Książka na wieczór (#1). Zemsta byłych żon - Anna Matusiak

Kup ebooka

42.99 zł
37.40 zł (35,63 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

ROZ­DZIAŁ 1

Sylwia i Pierre

SYL­WIA I PIERRE

- Skar­bie, dziś po tre­ningu pędzę na zakupy. Potrze­buję kla­pek do prac domo­wych. - Syl­wia leni­wie prze­cią­gała się na bia­łej skó­rza­nej kana­pie w śnież­no­bia­łym dre­sie od La Banii, z rów­nie bia­łym pome­ra­nia­nem na kola­nach, który zle­wał się z bielą spodni i gdyby nie pysz­czek, pew­nie mógłby zostać uznany za jakąś puchatą ozdobę. Mąż Pierre - a wła­ści­wie Pio­trek, ale uwa­żał, że "Pierre" lepiej brzmi - wes­tchnął roz­ba­wiony fak­tem, że żona szuka cze­go­kol­wiek do jakichś prac domo­wych.

- Do czego ci, kocha­nie, te klapki, bo chyba coś źle zro­zu­mia­łem - zare­cho­tał.

- Och... Dyry­gu­jąc pra­cami Nata­szy i Katii, chyba muszę jakoś wyglą­dać. A widzia­łam w pro­mo­cji cudowne kla­peczki Balen­ciagi, z czte­rech tysięcy na dwa osiem­set. Żal nie wziąć.

- Nie ma mowy! - zapro­te­sto­wał Pierre.

- Ale... - Syl­wia zasko­czona nie dokoń­czyła myśli, bo mąż jej prze­rwał i za nią dokoń­czył:

- Nie ma mowy, żeby moja naj­pięk­niej­sza żona kupo­wała cokol­wiek w pro­mo­cji. Znajdź takie buty, któ­rych nikt nie ośmie­liłby się prze­ce­nić.

- Ach, waria­cie! Wystra­szy­łeś mnie! - Zaśmiała się zado­wo­lona i z poczu­ciem ulgi, że jest po sta­remu. Oboje uwa­żali, że naj­lep­sze równa się naj­droż­sze i o żad­nych pół­środ­kach nie ma mowy.

Pierre, który mówił o sobie, że jest spe­cja­li­stą od urzą­dzeń mają­cych na celu opróż­nie­nie zale­ga­ją­cych w czło­wieku nie­czy­sto­ści, w skró­cie: wła­ści­ciel fabryki kibli - choć zabiłby tego, kto by go tak wła­śnie nazwał - doro­bił się na swoim biz­ne­sie milio­nów. Ale po dwóch głęb­szych wycho­dziła z niego praw­dziwa natura i wtedy z rubasz­nym skrze­kiem lubił mawiać: "Ludzie zawsze będą jeść, cho­ro­wać i srać, więc poza moją branżą poten­cjał widzę jesz­cze tylko w pie­kar­niach i apte­kach". No cóż, złota myśl godna praw­dzi­wego biz­nes­mena.

Kiedy Syl­wia - modelka cha­dza­jąca po coraz bar­dziej zna­nych świa­to­wych wybie­gach - przy­pro­wa­dziła swo­jego uko­cha­nego Pierre'a po raz pierw­szy do domu, ojciec zła­pał córkę w kory­ta­rzu i zapy­tał wprost:

- Syl­wuś, ten łysawy konus z beb­zo­nem jak wujek Sta­szek naprawdę ci się podoba?

- Tatu­siu, liczba zer na jego kon­cie spra­wia, że każ­dego dnia widzę przed sobą dwu­me­tro­wego bru­neta z sze­ścio­pa­kiem na brzu­chu. Sama nie wiem... Powin­nam kupić soczewki czy tak to zosta­wić? - mru­gnęła do taty poro­zu­mie­waw­czo.

- A wiesz, cór­ciu, w sumie to chyba rze­czy­wi­ście cał­kiem przy­stojny ten twój Pio­trek. - Ojciec odmru­gnął w geście peł­nego zro­zu­mie­nia jej wyboru.

Syl­wia od małego była zaradna. Jako pię­cio­latka bawiła się na podwórku z Szy­mon­kiem, syn­kiem sąsia­dów. Bar­dzo się lubili. Mamy śmiały się, że taka miłość z pia­skow­nicy może nawet skoń­czy się przed ołta­rzem. Ale kiedy tylko na osie­dle wpro­wa­dził się Miruś, któ­rego tata jeź­dził do Nie­miec i przy­wo­ził stam­tąd praw­dziwą coca-colę i cze­ko­ladki w kolo­ro­wych sre­ber­kach, Syl­wia szybko zapo­mniała o Szy­monku i stała się naj­lep­szą przy­ja­ciółką Miru­sia, a papierki po cze­ko­lad­kach, gumach do żucia i innych łako­ciach sze­le­ściły przy­jem­nie w uszach dziew­czynki, sym­bo­li­zu­jąc luk­sus.

Jako doj­rze­wa­jąca panienka była piękna i miała świetną figurę. Nic więc dziw­nego, że poszła w mode­ling i osią­gała coraz lep­sze wyniki w tej wcale nie­ła­twej pracy. Jed­nak bar­dziej od kariery inte­re­so­wało ją zna­le­zie­nie dobrego męża, przy któ­rym nie będzie musiała łamać nóg na nie­bo­tycz­nych szpil­kach na wybie­gach. Ow­szem, może para­do­wać w tych szpi­lach, ale tylko przed nim, nawet codzien­nie, na pry­wat­nych, domo­wych poka­zach, byle na jej kon­cie zawsze świe­ciła okrą­gła sumka, dzięki któ­rej naj­droż­sze marki tego świata staną się dla niej osią­galne bez mru­gnię­cia okiem.

Kie­dyś przed poka­zem kre­acji fran­cu­skiego pro­jek­tanta w Paryżu zwie­rzyła się kole­żance:

- Wiesz, chyba męczy mnie już ta robota.

- To sobie znajdź dzia­nego chłopa i rzuć to w cho­lerę. Mnie jesz­cze bawi, ale myślę, że to kwe­stia maks pół roku. A o pie­nią­dze nie muszę się mar­twić - wyznała szcze­rze Mar­lena.

- Masz boga­tego faceta?

- Obrzy­dli­wie boga­tego!

- Szczę­ściara - przy­znała Syl­wia z zazdro­ścią, ale też z sza­cun­kiem.

- Jeśli jesteś zain­te­re­so­wana, popro­szę, żeby przy­szedł na pokaz z jakimś poszu­ku­ją­cym kolegą.

- Mogła­byś?

- Kochana! Spoko z cie­bie laska. Zała­twię ci to!

Uści­skały się ser­decz­nie. I tak wła­śnie Syl­wia poznała Piotrka "Pierre'a", który wła­śnie wtedy w Paryżu powie­dział, że nie życzy sobie, by kto­kol­wiek kie­dy­kol­wiek nazy­wał go banal­nym, bo pol­skim imie­niem.

Pierre tak naprawdę był bar­dzo zakom­plek­siony. Udało mu się wyrwać z wio­ski zabi­tej dechami. Zosta­wił tam rodzinę i zerwał z nią wszel­kie kon­takty, modląc się, by ni­gdy na nich nie tra­fić choćby przy­pad­kiem, by się nie wydało, z jakiej dziury pocho­dzi. Krył się w nim nie­doj­rzały chło­piec, który z byle powodu potra­fił wpaść w histe­rię jak kil­ku­la­tek - tupał pulch­nymi nóż­kami i pła­kał. Syl­wia zawsze wtedy pocie­szała Pierre'a i przy­tu­lała go jak star­sza sio­stra albo mama, a zaraz potem bie­gła do swo­jej gar­de­roby, robiła szybki prze­gląd naj­now­szych kolek­cji, by przy­po­mnieć sobie, za co "kocha" męża.

Aneta i Richie

ANETA I RICHIE

- Kocha­nie, pakuj się, lecimy na Male­diwy! - oświad­czył żonie Rysiek, który kazał nazy­wać się "Richie", cho­ciaż na eta­pie zmiany swo­jego imie­nia nie znał jesz­cze Piotrka "Pierre'a". Powie­dział to z cha­rak­te­ry­stycz­nym uśmie­chem czło­wieka suk­cesu, który ma gest i fun­duje swo­jej uko­cha­nej kolejne już w tym roku waka­cje marzeń.

Aneta aż kla­snęła w dło­nie.

- Misiaczku Naj­droż­szy, kiedy wyla­tu­jemy i na ile? Muszę wie­dzieć, jak dużo rze­czy spa­ko­wać. - Łasiła się jak kotka.

- Skar­bie, kupisz sobie na miej­scu wszystko, co ci się spodoba i będzie ci potrzebne. Po co mamy stąd dźwi­gać?

- Ach... Racja... Ale jestem głu­piutka! - zachi­cho­tała.

Pomy­ślała, że w sumie nie­wier­ność męża nie drażni jej tak bar­dzo. Niech chłop ma od czasu do czasu coś od życia. Jedyny waru­nek: kiedy on zaba­wia się z panien­kami, ona jest na eks­klu­zyw­nych zaku­pach albo moczy tyłek w oce­anach czy base­nach w egzo­tycz­nych miej­scach, o któ­rych ist­nie­niu więk­szość ludzi nawet nie ma poję­cia.

- Ty lecisz poju­trze, a ja dolecę za tydzień - powie­dział Richie. Muszę jesz­cze sprze­dać kilka zamó­wio­nych obra­zów i dokoń­czyć trans­ak­cję. Potem popę­dzę do cie­bie z jesz­cze grub­szym port­fe­lem, skar­bie. - Mru­gnął do żony, a Aneta na samą myśl o gru­bym port­felu uśmiech­nęła się naj­pięk­niej, jak potra­fiła, bo duża ilość wypeł­nia­czy w ustach i w całej zresztą twa­rzy nieco utrud­niała jej swo­bodne ope­ro­wa­nie mimiką.

- A które obrazy zyskają nowego wła­ści­ciela? - zapy­tała z uda­wa­nym zain­te­re­so­wa­niem Aneta, bo prze­cież nie znała się na sztuce. Jej uko­chany, który zaj­muje się sprze­dażą obra­zów, też się na sztuce nie zna, ale w tym jego nie­zwy­kle docho­do­wym biz­ne­sie by­naj­mniej nie o dzieła malar­stwa cho­dzi.

- Awan­gar­dowe dzieła mło­dego, hisz­pań­skiego mala­rza, odkry­cie Madrytu. Długo by opo­wia­dać. - Richie zbył żonę namiastką infor­ma­cji. Wie­dział, że nie będzie dopy­ty­wać. Gdyby ów hisz­pań­ski malarz był twórcą jakie­goś nowego zabiegu likwi­du­ją­cego zmarszczki, to pew­nie sza­nowna mał­żonka chcia­łaby poznać wię­cej szcze­gó­łów. Ale malar­stwo? Bez prze­sady.

Aneta dobrze wie­działa, że zanim Richie dołą­czy do niej na Male­di­wach, zdąży jesz­cze prze­le­cieć kilka panie­nek. Tro­chę ją bolało, że wie­dzą o tym wszyst­kie jej kole­żanki, a zdrady Richiego są tajem­nicą poli­szy­nela. Ale gdy raz w życiu pró­bo­wała się posta­wić i zro­bić mu awan­turę, nie­mal wylą­do­wała na bruku goła i wesoła, bez gro­sza przy duszy, więc uznała, że w sumie kochanki Ryśka - tak go jed­nak nazy­wała w swo­jej gło­wie, po cicha­czu - nie są takie złe. Ważne, by się nie zako­chał. Naj­gor­sze, że nie pamię­tała, kiedy mąż wybrał jej ciało. Od dawna ze sobą nie sypiali. Cza­sami pró­bo­wała prze­jąć ini­cja­tywę. Wyrzu­cała sobie, że może dla­tego mąż sięga po ucie­chy na mie­ście, bo nie dba o niego wystar­cza­jąco, ale choćby wsko­czyła w naj­bar­dziej kuszące koronki, Richie nie miał na nią ochoty i nawet nie­spe­cjal­nie tę nie­chęć ukry­wał. Aneta radziła sobie z tym pro­ble­mem, bo Adam, atrak­cyjny tre­ner per­so­nalny, nie gar­dził jej wdzię­kami, ale mimo to postawa męża godziła w jej ego i od czasu do czasu dawała o sobie znać. Wystar­czyło co prawda prze­je­chać się ze złotą kartą Richiego do Vit­kaca1, by ego zostało nieco ugła­skane, jed­nak nie­smak pozo­sta­wał.

Poznała Ryśka, kiedy była jesz­cze na stu­diach. Dora­biała sobie do sty­pen­dium, pra­cu­jąc w barze, chciała odcią­żyć nieco rodzi­ców. Wtedy jedna roz­mowa z kole­żan­kami na uczelni odmie­niła jej życie.

- Aneta, ile wycią­gasz z napiw­ków? - zapy­tała Klau­dia, która też sobie dora­biała, ale w knaj­pie tuż obok kor­tów teni­so­wych, gdzie mie­sięczny kar­net kosz­to­wał dwa i pół tysiąca zło­tych.

- Ostat­nio było sporo ludzi i udało mi się czte­ry­sta zło­tych przy­tu­lić - pochwa­liła się Aneta, uzna­jąc ten wynik za ogromny suk­ces.

- Kochana, klienci w mojej knaj­pie zosta­wiają napiwki tysiąc­zło­towe! Mnie się udało ostat­nio wycią­gnąć pra­wie pięć tysięcy i to w dzień, kiedy wcale nie było tłu­mów - powie­działa Klau­dia z dumą w gło­sie.

- Boże drogi! Żar­tu­jesz? - Anetę aż zatkało.

- Nie żar­tuję. I powiem ci, że nie to jest naj­lep­sze. Napiwki napiw­kami, ale jak masz szczę­ście, to i faj­nego męża możesz sobie wyha­czyć, bo samot­nych, dzia­nych kawa­le­rów i roz­wod­ni­ków, łypią­cych okiem na atrak­cyjne kel­nerki, nie bra­kuje.

To wła­śnie wtedy Aneta posta­no­wiła, że zosta­nie żoną takiego boga­cza i będzie żyć ina­czej.

Tydzień póź­niej pra­co­wała już w Rese­cie, mie­siąc póź­niej została narze­czoną Richiego, a trzy mie­siące póź­niej - jego żoną i miesz­kanką Boga­czowa.

Laura i Tom

LAURA I TOM

Tuż obok wspa­nia­łej willi Anety i Richiego stała rów­nie impo­nu­jąca willa Laury i Toma. Tom - tak, tak... tak naprawdę Tomek, ale jakże by się mógł zgo­dzić na tak pospo­lite brzmie­nie swo­jego imie­nia? To nie­zwy­kle atrak­cyjny, wypie­lę­gno­wany, przy­stojny, zadbany reży­ser fil­mowy. Baby sikały na jego widok. Laura też ule­gła jego cza­rowi. Trudno było nie ulec. Wyglą­dał jak marze­nie. Wszyst­kie psiapsi w Boga­czo­wie zazdro­ściły jej Toma, nie mając świa­do­mo­ści, że chyba ze wszyst­kich żon milio­ne­rów tra­fiła naj­go­rzej. Po pierw­sze dla­tego, że Toma bar­dziej inte­re­so­wali chłopcy, ale grał macho, bo na powo­dze­niu kobiet opie­rał swoją karierę, a po dru­gie, że kolek­cja luk­su­so­wych oku­la­rów z ciem­nymi szkłami Laury to nie jej fetysz ani sła­bość, raczej zestaw kamu­flaży po zbyt cięż­kiej ręce Toma, który w furii nie potra­fił w porę zatrzy­mać dłoni. Laurę bił regu­lar­nie, co za każ­dym razem tłu­ma­czyła sobie, że mąż ma po pro­stu ner­wową i stre­su­jącą pracę. Nie chciał. Żałuje. Zmieni się. Prze­cież się kochają. Kla­syka... Wła­śnie. Słowo klucz. Kochają się. Laura chyba jako jedyna w Boga­czo­wie naprawdę kochała męża, a nie tylko jego pie­nią­dze. Była maki­ja­żystką. Kie­dyś tra­fiła na zastęp­stwo za kole­żankę na plan filmu reży­serowanego przez Toma. Tak się poznali. A potem...

- Pani Lauro, dziś odwie­dzi nas Oli­vier Janiak z pro­gra­mem Co za tydzień. Czy mogę pro­sić o deli­katny maki­jaż, żebym jakoś wyglą­dał pod­czas wywiadu? - Tom łagod­nie uśmiech­nął się do Laury, a w jej sercu poja­wił się ogień. Już wie­działa, że ten męż­czy­zna ją ocza­ro­wał jak żaden wcze­śniej. Dotych­czas żyła w swoim świe­cie, nie znała się na show-biz­ne­sie, zresztą ni­gdy nie krę­cił jej ten świat. Nawet nie miała świa­do­mo­ści, jak znaną posta­cią jest Tom. Jak cenną w świe­cie filmu i pożą­daną przez media plot­kar­skie. Patrzyła w jego czarne oczy i wie­działa, że poszłaby z nim na koniec świata, jakby jutra miało nie być. Zasob­ność jego port­fela nie miała żad­nego zna­cze­nia.

- Oczy­wi­ście. Pro­szę sia­dać. Będzie pan wyglą­dał ide­al­nie - uśmiech­nęła się i mocno sku­piła, by nie dostrzegł lek­kiego drże­nia rąk, wywo­ła­nego pode­ner­wo­wa­niem i eks­cy­ta­cją jed­no­cze­śnie.

Plan fil­mowy trwał dwa mie­siące. Tom od czasu do czasu przy­pad­kowo tra­fiał na Laurę, a potem zaczął szu­kać jej towa­rzy­stwa. Polu­bił ją. Podo­bała mu się, ale z oczy­wi­stych wzglę­dów czy­sto este­tycz­nie. Laura zaś zako­chała się na zabój.

***

- Tom, masz chwilę? Chodź na fajkę. Poga­damy - zapro­po­no­wał mu któ­re­goś dnia kum­pel, drugi reży­ser. Wyraz jego twa­rzy wska­zy­wał wyraź­nie na fakt, że coś go mocno nie­po­koi, więc Tom natych­miast wyszedł z kolegą na papie­rosa.

- Coś się dzieje? - dopy­ty­wał.

- Słu­chaj... Na mie­ście zaczy­nają plot­ko­wać, że ty... no wiesz... kochasz ina­czej...

Toma zatkało. Bar­dzo pil­no­wał, by nikt się ni­gdy nie zorien­to­wał. Był bar­dzo męskim typem, więc spo­so­bem bycia nie zdra­dzał się abso­lut­nie.

- Cho­lera, to nie­do­brze. Jak się fanki dowie­dzą, to noto­wa­nia mogą nam bar­dzo spaść, co prze­łoży się na suk­ces filmu. Co robić? Co robić? - pytał, myśląc gorącz­kowo.

- Oże­nić się! - bez zawa­ha­nia orzekł Kry­stian. Tom począt­kowo zaśmiał się, uzna­jąc tę radę za żart, ale po chwili rzekł:

- Ty... Stary... To nie jest zła myśl.

- Wiele serc pęk­nie, a jak zaczną się przy­go­to­wa­nia do ślubu, zrobi się dużo szumu wokół cie­bie.

- Masz rację. Tak zro­bimy. Nawet mam już kan­dy­datkę.

- Kogo? - szcze­rze zain­te­re­so­wał się Kry­stian.

- Laurę.

- Tę maki­ja­żystkę? - zdzi­wił się.

- Tak. Bar­dzo ją lubię. Naprawdę. Uwiel­biam z nią roz­ma­wiać. Ona mnie rozu­mie. A przy tym jest chyba we mnie naprawdę zako­chana. Spró­buję dać jej szczę­ście.

Dwa mie­siące póź­niej powie­dzieli sobie sakra­men­talne TAK. Jakaż Laura była szczę­śliwa! I prze­ko­nana, że oto roz­po­czął się naj­bar­dziej baj­kowy czas w jej życiu. Szybko oka­zało się też, że pie­nią­dze są bar­dzo przy­jem­nym bonu­sem i wła­ści­wie z przy­jem­no­ścią je wyda­wała, mimo że dotąd była prze­ko­nana, że nie są ważne. Im dłu­żej była żoną Toma, tym sil­niej kasa zyski­wała na zna­cze­niu. Jed­nak w bar­dzo krót­kim cza­sie prze­ko­nała się, że cie­szą ją w tym mał­żeń­stwie wła­ści­wie już tylko pie­nią­dze.

Laura pra­gnęła miło­ści. I nie uczyła się na wła­snych błę­dach. Tre­ner per­so­nalny Adam, z któ­rego sze­roko poję­tych usług, nie tylko stricte spor­to­wych, korzy­stało wiele żon Boga­czowa, stał się wielką miło­ścią Laury. I znowu ulo­ko­wała swe uczu­cia jak kulą w płot.

- Ada­siu, a kochasz mnie? - pytała w obję­ciach sil­nych i musku­lar­nych ramion chło­paka.

- No pew­nie, że kocham, Laurko - zapew­niał ją, bo nauczył się, że boga­tym klient­kom trzeba mówić wszystko to, co chcą usły­szeć. A poza tym dając upojne chwile kobie­tom, które niby miały wszystko, ale tego im bra­ko­wało - zara­biał dru­gie tyle co na tre­nin­gach per­so­nal­nych. Był więc usta­wiony porząd­nie. A zda­rzało się, że mąż milio­ner jesz­cze dopła­cał, żeby Adaś dłu­żej zaba­wiał się z jego żoną, bo on w tym cza­sie chciał miło spę­dzić czas z kochanką.

Takie to były "roman­tyczne" realia w świe­cie wiel­kich pie­nię­dzy. I pomy­śleć, że tak wiele osób marzyło, marzy i będzie marzyć, by się w tym świe­cie zna­leźć.

Rozdział 2

ROZ­DZIAŁ 2

Marika

MARIKA

- Grze­siu, jesteś pewien, że my się tu odnaj­dziemy? - pyta­łam męża w trak­cie prze­pro­wadzki do wypa­sio­nej willi w Boga­czo­wie.

Dom był prze­piękny! Jakby wprost wyjęty z naszych marzeń. Do tego baj­kowy ogród, basen, pry­watne spa, a nawet strzel­nica i korty teni­sowe.

- Myszko, nawet jeśli nie będziemy się potra­fili doga­dać z innymi miesz­kań­cami, to zanim sko­rzy­stamy ze wszyst­kiego, co ofe­ruje nasza posia­dłość, minie kilka mie­sięcy, bez koniecz­no­ści wycho­dze­nia z domu - śmiał się Grześ, który mimo milio­nów, które z dnia na dzień poja­wiły się na naszym kon­cie, wyda­wał się wciąż być dokład­nie tym samym chło­pa­kiem. Tym, któ­rego poko­cha­łam kil­ka­na­ście lat wcze­śniej. Skrom­nym, pra­co­wi­tym, wie­rzą­cym w ide­ały. Wie­dzia­łam, że kasa go nie zmieni. Dzi­siaj jest, jutro nie ma. A my potra­filiśmy doce­niać to, co mamy i czego się nie da kupić za żadne pie­nią­dze - sie­bie i naszą miłość.

Kiedy już ogar­nę­li­śmy wszystko, posta­no­wi­łam poznać oko­licę. Zaczę­łam dosyć stan­dar­dowo od zaku­pów w deli­ka­te­sach. Och, jaka byłam naiwna, sądząc, że spo­tkam tam któ­rąś z sąsia­dek i zawrę nową zna­jo­mość. Kobiet, ow­szem, nie bra­ko­wało, ale...

- Dzień dobry, ty jesteś tu nowa, prawda? - usły­sza­łam za ple­cami, wybie­ra­jąc odpo­wied­nie sma­ro­wi­dło do kana­pek, bo Grze­siek uwiel­biał kuli­narne eks­pe­ry­menty, a tutaj zna­la­złam takie cuda, że w życiu na oczy takich nie widzia­łam.

- Tak. Miesz­kam tu dopiero od tygo­dnia. Dzień dobry - przy­wi­ta­łam się cie­pło i uśmiech­nę­łam do mło­dej, dobrze ubra­nej kobiety.

- A u kogo słu­żysz? - dopy­tała, a mnie zatkało.

- Słu­żysz? W sen­sie?

- No... czyją jesteś słu­żącą?

- Niczyją. Wpro­wa­dzi­łam się tu z mężem tydzień temu. Nie mamy jesz­cze służby. - Sama nie wiem, dla­czego dopo­wie­dzia­łam słowo "jesz­cze". Jak­bym czuła potrzebę wytłu­ma­cze­nia się przed tą kobietą.

- Ojej. To naj­moc­niej prze­pra­szam za mój bez­po­średni ton. Nasze pra­co­daw­czy­nie ni­gdy nie robią zaku­pów same, więc nie jestem przy­zwy­cza­jona do widoku w tym skle­pie kogoś spoza służby. - Zmie­szała się i ode­szła. A ja wła­śnie wtedy posta­no­wi­łam, że będę robić zakupy zawsze sama!

Po tej poran­nej przy­go­dzie wybra­łam się na spa­cer. Prze­cho­dzi­łam koło pla­ców zabaw. Nie byli­śmy jesz­cze rodzi­cami, więc te miej­sca nie miały nale­żeć do szcze­gól­nie czę­sto przeze mnie uczęsz­cza­nych, ale rzu­ca­łam okiem w ich stronę, w nadziei że spo­tkam jakąś rów­no­latkę, która okaże się brat­nią duszą. Ale z dziećmi też prze­by­wały głów­nie nia­nie. Boga­tej matki próżno było szu­kać. Co prawda zorien­to­wa­nie się, kto jest z "per­so­nelu", a kto nie, wcale nie było takie pro­ste. Szybko bowiem prze­ko­na­łam się, że nawet tutej­sza służba ubrana jest w marki z wyso­kiej półki, bo to rów­nież w tym cho­rym "regu­la­mi­nie żon Boga­czowa" wyzna­czało pewien sta­tus spo­łeczny.

Co one robią całymi dniami, skoro nie zaj­mują się nawet wła­snymi dziećmi?, zasta­na­wia­łam się.

Wtedy wpa­dłam na pomysł, że kolejny dzień roz­pocznę od wizyty na siłowni. Tam na bank spo­tkam moje przy­szłe "kole­żanki". W końcu co jak co, ale jędrne tyłki to pod­stawa ich bytu, więc na pewno spę­dzają w siłow­niach mnó­stwo czasu. Nie myli­łam się.

Następ­nego dnia już o ósmej rano prze­kra­cza­łam próg siłowni. Budy­nek wyglą­dał niczym biu­ro­wiec przy­szło­ści, a wewnątrz było wszystko. Nawet przy­rządy z holo­gra­mami, które pozwa­lały ćwi­czyć z wir­tu­al­nym tre­ne­rem per­so­nal­nym. Stał taki naprze­ciwko, jak żywy czło­wiek, a był jedy­nie wytwo­rem tech­no­lo­gii. Oczy­wi­ście więk­szość pań wybie­rała tre­nera per­so­nal­nego z krwi i kości, żeby pod­czas tre­ningu móc - niby przez przy­pa­dek - dotknąć wyrzeź­bio­nych i twar­dych jak skała mię­śni.

Kiedy weszłam do kuchni na zaple­czu, byłam prze­ko­nana, że szy­kuje się jakieś przy­ję­cie. A tym­cza­sem oka­zało się, że w tej siłowni tak jest zawsze. Ćwi­czący mają dostęp do wszyst­kich owo­ców i warzyw świata, napo­jów, kok­tajli i innych zdro­wych rary­ta­sów. Nawet nie chcia­łam się zasta­na­wiać, ile tego żar­cia każ­dego dnia się mar­nuje. Bo prze­cież wysu­szone na wiór bywal­czy­nie bały się jeść nawet bez­ka­lo­ryczne pomi­dory, żeby to, co w pocie czoła wła­śnie spa­liły, nie poszło na marne.

Potem zaj­rza­łam do strefy relaksu. Prysz­nice, baseny, jacuzzi, masa­ży­ści i inne bajery. Istny raj! To wszystko cze­kało na "umę­czone" po tre­ningu ciała. Nic więc dziw­nego, że kobiety spę­dzały tam całe dnie, a nia­nie i słu­żące zaj­mo­wały się dziećmi i ogar­niały domy, zakupy i wszel­kie inne ich potrzeby.

- Dzień dobry. Jestem Marika. Nie mam jesz­cze karty, bo nie­dawno się wpro­wa­dzi­łam - poin­for­mo­wa­łam pew­nym tonem czło­wieka w reje­stra­cji, na tyle gło­śno, by zain­te­re­so­wało się mną kilka ćwi­czą­cych pań.

- Dzień dobry. Bar­dzo mi miło. Już zakła­dam pani kartę i pro­fil korzy­sta­nia z naszego kom­pleksu. Życzy sobie pani pełen pakiet?

- Tak, popro­szę - led­wie prze­szło mi to przez gar­dło, ale wie­dzia­łam, że jeśli "przy­osz­czę­dzę", wybie­ra­jąc opcję inną niż all inc­lu­sive, więk­szość z tych kobiet skre­śli mnie na dzień dobry. Już zdą­ży­łam się zorien­to­wać, że w Boga­czo­wie każdy twój wybór poka­zuje, jakimi dys­po­nu­jesz pie­niędzmi, i okre­śla twoją war­tość, a także poten­cjalną przy­na­leż­ność do któ­rejś z grup towa­rzy­skich w przy­szło­ści. Zale­żało mi na tym, by zna­leźć się w samym środku. Sama nie wiem dla­czego. Praw­do­po­dob­nie z cie­ka­wo­ści i ze wzglę­dów socjo­lo­gicz­nych. Chcia­łam poznać bli­żej kobiety, które zacho­wy­wały się w moim poję­ciu total­nie abs­trak­cyj­nie. Prze­ko­nać się, jakie są naprawdę. Co jest maską, a co nimi. I czy rze­czy­wi­ście to moż­liwe, że pie­nią­dze mogą zaśle­pić każdą war­tość w życiu? Czy kobiety naprawdę są w sta­nie zro­bić dla kasy total­nie wszystko?

Abo­na­ment mie­sięczny na siłow­nię kosz­to­wał cztery tysiące. Kosmos! Jako stu­dentka potra­fi­łam za takie pie­nią­dze prze­żyć dwa mie­siące.

Po skoń­czo­nym tre­ningu poszłam pod prysz­nic i posta­no­wi­łam pole­żeć chwilę w bąbel­kach.

- Można się dołą­czyć? - zaga­iła śliczna blon­dynka, cho­ciaż w sumie nie wiem, czy śliczna, czy zro­biona na śliczną.

- Jasne! Wska­kuj!

- Jestem Syl­wia. A ty Marika, prawda? - nie pró­bo­wała nawet ukry­wać, że dosko­nale wie, kim jestem. Pew­nie wpro­wa­dze­nie się kogoś nowego na ich strze­żone osie­dle jest wiel­kim wyda­rze­niem, komen­to­wa­nym sze­roko w towa­rzy­stwie. Ale z dru­giej strony... O czym one miały całymi dniami roz­ma­wiać?

- Tak. Miło mi cię poznać - przy­wi­ta­łam się, nie dając po sobie poznać, że zasko­czył mnie fakt, że zna moje imię.

- Mamy nadzieję, że tobie i two­jemu mężowi spodoba się w naszym mia­steczku. Jak on ma na imię? Greg, prawda?

- Nie. Mąż ma na imię Grze­siek. Oboje jeste­śmy Pola­kami - odpar­łam szcze­rze, na co Syl­wia par­sk­nęła śmie­chem.

- No tak! Jasne! Nasi mężo­wie też są Pola­kami, a spró­buj tylko nazwać mojego Piotr­kiem, a nie Pierre'em, to cię od razu znie­na­wi­dzi. Anetka, co nie?! - krzyk­nęła do dru­giej blon­dynki, wyglą­da­ją­cej jak jej lustrzane odbi­cie. Jeśli nie były sio­strami, z całą pew­no­ścią miały tego samego chi­rurga pla­stycz­nego.

- Co tam, dziew­częta? - Wywo­łana do odpo­wie­dzi Aneta dołą­czyła do nas.

- Roz­ma­wiamy o imio­nach naszych mężów. Bo wyobraź sobie, że Grze­siek Mariki nie potrze­buje być Gre­giem. A prze­cież twój Rysiek też akcep­tuje tylko Richiego, nie?

- Oj tak. Za Ryśka gotów zabić - zachi­cho­tała.

Zaśmia­łam się razem z nimi, komen­tu­jąc ten śred­nio inte­re­su­jący wywód banal­nym stwier­dze­niem: "Ach, ci męż­czyźni". Bo co wię­cej mogłam powie­dzieć? I tak się sta­ra­łam, żeby nie było po mnie widać zaże­no­wa­nia.

- Masz już służbę czy potrze­bu­jesz pomocy w castin­gach? - dopy­tała Aneta, a ja poczu­łam, że przed nami jesz­cze wiele tema­tów, przy któ­rych będę się czuła co naj­mniej nie­swojo.

- Na razie radzę sobie sama. Nie potrze­buję pomocy... - zaczę­łam, ale natych­miast prze­rwała mi Syl­wia.

- Chyba żar­tu­jesz! Masz zamiar sama robić zakupy?

- To przy­jemne. Bar­dzo lubię... - znowu nie udało mi się dokoń­czyć.

- W życiu! Natych­miast zosta­niesz odsta­wiona na boczny tor i sporo kobiet tutaj prze­sta­nie cię sza­no­wać.

Pff! Też mi wyróż­nie­nie! Sza­cu­nek idio­tek, dla któ­rych wła­sno­ręczne zro­bie­nie zaku­pów to hańba. Chry­ste, świat zwa­rio­wał!, pomy­śla­łam mocno znie­sma­czona.

- A nie jest wam cza­sami zwy­czaj­nie nudno tak nic nie robić? - nie ugry­złam się w język i usły­sza­łam, jak zadaję to pyta­nie na głos.

Zapa­dła nie­zręczna cisza, po któ­rej, ku mojemu zasko­cze­niu, Aneta posta­no­wiła jed­nak odpo­wie­dzieć:

- Można się przy­zwy­czaić. Zoba­czysz, że dba­nie o sie­bie zaj­muje dużo czasu i ener­gii. W pew­nym momen­cie sama poczu­jesz się zapra­co­wana po czu­bek głowy. O ósmej rano to my już wszyst­kie jeste­śmy po pierw­szym tre­ningu.

Mia­łam na końcu języka, by dopy­tać, czy zaj­mo­wa­nie się wła­snymi dziećmi nie byłoby dla nich przy­jem­no­ścią, ale uzna­łam, że jak na pierw­szy raz i tak wyka­za­łam się mocno kon­tro­wer­syj­nymi komen­ta­rzami. Nie ma co ryzy­ko­wać.

***

Tego samego dnia wie­czo­rem wyzna­łam mężowi:

- Misiek, ja chyba do tej pory żyłam na innej pla­ne­cie. Pozna­łam dziś dwie sąsiadki. Syl­wię i Anetę. Pro­blemy z dupy. A wiesz, czym je naj­bar­dziej zszo­ko­wa­łam? Tym, że sama zro­bi­łam dziś zakupy w skle­pie spo­żyw­czym. Skan­dal! Ostrze­gały mnie, że za takie zacho­wa­nie mogę zostać wyklęta przez śro­do­wi­sko i odrzu­cona z towa­rzy­stwa. Ja pier­dzielę!

Grze­siek pła­kał ze śmie­chu, pod­czas gdy ja byłam poważ­nie zanie­po­ko­jona.

- I co ty wtedy zro­bisz, jak cię śro­do­wi­sko odrzuci? Chyba się zała­miesz psy­chicz­nie, nie? - Po tej uwa­dze śmia­li­śmy się już oboje.

Zła­pa­łam się na tym, że z pew­nego rodzaju nie­zdrową cie­ka­wo­ścią myślę o kolej­nych spo­tka­niach z moimi nowymi "przy­ja­ciół­kami". I zawczasu przy­go­to­wa­łam sobie świeży strój na kolejny tre­ning na siłowni. Byłam gotowa, by naza­jutrz poja­wić się tam już o siód­mej rano. Bar­dzo chcia­łam zro­zu­mieć, co fascy­nu­ją­cego jest w try­bie życia żon Boga­czowa. Jako socjo­log z wykształ­ce­nia czu­łam, że powsta­nie z tego jakaś książka, a kto wie - może nawet jakaś praca naukowa.

***

Następ­nego dnia już na mnie cze­kały. Zachwy­cone, że posłu­cha­łam ich rad i sta­wi­łam się na siłowni już o siód­mej.

- No, kochana, szybko się uczysz. Zgrabna jesteś, spa­lać kalo­rii nie musisz, ale twoja syl­wetka musi nabrać spor­to­wego cha­rak­teru - lustro­wała mnie Aneta i dzie­liła się swo­imi spo­strze­że­niami tonem zawo­do­wego tre­nera przy­go­to­wu­ją­cego klacz do mistrzostw. Czu­łam się wła­śnie jak owa klacz.

- Musi? A dla­czego musi? A kto o tym decy­duje? - pyta­łam szcze­rze zain­te­re­so­wana, bo uzna­łam, że w tym dziw­nym miej­scu nawet wiel­kość tyłka okre­śla jakiś nie­pi­sany wewnętrzny regu­la­min.

- Marika, musimy cię wszyst­kiego nauczyć i to szybko, zanim się kto­kol­wiek zorien­tuje, że kom­plet­nie nie kumasz zasad. Musisz być wyspor­to­wana i zro­biona. War­tość tutej­szych mężów rośnie wraz z każdą zaletą ich żon. A ta war­tość ma bez­po­średni wpływ na inte­resy, co prze­kłada się na zarobki, a w efek­cie na naszą jakość życia. I koło się zamyka.

- Rozu­miem, że mówiąc "zalety", nie masz na myśli takich cech, jak lojal­ność, gospo­dar­ność, pra­co­wi­tość czy uczci­wość? - wola­łam dopy­tać, bo do tej pory, przez trzy­dzie­ści pięć lat, byłam prze­ko­nana, że słowo "zaleta" ozna­cza jed­nak zgoła coś innego niż defi­ni­cja pre­zen­to­wana przez słow­niki Boga­czowa. Dziew­czyny uznały moje pyta­nie za żart, bo roze­śmiały się i przy­znały jed­no­cze­śnie:

- Zabawna jesteś! Gospo­dar­ność to wręcz wada. Jak oszczę­dzasz, to zna­czy, że twój mąż ma kło­poty finan­sowe. A jeśli ma kło­poty, to lepiej nie wcho­dzić z nim w inte­resy. Rozu­miesz? Wszy­scy mają widzieć, że stać cię na każdy kaprys, któ­rego cena nie gra żad­nej roli.

- Dziew­czyny, a czy kie­dy­kol­wiek musia­ły­ście się zasta­na­wiać, skąd wysu­płać grosz do kolej­nej wypłaty?

- Marika! Jebać biedę! Nawet jeśli kie­dy­kol­wiek tak było. Wypar­ły­śmy to z naszych pięk­nych umy­słów i nie zamie­rzamy do tych chwil wra­cać - przy­znała z uśmie­chem Syl­wia, a ja nie mogłam pozbyć się wra­że­nia, że przez ten jej nie­zdrowy para­liż twa­rzy nie do końca wiem, czy się uśmie­cha, czy zaraz roz­pła­cze.

Pozna­wa­łam Syl­wię i Anetę bli­żej i nawet zaczy­na­łam je lubić. Trudno to wytłu­ma­czyć. Wyda­wać by się mogło, że dzieli nas abso­lut­nie wszystko, a więk­szość zasad, które trak­to­wały nie­mal jak deka­log, to coś, czym oso­bi­ście gar­dzi­łam, a jed­nak. Było w nich coś szcze­rego i praw­dzi­wego. Tak! Zro­zu­mia­łam, że sza­nuję je za to, że niczego nie udają. One kochały pie­nią­dze. Dla każ­dej z nich pie­nią­dze sta­no­wiły od zawsze cel sam w sobie. Obie były w sta­nie znieść wiele, by nie uszczk­nąć ani gro­sza z wypła­ca­nej im regu­lar­nie przez mężów pen­sji.

- Opo­wiedz­cie mi o tych klu­czo­wych zasa­dach, dziew­czyny - popro­si­łam i zamie­ni­łam się w słuch. Tylko na to cze­kały. W tym tema­cie mogły bry­lo­wać. I obu­dzone w środku nocy wymie­niać punkt po punk­cie, na jed­nym wyde­chu.

- Kochana, musisz zro­bić wszystko, by mąż ni­gdy nie wymie­nił cię na now­szy model... - zaczęły.

- Nie wyba­czy­ła­bym zdrady - odpar­łam z cha­rak­te­ry­styczną dla sie­bie naiw­no­ścią. Aneta zaśmiała się, a Syl­wia dołą­czyła do tego śmie­chu, wpra­wia­jąc mnie w pewien rodzaj dez­orien­ta­cji.

- Skar­bie, a kto tu mówił o zdra­dzie? Zdrady to chleb powsze­dni. Każdy facet ma tu baby na boku. Ważne, żeby się nie zako­chał. Rozu­miesz? - uświa­da­miała mnie Syl­wia.

- Ale... Ale... - zaczę­łam się jąkać.

- Tak, Marika. Dosko­nale wiemy, że nasi mężo­wie mają kochanki. Nie­które z nich nawet lubimy, dopóki znają swoje miej­sce w sze­regu i wie­dzą, że są tylko zaba­weczką, bez ambi­cji na coś wię­cej.

- Sorry, ale słowo "ambi­cja" w kon­tek­ście tej roz­mowy jakoś mnie razi - nie mogłam się powstrzy­mać przed tym komen­ta­rzem.

- Marika, jedna ma ambi­cje skoń­czyć stu­dia medyczne i zostać świa­to­wej sławy lekarką, innej wystar­czy zła­pa­nie boga­tego męża, przy któ­rym już zawsze będzie tylko pach­nieć. O gustach i ambi­cjach się nie dys­ku­tuje.

Już chcia­łam dodać od sie­bie coś zło­śli­wego, ale powstrzy­ma­łam się, zda­jąc sobie sprawę, że zarówno Syl­wia, jak i Aneta takie wła­śnie ambi­cje mają - dziany mąż i brak pro­ble­mów. Tylko czy fak­tycz­nie nie ma pro­ble­mów kobieta, która codzien­nie drży, czy jej facet nie powie: "Kocham inną. Wynoś się!", i zostawi ją z niczym?

- No dobra... Jakie są kolejne zasady? - zapy­ta­łam, chcąc pójść dalej, bo co do pierw­szego punktu raczej nie doszły­by­śmy do poro­zu­mie­nia.

- Dzieci. Jak naj­szyb­ciej musisz uro­dzić. Jak jest dziecko, to już znacz­nie trud­niej na bruk kobietę wyrzu­cić.

Aż mnie zmro­ziło. To po to im dzieci? Czy któ­ra­kol­wiek cho­ciaż wspo­mni o jakimś uczu­ciu, speł­nie­niu i rado­ści, jaką daje jej macie­rzyń­stwo?

Aneta szybko dodała:

- Tylko pamię­taj, od pierw­szego dnia ciąży ostra dys­cy­plina. Nie możesz dopu­ścić do roz­stę­pów, bo usu­wa­nie ich trwa długo, a w tym cza­sie inna może zająć twoje miej­sce... patrz punkt pierw­szy.

- Dziew­czyny, ja was bła­gam! - nie wytrzy­ma­łam. - Nie chce­cie mi chyba powie­dzieć, że męż­czy­zna jest tu sen­sem wszyst­kiego. Miesz­kamy pod War­szawą, a nie w Ara­bii Sau­dyj­skiej.

Popa­trzyły na sie­bie zdez­o­rien­to­wane i chyba naprawdę nie wie­działy, co odpo­wie­dzieć tej Nowej, jak nazy­wały mnie mię­dzy sobą. A może już wtedy zaczy­nało do nich powoli docie­rać, że dla pie­nię­dzy dały się men­tal­nie ubez­wła­sno­wol­nić i zabrać sobie to, co w życiu naj­cen­niej­sze - WOL­NOŚĆ i NIE­ZA­LEŻ­NOŚĆ, choć pozor­nie taplały się w luk­su­sie i bry­lan­tach?

Rozdział 3

ROZ­DZIAŁ 3

Marika

MARIKA

- Cześć, Aneta. W czym mogę ci pomóc? - rzu­ci­łam do tele­fonu, zasko­czona, że dzwoni do mnie, choć nie były­śmy jesz­cze na eta­pie psiapsi-plo­te­czek.

- Marika, zała­twi­łam wam zapro­sze­nie na imprezę do Wik­tora, wła­ści­ciela winiarni. To gruba ryba. W week­end gar­den party połą­czone z degu­sta­cją win ma się rozu­mieć. Zapra­sza tylko wybrane grono osób. Ale jest was cie­kaw i zgo­dził się, byście dołą­czyli.

Gene­ral­nie mia­łam to gdzieś, czy Wik­tor winiarz - kim­kol­wiek był - uzna mnie i Grześka za osoby godne gosz­cze­nia w swoim ogro­dzie, wiel­ko­ści pew­nie Pusz­czy Kam­pi­no­skiej, czy nie, ale sły­sząc, jak pod­eks­cy­to­wana jest Aneta, wypa­dało podzię­ko­wać.

- Bar­dzo nam miło. Na pewno Grze­siu też będzie zachwy­cony. Kiedy ta imprezka?

- Wyślę ci adres, datę i godzinę ese­me­sem. Ale musimy się wcze­śniej spo­tkać i wszystko ci z Syl­wią opo­wie­dzieć. Tam będą naj­gor­sze har­pie. Nie zosta­wią na tobie suchej nitki, jeśli nie zdasz egza­minu.

Jezus Maria! Kto by się spo­dzie­wał, że będę zda­wać jakieś egza­miny przed żonami milio­ne­rów na ogro­do­wej impre­zie jakie­goś alko­ho­lo­wego poten­tata! A jesz­cze nie­dawno jada­li­śmy sobie z Grze­siem pizzę, popi­ja­li­śmy piwem i colą w nor­mal­nej knaj­pie, bez gwiaz­dek Miche­lina. I byli­śmy szczę­śliwi, myśla­łam z gory­czą, coraz bar­dziej tęsk­niąc za daw­nymi przy­zwy­cza­je­niami.

Syl­wia z Anetą dorwały mnie dwa dni póź­niej i wzięły w obroty.

- To co? Jesteś już men­tal­nie gotowa na week­en­dową imprezkę?

- Sama nie wiem - odpo­wie­dzia­łam szcze­rze, bo nie do końca rozu­mia­łam, co tak naprawdę ozna­cza dla nich słowo "goto­wość".

- No to zestaw pytań na roz­grzewkę - zapro­po­no­wała Syl­wia:

Ulu­bione wino do woło­winy.

Ulu­bione wino do dro­biu.

Ulu­bione wino do ryby.

Ulu­bione wino dese­rowe.

- Nie, no żar­tu­je­cie! Naprawdę ktoś mnie będzie prze­py­ty­wał ze zna­jo­mo­ści win? - wystra­szy­łam się na dobre.

- No, może nie tak bez­czel­nie, ale pomię­dzy wier­szami. Gospo­darz na bank będzie chciał się zorien­to­wać, jaką masz wie­dzę w jego uko­cha­nym tema­cie - ostrze­gła Aneta.

- A może ja nie lubię wina? Czy muszę, do cho­lery, znać się na nim? - zde­ner­wo­wa­łam się.

- Marika, widzę, że jesteś typem bun­tow­niczki - powie­działa Syl­wia. - Jasne, że nie musisz, ale może warto, żebyś tro­chę ogar­nęła temat. Twój mąż z pew­no­ścią byłby bar­dzo zado­wo­lony, gdyby Wik­tor został waszym przy­ja­cie­lem. Z jego smy­kałką do inte­re­sów można szybko pomno­żyć wła­sną for­tunę.

- Słu­chaj­cie, moje kochane, do nie­dawna nie śni­łam, że możemy mieć na kon­cie kasę, jaką mamy teraz. Naprawdę nie potrze­buję do szczę­ścia wię­cej - wyzna­łam szcze­rze i z wiarą, że prze­ko­nam moje przy­ja­ciółki do tego, że pazer­ność nie jest fajna.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki