Książę wieczności - Janusz Niżyński

-
Proszę czekać

Od autora

Drogi Czytelniku,

ta niedługa, niespełna stustronicowa książeczka, której cała akcja się rozgrywa w pięknych baśniowych sceneriach Starych Babic, może być wspaniałym remedium na deszczowy wieczór, gdy pod kolacji postanowisz odpocząć w swym ulubionym fotelu i oddać się miłej lekturze. Ale oczywiście każda inna okazja na spotkanie z "Księciem wieczności" także będzie dobra. Bo mimo że to niedługa książeczka, są w niej nagromadzone najróżniejsze uniesienia i emocje. Jest ujmująca słodycz rozkwitającego uczucia dwojga zakochanych ludzi, jest rodzinna troska i nadzieja na lepsze "jutro", jest wiara w niezłomne zwycięstwo sił dobra nad siłami zła. Ale jest przede wszystkim historia niezwykłej wiekuistej miłości, będącej czymś dużo więcej niż żarliwą pasją. Miłość ta - drogi Czytelniku - to bowiem nieśmiertelne uczucie doznawane przez tytułowego bohatera, dla którego zatrzymał się czas i które w sercu nieszczęsnego mężczyzny trwa od stuleci po wieczność... Są wreszcie w tej książeczce baśniowe motywy, jakże mi warsztatowo bliskie od czasu pojawienia się na półkach księgarskich mojej cieszącej się niesłabnącym zainteresowaniem powieści "Baśń".

Być może czytelnicy "Baśni" teraz odnajdą w "Księciu wieczności" podobne fantazyjne zjawiska, być może rozpoznają postaci z innych moich książek, a z pewnością przypomną sobie niektórych bohaterów "poprzedniczki". "Książę wieczności" jest bowiem gatunkowo lekturą siostrzaną do "Baśni" i w pewnym sensie jej dopełnieniem. W tej książce przecież też pojawi się tajemniczy nastrój, mrok, sekrety przeszłości...

Ale między obiema powieściami są także różnice. O ile w "Baśni" każdy rozdział wpływający na rozwój fabuły był jednocześnie odrębną nowelką, o tyle w "Księciu wieczności" tak już nie jest. Akcja książeczki będzie rozwijać się sukcesywnie, zmierzając do kulminacyjnego rozstrzygnięcia, o którego zaskakującym finale Czytelnik dowie się dopiero w epilogu.

Drogi Czytelniku, ufam, że całą książkę przeczytasz bez trudu i z prawdziwą przyjemnością. Sprzyjać temu będzie nieduży jej rozmiar i wartka, frapująca fabuła... Gdybyś po jej przeczytaniu zechciał ze mną podzielić się swymi refleksjami - to nic prostszego: możesz to uczynić na moim facebookowym fanpage'u. Byłoby mi bardzo miło, gdybyś i Ty (jeśli do tej pory tego nie uczyniłeś) dołączył na nim do licznej już rzeszy drogich memu sercu Czytelników i Sympatyków.

Zapraszam Ciebie także do sklepiku z moim książkami, który znajdziesz pod adresem: Janusz.Nizynski.pl.. Możesz w nim nabyć każdą moją książkę w wersji papierowej i elektronicznej. Na życzenie do zakupionego woluminu wpisuję indywidualną dedyakację. Książki sklepik wysyła pocztą.

A teraz nie pozostaje mi już nic innego, jak zaprosić Cię do lektury "Księcia wieczności". Wspaniałego czytania!

Janusz Niżyński

- 3 -

Ulicę Warszawską i betonowy, od strony hipermarketu "Biedronka", wyjazd z pałacyku owijał całun sino-mlecznej mgły. Zadumane drzewa z zasmuceniem szumiały koronami, roniąc z gołych gałęzi szklane podeszczowe łezki. Blaszane i ceramiczne pokrycia dachów lśniły wilgocią. Pod stopami czerniły się i wzdrygały na wietrze podeszczowe kałuże.

Jakiś długobrody mężczyzna ze szramą na prawym policzku zamiatał chodnik, wygrabiając z jego szczelin poczerniałe liście. Może to był gospodarz któregoś z okolicznych sklepików, a może ktoś z obsługi "Biedronki", dbający o czystość przylegającego do hipermarketu parkingu.

Michał i Kasia lawirując między kałużami minąwszy wejście do marketu, zbliżyli się do zawsze bardzo ruchliwej o tej porze ulicy Warszawskiej. Dziewczyna ewidentnie denerwowała się. Przeczucie, że oto rozstrzyga się jej los, zniewalało ją z całą siłą. Dobrze chociaż, że przyjemnie było iść, czując rękę Michała, który zresztą sam, z jakimś śmiertelnie poważnym zachwytem spoglądał na świat, tak magicznie dla niego odmieniony w ciągu ledwie kilku ostatnich godzin.

Nagle od strony szosy pod mleczną zasłoną mgły zaświeciły ogniki jakiś zwierzęcych oczu.

- Stój! - Gwałtownie powiedziała dziewczyna. - Chyba już po nas...

Skinęła głową do przodu. Michał spojrzawszy we wskazanym kierunku ujrzał zarys sylwetki dużego czarnego psa, prawdopodobnie rasowego teriera. W oczach zwierzęcia połyskiwał żar i miało się wrażenie, jakby jego źrenice były poprzebijane igłami.

- No, co ty? To tylko psisko.

- To jego psisko! Ściślej: groźny pies... Zobacz, zjawił się, jakby znikąd, jakby miał kogoś wyśledzić... I właśnie wykonał zadanie. To bardzo niebezpieczny zwierz. Od takiego szpiega nie da się nigdzie uciec. - Powiedziała mocno poddenerwowana dziewczyna.

- Eee tam! Spokojnie, nie stoi nam przecież na drodze, a na poprzecznym parkingu, wzdłuż Warszawskiej. - Powiedział Michał. - Zaraz przebiegniemy ulicę i po kilku minutach będziemy już w moim domu, przy "Cichej".

- Obawiam się, że to nam się nie uda. Lepiej skorygujmy nasz plan i zawróćmy. Proszę cię!

- Skoro tak bardzo się boisz, to możemy skręcić w prawo, tuż zaraz jest przystanek, gdzie zatrzymuje się kilka podmiejskich autobusów. - I nie czekając na reakcję dziewczyny zdecydowanie chwycił Katarzynę za rękę, prowadząc ją w stronę zadaszonego przystanku.

Gdy podeszli do ulicy Warszawskiej, dziewczyna obejrzała się w stronę parkingu. Czarnego teriera połknęła mleczne opary.

Pięć minut później stali w zatłoczonym autobusie linii 719, który przelatywał przez starobabicką mgłę, jak samolot przez chmury. Kasia wpatrywała się w szaro-białe tuman kłębiącej się mgły i zdawało się jej, że co chwila przezierały przez nie oczy czarnego psa. Na szczęście wkrótce świetliki definitywnie zatonęły w białym całunie.

Mgła stopniowo zaczęła rzednąć, rozwiewać się, zakręcać w boczne zaułki, opadać na mokre chodniki, na gnijące ciemnobrązowe liście. Autobus drżał. Michał trzymał dziewczynę w pasie, wyraźnie czując jej ciepło; dotyk jej dłoni dodawał mu odwagi i energii. Przejechali tylko jeden przystanek. Wsiedli do autobusu przecież po to, aby zgubić za sobą tropiącego ich psa.

Wyszli na kraciasty, jakby pancerz żółwia, chodnik. Wbiegli w poprzeczną ulicę Kutrzeby i dalej na wpół polnymi drogami przebili się w stronę ulicy "Cichej". Gdy zbliżali się do domu Michała, chłopak nagle poczuł niepokojący stukot serca. Przed furtką ogrodzenia ujrzał kołyszące się na wietrze mocno porzedniałe włosy swego własnego ojca. "Staruszek" denerwował się czymś, przecierając okulary, chodząc tam i z powrotem. Trzymając się za ręce chłopak z dziewczyną szybko do niego podbiegli.

- Tato!

- Nareszcie! - Andrzej Łęcki zrobił krok naprzód. Rzuciwszy okiem na Kasię chwycił dłoń Michała. - Gdzie ty żeś przepadł, chłopaku? Całą noc ciebie nie było! Prawie odchodziłem od zmysłów. Obdzwoniłem wszystkich twych przyjaciół i znajomych! A ty co?

- Tato, wszystko ci wyjaśnię... - Michał zmieszał się, ale natychmiast pozbierał. - Tato, poznaj... to jest Kasia. - Łęcki wnikliwie przyjrzał się dziewczynę, po czym skinął głową, nawet się nie przedstawiając. Chłopak kontynuował: - Tato, tak się złożyło... Nie mogłem postąpić inaczej. Kasia była w wielkim niebezpieczeństwie. Byłem zmuszony pobiec jej na ratunek!

Łęcki surowo zachmurzył swe cienkie, siwe brwi.

- Jakie znowu wielkie niebezpieczeństwo?

Do rozmowy włączyła się Kasia. Niepewnie próbowała wyjaśnić:

- Tak się zdarzyło, że... no, zostałam porwana... Michał, jak prawdziwy mężczyzna, uratował mnie! Dlatego chciałam panu podziękować za pana syna. Jest autentycznym rycerzem!

Łęcki założył okulary, pokiwał głową:

- Tak, oczywiście. - Westchnął. - Nie mógł postąpić inaczej. Może i na twym miejscu postąpiłbym identycznie, synu... Zwłaszcza, że Kasia jest tak ładną i uroczą dziewczyną. Rozumiem cię. Dobrze zrobiłeś. Chociaż mogłeś zostawić kartkę, lub... oddzwonić!

Michał dławiąc się, zaczął wyjaśniać:

- Nie miałem szans cokolwiek napisać. Liczyła się każda sekunda... Nawet komórki nie zdążyłem chwycić by wziąć ze sobą.

- No tak... - Łęcki kiwnął głową. - Wybiegłeś ratować dziewczynę. No dobrze... A teraz odpowiedz mi na takie pytanie: a po matkę nikogo nie wysyłałeś?

Michał zdziwił się:

- Po matkę? To mamy nie ma w domu?

Łęcki rozłożył ręce:

- Twoja mama przepadła. Zapadła się pod ziemię. Godzinę temu wybiegła do ogrodu, potem przed furtkę, wsiadła, podobno do jakiegoś samochodu i odjechała.

Michał był wstrząśnięty.

- Jak to, odjechała? Bez ciebie? Dlaczego jej nie zatrzymałeś albo przynajmniej, nie pojechałeś razem z mamą?

Ojciec z zamieszaniem i z jakąś desperacją w oczach po raz kolejny rozłożył ręce i powiedział cicho:

- Tak... Nie zdążyłem... to wszystko stało się tak szybko. Zadzwonił domofon - a ja, choliwcia, byłem akurat w łazience. Słyszałem jakąś krótką rozmowę, potem szum w przedpokoju i wyszła za drzwi.

Michał przełknął ślinę.

- A czy wzięła coś ze sobą, jak wychodziła? Sprawdziłeś?

- W tym cała rzecz, że nic. Pieniądze i nawet swój ulubiony kapelusz zostawiła w domu. Na podomkę po prostu zarzuciła płaszcz i wyszła. Jakby na chwilę.

Po ulicy przejechał samochód z włączonymi głośnikami, przez które reklamowano występy cyrku, ale nawet nie zauważyli go. Stali wciąż przed furtką i byli zamyśleni w jakieś bezwolnej desperacji.

- Zgłosiłeś na policję? - odezwał się w końcu chłopak.

- Na razie nie. Mogą zacząć poszukiwania dopiero po upływie jakiegoś czasu...

Kasia zmarszczyła brwi i łamiącym się głosem powiedziała:

- To wszystko przeze mnie... To moja wina.

- A ty, moja droga, o czym? - Odezwał się szorstko Łęcki.

- O tym... To jego sprawka. Mojego ojczyma.

- Twego ojczyma? Czemu, dziewczyno, tak uważasz? - Zagadnął Łęcki, mierząc Kasię pytającym spojrzeniem.

- Myślę, że to mógł być tylko on. Nikt inny.

- Sąsiadka z naprzeciwka powiedziała, że matka wsiadła do wielkiej czarnej limuzyny. Marki samochodu nie potrafiła określić... Ja nic z tego nie rozumiem!... Aha! Był z nią wysoki, garbaty mężczyzna.

- Zgadza się. Ojczym! Mówiłam przecież!

Łęcki szybko podniósł się z ławki.

- Skoro tak, no to teraz powiedz mi, jak mam znaleźć twego ojczyma? Jak do niego trafić?

Kasia bezradnie wzruszyła ramionami.

- Nie wiem... A zresztą, nie ma co go szukać - sam nas znajdzie. To właśnie ja jestem dla niego żywą przynętą.

Michał, który z niezwykłą ekscytacją śledził rozmowę, rzekł w końcu stanowczo:

- Dość tego. Emocje są złym doradcą. Będziemy się licytować, a to tylko pogorszy sprawę.

Gdy w oczach Kasi zabłysły łzy, Michał objął dziewczynę:

- Daj spokój. Nie martw się. Nikt nie zamierza oddać cię temu potworowi!

Łęcki westchnął:

- Powiesz mi, dziecko... choć jego nazwisko?

- Janusz Baśniewski.

Łęcki na chwilę zamyślił się.

- A jak można by go znaleźć?

- Jego się nie szuka - odpowiedziała - Nie ma sensu. On sam odnajduje tych, których uzna dla siebie za niezbędnych... - Dziewczyną zatrząsało od negatywnych emocji. Miała wrażenie, że z jej powodu cierpią wszyscy niewinni ludzie, więc poczuła się źle. I dokończyła: - Ma pan z mego powodu tyle problemów...

Ale z bliska spojrzawszy w oczy Łęckiego nagle zauważyła, że jego spojrzenie skupia się na czymś w oddali. Nie odrywał od tego czegoś wzroku. Spojrzała na Michała. Jego wzrok skupiał się na tym samym. Odwróciła się. Po przeciwnej stronie ulicy, na rogu "Osiedlowej" ujrzała świetnie znanego sobie czarnego psa ze świecącymi oczami. Pies nie zwodził z ich trójki swych przenikliwych czarnych patrzydeł.

Michał zawołał:

- To jego pies! On nas jednak wytropił.

Ojciec odwrócił się i spojrzał na syna. W oczach Łęckiego zapaliła się iskierka nadziei.

- To jego pies? Czyli... idąc za nim możemy dojść do właściciela?

Ostatnie pytanie było skierowane raczej do samej dziewczyny. Ta - szybko odpowiedziała:

- Tak. Wystarczy iść śladem psa. Doprowadzi do ojczyma.