pytała,
synów swych przytuliła i wzrok smutny w jezioro wbiła, łkając wciąż
zapamiętale, lecz do domu rodzinnego wracać nie chcąc.
Zlitowały się Niebiosa nad nieszczęsną rodziną i sprawiedliwości zadość
uczyniły. Bracia okrutni w głazy przemienieni zostali, wdowa po Żaltisie
w świerk, a synowie jej w dąb i jesion. Córa zaś na zawżdy drżącą
pozostała osiką. Tak wszyscy na brzegu na wieki trwać mieli.
Herensugue i Sugaar
Herensugue lub Herensuge był potężnym baskijskim demonem przedstawianym
w postaci groźnego uskrzydlonego węża-smoka o siedmiu łbach. Według
niektórych przekazów mógł zabijać wzrokiem, co być może związane było z upowszechnieniem się opowieści o bazyliszku.
Jako towarzysza siedmiogłowego potwora wymieniano Sugaara, którego imię
oznacza po prostu smoka lub węża płci męskiej. Przyjmuje się, że Sugaar
był emanacją baskijskiego boga Maju, oblubieńca Mari. Maju-Sugaar
pojawiał się na niebie w postaci ognistego sierpa, zapowiadając burze, a spotykając się z Mari, także kojarzonej z burzami - zsyłał grad.
Jak wiele innych pogańskich potworów, Herensugue dobrze poradził sobie w chrześcijańskiej rzeczywistości, gdzie podobnie jak słowiański żmij i węgierski Sárkány, utożsamiony został z antycznym dracone. Jego imię w formie herensuge stało się rzeczownikiem pospolitym oznaczającym
smoka, choć na ziemiach baskijskich występowały też inne określenia, jak
choćby dragoi. Tak jak słowiańskie żmije, zmaje i zmieje,
również herensugea występowały w znaczeniu ogólnym po prostu jako
smoki, w ścisłym ujęciu mogły jednak oznaczać ich specyficzne, rodzime
formy, kojarzone z prastarymi, pogańskimi siłami, w tym przypadku zawsze
negatywnymi i mniej lub bardziej demonicznymi, a w najlepszym razie
obarczonymi klątwą. Występowały one jako bezpośrednie wcielenie samego
Herensugue (rzadziej Sugaara) albo podobne mu bestie. Zachodząca tutaj
homonimia poważnie utrudnia precyzyjne dookreślenie, czy w danym
przypadku rzecz dotyczy Herensugue, herensuge jako związanej z nim
baskijskiej odmiany smoka czy herensuge jako smoka po prostu.
Zwłaszcza ta druga kategoria wydaje się nieostra, bo choć herensugea w ścisłym znaczeniu obdarzone były pewnymi specyficznymi cechami, to nie
występowały one konsekwentnie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki