Książę szpiegów - Elizabeth Camden

Kup ebooka

41.90 zł
34.41 zł (34,11 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Sty­czeń 1902

Ma­rianne we­szła jesz­cze da­lej na za­mar­z­niętą rzekę, mimo że lu­dzie ją przed tym prze­strze­gali.

- Niech pani tego nie robi! - krzyk­nął ktoś. - Za­ła­mie się pod pa­nią lód!

Kilku in­nych ga­piów na­wo­ły­wało, żeby wró­ciła, ale ona nie po­tra­fiła zi­gno­ro­wać ża­ło­snego wy­cia Ban­dyty, owczarka szkoc­kiego, który wpadł do wody. Pies nie był w sta­nie wy­do­stać się o wła­snych si­łach. Ma­rianne spę­dziła już mę­czące pięć mi­nut na na­wo­ły­wa­niu go, żeby wy­szedł. Zwie­rzę pró­bo­wało się wy­gra­mo­lić, ale za każ­dym ra­zem, kiedy już się wy­da­wało, że to zrobi, ko­lejny frag­ment lodu się odła­my­wał i pies po­now­nie wpa­dał do wody.

Ma­rianne ostroż­nie po­ru­szała się po lo­dzie na czwo­ra­kach, a mróz szybko prze­nik­nął przez jej cien­kie skó­rzane rę­ka­wiczki.

- Je­śli lód nie może utrzy­mać psa, nie utrzyma też pani! - krzyk­nął ktoś z brzegu.

Może i było to prawdą, ale ona znała ten od­ci­nek rzeki Po­to­mac le­piej niż więk­szość miesz­kań­ców mia­sta, któ­rzy spa­ce­ro­wali wzdłuż tej nie­ty­powo ukształ­to­wa­nej od­nogi w sa­mym sercu Wa­szyng­tonu. Fo­to­gra­fo­wała to miej­sce ze­szłej wio­sny. Była wtedy ubrana w wo­dery i cho­dziła po pły­ciź­nie, żeby zro­bić zdję­cia dla De­par­ta­mentu Za­so­bów We­wnętrz­nych. Więk­sza część la­guny była płytka, a je­dyne głęb­sze miej­sce znaj­do­wało się po­środku, tam, gdzie Ban­dyta wpadł do wody. Lód pod Ma­rianne był praw­do­po­dob­nie głę­boko za­mar­z­nięty.

Praw­do­po­dob­nie. Je­śli za­czę­łaby się zbyt długo nad tym za­sta­na­wiać, mógłby ją spa­ra­li­żo­wać strach. Po­ło­żyła się więc na lo­dzie i od­py­cha­jąc się sto­pami, prze­su­wała się w kie­runku psa.

- Cio­ciu Ma­rianne, złap go, pro­szę! - Sam był je­dyną osobą spo­śród kil­ku­na­stu sto­ją­cych na brzegu, która za­chę­cała ją, żeby po­su­wać się do przodu. Który dzie­wię­cio­la­tek nie ko­chał swo­jego psa? Mu­siała przy­naj­mniej spró­bo­wać ura­to­wać Ban­dytę. Je­dy­nym na­rzę­dziem, ja­kie miała, była sieć ry­backa, którą ktoś po­rzu­cił na brzegu. Rzu­ciła ją w kie­runku psa i miała na­dzieję, że to po­może jej go wy­cią­gnąć.

Szczę­kała zę­bami. Czy to było z zimna, czy ze stra­chu? Pew­nie z obu po­wo­dów. War­stwa śniegu znaj­du­jąca się na lo­dzie po­zwa­lała jej peł­znąć da­lej do przodu.

Na­gle w tłu­mie ode­zwał się mę­ski głos, wy­róż­nia­jący się spo­śród in­nych.

- Luke, nie bądź głupi!

- Pro­szę pana - bła­gał Sam. - Niech pan po­może cioci Ma­rianne ura­to­wać mo­jego psa!

Za­ry­zy­ko­wała spoj­rze­nie przez ra­mię i ucie­szyła się na wi­dok męż­czy­zny, który wszedł na lód. Nie chciała tego ro­bić sama, ale nikt inny nie był chętny do po­mocy.

- Nie są­dzę, że lód utrzyma nas oboje - krzyk­nęła do niego drżą­cym z zimna gło­sem.

- Utrzyma, tam, gdzie pani te­raz jest - od­parł, po czym po­ło­żył się na brzu­chu. Ode­pchnął się mocno od słupka wy­sta­ją­cego spod lodu i szyb­kim ru­chem prze­su­nął się w jej kie­runku po za­mar­z­nię­tym ka­nale.

Jaki przy­stoj­niak. Czarne włosy, ciemne oczy, a twarz oży­wiona od stra­chu i eks­cy­ta­cji. Wkrótce zna­lazł się przy niej, a jego od­dech two­rzył białe ob­łoczki.

- Jak się masz, cio­ciu Ma­rianne! - ode­zwał się. Le­żeli obok sie­bie na lo­dzie. Do­syć dziwny spo­sób na pierw­sze spo­tka­nie.

- Ostroż­nie - prze­strze­gła. - Woda jest głęb­sza około metr stąd. Lód nie utrzyma nas obojga.

- Wiem - od­parł. - Niech mi pani poda sieć.

- Na pewno? Je­stem lżej­sza. Może le­piej, je­śli ja to zro­bię.

Przyj­rzał się jej. Oby­dwoje mieli na so­bie dłu­gie weł­niane płasz­cze, rę­ka­wiczki i wy­so­kie buty, ale on był od niej znacz­nie wyż­szy.

- Ktoś z nas praw­do­po­dob­nie skoń­czy w wo­dzie - stwier­dził. - Pani suk­nia może być pro­ble­ma­tyczna. Ja dam so­bie radę.

- Nie są­dzę, że to bez­pieczne. - Jej zęby po­now­nie za­częły szczę­kać.

- Oczy­wi­ście, że to nie­bez­pieczne. - Uśmiech­nął się. - Niech mi pani da sieć.

- Luke, na­tych­miast wra­caj na brzeg! - ode­zwał się roz­gnie­wany głos, ale on na­wet się nie obej­rzał.

- Pro­szę się nim nie przej­mo­wać - po­wie­dział. - To tylko mój star­szy brat, Gray. Starsi bra­cia są od tego, żeby się mar­twić.

Za­śmiała się lekko.

- Coś o tym wiem. Pro­szę, tu jest sieć. Je­śli uda się panu prze­su­nąć jesz­cze tro­chę, może ją pan rzu­cić psu.

Ski­nął głową, ale za­miast wziąć od niej sieć, zła­pał ją za rękę i uści­snął.

- To jest nie­zła przy­goda, nie są­dzi pani?

- Prawdę mó­wiąc, je­stem tro­chę prze­ra­żona - przy­znała.

- Ja też.

Dziwne. Bał się, ale mimo to wy­da­wał się być w eu­fo­rycz­nym na­stroju. Spoj­rzeli so­bie w oczy i mimo że mieli na dło­niach rę­ka­wiczki, po­czuli, jakby prze­pły­nął mię­dzy nimi prąd.

- Luke! - po­now­nie krzyk­nął z brzegu Gray. - Lód cię nie utrzyma. Mu­si­cie oboje wró­cić. Ktoś po­słał po łódź!

Pies już nie skom­lał. Le­dwo się po­ru­szał, za­le­d­wie tyle, żeby utrzy­mać pysk po­nad po­wierzch­nią wody. Ma­rianne spoj­rzała Luke'owi w oczy. Wy­co­fa­nie się by­łoby roz­sądne, ale za­szła już za da­leko, żeby za­wró­cić.

- Ban­dyta nie do­czeka do przy­pły­nię­cia ło­dzi - stwier­dziła.

- Wiem. Niech mi pani da tę sieć, to po niego pójdę. Pro­szę mi ży­czyć po­wo­dze­nia, Ma­rianne.

Po tych sło­wach za­czął się prze­su­wać do przodu. Po­ważny męż­czy­zna na brzegu na­dal wy­krzy­ki­wał prze­strogi, ale inni zgro­ma­dzeni do­pin­go­wali Luke'a. Za­czął się po­ru­szać w stronę głęb­szej czę­ści za­toki, gdzie lód nie był już tak twardy. Dało się sły­szeć chrup­nię­cie, a on za­trzy­mał się, po­mimo że od psa dzie­liło go kilka me­trów. Sieć po­zwo­li­łaby mu się­gnąć może jesz­cze na pół­tora me­tra, jed­nak nie wię­cej. Po chwili po­now­nie za­czął się po­su­wać do przodu. Ban­dyta wy­czuł, że nad­cho­dzi po­moc, i zwięk­szył sta­ra­nia. Się­gnął łapą lodu i pró­bo­wał wyjść.

Ode­zwały się dźwięki ko­lej­nych pęk­nięć, prze­szy­wa­jące po­wie­trze jak ude­rze­nia bi­cza. Kra­wędź ta­fli się za­chwiała, po czym zo­stała za­lana przez wodę, która chlu­snęła Luke'owi w twarz lo­do­watą falą. Ten spo­koj­nie rzu­cił sieć w stronę psa i za­cze­pił nią o jego go­rącz­kowo po­ru­sza­jące się łapy. Za­czął za nią cią­gnąć, ale lód za­ła­mał się i Luke wpadł do rzeki.

Z gar­dła Ma­rianne wy­do­był się krzyk. Luke zna­lazł się pod po­wierzch­nią, ale w ciągu kilku se­kund wy­nu­rzył głowę, po czym sil­nym ru­chem we­pchnął psa na lód. Ga­pie wi­wa­to­wali, kiedy Ban­dyta chwiej­nym kro­kiem ru­szył w kie­runku lądu.

Męż­czy­zna wciąż był w wo­dzie i po­trze­bo­wał po­mocy. Rzu­cił sieć do Ma­rianne, ale na­dal trzy­mał jej ko­niec. Się­gnęła po nią, wrzesz­cząc z wście­kło­ści, po­nie­waż bra­ko­wało jej za­le­d­wie kilku cen­ty­me­trów. Wstrzy­mała od­dech i lekko prze­su­nęła się do przodu. Bała się, że lód się za­ła­mie, ale twarz Luke'a była aż biała z bólu. Przy­bli­żyła się jesz­cze tro­chę, wy­su­nęła da­lej rękę i zdo­łała owi­nąć palce wo­kół oka sieci.

- Mam ją! - krzyk­nęła. Po­cią­gnęła za sieć, ale nie dała rady wy­cią­gnąć męż­czy­zny.

- Niech się pani trzyma! Idziemy!

Gdzieś z tyłu usły­szała po­nury głos. Brat Luke'a prze­su­wał się na brzu­chu po lo­dzie, zmie­rza­jąc w jej stronę. Zła­pał ją za kostkę i po­cią­gnął, a Ma­rianne prze­su­nęła się o kilka cen­ty­me­trów, po czym za­trzy­mała się, kiedy sieć na­prę­żyła się od cię­żaru Luke'a.

Ko­lejna para rąk chwy­ciła ją za drugą kostkę i po­cią­gnęła. Ga­pie sto­jący na brzegu sta­nęli w rzę­dzie, a męż­czyźni cią­gnęli z ca­łej siły. Sieć mię­dzy Ma­rianne i Lu­kiem aż za­trzesz­czała od na­prę­że­nia, ale po­zwo­liło mu to wy­do­stać się na lód. Lu­dzie cią­gnęli te­raz moc­niej i wkrótce Ma­rianne i Luke zna­leźli się przy brzegu. Ko­bieta we­szła bez­piecz­nie na ląd.

Luke zszedł z lodu za­raz za nią. Szczę­kał zę­bami, a dresz­cze wstrzą­sały ca­łym jego cia­łem. Dwóch męż­czyzn po­mo­gło mu sta­nąć pro­sto i zdjąć cał­ko­wi­cie prze­mo­czony płaszcz i ko­szulę. Miał zu­peł­nie bladą skórę. Brat owi­nął go swoim su­chym okry­ciem i wy­tarł mu włosy sza­lem.

Luke się śmiał, cho­ciaż na­dal trząsł się z zimna. Lu­dzie pod­cho­dzili, żeby uści­snąć mu dłoń albo po­kle­pać go po ple­cach. Roz­glą­dał się w po­szu­ki­wa­niu psa, któ­rego te­raz ener­gicz­nie gła­skał Sam. Pod­szedł do niego.

To było ide­alne uję­cie.

Ma­rianne rzu­ciła się w kie­runku ja­łowca, pod któ­rym zo­sta­wiła swój służ­bowy apa­rat Brow­nie. Za­rzu­ciła so­bie pa­sek na szyję i wró­ciła na brzeg. W mię­dzy­cza­sie Luke wziął Ban­dytę na ręce i śmie­jąc się, tu­lił drżące zwie­rzę do na­giej klatki pier­sio­wej.

- Czy mogę panu zro­bić zdję­cie? - spy­tała.

Uśmiech­nął się sze­rzej w wy­ra­zie dumy i za­do­wo­le­nia. To była zgoda, ja­kiej po­trze­bo­wała. Oparła so­bie pu­deł­ko­waty apa­rat o brzuch, spoj­rzała przez wi­zjer, otwo­rzyła przy­słonę i na­ci­snęła dźwi­gnię, żeby zro­bić zdję­cie. Słońce od­bi­ja­jące się od śniegu do­brze oświe­tlało oto­cze­nie, więc wy­ko­na­nie fo­to­gra­fii po­trwało za­le­d­wie kilka se­kund.

- Dzię­kuję - po­wie­działa.

Luke po­chy­lił się, żeby od­sta­wić psa na zie­mię.

- To ja pani dzię­kuję, Ma­rianne.

Spra­wiał wra­że­nie, jakby chciał po­wie­dzieć wię­cej, ale jego brat, wy­soki bru­net, który wy­glą­dał po­dob­nie do niego, ale był znacz­nie po­waż­niej­szy, za­czął go cią­gnąć w kie­runku po­wozu.

- Trzeba cię za­brać do domu i po­sa­dzić przed roz­grza­nym ko­min­kiem - stwier­dził Gray. - Bę­dziemy mieć szczę­ście, je­śli się nie prze­zię­bisz.

- Za­wsze je­steś jak pro­mień słońca - od­ciął się Luke, ale nie opie­rał się, kiedy brat go po­pro­wa­dził. Wsiadł do po­wozu, jed­nak za­nim za­mknął drzwi, spoj­rzał jesz­cze na Ma­rianne i mru­gnął do niej.

Po­wóz od­je­chał, a naj­wspa­nial­szy męż­czy­zna, ja­kiego kie­dy­kol­wiek po­znała, znik­nął ot tak.

Luke De­la­croix obej­mo­wał dłońmi ku­bek z go­rą­cym ka­kao i na­chy­lił się nad ko­min­kiem na tyle bli­sko, że czuł na twa­rzy go­rąco pło­mieni. Roz­ko­szo­wał się tym do­zna­niem, po­nie­waż na­dal był prze­mar­z­nięty. Po­czuł prze­dziwną eks­cy­ta­cję na myśl o tam­tej chwili na lo­dzie, kiedy le­żał obok ko­biety, która miała wię­cej od­wagi niż wszy­scy ga­pie sto­jący na brzegu. Zu­peł­nie jej nie znał, ale nie wy­da­wała mu się obca. Miała ciemne włosy i ładne nie­bie­skie oczy, w któ­rych było wi­dać obawę, a mimo to od­wa­żyła się. Był przy niej za­le­d­wie przez kilka mi­nut, ale po­dzi­wiał ją. Cza­sami lu­dzie bar­dzo szybko od­sła­niali swoją praw­dziwą na­turę.

Nie wie­dział, kto to taki, ale do końca dnia za­mie­rzał po­znać od­po­wiedź. To nie mo­gło być trudne. Po pierw­sze, dzia­łał jako szpieg i z ła­two­ścią zdo­by­wał in­for­ma­cje. Po dru­gie, apa­rat Brow­nie, któ­rego uży­wała, miał na fu­te­rale rzą­dową pie­częć, co ozna­czało, że praw­do­po­dob­nie dzia­łała na zle­ce­nie De­par­ta­mentu Za­so­bów We­wnętrz­nych. Ile fo­to­gra­fek o imie­niu Ma­rianne mo­gło być tam za­trud­nio­nych?

Do sa­lonu wszedł Gray. Po­ło­żył na stole mi­skę z go­rącą zupą i ka­wa­łek sera.

- Zjedz to wszystko - po­le­cił. Na­dal był po­iry­to­wany tym, co się wy­da­rzyło przy Bo­un­dary Chan­nel. Je­chali, żeby za­wieźć rze­czy do no­wego biura Luke'a, kiedy ich po­wóz zo­stał spo­wol­niony przez ruch uliczny. Luke za­uwa­żył ga­piów przy­glą­da­ją­cych się ja­kiejś ko­bie­cie, która we­szła na lód, żeby ra­to­wać psa. Na­ka­zał za­trzy­mać po­wóz.

Wy­mie­nił ku­bek z ka­kao na zupę i za­czął jeść, mimo że nie czuł głodu. Zupa była go­rąca i po­żywna, a le­karz po­wie­dział mu, że po­wi­nien nieco przy­tyć, żeby nad­ro­bić pięt­na­ście ki­lo­gra­mów, ja­kie stra­cił, kiedy był na Ku­bie.

- Czy po­wi­nie­nem wy­słać te­le­gram do wła­ści­ciela, że dzi­siaj nie przej­miemy biura? - spy­tał Gray. - Nie chcę, że­byś wy­cho­dził z domu z mo­krymi wło­sami. Mógł­byś się na­ba­wić za­pa­le­nia płuc.

Luke miał trzy­dzie­ści lat, ale od czasu, gdy wró­cił z Kuby chory i wy­chu­dzony, Gray za­rzu­cał go mi­ło­ścią ni­czym matka. Nie prze­szka­dzało mu to. W ciągu ze­szłego roku spra­wił swo­jej ro­dzi­nie wiele pro­ble­mów i czuł, że jest im coś wi­nien. Dla­tego zno­sił za­mar­twia­nie się Graya, zjadł, mimo że nie był głodny, i sta­rał się do­brze za­cho­wy­wać.

Sta­rał się, ale nie za­wsze mu się to uda­wało. Jaki byłby z niego czło­wiek, gdyby zi­gno­ro­wał ko­bietę, która pró­bo­wała sa­mo­dziel­nie ra­to­wać psa?

Po­chy­lił się w kie­runku ko­minka i po­cie­rał włosy, żeby szyb­ciej schły.

- I tak mo­żemy się dzi­siaj wpro­wa­dzić. Mu­szę uru­cho­mić wa­szyng­toń­skie biuro. Wy­bory w li­sto­pa­dzie mogą się wy­da­wać od­le­głe, ale pod ko­niec ty­go­dnia mam roz­mowę z Dic­kiem Shu­ste­rem. Do tego czasu po­wi­nie­nem się tam urzą­dzić.

- Mu­simy być ostrożni - od­parł Gray, a Luke wie­dział, że to ostrze­że­nie nie miało nic wspól­nego z mo­krymi wło­sami ani wła­ści­wym od­ży­wia­niem. Do­ty­czyło na­to­miast tego, że Dic­kie Shu­ster był prze­bie­głym, pod­stęp­nym i praw­do­po­dob­nie naj­spryt­niej­szym re­por­te­rem w Wa­szyng­to­nie. - Dic­kie cały czas stoi po stro­nie Ma­gru­de­rów. Bę­dzie po ci­chu dzia­łał, żeby cię pod­ko­pać, a wy­pro­mo­wać Clyde'a i jego ro­dzinę.

- My­lisz się - od­po­wie­dział Luke. - Dic­kie zrobi wszystko, żeby tylko wy­pro­mo­wać sa­mego sie­bie.

Ro­dziny De­la­croix i Ma­gru­de­rów ry­wa­li­zo­wały ze sobą od po­ko­leń. Ni­gdy się nie lu­bili, a wro­gie na­sta­wie­nie na­ro­sło tuż po woj­nie se­ce­syj­nej. De­la­croix, je­den z bo­gat­szych ro­dów ku­piec­kich w Wir­gi­nii, stra­cił pod­czas wojny wszystko. Ich dom zo­stał do­szczęt­nie spa­lony, a na­le­żące do nich cztery statki za­własz­czył rząd i ni­gdy ich nie zwró­cił. Po woj­nie zo­stały wy­sta­wione na au­kcję. Oj­ciec Luke'a wziął w niej udział, żeby ku­pić Wró­bla, naj­mniej­szy ze stat­ków, w roz­pacz­li­wej pró­bie od­bu­do­wa­nia ma­jątku.

Pod­czas au­kcji trium­fo­wał Je­di­diah Ma­gru­der, naj­star­szy z ro­dziny, który wy­win­do­wał cenę. Oj­ciec Luke'a nie był w sta­nie z nim kon­ku­ro­wać, dla­tego Ma­gru­de­ro­wie ku­pili sta­tek za uła­mek war­to­ści. Sami na­wet nie zaj­mo­wali się eks­por­tem swo­ich pro­duk­tów, więc nie po­trze­bo­wali statku han­dlo­wego. Ku­pili go je­dy­nie po to, żeby po­ka­zać ojcu Luke'a, że mogą to zro­bić. Gdyby były jesz­cze ja­kie­kol­wiek wąt­pli­wo­ści co do ich mo­ty­wów, zo­stały po­grze­bane z chwilą, gdy Je­di­diah usu­nął ze statku wszystko, co miało ja­ką­kol­wiek war­tość, a na­stęp­nie spa­lił go na na­brzeżu.

- Mie­li­śmy wspa­niałe kon­fe­de­rac­kie ogni­sko - chwa­lił się dzien­ni­ka­rzom.

To zda­rze­nie spra­wiło, że nie­chęć mię­dzy ro­dzi­nami uro­sła do za­go­rza­łej nie­na­wi­ści, która wraz z upły­wem lat jesz­cze się po­gar­szała. Ma­gru­de­ro­wie zni­żyli się na­wet do prze­ku­py­wa­nia dzien­ni­ka­rzy, aby ob­rzu­cali bło­tem ród De­la­croix, i w prze­szło­ści ko­rzy­stali już z usług Dic­kiego Shu­stera.

- Dic­kiego można prze­cią­gnąć na na­szą stronę i za­mie­rzam to zro­bić - stwier­dził Luke.

Nie by­łoby to ła­twe, ale Luke miał w mie­ście mnó­stwo zna­jo­mo­ści. Był też mą­drzej­szy od Ma­gru­de­rów. Nie miałby nic prze­ciw ocie­ple­niu sto­sun­ków z Dic­kiem Shu­ste­rem, żeby zy­skać prze­wagę w lo­kal­nej pra­sie. Te­raz, kiedy stan jego zdro­wia się po­pra­wiał, nad­szedł czas, żeby wró­cić do dzien­ni­kar­stwa, a to ozna­czało prze­nie­sie­nie się do no­wego biura.

Kiedy wy­szedł na ze­wnątrz, zmro­ziło go lo­do­wate po­wie­trze. Zi­gno­ro­wał to i wsiadł do po­wozu, a Gray tuż za nim. Je­śli wszystko prze­bie­głoby po­myśl­nie, na­dal mieli jesz­cze szansę do końca dnia urzą­dzić biuro. Po­wóz ru­szył w kie­runku cen­trum Wa­szyng­tonu, a Luke wal­czył z dresz­czami.

- Czy Ma­gru­de­rom udało się zro­bić ja­kieś po­stępy w po­zba­wia­niu nas do­cho­dów ze sprze­daży przy­praw? - spy­tał, roz­pacz­li­wie pró­bu­jąc ode­rwać my­śli od prze­szy­wa­ją­cego go zimna.

Ką­ciki ust brata opa­dły.

- Pró­bują. Nie udało się im z pa­ko­wa­nymi przy­pra­wami, ale za­bie­rają mi sporą część do­cho­dów na rynku eks­traktu wa­ni­lio­wego.

Ro­dzina De­la­croix zbu­do­wała swój ma­ją­tek na han­dlu dro­gimi przy­pra­wami, a Ma­gru­de­ro­wie wzbo­ga­cili się na­wet bar­dziej, han­dlu­jąc kon­ser­wo­waną żyw­no­ścią. Oby­dwie ro­dziny za­wsze ze sobą kon­ku­ro­wały, ale te­raz trwała mię­dzy nimi otwarta walka, a stawka była wyż­sza. Clyde Ma­gru­der, głowa ro­dziny, zo­stał wy­brany do Kon­gresu i można się było spo­dzie­wać, że ze­chce to wy­ko­rzy­stać, żeby znisz­czyć kon­ku­ren­tów.

- Ma­gru­de­ro­wie uży­wają che­mi­ka­liów do imi­to­wa­nia wa­ni­lii - cią­gnął Gray. - To mik­stura stwo­rzona w la­bo­ra­to­rium, w któ­rej skład wcho­dzi kre­ozot ze smoły drzew­nej i sztuczne aro­maty. Wy­pro­du­ko­wa­nie ta­kiego cze­goś kosz­tuje gro­sze, więc ni­gdy nie będę w sta­nie prze­bić ich ceny. Więc tak, szko­dzą na­szym in­te­re­som.

De­la­croix Glo­bal Spice było lu­kra­tyw­nym przed­się­wzię­ciem. Firma im­por­to­wała naj­bar­dziej wy­szu­kane przy­prawy z róż­nych za­kąt­ków świata i po­sia­dała naj­bar­dziej pre­sti­żową markę na rynku. Na­zwi­sko De­la­croix było sy­no­ni­mem ja­ko­ści, tym­cza­sem Ma­gru­de­ro­wie sta­no­wili ich prze­ci­wień­stwo. Zdo­byli swój ma­ją­tek, wy­twa­rza­jąc na ma­sową skalę pod­sta­wowe pro­dukty ta­kie jak fa­solka w pusz­kach i szynka kon­ser­wowa. Do­da­wali do nich wy­peł­nia­cze i kon­ser­wanty, ale utrzy­my­wali ni­skie ceny. Te­raz pró­bo­wali wkro­czyć na ry­nek przy­praw, i było to za­gro­że­niem.

Luke moc­niej otu­lił się płasz­czem, spo­glą­da­jąc na po­nure stycz­niowe wi­doki. Był ubrany w naj­cie­plej­sze zi­mowe okry­cie, grube rę­ka­wiczki i weł­niany szal, ale na­dal od­czu­wał chłód. Na­wet po­wie­trze w płu­cach wy­da­wało mu się zimne. Po­now­nie za­czął się trząść.

- Luke, to nie jest do­bry po­mysł - ode­zwał się Gray.

Gdyby tylko do­tarli już do bu­dynku, nie by­łoby mu aż tak zimno. W lo­kalu znaj­do­wał się pie­cyk wę­glowy, przy któ­rym mógłby się w końcu roz­grzać.

- Dam so­bie radę - od­parł. Wo­lałby, żeby przy tym nie szczę­kały mu zęby. - Na­prawdę nie­na­wi­dzę Ma­gru­de­rów. Może po­wi­nie­nem po­wie­dzieć: kon­gres­mena Ma­gru­dera. Mo­żesz w to uwie­rzyć? Sły­sza­łem, że wy­naj­muje naj­wy­twor­niej­szy dom przy placu Fran­klina. Te­raz, kiedy wró­ci­łem do Wa­szyng­tonu, do­pil­nuję, żeby nie miał szans na re­elek­cję.

Gray po­chy­lił się i otwo­rzył klapkę za sie­dze­niem stan­greta.

- Pro­szę za­wró­cić - po­in­stru­ował. - Je­dziemy do domu. - Usiadł na swoim miej­scu, a na jego twa­rzy uwi­docz­niło się zmar­twie­nie. - Nie po­zwól, żeby nie­cier­pli­wość do­pro­wa­dziła cię do zro­bie­nia cze­goś głu­piego. Je­śli za­cho­ru­jesz na za­pa­le­nie płuc, wy­klu­czy cię to z dzia­ła­nia na kilka ty­go­dni.

Luke wes­tchnął. Gray praw­do­po­dob­nie miał ra­cję, ale w tym wszyst­kim cho­dziło o znacz­nie wię­cej niż wro­gość mię­dzy ro­dzi­nami czy ceny przy­praw. Kryła się za tym na­gląca i nie­prze­parta chęć, żeby utrzeć nosa Clyde'owi Ma­gru­de­rowi. Ten czło­wiek nie po­wi­nien był się zna­leźć w Kon­gre­sie i Luke za­mie­rzał go stam­tąd usu­nąć.

Jego wzrok po­wę­dro­wał za okno, skąd w od­dali było wi­dać Ka­pi­tol i jego cha­rak­te­ry­styczną białą ko­pułę - sym­bol wła­dzy, jaką dzier­żyli lu­dzie w tym mie­ście. W ja­kiś spo­sób chciał wpły­nąć na to, co się dzieje w tym bu­dynku. Być może bę­dzie to wy­ma­gało kilku de­kad, ale za­mie­rzał to osta­tecz­nie osią­gnąć. Gray miał ra­cję. Nie mógł so­bie po­zwo­lić na za­cho­ro­wa­nie je­dy­nie z po­wodu wła­snej nie­cier­pli­wo­ści.

Po­wóz za­wró­cił, a on za­uwa­żył uliczny wó­zek wy­peł­niony ró­żami i goź­dzi­kami. Mia­sto było po­nure, za­chmu­rzone i po­kryte śnie­giem, a ta kwia­towa plama czer­wieni przy­kuła jego uwagę.

- Za­sta­na­wiam się, skąd oni biorą kwit­nące róże w stycz­niu.

Gray po­dą­żył za jego wzro­kiem w kie­runku wózka z kwia­tami.

- De­par­ta­ment Rol­nic­twa ma całe hek­tary szklarni. Mogą zmu­sić wszyst­kie ro­śliny do kwit­nię­cia.

- Za­trzy­maj po­wóz - rzu­cił Luke im­pul­syw­nie. W świe­cie spo­wi­tym śnie­giem i po­kry­tym lo­dem po­dzi­wia­nie tych kwia­tów na­gle było dla niego nie­zmier­nie ważne. Kiedy po­wóz sta­nął, on wy­sko­czył na ze­wnątrz i się­gnął po naj­więk­szy bu­kiet z wózka kwia­cia­rza. - Czy mo­żesz je gdzieś do­star­czyć? - spy­tał.

Chło­pak po­ma­ga­jący sprze­dawcy chęt­nie pod­jął się tego za­da­nia w za­mian za parę mo­net.

- Chce pan do­łą­czyć bi­le­cik? - za­pro­po­no­wał kwia­ciarz.

Ze­chciał. Męż­czy­zna dał mu kar­teczkę. Z zimna aż drżała Luke'owi ręka, ale szybko na­pi­sał wia­do­mość: "Dzię­kuję za nie­za­po­mniany po­ra­nek. Luke".

- Pro­szę to za­nieść do De­par­ta­mentu Za­so­bów We­wnętrz­nych, do panny Ma­rianne - po­le­cił.

Pro­mie­niał od eks­cy­ta­cji, kiedy wra­cał do po­wozu.

2

Ma­rianne Ma­gru­der po­roz­kła­dała zdję­cia na stole w ja­dalni, ża­łu­jąc, że nie ma na to wię­cej miej­sca. Wpro­wa­dziła się do tego domu w ze­szłym roku, kiedy jej oj­ciec zo­stał wy­brany do Kon­gresu. Była to jedna z więk­szych miej­skich re­zy­den­cji w Wa­szyng­to­nie, ale i tak znacz­nie cia­śniej­sza w po­rów­na­niu z ja­dal­nią w ich po­sia­dło­ści w Bal­ti­more. Tu­taj le­dwo mie­ścił się ma­ho­niowy stół i kre­dens. W po­miesz­cze­niu bra­ko­wało na­tu­ral­nego świa­tła, ale była za­in­sta­lo­wana elek­trycz­ność, która roz­ja­śniała ja­dal­nię nie­za­leż­nie od pory dnia, a jej oj­ciec miał wró­cić do domu póź­niej.

Prze­gląd fo­to­gra­fii był szcze­gól­nym co­ty­go­dnio­wym zwy­cza­jem. Ma­rianne wy­bie­rała swoje naj­lep­sze prace i po­ka­zy­wała je ojcu, po­nie­waż ro­zu­miał po­trzeby wa­szyng­toń­skich urzęd­ni­ków le­piej niż ona, a jego rady były bez­cenne. W tym ty­go­dniu wy­brała zdję­cia Po­mnika Wa­szyng­tona, dworca ko­le­jo­wego Bal­ti­more i Po­to­mac, a także dzieci ba­wią­cych się w śniegu przed Bi­blio­teką Kon­gresu.

- Może do­ło­żysz jesz­cze to z tam­tym męż­czy­zną i psem Sama? - za­gad­nęła ją matka. Vera była prze­ra­żona przy­godą córki, choć rów­no­cze­śnie bar­dzo jej to za­im­po­no­wało, a zdję­cie prze­mę­czo­nego męż­czy­zny trium­fal­nie trzy­ma­ją­cego Ban­dytę było naj­lep­szą fo­to­gra­fią, jaką Ma­rianne wy­ko­nała w tym ty­go­dniu. Z za­chwy­tem przy­glą­dała się, jak ob­raz wy­ła­nia się pod­czas wy­wo­ły­wa­nia w ciemni. Dżen­tel­men, któ­rego po­znała je­dy­nie jako Luke'a, mu­siał być zu­peł­nie prze­mar­z­nięty, ale nie przy­ćmiło to en­tu­zja­zmu w jego ro­ze­śmia­nym spoj­rze­niu, kiedy pa­trzył jej pro­sto w oczy, przy­ci­ska­jąc do sie­bie psa. Fo­to­gra­fia przed­sta­wiała po pro­stu bo­ha­ter­skiego czło­wieka na kilka se­kund po tym, jak wy­nu­rzył się z lo­do­wa­tej wody, a jego czyn był uoso­bie­niem mę­skiej od­wagi i siły.

- To nie jest zdję­cie zro­bione dla rządu - od­parła, ukła­da­jąc bar­dziej pro­za­iczne od­bitki.

Nie była w sta­nie prze­stać my­śleć o Luke'u, szcze­gól­nie po tym, jak do­tarł do niej bu­kiet z tu­zina czer­wo­nych róż. Kwiaty cze­kały na nią, kiedy przy­szła do pracy na drugi dzień po tam­tym zda­rze­niu. Ża­ło­wała, że nie pod­pi­sał się na bi­le­ciku peł­nym na­zwi­skiem, żeby mo­gła mu wy­słać kartkę z po­dzię­ko­wa­niem, ale po­dob­nie jak to było z jego szyb­kim przy­by­ciem i znik­nię­ciem znad brzegu, wy­da­wało się, że po­ja­wia się w jej ży­ciu jak wi­cher, a po­tem rów­nie szybko od­cho­dzi.

- Zdję­cie tego męż­czy­zny z psem jest lep­sze niż te wszyst­kie nudne uję­cia bu­dyn­ków - stwier­dziła Vera, przyj­rzaw­szy się fo­to­gra­fiom. Lekko ziew­nęła i z wy­sił­kiem utrzy­my­wała otwarte oczy.

- Dla­czego nie pój­dziesz do łóżka? - spy­tała Ma­rianne.

Vera mach­nęła skro­pioną per­fu­mami chu­s­teczką.

- Bzdura. Chcę tu być, kiedy twój oj­ciec wróci.

Jed­nak nie miało to na­stą­pić przez co naj­mniej go­dzinę. Clyde Ma­gru­der spę­dzał więk­szość swo­jego pierw­szego roku w Kon­gre­sie na spo­tka­niach, ofi­cjal­nych przy­ję­ciach i w za­dy­mio­nych po­ko­jach. Dzi­siej­szego wie­czoru jadł ko­la­cję w to­wa­rzy­stwie prze­wod­ni­czą­cego Ko­mi­sji do spraw Pro­du­cen­tów, je­dy­nej ko­mi­sji, do ja­kiej na­le­żał. Za­mie­rzał za­im­po­no­wać mło­demu prze­wod­ni­czą­cemu.

Ży­cie w Kon­gre­sie było trudną zmianą dla ojca. Był przy­zwy­cza­jony do za­rzą­dza­nia jed­nym z naj­bo­gat­szych przed­się­biorstw w Ame­ryce, a te­raz jako nowy kon­gres­men pod­le­gał czło­wie­kowi o po­łowę od sie­bie młod­szemu. Rzadko kiedy przy­cho­dził do domu przed dzie­wiątą wie­czo­rem. A cza­sami nie wra­cał w ogóle.

Ma­rianne uwiel­biała swo­jego ojca, ale uwa­żała, że mógłby być lep­szym mę­żem.

Mimo to nie za­mie­ni­łaby tego ostat­niego roku w Wa­szyng­to­nie na nic in­nego. Od czasu prze­pro­wadzki wy­jąt­kowo zbli­żyły się do sie­bie z matką. Vera prze­ży­wała wy­jazd z Bal­ti­more, gdzie była kró­lową ży­cia to­wa­rzy­skiego. Te­raz mu­siała zbu­do­wać wszystko od pod­staw w no­wym mie­ście, gdzie była zwy­kłą żoną nowo wy­bra­nego kon­gres­mena. Na­gle stała się bar­dzo za­leżna od córki. Ro­biły wszystko ra­zem. Cho­dziły na za­kupy, pla­no­wały her­batki dla go­ści, a na­wet plot­ko­wały. Po raz pierw­szy w ży­ciu Ma­rianne czuła, że mają nor­malne re­la­cje matki i córki, i na­pa­wała się każdą chwilą.

Vera po­de­szła do kre­densu, na któ­rym le­żały uło­żone w kupkę od­rzu­cone zdję­cia z tego ty­go­dnia. Wy­cią­gnęła fo­to­gra­fię Luke'a i wy­mow­nie nią po­ma­chała.

- To jest naj­lep­sze. Do­daj je do tych, które po­ka­żesz ojcu.

Ma­rianne roz­wa­żała tę su­ge­stię. Mimo że De­par­ta­ment Za­so­bów We­wnętrz­nych ocze­ki­wał zdjęć do­ku­men­tu­ją­cych kon­kretne ini­cja­tywy rzą­dowe, od czasu do czasu do­ce­niano ar­ty­styczne uję­cia wy­ko­nane w mie­ście.

- Nie są­dzę, że to do­bry po­mysł - od­parła.

Wczo­raj opo­wie­działa ojcu o zda­rze­niu z psem, ale nie o fo­to­gra­fii. Było w niej coś zbyt oso­bi­stego. Po­ka­zy­wała mo­ment bli­sko­ści po­mię­dzy nią a zu­peł­nie ob­cym czło­wie­kiem, wraz z któ­rym zro­biła coś na­prawdę śmia­łego. To była jedna z naj­bar­dziej eks­cy­tu­ją­cych chwil w jej ży­ciu i nie czuła się go­towa, by się nią z kimś dzie­lić. Za­zwy­czaj po­zwa­lała ojcu przy­glą­dać się swo­jemu ży­ciu za sprawą ro­bio­nych przez sie­bie zdjęć. Po­ka­zy­wała mu wszystko. Jed­nak nie chciała, żeby zo­ba­czył tego męż­czy­znę z psem. Coś ją przed tym prze­strze­gało.

Kiedy jej oj­ciec wró­cił do domu, była już pra­wie dwu­dzie­sta druga, a mę­skie głosy za drzwiami ozna­czały, że przy­pro­wa­dził to­wa­rzy­stwo. Prze­ra­żona Vera na­tych­miast po­bie­gła na górę. Miała już roz­pusz­czone włosy i wy­godną su­kienkę bez cia­snego gor­setu pod spodem. Wy­gląd był dla niej nie­zwy­kle ważny i ni­gdy nie po­zwo­li­łaby so­bie, żeby ktoś zo­ba­czył ją w swo­bod­nym do­mo­wym stroju.

Ma­rianne nie miała ta­kich opo­rów i nie zro­biła nic poza po­pra­wie­niem koł­nie­rzyka bluzki, po czym udała się do holu, żeby przy­wi­tać ojca, który wła­śnie od­wie­szał ma­ry­narkę. Jego go­ściem był ru­do­włosy męż­czy­zna ze spo­rych roz­mia­rów wą­sami, przy­po­mi­na­jący morsa. Po­dej­rze­wała, że to kon­gres­men Ro­land Dern, po­nie­waż oj­ciec po­wie­dział jej kie­dyś, jak bar­dzo nie po­doba mu się taki za­rost. Dern miał około trzy­dzie­stu lat i był prze­wod­ni­czą­cym ko­mi­sji, do któ­rej na­le­żał Clyde. Ozna­czało to, że był jego prze­ło­żo­nym.

- Ro­lan­dzie, chciał­bym ci przed­sta­wić moją córkę Ma­rianne. To ta, którą nie­ustan­nie się chwalę.

Kon­gres­men uprzej­mie ski­nął głową.

- Przy­sze­dłem obej­rzeć pani fo­to­gra­fie. Kiedy za­czy­na­li­śmy ko­la­cję, nie zda­wa­łem so­bie sprawy, że w czwart­kowe wie­czory ma pani stałe spo­tka­nia z oj­cem. Prze­pra­szam, że opóź­ni­łem ten ry­tuał. Nie traćmy wię­cej czasu. Niech mi pani po­każe swoje zdję­cia.

Ma­rianne spoj­rzała na ojca, py­ta­jąc o zgodę. Ten co­ty­go­dniowy zwy­czaj od­by­wał się prze­waż­nie je­dy­nie w to­wa­rzy­stwie ro­dzi­ców. Clyde spra­wiał wra­że­nie nie­spo­koj­nego, ale sztywno ski­nął głową. Mu­siało mu być nie­zręcz­nie pod­le­gać czło­wie­kowi na tyle mło­demu, że mógłby być jego sy­nem. Ma­rianne uda­wała jed­nak, że nie za­uwa­żyła na­pię­cia. Po­pro­wa­dziła ich do ja­dalni, gdzie znaj­do­wały się jej naj­lep­sze prace.

Męż­czyźni obe­szli stół do­koła, zo­sta­wia­jąc za sobą za­pach dymu ty­to­nio­wego. Oj­ciec za­trzy­mał się przy zdję­ciu, które zro­biła dzie­ciom na ze­wnątrz Bi­blio­teki Kon­gresu. Fo­to­gra­fia uchwy­ciła at­mos­ferę nie­zbu­rzo­nej ra­do­ści wśród ba­wią­cych się swo­bod­nie mal­ców.

- To po­winno tra­fić do mu­zeum - stwier­dził Clyde, śmie­jąc się na wi­dok ob­le­pio­nych śnie­giem dzieci. - Świa­tło, wy­razy twa­rzy, kom­po­zy­cja... to wszystko sta­nowi czy­stą po­ezję utrwa­loną na ce­lu­lo­idzie. To spra­wia, że chciał­bym wziąć tych chłop­ców na ręce i za­brać ich ze sobą do domu.

Uśmiech­nęła się, choć nie prze­oczyła odro­biny żalu w jego gło­sie. Clyde za­wsze chciał mieć gro­madkę dzieci, ale nie po­zwa­lało na to wą­tłe zdro­wie jej matki.

- Rząd pani płaci, żeby ro­biła pani ta­kie zdję­cia? - spy­tał kon­gres­men Dern, w któ­rego to­nie wy­brzmiała dez­apro­bata.

Clyde to usły­szał i sta­nął w obro­nie córki.

- Po­trze­bują jak naj­wię­cej fo­to­gra­fii w przy­go­to­wa­niach do Planu McMil­lana.

Plan McMil­lana obej­mo­wał opty­mi­styczną wi­zję wy­bu­rze­nia daw­nych bu­dyn­ków rzą­do­wych i zro­bie­nia miej­sca pod ol­brzymi park, wo­kół któ­rego miały po­wstać nowe obiekty kul­tu­ralne i ad­mi­ni­stra­cyjne. Wszy­scy jej zna­jomi, łącz­nie z więk­szo­ścią lu­dzi z De­par­ta­mentu Za­so­bów We­wnętrz­nych, uwa­żali ten plan za eks­tra­wa­ganc­kie mar­no­wa­nie pie­nię­dzy. Dla­tego przy­dzie­lono jej za­da­nie fo­to­gra­fo­wa­nia ist­nie­ją­cej ar­chi­tek­tury i do­ku­men­to­wa­nia tego, jak wy­ko­rzy­sty­wane są miej­sca pu­bliczne.

- Plan McMil­lana to wy­rzu­ca­nie w błoto pie­nię­dzy po­dat­ni­ków - stwier­dził Dern. - To wszystko po to, żeby Wa­szyng­ton mógł do­rów­nać naj­więk­szym sto­li­com eu­ro­pej­skim. Moim zda­niem w in­te­re­sie na­szego kraju leży biz­nes. A nie ja­kieś zie­lone prze­strze­nie.

- Zga­dzam się - przy­tak­nął mu Clyde, który pod­szedł te­raz do od­bi­tek przed­sta­wia­ją­cych dwo­rzec Bal­ti­more i Po­to­mac. - To zdję­cie jest nie­złe - ode­zwał się po chwili.

Była to marna po­chwała. Jej oj­ciec nie był ar­ty­stą, ale miał do­bre wy­czu­cie, a Ma­rianne ufała jego zda­niu.

- Co jest w nim nie tak? - spy­tała.

Przy­glą­dał się fo­to­gra­fii, marsz­cząc brwi.

- Masz ja­kieś inne uję­cia dworca?

- Nie po­więk­sza­łam ich, ale mam jesz­cze kil­ka­na­ście.

- Chciał­bym je zo­ba­czyć.

Po­zo­stałe zdję­cia miały roz­miar osiem na trzy­na­ście cen­ty­me­trów, stan­dar­dowy for­mat dla tego typu apa­ratu, ja­kiego uży­wała. Po wy­wo­ła­niu filmu wy­bie­rała do po­więk­sze­nia je­dy­nie naj­lep­sze zdję­cia. Duże od­bitki miały tra­fić do ar­chi­wów rzą­do­wych za­wie­ra­ją­cych do­ku­men­ta­cję mia­sta dla przy­szłych po­ko­leń. Na­wet bez Planu McMil­lana Wa­szyng­ton prze­cho­dził od­nowę, po­nie­waż bu­dynki z czer­wo­nej ce­gły z cza­sów ko­lo­nial­nych były wy­bu­rzane i za­stę­po­wane mo­nu­men­tal­nymi gma­chami w stylu neo­kla­sy­cy­stycz­nym. Ma­rianne zo­stała za­trud­niona, żeby do­ku­men­to­wać pro­ces, w któ­rym li­kwi­do­wano dawne bu­dowle, wy­rów­ny­wano te­ren, a na­stęp­nie sta­wiano szkie­lety no­wych.

Po­dała ojcu po­zo­stałe zdję­cia sta­cji Bal­ti­more i Po­to­mac, a ten przej­rzał je szybko, wy­brał trzy i po­ło­żył na stole.

- Te mogą być lep­sze - stwier­dził.

- Dla­czego? - spy­tała. Trzy zbli­że­nia wy­da­wały się nudne i nie uka­zy­wały neo­go­tyc­kiego piękna dworca. Gmach Bal­ti­more i Po­to­mac miał za­le­d­wie trzy­dzie­ści lat i sta­no­wił wspa­niały przy­kład ar­chi­tek­tury epoki wik­to­riań­skiej. Był zbu­do­wany z czer­wo­nej ce­gły, po­sia­dał trzy wieże kryte łup­kiem i ozdobne ele­menty kute z że­laza. Jego piękno spra­wiało, że był jed­nym z po­pu­lar­niej­szych ob­ra­zów na pocz­tów­kach ku­po­wa­nych przez tu­ry­stów. Znaj­do­wał się za­le­d­wie trzy prze­cznice od Ka­pi­tolu i słu­żył jako sta­cja, z któ­rej naj­czę­ściej ko­rzy­stali wszy­scy pra­cu­jący w Kon­gre­sie.

- Je­śli Plan McMil­lana przej­dzie, dwo­rzec bę­dzie prze­zna­czony do wy­bu­rze­nia - po­wie­dział Clyde. - Kon­gres­meni wi­dzą go co­dzien­nie, ale twoje zdję­cia pod­kre­ślają koszty, ja­kie zo­stały po­nie­sione, żeby wy­ko­nać te por­tale i or­na­men­talne ozdoby. Mają war­tość. Ro­lan­dzie? Co są­dzisz?

Męż­czy­zna ski­nął głową.

- Je­śli rząd wy­bu­rza zu­peł­nie do­bry dwo­rzec na rzecz parku pu­blicz­nego, my­ślę, że na­ród po­wi­nien wie­dzieć, co traci.

Clyde pod­szedł do kre­densu, żeby odło­żyć mniej­sze od­bitki, po czym za­trzy­mał się.

- Co to jest?

Ma­rianne ze­sztyw­niała. Oj­ciec trzy­mał fo­to­gra­fię Luke'a, a jego twarz wy­ra­żała dez­apro­batę. Fakt, na tym zdję­ciu Luke był bez ko­szuli, ale nie było to nie­przy­zwo­ite. Jego ra­miona okry­wał płaszcz, a pies za­sła­niał mu więk­szość torsu.

- Wła­śnie ten dżen­tel­men wy­do­stał Ban­dytę z za­mar­z­nię­tej rzeki - po­wie­działa. - Nie mo­głam się po­ha­mo­wać, żeby go nie sfo­to­gra­fo­wać.

- To jest ten czło­wiek? - spy­tał Clyde z za­sko­cze­niem w gło­sie.

- Tak. Był bar­dzo bo­ha­ter­ski. - Miała już po­wie­dzieć, że na­wet przy­słał jej róże, ale po­nura mina ojca spra­wiła, że się po­wstrzy­mała.

Po chwili odło­żył zdję­cie na kupkę.

- Naj­le­piej by było, że­byś się z nim już wię­cej nie spo­tkała - stwier­dził chłodno.

Wska­zał kon­gres­me­nowi Der­nowi, żeby udali się do ga­bi­netu, po­zo­sta­wia­jąc Ma­rianne pa­trzącą za nim z osłu­pie­niem i dez­orien­ta­cją.

Przy­mu­sowa ką­piel w za­mar­z­nię­tej rzece oka­zała się dla Luke'a bar­dziej kło­po­tliwa, niż się tego spo­dzie­wał. Nie za­cho­ro­wał wpraw­dzie na za­pa­le­nie płuc ani żadną dra­styczną cho­robę, ja­kiej oba­wiał się Gray, jed­nak to zda­rze­nie w nie­zro­zu­miały spo­sób po­zba­wiło go sił. Spę­dził ko­lej­nych kilka dni w sy­pialni, pod stertą ko­ców, i miał wra­że­nie, że kiedy tylko wy­nu­rzał się spod przy­kry­cia, do­sta­wał dresz­czy.

Cóż za iro­nia. Przez pięt­na­ście mie­sięcy był za­mknięty w ku­bań­skiej celi wię­zien­nej, po­cił się w okrop­nym upale i prze­śla­do­wały go my­śli o du­żej szklance lo­do­wa­tej wody. Bóg naj­wi­docz­niej miał dziwne po­czu­cie hu­moru, gdyż Luke te­raz nie chciał już ni­gdy wię­cej mieć do czy­nie­nia z lo­do­watą wodą.

W po­nie­dzia­łek był już go­towy ob­jąć nowe biuro. Im szyb­ciej zdoła urzą­dzić wa­szyng­toń­ską sie­dzibę ma­ga­zynu The Mo­dern Cen­tury, tym spraw­niej po­dej­mie próby po­zba­wie­nia urzędu kilku kon­gres­me­nów. Li­sto­pa­dowe wy­bory wy­da­wały się od­le­głe, ale prze­ana­li­zo­wa­nie sła­bo­ści tych lu­dzi i roz­po­czę­cie sub­tel­nej kam­pa­nii wy­ma­gały do­kład­nego pla­no­wa­nia.

Biurko, stół i półki zo­stały już do­star­czone do biura, ale książki, ma­szyna do pi­sa­nia, te­le­fon i wy­po­sa­że­nie mu­siały do­piero zo­stać prze­wie­zione. Naj­trud­niej­sza do wnie­sie­nia po krę­tej klatce scho­do­wej była pra­wie dwu­me­trowa ta­blica, a Luke w dro­dze na dru­gie pię­tro trzy­krot­nie ude­rzył się w go­leń.

- Gdzie chcesz to umie­ścić? - spy­tał Gray, kiedy w końcu ją wtasz­czyli.

- Na ścia­nie za biur­kiem.

Biuro było du­żym po­miesz­cze­niem z dwoma oknami wy­cho­dzą­cymi na ro­bot­ni­czą część mia­sta. Z jed­nej strony znaj­do­wało się biurko, stół - po­środku, a się­ga­jące do wy­so­ko­ści uda półki na książki stały pod oknami. Był tam też osobny sto­lik na te­le­fon i ma­szynę do pi­sa­nia. Obec­nie Luke był je­dy­nym re­por­te­rem, ale je­śli wa­szyng­toń­skie biuro bę­dzie dzia­łało owoc­nie, kie­dyś może mieć wię­cej dzien­ni­ka­rzy.

Nie­długo po­tem za­wie­sili ta­blicę, a pierw­szą rze­czą, jaką Luke do niej przy­cze­pił, była li­sta z pię­cioma na­zwi­skami kon­gres­me­nów. Obok niej umie­ścił wi­do­kówkę przed­sta­wia­jącą pa­no­ramę Fi­la­del­fii.

Gray zmarsz­czył czoło, przy­glą­da­jąc się na­zwi­skom.

- Wiem, dla­czego chciał­byś, żeby Ma­gru­der stra­cił urząd, ale co jest nie tak z tym czło­wie­kiem z Mi­chi­gan?

- Sie­dzi Clyde'owi w kie­szeni - od­parł Luke. - Wszy­scy oni idą w ślad za Ma­gru­de­rem i blo­kują re­formy prze­my­słu spo­żyw­czego i far­ma­ceu­tycz­nego. Je­śli ja­kiś kon­gres­men od­wraca wzrok, pod­czas gdy pro­du­cenci do­dają che­mi­ka­liów do żyw­no­ści, do­pil­nuję, żeby prze­grał w ko­lej­nych wy­bo­rach. - Uśmiech­nął się aniel­sko i po­ło­żył so­bie dłoń na sercu. - To mój oby­wa­tel­ski obo­wią­zek.

Gray po­pa­trzył na wi­do­kówkę i na­gle po­smut­niał.

- Luke... my­ślę, że po­wi­nie­neś od­pu­ścić. To, co się przy­da­rzyło tym lu­dziom w Fi­la­del­fii, to nie była twoja wina.

Fi­la­del­fia na za­wsze miała być dla Luke'a bo­lączką. Pięć lat temu ich ro­dzina pró­bo­wała za­wrzeć ro­zejm z Clyde'em Ma­gru­de­rem. Luke zo­stał wy­brany, żeby po­kie­ro­wać tą sprawą, po­nie­waż wśród po­zo­sta­łych człon­ków ro­dzin ist­niało wiele tarć. De­la­croix i Ma­gru­de­ro­wie nie mieli zo­stać przy­ja­ciółmi, ale li­czyli na prze­ła­ma­nie na­pięć po­przez wspólne przed­się­wzię­cie. Plan po­le­gał na po­łą­cze­niu re­nomy firmy De­la­croix i moż­li­wo­ści ma­so­wego wy­twa­rza­nia żyw­no­ści przez Ma­gru­de­rów. Clyde wy­szedł z pro­po­zy­cją dro­giej kawy, z wy­ko­rzy­sta­niem wła­snej pacz­kowni, ale sprze­da­wa­nej pod marką De­la­croix. Oby­dwie firmy miały na tym zy­skać. Luke po­ha­mo­wał nie­chęć i wspól­nie opra­co­wali plan dys­try­bu­cji. Gray spro­wa­dził z Ke­nii naj­lep­sze ziarna kawy, a Ma­gru­de­ro­wie za­jęli się pro­duk­cją. We­szli z nową li­nią do Fi­la­del­fii, mia­sta sły­ną­cego ze świet­nych ka­wiarni.

Luke po­wi­nien był wie­dzieć, żeby nie ufać Ma­gru­de­rowi. Do zna­ko­mi­tej kawy Clyde do­dał ta­niej mie­lo­nej cy­ko­rii i sztucz­nych aro­ma­tów, aby za­ma­sko­wać jej po­smak. Po­zy­skana w ten spo­sób mie­szanka oka­zała się do­bra, miała de­li­katny smak i ku­szący aro­mat, jed­nak na opa­ko­wa­niach nie było żad­nej wzmianki na te­mat ja­kich­kol­wiek do­dat­ków. W ciągu ty­go­dnia od wy­pusz­cze­nia kawy na ry­nek mie­sza­nina che­miczna oka­zała się śmier­tel­nie tru­jąca dla trzech osób. O ile więk­szość lu­dzi bez pro­ble­mów tra­wiła ta­nią mik­sturę spo­rzą­dzoną w fa­bryce Ma­gru­de­rów, dla osób uczu­lo­nych na ko­rzeń cy­ko­rii oka­zała się ona za­bój­cza.

Z po­wodu tej kawy zmarły trzy osoby. Wszyst­kie one miały ro­dziny, przy­ja­ciół i dzieci. Nisz­czące skutki spo­ży­cia pro­duktu z do­mieszką miały się ujaw­niać w ży­ciu tych lu­dzi jesz­cze przez de­kady i Luke nie mógł bez­tro­sko o tym za­po­mnieć.

- Po­mo­żesz mi z tym pu­dłem ksią­żek? - po­pro­sił. Prawdę mó­wiąc, nie po­trze­bo­wał po­mocy, ale zro­biłby wszystko, żeby zmie­nić te­mat.

Gray prze­niósł pu­dło w po­bliże re­ga­łów.

- Od czasu Fi­la­del­fii po­dej­mu­jesz ry­zyko i dro­czysz się z lo­sem. Pra­wie zgi­ną­łeś na Ku­bie. Kiedy zo­sta­wisz to w końcu za sobą?

- Może wtedy, kiedy tych pię­ciu kon­gres­me­nów straci po­sady. Może wtedy, kiedy w końcu zmiana prawa po­wstrzyma Ma­gru­de­rów przed za­tru­wa­niem je­dze­nia wy­peł­nia­czami i do­miesz­kami. To byłby ja­kiś po­czą­tek.

- Luke, to, co się stało, nie było twoją winą. Nie mo­głeś wie­dzieć. Sta­ra­łeś się, jak tylko po­tra­fi­łeś.

- I te sta­ra­nia do­pro­wa­dziły do śmierci trzech osób. - Pod­szedł do okna i za­pa­trzył się w smętny wi­dok mo­krego be­tonu i top­nie­ją­cego śniegu. - Kiedy za­czy­nam się śmiać, my­ślę o nich - szep­nął. - Kiedy sły­szę piękną mu­zykę, przy­po­mi­nam so­bie, że oni nie mogą jej usły­szeć. Są jak trzy du­chy, które sie­dzą mi na ra­mie­niu, do­kąd­kol­wiek idę.

- A to do­bre czy złe du­chy? - spy­tał Gray.

- Na mi­łość bo­ską, Gray! To po pro­stu du­chy! Ta­kie, które bu­dzą cię w nocy, od­bie­rają ci ra­dość i każą się mo­dlić o wy­ba­cze­nie.

Od­głos po­wol­nych kro­ków ozna­czał, że Gray szedł w jego stronę. Luke spo­glą­dał przez okno na­wet wtedy, kiedy brat po­ło­żył mu dłoń na ra­mie­niu.

- W ta­kim ra­zie bę­dziesz mu­siał się z nimi upo­rać. Albo zmie­nić je w coś, co mo­ty­wuje do by­cia lep­szym czło­wie­kiem.

Luke od­su­nął się od okna i za­czął wy­pa­ko­wy­wać książki. Od wielu lat Gray pró­bo­wał go na­ma­wiać na spo­kojne i roz­sądne ży­cie. Prze­strze­ga­nie re­guł, trzy­ma­nie się pew­nych ram, a nie ko­ły­sa­nie ło­dzią. Jed­nak nie le­żało to w jego na­tu­rze.

- Na­prawdę nie cier­pię Ma­gru­de­rów - stwier­dził. - Ni­gdy nie za­pła­cili na­wet gro­sza tam­tym lu­dziom z Fi­la­del­fii.

- Ale my za­pła­ci­li­śmy - za­uwa­żył Gray. - Ro­dziny otrzy­mały re­kom­pen­saty i pod­pi­sały ugody.

- Ty im za­pła­ci­łeś. Ma­gru­de­rom wszystko uszło na su­cho. Oni zro­bią wszystko dla pie­nię­dzy, więc za­mie­rzam ude­rzyć tam, gdzie za­boli. Naj­pierw po­zba­wię Clyde'a man­datu w Kon­gre­sie, a po­tem za­biorę się za ich firmę. Spalę ją i zmu­szę ich, żeby za­częli od zera.

- Ab­so­lut­nie nie! - na­sko­czył na niego Gray.

Luke par­sk­nął śmie­chem.

- Nie trak­tuj tego tak do­słow­nie - dro­czył się. - Oczy­wi­ście, że nie spalę ich fa­bryki. Mogę się za­ło­żyć, że jest ubez­pie­czona, więc co to za ko­rzyść. Zde­ma­skuję Ma­gru­de­rów. Ukażę ich praw­dziwe ob­li­cze, zruj­nuję ich i zmie­nię prawo tak, żeby ni­gdy nie mo­gli wy­ko­rzy­sty­wać luk w prze­pi­sach.

Gray pa­trzył na niego ze smut­kiem i po­wagą z dru­giego końca po­miesz­cze­nia. Mimo że Luke na­śmie­wał się z na­do­pie­kuń­czo­ści brata, przez ostatni rok Gray był dla niego bo­ha­te­rem. Luke nie prze­żyłby cięż­kiej próby, jaką było uwię­zie­nie na Ku­bie, gdyby Gray nie od­wie­dzał go i nie pod­trzy­my­wał na du­chu. Byli swo­imi prze­ci­wień­stwami, ale przez ostatni czas Luke na­uczył się ko­chać i po­dzi­wiać star­szego brata.

- Gray, prze­pra­szam - po­wie­dział. - Na Ku­bie my­śla­łem, że umrę. Naj­bar­dziej ża­ło­wa­łem, że opusz­czę ten świat, zo­sta­wia­jąc na nim le­dwo za­dra­pa­nie. Nie chcia­łem odejść w taki spo­sób. Po­wie­dzia­łem so­bie, że je­śli prze­żyję, zro­bię coś, żeby świat stał się lep­szy. Przez pięt­na­ście mie­sięcy nie ro­bi­łem nic poza czy­ta­niem Bi­blii i mo­dli­twą. Osta­tecz­nie zro­zu­mia­łem, że zda­rze­nie z Fi­la­del­fii było wy­raźną po­budką. Ostrym sy­gna­łem, który miał mnie wy­trzą­snąć z sa­mo­za­do­wo­le­nia i na­kie­ro­wać na zro­bie­nie cze­goś waż­nego. A zmiany w Kon­gre­sie będą do­brym po­cząt­kiem.

Gray wes­tchnął.

- Luke, już osią­gną­łeś ważne rze­czy. Sa­mo­dziel­nie prze­ła­ma­łeś krąg szpie­gów na Ku­bie i stłu­mi­łeś ko­rup­cję w De­par­ta­men­cie Wojny. Ar­ty­kuły, które pi­szesz do The Mo­dern Cen­tury, roz­cho­dzą się po kraju i są opi­nio­twór­cze. Ja po­świę­cam czas na wy­my­śla­nie spo­so­bów sprze­daży pie­przu czy pa­pryki, ale to twoje hi­sto­rie po­ru­szają świat. Je­stem z cie­bie dumny. Tata ni­gdy tego nie po­wie­dział, ale ja to mó­wię.

Luke znie­ru­cho­miał. Gray był o dwa­na­ście lat star­szy i za­wsze był dla niego bar­dziej jak oj­ciec niż brat, a Luke nie­sa­mo­wi­cie li­czył się z jego zda­niem.

- Dzię­kuję za to - od­parł, nieco zmie­szany emo­cjami, ja­kie były sły­szalne w jego gło­sie.

Gray się od­wró­cił i z pu­dła, które roz­pa­ko­wy­wał, pod­niósł gruby pa­ku­nek owi­nięty w szary pa­pier.

- Co to jest?

Luke wstrzy­mał od­dech.

- Nic! Daj mi to. - W paru kro­kach prze­mie­rzył biuro i prze­chwy­cił paczkę, po czym wrzu­cił ją do dol­nej szu­flady biurka. Od­czu­wał po­kusę za­mknię­cia szu­flady na klucz, ale by­łoby to bez­po­śred­nie wska­za­nie, że to coś jest dla niego cenne.

- Do­bry Boże - wy­pa­lił Gray. - Li­sty mi­ło­sne? Mię­dzy­na­ro­dowy spi­sek? Nie po­tra­fię so­bie wy­obra­zić, co spra­wiło, że się tak zje­ży­łeś.

Luke po­dra­pał się za uchem i spoj­rzał przez okno.

- Tak jak po­wie­dzia­łem, to nic ta­kiego.

- Wiesz, że kiedy by­łeś mały, za­wsze po­tra­fi­łem roz­po­znać, kiedy kła­miesz?

Luke prze­stał się dra­pać. To był dawny zdra­dza­jący go na­wyk, o któ­rym za­po­mniał. Za­ło­żył so­bie ręce na piersi i uśmiech­nął się sze­roko.

- No do­brze. To jest coś - przy­znał. - Ale nie je­stem jesz­cze go­towy, żeby ko­mu­kol­wiek o tym mó­wić.

- Co­kol­wiek to jest, spra­wia, że się za­czer­wie­ni­łeś.

Czer­wie­nił się, bo był zde­ner­wo­wany i za­wsty­dzony. Nie nad­szedł jesz­cze czas, by od­sła­niać war­stwy swo­jej du­szy i ujaw­nić przed swoim sta­ro­świec­kim bra­tem sza­le­nie ro­man­tyczne, in­ten­sywne prze­ży­cie.

- Może kie­dyś będę na tyle od­ważny, by po­ka­zać to światu, ale te­raz... - Po­chy­lił się i za­mknął szu­fladę na klucz. - Te­raz za­cho­wuję to dla sie­bie.