Pawełek dostał od ojca na
gwiazdkę śliczny niebieski kajecik. Długo myślał, coby tu z nim
zrobić? Czyby rysować żołnierzy? Czy może konie? Czy domki i
drzewa? Aż się nareszcie namyślił i postanowił zapisywać w tym
kajeciku to wszystko, co tylko ciekawego usłyszy, albo rozmaite
zabawy.
Zaraz nazajutrz usiadł Pawełek przy stoliku, rozłożył przed
sobą swój niebieski kajecik, umaczał ostrożnie pióro i tak pisać
zaczął:
"Widziałem dziś piękny rysunek. Przedstawiał on izbę w
prostej chłopskiej chacie we wsi Sokołówce, a w tej izbie, na łożu
zasłanem skórą niedźwiedzią, leży Stefan Czarniecki, wielki rycerz
i hetman, który bił Szwedów tęgo, aż musieli uciekać z pod
Częstochowy, którą nam zabrać chcieli. Ale potem na inną wojnę
poszedł i był ranny, i w tej chacie go złożyli towarzysze jego, a
teraz się z nim żegnają. Wielki jest smutek w tej izbie i wszyscy
płaczą, że takiego wodza i rycerza utracić muszą. Pospuszczali
głowy, załamali ręce, któż ich teraz na wojnę prowadzić będzie? A
przy łóżku Czarnieckiego stoi koń jego siwy, towarzysz wierny, co w
różnych bitwach razem z nim bywał i nic się nie bał. Stoi ten koń
przy nim i także się smuci, a rży żałośnie, bo czuje, że już swego
pana i rycerza nosić na wojnę nie będzie. A Czarniecki rękę
wyciągnął i głaska jego grzywę i patrzy tak, jakby mówił: "Bądź
zdrów, mój towarzyszu! Już ja na ciebie nie wsiędę i Szwedów bić
nie będę. Już odchodzę z tej ziemi, com jej wiernie bronił".
Długo patrzyłem na ten rysunek i myślałem sobie, że jak
Szwedy jeszcze kiedy przyjdą, to ja od stryjka z Lipowej też siwego
konika dostanę i tak Szwedów pobijemy, że tylko się za nimi kurzyć
będzie - tak będą zmykali!
W tydzień znów potem Pawełek przy stoliku usiadł, kajecik
niebieski przed sobą rozłożył, pióro umoczył i tak pisał:
"Dowiedziałem się dzisiaj o drugim rycerzu, który się
nazywał Karol Chodkiewicz, a bił się z Turkiem. Ten Turek nazywał
się Osman. Zebrał on wielkie wojska, wyszykował różne bronie,
przyprowadził z sobą wielbłądy i ogromne skarby i chciał dojść aż
do Wisły, żeby tam konie swoje poić i żeby to się nazywała jego
rzeka i jego ziemia. Ale mu się to wcale nie udało, bo Karol
Chodkiewicz, który był wodzem i hetmanem jakich mało, zwołał swoich
rycerzy, i zaraz wszyscy u jego boku stanęli. A choć ich było
niewielu, a Turków nieprzeliczone mnóstwo, jednak się im rycerze
Chodkiewicza nie dali, tylko się bronili przez czterdzieści dni w
takim zamku, co się nazywał Chocim. No, i ci Turcy ze swoim
Osmanem, co podejdą pod ten Chocim, to jak ich Chodkiewicz po
swojemu przywita żelazem, to oni w nogi. I tak ten zamek Turcy
zdobywali i zdobyć go nie mogli. Aż widząc, że garstka rycerzy
Chodkiewicza mocniejsza i dzielniejsza niż całe ich wojsko, poszli
sobie tam, zkąd przyszli, do swojego kraju, a tu do Wisły żaden się
nie dostał, chyba ten, co się w niewolę dostał. Takto Chodkiewicz
swojej rzeki bronił. A cóżto? nie moglito Turcy w swoim kraju
siedzieć, kiedy im go Pan Bóg dał, nie cudzego pragnąć? Dobrze im
tak! Ja ich tam wcale nie żałuję. Teraz sobie myślę, kto był
większy wojownik, czy Chodkiewicz Karol, czy też Stefan Czarniecki?
Jak będę duży, to do tego Chocima pojadę, żeby choć to
miasto zobaczyć, gdzie taki wielki rycerz bił się i Turka przemógł.
A o to, kto większy z tych dwóch hetmanów, to się muszę ojca
spytać".
Kiedy to Pawełek zapisał, zrobiło się już ciemno, więc
zamknął swój niebieski kajecik i poszedł do ojca.
Jeżeli znów kiedy co napisze, to wam opowiem.