Księga gramatyki intymnej - Dawid Grosman

Reflow text when sidebars are open.
Aharon stanął na palcach, żeby lepiej widzieć, co się wyprawia na dole, jak ojciec i matka wychodzą na dwór, żeby odetchnąć świeżym powietrzem pod koniec upalnego dnia. Stąd wydają się tacy maleńcy. W ustach i w nosie kręci kurz z żaluzji. Oczy mu błyszczą. Nieładnie tak się na nich patrzeć. Znaczy jak? No tak, z góry. Faktycznie są malutcy. Jak dwie figurki. Jedna większa, grubawa i powolna, druga drobna i kanciasta. Naprawdę nieładnie. Ale i śmiesznie. Śmiesznie, a jednak troszkę strach. Najbardziej wnerwia go, że Cachi i Gideon są obok i też się na nich gapią. Ale on nijak nie może się oderwać od tego widoku.
- Yalla[1], spadajmy - gdera Cachi, wciskając gruby nochal w żaluzję - bo tamta zaraz wróci i nas tu ukatrupi.
- Patrzcie - szepnął Aharon. - Nawet Grosik-i-jego-połówka wychodzą.
- On niedługo umrze - powiedział Gideon. - Zobaczcie, jaki ten Kaminer żółty, nawet stąd widać, że kopnie w kalendarz.
Mama i ojciec przystanęli, żeby zamienić słowo z Ester i Awigdorem Kaminerami z pierwszej klatki. - Nie da się opowiedzieć, co to za męka - westchnęła Ester Kaminer. - Ogromny figowiec na chodniku to ich zakrywał, to odsłaniał, do okna na trzecim piętrze dobiegały tylko strzępy rozmowy. - Cudem trzyma się przy życiu - powiedziała, potrząsając głową, którą sięgała do piersi wysokiego męża, a mama cmoknęła i odparła: - Nie daj Boże wpaść w ich łapy, potrzebują nas tylko, żeby się douczyć do tych swoich dyplomów, a tymczasem pokroją człowieka na drobne kawałki. - Tyczkowaty Awigdor Kaminer, zawsze ze spuszczoną głową, stał z boku, milcząc, obojętnie spoglądał na rozpaplaną żonę, na rozsadzające krótkie spodenki grubaśne nogi ojca, na kolumnę mrówek dźwigających odwróconego do góry brzuchem żuka. - A jakie wszystko drogie - biadoliła Ester Kaminer. - Te leki i diety, na dodatek po dializie trzeba zamawiać taksówkę! - Coś mi się zdaje, że Kaminerowa nie może się doczekać, kiedy jej mąż zemrze - powiedziała mama do ojca, gdy ruszyli w swoją drogę. Aharon dostrzegł, jak poruszyła ustami, i wiedział, że tak właśnie powiedziała. - Już ją za drogo kosztuje. Ciekawe, kogo sobie potem przygrucha, bo nie dość tego, jak wyposażyła ją natura, to jeszcze włosy jej garściami wypadają. Choćby nie wiem ile ondulacji sobie zafundowała, i tak widać łyse placki na głowie. - Ojciec zawsze potakuje, gdy ona mówi, a także wtedy, kiedy milknie. Teraz pochyla się, żeby odgarnąć coś z chodnika, starą gazetę albo łupinę, trudno stąd dostrzec, a mama stoi wyprostowana i patrzy na niego. - Tylko mnie nie dotykaj, bo ręce masz upaprane tym świństwem - na pewno tak mu powiedziała, bo jej plecy odsuwają się od niego - i tylko spójrz, kto tu idzie. - Aharon zobaczył wymuszony uśmiech na jej ustach. - Zobaczymy, czy w ogóle nam powie dzień dobry, snob jeden. Dzień dobry, panie Strasznow, jak zdrowie małżonki?
- O, wraca twój tata - powiedział Aharon bezbarwnym tonem.
- Yalla, spadamy - ponaglił Gideon, nie odklejając się od okna.
Jego tata jest jak zwykle dopięty na ostatni guzik. Tergalowe spodnie i krawat, nawet w upał. Lekko rozkołysanym krokiem minął rodziców Aharona, skinął głową, a jego małe mięsiste usta, wiecznie zaciśnięte, wykrzywił na chwilę grymas niesmaku, w ten sposób się wita, nie jest zachwycony, tymczasem ojciec Aharona skwapliwie próbuje go zagadnąć: - Wraca się z tego, no... uniwersytetu? - Ale tata Gideona znów wykrzywia usta. Idę już, idę, szepnął bezgłośnie do siebie Gideon, taka mina u jego taty poprzedzała każdą wypowiedź niczym chrząknięcie zgorzkniałej duszy. Wymamrotał coś do ojca i matki Aharona i odwrócił się na pięcie. Nie otworzy gęby, choćby po to, żeby ją przewietrzyć - ach, ach! - doktorek jeden, ęnteligient, co grosza do domu nie przyniesie, a żona palce sobie łamie od przepisywania na maszynie, zrzędziła w duchu mama, ale z panem Strasznowem pożegnała się grzecznie i z promienną twarzą, choć trochę się wzdrygnęła, jakby dmuchnęło od niego zimnem.
- Arik, mówiłem ci, że trzeba zmiatać - powiedział Gideon, odrywając się wreszcie od żaluzji.
- Przecież jeszcze nic nie widzieliśmy - szepnął Aharon. - No co, strach was obleciał?
Cachi i Gideon spojrzeli po sobie.
- Posłuchaj, Arik - zaczął rozzłoszczony Gideon, wbijając wzrok w czubki swoich sandałów. - Tak naprawdę... chciałem ci już wcześniej powiedzieć, zanim weszliśmy...
- Nie teraz! - obruszył się Aharon, a jego drobna twarz o kanciastych rysach poczerwieniała. - Teraz zrobimy to, cośmy obmyślili!
I ruszył w głąb pokoju, który teraz zdawał się jeszcze bardziej niesamowity. Cachi i Gideon niechętnie podążyli za nim, ale i ich w mig oczarowała tajemnicza aura zakazanego miejsca, więc stąpali cichutko po wyłożonej puszystymi dywanami i matami podłodze, prześlizgnęli się obok czarnego wieloryba - ponurego pianina z rozwartymi szczękami, które królowało w salonie; kto by przypuszczał, że w samym środku ich bloku, wśród zatłoczonych mieszkań, gdzie kotłowało się jak w garnku, dryfuje sobie cichutko taki szafirowy kryształ. Aharon wskazał ostrożnie palcem trzy miniaturowe Murzynki z kości słoniowej na półce biblioteczki, a potem przystanął przed grupką drewnianych figurek, tworzących odrębną społeczność na komodzie w kącie pokoju: trzymający się za ręce w tańcu nadzy mężczyźni i kobiety, siedzący chłopiec z brodą opartą na ręku, pełen kobiecych krągłości tors, i pomyślał o swojej gitarze, która od pół roku tkwi w futerale, popękana, z zerwanymi strunami. Grać nauczył się sam - tak pięknie, że aż siostra, Jochi, powiedziała, że kiedy bierze do ręki gitarę, ma w oczach złote światło. Teraz nie chcą mu kupić nowej, a do bar micwy zostało jeszcze półtora roku, ale i tak na nic nie liczy, bo w kwestii prezentów mają inne plany. Zagniewany, sunął wzdłuż ścian, oparłszy ręce na biodrach, zatrzymał się przed wielkim obrazem warownego zamku na zanurzonej w morzu skale. Nawet obrazy tu ma.
- Nic a nic nie da się zrozumieć z tych jej obrazów - wymamrotał, po czym dorzucił z zapałem: - Popatrzcie na ten, chyba jakiś nienormalny go namalował.
