Rozdział 1
Oprawiony w skórę tom pod żadnym względem
nie prezentował się nadzwyczajnie. Dla zwykłego historyka nie różniłby
się od setek innych rękopisów w Bibliotece Bodlejańskiej w Oksfordzie.
Stara i zniszczona księga. Zorientowałam się jednak, że jest w niej coś
dziwnego, kiedy tylko ją odebrałam.
Czytelnia diuka Humfreya świeciła pustkami popołudniem pod koniec
września. Zamówienia biblioteczne szybko realizowano teraz, kiedy letni
tłum wizytujących naukowców zniknął, a szaleństwo jesiennego semestru
jeszcze się nie zaczęło. Mimo to zdziwiłam się, kiedy Sean zatrzymał
mnie przy stanowisku odbiorów i zwrotów.
-?Doktor Bishop, są już pani manuskrypty -?szepnął głosem zabarwionym
szelmowską nutką.
Przód swetra w romby przybrudził mu się rdzą ze starych okuć na
skórzanych oprawach. Sean strzepnął ślady zawstydzony. Pasemko blond
włosów opadło mu wtedy na czoło.
-?Dziękuję -?powiedziałam, uśmiechając się z wdzięcznością. W rażący
sposób łamałam zasady ograniczające liczbę książek, jaką badacz mógł
zamówić jednego dnia. Sean, który za czasów naszych studiów
doktoranckich wypił ze mną wiele drinków w otynkowanym na różowo pubie
po drugiej stronie ulicy, realizował moje zamówienia bez słowa skargi od
ponad tygodnia. -?I przestań mnie nazywać "doktor Bishop". Za każdym
razem myślę, że mówisz do kogoś innego.
Uśmiechnął się szeroko w odpowiedzi i przesunął manuskrypty -?same
doskonałe przykłady alchemicznych ilustracji z bodlejańskiej kolekcji -
po podniszczonym dębowym biurku. Każdy umieszczono w kartonowym, szarym
pudle w celi ich zabezpieczenia.
-?Ach, jest jeszcze jeden. -?Sean zniknął na chwilę w kantorku i wrócił
z grubym tomem kwarto oprawionym w zwykłą cętkowaną skórę cielęcą.
Położył go na wierzchu stosu i pochylił się, żeby mu się przyjrzeć.
Cieniutkie, złote oprawki jego okularów zaiskrzyły w słabym świetle,
jakie rzucała przymocowana do półki stara lampa z brązu. -?Od dawna nikt
go nie zamawiał. Odnotuję, że trzeba go zapakować w karton po zwrocie.
-?Chcesz, żebym ci przypomniała?
-?Nie. Już to sobie zakonotowałem. -?Sean popukał się palcami w głowę.
-?Twój umysł musi być lepiej zorganizowany niż mój. -?Uśmiechnęłam się
szerzej.
Spojrzał na mnie nieśmiało i pociągnął za rewers, ale ten został tam,
gdzie był -?między okładką a pierwszymi stronami.
-?Nie chce puścić -?powiedział.
Stłumione głosy rozbrzmiały w moim uchu, naruszając znajomą ciszę
pomieszczenia.
-?Słyszałeś to? -?Rozejrzałam się zdumiona dziwnymi głosami.
-?Co? -?zdziwił się Sean i podniósł wzrok znad manuskryptu.
Ślady złota zalśniły na krawędziach księgi i przyciągnęły mój wzrok.
Jednak te wyblakłe resztki złota nie mogły tłumaczyć słabego,
opalizującego lśnienia, które wymykało się spomiędzy stronic.
Zamrugałam.
-?Nic takiego.
Pośpiesznie przyciągnęłam rękopis do siebie. Palce zaczęły mnie mrowić w miejscach, gdzie zetknęły się ze skórzaną oprawą. Sean nadal trzymał
rewers, który teraz z łatwością wysunął się spod okładki. Wzięłam stos
woluminów na ręce i wsunęłam pod podbródek. Zaatakował mnie osobliwy
zapach, który przegnał znajome biblioteczne aromaty strużyn z temperowanych ołówków i wosku do podłogi.
-?Diano? Dobrze się czujesz? -?zapytał Sean, marszcząc z troską czoło.
-?Jasne. Tylko trochę jestem zmęczona -?odpowiedziałam, odsuwając
książki od nosa.
Przeszłam szybko przez oryginalną, piętnastowieczną część biblioteki,
mijając elżbietańskie biurka z trzema półkami i podrapanymi blatami.
Gotyckie okna pomiędzy nimi kierowały uwagę czytelnika na kasetonowe
sufity, gdzie jaskrawe farby i złocenia podkreślały detale
uniwersyteckiego herbu z trzema koronami, otwartą księgą i powtarzającym
się po wielokroć mottem -?"Bóg jest moim oświeceniem".
Moją jedyną towarzyszką w bibliotece w ten piątkowy wieczór była inna
amerykańska badaczka -?Gillian Chamberlain. Jako wykładowczyni filologii
klasycznej w kolegium Bryn Mawr spędzała tu czas nad skrawkami papirusu
włożonego między tafle szkła. Mijając ją, przyśpieszyłam kroku. Starałam
się unikać kontaktu wzrokowego, ale zdradziło mnie skrzypienie starej
podłogi.
Skóra mnie zamrowiła jak zawsze, kiedy patrzyła na mnie druga
czarownica.
-?Diana? -?zawołała z mroku.
Zdusiłam westchnienie i przystanęłam.
-?Cześć, Gillian. -?Z niewyjaśnionych przyczyn zazdrośnie strzegłam
swojego stosu ksiąg, trzymałam się jak najdalej od czarownicy i obróciłam się tak, by nie znajdował się na linii jej wzroku.
-?Co robisz w Święto Mabon?
Gillian zawsze przystawała przy moim biurku i prosiła, żebym spędziła
czas ze swoimi "siostrami", kiedy byłam w mieście. A ponieważ do
wiccańskich obchodów jesiennej równonocy brakowało tylko kilku dni,
podwoiła swoje wysiłki, żeby wciągnąć mnie do oksfordzkiego covenu.
-?Pracuję -?odpowiedziałam pośpiesznie.
-?Tam jest sporo bardzo miłych czarownic, wiesz? -?odrzekła sztywno, nie
kryjąc dezaprobaty. -?Naprawdę powinnaś do nas dołączyć w poniedziałek.
-?Dzięki. Zastanowię się -?powiedziałam, już kierując się w stronę
Selden End, przestronnej, siedemnastowiecznej dobudówki ustawionej
prostopadle do głównej osi czytelni diuka Humfreya. -?Tyle że pracuję
nad referatem na konferencję, więc raczej na mnie nie licz.
Moja ciotka Sarah zawsze ostrzegała mnie, że jedna czarownica nie zdoła
okłamać drugiej, ja jednak zawsze próbowałam.
Gillian mruknęła współczująco, ale odprowadziła mnie wzrokiem.
Przy znajomym miejscu naprzeciwko łukowatych okien z szybkami w ołowianych dwutówkach oparłam się pokusie, żeby rzucić manuskrypty na
stół i otrzeć ręce. Zamiast tego, pamiętając o wieku ksiąg, odłożyłam
stos ostrożnie.
Rękopis, który nie chciał wypuścić rewersu, leżał na samym wierzchu. Na
grzbiecie wytłoczono złoty herb Eliasa Ashmole'a, siedemnastowiecznego
kolekcjonera książek i alchemika, którego księgi i dokumenty
przeniesiono z jego muzeum do Biblioteki Bodlejańskiej w XIX wieku wraz
z tomem numer 782. Wyciągnęłam rękę i dotknęłam brązowej skóry.
Niezbyt silny wstrząs sprawił, że szybko cofnęłam palce, ale nie dość
szybko. Mrowienie powędrowało w górę po mojej ręce, wywołując gęsią
skórkę, a potem rozlało się po ramionach i napięło mięśnie w karku i reszcie szyi. Te odczucia szybko minęły, ale pozostawiły we mnie
wrażenie pustki płynące z niespełnionej żądzy. Wstrząśnięta swoją
reakcją odsunęłam się od bibliotecznego stołu.
Mimo odległości manuskrypt rzucał mi wyzwanie -?groził murom, jakimi
oddzieliłam swoją karierę naukową od własnego dziedzictwa, związanego z tym, że jestem ostatnią czarownicą z rodu Bishopów. Tutaj, mając
doktorat, na który ciężko zapracowałam, etat, awans w zasięgu ręki i rozkwitającą karierę, zrzekłam się rodzinnego dziedzictwa i stworzyłam
życie, które opierało się całkowicie na rozumie i umiejętnościach
naukowych, nie zaś na niewytłumaczalnych przeczuciach i czarach.
Znalazłam się w Oksfordzie, żeby dokończyć badania. Po ich zakończeniu
moje odkrycia zostaną opublikowane wraz z rozległą analizą i licznymi
przypisami, a tym samym zostaną przedstawione moim ludzkim kolegom po
fachu. Nie będzie tu żadnej przestrzeni na tajemnice. W mojej pracy nie
znajdzie się nic, co można poznać tylko szóstym zmysłem czarownicy.
Niestety jednak całkiem nieświadomie zamówiłam alchemiczny rękopis,
który był potrzebny mi do badań, a zarazem najwyraźniej posiadał
nieziemską moc, jakiej nie dało się zignorować. Palce mnie świerzbiły,
żeby otworzyć go i dowiedzieć się czegoś więcej. Jednak jeszcze
silniejszy impuls mnie powstrzymywał: czy moja ciekawość to ciekawość
intelektualisty, czy rzeczywiście wiąże się z moimi studiami? Czy też
raczej wynikała ze związków mojej rodziny z czarami?
Odetchnęłam znajomym bibliotecznym powietrzem i zamknęłam oczy, mając
nadzieję, że to mi pomoże odzyskać jasność myślenia. Biblioteka
Bodlejańska zawsze była dla mnie sanktuarium, miejscem niezwiązanym z Bishopami. Wsunęłam drżące dłonie pod łokcie i wpatrywałam się w Ashmole'a nr 782 wśród narastającego mroku, zastanawiając się, co
zrobić.
Moja matka na pewno znalazłaby instynktownie właściwą odpowiedź, gdyby
tylko była na moim miejscu. Większość członków rodziny Bishopów była
utalentowanymi czarownicami, ale moja matka, Rebecca, była kimś
nadzwyczajnym. Wszyscy tak mówili. Jej nadnaturalne zdolności objawiły
się wcześnie i nim zaczęła szkołę podstawową, przewyższała swoimi
umiejętnościami magicznymi większość starszych czarownic w miejscowym
covenie, dzięki intuicyjnemu rozumieniu czarów, zdumiewającym
zdolnościom jasnowidzenia i niesamowitemu talentowi sięgania głębiej niż
pod powierzchnię zdarzeń i ludzi. Młodsza siostra mojej matki, ciotka
Sarah, też okazała się zdolną czarownicą, ale jej talenty były bardziej
typowe -?wprawna ręka w przygotowywaniu magicznych mikstur i doskonała
znajomość tradycyjnej wiedzy tajemnej: czarów i uroków.
Rzecz jasna, moi koledzy po fachu z wydziału historii nic nie wiedzieli
na temat mojej rodziny, ale w Madison, miasteczku w odległym północnym
zakątku stanu Nowy Jork, gdzie mieszkałam z Sarah od siódmego roku
życia, wiedziano wszystko na temat Bishopów. Moi przodkowie
przeprowadzili się z Massachusetts po wojnie o niepodległość. Do tego
czasu upłynęło ponad sto lat od egzekucji Bridget Bishop w Salem. Mimo
to plotki i pogłoski ścigały ich aż do nowego domu. Po tym, jak zebrali
swoje manatki i osiedlili się ponownie w Madison, Bishopowie ciężko
pracowali, żeby pokazać, jak użyteczna może być obecność czarownic w sąsiedztwie, gdy trzeba wyleczyć chorego albo przewidzieć pogodę. Z czasem rodzina zapuściła w tej społeczności korzenie dostatecznie
głęboko, żeby przetrwać nieuniknione wybuchy przesądów i ludzkiego
strachu.
Niestety ciekawość świata mojej matki wyprowadziła ją poza bezpieczne
granice Madison. Najpierw trafiła do Harvardu, gdzie poznała młodego
czarownika, Stephena Proctora. On także wywodził się z rodu o długich
magicznych tradycjach i pragnął zasmakować życia poza Nową Anglią,
leżącą w obrębie wpływów jego rodziny i trwale związaną z jej historią.
Rebecca Bishop i Stephen Proctor byli czarującą parą, amerykańska
szczerość mojej matki stanowiła kontrast dla bardziej sztywnej,
staroświeckiej postawy mojego ojca. Zostali antropologami, pogrążyli się
w obcych kulturach i ich wierzeniach; połączyły ich pasja poznawcza i głębokie oddanie. Kiedy zdobyli posady na okolicznych uczelniach -?moja
matka na swojej Alma Mater, a ojciec w Wellesley -?założyli dom w Cambridge i stamtąd wyruszali w podróże badawcze.
Mam niewiele wspomnień z dzieciństwa, ale każde z nich jest żywe i zdumiewająco wyraziste. We wszystkich pojawiają się moi rodzice: dotyk
łokci sztruksowej marynarki ojca, konwaliowy zapach perfum matki, brzęk
ich kieliszków od wina w piątkowe wieczory, kiedy kładli mnie do łóżka i jedli razem kolację przy świecach. Matka opowiadała mi różne historie
przed snem, a brązowa aktówka ojca głośno uderzała w podłogę, kiedy
upuszczał ją przy frontowych drzwiach.
Te wspomnienia pewnie wydałyby się znajome większości ludzi.
Jednakże inne wspomnienia z moimi rodzicami -?wręcz przeciwnie. Nie
pamiętam, żeby matka kiedykolwiek robiła pranie, ale moje ubrania zawsze
były czyste i schludnie poskładane. Mimo że o nich nie pamiętałam, na
mojej ławce pojawiały się karteczki z pozwoleniem na szkolną wycieczkę
do zoo, kiedy zbierała je nauczycielka. Bez względu na to, w jakim
stanie znajdował się gabinet ojca, kiedy przychodziłam pocałować go na
dobranoc (a zwykle wyglądał, jakby coś tam wybuchło), następnego ranka
zawsze panował w nim idealny porządek. W przedszkolu zapytałam mamę
mojej przyjaciółki Amandy, dlaczego zawraca sobie głowę zmywaniem naczyń
za pomocą wody i płynu, skoro wystarczy ułożyć je w zlewie, pstryknąć
palcami i wyszeptać kilka słów. Pani Schmidt roześmiała się wtedy z moich dziwnych poglądów na prace domowe, ale w jej oczach odmalowało się
zdumienie.
Tego samego wieczoru rodzice powiedzieli mi, że musimy uważać, co mówimy
o magii i z kim o niej rozmawiamy. Ludzie mieli nad nami liczebną
przewagę i uważali naszą moc za przerażającą, jak wyjaśniła mi matka, a strach to najpotężniejsza siła na ziemi. Nie wyznałam wtedy, że magia -
zwłaszcza w wykonaniu mojej matki -?mnie także przeraża.
Za dnia moja matka wyglądała jak matka każdego dzieciaka w Cambridge:
nieco zaniedbana, odrobinę niezorganizowana, wiecznie umęczona presją
obowiązków domowych i zawodowych. Blond włosy nosiła modnie potargane,
chociaż jej ubrania utknęły w okolicy 1977 roku -?długie, szerokie
spódnice, przyduże spodnie i koszule, męskie kamizelki i marynarki,
które kupowała w sklepach z używaną odzieżą rozsianych po całym Bostonie
niczym druga Annie Hall. W jej wyglądzie nic nie przykułoby waszej uwagi
na tyle, byście obejrzeli się za nią na ulicy albo nawet stojąc za nią w kolejce w supermarkecie.
W zaciszu naszego domu, przy zaciągniętych zasłonach i zamkniętych na
klucz drzwiach, moja matka stawała się kimś innym. Jej ruchy były pewne,
a nie pośpieszne i gorączkowe. Czasem wręcz wydawało się, że unosi się w powietrzu. Kiedy poruszała się po domu, śpiewając i odstawiając na
miejsce pluszowe zwierzątka i książki, jej twarz powoli przeistaczała
się w coś nieziemskiego i pięknego. Kiedy moja matka płonęła magią, nie
można było oderwać od niej oczu.
-?Mamusia ma w sobie petardę -?tak wyjaśnił to ojciec, uśmiechając się
szeroko i pobłażliwie.
Ja jednak wiedziałam, że petardy są nie tylko jasne i pełne życia. Są
też nieprzewidywalne, mogą cię zaskoczyć i przestraszyć.
Pewnego wieczoru, kiedy ojciec miał wykład, matka postanowiła wyczyścić
srebra. Zahipnotyzowała ją misa z wodą, którą postawiła na stole w jadalni. Wpatrywała się w szklistą powierzchnię stopniowo pokrywającą
się mgłą, ta zaś, kłębiąc się, tworzyła maleńkie i zwiewne jak duchy
kształty. Sapnęłam z zachwytu, kiedy urosły i wypełniły pokój
fantastycznymi stworzeniami. Wkrótce pełzały po zasłonach i czepiały się
sufitu. Krzyknęłam przestraszona, matka jednak nie odrywała wzroku od
wody. Nic nie przerwało jej skupienia, dopóki coś na poły ludzkiego, na
poły zwierzęcego nie podpełzło i nie uszczypnęło mnie w rękę. To wyrwało
ją z zadumy, a wtedy eksplodowała deszczem gniewnego czerwonego światła,
które rozpędziło zjawy i pozostawiło w domu smród palonych piór. Kiedy
ojciec wrócił, od razu wyczuł dziwny zapach. Jego niepokój był doskonale
widoczny. Znalazł nas skulone razem na łóżku. Na jego widok matka
rozpłakała się skruszona. Od tej pory nigdy nie czułam się w pełni
bezpieczna w jadalni.
Wszelkie resztki poczucia bezpieczeństwa opuściły mnie, kiedy skończyłam
siedem lat, a moi rodzie wyjechali do Afryki i nigdy nie wrócili stamtąd
żywi.
* * *
Otrząsnęłam się i skupiłam na napotkanym dylemacie. Manuskrypt leżał na
bibliotecznym stole w kręgu światła lampy. Jego magia przyzywała coś
mrocznego i spętanego we mnie. Moje palce znowu dotknęły gładkiej skóry
okładki. Tym razem wrażenie mrowienia wydało mi się znajome. Jak przez
mgłę przypomniałam sobie, że doświadczyłam kiedyś czegoś podobnego, gdy
grzebałam w dokumentach leżących na biurku w gabinecie ojca.
Odwróciłam się stanowczo od oprawionego w skórę tomu i zajęłam się czymś
bardziej racjonalnym -?szukaniem listy tekstów alchemicznych, którą
przygotowałam przed wyjazdem z New Haven. Leżała na moim biurku ukryta
wśród luźnych kartek, rewersów, paragonów, ołówków, długopisów i mapek
bibliotecznych, schludnie uporządkowana według kolekcji, a potem według
numerów, jakie nadał każdej pozycji bibliotekarz, kiedy wprowadzał je do
katalogu Biblioteki Bodlejańskiej. Odkąd przyjechałam tutaj kilka
tygodni temu, metodycznie zamawiałam kolejne pozycje z listy. Skopiowany
opis katalogowy dotyczący pozycji nr 782 z kolekcji Ashmole'a brzmiał:
"Antropologia, czyli traktat z krótkim opisem Człowieka w dwóch
częściach, najpierw Anatomicznej, a potem Psychologicznej". Jak w przypadku większości tekstów, które studiowałam, nie sposób było ocenić
zawartości na podstawie tytułu.
Moje palce pewnie zdołałyby mi wiele powiedzieć na temat tej książki bez
potrzeby jej otwierania. Ciotka Sarah potrafiła dotykiem ocenić, co
znajduje się w poczcie, bez otwierania koperty, na wypadek gdyby
znajdował się w niej rachunek, którego nie zamierzała płacić. Dzięki
temu mogła udawać niewiedzę, gdy okazywało się, że ma zaległości w opłatach za prąd.
Złocone cyfry na grzbiecie zamrugały.
Usiadłam i rozważyłam możliwości.
Zignorować magię, otworzyć książkę i spróbować przeczytać ją jak
normalny ludzki naukowiec?
Odsunąć zaczarowany rękopis na bok i odejść?
Sarah uśmiałaby się, gdyby dowiedziała się o moim kłopotliwym położeniu.
Zawsze twierdziła, że moje próby separowania się od magii są daremne.
Robiłam tak jednak od pogrzebu rodziców. Czarownice obecne wśród gości
przyglądały mi się, szukając oznak, że w moich żyłach płynie krew
Bishopów i Proctorów. Poklepywały mnie pocieszająco i przewidywały, że
to tylko kwestia czasu, kiedy zajmę miejsce matki w lokalnym covenie.
Niektóre szeptem kwestionowały słuszność decyzji moich rodziców o małżeństwie.
-?Za dużo mocy -?mamrotały, kiedy myślały, że nie słucham. -?Zwróciliby
na siebie uwagę, nawet gdyby nie studiowali starożytnych ceremonii
religijnych.
To wystarczyło, żebym zrzuciła winę za śmierć rodziców na nadnaturalną
siłę, którą byli obdarzeni, i postanowiła szukać innego sposobu na
życie. Odwróciłam się od wszystkiego, co było związane z magią, i skupiłam się na zainteresowaniach typowych dla ludzkich nastolatek:
koniach, chłopcach i romansidłach. Próbowałam zniknąć wśród zwykłych
mieszkańców miasteczka. W okresie dorastania miałam kłopoty z depresją i stanami lękowymi. To wszystko było bardzo normalne, jak uprzejmie
zapewnił ludzki lekarz moją ciotkę.
Tyle że Sarah nie powiedziała mu o głosach, o moim nawyku podnoszenia
słuchawki telefonu bitą minutę przed tym, jak zadzwonił, ani też o tym,
że musiała rzucać zaklęcie na drzwi i okna podczas pełni, żebym nie
lunatykowała do lasu. Nie wspomniała też, że kiedy się złościłam,
krzesła w domu ustawiały się w chwiejną piramidę, a potem spadały z hukiem, gdy nastrój mi się poprawiał.
Kiedy skończyłam trzynaście lat, ciotka uznała, że czas, abym
skanalizowała część mojej mocy w naukę podstaw czarowania. Zapalanie
świec za pomocą kilku wyszeptanych słów albo maskowanie pryszczy
wypróbowaną miksturą -?to zwykle były pierwsze kroki nastoletniej
czarownicy. Ja jednak nie potrafiłam opanować nawet najprostszego czaru,
przypalałam każdą miksturę magiczną, jakiej przyrządzania uczyła mnie
ciotka, uparcie odmawiałam poddania się próbom mającym na celu
sprawdzenie, czy odziedziczyłam po matce nadzwyczajny dar jasnowidzenia.
Głosy, ognie i inne niespodziewane wybuchy osłabły, gdy hormony mi się
uspokoiły, ale niechęć do nauki rodzinnego fachu pozostała. Ciotkę
niepokoił fakt, że ma niewyszkoloną czarownicę w domu, i z pewną ulgą
odesłała mnie do college'u w Maine. Jeśli pominąć problem magii, była to
typowa historia dorastania.
To, co pozwoliło mi uciec z Madison, to mój intelekt. Zawsze byłam nad
wiek rozwinięta, zaczęłam mówić i czytać przed rówieśnikami. Ponieważ
wspomagała mnie doskonała fotograficzna pamięć -?dzięki której łatwo
mogłam przypomnieć sobie strony podręcznika i wyłuskać z tekstu wymaganą
na teście informację -?szkoła szybko okazała się miejscem, gdzie
magiczna spuścizna mojej rodziny nie ma znaczenia. Przeskoczyłam
ostatnie lata szkoły średniej i zaczęłam naukę w college'u w wieku lat
szesnastu.
Tam początkowo znalazłam sobie miejsce na wydziale teatralnym, moją
wyobraźnię przyciągały spektakle i kostiumy, a umysł fascynowało to, w jak doskonały sposób słowa dramaturga potrafią przywołać odległe miejsca
i czasy. Moje pierwsze występy zostały uznane przez profesorów za
nadzwyczajny przykład tego, jak dobra gra aktorska może przekształcić
zwykłą studentkę college'u w kogoś całkiem innego. Pierwsze oznaki tego,
że owe metamorfozy mogą nie być efektem aktorskiego talentu, pojawiły
się, kiedy grałam Ofelię w Hamlecie. Gdy tylko zostałam wybrana do tej
roli, włosy zaczęły mi rosnąć w nienaturalnym tempie, aż sięgnęły pasa.
Godzinami siedziałam nad jeziorem przy college'u, z włosami opadającymi
wokół mnie kaskadą, a lśniąca powierzchnia wody przyciągała mnie w nieodparty sposób. Chłopiec grający Hamleta dał się porwać iluzji i połączył nas namiętny, choć niebezpiecznie wybuchowy romans. Powoli
zaczęłam pogrążać się w szaleństwie Ofelii, pociągając za sobą resztę
obsady.
Efektem mogło być urzekające przedstawienie, ale każda nowa rola rodziła
nowe wyzwania. Na drugim roku sytuacja stała się niemożliwa, kiedy
obsadzono mnie w roli Annabelli w sztuce "Szkoda, że jest nierządnicą"
Johna Forda. Tak jak bohaterka, przyciągnęłam sznur oddanych zalotników
(nie wszyscy z nich byli ludźmi), którzy chodzili za mną po kampusie.
Kiedy po ostatnim opuszczeniu kurtyny nadal nie chcieli zostawić mnie w spokoju, stało się jasne, że cokolwiek zostało uwolnione, nie da się nad
tym zapanować. Nie byłam pewna, w jaki sposób magia wkradła się do mojej
gry aktorskiej, i nie chciałam się dowiedzieć. Obcięłam włosy na krótko.
Przestałam nosić powłóczyste spódnice i falbaniaste bluzeczki na rzecz
czarnych golfów, spodni khaki i mokasynów, jakie nosiły solidne ambitne
studentki przygotowujące się do studiów prawniczych. Nadmiar energii
przelałam w sport.
Po opuszczeniu wydziału teatralnego próbowałam kilku innych kierunków,
szukając czegoś dostatecznie racjonalnego, by nie pozostawiało nawet
cala kwadratowego wolnej przestrzeni dla magii. Brakowało mi precyzji i cierpliwości do matematyki, a moje próby w biologii zakończyły się
katastrofą w postaci zawalonych egzaminów i niedokończonych
eksperymentów laboratoryjnych.
Pod koniec drugiego roku prodziekan do spraw studenckich kazał mi wybrać
specjalizację, jeśli nie chciałam spędzić piątego roku w college'u.
Letnie studia w Anglii oferowały mi szansę, żeby jeszcze bardziej
oddalić się od wszystkiego, co łączyło się z Bishopami. Zakochałam się w Oksfordzie, łagodnej poświacie jego porannych ulic. Zajęcia z historii
dotyczyły wyczynów królów i królowych, a jedyne głosy w mojej głowie
szeptały słowa z książek spisanych w XVI i XVII wieku -?sama wielka
literatura. A najlepsze było to, że w tym uniwersyteckim miasteczku nikt
mnie nie znał, a jeśli tego lata przebywały tam jakieś czarownice, to
trzymały się ode mnie z daleka. Wróciłam do domu, wybrałam jako
specjalizację historię, zaliczyłam wszystkie wymagane kursy w rekordowym
tempie i przed dwudziestką ukończyłam studia z wyróżnieniem.
Kiedy zdecydowałam się na doktorat, Oksford znalazł się na pierwszym
miejscu na mojej liście rozpatrywanych uczelni. Specjalizowałam się w historii nauki i moje badania skupiały się na okresie, kiedy nauka
zaczęła zastępować magię -?gdy astrologia i polowania na czarownice
ustąpiły miejsca Newtonowi i prawom powszechnym. Poszukiwanie w naturze
racjonalnego porządku zamiast nadnaturalnego odzwierciedlało moje własne
wysiłki odseparowania się od tego, co ukryte. Granice, które już
wykreśliłam między tym, co dzieje się w moim umyśle, i tym, co mam we
krwi, stały się jeszcze wyraźniejsze.
Ciotka Sarah parsknęła, kiedy usłyszała o mojej decyzji specjalizowania
się w siedemnastowiecznej chemii. Jej płomiennorude włosy były widoczną
oznaką porywczości i ostrego języka. Była szczerą, zasadniczą
czarownicą, która natychmiast przejmowała panowanie nad pomieszczeniem,
do którego tylko weszła. Była filarem społeczności Madison i dlatego
często wzywano ją, żeby zażegnała kryzys w miasteczku, mały czy duży.
Byłyśmy teraz w znacznie lepszych stosunkach, odkąd nie musiałam znosić
codziennych dawek jej przenikliwych obserwacji na temat ludzkiej
słabości i nielogiczności.
Co prawda dzieliły nas setki mil, ale Sarah uznała, że moje najnowsze
próby trzymania się z dala od magii są godne śmiechu. I to właśnie mi
oznajmiła.
-?Myśmy to nazywali alchemią -?powiedziała. -?I kryje się w tym mnóstwo
magii.
-?Nie, nieprawda -?zaprotestowałam. Cały sens mojej pracy zasadzał się
na pokazaniu, jak naukowe w gruncie rzeczy były te poszukiwania. -
Alchemia opowiada nam o rozwoju metody eksperymentalnej, a nie
poszukiwaniu magicznego eliksiru, który zamienia ołów w złoto i czyni
ludzi nieśmiertelnymi.
-?Skoro tak mówisz -?odparła z powątpiewaniem Sarah -?ale wybrałaś sobie
bardzo dziwny temat, skoro chcesz uchodzić za człowieka.
Po otrzymaniu doktoratu podjęłam zaciętą walkę o miejsce na wydziale w Yale, jedynym miejscu, które było bardziej angielskie od Anglii. Koledzy
ostrzegali, że mam małe szanse na stały etat. Wyprodukowałam dwie
książki, zebrałam garść nagród i otrzymałam kilka grantów na badania. A potem dostałam etat i udowodniłam wszystkim, że się mylili.
A co najważniejsze, moje życie należało teraz do mnie. Nikt na wydziale,
nawet historycy specjalizujący się w początkach Ameryki, nie skojarzył
mojego nazwiska z pierwszą kobietą z Salem straconą za czary w 1692
roku. Żeby zachować zapracowaną w pocie czoła niezależność, nadal nie
dopuszczałam do swojego życia niczego, co wiązałoby się magią.
Oczywiście zdarzały się wyjątki, jak na przykład ten jeden raz, kiedy
skorzystałam z jednego z czarów Sarah, bo pralka nie chciała przestać
pobierać wody i groziła zalaniem mojego małego mieszkanka przy Wooster
Square. Nikt nie jest idealny.
Teraz, odnotowując moją kolejną wpadkę, wstrzymałam oddech, wzięłam
manuskrypt w obie ręce i umieściłam na podpórkach w kształcie klinów,
które dostarczała biblioteka, żeby chronić cenne książki. Podjęłam
decyzję, że zachowam się jak poważny badacz i potraktuję Ashmole'a nr
782 jak zwykły rękopis. Zignoruję pieczenie w palcach, dziwny zapach i zwyczajnie opiszę zawartość. A potem zdecyduję z zawodową
bezstronnością, czy książka jest dostatecznie obiecująca, by poddać ją
dokładniejszym badaniom. Mimo to palce mi drżały, kiedy rozpinałam małą
mosiężną zapinkę.
Manuskrypt wydał z siebie ciche westchnienie.
Obejrzałam się szybko przez ramię i upewniłam, że sala nadal jest pusta.
Poza tym westchnieniem jedynym dźwiękiem, jaki rozlegał się w czytelni,
było głośne tykanie zegara.
Uznałam, że nie odnotuję faktu, iż "książka westchnęła", włączyłam
laptop i otworzyłam nowy plik. Ta znajoma czynność, którą wykonałam już
setki, jeśli nie tysiące razy, była równie uspokajająca jak schludne
krzyżyki na liście. Wpisałam nazwę i numer rękopisu, skopiowałam tytuł z katalogowego opisu. Przyjrzałam się rozmiarom i oprawie, po czym
opisałam obie rzeczy szczegółowo.
Jedyne, co pozostało, to otworzyć księgę.
Chociaż otworzyłam zapinki, trudno było podnieść okładkę -?jakby
przylgnęła do stronic. Zaklęłam pod nosem i na chwilę położyłam płasko
dłoń na okładce, mając nadzieję, że Ashmole nr 782 po prostu musi mnie
poznać. To nie była właściwie magia, po prostu położyłam rękę na
książce. Poczułam mrowienie w dłoni, podobnie jak mrowiła mnie skóra,
kiedy czarownica na mnie patrzyła, a potem napięcie uszło z manuskryptu.
Wtedy uniesienie okładki nie stanowiło już problemu.
Pierwsza strona była z chropowatego papieru. Na drugim arkuszu,
pergaminowym, widniały słowa: "Antropologia, czyli traktat z krótkim
opisem Człowieka" napisane charakterem pisma Ashmole'a. Schludne,
okrągłe litery były dla mnie równie znajome jak mój własny charakter
pisma. Drugą cześć tytułu: "w dwóch częściach: najpierw Anatomicznej, a potem Psychologicznej" -?dopisano później, ołówkiem. Ten charakter pisma
też wyglądał znajomo, ale nie potrafiłam skojarzyć, skąd go znam. Gdybym
dotknęła liter, może coś by mi to pomogło, ale to było wbrew
bibliotecznym regułom i nie mogłabym udokumentować informacji, które
zebrałyby moje palce. Odnotowałam więc tylko, że posłużono się
atramentem i ołówkiem, że widoczne są dwa charaktery pisma i ustaliłam
prawdopodobne datowania obu napisów.
Kiedy obróciłam pierwszą stronę, pergamin wydał mi się nienaturalnie
ciężki i okazało się, że to on jest źródłem dziwnego zapachu. Nie był po
prostu stary. Woń łączyła w sobie stęchliznę i piżmo w sposób, którego
nie umiałam nazwać. I natychmiast zauważyłam, że z tomu schludnie
wycięto trzy karty.
Wreszcie coś, co można łatwo opisać. Moje place przemknęły po
klawiaturze: "Co najmniej trzy karty usunięto, posługując się liniałem
lub brzytwą". Zerknęłam na grzbiet rękopisu, ale nie potrafiłam się
zorientować, czy brakuje też innych stron. Im bliżej mojego nosa
znajdował się wolumin, tym bardziej jego moc i dziwny zapach mnie
rozpraszały.
Skupiłam się na ilustracji następującej bezpośrednio po usuniętych
kartach. Przedstawiała maleńką dziewczynkę pływającą w przezroczystym,
szklanym naczyniu. Trzymała srebrną różę w jednej ręce i złotą w drugiej. Przy stopach miała maleńkie skrzydełka, krople czerwonego płynu
spadały na jej długie czarne włosy. Pod obrazkiem znajdował się
pogrubiony podpis wykonany czarnym atramentem i wyjaśniał, że to
wizerunek filozoficznego dziecka, alegoria kluczowego kroku w stworzeniu
kamienia filozoficznego, chemicznej substancji, która zapewni
właścicielowi zdrowie, bogactwo i mądrość.
Kolory były jaskrawe i zdumiewająco dobrze zachowane. Artyści dokładali
kiedyś skruszonych kamieni szlachetnych i skał do farb, żeby uzyskać
wyraziste barwy. A sam rysunek skreślił ktoś, kto miał prawdziwy talent.
Musiałam usiąść na dłoniach, żeby nie próbować dowiedzieć się czegoś
więcej, dotykając stronicy to tu, to tam.
Niestety ilustrator mimo ewidentnego talentu całkiem pomieszał
szczegóły. Szklane naczynie powinno być obrócone do góry, nie do dołu.
Dziecko powinno być w połowie czarne i w połowie białe, żeby ukazać jego
hermafrodytyczną naturę. Powinno mieć męskie genitalia i kobiece piersi.
Albo chociaż dwie głowy.
Wizerunki alchemiczne opierały się na alegoriach i słynęły z zawiłości.
Dlatego właśnie je studiowałam, szukając wzorów, które ujawniłyby
systematyczne, logiczne podejście do chemicznej przemiany w czasach
przed układem okresowym pierwiastków. Na przykład wizerunki księżyca
prawie zawsze reprezentowały srebro, słońca zaś odnosiły się do złota.
Kiedy oba te pierwiastki łączyły się, proces ten ukazywano jako ślub. Z czasem rysunki zostały zastąpione przez słowa, które z kolei stały się
gramatyką chemii.
Jednakże ten rękopis podał w wątpliwości moją wiarę w logikę alchemików.
Każda ilustracja miała przynajmniej jedną zasadniczą usterkę i żaden
komentarz nie pomagał nadać temu sensu.
Szukałam czegoś, czegokolwiek, co zgadzałoby się z moją wiedzą na temat
alchemii. W coraz łagodniejszym świetle delikatne ślady pisma pojawiły
się na jednej ze stron. Przechyliłam lampę na biurku, żeby mieć więcej
światła.
Niczego nie znalazłam.
Powoli obróciłam stronę, jakby to był kruchy liść.
Słowa zamigotały i przesunęły się po powierzchni -?setki słów,
niewidzialnych, dopóki nie znalazły się pod właściwym kątem do światła i czytelnika.
Zdusiłam okrzyk zaskoczenia.
Ashmole nr 782 był palimpsestem, rękopisem wewnątrz rękopisu. W czasach,
kiedy pergamin był rzadkością, skrybowie ostrożnie zmywali atrament ze
starych książek i zapisywali nowe teksty na pustych stronach. Często
dawne słowa zaczynały po pewnym czasie wyłaniać się niczym duchy i dało
się je odczytać za pomocą ultrafioletu, który sięgał pod plamy
atramentowe i wydobywał wyblakły tekst, ponownie go ożywiał.
Tyle że tu nie było dość mocnego ultrafioletu, który ujawniłby te ślady.
To nie był zwykły palimpsest. Dawnych zapisków nie zmyto, ale ukryto
jakimś czarem. Dlaczego ktoś zadawałby sobie tyle trudu, żeby
zaczarowywać tekst w alchemicznej księdze? Nawet fachowcy z trudem
odczytywali niejasny język i udziwnione symbole, jakimi posługiwali się
autorzy.
Oderwałam wzrok od ledwie widocznych liter, które za szybko się
przesuwały, żebym mogła je odczytać, i skupiłam się na pisaniu
streszczenia. "Zagadkowe" -?wystukałam na klawiaturze laptopa. "Podpisy
z XV-XVII wieku, ilustracje przeważnie z XV w. Źródło rysunków
prawdopodobnie jeszcze starsze? Mieszanka papieru i welinu. Kolorowe i czarne atramenty, z czego te pierwsze nadzwyczajnej jakości. Ilustracje
dobrze wykonane, ale liczne szczegóły oddano błędnie lub pominięto.
Dotyczy stworzenia kamienia filozoficznego, alchemicznych
narodzin/stworzenia, śmierci, zmartwychwstania i transformacji. Błędna
kopia wcześniejszego rękopisu? Dziwna księga, pełna anomalii".
Zawahałam się i moje palce zatrzymały się nad klawiszami.
Naukowcy robią jedną z dwóch rzeczy, kiedy odkryją informację, która nie
pasuje do tego, co już wiedzą. Albo odsuwają ją na bok, żeby nie
podawała w wątpliwość pielęgnowanych teorii, albo skupiają się na niej z intensywnością lasera i próbują dotrzeć do sedna zagadki. Gdyby księga
nie była zaczarowana, może pokusiłabym się o to drugie podejście, ale
ponieważ rzucono na nią zaklęcie, byłam skłonna wybrać pierwsze.
A kiedy badacz nabiera wątpliwości, zwykle odkłada decyzję na później.
Napisałam ambiwalentną ostatnią linijkę: "Wymaga więcej czasu? Być może
należałoby wrócić do niej później?".
Wstrzymując oddech, delikatnie zamknęłam oprawę. Prądy magii nadal
przepływały przez rękopis, szczególnie silne w okolicy zapięć.
Ulżyło mi, kiedy księga została zamknięta. Wpatrywałam się w Ashmole'a nr 782 przez jeszcze kilka minut. Moje palce kusiło, żeby dotknąć
brązowej skóry. Tym razem jednak oparłam się pokusie, tak jak wcześniej
nie dotknęłam podpisów i ilustracji, żeby dowiedzieć się więcej, niż
ludzki historyk miał prawo twierdzić, że wie.
Ciotka Sarah zawsze mi powtarzała, że magia to dar. Jeśli tak, to nie
był pozbawiony zobowiązań i wiązał mnie ze wszystkimi czarownicami z rodu Bishopów, które żyły przede mną. Taką cenę płaciło się za
posługiwanie się odziedziczoną mocą magiczną i korzystanie z czarów i uroków, składających się na pilnie strzeżony kunszt czarownic.
Otwierając Ashmole'a nr 782, przekroczyłam granicę, która oddzielała
magię od mojej działalności naukowej. Kiedy jednak znowu znalazłam się
po właściwej stronie, jeszcze bardziej niż dotąd zapragnęłam po niej
zostać.
Schowałam laptop i notatki, podniosłam stos manuskryptów, pilnując, żeby
Ashmole nr 782 znalazł się na dole. Na szczęście Gillian nie było przy
biurku, chociaż jej notatki nadal walały się na blacie. Pewnie planowała
pracę do późna i wyszła na kawę.
-?Skończyłaś? -?zapytał Sean, kiedy doszłam do stanowiska odbiorów i zwrotów.
-?Nie całkiem. Chciałabym zarezerwować pierwsze trzy na poniedziałek.
-?A czwartą?
-?Z tą już skończyłam -?odparłam, popychając książkę w jego stronę. -
Możesz ją odesłać do zbiorów.
Sean położył ją na wierzchu stosu z pozostałymi zwrotami. Odprowadził
mnie do schodów, pożegnał się i zniknął za drzwiami wahadłowymi.
Przenośnik taśmowy, który zabierze Ashmole'a nr 782 z powrotem do
wnętrzności biblioteki, ożył z brzękiem.
Omal nie zawróciłam, żeby zatrzymać Seana, ale się powstrzymałam.
Uniosłam rękę, chcąc otworzyć drzwi na parterze, kiedy powietrze naparło
na mnie, jakby biblioteka zacisnęła się wokół mnie. Przez ułamek sekundy
migotało, tak jak strony manuskryptu zamigotały na biurku Seana, a ja
zadrżałam. Na rękach dostałam gęsiej skórki.
Coś się przed chwilą wydarzyło. Coś magicznego.
Odwróciłam się w stronę czytelni diuka Humfreya i niewiele brakowało, a moje stopy ruszyłyby w jej kierunku.
To nic takiego, powiedziałam sobie i zdecydowanym krokiem wyszłam z biblioteki.
Na pewno? -?szepnął od dawna ignorowany przeze mnie głos.
Rozdział 2
Oksfordzkie dzwony wybiły siódmą. Noc nie
nadchodziła po zmroku równie nieśpiesznie, jak to działo się kilka
miesięcy temu, ale przemiana nadal jeszcze trwała. Personel biblioteki
zapalił lampy dopiero trzydzieści minut temu, rozlewając małe sadzawki
złota wśród szarego światła.
Był dwudziesty pierwszy września. Na całym świecie czarownice jadły
wspólny posiłek w wigilię jesiennej równonocy, żeby uczcić Mabona i powitać nieuchronnie zbliżającą się ciemność zimy. Jednak czarownice z Oksfordu będą musiały obejść się beze mnie. Wybrano mnie, żebym
wygłosiła mowę inauguracyjną na ważnej konferencji w następnym miesiącu.
Nadal nie miałam na nią pomysłu i zaczynałam się tym denerwować.
Na myśl, że czarownice mogą teraz jeść gdzieś w Oksfordzie, zaburczało
mi w żołądku. Siedziałam w bibliotece od wpół do dziesiątej rano i miałam tylko krótką przerwę na lunch.
Sean wziął sobie wolny dzień, a osoba pracująca przy odbiorach i zwrotach była nowa. Robiła mi pewne trudności, kiedy zamówiłam mocno
zniszczony manuskrypt, i próbowała mnie przekonać, żebym skorzystała z mikrofilmu. Kierownik czytelni, pan Johnson, usłyszał nas i wyszedł ze
swojego biura, żeby się wtrącić.
-?Proszę wybaczyć, doktor Bishop -?powiedział, poprawiając na nosie
ciężkie okulary w ciemnych oprawkach. -?Jeśli potrzebuje pani skorzystać
z tego rękopisu do swoich badań, to z przyjemnością to pani umożliwimy.
Zniknął, żeby przynieść książkę, do której ograniczono dostęp, i przekazał mi ją, przepraszając za kłopot z powodu utrudnień i nowego
personelu. Zadowolona, że moja pozycja w kręgach naukowych zrobiła
swoje, spędziłam miłe popołudnie na lekturze.
Zdjęłam dwa obciążniki z górnych rogów rękopisu i ostrożnie go
zamknęłam, zadowolona z pracy, jaką wykonałam. Po spotkaniu z zaczarowanym manuskryptem w piątek cały weekend poświęciłam rutynowym
zadaniom zamiast alchemii, żeby odzyskać poczucie normalności.
Wypełniłam formularze z prośbą o zwrot kosztów, opłaciłam rachunki,
napisałam listy polecające i nawet skończyłam recenzję książki. Te
obowiązki przeplatałam bardziej domowymi rytuałami, takimi jak pranie,
picie ogromnych ilości herbaty i wypróbowywanie przepisów z programów
kulinarnych na BBC.
Dzisiejszy dzień zaczęłam wcześnie i przez cały czas starałam się
skupiać na bieżącej pracy, zamiast rozmyślać nad dziwnymi ilustracjami z Ashmole'a nr 782 i tajemniczym palimpsestem. Przyjrzałam się krótkiej
liście nowych zadań, które wyłoniły się podczas pracy tego dnia. Z czterech pytań z listy uzupełniającej trzecie było najłatwiejsze.
Odpowiedź znajdowała się w specjalistycznym periodyku Notes and Queries,
który stał na półce na jednym z regałów sięgającym do wysokiego sufitu w sali. Odsunęłam krzesło, decydując, że odhaczę jedno z zadań przed
wyjściem.
Do wyższych półek w tej części czytelni diuka Humfreya, którą nazywano
Selden End, można było dostać się po zniszczonych schodach prowadzących
na galerię wznoszącą się nad biurkami. Wspięłam się po kręconych
schodach do miejsca, gdzie oprawione w bukram książki stały schludnie w chronologicznym porządku na drewnianych półkach. Najwyraźniej
korzystaliśmy z nich tylko ja i stareńki nauczyciel literatury z Magdalen College. Znalazłam właściwy tom i zaklęłam cicho. Znajdował się
na najwyższej półce, tuż poza moim zasięgiem.
Zaskoczył mnie cichy śmiech. Obejrzałam się, żeby zobaczyć, kto siedzi
przy biurku na drugim końcu galerii, ale nikogo tam nie było. Znowu
słyszałam głosy. Oksford nadal był wymarłym miasteczkiem, a wszyscy
związani z uniwersytetem ludzie wyszli godzinę wcześniej, żeby wypić
przed kolacją kieliszek darmowej sherry w klubie uniwersyteckim. Ze
względu na wiccańskie święto nawet Gillian wyszła późnym popołudniem, po
tym jak po raz ostatni ponowiła swoje zaproszenie i obrzuciła mój stos
lektur spojrzeniem spod zmrużonych powiek.
Rozejrzałam się za drabinką, ale przepadła. W Bibliotece Bodlejańskiej
wiecznie ich brakowało i spokojnie mogłam stracić kwadrans na szukanie
jej, a potem taszczenie na górę, żebym mogła zdjąć tomik. Zawahałam się.
Chociaż natrafiłam na zaczarowaną książkę, oparłam się sporej pokusie
skorzystania z magii w tamten piątek. Poza tym nikt mnie nie zobaczy.
Mimo tych racjonalizacji przeszedł mnie dreszcz niepokoju. Rzadko
łamałam zasady i skrupulatnie zapamiętywałam wszystkie sytuacje, które
zmusiły mnie do skorzystania z magii. To był piąty raz w tym roku,
łącznie z rzuceniem zaklęcia na psującą się pralkę i dotknięciem
Ashmole'a nr 782. Nie tak źle jak na koniec września, ale też nie był to
mój najlepszy wynik.
Odetchnęłam głęboko, uniosłam rękę i wyobraziłam sobie w niej książkę.
Tom nr 19 Notes and Queries przesunął się do tyłu o cztery cale,
pochylił pod kątem, jakby ciągnęła go niewidzialna ręka, i spadł mi na
dłonie ze stłumionym odgłosem. Zaraz potem otworzył się na potrzebnej mi
stronie.
Zajęło mi to wszystko trzy sekundy. Odetchnęłam znowu, żeby pozbyć się
poczucia winy. Nagle między moimi łopatkami pojawiły się dwa lodowate
punkty.
Ktoś mnie widział i nie był to zwykły, ludzki obserwator.
Kiedy jedna czarownica przygląda się drugiej, jej spojrzenie wywołuje
mrowienie. Jednakże czarownice nie są jedynymi bytami dzielącymi świat z ludźmi. Istnieją także demony -?twórcze istoty o artystycznym zacięciu,
które balansują między szaleństwem a geniuszem. "Gwiazdy rocka i seryjni
mordercy", tak opisywała te dziwne, wprawiające w zakłopotanie istoty
moja ciotka. I są jeszcze wampiry, starożytne i piękne, które żywią się
krwią i całkowicie cię zauroczą, o ile wcześniej cię nie zabiją.
Kiedy demon patrzy, odbieram to jak delikatne, wytrącające z równowagi
wrażenie podobne do muśnięcie pocałunku.
Jednakże kiedy patrzy wampir, pojawia się skupione wrażenie zimna i niebezpieczeństwa.
Przejrzałam w myślach listę czytelników w skrzydle diuka Humfreya. Bywał
tam pewien wampir, podobny do cherubina mnich, który ślęczał nad
średniowiecznymi mszałami i modlitewnikami jak zakochany. Tyle że
wampiry nieczęsto spotyka się w salach z rzadkimi okazami. Czasem
któryś, ulegając próżności i nostalgii, przychodzi powspominać, ale to
rzadkie przypadki.
O wiele częściej można spotkać w bibliotece czarownice i demony. Była tu
dzisiaj Gillian Chamberlain i studiowała swój papirus ze szkłem
powiększającym. A w czytelni muzycznej siedziały niewątpliwie dwa
demony. Podniosły wzrok jak oszołomione, kiedy przechodziłam tamtędy w drodze do księgarni Blackwell na herbatę. Jeden poprosił, żebym
przyniosła mu latte, co wskazywało, jak bardzo pogrążył się w szaleństwie, które w danej chwili go ogarnęło.
Nie, to wampir mnie teraz obserwował.
Natknęłam się na kilka wampirów, ponieważ zajmuję się dziedziną, w której stykam się z naukowcami, a w laboratoriach na całym świcie
wampirów jest w bród. Nauka wynagradza długie studia i cierpliwość. A ponieważ naukowcy pracują zwykle w samotności, wątpliwe było, żeby ktoś
ich rozpoznał z wyjątkiem najbliższych współpracowników. To bardzo
ułatwiało życie, które trwa kilka wieków zamiast kilku dziesięcioleci.
W obecnych czasach wampiry chętnie gromadziły się przy akceleratorach
cząstek elementarnych, projektach mających na celu rozszyfrowanie
genomu, w laboratoriach biologii molekularnej. Kiedyś przyciągały ich
alchemia, anatomia i elektryczność. Jeśli coś wybuchało, dotyczyło krwi
albo obiecywało odkryć tajemnice wszechświata, to z pewnością w pobliżu
kręcił się jakiś wampir.
Ścisnęłam mój nienaturalnie zdobyty egzemplarz Notes and Queries i odwróciłam się do obserwatora. Stał w cieniach na drugim końcu sali
przed księgozbiorem podręcznym z paleografii i opierał się o jeden z wdzięcznych, drewnianych słupów galerii. Trzymał w rękach otwarty
egzemplarz Przewodnika po rodzajach pisma stosowanych w zapisie
odręcznym języka angielskiego do roku 1500 Jane Roberts.
Nigdy w życiu nie widziałam tego wampira, ale byłam przekonana, że nie
potrzebuje wskazówek, jak odczytać dawne zapiski.
Każdy, kto czytał bestsellery albo chociaż oglądał telewizję, wie, że
wampiry są oszałamiające, ale nic nie przygotowuje człowieka na ujrzenie
wampira na żywo. Ich rysy są tak wycyzelowane, jakby wyrzeźbił je
genialny rzeźbiarz. Każdy ich ruch jest pełen gracji, każde słowo brzmi
jak muzyka. Ich oczy urzekają -?właśnie w ten sposób zniewalają swoje
ofiary. Jedno spojrzenie, kilka cichych słów, dotyk. Kiedy już wpadniesz
w sidła wampira, nie masz szans.
Patrząc na tego wampira, ogarnięta najgorszymi przeczuciami zdałam sobie
sprawę, że niestety moja wiedza na temat jego rodzaju jest w większości
teoretyczna. Mało z niej mogłam wykorzystać teraz, kiedy natknęłam się
na wampira w Bibliotece Bodlejańskiej.
Jedyny wampir, z którym łączyła mnie więcej niż przelotna znajomość,
pracował w akceleratorze cząstek w Szwajcarii. Jeremy był drobny i prześliczny, miał włosy w kolorze jasnoblond, niebieskie oczy i zaraźliwy śmiech. Przespał się z większością kobiet z kantonu
genewskiego i teraz metodycznie zaliczał mieszkanki Lozanny. Nigdy nie
chciałam zbyt dokładnie wnikać w to, co robił z nimi po tym, jak je
uwiódł, i odrzucałam jego uporczywe zaproszenia na drinka. Zawsze
uważałam, że jest dobrym reprezentantem swojego rodzaju, jednak w porównaniu z wampirem, który stał przede mną, robił wrażenie
wychudzonego, niezdarnego i bardzo, bardzo młodego.
Ten był wysoki -?widziałam, że ma dobrze ponad sześć stóp wzrostu, mimo
że patrzyłam na niego z góry, z galerii i perspektywa ta nieco
utrudniała ocenę. I zdecydowanie nie był drobnej budowy. Miał szerokie
ramiona, szczupłe biodra i smukłe, muskularne nogi. Jego dłonie były
zdumiewająco długie i zręczne, oznaka delikatności, która sprawiała, że
powracało się do nich wzrokiem, żeby zorientować się, jak mogą należeć
do tak rosłego mężczyzny.
Kiedy ja przyglądałam się jemu, on wbijał wzrok we mnie. Z tej
odległości jego oczy wydawały się czarne jak noc; spoglądały spod równie
czarnych brwi, z których jedna był uniesiona w sposób kojarzący się ze
znakiem zapytania. Jego twarz była rzeczywiście olśniewająca, składała
się z wyrazistych płaszczyzn i linii, miała wysokie kości policzkowe i mocne łuki brwiowe ocieniające oczy. Nad podbródkiem znajdował się jeden
z nielicznych miękkich elementów jego twarzy -?szerokie usta, które
podobnie jak smukłe ręce, nie pasowały do reszty.
Jednakże to nie fizyczna perfekcja była najbardziej niepokojącą u niego
cechą. Niebezpieczne połączenie siły, zręczności i żywej inteligencji
było wręcz namacalne mimo odległości. W czarnych spodniach i miękkim
szarym swetrze, ze strzechą czarnych włosów odgarniętych z czoła i krótko przyciętych na karku, wyglądał jak pantera, która w każdej chwili
może zaatakować, ale się z tym nie śpieszy.
Uśmiechnął się. To był drobny, uprzejmy uśmiech, w którym nie odsłaniał
zębów. Mimo to i tak byłam ich boleśnie świadoma, kryjących się w idealnie prostych, ostrych rzędach za bladymi wargami.
Już sama myśl o zębach sprawiła, że adrenalina wypełniła mi żyły i poczułam mrowienie w palcach. Nagle byłam w stanie pomyśleć jedynie:
"NATYCHMIAST wynoś się stąd!".
Miałam wrażenie, że schody znajdują się dalej niż tylko cztery kroki,
których potrzebowałam, żeby do nich dotrzeć. Zbiegłam na niższy poziom,
potknęłam się na ostatnim stopniu i wpadłam prosto w czekające na mnie
wampirze ramiona.
Oczywiście dotarł do podnóża schodów przede mną.
Jego palce były zimne, a ramiona wydawały się twardsze niż ciało i kość.
Zapach goździków, cynamonu i czegoś, co kojarzyło mi się z kadzidłem,
wypełnił powietrze. Postawił mnie, podniósł z podłogi egzemplarz Notes
and Queries i podał mi go z płytkim ukłonem.
-?Doktor Bishop, jak mniemam?
Trzęsąc się od stóp do głów, skinęłam głową.
Długie, blade place jego prawej ręki sięgnęły do kieszeni i wyciągnęły
niebiesko-białą wizytówkę. Podał mi ją.
-?Matthew Clairmont.
Złapałam wizówkę za krawędź, uważając, żeby przy okazji nie dotknąć jego
palców. Znajome logo Uniwersytetu Oksfordzkiego z trzema koronami i otwartą księgą znajdowało się obok nazwiska Clairmonta, przed którym
ciągnął się sznur liter, wskazujących, że już należy do Towarzystwa
Królewskiego.
Nie najgorzej jak na kogoś, kto wygląda na mężczyznę przed
czterdziestką, chociaż domyślałam się, że tak naprawdę ma co najmniej
dziesięć razy więcej lat.
Jeśli chodzi o jego specjalność, to nie zdziwiłam się, gdy wampir okazał
się profesorem biochemii związanym z oksfordzkim wydziałem neuronauk i szpitalem imienia Johna Radcliffe'a. Krew i anatomia, dwa ulubione
przedmioty wampirów. Na wizytówce umieszczono trzy numery laboratoriów
oprócz numeru do biura i adresu e-mailowego. Może i nie spotkałam go do
tej pory, ale z pewnością skontaktowanie się z nim nie należało do
rzeczy trudnych.
-?Profesorze Clairmont -?wykrztusiłam, zanim słowa ugrzęzłyby mi w gardle. Zdusiłam chęć ucieczki z krzykiem.
-?Nie poznaliśmy się dotąd -?dodał z dziwnym akcentem.
Mówił jak ktoś z Oksfordu, ale z pewną miękkością, której nie potrafiłam
umiejscowić. Jego oczy, których nie odrywał ode mnie, wcale nie były
ciemne, jak się przekonałam. Rozszerzone źrenice otaczał okruch
szaro-zielonej tęczówki. Ich wpływowi nie sposób było się oprzeć i odkryłam, że nie potrafię odwrócić wzroku.
Usta wampira znowu się poruszyły.
-?Ogromnie podziwiam pani pracę.
Wytrzeszczyłam oczy. To nie było niemożliwe, że profesor biochemii
zainteresował się badaniami nad siedemnastowieczną alchemią, ale
wydawało się wysoce mało prawdopodobne. Poprawiłam kołnierzyk białej
koszuli i rozejrzałam się po sali. Byliśmy w niej sami. Nie było nikogo
przy dębowym katalogu ani przy niedalekim rzędzie komputerów. Ktokolwiek
pracował przy stanowisku odbiorów i zwrotów, to znajdował się za daleko,
żeby mi pomóc.
-?Pani artykuł na temat symboliki kolorów w transformacji alchemicznej
uznałem za fascynujący, a pani pracę na temat podejścia Roberta Boyle'a do problemów sprężania i rozprężania za całkiem przekonującą -
kontynuował gładko Clairmont, jakby przywykł do tego, że jest jedynym
aktywnym uczestnikiem rozmowy. -?Nie skończyłem jeszcze pani najnowszej
książki na temat nauczania w dziedzinie alchemii, ale ogromnie mi się
podoba.
-?Dziękuję -?szepnęłam.
Jego wzrok przesunął się z moich oczu na gardło.
Przestałam bawić się guzikami przy szyi.
Nienaturalne oczy wampira z powrotem spojrzały mi w twarz.
-?Ma pani cudowny dar ożywiania przeszłości dla swoich czytelników. -
Uznałam to za komplement, ponieważ wampir wiedziałby, gdybym się myliła.
Clairmont zrobił pauzę. -?Mogę zaprosić panią na kolację?
Rozdziawiłam usta. Kolację? Może nie zdołam uciec przed nim z biblioteki, ale nie było powodu, żeby przedłużać to spotkanie o kolację,
zwłaszcza że on jej nie zje ze względu na specyfikę swojej diety.
-?Mam już plany -?odpowiedziałam obcesowo, nie potrafiąc w rozsądny
sposób wyjaśnić, na czym owe plany polegają. Matthew Clairmont musiał
wiedzieć, że jestem czarownicą i ewidentnie nie świętowałam jesiennej
równonocy.
-?Ogromna szkoda -?mruknął z leciutkim uśmieszkiem. -?Może innym razem.
Spędzi pani ten rok w Oksfordzie, prawda?
Towarzystwo wampira zawsze jest niepokojące, a goździkowy zapach
Clairmonta przypominał mi woń Ashmole'a nr 782. Nie byłam w stanie
zebrać myśli, więc tylko skinęłam głową. Tak było bezpieczniej.
-?Tak myślałem. Na pewno nasze drogi jeszcze się zejdą. Oksford to małe
miasteczko.
-?Bardzo małe -?przytaknęłam, żałując, że nie wybrałam sobie Londynu.
-?W takim razie do zobaczenia, doktor Bishop. Miło było panią poznać. -
Clairmont wyciągnął dłoń.
Nie licząc momentu, kiedy zerknął na mój kołnierzyk, jego wzrok ani razu
nie oderwał się od moich oczu. Myślę, że nawet ani razu nie mrugnął.
Zebrałam wszystkie siły, żeby nie być pierwszą, która odwróci wzrok.
Wyciągnęłam rękę i zawahałam się, nim uścisnęłam mu dłoń. Odpowiedział
przelotnym uściskiem i zaraz zabrał rękę. Odsunął się, uśmiechnął, a potem zniknął w ciemnościach najstarszej części biblioteki.
Stałam, dopóki moje zimne ręce nie odzyskały zdolności swobodnego ruchu,
a potem wróciłam do swojego biurka i wyłączyłam laptopa. Egzemplarz
Notes and Queries pytał mnie oskarżycielsko, czemu zawracałam sobie
głowę jego przynoszeniem, jeśli nie zamierzałam go przejrzeć. Lista
zadań była równie pełna wyrzutów. Oderwałam kartkę z nią z notesu,
zgniotłam i wyrzuciłam do wiklinowego kosza pod biurkiem.
-?Wystarczy już nieszczęść na jeden dzień -?mruknęłam pod nosem.
Pracownik czytelni na wieczornej zmianie zerknął na zegarek, kiedy
oddawałam manuskrypty.
-?Wychodzi pani wcześniej, doktor Bishop?
Skinęłam głową, zaciskając usta, żeby nie zapytać, czy wie, że przy
księgozbiorze podręcznym z paleografii kręcił się wampir.
Wziął stos kartonowych pudeł z manuskryptami.
-?Będzie ich pani potrzebować jutro?
-?Tak -?szepnęłam. -?Jutro.
Dopełniłam ostatnich nakazów dobrego wychowania obowiązujących
wychodzącego z biblioteki badacza i wreszcie byłam wolna. Moje buty
stukały na podłogach wyłożonych linoleum, dźwięk odbijał się echem od
kamiennych ścian, kiedy wychodziłam pośpiesznie przez ażurowe drzwi
czytelni, mijałam książki chronione przez aksamitne sznury przed
ciekawskimi palcami, schodziłam zniszczonymi drewnianymi schodami na
zamknięty prostokąt dziedzińca. Oparłam się o metalową poręcz wokół
odlanego z brązu posągu Williama Herberta i nabrałam w płuca chłodnego
powietrza, usiłując pozbyć się z nozdrzy śladu aromatu goździków i cynamonu.
Nocami w Oksfordzie zawsze czaiły się różne strachy, powiedziałam sobie
surowo. Teraz wiem, że w miasteczku jest jeden wampir więcej.
* * *
Bez względu na to, co wmawiałam sobie na dziedzińcu, wracałam do domu
szybciej niż zwykle. Mrok na New College Lane był upiorną propozycją
nawet w najlepszych chwilach. Przesunęłam kartę czytelnika przez czytnik
przy tylnym wejściu do New College i poczułam, jak część napięcia znika
z mojego ciała, kiedy furtka zamknęła się za mną ze szczękiem. Jakby
każde drzwi i mury, jakie dzieliły mnie od biblioteki, w jakiś sposób
zwiększały moje bezpieczeństwo. Przemknęłam pod oknami kaplicy i wąskim
przejściem na dziedziniec, z którego rozciągał się widok na jedyny
średniowieczny ogród, jaki zachował się w Oksfordzie, w którym nie
zabrakło nawet tradycyjnego pagórka, niegdyś oferującego studentom
możliwość kontemplowania tajemnic Boga i natury. Tego wieczoru iglice i łuki kolegium wydawały mi się szczególnie gotyckie i nie mogłam się
doczekać, kiedy znajdę się wreszcie wśród czterech ścian.
Kiedy drzwi mojego mieszkania zamknęły się za mną, westchnęłam z ulgą.
Mieszkałam na końcu jednej z klatek schodowych dla kadry uniwersyteckiej
w kwaterach zarezerwowanych dla wizytujących absolwentów. Moje pokoje -
obejmujące sypialnię, pokój dzienny z okrągłym jadalnianym stołem oraz
przyzwoitą, choć małą kuchnię -?były ozdobione starodrukami i robiącą
przytulne wrażenie boazerią. Wszystkie meble wyglądały, jakby w poprzednim wcieleniu stały w klubach dla wykładowców i w domu dziekana,
większość była w stylu z końca XIX wieku i niemiłosiernie zdarta.
W kuchni włożyłam dwie kromki chleba do tostera i nalałam sobie szklankę
chłodnej wody. Wypiłam ją łapczywie, otwierając okno, żeby wpuścić
chłodne powietrze do dusznych pomieszczeń.
Niosąc przekąskę do pokoju dziennego, zrzuciłam buty i włączyłam mały
zestaw stereo. Czyste dźwięki Mozarta wypełniły powietrze. Kiedy
usiadłam na jednej z obitych rdzawoczerwonym materiałem sofie,
zamierzałam odpocząć kilka minut, a potem wykąpać się i przejrzeć
notatki z dnia.
O wpół do czwartej nad ranem obudziłam się z walącym sercem, sztywną
szyją i silnym posmakiem goździków w ustach.
Nalałam sobie świeżą szklankę wody i zamknęłam kuchenne okno. Zrobiło
się chłodno. Zadrżałam pod dotykiem wilgotnego powietrza.
Zerknęłam na zegarek, porachowałam szybko i zdecydowałam, że zadzwonię
do domu. Tam było dopiero wpół do jedenastej, a Sarah i Em były
stworzeniami równie nocnymi jak nietoperze. Wędrując po pokojach,
pogasiłam wszystkie światła poza tym w sypialni i wzięłam komórkę.
Wyskoczyłam z brudnych ubrań w kilka minut -?jak można tak się wybrudzić
w bibliotece? -?i wskoczyłam w stare spodnie do jogi i czarny sweter z rozciągniętym kołnierzykiem. Były wygodniejsze od każdej piżamy.
Łóżko było przyjemne i solidne pode mną, co pokrzepiło mnie na duchu w takim stopniu, że prawie wmówiłam sobie, że telefon do domu nie jest
konieczny. Kiedy jednak woda nie zdołała zmyć śladów goździków z mojego
języka, wybrałam numer.
-?Czekałyśmy na twój telefon. -?Były to pierwsze słowa, jakie
usłyszałam.
Czarownice.
Westchnęłam.
-?Sarah, u mnie wszystko w porządku.
-?Wszystko wskazuje na coś wręcz przeciwnego. -?Jak zwykle młodsza
siostra mojej matki nie zamierzała owijać w bawełnę. -?Tabitha była
nerwowa cały wieczór, Em odebrała bardzo wyraźny obraz ciebie zagubionej
nocą w lesie, a ja nie byłam w stanie nic zjeść od śniadania.
Prawdziwym problemem był ten przeklęty kot. Tabitha była dzieckiem Sarah
i wychwytywała każde napięcie w rodzinie z upiorną precyzją.
-?Naprawdę nic mi nie jest. Zaliczyłam niespodziewane spotkanie w bibliotece dziś wieczorem, to wszystko.
Szczękniecie w telefonie podpowiedziało mi, że Em podniosła słuchawkę
drugiego aparatu.
-?Dlaczego nie obchodzisz Święta Mabon?
Emily Mather stanowiła część mojego świata, odkąd sięgam pamięcią. Ona i Rebecca Bishop poznały się jako uczennice szkoły średniej, kiedy
pracowały latem na Plimoth Plantation, gdzie wykopywały dziury i pchały
taczki dla archeologów. Zostały najlepszymi przyjaciółkami, a potem
oddanymi przyjaciółkami korespondencyjnymi, kiedy Emily poszła do
college'u Vassar, a moja matka na Harvard. Potem obie spotkały się
ponownie w Cambridge, gdzie Em podjęła pracę w bibliotece dla dzieci. Po
śmierci moich rodziców Em zaczęła spędzać długie weekendy w Madison, co
doprowadziło ją do znalezienia sobie nowej pracy w miejscowej szkole
podstawowej. Ona i Sarah stały się nierozłączne, chociaż Em zachowała
własne mieszkanie i obie strasznie pilnowały, żebym nigdy nie widziała,
jak razem idą do sypialni, kiedy dorastałam. To nie zwiodło ani mnie,
ani sąsiadów, ani żadnego innego mieszkańca miasteczka. Wszyscy
traktowali je jak parę, którą były, bez względu na to, gdzie sypiały.
Kiedy wyprowadziłam się z domu Bishopów, Em się wprowadziła i tak już
zostało. Jak moja matka i ciotka, Em także wywodziła się z rodziny z długimi, magicznymi tradycjami.
-?Zaproszono mnie na przyjęcie w covenie, ale wolałam popracować.
-?Czarownica z Brym Mawr zaprosiła cię?
Em interesowała się filolożką głównie z tego powodu (co wydało się po
sporej ilości wina pewnej letniej nocy), że spotykała się kiedyś z matką
Gillian. "To były lata sześćdziesiąte" -?tylko tyle Em była skłonna
powiedzieć.
-?Tak -?odpowiedziałam z udręką. Obie były przekonane, że przejrzę na
oczy i zacznę traktować magię poważnie, kiedy już zdobyłam etat. Nic nie
było w stanie sprawić, żeby zwątpiły w spełnienie swoich pobożnych
życzeń, i zawsze ekscytowały się, kiedy stykałam się z jakąś czarownicą.
-?Spędziłam jednak wieczór z Eliasem Ashmole'em.
-?Kto to? -?zapytała ciotkę Sarah Em.
-?No wiesz, ten martwy gość, który kolekcjonował książki o alchemii -
padła stłumiona odpowiedź.
-?Nadal tu jestem, moje drogie -?zawołałam do telefonu.
-?To kto ci tak zagrał na nerwach? -?zapytała Sarah.
Ponieważ obie były czarownicami, ukrywanie przed nimi czegokolwiek nie
miało sensu.
-?Spotkałam w bibliotece wampira. Nigdy wcześniej go nie widziałam,
nazywa się Matthew Clairmont.
Po stronie Em zapadło milczenie, kiedy w myślach kartkowała spis
sławnych bytów. Sarah też przez chwilę milczała, zastanawiając się, czy
nie wybuchnąć.
-?Mam nadzieję, że łatwiej się go pozbyć niż tych demonów, które masz
zwyczaj przyciągać -?rzuciła ostro.
-?Demony nie naprzykrzały mi się, odkąd przestałam grać.
-?Nie, był jeszcze ten demon, który łaził za tobą do Beinecke Library,
kiedy zaczęłaś pracę w Yale -?poprawiła mnie Em. -?Kręcił się po ulicy i poszedł cię szukać.
-?Był niezrównoważony emocjonalnie -?zaprotestowałam. Tak jak rzucenia
jednego zaklęcia na pralkę, tak samo faktu, że w jakiś sposób zwróciłam
uwagę jednego, ciekawskiego demona, nie powinno wyciągać się przeciwko
mnie.
-?Przyciągasz byty jak kwiat pszczoły. Tyle że demony nie są nawet w połowie tak niebezpieczne jak wampiry. Trzymaj się z dala od niego -
wycedziła Sarah.
-?Nie mam powodu go szukać. -?Moje ręce znowu powędrowały do mojej szyi.
-?Nic nas nie łączy.
-?Nie w tym rzecz -?powiedziała Sarah, podnosząc głos. -?Czarownice,
wampiry i demony nie powinny się mieszać. Sama to wiesz. To zwiększa
ryzyko, że ludzie nas dostrzegą. Żaden demon i wampir nie jest wart
takiego ryzyka. -?Jedyne byty na świecie, jakie Sarah traktowała
poważnie, to pozostałe czarownice. Ludzie byli dla niej nieszczęsnymi
małymi istotkami niedostrzegającymi otaczającego ich świata. Demony były
wiecznymi nastolatkami, którym nie można ufać. Wampiry plasowały się
dużo poniżej kotów i co najmniej jeden stopień niżej niż kundle w jej
hierarchii stworzeń.
-?Już mi mówiłaś, jakie są zasady.
-?Nie wszyscy ich przestrzegają, skarbie -?wtrąciła się Em. -?Czego
chciał?
-?Powiedział, że interesuje się moją pracą. Ale on jest naukowcem, więc
trudno w to uwierzyć. -?Bawiłam się kołdrą na łóżku. -?Zaprosił mnie na
kolację.
-?Kolację? -?Sarah nie wierzyła własnym uszom.
Em tylko się roześmiała.
-?Niewiele pozycji w restauracyjnym menu może zainteresować wampira.
-?Z pewnością więcej go nie zobaczę. Sądząc po jego wizytówce, prowadzi
trzy laboratoria i ma dwa etaty na uniwersytecie.
-?Typowe -?mruknęła Sarah. -?Tak to jest, kiedy ma się za dużo czasu. I przestań skubać tę kołdrę, bo zrobisz w niej dziurę. -?Włączyła radar
czarownicy na pełną moc i teraz nie tylko mnie słyszała, ale i widziała.
-?Przecież nie okrada z oszczędności staruszek i nie roztrwania majątków
innych ludzi, spekulując na giełdzie -?zaprotestowałam. Fakt, że wampiry
uchodziły za bajecznie bogate, nieodmiennie drażnił Sarah. -?Jest
biochemikiem i swego rodzaju lekarzem, zajmuje się mózgiem.
-?To na pewno fascynujące, Diano, ale czego on chciał? -?Sarah
odpowiedziała na moją irytację zniecierpliwieniem: szybka wymiana
ciosów, którą opanowały wszystkie kobiety z rodziny Bishopów.
-?Z pewnością nie chodzi mu o kolację -?orzekła z przekonaniem Em.
Sarah prychnęła.
-?Czegoś chciał. Wampiry i czarownice nie umawiają się na randki. Chyba
że zaplanował na kolację ciebie. Niczego nie uwielbiają tak bardzo jak
krwi czarownic.
-?Może był ciekawy. Albo naprawdę podobają mu się twoje prace. -?Em
powiedziała to z takim powątpiewaniem, że musiałam się roześmiać.
-?W ogóle nie rozmawiałybyśmy o tym, gdybyś zastosowała podstawowe
środki ostrożności -?rzuciła cierpko Sarah. -?Wystarczyłoby rzucić czar
ochronny, skorzystać z daru jasnowidzenia i...
-?Nie będę korzystała z magii i czarów, żeby się dowiedzieć, dlaczego
wampir zaprosił mnie na kolację -?odpowiedziałam stanowczo. -?To nie
podlega żadnej dyskusji.
-?Więc nie dzwoń do nas, oczekując odpowiedzi, skoro nie chcesz ich
słuchać -?Popędliwość, z której Sarah słynęła, wzięła w niej górę.
Rozłączyła się, zanim zdążyłam wymyślić odpowiedź.
-?Ona naprawdę martwi się o ciebie -?powiedziała przepraszająco Em. -?I nie rozumie, dlaczego nie korzystasz ze swoich darów nawet dla własnej
ochrony.
Bo te dary mają swoją cenę, jak już wcześniej tłumaczyłam. Spróbowałam
raz jeszcze.
-?Jeśli dzisiaj skorzystam z czarów, żeby bronić się przed wampirem w bibliotece, to znajdę się na prostej drodze do tego, żeby jutro obronić
się przed trudnym pytaniem na wykładzie. Wkrótce zacznę wybierać tematy
prac, wiedząc z góry, jak potoczą się badania, i ubiegać się o granty,
które z pewnością otrzymam. To dla mnie ważne, że sama zapracowałam na
swoją reputację. Jeśli zacznę korzystać z magii, nic nie będzie w pełni
do mnie należało. Nie chcę zostać następną czarownicą z rodu Bishopów. -
Otworzyłam usta, żeby powiedzieć Em o Ashmole'u nr 782, ale z jakiegoś
powodu je zamknęłam.
-?Wiem, wiem, skarbie -?mruknęła kojąco Em. -?Rozumiem to. Ale Sarah nic
na to nie poradzi, że się martwi o twoje bezpieczeństwo. Jesteś jej
jedyną rodziną.
Przeczesałam palcami włosy i moja dłoń zatrzymała się przy skroni. Tego
typu rozmowy zawsze prowadziły do moich rodziców. Zawahałam się, nie
chcąc wspominać o jeszcze jednej alarmującej kwestii.
-?Co to takiego? -?zapytała Em, wyczuwając szóstym zmysłem mój niepokój.
-?Wiedział, jak się nazywam. Pierwszy raz go spotkałam, a on wiedział,
kim jestem.
Em rozważyła możliwości.
-?Twoje zdjęcie jest na okładce twojej najnowszej książki, prawda?
Z cichym świstem wypuściłam powietrze. Nawet nie zdawałam sobie sprawy,
że wstrzymuję oddech.
-?Tak. To pewnie to. Zachowuję się niemądrze. Możesz ucałować ode mnie
Sarah?
-?Pewnie. Ach, Diano? Uważaj na siebie. Angielskie wampiry mogą nie
zachowywać się tak grzeczne jak amerykańskie w kontaktach z czarownicami.
Uśmiechnęłam się, myśląc o oficjalnym ukłonie Matthew Clairmonta.
-?Dobrze. Ale nie martw się. Pewnie więcej go nie zobaczę.
Em milczała.
-?Em? -?Spróbowałam pociągnąć ją za język.
-?Czas pokaże.
Em nie była tak dobra w widzeniu przyszłości, jak podobno była moja
matka, ale coś ją dręczyło. Przekonanie czarownicy, żeby podzieliła się
mglistym przeczuciem, było praktycznie niemożliwe. Nie powie mi, co ją
tak martwi w Matthew Clairmoncie. Na razie.
Rozdział 3
Wampir przysiadł na górze szerokiego,
łukowatego łącznika przerzuconego nad New College Lane i łączącego dwie
części Hertford College. Plecami opierał się o zerodowaną kamienną
ścianę jednego z nowszych budynków kolegium, stopy położył na dachu.
Pojawiła się czarownica. Zdumiewająco pewnym krokiem szła po nierównych
płytach chodnika przed gmachem Biblioteki Bodlejańskiej. Przechodząc pod
miejscem, w którym siedział, przyśpieszyła kroku. Podenerwowanie
odmładzało ją i podkreślało jej bezbronność.
Zatem tak wygląda ta sławna historyczka, pomyślał z przekąsem Matthew,
wspomniawszy jej życiorys. Widział wcześniej jej zdjęcie, lecz mimo to -
zważywszy na jej dokonania naukowe -?spodziewał się, że będzie starsza.
Mimo wyraźnego poruszenia szła wyprostowana, z wyprężonymi ramionami.
Może wcale nie będzie jej tak łatwo zastraszyć, jak na to liczył.
Zachowanie czarownicy w bibliotece też to sugerowało. Spojrzała mu w oczy bez cienia lęku, jaki przywykł dostrzegać u wszystkich, którzy nie
byli wampirami -?a także wielu takich, którzy nimi byli.
Kiedy zniknęła za rogiem, przemknął po dachach do muru New College i bezszelestnie zsunął się na teren kolegium. Znając rozkład budynków,
domyślał się, gdzie znajduje się zajmowane przez Bishop lokum, zanim
więc dotarła do schodów, on zdążył się już ukryć w cieniu bramy
naprzeciw wejścia.
Patrzył, jak krząta się po mieszkaniu, przechodzi z pokoju do pokoju,
włącza światło. Uchyliła okno w kuchni i gdzieś zniknęła.
To mi oszczędzi konieczności wybijania szyb, pomyślał. Albo otwierania
drzwi wytrychem.
Przebiegł przez odsłoniętą przestrzeń i wspiął się po ścianie jej
budynku; jego dłonie i stopy bez trudu znajdowały pewne chwyty i stopnie
w spojonym starą zaprawą murze, wspomagając się miedzianą rynną i grubymi łodygami dzikiego wina. Znalazł sobie nowy punkt obserwacyjny, z którego wyraźnie czuł charakterystyczny zapach czarownicy i słyszał
szelest odwracanych stronic. Wyciągnął szyję i zajrzał przez okno do
środka.
Bishop czytała. Matthew zdał sobie sprawę, że w chwili spokoju jej twarz
wygląda zupełnie inaczej -?jakby skóra idealnie układała się na
skrywających się pod nią kościach. Głowa opadła jej lekko i znużona
czarownica z westchnieniem osunęła się na poduszki. Chwilę potem miarowy
oddech zasygnalizował, że zasnęła.
Zwiesił się na rękach, podciągnął nogi i wśliznął się przez okno do
kuchni. Minęło wiele czasu, odkąd ostatni raz zakradał się do mieszkania
kobiety, zresztą nawet dawniej zdarzało się to rzadko i zazwyczaj w okresach wyjątkowego zadurzenia. Tym razem powód był zupełnie inny -
chociaż gdyby został przyłapany, miałby niewąski problem z wytłumaczeniem, o co chodzi.
Musiał sprawdzić, czy Ashmole nr 782 wciąż znajduje się w posiadaniu
Bishop. Nie udało mu się porządnie przeszukać jej biurka w bibliotece,
ale szybki rzut oka pozwolił mu stwierdzić, że dzisiaj raczej nie
korzystała z tego akurat manuskryptu. Nie było jednak mowy o tym, żeby
czarownica, w dodatku z Bishopów, po prostu odesłała taki wolumin na
półkę.
Bezszelestnym krokiem przemierzył małe mieszkanko. Księgi nie było ani w łazience, ani w sypialni. Przekradł się obok sofy, na której spała
czarownica. Jej powieki drgały gwałtownie, jakby oglądała film. Jedną
dłoń zacisnęła w pięść, jej nogi co jakiś czas podrygiwały, za to twarz
pozostała spokojna, zupełnie nieporuszona tym, co robiło ciało.
Coś tu było nie w porządku. Matthew wyczuwał to od początku, od
pierwszej chwili, gdy zobaczył Bishop w bibliotece. Obserwował ją teraz
ze skrzyżowanymi na piersi ramionami, ale nadal nie potrafił dojść, o co
chodzi. Nie pachniała tak jak inne czarownice: lulkiem, siarką, szałwią.
Ona coś ukrywa, pomyślał. Coś więcej niż zaginiony rękopis.
Odwrócił się i rozejrzał w poszukiwaniu stołu, przy którym pracowała.
Nietrudno było go wypatrzyć: był zawalony książkami i papierami -?i tam
też najprawdopodobniej porzuciła wykradzioną księgę. Zrobił krok w jego
stronę... i nagle poczuł zapach elektryczności. Zamarł w bezruchu.
Ciało Diany Bishop ociekało światłem: blask sączył się z obrysu jej
sylwetki, emanował z porów skóry, błękitny, lecz zarazem tak blady, że
niemal biały. Światło utworzył lśniący obłok wokół ciała, obejmując je
mieniącym się całunem.
Matthew z niedowierzaniem pokręcił głową. To było niemożliwe, od wieków
nie widział takiej powodzi światła wypływającej z ciała czarownicy.
Chwilowo miał jednak na głowie inne, pilniejsze sprawy. Wrócił więc do
poszukiwań manuskryptu, pośpiesznie przeszukał stos papierów na biurku i sfrustrowany przeczesał palcami włosy. Wszechobecny zapach czarownicy go
rozpraszał. Odwrócił się w stronę sofy. Bishop znów poruszyła się
niespokojnie, podciągnęła kolana do piersi -?i pulsujące światło
ponownie wypłynęło na powierzchnię, zamigotało, cofnęło się.
Zmarszczył brwi zaskoczony niespójnością tego, co podsłuchał ubiegłej
nocy, z tym, co widział na własne oczy. Dwie czarownice plotkowały o Ashmole'u nr 782 i o czarownicy, która go wypożyczyła. Jedna z nich
twierdziła, że amerykańska historyczka wcale nie używa magii, ale
Matthew widział swoje w bibliotece -?a teraz patrzył, jak magiczna moc
przepełnia ją w sposób absolutnie niedwuznaczny. Przypuszczał, że także
w pracy naukowej Bishop wspomaga się magią. Wielu ludzi, o których
pisała, było jego przyjaciółmi: Cornelius Drebbel, Andreas Libavius,
Isaac Newton. Po mistrzowsku wychwyciła ich dziwactwa i obsesje. Jak to
możliwe, żeby współczesna kobieta tak dobrze rozumiała mężczyzn, którzy
żyli tak dawno temu? Zastanowił się przelotnie, czy i jego rozumiałaby z tak nieprawdopodobną przenikliwością.
Zdziwił się, kiedy zegary wybiły trzecią. W gardle mu zaschło. Zdał
sobie sprawę, że od paru godzin stoi nieruchomo, wpatrzony w śniącą
czarownicę, której moc na przemian wzbiera i słabnie. Przeszło mu przez
myśl, że mógłby ugasić pragnienie jej krwią; jej smak mógłby mu zdradzić
położenie księgi i dać pewne pojęcie o skrywanych przez czarownicę
sekretach. Powstrzymał się jednak: tylko chęć odnalezienia Ashmole'a nr
782 sprawiła, że spędził tyle czasu w towarzystwie tajemniczej Diany
Bishop.
Skoro manuskryptu nie było w jej mieszkaniu, to musiał zostać w bibliotece.
Matthew po cichu przeszedł do kuchni, wymknął się przez okno i wtopił w noc.
Rozdział 4
Obudziłam się cztery godziny później:
leżałam na kołdrze, ściskając w ręce telefon. W którymś momencie
musiałam zrzucić pantofel z prawej nogi i zwiesić stopę poza łóżko.
Spojrzałam na zegarek i aż jęknęłam. Nie miałam czasu ani na tradycyjny
wypad nad rzekę, ani nawet na przebieżkę.
Skróciłam swój poranny rytuał, wzięłam prysznic, po czym -?popijając
wrzącą herbatę -?wysuszyłam włosy: rudoblond, niesforne, niesłuchające
szczotki. Podobnie jak większość czarownic, miałam kłopot z zaprowadzeniem ładu wśród opadających do ramion kosmyków. Sarah
twierdziła, że to wina tłumionej magii, ale obiecała przy tym, że
regularne używanie mocy będzie rozładowywać ładunki elektrostatyczne i włosy zaczną mi się układać.
Umyłam zęby, włożyłam dżinsy, czystą białą bluzkę i czarny żakiet.
Wszystko robiłam zgodnie z ustalonym porządkiem dnia, ubrałam się tak
jak zwykle, ale ani jedno, ani drugie nie poprawiło mi nastroju. Ubranie
wydawało mi się dziwnie niewygodne i krępujące. Obciągnęłam żakiet, żeby
lepiej się ułożył, ale nie mogłam po nim za wiele oczekiwać: był po
prostu kiepsko uszyty.
Kiedy spojrzałam w lustro, wyjrzała z niego twarz mojej matki. Nie
mogłam sobie przypomnieć, kiedy tak bardzo się do niej upodobniłam. Na
studiach? Nikt nie komentował mojego wyglądu, dopóki na pierwszym roku
nie przyjechałam do domu na Święto Dziękczynienia -?od tamtej pory takie
komentarze były pierwszą rzeczą, jaką słyszałam od ludzi, którzy znali
Rebeccę Bishop.
Dzisiejsze zerknięcie w lustro pozwoliło mi dodatkowo stwierdzić, że
jestem blada z niewyspania, przez co odziedziczone po ojcu piegi
uwydatniły się niepokojąco, dodatkowo kontrastując z ciemnosinymi
kręgami pod oczami. Zmęczenie wydłużyło mi też nos i zaakcentowało
podbródek. Przyszedł mi do głowy nieskalany profesor Clairmont; byłam
ciekawa, jak on wygląda z samego ranka. Pewnie tak samo perfekcyjnie,
jak wczoraj wieczorem, pomyślałam. Bestia. Skrzywiłam się do siebie w lustrze.
Przed wyjściem przystanęłam jeszcze i obrzuciłam mieszkanie szybkim
spojrzeniem. Coś mnie gryzło, nie dawało spokoju -?zapomniane spotkanie,
przeoczony termin... Jakbym przegapiła coś ważnego. Niepokój owinął mi
się wokół żołądka, ścisnął, w końcu odpuścił. Zerknęłam do terminarza,
przejrzałam stosik poczty na biurku, w końcu złożyłam niepokój na karb
głodu i zeszłam na parter. Kiedy przechodziłam obok kuchni, krzątające
się w niej uprzejmie panie zaproponowały mi tost. Pamiętały mnie jeszcze
z czasów doktoranckich i wciąż usiłowały mnie przemocą karmić kremem
budyniowym i szarlotką, ilekroć wydałam im się zestresowana.
Chrupiąc tost i ślizgając się na kamieniach New College Lane, doszłam
ostatecznie do wniosku, że wydarzenia z ubiegłego wieczoru musiały mi
się po prostu przyśnić. Włosy opadały mi na kołnierzyk, mój oddech mglił
się w rześkim powietrzu. O poranku Oksford był absolutnie zwyczajny:
kiedy samochody dostawcze podjeżdżały pod uczelniane kuchnie, pachniało
świeżo paloną kawą i wilgotnym brukiem, a ożywcze promienie słońca cięły
ukośnie mgłę, nie wyglądał na miejsce, w którym mogłyby się kryć
wampiry.
Ubrany w niebieską marynarkę pracownik Biblioteki Bodlejańskiej
tradycyjnie obejrzał moją kartę czytelnika z takim namaszczeniem, jakby
widział mnie po raz pierwszy w życiu i podejrzewał o bycie wybitną
złodziejką książek, zanim w końcu pozwolił mi wejść. Odłożyłam torbę do
przegródki przy wejściu, wyjąwszy z niej uprzednio portfel, laptop i notatki, po czym weszłam na kręcone drewniane schody prowadzące na
drugie piętro.
Zapach biblioteki zawsze dodawał mi otuchy, ta specyficzna kombinacja
woni starego kamienia, kurzu, korników i papieru wytwarzanego jak należy
-?ze szmat. Słońce wpadało przez okna na półpiętrach, rozświetlając
unoszące się w powietrzu drobinki kurzu i kładąc się lśniącymi plamami
na wiekowych ścianach i zwijających się afiszach z zapowiedzią wykładów
z ubiegłego semestru. Nowego planu zajęć jeszcze nie wywieszono, ale
niewiele dni już pozostało do chwili, gdy śluzy zostaną otwarte i wezbrana fala studentów zaleje miasto, burząc jego spokój.
Nucąc pod nosem, skinęłam głowom popiersiom Thomasa Bodleya i króla
Karola I, stojącym po obu stronach łukowatego przejścia do czytelni
diuka Humfreya, pchnęłam wahadłowe drzwi i znalazłam się przy stanowisku
odbiorów i zwrotów.
-?Będziemy go musieli dzisiaj posadzić w Selden End -?mówił właśnie
kierownik z nutą irytacji w głosie.
Biblioteka działała zaledwie od paru minut, a pan Johnson i jego
personel już zaczynali panikować. Widywałam ich wcześniej w takim
stanie, zawsze jednak wiązało się to z wizytą jakichś słynnych uczonych.
-?Złożył zamówienie i już tam czeka. -?Nowa asystentka, którą poznałam
poprzedniego dnia, spojrzała na mnie spode łba. Trzymała naręcze
książek. -?Te też są dla niego, kazał je sprowadzić z Nowej Czytelni.
W Nowej Czytelni przechowywano książki traktujące o Azji Wschodniej. Nie
była to moja dziedzina badań, więc straciłam zainteresowanie niezwykłym
gościem.
-?Zanieś mu je i powiedz, że w ciągu godziny dostanie wszystkie
manuskrypty -?polecił kierownik i ze zbolałą miną wrócił do swojego
biura.
Na mój widok Sean przewrócił oczami.
-?Cześć, Diano. Chcesz te rękopisy, które kazałaś odłożyć na później?
-?Dzięki -?szepnęłam, myśląc z lubością o czekającej mnie lekturze. -
Wielki dzień, co?
-?Na to wygląda -?odparł z przekąsem i zniknął w zamykanym na klucz
kantorku, w którym składano manuskrypty na noc. Wrócił ze stosikiem
moich skarbów. -?Proszę bardzo. Numer miejsca?
-?A4.
Zawsze tam siadałam: w południowo-wschodnim kącie Selden End było
najwięcej naturalnego światła.
Pan Johnson podszedł do mnie pośpiesznym krokiem.
-?Ehm, doktor Bishop... Posadziliśmy profesora Clairmonta na miejscu A3.
Może zechciałaby się pani przenieść na A1 lub A6?
Przestąpił nerwowo z nogi na nogę, poprawił okulary na nosie i zamrugał
zza grubych szkieł.
-?Profesor Clairmont? -?powtórzyłam.
-?Tak. Pracuje nad artykułami Needhama; prosił o dobrze oświetlone
biurko i dużo miejsca do rozłożenia papierów.
-?Josepha Needhama, historyka nauki chińskiej? -?upewniłam się. Gdzieś w okolicy splotu słonecznego krew zaczęła mi się burzyć.
-?Tak, tego właśnie. Przy okazji był również biochemikiem, stąd
zainteresowanie profesora Clairmonta jego dokonaniami -?wyjaśnił pan
Johnson, coraz bardziej wytrącony z równowagi. -?Usiądzie pani na A1?
-?Wolę A6.
Myśl o tym, że miałabym usiąść obok wampira (nawet gdyby dzieliło nas
jedno puste miejsce), była nad wyraz niepokojąca -?ale możliwość, żeby
siedzieć na A4, a więc naprzeciw niego, w ogóle nie wchodziła w grę. Jak
miałabym się skupić, jeśli cały czas zastanawiałabym się, co widzą te
jego niezwykłe oczy? Gdyby tylko biurka w średniowiecznej części
czytelni były nieco wygodniejsze, usadowiłabym się pod jednym z gargulców strzegących wąskich okien i stawiła czoło afektowanej
dezaprobacie Gillian Chamberlain.
-?Ach, wyśmienicie! -?Pan Johnson odetchnął z ulgą. -?Dziękuję pani za
wyrozumiałość.
Stanęłam w jasno oświetlonym Selden End, mrużąc oczy. Clairmont wyglądał
świeżo i rześko. Jego jasna skóra kontrastowała z ciemnymi włosami. Tym
razem rozpinany szary sweter był ozdobiony zielonymi plamkami, a kołnierzyk koszuli lekko wystawał spod niego na karku. Zerknąwszy pod
stół, odkryłam popielate spodnie, dobrane do nich skarpetki i czarne
buty, które musiały kosztować więcej niż cała garderoba przeciętnego
pracownika akademickiego.
Znów ogarnął mnie niepokój. Co Clairmont robił w bibliotece? Dlaczego
nie siedział w swoim laboratorium?
Nie próbując stąpać szczególnie cicho, ruszyłam prosto w jego kierunku.
Siedział na skos ode mnie, na przeciwległym krańcu kompleksu
zestawionych razem biurek, i -?pochłonięty lekturą -?na pozór nie
zauważył mojego przybycia. Rzuciłam foliową torbę i książki na biurko
opisane "A5", zaznaczając w ten sposób granice swojego terytorium.
Podniósł na mnie wzrok, unosząc brwi w zdumieniu.
-?Doktor Bishop. Dzień dobry.
-?Dzień dobry, profesorze Clairmont.
Przyszło mi do głowy, że -?zważywszy na jego słuch, wyczulony jak u nietoperza -?słyszał zapewne wszystko, co o nim mówiono przy wejściu do
czytelni. Nie patrząc mu w oczy, zaczęłam wyjmować kolejne rzeczy z torby, budując z nich małe zasieki odgradzające mnie od wampira.
Przyglądał mi się, aż opróżniłam torbę, po czym w skupieniu wrócił do
przerwanej lektury.
Wyjęłam kabel zasilający komputera i schyliłam się pod biurkiem, żeby
wetknąć wtyczkę do listwy zasilającej. Kiedy się wyprostowałam,
Clairmont nadal czytał, ale z wyraźnym wysiłkiem powstrzymywał się od
uśmiechu.
-?Przy północnej ścianie byłoby panu wygodniej -?mruknęłam pod nosem,
szukając spisu swoich lektur.
Spojrzał na mnie. Jego źrenice rozszerzyły się gwałtownie, oczy
pociemniały.
-?Przeszkadzam pani, pani doktor?
-?Oczywiście, że nie -?zapewniłam go pośpiesznie. Ścisnęło mnie w gardle, gdy niespodziewanie owionął mnie silny aromat goździków
towarzyszący jego słowom. -?Po prostu zdziwiłam się, że odpowiada panu
bliskość południowych okien.
-?Chyba nie wierzy pani we wszystko, co przeczyta, hm? -?Jedna z jego
gęstych czarnych brwi uniosła się na kształt pytajnika.
-?Jeżeli pyta pan o to, czy spodziewam się, że gdy padnie na pana
promień słońca, stanie pan w płomieniach, to odpowiedź brzmi: nie. -
Wampiry nie płonęły w słońcu ani nie miały kłów. Jedno i drugie było
zmyślonym przez ludzi mitem. -?Z drugiej strony nigdy nie poznałam...
kogoś takiego jak pan, kto lubiłby pławić się w słonecznym blasku.
Clairmont nawet nie drgnął, ja jednak gotowa byłabym przysiąc, że tłumi
wybuch śmiechu.
-?A jak duże doświadczenie ma pani, pani doktor, w kontaktach z "takimi
jak ja"?
Skąd wiedział, że nie znam się na wampirach? Miały nadnaturalnie
wyostrzone zmysły i specyficzne zdolności, ale nie było w nich nic
nadprzyrodzonego. Nie umiały czytać w myślach ani przewidywać
przyszłości -?te talenty były zastrzeżone dla czarownic; zdarzało się
też, choć rzadko, że występowały u demonów. Taki był naturalny porządek
rzeczy, a w każdym razie tak tłumaczyła mi to ciotka, kiedy w dzieciństwie nie mogłam zasnąć ze strachu przed wampirem, który
wykradnie mi myśli i wyfrunie z nimi za okno.
Otaksowałam go bacznym spojrzeniem.
-?Mam przeczucie, profesorze Clairmont, że nawet mając wieloletnie
doświadczenie, nie znałabym odpowiedzi na nurtujące mnie w tej chwili
pytanie.
-?Z przyjemnością na nie odpowiem -?odparł. Zamknął książkę i odłożył ją
na biurko. -?Jeśli tylko zdołam.
Czekał z cierpliwością godną nauczyciela, który musi wysłuchać
wojowniczo nastawionego i nieszczególnie bystrego ucznia.
-?Czego pan chce?
Rozparł się wygodnie na krześle i oparł dłonie na podłokietnikach.
-?Chcę się zapoznać z pracami doktora Needhama i prześledzić ewolucję
jego poglądów na morfogenezę.
-?Morfogenezę?
-?Przemiany zachodzące w komórkach zarodka, które skutkują
zróżnicowaniem...
-?Wiem, co to jest morfogeneza, profesorze. Nie o to pytam.
Wargi mu drgnęły. Skrzyżowałam ręce na piersi w obronnym geście.
-?Rozumiem. -?Oparłszy łokcie na podłokietnikach, zetknął czubki długich
palców. -?Wczoraj wieczorem przyszedłem do Biblioteki Bodleya z prośbą o udostępnienie pewnych manuskryptów. Znalazłszy się w środku,
postanowiłem się nieco rozejrzeć; widzi pani, lubię poznać swoje
środowisko, a nieczęsto mam okazję tu bywać. I wtedy zobaczyłem panią na
galerii. Oczywiście to, co zobaczyłem później, było zgoła nieoczekiwane.
Zarumieniłam się na wspomnienie tego, jak ściągnęłam książkę za pomocą
magii. Starałam się nie dać po sobie poznać, jak bardzo rozbroił mnie
użyciem staroświeckiego określenia "Biblioteka Bodleya", ale nie do
końca mi się udało.
Uważaj, Diano, przestrzegłam się w duchu. On próbuje rzucić na ciebie
urok.
-?Czyli pańska wersja jest taka, że to ciąg niezwykłych zbiegów
okoliczności doprowadził do sytuacji, w której wampir z czarownicą
siedzą naprzeciw siebie i niczym dwoje zwyczajnych czytelników
przeglądają stare rękopisy?
-?Nie sądzę, żeby ktokolwiek, kto poświęciłby nieco czasu na przyjrzenie
mi się, uznał mnie za zwyczajnego. A pani jak uważa? -?Głos Clairmonta,
już wcześniej cichy, opadł teraz do kpiarskiego szeptu. -?Ale tak poza
tym... to owszem: to był ciąg zbiegów okoliczności, który łatwo
wytłumaczyć.
-?A myślałam, że współcześni naukowcy nie wierzą już w zbiegi
okoliczności.
Zaśmiał się cicho.
-?Niektórzy nie mają wyjścia -?odparł.
Przez cały ten czas patrzył na mnie, co ogromnie działało mi na nerwy,
ale w tej właśnie chwili pracownica biblioteki podtoczyła do niego
wiekowy drewniany wózek, na którego półkach znajdowały się schludnie
ustawione pudła z manuskryptami, i Clairmont oderwał ode mnie wzrok.
-?Dziękuję, Valerie -?powiedział. -?Bardzo mi pomogłaś.
-?Nie ma za co, panie profesorze -?odparła wpatrzona w niego Valerie i gwałtownie poróżowiała na twarzy. Wampir zauroczył ją zwykłym
"dziękuję". Prychnęłam. -?Proszę dać nam znać, gdyby potrzebował pan
czegoś jeszcze -?dodała i wróciła do swojej kryjówki przy wejściu.
Clairmont wziął do ręki pierwsze pudełko z brzegu, długimi palcami
rozwiązał oplatający je sznurek i zerknął na mnie ponad blatem.
-?Nie chcę odrywać pani od pracy.
Matthew Clairmont wygrał tę rundę. Miałam dostatecznie dużo do czynienia
ze starszymi kolegami po fachu, żeby zorientować się w sytuacji.
Wiedziałam, że w tej chwili każda moja odpowiedź tylko pogorszy sprawę,
otworzyłam więc laptop, z większą niż potrzebna siłą wcisnęłam włącznik
i sięgnęłam po pierwszą z zamówionych książek. Wypakowałam ją z pudełka
i ułożyłam, oprawną w skórę, na podstawce przed sobą.
Przez następne półtorej godziny przeczytałam pierwszą stronę co najmniej
trzydzieści razy: znane mi na pamięć poetyckie wersy, przypisywane
George'owi Ripleyowi, zapowiadały odkrycie tajników kamienia
filozoficznego. Kiedy wracałam pamięcią do zaskakujących porannych
wypadków, opisy stworzenia Zielonego Lwa, wyczarowania Czarnego Smoka i uwarzenia mistycznej krwi z chemicznych ingrediencji wydały mi się
jeszcze bardziej niezrozumiałe niż zazwyczaj.
Tymczasem Clairmont pracował jak natchniony i za pomocą mechanicznego
ołówka "Montblanc Meisterstück" pokrywał kolejne kremowe stronice
pośpiesznie kreślonym pismem. Co jakiś czas odwracał stronicę, której
szelest przyprawiał mnie o mrowienie w zębach, i pisał dalej.
Od czasu do czasu przez salę dyskretnie przemykał pan Johnson, chcąc się
upewnić, że żadne z nas nie bazgrze po książkach. Wampir pisał bez
przerwy, a ja mierzyłam ich obu spojrzeniem spode łba.
O 10:45 poczułam znajome ciarki na plecach i do Selden End wparowała
Gillian Chamberlain. Ruszyła prosto w moją stronę, zapewne po to, by mi
opowiedzieć, jak kapitalnie bawiła się na kolacji z okazji Święta
Mabon... gdy wtem na widok wampira upuściła foliową torbę pełną ołówków
i kartek. Clairmont podniósł na nią wzrok i wpatrywał się w nią tak
długo, aż czmychnęła do średniowiecznego skrzydła gmachu.
O 11:10 poczułam zdradliwe muśnięcie pocałunku na szyi: roztrzepany,
uzależniony od kofeiny demon z czytelni muzycznej bawił się białymi
plastikowymi słuchawkami, na przemian okręcając je sobie na palcu i odwijając kabel z powrotem. Zobaczył mnie, skinął głową Clairmontowi i usiadł przy jednym z komputerów na środku sali. Do monitora była
przyklejona karteczka: USZKODZONY. POWIADOMIONO SERWIS. Demon
przesiedział przy tym komputerze kilka następnych godzin, na przemian to
oglądając się przez ramię, to patrząc w sufit, jakby zastanawiał się,
gdzie się znajduje i jak tu trafił.
Wróciłam do George'a Ripleya, czując na czubku głowy utkwione we mnie
zimne spojrzenie Clairmonta.
O 11:40 plecy pomiędzy łopatkami pokryły mi się lodem.
Tego już było zbyt wiele. Sarah zawsze mi powtarzała, że na dziesięcioro
ludzi przypada jeden byt, ale dziś rano w czytelni diuka Humfreya byty
miały pięciokrotną przewagę liczebną! Skąd się ich tyle wzięło?
Zerwałam się od biurka i okręciłam na pięcie, czym okrutnie przeraziłam
aniołkowatego wampira z tonsurą i naręczem średniowiecznych mszałów
próbującego się usadowić na krześle, które było dla niego stanowczo za
małe. Zwróciwszy na siebie znienacka uwagę, pisnął żałośnie, a na widok
Clairmonta zbladł bardziej, niż myślałam, że to możliwe, nawet u wampirów. Ukłonił się przepraszająco i czmychnął w jakieś mroczniejsze
zakamarki biblioteki.
Przez całe popołudnie w Selden End zjawiło się jeszcze kilkoro ludzi i kolejne trzy byty.
Dwie nieznane mi wampirzyce (siostry, jak się później okazało) minęły
Clairmonta i przystanęły przy oknie, przed regałem z książkami
poświęconymi historii regionalnej. Wybrały pozycje poświęcone wczesnym
okresom zasiedlania Bedfordshire i Dorset, usiadły i zaczęły robić
notatki. Kiedy jedna z nich szepnęła coś do drugiej, Clairmont odwrócił
się w ich stronę tak gwałtownie, że słabsza istota skręciłaby sobie w ten sposób kark, i wydał z siebie cichy syk, od którego włoski zjeżyły
mi się na karku. Kobiety spojrzały po sobie i wyszły tak samo cicho, jak
wcześniej się pojawiły.
Trzecim bytem był starszy mężczyzna: przez chwilę stał w plamie słońca i wpatrywał się w okna z szybkami łączonymi dwutówkami, zanim odwrócił się
w moją stronę. Ubierał się w stylu typowym dla wykładowców akademickich
-?brązowa tweedowa marynarka z zamszowymi łatami na łokciach, sztruksy w nieco zgrzytliwym odcieniu zieleni i bawełniana koszula z guzikami w kołnierzyku i plamą z atramentu na kieszeni -?i byłam skłonna zbyć go
jako jednego z wielu oksfordzkich naukowców, gdy nagle charakterystyczne
mrowienie skóry zasygnalizowało mi, że mam do czynienia z czarownikiem.
Ponieważ go nie znałam, znów pochyliłam się nad swoim manuskryptem.
Wrażenie delikatnego nacisku na potylicę nie pozwoliło mi się jednak
skupić. Po chwili wzmogło się, przeniosło na uszy, otuliło czoło. Ze
zgrozy ścisnęło mnie w żołądku. To już nie było nieme powitanie, lecz
groźba. Tylko dlaczego ktoś taki miałby mi grozić?
Z udawaną niedbałością skierował się do mojego biurka. Pod czaszką mi
pulsowało, ale gdy czarownik znalazł się bliżej, usłyszałam w głowie
jego głos -?zbyt cichy, bym mogła rozróżnić słowa, lecz z pewnością
pochodzący od intruza. Kto to był, u licha?!
Miałam przyśpieszony, płytki oddech.
Wynoś się z mojej głowy! -?rzuciłam zapalczywie w myślach, dotknąwszy
czoła.
Clairmont poruszył się tak błyskawicznie, że nie zarejestrowałam, kiedy
okrążył biurka i stanął obok mnie. Jedną rękę trzymał na oparciu mojego
krzesła, drugą położył na płask na blacie. Osłonił mnie ramionami niczym
sokół, który, rozpostarłszy skrzydła, zasłania zdobycz przed rywalem.
-?Wszystko w porządku? -?zapytał.
-?Nic mi nie jest -?zapewniłam go drżącym głosem. Zupełnie nie
rozumiałam, dlaczego wampir miałby mnie chronić przed czarownikiem.
Siedząca na galerii nad naszymi głowami czytelniczka wychyliła się, żeby
zobaczyć, co się dzieje, i wstała od biurka, marszcząc brwi. Dwoje
czarowników i wampir -?to musiało zaintrygować człowieka.
-?Proszę mnie zostawić w spokoju -?wycedziłam przez zęby. -?Ściągamy na
siebie uwagę ludzi.
Clairmont się wyprostował. Nadal stał plecami do intruza, odgradzając
mnie od niego niczym anioł zemsty.
-?Musiałem się pomylić -?dobiegł mnie cichy głos czarownika. -?Myślałem,
że to miejsce jest wolne. Przepraszam.
Ciche kroki oddaliły się, napór na moją głowę stopniowo zelżał.
Poczułam ruch powietrza, gdy zimna dłoń wampira wyciągnęła się w stronę
mojego barku, zawisła w powietrzu i cofnęła się na oparcie krzesła.
Clairmont pochylił się nade mną.
-?Pobladła pani -?powiedział cicho. -?Może odprowadzę panią do domu?
-?Nie. -?Pokręciłam głową.
Miałam nadzieję, że wróci na swoje miejsce, a ja będę mogła spokojnie
odzyskać zimną krew. Czytelniczka z galerii nadal podejrzliwie zerkała w naszym kierunku.
-?Doktor Bishop, naprawdę uważam, że powinna pani dać mi się odprowadzić
do domu.
-?Nie! -?rzuciłam głośniej, niż zamierzałam. Zniżyłam głos do szeptu: -
Nie dam się wypędzić z biblioteki ani panu, ani nikomu innemu.
Jego twarz znalazła się niepokojąco blisko mojej. Odetchnął głęboko, a mnie po raz kolejny owionęła silna woń cynamonu i goździków. Coś w moim
spojrzeniu musiało go jednak przekonać, że nie żartuję, bo zacisnął
usta, cofnął się i wrócił na swoje miejsce.
Resztę popołudnia spędziliśmy w stanie pokojowego współistnienia. Ja
próbowałam dojść w lekturze dalej niż na drugą stronicę pierwszej z wybranych książek, a Clairmont kartkował arkusze papieru i gęsto
zapisane notatniki ze skupieniem sędziego orzekającego w sprawie kary
śmierci.
O trzeciej miałam nerwy w strzępach, nie byłam w stanie dłużej się
skupiać. Dzień był stracony.
Zebrałam swoje rzeczy i odłożyłam rękopis do pudełka.
Clairmont podniósł na mnie wzrok.
-?Wraca pani do domu, doktor Bishop?
Ton jego głosu pozostał łagodny, ale oczy mu zabłysły.
-?Owszem -?odburknęłam.
Jego twarz przybrała starannie neutralny wyraz.
Kiedy wychodziłam, wszystkie byty w bibliotece odprowadzały mnie
wzrokiem: niebezpieczny czarownik, Gillian, mnich-wampir, nawet demon z czytelni muzycznej. Nie znałam pracownika przyjmującego zwroty na
popołudniowej zmianie; nigdy nie wychodziłam z biblioteki o tej porze.
Pan Johnson odsunął się na krześle od stołu i na mój widok ze zdumieniem
spojrzał na zegarek.
Zeszłam do prostokątnego holu na parterze, pchnęłam szklane drzwi
wyjściowe i zaciągnęłam się świeżym powietrzem. Potrzebowałam jednak
czegoś więcej niż świeże powietrze, żeby uratować ten dzień.
Kwadrans później miałam już na sobie dopasowane, elastyczne rybaczki,
wyblakły podkoszulek New College Boat Club i bluzę polarową. Zawiązałam
adidasy i pobiegłam nad rzekę.
Zanim dotarłam na jej brzeg, towarzyszące mi napięcie częściowo
odpuściło. "Zatrucie adrenaliną" -?tak jeden z moich lekarzy tłumaczył
dręczące mnie od czasów dzieciństwa napady lęku. Medycy wyjaśniali, że z niezrozumiałych dla nich powodów moje ciało żyje w -?subiektywnie
pojmowanym -?nieustannym stanie zagrożenia. Jeden ze specjalistów, z którymi konsultowała się moja ciotka, całkiem szczerze wyłuszczył jej,
że to biochemiczna pozostałość z czasów, gdy ludzie prowadzili
gospodarkę zbieracko-łowiecką, i że nic mi nie będzie, jeśli będę
wypłukiwać adrenalinę z krwiobiegu poprzez intensywne bieganie, jak
przerażona antylopa uciekająca przed lwem.
Pan doktor źle trafił: jako dziecko byłam z rodzicami w Serengeti i widziałam takie właśnie polowanie. Antylopa przegrała, a cały pościg
zrobił na mnie spore wrażenie.
Od tamtej pory próbowałam leków i medytacji, ale w walce z paniką nic mi
tak nie pomagało jak aktywność fizyczna -?która w Oksfordzie polegała na
porannym pływaniu łodzią wiosłową, wcześnie, zanim drużyny z kolegiów
zdążyły zmienić wąską rzekę w ruchliwą arterię przelotową. Ponieważ
jednak semestr jeszcze się nie zaczął, rzeka była dziś pusta także po
południu.
Pod stopami zachrzęścił mi żwir, gdy wbiegłam na ścieżkę prowadzącą do
hangarów na łodzie. Pomachałam Pete'owi, opiekunowi łodzi, który kręcił
się po hangarach z narzędziami i kubkiem smaru, próbując naprawić
wszystko to, co studenci zdołali popsuć na treningach. Zatrzymałam się
przy siódmym hangarze, schyliłam się przygięta kolką w boku, po czym
wyprostowałam się i zdjęłam klucz z wierzchu klosza zawieszonej nad
drzwiami lampy.
W środku powitały mnie stojaki z białymi i żółtymi łodziami: te
największe były przeznaczone dla męskich ósemek, nieco mniejsze -?dla
żeńskich osad, były też inne, mniejsze i w gorszym stanie. Z dziobu
jednej z łódek, nowiutkiej, błyszczącej i jeszcze niegotowej do
spuszczenia na wodę, zwieszała się tabliczka z pouczeniem: BEZ
POZWOLENIA PREZESA NCBC WYPROWADZANIE KOCHANICY FRANCUZA Z HANGARU
SUROWO WZBRONIONE. Na burcie widniała nazwa jednostki, świeżo namalowana
od szablonu z wiktoriańską czcionką. Ochrzczono ją na cześć absolwenta
New College, który stworzył tę postać literacką.
W głębi hangaru spoczywała delikatna łódeczka o szerokości niespełna
dwunastu cali i długości ponad dwudziestu pięciu stóp, podwieszona na
pasach na wysokości bioder. Niech cię Bóg błogosławi, Pete, pomyślałam,
bo zazwyczaj zostawiał skul na podłodze hangaru. Na siedzeniu leżała
kartka z informacją: "Trening studencki w przyszły poniedziałek.
Odstawić na stojak".
Zrzuciłam buty, ze stosu przy drzwiach wybrałam dwa wiosła o zakrzywionych piórach, przeniosłam je na przystań, po czym wróciłam po
łódź.
Ostrożnie spuściłam skul na wodę i postawiłam stopę na siedzeniu, żeby
mi nie odpłynął, zanim włożę wiosła w dulki. Trzymając oba wiosła w jednej ręce niczym chińskie pałeczki, ostrożnie wsiadłam do łodzi i lewą
ręką odepchnęłam się od brzegu. Skul wypłynął na rzekę.
Wiosłowanie było dla mnie religią, na którą składały się ruchy i rytuały
powtarzane tak długo, aż stały się rodzajem medytacji. Rytuał zaczynał
się w chwili, gdy dotykałam sprzętu, ale prawdziwa magia wypływała z połączenia precyzji, rytmu i siły, jakich wymagało wiosłowanie. Od
czasów studenckich nic nie działało na mnie tak kojąco.
Wiosła zanurzały się w wodzie i prześlizgiwały pod powierzchnią.
Przyśpieszyłam, wkładając w każde pociągnięcie siłę nóg. Wyraźnie czułam
wodę opływającą pióra wioseł. Zimny, przenikliwy wiatr przewiewał moje
ubranie na wylot.
Nieprzerwany, miarowy ciąg ruchów dawał mi iluzję unoszenia się w powietrzu. W tych błogich chwilach czułam się zawieszona w czasie i przestrzeni: ot, nieważkie ciało na powierzchni płynącej rzeki. Szybki
skul śmigał po wodzie, a ja poruszałam się w idealnej zgodzie z łódeczką
i wiosłami. Zamknęłam oczy i uśmiechnęłam się. Wydarzenia z całego dnia
blakły i traciły na znaczeniu.
Pod powiekami mi pociemniało, łoskot ruchu ulicznego wskazywał, że
przepłynęłam pod mostem w Donnington. Otworzyłam oczy, kiedy wypłynęłam
na słońce po drugie stronie mostu... i natychmiast poczułam na mostku
zimny dotyk wampirzego spojrzenia.
Na moście stał mężczyzna w długim płaszczu, którego poły, tarmoszone
wiatrem, owijały mu się wokół kolan. Nie widziałam wyraźnie jego twarzy,
ale wysoki wzrost i barczysta sylwetka sugerowały, że mam przed sobą
Matthew Clairmonta. Znowu.
Zaklęłam i omal nie wypuściłam wiosła z ręki. Znajdowałam się blisko
przystani miejskiej. Myśl o tym, żeby wykonać zabroniony manewr, przybić
do przeciwległego brzegu rzeki, chwycić jakiś wioślarski gadżet i wyrżnąć wampira w tę jego piękną głowę, była niezwykle kusząca.
Obmyślając szczegóły tego planu, dostrzegłam drobną kobietę w poplamionym farbą kombinezonie, która stała na przystani, paliła
papierosa i rozmawiała przez komórkę.
Nie był to zwyczajny widok na przystani miejskiej w Oksfordzie.
Kiedy na mnie spojrzała, jej wzrok w charakterystyczny sposób musnął
moją skórę. Demon. Wykrzywiła usta w wilczym uśmiechu i powiedziała coś
do telefonu.
To już była przesada: najpierw Clairmont, a teraz gromada bytów
pojawiających się wszędzie tam, gdzie on? Porzuciłam swój plan i przelałam rozpierający mnie niepokój w wiosłowanie.
Udało mi się spłynąć dalej rzeką, ale wcześniejszy błogi spokój ulotnił
się bez śladu. Skręciwszy przed Isis Tavern, dostrzegłam Clairmonta
stojącego przy jednym z wystawionych na zewnątrz stolików. Szybciej
dotarł do pubu piechotą, niż ja przypłynęłam wyścigowym skulem.
Mocno pociągnęłam wiosłami, po czym uniosłam je dwie stopy nad
powierzchnię niczym skrzydła olbrzymiego ptaka. Skul prześliznął się po
wodzie i otarł o rozchwierutany drewniany pomost pontonowy. Zanim
wysiadłam, Clairmont zdążył pokonać dzielący nas dwudziestoparostopowy
spłachetek trawnika. Pod jego ciężarem pomost osiadł głębiej w wodzie,
lekko pociągając skul za sobą.
-?Co pan sobie wyobraża? -?spytałam ostrym tonem. Wysiadłam z łodzi i po
szorstkich deskach podeszłam do miejsca, w którym zatrzymał się wampir.
Po wysiłku byłam zdyszana i czerwona na twarzy. -?Dlaczego pańscy
znajomi mnie prześladują?
-?To nie są moi znajomi, pani doktor -?odparł, marszcząc brwi.
-?Nie? Nie widziałam tylu wampirów, czarowników i demonów w jednym
miejscu od czasu, gdy miałam trzynaście lat i ciotka zaciągnęła mnie na
pogański letni festiwal. Jeżeli to nie są pańscy znajomi, to dlaczego
stale się wokół pana kręcą?
Otarłam czoło wierzchem dłoni i odrzuciłam opadające na twarz wilgotne
pasemka włosów.
-?Na Boga... -?mruknął z niedowierzaniem Clairmont. -?Plotki były
prawdziwe.
-?Jakie znowu plotki? -?spytałam niecierpliwie.
-?Pani myśli, że te... te stwory chcą spędzać czas w moim towarzystwie?
-?Jego głos wprost ociekał pogardą oraz czymś, co brzmiało jak
zaskoczenie. -?Nie do wiary.
Podciągnęłam bluzę do ramion i ją ściągnęłam. Wzrok Clairmonta
prześliznął się po moich obojczykach i dalej, w dół odsłoniętych ramion,
aż do czubków palców. Mimo że miałam na sobie dobrze znajome ciuchy
wioślarskie, nagle poczułam się osobliwie naga.
-?No właśnie -?warknęłam. -?Mieszkałam jakiś czas w Oksfordzie i nadal
co roku go odwiedzam. Jedyną rzeczą, która w tym roku się zmieniła, jest
pan. Odkąd się pan wczoraj wieczorem pojawił, straciłam swoje stałe
miejsce w bibliotece, stałam się obiektem zainteresowania obcych
wampirów i demonów, a nieznani mi czarownicy próbują mnie zastraszyć.
Uniósł lekko ręce, jakby zamierzał złapać mnie za ramiona i potrząsnąć.
Przy wzroście pięciu stóp i siedmiu cali w żadnym razie nie nazwałabym
się "niską", on jednak był tak wysoki, że musiałam nieźle zadzierać
głowę, żeby nawiązać z nim kontakt wzrokowy. Boleśnie świadoma jego
wzrostu, siły i przewagi nade mną w obu tych aspektach, cofnęłam się,
skrzyżowałam ręce na piersi i przywołałam na pomoc swoją osobowość
naukowca, żeby ukoić napięte nerwy.
-?Oni nie interesują się mną, tylko panią, doktor Bishop.
-?Ale dlaczego? Czego mieliby ode mnie chcieć?
-?Naprawdę nie wie pani, dlaczego wszystkie demony, czarownice i wampiry
na południe od Midlands chodzą za panią krok w krok?
W jego głosie pobrzmiewało niedowierzanie, a wyraz twarzy miał taki,
jakby widział mnie po raz pierwszy w życiu.
-?Nie -?przyznałam. Spojrzałam na dwóch mężczyzn sączących popołudniowe
piwo przy sąsiednim stole. Na szczęście byli bez reszty pochłonięci
rozmową. -?Nie zrobiłam w Oksfordzie niczego niezwykłego: studiuję stare
rękopisy, trochę wiosłuję, przygotowuję się do konferencji i nie szukam
towarzystwa. Zawsze tak się tu zachowuję. Nie ma żadnego powodu, żebym
zwróciła na siebie czyjąkolwiek uwagę.
-?Zastanów się, Diano -?powiedział z naciskiem. Poczułam dreszcz innego
uczucia niż strach, gdy zwrócił się do mnie po imieniu. -?Co ostatnio
czytałaś?
Przymknął te swoje niezwykłe oczy, ja jednak zdążyłam jeszcze dostrzec w nich zapalczywy błysk.
Ciotki mnie ostrzegały, że Matthew Clairmont czegoś chce. Miały rację.
Znów utkwił we mnie spojrzenie czarnych źrenic z szarą obwódką.
-?Śledzą cię, ponieważ myślą, że odnalazłaś coś, co zaginęło dawno temu
-?wyjaśnił niechętnie. -?Chcą ten przedmiot odzyskać i sądzą, że możesz
pomóc im go zdobyć.
Przypomniałam sobie manuskrypty, nad którymi ślęczałam przez ostatnie
kilka dni -?i podupadłam na duchu. Był tylko jeden kandydat na sprawcę
tego zamieszania.
-?Skoro nie są pańskimi znajomymi, to skąd pan wie, o co im chodzi?
-?Dużo słyszę, doktor Bishop. Mam świetny słuch -?odparł cierpliwym
tonem, wracając do oficjalnego tytułowania mnie "doktorem". -?Jestem też
dość spostrzegawczy. Na koncercie, który odbył się w niedzielny wieczór,
dwie czarownice rozmawiały o Amerykance, również czarownicy, która w Bibliotece Bodleya znalazła księgę uchodzącą za dawno zaginioną. Od
tamtej pory pojawiło się w Oksfordzie sporo nowych twarzy, a to budzi
mój niepokój.
-?Jest Święto Mabon. -?Próbowałam zachować taką samą cierpliwość, mimo
że uniknął odpowiedzi na moje ostatnie pytanie. -?To dlatego czarownice
przybywają do Oksfordu.
-?Nie. -?Uśmiechnął się sardonicznie i pokręcił głową. -?Im nie chodzi o równonoc, tylko o rękopis.
-?Co pan wie o Ashmole'u nr 782? -?spytałam półgłosem.
-?Mniej niż pani -?przyznał, mrużąc oczy w wąskie szparki, czym jeszcze
bardziej niż zwykle upodobnił się do olbrzymiej, zabójczej bestii. -
Nigdy go nie widziałem, a pani miała go w rękach. Gdzie on teraz jest,
doktor Bishop? Nie była chyba pani tak niemądra, żeby zostawić go u siebie w pokoju?
Osłupiałam.
-?Podejrzewa mnie pan o kradzież? Z Biblioteki Bodlejańskiej?! Jak pan
śmie insynuować coś podobnego?!
-?W poniedziałek wieczorem nie miała go pani u siebie -?zauważył. -
Dzisiaj również nie było go na pani biurku.
-?Rzeczywiście musi pan być spostrzegawczy -?przyznałam oschle -?skoro
aż tyle dostrzegł pan z miejsca, w którym pan siedział. Ale jeśli
koniecznie musi pan wiedzieć, to panu powiem: zwróciłam go w piątek. -
Za późno przyszło mi do głowy, że, być może, przeszukał moje biurko. -
Co takiego niezwykłego ma w sobie ta księga, że w jej poszukiwaniu jest
pan gotów bobrować w rzeczach innego naukowca?
Skrzywił się lekko, ale mój triumf z przyłapania go na czymś tak
niestosownym przybladł w obliczu strachu, gdy uświadomiłam sobie, jak
pieczołowicie musiał mnie śledzić.
-?To zwykła ciekawość z mojej strony -?odparł, odsłaniając zęby.
Sarah nie kłamała: wampiry nie mają kłów.
-?Chyba nie spodziewa się pan, że w to uwierzę?
-?Nie interesuje mnie, w co pani wierzy, doktor Bishop, radzę jednak
pani mieć się na baczności. Te byty nie żartują. A gdy jeszcze odkryją,
jak niezwykła jest z pani czarownica... -?Pokręcił głową.
-?Co ma pan na myśli? -?Krew odpłynęła mi z mózgu, aż zakręciło mi się w głowie.
-?Rzadko się dziś trafiają czarownice z takim... potencjałem. -
Clairmont zniżył głos do pomruku, który wibrował mu w głębi gardła. -
Nie każdy też umie go dostrzec, przynajmniej na razie, ale ja to
potrafię. Cała nim pani emanuje w chwilach najwyższego skupienia. A także gniewu. Demony z biblioteki z pewnością wkrótce go wyczują, o ile
jeszcze tego nie zrobiły.
-?Dziękuję za ostrzeżenie, ale nie potrzebuję pańskiej pomocy.
Zamierzałam mu się wymknąć, gdy wtem jego dłoń wystrzeliła w przód,
zacisnęła się na mojej ręce powyżej łokcia i osadziła mnie w miejscu.
-?Niech pani nie będzie tego zbyt pewna. Proszę zachować ostrożność. -
Zawahał się. Jego rysy na moment straciły idealną regularność, gdy
zmagał się z wątpliwościami. -?Zwłaszcza jeśli znów spotka pani tego
czarownika.
Wpatrywałam się w jego dłoń zaciśniętą na moim ramieniu, dopóki mnie nie
puścił. Znów przymknął powieki, kryjąc przede mną oczy.
Nieśpiesznie i rytmicznie powiosłowałam z powrotem do hangaru, lecz tym
razem powtarzalność ruchów nie chciała ukoić mojego niepokoju i dezorientacji. Kilkakrotnie na ścieżce holowniczej mignęła mi jakaś
szara rozmazana plama, ale poza tym moją uwagę zwracali tylko ludzie
wracający na rowerach z pracy oraz najzupełniej zwyczajna ludzka
kobieta, która wyszła z psem na spacer.
Odłożywszy sprzęt na miejsce i zamknąwszy hangar, weszłam na ścieżkę
holowniczą i ruszyłam miarowym truchtem przed siebie.
Matthew Clairmont stał po drugiej stronie rzeki, przed hangarem
uniwersyteckim. Przyśpieszyłam, a kiedy po chwili obejrzałam się przez
ramię, już go tam nie było.
Rozdział 5
Po kolacji usiadłam na sofie obok
nieużywanego kominka w pokoju dziennym i włączyłam laptop. Dlaczego
naukowiec kalibru Clairmonta chciałby zobaczyć rękopis alchemiczny,
nawet zaklęty, tak bardzo, żeby przesiedzieć cały dzień w Bibliotece
Bodlejańskiej naprzeciwko czarownicy i przeglądać stare prace na temat
morfogenezy? Jego wizytówka leżała w jednej z kieszonek w mojej torbie.
Wyłowiłam ją i oparłam o ekran.
W Internecie pod przypadkowym linkiem do tajemniczego morderstwa i nieuniknionymi odnośnikami do portali społecznościowych, pojawił się
ciąg pozycji, które wyglądały obiecująco: strona jego wydziału, artykuł
na Wikipedii, linki do obecnych członków Towarzystwa Królewskiego.
Weszłam na stronę wydziału i prychnęłam. Matthew Clairmont był jednym z tych pracowników, którzy nie lubią zamieszczać żadnych informacji na
swój temat w Internecie, nawet tych natury akademickiej. Na stronie
internetowej Yale można było znaleźć dane kontaktowe i praktycznie cały
życiorys każdego wykładowcy. Oksford najwyraźniej miał inne podejście do
kwestii prywatności. Nic dziwnego, że wampir tu nauczał.
Nie znalazłam też niczego na temat Clairmonta w szpitalu, chociaż według
wizytówki był z nim powiązany. Wpisałam do wyszukiwarki "John Radcliffe
neuronauki" i dostałam ogólny zarys usług świadczonych na oddziale. Nie
było tam jednak ani jednej wzmianki na temat lekarza, a jedynie długa
lista badań, którymi się zajmowano. Klikając systematycznie na
poszczególne terminy, natrafiłam w końcu na Clairmonta na stronie
poświęconej "płatowi czołowemu", ale nie było tam żadnych dodatkowych
informacji.
Artykuł na Wikipedii w niczym mi nie pomógł, podobnie jak strona
Towarzystwa Królewskiego. Wszelkie użyteczne rzeczy sugerowane przez
stronę główną były chronione hasłami. Nie miałam szczęścia, kiedy
próbowałam wymyślić, jakie imię Clairmont wybrał sobie jako użytkownik i jakie hasło, a po szóstej nieudanej próbie odmówiono mi dostępu w ogóle.
Sfrustrowana wpisałam nazwisko wampira do wyszukiwarek czasopism
naukowych.
-?Tak!
Usatysfakcjonowana rozsiadłam się wygodniej.
Matthew Clairmont może i nie był szczególnie obecny w Internecie, ale z pewnością zaznaczył swoją obecność w literaturze naukowej. Po kliknięciu
na ramkę porządkującą pozycje według daty uzyskałam wizerunek jego
biografii intelektualnej.
Moje początkowe uczucie triumfu przygasło. Clairmont nie miał jednej
historii dokonań intelektualnych, ale... cztery.
Pierwsza zaczynała się od mózgu. Ta problematyka w większości
zdecydowanie mnie przerastała, ale Clairmont najwyraźniej zdobył sobie
renomę w kręgach naukowych i jednocześnie medycznych, studiując sposób,
w jaki płat czołowy przetwarza popędy i pragnienia. Dokonał kilku
przełomowych odkryć dotyczących roli, jaką odgrywają mechanizmy nerwowe
w reakcjach z opóźnioną gratyfikacją, a wszystkie one wiązały się z korą
przedczołową. Otworzyłam drugie okienko wyszukiwarki, żeby obejrzeć
schematy anatomiczne i zorientować się, który fragment mózgu wchodzi w grę.
Niektórzy twierdzą, że cały dorobek naukowy to autobiografia skryta za
cieniutkim woalem. Serce zabiło mi szybciej. Zważywszy, że Clairmont
jest wampirem, miałam szczerą nadzieję, że odwlekanie zaspokojenia
pragnienia to coś, w czym jest naprawdę dobry.
Kilka następnych kliknięć pokazało, że w pracach Clairmonta pojawił się
nieoczekiwany zwrot -?od mózgu do wilków. Norweskich, gwoli precyzji.
Musiał poświęcić wiele skandynawskich nocy na te badania, co nie
stanowiło większego problemu dla wampira, zważywszy na jego temperaturę
ciała i zdolność do widzenia w ciemności. Próbowałam wyobrazić go sobie
wśród śniegu, w kurtce puchowej i niechlujnym ubraniu, z notatnikiem w ręku. I mi się nie udało.
Potem pojawiły się pierwsze wzmianki o krwi.
Kiedy wampir przebywał z wilkami w Norwegii, zaczął analizować ich krew,
żeby określić grupy rodzinne i wzorce dziedziczenia. Wyizolował cztery
klany wśród norweskich wilków, z czego trzy były miejscowe. Czwarty
wywiódł od wilka, który przybył do Norwegii ze Szwecji albo Finlandii. W podsumowaniu stwierdził, że zdumiewająco często dochodziło do łączenia
się w pary osobników z różnych stad, co doprowadziło do wymiany
materiału genetycznego i wpłynęło na ewolucję gatunku.
Teraz badał ścieżki dziedziczenia wśród innych gatunków, w tym ludzi.
Wiele jego najnowszych publikacji dotyczyło kwestii technicznych, metod
barwienia próbek tkanek i procesów stosowanych w przypadku szczególnie
starych i delikatnych próbek DNA.
Złapałam się za włosy i chwyciłam mocno, mając nadzieję, że to poprawi
krążenie krwi i sprawi, że moje synapsy znowu zaczną iskrzyć. To nie
miało sensu. Żaden naukowiec nie może mieć tak wielkiego dorobku
naukowego w tak różnych dziedzinach. Już samo zdobycie odpowiednich
umiejętności zajęłoby całe życie... W każdym razie całe ludzkie życie.
Wampirowi mogło się to udać, jeśli poświęcił pracy kilka dziesięcioleci.
Ile właściwie lat skrywa ten Matthew Clairmont za trzydziestoparoletnią
twarzą?
Wstałam i zrobiłam sobie świeżą filiżankę herbaty. Z parującym kubkiem w jednej ręce pogrzebałam w torbie, znalazłam komórkę i wybrałam numer
kciukiem.
Naukowcy mają tę wielką zaletę, że zawsze noszą przy sobie swoje
telefony. I odbierają już przy drugim dzwonku.
-?Christopher Roberts.
-?Chris, mówi Diana Bishop.
-?Diana! -?Głos Chrisa był ciepły, a w tle ryczała muzyka. -?Słyszałem,
że zdobyłaś kolejną nagrodę za swoją książkę. Moje gratulacje!
-?Dzięki -?powiedziałam, poprawiając się na sofie. -?To spora
niespodzianka.
-?Nie dla mnie. A skoro już o tym mowa, jak ci idą badania? Skończyłaś
już pisanie wykładu inauguracyjnego?
-?Daleko mi do tego. -?To tym właśnie powinnam się teraz zajmować, a nie
tropieniem wampirów w Internecie. -?Słuchaj, przepraszam, że zawracam ci
głowę w laboratorium, ale masz minutkę?
-?Pewnie. -?Krzyknął do kogoś, żeby ściszył muzykę. Nic się nie
zmieniło. -?Poczekaj. -?Rozległy się stłumione dźwięki i zapadła cisza.
-?Tak lepiej -?powiedział zakłopotany. -?Nowe dzieciaki mają mnóstwo
energii na początku semestru.
-?Doktorantów zawsze rozpiera energia, Chris.
Zatęskniłam trochę za podnieceniem związanym z nowymi zajęciami i nowymi
studentami.
-?Sama wiesz. Ale co u ciebie? Czego potrzebujesz?
Oboje z Chrisem zaczęliśmy pracę na Yale w tym samym roku i on też nie
powinien dostać stałego etatu, ale ubiegł mnie o rok, zgarniając
jednocześnie nagrodę MacArthura za genialną pracę z biologii
molekularnej.
Nie zachowywał się jak wyniosły geniusz, kiedy zadzwoniłam do niego
nieoczekiwanie, żeby zapytać, dlaczego alchemik mógł opisać dwie
podgrzane w alembiku substancje jako rosnące gałęzie drzewa. Nikt inny z wydziału chemii nie był zainteresowany udzieleniem mi pomocy, ale Chris
wysłał dwóch asystentów z doktoratami po materiały potrzebne do
odtworzenia eksperymentu, a potem upierał się, żebym natychmiast
przyszła do laboratorium. Patrzyliśmy, jak grudka szarego szlamu w szklanej zlewce przeobraża się w cudowny sposób w czerwone drzewo o setkach gałęzi. Od tamtej chwili byliśmy przyjaciółmi.
Odetchnęłam głęboko.
-?Poznałam kogoś przedwczoraj.
Chris zapiał z zachwytu. Od lat zapoznawał mnie z facetami, których
spotykał na siłowni.
-?To żaden romans -?dodałam pośpiesznie. -?Jest naukowcem.
-?Przystojny naukowiec to dokładnie to, czego ci potrzeba. Potrzebujesz
wyzwania... i życia.
-?I kto to mówi. O której wczoraj wyszedłeś z laboratorium? Poza tym w moim życiu już jest jeden przystojny naukowiec.
-?Nie zmieniaj tematu.
-?Oksford to tak małe miasteczko, że na pewno jeszcze na niego wpadnę, a wygląda na to, że to duże nazwisko w tych okolicach. -?Pomyślałam,
zaciskając kciuki, że to nie do końca prawda, ale niewiele się z nią
mijałam. -?Sprawdzałam, czym się zajmuje, i trochę z tego rozumiem, ale
musi mi coś umykać, bo nie widzę, jak jedna rzecz miałaby się łączyć z drugą.
-?Powiedz mi tylko, że nie jest astrofizykiem -?powiedział Chris. -
Wiesz, że jestem słaby z fizyki.
-?Podobno jesteś geniuszem.
-?Jestem, ale mój geniusz nie obejmuje fizyki i gier karcianych.
Nazwisko, proszę. -?Chris starał się być cierpliwy, ale żaden mózg nie
pracował dostatecznie szybko, żeby dotrzymać mu tempa.
-?Matthew Clairmont. -?Ledwie wykrztusiłam nazwisko, ugrzęzło mi w gardle, tak jak zapach goździków poprzedniej nocy.
Chris zagwizdał.
-?Nieuchwytny samotnik, profesor Clairmont. -?Dostałam gęsiej skórki. -
Coś ty zrobiła? Zaczarowałaś go swoimi oczętami?
Ponieważ Chris nie wiedział, że jestem czarownicą, jego wzmianka o czarowaniu była całkiem przypadkowa.
-?Podziwiał moją pracę na temat Boyle'a.
-?Jasne -?prychnął Chris. -?Spojrzałaś na niego tymi swoimi
rozgwieżdżonymi niebiesko-złotymi ślepiami, a on myślał o prawie
Boyle'a? To naukowiec, Diano, nie mnich. I nawiasem mówiąc, dużej klasy
naukowiec.
-?Serio? -?zapytałam słabo.
-?Serio. Był geniuszem tak jak ty i zaczął publikować już jako
doktorant. I to solidne rzeczy, nie jakieś gówno. Prace, pod jakimi z radością umieściłabyś swoje nazwisko, gdybyś zdołała coś takiego
wyprodukować w czasie swojej kariery.
Przejrzałam swoje notatki na żółtych kartkach brulionu.
-?To były jego badania dotyczące mechanizmów nerwowych i kory
przedczołowej?
-?Odrobiłaś pracę domową -?stwierdził z aprobatą. -?Nie śledziłem
wczesnych prac Clairmonta, to jego chemia mnie interesuje, ale jego
publikacje dotyczące wilków wywołały spore poruszenie.
-?Dlaczego?
-?Popisał się niesamowitym wyczuciem, jakby wiedział, dlaczego wilki
wybierają określone miejsca do życia, jak formują grupy społeczne, jak
się dobierają w pary. Prawie jakby sam był wilkiem.
-?Może jest. -?Siliłam się na żartobliwy ton, ale coś gorzkiego i zawistnego rozkwitło mi w ustach i komentarz zabrzmiał dość szorstko.
Matthew Clairmont nie wahał się, czy wykorzystać swoje nadnaturalne
zdolności i pragnienie krwi do zrobienia kariery. Gdyby to on podejmował
decyzję dotyczącą Ashmole'a nr 782 w zeszły piątek, to na pewno
dotknąłby ilustracji. Byłam tego pewna.
-?Rzeczywiście łatwiej byłoby wytłumaczyć jakość jego prac, gdyby był
wilkiem -?odpowiedział cierpliwie Chris, ignorując mój ton. -?A ponieważ
nim nie jest, trzeba po prostu przyznać, że jest bardzo dobry. Na tej
podstawie wybrano go do Towarzystwa Królewskiego, po tym, jak
opublikowali jego odkrycia. Ludzie uważają go za drugiego Attenborougha.
Potem na jakiś czas zniknął wszystkim z oczu.
No jasne, pomyślałam sobie.
-?A później pojawił się znowu i zajął się ewolucją i chemią?
-?Aha, ale jego zainteresowanie ewolucją to naturalna konsekwencja badań
nad wilkami.
-?To co takiego w jego dokonaniach w chemii cię interesuje?
-?No wiesz... -?W tonie Chrisa pojawiła się niepewność. -?Zachowuje się
jak naukowiec, który właśnie odkrył coś wielkiego.
-?Nie rozumiem. -?Zmarszczyłam brwi.
-?Robimy się nerwowi i dziwni. Chowamy się w swoich laboratoriach i przez rok nie jeździmy na konferencje z obawy, że powiemy coś, co pomoże
komuś innemu dojść do przełomowego odkrycia.
-?Zachowujecie się jak wilki. -?Teraz już sporo wiedziałam na temat
wilków. Zaborcze, nieufne zachowanie, jakie opisał Chris, idealnie
pasowało do norweskich wilków.
-?Właśnie. -?Chris się roześmiał. -?Nie ugryzł nikogo ani nie przyłapano
go na wyciu do księżyca?
-?Nic mi o tym nie wiadomo -?mruknęłam. -?Czy Clairmont zawsze był takim
odludkiem?
-?Nie mnie powinnaś pytać. Ma dyplom lekarski, musiał przyjmować
pacjentów, chociaż nigdy nie zasłynął jako klinicysta. I wilki go
lubiły. Ale nie brał udziału w żadnej oczywistej konferencji przez
ostatnie trzy lata. -?Urwał. -?Czekaj no, ale było coś parę lat temu.
-?Co?
-?Wygłosił referat, nie pamiętam szczegółów, i jakaś kobieta zadała mu
pytanie. To było inteligentne pytanie, ale on je zlekceważył. Ona
naciskała. To go zirytowało, a potem się wściekł. Znajomy, który tam
był, mówił, że nigdy nie widział, żeby ktoś tak szybko przeszedł od
uprzejmości do gniewu.
Ja już stukałam w klawiaturę, próbując znaleźć informację na temat tej
kontrowersji.
-?Doktor Jekyll i pan Hyde, co? W sieci nie ma śladu po tym zamieszaniu.
-?Nie dziwi mnie to. Chemicy nie piorą publicznie swoich brudów. To
szkodzi nam wszystkim w okresie przyznawania grantów. Nie chcemy, żeby
biurokraci pomyśleli, że jesteśmy nad wyraz nerwowymi megalomanami.
Zostawiamy to fizykom.
-?Czy Clairmont dostaje granty?
-?Aha. Pewnie. Ma funduszy po kokardy. Nie martw się o karierę profesora
Clairmonta. Może i słynie z pogardliwego stosunku do kobiet, ale to nie
pozbawiło go funduszy. Jego prace są na to za dobre.
-?Spotkałeś go kiedykolwiek? -?zapytałam, mając nadzieję, że Chris
podzieli się własną opinią na temat jego charakteru.
-?Nie. Pewnie nie znajdzie się więcej niż kilkadziesiąt osób, które mogą
powiedzieć, że go poznały. Nie wykłada. Krąży jednak wiele historii. Nie
lubi kobiet, jest intelektualnym snobem, nie odpowiada na listy, nie
przyjmuje doktorantów.
-?Mam wrażenie, że uważasz to wszystko za bzdury.
-?Nie bzdury -?odpowiedział z zamyśleniem w głosie Chris. -?Po prostu
nie jestem pewien, czy to ma znaczenie, zważywszy, że może być jedną z tych osób, które odkryją sekrety ewolucji albo znajdą lek na Parkinsona.
-?W twoich ustach to brzmi, jakby był krzyżówką Salka i Darwina.
-?W gruncie rzeczy to nie najgorsze porównanie.
-?Jest aż tak dobry? -?Pomyślałam o Clairmoncie, z jaką potworną
koncentracją przeglądał prace Needhama, i nabrałam podejrzeń, że
rzeczywiście jest aż tak dobry.
-?Tak. -?Chris zniżył głos. -?Gdybym był hazardzistą, założyłbym się o sto dolarów, że zdobędzie Nobla przed śmiercią.
Chris był geniuszem, ale nie wiedział, że Matthew Clairmont to wampir.
Nie dostanie żadnego Nobla. Wampir zadbałby o zachowanie anonimowości.
Noblistów się fotografuje.
-?Zakład stoi -?odpowiedziałam ze śmiechem.
-?Powinnaś zacząć oszczędzać, bo myślę, że przegrasz. -?Chris
zarechotał.
Chris przegrał nasz ostatni zakład. Założyłam się z nim o pięćdziesiąt
dolarów, że dostanie etat przede mną. Jego pieniądze leżały w tej samej
ramce, co zdjęcie, które zrobiono tego ranka, gdy zadzwoniła Fundacja
MacArthura. Na fotografii Chris przeczesuje rękami czarne skręcone włosy
i nieśmiały uśmiech rozpromienia jego ciemną twarz. Dziewięć miesięcy
później dostał stały etat.
-?Dzięki, Chris, bardzo mi pomogłeś -?odpowiedziałam szczerze. -
Powinieneś wracać do dzieciaków. Pewnie już zdążyły coś wysadzić.
-?Aha, powinienem do nich zajrzeć. Na razie nie odezwał się alarm
przeciwpożarowy, a to dobry znak. -?Zawahał się. -?Przyznaj się, Diano,
nie chodzi o to, że powiesz coś niewłaściwego, kiedy spotkasz Matthew
Clairmonta na przyjęciu? Tak się zachowujesz, kiedy badasz jakiś
problem. Co jest w nim takiego, co tak pobudziło twoją wyobraźnię?
Czasem Chris podejrzewał, że jestem inna. Nie mogłam mu jednak
powiedzieć prawdy.
-?Mam słabość do bystrych facetów.
Westchnął.
-?No dobra, nie musisz mi mówić. Nie umiesz kłamać, wiesz? Ale uważaj.
Jeśli złamie ci serce, będę musiał skopać mu tyłek, a to dla mnie
pracowity semestr.
-?Matthew Clairmont nie złamie mi serca -?odpowiedziałam z uporem. -?To
kolega z uniwersytetu. O szerokich zainteresowaniach. I tyle.
-?Jak na kogoś tak bystrego, ty naprawdę nie masz o niczym pojęcia.
Założę się o dziesięć dolarów, że zaprosi cię gdzieś przed końcem
tygodnia.
Roześmiałam się.
-?Kiedy ty się wreszcie nauczysz? No dobrze, dziesięć dolarów albo
ekwiwalent tej sumy w funtach, kiedy ja wygram.
Pożegnaliśmy się. Nadal niewiele wiedziałam na temat Matthew Clairmonta,
ale wyraźniej dostrzegałam pytania, jakie pozostały, a najważniejsze z nich brzmiało: dlaczego ktoś pracujący nad przełomem w ewolucji
interesuje się siedemnastowieczną alchemią.
Grzebałam w sieci do momentu, gdy moje oczy były zbyt zmęczone, bym
mogła to robić dalej. Kiedy zegar wybił północ, otaczały mnie notatki na
temat wilków i genetyki, ale nie zbliżyłam się do odkrycia tajemnicy
zainteresowania Matthew Clairmonta Ashmole'em nr 782.
Rozdział 6
Następny poranek był szary i bardziej
typowy dla początków jesieni. Chciałam tylko zawinąć się w kilka warstw
swetrów i zostać u siebie.
Jedno spojrzenie na ponurą aurę przekonało mnie, żeby nie wracać nad
rzekę. Zdecydowałam się zamiast tego na przebieżkę. Pomachałam nocnemu
portierowi, który spojrzał na mnie z niedowierzaniem, a potem pokazał
uniesione kciuki.
Z każdym uderzeniem stopami o chodnik czułam, jak znika cząstka
sztywności z mojego ciała. Zanim dotarłam do żwirowych ścieżek parków
uniwersyteckich, oddychałam już głęboko, czułam się zrelaksowana i gotowa na długi dzień w bibliotece, bez względu na to, ile bytów się tam
zbierze.
Kiedy wróciłam, portier mnie zatrzymał.
-?Doktor Bishop?
-?Tak?
-?Przepraszam, że nie wpuściłem wczoraj wieczorem gościa do pani, ale
takie zasady obowiązują w kolegium. Następnym razem, jak będzie
spodziewała się pani gości, to proszę dać nam znać, a od razu ich do
pani poślemy.
Moja trzeźwość umysłu po przebieżce zniknęła.
-?To był mężczyzna czy kobieta? -?zapytałam ostro.
-?Kobieta.
Opuściłam ramiona, rozluźniając się.
-?Sprawiała wrażenie naprawdę miłej, a ja zawsze lubiłem
Australijczyków. Są przyjacielscy, nie będąc przy tym... -?Portier
urwał, ale jego intencja była jasna. Australijczycy są jak Amerykanie,
tyle że mniej nachalni. -?Dzwoniliśmy do pani.
Zmarszczyłam brwi. Wyłączyłam dzwonek telefonu, bo Sarah nigdy nie
potrafiła dobrze policzyć różnicy czasowej między Madison i Oksfordem i wiecznie dzwoniła w środku nocy. To by wiele wyjaśniało.
-?Dziękuję, że dał mi pan znać. Dopilnuję, żeby na przyszłość uprzedzać,
że spodziewam się gości.
Kiedy wróciłam do siebie, włączyłam światło w łazience i zauważyłam, że
ostatnie dwa dni odbiły się na moim wyglądzie. Kręgi, które pojawiły się
pod oczami, teraz rozkwitły w coś na kształt sińców. Sprawdziłam, czy
nie mam też siniaków na rękach, i ze zdziwieniem spostrzegłam, że nie.
Wampir złapał mnie tak mocno, że byłam pewna, że popękały mi naczynka
krwionośne pod skórą.
Wzięłam prysznic i ubrałam się w luźne spodnie i golf. Ich gładka czerń
podkreślała mój wzrost i skrywała mocną budowę, ale wyglądałam w niej
jak trup, więc zawiązałam wokół ramion miękki, niebieskofioletowy
sweter. Przez niego sińce pod oczami wydały się jeszcze bardziej
niebieskie, ale przynajmniej nie wyglądałam już jak martwa. Włosy
groziły, że staną mi dęba, i sypały iskrami przy każdym ruchu. Jedynym
rozwiązaniem było związanie ich na karku w niechlujny kok.
Wózek Clairmonta był wypełniony rękopisami. Musiałam się pogodzić z jego
obecnością w czytelni diuka Humfreya. Podeszłam do stanowiska odbiorów z wyprostowanymi plecami.
Znowu kierownik i dwójka pracowników kręcili się za biurkiem jak nerwowe
ptaki. Tym razem ich aktywność skupiła się w trójkącie między biurkiem
odbiorów i zwrotów, papierowym katalogiem manuskryptów i biurem
kierownika. Pod uważnym wzrokiem gargulców nosili stosy pudeł i pchali
wózki załadowane rękopisami do pierwszych trzech wnęk ze starodawnymi
biurkami.
-?Dziękuję, Sean. -?Niski, uprzejmy głos Clairmonta dobiegł z głębin
jednej z wnęk.
Dobra nowina była taka, że nie musiałam już dzielić biurka z wampirem.
Zła była taka, że nie mogłam wejść do biblioteki ani z niej wyjść, nie
mogłam zamówić książki ani manuskryptu tak, żeby Clairmont nie widział
każdego mojego ruchu. A dziś miał wsparcie.
Drobna dziewczynka układała w stosy dokumenty i teczki w drugiej niszy.
Nosiła długi, workowaty brązowy sweter, który sięgał jej prawie do
kolan. Kiedy się odwróciła, ze zdumieniem spostrzegłam, że to zupełnie
dorosła osoba. Miała bursztynowo-czarne oczy, zimne jak odmrożenia.
Nie musiałam poczuć ich spojrzenia -?jej świetlista, jasna skóra i nienaturalnie gęste, lśniące włosy zdradzały, że jest wampirem. Wijące
się pasma opadały falami wokół jej twarzy i ramion. Zrobiła krok w moją
stronę, nie próbując ukryć szybkich, pewnych ruchów i rzuciła mi
miażdżące spojrzenie. Ewidentnie nie miała ochoty tu przebywać i miała
mi za złe, że jednak tu wylądowała.
-?Miriam -?zawołał cicho Clairmont, wychodząc do środkowego przejścia
między biurkami. Zatrzymał się gwałtownie i uprzejmy uśmiech wypłynął na
jego usta. -?Doktor Bishop, dzień dobry. -?Przeczesał palcami włosy,
które dzięki temu wyglądały na jeszcze bardziej artystycznie potargane.
Sama przyklepałam swoje skrępowana i odgarnęłam nieposłuszne pasmo za
ucho.
-?Dzień dobry, profesorze Clairmont. Widzę, że pan wrócił.
-?Tak, ale dziś nie będę pani towarzyszył w Selden End. Udało się
znaleźć miejsce dla nas tutaj, gdzie nikomu nie będziemy przeszkadzać.
Wampirzyca zastukała stosem papierów o stół.
Clairmont się uśmiechnął.
-?Pozwolę sobie przedstawić doktor Miriam Shephard, która pomaga mi w moich badaniach. Miriam, to doktor Diana Bishop.
-?Doktor Bishop -?powiedziała chłodno Miriam, wyciągając do mnie rękę.
Uścisnęłam jej dłoń i przeżyłam szok pod wpływem kontrastu między jej
drobniutką, zimną ręką a moją, większą i ciepłą. Chciałam cofnąć rękę,
ale uścisk Miriam stał się mocniejszy, aż zaczęła zgniatać mi kości.
Kiedy wreszcie mnie puściła, musiałam oprzeć się pokusie strzepnięcia
dłonią.
-?Doktor Shephard. -?Staliśmy skrępowani we trójkę. O co powinno się
zapytać wampira z samego rana? Sięgnęłam po typowe ludzkie frazesy. -
Pewnie powinnam wziąć się do pracy.
-?Życzę owocnego dnia -?powiedział Clairmont i skinął mi głową równie
chłodno, jak chłodne było powitanie Miriam.
Pan Johnson pojawił się obok mnie z małym stosem szarych pudeł w rękach.
-?Usadowiliśmy panią dzisiaj na A4, doktor Bishop -?powiedział i zadowolony z siebie wydął policzki. -?Zaniosę to dla pani.
Clairmont był tak barczysty, że nie potrafiłam zobaczyć, czy na jego
biurku leżą jakieś oprawne w skórę manuskrypty. Zdusiłam ciekawość i poszłam za kierownikiem czytelni na swoje zwykłe miejsce w Selden End.
Chociaż Clairmont nie siedział naprzeciwko mnie, i tak byłam boleśnie
świadoma jego obecności, kiedy wyjęłam ołówki i włączyłam laptop.
Siedząc plecami do pustej Sali, sięgnęłam po pierwsze pudło, wyjęłam
oprawiony w skórę rękopis i umieściłam go na podstawce.
Znajome zadanie, jakim było czytanie i robienie notatek, zaabsorbowało
mnie wkrótce i skończyłam pierwszy manuskrypt w niecałe dwie godziny.
Według mojego zegarka nie było nawet jedenastej. Miałam jeszcze czas na
następną książkę przed lunchem.
Manuskrypt w następnym pudle był mniejszy od poprzedniego, ale zawierał
interesujące szkice alchemicznej aparatury i strzępki procedur
chemicznych, które brzmiały jak bezbożna krzyżówka książki kucharskiej i notatek truciciela. "Weź garnek rtęci i gotuj ją na płomieniu przez trzy
godziny" -?zaczynał się jeden z przepisów. "Kiedy połączy się z Dzieckiem Filozoficznym, weź ją i zostaw, żeby rozkładała się, aż Czarna
Wrona zabierze ją na śmierć". Moje palce śmigały nad klawiaturą,
nabierając rozpędu w miarę upływu minut.
Przygotowałam się na to, że wszelkie możliwe byty będą się na mnie
dzisiaj gapić, ale zegary wybijały kolejne godziny, a ja siedziałam
właściwie całkiem sama w Selden End. Towarzyszył mi tylko doktorant w szaliku w czerwono-biało-niebieskie pasy Keble College. Wpatrywał się
posępnie w stos rzadkich książek, nie czytając ich, i gryzł paznokcie,
które czasem pękały z głośnym trzaskiem.
Po wypełnieniu dwóch następnych rewersów i spakowaniu rękopisów,
zadowolona z porannych dokonań, wstałam, żeby pójść na lunch. Kiedy
mijałam Gillian Chamberlain, spojrzała na mnie złowrogo z miejsca w pobliżu starego zegara, które wyglądało na niewygodne, dwie wczorajsze
wampirzyce wbijały sople w moją skórę, demon z czytelni muzycznej
znalazł sobie dwa demony do towarzystwa. Cała trójka demontowała czytnik
mikrofilmów, części walały się wokół nich, rolka filmu rozwijała się
niezauważona na podłogę u ich stóp.
Clairmont i jego wampirza asystentka siedzieli w pobliżu stanowiska
odbiorów i zwrotów. Wampir twierdził, że to ja ściągnęłam te wszystkie
byty, nie on.
Jednak ich dzisiejsze zachowanie świadczy o czymś innym, pomyślałam z zadowoleniem.
Kiedy zwracałam manuskrypty, Matthew Clairmont obrzucił mnie chłodnym
spojrzeniem. Wymagało to sporego wysiłku, ale zdołałam udać, że go nie
zauważam.
-?Skończyłaś już z tymi? -?zapytał Sean.
-?Tak. Na moim biurku leżą jeszcze dwa. Gdybym dostała także te, byłoby
świetnie. -?Podałam mu rewersy. -?Masz ochotę zjeść ze mną lunch?
-?Valerie właśnie wyszła, więc niestety muszę tu jeszcze posiedzieć -
odpowiedział z żalem.
-?Innym razem. -?Ściskając portfel, odwróciłam się do wyjścia.
Głos Clairmonta zatrzymał mnie w pół kroku.
-?Miriam, czas na lunch.
-?Nie jestem głodna -?odpowiedziała wyraźnym, melodyjnym sopranem, w którym pobrzmiewał gniew.
-?Świeże powietrze poprawi twoją koncentrację. -?Rozkazująca nuta w głosie Clairmonta była bezdyskusyjna.
Miriam westchnęła głośno, rzuciła ołówek na biurko i wynurzyła się z cieni, żeby za mną ruszyć.
Zwykle mój posiłek sprowadzał się do dwudziestominutowej przerwy w kafejce na pierwszym piętrze pobliskiej księgarni. Uśmiechnęłam się na
myśl, że Miriam będzie musiała znaleźć sobie jakieś zajęcie uwięziona w księgarni Blackwell, gdzie turyści zbierali się, żeby obejrzeć
pocztówki, wciśnięta między oksfordzkie przewodniki i sekcję z książkami
sensacyjnymi o prawdziwych zbrodniach.
Kupiłam sobie kanapkę i herbatę, a potem wcisnęłam się w najdalszy kącik
tłocznego pomieszczenia między z grubsza znajomym pracownikiem wydziału
historii, który czytał gazetę, a studentem, który dzielił swoją uwagę
między odtwarzaczem muzycznym, komórką i komputerem.
Po skończeniu kanapki ujęłam w dłonie kubek z herbatą i zerknęłam przez
okno. Zmarszczyłam brwi. Jeden z nieznajomych demonów z czytelni diuka
Humfreya opierał się o furtkę biblioteczną i wpatrywał w okna księgarni.
Poczułam dwa muśnięcia na kościach policzkowych, delikatne i ulotne jak
pocałunek. Podniosłam wzrok i spojrzałam w twarz następnemu demonowi.
Była to piękna kobieta o uderzających, sprzecznych rysach -?usta miała
za szerokie jak na delikatną twarz, czekoladowobrązowe oczy osadzone
były za blisko siebie jak na swoją imponującą wielkość, a włosy wydawały
się za jasne w stosunku do skóry w kolorze miodu.
-?Doktor Bishop? -?Australijski akcent kobiety wywołał zimny dreszcz u podstawy mojego kręgosłupa.
-?Tak -?szepnęłam, zerkając na schody. Nie pojawiła się tam ciemna głowa
Miriam. -?Jestem Diana Bishop.
Nieznajoma się uśmiechnęła.
-?Nazywam się Agatha Wilson. A pani przyjaciółka z parteru nie wie, że
tu jestem.
To było osobliwie staroświeckie imię jak na kogoś, kto był tylko z dziesięć lat starszy ode mnie i miał o niebo większe wyczucie stylu. Jej
imię i nazwisko zabrzmiały mi znajomo i jak przez mgłę przypominałam
sobie, że widziałam je w jakimś piśmie z modą.
-?Mogę usiąść? -?zapytała, wskazując miejsce, które właśnie zwolnił
historyk.
-?Oczywiście -?mruknęłam.
W poniedziałek poznałam wampira. We wtorek czarownik próbował wedrzeć
się do mojej głowy. Najwyraźniej środa należała do demonów.
Chociaż łaziły za mną w kolegium, o demonach wiedziałam jeszcze mniej
niż o wampirach. Mało kto rozumiał byty, a Sarah nigdy nie potrafiła
odpowiedzieć na moje pytania na ich temat. Z jej opisów wynikało, że
demony tworzą przestępczy margines. Ich nadzwyczajny spryt i kreatywność
sprawiały, że miały skłonność do kłamstwa, kradzieży, oszustw i nawet
morderstw, bo czuły, że może im się to upiec. Jeszcze bardziej
niepokojące zdaniem Sarah były okoliczności ich narodzin. Nie sposób
było orzec, gdzie albo kiedy pojawi się demon, bo zwykle rodziły się
ludzkim rodzicom. Zdaniem mojej ciotki to tylko pogłębiało ich
marginalną pozycję w hierarchii stworzeń. Ona ceniła sobie tradycje
rodzinne czarownic i więzy krwi, więc nie pochwalała demonicznej
nieprzewidywalności.
Agacie Wilson początkowo wystarczało, że siedzi obok mnie w milczeniu,
patrząc, jak trzymam herbatę. Potem zaczęła mówić i był to oszałamiający
wir słów. Sarah zawsze twierdziła, że z demonami nie da się rozmawiać,
bo one zawsze zaczynają od środka.
-?Tak potężna energia musiała nas ściągnąć -?orzekła rzeczowo, jakbym
zadała jej pytanie. -?Czarownice zebrały się w Oksfordzie z okazji
Święta Mabon i gawędziły sobie, jakby świat nie był pełen wampirów,
które wszystko słyszą. -?Zamilkła. -?Nie wiedzieliśmy, czy jeszcze
kiedyś ją zobaczymy.
-?Co takiego? -?zapytałam cicho.
-?Księgę -?wyjawiła mi, zniżając głos.
-?Księgę -?powtórzyłam beznamiętnie.
-?Tak. Po tym, co zrobiły z nią czarownice, wątpiliśmy, że jeszcze
kiedyś ją ujrzymy.
Spojrzenie demonicy skupiło się na środku pomieszczenia.
-?Oczywiście pani też jest czarownicą, więc może nie powinnam z panią
rozmawiać. Ale spodziewałabym się, że ze wszystkich czarownic pani
akurat zdoła się zorientować, jak to zrobiły. A teraz jeszcze to -
dodała smutno, podniosła porzuconą gazetę i podała ją mnie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki