"Maska"
Anna Fobia
Dedykuję to opowiadanie ludziom, którzy zmierzyli się ze swoimi lękami i zaakceptowali samych siebie w prawdziwej postaci. Tym, którzy nie chowają się pod maską.
Idealne makijaże, perfekcyjnie wyrzeźbione ciała, chirurgicznie "cięte" nosy, powiększane piersi czy usta, a wszystko to często okupione bólem i poświęceniem. W imię czego? Szczęścia, miłości, a może akceptacji? Maski - to nie tylko sztuczne uśmiechy i wyćwiczone słowa, ale realia, z którymi w dzisiejszym życiu musimy się mierzyć. Jak łatwo ludziom przyszło je zaakceptować i zakładać na siebie każdego dnia, aby zapewniały złudną tożsamość okupioną powolną śmiercią, często pięknego wnętrza. Jestem jedną z tych osób. Mój karnawał trwa już kilka lat. Codziennie rano nakładam ciężki makijaż, aby dokładnie zakryć to, co niechciane, aby nikt nie pytał, nie oceniał. Potem zaczesuję długie, brązowe włosy w perfekcyjne fale opadające na lewe ramię. Zawsze na lewe, bo to właśnie tam nikt nie może patrzeć, nie może wiedzieć. Przybieram sztuczny uśmiech, ubrana w drogie, markowe ubrania idealnie leżące na moim wyćwiczonym ciele. Piękna, mądra i niedostępna, to właśnie prezentuje mój wygląd, a to, co toczy się w mym wnętrzu, jest nieistotną walką, bo przecież nikt tego nie widzi.
***
Zbiegłam po eleganckich, krętych schodach, pokrytych miękkim, kremowym dywanem, stukając idealnie pomalowanym i wypiłowanym paznokciem w ekran telefonu.
- Joasiu, jestem w kuchni. Zrobiłam śniadanie! - wykrzyczała mama, gdy tylko usłyszała moje kroki.
Wypuściłam ciężko powietrze z ust, bo wiedziałam, że nie zjawiła się w moim mieszkaniu bez powodu. Dwa lata temu, w moje dwudzieste pierwsze urodziny, kiedy to konto bankowe odblokowało się na hojną darowiznę ojca, otworzyłam swoją firmę i postanowiłam się od niej wyprowadzić. Miałam serdecznie dosyć obcych mężczyzn sprowadzanych przez mamę do domu oraz dramatów i kłótni. Ojciec podczas rozwodu zostawił jej wystarczającą ilość pieniędzy, aby mogła zachować wysoki standard życia, ale jednocześnie zabrał samego siebie i jej jedyną prawdziwą miłość.
- Nie zdążę, moja asystentka już czeka, zabieram się z nią do pracy - odpowiedziałam, popychając kuchenne drzwi.
Gdy tylko na nią zerknęłam, chciałam użyć jednego z pieszczotliwych przezwisk "czarownica" lub "wiedźma", których nagminnie używałam, ale w ostatniej chwili się powstrzymałam. Starsza kopia mnie; tylko bardziej ponaciągana i gdzieniegdzie wypełniona, siedziała na wysokim krześle, uśmiechając się i podając torebkę ze śniadaniem.
- Może powinnaś wstawać wcześniej, mogłybyśmy wtedy spędzić chwilę razem przy śniadaniu - zasugerowała i wręczyła mi jeszcze kubek z jakimś napojem.
Powąchałam to dziadostwo, które mi zaserwowała, i mocno się skrzywiłam.
- Może gdybyś nie umawiała się z taką ilością debili i nie spędzała z nimi tyle czasu, miałybyśmy go więcej dla siebie? - odpyskowałam, unosząc wysoko brwi.
Użalała się nad sobą, a ja nie mogłam tego słuchać, bo kiedyś byłam taka sama.
- Asiu?! - Posmutniała i odwróciła się w stronę okna.
Zabrałam pośpiesznie torebkę, ale kubek zostawiłam na blacie, sam Bóg nawet nie wiedział, co w nim zaparzyła. Miała bzika na punkcie różnych ziół o działaniu odmładzającym. Gotowała wszystko w małym ceramicznym kotle i twierdziła, że to jej terapia na młodość i piękno. Wszystkie koleżanki nazywały ją przez to czarownicą lub wiedźmą, a ona tego serdecznie nienawidziła. Gdy tylko byłam na nią bardzo zła, też tak do niej się zwracałam. Ojciec również polubił to przezwisko i często go używał, tylko sposób, w jaki to robił, był inny. Czuć było w tym słowie ogromną miłość i wyłącznie z jego ust przezwisko to było tolerowane przez mamę.
Zerknęłam na nią kątem oka i wybiegłam z kuchni. Niestety szybko przystanęłam, bo poczucie winy wygrało moją wewnętrzną walkę. Nie dałabym rady mierzyć się z nim cały dzień, przecież ojciec zostawił ją z mojego powodu. Wróciłam, popchnęłam drzwi i podbiegłam do mamy. Pocałowałam jej słony od łez policzek i rzuciłam:
- Kocham cię i przepraszam. Nie wiedziałam, że będziesz na śniadaniu. Odbijemy sobie w porze lunchu? Co ty na to? Nasz ulubiony bar naprzeciwko antykwariatu, dobrze? - zapytałam, przytulając ją. - Opowiem ci o tegorocznym balu przebierańców, który urządzam. Dostałaś już zaproszenie?
Odpowiedziała kiwnięciem.
- W tym roku tematyką są bajki - ciągnęłam. - Uszyję ci cudny kostium Jasmin i wykonam minimalistyczną maskę - zasugerowałam, chociaż inny strój chodził mi po głowie.
Moje oczy rozbłysły, ale twarz była smutna. Uwielbiałam tworzyć kostiumy, a przede wszystkim maski, i tym zajmowała się właśnie moja firma.
Mama przytaknęła nieśmiało, wciągając łzy nosem, i lekko się uśmiechnęła. Ucałowałam ją ostatni raz w policzek i ruszyłam do samochodu Ani.
***
Moja pasja do wykonywania masek narodziła się trzy lata temu. W szpitalnym sklepiku kupiłam brokatowy kolorowy papier, blok, tasiemkę, nożyczki i mocny klej. Pamiętam współczujący wyraz twarzy sprzedawczyni, gdy podawała mi resztę. Nigdy więcej nie chciałam, aby ktoś znowu tak na mnie patrzył. Na Bestię. Nie mogłam znieść swojego odbicia w lustrze, dlatego stworzyłam iluzję - maskę. Pierwszą robiłam przez dwa dni i noce. Nie zmrużyłam wtedy oka. Wycięłam ją ze zwykłego bloku, ale doskonale wyprofilowałam dzięki kilku zręcznym nacięciom, które odpowiednio skleiłam. Zdobiły ją drobne kuleczki, bardzo delikatnie i precyzyjnie zwijane w palcach z brokatowego papieru. Każda w identycznym rozmiarze - wielkości główki od zapałki. Wyglądały niczym tęcza diamencików, od jaśniejszych przy czole, po prawie czarne, kończące się na brodzie. Gdy ją założyłam, mogłam przez chwilę znowu być Piękną.
- Kochanie, to jest śliczne, ale możesz już ją ściągnąć - powiedziała mama, siadając na szpitalnym łóżku. - Przyniosłam drogie kremy. Lekarz powiedział, że powinniśmy zacząć od ich aplikacji, potem zadecyduje o dalszym leczeniu.
- Nie ściągnę jej - wyburczałam w złości i spojrzałam w stronę okna.
Czarny kot wylegiwał się po drugiej stronie parapetu i co chwilę lizał swoje łapki. Odkąd trafiłam do szpitala, przychodził tutaj codziennie, a ja ani razu nie podeszłam, aby go pogłaskać, bo bałam się, że przestraszy go mój wygląd. Odetchnęłam głośno.
- Ty też nosisz maskę - powiedziałam smutno, zerkając w jej stronę.
- O czym ty mówisz? - zapytała zaskoczona.
- Słyszałam, wiedźmo, jak płakałaś na korytarzu, a teraz twój makijaż jest idealny.
Skrzywiła się, robiąc wielkie oczy, gdy usłyszała, jak się do niej zwróciłam, ale tego nie skomentowała.
- Poprawiałaś go przez piętnaście minut - rzuciłam ostro. - Tylko zastanawiam się, czy uroniłaś tyle łez z powodu mnie... czy ojca?
***