Rozdział 1
ROZDZIAŁ 1
Sylwia i Pierre
SYLWIA I PIERRE
- Skarbie, dziś po treningu pędzę na zakupy. Potrzebuję klapek do prac
domowych. - Sylwia leniwie przeciągała się na białej skórzanej kanapie w śnieżnobiałym dresie od La Banii, z równie białym pomeranianem na
kolanach, który zlewał się z bielą spodni i gdyby nie pyszczek, pewnie
mógłby zostać uznany za jakąś puchatą ozdobę. Mąż Pierre - a właściwie
Piotrek, ale uważał, że "Pierre" lepiej brzmi - westchnął rozbawiony
faktem, że żona szuka czegokolwiek do jakichś prac domowych.
- Do czego ci, kochanie, te klapki, bo chyba coś źle zrozumiałem -
zarechotał.
- Och... Dyrygując pracami Nataszy i Katii, chyba muszę jakoś wyglądać. A widziałam w promocji cudowne klapeczki Balenciagi, z czterech tysięcy na
dwa osiemset. Żal nie wziąć.
- Nie ma mowy! - zaprotestował Pierre.
- Ale... - Sylwia zaskoczona nie dokończyła myśli, bo mąż jej przerwał i za nią dokończył:
- Nie ma mowy, żeby moja najpiękniejsza żona kupowała cokolwiek w promocji. Znajdź takie buty, których nikt nie ośmieliłby się przecenić.
- Ach, wariacie! Wystraszyłeś mnie! - Zaśmiała się zadowolona i z poczuciem ulgi, że jest po staremu. Oboje uważali, że najlepsze równa
się najdroższe i o żadnych półśrodkach nie ma mowy.
Pierre, który mówił o sobie, że jest specjalistą od urządzeń mających na
celu opróżnienie zalegających w człowieku nieczystości, w skrócie:
właściciel fabryki kibli - choć zabiłby tego, kto by go tak właśnie
nazwał - dorobił się na swoim biznesie milionów. Ale po dwóch głębszych
wychodziła z niego prawdziwa natura i wtedy z rubasznym skrzekiem lubił
mawiać: "Ludzie zawsze będą jeść, chorować i srać, więc poza moją branżą
potencjał widzę jeszcze tylko w piekarniach i aptekach". No cóż, złota
myśl godna prawdziwego biznesmena.
Kiedy Sylwia - modelka chadzająca po coraz bardziej znanych światowych
wybiegach - przyprowadziła swojego ukochanego Pierre'a po raz pierwszy
do domu, ojciec złapał córkę w korytarzu i zapytał wprost:
- Sylwuś, ten łysawy konus z bebzonem jak wujek Staszek naprawdę ci się
podoba?
- Tatusiu, liczba zer na jego koncie sprawia, że każdego dnia widzę
przed sobą dwumetrowego bruneta z sześciopakiem na brzuchu. Sama nie
wiem... Powinnam kupić soczewki czy tak to zostawić? - mrugnęła do taty
porozumiewawczo.
- A wiesz, córciu, w sumie to chyba rzeczywiście całkiem przystojny ten
twój Piotrek. - Ojciec odmrugnął w geście pełnego zrozumienia jej
wyboru.
Sylwia od małego była zaradna. Jako pięciolatka bawiła się na podwórku z Szymonkiem, synkiem sąsiadów. Bardzo się lubili. Mamy śmiały się, że
taka miłość z piaskownicy może nawet skończy się przed ołtarzem. Ale
kiedy tylko na osiedle wprowadził się Miruś, którego tata jeździł do
Niemiec i przywoził stamtąd prawdziwą coca-colę i czekoladki w kolorowych sreberkach, Sylwia szybko zapomniała o Szymonku i stała się
najlepszą przyjaciółką Mirusia, a papierki po czekoladkach, gumach do
żucia i innych łakociach szeleściły przyjemnie w uszach dziewczynki,
symbolizując luksus.
Jako dojrzewająca panienka była piękna i miała świetną figurę. Nic więc
dziwnego, że poszła w modeling i osiągała coraz lepsze wyniki w tej
wcale niełatwej pracy. Jednak bardziej od kariery interesowało ją
znalezienie dobrego męża, przy którym nie będzie musiała łamać nóg na
niebotycznych szpilkach na wybiegach. Owszem, może paradować w tych
szpilach, ale tylko przed nim, nawet codziennie, na prywatnych, domowych
pokazach, byle na jej koncie zawsze świeciła okrągła sumka, dzięki
której najdroższe marki tego świata staną się dla niej osiągalne bez
mrugnięcia okiem.
Kiedyś przed pokazem kreacji francuskiego projektanta w Paryżu zwierzyła
się koleżance:
- Wiesz, chyba męczy mnie już ta robota.
- To sobie znajdź dzianego chłopa i rzuć to w cholerę. Mnie jeszcze
bawi, ale myślę, że to kwestia maks pół roku. A o pieniądze nie muszę
się martwić - wyznała szczerze Marlena.
- Masz bogatego faceta?
- Obrzydliwie bogatego!
- Szczęściara - przyznała Sylwia z zazdrością, ale też z szacunkiem.
- Jeśli jesteś zainteresowana, poproszę, żeby przyszedł na pokaz z jakimś poszukującym kolegą.
- Mogłabyś?
- Kochana! Spoko z ciebie laska. Załatwię ci to!
Uściskały się serdecznie. I tak właśnie Sylwia poznała Piotrka
"Pierre'a", który właśnie wtedy w Paryżu powiedział, że nie życzy sobie,
by ktokolwiek kiedykolwiek nazywał go banalnym, bo polskim imieniem.
Pierre tak naprawdę był bardzo zakompleksiony. Udało mu się wyrwać z wioski zabitej dechami. Zostawił tam rodzinę i zerwał z nią wszelkie
kontakty, modląc się, by nigdy na nich nie trafić choćby przypadkiem, by
się nie wydało, z jakiej dziury pochodzi. Krył się w nim niedojrzały
chłopiec, który z byle powodu potrafił wpaść w histerię jak kilkulatek -
tupał pulchnymi nóżkami i płakał. Sylwia zawsze wtedy pocieszała
Pierre'a i przytulała go jak starsza siostra albo mama, a zaraz potem
biegła do swojej garderoby, robiła szybki przegląd najnowszych kolekcji,
by przypomnieć sobie, za co "kocha" męża.
Aneta i Richie
ANETA I RICHIE
- Kochanie, pakuj się, lecimy na Malediwy! - oświadczył żonie Rysiek,
który kazał nazywać się "Richie", chociaż na etapie zmiany swojego
imienia nie znał jeszcze Piotrka "Pierre'a". Powiedział to z charakterystycznym uśmiechem człowieka sukcesu, który ma gest i funduje
swojej ukochanej kolejne już w tym roku wakacje marzeń.
Aneta aż klasnęła w dłonie.
- Misiaczku Najdroższy, kiedy wylatujemy i na ile? Muszę wiedzieć, jak
dużo rzeczy spakować. - Łasiła się jak kotka.
- Skarbie, kupisz sobie na miejscu wszystko, co ci się spodoba i będzie
ci potrzebne. Po co mamy stąd dźwigać?
- Ach... Racja... Ale jestem głupiutka! - zachichotała.
Pomyślała, że w sumie niewierność męża nie drażni jej tak bardzo. Niech
chłop ma od czasu do czasu coś od życia. Jedyny warunek: kiedy on
zabawia się z panienkami, ona jest na ekskluzywnych zakupach albo moczy
tyłek w oceanach czy basenach w egzotycznych miejscach, o których
istnieniu większość ludzi nawet nie ma pojęcia.
- Ty lecisz pojutrze, a ja dolecę za tydzień - powiedział Richie. Muszę
jeszcze sprzedać kilka zamówionych obrazów i dokończyć transakcję. Potem
popędzę do ciebie z jeszcze grubszym portfelem, skarbie. - Mrugnął do
żony, a Aneta na samą myśl o grubym portfelu uśmiechnęła się
najpiękniej, jak potrafiła, bo duża ilość wypełniaczy w ustach i w całej
zresztą twarzy nieco utrudniała jej swobodne operowanie mimiką.
- A które obrazy zyskają nowego właściciela? - zapytała z udawanym
zainteresowaniem Aneta, bo przecież nie znała się na sztuce. Jej
ukochany, który zajmuje się sprzedażą obrazów, też się na sztuce nie
zna, ale w tym jego niezwykle dochodowym biznesie bynajmniej nie o dzieła malarstwa chodzi.
- Awangardowe dzieła młodego, hiszpańskiego malarza, odkrycie Madrytu.
Długo by opowiadać. - Richie zbył żonę namiastką informacji. Wiedział,
że nie będzie dopytywać. Gdyby ów hiszpański malarz był twórcą jakiegoś
nowego zabiegu likwidującego zmarszczki, to pewnie szanowna małżonka
chciałaby poznać więcej szczegółów. Ale malarstwo? Bez przesady.
Aneta dobrze wiedziała, że zanim Richie dołączy do niej na Malediwach,
zdąży jeszcze przelecieć kilka panienek. Trochę ją bolało, że wiedzą o tym wszystkie jej koleżanki, a zdrady Richiego są tajemnicą poliszynela.
Ale gdy raz w życiu próbowała się postawić i zrobić mu awanturę, niemal
wylądowała na bruku goła i wesoła, bez grosza przy duszy, więc uznała,
że w sumie kochanki Ryśka - tak go jednak nazywała w swojej głowie, po
cichaczu - nie są takie złe. Ważne, by się nie zakochał. Najgorsze, że
nie pamiętała, kiedy mąż wybrał jej ciało. Od dawna ze sobą nie sypiali.
Czasami próbowała przejąć inicjatywę. Wyrzucała sobie, że może dlatego
mąż sięga po uciechy na mieście, bo nie dba o niego wystarczająco, ale
choćby wskoczyła w najbardziej kuszące koronki, Richie nie miał na nią
ochoty i nawet niespecjalnie tę niechęć ukrywał. Aneta radziła sobie z tym problemem, bo Adam, atrakcyjny trener personalny, nie gardził jej
wdziękami, ale mimo to postawa męża godziła w jej ego i od czasu do
czasu dawała o sobie znać. Wystarczyło co prawda przejechać się ze złotą
kartą Richiego do Vitkaca1, by ego zostało nieco ugłaskane,
jednak niesmak pozostawał.
Poznała Ryśka, kiedy była jeszcze na studiach. Dorabiała sobie do
stypendium, pracując w barze, chciała odciążyć nieco rodziców. Wtedy
jedna rozmowa z koleżankami na uczelni odmieniła jej życie.
- Aneta, ile wyciągasz z napiwków? - zapytała Klaudia, która też sobie
dorabiała, ale w knajpie tuż obok kortów tenisowych, gdzie miesięczny
karnet kosztował dwa i pół tysiąca złotych.
- Ostatnio było sporo ludzi i udało mi się czterysta złotych przytulić -
pochwaliła się Aneta, uznając ten wynik za ogromny sukces.
- Kochana, klienci w mojej knajpie zostawiają napiwki tysiączłotowe!
Mnie się udało ostatnio wyciągnąć prawie pięć tysięcy i to w dzień,
kiedy wcale nie było tłumów - powiedziała Klaudia z dumą w głosie.
- Boże drogi! Żartujesz? - Anetę aż zatkało.
- Nie żartuję. I powiem ci, że nie to jest najlepsze. Napiwki napiwkami,
ale jak masz szczęście, to i fajnego męża możesz sobie wyhaczyć, bo
samotnych, dzianych kawalerów i rozwodników, łypiących okiem na
atrakcyjne kelnerki, nie brakuje.
To właśnie wtedy Aneta postanowiła, że zostanie żoną takiego bogacza i będzie żyć inaczej.
Tydzień później pracowała już w Resecie, miesiąc później została
narzeczoną Richiego, a trzy miesiące później - jego żoną i mieszkanką
Bogaczowa.
Laura i Tom
LAURA I TOM
Tuż obok wspaniałej willi Anety i Richiego stała równie imponująca willa
Laury i Toma. Tom - tak, tak... tak naprawdę Tomek, ale jakże by się mógł
zgodzić na tak pospolite brzmienie swojego imienia? To niezwykle
atrakcyjny, wypielęgnowany, przystojny, zadbany reżyser filmowy. Baby
sikały na jego widok. Laura też uległa jego czarowi. Trudno było nie
ulec. Wyglądał jak marzenie. Wszystkie psiapsi w Bogaczowie zazdrościły
jej Toma, nie mając świadomości, że chyba ze wszystkich żon milionerów
trafiła najgorzej. Po pierwsze dlatego, że Toma bardziej interesowali
chłopcy, ale grał macho, bo na powodzeniu kobiet opierał swoją karierę,
a po drugie, że kolekcja luksusowych okularów z ciemnymi szkłami Laury
to nie jej fetysz ani słabość, raczej zestaw kamuflaży po zbyt ciężkiej
ręce Toma, który w furii nie potrafił w porę zatrzymać dłoni. Laurę bił
regularnie, co za każdym razem tłumaczyła sobie, że mąż ma po prostu
nerwową i stresującą pracę. Nie chciał. Żałuje. Zmieni się. Przecież się
kochają. Klasyka... Właśnie. Słowo klucz. Kochają się. Laura chyba jako
jedyna w Bogaczowie naprawdę kochała męża, a nie tylko jego pieniądze.
Była makijażystką. Kiedyś trafiła na zastępstwo za koleżankę na plan
filmu reżyserowanego przez Toma. Tak się poznali. A potem...
- Pani Lauro, dziś odwiedzi nas Olivier Janiak z programem Co za
tydzień. Czy mogę prosić o delikatny makijaż, żebym jakoś wyglądał
podczas wywiadu? - Tom łagodnie uśmiechnął się do Laury, a w jej sercu
pojawił się ogień. Już wiedziała, że ten mężczyzna ją oczarował jak
żaden wcześniej. Dotychczas żyła w swoim świecie, nie znała się na
show-biznesie, zresztą nigdy nie kręcił jej ten świat. Nawet nie miała
świadomości, jak znaną postacią jest Tom. Jak cenną w świecie filmu i pożądaną przez media plotkarskie. Patrzyła w jego czarne oczy i wiedziała, że poszłaby z nim na koniec świata, jakby jutra miało nie
być. Zasobność jego portfela nie miała żadnego znaczenia.
- Oczywiście. Proszę siadać. Będzie pan wyglądał idealnie - uśmiechnęła
się i mocno skupiła, by nie dostrzegł lekkiego drżenia rąk, wywołanego
podenerwowaniem i ekscytacją jednocześnie.
Plan filmowy trwał dwa miesiące. Tom od czasu do czasu przypadkowo
trafiał na Laurę, a potem zaczął szukać jej towarzystwa. Polubił ją.
Podobała mu się, ale z oczywistych względów czysto estetycznie. Laura
zaś zakochała się na zabój.
***
- Tom, masz chwilę? Chodź na fajkę. Pogadamy - zaproponował mu któregoś
dnia kumpel, drugi reżyser. Wyraz jego twarzy wskazywał wyraźnie na
fakt, że coś go mocno niepokoi, więc Tom natychmiast wyszedł z kolegą na
papierosa.
- Coś się dzieje? - dopytywał.
- Słuchaj... Na mieście zaczynają plotkować, że ty... no wiesz... kochasz
inaczej...
Toma zatkało. Bardzo pilnował, by nikt się nigdy nie zorientował. Był
bardzo męskim typem, więc sposobem bycia nie zdradzał się absolutnie.
- Cholera, to niedobrze. Jak się fanki dowiedzą, to notowania mogą nam
bardzo spaść, co przełoży się na sukces filmu. Co robić? Co robić? -
pytał, myśląc gorączkowo.
- Ożenić się! - bez zawahania orzekł Krystian. Tom początkowo zaśmiał
się, uznając tę radę za żart, ale po chwili rzekł:
- Ty... Stary... To nie jest zła myśl.
- Wiele serc pęknie, a jak zaczną się przygotowania do ślubu, zrobi się
dużo szumu wokół ciebie.
- Masz rację. Tak zrobimy. Nawet mam już kandydatkę.
- Kogo? - szczerze zainteresował się Krystian.
- Laurę.
- Tę makijażystkę? - zdziwił się.
- Tak. Bardzo ją lubię. Naprawdę. Uwielbiam z nią rozmawiać. Ona mnie
rozumie. A przy tym jest chyba we mnie naprawdę zakochana. Spróbuję dać
jej szczęście.
Dwa miesiące później powiedzieli sobie sakramentalne TAK. Jakaż Laura
była szczęśliwa! I przekonana, że oto rozpoczął się najbardziej bajkowy
czas w jej życiu. Szybko okazało się też, że pieniądze są bardzo
przyjemnym bonusem i właściwie z przyjemnością je wydawała, mimo że
dotąd była przekonana, że nie są ważne. Im dłużej była żoną Toma, tym
silniej kasa zyskiwała na znaczeniu. Jednak w bardzo krótkim czasie
przekonała się, że cieszą ją w tym małżeństwie właściwie już tylko
pieniądze.
Laura pragnęła miłości. I nie uczyła się na własnych błędach. Trener
personalny Adam, z którego szeroko pojętych usług, nie tylko stricte
sportowych, korzystało wiele żon Bogaczowa, stał się wielką miłością
Laury. I znowu ulokowała swe uczucia jak kulą w płot.
- Adasiu, a kochasz mnie? - pytała w objęciach silnych i muskularnych
ramion chłopaka.
- No pewnie, że kocham, Laurko - zapewniał ją, bo nauczył się, że
bogatym klientkom trzeba mówić wszystko to, co chcą usłyszeć. A poza tym
dając upojne chwile kobietom, które niby miały wszystko, ale tego im
brakowało - zarabiał drugie tyle co na treningach personalnych. Był więc
ustawiony porządnie. A zdarzało się, że mąż milioner jeszcze dopłacał,
żeby Adaś dłużej zabawiał się z jego żoną, bo on w tym czasie chciał
miło spędzić czas z kochanką.
Takie to były "romantyczne" realia w świecie wielkich pieniędzy. I pomyśleć, że tak wiele osób marzyło, marzy i będzie marzyć, by się w tym
świecie znaleźć.
Rozdział 2
ROZDZIAŁ 2
Marika
MARIKA
- Grzesiu, jesteś pewien, że my się tu odnajdziemy? - pytałam męża w trakcie przeprowadzki do wypasionej willi w Bogaczowie.
Dom był przepiękny! Jakby wprost wyjęty z naszych marzeń. Do tego
bajkowy ogród, basen, prywatne spa, a nawet strzelnica i korty tenisowe.
- Myszko, nawet jeśli nie będziemy się potrafili dogadać z innymi
mieszkańcami, to zanim skorzystamy ze wszystkiego, co oferuje nasza
posiadłość, minie kilka miesięcy, bez konieczności wychodzenia z domu -
śmiał się Grześ, który mimo milionów, które z dnia na dzień pojawiły się
na naszym koncie, wydawał się wciąż być dokładnie tym samym chłopakiem.
Tym, którego pokochałam kilkanaście lat wcześniej. Skromnym, pracowitym,
wierzącym w ideały. Wiedziałam, że kasa go nie zmieni. Dzisiaj jest,
jutro nie ma. A my potrafiliśmy doceniać to, co mamy i czego się nie da
kupić za żadne pieniądze - siebie i naszą miłość.
Kiedy już ogarnęliśmy wszystko, postanowiłam poznać okolicę. Zaczęłam
dosyć standardowo od zakupów w delikatesach. Och, jaka byłam naiwna,
sądząc, że spotkam tam którąś z sąsiadek i zawrę nową znajomość. Kobiet,
owszem, nie brakowało, ale...
- Dzień dobry, ty jesteś tu nowa, prawda? - usłyszałam za plecami,
wybierając odpowiednie smarowidło do kanapek, bo Grzesiek uwielbiał
kulinarne eksperymenty, a tutaj znalazłam takie cuda, że w życiu na oczy
takich nie widziałam.
- Tak. Mieszkam tu dopiero od tygodnia. Dzień dobry - przywitałam się
ciepło i uśmiechnęłam do młodej, dobrze ubranej kobiety.
- A u kogo służysz? - dopytała, a mnie zatkało.
- Służysz? W sensie?
- No... czyją jesteś służącą?
- Niczyją. Wprowadziłam się tu z mężem tydzień temu. Nie mamy jeszcze
służby. - Sama nie wiem, dlaczego dopowiedziałam słowo "jeszcze". Jakbym
czuła potrzebę wytłumaczenia się przed tą kobietą.
- Ojej. To najmocniej przepraszam za mój bezpośredni ton. Nasze
pracodawczynie nigdy nie robią zakupów same, więc nie jestem
przyzwyczajona do widoku w tym sklepie kogoś spoza służby. - Zmieszała
się i odeszła. A ja właśnie wtedy postanowiłam, że będę robić zakupy
zawsze sama!
Po tej porannej przygodzie wybrałam się na spacer. Przechodziłam koło
placów zabaw. Nie byliśmy jeszcze rodzicami, więc te miejsca nie miały
należeć do szczególnie często przeze mnie uczęszczanych, ale rzucałam
okiem w ich stronę, w nadziei że spotkam jakąś równolatkę, która okaże
się bratnią duszą. Ale z dziećmi też przebywały głównie nianie. Bogatej
matki próżno było szukać. Co prawda zorientowanie się, kto jest z "personelu", a kto nie, wcale nie było takie proste. Szybko bowiem
przekonałam się, że nawet tutejsza służba ubrana jest w marki z wysokiej
półki, bo to również w tym chorym "regulaminie żon Bogaczowa" wyznaczało
pewien status społeczny.
Co one robią całymi dniami, skoro nie zajmują się nawet własnymi
dziećmi?, zastanawiałam się.
Wtedy wpadłam na pomysł, że kolejny dzień rozpocznę od wizyty na
siłowni. Tam na bank spotkam moje przyszłe "koleżanki". W końcu co jak
co, ale jędrne tyłki to podstawa ich bytu, więc na pewno spędzają w siłowniach mnóstwo czasu. Nie myliłam się.
Następnego dnia już o ósmej rano przekraczałam próg siłowni. Budynek
wyglądał niczym biurowiec przyszłości, a wewnątrz było wszystko. Nawet
przyrządy z hologramami, które pozwalały ćwiczyć z wirtualnym trenerem
personalnym. Stał taki naprzeciwko, jak żywy człowiek, a był jedynie
wytworem technologii. Oczywiście większość pań wybierała trenera
personalnego z krwi i kości, żeby podczas treningu móc - niby przez
przypadek - dotknąć wyrzeźbionych i twardych jak skała mięśni.
Kiedy weszłam do kuchni na zapleczu, byłam przekonana, że szykuje się
jakieś przyjęcie. A tymczasem okazało się, że w tej siłowni tak jest
zawsze. Ćwiczący mają dostęp do wszystkich owoców i warzyw świata,
napojów, koktajli i innych zdrowych rarytasów. Nawet nie chciałam się
zastanawiać, ile tego żarcia każdego dnia się marnuje. Bo przecież
wysuszone na wiór bywalczynie bały się jeść nawet bezkaloryczne
pomidory, żeby to, co w pocie czoła właśnie spaliły, nie poszło na
marne.
Potem zajrzałam do strefy relaksu. Prysznice, baseny, jacuzzi, masażyści
i inne bajery. Istny raj! To wszystko czekało na "umęczone" po treningu
ciała. Nic więc dziwnego, że kobiety spędzały tam całe dnie, a nianie i służące zajmowały się dziećmi i ogarniały domy, zakupy i wszelkie inne
ich potrzeby.
- Dzień dobry. Jestem Marika. Nie mam jeszcze karty, bo niedawno się
wprowadziłam - poinformowałam pewnym tonem człowieka w rejestracji, na
tyle głośno, by zainteresowało się mną kilka ćwiczących pań.
- Dzień dobry. Bardzo mi miło. Już zakładam pani kartę i profil
korzystania z naszego kompleksu. Życzy sobie pani pełen pakiet?
- Tak, poproszę - ledwie przeszło mi to przez gardło, ale wiedziałam, że
jeśli "przyoszczędzę", wybierając opcję inną niż all inclusive,
większość z tych kobiet skreśli mnie na dzień dobry. Już zdążyłam się
zorientować, że w Bogaczowie każdy twój wybór pokazuje, jakimi
dysponujesz pieniędzmi, i określa twoją wartość, a także potencjalną
przynależność do którejś z grup towarzyskich w przyszłości. Zależało mi
na tym, by znaleźć się w samym środku. Sama nie wiem dlaczego.
Prawdopodobnie z ciekawości i ze względów socjologicznych. Chciałam
poznać bliżej kobiety, które zachowywały się w moim pojęciu totalnie
abstrakcyjnie. Przekonać się, jakie są naprawdę. Co jest maską, a co
nimi. I czy rzeczywiście to możliwe, że pieniądze mogą zaślepić każdą
wartość w życiu? Czy kobiety naprawdę są w stanie zrobić dla kasy
totalnie wszystko?
Abonament miesięczny na siłownię kosztował cztery tysiące. Kosmos! Jako
studentka potrafiłam za takie pieniądze przeżyć dwa miesiące.
Po skończonym treningu poszłam pod prysznic i postanowiłam poleżeć
chwilę w bąbelkach.
- Można się dołączyć? - zagaiła śliczna blondynka, chociaż w sumie nie
wiem, czy śliczna, czy zrobiona na śliczną.
- Jasne! Wskakuj!
- Jestem Sylwia. A ty Marika, prawda? - nie próbowała nawet ukrywać, że
doskonale wie, kim jestem. Pewnie wprowadzenie się kogoś nowego na ich
strzeżone osiedle jest wielkim wydarzeniem, komentowanym szeroko w towarzystwie. Ale z drugiej strony... O czym one miały całymi dniami
rozmawiać?
- Tak. Miło mi cię poznać - przywitałam się, nie dając po sobie poznać,
że zaskoczył mnie fakt, że zna moje imię.
- Mamy nadzieję, że tobie i twojemu mężowi spodoba się w naszym
miasteczku. Jak on ma na imię? Greg, prawda?
- Nie. Mąż ma na imię Grzesiek. Oboje jesteśmy Polakami - odparłam
szczerze, na co Sylwia parsknęła śmiechem.
- No tak! Jasne! Nasi mężowie też są Polakami, a spróbuj tylko nazwać
mojego Piotrkiem, a nie Pierre'em, to cię od razu znienawidzi. Anetka,
co nie?! - krzyknęła do drugiej blondynki, wyglądającej jak jej
lustrzane odbicie. Jeśli nie były siostrami, z całą pewnością miały tego
samego chirurga plastycznego.
- Co tam, dziewczęta? - Wywołana do odpowiedzi Aneta dołączyła do nas.
- Rozmawiamy o imionach naszych mężów. Bo wyobraź sobie, że Grzesiek
Mariki nie potrzebuje być Gregiem. A przecież twój Rysiek też akceptuje
tylko Richiego, nie?
- Oj tak. Za Ryśka gotów zabić - zachichotała.
Zaśmiałam się razem z nimi, komentując ten średnio interesujący wywód
banalnym stwierdzeniem: "Ach, ci mężczyźni". Bo co więcej mogłam
powiedzieć? I tak się starałam, żeby nie było po mnie widać zażenowania.
- Masz już służbę czy potrzebujesz pomocy w castingach? - dopytała
Aneta, a ja poczułam, że przed nami jeszcze wiele tematów, przy których
będę się czuła co najmniej nieswojo.
- Na razie radzę sobie sama. Nie potrzebuję pomocy... - zaczęłam, ale
natychmiast przerwała mi Sylwia.
- Chyba żartujesz! Masz zamiar sama robić zakupy?
- To przyjemne. Bardzo lubię... - znowu nie udało mi się dokończyć.
- W życiu! Natychmiast zostaniesz odstawiona na boczny tor i sporo
kobiet tutaj przestanie cię szanować.
Pff! Też mi wyróżnienie! Szacunek idiotek, dla których własnoręczne
zrobienie zakupów to hańba. Chryste, świat zwariował!, pomyślałam mocno
zniesmaczona.
- A nie jest wam czasami zwyczajnie nudno tak nic nie robić? - nie
ugryzłam się w język i usłyszałam, jak zadaję to pytanie na głos.
Zapadła niezręczna cisza, po której, ku mojemu zaskoczeniu, Aneta
postanowiła jednak odpowiedzieć:
- Można się przyzwyczaić. Zobaczysz, że dbanie o siebie zajmuje dużo
czasu i energii. W pewnym momencie sama poczujesz się zapracowana po
czubek głowy. O ósmej rano to my już wszystkie jesteśmy po pierwszym
treningu.
Miałam na końcu języka, by dopytać, czy zajmowanie się własnymi dziećmi
nie byłoby dla nich przyjemnością, ale uznałam, że jak na pierwszy raz i tak wykazałam się mocno kontrowersyjnymi komentarzami. Nie ma co
ryzykować.
***
Tego samego dnia wieczorem wyznałam mężowi:
- Misiek, ja chyba do tej pory żyłam na innej planecie. Poznałam dziś
dwie sąsiadki. Sylwię i Anetę. Problemy z dupy. A wiesz, czym je
najbardziej zszokowałam? Tym, że sama zrobiłam dziś zakupy w sklepie
spożywczym. Skandal! Ostrzegały mnie, że za takie zachowanie mogę zostać
wyklęta przez środowisko i odrzucona z towarzystwa. Ja pierdzielę!
Grzesiek płakał ze śmiechu, podczas gdy ja byłam poważnie zaniepokojona.
- I co ty wtedy zrobisz, jak cię środowisko odrzuci? Chyba się załamiesz
psychicznie, nie? - Po tej uwadze śmialiśmy się już oboje.
Złapałam się na tym, że z pewnego rodzaju niezdrową ciekawością myślę o kolejnych spotkaniach z moimi nowymi "przyjaciółkami". I zawczasu
przygotowałam sobie świeży strój na kolejny trening na siłowni. Byłam
gotowa, by nazajutrz pojawić się tam już o siódmej rano. Bardzo chciałam
zrozumieć, co fascynującego jest w trybie życia żon Bogaczowa. Jako
socjolog z wykształcenia czułam, że powstanie z tego jakaś książka, a kto wie - może nawet jakaś praca naukowa.
***
Następnego dnia już na mnie czekały. Zachwycone, że posłuchałam ich rad
i stawiłam się na siłowni już o siódmej.
- No, kochana, szybko się uczysz. Zgrabna jesteś, spalać kalorii nie
musisz, ale twoja sylwetka musi nabrać sportowego charakteru -
lustrowała mnie Aneta i dzieliła się swoimi spostrzeżeniami tonem
zawodowego trenera przygotowującego klacz do mistrzostw. Czułam się
właśnie jak owa klacz.
- Musi? A dlaczego musi? A kto o tym decyduje? - pytałam szczerze
zainteresowana, bo uznałam, że w tym dziwnym miejscu nawet wielkość
tyłka określa jakiś niepisany wewnętrzny regulamin.
- Marika, musimy cię wszystkiego nauczyć i to szybko, zanim się
ktokolwiek zorientuje, że kompletnie nie kumasz zasad. Musisz być
wysportowana i zrobiona. Wartość tutejszych mężów rośnie wraz z każdą
zaletą ich żon. A ta wartość ma bezpośredni wpływ na interesy, co
przekłada się na zarobki, a w efekcie na naszą jakość życia. I koło się
zamyka.
- Rozumiem, że mówiąc "zalety", nie masz na myśli takich cech, jak
lojalność, gospodarność, pracowitość czy uczciwość? - wolałam dopytać,
bo do tej pory, przez trzydzieści pięć lat, byłam przekonana, że słowo
"zaleta" oznacza jednak zgoła coś innego niż definicja prezentowana
przez słowniki Bogaczowa. Dziewczyny uznały moje pytanie za żart, bo
roześmiały się i przyznały jednocześnie:
- Zabawna jesteś! Gospodarność to wręcz wada. Jak oszczędzasz, to
znaczy, że twój mąż ma kłopoty finansowe. A jeśli ma kłopoty, to lepiej
nie wchodzić z nim w interesy. Rozumiesz? Wszyscy mają widzieć, że stać
cię na każdy kaprys, którego cena nie gra żadnej roli.
- Dziewczyny, a czy kiedykolwiek musiałyście się zastanawiać, skąd
wysupłać grosz do kolejnej wypłaty?
- Marika! Jebać biedę! Nawet jeśli kiedykolwiek tak było. Wyparłyśmy to
z naszych pięknych umysłów i nie zamierzamy do tych chwil wracać -
przyznała z uśmiechem Sylwia, a ja nie mogłam pozbyć się wrażenia, że
przez ten jej niezdrowy paraliż twarzy nie do końca wiem, czy się
uśmiecha, czy zaraz rozpłacze.
Poznawałam Sylwię i Anetę bliżej i nawet zaczynałam je lubić. Trudno to
wytłumaczyć. Wydawać by się mogło, że dzieli nas absolutnie wszystko, a większość zasad, które traktowały niemal jak dekalog, to coś, czym
osobiście gardziłam, a jednak. Było w nich coś szczerego i prawdziwego.
Tak! Zrozumiałam, że szanuję je za to, że niczego nie udają. One kochały
pieniądze. Dla każdej z nich pieniądze stanowiły od zawsze cel sam w sobie. Obie były w stanie znieść wiele, by nie uszczknąć ani grosza z wypłacanej im regularnie przez mężów pensji.
- Opowiedzcie mi o tych kluczowych zasadach, dziewczyny - poprosiłam i zamieniłam się w słuch. Tylko na to czekały. W tym temacie mogły
brylować. I obudzone w środku nocy wymieniać punkt po punkcie, na jednym
wydechu.
- Kochana, musisz zrobić wszystko, by mąż nigdy nie wymienił cię na
nowszy model... - zaczęły.
- Nie wybaczyłabym zdrady - odparłam z charakterystyczną dla siebie
naiwnością. Aneta zaśmiała się, a Sylwia dołączyła do tego śmiechu,
wprawiając mnie w pewien rodzaj dezorientacji.
- Skarbie, a kto tu mówił o zdradzie? Zdrady to chleb powszedni. Każdy
facet ma tu baby na boku. Ważne, żeby się nie zakochał. Rozumiesz? -
uświadamiała mnie Sylwia.
- Ale... Ale... - zaczęłam się jąkać.
- Tak, Marika. Doskonale wiemy, że nasi mężowie mają kochanki. Niektóre
z nich nawet lubimy, dopóki znają swoje miejsce w szeregu i wiedzą, że
są tylko zabaweczką, bez ambicji na coś więcej.
- Sorry, ale słowo "ambicja" w kontekście tej rozmowy jakoś mnie razi -
nie mogłam się powstrzymać przed tym komentarzem.
- Marika, jedna ma ambicje skończyć studia medyczne i zostać światowej
sławy lekarką, innej wystarczy złapanie bogatego męża, przy którym już
zawsze będzie tylko pachnieć. O gustach i ambicjach się nie dyskutuje.
Już chciałam dodać od siebie coś złośliwego, ale powstrzymałam się,
zdając sobie sprawę, że zarówno Sylwia, jak i Aneta takie właśnie
ambicje mają - dziany mąż i brak problemów. Tylko czy faktycznie nie ma
problemów kobieta, która codziennie drży, czy jej facet nie powie:
"Kocham inną. Wynoś się!", i zostawi ją z niczym?
- No dobra... Jakie są kolejne zasady? - zapytałam, chcąc pójść dalej, bo
co do pierwszego punktu raczej nie doszłybyśmy do porozumienia.
- Dzieci. Jak najszybciej musisz urodzić. Jak jest dziecko, to już
znacznie trudniej na bruk kobietę wyrzucić.
Aż mnie zmroziło. To po to im dzieci? Czy którakolwiek chociaż wspomni o jakimś uczuciu, spełnieniu i radości, jaką daje jej macierzyństwo?
Aneta szybko dodała:
- Tylko pamiętaj, od pierwszego dnia ciąży ostra dyscyplina. Nie możesz
dopuścić do rozstępów, bo usuwanie ich trwa długo, a w tym czasie inna
może zająć twoje miejsce... patrz punkt pierwszy.
- Dziewczyny, ja was błagam! - nie wytrzymałam. - Nie chcecie mi chyba
powiedzieć, że mężczyzna jest tu sensem wszystkiego. Mieszkamy pod
Warszawą, a nie w Arabii Saudyjskiej.
Popatrzyły na siebie zdezorientowane i chyba naprawdę nie wiedziały, co
odpowiedzieć tej Nowej, jak nazywały mnie między sobą. A może już wtedy
zaczynało do nich powoli docierać, że dla pieniędzy dały się mentalnie
ubezwłasnowolnić i zabrać sobie to, co w życiu najcenniejsze - WOLNOŚĆ i NIEZALEŻNOŚĆ, choć pozornie taplały się w luksusie i brylantach?
Rozdział 3
ROZDZIAŁ 3
Marika
MARIKA
- Cześć, Aneta. W czym mogę ci pomóc? - rzuciłam do telefonu,
zaskoczona, że dzwoni do mnie, choć nie byłyśmy jeszcze na etapie
psiapsi-ploteczek.
- Marika, załatwiłam wam zaproszenie na imprezę do Wiktora, właściciela
winiarni. To gruba ryba. W weekend garden party połączone z degustacją
win ma się rozumieć. Zaprasza tylko wybrane grono osób. Ale jest was
ciekaw i zgodził się, byście dołączyli.
Generalnie miałam to gdzieś, czy Wiktor winiarz - kimkolwiek był - uzna
mnie i Grześka za osoby godne goszczenia w swoim ogrodzie, wielkości
pewnie Puszczy Kampinoskiej, czy nie, ale słysząc, jak podekscytowana
jest Aneta, wypadało podziękować.
- Bardzo nam miło. Na pewno Grzesiu też będzie zachwycony. Kiedy ta
imprezka?
- Wyślę ci adres, datę i godzinę esemesem. Ale musimy się wcześniej
spotkać i wszystko ci z Sylwią opowiedzieć. Tam będą najgorsze harpie.
Nie zostawią na tobie suchej nitki, jeśli nie zdasz egzaminu.
Jezus Maria! Kto by się spodziewał, że będę zdawać jakieś egzaminy
przed żonami milionerów na ogrodowej imprezie jakiegoś alkoholowego
potentata! A jeszcze niedawno jadaliśmy sobie z Grzesiem pizzę,
popijaliśmy piwem i colą w normalnej knajpie, bez gwiazdek Michelina. I byliśmy szczęśliwi, myślałam z goryczą, coraz bardziej tęskniąc za
dawnymi przyzwyczajeniami.
Sylwia z Anetą dorwały mnie dwa dni później i wzięły w obroty.
- To co? Jesteś już mentalnie gotowa na weekendową imprezkę?
- Sama nie wiem - odpowiedziałam szczerze, bo nie do końca rozumiałam,
co tak naprawdę oznacza dla nich słowo "gotowość".
- No to zestaw pytań na rozgrzewkę - zaproponowała Sylwia:
Ulubione wino do wołowiny.
Ulubione wino do drobiu.
Ulubione wino do ryby.
Ulubione wino deserowe.
- Nie, no żartujecie! Naprawdę ktoś mnie będzie przepytywał ze
znajomości win? - wystraszyłam się na dobre.
- No, może nie tak bezczelnie, ale pomiędzy wierszami. Gospodarz na bank
będzie chciał się zorientować, jaką masz wiedzę w jego ukochanym temacie
- ostrzegła Aneta.
- A może ja nie lubię wina? Czy muszę, do cholery, znać się na nim? -
zdenerwowałam się.
- Marika, widzę, że jesteś typem buntowniczki - powiedziała Sylwia. -
Jasne, że nie musisz, ale może warto, żebyś trochę ogarnęła temat. Twój
mąż z pewnością byłby bardzo zadowolony, gdyby Wiktor został waszym
przyjacielem. Z jego smykałką do interesów można szybko pomnożyć własną
fortunę.
- Słuchajcie, moje kochane, do niedawna nie śniłam, że możemy mieć na
koncie kasę, jaką mamy teraz. Naprawdę nie potrzebuję do szczęścia
więcej - wyznałam szczerze i z wiarą, że przekonam moje przyjaciółki do
tego, że pazerność nie jest fajna.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki