Książka z obrazkami bez obrazków - Hans Christian Andersen

-
Proszę czekać

Spis treści

Wstęp

Wieczór pierwszy

Wieczór drugi

Wieczór trzeci

Wieczór czwarty

Wieczór piąty

Wieczór szósty

Wieczór siódmy

Wieczór ósmy

Wieczór dziewiąty

Wieczór dziesiąty

Wieczór jedenasty

Wieczór dwunasty

Wieczór trzynasty

Wieczór czternasty

Wieczór piętnasty

Wieczór szesnasty

Wieczór siedemnasty

Wieczór osiemnasty

Wieczór dziewiętnasty

Wieczór dwudziesty

Wieczór dwudziesty pierwszy

Wieczór dwudziesty drugi

Wieczór dwudziesty trzeci

Wieczór dwudziesty czwarty

Wieczór dwudziesty piąty

Wieczór dwudziesty szósty

Wieczór dwudziesty siódmy

Wieczór dwudziesty ósmy

Wieczór dwudziesty dziewiąty

Wieczór trzydziesty

Wieczór trzydziesty pierwszy

Wieczór trzydziesty drugi

Wieczór trzydziesty trzeci

Posłowie

Wstęp

Jakie to dziwne! Gdy czuję najgoręcej i najgłębiej, to zdaje mi się, jakbym miał związane ręce i język, nie potrafię oddać, wyrazić słowami przeżyć, jakich doznaję tu, we własnym pokoju; a przecież jestem malarzem, mówi mi to moje oko, przyznawali to wszyscy, którzy widzieli moje obrazy i szkice.

Jestem ubogim młodym człowiekiem, mieszkam przy jednej z najwęższych uliczek, ale światła mi nie brak, bo mieszkam wysoko, mam widok na wszystkie dachy miasta. W pierwszych dniach po przybyciu do stolicy miałem poczucie ciasnoty i osamotnienia; zamiast lasu i zielonych wzgórz widziałem aż po horyzont tylko szare kominy. Nie miałem tu żadnego przyjaciela, nie witała mnie żadna znajoma twarz.

Pewnego wieczoru stałem bardzo smutny przy oknie, otworzyłem je i wyjrzałem na świat. Och, jak się ucieszyłem! Zobaczyłem znaną mi twarz, okrągłą, przyjazną twarz mojego najlepszego przyjaciela z rodzinnych stron: był to księżyc, stary, kochany księżyc, zawsze ten sam, zupełnie jak wtedy, gdy zerkał na mnie przez gałęzie wierzb nad mokradłem. Posłałem mu całusa, a on zaświecił wprost do mojej izdebki i obiecał, że zajrzy tu każdego wieczoru, gdy będzie na niebie; odtąd spełnia obietnicę rzetelnie, szkoda tylko, że może zostać tak krótko. Za każdym razem gdy się zjawia, opowiada mi o czymś, co widział poprzedniej nocy lub tego samego wieczoru. - Maluj to, o czym ci opowiadam - mówił przy pierwszej wizycie - a powstanie z tego doskonała książka z obrazkami. - Robię to już przez wiele wieczorów. Mógłbym swoim sposobem opowiedzieć obrazkami baśnie tysiąca i jednej nocy, ale byłoby tego pewnie za dużo; te, które tu zamieszczam, nie są wybrane, opowiadam je w takiej kolejności, w jakiej je usłyszałem; wielki, genialny malarz, poeta albo artysta dźwięków gdyby chciał, mógłby zrobić z tego więcej; to, co ja pokazuję, to tylko luźne szkice na papierze i trochę własnych myśli, bo księżyc nie każdego wieczoru się zjawiał, często przesłaniała go chmura albo i dwie.

Wieczór trzeci

- W tej wąskiej uliczce, tu niedaleko - jest tak wąska, że moje promienie tylko przez minutę mogą oświetlać ścianę domu, ale w ciągu tej minuty widzę wystarczająco dużo, żeby poznać życie, które się tam toczy - zobaczyłem kobietę. Szesnaście lat temu była dzieckiem; bawiła się w ogrodzie starej siedziby pastora, na wsi; rosły tam wiekowe krzewy róż, nie były obsypane kwiatami, wyrastały dziko na ścieżkę, wybujałe pędy pięły się wysoko po jabłoni; tylko tu i ówdzie rozkwitły róże, nie tak piękne jak piękna potrafi być królowa kwiatów, ale były kolory i był zapach. Córeczka pastora zdawała mi się o wiele piękniejszą różą; siedziała na stołeczku pod zdziczałym krzewem i całowała lalkę o zapadniętych policzkach z tektury. Dziesięć lat później znów ją zobaczyłem; spostrzegłem ją we wspaniałej sali balowej, była piękną, świeżo poślubioną żoną bogatego kupca; cieszyłem się z jej szczęścia, zaglądałem do niej w ciche wieczory; ach, nikt nie myśli o moim bystrym oku, o wszystko widzącym spojrzeniu! Moja róża obrastała dzikimi pędami, podobnie jak róże w ogrodzie pastora. W codziennym życiu też rozgrywają się tragedie, dziś wieczorem widziałem ostatni akt. Złożona śmiertelną chorobą leżała na łóżku w domu w wąskiej uliczce; brutalny, zimny gospodarz, jej jedyny opiekun, ze złością zerwał z niej koc: "Wstawaj!, zawołał, twoje policzki straszą, umaluj się! Staraj się o pieniądze albo wyrzucę cię na ulicę! No, już!". "W mojej piersi czai się śmierć, odpowiedziała, o, pozwól mi odpocząć". Ale on poderwał ją na nogi, umalował policzki, wplótł we włosy róże, posadził przy oknie, obok postawił płonącą świecę i wyszedł. Patrzyłem na nią; siedziała nieruchomo, ręka opadła na kolana. Wiatr szarpnął oknem, aż pękła jedna z szyb, lecz ona siedziała bez ruchu, firanka powiewała wokół niej niczym płomień; była martwa. W otwartym oknie zmarła głosiła przestrogę, moja róża z ogrodu pastora!

Wieczór piąty

- Wczoraj - mówił księżyc - patrzyłem na ruchliwy Paryż, mój wzrok sięgnął do komnat Luwru. Pewna ubogo ubrana babcinka - była z prostego ludu - szła z jednym z podrzędnych strażników do wielkiej, pustej sali tronowej; chciała, musiała ją zobaczyć; dostanie się tu kosztowało ją wiele drobnych wyrzeczeń, dużo odpowiednio dobranych słów. Złożyła chude dłonie i rozglądała się z nabożeństwem, jak gdyby znalazła się w kościele; "To stało się tu, tu!", powiedziała, podchodząc do tronu, z którego zwieszał się bogaty, obramowany złotem aksamit. "O, tu!", powtórzyła, zgięła kolana i pocałowała purpurowy dywan - myślę, że płakała. "To nie jest ten sam aksamit", odezwał się strażnik, przez jego twarz przemknął uśmiech. "Przecież to stało się tu, powiedziała kobieta, tak tutaj wyglądało!". "I tak, i nie tak, odparł, okna były powybijane, drzwi powyrywane, na podłodze krew! Ale możecie powiedzieć: mój wnuk umarł na tronie Francji!". "Umarł", powtórzyła staruszka. Myślę, że więcej już nie rozmawiali, wkrótce też opuścili salę, minął czas zmierzchu i mój blask z podwójną siłą oświetlił czerwony aksamit okrywający tron Francji. Jak myślisz, kim była ta stara kobieta? Opowiem ci pewną historię. Było to w czasie rewolucji lipcowej, pod wieczór, najwspanialszego z dni zwycięstwa, gdy każdy dom był twierdzą, każde okno redutą; lud szturmował Tuilerie. Walczyły nawet kobiety i dzieci, wdzierali się przez zamkowe pokoje i sale. U boku starszych bojowników dzielnie walczył ubogi wyrostek w łachmanach; śmiertelnie raniony kilkoma bagnetami osunął się na ziemię; stało się to w sali tronowej i krwawiącego położono go na tronie Francji, aksamitem okryto jego rany, krew tryskała na królewską purpurę; co to był za obraz! Ta wspaniała sala, te grupy walczących! Na podłodze leżał połamany proporzec, nad bagnetami powiewała trójkolorowa flaga, a na tronie ubogi chłopiec o bladej, rozjaśnionej twarzy, z oczami zwróconymi ku niebu, gdy ciało poddawało się śmierci; naga pierś, ubogie odzienie w połowie okryte draperią bogatego, haftowanego w srebrne lilie aksamitu. Przy kołysce chłopca przepowiedziano: "Umrze na tronie Francji". Matczyne serce marzyło o nowym Napoleonie. Mój promień całował wieniec z nieśmiertelników na jego grobie, mój promień pocałował w nocy czoło jego starej babki, gdy we śnie zobaczyła obraz, który ty teraz możesz namalować: Ubogi chłopiec na tronie Francji.

Wieczór siódmy

- Wzdłuż wybrzeża ciągnie się las, rosną w nim dęby i buki, tak świeże i pachnące, wiosną odwiedzają go setki słowików; tuż obok jest morze, wiecznie zmieniające się morze, a pomiędzy morzem i lasem biegnie szeroki trakt. Jeden za drugim przejeżdżają tamtędy wozy, nie śledzę ich, zwykle kieruję spojrzenie na jeden punkt: jest tutaj kurhan, wśród kamieni rosną krzewy jeżyn i tarniny. Naturę przenika tu poezja. Jak sądzisz, jak postrzegają ją ludzie? Opowiem ci, co tam słyszałem, tylko ostatniego wieczoru i ostatniej nocy. Najpierw nadjechało dwóch bogatych gospodarzy. "Piękne drzewa", powiedział jeden. "Każde z nich to dziesięć wozów drew na opał!", odparł drugi. "Zima będzie ciężka; tamtego roku dostaliśmy czternaście talarów za sążeń!". I już ich nie było. "Kiepska tu droga", powiedział inny podróżny. "To te przeklęte drzewa, odparł jego sąsiad, nie ma tu porządnego przewiewu, tyle co od morza". I pojechali. Przejeżdżał też dyliżans; w najpiękniejszym miejscu wszyscy spali; woźnica zadął w róg, ale pomyślał tylko: "Dobrze trąbię i dobrze to tutaj brzmi, ciekawe, co też oni o tym myślą?". I już dyliżansu nie było. Potem przygalopowali konno dwaj młodzieniaszkowie. Oto młodość, musująca krew!, pomyślałem; i rzeczywiście, spojrzeli z uśmiechem na porośnięte mchem wzgórze i ciemną gęstwinę. "Chciałbym tu chadzać z Christiną od młynarza!", powiedział jeden i już galopowali dalej. Kwiaty tak mocno pachniały, powiewy wiatru zamierały, morze było jakby częścią nieba rozpościerającego się nad głęboką doliną; nadjechał wóz, siedziało w nim sześciu ludzi, czterech spało, piąty myślał o tym, że na pewno dobrze wygląda w nowym letnim płaszczu, szósty wychylił się do woźnicy i spytał, czy ta kupa kamieni to coś znaczącego. "Nie, odparł woźnica, to tylko kupa kamieni, ale drzewa są znaczące!". "Opowiedzcie mi o nich!". "No, są bardzo znaczące! Bo widzi pan, gdy zimą jest dużo śniegu i wszystko zlewa się w jedno, to są dla mnie znakiem, mogę się ich trzymać i nie wjeżdżam w morze, o, to przez to są takie znaczące!". I pojechał dalej. Wreszcie zjawił się malarz, oczy mu błyszczały, nie powiedział ani słowa, gwizdał, a słowiki śpiewały jeden głośniej od drugiego. "Halt's Maul!"*, zawołał malarz i zaczął dokładnie notować kolory i odcienie: "Błękit, lila, ciemny brąz". Byłoby z tego wspaniałe malowidło! Postrzegał otoczenie podobnie jak odbija obraz lustro, i gwizdał marsza Rossiniego. Ostatnia zjawiła się uboga dziewczyna, odpoczęła przy kurhanie, tobołki postawiła na ziemi, pochyliła swoją piękną, bladą twarz, nasłuchując odgłosów lasu, a gdy spojrzała na niebo ponad morzem, jej oczy lśniły, ręce same się złożyły, myślę, że odmawiała Ojcze nasz. Nie pojmowała uczucia, które ją przenikało, ale wiem, że wspomnienie tej chwili spędzonej pośród natury, znacznie piękniejsze, ba, prawdziwsze niż opis malarza, gdy spisywał poszczególne barwy, zostanie w niej na lata. Moje promienie towarzyszyły dziewczynie do chwili, gdy na czole złożyła jej pocałunek jutrzenka.

* Halt's Maul (niem.) - tu: zamknij dziób.

Wieczór dziewiąty

Niebo znów było czyste; minęło kilka wieczorów, księżyc był w pierwszej kwarcie i znów przyszedł mi do głowy pomysł na szkic - posłuchaj, co opowiedział księżyc.

- Podążałem za polarnym ptakiem i za wielorybem płynącym do wschodniego wybrzeża Grenlandii; nagie, oblodzone skały otaczały dolinę, gdzie bujnie kwitły wierzby i borówki i wonna firletka roztaczała słodki zapach; moje światło było słabe, moja tarcza blada jak płatek lilii wodnej, który tygodniami dryfował na wodzie oderwany od łodygi; płonęła korona zorzy polarnej, jej okrąg był szeroki, a promienie rozchodziły się od niego na całe niebo jak wirujące słupy ognia i igrały zielenią i czerwienią. Mieszkający tam ludzie zebrali się na tańce i zabawy, ale nie dziwiły ich te zwyczajne dla nich wspaniałości. Niech dusze zmarłych bawią się piłką z głowy morsa!, myśleli zgodnie ze swoją wiarą, a ich oczy i myśli zajmowały tylko taniec i śpiew. W środku kręgu stał Grenlandczyk bez futra, wybijając ręką rytm na bębenku, zaintonował pieśń o polowaniu na foki, pozostali zaś odpowiadali chórem: "Eia, eia, a!" i podskakiwali w kręgu w swoich białych futrach; wyglądało to jak bal niedźwiedzi; oczy i głowy wykonywały szalone ruchy. Teraz zaczął się sąd i wydawanie wyroków. Naprzód wystąpili skłóceni i obrażony improwizował o przewinach swojego adwersarza, zuchwale i dowcipnie, tańcząc do tego przy wtórze bębnów; oskarżony odpowiedział równie chwacko, a zebrani śmiali się i ich rozsądzili. Z gór dochodził łoskot, to zawalały się góry lodowe, wielkie spadające masy rozbijały się w pył; była to cudowna, grenlandzka letnia noc. Sto kroków dalej pod otwartym skórzanym namiotem leżał chory. Życie jeszcze tliło się w jego ciepłej krwi, a jednak musiał umrzeć, bo tak uważał, i uważali tak wszyscy, którzy go otaczali, dlatego żona już zaszywała go w skórzany pokrowiec, by potem nie dotykać zmarłego, i spytała: "Czy chcesz być pochowany wśród skał, w wiecznym śniegu? Ozdobię to miejsce twoim kajakiem i strzałami. Będzie po nim tańczył angekok. A może wolisz, żeby cię spuścić do morza?". "Do morza", szepnął i skinął głową ze smutnym uśmiechem. "Jest teraz jak ciepły letni namiot, powiedziała kobieta, bawią się w nim tysiące fok, u twoich stóp będzie spał mors, a polowanie będzie radosne i bezpieczne!". A potem jego płaczące dzieci zdarły rozpiętą w oknie skórę, żeby można było umierającego odprowadzić do morza, falującego morza, które za życia dawało mu pożywienie, a teraz miało mu dać wieczny odpoczynek. Jego pomnikiem nagrobnym stały się dniem i nocą zmieniające swój kształt pływające lodowe góry. Na lodowej bryle drzemie foka, ponad nią szybuje fulmar.

Wieczór dziesiąty

- Znałem pewną starą pannę - powiedział księżyc. - Każdej zimy nosiła żółtą atłasową pelisę, każdego roku była nowa, innej mody kobieta nie znała; w lecie nosiła ten sam słomkowy kapelusz i chyba tę samą szaroniebieską suknię. Chadzała tylko do starej przyjaciółki na drugą stronę ulicy, ale w ostatnich latach już tam nie bywała, bo przyjaciółka umarła. Samotnie krzątała się moja staruszka koło okna, gdzie przez całe lato stały cudowne kwiaty, a zimą piękny wianek ułożony na filcowym stożku do kapeluszy. W ubiegłym miesiącu nie siedziała już przy oknie, ale byłem pewien, że jeszcze żyje, bo nie widziałem, żeby odbyła wielką podróż, o której tak często rozmawiała z przyjaciółką. "Cóż, mówiła wtedy, kiedyś, gdy umrę, udam się w podróż dłuższą niż kiedykolwiek za życia; sześć mil stąd jest grobowiec mojej rodziny, tam mnie zawiozą, tam będę spać wśród moich krewnych". Wczorajszej nocy pod drzwiami stał wóz, wynieśli trumnę i wtedy wiedziałem już, że umarła; obłożyli trumnę sianem i wóz odjechał. W trumnie spała cicha, stara panna, która przez ostatni rok nie wychodziła z domu, a wóz pędził raźnie za miasto, jakby to była wycieczka. Na drodze za miastem gnał jeszcze szybciej; woźnica zerkał raz po raz do tyłu, myślę, że bał się, że ujrzy zmarłą siedzącą na trumnie w żółtej atłasowej pelisie; dlatego tak bezmyślnie okładał konie, tak mocno ściągał lejce, że aż na uzdę wytoczyły pianę; były młode i ogniste i znarowiły się, gdy przez drogę przeskoczył zając. Cicha staruszka, która przez cały rok kręciła się tylko z wolna po domu, pędziła teraz na łeb na szyję drogą za miastem jako nieboszczka. Wtem owinięta matami trumna runęła z wozu i legła na drodze, a konie, woźnica i wóz gnali w szaleńczym galopie dalej. Nad pole wzbił się rozśpiewany skowronek, zaszczebiotał nad trumną swą poranną pieśń; usiadł na niej i zaczął gmerać dziobkiem w macie, jak gdyby chciał rozerwać kokon. Wreszcie znowu ze śpiewem zerwał się do lotu, a ja umknąłem za różowe obłoki poranka.

Wieczór dwunasty

- Pokażę ci obrazek z Pompei - powiedział księżyc. - Byłem blisko przedmieścia, koło ulicy Grobów, jak ją nazywają, gdzie stoją piękne pomniki, gdzie niegdyś tryskający wesołością młodzieńcy z różanymi wiankami na głowach tańczyli z pięknymi siostrami Lais; teraz panowała tam śmiertelna cisza; niemieccy żołnierze w służbie Neapolu trzymali straż, grali w karty i kości; wiedziona przez strażników, do miasta weszła grupka gości przybyłych z drugiej strony gór; chcieli w moim jasnym świetle zobaczyć powstałe z grobu miasto i pokazałem im ślady po kołach wozów na ulicach wyłożonych szerokimi płytkami lawy, pokazywałem im nazwiska na drzwiach i wiszące wciąż szyldy; w małych podwórkach zobaczyli baseny fontann zdobione muszlami; ale nie tryskał strumień wody, nie dochodziły śpiewy z bogato malowanych izb, których drzwi pilnowały psy z brązu. Było to miasto umarłych, tylko Wezuwiusz wciąż grzmiał swój odwieczny hymn, którego kolejne wersy ludzie zwą nowymi wybuchami. Poszliśmy do świątyni Wenus, zbudowano ją z marmuru, lśni bielą, przed szerokimi schodami wznosi się ołtarz; pośród kolumn wyrosły młode wierzby płaczące; powietrze było tak klarowne, niebo szafirowe, a w tle stał czarny jak węgiel Wezuwiusz, z którego niczym pień pinii wzbijał się w górę ogień; oświetlona wśród nocnej ciszy chmura dymu przypominała koronę pinii, tyle że krwistoczerwoną. Wśród towarzystwa była śpiewaczka, prawdziwa wielka śpiewaczka, widziałem, jak ją fetowano w największych miastach. Gdy goście dotarli do amfiteatru, gdzie niegdyś grywano tragedie, usiedli wszyscy na kamiennych stopniach; na skrawku amfiteatru znowu siedzieli widzowie, jak przed tysiącami lat. Wciąż jeszcze, jak dawniej, była tam scena, murowane kulisy i w tle dwa łuki, przez które widać dekoracje takie jak wtedy, samą naturę, góry między Sorrento a Amalfi. Śpiewaczka weszła dla żartu na starożytną scenę i zaśpiewała; miejsce ją zainspirowało. Przywiodło mi to na myśl dzikiego konia arabskiego, gdy prycha, unosi grzywę i zrywa się do galopu; była w niej ta sama lekkość i pewność; pomyślałem o matce cierpiącej pod krzyżem Golgoty, bo w śpiewie było cierpienie, głębokie, przeżyte. A wokół, jak przed tysiącami lat, znów zagrzmiał aplauz i oklaski: "Szczęśliwa! Niebiańsko utalentowana!", wołali. Trzy minuty później scena była pusta, wszyscy znikli, już nie rozbrzmiewał śpiew; towarzystwo poszło swoją drogą, ale ruiny wciąż stały, niezmienione, jak będą stały jeszcze za setki lat; i nikt nie wie o owej chwili aplauzu, o uroczej śpiewaczce, o jej śpiewie i uśmiechu; zapomniane, minęło, nawet dla mnie ta chwila jest ulotnym wspomnieniem.

Wieczór trzynasty

- Zajrzałem przez okno do pewnego redaktora - opowiadał księżyc - gdzieś w Niemczech. Były tam porządne meble, dużo książek i rozrzucone wokół gazety. W pokoju przebywało kilku młodych mężczyzn, sam redaktor stał przy pulpicie; zrecenzowania wymagały dwie niewielkie książki, obie napisane przez młodych autorów. "Jedną z nich mi przysłano, jeszcze jej nie czytałem, ale jest pięknie wydana, co powiecie panowie o zawartości?". "O, bardzo dobra", odezwał się jeden z mężczyzn, sam też poeta. "Trochę to przegadane, ale, mój Boże, to młody człowiek; wiersze mogłyby być chyba nieco lepsze. Myśli bardzo zdrowe, wprawdzie pospolite, ale cóż można powiedzieć? Nie zawsze wymyśla się coś nowego! Może pan go pochwalić, wprawdzie nie sądzę, że będzie z niego wielki poeta, ale jest oczytany, to doskonały orientalista, sam też wydaje trzeźwe oceny. To on napisał tę piękną recenzję moich Fantazji na temat życia domowego. Trzeba być łagodnym dla młodego człowieka".

"Ależ to przecież osioł!", zawołał inny mężczyzna. "Nie ma niczego gorszego w poezji niż przeciętność, a wyżej on się nie wedrze!".

"Biedny człowiek!", powiedział trzeci. "Jego ciotka taka szczęśliwa z jego powodu. To ona, panie redaktorze, zebrała tylu subskrybentów na pański najnowszy przekład".

"Dobra kobieta! Cóż, zrecenzowałem tę książkę bardzo krótko. Niewątpliwy talent. Mile widziany dar. Kwiat w ogrodzie poezji. Ładnie wydane itd. Ale ta druga! Autor pewnie chce, żebym ją kupił! Słyszę, że ją chwalą! Że autor ma talent! Jak panowie sądzicie?".

"Tak, wszyscy o tym krzyczą, odparł poeta, ale trochę to dzikie. Genialna jest zwłaszcza interpunkcja".

"Porządne lanie dobrze mu zrobi, trzeba go trochę poszczypać, w przeciwnym razie za dużo będzie sobie wyobrażał na swój temat!".

"Ależ to niegodziwe!", zawołał czwarty mężczyzna. "Nie skupiajmy się na drobnych błędach, cieszmy się tym, co dobre, a tego tu dużo! On przecież wszystkim wtyka szpilki!".

"Boże uchowaj! Ale jeśli taki prawdziwy z niego geniusz, to może przecież wytrzymać trochę ostrego ługu! Wystarczająco dużo ludzi chwali go prywatnie, niech mu za naszą sprawą nie zaszumi w głowie!".

"Niewątpliwy talent!", napisał redaktor. "Niedbałość, jak zwykle; że również potrafi pisać wiersze nieudane, widać na stronie dwudziestej piątej, gdzie znajdujemy dwa zderzenia samogłosek. Polecamy studium starych ludzi itd.". - Podążyłem dalej - powiedział księżyc. - Zajrzałem przez okno do domu ciotki, siedział tam pochwalony poeta, ten grzeczny, któremu składali hołd wszyscy zaproszeni goście, i był szczęśliwy.

Poszukałem drugiego poety, tego niepokornego; on także był w dużym towarzystwie, u swojego opiekuna, mówiono tam o książce pierwszego poety. "Pańską także muszę przeczytać, powiedział mecenas, ale szczerze mówiąc, pan wie, zawsze mówię panu wyłącznie to, co myślę, wiele się po niej nie spodziewam. Jest pan dla mnie zbyt szalony, zbyt dużo u pana fantazji - ale przyznaję, jako człowiek zasługuje pan w najwyższym stopniu na szacunek!". W kącie siedziała młoda dziewczyna i czytała książkę:

O, w błocie geniuszu nurzać glorię,

rutynę zaś chwalić dobrym słowem!

"To taka bardzo stara historia,

A jednak świeża wciąż od nowa"*.

* Cytat z wiersza Heinricha Heinego Ein Jüngling liebt ein Mädchen (1827)

Wieczór piętnasty

- Płynąłem nad wrzosowiskiem Lyneborg-Hede - powiedział księżyc. - Przy drodze stoi tam samotna chatka; obok rośnie kilka nagich krzewów, śpiewał w nich zbłąkany słowik. Na pewno czekała go śmierć w chłodzie nocy; to, czego słuchałem, było jego łabędzim śpiewem. Zajaśniała poranna zorza, nadjechała karawana, to wędrujące w świat chłopskie rodziny zmierzały do Bremy lub Hamburga, by popłynąć statkiem do Ameryki, gdzie miało zakwitnąć szczęście, wymarzone szczęście. Kobiety niosły na plecach najmłodsze dzieci, starsze podskakiwały obok; nędzny koń ciągnął dwukółkę, a na niej kilka domowych gratów. Wiał zimny wiatr, najmniejsza dziewczynka przylgnęła więc mocniej do matki, a matka patrzyła w moją okrągłą tarczę, której ubywało, i myślała o gorzkiej nędzy, jaką cierpieli w domu, o  uciążliwych podatkach, których nie dało się zapłacić. Jej myśli dzieliła cała karawana; dlatego czerwona jutrzenka jaśniała niczym ewangelia o słońcu szczęścia, które znów nastanie; słuchali śpiewu konającego słowika, nie był fałszywym prorokiem, zapowiadał nadejście szczęścia. Wiatr świstał, nie rozumieli pieśni słowika: "Żegluj bezpiecznie przez morze! Za tę daleką podróż zapłaciłeś przecież wszystkim, co posiadałeś; ubogi i bezradny wstąpisz na ziemię Kanaan. Będziesz musiał sprzedać samego siebie, żonę i dzieci. Ale niedługo będziecie cierpieć! Za szerokim pachnącym liściem kryje się bogini śmierci; jej powitalny pocałunek wetchnie w twoją krew zabójczą gorączkę. Płyń, płyń za falującą wodę!". - A karawana z radością słuchała śpiewu słowika, bo zwiastował szczęście. Zza lekkich chmur zaczął prześwitywać dzień; przez wrzosowisko szli do kościoła chłopi; ubrane na czarno kobiety z ciasno zawiązanym wokół głowy białym lnianym płótnem zdawały się postaciami, które zstąpiły ze starych kościelnych malowideł; wokół była tylko wielka, martwa połać, zwiędłe, brunatne wrzosy, ciemne, wypalone spłachcie pośród białych łach piasku. Kobiety szły do kościoła, w rękach trzymały modlitewniki z psalmami. O módlcie się! Módlcie się za tych, którzy wędrują do grobów po drugiej stronie falującej wody!

