OZNAKI ŻYCIA
IM DALEJ OD ŚRÓDMIEŚCIA, TYM NIŻSZE SĄ BUDYNKI po obu stronach szerokiej alei, jakby niebo coraz mocniej przygniatało te przysadziste wieże, zakurzone, wybielone światłem witryny z tanimi ciastami i akcesoriami imprezowymi, pomieszczenia zastawione meblami z odzysku, biura serwisantów kopiarek i podupadłych notariuszy. Pewien człowiek - nazwijmy go człowiekiem - szedł tą drogą. Spojrzał w to drapieżne niebo. Nie pokręcił głową - w tej epoce poniechał wszelkich zbytecznych ruchów - ale szybko zamrugał, i gdybyście go dobrze znali, być może rozpoznalibyście w tym objaw tego, że był zaintrygowany własnymi myślami.
Był wysoki, mocno zbudowany, i gdyby mijani przechodnie mu się przyjrzeli, większość uznałaby, że był biały. Miał na sobie szarą bomberkę i czarne dżinsy, wiatr rozwiewał ciemne włosy wokół jego brodatej twarzy, gdy tak szedł ze spuszczoną głową. Daleko w tyle za nim: lustrzane szyby banków i strzelistych siedzib finansistów oraz rentierów, klocowate fasady z białego i kremowego kamienia rodem z czyichś prostackich wyobrażeń o Grecji, imitacja obsydianu, hotele o pozbawionych ozdobników nazwach upamiętniających postacie z lokalnych baśni nielubianych przez dysydentów.
Obok małych parków aleja zwężała się pod bacznym spojrzeniem budynków mieszkalnych przypominających nowojorskie kamienice, tyle że zbudowanych z szarego, nie brązowego kamienia. Słońce grzało słabo, za to bardzo jasno świeciło zza chmur, więc przechodnie mijający podróżnego rzucali przed siebie bądź ciągnęli za sobą długie niewyraźne cienie. Ludzie siedzący na schodkach przed sklepikami osiedlowymi sprzeczali się, grali w kości, ignorowali go. Duchowny palił obwisłego papierosa przy drzwiach kościoła z blachy falistej. Pozdrowił mężczyznę ostrożnym skinieniem głowy, on odpowiedział tym samym. Dwaj chłopcy przeszukujący metalowe odpady pod bramą złomowiska znieruchomieli na dźwięk jego kroków. Nie spojrzał na nich, gdy szeptem wymienili jakieś spostrzeżenia zagłuszone głośnymi jękami miażdżonego samochodu.
Chłopcy, zostawcie tego człowieka w spokoju. Nie zabija już dzieci, kiedy nie musi, ale mimo wszystko lepiej go nie zaczepiać.
Chłopcy byli przezorni jak zdziczałe psy, które też obserwowały idącego mężczyznę, i nie zbliżyli się do niego.
NAJDALSZE PRZEDMIEŚCIA. MAGAZYNY, BLOKI MIESZKALNE, puste parcele wykorzystywane jako parkingi i miejsca drobnych transakcji. Przez szczeliny w murach mężczyzna dostrzegał już suche trawiaste tereny za miastem. Stanął pod ludzikiem z czerwonych LED-ów dyndającym z sygnalizatora świetlnego zainstalowanego nie wiedzieć po co na skrzyżowaniu niczego z niczym. Słysząc wycie syreny, poczekał na krawężniku. Oddalająca się karetka, nie policja.
Kiedy zaświecił się zielony ludzik, mężczyzna przeszedł przez ulicę i zaułkiem dotarł na podwórze otoczone długimi jedno- i dwupiętrowymi budynkami wymazanymi graffiti i podpartymi górami śmieci. Stała tu zakurzona dacia bez kół obrośnięta chwastami i - na przeciwległym końcu, przy zamkniętych drzwiach garażowych - był wypalony wrak drugiego samochodu.
Mężczyzna powiódł wzrokiem po oknach. Bez pośpiechu podszedł do ruiny. Dwie noce wcześniej lało, ale swąd węgla i spalonego plastiku wciąż był silny. Wyjął klucz z kieszeni, otworzył kłódkę, uchylił metalowe drzwi na tyle szeroko, by wśliznąć się do środka, potem zamknął je za sobą na zasuwę.
Na parterze mieścił się warsztat mechaniczny. Piły taśmowe, prasy hydrauliczne, tokarka otoczona błyszczącymi poskręcanymi opiłkami. Z wybitego kulą otworu w brudnej szybie pod sufitem wysuwał się palec szarego światła wymierzony w przybysza. Podłogę pokrywały okropne zastrugi oleju i kurzu, tu i ówdzie widniały też bardziej ponure czarne plamy - zakrzepła krew. Trzeba było specjalistycznej wiedzy, by zrozumieć, że ślady tak spreparowano, aby nikt niepowołany nie wyczytał z nich zbyt wiele. On tę wiedzę posiadał, podszedł więc do wysokiej szafy z narzędziami w najciemniejszym kącie. Odciągnął ją od ściany, by odsłonić drzwi. Je także otworzył kluczem. Ukazała się ukryta drabina. Zszedł na dół.
Jego stopy w ciemności dotknęły podłogi i zapalił latarkę. Tuż nad głową, o szerokość dłoni, miał łukowaty sufit tunelu, na wysokości oczu wisiały nagie żarówki - normalnie musiałbyś odwrócić wzrok, żeby ich blask cię nie oślepił, teraz jednak wszystkie były roztrzaskane kulami.
Nasłuchiwał. Kapanie, słaby synkopowany rytm. Szmery osiadającej ziemi.
Mężczyzna ruszył naprzód, schylając głowę pod rozbitymi żarówkami. Wszedł za zakręt korytarza, odbił w lewo i przestąpił niski próg małego pomieszczenia. Poświecił latarką po ścianie. Zalśniły zimne plamy. Snop światła podążył torem lotu kul, wydobył z mroku dziury wybite w betonie, ciemne rozbryzgi krwi na stołach warsztatowych, zniszczone laptopy, ciała trzech mężczyzn, którzy upadli na siebie z dziwną precyzją - z rękami i nogami rozrzuconymi jak w układzie tanecznym.
Coś żrącego przebijało przez smród zgnilizny. Obutą prawą nogą przewrócił na plecy pierwszego denata od góry i ani drgnął, gdy zobaczył rozpuszczone szczątki twarzy, zęby, kość nosową i wypukłości czaszki wystające ze skorupy stopionej skóry. Spojrzał w martwe oczodoły.
- A zatem. - Jego głos był łagodny. Mówił nie do zwłok, lecz do samego pomieszczenia. - Co masz do powiedzenia?
Pokój milczał. Mężczyzna wiedział, że tak będzie. Przyłożył palce do pozostałości ciała, lecz jego tajemnice nie były przeznaczone dla niego.
Z powrotem do tunelu. Drugie pomieszczenie, puste stojaki na broń. Do nich też szepnął. Kwadratowy pokój, bardzo wysoki, słabe światło dnia wsączające się przez otwór w górze jak woda do studzienki, ponad otworem krata i niebo. Mężczyzna stanął na skraju poświaty jak posąg bogini Bastet w świątyni w Luksorze.
Przewrócone krzesła, puste gniazdka elektryczne, monitory na ścianach, pośrodku każdego pojedyncza dziura od kuli. Nie zostawili ani jednego komputera. Następne, większe pomieszczenie. Piętrowe prycze: dziesięć miejsc do spania. Konserwy na półkach. Lodówka, u zbiegu dwóch ścian mikrofala, w przeciwległym kącie sedes i końcówka prysznica zwieszająca się nad odpływem. Wokół natrysku karnisz opadający ku leżącej na podłodze plastikowej zasłonie. Na drugim końcu pomieszczenia ostatnie drzwi, wyrwane z zawiasów, spoczywające ukośnie na stercie ziemi. Za nimi ciemność zawalona gruzami.
Ten pokój przerobiono na swoistą świątynię ze złożoną pośrodku ofiarą, zigguratem wysokości człowieka, zbudowanym z umarłych. Sześciu mężczyzn, trzy kobiety. Przybysz już przedtem wiedział, ilu ich było; nie doliczyłby się ich tylko na podstawie tej prymitywnej kompozycji, stożka z kończyn, ciemnych ubrań i szczątków twarzy przemieszanych w zimnej orgii niezasypanego zbiorowego grobu. Cienie zmarłych cofały się przed światłem latarki. W stężałej masie próżno było szukać śladów pośmiertnego oporu tworzywa przeciwko twórcy, zgiętego łokcia czy sterczącego kolana, wtórne zwiotczenie i grawitacja rozmyły kontury, żrący wymazywacz cech szczególnych zatarł krawędzie. Z zastygłego szlamu ciał, pasów i plecaków wystawały ostre fragmenty kości i resztki złamanej broni, przypominające nieregularne formacje skalne.
Mężczyzna usiadł przy stole.
- Co masz do powiedzenia? - zapytał. Pokój milczał. - Miło byłoby zrozumieć - powiedział. - Chociaż tyle.
Położył latarkę tak, by oświetlała umarłych. Oparł się na łokciach, splótł dłonie. Kiedy znów przemówił, to gdybyście go usłyszeli, nie zrozumielibyście ani słowa z tego, co powiedział, choć może wychwycilibyście zmianę kodu komunikacji, przejście z żywego na od dawna martwy język, i może poznalibyście, że każda z wypowiedzianych fraz była kolejnym pytaniem.
GODZINA ZA GODZINĄ.
Co pewien czas gasił latarkę i siedział w towarzystwie ciemności. Jakby w próżni, która wszystko poprzedzała, pod wszystkim się skrywa i po wszystkim nastąpi. Dwa razy obszedł pomieszczenie, przestępując przez plamy krwi, łuski po nabojach i tym podobne. Stanął u wejścia do zasypanego tunelu i długą chwilę mu się przypatrywał. Obejrzał wszystkie prycze, ale się nie położył, nie sprawdził, czy pod poduszkami są pamiętniki lub listy miłosne. Wiedział, że przeprowadzono skrupulatne przeszukanie. Czekał i to, na co miał nadzieję, czymkolwiek było, nie nastąpiło.
Na jego wyczucie była już noc, kiedy usłyszał kroki w tunelu.
Nie odwrócił się. Postawił latarkę pionowo, tak że oświetlała go od dołu i rozjaśniała niski sufit. Kroki zbliżyły się i ucichły.
Od progu dobiegł głos:
- Cześć, B.
- Cześć, Keever - powiedział mężczyzna.
Nowo przybyły stanął u jego boku. Krępy, umięśniony mężczyzna, ubrany tak, by nie rzucać się w oczy. Miał krótko ostrzyżone włosy i smagłą twarz zrytą głębokimi zmarszczkami.
- Znowu się wczuwasz? - zapytał Keever.
- Twój czasownik - odparował mężczyzna. - Nie mój.
- A jak ty byś to nazwał?
B pokręcił głową.
- Nie mam na to czasownika - powiedział. - Mogę podać rzeczownik. Nie angielski. Toska.
- Smutek? - zdziwił się Keever. - Smucisz się? O to w tym wszystkim chodzi?
- Nie wiedziałem, że znasz rosyjski - odparł B. - Zresztą użyłem słowa "toska": to nie całkiem to samo co "smutek".
Keever usiadł. Jego oczy powędrowały do zniszczonych drzwi i zwałów gruzu, i ziemi za nimi. Potem spojrzał na stos umarłych.
- Chcesz o tym pogadać, synu? - zapytał. - To dla mnie żadna nowina, że jesteś zdołowany. Nie zaprzeczaj. Od tej historii z Ulafsonem.
B nie podniósł wzroku.
- Hej - rzucił Keever. Wskazał na postrzępiony rąbek bluzy z kapturem w środku góry ciał. Pomarańczowa pamiątka z trasy koncertowej jakiejś popowej kapeli, zupełnie niepasująca do otoczenia. - Pamiętam to. Skurwiel chciał mi przyłożyć. To on tu robił za bossa, prawda?
- "Zdołowany" - powiedział B. - Hm. Nie, raczej nie jestem smutny. Myślę, że... "ciekawy" to celniejsze określenie. Po prostu... - Znowu pokręcił głową. - Po prostu staram się usłyszeć to, co jest do usłyszenia.
- Jesteś pewien, że w ogóle kryje się tu jakaś wiadomość? - zapytał Keever.
- Nie. Jak mnie znalazłeś, Keever?
- B. Daj spokój. To już który, trzeci raz? Nie jesteś taki tajemniczy, jak myślisz.
- Nigdy nie twierdziłem, że jestem tajemniczy.
Keever znów zerknął na wypłowiałą bluzę z kapturem. B wiedział, że wspomina mięsiste klaśnięcia kul, szarpnięcie, zadany przez niego, B, cios z byka.
- A zatem przyszedłeś - powiedział.
Keever spojrzał na niego. Na jego czoło, które doszczętnie rozwaliło czaszkę przeciwnika.
Obaj byli przyzwyczajeni do ciszy. Bardzo.
Keever siedział czas jakiś w zimnym srebrzystym świetle latarki. B studiował mozaikę śmierci z wnikliwością naukowca.
- Co ci to mówi? - zapytał wreszcie Keever.
B wbił wzrok w ciemność za ostatnimi drzwiami, tam, pod ziemią.
- Dobre pytanie - przyznał. - Jestem blisko, Keever. Ale jeszcze nie dość blisko. - Wskazał gestem na ciemność. - To nie jest tak, że mogę coś z tego wyczytać. Jeśli to, co po sobie zostawiamy, robiąc, co robimy, jest tekstem, nie znam języka, w którym jest napisany.
- A znasz wszystkie.
- To nawet nie jest tak, że czuję coś konkretnego - stwierdził B. - Ale czuję, że powinienem.
- Nie możesz ciągle tak robić, synu - powiedział Keever. - Wiesz, jak jest. Po nalocie nie wracamy na miejsce akcji, czy coś zostało, czy nie. Wpadamy, wypadamy, nie zostawiamy śladów. Żadnych identyfikatorów, żadnych chorągiewek-znaczników, wykasować bazy danych, usunąć odciski palców, popryskać enzymem, twarze do kasacji... - Wskazał na stos zwłok. - My kontra oni. Teraz pomyśl: co będzie, jeśli ktoś obczai takiego gościa jak ty kręcącego się w pobliżu? Za duże ryzyko.
- To samo dotyczy ciebie - zauważył B. - A jednak tu jesteś, prawda?
- Nie dałeś mi wyboru. Przyszedłem tylko po to, żeby pogrozić ci palcem.
B wstał i wyszedł z kręgu światła.
- Keever - odezwał się - jaki procent członków Jednostki wydaje mi rozkazy? - W jego głosie nie było gniewu. - Wiedzą, że żadnego nie wykonam, jeśli nie zechcę. A zatem, skoro ich nie wypełniam, te rozkazy faktycznie nie są rozkazami. Wszyscy wiedzą, ty też, że wasze cele nie pokrywają się z moimi. Ten układ to małżeństwo z rozsądku, i bardzo dobrze. Nie rozumiem jednak, dlaczego twoi szefowie, skoro świetnie zdają sobie z tego sprawę, dalej odstawiają tę szopkę. Wydają "rozkazy". Po co każą ci zachowywać pozory? Ochrzaniać mnie?
Keever wzruszył ramionami.
- Cholera wie - powiedział.
- Wolą mieć zasady, z których nic sobie nie robię - stwierdził B - i które łamię, zamiast nie mieć żadnych. Wychodzi na to, że niesubordynacja jest mniejszym złem od niezależności.
- Jak powiedziałem - odparł Keever - nie wiem. Mówią mi: "Idź, powiedz B, żeby więcej tak nie robił", a ja, w odróżnieniu od ciebie, posłusznie wykonuję polecenia. Dlatego tu jestem. Wedle rozkazu.
- I co teraz? - zapytał B.
Keever wydął usta.
- Nie wiem - powiedział. - Pomyślałem, że przyda ci się towarzystwo.
B też wydął usta.
- Nie mam pojęcia, czy się przyda - odparł.
- Cóż - powiedział Keever. - W każdym razie jestem tu, grożę ci palcem. - Pogroził. - Teraz pójdę zameldować, że osobnik znany jako Unute znów odmówił przestrzegania regulaminu.
- Proszę cię bardzo.
- Trzymaj się - rzucił Keever.
Wstał, lekko klepnął B w ramię. B nie zareagował. Słuchał jego oddalających się kroków. Kiedy został sam, nakrył ręką żarówkę latarki, tak że wokół zrobiło się ciemno, a jego dłoń świeciła.
Odwrócił się, gdy po raptem kilku minutach znów usłyszał kroki, znacznie szybsze niż poprzednio. Siedział twarzą do wejścia, kiedy wrócił Keever.
- Wiadomość - oznajmił. - Dotarła, kiedy wyszedłem na powierzchnię.
- Co się stało? - zapytał B.
Keever wskazał na zawalone przejście. Na ciemność i gruzy.
- Centrala wychwyciła... - Zmarszczył brwi. - Mówią, że odbierają sygnał. Z jednego ze skanerów TTE Thakki.
- Co takiego?
- To musi być usterka - zauważył Keever. - Skaner zamilkł, kiedy... sam wiesz. Ale wiedzą, że tu jestem i że ty tu jesteś...
- To dopiero zbieg okoliczności, co? - wtrącił B.
- ...więc chcą, żebyśmy to sprawdzili.
- Co konkretnie odebrali?
- Słuchaj, sam wiesz, że to podstawowy sygnał i że zakłócenia są silne, nawet kiedy wszystko działa, jak trzeba...
- Co odebrali?
Keever zamrugał.
- Oznaki życia.
B przez chwilę patrzył mu w oczy. I ani Keever się obejrzał, a jego partner już był przy zawalonym przejściu, kucał na przewróconych drzwiach, sięgał za próg, wyciągał i odsuwał zniszczone dźwigary, wyszarpywał ziemię zmieszaną z kamieniami, wciskał w nią dłonie jak w jakiejś niepokojącej parodii operacji chirurgicznej.
- B, przystopuj trochę - powiedział Keever. - Słuchaj, ty tego nie... Byłeś w tym swoim transie, kiedy to się stało, ale wierz mi, wszystko widziałem, zawiniło nie tylko zawalenie tunelu. Zobaczyłem... - Zawahał się. - Thakka zginął na moich oczach. Razem z Graysonem. Obaj nie żyli. Sygnał ucichł. To właśnie wtedy...
Tak, to było właśnie wtedy. Widząc, że ci dwaj są nie do uratowania, Keever rzucił granat od dołu między rozstawionymi nogami B, który, zalany krwią, dyszący ciężko jak byk, z połamanym karabinem w jednej ręce i połamanym strzelcem w drugiej, stał, jak się później dowiedział, plecami do ciemnego tunelu i leżących w głębi ciał Graysona i Thakki. Granat spadł na ziemię i poturlał się w stronę przywódcy wrogiej komórki, który schronił się na drugim końcu wąskiego korytarza wyjściowego. Ostatnia szansa, by go dopaść. Zamienić ten tunel w jego grób.
- Nie żyli - zapewnił Keever. - Inaczej nigdy bym nie... Jakikolwiek sygnał odbiera baza, obaj nie żyli. Dlatego rozwaliłem wszystko w diabły.
B mimo to kopał dalej. Obaj wiedzieli, że mocodawcy Keevera bez mrugnięcia okiem kazaliby mu pogrzebać kompanów żywcem w tym tunelu, gdyby to było konieczne. Z plątaniny i gąszczu gruzów wydobył kawał drewna dawniej będący dźwigarem i wziął go na barki. Nikt inny nie udźwignąłby takiego ciężaru. Z belki wzbiły się kłęby kurzu. Upuścił ją na ziemię.
- B, strop jest niestabilny...
- To wyjdź.
Keever się zawahał. Wreszcie sięgnął po kawałki metalu i drewna przemieszane za progiem. Wysuwał jeden po drugim jak w grze w bierki i ciskał je za siebie.
- Ostrożnie - powiedział.
B jednak dalej wdzierał się w głąb materii wypełniającej tunel, wyszarpywał i odrzucał garści ziemi, cegły i połówki cegieł poczerniałe od krwi z jego poobcieranych dłoni. Rył w milczeniu, nie bacząc na rany, jego towarzysz też kopał, mijały kolejne minuty i żaden nie zwalniał tempa. W czasie gdy B drążył, Keever, coraz bardziej zasapany, starał się podeprzeć strop powstającego korytarza. Zamarł, słysząc złowrogie trzeszczenie, i dookoła posypały się kamyki oraz pręty zbrojeniowe.
- Cholerny świat, B. Wiesz, niektórzy z nas są śmiertelni.
Keever zgarbił plecy, wczołgał się po omacku w kłęby kurzu i wydał zduszony okrzyk, gdy poleciał do przodu i wylądował na czworakach po drugiej stronie zatoru, w ciemności rozjaśnionej widmowym światłem pałeczki fluorescencyjnej. W głębi tunelu stał B. I kiwał ręką na niego.
Na skraju oświetlonego luminoforem obszaru Keever dostrzegł skulone zwłoki. Cel, rozerwany na strzępy. Przywódca tej konkretnej grupy zdeklarowanych wrogów, leżący tam, gdzie go zabili.
Spojrzenie Keevera powędrowało z powrotem wzdłuż ściany tego ostatniego tunelu - najpierw na krater przysypany kawałkami gruzu i osmalony od wybuchu granatu, potem na drugiego denata, leżącego na brzuchu. Grayson, trafiony kulą w szyję. Keeverowi mignął przed oczami obraz, który ukazał mu się wtedy, w rozbłysku z lufy. Ręce i nogi Graysona na zawsze zatrzymane w momencie skoku w śmierć. Teraz jego skórę pokrywały cienie i pleśń.
I wreszcie trzecia postać.
Thakka. Siedział zgarbiony przy betonowej ścianie, z ugiętymi nogami i twarzą odwróconą w stronę wejścia, jedną stronę głowy miał rozerwaną, usta zakrwawione, szeroko otwarte. Jego oczy - też zakrwawione, też szeroko otwarte - patrzyły na B i Keevera.
Powieki Thakki się poruszyły. Jego wargi się poruszyły.
Thakka mrugał oczami. Dwa dni wcześniej Keever widział jego śmierć. Dlatego rzucił granat, który pogrzebał ciało towarzysza pod gruzami. A teraz usta Thakki układały się w słowa.
KEEVER USŁYSZAŁ PRZEKLEŃSTWO, które wyrwało się z jego własnych ust.
Przypadł do Thakki, kucnął obok, spojrzał w te zbyt szeroko otwarte oczy.
- Thakka - odezwał się. - Thakka, Thakka, stary, Thakka. Słyszysz mnie?
B stał za nim i patrzył czujnie, jakby szykował się do ataku. Keever trzymał głowę Thakki, uważając, by nie dotknąć wyrwanej w niej jamy. Szeptał do niego, nie odrywał oczu od jego twarzy. Kiedy położył dłoń na jego szyi, wyczuł mocny, rwany puls. Skóra Thakki była zimna, ale tliło się w nim słabe, niepewne życie.
- Mój Boże, Thakka.
Usta rannego wciąż zdawały się coś mówić, ale Keever nic nie słyszał. Poruszały się tylko wargi i oczy Thakki. Karabin leżał mu na kolanach.
- Spójrz na mnie - poprosił Keever.
Thakka spojrzał. Oczy biegały mu tak szybko, że Keever nie był pewien, czy chłopak w ogóle go rozumie. Przeniósł wzrok na ziejącą z boku dziurę, która zmieniła kontury głowy Thakki, hipnotyzowała swoją głębią obramowaną krwią i kośćmi czaszki.
- Hej! - zawołał Keever. - B!
B klęczał, nie patrzył na Keevera ani Thakkę, tylko zbliżył twarz na centymetry do podłogi i grzebał w pokrywającej ją ziemi. Wyjął zza pasa drugą pałeczkę fluorescencyjną, przełamał ją i podniósł do oczu.
- Co... ? - zapytał Keever, ale Thakka gwałtownie sapał i teraz już słychać było, że wraz z wydechami z jego ust wydobywają się słowa. Keever przyłożył ucho do spierzchniętych warg rannego.
- ...przyszedł i tak powiedział - szeptał Thakka. - Rył w ziemi. Tu i tam. Miałem psa, to wiedziałem.
- Okej, Thakka - odparł Keever. - Już dobrze, synu. Siedź, nie ruszaj się. - Obmacał zesztywniałe szczątki jego munduru w poszukiwaniu skanera czynności życiowych, którego żałosny, słaby sygnał niespodziewanie przedostał się przez grubą warstwę ziemi. - B! - zawołał znowu.
B przeszedł jednak w najdalszą część ciemności, za zwłoki wroga numer jeden, na sam koniec tunelu. Trzymał się sterczących ze ściany metalowych kikutów tego samego koloru co mrok, z którego wyrastały.
- B, proszę cię - powiedział Keever.
- Jaki dzisiaj dzień? - zapytał Thakka. Teraz już głośniej. Spokojny głos mieszkańca Środkowego Zachodu. - Keever - powiedział. - Zimno, nie? Ty ich nie obchodzisz. Z całym szacunkiem. Ja też nie.
Wrócił B. Ukucnął w pewnym oddaleniu.
- Thakka - powiedział. - Co się stało?
- Och - jęknął Thakka.
Na widok B skrzywił się, drgnął i odwrócił głowę z miną, na którą nieprzyjemnie było patrzeć.
- Co się stało, Thakka? - powtórzył B.
Thakka oblizał wargi i pokręcił głową. Nie odrywając oczu od B, pojękiwał i coś szeptał, za cicho, by dało się go usłyszeć. Keever znów przyłożył ucho do jego ust.
- Mam psa - szeptał Thakka. - Mój pies przyszedł. - Bezgłośny chichot. - Dobra psina. Zawsze są jakieś pytania - szepnął. - Bez podania nazwiska, stopnia ani numeru, zgadza się? Ściśle tajne.
Oczy Thakki wciąż utkwione były w B i nagle otworzyły się szerzej, niż to powinno być możliwe. Dźwięk, który wydał, mógł wydobyć się ze zmiażdżonego lub przebitego płuca, a może wyrażał strach.