Księga ocalonych snów - Krystyna Sakowicz

Kup ebooka

21.75 zł
17.40 zł (15,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ŚNIENIE SPRZED SNÓW

Pewnego razu szukałam kawiarni "Pożegnanie z Afryką" w długim, jasnym śnie, z którego wychodziło się i szło, a ulice krążyły, zawracały, zagarniały lub porzucały idących, gdzie się zdarzy: szukaj na Starym Mieście, powiedziała elegancka młoda kobieta w czarnej sukni. Nie wiedziałam, że między Starym a Nowym Miastem, gdzie ulica Długa ciągnie się prosto w dół - gdzie we śnie stoi brama, przez którą ciekawscy wychylają głowy, a w jawie mury domów są grube i żółte - jest ta pijalnia kawy i ukryte w upale letnie popołudnie.

Wydawało się, że ludzie i czasy przechodzą tędy z powagą właściwą snom, wstępują do chłodnych sieni, do domów o podłogach drewnianych, przysypanych piaskiem, przyprószonych kurzem - przechodzą boso, nie uchylają wyblakłych zasłon w oknach, nie zamykają drzwi, omijają tekturowe pudła i skrzynie okute żelazem, ustawione pod ścianami. Na jednym z pudeł stało szkło, z którego ktoś przed chwilą jeszcze pił. Było lśnienie w tym szkle, były krople, spływał z nich niedokończony ruch. Ktoś tu był, w tym śnie, miał jakieś znaczenie, ale przeszedł, poszedł.

W "Pożegnaniu z Afryką", w książce Karen Blixen, jest podobna scena. Gdy wszystko już się skończyło, zawiodło, odmówiło uczestnictwa w rzeczywistym życiu - gdy niektórzy pomarli, a inni musieli wykopać im w górach grób, gdy nastały czasy ciężkie, najcięższe, jakie kiedykolwiek nastawały i brakowało deszczu w całym okręgu Ngong; gdy młode pędy drzew kawowych żółkły i schły, a w tym samym czasie nadleciała szarańcza i niektóre drzewa połamały się pod jej ciężarem - trzeba było sprzedawać farmę i zabierać się stąd. Stanęły kufry i skrzynie pod ścianami.

Karen została sama w pustym domu, który może nawet lepiej niż ona zdawał sobie sprawę z tego, co się dzieje. Sprzedawała meble, rozdawała swoje konie i psy. Pewnego dnia sprzedałam szkło stołowe, napisała. Ale potem w nocy rozmyśliłam się, pojechałam rano do Nairobi i poprosiłam tą panią, która je kupiła, o unieważnienie transakcji. Nie miałam gdzie podziać tego szkła, ale przecież dotykały go wargi i palce wielu moich przyjaciół, którzy nieraz przywozili w prezencie wspaniałe wino: w szkle dźwięczało jeszcze echo rozmów przy stole, nie chciałam się więc z nim rozstać. Pomyślałam sobie zresztą, że łatwo je w razie czego rozbić. A jeśli nasze sny są echem innych snów - które spały w podobnych pokojach i budziły się w podobnych, niezliczonych dniach - mój sen był również rodzajem tego echa.

Inne rzeczy, dwadzieścia pięć skrzyń zawierających to, czego nie udało się sprzedać i to, co było zbyt cenne do sprzedania, zostało wysłane do brata Karen w Danii. Do tych skrzyń Karen zajrzała dopiero po trzynastu latach. Teraz, gdy opuściły dom w górach Ngong, stał się on niezwykle przestronny, chłodny, czysty. Nic już nie zawierał i nie obiecywał. W pustych pokojach dźwięczało echo, a trawa rosła sobie bujnie tuż u progu. W końcu nic już nie zostało i wtedy zdawało mi się, że w tym stanie dom nadawał się do zamieszkania bardziej niż kiedykolwiek przedtem. Powiedziałam nawet do Faraha - mówi Karen - "Tak powinniśmy byli utrzymywać dom przez cały czas".

I znowu, jak wiele razy przedtem, okazało się, że życie jest snem. Może nigdy nie istniało nic bardziej rzeczywistego niż sen, naturalna przejrzystość - pustka - obecna we wszystkich ludzkich doświadczeniach.

