2
Marianne Magruder porozkładała zdjęcia na stole w jadalni, żałując, że nie ma na to więcej miejsca. Wprowadziła się do tego domu w zeszłym roku, kiedy jej ojciec został wybrany do Kongresu. Była to jedna z większych miejskich rezydencji w Waszyngtonie, ale i tak znacznie ciaśniejsza w porównaniu z jadalnią w ich posiadłości w Baltimore. Tutaj ledwo mieścił się mahoniowy stół i kredens. W pomieszczeniu brakowało naturalnego światła, ale była zainstalowana elektryczność, która rozjaśniała jadalnię niezależnie od pory dnia, a jej ojciec miał wrócić do domu później.
Przegląd fotografii był szczególnym cotygodniowym zwyczajem. Marianne wybierała swoje najlepsze prace i pokazywała je ojcu, ponieważ rozumiał potrzeby waszyngtońskich urzędników lepiej niż ona, a jego rady były bezcenne. W tym tygodniu wybrała zdjęcia Pomnika Waszyngtona, dworca kolejowego Baltimore i Potomac, a także dzieci bawiących się w śniegu przed Biblioteką Kongresu.
- Może dołożysz jeszcze to z tamtym mężczyzną i psem Sama? - zagadnęła ją matka. Vera była przerażona przygodą córki, choć równocześnie bardzo jej to zaimponowało, a zdjęcie przemęczonego mężczyzny triumfalnie trzymającego Bandytę było najlepszą fotografią, jaką Marianne wykonała w tym tygodniu. Z zachwytem przyglądała się, jak obraz wyłania się podczas wywoływania w ciemni. Dżentelmen, którego poznała jedynie jako Luke'a, musiał być zupełnie przemarznięty, ale nie przyćmiło to entuzjazmu w jego roześmianym spojrzeniu, kiedy patrzył jej prosto w oczy, przyciskając do siebie psa. Fotografia przedstawiała po prostu bohaterskiego człowieka na kilka sekund po tym, jak wynurzył się z lodowatej wody, a jego czyn był uosobieniem męskiej odwagi i siły.
- To nie jest zdjęcie zrobione dla rządu - odparła, układając bardziej prozaiczne odbitki.
Nie była w stanie przestać myśleć o Luke'u, szczególnie po tym, jak dotarł do niej bukiet z tuzina czerwonych róż. Kwiaty czekały na nią, kiedy przyszła do pracy na drugi dzień po tamtym zdarzeniu. Żałowała, że nie podpisał się na bileciku pełnym nazwiskiem, żeby mogła mu wysłać kartkę z podziękowaniem, ale podobnie jak to było z jego szybkim przybyciem i zniknięciem znad brzegu, wydawało się, że pojawia się w jej życiu jak wicher, a potem równie szybko odchodzi.
- Zdjęcie tego mężczyzny z psem jest lepsze niż te wszystkie nudne ujęcia budynków - stwierdziła Vera, przyjrzawszy się fotografiom. Lekko ziewnęła i z wysiłkiem utrzymywała otwarte oczy.
- Dlaczego nie pójdziesz do łóżka? - spytała Marianne.
Vera machnęła skropioną perfumami chusteczką.
- Bzdura. Chcę tu być, kiedy twój ojciec wróci.
Jednak nie miało to nastąpić przez co najmniej godzinę. Clyde Magruder spędzał większość swojego pierwszego roku w Kongresie na spotkaniach, oficjalnych przyjęciach i w zadymionych pokojach. Dzisiejszego wieczoru jadł kolację w towarzystwie przewodniczącego Komisji do spraw Producentów, jedynej komisji, do jakiej należał. Zamierzał zaimponować młodemu przewodniczącemu.
Życie w Kongresie było trudną zmianą dla ojca. Był przyzwyczajony do zarządzania jednym z najbogatszych przedsiębiorstw w Ameryce, a teraz jako nowy kongresmen podlegał człowiekowi o połowę od siebie młodszemu. Rzadko kiedy przychodził do domu przed dziewiątą wieczorem. A czasami nie wracał w ogóle.
Marianne uwielbiała swojego ojca, ale uważała, że mógłby być lepszym mężem.
Mimo to nie zamieniłaby tego ostatniego roku w Waszyngtonie na nic innego. Od czasu przeprowadzki wyjątkowo zbliżyły się do siebie z matką. Vera przeżywała wyjazd z Baltimore, gdzie była królową życia towarzyskiego. Teraz musiała zbudować wszystko od podstaw w nowym mieście, gdzie była zwykłą żoną nowo wybranego kongresmena. Nagle stała się bardzo zależna od córki. Robiły wszystko razem. Chodziły na zakupy, planowały herbatki dla gości, a nawet plotkowały. Po raz pierwszy w życiu Marianne czuła, że mają normalne relacje matki i córki, i napawała się każdą chwilą.
Vera podeszła do kredensu, na którym leżały ułożone w kupkę odrzucone zdjęcia z tego tygodnia. Wyciągnęła fotografię Luke'a i wymownie nią pomachała.
- To jest najlepsze. Dodaj je do tych, które pokażesz ojcu.
Marianne rozważała tę sugestię. Mimo że Departament Zasobów Wewnętrznych oczekiwał zdjęć dokumentujących konkretne inicjatywy rządowe, od czasu do czasu doceniano artystyczne ujęcia wykonane w mieście.
- Nie sądzę, że to dobry pomysł - odparła.
Wczoraj opowiedziała ojcu o zdarzeniu z psem, ale nie o fotografii. Było w niej coś zbyt osobistego. Pokazywała moment bliskości pomiędzy nią a zupełnie obcym człowiekiem, wraz z którym zrobiła coś naprawdę śmiałego. To była jedna z najbardziej ekscytujących chwil w jej życiu i nie czuła się gotowa, by się nią z kimś dzielić. Zazwyczaj pozwalała ojcu przyglądać się swojemu życiu za sprawą robionych przez siebie zdjęć. Pokazywała mu wszystko. Jednak nie chciała, żeby zobaczył tego mężczyznę z psem. Coś ją przed tym przestrzegało.
Kiedy jej ojciec wrócił do domu, była już prawie dwudziesta druga, a męskie głosy za drzwiami oznaczały, że przyprowadził towarzystwo. Przerażona Vera natychmiast pobiegła na górę. Miała już rozpuszczone włosy i wygodną sukienkę bez ciasnego gorsetu pod spodem. Wygląd był dla niej niezwykle ważny i nigdy nie pozwoliłaby sobie, żeby ktoś zobaczył ją w swobodnym domowym stroju.
Marianne nie miała takich oporów i nie zrobiła nic poza poprawieniem kołnierzyka bluzki, po czym udała się do holu, żeby przywitać ojca, który właśnie odwieszał marynarkę. Jego gościem był rudowłosy mężczyzna ze sporych rozmiarów wąsami, przypominający morsa. Podejrzewała, że to kongresmen Roland Dern, ponieważ ojciec powiedział jej kiedyś, jak bardzo nie podoba mu się taki zarost. Dern miał około trzydziestu lat i był przewodniczącym komisji, do której należał Clyde. Oznaczało to, że był jego przełożonym.
- Rolandzie, chciałbym ci przedstawić moją córkę Marianne. To ta, którą nieustannie się chwalę.
Kongresmen uprzejmie skinął głową.
- Przyszedłem obejrzeć pani fotografie. Kiedy zaczynaliśmy kolację, nie zdawałem sobie sprawy, że w czwartkowe wieczory ma pani stałe spotkania z ojcem. Przepraszam, że opóźniłem ten rytuał. Nie traćmy więcej czasu. Niech mi pani pokaże swoje zdjęcia.
Marianne spojrzała na ojca, pytając o zgodę. Ten cotygodniowy zwyczaj odbywał się przeważnie jedynie w towarzystwie rodziców. Clyde sprawiał wrażenie niespokojnego, ale sztywno skinął głową. Musiało mu być niezręcznie podlegać człowiekowi na tyle młodemu, że mógłby być jego synem. Marianne udawała jednak, że nie zauważyła napięcia. Poprowadziła ich do jadalni, gdzie znajdowały się jej najlepsze prace.
Mężczyźni obeszli stół dokoła, zostawiając za sobą zapach dymu tytoniowego. Ojciec zatrzymał się przy zdjęciu, które zrobiła dzieciom na zewnątrz Biblioteki Kongresu. Fotografia uchwyciła atmosferę niezburzonej radości wśród bawiących się swobodnie malców.
- To powinno trafić do muzeum - stwierdził Clyde, śmiejąc się na widok oblepionych śniegiem dzieci. - Światło, wyrazy twarzy, kompozycja... to wszystko stanowi czystą poezję utrwaloną na celuloidzie. To sprawia, że chciałbym wziąć tych chłopców na ręce i zabrać ich ze sobą do domu.
Uśmiechnęła się, choć nie przeoczyła odrobiny żalu w jego głosie. Clyde zawsze chciał mieć gromadkę dzieci, ale nie pozwalało na to wątłe zdrowie jej matki.
- Rząd pani płaci, żeby robiła pani takie zdjęcia? - spytał kongresmen Dern, w którego tonie wybrzmiała dezaprobata.
Clyde to usłyszał i stanął w obronie córki.
- Potrzebują jak najwięcej fotografii w przygotowaniach do Planu McMillana.
Plan McMillana obejmował optymistyczną wizję wyburzenia dawnych budynków rządowych i zrobienia miejsca pod olbrzymi park, wokół którego miały powstać nowe obiekty kulturalne i administracyjne. Wszyscy jej znajomi, łącznie z większością ludzi z Departamentu Zasobów Wewnętrznych, uważali ten plan za ekstrawaganckie marnowanie pieniędzy. Dlatego przydzielono jej zadanie fotografowania istniejącej architektury i dokumentowania tego, jak wykorzystywane są miejsca publiczne.
- Plan McMillana to wyrzucanie w błoto pieniędzy podatników - stwierdził Dern. - To wszystko po to, żeby Waszyngton mógł dorównać największym stolicom europejskim. Moim zdaniem w interesie naszego kraju leży biznes. A nie jakieś zielone przestrzenie.
- Zgadzam się - przytaknął mu Clyde, który podszedł teraz do odbitek przedstawiających dworzec Baltimore i Potomac. - To zdjęcie jest niezłe - odezwał się po chwili.
Była to marna pochwała. Jej ojciec nie był artystą, ale miał dobre wyczucie, a Marianne ufała jego zdaniu.
- Co jest w nim nie tak? - spytała.
Przyglądał się fotografii, marszcząc brwi.
- Masz jakieś inne ujęcia dworca?
- Nie powiększałam ich, ale mam jeszcze kilkanaście.
- Chciałbym je zobaczyć.
Pozostałe zdjęcia miały rozmiar osiem na trzynaście centymetrów, standardowy format dla tego typu aparatu, jakiego używała. Po wywołaniu filmu wybierała do powiększenia jedynie najlepsze zdjęcia. Duże odbitki miały trafić do archiwów rządowych zawierających dokumentację miasta dla przyszłych pokoleń. Nawet bez Planu McMillana Waszyngton przechodził odnowę, ponieważ budynki z czerwonej cegły z czasów kolonialnych były wyburzane i zastępowane monumentalnymi gmachami w stylu neoklasycystycznym. Marianne została zatrudniona, żeby dokumentować proces, w którym likwidowano dawne budowle, wyrównywano teren, a następnie stawiano szkielety nowych.
Podała ojcu pozostałe zdjęcia stacji Baltimore i Potomac, a ten przejrzał je szybko, wybrał trzy i położył na stole.
- Te mogą być lepsze - stwierdził.
- Dlaczego? - spytała. Trzy zbliżenia wydawały się nudne i nie ukazywały neogotyckiego piękna dworca. Gmach Baltimore i Potomac miał zaledwie trzydzieści lat i stanowił wspaniały przykład architektury epoki wiktoriańskiej. Był zbudowany z czerwonej cegły, posiadał trzy wieże kryte łupkiem i ozdobne elementy kute z żelaza. Jego piękno sprawiało, że był jednym z popularniejszych obrazów na pocztówkach kupowanych przez turystów. Znajdował się zaledwie trzy przecznice od Kapitolu i służył jako stacja, z której najczęściej korzystali wszyscy pracujący w Kongresie.
- Jeśli Plan McMillana przejdzie, dworzec będzie przeznaczony do wyburzenia - powiedział Clyde. - Kongresmeni widzą go codziennie, ale twoje zdjęcia podkreślają koszty, jakie zostały poniesione, żeby wykonać te portale i ornamentalne ozdoby. Mają wartość. Rolandzie? Co sądzisz?
Mężczyzna skinął głową.
- Jeśli rząd wyburza zupełnie dobry dworzec na rzecz parku publicznego, myślę, że naród powinien wiedzieć, co traci.
Clyde podszedł do kredensu, żeby odłożyć mniejsze odbitki, po czym zatrzymał się.
- Co to jest?
Marianne zesztywniała. Ojciec trzymał fotografię Luke'a, a jego twarz wyrażała dezaprobatę. Fakt, na tym zdjęciu Luke był bez koszuli, ale nie było to nieprzyzwoite. Jego ramiona okrywał płaszcz, a pies zasłaniał mu większość torsu.
- Właśnie ten dżentelmen wydostał Bandytę z zamarzniętej rzeki - powiedziała. - Nie mogłam się pohamować, żeby go nie sfotografować.
- To jest ten człowiek? - spytał Clyde z zaskoczeniem w głosie.
- Tak. Był bardzo bohaterski. - Miała już powiedzieć, że nawet przysłał jej róże, ale ponura mina ojca sprawiła, że się powstrzymała.
Po chwili odłożył zdjęcie na kupkę.
- Najlepiej by było, żebyś się z nim już więcej nie spotkała - stwierdził chłodno.
Wskazał kongresmenowi Dernowi, żeby udali się do gabinetu, pozostawiając Marianne patrzącą za nim z osłupieniem i dezorientacją.
Przymusowa kąpiel w zamarzniętej rzece okazała się dla Luke'a bardziej kłopotliwa, niż się tego spodziewał. Nie zachorował wprawdzie na zapalenie płuc ani żadną drastyczną chorobę, jakiej obawiał się Gray, jednak to zdarzenie w niezrozumiały sposób pozbawiło go sił. Spędził kolejnych kilka dni w sypialni, pod stertą koców, i miał wrażenie, że kiedy tylko wynurzał się spod przykrycia, dostawał dreszczy.
Cóż za ironia. Przez piętnaście miesięcy był zamknięty w kubańskiej celi więziennej, pocił się w okropnym upale i prześladowały go myśli o dużej szklance lodowatej wody. Bóg najwidoczniej miał dziwne poczucie humoru, gdyż Luke teraz nie chciał już nigdy więcej mieć do czynienia z lodowatą wodą.
W poniedziałek był już gotowy objąć nowe biuro. Im szybciej zdoła urządzić waszyngtońską siedzibę magazynu The Modern Century, tym sprawniej podejmie próby pozbawienia urzędu kilku kongresmenów. Listopadowe wybory wydawały się odległe, ale przeanalizowanie słabości tych ludzi i rozpoczęcie subtelnej kampanii wymagały dokładnego planowania.
Biurko, stół i półki zostały już dostarczone do biura, ale książki, maszyna do pisania, telefon i wyposażenie musiały dopiero zostać przewiezione. Najtrudniejsza do wniesienia po krętej klatce schodowej była prawie dwumetrowa tablica, a Luke w drodze na drugie piętro trzykrotnie uderzył się w goleń.
- Gdzie chcesz to umieścić? - spytał Gray, kiedy w końcu ją wtaszczyli.
- Na ścianie za biurkiem.
Biuro było dużym pomieszczeniem z dwoma oknami wychodzącymi na robotniczą część miasta. Z jednej strony znajdowało się biurko, stół - pośrodku, a sięgające do wysokości uda półki na książki stały pod oknami. Był tam też osobny stolik na telefon i maszynę do pisania. Obecnie Luke był jedynym reporterem, ale jeśli waszyngtońskie biuro będzie działało owocnie, kiedyś może mieć więcej dziennikarzy.
Niedługo potem zawiesili tablicę, a pierwszą rzeczą, jaką Luke do niej przyczepił, była lista z pięcioma nazwiskami kongresmenów. Obok niej umieścił widokówkę przedstawiającą panoramę Filadelfii.
Gray zmarszczył czoło, przyglądając się nazwiskom.
- Wiem, dlaczego chciałbyś, żeby Magruder stracił urząd, ale co jest nie tak z tym człowiekiem z Michigan?
- Siedzi Clyde'owi w kieszeni - odparł Luke. - Wszyscy oni idą w ślad za Magruderem i blokują reformy przemysłu spożywczego i farmaceutycznego. Jeśli jakiś kongresmen odwraca wzrok, podczas gdy producenci dodają chemikaliów do żywności, dopilnuję, żeby przegrał w kolejnych wyborach. - Uśmiechnął się anielsko i położył sobie dłoń na sercu. - To mój obywatelski obowiązek.
Gray popatrzył na widokówkę i nagle posmutniał.
- Luke... myślę, że powinieneś odpuścić. To, co się przydarzyło tym ludziom w Filadelfii, to nie była twoja wina.
Filadelfia na zawsze miała być dla Luke'a bolączką. Pięć lat temu ich rodzina próbowała zawrzeć rozejm z Clyde'em Magruderem. Luke został wybrany, żeby pokierować tą sprawą, ponieważ wśród pozostałych członków rodzin istniało wiele tarć. Delacroix i Magruderowie nie mieli zostać przyjaciółmi, ale liczyli na przełamanie napięć poprzez wspólne przedsięwzięcie. Plan polegał na połączeniu renomy firmy Delacroix i możliwości masowego wytwarzania żywności przez Magruderów. Clyde wyszedł z propozycją drogiej kawy, z wykorzystaniem własnej paczkowni, ale sprzedawanej pod marką Delacroix. Obydwie firmy miały na tym zyskać. Luke pohamował niechęć i wspólnie opracowali plan dystrybucji. Gray sprowadził z Kenii najlepsze ziarna kawy, a Magruderowie zajęli się produkcją. Weszli z nową linią do Filadelfii, miasta słynącego ze świetnych kawiarni.
Luke powinien był wiedzieć, żeby nie ufać Magruderowi. Do znakomitej kawy Clyde dodał taniej mielonej cykorii i sztucznych aromatów, aby zamaskować jej posmak. Pozyskana w ten sposób mieszanka okazała się dobra, miała delikatny smak i kuszący aromat, jednak na opakowaniach nie było żadnej wzmianki na temat jakichkolwiek dodatków. W ciągu tygodnia od wypuszczenia kawy na rynek mieszanina chemiczna okazała się śmiertelnie trująca dla trzech osób. O ile większość ludzi bez problemów trawiła tanią miksturę sporządzoną w fabryce Magruderów, dla osób uczulonych na korzeń cykorii okazała się ona zabójcza.
Z powodu tej kawy zmarły trzy osoby. Wszystkie one miały rodziny, przyjaciół i dzieci. Niszczące skutki spożycia produktu z domieszką miały się ujawniać w życiu tych ludzi jeszcze przez dekady i Luke nie mógł beztrosko o tym zapomnieć.
- Pomożesz mi z tym pudłem książek? - poprosił. Prawdę mówiąc, nie potrzebował pomocy, ale zrobiłby wszystko, żeby zmienić temat.
Gray przeniósł pudło w pobliże regałów.
- Od czasu Filadelfii podejmujesz ryzyko i droczysz się z losem. Prawie zginąłeś na Kubie. Kiedy zostawisz to w końcu za sobą?
- Może wtedy, kiedy tych pięciu kongresmenów straci posady. Może wtedy, kiedy w końcu zmiana prawa powstrzyma Magruderów przed zatruwaniem jedzenia wypełniaczami i domieszkami. To byłby jakiś początek.
- Luke, to, co się stało, nie było twoją winą. Nie mogłeś wiedzieć. Starałeś się, jak tylko potrafiłeś.
- I te starania doprowadziły do śmierci trzech osób. - Podszedł do okna i zapatrzył się w smętny widok mokrego betonu i topniejącego śniegu. - Kiedy zaczynam się śmiać, myślę o nich - szepnął. - Kiedy słyszę piękną muzykę, przypominam sobie, że oni nie mogą jej usłyszeć. Są jak trzy duchy, które siedzą mi na ramieniu, dokądkolwiek idę.
- A to dobre czy złe duchy? - spytał Gray.
- Na miłość boską, Gray! To po prostu duchy! Takie, które budzą cię w nocy, odbierają ci radość i każą się modlić o wybaczenie.
Odgłos powolnych kroków oznaczał, że Gray szedł w jego stronę. Luke spoglądał przez okno nawet wtedy, kiedy brat położył mu dłoń na ramieniu.
- W takim razie będziesz musiał się z nimi uporać. Albo zmienić je w coś, co motywuje do bycia lepszym człowiekiem.
Luke odsunął się od okna i zaczął wypakowywać książki. Od wielu lat Gray próbował go namawiać na spokojne i rozsądne życie. Przestrzeganie reguł, trzymanie się pewnych ram, a nie kołysanie łodzią. Jednak nie leżało to w jego naturze.
- Naprawdę nie cierpię Magruderów - stwierdził. - Nigdy nie zapłacili nawet grosza tamtym ludziom z Filadelfii.
- Ale my zapłaciliśmy - zauważył Gray. - Rodziny otrzymały rekompensaty i podpisały ugody.
- Ty im zapłaciłeś. Magruderom wszystko uszło na sucho. Oni zrobią wszystko dla pieniędzy, więc zamierzam uderzyć tam, gdzie zaboli. Najpierw pozbawię Clyde'a mandatu w Kongresie, a potem zabiorę się za ich firmę. Spalę ją i zmuszę ich, żeby zaczęli od zera.
- Absolutnie nie! - naskoczył na niego Gray.
Luke parsknął śmiechem.
- Nie traktuj tego tak dosłownie - droczył się. - Oczywiście, że nie spalę ich fabryki. Mogę się założyć, że jest ubezpieczona, więc co to za korzyść. Zdemaskuję Magruderów. Ukażę ich prawdziwe oblicze, zrujnuję ich i zmienię prawo tak, żeby nigdy nie mogli wykorzystywać luk w przepisach.
Gray patrzył na niego ze smutkiem i powagą z drugiego końca pomieszczenia. Mimo że Luke naśmiewał się z nadopiekuńczości brata, przez ostatni rok Gray był dla niego bohaterem. Luke nie przeżyłby ciężkiej próby, jaką było uwięzienie na Kubie, gdyby Gray nie odwiedzał go i nie podtrzymywał na duchu. Byli swoimi przeciwieństwami, ale przez ostatni czas Luke nauczył się kochać i podziwiać starszego brata.
- Gray, przepraszam - powiedział. - Na Kubie myślałem, że umrę. Najbardziej żałowałem, że opuszczę ten świat, zostawiając na nim ledwo zadrapanie. Nie chciałem odejść w taki sposób. Powiedziałem sobie, że jeśli przeżyję, zrobię coś, żeby świat stał się lepszy. Przez piętnaście miesięcy nie robiłem nic poza czytaniem Biblii i modlitwą. Ostatecznie zrozumiałem, że zdarzenie z Filadelfii było wyraźną pobudką. Ostrym sygnałem, który miał mnie wytrząsnąć z samozadowolenia i nakierować na zrobienie czegoś ważnego. A zmiany w Kongresie będą dobrym początkiem.
Gray westchnął.
- Luke, już osiągnąłeś ważne rzeczy. Samodzielnie przełamałeś krąg szpiegów na Kubie i stłumiłeś korupcję w Departamencie Wojny. Artykuły, które piszesz do The Modern Century, rozchodzą się po kraju i są opiniotwórcze. Ja poświęcam czas na wymyślanie sposobów sprzedaży pieprzu czy papryki, ale to twoje historie poruszają świat. Jestem z ciebie dumny. Tata nigdy tego nie powiedział, ale ja to mówię.
Luke znieruchomiał. Gray był o dwanaście lat starszy i zawsze był dla niego bardziej jak ojciec niż brat, a Luke niesamowicie liczył się z jego zdaniem.
- Dziękuję za to - odparł, nieco zmieszany emocjami, jakie były słyszalne w jego głosie.
Gray się odwrócił i z pudła, które rozpakowywał, podniósł gruby pakunek owinięty w szary papier.
- Co to jest?
Luke wstrzymał oddech.
- Nic! Daj mi to. - W paru krokach przemierzył biuro i przechwycił paczkę, po czym wrzucił ją do dolnej szuflady biurka. Odczuwał pokusę zamknięcia szuflady na klucz, ale byłoby to bezpośrednie wskazanie, że to coś jest dla niego cenne.
- Dobry Boże - wypalił Gray. - Listy miłosne? Międzynarodowy spisek? Nie potrafię sobie wyobrazić, co sprawiło, że się tak zjeżyłeś.
Luke podrapał się za uchem i spojrzał przez okno.
- Tak jak powiedziałem, to nic takiego.
- Wiesz, że kiedy byłeś mały, zawsze potrafiłem rozpoznać, kiedy kłamiesz?
Luke przestał się drapać. To był dawny zdradzający go nawyk, o którym zapomniał. Założył sobie ręce na piersi i uśmiechnął się szeroko.
- No dobrze. To jest coś - przyznał. - Ale nie jestem jeszcze gotowy, żeby komukolwiek o tym mówić.
- Cokolwiek to jest, sprawia, że się zaczerwieniłeś.
Czerwienił się, bo był zdenerwowany i zawstydzony. Nie nadszedł jeszcze czas, by odsłaniać warstwy swojej duszy i ujawnić przed swoim staroświeckim bratem szalenie romantyczne, intensywne przeżycie.
- Może kiedyś będę na tyle odważny, by pokazać to światu, ale teraz... - Pochylił się i zamknął szufladę na klucz. - Teraz zachowuję to dla siebie.