Księga M - Peng Shepherd

-
Proszę czekać

ORLANDO ZHANG

To była jego ostatnia noc w schronieniu, choć wówczas jeszcze o tym nie wiedział. Siedział samotnie na cienkim materacu, na kolanach miał broń, a w kieszeniach wszystko, co był w stanie w nich upchnąć. Ależ ta noc różniła się od tej pierwszej, którą spędził tu z Max.

Popołudnie, na zewnątrz, lata temu. Ory stał na trawniku, a w dłoni trzymał lampkę szampana. Wówczas to miejsce nazywano ośrodkiem Elk Cliffs. Chylące się ku zachodowi słońce ogrzewało wszystko od lewej strony - twarze, stoły, każde źdźbło trawy. Obok Paul ćwiczył przemowę, klnąc za każdym razem, gdy musiał spoglądać do przesiąkniętej potem książki, którą trzymał w dłoni.

- Kurwa. Kurwa! - warknął.

- Wiesz, jak na poetę to trochę mało ambitne rozpoczęcie przemowy - rzekł Ory.

Paul zerknął na niego. Jego skroń połyskiwała w blasku górskiego słońca.

- Nie pamiętam słów - wyznał zakłopotany. - A przecież... w końcu sam napisałem dla niego to cholerstwo. - Westchnął, mając na myśli książkę, wszystkie spisane w niej wiersze. To był jego drugi wydany tomik, dedykowany Imanuelowi. - Więc powinienem pamiętać fragment, który chcę wpleść w przysięgę.

- Jest lekarzem. Nawet nie zauważy - rzekł Ory. Paul się roześmiał. Z drugiego krańca trawnika Max puściła do niego oko. Jej sukienka nadymała się na wietrze. W miejscu, w którym wówczas stała, teraz znajdowały się sidła. - Dasz radę - starał się go pocieszyć Ory. - Jeszcze raz.

Paul schował książkę do kieszeni marynarki i wziął głęboki wdech. Zmrużył oczy, patrząc pod światło.

- Siedem lat, a ja się denerwuję - powiedział. - Czy to nie absurd?

- Nie byłoby warto, gdybyś się nie denerwował. - Ory wyszczerzył zęby w uśmiechu.

To były zamierzchłe czasy. Zaledwie cztery tygodnie po tym, jak Hemu Joshi po raz pierwszy stanął przed zachłannymi kamerami i stał się gwiazdą wiadomości, oraz kilka dni po tym, jak stwierdzono podobne przypadki w Brazylii i Panamie. Władze USA zastanawiały się nad zamknięciem granic, wyglądało jednak na to, że Zapomnienie nie rozprzestrzeniło się poza Amerykę Łacińską. Było to wciąż niejasne, bliżej nieokreślone zjawisko, ale pojawiło się tam, nie tutaj. A jednak nagle dotarło i tu.

Kiedy teraz o tym myślał, było to nawet zabawne. Wszyscy wystrojeni w smokingi i suknie powiewające w podmuchach orzeźwiającego górskiego wietrzyku, zastawione stoły, świece zapalone przed zapadnięciem zmierzchu - mieli celebrować coś zupełnie przeciwnego do nadciągających wydarzeń: zjednoczenie wspomnień i przysięgę, że dwie osoby wytrwają razem aż do końca świata. Tymczasem tuż przed północą zostali świadkami tego, jak Zapomnienie dociera do Stanów Zjednoczonych.

Ceremonia była piękna. Paul i Imanuel byli razem dłużej niż Ory i Max, a ich miłość nie była dla niego niczym nowym - nie spodziewał się, że z jego oczu popłyną łzy, kiedy będą wypowiadali słowa przysięgi. A gdy mimo to popłynęły, nie wierzył, że mógł się po sobie spodziewać innej reakcji.

Ze swojego miejsca na przodzie u boku Paula Ory widział tylko profil Max, ale i tak na nią spojrzał, gdy rabbi Levenson udzielił ślubu i wszyscy zebrani zaczęli wiwatować. Max poderwała się na nogi, włożyła palce do ust i przeciągle gwizdnęła. Paul i Imanuel zatracili się w pocałunku, lecz Ory drgnął, usłyszawszy ten gwizd, a potem zaśmiał się, kiedy zdał sobie sprawę, czyja to sprawka.

Pomógł przeprowadzić wszystkich do sali weselnej, gdzie zastawiono już stoły i przystrojono parkiet. Ktoś rozdał gościom serpentyny i gdy do środka w końcu weszli Paul i Imanuel - ten drugi poczerwieniały z radości, pierwszy zaś podrygujący w komicznych podskokach i śpiewający piosenkę, którą sam na tę okazję ułożył - zebrani wystrzelili serpentyny i na wszystkich opadł mieniący się kolorami deszcz cekinów i konfetti z bibuły.

- Oficjalny współchoreograf - rzekła później Max, gdy delektowali się szampanem, podając w wątpliwość jego stwierdzenie, że pomógł Paulowi obmyślić pierwszy taniec. Z garstką gości stali na zewnątrz, na opadającym po zboczu trawniku, wpatrując się w gwiazdy i bezkresną czerń leżącego poniżej lasu. - Uwierzę, kiedy zobaczę, jak sam to tańczysz.

- Ależ zobaczysz - droczył się z nią Ory. - Jeszcze tej nocy w naszym pokoju.

- Nie mogę się doczekać - powiedziała i stuknęła swoim kieliszkiem w jego lampkę.

Wiedział, że jeszcze jeden czy dwa drinki i żona zacznie z nim szaleć na parkiecie. Nie była genialną tancerką, radziła sobie dość niezdarnie, uwielbiał w niej jednak to, że w ogóle się tym nie przejmowała. Gotów był narobić sobie wstydu w pokracznym tańcu tylko po to, by móc trzymać ją za ręce i razem z nią wirować, by spróbować ją odchylić, by poczuć, jak jej włosy przyklejają się do jego spoconego policzka, kiedy z powrotem przyciągnie ją do siebie. By poczuć, jak jej palce wbijają się w jego ramiona w poszukiwaniu bezpieczeństwa, póki znów nie spróbuje jej okręcić. Pochylił się, chcąc poczuć zapach jej perfum, lecz gdy odwrócił twarz, okazało się, że ma przed sobą tył jej głowy, nie bok delikatnej szyi. Ktoś właśnie ją obejmował.

- Oto i on. - Ory uśmiechnął się szeroko i uściskał jednocześnie Max i Paula; we troje przypominali ogromnego sześcionogiego potwora. Komuś rozlał się szampan, a lampka zniknęła gdzieś w trawie.

- Mój drużba - zaśmiał się Paul i zmierzwił włosy Ory'ego, troskliwie obejmując Max. - Znasz go tylko kilka lat, więc zdradzę ci coś z jego dzieciństwa - zaczął, lecz obok pojawił się Imanuel ze szklaneczką burbona w jednej dłoni i telefonem w drugiej.

- Mężu! - Paul przerwał, a gdy znów się pocałowali, z twarzy Imanuela, którego najwyraźniej coś zdenerwowało, na chwilę zniknął surowy wyraz. - Chodzi o jakąś pacjentkę? Ktoś rodzi? W trakcie naszego ślubu? - zaczął droczyć się Paul, kiedy nieco się odsunął.

- Nie - odparł Imanuel z zakłopotaniem, lecz jego oblicze na powrót spoważniało. Ory zauważył na ekranie jego telefonu otwartą przeglądarkę internetową. - Poszedłem po drinka i usłyszałem rozmowę kucharzy. Do... dopadło i Boston.

Przez chwilę nikt nie wiedział, o co mu chodziło. Ale był to chyba ostatni raz, gdy ktoś się nie zorientował. Potem niemal wszystko odnosiło się wyłącznie do tego tematu.

- Cienie? - spytał w końcu Ory. Zdawało się to jednak niemożliwe. Zaczęły szerzyć się plotki mówiące, że może to coś zaraźliwego, współczesna dżuma albo ebola, lecz wciąż łatwo było to uznać za poddawanie się panice i zlekceważyć. Nigdzie nie można było znaleźć sprawdzonych informacji - z dotkniętych chorobą krajów nikt nie wysyłał sygnałów ani drogą telefoniczną, ani mailową, ani pocztą, ani za pośrednictwem radia czy telewizji - więc poza zdjęciami satelitarnymi i z samolotów wojskowych, pokazującymi gdzieniegdzie przerażone, zagubione postacie wałęsające się po ulicach, nie było na czym się oprzeć.

- Dopadło kogoś w Bostonie? - spytała Max.

- Nie kogoś w Bostonie. - Imanuel pokręcił głową. - Dopadło cały Boston. Prawie każdego mieszkańca.

Do północy informacja rozeszła się wśród wszystkich zgromadzonych. Podwórze opustoszało, lampki niedopitego szampana zostały w miejscach, gdzie odstawili je goście, i wszyscy stłoczyli się w sali balowej. Niektórzy chwycili za telefony, a pracownicy cateringu włączyli telewizor przymocowany do ściany w kącie.

- Zostaw - powiedziała Max. Położyła dłoń na dłoni Ory'ego, by powstrzymać go od włączenia przeglądarki w telefonie, który trzymał w ręce. Tamtego dnia późnym rankiem wyjechali ze swojego mieszkania w stolicy i w pośpiechu, usiłując zdążyć na ślub, zapomnieli ładowarki. - Na wszelki wypadek oszczędzaj baterię. - Jej ostrzeżenie okazało się nieistotne, gdyż sygnał sieci komórkowych miał zaniknąć za dzień czy dwa, zanim bateria by się wyładowała, wówczas jednak o tym nie wiedzieli. Ory pokiwał głową z uznaniem dla jej zdrowego rozsądku i wsunął urządzenie z powrotem do kieszeni.

W telewizji pokazywano materiał filmowy kręcony z helikoptera. Część nagrań pokazywała centrum Bostonu, część jedną z większych autostrad za miastem. Sytuację relacjonował niewidoczny komentator. Gwardia Narodowa otoczyła metropolię i zablokowała drogi wjazdowe i wyjazdowe, nakładając na wszystkich mieszkańców kwarantannę na czas nieokreślony. W prawym dolnym rogu wyświetlano jednocześnie inne nagranie; powtórkę przemowy prezydenta, którą najwyraźniej transmitowano pół godziny wcześniej, kiedy pojawiły się pierwsze doniesienia z Bostonu. Prezydent zapewniał obywateli, że czołowi naukowcy w kraju pracują nieustannie nad wyjaśnieniem przyczyn epidemii - wówczas świat wciąż nazywał to zjawisko "epidemią", zupełnie jakby stanowiło biologiczną anomalię dotyczącą deformacji białka czy mutacji wirusa, z którą można sobie poradzić za pomocą odpowiedniej szczepionki - i radził wszystkim, by przemieszczali się wyłącznie w nagłych wypadkach. "Zadbajcie o swoje bezpieczeństwo, nie wychodźcie z domów, ograniczcie podróże oraz kontakty z innymi osobami", powtarzał jego ziarnisty wizerunek. "Robimy wszystko, co w naszej mocy, by zneutralizować rozprzestrzenianie się tego zjawiska. Daję słowo, że gdy tylko odkryjemy lekarstwo, będziemy dostarczać je za pośrednictwem przedstawicieli Federalnej Agencji Zarządzania Kryzysowego i Czerwonego Krzyża do każdego domu w każdej dzielnicy", mówił spokojnym tonem, lecz jego przesłanie było jasne. Nie chodźcie do szpitali. Nie chodźcie do sklepów spożywczych. Nie wychodźcie z domów. Czekajcie.

Teraz wszyscy już wiedzieli, że Zapomnienie nie jest zaraźliwe. Przynajmniej tak się wydawało. Ile to już razy, kiedy Ory wychodził szukać zapasów, bezcieniści przyglądali mu się z zaciekawieniem lub go atakowali, ile razy z początku pomagał przypadkowym ocalałym, którzy później padali ofiarą Zapomnienia, a jednak wciąż żył, wciąż był zdrowy. Gdyby było zaraźliwe, straciłby cień wiele lat temu. Nadal nie miał pojęcia, czym w zasadzie było. I przestał próbować je zrozumieć. Wtedy jednak, gdy wszyscy z przerażeniem stłoczyli się w sali weselnej i przyglądali, jak żołnierze wypowiadają - a potem wykrzykują i w końcu rozpaczliwie pokazują na migi - polecenia nakazujące zawrócić zagubionym, przerażonym bezcienistym, którzy do nich podchodzili, nikt nie wiedział, czy można się tym zarazić przez dotyk lub drogą kropelkową. Wszelkie inne choroby od zawsze tak właśnie działały. Wtedy nie było powodów, by sądzić, że tym razem będzie inaczej. Nie można było winić tych ludzi za to, co im się przytrafiło.

Niewielkie okienko, w którym pokazywano orędzie prezydenta, zniknęło, a na podzielonym ekranie nagle zanikła relacja z centrum i została wyłącznie ta z autostrady, gdzie właśnie zaczęły się rozruchy. Pewien bezcienisty oddalił się od miasta i z krzykiem zbliżał się chwiejnie ku szeregowi żołnierzy, nie wypowiadał jednak żadnych konkretnych słów i chyba nie słyszał tych, które do niego wykrzykiwano. Wyglądał na pięćdziesiąt kilka lat - wciąż był krzepki, lecz łysiał i miał charakterystyczny dla średniego wieku brzuszek. Ubrany był w brązowe spodnie sztruksowe, koszulę, a na niej granatowy sweter; w ostrym świetle reflektorów prezentował się nieskazitelnie. Wygląda jak profesor z uczelni, pomyślał oszołomiony Ory. Profesor bez cienia.

Żołnierze teraz już krzyczeli, niektórzy machali, inni wyciągali ręce w uniwersalnym geście nakazującym, by się zatrzymał, jakby chcieli powiedzieć: "Zatrzymaj się, kurwa, albo będziemy musieli zacząć strzelać, będziemy musieli cię zastrzelić". Mężczyzna najwyraźniej zupełnie nie rozumiał albo nie pamiętał, co oznaczają ich gesty.

Stacja przerwała nadawanie, lecz odrobinę za późno. Kilkoro gości w sali wydało z siebie zduszone okrzyki, gdy bezcienisty na ekranie gwałtownie się zatrzymał i na chwilę zamarł w wyprostowanej pozycji, a potem padł na ziemię.

Po chwili z powrotem pojawił się zdezorientowany i nieprzygotowany prezenter, nieporadnie przekazujący oświadczenie, które podano mu przez słuchawkę. "Pragniemy przeprosić za to nagranie... Nie zamierzaliśmy przedstawiać tak niepokojących materiałów... Niestety relacje na żywo niekiedy...".

- Cholera, Ory - mruknęła Max. Cała była spięta. - Mamy jakichś znajomych w Bostonie? Masz tam przyjaciół albo rodzinę? - Tymczasem ludzie zaczęli dyskutować, niektórzy apelowali o spokój, inni wołali do siebie przez całą salę, pytając się nawzajem o nowe informacje, które udało im się wyszperać w telefonach. Ktoś wyjął laptop i podłączał go właśnie do hotelowej sieci wi-fi.

- Nie sądzę - rzekł Ory, lecz w głowie mu wirowało. Był oszołomiony.

- Jest naprawdę źle - powtarzała Max. - Bardzo, bardzo źle.

Ory chciał temu zaprzeczyć, pokazać, że jest silnym, opanowanym człowiekiem, który potrafi zadbać o to, by oboje nie tracili gruntu pod nogami, lecz nie potrafił znaleźć właściwych słów. W telewizji znów było widać obrzeża Bostonu z lotu ptaka, ciało martwego mężczyzny wciąż leżało na ulicy, tym razem jednak zostało rozpikselowane, tak by nie dało się rozpoznać, czym jest. Ory nie potrafił stwierdzić tego z całą pewnością, ale wyglądało na to, że nawet po śmierci ten człowiek nie odzyskał cienia. Na tę myśl przeszył go dreszcz.

Żołnierze Gwardii Narodowej ramię w ramię stali na drodze niczym mur. Wyglądali na wstrząśniętych, jakby po prostu kurczowo trzymali się siebie nawzajem, a nie blokowali drogę. Jeden miał w dłoniach czarny worek na zwłoki, broń przewiesił sobie na plecy, lecz wciąż nie otrzymał rozkazu opuszczenia szyku, nie mógł zatem podejść do martwego i go przykryć, na wypadek gdyby to, co wywoływało Zapomnienie, przenosiło się drogą kropelkową. Żołnierze nagle się spięli i unieśli broń, z przerażeniem wycelowując ją przed siebie. Nadchodzili kolejni bezcieniści. Niektórzy biegli, inni krzyczeli, jeszcze inni szli w milczeniu.

Tym razem stacja nie traciła czasu. Od razu pokazano prezentera przy biurku, który bezładnie przeglądał świeżo spisane notatki i starał się nie słyszeć odgłosu nieuniknionej kanonady przez maleńką słuchawkę. Zająknął się w pół słowa. I zamilkł na długą, przerażającą chwilę. Mimowolnie zamknął oczy. A potem otworzył je i mówił dalej.