Wieczór szesnasty

- Znam pewnego poliszynela - powiedział księżyc. - Publiczność gdy go zobaczy, szaleje; każdy jego ruch jest komiczny, sprawia, że wszyscy śmieją się do rozpuku, a jednak nie ma w nim nic wystudiowanego, wszystko to jego szczególne cechy. Był poliszynelem już, gdy jako malec bawił się z innymi chłopcami. Takim stworzyła go natura, dała mu garb na plecach i garb na piersi; za to jego wnętrze, dusza, o, one były bogato wyposażone; nikt inny nie miał głębszych uczuć, większej niż on giętkości ducha. Teatr stanowił dla niego idealny świat. Gdyby był smukły i dobrze zbudowany, na każdej scenie byłby pierwszym tragikiem; to właśnie wypełniało jego duszę, rzeczy heroiczne, wielkie, a mimo to musiał pozostać poliszynelem. Nawet jego cierpienie i melancholia potęgowały wyraz chłodnego komizmu w twarzy o ostrych rysach i wzbudzały śmiech licznej publiczności oklaskującej swego ulubieńca. Urocza Kolombina była dla niego miła i dobra, a jednak wolała wyjść za Arlekina; połączenie się "pięknej i bestii" w rzeczywistości byłoby przecież nazbyt komiczne. Gdy poliszynel był bardzo smutny, ona jedyna mogła wywołać u niego uśmiech, a nawet głośny śmiech; najpierw była jak on przygnębiona, potem trochę spokojniejsza, a na koniec tryskała żartami. "Chyba wiem, co ci dolega", mówiła. "Tak, to miłość!". Wtedy on musiał się roześmiać. "Ja i miłość!", wołał. "Zabawnie by to wyglądało! Ależ by mi publiczność zgotowała aplauz!". "To miłość", obstawała przy swoim i dodawała z komicznym patosem: "To mnie kochasz!". "Och, takie rzeczy łatwo mówić, gdy wiadomo, że o miłości nie ma mowy!". I aż podskakiwał ze śmiechu; i melancholia mijała. A jednak Kolombina mówiła prawdę, kochał ją, bardzo ją kochał, podobnie jak wszystko, co wzniosłe i wielkie w sztuce. W dniu jej ślubu był najweselszą postacią, ale w nocy płakał; gdyby publiczność zobaczyła tę zmienioną w bólu twarz, toby dopiero klaskała. - Kilka dni temu umarła Kolombina; w dniu jej pogrzebu Arlekina zwolniono z występowania na scenie; był przecież smutnym wdowcem. Dyrektor musiał wystawić coś bardzo wesołego, żeby publiczność nie odczuła zanadto braku pięknej Kolombiny i miłego Arlekina; poliszynel musiał więc być podwójnie zabawny; tańczył i podskakiwał z rozpaczą w sercu, klaskano mu, wołano: "Brawo! Bravissimo!" i wywoływano na scenę; o, był nieoceniony! - Wczoraj wieczorem, po przedstawieniu, powędrował biedak za miasto, na samotny cmentarz. Wieniec z kwiatów na grobie Kolombiny już zwiądł; tam usiadł poliszynel; o, byłoby z tego malowidło!; ręką podpierał policzek, oczy zwrócił na mnie; był niczym pomnik, poliszynel na grobie, osobliwy i komiczny. Gdyby publiczność zobaczyła swego ulubieńca, zgotowałaby mu aplauz: "Brawo, poliszynel, bravissimo!".

Wieczór osiemnasty

- Opowiadałem ci o Pompejach, mówił księżyc, o tym trupie miasta postawionym w szeregu żywych, znam inne, jeszcze dziwniejsze, ono nie jest trupem, ale upiorem. Wszędzie, gdzie w marmurowych zlewach pluszcze tryskająca woda, zdaje mi się, jakbym słyszał baśń o pływającym mieście. O tak, strumień wody może o nim opowiedzieć! Śpiewają o nim fale wzdłuż morskiego brzegu! Nad powierzchnią morza snuje się często mgła, to wdowi welon, bo umarła oblubienica morza, jej zamek i miasto to teraz mauzoleum! Czy znasz to miasto? Nigdy nie słyszało na swoich ulicach jadących kół powozu ani uderzeń końskich kopyt, pływają tam ryby, po zielonej wodzie niczym widziadło sunie czarna gondola. Chcę ci pokazać forum tego miasta - mówił dalej księżyc - jego największy plac, wyda ci się, że jesteś w mieście z baśni; między szerokimi płytami rośnie trawa, o świcie wokół wysokiej wolno stojącej wieży latają tysiące oswojonych gołębi. Z trzech stron otaczają cię łukowate krużganki. Siedzi tam nieruchomo Turek z długą fajką, oparty o kolumnę stoi piękny grecki chłopiec, patrzy na wzniesione maszty tryumfalne, pamiątkę po dawnej potędze. Flagi wiszą na nich jak żałobny kir; jakaś dziewczyna odpoczywa, postawiła na ziemi ciężkie wiadra pełne wody, nosidło, na którym je nosi, spoczywa na jej ramionach, ona sama podparła się o tryumfalny maszt. To, co przed sobą widzisz, to nie zamek czarodziejskiej wróżki, tylko kościół, złocone kopuły i złote kule dokoła błyszczą w moim świetle; wspaniałe rumaki ze spiżu, tam w górze, odbywały podróże jak spiżowy koń z baśni; przybyły do tego miejsca, a potem je opuściły i znów wróciły. Czy widzisz barwne dekoracje na murze i szybach? Jakby ozdabiający tę niezwykłą świątynię geniusz uległ woli dziecka. Czy widzisz skrzydlatego lwa na kolumnie? Złoto wciąż jeszcze lśni, lecz skrzydła są związane, lew jest martwy, bo umarła królowa morza, pusto w wielkich salach, tam, gdzie wcześniej wisiały kosztowne obrazy, świeci teraz nagi mur. Żebrak śpi w podcieniu, na którego podłogę dawniej wolno było wkraczać tylko szlachetnie urodzonym. Z głębokich studni, a może z więziennych cel koło Mostu Westchnień rozlega się westchnienie, jak wtedy gdy na barwnych gondolach rozbrzmiewały tamburiny i ślubna obrączka szybowała ze wspaniałego Bucentaura do Adriatyku, króla mórz. Adriatyku, otul się mgłą! Niech wdowi welon okryje twoją pierś, zawieś go nad mauzoleum twej oblubienicy: nad zbudowaną z marmuru, przypominającą ducha Wenecją.

Wieczór dziewiętnasty

- Patrzyłem z góry na wielki teatr - powiedział księżyc. - Widownia była wypełniona, bo debiutował nowy aktor; mój promień prześliznął się po murze do małego okienka; uszminkowana twarz, czoło oparte o szybę; był to bohater wieczoru. Wokół brody układał się w fale rycerski zarost, ale w oczach mężczyzny były łzy, wygwizdano go bowiem, i to nie bez powodu. Biedak! Królestwo sztuki nie toleruje jednak takich biedaków. Przeżywał sztukę głęboko i kochał ją w zachwycie, lecz ona nie kochała jego. Zadzwonił dzwonek reżysera - bohater wstępuje na scenę pewnie i odważnie, tak napisano w scenopisie - i tak miał wyjść do publiczności, której wydał się śmieszny. Gdy przedstawienie się skończyło, zobaczyłem człowieka owiniętego w pelerynę, który przemykał w dół po schodach; to był on, zmiażdżony rycerz tego wieczoru; maszyniści szeptali między sobą; podążyłem za grzesznikiem do domu, do jego izdebki. Powiesić się, to nieładna śmierć, a truciznę nie zawsze ma się pod ręką. Wiem, że myślał o jednym i o drugim. Widziałem, jak patrzył w lustro na swoją bladą twarz i przymknął oczy, żeby zobaczyć, czy byłby piękny jako trup. Człowiek może być nawet bardzo nieszczęśliwy, a mimo to afektowany. Myślał o śmierci, o samobójstwie, sądzę, że opłakiwał sam siebie; gorzko płakał, a gdy się człowiek dobrze wypłacze, to już się nie zabija. Od tego czasu minął cały rok. I znowu było przedstawienie, ale w małym teatrze, grała uboga wędrowna trupa; znów zobaczyłem znaną mi twarz, uszminkowane policzki, ufryzowaną brodę. I tym razem spojrzał ku mnie w górę, uśmiechnął się - a jednak został wygwizdany, właśnie przed minutą, w tym nędznym teatrze, przez nędzną publiczność! Tego wieczoru za bramę miejską wyjechał ubogi karawan, nie szedł za nim ani jeden człowiek. To wieziono samobójcę, naszego uszminkowanego, wygwizdanego bohatera. Odprowadzał go tylko woźnica, nikt nie szedł za trumną, nikt poza księżycem. Pochowano samobójcę w kącie przy cmentarnym murze, wkrótce wzejdą tam pokrzywy, a sprzątający będzie wyrzucał cierniste gałęzie i chwasty z innych grobów.

Wieczór dwudziesty

- Przybywam z Rzymu - powiedział księżyc. - W środku miasta, na jednym z siedmiu wzgórz, stoją ruiny pałacu cezarów; w szczelinach murów rosną dzikie figowce i okrywają ich nagość szerokimi, szarozielonymi liśćmi: pomiędzy zwałami gruzu wśród zielonych krzewów laurowych chodzi osioł i cieszy się, gdy znajdzie nędzny oset. Stąd, skąd niegdyś wyfruwały orły Rzymu, by przybyć, zobaczyć, zwyciężyć, wejść tam teraz można przez mały, ubogi domek ulepiony z gliny pomiędzy dwiema roztrzaskanymi kolumnami z marmuru; nad krzywym oknem niczym żałobna girlanda zwieszają się pędy winorośli. Mieszka tam stara kobieta ze swoją małą wnuczką, to one panują teraz w cesarskim pałacu i pokazują cudzoziemcom ruiny potęgi. Z bogatej sali tronowej została tylko naga ściana, czarny cyprys wskazuje długim cieniem miejsce, gdzie stał tron. Ziemia na łokieć pokrywa strzaskaną posadzkę. Dziewczynka, dziś córa pałacu cezarów, siada tam często na stołeczku, gdy dzwonią wieczorne dzwony. Dziurkę od klucza w drzwiach tuż obok nazywa swoim balkonem, może przez nią patrzeć na połowę Rzymu, na potężną kopułę bazyliki Świętego Piotra. Dzisiejszego wieczoru było tam jak zawsze cicho, poniżej, w moim mocnym świetle szła ona. Na głowie niosła wypełnione wodą gliniane naczynie o antycznych kształtach; miała bose stopy, krótka spódniczka i rękawki koszuli były podarte; pocałowałem ładne, krągłe ramiona dziecka, czarne oczy i ciemne, lśniące włosy; wchodziła na schody prowadzące do domu, były strome, ułożone z ułamków muru i roztrzaskanej kapiteli. Obok jej stóp przemykały kolorowe jaszczurki, ale się ich nie bała, już uniosła rękę, by zadzwonić do drzwi; na tasiemce z żaglowego płótna wisi tam zajęcza stopa, taki to sznur dzwonka u drzwi ma pałac cezarów. Dziewczę chwilę się zawahało; o czym myślała? Może o pięknym Dzieciątku Jezus ubranym w srebro i złoto, na dole w kaplicy, gdzie lśniły srebrne lampy, a jej małe przyjaciółki zaczynały śpiewać pieśń, tę, którą znała i ona; nie wiem! Poruszyła się znowu i potknęła, gliniany garnek spadł jej z głowy, rozbił się o rytą marmurową płytę. Dziewczynka wybuchnęła płaczem, cudowna córa pałacu cezarów płakała nad nędznym, roztrzaskanym glinianym garnkiem; stała bosa i płakała, nie śmiała pociągnąć za tasiemkę z żaglowego płótna, sznur dzwonka pałacu cezarów.

Wieczór dwudziesty pierwszy

Księżyc nie świecił przez czternaście dni, teraz znów go zobaczyłem, wisiał okrągły i czysty nad wolno płynącymi chmurami; posłuchaj, co mi opowiedział:

- Podążałem z jednego z miast Fezzanu za karawaną; zatrzymała się przy pustyni piaskowej na jednej z solnych równin, która lśniła jak powierzchnia lodu, tylko mały fragment okrywał lekki lotny piasek. Najstarszy z karawany u paska miał butelkę z wodą, na głowie worek z przaśnikami, narysował kijem na piasku czworokąt i napisał w nim kilka słów z Koranu; przez to poświęcone miejsce przeciągnęła karawana. Na białym, prychającym koniu jechał młody kupiec, dziecko słońca, widziałem to w jego oczach, widziałem w pięknych kształtach; jechał zamyślony. Czy może myślał o swej pięknej, młodej żonie? Zaledwie dwa dni temu niósł ją, jego śliczną pannę młodą, wokół murów miasta wielbłąd przystrojony skórą i kosztownymi szalami; grały bębny i dudy, kobiety śpiewały, a wokół wielbłąda na znak radości rozbrzmiewały strzały, większość z nich, te najgłośniejsze, były dziełem pana młodego, a teraz, teraz przemierzał pustynię z karawaną. Towarzyszyłem im przez wiele nocy, widziałem, jak odpoczywali przy studniach, pośród lichych palm, jak wbili noże w pierś padłego wielbłąda i upiekli na ogniu jego mięso. Mój promień chłodził rozżarzony piasek, mój promień ukazywał im czarne bloki skalne, martwe wyspy w ogromnym morzu piasku. Nie spotkali podczas tej bezdrożnej wędrówki wrogich plemion, nie rozpętał się huragan, nie przewaliły przez karawanę niosące śmierć piaskowe burze. W domu za męża i ojca modliła się piękna żona. "Czy żyją?", pytała mojego złotego sierpa. "Czy żyją?", pytała mojej lśniącej tarczy. Już pustynia została za nimi, tego wieczoru siedzą pod wysoką palmą, dookoła lata żuraw o długich na łokieć skrzydłach, z gałęzi mimozy patrzy na nich pelikan. Ciężkie nogi słonia tratują gąszcz, w oddali wraca z jarmarku grupa Murzynów; kobiety z miedzianymi guzami w czarnych włosach, ubrane w spódnice barwy indygo prowadzą objuczone woły, na których śpią nagie czarne dzieci. Jeden z mężczyzn wiedzie na sznurku młode lwiątko, które kupił; zbliżają się do karawany; młody kupiec siedzi bez ruchu, milczący, myśli o swej pięknej żonie, marzy w kraju Czarnych o swoim białym, pachnącym kwiecie po drugiej stronie pustyni; unosi głowę! - Księżyc zasłoniła chmura, i jeszcze jedna. Nie usłyszałem nic więcej tego wieczoru.

Wieczór dwudziesty czwarty

Posłuchaj, co opowiadał księżyc: - Zdarzyło się to przed laty, tu, w Kopenhadze; zajrzałem przez okno do ubogiej izby. Matka i ojciec spali, ale ich synek nie spał; widziałem, jak poruszyła się kwiecista perkalowa zasłona wokół łóżka i dziecko wyjrzało; sądziłem w pierwszej chwili, że patrzy na zegar bornholmski stojący w pokoju; był bogato malowany, w czerwone i zielone wzory, na górze była kukułka, w środku zwisały solidne ołowiane ciężary i w jedną, i w drugą stronę poruszało się wahadło o lśniącej mosiężnej tarczy, "tik, tak". Ale to nie na zegar patrzył chłopiec, nie! Patrzył na kołowrotek matki; stał tuż pod zegarem. Był dla chłopca najukochańszą rzeczą w domu, ale nie śmiał go dotykać, bo dostałby po łapkach; gdy matka przędła, mógł godzinami siedzieć i patrzeć na wirujące wrzeciono i obracające się koło; to o tym teraz myślał. Ach, gdyby tak mógł prząść na kołowrotku! Ojciec i matka spali; spojrzał na nich, spojrzał na kołowrotek, i chwilę potem z łóżka wyłoniła się stópka, a potem druga i dwie małe nóżki, bums!, już stał na podłodze. Jeszcze raz się odwrócił, żeby sprawdzić, czy ojciec i matka śpią; tak, spali. Po cichu, cichutku, ubrany tylko w przykrótką koszulkę, podszedł do kołowrotka i zaczął prząść; sznurek spadł i koło zaczęło kręcić się szybciej. Pocałowałem jasne włosy chłopca i jego błękitne oczy; był to uroczy obrazek. Nagle zbudziła się matka. Zasłona poruszyła się, matka wyjrzała i pomyślała, że to krasnoludek albo jakiś mały duch. "Na Jezusa!", zawołała i przestraszona trąciła męża; otworzył oczy, przetarł je rękami i spojrzał na małego, zajętego człowieczka. "To przecież Bertel!", powiedział.

A ja odwróciłem oczy od ubogiej izby - mój wzrok sięga przecież tak daleko! W tej samej chwili zajrzałem do sal Watykanu, gdzie stoją marmurowi bogowie; oświetliłem grupę Laokoona; zdawało się, że kamień westchnął; odcisnąłem mój cichy pocałunek na piersi muz, zdawało się, że się uniosła. Ale najdłużej moje promienie zatrzymały się na grupie Nilu, na tym ogromnym bogu. Leżał, opierając się o Sfinksa, zamyślony, rozmarzony, jak gdyby myślał o mijających latach; wokół jego nóg małe amorki bawią się z krokodylami; w rogu obfitości siedzi z założonymi ramionami, przyglądając się temu wielkiemu, poważnemu bogu Nilu maleńki Amor, wierny obraz chłopczyka przy kołowrotku, ma te same rysy; urocze i jak żywe stoi tam to dziecko z marmuru, a przecież odkąd się z niego wyłoniło, koło roku obróciło się ponad tysiąc razy. Dokładnie tyle razy, ile chłopiec w ubogiej izbie obrócił kołem kołowrotka, wirowało większe koło i jeszcze wiruje, aż stosowny czas stworzy marmurowych bogów, takich jak ci.

- Widzisz, to wszystko działo się przed laty, a wczoraj - mówił dalej księżyc - spojrzałem na zatokę na wschodnim wybrzeżu Zelandii; są tam cudowne lasy, wysokie wydmy, stary pałac o czerwonych murach, łabędzie w fosie i małe miasteczko z kościołem pośród jabłoniowych sadów. Po spokojnej powierzchni wody sunęło mnóstwo łodzi, wszystkie z pochodniami; pochodnie nie płonęły dla połowu węgorzy, nie, było odświętnie! Rozbrzmiewała muzyka, odśpiewano pieśń; w centrum kawalkady stał w jednej z łodzi ten, którego fetowano; wysoki, silny mężczyzna w szerokiej pelerynie, o błękitnych oczach i długich siwych włosach; poznałem go i pomyślałem o Watykanie z grupą Nilu i bogami z marmuru, pomyślałem o małej, ubogiej izbie, zdaje się przy Gr?nnegade, gdzie w przykrótkiej koszulinie siedział i prządł mały Bertel. Obróciło się koło czasu; wyłonili się z kamienia nowi bogowie. Z łodzi zabrzmiało "Niech żyje Bertel Thorvaldsen!".

Wieczór dwudziesty siódmy

Wczorajszej nocy patrzyłem na pewne miasto w Chinach - mówił księżyc. - Moje promienie oświetlały długie, nagie mury tworzące ulice; tu i ówdzie są wprawdzie drzwi, ale zamknięte, bo cóż obchodzi Chińczyka świat poza domem; okna za murem zakrywają gęste żaluzje, tylko ze świątyni prześwitywało przez szyby słabe światło. Zajrzałem tam, patrzyłem na barwny przepych; od podłogi do sufitu są tam bogato złocone obrazy o wyrazistych barwach przedstawiające działanie bogów tu, na ziemi; w każdej niszy ich posągi, niemal zakrywają je barwne draperie i zwisające z góry sztandary, przed każdym bóstwem - a wszystkie zrobione są z cyny - stoi ołtarzyk z wodą święconą, kwiatami i płonącą świecą; najwyżej w świątyni umieszczono Fu, najważniejszego boga, przystrojonego w jedwabną szatę, w święty żółty kolor. U stóp ołtarza siedziała żywa istota, młody duchowny, chyba się modlił, ale modląc się, zdawał się zapadać w zamyślenie, a to pewnie był grzech, bo płonęły mu policzki i niżej pochyliła się głowa; biedny Soui-houng, może marzył o tym, by za długim murem ulicy pracować na małym kwiatowym poletku, jakie rozciąga się przed każdym domem, może to zajęcie jest mu milsze od pilnowania świątynnych świec; a może miał ochotę siedzieć przy bogato nakrytym stole i między daniami wycierać usta w srebrny papier? A może jego grzech był tak wielki, że gdyby ośmielił się go wyjawić, królestwo niebieskie musiałoby ukarać go śmiercią? Czy jego myśli ośmieliły się lecieć za statkami barbarzyńców do ich ojczyzny, dalekiej Anglii? Nie, tak daleko myśl jego nie leciała, a jednak była tak grzeszna, jak grzeszna może być myśl zrodzona z gorącej, młodej krwi, grzeszna tu, w świątyni, przed posągami Fu i świętych bogów. Wiem, gdzie była jego myśl. Na skraju miasta, na płaskim, pokrytym dachówkami dachu, którego balustrada zdawała się zrobiona z porcelany; tam, gdzie stały piękne wazy z wielkimi białymi dzwonkami, siedziała urocza Pe o wąskich szelmowskich oczach, pełnych wargach i maleńkich stopach; uciskały ją buty, ale w sercu uciskało coś bardziej, uniosła delikatne, toczone ramiona, zaszeleścił atłas. Przed nią stała szklana miseczka z czterema złotymi rybkami, Pe delikatnie mieszała w wodzie pomalowanym kolorowo patykiem z laki, och, jak powoli, była bowiem pogrążona w myślach; czy może myślała o tym, jak bogato, jak złociście ubrane były rybki, jak bezpiecznie żyją w szklanej misce i jak obficie są karmione, a mimo to o ile szczęśliwsze byłyby na wolności? Tak rozumiała to piękna Pe; w myślach wybiegła z domu, powędrowała do świątyni, lecz nie ze względu na bóstwo. Biedna Pe! Biedny Soui-houng! Ich ziemskie myśli się spotkały, ale mój zimny promień dzielił je niczym miecz cherubina.

Wieczór trzydziesty pierwszy

- Było to w małym miasteczku - powiedział księżyc. - Widziałem to w ubiegłym roku, ale nie szkodzi, widziałem bardzo dokładnie, a dziś wieczorem czytałem o tym w gazecie, lecz tak dokładnie tego w niej nie opisano. W gospodzie w sali na parterze jadł kolację wędrowny niedźwiednik, miś stał przywiązany na dworze za stosem drewna na opał, biedny miś, nikomu nie zrobił krzywdy, choć wyglądał groźnie. W izdebce na poddaszu bawiło się w moich jasnych promieniach troje małych dzieci; najstarsze miało pewnie sześć lat, najmłodsze nie więcej niż dwa. "Człap, człap!", rozległo się na schodach; któż to mógł na nie wchodzić? Drzwi się otworzyły i stanął w nich miś, wielki, włochaty niedźwiedź! Znudził się staniem na podwórku i znalazł drogę po schodach w górę; wszystko to widziałem! - mówił księżyc. - Dzieci bardzo się wystraszyły wielkiego włochatego zwierza, skuliły się każde w innym kącie, ale on wszystkie znalazł, dotykał nosem, lecz nic złego im nie zrobił. "To pewnie wielki pies", myślały dzieci i zaczęły go głaskać. Niedźwiedź położył się na podłodze, a najmniejszy z chłopców wlazł na niego i bawił się, chowając w gęstej czarnej sierści okoloną złotymi lokami główkę. Teraz najstarszy z chłopców wziął swój bębenek i uderzył, że aż rozległo się echo, a niedźwiedź stanął na dwóch łapach i zaczął tańczyć; jak ładnie to wyglądało! Każdy z chłopców chwycił swoją strzelbę, niedźwiedź też musiał dostać swoją, mocno ją trzymał, trafił im się wspaniały kolega; zaczęli maszerować: "raz, dwa, raz, dwa!". Wtem ktoś chwycił za klamkę, drzwi się otworzyły i stanęła w nich matka chłopców; musiałbyś ją zobaczyć, jej nieme przerażenie, twarz białą jak ściana, na wpół otwarte usta, oczy wbite w dzieci i niedźwiedzia. Ale najmniejszy z chłopców radośnie kiwnął ku niej główką i głośno zawołał w swoim języku: "My tylko bawimy się w żołnierzy!". I wtedy przyszedł niedźwiednik.

Wieczór trzydziesty trzeci

- Bardzo lubię dzieci! - powiedział księżyc. - Zabawne bywają zwłaszcza te małe; zaglądam często, gdy najmniej o mnie myślą, do pokoju przez szparę między zasłoną a framugą okna. Ciekawie jest patrzeć, jak pomagają, gdy są rozbierane; najpierw z sukienki wyłania się nagie ramię, małe i krągłe, potem wysuwa się cała ręka, albo widzę, jak ściągają pończochę i pojawia się urocza nóżka, biała i jędrna, do pocałowania, i całuję ją - mówił księżyc.

- Dziś wieczorem, muszę o tym opowiedzieć, dziś wieczorem zajrzałem do okna, w którym nie spuszczono zasłon, bo nie ma tam naprzeciwko sąsiada; zajrzałem do całej gromadki maluchów, braci i sióstr. Była tam dziewczynka, zaledwie czteroletnia, ale umie Ojcze nasz tak dobrze jak reszta rodzeństwa; matka siada każdego wieczoru przy jej łóżku i słucha odmawianej modlitwy, a potem daje dziewczynce całusa; zostanie przy niej, aż dziecko zaśnie, a zasypia bardzo szybko, gdy tylko zamknie oczka. Dziś wieczorem dwóch najstarszych trochę łobuzowało, jeden skakał na jednej nodze w swojej długiej, białej koszuli nocnej, drugi stał na krześle przebrany w rzeczy pozostałych dzieci i mówił, że to żywy obraz, a one miały zgadywać, co przedstawia; trzecie i czwarte dziecko poukładały porządnie zabawki w szufladzie, to też trzeba zrobić, a matka siedziała przy łóżku najmłodszej i nakazała wszystkim ciszę, bo mała odmawiała Ojcze nasz.

- Zajrzałem tuż ponad lampą - mówił księżyc - czteroletnia dziewczynka leżała w swoim łóżku, w białej, ładnej pościeli, złożyła rączki, twarzyczka miała uroczysty wyraz; odmawiała Ojcze nasz. "Ale co to, przerwała modlitwę matka, gdy powiedziałaś chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj, coś jeszcze dodałaś, tylko nie dosłyszałam, co. Co to było? Musisz mi powiedzieć!". Zawstydzona mała patrzyła na matkę w milczeniu. "Co jeszcze mówisz, oprócz chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj?". "Nie gniewaj się, mamusiu, powiedziała dziewczynka, dodałam ??i grubo masła??".

Posłowie

Gdy Hans Christian Andersen pracował nad Książką z obrazkami bez obrazków, tak zwierzał się w liście przyjaciółce Henriette Hanck: "Pisałem wczoraj arabeskę, chyba się Pani spodoba; przypomina - cóż, przypomina teksty duńskiego poety Andersena; księżyc co wieczór opowiada o jakimś wydarzeniu ubogiemu młodzieńcowi, który siedzi w swojej izdebce na poddaszu; gdybym chciał, mogłyby to być opowieści tysiąca i jednej nocy". Kilka tygodni później wraca do tego samego tematu: "Zajmuje mnie nowa praca: Książka z obrazkami bez obrazków, ukaże się na Nowy Rok, i mimo że nie mam odwagi nazwać jej najlepszą z moich prac - choć w gruncie rzeczy tak uważam - to nie boję się powiedzieć, że należy do tych, które interesują mnie najbardziej. To książka, o której opinie będą tak samo podzielone, jak o pierwszych zbiorkach baśni; mam jednak nadzieję, że podobnie jak one, również powoli trafi ludziom do przekonania (...) Tak, ta książka z obrazkami wyda się tłumowi nazbyt niejednorodną arabeską, ale natury poetyckie uznają ją za zbiorek wierszy prozą".

Andersen pisał te listy jesienią 1839 roku. Niepotrzebnie się obawiał, Książka z obrazkami bez obrazków odniosła wielki sukces. Od debiutu pisarza minęło dziesięć lat, w kilku krajach Europy od dawna był znany jako autor wiersza Umierające dziecko, od czterech zaś lat cieszył się prawdziwą międzynarodową sławą dzięki powieści Improwizator. W ciągu tych czterech lat ukazały się jeszcze dwie powieści i pięć małych zbiorków Baśni opowiedzianych dzieciom, do których nie przywiązywał wtedy większej wagi, w teatrze realizowano jego utwory sceniczne, wcześ-niej ukazał się dobrze oceniony opis podróży po górach Harzu Skyggebilleder i trzy tomiki wierszy. To właśnie od wierszy Andersen zaczął swoją przygodę z literaturą. Pisał je od najmłodszych lat i nigdy nie zaprzestał, i choć drugi z kolei zbiorek, Phantasier og Skister (Fantazje i szkice) został bardzo dobrze przyjęty, zainteresowania młodego pisarza poszły w kierunku prozy. Ale jego proza nigdy nie zatraciła pokrewieństwa z poezją, wszystkie gatunki prozatorskie, które brał na warsztat - powieści, opisy podróży, baśnie i inne krótkie formy - charakteryzuje malarskość i muzyczność, atrybuty poezji okresu romantyzmu. Książka z obrazkami bez obrazków skupia zaś w sobie te cechy jak w soczewce.

Mówienie o Andersenie jako o przedstawicielu romantyzmu budzi zwykle w Polsce zdziwienie, polski romantyzm z oczywistych przyczyn w pewnych aspektach różnił się od duńskiego. W latach trzydziestych romantyzm duński wszedł w nową fazę: w literaturze zaczął pojawiać się realizm i wątki społeczne. Literaturoznawca Niels Kofoed pisał, że w Książce z obrazkami bez obrazków, i w ogóle u Andersena, "Realizm nie jest oddzielony od poezji, jak u starszych romantyków, ale jest z nią złączony. Można powiedzieć, że wszystkie obrazki w tej książce są hołdem dla tej jedności realizmu i poezji" ("Anderseniana", 1982). Andersen i baśnie tkał często na realistycznej osnowie i w ogóle chętnie mieszał ze sobą różne gatunki i różne gatunki równolegle uprawiał. Gatunkową różnorodność, która cechuje baśnie i opowieści, odnajdujemy także w Książce z obrazkami bez obrazków. Odnajdujemy tu też tę samą co w baśniach różnorodność powracających tematów, takich jak miłość, śmierć, przyroda, bieda, okrucieństwo losu, upadek, awans społeczny, problem sztuki i bycia artystą, poświęcenie matki, fascynujące pisarza dziecko i - nade wszystko - przemijalność. Różnorodności tematycznej i gatunkowej towarzyszy rozmaitość stosowanych środków, a wraz z nimi skrajnie różne nastroje: komizm, ironia, melancholia, sentymentalizm, patos, tragizm. Tak niezwykle pojemna jest ta plecionka prawdziwie minimalistycznych form, które jeszcze wyraziściej niż baśnie dowodzą, że Andersen był mistrzem ukazywania złożonych problemów w krótkich formach.

Opowieści dwóch narratorów składające się na Książkę z obrazkami bez obrazków to mgnienia, przebłyski rzeczywistości, zapisy chwil i sytuacji, które zdarzyły się w różnych miejscach i różnym czasie. Zarówno pomysł na tę książkę, jak i wspomniana formalna i tematyczna różnorodność świadczą chyba o potrzebie autora podejmowania prób objęcia w ramach jednego utworu wieloaspektowości, wielowątkowości, całego bogactwa życia i świata, które dostrzegał nawet w rzeczach najmniejszych i na pierwszy rzut oka nieciekawych. Odnosi się wrażenie, że powodował nim imperatyw zajęcia się zaraz, natychmiast, wszystkimi sprawami tego świata, opisania ich, wyrażenia zachwytu, radości, przerażenia, zatroskania, zadumy nad złożonością, sensem i celem ludzkiego życia. Wszystko to chciałby młody pisarz ująć w jednej literackiej kapsułce, ale to przecież niewykonalne! Zaangażował więc księżyc, który z dystansu może widzieć wszystko naraz - i który był świadkiem całej historii ludzkości. Cóż, kiedy i księżyc, i ziemia w ciągłym ruchu, więc wąski zaułek widzi księżyc tylko przez chwilę, a nawet jeśli śledzi bohatera na otwartej pustyni, to widok często przesłaniają mu chmury. Nie da się więc ogarnąć całości, można opisać tylko wycinki rzeczywistości i to ukazując je często zaledwie jako impresje - ale te skróty, esencje, pigułki zawierają prawdy i refleksje, które razem dają obraz złożoności życia.? "Obrazki" naznaczone są z jednej strony niezaangażowaną emocjonalnie, niemal reporterską relacją księżyca, a z drugiej sposobem "odmalowania" ich przez drugiego narratora, artystę, który zaledwie owe sytuacje szkicując, czasem kilkunastoma tylko kreskami osiąga niebywały efekt, a przebieg tych kresek i ich wzajemne względem siebie ułożenie są takie, że czasem zdaje się, jakby je można było zapisać nutami. Piszę te nieco górnolotnie brzmiące zdania z lękiem, nie mogę przecież mieć pewności, że czytelnik usłyszy mój przekład tak, jak słyszę go ja, ba, nie mogę nawet mieć pewności, że przekład ten w ogóle, obiektywnie, "śpiewa" - a oryginał "śpiewa". Z tym większym lękiem przytoczę zdania znawcy Andersena, Johana de Myliusa z jego książki Życie i dzieło. O H.Ch. Andersenie (2016), który każdą z opowieści Książki z obrazkami bez obrazków odbiera jako "utwór muzyczny, wiersz prozą, malowidło, gotowe za sprawą młodego malarza w każdej chwili na nowo ze słów przeistaczać się w obraz, ale też równie się nadające do oddania tonami. Od migawki do zdyscyplinowanej, rytmiczno-muzycznej sekwencji słów, potem znów w obraz na płótnie albo nawet w poemat symfoniczny. To przekraczający granice projekt na skrzyżowaniu wszystkich sztuk". Otóż to. Muzyczność frazy idzie u Andersena w parze z malarskością opisu, jak w innych utworach, tak i tu tworzy, może jeszcze skuteczniej, obrazy przemawiające do wyobraźni. Przeczytajmy jeszcze raz "Wieczór dwudziesty ósmy", albo choćby to zdanie: "dziewczyna niosła zapaloną lampę; widziałem młodą krew w jej delikatnych palcach osłaniających płomień". Jedno krótkie zdanie maluje obraz i klimat, które zostają w oczach i w pamięci: przesycone światłem różowe palce otulające płomień - zawieszona w ciemności ciepła, różowozłota bańka.

Podobnie jak malarskość otwiera pole wyobraźni plastycznej, tak szkicowość opisu, skrót, niosące ze sobą ogrom niedopowiedzeń, rzecz jasna zamierzonych, otwierają pole do interpretacji. Fragmenty rzeczywistości mówią o tajemnicy życia i zadają o nią niewypowiedziane pytania. Wycyzelowaną i oczarowującą czytelnika warstwę estetyczną dopełnia pobudzająca refleksję natury filozoficznej warstwa znaczeniowa. A wszystko razem wzięte to poezja właśnie.?

Inny badacz twórczości Andersena, Klaus P. Mortensen, przypomina mi, że Andersen w swoim opisie podróży po Szwecji (I Sverige, 1851) pisze o "poezji przypadku", o tym, że różne elementy realnego świata przypadkowo wyłaniają się z masy i objawiają pisarzowi, by opowiedzieć swoją historię, a potem ustępują miejsca innym.

Andersen na różne sposoby wyprzedzał swoją epokę. Forma, którą zaproponował Książką z obrazkami bez obrazków, była w Danii nowością, nikt dotąd tak nie pisał. W cytowanym wyżej liście nazywa ją "arabeską", ale tylko o tyle wpisuje się ona w gatunek, który arabeską nazwał w końcu XVIII wieku Friedrich Schelling (Andersen doskonale znał literaturę niemiecką), że składa się z luźnych, lekkich, przypadkowo ze sobą zestawionych elementów, jak w arabesce rozumianej jako wizualna forma dekoracyjna wywodząca się ze sztuki arabskiej: roślinne esy-floresy, później w sztuce europejskiej dopełnione elementami dekoracyjnymi ze świata przedmiotów. Arabeskowy ornament charakteryzuje się też potencjałem nieskończoności, brakiem wyraźnych granic ("gdybym chciał, mogłyby to być opowieści tysiąca i jednej nocy"). Ale andersenowska "arabeska" przesycona jest poezją codzienności, jak z upodobaniem podkreślają to duńscy badacze. Kofoed pisze, że dla romantyków arabeska była wyrazem protestu przeciw sztywnym klasycystycznym wzorcom gatunkowym. "Ponieważ wywodziła się ze sztuk plastycznych, mogła być odpowiednią formą dla pisarza przykładającego dużą wagę do wizualizowania swoich przeżyć w utworze literackim".

Niels Kofoed zwraca uwagę, że Andersen w całej swojej twórczości dążył do syntezy tego, co indywidualne i lokalne, z tym, co ogólnoludzkie i uniwersalne. Stwierdzenie to na pierwszy rzut oka wydaje się banalne - oczywiście, wielu wybitnych pisarzy do tego właśnie dąży, ale Duńczyk rzeczywiście osiągnął w tej mierze mistrzostwo, nie tylko w Książce z obrazkami bez obrazków.?

Ta niewielka książeczka powstawała w ciągu kilku lat. Dwa otwierające ją "obrazki" Andersen napisał w 1836 roku, pierwsze wydanie książkowe z grudnia 1839 roku (z nadrukiem 1840) zawierało dwadzieścia "wieczorów". W 1840 roku w wydanym w Szwecji kalendarzu "Hertha. Svensk-Dansk Ny?rsg?fva för 1841" pisarz zamieścił kolejnych dziesięć, zaś drugie wydanie książki z 1844 roku zawierało ich trzydzieści jeden. W ostatecznym kształcie obejmującym trzydzieści trzy "wieczory" książka ukazała się najpierw w przekładzie niemieckim (w Gesammelte Werke, 1847), w Danii zaś dopiero w 1854 roku, również w ramach edycji dzieł zebranych Samlede Skrifter.

Przekład na niemiecki ukazał się bardzo szybko i książka błyskawicznie zrobiła furorę. Żeby się przekonać, jak wielką cieszyła się popularnością, wystarczy wrzucić w wyszukiwarkę niemiecki tytuł Bilderbuch ohne Bilder i obejrzeć okładki licznych wydań. Podróżując po Europie, pisarz kupował czasem jej przekłady, by je podarować znajomym, i odnotowywał to w dzienniku, na przykład 28 marca 1843 podczas pobytu w Paryżu zapisał: "posłałem Heinemu Książkę z obrazkami bez obrazków". O popularności książki i wysokości nakładów świadczy też zapis z 15 maja tego samego roku dokonany we Frankfurcie: "Kupiłem w księgarni dwa egzemplarze Książki z obrazkami bez obrazków. Księgarz powiedział, że sprzedał 1200 egzemplarzy". Niewykluczone, że księgarz był też wydawcą książki, tak czy owak, robi to wrażenie. W 1845 roku książka miała w Niemczech już sześć wydań, podczas gdy za życia pisarza w Danii było ich pięć. W Polsce została zauważona natychmiast po ukazaniu się pierwszego wydania duńskiego, w 1840 roku, choć nie znano jeszcze baśni ani Improwizatora. Trzy opowieści księżyca zamieściła wtedy w dwóch numerach warszawska "Gazeta Codzienna", nadając im tytuł Z notatek księżyca, zaś pierwsze wydanie książkowe zatytułowane Obrazki ukazało się dopiero w 1857 roku w Poznaniu w przekładzie Hieronima Feldmanowskiego. Drugi, anonimowy przekład pt. Malowanki, wydano w 1875 roku w Krakowie. W 1900 roku ukazał się dwutomowy wybór baśni i opowieści w przekładzie Marii Glotz pt. Czarodziejskie opowieści, w drugim tomie zamieszczono trzydzieści dwa "wieczory", opatrując całość tytułem Co księżyc widział. Wydanie to powstało na podstawie jednej z ilustrowanych edycji angielskich, gdzie wycięto "Wieczór jedenasty"; w drugiej połowie XIX wieku Andersena traktowano już jako autora książek dla dzieci i jako takiego cenzurowano, dobrze i u nas znanymi sposobami dostosowując jego teksty do czytelnika dziecięcego. "Wieczór jedenasty" nie przeszedł próby, bo mówi o tajemnicy nocy poślubnej, choć w istocie nic o niej nie mówi! Wątpliwości nie wzbudził za to "Wieczór dziesiąty", który Andersen notabene uważał za literacko najbardziej udany. Pisarz sam zresztą ocenzurował pierwsze wydanie książkowe, w ostatniej chwili usuwając historię o umierającym królu, która później w nieco zmienionej formie znalazła się w baśni Słowik. Reakcja ta spowodowana była faktem, że 3 grudnia 1839 roku umarł król Fryderyk VI.

Wróćmy jednak do polskiej recepcji Książki z obrazkami bez obrazków: w 1912 roku ukazało się tłumaczenie Jadwigi Przybyszewskiej, już w pełnym kształcie i pod właściwym tytułem: Książka z obrazkami bez obrazków. ? Książka z obrazkami bez obrazków - tytuł zastanawiający, a na dodatek w środku znajdujemy ilustracje! Nie taki był, rzecz jasna, zamysł autora, przeciwnie, pragnął on, by do wyobraźni czytelnika przemawiały obrazy wyczarowane słowami, ba, może nawet chciał udowodnić, że słowem da się zastąpić malowidło, że różne dziedziny sztuki mogą być względem siebie alternatywne! I rzeczywiście, pierwsze niemieckie wydania ilustrowane wzbudzały w Danii protesty, pisarz je jednak zaakceptował. Po latach, w 1871 roku, notuje w dzienniku: "List z Królewca od handlarzy sztuką Hübnera i Matza z propozycją kolorowych ilustracji do Książki z obrazkami bez obrazków". Gdy po latach uroda tekstu i sugestywność "obrazków" prowokowała do ilustrowania także wybitnych artystów rodzimych, w Danii przywyknięto do tej, niejako zaprzeczającej tytułowi, formy edytorskiej.

Ib Spang Olsen, którego rysunki wzbogacają niniejsze wydanie, zilustrował wiele pojedynczych baśni Andersena, a także ich pełną edycję, o dziwo zamyśloną i zrealizowaną nie w Danii, a w Japonii (1992). W 2007 roku po ceremonii wręczenia nagród im. Hansa Christiana Andersena w Odense obiecałam mu, że zrobię wszystko, żeby w Polsce ukazała się przynajmniej jedna książka z jego ilustracjami. Bardzo się na nią cieszył - i oto jest. Niech będzie wyrazem mojego hołdu dla tego uwielbianego w Danii twórcy.

Bogusława Sochańska

Tytuł oryginałuBILLEDBOG UDEN BILLEDER

Copyright ? for the Polish edtion by Driada 2018

Copyright ? for illustrations by Lasse Spang Olsen 2018

Copyright ? for the Polish translation by Bogusława Sochańska 2018

Przekład z języka duńskiego

Bogusława Sochańska

Ilustracje

Ib Spang Olsen

Projekt książki, ebooka i okładki oraz skład

Piotr Łyczkowski

www.peterlyczkowski.com

Redakcja i korekta

Maria Bosacka

Publikacja powstała dzieki dofinansowaniu

Wydanie pierwsze

Wszystkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości lub fragmentów książki - z wyjątkiem cytatów w artykułach i przeglądach krytycznych - możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.

ISBN 978-83-945990-4-1

Książka otwiera serię "Andersen dla dorosłych"

ISBN 978-83-945990-3-4

Wydawnictwo Driada

ul. Ogrodowa 6, 62-030 Luboń

ms@driada.pl

www.driada.pl