Książka twarzy - Marek Bieńczyk

Reflow text when sidebars are open.
Pisz, ale też trochę żyj. Pisz, ale nie zapomnij o życiu, tak szybko mija. Pisz, lecz korzystaj z życia, bo nie warto go tracić. Kto - z piszących i żyjących - nie słyszał takich i podobnych rad, kto ich sam sobie nie udzielał, siebie nimi nie łudził, nie torturował? Jest czas pisania i czas istnienia, mówią one, zastanów się, tu jeszcze czeka na ciebie las, tam morze.
Owszem, jakże często "prawdziwe" życie wydaje się leżeć po drugiej stronie, już nawet w pokoju za ścianą, w którym nie ma książek, na ścieżce, na której czeka rower, na nieznanym lotnisku, na którym wyląduje za chwilę samolot. Jednak ciało pamięta, budzi się w środku nocy i w mroku zamiast nas wymyśla do kolejnej strony zdanie, z którego rano pozostaną na ogół strzępki. Ciało pamięta; gdy tylko wstaje, włącza jednocześnie, machinalnie, nim jeszcze ustanie ziewanie, ekspres do kawy i komputer; ciało pamięta i choć wykonuje jakieś czynności, kroi chleb, odbiera telefon, to całe zapada się w tekst, jaki właśnie piszemy.
I tak życie przechodzi, jakkolwiek krótkie by było, kruche i wciąż nie dość używane. Nie da się oddzielić obu porządków; tego, co fizyczne, od tego, co wysłowione, ciała od zdania, nie da się żyć bardziej, pisać mniej, i to nie z powodu wiary w słowo, któremu by się wszystko podporządkowywało (nigdy siebie o nią nie pytam), lecz z powodu czegoś bardziej podstawowego, niewysłowionej konieczności: tak już jest, tak musi być, tak będzie wyglądała do końca ta vita. Vita, vita brevis - życie przeżywane, chcąc nie chcąc, dla słowa, które z niego wyniknie, na dobre i na złe, na mądre i na głupie.
Vita romantica, picturesca, romanesca czy sportiva, nie, gdy piszę (i trochę żyję), nie buduję hierarchii, nie myślę, że coś jest ważniejsze, coś mniej, coś "oficjalne", a coś dla "zabawy". Słowa przychodzą, jak chcą, zapełniają dzień kapryśnie, przelewają się na ekran według rytmu, który nie w pełni umiem pojąć; niech więc choć raz trwają obok siebie, bez określania ich wagi. Powstały w różnych okolicznościach1, w różnych chwilach, dla różnych celów, z różnych inspiracji, z różnych dotknięć dnia (nie napisałbym tekstu o Rolandzie Barcie, gdybym tamtego ranka nie szedł ulicą, na której wpadł pod ciężarówkę; nie pisałbym o wielkim melancholijnym natręcie Conradzie Moricandzie, gdybym sam nie zamykał drzwi przed intruzem, nie pisałbym o André Agassim, gdybym nie spędził tylu godzin na korcie), ale powstały wszystkie w jednym miejscu, naprzeciw klonu za oknem, przy jednym biurku, na którym brunatne słoje rysują niezrozumiały wzór. Bo też vita romanesca, picturesca, romantica, translativa czy sportiva to różne oblicza jednej twarzy, książka twarzy, do której powstania potrzebne są twarze innych, twarze, w których zobaczyć można własną.
Zbierając te różne rozsiane teksty i dopisując nowe, spostrzegłem, że łączy je jeszcze jedno: w większości pojawia się - to na wierzchu, to w ukryciu - temat idylli, czyli tęsknoty za nią, tak jakby wszystkie słowa, innych i moje, dążyły do wspólnego jasnego kręgu, w którym mogą przez krótką choć chwilę trwać w szczęśliwej ciszy, siedzieć cicho jak cukierki w kieszeni.
Indianinem zostawało się dosyć szybko, w wieku ośmiu - dziewięciu lat, gdy Koziołek Matołek przestał wyrażać całość naszego jestestwa. Maciek nie został, wolał być Old Shatterhandem. Podział wydawał się naturalny; Maciek był wyższy, silniejszy ode mnie, bardziej oczywisty, pięść miał istotnie nielichą. Tyle że bał się widoku własnej krwi; do przymierza - opisanego w pierwszym tomie - dość długo nie dochodziło. Wreszcie któregoś dnia przyleciał tryumfalnie z rozciętym przy grze w pikuty palcem. Szybko naciąłem swój, krew zmieszała się niehigienicznie i na wieki: przyjaźń trwała do końca szkoły. Kilka miesięcy później napisałem powieść o przyjaźni bardzo młodego Indianina z bardzo młodym Białym; czerwonoskóry pochodził z Czarnych Stóp, biały z Kentucky. Maciek, dobry w rysunkach, ilustrował ją kredkami. Pamiętam, że pierwsze zdanie powieści miało wybuchową siłę. Było krótkie: "Świtało".
Kazałem siebie nazywać Winnetou, dziewczyny nie mogły tego wymówić, nie bardzo znały faceta. Kolejny przydomek, parę lat później, też się nie przyjął; są ludzie, do których nic się nie przykleja. Chciałem być "Sewerynem"; dzisiaj uzmysławiam sobie, że Krajewski i Winnetou pozostają w jednym, nieco melancholijnym paradygmacie i że w fantazmatach byłem konsekwentny i radykalny do granic. Rozumiał to chyba ojciec; na dziesiąte urodziny przysłał mi nad morze, do Władysławowa, gdzie spędzałem wakacje, kompletny strój indiański, łącznie z peruką, kupiony w Domach Centrum. Czołgałem się po wydmach, paradowałem po uliczkach, majtając frędzlami i potrząsając pióropuszem; któregoś dnia zatrzymał się przy mnie samochód, kierowca zapytał: - Jako tubylec wiesz zapewne, którędy dojechać na kemping? - Zdanie niczym z powieści Woroszylskiego (I ty zostaniesz Indianinem), ludzie mieli jeszcze literackie poczucie humoru. Na moje dwunaste urodziny ojciec umówił się na kawę z Sewerynem Krajewskim (po prostu: zadzwonił z głupia frant do hotelu, spotkali się i pogadali). Wrócił do domu z podpisanym fotosem i listem z życzeniami. To było apogeum moich nielicznych inkarnacji; koledzy przeszli później na piłkarzy (Gadocha), na poetów (Norwid, Baczyński), ja zacząłem już powoli wracać do siebie, do tożsamości niezapełnionej różnymi alter ego; właściwie nie bardzo miałem kim Winnetou zastąpić.
Najbardziej oczywiste kryterium, które narzucał nam wizerunek Winnetou, było wprost etyczne. Nie chodziło o zwinność, spryt, waleczność czy sokoli wzrok (tak, umiał dostrzec z kilkuset metrów włócznię zawieszoną na drzewie). Winnetou przekazywał wartości podstawowe: wierność, szczerość, prawość, sprawiedliwość, szlachetność. Karol May pisał swoje powieści w chwili, gdy z jednej strony mocno rozwijała się literatura humanistyczno-patetyczna, najpełniej zwieńczona przez Romain Rollanda i jego skrajnie nieznośne książki typu Jan Krzysztof(1905, dziesięć lat po ostatnim tomie Winnetou), a z drugiej podróżniczo-poznawcza, spływająca z takich piór jak Jules'a Verne'a. Amerykańskie dzieło Maya łączy obie w przyzwoitej równowadze. W przeciwieństwie do Verne'a, pisarza kompletnie bez języka, śpieszącego się ze zdania na zdanie, ze wspaniałymi, ale nagimi pomysłami, May miał nieco stylu; w przeciwieństwie do "humanistów" miał dobre tło oraz konkretne historie do opowiedzenia. Swego ulubionego Coopera transponował na płytko, metafizyczne głębie natury i ludzi, ich szekspirowskie dzieje, zastępował atrakcyjną jednoznacznością; ludzie byli jeszcze bardziej dobrzy lub jeszcze bardziej źli, przyroda bogata, lecz nie samoistna i nie tak drapieżna.
Czytaliśmy Winnetou jako lekcję moralności; na świecie toczyła się walka, źli dybali na dobrych, dobrzy mieli jasne dusze i ustalone zasady. Racja była (w naszym odczuciu) po stronie Indian; biały okazywał się szlachetny - jak Old Shatterhand - tylko wówczas, gdy przystawał do nich lub uznawał ich prawa, gdy miał odwagę podważać przywileje swego stanu, odrzucić własną pychę. Co prawda w posłaniu przedśmiertnym Winnetou głosi braterstwo wszystkich ludzi, czyniąc aluzję do Chrystusa i obwieszczając się chrześcijaninem: May kroi świat wzdłuż, nie w poprzek ras; zło i dobro zdarzały się po obu stronach, przeklętych Komanczów czy Ogellalla jów na zawsze naznaczył stygmat zbrodni, lecz jego proindiańskie sympatie wydawały się oczywiste. Zakończenie Winnetou jest swoistym remakiem zakończenia Ostatniego Mohikanina; końcowe zdanie brzmi: "A gdy kiedyś szczątki ostatniego z Indian zgniją w zaroślach i w wodzie, wtedy szlachetnie myślące i czujące pokolenie stanie przed sawannami i górami Zachodu, i zawoła: Tu spoczywa czerwona rasa; nie stała się ona wielką, gdyż nie dano jej osiągnąć wielkości". Karola Maya wspierał dla nas i dopowiadał Arkady Fiedler ze swoim Małym Bizonem, drugą ważną lekturą. Westerny przedstawiające białą wersję historii i - póki nie przyszła ich nowa, protubylcza fala po 1968 - tryumfalnie wyścielające ekran trupami Indian bandytów, a nie ofiar, odbieraliśmy jak policzek; my znaliśmy moralną prawdę i byliśmy jej strażnikami. Gdy na koloniach pozwalano nam obejrzeć Dyliżans, ku zdziwieniu sali dopingowaliśmy szarżujących dziko i okrutnie Indian, byliśmy gorzcy, dumni i samotni, świadomi renegaci; niech biali się wstydzą, że wygrali wojnę. Pytanie o preferencje tworzyło podstawowe kryterium oceny moralnej. Pytaliśmy nowo poznanych: jesteście za Indianami czy za kowbojami? Odpowiedź była decydująca; dawała początek przyjaźni lub kres znajomości. Dzisiaj zdarza się ludziom pytać podobnie: na kogo głosowałeś w ostatnich wyborach?
Pamiętam, jak odtrąciliśmy Krzyśka, gdy w szkołach i na podwórkach zaczęła się moda na formowanie załóg Czterech pancernych i psa. Trzeba było zebrać ekipę, wysłać zgłoszenie do telewizji. Któregoś dnia narozrabialiśmy wszyscy na przerwie. Nauczyciel grzmiał i groził; przyznaliśmy się dumnie do winy, Krzysiek nie. Nie mógł zostać pancernym; "zdradziłeś Apaczów, zdradziłeś Winnetou", usłyszał. Był to zapewne najuczciwszy okres w naszym życiu. Kodeks Winnetou obowiązywał wszędzie, oddawaliśmy pomyłkowo wydaną resztę, byliśmy Idealnymi Sportowcami, przyznawaliśmy się w trakcie meczu do zagrań ręką, do fauli popełnionych na boisku. Sport nadawał się wyjątkowo do realizacji kodeksu; nigdy nie mieliśmy najmniejszych zatargów sędziowskich; byliśmy gotowi ustąpić nawet przed niesprawiedliwością, by nie naruszyć wzniosłego spokoju prawdy, którą zdawało się nam w sobie nosić. Grzeczność Winnetou (Czerwonoskóry dżentelmen, brzmiał podtytuł przedwojennego wydania), jego ludzkość (zrezygnował nawet z brania skalpów) przemieniała się w etos prawa i w pochwałę postawy obronnej ("co zaczynasz?", mawiało się wtedy, gdy ktoś szykował się do jakiejś hecy; otóż my nigdy nie "zaczynaliśmy"), a nawet w pacyfizm; moja dość cherlawa budowa i kiepska postawa na ubitej ziemi znalazły w Winnetou ideał ubezpieczający niechęć do bójki i niejakie tchórzostwo.
Ale też lektura Maya naznaczona była polskim traumatyzmem wojennym, który w naszych domach, dwadzieścia lat po zakończeniu wojny, był nadal niewidocznym wiecznym gościem. Wiadomo, że kolejne pokolenie traumy wyostrza; wojna najeźdźcza zdawała nam się esencją zła i cierpienia. Nie wiedziałem wówczas, że Winnetou był jedną z ulubionych lektur Hitlera (pacyfisty Hermanna Hessego również), że, przeczytany pierwszy raz w Wiedniu w 1912, pozostawał książką, do której długo jeszcze wracał, regularnie przypominając ją sobie - jak miał wyznać Martinowi Bormannowi - nocami przy świecy; że w pierwszych latach drugiej wojny światowej wydrukowano powieść dla żołnierzy niemieckich w nakładzie trzystu tysięcy egzemplarzy. Czego führer u Maya szukał? Dzielności żołnierskiego bytu, przykładu nieustraszenia i waleczności? Wielkiej przygody, którą on musiał ubrać w skomplikowane idee, lecz do której mógł wracać jak do źródła? Nic mu nie przeszkadzało, ani ta Ameryka, ani niearyjski bohater. Wedle Speera, Hitler miał zwyczaj powtarzać, że zawsze pozostawał pod głębokim wrażeniem "taktycznej finezji i przezorności", jakimi Karol May obdarzył Winnetou. Chodziło być może o sztukę wojenną; May dozbrajał mu wyobraźnię, łączył przykładnie hart ducha z taktyką, pokazywał, jak się zachowywać, jak kluczyć w skażonym świecie, podczas gdy przed nami trzydzieści lat później odkrywał przede wszystkim wartości niepragmatyczne. Irena Grudzińska-Gross, wiedząc o moim zainteresowaniu Mayem, napisała mi, że przeczytała wiele lat temu trudne do dostania tłumaczenie na angielski paru tomów. "Tłumaczenie było, jeśli się nie mylę, wydane przez jakieś amerykańskie towarzystwo niemieckie na początku dwudziestego wieku i w tłumaczeniu okazało się, że Old Shatterhand i jego mistyczny mistrz są Niemcami, a Winnetou ich uczniem. Czytając ten przekład (inny od polskiego?), można łatwo zrozumieć, dlaczego Hitler kochał tę książkę (Brecht także). Niemiec jest nauczycielem, mistykiem wygnanym z ojczyzny, a Winnetou to antyczny bohater-dziecko, jak Grecy". Nie znalazłem takich wyraźnych tropów w polskim przekładzie; w chwili śmierci Kleki-Petra pierwszy biały nauczyciel Winnetou prosi co prawda Old Shatterhanda, by "prowadził dalej jego dzieło", lecz przyjaźń będzie się działa całkowicie poza kontekstem narodowym, a Old Shatterhand, owszem, Niemiec, będzie krył poczucie swej niedoskonałości i niższości wobec swego idealnego przyjaciela.
Winnetou przybrać musiał rysy Pierre'a Brice'a; na to zostaliśmy skazani. Film produkcji jugosławiańsko-niemiecko-francuskiej na szczęście pamiętam dość słabo, ucieleśnienie powieści potraktowałem po gnostycku, jako niedoskonałe i redukcyjne, ale sama twarz nie była źle dobrana. Gdy wracało się do książki (dziesiąty? piętnasty raz?), oblicze Brice'a już nam towarzyszyło; dobrze wysyłało prawe spojrzenia i obnosiło swój lekki smutek. Powieściowa śmierć Winnetou przy pierwszej lekturze była ciosem zabójczym. Matka do dzisiaj pamięta tamten płacz, nie wiedziała, o co chodzi, chciała wezwać lekarza. Nie poszedłem do szkoły, żałoba przemogła obowiązek. To była bodaj pierwsza w naszym życiu scena literacka, która mówiła, czym jest fatum, nieuchronność. Przeczucie śmierci i zarazem jej akceptacja przez Winnetou odmawiającego ucieczki tworzyły niepojęty, wzniosły duet, wysoki styl egzystencji; parę lat później, już na spokojnie, motyw powrócił w Zabójcach ukochanego Hemingwaya.
Winnetou przed śmiercią mówi chwilami o sobie samym - jak to ma zwyczaj, lecz tym razem jeszcze dobitniej - w trzeciej osobie. "Winnetou czuje...", "Winnetou wie...". Ta pierwotna postać dyskursu przez całą powieść ustawia Winnetou poza przeciętnym językiem ludzi, wzmaga jego odrębność i wyjątkowość; Winnetou jest narratorem siebie, opowieść o nim samym należy przede wszystkim do niego. Gdy Winnetou nie ma - a więcej go nie ma, niż jest - istnieje w powieści domyślnie jako czysta idealność. Choć pozostaje tytułowym bohaterem, nie w pełni do niej należy, czy też wypadałoby raczej powiedzieć, że wypełnia ją swą nieobecnością. Pojawia się w niej dość rzadko, po czym znika, wzbudzając w czytelniku tęsknotę i oczekiwanie na kolejne zejście do ludzi. Jest chodzącą elipsą, pars pro toto innej, lepszej rzeczywistości, daje do myślenia; zdaje się nie z tego świata, podczas gdy stale obecny Old Shatterhand jest zwykłym ziemskim narratorem jego nieuchwytności. Było w Winnetou coś z Endymiona, wiecznego młodzieńca, który istnieje nieco "poza". Nigdy oczywiście nie przyszła mi do głowy możliwość homoerotycznej interpretacji jego przyjaźni z Old Shatterhandem; Winnetou był ogólnie wyzwaniem przychodzącym z drugiej strony, wyzwaniem nieuchwytności, zewem melancholijnej tęsknoty.
Dlatego Winnetou był także nauczycielem romantycznego pragnienia, dał jego pierwszą szkołę (nie uczuć, właśnie pragnienia), ukazywał jego dwoistą, paradoksalną, tragiczną strukturę, łączącą obecność i nieobecność, pełnię i brak w jedną niemożliwą całość. Winnetou był z pewnością pierwszym, lecz też chyba jedynym bohaterem książki, którego kochałem (czy: którego kochało się). Siostra Winnetou (w małym stopniu) i przede wszystkim Sally, narzeczona Tomka Wilimowskiego z sagi Alfreda Szklarskiego, albo inne jeszcze postacie kobiece wyzwalały fantazje seksualne, on - otchłań tęsknoty. Uczył elipsy jako figury egzystencji; później, po latach, stanie się ona także - muszę tu całkiem wejść w moją prywatną historię - ulubioną figurą stylu.
"Czy zdołasz odpędzić kładące się cienie?", pytał Old Shatterhanda w ostatniej przed śmiercią rozmowie. Zagłada wisząca nad Winnetou i jego rasą orientowała nieubłaganie lekturę w stronę melancholii. Wiedzieliśmy z historii, że strata już nastąpiła, że tamtego świata już nie ma, i lektury książek indiańskich, Maya i innych, doprowadzały nas za każdym razem do kresu życia, odgrywały raz jeszcze utratę. Paradoks tych lektur polegał na tym, że ciesząc się akcją, tysiącami wspaniałych przygód, przeżywaliśmy zarazem stratę, która jeszcze nie nastąpiła (co jest samą istotą melancholii); największe wyczyny bohaterów, najwspanialsze przygody podkrążone były cieniem, robak zalągł się i w bujnym kwiecie. Przestrzeń między słowami bohaterów, ich gestami, a przyszłością była zduszona. Żyli po coś i zarazem na nic, odjeżdżające, pyszne cienie, które później oglądaliśmy z pobożnym namaszczeniem na starych fotografiach z albumów przywożonych przez Amerykanów na Targi Książki, zatytułowanych Vanishing Tribe i podobnie; w zamglonych sepiowych barwach ostatni wódz w ogromnym, zbędnym pióropuszu jedzie stępa na gniadoszu w nicość...
W może rok po moim z Maćkiem przymierzu przeczytałem w "Expressie Wieczornym", który cierpliwie wystałem przed kioskiem dla ojca, sensacyjną wiadomość wypisaną czerwonymi wołami na pierwszej stronie: w rezerwacie Apaczów wybuchł bunt; wojownicy zdobyli broń i przejęli panowanie nad całym terytorium. Poleciałem natychmiast do Maćka; do późnych, na ile się dało, godzin rozmawialiśmy podekscytowani o wydarzeniu. "Zaczęło się!", mówiliśmy z nadzieją. Nazajutrz czekaliśmy niecierpliwie na kolejny numer "Expressu"; ani na pierwszej, ani na ostatniej stronie o powstaniu Apaczów nie było najmniejszego słowa. Minęło jeszcze trochę czasu, mistyczna noc dzieciństwa zaczęła się rozrzedzać. Nauczyliśmy się kłamać i zwodzić. Świtało.
Słowo Winnetou, myślałem, że nigdy nie będę spisywał najkrótszych nawet dziecięcych wspomnień, wiercił korytarzy w pamięci, lecz nie chciałbym całkowicie wytrzeć z mapy faktów tamtej bramki strzelonej na licealnym boisku lewą nogą z woleja, pewnie najlepszej w życiu, a o tym zdarzeniu ja tylko jeden na świecie wiem i pamiętam. Zarzekałem się przed sobą, że pisząc, dam dzieciństwu spokój i w spokoju pozostawię też rodzinę, dziadków i ciotki, którzy w moich losach niemal nie wystąpili, licznie odsiani przez sito wojny, ale miałem niestety ojca i nie chciałbym jednak zostawić diabłu w lodówce tamtej słonecznej niedzieli, gdy poszliśmy na mecz Gwardii, na wielki i pusty Stadion X-lecia, i krzyczeliśmy razem o pewnym piłkarzu, niemal wywołując z niecki echo, że jest kompletna "noga". Tak, przyrzekałem sobie, że nigdy nie wdepnę w najważniejszą rzekę podziemną Mitteleuropy, nie przywołam figury genialnego Tatusia, niezbywalnego Papy, mitycznego Abby, magicznego Ojca i przejażdżkę tę odbędę co najwyżej w towarzystwie Brunona Schulza, Danila Kisa, Amosa Oza, bez strugania własnej epigońskiej tratwy, a tyle tego pływa dookoła, nie chciałbym jednak pominąć milczeniem wiecznym tamtego ważnego seta w pingponga, w Zawoi Górnej, gdy po raz pierwszy z ojcem wygrałem i podkręcając piłki, czego nie znosił, przebiłem się raz na zawsze przez jego staroświecki, przedwojenny backhand, przez jego sanacyjną pukaninę, i przez chwilę było mi nieco przykro.
Ojciec nie był człowiekiem wielkich namiętności, lubił (muzykę, teatr), ale płytko; nie kochał. Czasami dawał się ponieść jakiemuś zdarzeniu, pędziliśmy z wywieszonymi jęzorami, bo zaraz zacznie się koncert, film i będzie, ale będzie się działo! Lecz nie były to dla niego najwyższe emocje, które mnie mogły za każdym niemal razem przemienić w drżącą osikę, w bulgoczącą wodę. Często "interesował się" czymś, bo tak wypadało, bo "wykształcony człowiek musi mieć swoje zainteresowania", ale jego zaangażowanie w głębi duszy natykało się na jakiś murek, który w sobie wybudował i na którym zatrzymywało się właściwie całe jego życie; może mnie jednego przepuszczał dalej. Miał swoje pustelnie, zwłaszcza kuchnię na noc, z tranzystorowym radiem i starym adapterem (ach, te nocne kuchnie, partyzanckie ziemianki mężczyzn PRL-u), tam przebywał godzinami w swoim kiepskim królestwie i na swoim słodko-gorzkim wygnaniu, wśród nieokreślonych nostalgii i niedobitych jeszcze marzeń; tam wywiewały go przez okno, ku światełkom w oddali, w głębi nocy, obrazki z przeszłości i z czasu, który nigdy nie nastanie.
Sport łączył nas bardziej niż wszystko; dla niego nie była to trudna, gdyż wreszcie nieudawana pasja, ostatecznie najbliższa sercu, aczkolwiek i tu gdzieś przystawał po drodze, nie szedł do kresu, nie znał większości wyników pierwszej ligi angielskiej, słabo się orientował w naszej trzeciej lidze, w wynikach z okręgówki naszego dzielnicowego Orła, patałachów nad patałachy, podczas gdy ja chłonąłem jak wodę z sokiem z ruskiego saturatora wszystkie rezultaty i nazwiska, rekordy świata i rankingi. Była chwila - przypadła zapewne na mój trzynasty czy czternasty rok życia - gdy zwyciężyć mógłbym w niejednej Wielkiej Grze, podać co do centymetra dziesięć najlepszych w dziejach rzutów oszczepem, nie pomylić żadnej dziesiątej sekundy (setnych jeszcze wtedy często nie liczono), nieraz ojca poprawiałem lub informowałem. Ale i tak była to wielka wspólnota, sztama ponad wszystko, trzydzieści lat na jednym boisku w jednej na złe i dobre drużynie, w tandemie nie do zdarcia - bo choć z czasem dzieliłem coraz bardziej życie sportowe z koleżkami z klasy, z uniwerku, wiedziałem dobrze, iż prawdziwie przeżywać mecz umiem tylko razem z nim, podczas gdy z nimi patrzeć na Polskę - Anglię byłoby zdradą. Tylko z nim, oglądając transmisję, czułem, że możemy sięgnąć prawdziwego smaku, czymkolwiek by był, smakiem oczekiwania, smakiem samych emocji, napinających oklapły dzień, najczęściej środę, jak płótno namiotu, smakiem bycia razem na bezludnej wyspie pokoju, w uprzywilejowanej przestrzeni, gdzie - poza wynikiem naszej drużyny - nic fatalnego nie może się przydarzyć. On i ja. Matka matriarchalnie w kuchni robi kolację, przynosi kanapki i stawia na taborecie przed nami, smakują jak nigdy, on i ja w pokoju, na dwóch fotelach, przytulonych do siebie, motocykl z przyczepką, on i ja, zrywający się na baczność, gdy rozlega się polski hymn, choć nikogo wokół nie ma i nikt nas nie widzi, nie dzieli z nami wzniosłości, poza jakimś świętym naszym duchem ze wspólnej emanacji. Koledzy nieświęci, odkąd się wygadałem, zawsze z nas kpili, z tego wstawania do hymnu w pustym pokoju, gdzie kicają zjawy przodków.
Później, gdy ojciec się już zestarzał, rozchorował na wszystkie strony i gdy przychodząc do niego w odwiedziny, nie wiedziałem często, zakłopotany, co powiedzieć, o co go nagabywać, jakim słowem w ogóle otworzyć jego i moje zawiązane usta, szukałem ratunku w sporcie, pytałem o wynik jakiegoś meczu, nawet jeśli go znałem: - Jak tam Legia wczoraj? Cracovia chyba spadnie? Albo: - Zdaje się, że siatkarze fatalnie przegrali? Czy też wydawałem oświadczenia typu: - Ależeśmy znowu wylosowali! W życiu z tej grupy nie wyjdziemy, znowu trzeba będzie czekać cztery lata do kolejnych mistrzostw! Chwilami irytował się, był już stary i ręce mu się trzęsły, nie nadążał, nie śledził, coraz mniej go to obchodziło. I mówił: - O niczym innym już nie umiemy rozmawiać?
Nie umieliśmy, nie umiałem. Nie umiałem, nie zawsze chciałem. Rzeczywistość wydawała mi się gorsza niż świat nierealny, niedobra dla niego, już na emeryturze, już kiepsko rozporządzającego swoim ciałem, zaś rozmowy o mojej przyszłości, na którą machałem ręką zawczasu, jakkolwiek miała wyglądać, albo, co wychodziło na jedno, dywagacje o prawdzie istnienia krępowały mnie, gdyż co było - co było teraz jeszcze do powiedzenia? Popychałem go więc delikatnie ku wspomnieniom, najlepiej sprzed wojny, na co dawał się łatwo nabrać, tak jak dawał się prowadzić po alejkach wokół domu, ja zawsze lekko z przodu, on za mną nadążający, ciągnięty pod rękę lub - gdy wspomnień, tylekroć już powtórzonych, brakowało, czy też jeszcze bardziej pogłębiały smutek chwili - skłaniałem go właśnie do gadki szmatki o sporcie, bo to zawsze przynosiło złudzenie, że się dzieje, że coś się jeszcze dzieje, a nawet zdarzy (jutro przecież mecz). Wypowiadaliśmy więc parę oczywistych, kwitowanych machnięciem dłoni stwierdzeń o klęsce losowania i gorszej od czasów Wagnera formie siatkarzy, o małych szansach piłkarzy jutro wieczorem, przez moment zastanawialiśmy się, kto zagra w ataku. W tym moim kluczeniu między trudnymi słowami i tematami była jakaś rozpacz; uprawiałem spadochroniarstwo bezpieczne, lądowałem na boiskach i w halach sportowych, gdyż wiedziałem czy raczej czułem bezrefleksyjnie, że to jest jedna jedyna wspólna przestrzeń idylli. Tutaj, wyobrażałem sobie, spotykamy się w bezczasie, którego nie dotyka żadna siła przemienienia, tutaj zapominamy o całym złu toczącym jego życie, o nadchodzącym kresie, który przez jego rozedrgane dłonie anonsował swe powolne, lecz niewstrzymane nadchodzenie. Nawet teraz, kiedy idę na jego grób i nie bardzo wiem, o czym mu opowiadać, łapię się na myśli, że powiem mu o ostatnich wynikach reprezentacji czy coś takiego.
Przez długie, długie lata, właściwie aż do śmierci ojca, miałem zwyczaj jeździć do niego na ważniejsze mecze, mistrzostwa Europy, świata. Zostawiałem kumpli, kumpelki, wybiegałem z uniwerku, z knajp, z mieszkań. Chciałem odtwarzać rytuał wyuczony na samym początku, nie zrywać układu, przypominać mu o nim. Siadywał na fotelu obok, z biegiem lat coraz bardziej z grzeczności, wzrok miał coraz słabszy, coraz wcześniej kładł się spać. Gdy wpadał w lepszy nastrój, gdy jeszcze to i owo dowidział, zdarzało mu się, jak za dobrych dni, coś tam pokrzykiwać, pohukiwać w chwili, gdy nasi mieli okazję do strzelenia bramki. Zawsze, i wcześniej, i teraz, w tych jego pohukiwaniach kryła się nuta kpiny, z siebie i z całej sytuacji, mieściła się w nich aż przesadna teatralizacja żartu - że nie, że krzyczy tak nie do końca poważnie, że się ze swym wariackim zachowaniem nie w pełni utożsamia. Coraz częściej jednak pohukiwał w nieodpowiednich momentach, przed akcją, po akcji, w trakcie wyrzucania autu, bo czegoś tam nie dojrzał, coś mu się w źrenicach przeinaczyło. Coraz częściej dziwił się, że przewrócony, ciężko sfaulowany zawodnik, wyglądający przez chwilę jak moribund w ostatnim ataku apopleksji, ma jeszcze w ogóle siłę wstać i grać dalej; nie każdy by zdołał. I coraz częściej nie docierał do końca meczu, zwłaszcza gdy nieszczęście sprawiło, że mistrzostwa rozgrywano na drugiej półkuli. - Obudź mnie na karne - prosił i szedł do łóżka, do pokoju, który kiedyś był moim. Budziłem go, przeklętych karnych (ale tak bardzo ich dla ojca pragnąłem) było w piłce coraz więcej, przez ich instytucję futbol w latach osiemdziesiątych zaczął coraz bardziej dążyć do remisu, wbudowywać w siebie logikę nierozstrzygalności; ojciec wstawał, człapał pośpiesznie, co nie znaczy szybko, do pokoju, właził w ekran, Belgia wygrywała z Ruskimi w drugiej serii, no dobrze. Wracał do snu, wybijała trzecia, jeszcze przez chwilę coś czytałem, oglądałem powtórki, kładłem się spać w pokoju z telewizorem, w łóżku, które kiedyś było jego.
Wszystko to musiało się zacząć wcześnie, miałem pewnie nie więcej niż pięć lat, gdy ojciec po raz pierwszy zabrał mnie na mecz. Mecze wypadały niemal zawsze w niedzielę, dość wcześnie, na Legii nie było jeszcze oświetlenia elektrycznego, Brychczy strzelał w samo południe. Jesienią i wczesną wiosną okuty w znienawidzonego misia, czyli gruby sztuczny kożuszek, dreptałem przed ojcem do tramwaju, jak najszybciej, by na pewno się nie spóźnić, na Brackiej przesiadaliśmy się do trolejbusu 52, zasiadaliśmy na naszej dobrej, nie tej co naprzeciwko - chuligańskiej, trybunie; ojciec miał przepustkę na większość imprez sportowych w Warszawie albo dostawał skądś bilety. Niekiedy, jeśli miały się zmarnować, rozdawał je wyrostkom na ulicy, obskakiwali go niczym rozbudzone muchy. Zdarzało się, że pchaliśmy się na miejsca bardzo blisko boiska, a nawet na trybunę honorową, ojciec właził tam z taką pewnością, że nikt go o nic nie pytał; raz spiker wyciągnął mnie do losowania totolotka, pewnie przez tego misia, który czynił ze mnie opasłą sierotkę.
Stadion Legii tworzył centrum naszego świata, był jego świątynią, odwiedzaną wraz z innymi, uroczyście i zbiorowo. Nasza wierność wynikała z powszechnego wyznania, z nabytej wiary, lecz mieliśmy też naszą heretycką furtkę - mecze Gwardii. Nie wiedziałem wówczas, że Gwardia Warszawa jest klubem milicyjnym, podobało mi się, lecz ojcu pewnie też, jej szczególne odosobnienie, marginalna nieistotność. Dopóki rozgrywała - co drugą niedzielę - mecze na Stadionie X-lecia, blisko naszego Grochowa, czuliśmy z nią geograficzne powinowactwo. Legia pozostawała naszym pierwszym klubem, nią chwaliłem się na zewnątrz, poza Warszawą, ona była dawcą pańskiego warszawskiego dyskursu, ale w głębi serca Gwardię lubiliśmy bardziej, podobnie jak woleliśmy słabą Cracovię od mocarnej Wisły. Trochę jako smętnego czerwonoskórego w rezerwacie, jako nieszczęsnego, samotnego odrzutka, wspieranego przez nielicznych kibiców na pustych, monumentalnych trybunach; Gwardia dobrze przewodziła naszej potrzebie czy lubości przebywania nieco z boku, na marginesie, poza głównym kursem. Jej niedzielne mecze - gdy Legia grała na wyjeździe - przenosiły nas w inny, cokolwiek melancholijny wymiar. Niedziele z Legią należały do spisywanych i spiżowych dziejów; szliśmy na mecz, by śledzić wielką historię, uczestniczyć w jej obrotach, wdrapywać się na przód tabeli. Niedziele z Gwardią były odyseją po obrzeżach, tam gdzie historia nie dociera (co zresztą te patałachy mogą ugrać?) i gdzie trwa się w enklawach innego czasu, bez znaczenia, bez walki, tylko pod osłoną nieba.
Zachowałem ten rozdźwięk, tę heretycką skłonność do zdrady czy dezercji bardzo długo, cóż właściwszego niż odejść od grupy, albo i od siebie samego. Gdy w liceum, w pierwszej połowie lat siedemdziesiątych, kibicowanie Legii stało się męską ideologią, samczym wyróżnikiem, trzymałem przekornie stronę Gwardii. Andrzej, Leszek zwany Umysłowym i mój najbliższy kumpel Lech zwany Fantomasem kpili ze mnie i pod Żyletą, najbardziej ortodoksyjną trybuną na Legii, tłoczyli nieznużenie swoje nieprzekupne credo. Andrzej miał wyszyte na swej jedynej wyjściowej bluzie nazwisko Roberta Gadochy i czesał się na Gadochę, czyli głównie łysiał, Lech podobną dżinsową bluzę inkrustował paroma wersami z Pielgrzyma Norwida, tak, istotnie, od stadionu do stadionu, miał "dom [...] ruchomy". Nosił długie, czarne włosy sięgające za łokcie (liceum było cudownie tolerancyjne, tak obyczajowo jak politycznie, na rosyjskim opowiadałem o Sołżenicynie) i gdy z pochodnią w ręku stawał w trakcie meczu na ławie, zagrzewając lud do pieśni bojowej, wypinając swe chude kości pokręcone w dzieciństwie przez chorobę Heinego-Medina, wyglądał jak prorok epileptyk albo jak rycerz wiodący krzyżowców do Grobu Pana. Mam w oczach wielką flagę Legii, którą, wychodząc ze szkoły, rozwieszali między sobą i która niknęła w oddali niczym święty ogień niesiony dalej, ku jakiejś Prawdzie. Nieco im zazdrościłem tego zapału, dobrze zdefiniowanej transcendencji, pozostając w klasie z resztą humanistów, czyli samymi dziewczynami oraz czwórką filutów, którzy w ogóle nie umieli piłki kopnąć i w szkolnych rozgrywkach rujnowali swą obecnością naszą klasową reprezentację.
Kopałem, od kiedy się dało. Najpierw z ojcem; nauczył mnie uderzać pasówką, inaczej zresztą nie umiał, jego sportowe talenty były bardzo ograniczone. Stawałem na bramce, on strzelał, tak się ustaliło; raczej nie zamienialiśmy się rolami, bo ojciec się nie rzucał za mocniej uderzoną piłką i nie byłoby na poważnie. Bramkarz to miała być moja pozycja; później, gdy zacząłem nosić okulary, wymyśliłem siebie również jako defensywnego - częściej mawiało się nomen omen cofniętego - pomocnika, czyli kogoś, kto przebywa wszędzie i łata dziury, raz grałem więc na bramce, innym razem w polu. To śmieszne, myślę dzisiaj, takie wczesne wybory, a jakże trafne, tak przerażająco trafne wobec psychicznych dyspozycji, które nas później, do końca życia, już nie opuszczą. I stanie na bramce, i bieganie w nieokreślonym miejscu między obroną a atakiem, nie wiadomo gdzie, raz blisko defensywy, innym razem blisko napadu, wyrażało dokładnie mój charakter. W kondycji bramkarza było coś przyjemnie nierównego, nieustalonego. Określała ją fundamentalna niepewność: można było być najmniej istotnym w drużynie (dziecięcy futbol bramkarstwa tak wprost nie cenił, zsyłał między słupki niezguły i grubasów), kimś, kto nie pcha się do przodu ani na piedestał, nigdy nie strzela bramek i nie prowadzi do zwycięstwa, ale też w jednej chwili można było zostać głównym bohaterem, od którego zależy wszystko, można było rozgrywać podwójną kartę: pierwszego i ostatniego. Bramkarz w mojej histerycznej interpretacji wcielał ponadto Leonidasa, kogoś kto broni in extremis, w sytuacji rozpaczliwej i do samego końca, często przy liczebnej przewadze wrogów-napastni-ków. Właściwa obrona już padała, wojska perskie były ad portas, lecz on jeszcze zasłaniał ciałem zbiorowy dom. Moim ulubionym zagraniem, ekspercką specjalnością, gdy grałem w polu, było wybijanie piłki z własnej linii bramkowej w ostatniej chwili, gdy gol zdawał się już wbity. Nigdy nie odpuszczałem, gdy innym nie chciało się wracać, biegłem do końca, by ratować, co się da. Nie miałem większego talentu do piłki, tyle że nie miałem dziurawych nóg i coś z kopania rozumiałem, widziałem boisko geometrycznie i strukturalnie; raczej kiepsko kreowałem grę, za to stanowiłem mocną zaporę. Lecz przede wszystkim strasznie krzyczałem, byłem majtkiem na gnieździe, histerykiem zbiorowości, Ordonem oblężonej twierdzy, muezinem ekipy. A może wielkim mobilizatorem, klejem, który chce spajać całość, jak to się powiada: wnosić ducha w drużynę. Nie znosiłem kopania na niby, gdy nie wraca się pod własną bramkę, macha się ręką na straconą piłkę; nawet gierki szmatki, byle jakie, parę minut na przerwie w szkole, czy dwóch na dwóch, czekając, aż ktoś się dołączy, były równie ważne, co porządne mecze, wszędzie, w każdej chwili inscenizowałem Monte Cassino. Jako cofnięty, niech będzie że cofnięty, pomocnik biegałem wariacko wzdłuż i wszerz; byłem nie wiadomo kim - bo na tym polega ta funkcja - przybłędą nieprzypisanym ani do ataku, ani do ścisłej obrony, poza profilem i ustalonym gatunkiem.
Rzucałem się; ojciec mówił: nie musisz aż tak się poświęcać. Nie poświęcaj się, mówiła matka, nie poświęcaj się, mówiła siostra, co się tak poświęcasz, mówili nawet co bardziej rozsądni kumple. Jako bramkarz rzucałem się w błoto, na ziemię, w ostateczności nawet na asfalt, wracałem do domu brudny, pokrwawiony, z dziurami w majtkach. Matka wielokrotnie usiłowała namówić ojca, by przywrócił mi rozum rzemieniem. Raz nawet spróbował podjąć się ojcowskiego zadania, aktorskim gestem wysunął pasek ze spodni, przybrał minę Meduzy z Caravaggia, a do robienia marsa na czole miał prawdziwy dryg; zaczął strasznie krzyczeć, ale już w środku była nieusuwalna kpina z siebie samego; nawet nie uderzył. "Rzucać się" to było w każdym razie ważne słowo. Bramkarze dzielili się na tych, co "się rzucają", czyli gryzą ziemię, i na tych, co się "nie rzucą" za żadne skarby, widzą granicę między rzeczywistością życia i gry. Gdy szliśmy grać na błoniach pod Stadionem X-lecia czy na inne boiska, gdzie się zbierali kopacze z różnych szkół, najpierw "wybieraliśmy się", czyli tworzyliśmy ekipy. Niekiedy ktoś mnie polecał jako bramkarza tymi właśnie słowami: on "się rzuca", weź go.
Rzucałem się, ale w turniejach moja drużyna szybko przegrywała. Na pierwszym z nich, najbardziej pamiętnym, puściłem dwie bramki; jedną - złośliwego loba - mogłem z pewnością obronić. Ojciec pocieszał; z boiska zabrał na długi spacer, trafiliśmy do parku Skaryszewskiego, po bukolicznym stawie pływały kajaki i panie wystawiały szyje do słońca; po chwili doszliśmy na błonia, gdzie inne turnieje szły całą parą, rówieśnicy strzelali i wygrywali. Miałem przy sobie tranzystorowe radio, z którego leciała muzyka, może już Piotr Kaczkowski, wychodziliśmy jakoś tą klęskę przez długi czerwcowy, ciepły wieczór, są jeszcze inne światy, sugerował ojciec, istnieje jeszcze życie poza turniejem, poza piłką, poza sportem.
Istniało, jasne, ale słabo. Albo kompletnie oddzielnie, dla innych "ja" w sobie, wędrujących po Górach Skalistych, wyśpiewujących pierwsze "ye ye" i "sia la la", myjących dwa razy włosy przed prywatką. Wystarczał jednak telefon, słowo, by wszystko rzucić w diabły i biec na boisko, podwórko, skwer, wszelką przestrzeń, która nadawała się do przetaczania piłki, dużej, małej, jakiejkolwiek. I tak poniekąd zostało, z Andrzejem, który grał nawet w juniorach Polonii i miał kapitalną technikę, umawialiśmy się mniej więcej do czterdziestego piątego roku życia; nikogo już wokół nie było, nie było z kim grać, kumple się rozjechali, kopiący sąsiedzi się wynieśli, a my jeszcze przez długie lata, sam na sam plus strzały na bramkę na zmianę, świeciliśmy łysinami na klepisku grochowskiego Orła, tym samym, gdzie mając osiem lat, trenowałem z klubem. Przez parę miesięcy ledwie, bo szybko stało się jasne, że nie odmienię losów nawet takich patałachów jak drużyna Orła Warszawa. Dostałem czerwone majtki i koszulkę, grzałem potulnie ławę przez kilka trampkarskich meczów, raz bodaj wpuszczono mnie na pięć minut jak, nie przymierzając, Żmudę w Meksyku, dla zaliczenia trawy.
Zatem z Andrzejem twardo, niekiedy po trzy razy w tygodniu, wkraczaliśmy w przekwitanie; ostatni turniej zagraliśmy już gdzieś grubo po trzydziestce. Skrzyknęliśmy wszystkie znane nam niedołęgi, Andrzej, niespełniony trener, do rubryki "nazwa drużyny" wpisał przez pomyłkę "kolor koszulek", zatem jako "Biali" rozegraliśmy ze trzy mecze, jakimś cudem pierwszy wygrywając na karne. Strzeliłem swojego i darłem się z radości tak mocno, że budziłem okolicznych zmarłych, przynajmniej tych świeżych, na Sąd Ostateczny; no i pijaków kimających w krzakach Grochowa, na tyłach Dworca Wschodniego, gdzie Tarkowski z powodzeniem mógłby kręcić Stalkera. Dziesięć lat później przez rok grałem w hali z chłopcami z "Polityki", większość kopała lepiej ode mnie, ale zdarzyło mi się być raz czy dwa razy w formie, zwłaszcza tego dnia, gdy Jerzy Pilch krzyknął, że trzeba koniecznie "kryć Bieńczyka". Dobry autor, to zdanie należy do jego największych.
To takie wciąż dziecięce gadanie o wieku męskim, wieku klęski, kto po pięćdziesiątce nie lubi opowiadać niczym Hemingway na froncie o ostatnich wyczynach sportowych, bramce strzelonej właśnie wczoraj drużynie "Polityki" czy innym harpagonom. Boisko pozostało dla takich jak ja miejscem magicznym, wybranym prostokątem, gdzie lądują ufoludki, czerwone berety wysyłane wciąż przez nieśmiertelne w nas dziecko z najgłębszej głębi naszych własnych dziejów. Wciąż pozostajemy - ci, co graliśmy i jeszcze grywamy - na platońskim głodzie. Nasze najpiękniejsze nawet gole i najbardziej genialne zagrania od samego początku, od najwcześniejszych lat, kładły jeno cienie na ściany jaskini, skazani na żywot naśladowców od dziecka po starochłopstwo mogliśmy jedynie odgrywać bramki i imitować kiwki prawdziwe, występować na prawdziwym Wembley tylko przed zaśnięciem, czuć się na boisku czy w hali dyrygentem gry, Kazikiem Deyną, roztaczać przegląd pola, kopać piłkę z nadzieją, że uderza się prawdziwego "rogala", słowem odgrywać rytuał bycia z drugiej ręki.
Żyjąc z drugiej ręki, tęskni się - za tym, czego się nigdy nie miało - bezboleśnie, lecz może i głębiej. Muszę, niejako sam dziwiąc się nad sobą, wciąż siebie pytać, dlaczego przechodząc obok jakiegoś stadionu, najlepiej małego, dzielnicowego, prowincjonalnego, niezmiennie coś mnie rusza, coś się we mnie dzieje, budzi się uśpiona fala. Niedawno byłem w małym Libourne, kilkadziesiąt kilometrów od Bordeaux; porządny, zapomniany w pierwszych ligach stadion z niewielką trybuną i ładną trawą wciągnął mnie do wnętrza, o pietruszkę grały jakieś dwie juniorskie drużyny, ludzi przyszła garstka. Usiadłem na pustej ławce i poczułem się przez chwilę szczęśliwy w tym miejscu, na którym wygasały mniej lub bardziej logiczne, a w każdym razie długie sekwencje mojego życia; to była przerwa w istnieniu, niezrozumiała, pozbawiona wszelkiego sensu, i przez to magnetyczna. Kiedyś znalazłem się z ojcem w enerdowskiej miejscowości Ruhla, na jakichś przypadkowych, idiotycznych wczasach, w Polsce nastawała gierkowszczyzna, granice i na zachód, i do demoludów się otwierały. Nie mieliśmy co ze sobą zrobić, dziura Ruhla była prawdziwą królową w królestwie dziur. Drugiego dnia wypatrzyliśmy w czasie spaceru po prusacko zaceglonej okolicy stadion; wdrapaliśmy się trawiastym zboczem na dość wysoką koronę. Okazało się, że rozgrywany jest jakiś prowincjonalny mecz, głowy setki czy dwóch setek kibiców zwróciły się ku nam, no jasne, weszliśmy bez biletów, das ist verboten. Posiedzieliśmy sobie bez sensu, zadowoleni; FC Ruhla bodajże wygrała. Czasem ten obraz wraca: ja z ojcem wspinający się mozolnie na stadion w nieznanej zonie, śmieszny desant włóczykijów (coś z Felliniego) na drodze donikąd, nieznane ichtiologom ryby szukające wpływu do tajemnej rzeki, o której wiadomo, że raczej nie istnieje.
Nigdy nie pociągały mnie dziecięce zabawy typu tajemnicza wyprawa czy napad na bank. Czytałem dużo, ojciec wciąż znosił jakieś książki, ale reszta to był przede wszystkim sport. Uczestniczyłem oczywiście w jakichś pogoniach po ulicach i podwórkach, w atakach na zamki krzyżackie czy inne forty, dowalałem Niemcom, śledziłem jako detektyw Holmes (Marlowe'a jeszcze nie znałem) niejakiego Elegancika, mieszkańca ulicy Paca, który wydał mi się szczególnie podejrzany, skoro cały boży dzień łaził w błękitnym garniturze po Grochowie, zaglądając do wszystkich barów po kolei, byłem nadzwyczaj sumiennym Indianinem, świadomym kruchości swej kondycji w świecie białych ludzi - i temu swemu pochodzeniu poświęcałem wiele czasu i lektur, jednak najbardziej rajcowało mnie granie, wszelkie granie. Na znienawidzonych koloniach, na które byłem zsyłany rok w rok, sport był wybawieniem, jedynym mostem ku przyszłości i wyzwoleniu. Nie znosiłem wychodzenia na zewnątrz, błądzenia po lesie, chodzenia na basen i do miasta, wieczornych ognisk z dowcipami i echem kolonijnym. Trzymałem się stołu pingpongowego jak tratwy Meduzy, w najgorszym razie przyklejałem się do szachownicy albo do stołu z piłkarzykami poruszanymi na korbkę, kiedy miałem szczęście, wyławiałem wśród wychowawców i starszaków trzech brydżystów; wolność była tam, gdzie były jakieś cyfry, wynik, takie czy inne rozstrzygnięcie. W Warszawie, jeśli już nie dało się wyjść na podwórko, stanąć przed bramką trzepaka, jeśli nie dało się grać przynajmniej w zośkę, jeśli już padało lub przychodziła zima, albo koleżkom z podstawówki się nie chciało, a nie chciało im się niestety często, bo szli palić pety po krzakach, pozostawał sport halowy. Zwoływałem Grzesia i jego drużynę, która składała się z Grzesia, stawaliśmy się dwiema ekipami hokejowymi, Kanadą i Czechosłowacją, i w szczególności dwoma bramkarzami, ja oczywiście Czechem Dzurillą lub Czechem Holeckiem, sławą nad sławami, strzelaliśmy krążkiem-piłeczką na bramki z szafy i komody, czołgając się po podłodze; uwielbiałem bramkarzy hokejowych w ich ciężkich zbrojach i żelaznych maskach, skrywających nieodgadnioną twarz króla i bękarta, ich cielska prawdziwie zasłaniały bramkę, były wprost bramką. Gdy i Grzesia brakowało, rozkładałem klocki lego; nie wiem, czy duńscy konstruktorzy przewidzieli futbolowy użytek ze swego wymysłu, choć przewidzieli, zdaje się, wszystko, od kołyski po rakietę kosmiczną. Białe klocki stawały się zawodnikami jednej drużyny, czerwone drugiej, do tego kulka z łożyska i zaczynał się mecz na kobiercu made in Czechoslovakia. Notowałem wyniki na kartce, Szombierki Bytom znów niespodziewanie wygrywały z Wisłą Kraków, Japonia z dumnym Albionem, kiwałem ze zdziwienia głową, niekiedy zdarzają się prawdziwe niespodzianki, o których konstruktorom się nie śniło. Miła schizofrenia zwycięstwa i przegranej w jednym rzucie, w jednej osobie, siała swoje miękkie spustoszenie; jeszcze dzisiaj, choć jak każdy lubię wygrywać, mam zbyt dużo zrozumienia dla własnej porażki (czyż nie jest trochę wstydem wygrać wojnę?) i, gdy nastąpi, zbyt dobrze traktuję zwycięzcę.
Wariactwo szło jeszcze dalej. Urządzałem na tapczanie skocznię do skoków wzwyż, latałem na stadion Orła, gdzie uprawiałem wielobój. Piękny stadion na końcu świata, w ciągu tygodnia psa z kulawą nogą się nie uświadczyło, zresztą sekcja padała za sekcją, rozwiązano nawet patałachów, można było biegać (mierzyłem na sekundniku czas na średnie dystanse), skakać wzwyż i w dal (nosiłem przy sobie krawiecki centymetr) do utraty tchu, jak młody Belmondo. A przede wszystkim uprawiać domorosły trójskok. Odkąd dowiedziałem się o Józefie Szmidcie, zobaczyłem jego skok na Stadionie Leśnym w Olsztynie, wbiłem sobie w pamięć te piękne, rekordowe cyfry 17.03, oraz męski, robotniczy uścisk Gomułki, zacząłem mierzyć własne rekordy. Ćwiczyłem tę nieszkodliwą - jak na inne możliwe - manię, gdzie się dało, na ukochanym Orle, na koloniach, gdy nikt mnie nie widział, na wczasach, gdy dorosłe towarzystwo biegło opalać swe blade boki na brzegu jeziora czy morza. Wystarczał kawałek łąki, ziemi i pustka wokół.
Idylla, zapewne to słowo jest - gdy myślę o tamtych stadionach, o tamtych halach, tamtych boiskach, o łąkach zamienianych w boisko, o dywanach zamienianych w murawę - najważniejsze. Jakaś przestrzeń była wykrajana z ogólnego życia, stawiana granica między tu i tam, między dwoma światami, z których jeden był jak oaza ograniczony, pełny, ciepły, a drugi - różny. W tym drugim zdarzały się wszelkie rzeczy, złe i dobre, szczęśliwe i bolesne, można było bez sensu kochać się osiem lat w zimnej Ani, mieć dosyć chwilami domu, nie znosić matmy i chemii, marzyć o wyprawie na biegun, denerwować się w ślad za rodzicami w czerwcu 1967, gdy wysyłali mnie kupować cukier w trakcie wojny siedmiodniowej, biegać ze studentami w marcu 1968 i wystawać pod akademikiem na Kicu w oczekiwaniu nie wiadomo na co, z dreszczykiem przejęcia wyłapywać Wolną Europę na starym turandocie, dostać w mordę od skina, całować się po raz pierwszy z Jolą, wszystko to było ważniejsze i zarazem mniej ważne, podstawowe i zarazem doraźne wobec życia, które biło za przekroczoną linią boiska.
Ojciec, wkraczając do sportowej oazy, uciekał pewnie z domu, z pracy, z małżeństwa, może i z kraju, wracał do wspomnień sprzed wojny, okazywał wierność dzieciństwu, zapewniając przy okazji synowi rozrywkę i wykonując ojcowski obowiązek, spędzając z nim wspólnie tyle, a nawet więcej czasu, niż dobry ojciec z synem spędzać powinien. Może mu coś odbieram, nie doceniam w nim Pascala, bo na swój temat snuć mogę z obecnego krzesła jeszcze trudniejsze hipotezy: jasne jest, że chodziło o coś więcej, o coś kompletnie innego niż sama przyjemność grania i śledzenia gry, mianowicie o jakąś moją nieuświadomioną "prawdę" filozoficzną. W tej idylli poznawałem zapewne smak nierealności: chwili święta, która nie ma nic wspólnego ze zwykłym, długim trwaniem, jest z niego wyrwana jak psu z gardła, przynosi ukojenie. Musiał się toczyć jakiś bój o idealność, o nowy porządek, który inaczej organizuje to, co zostało nam dane. Inaczej: lepiej, czyściej, bezpieczniej, ciekawiej. Podejrzewam, że projektowałem w te uchwytne matematycznie przestrzenie, sto na sto, dwadzieścia na trzydzieści, parę metrów na parę metrów, czy dwa na dwa i pół, jak w przypadku stołu pingpongowego, strach przed chaosem, przed bezznaczeniowością, nieuchwytnością czy wręcz grozą życia. Słowa są mocne, lecz gdzieś między słowami krążyły jeszcze - początek lat sześćdziesiątych - resztki wojny, demony traum, które wciskały się w nasze dziecięce wyobraźnie to z oficjalnych szkolnych katedr, to drogą podprogowej osmozy. Sport miał siłę wyciszania "niejasnej sytuacji na kontynencie", tworzenia życiodajnych iluzji, budował złote miasta wśród szarości, a niekiedy nawet jeszcze zgliszczy i ruin Warszawy. To, co z zewnątrz wydawać się mogło wybrykiem dziecinnych głupot i naiwności, miało swą metafizyczną sankcję: doznanie możliwej wymierności, przeto sensowności świata. Nurkowanie w wynikach, w metrach, centymetrach, w minutach i w sekundach poza naturalną durnotą dziecka wynikało z potrzeby wiary czy wiedzy, że da się coś wyliczyć, określić, uchwycić, że świat jest - dlatego właśnie - pozytywny. Pamiętamy wszyscy Dürerowskiego anioła z Melancholii smętnie zwieszającego głowę w otoczeniu różnych przyrządów kosmicznych, matematycznych, innych. Jemu mierzenie i obliczanie - a matematykiem był tęgim - nic nie pomogło, nam, aniołom niedorosłym, aniołkom niedojrzałym, przynosiło miły omam całości, zbawiało chaos. Mierzyłem więc swoje skoki, zapisywałem wyniki, śledziłem wszystkie ligi świata, klasyfikacje medalowe igrzysk recytowałem z pamięci jak tabliczkę mnożenia. Z ojcem założyliśmy prywatny totek piłkarski. Pięknym pismem układał w tabelce nadchodzące mecze w obu ligach, obstawialiśmy wyniki, za wytypowanie dokładnego rezultatu przyznawaliśmy trzy punkty, za wytypowanie różnicy bramkowej dwa, pod koniec niedzieli skrzętnie podliczaliśmy całość, kruchy sens jakoś się statkował, zyskiwał obiektywny wymiar.
Powinienem też wspomnieć o jeszcze jednej stronie idylli, co czynię z pewnym wstydem, jaki zawsze towarzyszy poczuciu własnej ślepej dobroduszności i naiwności. Na wcześniejszych stronach pojawiło się krótkie wspomnienie o mojej lekturze Winnetou; przypominam ją w tych sportowych podskokach pióra, gdyż w pewnym sensie krystaliczna postawa Apacza i Sportowca Idealnego przeglądały się w sobie, tworząc lustrzane odbicia; Winnetou był wzorowym zawodnikiem avant la lettre (najlepiej cofniętym pomocnikiem), Idealny Sportowiec (najlepiej cofnięty pomocnik) był późnym awatarem wodza Apaczów. Na boiskach czy jak kto woli na "arenach sportowych" chciałem chyba odnajdywać to, co już wtedy wydawało mi się nikłe, zagrożone, rzadkie w codzienności. I w tej dorosłej, bo już od wczesnych lat dawało się przeczuwać jej nieczyste prawa, i w tej dziecięcej, bo możliwość oszustwa, krzywdy, uzyskiwania przewagi za wszelką cenę i wszelkimi drogami w naszych grach i zabawach wydawała się nadmierna. Sport miał w moim wyobrażeniu nastawiać moralne złamania. Choć był sam bezwzględną próbą sił podobnie jak całe życie, to dawał jej niezłomne reguły, których przestrzeganie przysparzało życiu jakiegoś sensu. Sensu, czy raczej czystości, która była jedynym akceptowalnym fundamentem, przez co sport - w konsekwencji mego wyobrażenia - stawał się niejako uczciwą realizacją nieuczciwej nierównowagi wpisanej w istotę tego świata.
Społeczny wizerunek sportu w środkowym PRL-u, w latach sześćdziesiątych i wczesnych latach siedemdziesiątych, miał ogólnie sielankowy posmak; swoją nieprzekupną pasją, kompletnym i histerycznym oddaniem się sprawie, robespierrowaniem własnych skłonności, doprowadzałem do skrajności nastrój czasów. Nie tworzyły go tylko całkiem częste i powszechne sukcesy naszych, głównie lekkoatletów, bokserów, szpadzistów i ciężarowców, nie zapominając o pilotach szybowców i innych wunderteamach. Ważnym wkładem bukolicznym była ogólna, większa niż dzisiaj, skłonność ludności do wspólnego grania. Jogging jeszcze nie istniał, nie istniały wrotki, kijki spacerowe i rowery (w dzisiejszym ich hurrauniwersalnym użyciu), nie było praktycznie siłowni, za to boiska wczasowe, plażowe, parkowe zapełniały się nieznużonymi amatorami siatki i nogi. Mam wciąż w głowie letnie pocztówki, chociażby: ciepły wieczór w mazurskim ośrodku Funduszu Wczasów Pracowniczych, już po kolacji (wedle jadłospisu na dzisiaj: "kiełbasa na gorąco, musztarda, porcja masła, dżem, ciasto drożdżowe, herbata"), kaowiec lub pan Zenek już napina siatkę, na ławeczce już przysiadają niegrający, za chwilę padnie pierwszy serw, ten pierwszy jeszcze bity od dołu.
Oczywiście sport, by tak rzec, zapełniał puste półki, był suplementem, zamiennikiem, opium i tak dalej. Wystarczy jednak przypomnieć sobie jedną z najwspanialszych powieści PRL-u, Złego Tyrmanda, którego akcja toczy się wokół meczu Polska - Węgry na Łazienkowskiej, by odesłać polityczne konteksty do diabła i jego
Biura Politycznego. Wystarczy przejść raz jeszcze w myślach - każdy dzisiejszy historyk PRL-u powinien to uczynić - tamtą trasę tamtego dnia, by wzruszyć nad kontekstem choć trochę ramionami, wyrektyfikować z niego mocny spirytus ówczesnej codzienności.
Tamten dzień: majowe popołudnie, koniec lat sześćdziesiątych. Tamta trasa: dla nas, matki, ojca, mnie - aleja Waszyngtona wzdłuż działek, później wzdłuż parku Skaryszewskiego, aż do Stadionu X-lecia; dla innych wszelkie drogi prowadzące na stadion z miasta i zbiegające się na moście Poniatowskiego. Idziemy w gęstym tłumie, pod szarym, parnym sufitem, bez cienia wiatru, zewsząd napływają inne, podobne do naszej grochowskiej rzeki, wlewają się do niecki i zapełniają ją po brzegi, sto tysięcy ludzi dla jednego finiszu, ta tam ta tatarata tam, kto nie zna tego hejnału, dla niecałych trzystu metrów na bieżni, poprzedzonych jakimś nieznaczącym meczem i pokazami spadochroniarzy albo motocyklistów, Maryla Rodowicz jeszcze wtedy nie śpiewała. Bardziej niż samo widowisko pozostaje w pamięci ten obraz ludzkiego stada, które ciągnie do celu bez cienia wahania, mocno, uparcie, krok za krokiem, w sposób mechaniczny i zarazem naturalny. A przed nim wyrasta skromna Mekka, nasz stadion ogromny, taki mój, gdy grywa na nim druga liga, taki wszystkich, gdy pojawia się reprezentacja bądź kolarz - aby nie ruski, aby nie szwabski. Ale tamtego dnia wygrał Niemiec. Rok czy dwa później weszliśmy na murawę stadionu jakby nigdy nic, przez tunel dla kolarzy, i przez dobre czterdzieści minut graliśmy na bramkę, w której okienku pamiętnego gola z Bułgarią osadził Jarosik. Przez czterdzieści minut tańczyliśmy na brzuchu królowej, aż wreszcie przyszli strażnicy i przepędzili nas ze sceny. W listopadzie 2008 królowa została wyłyżeczkowana i kiedy przejeżdżam nieopodal, widzę odsłoniętą jej wnękę czekającą na nowy wsad. Mogłoby to coś dla mnie znaczyć, na przykład symboliczny kres czegoś, ale nic nie znaczy, raczej wzbudza ciekawość, zresztą osadzony tu od lat Jarmark Europa już dawno temu odsakralizował miejsce, ogłuszył je cykaniem fałszywych rolexów, oczadził zapachem podrabianych pachnideł Guerlaina.
Nie mogę powiedzieć, że piłka nożna była zdecydowanie najważniejsza, w latach sześćdziesiątych jej przewaga nad innymi sportami była w miarę wyraźna, lecz nie miażdżąca, wszystkie dyscypliny tworzyły razem poletko naszego Boga, gorsi czy lepsi bracia i siostry jednego klanu. Mistrzostwa świata w nogę - jeszcze wówczas zdrowe na ciele, nierozrośnięte do trzydziestu dwóch drużyn - nie były istotniejsze od olimpiad, czy raczej należałoby rzec: olimpiady nie były gorsze od mistrzostw, dobry mecz lekkoatletyczny wzbudzał nie mniejsze emocje niż piłkarski, choć rzecz jasna gała, jak mawialiśmy w szkole i na podwórku, miała to coś więcej. Ale pamiętam zapach niepiłkarskich sal, zapach Hali Gwardii przede wszystkim (coś ze skóry i z pasty do butów), gdzie pilnie z ojcem chadzaliśmy na siatkówkę, koszykówkę, a nawet na gimnastykę i szermierkę, zapach pływalni w Pałacu Kultury (nie tylko chlor, lecz również ambiwalentny, tu nieco wysublimowany smrodek szkoły) i pociągający zapach tutejszych sal gimnastycznych (było w nim coś oficjalnego, starego, obcego, ruskiego i skórzanego, lecz ostatecznie przyjaznego) oraz innych, trudnych dziś do identyfikacji miejsc - Warszawianki, Skry, której nazwa wywołuje w pierwszym rzędzie przyjemny odór benzyny wysokooktanowej, wydzielany przez motocykle na żużlowej od czterdziestu lat nieistniejącej bieżni.
Maj, wiadomo, należał do Wyścigu Pokoju; jego odczarowanie, zwiastun ogólnej dla mnie desakralizacji sportu, zaczęło następować dopiero w drugiej połowie lat siedemdziesiątych. Lata sześćdziesiąte żyły jego wiosennym nadchodzeniem. Szalałem, nie rozstawałem się z radiem, wczytywałem się jeszcze i jeszcze w tabele zamieszczane, no tak, w "Trybunie Ludu", dokładniejsze niestety niż te w "Życiu Warszawy". Hejnał wyścigu miał coś z nieodpartego zewu, radosnego larum. Rozbrzmiewało nim całe podwórko, dość mocno ściśnięte między trzema ścianami domów i śmietnikiem, za którym rozciągał się mały i tajemniczy (nigdy tam nie wstąpiłem) ogród z jabłonkami. Głos redaktora Tuszyńskiego, czysty, przewiewny, wprawiał w leciutką lewitację; zamulone głosy młodszych, nowych redaktorów w latach późniejszych znamionowały pewną zdradę wobec jego anielskiej pieśni i były już dźwiękową oznaką zmierzchu wyścigu. Od godziny pierwszej do godziny piątej napięcie rosło; o piątej opadało, najczęściej w rozczarowaniu, by powrócić dnia następnego; dzień odpoczynku, czyli bez etapu, dłużył się nieznośnie. Dziś kolarstwo, wraz z Formułą I, wydaje mi się jedną z nudniejszych dyscyplin; ówczesna umiejętna inscenizacja (te lotne finisze, te premie górskie), skrajna dramatyzacja zdarzeń czyniła z wyścigu niezastąpioną raz w roku epifanię. Nazwiska naszych cyklistów były jak święte słowa. Każdy miał swoją charakterystykę, swoją psychikę, niczym odrębne dramatis personae. Królak, legenda. Hanusik, sprinter. Liderzy, wyrobnicy, ci wybrani do zwycięstw, ci wybrani do harówy.
W pierwszej licealnej zostałem rachmistrzem spisowym; wysłano mnie w okolice Wału Miedzeszyńskiego obsianego drobnymi gospodarstwami; to była egzotyka, wieś, do której jechało się długo autobusem, dziś miejsce należy niemal do środka miasta. Przekraczałem progi Zulusów z białą duszą na ramieniu, tam, raptem trzy, cztery kilometry od domu, rozciągał się inny, parterowy, obcy świat. Odległy, nieufny przede wszystkim, widzący we mnie przedstawiciela wrogiego ustroju, który zaraz się pojawi w postaci komisji, milicji, Armii Czerwonej, i zabierze tego wieprzka, tamtą krowę, odkreśli ćwierć hektara. Jednym z gospodarzy był ojciec Stanisława Królaka. Pogadaliśmy o dawnych czasach, zadałem nieśmiało parę pytań. Jak wszyscy zmniejszył zeznania spisowe o krowę. Na wszelki wypadek odjąłem mu kolejną.
Śledzenie wyścigu na ekranie - gdy stało się to już w pełni możliwe - mobilizowało cały boży dzień, lecz we wspomnieniach oczywiście radio wiąże się z nim o wiele bardziej i przyjemniej. Zwłaszcza podczas pierwszych wyjazdów wczasowych z ojcem, także w trakcie roku szkolnego, z którego ojciec potrafił mnie niekiedy wyłuskać. Puste, wiosenne okolice, Kudowa, Zakopane, wyścig, gdy dochodzimy do Krupówek, wyścig, gdy idziemy w stronę Krokwi, także wczasy bez wyścigu, gdy wieczorem, po całodniowej wędrówce, zasiadamy po ciemku do wiadomości sportowych. Łapiemy program I PR, z którego, chyba o dziewiątej, rozlegało się (i rozlega zresztą do dzisiaj) słynne "Oj, strzelaj prędzej... strzela, jeeest! Kronika (z pięknym przedwojennym akcentem na "a") Sportowa (z akcentem na pierwsze "o")", wieści wpadają niczym kamyczki w ciszę, polski bokser wygrał w ćwierćfinale, na torze odbyły się regaty, dwójka bez sternika przybyła na metę trzecia. Dwójka bez sternika, ojciec i ja, szwendała się tak przez lata po falach radiowych (jednym z pierwszych wspomnień dzieciństwa jest radio przynoszone przez ojca o dziewiątej do łóżka, a potem spać), po sportowych kolumnach gazet, kopała piłkę, wypatrywała stołów pingpongowych.
Wczasy były epoką pingponga. To był mój sport intymny, rodzaj spécialité de la maison. Brylowałem na koloniach, w szkole podstawowej, w funduszach wczasów pracowniczych. W liceum byli już lepsi, dostawałem baty, ale jakoś wystawałem ponad wczasową amatorską przeciętność. Od dekady przegrywam jednak większość meczów z Piotrem Sommerem, naczelnym "Literatury na Świecie", który też, jak ja, przeturlał się z dzieciństwa w starość na piłeczce pingpongowej. Takich jak my, puer senex, którzy przedostali się w dorosłość i sprawują nawet jakieś funkcje jako dodatki do prawdziwej natury dziecka z rakietką, jest więcej; mają przykre zmarszczki i worki pod oczyma; zaświećcie przed nimi piłeczką, a nalot istnienia - stanowiska, tytuły, napisane książki - opadną od razu, nietrwały kurz.
Znowu odzywa się chłopiec, który jeszcze w roku 2010 chciałby wygrywać po dramatycznej walce, wskakiwać na pudło, kończyć mecz zabójczym forhandem. Jak wówczas, w 1967, w meczu z kolonią niemiecką w Zawoi. Ba, nawet w 1971 we wspomnianej niemieckiej dziurze o nazwie Ruhla. W pingponga dzieci enerdowskie grały słabo, nie była to jeszcze dyscyplina olimpijska. W ośrodku wczasowym, gdzie spędzaliśmy tamte nieszczęsne wakacje - odziedziczony po rodzinie niemiecki traumatyzm odebrał kompletnie apetyt i podciął mnie somatycznie - uprawiano za to inne sporty. Szczeniaki w moim wieku tak pędziły wraz z ojcami i matkami po bieżni, tak wyskakiwały na skoczniach, tak się od rana gimnastykowały, wytrwale wyginały, tyle ćwiczyły od świtu do wieczora, że szybko pojąłem, że ich sport nie ma nic wspólnego z moim i że gramy na dwóch różnych boiskach, że tam, gdzie ja trafiam w marzenia, oni od razu trafiają w bramkę, a wkrótce potem do klubu SC Steryd. Rywalizacja była z góry przegrana, ale w pingponga po wstępnych meczach nie bardzo chcieli grać. Gdy po długiej podróży zajechaliśmy na miejsce, w pierwszy wieczór w jadalni leciał w telewizorze kapitan Kloss w niemieckiej, dubbingowanej wersji językowej. Ciekawe, że Hânde hoch brzmiało po niemiecku jako "Hande hoch".
Lubiłem patrzeć na stoły pingpongowe, dotykać ich gładkiej powierzchni, wycierać spoconą dłoń tuż przy siatce; zanim na krótko przed maturą poznałem uroki kortu tenisowego, były one zielonym oczkiem w jaskini. Lubiłem w pingpongu społeczną funkcję wymiany, gdzie każde uderzenie było pytaniem domagającym się natychmiastowej, błyskawicznej odpowiedzi i nie było miejsca na jej symulowanie, rozciąganie w czasie; gdzie wszystko rozgrywało się tak gęsto, na ostrzu noża, na krawędzi siatki i blatu, bez chwili wytchnienia, w przestrzeni skoncentrowanej do granic, w likierze wyciągniętym z życia. Lubiłem też gwałtowną zmienność wektora rozmowy, możliwość błyskawicznego przejścia od obrony do ataku; zgodnie ze swym charakterem - pingpong dobrze ujawnia nasze kody egzystencjalne - miałem zwyczaj grać obronnie, wyłuskiwać spod stołu beznadziejne, przegrane piłki, skazywać się z góry na gorszą pozycję, jaką jest obrona, by z beznadziei wyprowadzać ewentualne zwycięstwo. Ojciec swym prostym backhandem grał na wyniszczenie; gdy był jeszcze w formie, rozstawiał mnie po kątach. Ale kręcenie piłek uderzanych spod stołu, czyli ówczesny szyk nowoczesny, przeciwstawiony uczciwej, tradycyjnej prostocie jego piłek, wziął szybko górę; technika nowoczesna, chociażby nie wiem jak brzydka i bezkształtna (myślę na przykład o tenisie), polega zawsze na zamianie piękna w skuteczność. Wówczas podkręcanie piłek, przez ojca odbierane jako barbarzyństwo, miało - widzę to dzisiaj - coś jeszcze z naiwnej inwencji, z pomysłowości; obecnie w sportach rakietkowych, pingpongu, tenisie, rzecz polega na likwidacji przeszkód, krępujących siłę; dzisiejsza nowoczesność to walnięcie w piłkę tak, że nie ma zmiłuj. Ale przyjdzie nowa nowoczesność i znowu coś wymyśli.
We wspomnieniach sportowych chcę wracać jak najgłębiej, tam gdzie bieżnie są jeszcze żużlowe, a nie tartanowe, i gdzie głos redaktora Zmarzlika narzeka przy ringu w taki sposób, z tak autentycznym niesmakiem, na niesprawiedliwość świata i przy okazji, ale tylko przy okazji, na krzywdę narodu polskiego, że krew się burzy. Zapewne tamte lata, okolone dwiema olimpiadami, tokijską w 1964 i meksykańską w 1968, tworzą mimo późniejszej euforycznej epoki Kazimierza Górskiego samo serce mojego z ojcem życia sportowego. Wieści z olimpiad - częściowo już transmitowanych przez telewizję, ale w dużej mierze wciąż radiowych - docierały jeszcze niczym wieści z kosmosu: choć zrozumiałe (kto wygrał, kto przegrał, jak nasi), przychodziły z dalekiego świata, z niedosiężnych krain, miały smak egzotyki. Między wizją a słuchem, między obrazem a wyobrażeniem było miejsce i na emocje sportowe, i na tęsknotę za czymś nieosiągalnym, ubi leones, poza granicami, przeklętymi i pięknymi zarazem; tęsknotę za Nieznanym, do którego nasze wzruszenia są uwerturą. Po którejś meksykańskiej nocy ojciec przyszedł z informacją o niesamowitym skoku Fosbury'ego. Usiłowaliśmy go sobie wyobrazić - zanim pokazała to telewizja. Jak to, plecami do przodu? Jak to, tyłem i do góry? Walnąłem się na mój tapczan-skocznię niczym kłoda.
Olimpiada w Monachium w 1972 była już konkretna, bardziej codzienna; ostatnim czysto fantazmatycznym wielkim wydarzeniem były mistrzostwa w piłkę, po raz pierwszy zwane Mundialem, w Meksyku 1970. Nie było transmisji, bramki zdobyte przez Brazylijczyków czy przez niesamowitych Urugwaj czyków urastały do arcydzieł futbolu; przebywaliśmy wówczas z ojcem na targach poznańskich (Amerykanie wystawiali grudkę z Księżyca) i rano z wynajętego pokoju pędziliśmy po gazetę, wieści rozchodziły się jeszcze z opóźnieniem, które tworzyło słodycz oczekiwania. Pierwszymi moimi mistrzostwami, do dziś najukochańszymi, gdyż inicjującymi, była Anglia 1966. Jeszcze parę lat temu mogłem wyrecytować wszystkie wyniki meczów, od fazy grupowej po finał. W 1966 spędzałem parę miesięcy we Władysławowie nad morzem, gdzie matka pracowała sezonowo, ojciec dojechał w lipcu i został klucznikiem świetlicy. Był to parterowy domek z jedną większą salką i jednym z nielicznych telewizorów w mieście, przychodziliśmy kwadrans przed meczem, ważni i funkcyjni, tłumek miejscowych pokornie się rozstępował, siadaliśmy z racji funkcji w pierwszym rzędzie, mecz się zaczynał i gdyby się dało, z tej świetlicy nie wyszedłbym nigdy. Wszystko było świeże, i telewizja, i transmisje na żywo, i sposób, w jaki Eusebio czy Pele z wolnego strzelali bramki. Musiałem kogoś ukochać, z kimś się utożsamić, wybór padł na Portugalię - tym bardziej że Brazylia odpadła dość szybko, i tak zostało do dzisiaj. Może wymowa nazwisk i ich urok najbardziej mi odpowiadały (Mario Coluna, defensywny pomocnik), może skromny wymiar kraju. Gdy Portugalia odpadła w półfinale, przeniosłem sympatię na Anglików. Byliśmy jedynymi na sali, którzy trzymali w finale ich stronę, jedynymi, którzy krzyczeli, że gol Hursta na 3:2 został naprawdę zdobyty, że piłka naprawdę minęła linię bramkową; nie pojmowałem, jak można dopingować w Polsce Niemców, nie wiedziałem, że przebywam właśnie na Kaszubach, czyli że istnieje Inny.
Nasz FWP mieścił się tuż przy słynnym ośrodku olimpijskim w Cetniewie, lepiej być nie mogło. Czasy były poważne, na boiskach do wszystkiego, w halach, do których zaglądałem, treningi szły pełną parą. Na boisku głównym trenowała przez miesiąc jakaś drugoligowa drużyna ze Śląska. Zaprzyjaźniłem się z nią po cichu, w duchu, a raz nawet udało mi się stanąć na bramce, do której strzelał przez parę minut prawdziwy zawodnik i miły dorosły w jednej osobie. Poszedłem w niedzielę na oficjalny sparring; napisałem dla ojca, który wyjechał do Warszawy, sprawozdanie, obfitowało zapewne w "piłki, które o milimetry minęły światło bramki" czy w "udane parady bramkarzy". Ojciec sprawiał wrażenie bardzo zadowolonego, porównał mój opis do relacji w "Przeglądzie Sportowym" - gazecie wówczas trudno dostępnej, za którą biegałem z wywieszonym językiem przez całe dzieciństwo. Później zapamiętałem dobrze chwilę, gdy pewnego dnia, idąc do kiosku, poczułem, że wcale już nie chcę i nie muszę "Przeglądu" kupować, i było to jak poczucie wyzwolenia i zarazem kresu czegoś, co nieodwołalnie się skończyło, wstępnego okresu w życiu.
Ale wówczas usiłowałem jeszcze opisywać w kajeciku zobaczone w telewizji spotkania i strzelone przez siebie bramki z myślą, żeby je uchować, ocalić od zapomnienia; wewnątrz sportu chciałem niejasno realizować jakieś egzystenc jalno-artystyczne potrzeby. Długo przy tej utopijnej idei nie wytrzymałem; kajecik pozostał w połowie pusty, cisza spowiła kolejne bramki Legii w pucharach i moje szczury między nogami Fantomasa. Ojciec dokonał w tamtym czasie sprytnej podmianki. Co niedziela zaczął mi wręczać kopertę z tematem wypracowania; zasiadałem do pisania, bo w drugiej kopercie czekały w nagrodę bilety na mecz. Dawał mi niejako wzór i zadanie: sport i pisanie, pisanie tego, co mi ślina na język przyniesie, taki był nasz pozaszkolny układ. Ten tekst jest moim ostatnim niedzielnym łączącym obie te rzeczy wypracowaniem, tyle że już bez biletów w nagrodę.
"Minęły lata", jak by napisali w ukochanym "Przeglądzie Sportowym", i sport zaczął powoli we mnie szarzeć, wycofywać się na pobocze. Dzisiaj nie znam już składów drużyn i wielu, zbyt wielu jak na porządnego kibica wyników, nie wiem nawet, kto właściwie gra w pierwszej lidze, a i z ekstraklasą miewam kłopoty. Przeglądam gazety, czytam sportowe dodatki w poniedziałek, coś tam jeszcze oglądam, ale nie buszuję już od bardzo dawna w sercu. Pozostała wszak dziwna wierność - niczym plamka zieleni na szarym tle, kieszeń powietrza, w której można złapać oddech. Powrócić na chwilę do utopii, do beztroski, do zapomnienia, do niewinności; zdezerterować; zamknąć się w atłasowej iluzji, czasami próbować coś o sporcie napisać, stawiać zdania, w których kompletna nieistotność, szczęśliwy pył chwil staje się królem. Czy jednak pustka, która zwalnia z pełni, jak pytał Émile Cioran, nie zawiera więcej rzeczywistości, niż ma jej cała historia?
Dobrze, najważniejszy jest i tak dotyk piłki. Tamtej piłki, którą ojciec przywiózł z Włoch, ze stolicy Fiata, z samego Turynu, w którym grał sam Juventus. To była pierwsza piłka w życiu, stamtąd, więc prawdziwa, z czarnymi sześciokątami na białym tle, choć nawet nie skórzana, po prostu gumowa. Dotykałem jej czule, jak psa, że już tu jest, leży w przedpokoju. Trochę piekły dłonie, gdy ją wybijałem, broniąc karne strzelane przez ojca na trawniku w parku Skaryszewskim i na plaży w Mrzeżynie. Kiedy ojciec odchodził, niewiele już pamiętał i mało co wokół siebie rozpoznawał. Ale pamiętał, ile razy był w życiu w Turynie. Trzy. I za którym razem kupił tę piłkę. Za pierwszym.
