4
Czasem wydaje się, że wszystko, co żyje, nas nienawidzi. Albo przynajmniej prześladuje nas tak, jakby nas nienawidziło. To, co chcemy zjeść, z nami walczy z całych sił i czasami wygrywa. To, co chce zjeść nas, jest z tysiąc razy silniejsze i tak liczne, żeśmy nadali imiona tylko stworom najbliżej nas. A drzewa mają jeszcze swoje własne sposoby, żeby nas skrzywdzić, delikatne i subtelne, jak ich natura.
Tak jest też z opuszczonymi ludźmi, którzy żyją głęboko w lesie: chwytają nas i zabijają, jeśli tylko mogą. Wtedy nikt jeszcze nie wiedział, kim byli. Nie mieli dla nas twarzy, byli wyrzucani z wiosek, a może nawet mieli jakąś własną wioskę gdzieś w ukryciu, ale dla nas byli potwornie okrutni i gorsi od wszystkich zwierząt.
Przeciwko tym wszystkim stworom Krzyż Mythen, jak i wszystkie inne ludzkie osady, wznosił mury, a myśmy kopali wilcze doły, wystawiali warty, żeśmy starali się, jak my mogli, postawić własną nienawiść przeciw nienawiści świata, oddając to, cośmy sami od niego dostali. Myśmy się zakopali i przystroili tą nienawiścią, bo co niby innego żeśmy mogli zrobić?
Każda pora roku przynosiła nową grozę. Zimą zimno mogło odmrozić wam palce, jeśliście nie byli ostrożni, śniegu padało tyle, że można się było pogubić, o ile się nie powiązało sznurkiem albo nie było wędrowcem. Śnieg to w sumie tylko stwardniała woda, ale czasem miał w sobie srebro i wtedy był niebezpieczny. Jeśli żeście wypili wodę z roztopionego śniegu, nie odcedziwszy wcześniej srebra, to wy mogli się pochorować. A starsi ludzie i maleńkie dzieci czasem nawet od tego umierali.
Wiosną śniegi topniały, co było błogosławieństwem, jednak czasem - może raz na cztery czy pięć lat - przychodziła dusząca Wiosna i wtedy coś szczególnego wyłaziło spod śniegu. Ze wszystkich śmiertelnych zagrożeń, najbardziej żem się obawiał nasion dusika, bo atakowały błyskawicznie i trudno się z nimi walczyło. Jeśli nasiono spadło na waszą skórę, toście mieli tylko kilka sekund, żeby je wydłubać, zanim zapuściło korzenie. Dla takiej osoby nie było żadnego ratunku, można tylko było ją dobić, zanim roślina rozsadzi ją od środka.
W Krzyżu Mythen żeśmy starali się nie dopuścić do opadu nasion. Jak tylko robiło się cieplej, Ogień Szańców (którym w moich czasach, jak już ja wspominał, była Catrin Vennastin) wysyłał biegaczy, żeby sprawdzili, czy drzewa dusika nie wzięły i nie zakwitły. Jeśli znaleźli jakieś kwiaty, Ogień brała do ręki miotacz ognia i szła do lasu. Pamięć Szańców planował dla niej trasę, a wyruszało z nią dziesięciu silnych włóczników, towarzysząc jej, gdy wypalała drzewa, zanim zdążyły rozsiać nasiona. Włócznicy mieli za zadanie zabić albo przepędzić każde zwierzę, które mogło się pojawić, pilnowali pleców i boków Catrin, gdy używała miotacza na drzewach i spopielała nasiona w zalążkach. Przeciwko drzewom dusika niespecjalnie byli pomocni, więc Catrin i jej włócznicy wychodzili tylko wtedy, gdy niebo było mocno zachmurzone, a jeśli tylko wyjrzało słońce, czym prędzej pędzili do oczyszczonej ziemi.
Lato było najcięższe, ponieważ większość stworzeń już się przebudziła i chodziła po świecie. Nożniki pikowały w dół w promieniach słońca i było je widać wyraźnie, żmikrety wyłaziły spod ziemi, szczury i dzikie psy, i igły wychodziły z lasu. Wszystko, co było duże i chodziło samotnie, było problemem, z którym Fer Vennastin musiała sobie poradzić. Fer była Strzałą Szańców. Zabijała bestie swoimi piorunami. A jeśli nadlatywał dron, przynosząc z nieba swoje straszne ostrzeżenie, najczęściej Fer się tym zajmowała. Ale miała tylko trzy pioruny, co oznaczało, że ktoś musiał po nie chodzić. Żeśmy nie mogli stracić żadnego z nich.
Jeśli nadciągały dzikie psy albo roje nożników, radził sobie z nimi Nóż Szańców. Loop Vennastin nosił to miano, gdy ja był młodszy, a potem Mardew przeszedł próbę i odziedziczył tytuł, gdy Loop zmarł. Kiedy atakował rój, to Nóż Szańców stawał mu naprzeciwko i walczył z nimi, obserwował i ciął potwory na kawałki. A potem my mogli ugotować i zjeść mięso, przynajmniej jeśli nie było w nim robaków ani topiarzy. Zarobaczonego albo stopionego mięsa żeśmy unikali, bo nawet jeśli zakopało się je albo oczyściło z tego, co było widać, i tak dużo pasożytów jeszcze w nim zostawało.
Walki ze szczurami toczyły się daleko od nas. Zwykle to łowcy je widywali, gdy stada przecinały im drogę. Zazwyczaj mijali się tylko głęboko w lasach, uważnie się obserwując, mając włócznie i kły w pogotowiu.
Wielu ludzi się dziwiło, jak szczury mogą podróżować po lesie nawet w najgorętszą pogodę, bo wyraźnie nie obawiały się słońca. A potem pewnego razu Perilu Vennastin, Pamięć Szańców, zapytał o to bazę danych. Baza danych wzięła i odpowiedziała, że szczury miały w sobie coś takiego, co wypacały, gdy wychodziło słońce, a co powstrzymywało drzewa dusika przed zbliżaniem się do nich, a nasiona dusika przed otwieraniem się na ich skórze i wrastaniem w głąb ciał.
Nie muszę wam chyba mówić, że dla nas coś takiego byłoby wspaniałym. My byśmy mogli chodzić po lesie bez lęku. Drzewa były naszym największym problemem, zawsze, i to one zmusiły nas do takiego życia. Dlatego przestrzeń wewnątrz murów zawsze była oczyszczona, na pięćdziesiąt kroków od murów wszystko żeśmy wypalali i posypywali ziemię solą. Dlatego nigdy żeśmy nie chodzili polować, chyba że w deszczowe albo pochmurne dni, i dlatego paskudne dni Lata oznaczały suszone mięso - jeśli się miało szczęście - albo korzenną papkę i twarde włókna, jeśli się miało pecha. Dlatego żeśmy postrzegali świat, jakby składał się głównie z drzew i tego, co poza nimi, czyli pasa ziemi między płotem i wilczymi dołami, który żeśmy nazywali pół zewnętrzem. Wszystko inne było obce.
Drzewa dusika szybko wyrastały w górę i mogły rosnąć wszędzie. Jedynym sposobem, żeby się ich pozbyć, było wykorzenienie lub spalenie każdego nasionka, które tylko spadło. Jeśli spadło na ziemię i nikt go nie zauważył, to w ciągu jednego obrotu wyrastało na trzy stopy, a rankiem było już wyższe od mężczyzny.
Wiem, że nie zawsze tak było. Jeśli chcesz opowiedzieć historię o dawnym świecie, zwykle zaczynasz od "Dawno, dawno temu, gdy drzewa były jeszcze strasznie powolne...". Nasze drzewa nie były powolne. Nasze były strasznie szybkie.
Jeśli przechodziło się obok pojedynczego drzewa, to nie miało takiego znaczenia. Możesz oberwać, ale pozbierasz się po tym. Jeśli jednak byliście w lesie i chmury się rozeszły, przepuszczając słońce, to niech was Dandrake chroni. Drzewa zaczną zbliżać się do was z każdej strony i w końcu nie będziecie mieli miejsca na ucieczkę. A one wtedy zmiażdżą was na śmierć.
Pamięć Szańców miał na ten temat informacje, ale jak wszystko, co wygrzebał z bazy danych, były one zapisane w starych słowach, których nie dało się już zrozumieć. Mówił, że dawno temu był taki czas, że prawie wcale nie było drzew. Wymarły, bo ziemia nie mogła ich wykarmić i nie padał deszcz. Więc ludzie tamtych czasów sami sobie wzięli i zrobili drzewa. Albo raczej zmienili te, które ocalały. Sprawili, że rosły szybciej, to po pierwsze. No i potem nauczyli je czerpać składniki odżywcze w inny sposób, żeby mogły rosnąć tam, gdzie ziemia była jałowa, czyli w tamtych czasach w większości miejsc.
Kiedy drzewa zaczęły się poruszać same z siebie, to jeszcze nie polowały. Najpierw szukały słońca, które było dla nich pokarmem i napojem. Ale jak tylko zaczęły się poruszać, to różne stworzenia zostały między nimi uwięzione i zmiażdżone. A drzewom spodobał się smak martwych zwierząt i ludzi.
No i wyciągały z nich składniki odżywcze. Wcześniej już były rosiczki i muchołówki. No to teraz wszystkie drzewa tak potrafią. Bo ludzkość zmieniła je tak bardzo, że teraz zaczęły zmieniać się same z siebie.
Wiedziały już, gdzie były żywe stworzenia. Nauczyły się lepiej je chwytać i zabijać, i pożywiać się tym, co z nich zostało. I nauczywszy się tego, wzięły i zaczęły kolejne zmiany, których już nie dało się zatrzymać. Ludzie musieli nauczyć się z tym żyć i żyją tak po dziś dzień.
Kiedy żem pierwszy raz o tym usłyszał, zakręciło mi się w głowie. Trudno było pojąć, że ludzie dawnych czasów mieli tak rozległą wiedzę i wielką moc. Byli po prostu panami drzew! Mogli powiedzieć im "rośnijcie", a potem "przestańcie" i drzewa ich słuchały, jak słuchają konie czy psy. Co prawda nie rozkazywali im słowami, tak mówił Pamięć Szańców. Robili to przez coś, co nazywali genetyką. Nikt w Krzyżu Mythen nie wiedział, czym ona właściwie była, ale wszyscy uznaliśmy, że można by jej użyć do mniej niszczycielskich rzeczy.
No, ale żem odszedł od mojej opowieści, a ja mówił o bazie danych i szczurach, i o tym, że ich pot zostawał na ich skórze i nie pozwalał drzewom się zbliżyć, a to było dla nas zupełną nowością. Kiedy Pamięć Szańców powiedział o tym Zapieczętowanemu Dworowi, to wymyślili i przegłosowali plan, żeby zrobić łowcom płaszcze ze skór szczurów, żeby mogli wchodzić do lasu w słoneczne dni. I skończyło się tak, że Molo Skórnik wziął i zrobił taki płaszcz ze skór, które zdobyli łowcy. Ale odmówił założenia go na siebie.
Więc Catrin szukała ochotników, oferując podwojenie racji przez miesiąc, potem przez dwa i przez trzy. Ulli Trethor, jako że był kaleki i mizerny, wreszcie się zgłosił i powiedział, że pójdzie do lasu, ale Catrin w końcu zmieniła zdanie. Myślę, że zrozumiała, co będzie, jeśli Ulli umrze i nie chciała przyłożyć do tego ręki.
Przez jakiś czas potem żeśmy mieli problem ze szczurami. Wiedziały, że my zabili kilka z nich i atakowały naszych łowców, jak napotkały ich w lesie. Z tego, co pamiętam, nikt nie zginął, ale mężczyźni i kobiety wracali ze śladami szczurzych zębów na ramionach i rękach, a czasem z poszarpanymi nogami. Zdobywanie świeżego mięsa było straszne przez jakiś rok, a potem Catrin wreszcie kupiła nam pokój podarkiem ze skór i szklarnianych cebul.
Lato czasami przypominało oblężenie. Wtedy najciężej było polować, opuszczeni ludzie byli strasznie głodni i zdesperowani. Mury pomagały, podobnie jak wilcze doły, a przede wszystkim najbardziej pomagały Szańce. Ale niezależnie od tego, czy się było w domu, czy na zewnątrz, zawsze miało się poczucie, że coś chce skoczyć ci na plecy, przygwoździć do ziemi i rozerwać na strzępy. A jeśli żeście wyszli poza bramy, to niech was Dandrake strzeże.
Przede wszystkim przy pięknej pogodzie myśmy zostawali za murami. Czasem żeśmy się bawili w tym, cośmy nazywali zniszczonym domem. Były to ruiny na południu wioski, tuż przy murze. Wiele domów we wsi stało pustych, chociaż i tak było ich mniej niż kiedyś. Jednak zniszczony dom był największy, kiedyś pewno był świątynią umarłego boga albo Dandrake' a. Był wysoki tak, że mógłby służyć za wieżyczkę strażniczą, chociaż jego podłoga się zapadła, no i nie było z niego widoku na nic innego niż kawałek wzgórza. Ściany były dziurawe i miejscami zburzone, co oznaczało, że świetnie nadawały się do wspinaczki. No to żeśmy włazili na nie, coraz wyżej i wyżej, i wydrapywali kreski w kamieniu, żeby zaznaczyć, jak wysoko żeśmy weszli.
Albo czasem my wchodzili do Podziemi, co było najgłębszym miejscem, gdzie dało się znaleźć pod ziemią. Na tyłach Twierdzy Szańców było maleńkie okrągłe okienko, które miało obluzowaną ramę. Dało się ją podnieść i wślizgnąć do środka, jeśli było się dostatecznie małym. Myślę, że pani Catrin i cała reszta wiedzieli, że tak było, ale nigdy tego nie naprawili. Nigdy żeśmy nie mieli więźniów tam w lochach, mimo że byłoby dla nich miejsce, a magazyny znajdowały się w zamkniętych pomieszczeniach, więc żeśmy nie mogli dorwać się do stosów moreli, które suszyły się tam w oczekiwaniu na Zimę. Godzinami żeśmy biegali po tunelach i korytarzach, bawiąc się w chowanego czy w ciuciubabkę.
Raz, gdyśmy się bawili w Podziemiach, ja się schował gdzieś, gdzie ja nie powinien. Były tam drzwi, które tak naprawdę były dwoma parami drzwi, jedną za drugą. Jedne drzwi miały tylko skobel, ale te drugie miały zamek wielkości ludzkiej głowy. To żem otworzył skobel, wślizgnął się do środka i zamknął drzwi za sobą.
Haijon wściekł się, gdy mnie tam znalazł.
- Jeśli moja mama by cię tam znalazła, to tak by ci dała po głowie, że aż by zadzwoniło! - powiedział. - I nikt z nas nie mógłby się już tu bawić.
- A czemu? - zapytała Młócka. - Czy za tymi drzwiami jest coś złego?
Haijon tylko wzruszył ramionami, jakby nic go to nie obchodziło.
- Nie ma tam nic specjalnego - stwierdził. - Po prostu więcej magazynów. Jest tam miód i twaróg, i trochę sucharków. Ale mama pomyślałaby, że włamujemy się do spiżarni.
Młócka spojrzała na mnie i przewróciła oczami. Haijon nigdy nie był dobrym kłamcą, zwłaszcza w ważnych sprawach. Myślę, żeśmy obaj wiedzieli, co jest w tym magazynie, ale nigdy żeśmy o tym nie rozmawiali. A ja wiedział o czymś jeszcze - o sekretnej rzeczy, którą żem dostrzegł, gdym spojrzał przez drugie drzwi. Ale coś sprawiło, żem zachował to dla siebie, sądząc chyba, że będą kłopoty, jakbym o tym powiedział. I tak były kłopoty, ale to potem o tym opowiem.
Często po tych zabawach żem wracał późno do domu. Jemiu bardzo się wtedy na mnie złościła i może myśmy się wzięli i pokłócili. Ona mówiła, że powinienem być w domu i pracować, bo tyle było do roboty. Ja odpowiadał, że zbliżało się moje Oczekiwanie, kiedy zostanę mężczyzną, a wtedy będę mógł robić, co mi się podoba. Żem powinien być mądrzejszy. Jemiu nie złościła się na moje lenistwo. Gdy nie było mnie w domu przez dłuższy czas, to nie wiedziała, co się ze mną dzieje i martwiła się, że stało się coś złego. Jak już żem mówił, zawsze okazywała nam miłość w szorstki sposób.
Potem wreszcie dni zaczęły być krótsze i Lato się skończyło. Jesień to był czas odbudowy murów, łapania drewna na budowę i gromadzenie takiej ilości żywności, żeby przetrwać kolejne dni. Koniec Lata żeśmy świętowali Letnim Tańcem, a na koniec Jesieni my obchodzili Słoną Ucztę. Obu tych uroczystości bardzo żeśmy wyczekiwali.
Takie było nasze życie i wydawało się, że nic tego nie zmieni. Ale zawsze jak sobie tak pomyślisz, to nadchodzi zmiana. Opuszczasz gardę, no prawie, a wtedy życie wali cię od odsłoniętej strony. Bo życie jest właśnie zmianą, nawet jeśli wydaje się, że po prostu stoi w miejscu. Stanie w miejscu to ludzka rzecz, jak przekora wobec życia, ale nigdy nie udaje nam się być przekornym przez długi czas.