Prolog
1574 rok po upadku
Otworzyłem oczy. Było ciemno. Końskie kopyta stukały o bruk, a powozem lekko kołysało na nierównej drodze. Wyjrzałem przez małe okienko obok mnie. Okolicę rozświetlała tylko mała lampka wisząca przy koźle woźnicy. Padał deszcz, który szybko przerodził się w ulewę, a potem burzę. Błyskawice rozświetlały okolicę swoim upiornym blaskiem. Obserwowałem szybko znikające drzewa rosnące wzdłuż traktu.
Nagle powóz gwałtownie stanął, a ja spadłem na drewnianą podłogę. Światło zgasło. Rozejrzałem się nerwowo dookoła. Nic nie widziałem. Było zbyt ciemno.
- Mamo - zawołałem niepewnie, wstając na nogi. - Co się dzieje?
Nikt mi nie odpowiedział. Usłyszałem cichy płacz i podniesione męskie głosy. Gdzieś w oddali stukały kopyta galopującego konia. Uderzył piorun. Rozświetlił na krótką chwilę wnętrze wozu. Zobaczyłem plamę krwi na płótnie oddzielającym nas od woźnicy. Cofnąłem się gwałtownie, a moje serce zaczęło bić w zatrważającym tempie. Jej metaliczny zapach znałem już dobrze, ale teraz... nie mogłem złapać oddechu.
Światło zniknęło tak nagle, jak się pojawiło. Coś mocno uderzyło mnie w skroń. Znów znalazłem się na podłodze. Nie byłem w stanie wstać. Uniosłem się kawałek na rękach, ale znowu upadłem. Zakręciło mi się w głowie. Słyszałem krzyk kobiety, rżenie koni, dźwięk uderzającego o siebie metalu i męskie głosy, ale wszystko docierało do mnie z bardzo daleka, jakby przytłumione. Nie rozumiałem, co się dzieje.
Zamknąłem oczy i odpłynąłem.
Ktoś pociągnął mnie za nogi. Poczułem pod sobą mokry bruk ulicy. Deszcz padał mi na twarz wielkimi kroplami. Spróbowałem otworzyć oczy, ale powieki były taaakie ciężkie. Poddałem się. Znowu zacząłem odpływać, ale usłyszałem jeszcze czyjąś rozmowę.
- On chyba... - męski głos blisko mojej twarzy. - Chyba nie oddycha.
- Co znaczy "chyba"? ! Żyje czy nie?! - powiedziała zdenerwowana kobieta kawałek dalej. Na dźwięk jej głosu coś we mnie drgnęło.
- Nie jestem lekarzem - znów ten sam mężczyzna. Skądś go kojarzyłem. Brzmiał jak kapitan... tak mi się wydawało. - Ale myślę, że nie żyje.
Usłyszałem szloch. Znowu spróbowałem otworzyć oczy. Nic z tego. Przestałem słuchać toczącej się zaraz obok mnie rozmowy. Moją uwagę przyciągnął zbliżający się tętent kopyt. Gardło ścisnęło mi się ze strachu. Próbowałem się skupić, ale nie mogłem... myśli nie chciały się składać w spójną całość.
Po chwili chyba mężczyzna też usłyszał konie, bo powiedział do kobiety dużo pewniejszym, władczym tonem:
- Moja pani, musimy uciekać. Zaraz będzie ich tu o wiele więcej. Sami sobie nie poradzimy.
- Gdzie niby chcesz iść? - syknęła. - Poza tym nie zostawię tu syna.
- Pani - głos mężczyzny stał się jeszcze bardziej stanowczy - kilka metrów stąd jest strażnica. Jeśli pobiegniemy, to będziemy tam, zanim oni się zorientują, że nas nie ma. A jeśli chodzi o pani syna... - zawahał się - on i tak już nie żyje. Obiecuję, że jak tylko dotrzemy do strażnicy, wrócę po jego ciało. Zabiorę ze sobą pięćdziesięciu strażników.
Nastała cisza.
Ciało? O czym oni mówią? Chciałem wrócić do domu. Tak bardzo chciałem się już znaleźć w swojej przytulnej komnacie.
- Dobrze - zgodziła się niechętnie kobieta. - Ale... daj mi się z nim pożegnać i... zabierz stąd majora.
Major... tak. Gdybym był teraz w domu, jadłbym z nim słodkie bułeczki albo towarzyszył mu przy szkoleniu strażników.
Po krótkiej chwili usłyszałem jej łagodny, cichy głos zaraz obok ucha.
- Wszystko będzie dobrze, mój mały książę. Wrócę po ciebie, obiecuję.
Mama. W domu może poszedłbym z nią na spacer po ogrodach. Oglądałbym kwiaty w przeróżnych kolorach i obrośnięte mchem rzeźby. Bogowie, jakie te rzeźby są piękne.
Poczułem usta kobiety na czole. Spróbowałem jeszcze otworzyć oczy. Chciałem wstać, pobiec do mamy, wtulić się w jej ciepłe ciało, ale kiedy w końcu udało mi się otworzyć oczy, zobaczyłem tylko ciemność.
Wstałem z niemałym trudem i na chwiejnych nogach zacząłem zataczać się do przodu. Znów uderzył piorun. Ulica była pusta. Poczułem, jak pod moimi powiekami zbierają się ciepłe łzy. Tętent kopyt się wzmagał. Musiałem uciekać. Mój oddech coraz bardziej przyspieszał. Poczułem zawroty głowy. Miałem wrażenie, że cały świat się kręci.
Padłem na kolana i na czworakach dotarłem do krzaków. Zorientowałem się, że już przy nich jestem dopiero wtedy, gdy gałązki podrapały mi twarz.
Odchyliłem je rękami. Po drugiej stronie była skarpa. Mogłem jedynie stoczyć się w dół zbocza. Na nic innego nie było mnie już stać.
Chyba straciłem przytomność, bo kiedy otworzyłem oczy, panowała już szarość przedświtu. Wciągnąłem gwałtownie powietrze, rozglądając się dookoła. Na wzgórzu za moimi plecami sylwetki ludzi poruszały się na tle czarnej ściany drzew.
Poczułem strach. Zalał mój umysł niczym fala, przeganiając wszystkie inne myśli. Wstałem i zataczając się, pobiegłem najszybciej, jak mogłem. Czułem się, jakby coś rozsadzało mi głowę od środka, ale biegłem dalej. To nie była moja mama. Nie wiedziałem, kim byli ci ludzie i wolałem tego nie sprawdzać.
Biegłem tak przez długi czas. Słońce zdążyło powędrować na sam środek nieba, zanim w końcu padłem w jakieś zarośla i zasnąłem.
Kiedy tylko się obudziłem, biegłem dalej. Biegłem przez łąki i pola. Mijałem co jakiś czas pasące się stada owiec, kóz, a nawet koni, ale nie spotkałem ani jednego człowieka. Miałem wrażenie, że biegnę tak w nieskończoność.
Bardzo chciało mi się pić, a mięśnie aż piekły z wysiłku. Każdy kolejny krok był torturą, ale musiałem biec. Nie pamiętałem już, dlaczego, ale po prostu musiałem. Kiedy w końcu, po przepchnięciu się przez gęste zarośla, zobaczyłem wioskę, od razu pobiegłem do studni. Nie udało mi się jednak napić wody, bo kiedy do niej dotarłem, nogi się pode mną załamały. Znów nastała ciemność.
Obudziłem się zlany potem. Wydarzenia sprzed pięciu lat dręczyły mnie w koszmarach, odkąd pamiętałem.