Ory rozejrzał się po sali i z trudem przełknął ślinę, starając się zachować spokój, a potem z powrotem popatrzył na ekran. Spiker mówił coś o Denver. Ory przyciągnął do siebie Max, objął ją i z całych sił przytulił, gdy transmisja przeniosła się do reportera w Kolorado. Ktoś zaczął szlochać.

- Hej - powiedział, trzymając ją w miażdżącym uścisku. Pomruk zdumionych i równocześnie przybierających na intensywności głosów odbił się echem od kamiennych ścian sali. Pokrzykiwania i dzwonki telefonów zlały się w upiorną, złowrogą harmonię. Chciał powiedzieć coś na pocieszenie, żeby Max wiedziała, że może na niego liczyć, że niedługo wszystko będzie dobrze, lecz jego umysł sparaliżował strach. - Niebieski - w końcu wydusił z siebie szeptem.

- Pięćdziesiąt dwa - wyszeptała w odpowiedzi.

Chyba nie jestem już w stanie dłużej unikać tego tematu. Przecież nie zmienię tego, co się stało, więc mogę coś opowiedzieć, zanim zapomnę, jak to było. Nie wiem, czy wciąż ci wierzę, Ory. Czy nagrywanie rzeczywiście coś zmieni. Jeżeli tak, to nie za bardzo wiem, co powinnam nagrać, co jest najważniejsze, dlatego będę mówiła o wszystkim, co mi przyjdzie do głowy. Również o tym.

No dobrze. Dzień, w którym straciłam cień.

To już dwa tygodnie. Biorąc pod uwagę przypadki innych osób, pamiętam całkiem sporo jak na tak długi okres. Ale podobno u każdego jest inaczej. Hemu Joshi zaczął tracić wspomnienia szybko, zaledwie po kilku dniach, ale w Bombaju niektórzy dopiero po miesiącu zapominali pierwsze ważne fakty. Rekordzista, o którym słyszałam, kiedy jeszcze mieliśmy prąd, wytrzymał chyba około półtora miesiąca. Mam więc nadzieję, że należę do tych, którzy podwyższą średnią. Pod pewnymi względami te ostatnie dwa tygodnie wlekły się, jakby trwały rok, więc perspektywa półtora miesiąca to wręcz cała wieczność.

Dziwnie się czuję, kiedy w ten sposób mówię i do ciebie, i sama do siebie. Zwłaszcza że już mnie przy tobie nie ma. Muszę ci coś wyznać: tak naprawdę nie zamierzałam korzystać z tego dyktafonu, mimo że ci obiecałam. Ale potem wyszłam, zostałam sama i jakoś tak... czuję się lepiej, kiedy mogę coś powiedzieć. Jakbym wciąż była prawdziwa.

Wiem, że to ja odeszłam i że nigdy tego nie usłyszysz, ale na początek na wszelki wypadek to powiem: Ory, jeżeli tego słuchasz... jakimś cudem... to nie bolało. Więc przynajmniej o to się nie martw. Ledwie poczułam.

Tamtego ranka dwa tygodnie temu wszystko toczyło się jak zawsze. Na pewno byś się ze mną zgodził. Wszystko wyglądało i przebiegało normalnie. Zjedliśmy puszkę kukurydzy z naszych skromnych zapasów, a potem wyszedłeś sprawdzić sidła i wyruszyłeś do miasta. Mnóstwo razy usiłowałam sobie przypomnieć, czy coś wtedy zauważyłam albo poczułam. I nic.

Kiedy wyszedłeś, poszłam do kuchni, żeby wszystko policzyć. Zapałki. Naboje. Tabletki przeciwbólowe i antybiotyki. Czułam się jak wiewiórka, która liczyła, ile orzechów udało nam się zgromadzić w dziupli i czy wystarczy na całą zimę.

Wiesz już, że kuchnia była moim ulubionym pomieszczeniem w schronieniu, bo okno było tam małe, a pomieszczenie wysokie i z zewnątrz nikt nie mógłby zajrzeć, więc nie musieliśmy zasłaniać szyby. Z początku chciałeś ją zakryć tak jak pozostałe dla bezpieczeństwa, ale zdołałam cię przekonać, żebyś akurat tę zostawił. Chyba nawet nie wiesz, ile czasu spędzałam w tym pomieszczeniu, kiedy wychodziłeś w poszukiwaniu zapasów albo oskórowywałeś schwytane w naszą pułapkę myszy. Bywały poranki, kiedy leżałam tam na podłodze i się opalałam.

Czasami, w wyjątkowo słoneczne i bezwietrzne dni, na gałęziach drzewa za oknem przysiadały dwa małe szare wróble. Możliwe, że to była parka. Kilka tygodni temu, choć było już dość zimno, jeden wrócił z patyczkami. Byłam tak podekscytowana, że zbudują tam gniazdo, że nie zrobiłam niczego, co sobie na tamten dzień zaplanowałam, a planów miałam sporo: zszyć co najmniej trzy twoje koszule, bo ciągle prują się w nich szwy łączące rękawy z ramionami, naprawić kartonową osłonę w jednym z okien na pierwszym piętrze, która się odkleiła i w wietrzne dni uderzała o popękaną szybę. Bałeś się, że ten ruch mógłby przykuć wzrok kogoś, kto w przeciwnym razie nie zwróciłby uwagi na nasz budynek. To miało sens. Ale przez te ptaki zupełnie o tym zapomniałam. Pamiętam, że kiedy wróciłeś, dość mocno się o to pokłóciliśmy. To było jeszcze przed zniknięciem mojego cienia, zanim zacząłeś obchodzić się ze mną jak z jajkiem. Teraz, kiedy o czymś zapominam, w zasadzie w ogóle tego nie komentujesz, a czasem nawet mówisz, że nic się nie stało i że cieszysz się, że wciąż dobrze sobie radzę i miałam udany dzień. Ale wyraz twojej twarzy stał się okropny. Wolałabym sto tysięcy razy się pokłócić, niż zobaczyć tę minę. Teraz pewnie już nie będę musiała.

Ale dość smutków. Odbiegłam od tematu.

Pamiętam, że liczyłam właśnie słoiki z sosem do spaghetti, kiedy zauważyłam to po raz pierwszy. Dziwny bezruch w pomieszczeniu. W domu zawsze panował zupełny spokój, kiedy byłam sama, ale ten bezruch był inny. Tak jakby nie brał się z braku czegoś, lecz z nadmiaru.

Spojrzałam w dół na swój cień i w świetle wpadającym przez to małe okienko zobaczyłam, jak idealnie się przede mną układa. Dokładnie oddawał mój wzrost i zarys sylwetki. Nie zniekształcał go ani kąt padania słońca, ani żadne nierówności podłogi. Doskonale do mnie pasował. Idealnie. Aż po odbicie rzęs.

Uniosłam słoik, a mój cień zrobił to samo. Oboje pochyliliśmy się, by postawić sosy na blacie, i opuściliśmy ręce wzdłuż boków. Zupełnie jakbym miała przeczucie, że coś się zaraz stanie. I że nie powinnam odwracać wzroku.

No i się stało. Może to zabrzmi absurdalnie, ale przysięgam, że tak właśnie było.

Stałam w zupełnym bezruchu, zafascynowana tym przeczuciem, i wpatrywałam się w swój cień. On, w tej samej pozycji, odwzajemniał moje spojrzenie i czekał.

A potem zobaczyłam, jak delikatnie przechyla głowę.

Na chwilę zrobiło się zimno, jakby temperatura w pomieszczeniu spadła o dwadzieścia stopni. Próbowałam wziąć oddech, ale nie mogłam się ruszyć. A potem zniknął.

Nie płakałam. Przynajmniej przez całe tamto popołudnie. Znajdowałam sobie zajęcia: przejrzałam wyposażenie apteczki, posprzątałam, sprawdziłam, czy okna są dobrze zasłonięte, jeszcze raz policzyłam, czy mamy dość amunicji, wyczyściłam i na nowo zastawiłam sidła. Miałam wrażenie, że mam mnóstwo do zrobienia i bardzo mało czasu. Jakby wieczorem wszystko miało się skończyć i ja też miałabym na zawsze zniknąć. Wciąż obracałam się za siebie, sprawdzając, czy na pewno się nie pomyliłam, bo może słońce na chwilę schowało się wtedy za chmurą albo po prostu doskwierało mi przebywanie wciąż w tym samym miejscu. Lecz choćbym nie wiadomo ile razy patrzyła i pod jakimi kątami świeciła naszą zapasową latarką na dłoń, na żadną powierzchnię nie rzucałam cienia. Widoczny na ścianie zarys plastikowego walcowatego przedmiotu jakby unosił się w powietrzu, gwałtownie przechylając się na boki pod najróżniejszymi kątami. Gdy tylko to zauważyłam, natychmiast odłożyłam latarkę. Nie byłam w stanie ponownie jej tknąć.

Zapomniałam o przygotowaniu obiadu. Za to przetrząsnęłam ubrania zimowe, które przechowywaliśmy w kufrze, żeby przed sezonem sprawdzić, czy nie ma w nich dziur. Wciąż nie płakałam.

Nawet gdy wróciłam do kuchni i zobaczyłam ciągle stojący na blacie słoik i jego brata bliźniaka odbijającego się czernią na podłodze, wciąż nie płakałam.

Dopóki nie zrobiło się ciemno i nie usłyszałam, jak przekręcasz klucz w zamku.

ORLANDO ZHANG

Ich hotel, którego nie nazywali już hotelem, ponieważ pełnił raczej funkcję schronienia, zbudowano na wysokim wzniesieniu w sercu parku narodowego Great Falls. Jego okna wychodziły na Arlington i inne peryferie północnej Wirginii. Za każdym razem, gdy Ory wybierał się do miasta, czekała go wędrówka w dół. Zarazem jednak każdego, kto z miasta chciałby się dostać do ich schronienia, czekała wspinaczka. Minął drewniany drogowskaz, z którego już dawno usunął tabliczkę z napisem: "OŚRODEK ELK CLIFFS - 300 m".

Kiedy ucichły ostatnie sygnały radiowe, Ory dokonał w schronieniu pewnych modyfikacji, aby z zewnątrz nie dało się rozpoznać, że ktoś tam mieszka. Wszystkie okna prócz jednego w ich pokojach wykleił kartonem, by nie było widać ich ruchów, a potem zrobił to samo w kilku innych pustych pokojach, żeby ich okna nie rzucały się w oczy, gdyby ktoś podszedł na tyle blisko, by zobaczyć kartony. Połamane meble wywlókł na podwórko, powyginał ogrodzenie, a zewnętrzne ściany opalił, tak aby zostały na nich ślady ognia. Wszelką zdobytą żywność przechowywali na parterze, w opuszczonej sali balowej, gdzie całe wieki temu zachwycali się barwną wrzawą wesela Imanuela i Paula. Straciliby wszystkie te zapasy, gdyby ktoś ich tu znalazł, z drugiej jednak strony tłumaczył sobie, że być może byłoby to jedyne, co mogliby stracić. Zabił złapanego w piwnicy szczura i ubrudził jego krwią drewnianą podłogę w holu - ta krew była niczym słowo z najstarszego i zawsze zrozumiałego języka.

Podziałało. Na jakiś czas. Przetrwali w ten sposób dwa lata. Bywały dni, gdy Ory nawet czuł się bezpieczny. Wszystko jednak skończyło się w zeszłym tygodniu, kiedy Max straciła swój cień.

Gdy w końcu przestali płakać, dokonali ostatniej zmiany. Stworzyli listę zasad dotyczących wszystkiego, co mogłoby stanowić dla Max zagrożenie, gdy będzie zapominała o kolejnych rzeczach. "Gdyby", upierał się Ory, nie "gdy". Max jednak kręciła głową.

- Gdy - powtórzyła. Poszła po ostatni skrawek makulatury, bo Ory nie chciał się ruszyć.

Max jeszcze nie potrzebowała tych zasad, twierdziła jednak, że lepiej od razu zacząć się przyzwyczajać. Tak, aby wiedzieli już, co robić, gdy - gdyby - przyjdzie czas. Kiedy już wszystko spisali, starannie złożyła papier i podarła go na paski, a potem kazała Ory'emu przykleić je taśmą w odpowiednich miejscach: na drzwiach frontowych, w aneksie kuchennym i tak dalej. W ten sposób, gdyby zapomniała, że w ogóle wprowadzili takie zasady, zauważyłaby je, gdyby chciała zrobić coś, czego nie powinna.

Mieli świadomość, że to nie było idealne rozwiązanie, na lepsze jednak nie wpadli. Nie wiedzieli, co jeszcze mogliby zrobić.

ZASADY MAX I ORY'EGO

1 - Max nie opuszcza schronienia bez Ory'ego.

2 - Max może samodzielnie posługiwać się małymi nożami podczas przyrządzania posiłków, nie wolno jej jednak korzystać z ognia.

3 - Max pod żadnym pozorem nie może nikomu otwierać.

Max wciąż go rozpoznawała, znała jego głos, lecz Ory nie wychodził bez klucza, schował też zapasowy na podwórku pod sztucznym kamieniem, który przyniósł z opuszczonego sklepu z wyposażeniem domowym. Nie chciał pukać i prosić, by go wpuściła, choćby nie wiadomo jak był zmęczony lub ranny i nie wiadomo ile by niósł. Choć na razie nie miało to znaczenia, później mogłoby okazać się istotne. Bo później mogłaby pamiętać, że Ory z nią mieszka, lecz zapomnieć, że nie mieszka z nimi nikt inny. Że wszyscy już dawno temu opuścili to wzgórze i ten hotel. Później, gdy on będzie szukał żywności, a Max zostanie sama, być może zbyt niebezpiecznie będzie ją prosić, by pamiętała, że wieczorem ma wpuszczać tylko jedną jedyną osobę: Ory'ego.

4 - Max nie wolno dotykać broni.

Na wszelki wypadek.

Mdliło go na samą myśl o tym. Nie chciał tego pisać. Czuł się, jakby ją zdradzał, jakby jego wiara w to, że mogłaby zapomnieć, kim on jest, w jakiś sposób mogłaby do tego doprowadzić.

Max i tak kazała mu to napisać. Na wszelki wypadek.

Wszystko to nie miało już teraz aż takiego znaczenia. Okna, krew czy fakt, że Ory nigdy nie pukał i zawsze używał klucza. Z początku mogło im jednak ocalić życie. Wtedy ulice wciąż się zmieniały pod wpływem najróżniejszych zdeformowanych wspomnień. Ory rozglądał się przez lornetkę na wszystkie strony, nim gdziekolwiek się ruszył, by nie paść ofiarą zasadzki cienistych lub nie dać się napaść bezcienistym. Teraz jednak nie było już cienistych, stali się bowiem bezcienistymi, tych zaś również było niewielu, nie pamiętali bowiem, że powinni tu zostać. Teraz wszędzie panował bezruch. Nic się nie poruszało, nic nie hałasowało, nic się nie zmieniało. Nie było już nikogo, kto mógłby coś zmienić. Sklepy stały się opuszczonymi cmentarzyskami, domy grobowcami.

Zostało już tylko kilka miejsc, w których mógłby spotkać żywą duszę. Broad Street - bo właśnie na tę ulicę zmierzał - wciąż do takich miejsc należała.

Gdy Ory dotarł do dzielnicy Falls Church, przyśpieszył do truchtu. Nie trzymał się ulic. Przecinał opuszczone podwórka w linii prostej między schronieniem a Broad Street, by nadrobić czas, który stracił, ociągając się przed wyjściem. Większość domów nie miała ogrodzeń, a nawet jeśli, drewno już dawno zbutwiało. Ory tłumaczył sobie, że choć spędził w łóżku z Max jeszcze pół godziny po tym, jak się kochali, wciąż miał dość czasu na poszukiwania. Rozsunął dwie nadwyrężone deski i przecisnął się między nimi, wchodząc w wysoką, wyniszczoną trawę. Wciąż miał mnóstwo czasu. A nawet jeśli nie miał, i tak było warto. Muszę częściej dawać Max prezenty, pomyślał. Albo - być może to seks wprawił go w tak dobry humor, że żart, który przyszedł mu do głowy, uznał za zabawny, nie za paskudny - mógłby dawać jej wciąż ten sam prezent, a ona za każdym razem na nowo by się cieszyła.

Nie śmiej się z tego, upomniał samego siebie. To okropne. Ty jesteś okropny. A jednak się zaśmiał. W duchu.

Dwadzieścia minut później od Broad Street dzieliła go już tylko ślepa uliczka.

Max wprowadziła zakaz powrotu na Broad Street po tym, jak ponad rok wcześniej udali się tam na poszukiwania. To właśnie wówczas po raz ostatni trafili na innego człowieka.

Ory siedział w kucki w chaszczach i przyglądał się wyniszczonemu rzędowi mieszkań przy tej niesławnej ulicy. Za pasem pustego trawnika i asfaltową jezdnią nie dało się dostrzec żadnych oznak aktywności.

Osoba, którą tamtego dnia spotkali, była bezcienistym zaledwie od kilku tygodni. Mężczyzna pamiętał dostatecznie wiele, by mieć świadomość, że brak cienia to nic dobrego, nie pamiętał jednak dlaczego. Próbował odebrać cień Ory'emu.

Ory zadrżał pod wpływem nieoczekiwanego wspomnienia ostrej, brudnej stali na skórze. Nim świat się skończył, bezcienisty był strażakiem; kiedy go zobaczyli, wciąż miał na sobie potężny płaszcz chroniący przed płomieniami. Prócz płaszcza miał także kask, wysokie buty... i metalowy topór strażacki, który mocno ściskał w prawej dłoni.

Ani Ory, ani Max nie byli lekarzami - w czasach, gdy ludzie jeszcze pracowali. Ory cudem nie stracił wtedy ręki i życia.

O te wyprawy spierali się już wcześniej, lecz tamtego dnia Max ostatecznie wygrała. Choć na Broad Street można było znaleźć bardzo wiele, Ory przyrzekł, że już tam nie pójdzie. Choćby byli zupełnie zdesperowani i przymierali głodem.

Nie ustalili jednak, co by się stało, gdyby Max zapomniała o tej obietnicy.

Ory położył dłoń na rękojeści noża w futerale i przemknął na drugą stronę ulicy ku wejściu do kompleksu apartamentów. Wzmógł się wiatr i z szelestem przeleciały obok niego zeschnięte liście. Pośpiesznie przeskoczył trawnik, kierując się wprost ku pierwszym drzwiom. Zatrzymał się dopiero przy frontowej ścianie, gdzie przykucnął, a potem szedł dalej, trąc ramieniem o ceglaną fasadę. Przyłożył ucho do drewna i zaczął nasłuchiwać: odgłosu kroków na butwiejących podłogach, poleceń wydawanych szeptem przez członków rodziny albo niezbyt gorliwych sprzymierzeńców, dźwięku zasuwanego zamka w plecaku, pochrapywania. Cisza.

Ory wyjął nóż, starając się opanować. Tej części nie lubił najbardziej.

- Zrób to, Ory - mruknął dla odwagi. Zawsze starał się wyobrazić sobie, że w takich chwilach słyszy głos Max. - Nikogo tam nie ma. Od dawna. - Naparł na drzwi.

Przegniłe drewno ustąpiło i z nożem w wyciągniętej ręce Ory wpadł do holu.

Pomieszczenie było puste.

Zamknął za sobą resztki drzwi, żeby nie było go widać z ulicy. Zaczekał, aż jego oczy przywykną do wątłego słonecznego światła, pod wpływem którego połyskiwały unoszące się w powietrzu drobinki kurzu, a dudnienie w klatce piersiowej złagodnieje. Nóż wsunął się powoli z powrotem do skórzanej pochwy.

Na drewnianej podłodze widać było rysy. Głębokie bruzdy będące tu od tak dawna, że nieco zaleczyły je sporadyczne deszcze, których krople wpadły do środka przez rozbite okna. Ory przemknął przez korytarz i biuro wynajmu, a potem rozpoczął poszukiwania, lecz wszystkie mieszkania na parterze były ogołocone. Ktoś zajął się już wszelkimi meblami, jakie kiedyś tu były. Kuchnie także były rozgrabione, brakowało szuflad i drzwi do szafek. Ory wpatrywał się w puste regały w jednym z mieszkań, starając się wyobrazić sobie, jak wyglądały zastawione pudełkami z żywnością. Srebrne krany znad zlewu także zniknęły.

Kolejne piętro również było puste, podobnie jak następne. Na piątym nie zdołał przekroczyć progu większości mieszkań, gdyż dochodził z nich paskudny fetor. Szczątki tych, którzy tu mieszkali, wciąż były w środku. Ory przeszedł do kolejnej części kompleksu. Zniszczenia od ognia i powodzi. Siłownia, gdzie wszystkie maszyny do ćwiczeń przypominały błyszczące metalowe konie w galopie. W automatach z przekąskami wciąż grała muzyka, choć od lat nie było prądu. Szyby wind ziały pustką, a ich rozsuwane drzwi zastygły w otwartej pozycji.

W trzecim budynku frontowe drzwi wciąż były na miejscu. Zachęcony Ory przeszukiwał go znacznie wolniej. Zostały tam meble, nie znalazł jednak ani jedzenia, ani ubrań. Jeden z lokali nieco przypominał mu ich mieszkanie w stolicy - o ile w ogóle jeszcze istniało. Było urządzone w charakterystycznym dla Max klasycznym, nowoczesnym stylu, który spodobał się jego rodzicom, gdy po raz pierwszy ich odwiedzili. Sprawdził, czy w ścianach nie ma zagłębień mogących służyć za skrytki. W sypialni dostrzegł imiona.

Widywał je już wcześniej, kiedy w Elk Cliffs wraz z nim i Max ukrywali się jeszcze inni goście weselni; wtedy częściej zapuszczali się grupkami do Arlington w poszukiwaniu zapasów lub informacji. Zapisywano je na ogołoconych półkach sklepowych albo sprayem na tyłach budynków. Ludzie, którzy ufali innym jeszcze na tyle, by z nimi rozmawiać, przekazywali je za pośrednictwem wąskich uliczek. Słyszałeś o Tym bez Pamięci? O Tym, który Gromadzi? Wymieniali się jedzeniem za informacje, zbierali tłumy zaciekawionych ludzi, z którymi masowo pielgrzymowali w nieznane, by przekonać się, czy zdołają zdobyć więcej informacji. Ktoś w tym mieszkaniu, nad miejscem, w którym powinno stać łóżko, napisał węglem: "Ten, Który Ma Środek, Lecz Nie Ma Początku". Ory lekko dotknął jednej z rozmazanych liter, brudząc sobie palec. Pomyślał, że tych nielicznych, którzy wciąż mieli cienie, można było opisać wprost przeciwnie. Mają początek, lecz nie mają środka. Środek przyjął bowiem formę wciąż zmieniającej się i niekończącej się apokalipsy.

Ciszę przeszył lekki trzask. Ory drgnął i nim zdążył wziąć oddech, instynktownie przypadł do podłogi. Nóż znów znalazł się w jego dłoni.

Policzył do pięciu. Odgłos był głuchy, jakby dobiegł z pewnej odległości z zewnątrz. Zerknął ponad krawędzią wywróconej komody ku miejscu, w którym powinny znajdować się przesuwne szklane drzwi prowadzące na niewielki taras na tyłach. Dostrzegł resztki walczącego o przetrwanie trawnika, a za przechylonym drewnianym ogrodzeniem kolejny budynek mieszkalny.

- Drzewa - powiedział do siebie. - To tylko drzewa. - Okolica była mocno zarośnięta. W powietrzu unosił się odór gnijącej morwy. Spojrzał na ziemię pod drzewami i dostrzegł białe owoce, które spadły, nim zdążyły dojrzeć - niczym blade małe larwy. - Dalej, Ory. Sprawdź sypialnie na górze - nakazał sobie. Odsunął dłoń od noża myśliwskiego i ukradkiem przemknął korytarzem ku schodom.

Trzymał się z dala od okien, niemal klęczał. Serce podskoczyło mu w piersi, gdy odwinął brudny dywan w garderobie: w podłodze była maleńka klapa, lecz ktoś już ją wcześniej znalazł. Cokolwiek się pod nią kryło, zniknęło. Ory nie ułożył z powrotem dywanu i nie zaprzątał sobie głowy zamknięciem maleńkiej kryjówki. Oszczędzi komuś innemu rozczarowania. O ile w tym mieście ktoś jeszcze został. Minęło już tyle czasu, że Ory wręcz zaczął myśleć, że w Arlington, a może nawet na większym obszarze, zostali już tylko on i Max.

Wkrótce może zostać tylko on.

Cichy trzask rozległ się po raz kolejny, więc Ory padł na podłogę. Zwierzęca część jego umysłu, odpowiedzialna za planowanie, zaczęła szaleńczo szukać drogi ucieczki: zauważył ramę łóżka, lecz bez materaca, pod którym mógłby się schować. Szafę bez drzwi. Zbyt wysoko położone okno. Wejście na górę nie było dobrym pomysłem. Za daleko od wyjścia.

Potem rozległ się dźwięczny, wysoki i histeryczny pisk. Ory zamarł.

Znał ten odgłos.

Natychmiast rzucił się w dół po schodach, wypadł przez tylne drzwi na trawnik i popędził ku źródłu dźwięku.

To był królik, który bez wątpienia umierał.

Jeśli dopadł go lis lub kojot, spłoszyłby się i może nawet upuścił zdobycz, gdyby Ory podszedł dostatecznie blisko. W mieszkaniach nie było żywności, ale niech go szlag, jeśli wróci do domu z pustymi rękami. On i Max zjedzą dziś świeżego, soczystego królika, którego mięso nie zostało zasuszone, osolone i nie przeleżało trzech miesięcy w szafce. Teraz albo nigdy: być może możliwość podarowania Max wspomnienia pysznego, świeżo przygotowanego posiłku - póki jeszcze miała wspomnienia - była warta więcej niż pięć puszek niesmacznych konserw.

Ory popędził wzdłuż drugiego rzędu budynków na podwórze na tyłach, gdzie znajdował się wspólny basen, i wyciągnął ręce w gotowości, by wystraszyć zwierzę. Lecz tuż za rogiem zamarł w bezruchu.

- O cholera - wydusił z siebie. Jego głos zabrzmiał piskliwie.

Około dziesięciu metrów dalej w kręgu nad brzegiem pustego basenu stali ludzie przyglądający się komuś, kto właśnie wyjmował królika z prowizorycznej pułapki. Obrócili się kolejno, ze spokojem przenosząc wzrok ze swojej ofiary na Ory'ego kulącego się na środku trawnika.

- O cholera - powtórzył oniemiały.

Było ich całe mnóstwo. Od bardzo dawna nie widział tylu ludzi w jednym miejscu. Od co najmniej roku nie widział nikogo prócz Max.

W dodatku wszyscy byli uzbrojeni.

Zrób coś, myślał szaleńczo. Niektórzy byli zdziwieni, inni rozbawieni. Wszyscy zdrowi i czyści. Włosy mieli umyte, ubrania zacerowane. Nie mieli zapadniętych policzków, nie wystawały im kości. Byli dobrze odżywieni, bo ramiona mężczyzn były umięśnione. Bardziej umięśnione niż jego. Uciekaj, Ory. Uciekaj, kurwa. Lecz nie był w stanie się ruszyć. Stał tylko i się w nich wpatrywał.

Człowiek w środku w końcu się podniósł. Była to starsza kobieta o wyniszczonej twarzy i siwiejących włosach ostrzyżonych tuż przy skórze. Sparaliżowany Ory patrzył, jak łagodnie odłożyła wijącego się w jej żelaznym uścisku królika - jak gdyby nigdy nic, zupełnie jakby wciąż otwarte były po trzy sklepy spożywcze na każdym skrzyżowaniu - i nawet nie spojrzała na przerażone zwierzę, gdy wystrzeliło ku bezpiecznym zaroślom. W milczeniu stanęła na czele grupy. Jej spojrzenie było stanowcze, a usta zacięte. W dłoniach zaś trzymała naładowaną powtarzalną strzelbę. Powoli uniosła długą ciemną lufę i wycelowała w niego.

- Za późno - powiedziała.

ORLANDO ZHANG

Dla Ory'ego początkiem końca świata okazał się jeleń.

O świcie Ory wyszedł na zewnątrz, aby sprawdzić zastawioną przy linii drzew pułapkę na zwierzynę. Odnalazł ją po rozciągniętej tam żyłce, a potem odsunął liście i zajrzał do ukrytej metalowej klatki. Pusta.

Było tak zimno, że poczerwieniały mu ręce, nim końcówką strzelby zdążył z powrotem przykryć ją wysuszonymi gałązkami. Ostatnim razem udało mu się złapać coś w sidła co najmniej dwa tygodnie temu. Blady pomarańcz nad linią horyzontu przeszedł w siną szarość; nastał zgniły świt. Teraz, gdy było za zimno, by cokolwiek schwytać, Ory i jego żona, Max, jedli już tylko jeden posiłek dziennie - sos do spaghetti, którego zapas znalazł, gdy ostatnim razem włamał się do opuszczonego domu w zachodnim Arlington. Nie mógł dłużej odwlekać tego momentu. Będzie musiał wyruszyć do miasta w poszukiwaniu żywności. Albo głodować.

Dostrzegł zwierzę w drodze powrotnej: zamarło w pół kroku w chaszczach niedaleko linii lasu. Jeleń. Jego ogromne, ciemne źrenice połyskiwały, gdy patrzył na Ory'ego nieufnie, oceniając sytuację. Powinien był zrzucić już poroże na zimę, lecz wciąż sterczało dumnie między strzygącymi uszami. Jesteśmy ocaleni, pomyślał Ory. Bezszelestnie uniósł dwururkę Remingtona i wycelował. I wtedy zobaczył.

Wokół jeleniego pyska kłębiła się biała para. Obsydianowe oczy mrugnęły. Zwierzę wyglądało jak jeleń, a jednak jeleniem nie było. Przynajmniej niezupełnie. W miejscu rozgałęzionego poroża wyrastała mu z czoła para małych brązowych skrzydeł, których nakrapiane pióra były rozpięte w podobny sposób, w jaki wyginają się rogi.

Max.

Ory popędził pod dach. W rozpaczliwym pośpiechu pozamykał wszystkie zamki i podparł obracaną klamkę drewnianą deską. Kiedy wychodził, Max jeszcze spała - leżała na brzuchu i lekko pochrapywała, a włosy przesłaniały jej twarz. Ory udał się prosto do sypialni, prosto do żony.

- Niebieski - powiedział, gdy tylko jej zaspane i ciężkie od snu powieki uniosły się i spojrzała mu w oczy. Z zapartym tchem czekał, aż Max się odezwie. To był test: w ten sposób sprawdzali, czy wciąż wiedziała, kim był.

- Pięćdziesiąt dwa - wyszeptała w odpowiedzi.

Poznali się podczas meczu futbolowego.

ORLANDO ZHANG

Jakiś czas później stał w łazience, ostrząc nóż. Lepiej by zrobił, gdyby się nie ogolił - broda ochroniłaby go przed chłodem i zasłoniła wychudłą twarz, przez co jego wymizerowane z głodu ciało mogłoby sprawiać wrażenie nieco groźniejszego - trudno jednak było zrezygnować z tego rytuału. Zostało mu już tak niewiele czynności, dzięki którym pamiętał o całej reszcie. O elektryczności. Telefonach komórkowych. Pracy w biurze. Ory przyglądał się, jak jego dłoń prześlizguje się przed widoczną w lustrze twarzą. Jak przesłania światło i jej ciemny zarys pojawia się na jego kościach policzkowych, a potem na piersi.

- Jeszcze jest - powiedział do siebie. Na chwilę zamknął oczy i czekał, aż tłukące się w piersi serce nieco zwolni. Jeszcze jest.

Dwa lata temu, gdy Zapomnienie dotarło do USA, Ory i Max mieli okazję zobaczyć jego skutki. Widzieli, jak pewien bezcienisty, posługujący się idealną angielszczyzną, wchodzi prosto w ogień, jakby zapomniał, co to jest. Słyszeli, jak dzieci pozbawione zarysu sylwetki pytają kwiaty, gdzie w pobliżu płynie woda, zupełnie jakby kwiaty były w stanie je zrozumieć, a potem z niewyjaśnionych przyczyn ruszają w odpowiednim kierunku. Pewnego dnia kobieta, która straciła swą ciemną bliźniaczkę, wymieniała nazwy wszystkich monet w ich walucie, lecz kiedy otworzyła dłonie, znalazła w nich kawałki metalu o kształtach, jakich nigdy nie widzieli, i wzorach, których nie bito w żadnym kraju.

Jakim cudem to właśnie w cieniach zachowywały się wspomnienia? I dlaczego takie rzeczy przytrafiały się tylko niektórym? A kiedy już tak się działo, dlaczego jedni zapominali o różnych rzeczach po dwóch tygodniach, a inni po znacznie dłuższym czasie? A gdy w końcu zapomnieli, to dlaczego sama ziemia także zapominała? Przed oczami ponownie stanął mu obraz dziwnego stworzenia w lesie. Dlaczego, gdy bezcienisty zapominał, że jelenie nie mają skrzydeł na głowach, nagle się to urzeczywistniało?

O takich przemyśleniach nie rozmawiał z Max. Już nie. Przestał, gdy siedem dni temu ona także straciła cień.

- Pan Gładziutki - odezwała się Max, zaglądając do łazienki. Jej brązowe afro jakby swobodnie unosiło się nad głową i żyło własnym życiem. Uwielbiał te włosy. Były miękkie i nieposkromione, zupełnie jak ona. To jedna z rzeczy, które zachwycały go w niej najbardziej.

- Chciałaś chyba powiedzieć: Pan Seksowny - odparł Ory.

Puściła do niego oczko. Patrzył na jej odbicie w lustrze: oparła się o framugę, a jej brązowa skóra o ciepłej barwie w skąpym świetle przybrała szarawy odcień. Spojrzał na podłogę u jej stóp. Oraz na miejsca, w których stawiała kroki. Lecz tam, gdzie stąpała, nie pojawiały się ciemne kształty.

Amnezja u każdej osoby postępowała w innym tempie, lecz Max nawet po tygodniu radziła sobie bardzo dobrze. Wciąż była w stanie wyrecytować z pamięci adresy, numery telefonów, pamiętała, jak Ory jej się oświadczył i co robili w ostatnią rocznicę ślubu. Niebieski, pięćdziesiąt dwa. Miał przeogromną nadzieję, że jeszcze niczego nie zapomniała - że może istnieje choćby cień szansy, że nie zapomni nigdy - choć wiedział, że to niemożliwe. Dostrzegł już pewne oznaki. Drobiazgi. Tak niewielkie, że łatwiej było je zignorować, niż przyjąć do wiadomości. Gdy się ogolił, obrócił nóż i obejrzał ostrze. Kiedy znalazł go obok przewróconej kasy w zdemolowanym sklepie sportowym, jego rękojeść była czarna. Z przerażeniem zdał sobie sprawę, że teraz jest zielona. Ulubiony kolor Max.

I jeszcze ten jeleń.

- Nie chcę iść - rzekł Ory. Po raz pierwszy od kiedy straciła cień, miał zostawić ją samą i wyruszyć do Arlington w poszukiwaniu czegoś do jedzenia. - Może jeszcze pogłodujmy.

- Okej - odparła Max z uśmiechem. Jej niezwiązane z podłożem stopy ruszyły z miejsca. - Przyniosę ci menażkę.

Jeszcze jeden dzień, chciał zacząć błagać. Ale miała rację. Jakie było prawdopodobieństwo, że pod jego nieobecność, gdy nie będzie mógł jej chronić, ona zapomni o czymś niesamowicie istotnym? Na to pytanie istniała tylko jedna odpowiedź. Każdy z siedmiu dni, w czasie których odwlekał moment wyjścia z domu, oznaczał gorsze jutro. Jak w wiadomościach, kiedy jeszcze był prąd i mogli je oglądać, jednego dnia siedemdziesiąt procent ofiar nie pamiętało swoich krewnych pierwszego stopnia. Następnego matki miały zapomnieć swoje dzieci. Wczoraj było lepiej niż dziś, a przedwczoraj lepiej niż wczoraj. Teraz jednak było już za późno. Pozostało mu wyjść dziś zamiast jutro, nim Max zapomni kolejną rzecz. Nim zmieni się coś więcej niż rękojeść noża albo wygląd jelenia.

Przeglądając plecak, Ory słyszał, jak Max krząta się po salonie. Zmienił płaszcz na grubszy zarówno ze względu na temperaturę, jak i odrobinę lepszą ochronę, jaką dawała dodatkowa warstwa ocieplenia. Miał nadzieję, że Max nie zauważy.

Kiedy pozamykano sklepy, z początku kradli. Rozbijali szklane witryny, wchodzili do ciemnych pomieszczeń i brali, co chcieli. Podobnie jak wszyscy, którzy jeszcze nie stracili cieni. Każdy zdawał sobie sprawę, że to ostatnia szansa. W ciągu kilku dni półki opustoszały, a ludzie w mieszkaniach czy na strychach przechowywali po dwieście pięćdziesiąt butelek szamponów albo po dwadzieścia kilo paczkowanej suszonej wołowiny.

Potem wszystko zaczęło się rozprzestrzeniać. Ci, którzy zostali, także zaczęli zapominać i znikali. Wychodzili z domów i nie pamiętali, jak wrócić, albo umierali z głodu w którymś pokoju, bo nie potrafili otworzyć drzwi lub zapominali, że mają jeszcze jedno piętro - w pewnym momencie te drzwi znikały, a schody zamieniały się w płaskie korytarze, w ten sposób zamykając ich w pułapkach. Zapominali, jak wrócić pod dach, jak posługiwać się otwieraczem i że istnieje deszcz. Kto by pomyślał, że człowiek potrzebuje cienia, by użyć klucza lub przypomnieć sobie imię matki? Pewnego dnia Ory zobaczył skupisko niemal identycznych domów rozpaczliwie stłoczonych na niewielkim trawniku, jakby żerowały na sobie nawzajem. Niektóre bez okien, inne z setkami dzwonków do drzwi, jeszcze inne z dachami na podłogach i podłogami na dachach. Pośrodku tkwił wynędzniały szkielet. Dwie ulice dalej Ory trafił na dom mogący być ich pierwowzorem - tym, do którego tak desperacko usiłował wrócić tamten zmarły, lecz nie pamiętał, gdzie stoi oryginalny budynek. W środku Ory znalazł tyle jedzenia, że dla nich dwojga wystarczyło na miesiąc.

Przeczesał Arlington w poszukiwaniu domów mogących skrywać zapasy, których ktoś nie zdołał z powrotem odnaleźć. Lecz od tamtego czasu cały świat został ze wszystkiego do cna ograbiony. Już tylko w jednym miejscu można było cokolwiek znaleźć.

- Ręce ci się trzęsą - rzekła Max, gdy wszedł do salonu.

- Nieprawda.

- Prawda - oznajmiła i dalej szukała menażki.

Ory wziął głęboki wdech, zacisnął dłonie w pięści i rozluźnił je. Nie pomogło.

Wszystko będzie dobrze. Robił to już setki razy. Pójść, odszukać, wziąć, wrócić. To zupełnie nieistotne, że teraz Max nie ma cienia ani że on zamierza wybrać się na Broad Street. Jak zawsze wróci tuż przed zachodem słońca.

- Nic mi nie jest - powiedział w końcu.

- Wiem - odparła Max. Odwróciła się z powrotem do stołu. Znalazła menażkę. - Nie zapomnę niczego, póki nie wrócisz do domu. Obiecuję.

Ale jej słowa nic nie znaczyły. Nie mogła obiecać, bo nie miała na to żadnego wpływu. Mimo wszystko oboje się uśmiechnęli. Stary pojemnik ze stali nierdzewnej szczęknął, gdy Max napełniała go wodą z wiadra, którą zagotowali, by nadawała się do picia. Zakręciła wieczko i podała menażkę Ory'emu.

Wziął ją od niej nieśpiesznym ruchem.

- No dobrze, może trochę się trzęsą - przyznał.

Max roześmiała się, gdy wkładał pojemnik do plecaka. Odrzuciła głowę, rozciągając usta w uśmiechu. Na chwilę wręcz zastygła, jakby ktoś namalował jej portret z profilu. Postać stojąca przy stole - tyle że za nią ani na ścianę, ani na podłogę nic nie padało.

Nie sądził, że obserwowanie kogoś, kto poruszając się, nie rzuca cienia, może okazać się tak przerażające. W tym wrażeniu była jakaś nieważkość. Jakby tych ludzi w rzeczywistości tu nie było.

- Niebieski - odezwał się w końcu.

- Pięćdziesiąt dwa - odpowiedziała Max.

Spojrzał z powrotem na plecak, żeby nie zdążyła dostrzec ulgi, jaka odmalowała się na jego twarzy. Była zła czy zadowolona, że tak często ją sprawdzał? Uważała, że robi to, bo ją kocha, czy dlatego, że już jej nie ufa? Nie można było wierzyć w żadną z tych odpowiedzi. Sięgnął do plecaka, aż poczuł pod palcami to, czego szukał.

- Zanim wyjdę, chciałbym o czymś porozmawiać.

Odwróciła się do niego, a jej wzrok spoczął na przedmiocie, który trzymał w dłoni. Stary dyktafon.

- Ory - zaczęła ze znużeniem. - Znowu?

- Proszę, Max - rzekł błagalnym tonem. Wcisnął urządzenie w jej ręce. Trzymała je sztywno w długich, ciemnych palcach niczym martwego ptaka.

- Już o tym rozmawialiśmy - powiedziała w końcu. - I chyba coś uzgodniliśmy.

- Spróbujmy chociaż. Musimy przynajmniej spróbować. - Popatrzyli na siebie. - Jeleń - rzekł Ory. Co oznaczało: sytuacja się pogarsza. Wiedzieli bowiem, że Max zacznie zapominać coraz to ważniejsze rzeczy.

Róg dyktafonu w jej dłoni błysnął przyćmionym blaskiem. Ory ledwie był w stanie dostrzec czerwony przycisk nagrywania na boku. Z początku sądził, że zapominane przez nią szczegóły zbliżą ich do siebie, nim ostatecznie ich od siebie oddalą. Lecz każdy kolejny dzień był coraz dziwniejszy. Każda sprzeczka wymagała paskudnej kalkulacji: czy naprawdę warto? Ile godzin stracą, milcząc w jej efekcie?

- Dobrze - odpowiedziała po chwili ciszy. - Dobra. Kto wie? Może to się sprawdzi.

Oboje w milczeniu spojrzeli na niewielkie urządzenie. Wreszcie z trudem zaczęła upychać je do zbyt małej kieszeni swojego płaszcza.

- Aha, jeszcze jedno - dodał Ory. Sięgnął do kieszonki na przodzie, z której wyjął zwój czegoś długiego i cienkiego. Była to linka ze stali nierdzewnej z Bóg wie którego zrujnowanego sklepu z narzędziami. Do dyktafonu przytwierdzone było solidne oczko, do którego można było przyczepić smycz - przeciągnął przez nie linkę i zabezpieczył ją zaciskiem. Kiedy skończył, mały dyktafon zawisł niczym naszyjnik tuż pod jej piersią - idealnie, by w każdej chwili można go było unieść i coś nagrać lub bezpiecznie schować pod koszulę.

Max objęła Ory'ego i oparła czoło o jego pierś. Zakołysali się.

- Czekaj, włączę go... - Uśmiechała się. Kciukiem wcisnęła czerwony przycisk i uniosła urządzenie do jego ust. - Teraz powiedz - wyszeptała.

- Niebieski - odezwał się nieco zawstydzony, że go nagrywa, lecz wypowiedział to słowo z uczuciem.

- Pięćdziesiąt dwa - odpowiedziała Max, przysunąwszy sobie dyktafon do ust. Wyłączyła go i pozwoliła opaść na lince, wciąż obejmując Ory'ego. Odwzajemnił jej uścisk.

Z początku sądził, że jest jej zimno i chce się ogrzać od jego ciała jak każdego ranka, lecz tym razem nie o to jej chodziło.

- Nie zajdę daleko, jeśli nie... - zaczął.

- A jakie to ma znaczenie? - przerwała mu, odpinając pasek jego spodni. W jej ruchach pojawiła się nieznana mu dotąd desperacja. Zanim jednak skończyła go rozbierać, wiedział, że jemu też jest już wszystko jedno.

Jeleń. Czy ten dyktafon w ogóle coś zmieni? Kolor rękojeści noża. Dał Max urządzenie bardziej ze względu na siebie czy na nią?

Szarpnęła, a on poczuł, że coś się urwało: szlufka. Ten odgłos wyrył się głęboko w jego pamięci. Ory raz jeszcze przywołał go w myślach, by zapamiętać, jak rozdziera się nić, jaki wydaje dźwięk, gdy Max wciąż wie, że to on, i gdy to właśnie jego pragnie.

- Niebieski - powtórzył szeptem.

- Och, przeleć mnie wreszcie - wycedziła. Zdjęła dyktafon przez głowę i cisnęła go na stos zrzuconych ubrań.

Wszystko było w porządku. Mogli mieć przed sobą tajemnice jeszcze przez ten krótki czas, który na tajemnice pozostał. Zgodziła się na dyktafon. Ory nie musiał przed nią przyznawać, że determinacja, z jaką dbał o jej stan, była ważniejsza dla niego niż dla niej, że boi się, iż Max przestanie się różnić od pozostałych bezcienistych - że pokocha tę osobliwą magię swej amnezji bardziej niż jego, a potem przestanie walczyć o to, by pamiętać. Nie musiała mówić, czy podziela te obawy.

ORLANDO ZHANG

Ory zdjął notatkę z Remingtona. 4 - Max nie wolno dotykać broni.

Naboje były w pudełku na dnie szafy, leżały tam niczym niepotrzebne części ciała. Naładował broń, a potem upychał pozostałe naboje parami do kieszeni spodni, póki pudełko nie opustoszało. Później wziął wszystkie trzy swoje poniszczone przez mole swetry i włożył jeden na drugi, a na wierzch narzucił pracowniczą wiatrówkę z logo Elk Cliffs, którą znalazł w biurze porządkowym. Ubrania Max wciąż leżały starannie poskładane, wyglądało jednak na to, że kilku brakuje. Jednej czy dwóch koszul. Może, wychodząc, zauważyła ten stosik i myślała jeszcze na tyle jasno, że coś z niego wzięła. Ory miał nadzieję, że tak właśnie było. Nigdzie nie zauważył krwi ani śladów walki, musiał zatem wierzyć, że odeszła z własnej inicjatywy, a nie została zabrana jako zakładniczka. W takiej sytuacji wystarczyło ją znaleźć. I to szybko.

Jeszcze zapasy. Zapałki, apteczka, latarka. W tym wypadku niektórych rzeczy też jakby brakowało. Był pewien, że uzbierali większą liczbę pudełek z zapałkami, niż znalazł w szufladzie. A może nie? A może Max zapomniała, ile dokładnie mieli, i dlatego ich liczba się zmieniła, podobnie jak kolor rękojeści noża. Ory stał przy bezużytecznym zlewie nad otwartą szufladą i wpatrywał się w nożyczki i puste miejsce obok nich - mógłby przysiąc, że wcześniej leżały tam zapasowe. Ale trudno było to stwierdzić.

I na koniec zdjęcie Max.

W klepkach podłogowych po swojej stronie łóżka wyciął małą skrytkę. Wyjął z niej swój stary portfel i delikatnie otarł go z kurzu. Jedna karta debetowa, jedna kredytowa, cztery banknoty jednodolarowe, karnet na siłownię i prawo jazdy.

Ory wyjął prawo jazdy z przezroczystej kieszonki. Stwierdził, że stanie się jego dyktafonem, jeżeli dopadnie go Zapomnienie. Imię i nazwisko, data urodzenia, wzrost, waga i maleńka fotografia. Nie podpowie mu niczego, co tak naprawdę się liczyło, czyli że Max jest jego żoną i dla niej dałby się potrącić przez autobus, że nie mają dzieci, że poznali się na meczu futbolowym, na który nieomal w ogóle nie poszedł i z którego o mały włos nie wyszedł przed czasem, że świetnie jeździ na nartach albo że skrycie boi się pszczół. Ale przynajmniej sprawdzi swoje imię i nazwisko. Poza tym za prawem jazdy ukrywał to, co naprawdę ważne. Zdjęcie Max, mające rozmiar zbliżony do rozmiarów portfela.

Zrobił je dzień przed ślubem Paula i Imanuela - po tym, jak cienie zniknęły w Indiach, Brazylii i Panamie, ale zanim jeszcze zjawisko bardziej się rozprzestrzeniło. Tamtego wieczoru wszyscy goście jedli czekoladki i pili szampana w sali balowej zaledwie piętro niżej niż miejsce, w którym w tej chwili stał Ory. Paul i Imanuel z wyprzedzeniem otworzyli część prezentów i jednym z nich okazał się polaroid, który od razu drukował maleńkie zdjęcia wielkości magnesów na lodówkę.

Aparat przekazywano sobie z rąk do rąk podczas rozkręcającej się imprezy. Gdy dotarł do Ory'ego, ten zrobił zdjęcie Max. Stała przy otwartych oszklonych drzwiach prowadzących na zewnątrz, lecz światło w sali było na tyle jaskrawe, że kiedy zagadnął: "Przepraszam panią" i odwróciła się w jego stronę, jej twarz skąpana była w żółtym blasku, pod wpływem którego jej oczy zalśniły. "Niebieski", powiedział. Pstryknął idealnie, gdy jej usta zaczęły rozciągać się w uśmiechu.

Nim zdjęcie się wywołało, jedna z kobiet odciągnęła ją na plotki, więc Ory przez pewien czas stał w wieczornym powietrzu tuż za drzwiami i lekko potrząsał fotografią, zerkając na nią co chwilę, by sprawdzić, czy jest już gotowa. Kiedy z powrotem znalazł Max, wcisnęła mu w dłoń kolejny kieliszek Dom Pérignon, a potem, chuchając mu ciepłym oddechem do ucha, wyszeptała beztrosko: "Nie uwierzysz, co właśnie powiedział mi Imanuel o drugim drużbie"; zupełnie wypadło mu z głowy, że zrobił zdjęcie.

Ory wsunął fotografię z powrotem na miejsce i bezpiecznie przykrył ją prawem jazdy. Choć Max była na niej wystrojona, umalowana i włosy miała związane w luźny kok, do dnia obecnego niemal się nie zmieniła, więc mógłby pokazywać jej zdjęcie napotkanym osobom - o ile w ogóle kogoś spotka - i pytać, czy ją widziały. Zakładając, że pamiętałyby, jak się mówi albo co widziały.

Kiedy wrócił do salonu, jego wzrok przykuła kartka od początku przyklejona do wewnętrznej strony drzwi. Spisali na niej pewną zasadę ustaloną wspólnie na długo przed utratą cienia przez Max i ustaleniem pozostałych. Kiedy stworzyli całą listę, ten punkt zaczęli nazywać Zasadą Zero. Zdjął kartkę i zmiął. Max na pewno zauważyła ją, gdy wychodziła. Co to znaczyło? Ile już zapomniała?

Zasadę Zero spisali, kiedy zostali w hotelu sami. Przez wiele miesięcy nie było prądu, bieżącej wody, potem jeszcze radia. W końcu zniknęli także goście. Nie można było dłużej unikać tego tematu.

- To nie fair - powiedziała wówczas Max. - Gdybym to ja zaginęła, poszedłbyś mnie szukać.

- Nie poszedłbym - odparł Ory. Nawet dla niego samego te słowa nie zabrzmiały wiarygodnie.

- Właśnie, że byś poszedł - upierała się Max. - Poza tym to co innego. Ty wychodzisz na całe dnie, a ja spędzam tu większość czasu. Gdybym zniknęła, to dlatego, że straciłabym cień i zapomniała, że mam zostać, więc to oczywiste, że nie powinieneś za mną iść!

- Nawet nie... - Przez jego twarz przebiegł grymas. Samo wspominanie o tym, że któremuś z nich mogłoby się to przytrafić, było jak kuszenie losu.

- Chodziło mi tylko o to, że gdybyś to ty nie wrócił do domu, to prawdopodobnie dlatego, że byłbyś ranny i potrzebowałbyś mojej pomocy.

- W takim razie dopilnuję, żeby nikt mnie nie zabił. Nie będziesz musiała przychodzić z pomocą.

- Ory - powiedziała przerażająco cichym głosem.

Zawisła między nimi pełna napięcia cisza.

- Przepraszam - mruknął w końcu.

Spuścili wzrok i popatrzyli na swoją kolację: paczkę frytek. Efekt jego ostatniej wyprawy.

- Po prostu nie potrafię - powiedziała. - Zapomnienie dopadające któreś z nas to jedno. Ale gdybyś zaginął podczas wyprawy w poszukiwaniu jedzenia, poszłabym tam, dokąd się wybrałeś, i próbowałabym cię znaleźć.

- Nie idę na taki układ - rzekł Ory.

- Lepszego nie wynegocjujesz - odgryzła się. - Mogę najwyżej zgodzić się na to, że jeśli jedno z nas zapomni, drugie za nim nie pójdzie. Na więcej się nie zgodzę. Okej?

- Okej - odpowiedział w końcu. Wykorzystał papier z hotelowej księgi pamiątkowej, w milczeniu spisał zasadę i ją powiesił. "Jeżeli jedno zapomni, drugie za nim nie pójdzie". Przez resztę wieczoru nie zamienili ze sobą słowa.

Nie zdołali obmyślić niczego lepszego, choć to i tak było za mało. Przez kilka kolejnych tygodni Ory przestał mówić Max, dokąd chodzi na poszukiwania, a jeśli nie chciała wypuścić go za drzwi bez odpowiedzi, kłamał jej w żywe oczy, choć oczywiście zdawała sobie z tego sprawę. W końcu przestała pytać, bo i tak wiedziała, co robił.

Tamtego wieczoru, kiedy spisali Zasadę Zero, Ory skorzystał z cennej resztki mydła, jaka im została. Kiedy ich schronienie było jeszcze ośrodkiem Elk Cliffs, składowano tam mnóstwo zapasów i z początku je trwonili. Kąpali się, gdy chcieli, i co najmniej raz dziennie myli głowy. Dzięki temu mogli się czuć względnie normalnie. Zbyt późno zdali sobie sprawę, że zapasy środków czystości, które z początku wydawały się nieograniczone, jednak się kończą. Mieli dwieście zapasowych szczoteczek do zębów, ale nie było już pasty. Dziewięćset ręczników, ale prawie żadnych środków do mycia ciała. Starali się jak najdłużej zachować to, co zostało, i kąpali się co kilka dni, myjąc tylko to, co konieczne. Ory zanurzył palec w plastikowym pojemniku, starając się zeskrobać z powrotem choćby najmniejszą odrobinę mydła, która nie była niezbędna. Tylko tyle, ile trzeba. Sięgnął w dół, nie do twarzy czy włosów, i zaczął wcierać śliską substancję w jądra. Odciągnął napletek, starając się rozetrzeć mydło ku górze, skrupulatnie usuwając nieuchronnie zbierającą się tam wydzielinę.

Kiedy wytarł się po tej kąpieli w wiadrze i wślizgnął do ciemnej sypialni, Max była już w łóżku. Nieśmiało ułożył się nago obok niej. W ciemności słyszał jej łagodny oddech. Kiedy mieli jeszcze ogromne zapasy mydła, kąpiel nie była niczym znaczącym. Nie była manifestacją pragnień, których nie chciało się w zbyt oczywisty sposób wypowiadać. Lecz teraz, gdy mieli już tak niewiele i kąpali się w deszczówce zbieranej do wiader poustawianych na dachu, wzbudzała pewne zażenowanie. W świecie bez mydła nie było miejsca na subtelność. Na udawanie, że nawet jeśli czegoś się rozpaczliwie pragnie, "nic się nie dzieje, jeżeli ty akurat nie masz ochoty".

Ory dotknął jej pleców tuż pod łaskoczącym puchem jej włosów i wyczuł pod palcami T-shirt. Max obróciła się i leniwie go objęła, on zaś poczuł, jak żona uświadamia sobie, że jest nagi i wciąż nieco mokry - na moment zatrzymała ręce i nie do końca oplotła go nogami, dostosowując pozycję ciała do sytuacji, w jakiej się znalazła. Ory zwiądł, lecz i tak niezdarnie odszukał brzeg jej koszulki i dłońmi podążył w górę, aż poczuł jedwabistą, obfitą krągłość jej piersi.

Przyciągnęła go bliżej i ujęła jego opadającą męskość. Uchwyt jej palców był stanowczy, drugą zaś ręką przez materiał chwyciła jego dłoń, która spoczywała na jej piersi.

Starał się zapomnieć. O mydle. O tym, że zostali już tylko oni. O Zasadzie Zero. O wszystkim. Jej dłonie poruszały się, dając ciepło i przyciągając go do siebie.

Nie zdołał.

Przed wschodem słońca Ory był spakowany i gotowy do poszukiwania Max. Rana na głowie już nie krwawiła. Usiadł na brzegu łóżka, czekając na brzask, był bowiem zbyt spięty, żeby zasnąć. Co by było gdyby?, pomyślał. Co by było? Gdyby tylko wrócił trzy godziny wcześniej. Gdyby tylko nie popędził za królikiem. Gdyby tylko znów nie poszedł na Broad Street. Gdyby tylko. Max wciąż by tu była.

Podniósł z podłogi zgniecioną kartkę z Zasadą Zero i zmiął ją jeszcze bardziej; miażdżył i ściskał, póki nie skurczyła się do rozmiarów orzecha włoskiego. Kiedy ją zapisywał, wyglądała tak samo jak pozostałe, wiszące bezgłośnie w odpowiednich miejscach w tym opuszczonym hotelu. "Jeżeli jedno zapomni, drugie za nim nie pójdzie". Ale ta zasada od początku miała dotyczyć tylko Ory'ego. W drugą stronę nie działała. Jednak w obecnej sytuacji... przecież nie tak miało być. Ta zasada nie miała dotyczyć takiego obrotu spraw. Nie przytrafił mu się nieszczęśliwy wypadek podczas wyprawy. To była jego wina. Z własnej winy nie wrócił do domu na czas, by powstrzymać Max przed odejściem, kiedy zapomniała, że powinna zostać.

Ory po raz ostatni rozejrzał się po schronieniu. Im dłużej się zastanawiał, tym bardziej był przekonany, że to wszystko nie ma sensu. Max wiedziała, jak niebezpiecznie jest na zewnątrz, skoro więc wyszła, Zapomnienie prawdopodobnie postępowało, wspomnienia zaczęły jej umykać niczym piasek przesypujący się przez sito. Przynajmniej to było jasne. Lecz zanim padły sieci telewizyjne i internet, zdążyli się dowiedzieć, że ofiary zazwyczaj są przerażone. Wpadały w panikę, niekiedy stawały się agresywne, bo nie rozumiały, co się dzieje i gdzie się znajdują albo nawet kim są, wciąż jednak panowały nad odleglejszymi zakamarkami umysłu.

Max przyjęła to ze względnym spokojem i nie przetrząsała wszystkiego w poszukiwaniu wskazówek, dzięki którym mogłaby poukładać sobie w głowie związane z nią fakty. Mimo wszystko, wychodząc, zamknęła drzwi i może nawet zabrała ze sobą nieco żywności i innych zapasów. To było przedziwne.

W dodatku zabrała dyktafon. Ory był tego pewien, bo przeszukał całe schronienie. Nie znalazł go.

MAHNAZ AHMADI

Naz często śniła o wieczorze, kiedy to wszystko się zaczęło. Wszyscy cieszyli się i zachwycali. Nikt wówczas nie wiedział, do czego doprowadzi bezcienistość. Nawet gdy śniło jej się to teraz, kiedy już na własne oczy zobaczyła jej skutki, sen nigdy nie przeradzał się w koszmar. Nie wiedziała, co to znaczy. Może nie znaczyło nic.

Naz, jej trener i koleżanki z drużyny świętowali wtedy przyznanie jej zielonej karty. Właśnie się dowiedzieli, że dokumenty zostały zatwierdzone i otrzymała ostateczną zgodę na zamieszkanie w Stanach Zjednoczonych na zawsze. Mogła dalej trenować. Choć sprawdziany kwalifikacyjne miały się odbyć dopiero za trzy lata, zielona karta nadawała temu wszystkiemu pewną autentyczność. Być może pewnego dnia zostanie pierwszą Iranką, która zdobędzie medal olimpijski w łucznictwie. Mogłaby nawet powalczyć o złoto.

Siedziały na kanapie w salonie jej bostońskiego mieszkania, a trener pochylił się nad stolikiem kawowym, by odkorkować szampana. Dwie koleżanki przygotowały transparent z napisem: "Gratulacje, Naz! Olimpijczycy, strzeżcie się!". Oraz drugi, na którym napisały: "Strzał w dziesiątkę!". Rozwiesiły je na ścianie nad gablotką, w której przechowywała swój sportowy łuk.

Wyciszyła błyskający kolorami telewizor i wszystkie śmiały się, piły i zajadały przekąskami z deski serów oraz ciastem, które upiekła. Lecz w pewnej chwili coś przykuło jej uwagę. U góry ekranu pojawił się mrugający czerwony pasek z napisem: "Wiadomość z ostatniej chwili". Właśnie wtedy po raz pierwszy usłyszała to imię i nazwisko: Hemu Joshi.

Tego dnia w Indiach odbywał się doroczny festiwal, więc ekipy telewizyjne tamtejszych wiadomości były w terenie, w dużych miastach - także w Pune. Dziennikarze mówili o Hemu od siedmiu minut, gdy nagle ktoś z międzynarodowej stacji zauważył ich transmisje. Wszystko eksplodowało.

W ciągu sześciu godzin informacja pojawiła się na każdym kanale i każdej stronie internetowej w Stanach Zjednoczonych, a ekipy z każdego kraju lądowały w Bombaju i masowo wynajmowały samochody, by w ciągu trzech godzin dojechać stamtąd na targ przypraw w Pune - zwany przez miejscowych Mandai. Docierały tam w czasie, który wydawał się wręcz absurdalnie krótki jak na lot przez ocean. Naz, jej trener i koleżanki wpatrywali się w ekran jak zahipnotyzowani, nie mogąc oderwać od niego wzroku.

Wówczas żadne z nich jeszcze nie wiedziało, że powinni być przerażeni. Byli zafascynowani. Dostali obsesji. Hemu nie pozwalał oderwać od siebie wzroku. Przez pierwsze trzy dni stał dzielnie w największej alejce Mandai, dając pokazy zaciekawionym przechodniom. Choćby nie wiadomo ile razy je powtarzał, nikomu się nie nudziły. Naz mogłaby patrzeć na niego choćby i dwanaście godzin, robiąc przerwy na podgrzanie posiłku w mikrofali i przyniesienie go na kanapę lub na wyjście do toalety.

Najpierw uśmiechał się i coś mówił, by udowodnić, że jest prawdziwy i relacja jest nadawana na żywo, a nie z zapętlonego nagrania. Potem wyciągał rękę albo stawał na jednej nodze, a drugą machał. Dzieciaki od pierwszej chwili chodziły za nim jak duchy, śmiały się i biegały wokół niego. Fotoreporterzy szaleli. Na stronach informacyjnych pojawiło się mnóstwo ekscytujących zdjęć roześmianych dzieci bawiących się z Hemu wśród unoszących się drobinek kurzu, a pomarańcze i fiolety na stoiskach z przyprawami tętniły tak nasyconymi barwami, że Naz musiała mrużyć oczy.

Wróżki z każdego zakątka miasta przyjeżdżały rikszami i rowerami, by zobaczyć to nowe cudo. Ludzie przyprowadzali do Hemu swoich krewnych, zupełnie jakby był w stanie ich uzdrowić. Ojcowie pokrzykiwali do niego, wymachując zdjęciami swoich córek. Do końca pierwszego dnia Hemu otrzymał sześćdziesiąt dwie propozycje małżeństwa, wszystkie od niesamowicie zamożnych rodzin. Pojawiło się także zdjęcie jego matki - krzepkiej starszej kobiety o włosach wciąż równie czarnych, co włosy syna - starającej się utrzymać w dłoniach fotografie wszystkich kandydatek. Zdjęła koniec swojego sari z ramienia, by utworzyć prowizoryczny kosz, ale zdjęć było tyle, że się wysypywały - maleńkie twarze pięknych młodych kobiet uciekały jej niczym ważki wśród zatłoczonych uliczek.

Dzień wcześniej Hemu pracował jeszcze dla amerykańskiej firmy telefonicznej jako młodszy specjalista do spraw obsługi klienta w call center, był także rezerwowym graczem w amatorskiej drużynie krykieta stanu Maharasztra. Wielbiony zawodnik grzejący ławę. W ciągu ostatnich pięćdziesięciu meczów wykonał może jedno uderzenie. Teraz został niemal bogiem, postacią wyjętą wprost z kart bajki albo z filmu science fiction. Oczarował cały świat.

Hemu Joshi był pierwszym człowiekiem, który stracił cień.

Gdy Naz i jej młodsza siostra Rojan były jeszcze dziećmi i mieszkały w Teheranie, ojciec rok przed swoją śmiercią kupił im na urodziny niewielki teleskop. Zabierały go na dach bloku i starały się wypatrywać gwiazdozbiorów. Chodziły tam co noc, lecz każda z innego powodu. Prawdę mówiąc, Naz zbytnio na tym nie zależało. Była już w wieku, w którym wolno jej było po szkole uczestniczyć w zajęciach specjalistycznej sekcji sportowej, w sali gimnastycznej, gdzie przechowywano łuki. Pomagała siostrze wnosić ciężki metalowy przyrząd na dach tuż po zapadnięciu zmroku, bo Rojan na tym zależało. Bo nigdy nie widziała, by siostra była czymś aż tak zafascynowana. Astronomia była dla Rojan tym, czym dla Naz było łucznictwo. Dlatego co noc Naz chwytała jeden koniec teleskopu, Rojan drugi i wnosiły go po ciemnych schodach.

Pozostali członkowie rodziny żartowali, że łucznictwo i astronomia raczej nie idą w parze. Naz dostrzegała jednak pewien związek między tymi dyscyplinami. Ciemne niebo, gwiazdy. Białe złoto słońca. Pod nimi strzała przecinająca powietrze. Naz mogłaby w nieskończoność przyglądać się Rojan obserwującej gwiazdy. Lecz gdy w wieku dwudziestu jeden lat wygrała zawody ogólnokrajowe, a potem człowiek, który miał zostać jej trenerem, zadzwonił z odległego Bostonu, mówiąc po angielsku tak szybko i niewyraźnie, że ledwie go zrozumieli, i przedstawił swoją propozycję - wiza sportowa, sponsorzy, za kilka lat olimpiada...

Od kiedy Naz przeniosła się do Bostonu, dom odwiedziła tylko raz. Właśnie wtedy po raz ostatni widziała się z siostrą. Nie zamierzała wspominać matce o swoim pierwszym amerykańskim chłopaku ani o tym, że chodziła na randki. Po prostu jej się wymsknęło. Lecz w trakcie gorączkowej dyskusji, która z tego wynikła, w złości powiedziała matce wszystko i o nim, i o kolejnych chłopakach.

Po tym incydencie nie była już w domu mile widziana. Matka poprzysięgła, że już nigdy się do niej nie odezwie. Z wzajemnością. Tamtego wieczoru wyjechała i odwiedziła Rojan na uczelni, gdzie tamta studiowała astronomię; serce Naz rozsadzała duma. Siostra zdobyła pełne stypendium. Następnego wieczoru wymknęły się do pracowni Rojan, by obejrzeć rezultaty jej badań. Wówczas Rojan wiedziała już o niebie znacznie więcej niż Naz, lecz Naz z całych sił starała się nadążyć. Na zawsze zapamiętała wspólne spojrzenia przez teleskop - poświatę odległych planet, smugi za przelatującymi kometami.

Teraz Naz często zastanawiała się, co się z nimi wszystkimi stało. Z teleskopami. Dziwnie byłoby je pewnego dnia odnaleźć, jeśli przetrwały w tym nowym, odmienionym świecie. Ocaleli natknęliby się na nie w swoich cichych domach z kopułami, spojrzeliby przez maleńki okular i uznali za urządzenia magiczne. Czasami nauka kojarzyła się z magią. Obserwowanie, jak Hemu Joshi żyje i oddycha bez cienia, również było magiczne.

Oczywiście próbowano wyjaśnić tę tajemnicę naukowo. I rzeczywiście kryło się w niej ziarno nauki. Wiązało się ono z pewnym niejasnym faktem astronomicznym, o którym Naz dowiedziała się od siostry. Okazało się, że w kilku krajach co roku o tej samej porze znikały cienie.

Wydawało się to niemożliwe, ale to tylko fizyka. Zjawisko miało związek z kątem padania promieni słonecznych i z porami roku, a dotyczyło terenów między zwrotnikiem Raka a zwrotnikiem Koziorożca oraz okresu późnej wiosny i wczesnego lata. "Nieważne, gdzie mieszkasz, zawsze ci się wydaje, że słońce w południe znajduje się bezpośrednio nad tobą. A wcale tak nie jest", wyjaśniła jej Rojan pewnego dnia, gdy wciąż mieszkała w Teheranie. Naz próbowała to wytłumaczyć trenerowi i koleżankom z drużyny, gdy razem oglądali Hemu, lecz na widok ich min tylko się roześmiała. A jednak taka była prawda. Ziemia była zbyt duża i zbyt zaokrąglona. Słońce nigdy nie świeciło nikomu dokładnie nad głową, choć mogło się tak wydawać. Chyba że w Indiach pewnego dnia w środku maja.

Miejscowi nazywali tę chwilę Dniem bez Cienia.

Najbardziej niesamowite i niewiarygodne było to, że zjawisko powtarzało się co roku. Rojan zawsze chciała tam pojechać. W ciągu kilku dziesięcioleci Dzień bez Cienia przerodził się w swego rodzaju festiwal trwający kilka dni, podczas których ziemia odchylała się w taki sposób, że w różnych miastach po kolei promienie słońca padały prostopadle - odbywały się wówczas wykłady z astronomii, parady, a także puszczano latawce. Co roku tuż przed południem tłumy gromadziły się na placach i czekały na moment, w którym na kilka zapierających dech w piersiach sekund ich cienie znikną. Nauczyciele zachęcali dzieci do układania na ulicach różnych przedmiotów - latarek, piłek, kijów do krykieta - i sprawdzenia, czy zdołają przechytrzyć słońce. Nigdy im się nie udawało. Wśród dźwięku bębnów i sitarów, gdy ziemia i słońce stawały w jednej linii, wszystkie cienie w mieście i pod stopami ludzi kurczyły się do maleńkich czarnych kropek, znikały, a potem pojawiały się na nowo, w miarę jak Ziemia się obracała. Zawsze.

Idealne naukowe wytłumaczenie.

Nie dało się tylko naukowo wyjaśnić, dlaczego po tej krótkiej chwili wszyscy, którzy wychodzili na zewnątrz, widzieli, jak ciemne zarysy ich sylwetek wracają na miejsce u ich stóp, a Hemu Joshi uwolnił się od cienia na dobre. To musiała być magia.

Więc przez trzy magiczne dni cały świat patrzył, jak Hemu Joshi pląsa, jakby był oderwany od ziemi - niezrozumiałe piękno tego zjawiska urzekało. Magia. W samolotach i hotelach brakowało miejsc, ludzie spali w restauracjach i na ulicach, stacje telewizyjne nieustannie pokazywały Hemu, pisano o nim wiersze. Pojawiał się nawet w snach Naz. Naukowcy oszaleli, lecz żaden z nich nie potrafił wyjaśnić, co dokładnie się stało. A dzień po zniknięciu cienia Hemu gruchnęła wiadomość, że to samo spotkało grupę około osiemdziesięciu osób z Bombaju, które także świętowały Dzień bez Cienia. W wiadomościach zaczęto nazywać ich Aniołami z Bombaju. I ta nazwa w ogóle nie wydawała się dziwna. A potem, trzeciego dnia, to samo spotkało piętnaście osób w mieście Ahmednagar oraz dwanaście osób w mieście Nashik...

Trzeciego dnia do późna napływały informacje o kolejnych przypadkach w stanie Maharasztra - rodzina za rodziną, wioska za wioską. Zupełnie jakby wszyscy byli świadkami cudu. Kiedy Naz usłyszała o Aniołach z Bombaju, pomyślała, że za chwilę wkroczą na wyższy poziom egzystencji. I choć wydawało się to absurdalne, świat był tak zafascynowany, że Naz w ogóle nie czuła się zażenowana takimi przemyśleniami. Ani trochę. Stała w łazience owinięta w ręcznik i ociekając wodą, myła zęby, a jednocześnie, żywo gestykulując, dzieliła się tymi przemyśleniami z koleżanką z drużyny oraz z toaletą - nie było jej ani odrobinę wstyd i nie miała wrażenia, że przesadza. Właśnie tak podziałały na świat te informacje.

A potem, czwartego dnia, wszystko zaczęło się psuć.

Hemu Joshi prawdopodobnie zaczął zapominać już od Dnia bez Cienia, lecz zauważono to dopiero o poranku czwartego dnia.

Naz wstała wcześnie i włączyła telewizor, by w trakcie przyrządzania jajek sadzonych na śniadanie popatrzeć na Hemu. Skwierczenie z patelni zagłuszało nieco głos reportera, lecz widok był znajomy. Od Dnia bez Cienia Hemu przebywał dokładnie w tym miejscu, w którym po raz pierwszy go zauważono - w centrum targowiska Mandai - i znikał tylko na krótkie chwile, by się przebrać lub pójść do łazienki. Kiedy pierwszego wieczoru chciał wrócić do domu na noc, spotkał się z takim sprzeciwem, że jego dwaj bracia poddali się i przynieśli posłania, które ułożyli wśród zatłoczonych, krętych alejek. Teraz wszyscy trzej biwakowali w sercu wietrznej uliczki targowiska, wśród trzepoczących tkanin. Pierwszej nocy tylu ludzi przyniosło im koce i inne podarki w postaci owoców i jedwabi, że ich maleńkie betonowe obozowisko przypominało raczej groteskową sułtańską alkowę.

Coś jednak było nie tak. Od kiedy Naz włączyła telewizor, pokazywano wyłącznie braci Hemu. Odwróciła się na moment, by podważyć jajka łopatką, a gdy z powrotem spojrzała na ekran, zdała sobie sprawę, że wyraz twarzy mężczyzn już nie jest serdeczny, lecz pełen niepokoju. Jeden z nich krzyknął nawet: "Żadnych kamer!". Drugi brat wyciągnął rękę ku operatorowi, chwycił obiektyw i szarpnął go w dół: obraz pociemniał.

- Właśnie obejrzeli państwo materiał sprzed kilku minut, przedstawiający Vinaya i Rahula Joshich, braci Hemu Joshiego. - Na ekranie nagle z powrotem pojawił się prezenter wiadomości o wyraźnie zarysowanej sylwetce i surowym wyrazie twarzy. - Od godziny piątej rano czasu indyjskiego rodzina odmówiła mediom dostępu do Joshiego po tym, jak znaleziono go w dzielnicy biznesowej Pune: błądził po ulicach, wyraźnie zdezorientowany i...

Naz zgasiła palnik, zostawiając niedosmażone, półprzezroczyste jajka na patelni, i usiadła przy laptopie. Do czasu gdy żółtka się ścięły, zdążyła poskładać wszystkie elementy układanki. Gdy o świcie ekipy telewizyjne obudziły się i z powrotem włączyły kamery, okazało się, że Hemu nie śpi obok Vinaya i Rahula. Dziennikarze obudzili braci, ci zaś wrócili do domu, by sprawdzić, czy Hemu tam nie ma, ale go nie znaleźli. Wszczęto poszukiwania i odnaleziono go na drugim końcu targowiska; błąkał się tam zagubiony i wzburzony. Krzyczał do zgromadzonych, żeby przestali za nim chodzić, że ma już dość ekip telewizyjnych, co w zasadzie było zrozumiałe. Lecz gdy na czoło tłumu przecisnęli się bracia, zdarzyła się rzecz najdziwniejsza: Hemu ich nie rozpoznał.

Większość dziennikarzy wciąż usilnie starała się udokumentować wydarzenia związane z tym człowiekiem, który przykuł uwagę miliardów ludzi. Jednak pewna drugorzędna ekipa z amerykańskiego kanału plotkarskiego z Nashik - starająca się wzbudzić zainteresowanie grupą dwanaściorga dzieci, którą bez powodzenia usiłowała nazwać Cherubinami z Nashik, nieudolnie próbując wykorzystać nazwę Aniołów z Bombaju - sprawiła, że ciekawostka przerodziła się w tragedię.

Ich operator i reporter zaczęli przesyłać do swojego niewielkiego studia w Los Angeles nagrania, które w ciągu kilku minut trafiły do wszystkich międzynarodowych sieci: Cherubiny z Nashik również zaczęły zapominać.

MAHNAZ AHMADI

Tamtego dnia, gdy wieczorem Zapomnienie dotarło do Bostonu, Naz spędziła popołudnie z trenerem na torze łuczniczym, lecz strzelała beznadziejnie. Partaczyła strzał za strzałem przez tyle godzin, że w końcu trener jej przerwał, kazał wrócić do domu i wcześniej pójść spać. Naz uświadomiła sobie, że dzieje się z nią coś niedobrego, gdy ten jeden raz nie zaczęła się z nim spierać o to, że potraktował ją zbyt łagodnie. Była nieobecna. Jakby przeczuwała, że za chwilę coś się wydarzy. "Masz to zapisane w genach", powiedziałaby matka. "Podobno DNA też ma pamięć". Podobno pewne rzeczy, które nam się przytrafiają, przekazujemy dalej. Naz powiedziałaby jej, że to bzdura. Gdyby nie to, że tak dawno wyparły się siebie nawzajem.

Kiedy po zmroku zaatakowało Zapomnienie, Naz zdziwiła się, że to właśnie ku matce pobiegły jej pierwsze myśli. A potem pomyślała: Nie mogę. Dotrzymała słowa i nie rozmawiała z matką od czasu swojej ostatniej wizyty w Teheranie. Matka nie pozostała jej dłużna. Z ulicy dobiegały krzyki ludzi.

Naz wzięła telefon. Niedawno zaczęła się z kimś spotykać. Być może to coś poważnego. Jeszcze nie wiedziała. Odszukała jego numer, lecz jej palec zawisł nad wyświetlaczem. Cóż znaczy dwa i pół miesiąca? Czternaście randek, pięć wspólnych nocy, osiemnaście lampek wina i jedna przejażdżka na lotnisko na weekendowy wypad. Nie odezwał się do Naz. Na niebieskim ekranie nie mrugała żadna pilna wiadomość. Ale to nic. Naz rozumiała. Dla obojga bardziej liczyły się inne osoby.

Za pierwszym razem się nie dodzwoniła. Zapewne wszyscy, którzy jeszcze nie stracili cieni, właśnie dzwonili do tych, którzy je stracili. Natychmiast wybrała numer po raz kolejny. Przygotowała się na nagranie wiadomości. Chciałam ci tylko przekazać, że nic mi nie jest. Coś w tym rodzaju. Zdziwiła się więc, kiedy matka odebrała.

- Jesteś bezpieczna? - Matka szlochała. Naz poczuła się nieswojo, uświadamiając sobie, jak nagle ulatuje to, co jeszcze przed chwilą miało tak ogromne znaczenie. Co takiego wypełniło pustkę i mogło usprawiedliwić cały ten stracony czas? Naz w pośpiechu włożyła buty i wzięła portfel. Czy z jej karty kredytowej da się w ogóle ściągnąć piętnaście tysięcy dolarów? Nie pamiętała, którą autostradą jedzie się na lotnisko.

Ale nie miało to znaczenia. Matka mówiła, że lotnisko w Bostonie zostało zamknięte. Widziała w wiadomościach. Naz nie mogła wrócić do domu.

- Jesteś bezpieczna? Powiedz, że jesteś bezpieczna - mówiła mama błagalnym tonem.

Naz powiedziała, że nic jej nie jest. Nagle zaczęła odczuwać narastającą pustkę. Jeszcze chwilę temu, gdy musiała wykazać się odwagą przed kimś, jakoś jej się udało. Lecz wobec samej siebie było już trudniej. Odeszła od okna i osunęła się na dywan. Na ulicach połyskiwały niebieskie i czerwone światła, rzucające upiorne smugi na sufit. Muszę się wydostać z miasta, pomyślała Naz w tej samej chwili, gdy matka poinformowała ją, że na miasto nałożono kwarantannę i że wojsko strzela do ludzi, którzy próbują przejść przez blokadę.

- Włącz ten cholerny telewizor, Mahnaz! - krzyknęła.

Naz zobaczyła na ekranie twarz prezydenta oraz różne dzielnice Bostonu pokazane z lotu ptaka. Nawet swoją.

- Co mam robić? - spytała matkę. - Iść na górę czy do piwnicy?

- Nie! - zawołała matka. - Musisz wyjść z domu. Natychmiast. Każdy może cię tam znaleźć, bo właśnie tam powinnaś być.

Boston był miastem, w którym paranoiczne rady matki już dawno przestały przerażać Naz. Było to miasto, gdzie nikt nie nadkładał drogi, żeby zgubić ogon. Gdzie nikt nie zapamiętywał numerów rejestracyjnych. Gdzie nikt nie miał skrytki w szafie w przedpokoju. Było to miejsce, w którym Naz otrzymała odpowiedzi na wszystkie swoje pytania, za to jej matka z zakłopotaniem i rozdziawionymi ustami oburzałaby się, słysząc słowa wykrzykiwane beztrosko przez nastolatków, widząc bluzki niezasłaniające pępków czy automaty z grami przy Newbury Street wykorzystujące rzeczywistość wirtualną. Lecz Boston właśnie przestał być miastem, które znała Naz, a jej matka już kiedyś żyła podobnym życiem. Matka poznała świat, w którym trzeba wiedzieć, co robić, gdy zabijani są ludzie i gdy ktoś może na człowieka czyhać. Naz żywiołowo kiwała głową, słuchając jej rad.

- A mogłabyś pójść gdzieś, gdzie nikt nie będzie cię szukał? W miejsce niewarte sprawdzenia?

ORLANDO ZHANG

Ory z przerażeniem wpatrywał się w kobietę. I w zniszczoną strzelbę myśliwską kołyszącą się lekko w jej spokojnym, pewnym uścisku. Wylot lufy skierowany był tuż poniżej jego mostka.

- Za późno - powtórzyła.

Za późno? Na co?

- Zniknął - powiedział ktoś inny i splunął.

- Nie zniknął, wciąż ma cień. Spójrz. - Kobieta wskazała na ziemię za Orym końcówką strzelby, zupełnie jakby broń od zawsze stanowiła część jej ręki. Jego cień kulił się na trawie niczym zwiędły zarys przerażenia.

- Za późno na co? - wydusił w końcu Ory. Minęło tyle czasu od jego ostatniej rozmowy z osobą inną niż Max, że czuł się dziwnie. Jakby zapomniał, czym jest język, i przypadkowo wydawał z siebie dźwięki niebędące słowami. W tej pozycji jego myśliwski nóż przy pasie sprawiał wrażenie żałośnie lekkiego.

Wszyscy patrzyli po sobie, jakby zastanawiali się, co znaczyły jego słowa.

- Żeby do nas dołączyć - odezwał się mężczyzna stojący obok kobiety z bronią. Z jego własnej roboty papierosa unosił się gryzący dym. - Nie ma już miejsc. Grupa dawno została zamknięta.

- Ja... - Ory zerkał nerwowo to na jedno, to na drugie, starając się z ich twarzy wyczytać znaczenie słów mężczyzny.

- Dwanaście to maksimum - kontynuował. - Mamy miejsce tylko dla dwunastki.

Ory nie wiedział, co robić. Uniósł ręce jeszcze wyżej nad głowę, starając się dać im do zrozumienia, że nie stanowi dla nich zagrożenia.

Kobieta w końcu lekko opuściła lufę.

- Chyba nie za często wychodzisz, prawda? - spytała.

Ory pokręcił głową.

Wszyscy znów zaczęli wymieniać spojrzenia. Ory zerknął na spękaną, zniszczoną posadzkę wokół basenu. Dwanaście ciał, cztery cienie. Cztery cienie. Nie mógł oderwać wzroku. Cztery. Cienie.

W końcu wszyscy po kolei z powrotem utkwili spojrzenia w kobiecie na przodzie, czekając na jej werdykt.

- Masz kogoś? - spytała kobieta. Była jedną z czworga.

- Tak - odparł Ory. - Ona, ech... - Wskazał niepewnie na zarys swojej sylwetki.

Ten gest jakby nieco ich zmiękczył. Zmarszczki na twarzy kobiety się pogłębiły. Dłonią potarła aksamitną szczecinę na głowie.

- Dawno?

- Siedem dni. - Nie chciał nawet myśleć, ile dni zostało. Ile jeszcze dni będzie mówiła do niego, zabawnie zmieniając głos, by go rozśmieszyć, kiedy jest zdenerwowany. Ile jeszcze dni będzie odważnie próbowała przygotowywać posiłki ze skąpych zapasów, choć oboje wiedzieli, że była najgorszym kucharzem na świecie. Ile jeszcze dni będzie w milczeniu spędzała z nim poranki, patrząc na wschód słońca przez maleńkie okienko w kuchni. Uwielbiał te wspólne wschody słońca.

- Przykro mi.

Ory pokręcił głową, nie chcąc dopuścić do siebie współczucia. Współczucie nadawało pewnym rzeczom prawdziwość.

- Jest bardzo silna. W zasadzie dopiero zaczęła zapominać - powiedział. Starał się nie wpatrywać w grupę bezcienistych w samym środku. Chciał ich spytać, co ma robić. Czy dawno zniknęli? Czy kierowali się jakimiś zasadami? Jak funkcjonowali? A przede wszystkim, dlaczego ci, którzy mieli cień, nie bali się tych, którzy go stracili? I tego, co w każdej chwili mogliby zrobić - pomyślał o jeleniu, a nawet o gorszych rzeczach - gdyby o czymś zapomnieli?

- Całkiem nieźle jak na siedem dni - odezwał się jeden z bezcienistych i zagwizdał. Jego niebieskie oczy były nienaturalnie wyraziste.

- On nawet nie pamięta, z kim z nas jest spokrewniony - zażartowała jedna z kobiet obok, a kilka osób się zaśmiało. Bezcienisty uśmiechnął się głupkowato. Kiedy się uciszyli, dwie kobiety o wręcz czarnej skórze mruknęły do tej ze strzelbą: - Powiedz mu wreszcie.

- Powinniście udać się na południe, do Nowego Orleanu - rzekła w końcu. - Coś się tam dzieje.

- Co się dzieje?

- Nie wiemy - przyznała. - Ale coś się dzieje. Wszyscy się tam kierują. Arlington już niemal opustoszało. Nasza grupa jest chyba ostatnia. Czekaliśmy na... - Nagle urwała, lecz Ory znał ten ton. Z początku często go słyszał. Takim tonem mówili ci niegodzący się na porzucenie nadziei, której nie powinni mieć. - Słyszeliśmy mnóstwo opowieści - w końcu podjęła dalej. - Wiele imion.

Ory pomyślał o tych, które sam poznał. Ten, Który Ma Środek, Lecz Nie Ma Początku. Ten, Który Nie Ma Oczu. Ten Bez Pamięci.

- To tylko plotki - powiedział. - Garść plotek.

- Ale wszystkie wiążą się z tym samym miejscem - odparła kobieta. - Wszystkie te imiona bez względu na to, czego dotyczą, wiążą się z kimś lub czymś, co znajduje się w Nowym Orleanie. To nie może nic nie znaczyć.

Rzeczywiście. Niemal za każdym razem, gdy trafiał na któreś z tych imion, pojawiała się również nazwa tego samego miasta. Dla Ory'ego istotne było jednak jego znaczenie, o ile rzeczywiście coś znaczyło.

Kobieta odchrząknęła.

- Słyszeliśmy też plotki o stolicy. Źle się tam dzieje. I wszystko się rozprzestrzenia. Czekaliśmy najdłużej, jak się dało.

- Źle?

- Nie wiem dokładnie, o co chodzi - powiedziała. - Lecz ci nieliczni, którzy stamtąd przyszli, mówili, że jest źle. Póki jeszcze przychodzili. Wymieniali też te same imiona i wszyscy kierowali się do Nowego Orleanu. Więc my też tak zrobimy.

Ory spoglądał na każdego po kolei. Nagle dojmująco uświadomił sobie, ilu z nich uważnie mu się przygląda - jego zegarkowi, nożowi, plecakowi. A może po prostu patrzyli na jego cień.

- Wierzycie im? - spytał.

- Od dawna przebywam w tym kompleksie - powiedziała. - Trzeba nauczyć się obserwować, nie słuchać. Ignorowałam ich słowa, lecz obserwowałam czyny. Jest tak, jak mówię: ludzie odchodzą. Przychodzą z Arlington, przychodzą z Waszyngtonu i wszyscy idą na południe do Luizjany. Coś się tam dzieje.

- Jeżeli te imiona są prawdziwe, to nie wiem, czy chciałbym tam pójść.

Kobieta wzruszyła ramionami.

- To nie idź. Ja jednak wolę się do czegoś zbliżać, niż od czegoś oddalać. - Pozostali pokiwali głowami.

Ory starał się coś wyczytać z jej twarzy, lecz wyglądało na to, że kobieta mówiła szczerze. Była zmęczona i zbyt mądra, by liczyć na wiele, ale w jej słowach nie było kłamstwa. Bez względu na prawdziwość plotek przynajmniej ich istnienie i to, że ludzie zmierzali do Nowego Orleanu, były prawdą.

- To dlaczego wciąż tu jesteście? - zapytał.

- Już nas nie ma - odparła. Delikatnie oparła kolbę strzelby o ziemię. - Dziś wyruszamy. Gdy tylko ten tutaj wypali tego przeklętego papierosa.

Dym wylatywał smużką przez niewielkie szpary między zębami mężczyzny, który uśmiechnął się szeroko.

- Dzięki temu lepiej pamiętam - powiedział.

Wszyscy w milczeniu czekali, aż wypuści powietrze i ponownie przyłoży do ust żarzące się resztki. Maleńki cień papierosa odbijał się od posadzki, zupełnie jakby papieros unosił się w powietrzu. Mężczyzna po raz ostatni długo się zaciągnął, cisnął niedopałek na ziemię i powoli przycisnął butem, zadeptując resztki tlącego się w nim życia. Pora ruszać.

- Jak się tam dostaniecie? - spytał Ory, gdy wszyscy ponownie na niego spojrzeli.

- Nie możemy... - zaczęła kobieta.

- Tak, wiem. Nie chodziło mi o... Po prostu chciałbym wiedzieć, jak się tam dostaniecie?

Kobieta skrzyżowała ramiona.

- Oszczędzaliśmy. Wciąż można znaleźć działające auta. Zanim wszystko się spaprało, Victor był inżynierem. Zrobił pewne obliczenia. Ile potrzebujemy żywności, ile wody, ile benzyny. Chcemy przetrwać, ale nie możemy być za bardzo obciążeni. Przez rok organizowaliśmy grupę i zebraliśmy dość zapasów, by dotrzeć tam w dwanaście osób, ale nie więcej. Właśnie dlatego powiedziałam, że się spóźniłeś - rzekła jakby na usprawiedliwienie.

- Jest was tylko dwoje - rzekł niebieskooki bezcienisty. Wiatr na chwilę przesłonił jego zimne spojrzenie bladożółtymi włosami. - Dzięki temu możecie przemieszczać się szybciej. - Na jego twarzy malowała się ponura determinacja. - Znajdźcie samochód. Dacie radę.

- Ja tylko... - Ory pokręcił głową. Spojrzał na położoną najbliżej basenu parterową część budynku, która najwyraźniej do nich należała. O barierki oparte były rowery, do ściany przywiązano grill, obok suszyły się ubrania. A cała grupa siedziała wokół pustego basenu, wygrzewając się w ostatnich o tej porze roku promieniach słońca i paląc samodzielnie skręcone papierosy. Prawie jak normalne życie. - Zostawiacie to wszystko... i idziecie tam... tylko z powodu plotki?

- Musimy - powiedziała kobieta. Spojrzała na bezcienistego mężczyznę i przez chwilę oboje na siebie patrzyli. - W przeciwnym razie nic już nie zostanie.

Ory miał przed sobą długą drogę, lecz gdy tylko oddalił się od Broad Street i znów przemierzał podwórka, zrobiło się cicho.

Starsza kobieta przedstawiła się jako Ursula. Ursula. Pierwsza cienista, jaką spotkał, od kiedy do Arlington dotarło Zapomnienie. I prawdopodobnie ostatnia.

Ursula pozwoliła mu wziąć wszystko, co zostawili w budynku. Nie znalazł wiele, lecz i tak był to lepszy łup, niż przewidywał. Spakowali się kilka dni wcześniej, więc wszystko, co tam zostało, nie było im już potrzebne. "Jeżeli już ktoś miałby to zabrać, lepiej, żebyś to był ty", powiedziała. Ory zajrzał w każdy kąt i każdą szczelinę. Nie znalazł jedzenia, wracał jednak z dwoma rowerami, czterema względnie ostrymi nożami, butelką octu, trzema szklanymi słoikami oraz zasłonami z każdego okna. Wiedział, że rowery będą stanowiły dla niego obciążenie, ale i tak je wziął - jeden przypominał stary rower szosowy Max, a on bardzo chciał zobaczyć, jak jej twarz rozpromienia się na jego widok. Może mogliby pojeździć czasem wokół domu jak za dawnych czasów. Kiedy się spakował i wrócił na zewnątrz, nikogo już nie zastał. Odeszli.

Z ciężką torbą i z rowerami powrót zajął mu więcej czasu. Było później niż zwykle - słońce już niemal skryło się za horyzontem, a jego ostatnie niknące promienie sprawiały, że na wszystko kładły się zielonkawoniebieskie cienie. Ory musiał się pośpieszyć, by wrócić do Max, tak jak się z nią umówił. Spojrzał pod nogi. Jego cień wciąż czaił się przy nim, prześlizgując się nierówno po zarośniętych trawnikach i rozdzierając pośród splątanych chwastów. Jeszcze jest.

Tak ogromnie pragnęli opuścić Arlington, pomyślał. Akurat gdy w końcu zaczynało się uspokajać. Akurat gdy w końcu zaczynało być na tyle bezpiecznie, by bez obaw mógł opuścić schronienie i sprawdzić sidła na tyłach, nie musząc podskakiwać ze strachu przy najmniejszym trzasku gałązki czy szeleście liści. W końcu byli niemal bezpieczni.

Szczerze mówiąc, skoro już wiedział, że każdy, kto miał cień lub go stracił, opuścił Arlington, a ostatnimi, z którymi przyszłoby mu walczyć, byli ociągający się bezcieniści i pojedyncze dzikie zwierzęta podchodzące do miasta z ogołoconych lasów, miał ochotę zupełnie zabunkrować się w swoim schronieniu i tym bardziej tam zostać. Może społeczność kiedyś była czymś dobrym, teraz jednak nie był co do tej koncepcji przekonany. Może gdy w Nowym Orleanie wszystko się poukłada i zapanuje jakaś kontrola. Może za parę lat rozważy możliwość wyprawy. Lecz biorąc pod uwagę, co czeka Max, na razie nie mogli stąd odejść. Gdy nadejdzie czas, musieli być w bezpiecznym miejscu. Max przyznałaby mu rację.

Ory już niemal przekonał do tego samego siebie, gdy jego wzrok przykuły dziwne zmarszczki na jego cieniu. Zdał sobie jednak sprawę, że ten cień nie należy do niego... a potem poczuł na potylicy uderzenie czegoś ciężkiego i metalowego.

Gwar z wolna cichł. Wokół padało połyskujące złote konfetti. Świece, zachód słońca. Nad głową łoś z kutego żelaza przeskakujący nad żelaznym urwiskiem. Goście unieśli do ust imprezowe gwizdki i dmuchnęli.

- Szampana? - Max wzięła Ory'ego pod ramię. Musiała podnieść głos wśród chóru okrzyków. Gdy się do niego przytuliła, jej miękkie brązowe loki rozlały się po rękawie jego garnituru. Rozgrzana w ciepłym letnim powietrzu lawenda. Bąbelki pękające w kryształowych kieliszkach.

- Idą! - rozległ się czyjś głos. Instrumenty gruchnęły muzyką. Na początek Marsz weselny Mendelssohna. Ktoś poklepał Ory'ego po ramieniu. - Drużba! Twoja kolej! - Nad głowami wystrzeliły serpentyny.

- Ory? - odezwała się Max. Odwrócił się w jej stronę... i wszystko zamarło. Nagle jakby znalazł się pod wodą. Dźwięki pianina dobiegały z oddali, czas zwolnił. Wirujące złote drobinki zawisły w powietrzu. Tak bardzo ją kochał. - Ory?

Otworzył oczy. Wszystko zniknęło. Muzyka, dźwięki. Świat poczerniał. Ory był ślepy.

Właśnie wtedy poczuł pod sobą zimną, mokrą trawę. Nie. Nie był ślepy. Po prostu zapadła noc. Wiedział już, że nie ma plecaka.

Oczywiście. To dlatego został zaatakowany. Zadrżał, nie czując jego ciężaru na plecach. Poczuł się nagi, jakby ubrania też mu zabrano. Czerń rozmazała się i Ory zdał sobie sprawę, że płacze. Wszystko przepadło. Jego nóż, zegarek, menażka, apteczka, latarka. Jego plecak. Plecak. Wszystkie cenne rzeczy, które przez tak długi czas zdobywał. Wszystko, dzięki czemu mógł przetrwać swoje wyprawy. Wszystko przepadło. Objął się i odruchowo chwycił za paski na ramionach, lecz gdy uświadomił sobie, że już ich tam nie ma, rozpłakał się jeszcze intensywniej.

Gdy w końcu stłumił szloch, jak najostrożniej usiadł. Głowa mu pękała. Był odrętwiały. Nie potrafił stwierdzić, czy odniósł jakieś rany. Pomacał tył głowy - palce zrobiły się ciepłe i mokre. Nie widział, bo było ciemno, ale miał wrażenie, że to krew. Niedobrze, pomyślał mgliście. A potem przewrócił się i zwymiotował na trawę.

Kilka minut lub godzin później Ory znów stał na drżących nogach. Zupełnie nie był w stanie określić, która jest godzina. Było ciemno. Tak ciemno, że mimo świecącego księżyca ledwie widział własną dłoń, którą uniósł do twarzy. Teraz noce nie były już takie jak dawniej, kiedy to można było odnaleźć drogę w mdłym, mglistym blasku latarń. Teraz noce były zapomnieniem.

Zastanawiał się, czy to może jakiś bezcienisty powalił go, wydarł mu plecak i uciekł. Czy może jednak ocalały taki jak on, który śledził go, od kiedy Ory wkroczył na Broad Street? Po jego lepkim ciele przebiegł dreszcz. A może ktoś z grupy, którą właśnie spotkał? Mieli wyruszyć w niebezpieczną podróż. Widzieli przecież jego nóż myśliwski i plecak. Mieli mnóstwo zapasów, dlaczego jednak nie mieliby zebrać dodatkowych? Próbował sobie wyobrazić, jak Ursula zawraca - jej krótko przycięte włosy, poważną twarz - i spokojnie się za nim skrada, z determinacją trzymając broń w gotowości. Zrobiłaby to, wiedząc, że miał pod opieką bezcienistą?

Max, pomyślał wtedy. Zrobił kilka chwiejnych kroków naprzód. Nie było sensu się zastanawiać, kto zdołał go zaskoczyć. Teraz to nie miało znaczenia. Jego plecak zniknął, podobnie jak rower, który chciał jej podarować, ale Ory żył. Podobnie jak Max. Która zapewne już odchodziła od zmysłów z niepokoju. Ory nigdy dotąd nie zniknął na tak długo. Nawet wtedy, gdy wyszedł po raz pierwszy i niemal stracił życie, a potem zgubił się w drodze do domu. Miał ochotę usiąść i znów zamknąć oczy. A jednak szedł dalej.

Drogę powrotną pamiętał niezbyt dokładnie. Widocznie szedł na pamięć, nawet w ciemności będąc w stanie odnaleźć się w tej zrujnowanej okolicy. Raz czy dwa zdawało mu się, że słyszy szelest w krzakach, był jednak zbyt oszołomiony, żeby to sprawdzić, poza tym i tak nie byłby zdolny do walki. Utrata plecaka i wszystkiego, co w nim miał, była niemal równoznaczna ze śmiercią, lecz w obecnym stanie i z dodatkowym obciążeniem być może w ogóle nie zdołałby wrócić.

Nagle znalazł się na parterze schronienia. Udało mu się. Pochylił się i znów zwymiotował, a potem niemal wpadł w to, co zwrócił.

Już tylko dwa piętra i będzie w domu. Oby wciąż pamiętała, jak opatruje się rany, pomyślał. Oby wciąż wszystko pamiętała. Jutro mógłby stawić temu czoła, ale nie dziś. Gdyby otworzył drzwi i właśnie teraz okazałoby się, że Max już go nie pamięta, w tym stanie chyba w ogóle nie skleciłby składnego zdania, nie wspominając o przekonaniu jej, że od pięciu lat jest jego żoną i że co tydzień wychodził już w ten sposób, a teraz prawie stracił życie. Przynajmniej nie pamiętałaby, że miał plecak.

Ory powoli wchodził po schodach i opierał się o ścianę, by świat przestał wirować. Miał wrażenie, że tył jego głowy znów zrobił się mokry. Max będzie musiała sprawdzić, czy potrzebne są szwy. Skrzywił się na myśl o takim scenariuszu. O tym, jak Max goli to miejsce ostatnią tępą jednorazówką, jaką mieli, i raz za razem przekłuwa jego skórę igłą krawiecką - to uczucie znał aż za dobrze. Przez potylicę przeszedł mu dreszcz niechętnego wyczekiwania. Tylko nie zaśnij, pomyślał mgliście, gdy dotarł pod drzwi. Gdzieś kiedyś przeczytał, że człowiek, który przeszedł wstrząśnienie mózgu, nie powinien zasypiać. Mógłby się nigdy nie obudzić. Teraz jednak niczego nie pragnął bardziej. Chciał wtulić się w Max i zamknąć oczy, póki świat się nie rozmyje i nie przechyli na bok.

Lecz gdy tylko włożył klucz w zamek i zaczął przekręcać, wszystko nagle nabrało oszałamiającej, wręcz krystalicznej wyrazistości.

Drzwi nie były zamknięte na klucz.

Nie.

Nie, nie, nie.

Ory pchnął je i wpadł do środka bez chwili namysłu. Zanim paniczny strach przed tym, co mogło jej się przytrafić - bandyci, włamywacze, dzikie zwierzęta, jej wspomnienia - zdołałby nad nim zapanować. Proszę, oby nic jej się nie stało, kiedy mnie nie było, modlił się. Oby nie okazało się, że gdyby nie poszedł na Broad Street, gdyby tylko wrócił do domu na czas, złapałby ją, zanim zapomniała.

- Max! - krzyknął i przedarł się przez salon do kuchni, potem wpadł do sypialni, do łazienki, a później sprawdzał w innych korytarzach, innych pokojach, przeszukując każdy skrawek schronienia. - Max! Max! MAX!

Zniknęła.

Czekaj, włączę go... Teraz powiedz.

- Niebieski.

- Pięćdziesiąt dwa.

MAHNAZ AHMADI

Kiedy przychodziło lato, Naz zaczynała treningi łucznicze bardzo wcześnie rano, póki poziom wilgotności powietrza był jeszcze do zniesienia. Od czerwca do sierpnia w Bostonie miała wrażenie, jakby znalazła się we wnętrzu glinianego tadżinu. Było niemal gorzej niż w Teheranie. Musiała wstawać o czwartej nad ranem, wciąż jednak, ubierając się po ciemku, oglądała wiadomości, by być na bieżąco z sytuacją Hemu Joshiego.

A sytuacja się pogarszała. Przed upływem trzech tygodni Hemu zapomniał niemal wszystko, co miało związek z jego życiem. Nie poznawał matki, a gdy pytano go o rodzeństwo, nie był w stanie wymienić imion braci. Potrafił podać swój numer telefonu, ale nie adres. Wiedział, że urodził się i wychował w Pune, nie wiedział jednak, że Pune leży w Indiach ani że Indie są krajem. Potem zapomniał, czym jest krykiet.

Na torze łuczniczym Naz usiłowała się skoncentrować, ale myślami była gdzie indziej. Zastanawiała się, czy powinna wrócić. Indie były przerażająco blisko domu. Siostra przysłała jej maila, w którym pisała, by Naz została i nie rezygnowała z treningów, że w Iranie i tak w niczym nie pomoże. Między kolejnymi strzałami Naz chowała telefon w sportowym biustonoszu, a potem pochylała się, tak by nikt nie widział jej rąk, i pisała SMS-y. Pisała do sąsiadki, do przyjaciółki w Teheranie, do każdego, do kogo się dało. Wszyscy dyskutowali o tym samym. "Widziałaś to badanie, po którym okazało się, że Hemu Joshi pamięta nazwy tylko czterech dni tygodnia?" Albo: "Hemu Joshi właśnie próbował wymienić wszystkie ulice w swojej okolicy, oglądałaś?".

"Tak, a widziałaś, jak pokazali mu zdjęcia kolegów z klasy w liceum i próbował podać ich imiona?", brzmiała jedna z odpowiedzi. I tak bez przerwy. Po kilku dniach Naz zaczęła się obawiać, że zostanie wyrzucona z drużyny, kiedy jednak zerkała na pozostałe stanowiska, okazywało się, że pozostałe łuczniczki robią dokładnie to samo co ona. "Włącz stream z CNN, właśnie podają najnowsze wiadomości".

Ciągle czekała na dobre wieści, lecz te nie nadchodziły. Wciąż tylko złe i gorsze. A potem Anioły z Bombaju, podobnie jak Cherubiny z Nashik, spotkał ten sam los co Hemu. Wszyscy cierpieli na amnezję w różnym stopniu, nie dostrzegano jednak żadnych prawidłowości związanych z wiekiem, płcią, wykształceniem czy lokalizacją. Jednej z kobiet z Bombaju pogarszało się najwolniej, natomiast jeden z nastolatków z Nashik w ciągu pięciu dni zupełnie zapomniał wszelkie fakty z dzieciństwa i nie potrafił już mówić w języku marathi, będącym miejscowym dialektem.

Kanały telewizyjne przejęli naukowcy ze wszystkich krajów uzbrojeni w hipotezy i pomysły na eksperymenty mające wyjaśnić, dlaczego cienie nie wróciły albo dlaczego bez cienia umysł zaczyna się łuszczyć niczym popiół ze zwęglonego kawałka drewna. W Indiach lekarze badali Hemu, starając się udowodnić, że cierpi na wczesną postać alzheimera, amnezję wywołaną urazem po licznych uderzeniach piłki krykietowej w głowę, stresem z powodu rozgłosu, uszkodzeniem hipokampu na skutek alkoholizmu, na który nie cierpiał, lub na cokolwiek innego. W USA jednemu z pacjentów wykonano skan mózgu - był to mężczyzna w średnim wieku, który właśnie przechodził całkowitą i trwałą amnezję wsteczną po wypadku samochodowym, do jakiego doszło kilka tygodni przed pojawieniem się przypadku Hemu Joshiego - a potem porównano jego wynik z wynikiem Hemu. Aby ochronić prywatność mężczyzny, media ochrzciły go mianem pacjenta AW. O dziwo, w wynikach Hemu nie stwierdzono żadnych nieprawidłowości. W wiadomościach podano, że obaj mężczyźni nawet się spotkali. Pacjenta AW przewieziono na tydzień z Nowego Orleanu do Pune, aby sprawdzić, czy rozmowa z drugą osobą cierpiącą na podobną przypadłość coś zmieni.

Nie zmieniła. Pacjent AW wraz ze świtą swoich lekarzy wrócił do kraju, do placówki opiekuńczej. Później Hemu już nie pojawiał się w telewizji. Naz nie wiedziała, co to znaczy.

Ale o bezcienistych z Bombaju i Nashik wciąż było głośno we wszystkich mediach. Naukowcy byli coraz bardziej zdesperowani, przez co eksperymenty stawały się coraz bardziej absurdalne. Chorych poddawano elektrowstrząsom, hipnozie, pozbawiano ich snu, a potem, gdy wręcz majaczyli, próbowano zaszczepić w nich wspomnienia, a nawet rozcinano im mózgi. Nic nie podziałało. Naz wiedziała, że to głupie, ale można było stwierdzić tylko jedno. Pomijając ruch obrotowy Ziemi, to, co działo się z tymi ludźmi, nie miało nic wspólnego z nauką. To była magia.

Mimo to nie potrafiła się oderwać od ekranu, kiedy nadawano wywiady z naukowcami, którzy wciąż ich rozpracowywali. Cały świat chciał być na bieżąco. Wszyscy liczyli na to, że tym ludziom się poprawi. Że przypomną sobie, kim są, że znów rozpoznają swoich krewnych. Ale tak się nie stało.

Gdyby mogła, nieustannie oglądałaby telewizję, trzymając za nich kciuki, w końcu jednak musiała przerwać. Nie było już czego oglądać. Informacje o bezcienistych przestały się pojawiać, nawet najważniejsze ekipy wycofały się ze swoich stanowisk i ostatecznie ucichły wszelkie doniesienia. Wyglądało na to, że wszystko się skończyło.

Lecz osiem dni później w Brazylii pewien chłopak o kręconych włosach spojrzał w dół podczas przerwy obiadowej i zdał sobie sprawę, że nie ma cienia. A dwa dni później nie pamiętał już własnego imienia.

Prezydent Brazylii pojawił się w telewizji mniej więcej pięć godzin po podaniu tej informacji, oznajmiając, że zamknął granice kraju, by powstrzymać rozprzestrzenianie się tego niewyjaśnionego zjawiska. Brazylijczycy, którzy przebywali za granicą, nie mogli wrócić do domów, a obcokrajowcy w Brazylii mogli udać się najwyżej do swoich ambasad. To rozporządzenie wzbudziło powszechne oburzenie na całym świecie, lecz żadne z państw nie próbowało odpłacić się tym samym ani siłą ratować swoich obywateli - musiałyby w tym celu wysłać wojska. Wysłać je w miejsca, gdzie znikały cienie.

Rodzina chłopca zniknęła. W wiadomościach pokazano jej dom, wokół którego rozpięto taśmę z napisem "POLICIA - NAO SE CRUZAM", a brazylijski rząd wydał oświadczenie, że objął rodzinę opieką, by zapewnić jej "jak najlepsze warunki terapii". To stwierdzenie zmroziło Naz. Sąsiedzi tych ludzi dobrowolnie poddali się kwarantannie. Żadne z nich nie straciło cienia. Rozgniewani Amerykanie okupowali biuro konsularne w ambasadzie USA w S?o Paulo. Australijczycy skonstruowali wielkiego grilla na trawniku przed swoją ambasadą. W mailu Naz ponownie pisała do Rojan o powrocie do domu, lecz ceny biletów podskoczyły do piętnastu tysięcy dolarów. Wszystkie lotniska z wyjątkiem brazylijskich pełne były zrozpaczonych podróżnych usiłujących dokądś dotrzeć lub skądś uciec. Naz czekała więc z zapartym tchem, licząc na to, że to tylko sytuacja przejściowa.

Ale było inaczej. Kolejny, zupełnie odrębny przypadek pojawił się na drugim krańcu Brazylii, w pobliżu granicy z Peru. Tydzień później w Panamie w jednej chwili zniknęły wszystkie cienie.

Nie zostawiłam wiadomości, bo pomyślałam sobie, że to mogłoby pogorszyć sprawę. Gdybyś uznał, że po prostu o tobie zapomniałam i odeszłam, może w końcu byłbyś w stanie sobie wybaczyć. Przynajmniej taką mam nadzieję. Dostosowałbyś się do zasady, którą spisaliśmy przed wszystkimi pozostałymi. Do jedynej zasady, która ma teraz znaczenie. Że nie pójdziesz mnie szukać.

Wiem, wiem, Ory. Wiem, że ta zasada miała mnie chronić. Nie pomyślałeś, że pewnego dnia to ja mogę nie wrócić. Nie rozumiesz? Właśnie dlatego musiało się tak stać. Jakbym już o tobie zapomniała. Żebyś za mną nie poszedł. Zrobiłam to, by cię chronić, Ory. Nie, żeby cię zranić. Gdybyś miał świadomość, że odeszłam, w dodatku celowo, kiedy wciąż o tobie pamiętałam... nie zrozumiałbyś. Wciąż masz cień... nie jesteś w stanie zrozumieć. Nieważne, jaką wiadomość bym zostawiła, i tak bym cię nie przekonała, żebyś mnie nie szukał... że odeszłam, bo musiałam. Musiałam. Żeby cię ocalić.

Więc nie zostawiłam wiadomości. Po prostu zniknęłam.

Wszystko wygląda zupełnie inaczej i trudno mi się zorientować, gdzie jestem. Myślałam, że dobrze się przygotowałam. Wiesz, byłam na tyłach schronienia, tam, gdzie zastawiłeś sidła, odwiedziłam pobliskie porośnięte wzgórza. Ale okolica tego ośrodka zawsze była porośnięta trawami i drzewami. Poza tym terenem ostatni raz byłam chyba jeszcze wtedy, kiedy wciąż byli z nami goście weselni. Więc gdy zeszłam do podnóża góry i rozejrzałam się w lewo i w prawo, starając się zorientować w swoim położeniu, nigdy bym nie powiedziała, że jestem na drodze do Elk Cliffs. Musiałam zamknąć oczy i przypomnieć sobie, jak to miejsce wyglądało kiedyś, jak dotrzeć tam, dokąd chciałam - z pamięci. Co w zasadzie jest zabawne. Cholernie zabawne.

Kiepski żart, wybacz. Chyba denerwuję się bardziej, niż powinnam, bo jestem tu sama.

Minęło zaledwie kilka dni, ale nie jestem aż tak głodna, jak się spodziewałam. Pamiętasz, co na początku mówili naukowcy - że kiedy bezcienisty wszystko zapomni, nie będzie pamiętał też o głodzie i pragnieniu ani o potrzebie oddychania. Boże, mam nadzieję, że zapomnę o jedzeniu i piciu, zanim zapomnę o oddychaniu. Sto razy bardziej wolałabym umrzeć z głodu, niż się udusić. Wyobrażasz to sobie? Ten ból, pieczenie w płucach, powolny, ciemniejący bezruch? A gdyby tylko pamiętało się, że ciało potrafi nabrać powietrza, wystarczyłoby wziąć wdech.

Przepraszam, Ory. Na pewno nie masz ochoty tego słuchać. Łapię się na tym, że myślę o coraz dziwniejszych rzeczach. Może to jeden z efektów.

Jakaś cząstka mnie wciąż nie wierzy w to, co zrobiłam. W to, że naprawdę od ciebie odeszłam. Kiedy o tym myślę, czuję się niemal tak, jakbym miała wspomnienia innej osoby - póki jeszcze w ogóle jakieś mam - jakbym oglądała kogoś, kto wygląda jak ja, ale mną nie jest.

Rankiem siódmego dnia, kiedy w końcu wyszedłeś do miasta, żeby znaleźć coś do jedzenia, z lękiem spojrzałeś na mnie po raz ostatni, a potem zamknąłeś za sobą drzwi. Klucz obrócił się w zamku. Czekałam, aż ucichnie odgłos twoich kroków. Gdyby na stronę, w którą poszedłeś, wychodziło jakieś niezasłonięte okno, do końca obserwowałabym, jak idziesz przez te splątane chaszcze. Tymczasem policzyłam do pięciuset.

Później podeszłam do szafy, zdjęłam z górnej półki torbę ze swetrami, a do torebki, którą kupiłam na ślub Paula i Imanuela, włożyłam najważniejsze rzeczy: bieliznę, kilka drobiazgów z apteczki, latarkę i zapasowy nóż myśliwski. I dyktafon.

Celowo się śpieszyłam. Śpieszyłam się tak bardzo, że nawet nie pomyślałam, co robię. W przeciwnym razie moja determinacja by osłabła. Zamknęłam na suwak wewnętrzną kieszeń torebki, zarzuciłam ją sobie na ramię, pomaszerowałam do drzwi, otworzyłam je, wyszłam i zamknęłam je za sobą. Pstryk.

Dopiero wtedy przystanęłam.

Dotarła do mnie ostateczność mojej decyzji. Zrozumiałam, że gdy tylko odejdę od tych drzwi, już nigdy ich nie znajdę. Albo zapomnę o nich, albo zapomnę, jak wrócić. To było już zupełnie na serio.

Jedynym impulsem, jaki pchnął mnie naprzód, była myśl, która dotarła do mnie właśnie w tamtej chwili. Wcześniej planowałam iść na wschód, dotrzeć do naszego domu w D.C. Zobaczyć go po raz ostatni, zanim zapomnę, jak wyglądał. Zanim zapomnę ciebie. Ale pewnie domyśliłbyś się, że będę próbowała się tam dostać... i że pewnie zabłądzę, a potem... Sam wiesz.

Pomyślałam jednak: Dlaczego? Dlaczego nie zrobić na odwrót? Dlaczego podczas tych swoich ostatnich dni przeżytych jako Max nie zobaczyć czegoś zupełnie nowego?

Więc ruszyłam na zachód.