Miłość Florenta była najważniejszym zdarzeniem w życiu Nory. Wiedziała, że nie będzie ani innej miłości, ani zdarzenia. Już nigdy nic jej się nie przytrafi.
W wieku dwudziestu pięciu lat pracowała jako księgowa w warsztacie na północy Francji. Nudę uważała za coś normalnego. Trzydziestoletni Florent był kierowcą w armii. Kiedy przyjeżdżał sprawdzić opony, widział Norę palącą przed warsztatem. Podbiła jego serce, więc zjawiał się codziennie.
- Gdyby ktoś mi powiedział, że spodobam się żołnierzowi!
- Nie jestem żołnierzem.
- Pracujesz dla wojska.
- Ty pracujesz w warsztacie. I co, jesteś mechanikiem?
To była szaleńcza miłość. Mało ze sobą rozmawiali, bo niewiele mieli do powiedzenia.
- Jak ci się podobam?
- A ja tobie?
Od kiedy się spotkali, zaczęła się tajemnica. Każde muśnięcie wywoływało iskry. Pocałunki - zawroty głowy.
"Istnieją hotele" - mówiono im.
Wiedzieli o tym. Ale wiedzieli też, jak bardzo konieczny jest każdy etap. Najkrótsza rozłąka sugerowała pożegnanie, najkrótsze spotkanie - niekończące się czułości. Nic nie mogli na to poradzić. Miłość to nie przelewki.
Ludzie ich studzili:
"Przejdzie wam. Namiętność jest ulotna".
Opinie były różne: dawano im od dwóch miesięcy do trzech lat miłosnego uniesienia. "Potem to się unormuje" - twierdzili życzliwi.
O dziwo, Florent i Nora - notorycznie nieświadomi - mieli pewność, że wszyscy inni się mylą. Nie okazywali potrzeby prostowania tych opinii. Sam na sam Florent mówił Norze:
"Oni tego nie zrozumieją".
Byli potępieni czy wybrani? To ich nie interesowało. Całkowicie akceptowali swój los.
- Weźmiemy ślub? - zapytał.
Co nie miało nic wspólnego z tradycyjnym "Wyjdziesz za mnie?".
- Tak - odparła po prostu, jakby pytał o kolor zasłon do sypialni.
Ogłosili nowinę. Ślub miał się odbyć dwudziestego szóstego lutego.
- Lepiej poczekajcie do wiosny - doradzano im.
- Dlaczego?
Data została utrzymana.