Rozdział 2
Na Morzu Garyjskim spotkali okręt widmo.
W ciszy marynarze tłoczyli się wzdłuż bakburty. Zimny już, doszczętnie wypalony wrak powoli dryfował z wiatrem na północny wschód. Na wytrawionej ogniem rufie nie dało się odczytać nazwy żaglowca, ale wszyscy dobrze ją znali: "Północ". Widzieli oto resztki wielkiej hogi Alagery. Ona sama (poznano ją po szkarłatnej odzieży i furkoczących na wietrze złotych włosach), powieszona za nogi, kołysała się na zachowanym od ognia bukszprycie.
- Obława - skwitował Ehaden. - Mieliśmy rację, uciekając, Rap. Złapała ją silna eskadra, to nie był jeden holk. Jeśli Brorrok tak samo, to...
- Starego Brorroka nie złapią wszyscy cesarscy razem wzięci - orzekł Rapis. - Co innego ta tutaj. - Pokazał powieszoną kobietę. - To był okręt? Burdel i tyle.
- Ale dobry.
- Burdel czy okręt?
Wielkie trzymasztowe kogi, jak "Północ", nazywano w tych stronach hogami - bo więcej miały wspólnego z chodzącym na wiatr holkiem niźli wychodzącą z użycia pływającą ładownią, czyli wczesną kogą. Alagera miała całkiem dobry okręt.
- Nie uwierzysz: nigdy mi nie dała - rzekł Ehaden. - Chociaż widzieliśmy się aż cztery razy.
- No, to jesteś jedynym żeglarzem na świecie, który widział ją aż cztery razy i nie wlazł z kopytami do środka - skonstatował Rapis. - I pewnie tak już zostanie. Chyba że chcesz teraz? Możemy podpłynąć bliżej. Daj rozkaz przy działach - dorzucił z całkiem innej beczki. - Wypada puścić ją na dno.
Zapędzono kanonierów do dział. Nie minęło wiele czasu, a powietrze rozdarł szereg potężnych, prawie jednoczesnych grzmotów. Kamienne kule, posłane z najmniejszej odległości, z łoskotem uderzyły w popalony kadłub, który cudem utrzymywał się na wodzie. Zrobili zgrabny zwrot - po tygodniu bezczynności trochę ćwiczeń przy żaglach nie mogło załodze zaszkodzić - i poprawili drugą pełnoburtową salwą. Kanonierzy Rapisa mogli mierzyć spokojnie, to nie była bitwa...
Wkrótce "Wąż Morski" wolno odchodził na zachód. Załoga spoglądała na tonący okręt do chwili, aż skrył się pod falami.
- Morze wzięło - rzekł Rapis. - Chodź, Ehaden, pomyślimy, co dalej. Zmienimy trochę plany. Nie lubiłem tej zdziry, ale cesarskim nic do tego. Mam pomysł, jak nałapać towaru, a zarazem wyrównać rachunek Alagery.
Udali się na rufę.
? ? ?
Następnego dnia wieczorem stojący na oku marynarz obwołał ziemię. To była Garra, a raczej jedna z przyległych wysepek.
Rapis dobrze znał ten kawałek lądu. Był tu niewielki port, w którym - oprócz łajb rybackich - stacjonowały dwa lub trzy małe okręciki straży morskiej. Dla pirackiej karaki nie były one żadnym zagrożeniem; cóż mogły poradzić trzy stare jak świat szniki przeciw największemu okrętowi Bezmiarów? Dlatego Rapis już parokrotnie zawijał do przystani, by uzupełnić zapasy żywności i słodkiej wody. Mógł pozwolić sobie na bezczelność; gdy przypływał, strażnicy zwykle siedzieli zupełnie cicho, udając, że ich w ogóle nie ma. Prawdę rzekłszy, nic lepszego do roboty nie mieli. Przeważnie "Wąż Morski" stał na redzie, czekając na powrót wysłanych po zaopatrzenie łodzi. Jednakże tym razem kapitan miał inne plany. Port był wystarczająco głęboki, by przyjąć jego karakę.
Panowała głucha noc, gdy okręt wpływał do przystani holowany przez własne łodzie. W niedalekiej wartowni zabłysło wątłe światełko; z brzegu dobiegł okrzyk:
- Ktoś ty?!
Cisza. Olbrzymia bryła okrętu, skrzypiąc, naparła na belki pomostu. Marynarze rzucili cumy.
- Ktoś ty?!
Rzucono trap. Po obu jego stronach majtkowie postawili maźnice z płonącą smołą. Trap rozjęczał się pod uderzeniami marynarskich nóg. Każdy z zabijaków niósł pochodnię, którą zanurzał w maźnicy. Wkrótce dwie setki ruchomych ogni rozświetliły port. Natarczywy głos z wybrzeża ucichł, w leżącej nieopodal wiosce zalśniły migocące światełka w oknach. Chwilę potem z pokładu zabrzmiał silny, wyraźny głos:
- Wieśniaków żywcem, ale tylko wieśniaków! Naprzód!
Gromada marynarzy runęła w stronę wartowni.
Żołnierze postanowili drogo sprzedać swe życie. Nigdy nie zaczepiali załogi pirackiego żaglowca, bo byłoby to zwykłe szaleństwo. Zresztą nigdy dotąd nie zdarzyło się nic, co zmusiłoby ich do działania. Poczynania morskich rozbójników były bezczelne i zuchwałe, lecz poza tym... właściwie zgodne z prawem. Owszem, "Wąż Morski" uzupełniał zapasy, jednak płacono za nie miejscowemu oberżyście (choć prawda, że była to zapłata raczej umiarkowana...); pirackiemu kapitanowi z oczywistych powodów nie zależało na puszczeniu karczmarza z torbami. Teraz jednak, w obliczu ataku dzikiej bandy, cesarscy żołnierze nieoczekiwanie wykazali swą sprawność. Nadzieje Rapisa na zaskoczenie maleńkiego garnizonu zawiodły. Jego ludzie ujrzeli nagle w półmroku zwarty szyk wyćwiczonej piechoty, stanowiącej uzupełnienie załóg stojących w porcie okrętów. Większość wyrwana ze snu, bez zbroi, niektórzy półnago - przecież prezentowali się groźnie. Od strony przystani doleciał potężny huk: to "Wąż Morski" zluzował cumy i ogniem swych dział rozstrzeliwał bezbronne cesarskie okręciki. W tej samej chwili, jakby na umówiony sygnał, pierwszy szereg żołnierzy przyklęknął, celując z kusz, żołnierze w drugim szeregu unieśli napięte łuki. Świsnęły pociski, grupa piratów zatrzymała się nagle, padali zabici i ranni. Przez jęki i wrzaski przebił się głos Rapisa:
- Dalej! Alagera i "Północ"!
- Alagera! - podchwycili z bojową wściekłością inni.
Żołnierze dalej strzelali z łuków, lecz kusze, broń bardziej śmiercionośna, były już bezużyteczne. Dzika zgraja, wywrzaskując hasło zemsty, runęła na wroga. Szczęknęły krzyżowane miecze, gdzieniegdzie zalśnił w migotliwym blasku deptanych pochodni grot włóczni bądź szerokie żeleźce topora. Kusznicy, chwyciwszy za miecze, próbowali osłonić wciąż strzelających łuczników, ale wobec liczebnej przewagi przeciwnika udawało się to tylko przez chwilę. Linia strażników pękła, rozpadła się na dwie osobne grupy, które natychmiast otoczono. W poblasku ostatnich gasnących iskier żołnierze toczyli beznadziejną walkę. Bili się zawzięcie, w milczeniu - każdy na własną rękę, ale sprawnie, tak sprawnie, że trup po stronie piratów ścielił się gęsto. Wkrótce stłoczono ich jednak, przemieszano. Walka zmieniła się w masakrę.
Tymczasem druga setka zbójów pustoszyła wieś. Tu dowodził Ehaden. Gdy Rapis dorzynał żołnierzy, płonęły już niepewnie pierwsze domy. Grupy zbirów wpadały do chałup, skąd natychmiast dobiegały wycia, płacz i krzyki rybaków. Rozhukani majtkowie rzucali się pośród domów jak wściekli, ujadały psy, z ogarniętego pożarem kurnika wysypały się otumanione dymem kaczki i kury, powiększając jeszcze zamieszanie. Tam gdzie wieśniacy stawili rozpaczliwy opór - zabijano bez cienia litości. Krew płynęła obficie, mordercy Ehadena rąbali mieczami i toporami wysunięte w obronnym geście ręce, dźgali pozbawione osłon brzuchy, rozbijali głowy. Jęki gwałconych kobiet ginęły w przeraźliwym płaczu dzieci, które jako nieprzydatne do transportu siłą odrywano od matek. Strzechy chałup płonęły coraz jaśniej, trzask gorejących krokwi mieszał się z dobiegającym od strony portu zwycięskim grzmotem dział "Węża Morskiego".
Ehaden nie brał udziału w rzezi. Stał pośrodku wioski z mieczem pod pachą i ze zwykłym spokojem wydawał polecenia podbiegającym piratom. Baczył, by nikt z mieszkańców wioski nie zdołał zbiec do pobliskiego lasu, czasem w milczeniu wskazywał cel trzem najlepszym łucznikom z załogi, których trzymał przy sobie. Tak zastał go Rapis, nadciągający na czele zziajanych, pokrwawionych i rozradowanych wojowników.
- Za dużo trupów! - powiedział ostro kapitan. - Mamy prawie puste ładownie.
- To ludna wioska - mruknął oficer, wskazując wyłaniającą się spomiędzy chałup kolumnę kilkudziesięciu powiązanych wieśniaków. Połowę stanowiły kobiety. Jeńców popychano brutalnie, ale z umiarem. Eskorta dbała o towar.
Z pobliskiej chaty wytoczył się rybak z krwią na twarzy. Trzymał gruby drąg. Rapis przymierzył się, zakręcił toporem nad głową i trafił wieśniaka prosto w łeb. Miał krzepę. Rozbrzmiały pochwalne okrzyki łuczników Ehadena i paru innych piratów. Marynarze cieszyli się, że mają kapitana, który umie im zaimponować! Ktoś podbiegł do zabitego, przydepnąwszy go, wyrwał topór i odniósł dowódcy.
- Wyślij ludzi do oberży - powiedział Rapis, ocierając ostrze. - Cesarscy niewiele mają na składzie. Słyszysz, Ehaden?
Oficer skinął głową.
- Raladan się tym zajął. Załadunek żarcia i słodkiej wody zakończymy przed świtem. Ale na razie były tylko trzy salwy. - Machnął ręką w stronę przystani. - Dwie burtowe i jedna z pościgowych albo rejteradowych. Za mało na trzy szniki. Jak się nie pospieszą i nie staną zaraz u nabrzeża... - Urwał, bo właśnie dało się słyszeć grzmot kolejnej salwy burtowej, a zaraz potem słabszej, z dziobu albo rufy. - No, jeszcze ze dwie i wystarczy.
- Trzeba to było spalić i tyle.
- A po co? Niech poćwiczą przy działach. Zostawimy trzy piękne pływające trupy zdemolowane tak, że cesarscy narobią w portki, gdy pomyślą o ciężarze naszej salwy.
Przechodzący obok zziajany marynarz cisnął pochodnię na dach pobliskiego domu. Buchnęły płomienie.
Powoli milkły ostatnie wrzaski mordowanych. Rozwrzeszczane dotąd bezładnie głosy zaczęły się łączyć w starą, ponurą morską pieśń:
Podmorskie fale zielonym echem podwodnej trawy przynoszą szmer. Przegniłe dłonie martwego szypra na dnie otchłani trzymają ster.
Rapis przytknął do ust gliniany gwizdek. Głosy umilkły, w ciągu kilku chwil miał przed sobą całą załogę.
Płomienie huczały. Z trzaskiem zawalił się dach jednej z chat.
- Wracamy na przystań - powiedział kapitan. - Bosman, do mnie.
Grube chłopisko natychmiast wysunęło się z tłumu.
- Weź dwudziestu ludzi pod strażnicę i pozbierajcie wszystko, co może się przydać, zwłaszcza niezbyt poszarpane zbroje. Kto nie ma, może wybrać dla siebie. To samo miecze, kusze i reszta. Sprawdź, Dorol, graty płatnika, to mały garnizon, ale mogą mieć trochę srebra. Pozostali na okręt!
Szli zwartą gromadą, otaczając grupę zawodzących jeńców. Jakiś gruby, chropawy głos podjął:
A nad powierzchnią niebo się chmurzy, z mocami sztormu siądźmy do gry. Śpiewa wiatr w wantach, śpiewa o burzy, więc zaśpiewajmy i my.
Podmorskie fale zielonym echem...
Rapis nie ruszył z innymi. Patrzył za oddalającą się grupą, potem powiódł spojrzeniem dokoła. Miał tu jeszcze coś do zrobienia... ale zapomniał co.
Huk pożarów narastał, płonęły już nie tylko strzechy, ale i ściany chałup; z trzaskiem i łomotem spadały jakieś zwęglone belki i żerdzie. W kłębach wszechobecnego dymu majaczyły, coraz bardziej rozmazane, wielkie plamy ognia. Gdzieś rozległ się krzyk - krótki, urywany.
Rapis stał i spoglądał dokoła.
Tak płonęły żaglowce. We mgle. Skazane na zagładę żaglowce...
Wielki holk, gnany wiatrem, niosąc w takielunku burzę szybkich płomieni, podchodził od nawietrznej - i zderzenie było nieuniknione. Rapis ujrzał nagle całe swoje nieudane życie, które miało oto dobiec kresu w kłębach ognia lub pośród słonej morskiej wody. Płonący holk zbliżał się niczym przeznaczenie, wreszcie z łoskotem i trzaskiem uderzył w burtę "Węża" - a wtedy potworny wstrząs wyrzucił kapitana do morza. Poczuł zimne uderzenie fali.
- Zasnąłeś?
Chałupy płonęły. Gęsty dym utrudniał oddychanie.
- Zasnąłeś? - powtórzył Ehaden. - Wróciłem po ciebie, bo...
Rapis rzucił mu szybkie spojrzenie i głośno przełknął ślinę.
- Nie, nie zasnąłem... - rzekł powoli. - Przywidziało mi się tylko. Zapatrzyłem się na ogień. Ten płonący holk, co nas wtedy staranował, pamiętasz. Ile to? Dwa, trzy lata temu?...
Odwrócił się i ruszył ku przystani.
Płonący holk.
Ehaden stał zamyślony, spoglądając za odchodzącym.
- Nigdy nic nas nie staranowało, Rapis - rzekł pół do siebie, pół w przestrzeń. - Żaden płonący holk.
Kapitan zniknął za kotarą dymu. Oficer zaniósł się kaszlem i ruszył śladem dowódcy, kryjąc twarz w zgięciu łokcia. Oczy zaczęły mu łzawić.
Skojarzenia. Płonące domy, płonące okręty... Dziwne skojarzenia uznawane za rzeczywistość. Sny na jawie. To nie po raz pierwszy.
Ehaden był szczerze zaniepokojony. Bał się o przyjaciela.
Powiew wiatru zepchnął na bok kłęby dymu. Wieś stała się jednym wielkim morzem ognia.
Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.