WCZEŚNIEJ
Gdy Natalia wraca z zakupami, wskazujesz brodą na otwarty egzemplarz Anonimowej i pytasz, czy czyta z nudów, czy z uprzejmości.
- Dlaczego miałabym czytać pana książkę z uprzejmości? - dziwi się.
- Wyznaczyli panią do całodziennej asysty, więc może chciała być pani dla mnie miła.
Marszczy brwi i posyła ci spojrzenie aktywistki z marszów kobiet.
- Owszem, bycie miłym to jeden z moich służbowych obowiązków. Lecz nie należy do nich czytanie książek pisarzy, którym asystuję na targach.
Znów czujesz się zawstydzony - i słusznie. Jakim trzeba być pawiem, aby pomyśleć, że nieznajoma i dużo młodsza kobieta czyta twoją książkę tylko po to, aby ci sprawić przyjemność. Ale skoro nie dla przyjemności twojej, to może dla...
Jakby czytała ci w myślach, oświadcza:
- Jeżeli coś czytam nie z obowiązku, to dlatego, że mi się podoba. Oczywiście, najpierw musi mnie zaciekawić.
- Rozumiem, że Anonimowa spełnia oba warunki?
- Owszem. - Jej głos znów staje się przyjazny, a twarz pogodnieje, już nie jest aktywistką z marszów. - Chociaż... - waha się, czy dokończyć.
- Chociaż?
- Trochę za długie zdania. No i te opisy - krzywi usta. - Też takie długie. Choć plastyczne i jędrne.
- Skłonność do orzeszkowania to jedna z moich pisarskich wad. - Puszczasz do niej oko, lecz ona nie chwyta żartu. Najwidoczniej nigdy nie kazano jej brnąć przez łęgi i łąki doliny Niemna. Albo taka was dzieli mentalna przepaść w pojmowaniu tego, co zabawne.
- Ale do końca dojdę. Potrafi pan w napięcie - zapewnia.
W twoich uszach brzmi to filuternie: "Dojdę", "Napięcie...".
- Jestem zaszczycony. - Kłaniasz się zamaszyście, może aż nadto. Potem odzierasz batona z papieru i dyskretnie ukręcasz łeb małpce. Zakrętka wydaje ciche chrupnięcie. Lubisz ten dźwięk.
Natalia tymczasem rozkręca się, aż dziwisz się jak bardzo. Jakby nie była robotnicą marketingu, lecz recenzentką renomowanego tygodnika, która nie chodzi na kompromisy.
- Najczęściej odbijam się od książki już po pierwszym rozdziale. Wszystko jest dziś przereklamowane, oszukane. Recenzenci nie czytają tego, co wychwalają. A dziennikarze dyskutują potem o powieściach, które znają wyłącznie z tych skłamanych recenzji. Influencerzy od kultury biorą po tysiaku za recenzję na Facebooku, po czym przepisują pseudomłodzieżowym językiem banały ze skrzydełek. Przed wnikliwszą analizą bronią się tym, że nie chcą spojlerować. Znaczy... zdradzać treści. Bo dziś fabuła musi non stop trzymać czytelnika w napięciu, a potem zaskoczyć jak sraczka w kościele. Wbić w ziemię, zaorać, rozwalcować, rozwalić - wymienia ze złością, robiąc palcami cudzysłowy w powietrzu. - To jest chore. Nadmiar. Przesyt. Nadprodukcja. A czytać nie ma co - kończy i głośno siorbie kawę przez szparę w wieczku, nie dbając o konwenanse.
- Jak to nie? - Toczysz ręką wokół z udawaną powagą. - A to? Tu wystawionych jest chyba z tysiąc tytułów.
Przewraca oczami, posyłając ci minę "proszę mnie nie rozśmieszać". Chyba się polubiliście. Unosisz buteleczkę z wódką:
- Pani zdrowie! - Pociągasz zdrowo. Wódka zajeżdża cytrynową chemią, nie przeszkadza ci to. Przełykasz, chuchasz, dopowiadasz:
- I podziękowanie.