W "Pożegnaniu z Afryką" i w "Listach z Afryki" świat widziany jest w sposób ogólnie przyjęty, z zewnątrz i od strony jawy. W pierwszym liście pisze Karen do matki ze statku płynącego do Mombasy o swoim nowym służącym, który czekał na nią w Adenie, gdzie zeszła na ląd. Stał uśmiechnięty, ubrany jak najbardziej przyzwoicie i witał ją z ręką podniesioną do czoła. Nazywał się Farah. Był Somalijczykiem i brał odtąd udział we wszystkim, co ją spotkało w ciągu następnych siedemnastu lat. We wszystkich późniejszych opisach przypomina postać ze snu, widoczną na dyskretnym tle. Takie podobne do cieni postacie pojawiają się wszędzie tam, gdzie pod wpływem śnienia rzeczywistość przechodzi metamorfozę i zaczyna stawać się prawdziwym bytem.

Następny list pisze Karen już po ślubie z Brorem Blixenem-Finecke, z którym zaręczyła się jeszcze w Danii. Ceremonia była prosta i trwała dziesięć minut. Karen miała na sobie kostium z szantungu i hełm tropikalny. Mombasa była tego dnia, 14 stycznia 1914 roku, rozżarzoną szklarnią. Pociągiem, w którym był prywatny wagon-jadalnia, specjalny kucharz i wyborne jedzenie, udali się do Nairobi. Afryka zmieniała się po drodze. W nocy zmienił się cały widok, rano znaleźli się w innym śnie. Okazało się, że Afryka to wielkie trawiaste równiny, góry w oddali i niewiarygodne bogactwo dzikich zwierząt, olbrzymie stada zebr, gnu i antylop (...).

Carl Gustav Jung, który podróżował jakiś czas później tą samą trasą z Mombasy do Nairobi, potwierdza przesuwanie się za oknem pociągu trawiastych równin i gór. Ujrzał tam również na skale brązowoczarną smukłą postać wspartą na długiej włóczni. W jednej chwili Afryką stał się dla niego ten stojący w bezruchu człowiek, ta skała, ten widok, a także uczucie déja vu, jakby znał to wszystko od zawsze, ale oddzielony był od tego wielkim morzem czasu. Było tak - mówi - jak gdybym znał tego ciemnoskórego człowieka, który czekał na mnie przez pięć tysięcy lat (...). Może stał tam od samego początku i w skale, w brązie, w słońcu i deszczu ustanawiał świat, aby w przyszłości mógł przyjmować wszystkich.

W relacji Junga z podróży afrykańskiej wciąż znajdujemy wzmianki o czymś obcym, a jednak znajomym; zadziwiającym, chociaż naturalnym. Mówi, że czuł się tam jak wtedy, gdy obserwował z profesorem Bleulerem zjawisko parapsychologiczne, któremu nigdy by nie dał wiary, gdyby nie widział go na własne oczy. Podobnie przeżywał pierwotny świat afrykański - z jego bajecznym pięknem i równie głębokim cierpieniem, a wyprawę do Afryki uznał za jeden z najważniejszych okresów w swoim życiu. Był tam, jak mówi, czysty i niewinny. Mocno czuł smutek ludzi i widział go w oczach zwierząt. Był to smutek pierwotnego bytu, pierwotny mrok, lecz każdy wschód słońca, eksplozja światła, rozjaśniała go wciąż na nowo z niebywałą siłą. Jung siadał rano na krzesełku pod akacją parasolową i patrzył, jak rzeczy nabierają kształtów. Światło przenikało przez rzeczy, które jak gdyby pałając od środka blaskiem, w końcu stawały się przezroczyste (...), była tylko przezroczystość i blask. Wszystko stawało się przezroczystym kryształem. Horyzont obiegały nawoływania ptaka dzwonu. W takich chwilach czułem się, jakbym był w świątyni. Była to najświętsza godzina dnia. Oglądałem tę wspaniałość w nieustającym zachwycie czy raczej - w bezczasowej ekstazie. Mówi Jung.

Karen widzi te same krajobrazy jako niemające sobie równych na całym świecie. Widzi tę samą ziemię i jej kolory przypalone, mdłe. Widzi trawę. Cienie na trawie. Cierniste zarośla.

Kraj rozciąga się jak okiem sięgnąć tak samo od tysiąca lat (...), ludzie wędrują tutaj tropem dzikich zwierząt (...). Słonie, nosorożce, żyrafy, noszą znamiona zwierząt prehistorycznych, człowiek siedzi i patrzy na nie przez lornetkę Zeissa i sam się zmienia, stoi twarzą w twarz z czymś, w co prawie nie wierzył. Jej farma leży blisko dwa tysiące metrów nad poziomem morza. Doskonały widok rozpościera się stąd na wszystkie strony świata.

Na wschodzie i na północy podgórski krajobraz podobny do olbrzymiego parku, listowie drzew lekkie i delikatne, niebieskie smużki dymu nad wioskami.

Na zachodzie, głęboko w dole (...) wysuszona księżycowa kraina, brązowa pustynia, lasy kaktusowe i mimozowe złożone z potężnych drzew o rozległych konarach i kolcach jak gwoździe.

Dopiero za tym wszystkim stoją góry Ngong, ogromne, malownicze i tajemnicze, urozmaicone długimi dolinami, gęstymi chaszczami, zielonymi zboczami i skalistymi urwiskami. Po masajsku ngong znaczy oko: oko nieznanego Boga, który z tego miejsca patrzy. Widzi, że w swoim przeznaczeniu kraina ta przypomina raj, gdzie wśród ciszy i trawy, światła i cienia, także źródeł i strumieni nie brakuje.

Krainę tę nazwano Happy Rift Valley i do dziś jest ona olbrzymim wąwozem, płaską równiną otoczoną wysokimi ścianami, rozpadliną osiągającą w niektórych miejscach 60-75 kilometrów. Miliony lat temu rozstąpiła się tu ziemia. Teraz ziemia ta jest oazą urodzaju wśród pustkowi. Nie ma tu wilgoci, jak wszędzie w okolicach równikowych. Wiatr od gór nie jest ostry, ale chłodzi. Lord Delamere, gdy dotarł tu pod koniec XIX wieku, zachwycił się pięknem i niemal zupełną bezludnością tego krajobrazu. Uznał ten raj za niezamieszkany. Masajowie używali go jako pastwiska dla swoich krów. Biali osiedlili się tutaj bez pytania, zaludnili ziemię, uprawiali ją i nadawali jej swoje nazwy.

Karen mówi, że Afryka przyjęła ją i uczyniła z niej swoją własność w odpowiedzi na jakiś głos jej natury, być może na sny z dzieciństwa (...). Jest zachwycona, zachwycona. Tyle tu kwitnących krzewów i drzew, i wszystko pachnie (...). Mówi: świat jest wielki i niezwykły, a jednak w sercu mieści się cały.

W kwietniu 1914 roku, gdy sadzą kawę, rzędy małych, jasnozielonych roślin o błyszczących liściach, spada dużo deszczu i wszystko zapowiada się jak najlepiej, chociaż niektóre rośliny zginą od chwastów, suszy lub szkodników, inne jednak okryją się kwiatami i będą pachnieć gorzko jak tarnina. Na dwu tysiącach czterystu hektarach rośnie nie tylko kawa, rośnie też mroczny, gęsty las i pojedyncze drzewa podobne do żaglowców. Są kwiaty, ale przeważnie drobne, tylko w porze deszczowej pojawiają się na równinach duże, pachnące lilie wielkiej szlachetności. Na poletkach miejscowych osadników rośnie kukurydza, fasola, słodkie ziemniaki o liściach podobnych do winorośli i mnóstwo wszelkiego rodzaju nakrapianych dyń. Karen przekonuje się, że wszystkie rośliny, ozdobne i jadalne, są tutaj pełnymi mocy, niewiarygodnie cierpliwymi istotami. Stoją i nie poruszają się zanadto. Czują przypatrywanie się im. Skupiają wtedy swoje wewnętrzne światło i odwzajemniają się patrzącym skoncentrowaną obserwacją. Tam, gdzie wokół rozciągają się łąki, łatwo wyczuć, że rośliny łączy jedna wspólna myśl. Niska trawa wytwarza między źdźbłami małe, szare kamienie. Wysoka trawa naśladuje ruch fal. W rozległych i rozmaitych światach traw kikujuscy pastuszkowie pasą krowy.

Jest i dżungla. Wjeżdża się w nią jak w głąb arrasu, w jednym miejscu spłowiałego, w drugim ściemniałego ze starości (...). Niezmierna ilość zieleni przesłania niebo, pozostaje jednak dużo blasku w najróżniejszych stadiach przenikania między liśćmi. Powietrze jest chłodne, pachnie słodko. Między lianami widać pnie wydrążone przez ludzi dla pszczół. Wysoko w gałęziach małe szare małpki z długimi ogonami głośno kaszlą, a za zakrętem ścieżki siedzi lampart - zwierzę z gobelinu.

Słonie kroczą jakby szły na umówione spotkanie gdzieś na końcu świata. Żyrafy wyglądają jak kępy rzadkich, olbrzymich kwiatów na długich łodygach. Nosorożce o świcie toczą się po długiej dolinie jak ogromne kanciaste kamienie. Dziki biegną szybko całą rodziną, identyczne figury, tylko różnej wielkości, wycięte z ciemnego papieru, na ozłoconym blaskiem tle. Bawoły można zobaczyć rano, jak wynurzają się zza zasłon mgły, jakby ktoś je tworzył i wypuszczał w miarę ukończenia kolejnej sztuki, całkowite, z potężnymi, zagiętymi do tyłu rogami.

Są też czarno-białe bociany, które wcale tutaj nie myślą o budowaniu gniazd. Są słowiki, które śpiewają nie tak jak u nas, całą swoją pieśń, ale sam początek. Siewki udają na stepie ptaki morskie. Żurawie tańczą w jakimś sakralnym rytuale. Są flamingi, bracia kwiatów lotosu. I czarne jak sadze wszystkowiedzące dzioborożce, chociaż co to za wszystkowiedzenie, nie wiadomo.

Wszędzie są lwy. Afryka to przekraczające ludzkie pojęcie życie lwów. Listy Karen od początku donoszą o dalekich rykach lwów, o porywaniu budowniczych kolei żelaznej Mombasa - Uganda, o lwach włóczących się po drogach. Dowiadują się o tym w Danii matka, siostry, brat Karen i biedna ciotka Bess, która kocha swe ideały, lecz nie kocha samego życia we wszystkich jego postaciach (...). Karen kocha samo życie i do cioci Bess śle takie zdanie: Życie tutaj jest o wiele brutalniejsze i wstrząsnęłoby Tobą bardziej niż ujawnienie najstraszniejszych faktów z życia w domu (...).

A jednak to właśnie tutaj, w afrykańskim życiu, sama staje się o wiele bardziej uważna, czujna, cicha. Wystrzega się gwałtownych ruchów. Po Afryce nie można chodzić jak się chce. Należy szukać prowadzących linii. Przybierać tempo takie samo jak całe otoczenie. Dowiaduje się, jak słuchać natury, a nie rządzić nią. Uważa, że jest to życzeniem jasnego, lekko szczypiącego powietrza o świcie albo deszczu, gdy wreszcie spadł, albo nawet kamienistego płaskowyżu, na którym stoi, zauważając, że jest wypłowiały z barw, poznaczony szczelinami jak skorupy żółwi. Tam trawa była mną, powietrze i dalekie góry były mną, zmęczone woły były mną, opowiada jak zaczarowana. Hemingway zachwycał się, że nigdy przedtem w tak natchniony sposób nie pisano o Afryce. Hannah Arendt uważała, że to jakaś tajemnicza grande passion była źródłem i mocą jej afrykańskiej opowieści. Może było to coś, co starożytni czarownicy nazywali śnieniem. A za każdą nazwą, oprócz znaczenia, ukryte jest prawdziwe doświadczenie. Śnienie trudno wyrazić, ale łatwo odkryć, gdyż ma ono związek ze wszystkim, co istnieje. Najpierw istnieje śnienie, a potem pojawia się wszelki inny byt.

Jadą na swoje pierwsze safari. Jest czerwiec 1914 roku i Karen uczy się strzelać. Śni się już światu wielka wojna i strzelanie będzie jej przejawem. Karen uśmierca pierwszego lwa. Bror wyjeżdża w sierpniu jako ochotnik przekazujący wojenne informacje. Wszyscy dowiadują się o coraz większej ilości bitew, walk, frontów, zdobywanych twierdz, o ostrzeliwaniu miast, kanałów portowych, zatapianiu okrętów i powszechnej mobilizacji wszędzie, od Prus Wschodnich po Japonię. Ma nastąpić nowy podział świata, zmiana snów. Odbędzie się to przy pomocy niezliczonej ilości rannych i zabitych.

Na razie nie wiadomo, kto otrzyma świat i Karen pisze do matki: wierz mi, to naprawdę fascynujące, bo wyrusza na południe po żywność w cztery wozy zaprzężone w woły. Towarzyszy jej dwudziestu jeden Kikujusów i trzech Somalijczyków: Farah, który towarzyszy jej wszędzie; człowiek noszący sztucer, kucharz i pies Dusk. Wyprawa trwa trzy miesiące. Ona nią dowodzi, zupełnie nie znając się na niczym. Zwierza się matce: Nie potrafię opisać przyjemności, jaką mi dały te trzy miesiące. (...). Powietrze afrykańskiego płaskowyżu uderzało mi do głowy jak wino, zawsze byłam nim lekko odurzona. Wiele się w tym czasie nauczyła. Umie wyszukiwać brody i rozpoznawać głębie rzek. Umie podróżować stepem, gdy na drogach leżą głazy większe od jej wozów. Odkrywa Afrykę, to miejsce na Ziemi i ziemię pod niebem, gdzie - patrząc na góry Ngong - zawsze myśli o Psalmie Dawidowym Ku górom wznoszę swe oczy: Skądże nadejdzie mi pomoc?

Teraz jeszcze nie potrzebuje pomocy, to tylko śnienie interweniuje i podpowiada jej myśli uprzedzające czas. W jawie, której nieskończoność podzielona została między następujące po sobie chwile, nie ma miejsca na podobne uprzedzenia i Karen mówi, że jest tu cudownie, naprawdę cudownie, oddycha się najczystszym, źródlanym powietrzem, zawsze w lekkiej ekstazie i myśli się: jestem tu, gdzie powinienem być.

Otoczona jest krajowcami, o których sądzi, że w okamgnieniu przejrzeli ją na wskroś. Uważa, że przechowują wiedzę, którą my utraciliśmy jeszcze za pierwszych rodziców, wiedza ta niewtajemniczonym przypomina czary. Farah wiele razy mówił jej o kikujuskich czarach tonem suchym i rzeczowym, i po pewnym czasie uznała, że mieszczą się one w granicach rozsądku. Rozsądna, trzeźwa ocena sytuacji wyklucza nieprawdopodobieństwo, więc różne rzeczy wydają się zupełnie prawdopodobne, gdy człowiek jest w Afryce, a wokół jest noc.

W nocy widać Krzyż Południa, Syriusza, Wielką Niedźwiedzicę, a na zachodzie, nad delikatnym zarysem gór Ngong (...) błyszczy diamentowa brosza utworzona z gwiazd Rigel, Betelgeuze i Bellatrix. Nie błądzi się tam po nocy. Gwiazdy wskazują drogę. Są drogi. W niebie i na ziemi. Księżyc idzie dość szybko. Świeci światłem odbitym, ale to wystarczy.

W lutym 1915 roku panuje wielka susza. Karen już wie, że jest przez Brora zarażona syfilisem. W dodatku zatruwa się veronalem. Opisuje matce, jak Bror zszedł niespodziewanie na dół i usiłował przywrócić ją do życia. Chuda jak szczapa jedzie w maju do Paryża. Przez rok leczy się w szpitalach. Mieszka u matki w Danii. Nie może wyleczyć się z Afryki. W listopadzie 1916 roku wraca przez Kapsztad i Durban, gdzie czeka na mniejszy statek, który dopiero pod koniec stycznia zawija do Mombasy. Farah znów stoi w uniformie na nabrzeżu. Ona widzi Afrykę i dana jest jej radość.

Interesy farmy stoją w tym czasie dobrze. Jest to teraz duża spółka akcyjna o nazwie Karen Coffee Company i wielu członków rodziny kupuje jej akcje. Dzięki wojnie wszystko, co produkuje się w Kenii, osiąga wysokie ceny w Europie. Straszne jest to, że wojna naprawdę istnieje, że wręcz nieuchronnie wciąga człowieka w taki czy inny sposób (...), ale jeśli ominie ona człowieka, to być może ominie go samo życie. Oni wtedy nie wiedzą jeszcze, co to za katastrofalna wojna. Myślą, że życie musi stykać się z wielkimi wydarzeniami, z tym, co w nich potężne i wzruszające, w przeciwnym razie pozostanie nam płytkie istnienie - jakbyśmy zdradzili ową wielkość. Ale co jest tak wielkie, że trudno to nawet nazwać, bo jest tak wielkie? Wiedziano niegdyś o wielkiej, bezosobowej sile. O Wielkim zawsze mówił Rilke, gdy się bał.

Kiedy jej brat zaciąga się na wojnę, Karen to pochwala, chociaż wojna to nic wzruszającego, to masakra, siedzenie w okopie przez wiele tygodni pod ostrzałem, okrutne rany, błoto, śmierć. Jest jakaś straszliwa klęska świadomości - wojna zawsze jest klęską - w tym, co pisze do niego w 1918 roku na front: Ogromną radość sprawiła mi wiadomość, że nareszcie korzystasz z życia jak pełen witalności młody mężczyzna, bo przecież tak długo byłeś mądrym astronomem (...).

Wiara w wojny o pokój, podtrzymywana przez wieki, nie została jeszcze wyczerpana. Wojny wciąż mają wielką moc. Ale Karen wierzy też w inną moc, którą jest obdarzony świat, idzie do arabskiego kapłana i prosi, aby sporządził czar chroniący jej brata, gdyż wszyscy i wszystko jest dla tej mocy przenikalne. Czar zostaje sporządzony. Jest to kawałek papieru z wersetami Koranu i musi zostać potajemnie zakopany w ziemi. W każdym razie działa i Thomas Dinesen pisze z okopów, że widział Boga, cytuje duńskie wersy: Bóg jest nade mną, Bóg mojego ojca. Gdy wojna się kończy, Thomas wraca z francuskim Krzyżem Walecznych, z angielskim Krzyżem Wiktorii, bez draśnięcia. Przeobrażony w bohatera przybywa do Afryki i pozostaje tam parę lat. W pewnym sensie miewa się dobrze, pisze Karen do matki. Lecz teraz, po zaznaniu wielkości wojny, nie potrafi już znaleźć zadowolenia w zwykłym życiu.

Na farmie mają z Brorem wielkie plany. Chcą hodować bydło, świnie, kury, pszczoły, len, kwiaty, palmy kokosowe, trzcinę cukrową, stawiać fabryki, robić cegły, wypalać węgiel drzewny. Są osadnikami, kupili ziemię i mają plany, które spełniają się albo nie spełniają. Często spełnienie ukryte jest pod czymś mu przeciwnym.

Snem wydaje mi się, że jesteśmy tutaj, mówi Karen. Weranda zarosła i jest nareszcie wspaniale zacieniona. Ten kraj ma urok, wielki czar, którego przydają mu nawet jego najgorsze cechy: suchość, bezbarwność, monotonia. Nigdy nie przypuszczała, że pokocha rozpalony, suchy wiatr działający na nerwy albo czekanie na deszcz, zwłaszcza gdy wiadomo, że zawiodły już the long rains, podobnie jak the short.