Gideon niechętnie wydukał, że jego tato nazywa to, ya'ni[2], sztuką nowoczesną, i Aharon wyobraził sobie, jak ta zbitka słów wydobywa się z ust ojca Gideona przez zaciśnięte wargi.
- Najchętniej wziąłbym młotek i rozwalił te obrazy razem ze ścianami - wybuchnął nagle Gideon, a dwaj przyjaciele wbili w niego wzrok. - Po prostu robią z człowieka balona i tyle! Gadają, że sztuka, a to zwykłe oszustwo! - Poczuł w brzuchu głuche buczenie, dla podkreślenia swoich słów kopnął w jakąś klepkę, po czym cofnął się w nagłym popłochu: miał wrażenie, że pianino warknęło ostrzegawczo.
- No chodźcie, spadamy - nudził Cachi. - Dość się naoglądaliśmy.
- Nic jeszcze nie widzieliśmy i wciąż nie mamy dowodów - odpowiedział, nie zaszczycając go spojrzeniem, Aharon.
- Głupoty wygadujesz o tym, że ona nie ma cienia - ciągnął monotonnie Cachi.
- Oczywiście, że nie ma cienia - rzucił rozkojarzony Aharon, oglądając książki w biblioteczce, opasłe tomiszcza po angielsku. - Fakty są takie, że nigdy nie widzieliśmy jej bez parasolki ani latem, ani zimą i że zawsze gdy ją obserwowaliśmy, chodziła w cieniu domów i ogrodzeń albo drzew; tym sposobem wszystkich nabija w butelkę.
Cachi prychnął gniewnie, przestępując z nogi na nogę, w udręce ściskając kolana. Jego wielka twarz, niczym obrany kartofel, w którym osadzono koraliki czarnych oczu, wyrażała gniew i złość na Aharona. Podszedł do okna, spojrzał przez listewki żaluzji i błyskawicznie odskoczył.
Aharon zauważył jego ruch i szybko rzucił okiem za okno. Na dole, pomiędzy liśćmi figowca, zjawił się przysadzisty mężczyzna o zabiedzonym wyglądzie i rozejrzał się dokoła. Gideon też zbliżył się do żaluzji. Mężczyzna podszedł do małego zielonego fiata i poszperał w kieszeni, szukając kluczyków. Chociaż Aharon widział go pierwszy raz w życiu, od razu się domyślił, kim jest, i poczuł, że serce mu wali. Gdy miał dziesięć lat, usłyszał, że mama Cachiego, Malka Smietanka, ma kogoś na boku. Zaczął więc włóczyć się za nią, z ukrycia obserwował z uwagą, jak wychodzi z domu, ale nie dostrzegł, żeby z boku kogoś miała. Mężczyzna poprawił pasek, przygładził cienkie włosy i wsiadł do samochodu. Cachi tymczasem poruszał ustami, może miotał przekleństwa, a może w duchu wołał do swojego ojca w Afryce, żeby natychmiast porzucił spychacz, na którym haruje dla przedsiębiorstwa hydrologicznego Mekorot, i w te pędy wracał do domu. Żaden z ich trójki nie odsunął się od okna, nawet gdy samochód odjechał. Aharon poczuł ukłucie smutku, że Gideon też widział faceta-z-boku, bo dobrze wiedział, jaki Gideon jest nieśmiały i porządny w tych sprawach, nigdy nie rozmawiali ze sobą o wulgarnych rzeczach, a kiedy Cachi przeklinał albo opowiadał durne dowcipy, Gideon i Aharon śmiali się tylko przez grzeczność, nie patrząc na siebie. Minęła minuta, może dwie, oni nadal tam tkwili, w obawie że zrobią albo powiedzą coś niewłaściwego, tymczasem na balkon wyszła matka Cachiego i obciągając szlafrok, zawołała go na posiłek. Głos miała lekko schrypnięty i zgorzkniały. - Daje dzieciakowi obiad dopiero o piątej po południu - powiedziała mama, gdy mijał ją zielony fiat. - Na bar micwę na pewno jej nie zaproszę, tylko tego brakowało, żeby mi podała rękę prosto od tamtego.
- Woła cię - powiedział cicho Aharon.
- Nie twoja sprawa - warknął Cachi. - Nie jestem głodny, idziemy szukać dalej.
Jeszcze przez chwilę myszkowali w milczeniu po ciemnym pokoju gościnnym Edny Blum, dotykając-nie-dotykając ścian, a potem, jakby bezwiednie, niczym trzy zbłąkane w odnodze rzeki rybki, ulegli ssącej sile wąskiego korytarza, popłynęli aż do sypialni, gdzie rozpierzchli się bez słowa, ukradkiem obmacując starannie zaścielone łóżko, owalne lustro, ozdobną toaletkę, maleńką umywalkę zainstalowaną, o dziwo, tam, w pokoju... Na okrągłym krześle leżała rzucona niedbale długa nylonowa pończocha. Cachi spojrzał na Gideona, Gideon na Cachiego, po ich twarzach przemknęły purpurowe smugi, lecz Aharon tego nie widział, niczego też nie dotykał, bo nagle zafrapował go ogromny obraz ciągnący się jak pogmatwana opowieść przez pół ściany. Cachi mrugnął do Gideona:
- Popatrz na to.
Gideon błyskawicznie objął spojrzeniem obraz i Aharona i podbiegł prędko, wyciągając rękę.
- Chodź, Arik, oberwie ci się, jak tu zostaniesz.
Ale Aharon strząsnął niechętnie jego dłoń i sterczał, wpatrzony w odwróconego do tyłu konia pośrodku obrazu. Czuł, że jego wargi też unoszą się bezwiednie nad obnażonymi zębami, by mógł złapać oddech. To nic takiego, ot, nowoczesna sztuka. Ale jemu oczy niemal wychodziły z orbit wraz ze ślepiami dławiącego się konia i jak tonący rozbitek, który zaczyna pojmować, że całe morze wlewa mu się do gardła, nagle zrozumiał obraz.
- Spójrz na niego, na Arika, jak go zamurowało. Arik, Arik!
Powoli, z wysiłkiem ogarniał wzrokiem scenę, teraz dostrzegł martwego człowieka leżącego pod kopytami konia, z mieczem w ręku i ustami rozwartymi w krzyku. Widział sylwetkę byka, którego oczy znajdowały się nie tam, gdzie trzeba, lecz mimo to wydawały się prawdziwsze od normalnych. Potem ujrzał zamęczonych ludzi, posiekane ciała, a na koniec promienną kobietę niosącą pochodnię, właściwie wyczuł, że tam będzie, zanim ją wypatrzył. Przez chwilę próbował się bronić, przed czym, przed zwykłym malunkiem, ya'ni, zwyczajną sztuką. Zrobił ciężki krok do tyłu i sztywno wyszedł z pokoju - gdzie oni są, jak mogli zwiać, zostawiając mnie tam samego - po czym znowu znalazł się przed obrazem i znów się w nim zatopił, nic tu nie wyglądało tak, jak być powinno. Nawet ja umiem lepiej rysować twarze, ludzi i konie. Przez sekundę mignął mu nowy widok - przyglądający się z boku, tyczkowaty, zgarbiony mężczyzna z opuszczonymi rękami, zgięty na końcu niczym wczorajsza kartka z kalendarza. Nawet byka potrafię lepiej narysować po tych wszystkich krowach, które kalkowałem z opakowania serka "Zielona jałówka". Do oczu powolutku napłynęły mu łzy, chyba przepełnił się jego specjalny tajny woreczek łzowy. Co z tobą, głupku, czemu się mazgaisz jak baba. Wcale nie płaczę. Gdyby ojciec cię teraz zobaczył. Tak, tak, wiem. Nagadałby mi jak zwykle. A niech sobie gada, ile wlezie. Wyśpiewałby wszystko mamie. To niech śpiewa, zapewne coś w rodzaju: z naszego Aharona jeszcze wyrośnie ęteligient całą gębą! A-men!
Gideon wołał go niecierpliwie od progu. Nie wytrzyma w tym domu ani chwili dłużej. Aharon nie odpowiadał. Gideon bezwiednie omiatał spojrzeniem mroczny salon, na chwilę zatrzymał się przy leżącej na komodzie wielkiej różowej muszli o rozchylonych wargach, skąd ona wytrzasnęła te wszystkie obrzydlistwa, i w duchu wył do Aharona, niech wraca, bo nas złapią, już prawie dał nogę, ale przystanął, znów spojrzał zdziwiony na muszlę, bo nagle wydała mu się żywą istotą, która z trudem zaciska usta wokół czegoś, co w jej wnętrzu tonie w ciemnościach. Mnie już nie ma, zawołał bezgłośnie i migiem wybiegł stamtąd, przeskakując po trzy stopnie. Cachi ruszył za nim pędem, otrząsając się z przygnębienia, jakie nim owładnęło w mieszkaniu tej pucusi-glancusi z jej obrazami i meblami, co wyglądają, jakby je mucha wypierdziała. Obaj wiedzieli, że zaraz im się dostanie od Aharona za to, że złamali rozkazy.
Ale Aharon został. Ostrożnie potrząsnął jedną ze szklanych kul, miękki śnieg oprószył samotnego, smutnego alpinistę i Aharon trwał przy nim, dopóki zamieć nie ucichła. Na półce koło drzwi stały eleganckie lalki w ludowych strojach, takie same mają Szymek i Itka, którzy często wyjeżdżają za granicę, ale tutaj była cała wystawa: pompatyczni żołnierze z Grecji i Szkocji, gwardziści królowej Anglii, żandarmi z Turcji i Francji, oddziały międzynarodowe. Co rusz, niby przypadkiem, wracał do obrazu. Stawał przed nim, wyciągając ręce, raz otwierał szeroko oczy, raz zamykał, odwracał się to przodem, to plecami, bez reszty pogrążony w sobie, a kiedy czuł, że źrenice mu wilgotnieją, cofał się tanecznym krokiem, jakby schodził na chwilę z oświetlonej sceny, i wędrował po innych pokojach, klucząc i gubiąc drogę, jak gepard, jak szpieg. Wpadał na siebie w lustrze, drapał się, bo cała skóra go świerzbiła od tego malowidła, zerkał przez ramię, kiedy miał wrażenie, że spełzło ze ściany i sunie za nim. O, a jak spojrzeć tu, na dół, to widać, że ze złamanego miecza w ręce trupa wyrasta kwiat i że obraz ma tak naprawdę mnóstwo oczu. Pospiesznie odchodził, a całe ciało znów zaczynało swędzieć.
Dom Edny Blum był dla niego sanktuarium. - Popatrz na jej panele - pluje mu do ucha mama - spójrz, ile kurzu ma wszędzie. Nawet ci z dzielnicy Musrara ze wstydu by się spalili. - Ale jemu się wydaje, że tutejszy kurz to drobna gwiezdna mączka spowijająca zaklęty dom, który będzie trwać we śnie, aż przybędzie rycerz i rozbije ciszę, a wtedy... Aharon zadrżał i objął się ramionami.
Przystanął na chwilę przed lodówką. Zawahał się. "Lodówka to nie szafa, żeby ją otwierać i zamykać sto razy dziennie. Jak czegoś potrzebujesz, to spytaj mnie". Mocno chwycił za rączkę, szarpnął i osłupiał. "Głodna lodówka - mówił do niego jej świdrujący głos - wegetariańska". Kuchnia starej panny. Jak tak można? No naprawdę, jak tak można, słyszał każdym włóknem duszy, jak to możliwe: pusta, biała, a gdzie mięso i drób, jajka i butelki mleka, gdzie wędliny, owoce i warzywa czy choćby lekarstwa i próbki kału do badania? A tu - nic. Parę chudych ogórków i tycich pomidorów. Słoiczek śmietany, zaledwie jedna butelka mleka. Owinięte w serwetkę jabłko. I chudy twarożek. A jednak - to wygląda pięknie. Czysto. Stał, wpatrując się w lodówkę, chciał wiedzieć więcej, jeszcze więcej: nauczyć się jej ascetycznego języka, poprzestającego na aluzjach. Zapominasz się. Ona wróci i przyłapie cię na gorącym uczynku. Nic mi nie zrobi. Rycerzu mój, nareszcie przybyłeś. Coś w jego wnętrzu krzyczało z radości. Pognał do łazienki, wysikał się skwapliwie i nagle dotarło do niego, że chyba może sobie pozwolić, by się bez obaw załatwić, czemu nie, na próbę opuścił spodenki, przysiadł na chwilę, delektując się i napawając szczęściem, z zachwytu wymachując nogami zaplątanymi w slipki. Na drzwiach przyklejony był niewielki obrazek: klęczący na arenie byk, którego głaskała kobieta z widowni, o tak, tutaj z łatwością da radę, pójdzie jak z płatka. Potem spuścił delikatnie wodę, ciesząc się widokiem spływającego w sedesie strumienia, nie ma obaw, że opryskają go różne obrzydlistwa.
Zanim wyszedł, zbliżył się do okna i rzucił okiem przez szparki żaluzji, zobaczył rodziców wracających z wieczornego spaceru, zaraz znikną w bramie. Teraz przystanęli koło figowca, a naprzeciwko nich pojawiła się ona, Edna Blum, zmykaj, zmykaj, szczupła, dziewczęca, o puszystych złotych włosach, przebłyskujących spomiędzy figowych liści, koniec z tobą, jeszcze chwilka, zobaczmy, czy masz silne nerwy. - Dobry wieczór, pani Blum. - Dobry wieczór, pani Klajnfeld i panie Klajnfeld. - Wygląda pani na zmęczoną, droga pani Blum, za ciężko pani pracuje. - Tak to niestety jest, trzeba jakoś zarabiać na życie, pani Klajnfeld. - Ale pani jest taka bledziutka... Widziałeś, jak się zaczerwieniła, kiedy na nią spojrzałeś? - Coś sobie ubzdurałaś, Hindale, co mnie do niej? - Koniecznie trzeba znaleźć czas na odpoczynek, pani Blum, przecież pani jest jeszcze młoda, całe życie przed panią. - Jeszcze trochę, a zostanie na lodzie. - Ale ona faktycznie jest jeszcze młodziutka, Hindale. - O takich rzeczach mnie daj decydować, Mosze, może tobie się zdaje, że jest młódką, ale to ja jej w zęby zaglądam, a zęby nie kłamią, jak nic ma trzydzieści osiem lat na karku. - Może ona wcale się nie garnie do małżeństwa i do mężczyzn. - Ona się nie garnie? Ona? Widziałeś, jak się na ciebie gapiła, jak bezwstydnie połykała cię ślepiami, a na dodatek udaje lemele, niewiniątko, bo wygląda, jakby w każdej chwili miała zemdleć. - No to dobranoc, pani Blum, i naprawdę proszę na siebie uważać, tak dalej być nie może. - Tak, słusznie, z pewnością ma pani rację, dobranoc państwu. - I rozstała się z nimi, Aharon widział z góry, jak się oddala, delikatna, filigranowa. Teraz ma piętnaście sekund, żeby wyjść i zamknąć drzwi wytrychem, ale nie może się oprzeć, by nie patrzeć na nią do ostatniej chwili, a nawet dłużej, tymczasem ona już wchodzi na klatkę schodową, już wspina się na pierwsze piętro, zmykaj.
Zaczekaj.
Pożegnała się z mamą i ojcem, ale potem ich przechytrzyła, jasne, że przechytrzyła: wcale nie poszła prosto do domu, najwyraźniej zaczekała przy drzwiach, aż znikną za rogiem i wejdą na drugą klatkę, a wtedy zawróciła ostrożnie, lekko jak ptaszek - serce Aharona podskoczyło z radości, że i ona bawi się w jakąś grę, ma swoje tajemnice - i przystanęła na chwilę koło wielkiego, rozłożystego figowca, wyciągnęła ręce, oddając się cała drzewu, niczym jego maleńka narzeczona, wdychając słodki aromat, na przemian zamykając i otwierając oczy, kładąc delikatną dłoń na potężnym pniu. Nagle zadrżała. Przy niej jak spod ziemi wyrósł ojciec. Wrócił. Jakim cudem odgadł? Zbliżył się ostrożnie i stanął obok. Grubszy i dwa razy od niej większy. Byk i czapla. A gdzie mama? Szerokie liście figowe zakołysały się, to zakrywając nieco, to odsłaniając widok. - Mosze? - dobiegło z oddali wołanie. Ojciec objął się rękami i schował szyję. Potem podniósł dłoń i delikatnie dotknął gałązki. W powietrze wzbiła się wirująca chmara maleńkich meszek. Edna cofnęła się. Ojciec nie patrzył na nią. Aharonowi przemknęła przez głowę dziwaczna myśl, że gdyby ojciec wszedł tu, do mieszkania, ono popękałoby wokół niego. - Mosze! - krzyknęła mama, która stała już na klatce schodowej z kluczem w ręku - gdzie ty się podziewasz? - Niech no pani spojrzy tutaj, pani Blum - rzekł ojciec z nutką zdziwienia, a liście wyszeleściły jego słowa aż do okna na trzecim piętrze. - Ja już od dawna miałem przeczucie. - Jakie przeczucie, panie Klajnfeld? - Przechyliła leciutko głowę, nie patrząc na niego. Cieniutka woalka czerwieni musnęła śnieżnobiały kark, tylko Aharon to widział. - To drzewo jest chore - rzekł ojciec po prostu. I nadal nie patrzyli na siebie, rozmawiali przez drzewo. - Mój figowiec zachorował? - szepnęła Edna Blum ze zdziwieniem i smutkiem. A przecież drzewo należy do wszystkich, do całego bloku.
Kiedy po chwili wróciła mama, zastała koło figowca troje dzieci i Ednę Blum. Wystarczyło jedno spojrzenie. Coś złowrogiego zawirowało na dnie jej oczu. Obróciła się w prawo i w lewo, ojca nie było. Nagle wywróciła oczy do góry i ujrzała grubaśne zaczerwienione łydki wystające spomiędzy gałęzi, w plastikowych czarnych klapkach. Powstrzymując gniew, zawołała go po imieniu. Rozkołysały się konary i liście, zajaśniała jego wielka, słoneczna głowa.
- Nie masz pojęcia, mamuśka, co tu się wyprawia, całe drzewo poranione i zeżarte, trza by oczyścić.
Zasznurowała usta. Zebrała kołnierzyk bluzki wokół szyi. Ostrym gestem, jakby składała scyzoryk, odwróciła się na pięcie i poszła do domu.
1 Yalla (arab.) - dalejże, prędko. (Przypisy pochodzą od tłumaczki).
2 Ya' ni (arab.) - że tak powiem, to znaczy.
Nazajutrz, wracając z pracy, ojciec wstąpił do Rumuna aptekarza, potem wziął prysznic i włożywszy czystą koszulkę, rozsiadł się za stołem w kripale[3], żeby przygotować lek dla figowca. Zmieszał i rozpuścił w wodzie jakieś proszki, wetknął cienką rurkę i przez chwilę wdychał gorzki zapach, kręcąc okazałym nosem, marszcząc w skupieniu wielką czerwoną twarz. Mama zaglądała mu przez ramię, parskała z pogardą, no bo jak drzewo choruje, to trzeba zwyczajnie wziąć nóż i poucinać chore gałązki, ciach, ciach, bez litości, dopiero wtedy wyrosną w ich miejsce zdrowe pędy. Kto ma choć krztynę rozsądku i wyczucia, zrozumie to bez gadania. Ojciec powoli przytaknął i wysunąwszy język przez zęby, przelał kilka kropel z malutkiej fiolki do miseczki, którą trzymał w drugiej ręce.
Potem wszedł na wysoką i rozklekotaną drabinę, Francuską, żeby poszperać na bojdem[4]. Tuman kurzu sfrunął mu spod rąk wprost na kuchnię. Mama spoglądała na niego, ale znienacka zec[5] chwycił ją za serce, tknięta przeczuciem wybiegła na balkon do wychylonej przez balustradę babci Lili, jedną nogą już na tamtym świecie, pomału, powoli - ona chce mnie zabić - i zaciągnęła ją za rękę z powrotem do pokoiku koło salonu.
- Teraz poleż sobie, mamciu, jeszcze nie pora na kolację, co tak na mnie patrzysz, to ja, Hinda, czego się boisz, jakby cię tu mieli zaraz zarżnąć, podnieś nogi, połóż się prosto, tylko mi nie płacz, musisz poleżeć, dobrze ci zrobi, jak sobie poleżysz, no zobacz, jakie śliczności masz na ścianie, ile pięknych kolorów, papugi i małpy, i drzewa, wszystko sama zrobiłaś, mamciu, to twoja makatka, a teraz patrz sobie na nią i odpoczywaj. - I mama okryła babcię Lili po samą szyję czerwono-czarnym kocem w szkocką kratę, którego brzegi wcisnęła pod materac. Wściekła, wpadła jak bomba do kuchni. - Boże, miej nas w opiece, kiedy jakieś nowe czort wie co strzela ci do głowy, Mosze. - Wspięła się na palcach, żeby poprzyklejać do kafelków mokre plastikowe woreczki i pergaminowy papier po margarynie. - Twoja matka o mały włos nie wyskoczyła z balkonu, a ty tutaj ze swoimi głupotami; taki jesteś uparty, że jakby cię posiekać na tysiąc kawałków, to każdy będzie dalej skakać i wrzeszczeć.
- Jest! - ryknął ojciec i wynurzył się z czeluści bojdem, kręcone włosy obsypane białym pyłem, w ręku dzierżył kawałek drewna w kształcie nerki. - Pamiętałem, żeśmy go tu położyli.
Ostrożnie zszedł z rozklekotanej Francuskiej, oczyścił starą paletę Jochi z kurzu i zaschłej farby.
- Może byś najpierw zapytał Jochi, czy już jej nie potrzebuje - syknęła mama - żeby ci potem nie robiła awantur.
- Zabierajcie, bierzcie sobie wszystko! - krzyknęła Jochi ze swojego pokoju. - Malarką na pewno nie zostanę. Tancerką też nie - mruknęła, oklepując ze złością uda. - Szkoda, że porzuciłam rysunek, malować można nawet z tłustymi nogami.
Ojciec wyszedł z domu, ostrożnie niosąc przed sobą paletę, we wgłębieniach chlupała spreparowana przez niego mikstura. Na dworze Aharon z Cachim Smietanką grali w "trafik". Aharon, szybki i lekki, uchylał się jak matador, uciekając na rowerze przed ciężkim gratem Cachiego; był tak skupiony na swoich wyczynach, że nie zauważył, jak twarz Cachiego czerwienieje, i nagle wyrzuciło go jak z procy na drogę, a koło wielkiego roweru wbiło się z impetem między jego dwa kółka.
Odłożywszy paletę na ogrodzenie, ojciec natychmiast ruszył w jego stronę. Aharon, upokorzony, ryknął:
- Koniec z tobą, ty brudasie, ty łajdaku! - wrzeszczał, a łzy dusiły go w gardle. - Posiekam cię na kawałki! - Drobne pięści miotały się wściekle w uścisku ramion ojca, nogami wierzgał w powietrzu. - Puść mnie, zatłukę go.
Cachi stał obok i w amoku też wygrażał pięściami, przerażony swoim postępkiem. Przeklinał Aharona za to, że nabijał się z niego, zamiast grać fair.
- Nabijasz się? Co? Tak? Nabijasz się? - powtarzał w kółko te same słowa, urywał co chwila, jakby szukał w sobie innych, a że nie znajdował, wymachiwał rękami jeszcze wyżej.
Ojciec nagle pochylił się, zgarnął Cachiego lewą ręką, odrywając go od ziemi, i obaj chłopcy zawiśli w powietrzu naprzeciw siebie, uwięzieni w potężnym uścisku jego ramion. Pozwolił im psioczyć na siebie ile wlezie, a sam śmiał się do rozpuku i uważał, żeby ich pięści się nie zetknęły: Aharon szamotał się całym drobnym umięśnionym ciałem, wylewając wiadra obelg na Cachiego, jego rodziców i rower, Cachi zaś, dyndając przed nim, powtarzał z uporem:
- Nabijasz się? Co? Tak? Nabijasz się?
Jego dziwaczna twarz, która zawsze wyglądała tak, jakby ją rozpłaszczał na niewidzialnej szybie, żeby lepiej coś podejrzeć, płonęła z oburzenia.
Ojciec znienacka przycisnął obu do siebie i dopiero, gdy o mało się nie udusili, przestali wrzeszczeć. Zaśmiewając się do łez, opuścił ich na ziemię i dopilnował, by trzymali się z daleka, chociaż nie było to już konieczne: zmiażdżone kości straciły ducha walki, stali więc oszołomieni, chwiejąc się na nogach. Cachi pierwszy odzyskał głos i zaczął skarżyć na Aharona, że mu dokucza i się z niego naśmiewa, na co Aharon zabulgotał, że na tym polega zabawa, żeby podjechać jak najbliżej, zmylić przeciwnika i uciec, nie jego wina, że Cachi to niedojda, ślamazarny żółw, ślimak, kretyn i idiota. Ojciec przez chwilę stał zakłopotany, niemal zagubiony w natłoku słów.
- Nu, starczy tego dobrego, cicho być! - warknął. - Dość się nasłuchaliśmy, gębę to ty masz nie od parady!
I zaskoczony gniewem w swoim głosie, czym prędzej pogłaskał Aharona po miękkich złotych włosach. Ale natychmiast dostrzegł smutek w oczach Cachiego Smietanki, więc i jego przyciągnął do siebie, z przyjemnością czochrając ostrzyżoną na jeża głowę. Chłopcy stali przez parę sekund, chłonąc coś, czym obdarzały ich ogromniaste, przyjazne dłonie. Cachi nawet wysunął ukradkiem nogę tak, że musnęła-nie-musnęła grubą łydkę ojca, łaskoczącą twardą szczecinę.
- Teraz idźcie się bawić i żebym was więcej nie słyszał.
Aharon uwolnił się pierwszy. Ojciec przyjaźnie klepnął Cachiego po ramieniu.
- A-szokl[6], Icuś, bierz rower i wio. Dopilnuję z góry, żeby było w porządku.
Potem wspiął się na figowiec i usadowił wygodnie w rozgałęzieniu niskich konarów. Aharon ścisnął kolanami przednie koło roweru, próbując je wyprostować po zderzeniu. Z gąszczu liści ojciec zawołał Cachiego, prosząc, by podał mu paletę z ogrodzenia. Aharon ściskał koło z taką złością, że metal wrzynał mu się w ciało.
Kiedy ojciec znalazł się wśród liści, poczuł, że serce mu rośnie. Oparł się o gruby konar i odetchnął pełną piersią. Liście, wielkie jak rozwarte dłonie, pieściły mu twarz, tłoczyły się niczym końskie łby domagające się głaskania. Nozdrza wypełniła figowa woń, przejechał palcami po masywnym pniu. Nie wiadomo kiedy plastikowe klapki pospadały z nóg. Cachi, który stanął pod drzewem, wzdrygnął się jak mały kociak.
Skrupulatnie i z powagą, jakby rozkładał przed sobą narzędzia pracy, ojciec zaczął strzelać palcami, staw po stawie. Na koniec otrząsnął się, wyprostował i rozejrzał dookoła. Na najbliższym konarze dostrzegł pierwsze ranki: wgłębienia, w których roiło się od białych larw. Rany pokrywały wszystkie gałęzie figowca, ojciec prześledził je oczami, zadzierając głowę aż do okna Edny Blum na trzecim piętrze. Wydawało mu się, że rąbek zasłony lekko się poruszył. Skrzyżował ręce na beczkowatej piersi i rozmyślał. Nie będzie to łatwa robota.
Z kieszeni szortów wyciągnął zwój pakuł przywieziony ze służby w rezerwie i zręcznym chwytem dwóch palców wyrwał strzępek. Ostrożnie dotknął ranki na ciele figowca, by stwierdzić, jak głęboko gangrena wżarła się w drzewo. Owiniętym pakułami palcem pogrzebał w otworze i wyciągnął żółtawą mętną maź. Powąchał ją, pokiwał w zdumieniu głową, po czym wzruszył ramionami i cisnął kłębek precz. Cachi Smietanka podszedł ostrożnie, spoglądając z obawą na dyndające w górze nogi ojca, i podniósł zwitek. Poniuchał i w pierwszej chwili skrzywił się z obrzydzeniem. Ale potem zanurzył nochal głębiej i wąchał w skupieniu, z niebywałym namaszczeniem.
Ojciec owinął palec nowymi włóknami. Pogwizdywał przy tym od niechcenia, szukając melodii, która pierwotnie była zapewne po cygańsku skoczna, ale w jego wersji przybrała rytm powolny i rozkojarzony. Mama natychmiast wyjrzała przez okno, szpiegowskim okiem śledząc go wśród liści. Doskonale wiedziała, dokąd niosą go myśli, kiedy tak pogwizduje. Ojciec zagłębił palce w ubytku. W jego ręku wił się tłusty biały robal, on zaś oglądał go uważnie i dalej gwizdał jakby nigdy nic. Kiedy był bardzo młody, zadziorny, bosonogi, omamił go pewien konspirujący komunista, Sioma Swaczniker, i namówił, żeby uciec do Rosji i tam zaciągnąć się do wojska. Oj, Sioma, Sioma, oby sczezło twoje imię, niech cię cholera, jakżeś ty pięknie umiał gadać. Matka ze złością zatrzasnęła okno. Po diabła jej teraz afera z figowcem! Sztywnymi z wściekłości palcami polerowała widelce i noże do mięsa. Ojciec tylko raz opowiedział jej o swoim dzieciństwie w Polsce, wyjeździe do Rosji, trzech latach w wojsku i łagrze w Komi. Kiedy wysłuchała porażającej historii o ucieczce do tajgi i o wieśniaczce więzionej w chacie, podniosła się i zasłaniając mu usta małą, silną dłonią, powiedziała: - Starczy, reszta na święty nigdy, nie chcę o tym więcej słyszeć, Mosze. Jak umrę, możesz to wszystko opowiadać komu ci się żywnie podoba, lataj po ulicach i wrzeszcz na cały głos, pisz sobie do gazet, ale tutaj, w tym domu, nie chcę tego słyszeć! - Ma się rozumieć, że kiedy na świat przyszły dzieci, zakazała mu pod przysięgą wspominać tamte czasy, one nie muszą wiedzieć, jakim bydlakiem był ich tatuś, i ojciec obiecał jej to swoim powolnym, cierpliwym potakiwaniem, z ugodową miną, jaką zawsze trzymał w zanadrzu. Ale kiedy zaczynał pogwizdywać, mama czytała w jego myślach jak w otwartej książce. Teraz ponownie otworzyła okno i wytrzepała ścierkę o parapet. Wzbiła się i zaraz rozwiała chmurka szarawego pyłu. Gwizdanie na chwilę ustało. Mama zniknęła w głębi domu. Ojciec dmuchnął mocno w dłoń. Biały robal spadł na konar. Ojciec rozgniótł go bosą piętą, a potem rozległo się ciche, cichuteńkie pogwizdywanie i niosło się coraz głośniej.
Pracował rzetelnie i z powagą przez bite dwie godziny. Co pewien czas przerywał robotę, żeby objaśnić jednemu czy drugiemu sąsiadowi swoje poczynania na drzewie albo odpowiedzieć na nawoływania Hindy z balkonu. O wpół do siódmej z mieszkań rozległ się sygnał wieczornych wiadomości, więc ojciec "odpoczął po całym swym trudzie" i z troską nadstawił ucha, ale nic nie mówiono o dewaluacji. Aharon śmigał na rowerze po jezdni, ignorując ojca i Cachiego. Czasem odwracał głowę, spoglądał za siebie i przeciągle gwizdał na niewidzialnego Gumę, żeby pędził za nim. Cachi nie ruszył się spod drzewa, sumiennie zbierał spadające z góry brudne strzępy pakuł. Niedobrze zostawiać takiego małego dzieciaka i dla pieniędzy jechać do Afryki, pomyślał ojciec. Następnie zadumał się nad Malką Smietanką, która wyrzuca syna na dwór, żeby zadawać się z tamtym. A w ogóle, co kobitka z jej klasą widzi w takim gamoniu? Pewno jest jakimś urzędasem albo no, jak mu tam, adwokatem. Liczy się to, że ma własne auto, do diabła, pomyślał i westchnął na taką marnację. Zawołał ze swojej grzędy Cachiego i kazał mu iść do Hindy po starą gumową gruszkę, a gdy chłopiec się oddalił, przypomniał mu się pieprzyk na dekolcie Malki Smietanki i niesforne kręcone włoski wystające spod jej pachy.
- Przyniosłem! - zawołał z dołu Cachi, unosząc ku niemu ciemną twarz i gruszkę do lewatywy, a spłoszony ojciec Aharona burkliwie odesłał go z powrotem do Hindy, niech jej powie, że niedługo wróci do domu.
Zanim jednak wrócił, ojciec oparł się o szeroki konar, zapalił papierosa i zaciągnął się chciwie.
Z miejsca, w którym siedział, wcale nie było widać szarego bloku. Nie widać też wąskiej, zapyziałej uliczki. Można sobie wyobrażać, że drzewo zostało zasadzone w innym świecie; gdyby ojciec nieco się przesunął, ujrzałby jedno okno i rąbek zasłony, która czasem zdawała się poruszać. On jednak ani drgnął. Był czerwiec i na gałęziach figowca zaczynały pęcznieć twarde narośla. Owionął go słodki zapach. Wziął bardzo głęboki oddech.
Teraz Cachi zwinnie piął się po gałęziach, żeby wręczyć mu czerwoną gruszkę. Ojciec mrugnął do niego pojednawczo po poprzednim burknięciu i znów z czułością poczochrał króciutkie sterczące włosy.
- Siadaj tu i patrz uważnie - polecił.
Dmuchnął gruszką w pierwszą oczyszczoną rankę, usuwając z niej całą zgniliznę. Potem wydobył z kieszeni pędzelek, którego używał do oliwienia zawiasów w domu, i zanurzył go w miksturze. Starannie smarował krawędzie ubytku. Chłopiec obserwował wielką łapę delikatnie sunącą tam i z powrotem i, zapomniawszy się, powoli rozdziawiał usta ze zdumienia. Na dole Aharon śmigał rowerem bez trzymanki, wołając Gumę, żeby spróbował go dogonić. Ojciec skończył namaszczać rankę. Przez chwilę patrzyli z Cachim na siebie, po czym ojciec wyciągnął rękę:
- Teraz ty działaj, a ja nałożę mazidło.
Cachi nabożnie wziął gruszkę i z powagą zaczął dmuchać, z wysiłku przygryzając język zębami. Pracowali tak razem w milczeniu, dopóki nie wychynęła pomiędzy nimi złocista głowa oburzonego Aharona.
- Czemu tylko on? Ja też chcę.
Ojciec i Cachi rozsunęli się nieco i ojciec zaczął głośno mówić, wyjaśniając Aharonowi, co właśnie robi i jak przebiega dzieło uzdrawiania. Cachi skulił się w sobie, milczał i nerwowo wyłamywał sobie palce. Aharon spojrzał z roztargnieniem na swoje dłonie. Lekkie, niemal niewidoczne skurcze przemykały po jego twarzy z każdym suchym trzaskiem. I nagle wpadł na pomysł. Patrzcie go, co też mu strzeliło do głowy. Nawet się nie pofatygował, żeby im wyjaśnić. Ześlizgnął się z drzewa, wyrwał z uchwytu pompkę do roweru i tryumfalnie wrócił. Pompka była bardzo dobrym pomysłem, znakomitym pomysłem, szybko i skutecznie oczyszczała rankę za ranką, "bo przedtem za wolno wam szło", wyjaśnił Aharon, pompując do utraty tchu. "Ale za to przedtem był większy spokój", mruknął pod nosem Cachi.
Pracowali nadzwyczaj pilnie, każdy czyścił swoją rankę, Aharon paplał trzy po trzy, żeby rozwiać ciszę, i nawet udało mu się ich rozśmieszyć: umiał naśladować głosy zwierząt i ludzi, miał do tego smykałkę. Mimo że jego głos wciąż brzmiał dziecinnie, przecież skończył dopiero jedenaście i pół roku, potrafił doskonale przedrzeźniać polityków, Eszkola i Sapira, a nawet Szmuela Rodenskiego, zaciągającego z rosyjska: "gmaach stoji czy nie stoji". Kiedy zaczął pajacować i trajkotać, trudno go było powstrzymać, ale stopniowo i on cichł, uspokajał się, aż wreszcie uległ magii uzdrawiania.
Na balkon wyszła mama, zawołała Aharona. Ojciec dał chłopcom znak, żeby siedzieli cicho, i wszyscy trzej schowali się wśród liści. Mama znowu krzyknęła, przecież wie, że Aharon jest na drzewie, czekaj no tylko, już ja ci pokażę, jak wrócisz do domu! Ojciec przyłożył dłonie do ust i zakukał. Chłopcy dusili się ze śmiechu, a mama bacznie wyciągała szyję, by ich wytropić, potem odwróciła się gwałtownie na pięcie i zniknęła w domu. Ojciec zachichotał cichutko razem z nimi, no nieładnie, naprawdę nieładnie. Uniósł oczy w niebo. Udami ścisnął ciepły pień drzewa.
3 Kripale (jid.) - rupieciarnia, graciarnia.
4 Bojdem (jid.) - pawlacz.
5 Zec (jid.) - skurcz, spazm.
6 A-szokl (jid.) - no, dalej!
Siedem dni ojciec pielęgnował figowiec: dłubał w rankach, oczyszczał z wydzieliny, smarował swoją miksturą. Mama co rusz wychodziła na balkon, beształa go na cały głos - niby kogo miała się tu wstydzić? - że niespotykany z niego idiota, bo nie poprosił zarządu o godziwą zapłatę, żywą gotówką, za tę niewolniczą harówkę, przecież drzewo należy do wszystkich, może nie? A on ją uspokajał łagodnymi słowy i dalej tkwił na drzewie. Cachi, który zawsze się spóźniał, zobaczywszy rower Aharona, oparty o pień figowca jak drabina rycerza pod oknem ukochanej, w nieskończoność zataczał pod drzewem kółka, ale na górę nie właził. Powoli, metodycznie ojciec i Aharon wspinali się na coraz wyższe gałęzie, pochylając się nad każdą ranką, zbliżali ku sobie głowy i naradzali się. Czasami, gdy ojciec sięgał rękami po wyższą gałąź, spod zadartego podkoszulka wystawało owłosione podbrzusze z gładką, bladą blizną, niczym zawieszenie broni w okazałości jego cielska. Aharon nie mógł się dość napatrzeć. - Na pewno nie wzięła się z łagru w Komi - zagajał, jakby o niczym nie miał pojęcia. - W Komi pewnie by tata umarł od czegoś takiego. - W ten sprytny sposób zwykł wyciągać od ojca małymi porcjami zakazane wspomnienia. - Jakie znów Komi, tam by mnie zostawili, żebym zdechł jak pies, to jeszcze z Polski, jak byłem ciut starszy od ciebie, czternaście, maksimum piętnaście lat, po operacji wyrostka - wybuchał śmiechem ojciec i już się zatracał, zapominał o danej mamie obietnicy, opowiadał Aharonowi o straszliwej zimie w tajdze. - Nawet tych, co pomarli, nie dawaliśmy rady pogrzebać, ziemia była twarda jak marmur. - Mówił o głupcach, którzy próbowali prysnąć z łagru bez pomocy z zewnątrz, jak ich znajdowali nazajutrz rozszarpanych przez wilki i jak ludzie wariowali z głodu i ze strachu - po prostu odchodzili od zmysłów, tak jakbyś wyszedł z pokoju, a ęteligienty - dodawał z niekłamaną satysfakcją - ęteligienty, co ich Stalin podsyłał nam do tajgi, wariowali najprędzej, nie tylko dlatego, że się tam nacierpieli, wszyscy przecie tak samo cierpieli, ciało to zawsze ciało, ale dlatego, że... no trza by pomyśleć... - ojciec wzruszał ramionami - kto wie, od czego wariują ęteligienty w tajdze... może nie myśleli, że tak to będzie wyglądać, może sobie nie wyobrażali, że można przeżyć, może wierzyli, że na świecie się poukłada tak, jak oni to sobie wymyślili, urządzi się po ęteligiencku, nie po stalinowsku... - Ojciec śmiał się, a Aharon razem z nim, starannie naśladując jego miny.
Czasami wychodziła na wieczorny spacer Edna Blum, osłaniała głowę lekką parasolką i docierała przypadkiem pod samo drzewo. Spomiędzy wielkich liści ojciec widział zmierzające ku niemu powłóczyste kroki, rozsuwał gałązki i mówił dzień dobry. Zawsze była bardzo zaskoczona, wytrzeszczała na niego oczy, jakby w liściach objawił się przerażający wielkolud, lecz ona już wiedziała, że jest dobry, że to dobroduszny wielkolud. - Och, panie Klajnfeld, ależ mnie pan przestraszył. - I przez długą chwilę stała zdziwiona, z ręką na sercu, w ciszy, w zawieszeniu, jakby nagle ona, Edna, zapadła się w głąb siebie, do środka, oni zaś czekali w milczeniu, aż stamtąd powróci nieśmiało uśmiechnięta i przełykając ślinę, spyta o zdrowie swojego figowca. W oczach Aharona Edna była bardzo piękna, tylko cerę miała dziwną, różowawą, niemal przezroczystą, jak cieniutka skóra kurczątka, gdziekolwiek dotkniesz, wyczujesz pod palcem bicie serduszka. Pewnego dnia zwierzyła im się, że chyba tylko z powodu figowca nadal mieszka tu, w tym bloku, i Aharon natychmiast wyczuł, że Edna coś ukrywa, nie wiedział jednak co. A następnego dnia wyznała, że jej dusza jest związana z duszą figowca, naprawdę tak powiedziała, i że przed tym drzewem zaglądającym w jej okno mogłaby otworzyć serce, po czym wzdrygnęła się, jakby usłyszała pisk kredy na suchej tablicy, on zaś pomyślał z lekką złością, że wypowiada rzeczy, których nie powinno się mówić obcym, może dlatego, że nie nawykła do pogawędek z sąsiadami, od trzynastu lat z nimi mieszka, lecz zawsze była zamknięta w sobie i zdystansowana. - Nawet mnie próbowała trzymać z daleka, snobka jedna - powiedziała mama - ale zaraz ją ustawiłam, żeby się zachowywała jak trzeba, a przynajmniej mówiła dzień dobry. - Aharon pochylił głowę, żeby nie widziała jego twarzy, ojciec wymamrotał coś pod nosem, policzki poczerwieniały mu jeszcze bardziej, grubą nogą znacząco kopnął Aharona w kolano, żeby milczał. Edna Blum chyba wyczuła, że popełniła błąd, ale akurat była w dobrym nastroju, więc od razu sobie wybaczyła i pożegnała ich serdecznie, zapewniając, że spotkają się jutro w tym samym miejscu. Kiedy sobie poszła, Aharon próbował pochwycić spojrzenie ojca, żeby pośmiać się razem z nim, ale ku jego zdziwieniu ojciec go unikał bez słowa wyjaśnienia, tylko przynaglił, by skupić się na opatrywaniu ran.
Edna Blum weszła do domu i zdyszana podbiegła do zasłony. Wiał lekki wietrzyk, liście drżały, pełzając cieniami po plecach i ramionach ojca. Edna widziała jego masywną szyję, grubo ciosany kark. Jak na obrazku układanki odgadywała fragmenty bicepsa i łydki. Kiedy odwrócił rękę, dostrzegła oparzenie migoczące wśród liści niczym deseń cętkowanego tropikalnego węża. Obok jego mocarnych stóp na gałęzi wspierały się chude i gładkie nogi Aharona, Edna pomyślała, że ten chłopiec będzie rosnąć i stanie się mężczyzną. W jej oku błysnęła rzadko spotykana figlarna iskierka, pobiegła do kuchni przygotować dzbanek lemoniady. Chichocząc i rumieniąc się - co też się z tobą dzieje, Edno? - nalała zimnej wody, dorzuciła koncentrat cytryny i cukier, żwawo zamieszała. Ale kiedy podeszła do okna, opadła ją nieśmiałość. Jak go zawołać, jak się wychylić, jak wręczyć mu pełny dzbanek... W jednej chwili pomysł stracił sens. Przechadzała się więc z pełnym dzbanem po pokojach, rozczarowana i zła na siebie.
W bloku zapadła dziwna cisza. W zaparowanych kuchniach kobiety o czerwonych twarzach uniosły głowy ze zdumienia, na chwilę odrywając się od roboty. Mężczyźni w podkoszulkach, drzemiący w fotelach na balkonach, przeciągnęli się, zdjęli gazety z twarzy i nasłuchiwali. Skądś z daleka dolatywały dźwięki mazurka Chopina i opadały na szary blok, na zardzewiałe balustrady, na szorstkie tynki, na zdezelowane skrzynki pocztowe, osuwając się, orzeźwiały słabowitą pożółkłą trawę. Przez dwanaście lat Edna nie grała na swoim pianinie, a teraz zebrało jej się nagle na granie.
Na drzewie Aharon i ojciec wymienili spojrzenia i zaraz spuścili oczy z zakłopotaniem. Ojciec czyścił dużą ranę, powoli zanurzając w niej palce. A może mimo wszystko poprosić ich o nową gitarę na bar micwę? Któregoś razu mama przyglądała się jego grze, co jakiś czas przypomina sobie Aharon, może to wtedy popełnił błąd, nie zorientował się, kiedy weszła do pokoju, prawdopodobnie stanęła, obrzucając go przeciągłym spojrzeniem, i coś dostrzegła w jego oczach. Potem zbeształa go, że wierci jej dziurę w głowie i żeby wyszedł się pobawić na podwórko zamiast ślęczeć wygięty jak garbus nad swoją gitarą, przecież po to mu kupili rower za pół poborów ojca, to prawda, rower jest wspaniały, ale on chciałby czegoś więcej. Czego właściwie, nie potrafi wyjaśnić. Ale więcej niż to. Czegoś jeszcze. Tymczasem oni w prezencie na bar micwę obiecali założyć mu książeczkę oszczędnościową, żeby za dwadzieścia lat mógł kupić sobie i swojej żonie mieszkanie. Ale co go obchodzi jakaś żona. Może mimo wszystko zgodzą się na gitarę. Palce odruchowo brzdąkały po pniu, w rytm dźwięków Edny Blum. Potem bezwiednie dotknęły podbródka i blizn po ospie wietrznej, które pozostały na zawsze, bo nie mógł powstrzymać się od drapania. Ojciec zamierza dać mu także prezent od siebie - zestaw do golenia: pędzel, maszynkę i cynową miseczkę, które zachował z czasów kampanii synajskiej, ale grunt to gitara. I znów zabrzdąkał po pniu figowca, jeszcze raz w roztargnieniu i złości dotknął gładkiego podbródka, po czym grał dalej na korze drzewa i przez chwilę wyglądał jak mały pisarczyk maczający pióro w kałamarzu, żeby póki starcza atramentu, czym prędzej zapisać parę słów, chyba tak się u niego zaczyna nowa chendale[7].
Chociaż do bar micwy zostało jeszcze półtora roku, ojciec i mama zagłębiali się po same uszy w obliczeniach i oszczędnościach. Planują coś pierwszorzędnego, oświadczyła mu z dumą mama, zamierzają wynająć królewską salę "Apirion" i sprowadzić zawodowego fotografa z luksusowego "Foto Gwirc", zamiast polegać na wujku Szymku, któremu ręce już się trzęsą i na ostatnich przyjęciach rodzinnych sfotografował mamę tak, że wygląda jak stołek Mojsze Grunim. Tylko na mnie oszczędzają, pękała z zazdrości Jochi, która miała skromniutką bat micwę, bo urządzili ją w sobotę, w domu i w gronie rodzinnym, a mama odparła tonem złośliwej radości, że bat micwa to jednak nie to samo co bar micwa i że wynagrodzą jej wszystkie krzywdy na ślubie, ale jakoś nie widać, żeby kawalerowie pchali się drzwiami i oknami.
Czasem w nocy, gdy Aharon wstawał napić się wody, widział, jak ojciec i mama ślęczą nad grubym, specjalnie w tym celu zakupionym kajetem z wyliczeniami. Na stole leżały odłożone na bok, zamknięte i nieśmiałe, czerwone książeczki członkowskie kasy chorych ojca, mamy i babci. Nikt nie miał teraz do nich głowy, żółto-czerwone znaczki wklejano do nich byle jak, nie tak skrupulatnie i nabożnie jak kiedyś, natomiast kajet do bar micwy został obłożony w zielony papier pakowy i opatrzony prostą małą naklejką "Aharon - bar micwa". Rodzice notowali w nim szczegółowo jadłospisy z bar micw, na które ich zaproszono, szacowali koszty i wpisywali uwagi o jakości jedzenia i liczbie dań, dokonując skomplikowanych porównań. Właśnie za półtora roku skończą spłacać kredyt na mieszkanie, więc będzie można bez trudu zaciągnąć sporą pożyczkę, i za to wszystko - razem z tym, co zdołali do tej pory zaoszczędzić - pod warunkiem, że Sapir nie da im do wiwatu z dewaluacją, wyprawią mu taką bar micwę - mama zaciskała ręce, tuląc Aharona do piersi, a cienka strużka szczęścia opływała jej twarz - że wszystkim oczy na wierzch powyłażą.
Tymczasem wyszła na balkon. Czujnie zlustrowała otoczenie. Nawet jej nozdrza lekko się rozwarły. Ojciec zauważył i ledwie dostrzegalnym ruchem konspiratora przyciągnął Aharona do siebie i odchylił się tak, żeby liście go przed nią zasłoniły. Ze swojego miejsca Aharon widział tylko bielejące na balustradzie przeguby.
- Mosze! - krzyknęła znienacka co sił w płucach. - Jak długo jeszcze będziesz wylizywać smarki z tego drzewa?
Nastała cisza. Zamarły dźwięki pianina.
Szyja ojca zniknęła w ramionach. Ale po chwili wychynęła stamtąd, grubaśna i zaczerwieniona, z pęczniejącą i pulsującą niebieskawą żyłką. Aharon skurczył się cały i patrzył z lękiem, bo nigdy go w takim stanie nie widział, lecz ojciec opanował się i zacisnąwszy wielkie szczęki, ciężkimi, bardzo uważnymi ruchami dalej delikatnie smarował rany. Mama odczekała jeszcze chwilę. Nagle walnęła rękami o poręcz.
- A-haa-ron!
Żelazne fale dźwięczącej poręczy opadły i nanizały się na niego jak pierścienie na kołek.
- W tej chwili wracaj do domu przymierzyć kozaki!
- Przecież jeszcze jest lato! - szepnął Aharon do ojca.
Ojciec lekko przytaknął. Oczy miał wciąż pełne napięcia i strachu, ale ruch brody wskazywał, że już dobył ze swej głębi zwykłą małżeńską lojalność.
- Cała mama. Taka już jest, lubi, żeby wszystko było gotowe na czas - powiedział cicho. - Może w tym roku trzeba by ci kupić nowe.
Pewnie, że trzeba. Przecież stare są już zdarte. Nosi je od dwóch lat, dziury się porobiły. Koniecznie powinien dostać nowe: w tym roku ma zamiar założyć z Gideonem i Cachim hodowlę kijanek i sprzedawać je w "Bonapartem", pierwszej francuskiej restauracji, jaką otworzono w Jerozolimie.
- Co jest, Aharonczik? - wyszeptał krzepiąco ojciec. - Co ma znaczyć ta mina?
Aharon odwrócił się, żeby ojciec nie widział.
- Jak ona do mnie mówi... - rzekł rozgoryczony.
- Nie bierz se do serca ani do głowy, Aharonczik, ona cię kocha, gada tak, bo się martwi.
- Mam dokładnie tyle wzrostu co Gideon, mam tyle wzrostu co połowa dzieci w klasie.
- Ona by chciała, cobyś był najlepszy i najpierwszy we wszystkim. Mama to mama.
- To czemu mnie tak traktuje?
Ojciec pogładził go po głowie. Aharonowi dotyk jego ręki sprawił przyjemność. Z góry znowu zaczęła się sączyć melodia, ostrożnie, po omacku i wyzywająco jak pierwszy zielony pęd po pożarze. Ojciec ani drgnął. Tylko jego ręka nie zaprzestała głaskania. Na dworze było jeszcze dość widno, by dostrzec żyłki na liściach. Melodia rozlewała się powoli, snując cieniutką przędzę. Aharon odgarnął wielką gałąź. Przed nim odsłoniło się niebo. Wieczorne, ciemnogranatowe niebo. Ojciec spoglądał tak wymownie, że wydusił z niego uśmiech.
- A w dodatku - powiedział - nawet ten tam, jak mu, Napoleon, był mały i Sioma Swaczniker też był fertl, kurduplem, a przecież... taka prawda!
7 Chendale (jid.) - mania, nawyk.