- Podziękowanie?
- Tak, bo dzięki pani podjąłem pewną ważną decyzję.
- Tu? Teraz? Dzięki mnie? - Zaskoczona wyznaniem, węszy podstęp, może jakiś obciachowy podryw. Na powrót staje się aktywistką. - Jaką decyzję, jeśli można wiedzieć? - pyta sucho.
- Przepraszam - kładziesz rękę na sercu, jakbyś prosił o wybaczenie, ale jednocześnie coś obiecywał - ale nie można. Jeszcze nie teraz. Przyjdzie na to czas.
Przyjdzie na to czas?
Brzmi jak zapowiedź kolejnego spotkania. Owszem, wódka tańczy ci już w głowie, ale czy aby się nie zapędzasz?
Kobieta wzrusza ramionami, jakby chciała okazać, że są jej obojętne twoje sekrety i lepiej, żebyś trzymał je od niej z daleka. Wyjmuje ci z dłoni małpkę, zdejmuje wieczko z kawy i dolewa do niej resztę wódki. Zwraca ci pustą buteleczkę, jak kelnerowi, który ma ją wyrzucić, i unosi kubek.
- Zdrowie! - woła zadzierżyście. Ma nieźle uformowany biceps. Kulka mięsa pod skórą, która długo jeszcze pozostanie jędrna. Zero budyniu. - I proszę mi mówić na ty.
- Wymagam zatem tego samego. - Doskakujesz do niej z dłonią i uśmiechem.
Wyjmuje z kieszeni rulon dropsów, przykłada go do ust i zgrabnym ruchem kciuka wyłuskuje jednego.
- Miętusy - wyjaśnia. - Chłopaki z wydawnictwa przyjadą zaraz składać ten majdan i wracamy do Warszawki. Lepiej, żeby nie poczuli. - Mruga konspiracyjnie, a ty jej równie konspiracyjnie odmrugujesz.
Tak, polubiliście się na pewno. Na koniec dnia wymieniacie się nawet numerami telefonów.
***
Tej nocy, w łóżku i ze smartfonem w dłoni, odbywasz kilka podróży do krain, o jakich istnieniu nie miałeś zielonego pojęcia. Poznajesz fenomen Wattpada, który ma już prawie dwadzieścia lat, co w świecie cyfrowym równa się dwóm wiekom świata realnego i kilku rewolucjom. Stories you'll love - sto milionów młodocianych czytelników, pisarzy i recenzentów pod jednym adresem! Jak to możliwe, że przeoczyłeś?
Pamiętasz jeszcze, jak absurdalnie długo czekało się na druk książki, gdy byłeś w wieku pisarzy z Wattpada. Cztery, nawet pięć lat. Pamiętasz, że aby uzyskać kopię tekstu, należało pisać na maszynie przez kalkę - i jak niewyraźnie wyglądała ostatnia odbitka. Pamiętasz ostry zapach farby w drukarni, litery odlane w ołowiu i ciężką bryłę kalandra. Pamiętasz zecerów, łamaczy, linotypistów, z którymi składaliście się na pół litra podczas nocnych dyżurów w redakcji.
Jesteś tak urzeczony, że mógłbyś uklęknąć przed Allenem Lau i Ivanem Yuenem - twórcami Wattpada - oraz tymi, którzy dali im na to pieniądze. Tak, jak czasami klęczysz w przedpokoju przed drzwiami, ponieważ kobieta, z którą miałeś romans, zawiesiła nad nimi niewielki krucyfiks. Modlisz się wtedy krótko i swoimi słowami, prosząc o jedno - o odmianę losu.
Czytasz też próbki Young Adult. Owszem, egzaltowane i łatwe do obśmiania, ale ich gramatyka i styl nie odbiegają od tego, czym karmią cię na co dzień robotnicy rozszczekanej machiny medialnej. Może to zatem żadna literacka tragedia? Ty nie z tych przynudzających o starych dobrych czasach i wysyłają znajomym hasła w rodzaju: "Kiedyś było jakoś inaczej". Czy harlequiny zamordowały przed laty polską prozę? Co najwyżej pisarze nominowani do Nike zaczęli pisać jeszcze bardziej pokrętnym językiem - żeby się odróżnić.
A może po prostu szukasz teraz alibi dla pomysłu, za który wzniosłeś toast z Natalią?
Przy okazji wchodzisz też dwa razy na jej profil - nie mając właściwie pojęcia, czego się po tych odwiedzinach spodziewać. Ale tam nie ma dla ciebie nic miłego. Niemiłego też nie.
Wysyłasz do siebie z łóżka hasłowe esemesy, średnio co dziesięć minut. Niektóre zawierają linki. Zasypiasz o trzeciej nad ranem niespokojnym snem człowieka, który dowiedział się właśnie, że ziemia jest okrągła.
Rano robisz sobie mocną kawę, siadasz do laptopa i otwierasz linki. Czytasz artykuły dokładnie i do końca. Spisujesz treść nocnych esemesów, zamieniając je w wątki, które następnie rozwijasz. A to, co rozwinąłeś - przestawiasz i porządkujesz. Po godzinie wyłania się z tego całkiem sensowne streszczenie powieści. Wciskasz "Drukuj" i idziesz do kuchni zrobić sobie w nagrodę drugą kawę.
W kilka sekund po tym, jak milknie drukarka, słyszysz charakterystyczny brzdęk powiadomień Facebooka. Biegniesz do pokoju. Natalia przyjęła zaproszenie do znajomych.
***
Właściwie powinieneś teraz dobijać się telefonicznie do Robaczywki, ale przypominasz sobie, że jest poniedziałek. W poniedziałki od rana pół Polski leczy kaca po weekendzie, a druga połowa wyżywa się w zawodowym ADHD wzbudzonym poczuciem winy za dwudniowe lenistwo. Telefony, maile, ponaglenia, wezwania, ustalenia, executive meetingi, gwałtowne wzrosty albo jeszcze gwałtowniejsze upadki Warszawskiego Indeksu Giełdowego. To napięcie opada gdzieś tak w porze lunchu, więc postanawiasz wykorzystać te kilka godzin, aby odespać noc. Kawa dawno z ciebie wyparowała - zasypiasz kamieniem.
Po przebudzeniu, pokrzepiony i głodny jak wilk, wysyłasz do Robaczywki esemesa:
Chciałbym jutro pogadać. Pilne. Dziesiąta? Skype?
Odpisuje bezzwłocznie:
Okej.
A ty robisz sobie podwójną chińską zupkę z torebki, wkrawając do niej kilka plastrów konserwy turystycznej, tej z pyszną galaretką. Razem jakieś tysiąc kalorii.
A potem leniuchujesz, słuchając albumu Kujaviak goes funky Namysłowskiego. Pomyśleć, że facet wyczyniał takie cuda na saksofonie, gdy ty miałeś dziesięć lat. Tak, świat naprawdę nie zaczął się wczoraj. Kiedyś na prywatny użytek, dla sportu, spróbowałeś opisać jazz tak, jak niektórzy opisują koncerty symfoniczne - z maestrią i pokazaniem sedna. Po kilku zmiętych kartkach wiedziałeś już, że próba cię przerosła.
Robaczywka naprawdę nazywa się Jan Śliwka. To prezes zarządu G&K, wydawca twojej Anonimowej. Zahartowany zuchwalec wolnego rynku z czasów, gdy przez krótką chwilę po upadku komunizmu naprawdę był on wolny. Kondotier wynajmowany latami przez rozmaite redakcje i oficyny, żeby im podkręcał sprzedaż i czyścił "chwasty", jak sam nazywał autorów nieprzynoszących zarobku. A także, aby pozyskiwał lub odkrywał tych, którzy rokują. Przy czym słowo "pozyskać" oznaczało w jego słowniku przekupstwo, szantaż lub oszustwo.
Na pięć lat przed emeryturą osiadł na tłustym kontrakcie w G&K, które rozsadzał energią i dosadnością starego wiarusa. To on śmiał zlikwidować w tej subtelnej oficynie dział literatury skandynawskiej, powołując w jego miejsce Young Adult Section zaludnioną przez wiotkie dzieciaki o fioletowych włosach. Wart każdych pieniędzy - choć niekoniecznie przyjaźni.
Znacie się jeszcze z czasów, gdy dla norweskiego koncernu reformował pakiet gazet regionalnych zakupionych przez Skandynawów. Także tej, w której kierowałeś działem reportażu. Reformy polegały na ujednoliceniu szaty graficznej, zglajszachtowaniu treści, zwanych od teraz kontentem, i obdzieraniu ich, niczym zająca ze skóry, z wszelkiej oryginalności oraz, nie daj Bóg, literackich ambicji. Do tego dochodziły uporczywe szkolenia kadry - co miesiąc dla innej redakcji.
W praktyce sprowadzało się to do trzydniowego wyjazdu całego zespołu do atrakcyjnej miejscowości turystycznej. Karpacz, Lądek, Międzyzdroje... Chlanie zaczynało się już w autokarze i trwało do rana. Drugi dzień poświęcano spotkaniom z kołczem od motywacji albo kimś z tej bandy. Nie mieli lekko ze skacowanym dziennikarskim bractwem, a to jak mało kto jest wyczulone na blagę. Wieczorem znów biesiada i picie, nierzadko z udziałem samych kołczów. Trzeciego dnia - nauka pracy zespołowej w terenie, czyli paint ball lub coś równie trywialnego - i powrót.
Z punktu widzenia ekonomii było to wyrzucanie pieniędzy w błoto i tak naprawdę swoje zyski, o ile je miały, zawdzięczały gazety koncernu wprowadzonym przez Śliwkę drastycznym cięciom personalnym oraz finansowym. Zbójeckie obniżki honorariów, redukcja personelu, wymiana szefów na głupszych, wypychanie dziennikarzy z umów o pracę na samozatrudnienie. To wtedy obdarzono Śliwkę przezwiskiem Robaczywka, o którym wiedział i które zdawało się nieodmiennie go bawić, a nawet podsycać jego menadżerskie ego.
Ty też zostałeś zmuszony do założenia własnej firmy, która składała się z komputera, dziesięciu cyfr Numeru Identyfikacji Podatkowej oraz adresu, dzięki czemu mogłeś wrzucać w koszty jedną trzecią czynszu oraz opłaty za internet.
Początkowo zleceń było nawet sporo i jakoś wiązałeś koniec z końcem. Lecz z czasem twoje półliterackie reportaże, felietony z kluczem i recenzje ambitnych tytułów zaczęły uwierać nowe szefostwo. Zamawiano coraz mniej, odrzucano coraz częściej, płacono coraz haniebniej.
Mimo to polubiliście się ze Śliwką - może dlatego, że masz tęgi łeb i zawsze dotrzymywałeś mu kroku podczas firmowych ochlajów. Podobno cenił też twoje dawne reportaże oraz to, że znasz tyle kawałów.
Dlatego, gdy rok temu, już jako prezes G&K, zatwierdzał do druku twoją Anonimową, podpisując z westchnieniem rezygnacji wypłatę zaliczki, której - jak słusznie przewidywał - nie zdołasz odrobić ilością sprzedanych egzemplarzy, odeszła ci cała uraza. Podpis złożył za namową urzeczonego twoją powieścią redaktora prowadzącego, którego i tak pół roku później wyrzucił na zbity pysk.