Pewnej wiosny wszystko zawodzi. Chmury zbierają się i rozpływają. Czasami warkocz lekkiego deszczu rysował się niebieskawą smugą daleko za horyzontem, a wtedy cały świat myślał tylko o jednym. Lecz przelatywał tylko szum, nie deszcz. Był wiatr w drzewach i wysokich trawach. Coś szeleściło w kukurydzy. Barwy drżały, znikały z pól. Lasy traciły echo, źródła wysychały.

Ludzie byli głodni. Stare kobiety kikujuskie, które wyglądały jak rozsypujące się w proch starożytne szczątki, wzywały deszcz krzycząc, że umierają ich dzieci, umierają ich owce, umierają ich shambas, i naprawdę umierały.

Aż pewnego dnia przed zachodem góry Ngong zbliżały się i stawały coraz intensywniejsze, coraz wyraźniejsze w swoim czystym, niebieskim i zielonym kolorycie. W powietrzu czuło się błogosławieństwo - po popołudniu czuło się błogosławieństwo, a w nocy gwiazdy znikały z nieba i wreszcie spadał deszcz.

w serii kwadrat ukazały się:

"2008", "2011", "2014" - antologie współczesnych polskich opowiadań

Marcin Bałczewski "Eva Morales de Nacho Lima", "Malone"

Waldemar Bawołek "To co obok"

Kostia Berezin (Paweł Laufer) "Buty Mesjasza"

Dariusz Bitner "Książka"

Roman Ciepliński "Diabelski młyn"

Tomasz Dalasiński "Nieopowiadania"

Krzysztof Gedroyć "Przygody K"

Andrzej Grodecki "Iluzje"

Brygida Helbig "Anioły i świnie. W Berlinie!!", "Enerdowce i inne ludzie"

Lech M. Jakób "Ciemna materia"

Bogusław Kierc "Bazgroły dla składacza modeli latających"

Wojciech Klęczar "Wielopole"

Bogusława Latawiec "Ciemnia"

Ryszard Lenc "Chimera"

Artur Daniel Liskowacki "Capcarap", "Eine kleine", "Mariasz", "Skerco"

Miłka O. Malzahn "Fronasz", "Kosmos w Ritzu"

Agnieszka Masłowiecka "Pyszne ciało", "Splątanie"

Jarosław Maślanek "Ferma ciał"

Dariusz Muszer "Homepage Boga", "Niebieski", "Wolność pachnie wanilią"

Krzysztof Niewrzęda "Czas przeprowadzki", "Poszukiwanie całości", "Second life", "Wariant do sprawdzenia", "Zamęt"

Ewa Elżbieta Nowakowska "Apero na moście"

Paweł Orzeł "Arkusz [^pi^gmalion]", "Nic a nic", "Ostatnie myśli (sen nie przyjdzie)"

Paweł Przywara "Zgrzewka Pandory"

Krystyna Sakowicz "Księga ocalonych snów", "Praobrazy"

Alan Sasinowski "Pełna kontrola", "Rupieć", "Sycyerz facet"

Grzegorz Strumyk "Kra", "Nierozpoznani"

Łukasz Suskiewicz "Egri bikaver", "Mikroelementy", "Zależności"

Leszek Szaruga "Dane elementarne", "Podróż mego życia", "Zdjęcie"

Izabela Szolc "Śmierć w hotelu Haffner"

Łukasz Szopa "Kawa w samo południe"

Andrzej Turczyński "Bruliony Starej Ziemi", "Brzemię", "Koncert muzyki dawnej", "Zgorszenie", "Żywioły"

Anatol Ulman "Cigi de Montbazon i Robalium Platona"

Emilia Walczak "Hey, Jude!"

Miłosz Waligórski "Kto to widział"

Maciej Wasilewski "Jednodniowy spacer po dwudziestu kilku głowach", "Rozmowy młodej Polski w latach dwa tysiące coś tam dwa tysiące coś"

Bartosz Wójcik "Christiania. Historie z tamtej strony dobra"

Grzegorz Wróblewski "Nowa Kolonia"

Maciej Wróblewski "Historie Jakuba Blottona z widokiem na Toruń"

Tadeusz Zubiński "Rzymska wojna"