Każdy urodzony przed rokiem mniej więcej 1965 ma o tamtym jesiennym wieczorze swoją mityczną opowieść. Jedną z tych opowieści, które utrzymują naród we wspólnocie, leczą lub haratają mu podświadomość, usensowniają przypadkową na co dzień obecność między Tatrami a Bałtykiem. Opowieść o meczu na Wembley (powinno się je wszystkie spisać, póki my żyjemy) należy do tego samego muzeum polskiej wyobraźni, co sny o Niemcach (czas temu nam odpuściły) czy wspomnienia o nocy 13 grudnia. Tyle że wówczas udało się wnieść do zbiorów upojenie, nie koszmar. Dzięki naszym chłopakom! Złotej Jedenastce!
Moja opowieść podobna jest do każdej innej, różni się paroma szczegółami. Siedzimy, milcząc, z ojcem (bez ojca, wiadomo, w tej części Europy nie ma mitycznych opowieści, zwłaszcza o piłce), siedzimy przed telewizorem Rubin, śmiertelnie skłóceni. Bo coś tam, pewnie znowu nie poszedłem do fryzjera, milczenie wibruje do szpiku kości. Grają hymn, więc wstajemy, siadamy, cisza. Mecz się toczy, ojciec pojękuje, ja pokrzykuję, i odwrotnie, ojciec wrzeszczy, ja piszczę, lecz każdy do siebie, dla własnej w sobie publiki, wojna trwa. I nagle ta bramka, Domarski Shiltonowi wpuszcza piłkę pod brzuchem, rzucamy się sobie w ramiona, ściskamy, po chwili końcowy gwizdek, skaczemy razem po pokoju, obejmujemy się i dalej ściskamy, mogę już nie chodzić do fryzjera. Zebrało się tyle radości, że nie wiadomo, co z tym zrobić, słyszymy krzyki, ciągnę ojca na ulicę, Grochowską idą młodzieńcy w moim wieku, dołączamy, pierwsza w życiu manifestacja, hasła, śpiewy. Ojciec najpierw nieśmiały (przedwojenna kindersztuba), idzie niepewnie, dorosły wśród smarkaczy, i nagle jak nie huknie razem z wszystkimi: Kazimierz Górski naszym przyjacielem jest, Kazimierz Górski naszym przyjacielem jest, Kazimierz Górski naszym przyjacielem jest, jego duch żyje pośród nas!
Niezłe były to czasy, chamstwo dopiero zaczynało przenikać na stadiony, na Łazienkowskiej śpiewano jeszcze kuplety typu: "Nowak Tadeusz to Legii jest Prometeusz", co zakładało minimum odbytych lektur, nie trzeba było, tak jak dzisiaj, dokonywać chirurgicznego cięcia w sumieniu, oddzielać piękna piłki od bandyckiej otoczki. Niezłe były czasy, czasy przełomów, trochę starego, trochę nowego, dla Górskiego dobra mieszanka. Nastały, gdy w futbolu technologia przygotowań, treningu, śrubowania wydajności nie zdążyła jeszcze kompletnie wyrugować improwizacji, chałupnictwa, w razie czego dawało się nadrabiać sprytem, chwytem, gacie podwiązać sznurkiem. Charaktery nie były jeszcze tak sformatowane jak dzisiaj, transfery - przekleństwo obecnego futbolu - nie robiły z psychiki sitka, można było w większym stopniu stawiać na podmiot niż na mięśnie i wydolność. Wszystkie dokumentalne i obiegowe opinie o Górskim podkreślają jego działania intuicy jno-duchowe. Tam gdzie Gmoch będzie później rysował geometryczne schematy, krzyżował linie jak w grze w kartofla, przesuwał stopera na prawe skrzydło, on miał mówić: do przodu panowie, bardziej do przodu, i trochę się przyłożyć. I w ogóle głowa do góry, wygramy ten mecz, co mamy nie wygrać! Prawda to czy nie, ogromna przesada czy małe uproszczenie, w naszym zbiorowym wizerunku Górskiego i tak przeważa strona, by tak rzec, sielska: połączenie geniuszu i prostoty, naiwności i skuteczności, dobroci i nieskomplikowania. Mimo wspaniałych bramek Deyny i Szarmacha później na mistrzostwach, to może właśnie bramka Domarskiego w meczu najważniejszym, dla mitu założycielskim, stała się obrazem tamtych dni: golem-nikiforem, strzałem normalnie nie do wyobrażenia, a jednak dziwnym trafem nieobronionym. Domarski strzelił, do siatki trafiła cała Polska: trochę sposobem, trochę pod spodem, jak to my.
Aby mit Górskiego powstał, musiały znaleźć się w nim powszechnie rozpoznawane i akceptowalne elementy charakteru narodowego: coś z Kargula i Pawlaka, coś ludowego, nieintelektualnego, tautologicznie swojskiego, ale obdarzonego klasą. Porywającego mądrością, do której się dochodzi na chłopski rozum, przez własne doświadczenie, instynktownym wniknięciem w materię życia. Górski był dla mas tym, czym góral dla księdza profesora Tischnera, skarbnicą wiedzy bezpośredniej, tyle że z większym wkładem śmieszności. Z Górskiego śmieliśmy się wszyscy, nigdy złośliwie. Miał odpuszczone z góry, od razu, z powodu sukcesów rzecz jasna, ale też z jednego prostego względu: nie kombinował. To Polak odczuł natychmiast i to potrafił docenić. W kraju zawodowej kombinerki był tym, kim chciałoby się być, ba, byłoby się, gdyby nie to, że trzeba jakoś żyć, czyli właśnie kombinować. Mówił tak charakterystycznie, że nie dało się go nie parodiować - ale bez przedrzeźniania jak w przypadku kolejnych trenerów, beztroskich bez wyjątku krasomówców, aż do nieszczęścia języka, czyli milczącego drwala Janasa. Słyszałem fantastyczne de imitatione Górski; absolutnym mistrzem w materii jest Jerzy Illg. Mistrzem nie tylko dlatego, że odtwarzał znakomicie tembr głosu i intonację (z najsłynniejszym "mi si wyda ji" na czele), lecz dlatego, że mówił Górskim, to znaczy wytwarzał zdania górsko-idalne, takie, których sam Górski nigdy by nie powiedział, ale które należały do logiki jego mowy.
Ilość nie tylko sentencji i "aforyzmów" Trenera, lecz apokryfów, jakie pojawiły się w sieci w dniu Jego śmierci, świadczy o lingwistycznym fenomenie społecznym, który powstał na podstawie języka Górskiego, podobnie jak, toutes proportions gardées, w przypadku Rejsu Piwowskiego. Każdy ma swoje ulubione powiedzenie, ja lubię: "No mi si wyda ji, że jak Legia nie strzeli drugij bramki, to nie strzeli i trzecij", choć nie wiem, czy jest to cytat autentyczny, czy właśnie apokryf. Wszystkie te wydobyte i utrwalone na wieczność zdania i uwagi Górskiego oraz pseudo-Górskiego łączy szczególna oczywistość przekazywanej myśli, konstatacja ewidentnego stanu rzeczy, ontologii prostej jak drut. Ich urok polega na tym, że mają jednak lub zdają się mieć podwójne dno. Doprowadzając ad absurdum niektóre spostrzeżenia na temat futbolu ("mecz wygra ta drużyna, która strzeli jedną bramkę więcej"), wszystko ośmieszają, a już zwłaszcza dociekliwych komentatorów. Jest w nich coś ze Szwejka, potwierdza się jakąś rzecz, żeby jej zaprzeczyć, a wszystko znaczy: dajcie spokój, panowie dziennikarze, głupi jesteście jeden bardziej od drugiego. Dla słuchaczy jest też w tych gnomach coś z języka Pytii, pozornie prostego, lecz kryjącego głębię, tajemnicę; kiedy Pytia twierdzi, że po dniu zapada noc, sens jej słów jest mniej oczywisty, niż mogłoby się wydawać. Futbol: "piłka jest jedna, a bramki są dwie". Tak, nie da się zaprzeczyć. No ale przemyślmy to zdanie do końca. Nie mówi przypadkiem czegoś więcej?
Z pewnością między trenerem Złotej Drużyny a Autorytetem z lat następnych jest spora różnica; Górski późniejszy jest nieco inny. Zmieniono mu gatunek: odebrano mu dramatyzm, przeniesiono go w stronę komedii, posadzono na tronie, zamiast berła wtykano mikrofon, niech gada na pokaz, zbędny król w republice kolesiów. Odzyskiwał formę, kiedy mógł zrzędzić, komentować jakiś mecz, najlepiej przegrany, a nie pod okiem prezesa charakteryzować sytuację ogólną polskiego futbolu czy odpowiadać na pytania: co słychać, panie Kazimierzu?
Przyniósł radość zwycięstwem na olimpiadzie, awansem do mistrzostw świata, samymi mistrzostwami, ale uczestniczył w czymś, co w mym odczuciu było dramatem. Nie zawsze zdajemy sobie sprawę, jak wielkim dramatem. Dzisiaj, po latach, widać coraz bardziej, że w 1974 roku trafiła się jedna na dziesięć, gdzie tam, na dwadzieścia pokoleń szansa na zdobycie mistrzostwa świata. Moim zdaniem do dzisiaj liżemy rany, ja przynajmniej, poczucie straty mam nadal ogromne i w gruncie rzeczy o tamtych cudownych mistrzostwach w Niemczech myślę paradoksalnie z pewnym lękiem i niechęcią. Przestrzelony karny Deyny w Argentynie nie miał już znaczenia, jestem pewien. Duch dziejów (futbolu) dał nam w 1974 wszystko, ale w czasie spiętrzonym tak bardzo (kilka miesięcy ledwie od Wembley do Frankfurtu), że rozsadzało klepsydrę. Pękła w półfinałowym meczu z Niemcami, duch dziejów (futbolu) dotychczas nie podstawił nam nowej. Możliwość przerosła wszystkich, przyszła zbyt szybko, poza wyobraźnią, zamawialiśmy mineralkę, a w tej samej cenie dawali szampana. Brązowy medal w Hiszpanii w 1982 był raczej chichotliwym przypomnieniem straty niż samoistnym osiągnięciem. Piechniczek i drużyna zrobili świetną, wielką robotę, ale nie było uniesienia. Od początku było bowiem jasne, że horyzontem dla ekipy Piechniczka nie jest niebo, że chciało się tylko powtórzyć "sukces Polskich Orłów z 1974", no to się powtórzyło.
Do dziś pytam siebie, czy Górski wierzył. Tamtego wieczoru, przed półfinałem? Wierzył tak absolutnie, że da się? Czy może przestraszył się, zwątpił? Nie przekazał w ów deszczowy wieczór tej maksymalnej energii, którą trzeba było przekazać? Oczywiście, mówił co zawsze, głowa do góry, panowie, i do przodu, ale może gdzieś diabełek niemożności szczypał go w wątrobę? I to wystarczyło, jeden gram nadziei za mało? Nigdy się nie dowiemy. Tamte mistrzostwa miały wielkość i tragizm, były jak Konstytucja 3 maja, fantastycznym osiągnięciem, ale potem już tylko gorzej; powoli, powolutku, ale nieuchronnie droga polskiego futbolu i samego Górskiego prowadziła w dół.
W historii PRL-u mistrzostwa świata '74 były najbardziej intensywnym doświadczeniem aż do pierwszego przyjazdu Papieża i tkwią nadal w tej samej co papieska pielgrzymka aurze świętości - do czego Jerzy Pilch słusznie wciąż wraca jako do podstawowego duchowego zdarzenia tamtej naszej egzystencji, jako do Mekki naszej wyobraźni. Dlatego wyłuskiwanie tego brylantu z obroży PRL-u odbywa się bez najmniejszej trudności. Górski pozostaje poza wszelkim rozliczeniem, jak mało kto, może nikt. Wraz ze Starszymi Panami tworzy świętą enklawę pamięci, której nikt o zdrowych zmysłach nigdy nie pokala, choćby świerzbiło go doszukiwanie się w przeszłości Bóg wie czego. Górski okazał się może najlepszą arką przymierza między nowymi a dawnymi laty; na brzegu jego osoby fale politycznych sporów rozbijają się szybko i potulnie. W jakiś niezwykły sposób wyobraźnia zbiorowa zakleiła nim narodowe dziury; widać, że potrzebuje ona plastrów. Nie unosił przecież zaciśniętych pięści w czarnych rękawiczkach, nie robił znaku zajączka; gdy trzeba było iść do Gierka, to szedł do Gierka, gdy trzeba było kumać się z Czynnikami wcześniej, to się z Czynnikami kumał. Ale czuło się, że rzeczywistość oficjalna spływa jakoś po nim, że w środku pozostaje nietknięty przedwojenny lwowiak, niezamoczone stare drzewo.
Wybuch powszechnej żałoby w dniu jego śmierci zdaje się nie tylko ekspresją smutku, lecz wielkim rytuałem, w którym naród sprawdza siebie, inscenizuje swoje trudne dzieje. Kiedy jednak myślę o tym wszystkim, o jego sylwetce (najlepiej z dłuższymi włosami, nadającymi się już do fryzjera, tak jakby chciał być solidarny z fryzurami Tomaszewskiego, Gadochy i innych), najbliższe sercu są te trzy minuty, które spędził w szatniach Wembley, pod spodem krzyczącego na trybunach tłumu. Trzy ostatnie minuty meczu, gdy piłka nie schodziła z naszej połowy, gdy Szymanowski z Musiałem osłaniali bramkę swymi ciałami i włosami, gdy nawet Deyna wrócił na "szesnastkę", gdy Jan Ciszewski nie wrzeszczał jeszcze jak wcielony anioł "Polska, Polska, Polska". Stał gdzieś w ciemnym korytarzu, sam, samotny, dzieliło go od świata sto osiemdziesiąt sekund, każdą przełykał jak parzący kamień, czuł radość i strach, całe swoje życie zebrane nagle w jednej drobinie czasu, coraz mniejszej, sto sekund, pięćdziesiąt, dziesięć. Wreszcie wybiegł, na murawie chłopcy pędzili na wszystkie strony jak opętani, ściskali się, śmiali. I my tam byliśmy, i się ściskaliśmy, a później szliśmy ulicą i krzyczeliśmy: "Kazimierz Górski naszym przyjacielem jest, jego duch żyje pośród nas". Tak mi si wyda ji.
Wielka, gorączkowa, szalona moda na tenis zaczęła się w Polsce mniej więcej rok po tym, jak w pewne pochmurne majowe i w dodatku poniedziałkowe popołudnie wracaliśmy z Leszkiem Fantomasem z kortów Legii. Uznaję nas - do pewnego stopnia - za ojców założycieli, powiedzmy, jednych z kilkudziesięciu ojców założycieli tej niepojętej mody, która wybuchnęła równie gwałtownie w połowie gierkowszczyzny, co pięć - sześć lat później się skończyła. Zaszliśmy po drodze na MDM, na plac Konstytucji, gdzie w największym w Warszawie sklepie sportowym obejrzeliśmy dostępne rakiety tenisowe. A właściwie jedną, metalowy wyrób rakietopodobny firmy Polsport, zwał się Polonez, lecz nie miał silnika. Wróciliśmy wieczorem z pieniędzmi wyciągniętymi od matek, dokupiliśmy białe czeskie piłeczki, bo innych wówczas nie było, i nazajutrz stanęliśmy naprzeciw siebie na pustych kortach parku Skaryszewskiego jako jedyni gracze, którzy tego dnia przyszli zakłócić spokój pana Miecia.
Tamto pochmurne majowe poniedziałkowe popołudnie nastąpiło po słonecznym weekendzie. Spędziłem go z ojcem na kortach Legii, Polska grała w Pucharze Davisa z Węgrami. Chadzaliśmy z ojcem na większość meczów daviscupowych, gdyż lubiliśmy nowo zbudowane korty Legii, przedłużające nie bez gracji salonową przyrodę Łazienek i pogodną Agrykolę, i lubiliśmy tę inną, elegancką atmosferę na trybunach. Kibicowaliśmy bez większej wiary Nowickiemu, Gąsiorkowi i Niedźwiedzkiemu, którzy w kraju nie mieli wówczas równych, byli jedynym produktem na naszych pustych tenisowych półkach. To taka anachroniczna metafora (produktem był ocet) z ostatnich lat epoki Gierka, lecz wspomniani w świecie międzynarodowym doprawdy nic nie znaczyli, choć w kraju rządzili i składali się na wszystko, co nasz tenis mógł ofiarować. Gąsiorek, typowa maszyna treningowa do odbijania piłek z końcowej linii, był uroczym w swej niezdarności, niezłomnym defensorem; do siatki podchodził tylko w chwili, gdy gratulował zwycięzcy. Podobnie jak inni kibice na kortach Legii krzyczeliśmy dobrotliwie "Gąsiorek, nie pij", jeśli w przerwach między gemami sięgał po wodę. Empiria wskazywała, że Gąsiorek gra źle, kiedy się nie napije wody, i gra gorzej, kiedy wody łyknie. Niedźwiedzki i Nowicki mieli więcej nerwa, coś ich niekiedy gnało do woleja, nakazywało przyłożyć z całej siły, skrócić wymianę, lecz z Gąsiorkiem najczęściej przegrywali, jak to groch przegrywa ze ścianą.
No i pojawił się Wojtek Fibak. Tamtego majowego weekendu gracz młodziutki i nieznany, urodzony niewiele wcześniej niż Leszek i ja, dla innych wszak celów. Cały mecz zaczął się nie najlepiej i kończył się fatalnie. Gdy Fibak wyszedł na kort do ostatniego niedzielnego pojedynku z Węgrem Taróczym, graczem z o wiele wyższej półki, było 2:2 i szanse na zwycięstwo niewielkie. Kończył się zatem mecz fatalnie, lecz się nie skończył, bo zapadły ciemności przy stanie 2:0 w setach i 5:2 w gemach dla Madziara. Innymi słowy, było po wszystkim, tyle że coup de grâce został odłożony na dzień następny. Dnia następnego wyciągnąłem Lecha z klasy i polecieliśmy na Legię. Nigdy nie byłem mocny w nadziei, niemal zawsze obstawiam przegraną naszych w każdym sporcie możliwym, podejrzewam raczej, że na drugą stronę Wisły pognała mnie ochota delektac ji szczątkami i niechęć do chemii na ostatniej lekcji. Wiemy, co się stało, cudzik nad Wisłą. W obecności garstki widzów krzyknąłem "brawo, Wojtek", gdy Fibak wchodził na kort; obejrzał się zobaczyć, który to z dziesiątki kibiców niszczy sobie zbytecznie gardło - nasz gracz, nasz sportowiec, nasz reprezentant, nadzieja naszego tenisa, nasz przyszły kolekcjoner, komentator i celebryta, wykaraskał się z otchłani, "dokonując rzeczy niemożliwej". No i się zaczęło, nowe życie się zaczęło dla nas i dla Fibaka.
Próbowaliśmy już coś odbijać w Skaryszewskim, naśladować dwuręczny backhand Borga, gdy Fibak wygrywał pierwsze mecze na turniejach zagranicznych; próbowaliśmy smeczować z wyskoku, trafiać pierwszym serwisem nie dalej niż metr od dozwolonej linii, gdy Fibak pokonywał pierwsze wielkie nazwiska i siał postrach w deblu razem z Okkerem. Na kort biegaliśmy niemal codziennie. Wciągnęliśmy w grę chłopaków z klasy, Bladego, który jako jedyny szybko opanował technikę uderzeń, lecz za bardzo się w niej zakochał, Andrzeja, który techniką się brzydził, lecz parę wulgarnych machnięć na ogół mu starczało, by z wszystkimi nami się rozprawić; nasza humanistyczna klasa, siedlisko sportowych niezgułów, stała się z dnia na dzień mistrzynią dyscypliny, enklawą Wimbledonu na Grochowie, lordem na przyjęciu u Himilsbacha i Maklakiewicza - gdyż nikt jej jeszcze w liceum nie uprawiał.
Powoli, lecz systematycznie, z dnia na dzień, wprost proporcjonalnie do kolejnych zwycięstw naszego niemal rówieśnika, korty zaczęły się zapełniać. Obserwowaliśmy to dokładnie, uważnie jak pierwsi Indianie, którzy zobaczyli białych: najpierw z przyjaznym zaciekawieniem, później z rosnącą trwogą. Po paru miesiącach wejście na kort, ot tak, z marszu, stało się niemożliwe; po kolejnych paru walka o kort stała się brutalna. Trzeba było uciekać gdzie indziej, na obrzeża miasta; wstawać o czwartej rano, mijać się na ulicach w pierwszych promieniach słońca z co bardziej niecierpliwymi psami, które musiały już o świcie osuszać pęcherze; ich rozziewani właściciele przyglądali się nam jak wariatom, którzy biorą rakiety za jamniki i wyżły. Nigdy, ani idąc w wysokie góry, ani jadąc samochodem czy autostopem w odległą podróż, ani mając uczyć się do egzaminu, nie wyskakiwałem z łóżka tak wcześnie i z tak dużym poczuciem konieczności i bezsensu zarazem. Te poranne pielgrzymki należały do wielkiego filmu Barei, jakim był PRL, zwłaszcza za Gierka; nasze ciała były zmuszane do tysięcy dziwnych czynów-poświęceń, do stania na mrozie przez noc za karnetami na filmowe "Konfrontacje", do wyłażenia na ulice o czwartej rano z rakietą w łapie, wszędzie unosił się nad nami Miś i chichotał cicho, zasłaniając słońce.
Pan Miecio dowodził kortami AZS-u w parku Skaryszewskim jak przystało na dowódcę oblężonej twierdzy: niesprawiedliwie, kapryśnie, wyniośle i zgryźliwie. Ruszał się bardzo niewiele, miał swoje lata i grube, opuchnięte, schorowane nogi słonia, które nie pozwalały mu na korcie uczynić więcej niż krok. Ale grał fenomenalnie; różni mecenasi i inni zasłużeni przedstawiciele wolnych zawodów brali go na trenera-partnera; wbijał stopy w cegłę i jeśli tylko piłka szła mniej więcej na niego, odsyłał bombę za bombą z regularnością Gąsiorka, beznamiętnie, przedwo jennie. W tamtych czasach, dodam do tych słów krótką refleksję o emocjach czy raczej o ich braku, nie było zwyczaju okazywać na korcie uczuć. Owszem, nowe pokolenie Borga i jego następców odmieniło całkowicie wygląd grających, zastąpiło biel strojów pstrokacizną, wydłużyło włosy, rozwiało czupryny, zakochało się w różnego rodzaju opaskach, naszyjnikach, amuletach i innych ozdobach, ale - poza demonstracją nerwów wzorem Johna McEnroe, czyli ordynarnym rzucaniem wyzwisk w stronę sędziego przede wszystkim, w stronę świata w dalszej kolejności - nie widywało się jeszcze bicia dłonią we własne serce po każdej udanej zagrywce, zaciskania pięści, podnoszenia rąk do góry, wycierania tyłkiem, brzuchem lub całymi plecami kortu w chwilę po zwycięstwie, i podobnych oznak tryumfu. Trudno powiedzieć w czym rzecz, skąd ten imperatyw euforii jako stylu zachowań na korcie; coś się w ekspresji ludzkiej w ciągu ostatniego dwudziestolecia ogólnie zmieniło. Pieniądze już wtedy były duże, telewizja już wtedy transmitowała mecze, ale na korcie mimo wszystko panował pewien rodzaj wstrzemięźliwości, która dzisiaj uchodzi bardziej za niedostatek psychiczny, za podejrzany chłód serca niż za godne pochwały opanowanie.
Pan Miecio, gdy się mu już zachciało, stawał więc jak wryty na środku kortu i obsługiwał mecenasów, większość jednak czasu spędzał w swojej pakamerze. Wchodziło się tam z należnym szacunkiem, trzy razy przepraszając, że się żyje, i pytało się nieśmiało: "Panie kierowniku, czy przypadkiem...", "Panie Mieciu, czy dałoby się...". Różne były sztuczki i techniki nagabywania, niektórzy przybierali ton wesoły, inni żartobliwy lub dramatyczny, nic to nie pomagało, wszystko zależało od nastroju pana Miecia w panu Mieciu. Nie można powiedzieć, że mecenasi i inne niebieskie ptaki, profesorskie, lekarskie, miały ze względu na wiek, stanowisko i portfel łatwiejszy dostęp do Mieciowego serca. Niekiedy umiał ni stąd, ni zowąd odegnać mecenasa, który już się szykował do wejścia na cegłę, machając ramionami, że niby się już rozgrzewa i jest już gotów, i wpuścić nas, godzinami wystających w przedsionkach. Niekiedy to nas z kolei spędzał z kortu; jego dziejowa ręka wskazywała jak chciała, bez żadnych reguł. Pan Miecio miał swojego Flipa, chudego starca nazwiskiem Bąk, pana kortowego, postać żywcem wziętą z jakichś historycznych filmów czy powieści; znacie ją, to ten szczerbaty i skurczony jegomość w dziwnej czapce, który przemyka po bokach ekranu, na marginesach akcji, nie uczestnicząc bezpośrednio w bitwie, ale gdzieś chichocząc w kącie i zacierając radośnie ręce z sobie tylko znanego powodu. Kortowy Bąk robił więc korty, rysował linie, jeśli mu się oczywiście chciało, ogólnie doglądał. Kiedy pan Miecio zapadał się w siebie, znikał lub zatrzaskiwał się w pakamerze, co mu się często zdarzało, kortowy Bąk przejmował władzę. Pełną gębą; był nie mniej kapryśny niż pan Miecio, lecz bardziej złośliwy; niejednemu mecenasowi poszło w pięty, gdy Bąka coś ugryzło. Któryś z tak poszkodowanych napisał nawet potężny, oburzony list do "Sztandaru Młodych". Tarzaliśmy się ze śmiechu na licealnym korytarzu, jego opis tej żylastej kreski z petem w ustach i czapeczce Karola Bovary sto lat później będzie należał do arcydzieł literatury protestu w średnim komunizmie.
Szybką kulminacją tenisowej euforii stał się rok po meczu Polska - Węgry, po meczu z Niemcami, gdzie tłum był już dość gęsty, kolejny majowy pojedynek w Pucharze Davisa: Polska - Szwecja. Tym razem trybuny miały być pełne, odpowiednio wcześniej wystaliśmy z Lechem bilety dla nas i ojca, nie zważając, że w dzień po meczu mamy maturę. Próbowaliśmy przygotować się do niej nieco wcześniej, lecz myślami byliśmy już przy Borgu i jego niedzielnym pojedynku z Fibakiem. W czwartek, w przeddzień trzydniowego meczu, polecieliśmy na Legię obejrzeć trening Szwedów. Mieliśmy bardzo długie włosy, kowbojskie kapelusze i naszyjniki, rzemienie na przegubach, ja nawet poważną brodę. W chwili gdy Borg schodził z kortu, podeszliśmy tak blisko, jak się dało; w podchodzeniu miałem chyba wprawę, bo parę lat później - nieco przypadkowo - dotknąłem szaty Papieża podczas jego pierwszej warszawskiej wizyty, w chwili gdy wkraczał do katedry św. Jana. Borga otaczali tak zwani oficjele w marynarach i krawatach; ale on dojrzał nas, dojrzał dwie niedogolone mordy, dwie pokoleniowe czupryny, dwa szczere pokoleniowe spojrzenia, w końcu też się urodził w 1956, równo miesiąc przede mną, też nosił długie pióra i rzemyki, tyle że nie miał nazajutrz, ani pewnie nigdy, matury. Dojrzał więc wytarte pokoleniowe dżinsy, wystrzępione hippisowskie torby z frędzlami i puścił - wprost do nas - oko.