Książę Rozpusty - Mariah Stone

Kup ebooka

44.90 zł
33.68 zł (27,84 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Gdy lady Cha­stity Per­rin za­nu­rzała za­krzy­wioną igłę w mi­sce spi­ry­tusu, trzech rze­czy była ab­so­lut­nie pewna:

Po pierw­sze, praw­dziwe damy nie cha­dzały bez przy­zwo­itek po lon­dyń­skich me­li­nach.

Po dru­gie, nie­za­mężne damy nie zo­sta­wały sam na sam z męż­czy­zną.

Po trze­cie, po­rządne damy z całą pew­no­ścią nie przy­no­siły czy­stych igieł do skrom­nego, ale nie­ska­zi­tel­nie czy­stego ga­bi­netu nie­li­cen­cjo­no­wa­nego le­ka­rza, żeby po­móc mu w prze­pro­wa­dze­niu ope­ra­cji chi­rur­gicz­nej, która była tak bar­dzo, tak strasz­li­wie... ach, Boże... krwawa.

- Pro­szę, dok­to­rze Ster­ling - po­wie­działa, wrę­cza­jąc mu igłę na­wle­czoną kat­gu­tem na ta­le­rzu, który uprzed­nio rów­nież prze­tarła al­ko­ho­lem.

- Dzię­kuję, panno Cha­stity - ode­zwał się Brace Ster­ling, bio­rąc igłę do ręki i zer­ka­jąc na pa­cjentkę, góra trzy­let­nią dziew­czynkę o blond locz­kach wy­sta­ją­cych spod brud­nego, po­strzę­pio­nego czepka. - Stello, to za­boli - ostrzegł. - Naj­moc­niej cię prze­pra­szam.

Bab­cia dziecka, która stała obok stołu za­bie­go­wego i za­ci­skała ko­ści­ste palce na sza­rym, dziu­ra­wym i mocno sfa­ty­go­wa­nym szalu, pa­trząc spode łba, wy­bur­czała z sil­nym cock­ney­ow­skim ak­cen­tem:

- Sama jest so­bie winna. Stale się po­tyka. Nie­zdara z niej. Wszystko tłu­cze, ta­le­rze, kubki. Cie­kawe, kto za to za­płaci.

Wiel­kie oczy dziew­czynki na­peł­niły się łzami i od razu skie­ro­wały ku pod­ło­dze. Sku­liła drobne ra­miona, jakby pró­bo­wała wy­glą­dać na jesz­cze mniej­szą. Brudne, chude palce ner­wowo sku­bały rą­bek su­kienki.

Wy­raz ta­kiego cier­pie­nia na twa­rzy trzy­latki ła­mał Cha­stity serce.

Jed­no­cze­śnie roz­po­zna­wała w niej sie­bie.

Cho­ciaż była nieco star­sza od Stelli - mo­gła mieć pięć lat - kiedy to się za­częło, do dziś sły­szała głos ojca kar­cą­cego ją za nie­przy­sto­jące da­mie za­cho­wa­nia, za gar­bie­nie się nad mi­kro­sko­pem, grę w sza­chy czy oglą­da­nie ilu­stra­cji w książ­kach o bio­lo­gii.

Brace Ster­ling, wy­soki, bar­czy­sty, przy­stojny męż­czy­zna o su­ro­wych ry­sach i nie­bie­skich oczach, z ja­snymi wło­sami zwią­za­nymi w ku­cyk, wy­mie­nił z nią po­śpieszne spoj­rze­nia. Obawa w jego oczach sta­no­wiła od­bi­cie tej, którą sama czuła. Mała Stella była po­waż­nie za­nie­dby­wana.

- Pani Mur­ray - za­czął dok­tor, zbie­ra­jąc ku so­bie brzegi pa­skud­nego roz­cię­cia na ko­stce dziew­czynki. - Po­stą­piła pani słusz­nie, przy­no­sząc tu to dziecko. Wiem, że trosz­czy się pani o nie naj­le­piej, jak po­trafi, ale pro­szę ją trak­to­wać nieco życz­li­wiej, je­śli jest pani wy­krze­sać z sie­bie choć odro­binę do­broci. To cią­głe po­ty­ka­nie się może wy­ni­kać z tego, że dziew­czynka jest nie­mal za­gło­dzona. Albo fak­tem, że ma do­piero trzy lata.

Ko­bieta spoj­rzała na niego gniew­nie, wy­krzy­wia­jąc z go­ry­czą usta.

- Moja córka była po­ko­jówką w Róży i Ko­ro­nie i zmarła przy po­ro­dzie. Nikt zaś nie wie, kim jest oj­ciec. Za­pła­cił jej zło­tym pier­ścion­kiem i wy­peł­nił brzuch dziec­kiem. Gdy­bym mo­gła, to bym wy­je­chała i za­miesz­kała na far­mie z moją sio­strą. Ale tu przy­naj­mniej mogę być praczką i za­ro­bić jaki grosz. To cud, że udało mi się utrzy­mać to dziecko przy ży­ciu tak długo.

- Robi pani, co w jej mocy - po­wtó­rzył dok­tor Ster­ling, choć Cha­stity nie była pewna, czy na­prawdę w to wie­rzył, po­nie­waż w jego gło­sie po­brzmie­wała tłu­miona złość. - Tu, w Whi­te­cha­pel, ni­komu nie jest ła­two. Stello, skar­bie, te­raz mu­szę za­szyć ranę, a ty mu­sisz być dzielna - zwró­cił się znów do dziew­czynki. - Mo­żesz za­ła­pać bab­cię za rękę, je­śli to po­może.

Stella za­mru­gała oczami wiel­kimi jak spodki, wciąż mo­krymi od łez, i chwy­ciła dłoń pani Mur­ray o szorst­kiej, po­pę­ka­nej skó­rze i zgru­bia­łych sta­wach, bez wąt­pie­nia znisz­czo­nych la­tami pra­nia cu­dzych bru­dów.

Dok­tor po­chy­lił się nad chudą, brudną nogą dziew­czynki, ster­czącą spod rąbka przy­krót­kiej ob­szar­pa­nej su­kien­czyny. Rana zo­stała sta­ran­nie oczysz­czona al­ko­ho­lem, co już mu­siało spra­wić po­tworny ból temu bied­nemu dziecku. Cha­stity ża­ło­wała, że nie mogą za­ofe­ro­wać mu rów­nież cie­płej ką­pieli i czy­stych ubrań.

Le­karz za­czął zszy­wać ranę swo­bod­nymi, ale pre­cy­zyj­nymi ru­chami.

Stella wrza­snęła - co bar­dzo przy­stoi mło­dej da­mie.

Cha­stity nie - co zu­peł­nie da­mie nie przy­stoi. Ani nie ze­mdlała. Choć bar­dzo tego chciała.

Kostka dziew­czynki wy­glą­dała, jakby wam­pir urzą­dził so­bie na niej ucztę. Albo wilk. Krew cały czas są­czyła się z niej na twardą brą­zową skórę stołu za­bie­go­wego.

Cha­stity wzdry­gnęła się na wspo­mnie­nie in­nego le­ka­rza, który w dzie­ciń­stwie zszy­wał po­ra­nione nad­garstki i ra­miona jej brata, do­kład­nie tak jak te­raz dok­tor Ster­ling. Jak za­wsze po­czuła ucisk w piersi, od­dech stał się nie­równy.

Aby za­jąć czymś my­śli, ro­zej­rzała się po ga­bi­ne­cie.

Przez okno wle­wały się pro­mie­nie słońca. Białe gip­sowe ściany były ob­wie­szone ana­to­micz­nymi ilu­stra­cjami na gru­bym pa­pie­rze w kre­mo­wym ko­lo­rze. Pod prze­ciw­le­głą ścianą stało dę­bowe biurko bej­co­wane na ciemny brąz i krze­sło do kom­pletu. Obok usta­wiono wy­soką szafkę z prze­szklo­nym fron­tem uka­zu­ją­cym półki pełne sta­ran­nie upo­rząd­ko­wa­nych bu­te­le­czek z le­kami i usu­szo­nymi zio­łami. Nie­da­leko, w po­dob­nej szafce, mie­ściły się opra­wione w skórę albo grube płótno teczki. W nich znaj­do­wały się kar­to­teki pa­cjen­tów.

Z ze­wnątrz do­bie­gały od­głosy ru­chli­wej Pet­ti­coat Street i urzą­dza­nego na niej tar­go­wi­ska: okrzyki han­dla­rzy, szcze­ka­nie psów, prze­kleń­stwa męż­czyzn, wrza­ski dzie­ciarni i pi­jacki śmiech.

- Ach, za­mknijże się już, dziecko! - uci­szała biedną Stellę pani Mur­ray. - Bo jak nie, to przyj­dzie pan Black­more i cię zje! Na pewno wszystko sły­szy, ten jego bur­del jest na końcu ulicy.

Dziew­czynka jęk­nęła jesz­cze po raz ostatni i wy­pu­ściła dłoń babci, żeby obiema rę­kami za­sło­nić so­bie usta. Jej oczy wciąż były wiel­kie i pełne łez.

Dło­nie dok­tora Ster­linga na mo­ment za­sty­gły w bez­ru­chu, ale nie ode­rwał wzroku od rany ma­łej pa­cjentki. Wró­cił do pracy, lecz szybko za­pew­nił dziew­czynkę:

- Stello, w tej spra­wie za­chę­cał­bym cię, abyś nie słu­chała babci. Ze strony pana Black­more'a nic ci nie grozi. On nie tylko jako je­dyny fi­nan­suje dzia­łal­ność tej kli­niki, ale jest rów­nież jed­nym z mo­ich naj­bliż­szych przy­ja­ciół. Może i ma swoje wady, jed­nak z całą pew­no­ścią nie je dzieci.

Pani Mur­ray burk­nęła coś pod no­sem i wy­dęła wargę.

- Może i nie, ale anio­łem to on nie jest. Nie przy­jął mo­jej córki, kiedy po­szła do Eli­zjum za ro­botą. A te­raz nie żyje. I pro­szę, co z tego wy­nik­nęło - rzu­ciła z kpiną, wska­zu­jąc głową dziew­czynkę.

Cha­stity nie mo­gła dłu­żej słu­chać, jak ta ko­bieta pa­stwi się nad bied­nym dziec­kiem. Wi­dać było wy­raź­nie, że mała bu­dzi w babce roz­go­ry­cze­nie sa­mym swoim ist­nie­niem i że naj­wy­raź­niej nie przej­muje się ona emo­cjo­nal­nymi bli­znami, ja­kimi może na­zna­czyć ży­cie tej bied­nej istoty. Cha­stity za to aż na­zbyt do­brze wie­działa, jak głę­bo­kie rany za­daje ro­dzic, który ni­gdy nie jest do­sta­tecz­nie za­do­wo­lony ze swo­ich dzieci.

- Wy­nik­nęła z tego śliczna mała dziew­czynka - od­po­wie­działa star­szej ko­bie­cie, pa­trząc w prze­ra­żone oczy Stelli. - Która nie zro­biła ni­czego złego i ni­czym nie za­wi­niła.

Pani Mur­ray prze­nio­sła te­raz wzrok na Cha­stity.

- Ja­śnie pani wy­ba­czy - za­częła, uśmie­cha­jąc się krzywo - ale ła­two wy­mą­drzać się przed nami, pro­stymi ludźmi, jak sa­mej nie za­znało się głodu choćby przez je­den dzień.

Cha­stity spło­nęła wsty­dem, bo słowa ko­biety były jak po­li­czek, bo­le­śnie praw­dziwe. Co o ży­ciu w Whi­te­cha­pel mo­gła wie­dzieć córka księ­cia?

- I co w ogóle pa­niu­sia tu robi? Może pani sza­nowny mał­żo­nek zno­wuż pró­buje się wku­pić w ła­ski Wszech­moc­nego, ła­ska­wie po­ma­ga­jąc nam, bied­nym łach­my­tom? Bo je­śli tak, to le­piej by zro­bił, gdyby rzu­cił ja­kim gro­szem, za­miast przy­sy­łać nam swoją pa­nią.

Ko­lejny przy­tyk był dla Cha­stity jak cios pro­sto w brzuch, a smu­tek do­tkli­wie przy­gniótł jej serce. Ni­gdy nie miała męża, nie dane jej było za­znać bez­wa­run­ko­wej mi­ło­ści ani więzi jak ta, która po­łą­czyła jej brata Do­riana z jego żoną Pa­tience. Pierw­szego chłopca, ja­kiego kie­dy­kol­wiek po­ko­chała, naj­lep­szego przy­ja­ciela swego brata, Lu­ciena, stra­ciła na za­wsze. A mimo to mu­siała go wi­dy­wać śred­nio raz w ty­go­dniu, co było dla niej praw­dziwą męką, którą dziel­nie zno­siła. Od dziecka wie­działa, że musi szczel­nie za­mknąć serce, aby ochro­nić się przed okru­cień­stwem, z ja­kim oj­ciec trak­to­wał ją, Do­riana i ich mamę. Papa bar­dzo do­bit­nie po­ka­zał jej, że nikt ni­gdy nie zdoła po­ko­chać jej za to, kim na­prawdę jest.

- Pani Mur­ray - ode­zwał się dok­tor Ster­ling, wciąż sku­piony na za­biegu. Jego głos był spo­kojny, a ru­chy pewne. - Będę zmu­szony po­pro­sić pa­nią o opusz­cze­nie ga­bi­netu, je­śli nie prze­sta­nie pani gnę­bić swej bied­nej wnuczki i szy­ka­no­wać panny Cha­stity. Która, skoro musi pani wie­dzieć, pra­cuje nad nie­zwy­kle no­wa­tor­skimi me­to­dami, po­zwa­la­ją­cymi zna­cząco ob­ni­żyć ry­zyko in­fek­cji i gan­greny. I robi to wszystko zu­peł­nie za darmo.

Star­sza ko­bieta zmru­żyła oczy.

- Nic nie jest za darmo. Nie w Whi­te­cha­pel.

Cha­stity znów po­czuła falę upo­ko­rze­nia, ale tym ra­zem wstyd mie­szał się ze zło­ścią.

- Kiedy po­szłam z tymi ba­da­niami do Szpi­tala Świę­tego To­ma­sza, to mi od­mó­wili.

Na co tamta prych­nęła:

- Czyli pa­niu­sia przy­szła do nas, bo jej nie chcieli w naj­lep­szym szpi­talu w mie­ście? I my mamy uwie­rzyć w te jej ni­by­me­tody. A to do­bre.

- W Świę­tym To­ma­szu nie od­mó­wili lady Cha­stity dla­tego, że wąt­pią w słusz­ność jej me­tod - za­pro­te­sto­wał dok­tor Ster­ling.

- A czemu?

Cha­stity przy­po­mniała so­bie twa­rze człon­ków rady za­rządu szpi­tala, sa­mych męż­czyzn, w więk­szo­ści po pięć­dzie­siątce. Tylko je­den, nieco młod­szy dżen­tel­men, lord Ward­bury, wy­glą­dał, jakby był skłonny się za nią wsta­wić. W jego oczach zo­ba­czyła naj­wię­cej życz­li­wo­ści. Ale kiedy skoń­czyła pre­zen­ta­cję, te oczy zwę­ziły się z le­d­wie skry­wa­nym roz­ba­wie­niem, a prze­wod­ni­czący, któ­rego pro­tek­cjo­nalny ton ocie­kał kpiną, oznaj­mił: "Choć pani... en­tu­zjazm jest godny po­dziwu, za­pewne sama pani ro­zu­mie, że kręgi me­dyczne to nie jest miej­sce dla ko­biety".

Zda­nie, pod któ­rym jej oj­ciec mógłby się pod­pi­sać.

- Po­nie­waż je­stem ko­bietą - wy­ja­śniła, z po­licz­kami pło­ną­cymi na tamto wspo­mnie­nie.

Pani Mur­ray wes­tchnęła.

- No tak.

Cha­stity po­ki­wała ze smut­kiem głową.

- Skoro wyż­sze sfery od­rzu­cają moje wspar­cie i moje am­bi­cje z po­wodu płci, uwa­żam, że je­dyną słuszną re­ak­cją jest od­pła­cić im taką samą wzgardą. Dok­tor Ster­ling, nie po­bie­ra­jąc za to żad­nych opłat, robi w tym ga­bi­ne­cie znacz­nie wię­cej do­brego, niż wszyst­kie tę­gie głowy ze Świę­tego To­ma­sza są so­bie w sta­nie wy­obra­zić.

Choć jej praca tu­taj bez wąt­pie­nia była uży­teczna, to jed­nak ni­gdy nie zy­ska uzna­nia w świe­cie na­uki... a tego pra­gnęła do bólu. Być może mo­głaby po­roz­ma­wiać z lor­dem Ward­bu­rym na osob­no­ści, poza radą za­rządu. Wie­działa, że weź­mie udział w let­ni­sku urzą­dza­nym przez księ­cia Pryde'a. Przy­ję­cie miało trwać cały mie­siąc, a ona mu­siała w nim uczest­ni­czyć ze względu na ko­nek­sje swo­jego brata z księ­ciem.

Dama pewna swo­ich kom­pe­ten­cji to­wa­rzy­skich uzna­łaby to za do­sko­nałą oka­zję, aby za­przy­jaź­nić się z lor­dem Ward­bu­rym i - być może - wpły­nąć na zmianę jego sta­no­wi­ska. Zjed­nać go so­bie. Prze­ko­nać, żeby dał jej szansę wy­ka­zać się w Szpi­talu Świę­tego To­ma­sza, gdzie jej pracę śle­dzi­łyby naj­więk­sze na­ukowe au­to­ry­tety. Gdzie mo­głaby zdo­być silną po­zy­cję w krę­gach na­uko­wych i tym sa­mym do­trzeć ze swoją po­mocą do więk­szej liczby osób.

Za­miast tego Cha­stity za­pewne przez cały mie­siąc bę­dzie się pró­bo­wała zlać się z tłem, wy­ko­rzy­stu­jąc swój nie­zrów­nany ta­lent do uni­ka­nia kon­taktu wzro­ko­wego.

- Przy­cho­dząc tu, ry­zy­kuje pani swoją re­pu­ta­cją i bez­pie­czeń­stwem - po­wie­dział ci­cho dok­tor Ster­ling, zwią­zu­jąc końce nici. - Sama. W ta­jem­nicy przed bra­tem. - Za­mo­czył czy­stą szmatkę w al­ko­holu i prze­tarł za­szytą ranę. - Już po wszyst­kim, Stello - zwró­cił się do dziew­czynki i uśmiech­nął cie­pło. - By­łaś bar­dzo dzielna. Na­łożę tylko opa­tru­nek. Po­sta­raj się przez kilka dni dużo od­po­czy­wać. A pani, pani Mur­ray, niech przy­pro­wa­dzi do mnie wnuczkę ju­tro i po­tem za ty­dzień. Chcę wi­dzieć, jak rana się goi.

Kilka go­dzin póź­niej, po tym, jak wy­pu­ścili Stellę do domu i wy­mie­nili się z dok­to­rem no­tat­kami i ob­ser­wa­cjami, Cha­stity wy­szła z ga­bi­netu. Pod bu­tami mla­skało błoto wiecz­nie za­le­ga­jące na Pet­ti­coat Street. Miała do przej­ścia kilka prze­cznic, żeby do­trzeć do rogu ulicy, gdzie cza­sem cze­kały do­rożki.

Mi­jała ulicz­nych urwi­sów, krzep­kich męż­czyzn no­szą­cych beczki, prze­kupkę z ko­szem cuch­ną­cych sar­deli, grupę gło­śno plot­ku­ją­cych pra­czek tasz­czą­cych ko­sze bie­li­zny i za­cze­pia­ją­cego prze­chod­niów stra­ga­nia­rza z wóz­kiem po­obi­ja­nych ja­błek. W za­ułku czaił się kie­szon­ko­wiec. Ze stra­ga­nów cią­gną­cych się środ­kiem ulicy do­bie­gały po­krzy­ki­wa­nia sprze­daw­ców na­wo­łu­ją­cych klien­tów.

Dwaj męż­czyźni stali oparci o odra­paną ścianę. Je­den miał na so­bie po­ła­tany płaszcz, wi­szący luźno na wy­chu­dzo­nej syl­wetce. Drugi był w mocno prze­tar­tej ko­szuli. Obaj mieli ogo­rzałe, na­bie­głe krwią twa­rze, dło­nie trzy­mali bli­sko kie­szeni wy­brzu­szo­nych tak, że Cha­stity po­my­ślała, że mogą być uzbro­jeni. Je­den wy­glą­dał zna­jomo. Moż­liwe, że wi­działa go na tej ulicy już wcze­śniej. Mi­ja­jąc tych męż­czyzn, czuła na so­bie ich wzrok. Jej suk­nia wy­róż­niała ją z tłumu, mimo że gdy szła do kli­niki, za­wsze wy­bie­rała brązy i sza­ro­ści. Jej ubra­nia były po pro­stu zbyt nowe i zbyt sta­ran­nie uszyte, włosy nie­na­gan­nie ucze­sane, a czepki czy­ste i wy­pra­so­wane.

Każdy wi­dział, że tu nie pa­suje.

Moc­niej ści­snęła ha­fto­waną sa­kiewkę. Bez wąt­pie­nia sta­no­wiła ku­szący i ła­twy łup.

Obej­rzała się przez ra­mię i z prze­ra­że­niem stwier­dziła, że obaj męż­czyźni idą kilka me­trów za nią, wy­mi­ja­jąc in­nych prze­chod­niów i nie spusz­cza­jąc jej z oczu.

Zimny pot spły­nął jej po ple­cach.

Przy­śpie­szyła, to­rebka za­ko­ły­sała się w jej dłoni. Czy na­prawdę od­wa­ży­liby się coś jej zro­bić tu, na ulicy, przy tylu świad­kach?

Po le­wej mi­gały bu­dynki z po­pę­ka­nymi szy­bami w oknach, po pra­wej - brudne stra­gany. Okrzyki sprze­daw­ców wy­dały jej się te­raz ostrzej­sze, prze­szy­wały roz­pa­loną skórę. Przez nie­uwagę prawą stopą wdep­nęła w coś śli­skiego, nie zdą­żyła na­wet spoj­rzeć, co to było. Wy­ma­chu­jąc ra­mio­nami, ru­nęła do przodu, ale w ostat­niej chwili zdo­łała się zła­pać czy­je­goś ra­mie­nia. Przed nią roz­pierz­chła się grupka urwi­sów.

Znów się obej­rzała. Jej prze­śla­dowcy byli trzy kroki od niej. Chciała uciec, lecz za­raz po­tem po­czuła, jak czy­jaś dłoń za­ci­ska się na jej ra­mie­niu. Krzyk uwiązł jej w gar­dle, kiedy zo­stała szarp­nięta do tyłu, wciąż jed­nak ści­skała sa­kiewkę.

Po­staw­niej­szy z męż­czyzn, ten w po­żół­kłej ko­szuli, pa­trzył na nią z wście­kło­ścią. Miał kar­to­flo­waty nos i wy­łu­pia­ste oczy. Wiel­kie nieba! Zo­stała po­rwana? Do­rian ją za­bije... a za­raz po­tem za­bije jej po­ry­wa­czy.

- Co tu ro­bisz? - wark­nął opry­szek. - Taka dama jak ty?

Cha­stity usi­ło­wała mu się wy­szarp­nąć. Wbiła ło­kieć w mięk­kie ciało. Oprawca stęk­nął, ale jej nie pu­ścił.

- Pusz­czaj! - wy­ce­dziła przez zęby, wciąż wi­jąc się w jego uści­sku.

Ja­kiś cień po­ło­żył się na wszyst­kich trojgu.

- Dama po­wie­działa, że­byś ją pu­ścił - za­brzmiał ni­ski i uprzejmy głos.

I zna­jomy jak jej wła­sny.

Po­ry­wacz znie­ru­cho­miał. Ulga za­lała ją, za­nim jesz­cze od­wró­ciła się i zo­ba­czyła...

Lu­ciena.

Jedno spoj­rze­nie na jego twarz wy­star­czyło, aby za­parło jej dech. Roz­ma­rzone fioł­kowe oczy te­raz pło­nęły wście­kło­ścią, gdy wbi­jał wzrok w obu męż­czyzn. Wy­raź­nie za­ry­so­wana li­nia żu­chwy była na­pięta, sze­ro­kie, pełne wargi wy­krzy­wiły się w po­nu­rym gry­ma­sie pod ostrymi ko­śćmi po­licz­ko­wymi. Zło­ci­ste włosy miał mod­nie roz­wi­chrzone. Wy­soki, bar­czy­sty, silny i lekki za­ra­zem, wy­glą­dał jak grecki bóg.

Na­past­nik od razu ją pu­ścił.

- Nie chcia­łem jej zro­bić krzywdy - za­pew­nił po­śpiesz­nie. - Chcia­łem tylko od­pro­wa­dzić pannę Cha­stity do do­rożki.

Sły­sząc to, zmarsz­czyła brwi. Rze­czy­wi­ście wy­glą­dał zna­jomo...

- Je­stem Bill - przed­sta­wił się i pod­cią­gnął rę­kaw, uka­zu­jąc za­go­joną bli­znę. - Pan dok­tor i pa­nienka le­czyli mnie sześć ty­go­dni temu, mó­wię, jak było. Chcia­łem tylko po­dzię­ko­wać za po­moc.

Cha­stity aż za­bra­kło tchu.

- Ależ tak, Bill! - po­wie­działa, czu­jąc za­wsty­dze­nie po­mie­szane z ulgą. - Wy­bacz, nie po­zna­łam cię.

Po­winna się wsty­dzić. Od razu za­ło­żyła naj­gor­sze, a Bill chciał jej po­móc.

- Jaki dok­tor? - za­czął do­cie­kać Lu­cien, marsz­cząc czoło. Spół­gło­ski wy­ma­wiał ciut nie­wy­raź­nie. - I niby jak cię le­czyli?

Cha­stity przyj­rzała mu się uważ­niej. Czuć było od niego brandy. Jego biały halsz­tuk był roz­wią­zany, a żółta ka­mi­zelka pod sza­rym, szy­tym na miarę fra­kiem - po­gnie­ciona. Na jego her­bie ro­do­wym z wy­ha­fto­wa­nym je­le­niem wid­niała ró­żowa plama. Dziś naj­wy­raź­niej po­sta­no­wił za­słu­żyć na swoją re­pu­ta­cję naj­bar­dziej roz­pust­nego spo­śród Sied­miu Ksią­żąt Grze­chu.

Ulga Cha­stity prędko ustą­piła miej­sca oba­wom.

Nie. Nie, nie! Tylko nie Lu­cien.

Tylko nie on! On nie mógł jej tu­taj zo­ba­czyć!

W pa­nice spoj­rzała na wej­ście do Eli­zjum, do­brze utrzy­ma­nego, trzy­kon­dy­gna­cyj­nego ce­gla­nego bu­dynku zaj­mu­ją­cego cały kwar­tał. Omio­tła wzro­kiem okna z za­ciem­nio­nymi szy­bami, prze­ra­żona, że za­raz uj­rzy Do­riana, idą­cego w ślad za Lu­cie­nem.

Ale nie. To było nie­moż­liwe. Czasy, kiedy jej brat za­cho­dził do Eli­zjum, dawno mi­nęły. Te­raz był szczę­śli­wie żo­naty.

Za to jego naj­bliżsi przy­ja­ciele - ksią­żęta Pryde, Enve­igh, Ir­re­ve­rence, Ec­cess i For­tyne - wła­śnie wy­ta­czali się z bu­dynku, roz­glą­da­jąc się za swym to­wa­rzy­szem i mru­żąc oczy w słońcu.

- Hm... - zwró­ciła się po­now­nie do Billa, oglą­da­jąc jego bli­znę. - Wy­gląda na to, że rana ład­nie się za­go­iła. Nie wdało się żadne za­ka­że­nie, prawda?

- A skąd. Za­go­iło się bez za­rzutu, mó­wię, jak jest. Może jed­nak od­pro­wa­dzę pa­nienkę do po­wozu? To na­prawdę nie jest miej­sce dla ta­kiej ele­ganc­kiej damy.

Po­zo­stali ksią­żęta już szli w stronę Lu­ciena i Cha­stity. Pryde jak za­wsze w płasz­czu w ko­lo­rze in­dygo i z po­tar­ganą brą­zową czu­pryną. Enve­igh na zie­lono, ły­piąc po­żą­dli­wie sza­rymi oczami. Ec­cess o wło­sach w od­cie­niu mio­do­wego blondu - naj­wyż­szy z nich wszyst­kich - miał na so­bie po­ma­rań­czową ka­mi­zelkę. Ir­re­ve­rence pre­zen­to­wał się nie­ska­zi­tel­nie w bieli, a For­tyne z dłu­gimi, kasz­ta­no­wymi wło­sami zwią­za­nymi z tyłu olśnie­wał w fio­le­cie.

- Książę Luhst mnie od­pro­wa­dzi - za­pew­niła go po­śpiesz­nie. - Dzię­kuję ci za po­moc, Bill. Oba­wiam się, że mu­szę już iść. - I zwra­ca­jąc się do Lu­ciena, rzu­ciła go­rącz­kowo: - Oni nie mogą mnie tu zo­ba­czyć!

- To oczy­wi­ste. - Ski­nął głową. - Za mną, moja droga. Mój po­wóz czeka za ro­giem. - Szybko po­cią­gnął ją za sobą. Cały czas znaj­do­wał się mię­dzy nią a ksią­żę­tami, więc ża­den z nich jej nie za­uwa­żył.

Kiedy zna­leźli się w środku, Cha­stity z ulgą wy­pu­ściła po­wie­trze i zdjęła cze­pek, na­gle zro­biło jej się bar­dzo go­rąco.

- Za­wieź mnie, pro­szę, do May­fair. Stam­tąd po­jadę do Rath Hall.

Książę tylko się ro­ze­śmiał w od­po­wie­dzi.

- Mowy nie ma, naj­słod­sza. Nie spusz­czę cię z oczu, do­póki oso­bi­ście nie od­dam cię pod opiekę Do­riana.

- Nie mo­żesz tego zro­bić! Nie wolno mi być z tobą sam na sam w po­wo­zie. Po­myśl o mo­jej re­pu­ta­cji.

Lu­cien wzru­szył ra­mio­nami, za­pu­kał w ścianę przed nimi i po­le­cił woź­nicy, że ma je­chać do Rath Hall.

- Twój brat z pew­no­ścią zro­zu­mie, że przy mnie je­steś bez­piecz­niej­sza, niż włó­cząc się sama po Whi­te­cha­pel.

Cha­stity za­schło w ustach i prze­biegł ją lo­do­waty dreszcz. Ko­ły­sa­nie po­wozu na nie­rów­nej na­wierzchni tylko wzma­gało jej nie­po­kój, a koła ter­ko­tały nie­zno­śnie gło­śno. Je­śli Do­rian się do­wie, że od mie­sięcy sa­mot­nie wy­my­kała się do Whi­te­cha­pel... że pra­co­wała sam na sam z le­ka­rzem bez upraw­nień... że na­ra­żała swoje bez­pie­czeń­stwo, cho­dząc po ciem­nych za­uł­kach...

Wów­czas bę­dzie mo­gła po­rzu­cić wszelką na­dzieję na do­koń­cze­nie ba­dań, któ­rym po­świę­ciła tyle lat. Po­że­gnać się z ma­rze­niem o zdo­by­ciu uzna­nia w śro­do­wi­sku na­uko­wym i po­dzie­le­niu się swo­imi spo­strze­że­niami z jak naj­więk­szą liczbą szpi­tali, żeby uchro­nić przed in­fek­cjami nie­zli­czone rze­sze pa­cjen­tów.

Do Rath Hall była go­dzina drogi, tyle czasu miała na prze­ko­na­nie Lu­ciena, żeby nie mó­wił o ni­czym jej bratu. Go­dzinę sam na sam z nim, w cia­snej prze­strzeni po­wozu. Go­dzinę wdy­cha­nia za­pa­chu jego skóry, goź­dzi­ków i drzewa san­da­ło­wego.

Na samą tę myśl prze­szył ją go­rący dreszcz.

Ten męż­czy­zna był uoso­bie­niem upadku.

Wy­soki, o do­sko­nale umię­śnio­nym ciele. Z aniel­skimi oczami naj­więk­szego grzesz­nika, ja­kiego kie­dy­kol­wiek po­znała. I zło­ci­stymi pu­klami, które aż się pro­siły, by od­gar­nąć mu je z oczu.

Na mi­łość bo­ską, o czym ona w ogóle my­ślała? Prze­cież od lat nie była już w nim za­ko­chana.

Żeby ukró­cić te nie­do­rzeczne fan­ta­zje, mu­siała so­bie przy­po­mnieć, dla­czego był taki roz­cheł­stany - wła­śnie spę­dził noc w ra­mio­nach in­nych ko­biet. Czuła na­wet na nim ich per­fumy. Ktoś inny - za­pewne nie jedna ko­bieta - ca­ło­wał te pełne wargi, wo­dził pal­cem po ko­ściach po­licz­ko­wych i wy­raź­nie za­zna­czo­nej żu­chwie.

Nie ona.

To ni­gdy nie bę­dzie ona.

- Po­wiesz mu, gdzie mnie zna­la­złeś? - spy­tała.

- To za­leży.

- Od czego?

- Od tego, co tam ro­bi­łaś.

Ob­jęła się ra­mio­nami.

- Nie mogę ci po­wie­dzieć.

- Wo­bec tego czuję się zo­bo­wią­zany po­wia­do­mić Do­riana.

- Do­brze! Już do­brze. - Wes­tchnęła głę­boko, zbie­ra­jąc się na od­wagę. - Asy­stuję pew­nemu le­ka­rzowi w Whi­te­cha­pel. Wy­pró­bo­wuję swoje nowe me­tody za­po­bie­ga­nia za­ka­że­niom i po­ma­gam mu w przy­go­to­wa­niach do za­bie­gów, opiece nad pa­cjen­tami i tak da­lej. W za­mian mogę za­pi­sy­wać wszyst­kie ob­ser­wa­cje, żeby spraw­dzić, czy są pod­stawy, aby po­dzie­lić się swo­imi spo­strze­że­niami z szer­szym gre­mium.

- Cha­stity, ty do­bra du­szo. - Te­raz on wes­tchnął. - Mo­głem się do­my­ślić, że wpad­niesz na coś ta­kiego.

Więk­szość lu­dzi ra­czej nie na­zwa­łaby jej do­brą. Prze­ciw­nie, wielu jej nie lu­biło i uwa­żało, że jest chłodna i na­zbyt zdy­stan­so­wana.

Ale Lu­cien pa­trzył na nią ina­czej.

- Pro­szę, nie mów Do­ria­nowi - do­dała.

- Moja droga, chcesz, że­bym ukry­wał coś przed swoim naj­lep­szym przy­ja­cie­lem.

- Wiem. Ale wciąż cię o to pro­szę.

Jego fio­le­towe oczy za­pło­nęły.

- Ach, naj­droż­sza. Nie masz po­ję­cia, jak wiele był­bym go­tów dla cie­bie zro­bić.

Jego cie­pły od­dech omiótł jej po­li­czek, po­czuła na so­bie cię­żar jego wzroku. Same słowa były ni­czym czułe mu­śnię­cie dłoni.

Ale za­raz przy­wo­łała się do po­rządku - to był prze­cież uro­dzony ba­wi­da­mek. Uwo­dzi­ciel. Te wszyst­kie czu­łostki nic nie zna­czyły, dla niego ona za­wsze bę­dzie je­dy­nie sio­strą naj­lep­szego przy­ja­ciela.

Mimo to jej zdra­dziec­kie serce za­biło szyb­ciej od sa­mej jego bli­sko­ści.

- Ależ, Cha­stity, mu­sisz mi dać ja­kiś do­bry po­wód, że­bym dla cie­bie skła­mał - za­strzegł. - Je­stem wi­nien Do­ria­nowi lo­jal­ność. Nie mogę zdra­dzić ani jego, ani swo­ich po­zo­sta­łych braci w grze­chu.

Roz­dział 2

Kiedy za oknami po­wozu co­raz wy­raź­niej ma­lo­wał się za­rys Rath Hall, w Lu­cie­nie na­ra­stał nie­po­kój. Miał na­dzieję, że Do­rian od razu za­prosi go do ga­bi­netu na szkla­neczkę brandy, która ukoi jego po­tworny ból głowy - ma­jący nie­wiele wspól­nego z wczo­raj­szą roz­pu­stą, za to mnó­stwo z piękną ko­bietą sie­dzącą przed nim.

Spie­rali się całą drogę od Whi­te­cha­pel. Cha­stity po­skar­żyła mu się, że szpi­tal w May­fair wy­łącz­nie dla­tego, że jest ko­bietą, od­rzu­cił jej prośbę o moż­li­wość te­sto­wa­nia u nich swo­jej me­tody.

Zro­biło mu się żal tej ma­łej lwicy. Ból głowy i mdło­ści szybko jed­nak przy­tę­piły zdol­ność my­śle­nia i te­raz, cho­ciaż pró­bo­wał się sku­pić, jego uwaga od­pły­wała ku jej war­gom. Roz­my­ślał o tym, jak mo­głyby sma­ko­wać.

Miała taką ładną twarz, z błę­kit­nymi oczami i ró­ża­nymi ustami... Wielka szkoda, że zgrabną syl­wetkę ukry­wała pod nud­nymi suk­niami z dłu­gimi rę­ka­wami i gu­zi­kami za­pię­tymi pod samą szyję. Jakby zie­mia miała się roz­stą­pić, gdyby od­sło­niła choć cen­ty­metr skóry. Za­wsze wy­pro­sto­wana ni­czym struna, czę­sto spra­wiała wra­że­nie chłod­nej i wy­nio­słej, wręcz nie­czu­łej. Uni­kała oka­zji do po­zna­wa­nia no­wych lu­dzi, twier­dziła, że nie po­trze­buje przy­ja­ciół, skoro ma swoje książki, swoje ba­da­nia...

Do­bry Boże, czy to jej świę­tej pa­mięci oj­ciec zdo­łał stłam­sić ją tak do­szczęt­nie, że nie zo­stało w niej nic poza su­ro­wo­ścią i ob­se­syj­nym za­mi­ło­wa­niem do na­uki? Pa­mię­tał prze­cież, że jako dziew­czynka wspi­nała się po drze­wach i ba­wiła w pi­ra­tów, że miała za­raź­liwy śmiech i psotny błysk w oku. Wy­daje się, że tam­tej dziew­czynki już nie ma, zo­stała po­grze­bana pod grubą war­stwą fał­szy­wej skry­to­ści i ni­ja­ko­ści, którą Cha­stity no­siła ni­czym zbroję.

Cza­sem miał ochotę po­trzą­snąć nią tak, żeby ta po­włoka wresz­cie opa­dła, a Cha­stity w końcu przy­po­mniała so­bie, kim na­prawdę jest.

Bo on wie­dział, kim jest, tam w środku. Ko­bietą. Czło­wie­kiem pięk­nym i speł­nio­nym.

A te­raz na do­da­tek włó­czy się po Whi­te­cha­pel, pra­cuje z ja­kimś le­ka­rzem...

Nie, mo­ment! Chyba kac za­czy­nał ustę­po­wać. Szok wy­wo­łany jej wi­do­kiem w po­bliżu Eli­zjum i za­mro­cze­nie po ca­ło­noc­nej li­ba­cji spra­wiły, że umknęło to, co praw­do­po­dob­nie było w tym wszyst­kim naj­istot­niej­sze.

- Był tam ktoś jesz­cze prócz cie­bie, w ga­bi­ne­cie tego czło­wieka...? - spy­tał i po­pa­trzył na nią, mru­żąc oczy. - U tego le­ka­rza?

Cha­stity ode­rwała wzrok od szyby. Za­raz mieli się za­trzy­mać przed Rath Hall, a gdy to zro­bią, roz­mowa do­bie­gnie końca.

- Dla­czego py­tasz? - od­parła i po­czuła, jak jej pierś gwał­tow­nie unosi się i opada pod sza­rym spen­ce­rem.

- Bo chcę wie­dzieć, czy po­wi­nie­nem zło­żyć mu wi­zytę i prze­trą­cić kark.

- Nie mu­sisz. Byli też pa­cjenci.

- Przez cały czas?

- Przez więk­szość czasu. Nie spo­dzie­wasz się chyba, że pa­cjenci z ra­nami i po­ła­ma­nymi koń­czy­nami trosz­czyli się o moją cnotę.

Stłu­mił ryk wzbie­ra­jący gdzieś w głębi gar­dła i spy­tał przez za­ci­śnięte zęby:

- On jest stary? Żo­naty? Naj­le­piej po­wiedz, że in­te­re­sują go męż­czyźni.

- Jest w twoim wieku. Nie ma żony. Je­śli cho­dzi o jego upodo­ba­nia, to nie mam po­ję­cia.

- Jak się na­zywa?

Zmie­rzyła go wzro­kiem i wy­pro­sto­wała plecy.

- Wy­daje się, że ży­wisz wo­bec niego nie­naj­lep­sze za­miary, a mimo to ocze­ku­jesz, że zdra­dzę ci jego na­zwi­sko?

Wez­brał w nim nie­wy­tłu­ma­czalny gniew. Ja­kaś jego część za­sta­na­wiała się na­wet, co w niego wstą­piło. Zwy­kle nie wpa­dał w złość. Szczy­cił się tym, że wszystko po­trafi ob­ró­cić w żart i unika nie­przy­jem­nych emo­cji.

- Pełna zgoda co do złych za­mia­rów - wark­nął. - Na­zwi­sko, Cha­stity! Albo po­wiem Do­ria­nowi.

Wy­glą­dała na zdru­zgo­taną, a on na­tych­miast po­ża­ło­wał swo­jej groźby, le­dwo te słowa opu­ściły jego usta.

- Lu­cien... - za­częła.

Nie dał jej do­koń­czyć.

- Je­śli chcesz, że­bym za­cho­wał twój se­kret, mu­sisz mi po­wie­dzieć, z kim mam do czy­nie­nia.

I komu póź­niej być może bę­dzie trzeba po­ra­cho­wać ko­ści.

- Do­brze. Ale mu­sisz obie­cać, że nie zro­bisz mu krzywdy.

- Tego obie­cać nie mogę.

- Nie masz po­wodu źle mu ży­czyć! Za­wsze jest dżen­tel­me­nem.

Dżen­tel­men... ktoś, kim Lu­cien nie by­wał ni­gdy.

Noz­drza mu się roz­sze­rzyły, zęby za­zgrzy­tały. Co w niego wstą­piło? Trosz­czył się o nią, to oczy­wi­ste. Na Boga, to młod­sza sio­stra Do­riana.

Po­wóz się za­trzy­mał. Za oknem wy­ra­stała ciemna go­tycka re­zy­den­cja księ­cia Rath, nie­mal cał­kiem prze­sła­nia­jąc niebo i krad­nąc po­po­łu­dniowe świa­tło. Ka­mer­dy­ner i służba usta­wili się w sze­regu przed łu­ko­wym wej­ściem zdo­bio­nym rzeź­bie­niami.

- Na­zwi­sko - za­żą­dał raz jesz­cze Lu­cien.

Żwir chrzę­ścił pod bu­tami woź­nicy, który pod­cho­dził otwo­rzyć drzwi i roz­ło­żyć schodki po­wozu.

Do­rian i Pa­tience mo­gli się po­ja­wić lada chwila. Po­tem zjadą się po­zo­stali ksią­żęta, żeby ju­tro wszy­scy mo­gli udać się na przy­ję­cie do Pryde'a w jego wiej­skiej po­sia­dło­ści. Cha­stity nie miała wiele czasu i oboje o tym wie­dzieli. Po­wio­dła wzro­kiem na Rath Hall.

- Przy­się­gam na swój ho­nor, że po­wiem Do­ria­nowi - ostrzegł Lu­cien i w głębi du­szy nie­na­wi­dził sie­bie za to, że na nią na­ci­skał.

- W po­rządku - syk­nęła. - Do­prawdy, cza­sem cię nie­na­wi­dzę. Na­zywa się Brace Ster­ling.

Lu­cien pu­ścił do niej oko i w tym mo­men­cie woź­nica otwo­rzył drzwi, a z re­zy­den­cji wy­szli Pa­tience i Do­rian. Do­rian był wy­soki, a w jego ciem­nych wło­sach wy­raź­nie od­zna­czało się białe pa­smo. Do tego miał prze­szy­wa­jące nie­bie­skie oczy, któ­rymi po­tra­fił zmro­zić każ­dego. Był naj­lep­szym przy­ja­cie­lem Lu­ciena od dzie­ciń­stwa, za­wsze bez­względ­nie lo­jalny i opie­kuń­czy, o ostrym in­te­lek­cie i jesz­cze ostrzej­szym ję­zyku. Pa­tience, nowa księżna Rath, sta­no­wiła ide­alne prze­ci­wień­stwo Do­riana - drobna, zło­to­włosa pięk­ność o aniel­skiej twa­rzy i ła­god­nym uspo­so­bie­niu. W jej nie­bie­skich oczach lśniła do­broć, a po­liczki pro­mie­niały pierw­szymi ozna­kami ciąży.

Lu­cien po­now­nie zwró­cił się do Cha­stity.

- Czło­wiek Thorne'a Black­more'a? - chciał się upew­nić. - Jego wspól­nik, bli­ski przy­ja­ciel, któ­rego Black­more na­zywa bra­tem?

- Tak - po­twier­dziła z dumą, co jesz­cze bar­dziej go roz­draż­niło.

Po­ła­ma­nie ko­ści oso­bie tak bli­sko po­wią­za­nej z Black­more'em mo­głoby zna­cząco skom­pli­ko­wać sprawy. Przede wszyst­kim praw­do­po­dob­nie ozna­cza­łoby dla Lu­ciena za­kaz wstępu do Eli­zjum. Ale, choć lu­bił od­wie­dzać to miej­sce, w któ­rym można było za­znać wsze­la­kich roz­ko­szy, ja­koś by to zniósł. Ho­nor Cha­stity był waż­niej­szy.

Ale po­zo­sta­wała jesz­cze jedna kwe­stia - Ster­ling na­prawdę był zdol­nym le­ka­rzem i z tego, co Lu­cien sły­szał, ro­bił w Whi­te­cha­pel wiele do­brego. Szkoda by­łoby skrzyw­dzić ko­goś, kto po­ma­gał lu­dziom.

Psia­krew, ta ko­bieta do­pro­wa­dzi go do zguby.

- Lu­cien? - za­wo­łał Do­rian, kiedy pod­cho­dząc do po­wozu, za­uwa­żył, że przy­ja­ciel wciąż nie wy­siada. - Wszystko w po­rządku?

- Jesz­cze nie skoń­czy­li­śmy tej roz­mowy - wark­nął Lu­cien.

Cha­stity za­ci­snęła wargi w cienką kre­skę.

- Świet­nie - rzu­ciła i wy­sia­dła z po­wozu.

- Cha­stity! - za­wo­łała za­sko­czona Pa­tience.

Do­rian zmarsz­czył brwi i przez okno po­wozu zgro­mił Lu­ciena wzro­kiem. Ten wy­siadł tuż za Cha­stity, a każdy krok od­bi­jał się nie­zno­śnym echem w jego pul­su­ją­cej bó­lem gło­wie.

- Co ro­bi­łaś sama z Lu­cie­nem? - Jej brat żą­dał wy­ja­śnień.

Ko­bieta żach­nęła się lekko, choć po­liczki jej pło­nęły.

- Nie­raz by­wa­łam sama z Lu­cie­nem. Do­ra­sta­li­śmy ra­zem.

- W za­ci­szu na­szego domu - wark­nął Do­rian. - Je­śli kto­kol­wiek was wi­dział w May­air...

Lu­cien pró­bo­wał za­ła­go­dzić sy­tu­ację jed­nym ze swo­ich roz­bra­ja­ją­cych uśmie­chów.

- Zo­ba­czy­łem ją, jak cho­dziła po skle­pach przy Bond Street - wy­ja­śnił - i za­pro­po­no­wa­łem, że pod­wiozę ją do domu. I tak je­cha­łem w tę stronę.

- Bond Street! - wy­krzyk­nął Do­rian. - Naj­ru­chliw­sza z ulic May­fair!

- Nikt nas nie wi­dział - za­pew­nili go chó­rem Cha­stity i Lu­cien.

- Na pewno?

Cha­stity wes­tchnęła.

- Do­ria­nie. Je­stem starą panną. Na­wet je­śli ktoś nas zo­ba­czył, to nikt nie dba o moją re­pu­ta­cję na tyle, żeby zro­bić z tego skan­dal. Poza tym wszy­scy wie­dzą, że Lu­cien to bli­ski przy­ja­ciel ro­dziny.

- Na­wet je­śli je­steś star­sza niż więk­szość pa­nien na wy­da­niu, nie­za­mężna ko­bieta za­wsze na­raża się na nie­bez­pie­czeń­stwo - upie­rał się Do­rian. - Wszy­scy łakną plo­tek. I każdy tylko wy­pa­truje skan­dalu. Po co w ogóle po­je­cha­łaś na za­kupy? Prze­cież stroje cię nie in­te­re­sują.

- Po­trze­bo­wa­łam paru rze­czy na przy­ję­cie u Pryde'a - skła­mała.

- Ja­kich rze­czy? - do­cie­kał Do­rian, mru­żąc oczy.

- Ach, mój drogi, daj już spo­kój. Za­pewne ja­kichś ko­bie­cych dro­bia­zgów - wtrą­ciła się Pa­tience. - Prawda, szwa­gierko?

Do­rian jesz­cze bar­dziej się skrzy­wił i od­wró­cił od niej wzrok.

- W rze­czy sa­mej - po­twier­dziła Cha­stity. - Ko­bie­cych dro­bia­zgów.

- W ży­ciu nie sły­sza­łem, że­byś mó­wiła o czym­kol­wiek ko­bie­cym! - ryk­nął Do­rian. - I dla­czego nikt ci nie to­wa­rzy­szył? Gdzie była twoja przy­zwo­itka?

- Chcia­łam tylko od­wie­dzić cio­cię. I po­my­śla­łam, że przy oka­zji zaj­rzę na Bond Street.

- Sio­stro, po­win­naś być ostroż­niej­sza. - Do­rian nieco się uspo­koił, kiedy wszy­scy czworo skie­ro­wali się do wej­ścia. - Pró­buję tylko cię chro­nić. Je­steś pewna, że nikt cię nie wi­dział sa­mej w jego to­wa­rzy­stwie?

Lu­cien po­czuł się ura­żony tam, jak Do­rian ką­śli­wie za­ak­cen­to­wał "jego".

- Czyżby prze­ma­wiał przez cie­bie strach, że gdyby ktoś nas wi­dział, to mu­siał­bym po­ślu­bić twoją sio­strę?

Do­rian rzu­cił mu przez ra­mię pio­ru­nu­jące spoj­rze­nie.

- Lu­cien, każdy, tylko nie ty. Ni­gdy się z nią nie oże­nisz ani jej nie do­tkniesz. I na­wet nie waż się na nią spoj­rzeć w nie­sto­sowny spo­sób.

To za­bo­lało.

Lu­cien zer­k­nął na Cha­stity, która obok niego wcho­dziła do domu. Ona za to nie wy­da­wała się ani tro­chę ura­żona. Plecy miała pro­ste i pa­trzyła przed sie­bie, wy­glą­dała jak cho­dzący po­sąg, do­sko­nałe ucie­le­śnie­nie ko­bie­cego wdzięku.

- Tylko nie ja... - mruk­nął pod no­sem.

- Chodź, Cha­stity. - W holu Pa­tience wzięła ją pod ra­mię. - Pój­dziemy do two­jego la­bo­ra­to­rium i opo­wiesz mi o po­stę­pach w swo­ich ba­da­niach... i o tym, co so­bie ko­bie­cego ku­pi­łaś!

Kiedy obie się od­da­liły, Do­rian za­pro­wa­dził Lu­ciena do swo­jego ga­bi­netu. Na­lał im obu po kie­liszku brandy, a Lu­cien przy­glą­dał mu się bacz­nie, na­gle za­po­mi­na­jąc o bólu głowy.

- Mó­wi­łeś po­waż­nie? Że każdy tylko nie ja?

Do­rian spoj­rzał na niego za­sko­czony, po­da­jąc mu tru­nek.

- Na­prawdę wciąż o tym roz­ma­wiamy?

Lu­cien upił łyk.

- Naj­wy­raź­niej. Chciał­bym się do­wie­dzieć, co jest ze mną nie tak. Znam was dwoje od dzie­ciń­stwa, wła­ści­wie od­kąd pa­mię­tam. Je­stem twoim naj­lep­szym przy­ja­cie­lem. Znam cie­bie i Cha­stity le­piej niż kto­kol­wiek inny. Z wy­jąt­kiem Pa­tience, oczy­wi­ście. Do dia­bła, Do­ria­nie. Po­mo­głem ci za­tu­szo­wać mor­der­stwo i nie pi­sną­łem ani słowa. Je­stem księ­ciem, tak samo jak ty, i śmiem twier­dzić, że dys­po­nuję ma­jąt­kiem nie­wiele mniej­szym od two­jego. Dla­czego więc nie ja?

Do­rian za­mru­gał, wy­raź­nie skon­fun­do­wany.

- Dla­czego tak cię to do­tknęło? Chcesz się oże­nić z Cha­stity?

- Nie. Nie, ale tro­chę mnie ubo­dło to "każdy tylko nie ty" i chciał­bym wie­dzieć, co we mnie znaj­du­jesz aż tak od­ra­ża­ją­cego.

Twarz Do­riana zła­god­niała.

- Lu­cie­nie, nie prze­pu­ścisz żad­nej ko­bie­cie. Całe ży­cie spę­dzasz w Eli­zjum, w se­zo­nie uga­niasz się za de­biu­tant­kami i wdów­kami, a na let­ni­sku ta­rzasz się w sia­nie ze słu­żą­cymi. Na moim miej­scu też byś nie chciał, żeby twoja sio­stra cier­piała przez ja­kie­goś lo­we­lasa, prawda?

Ta ła­god­ność w to­nie przy­ja­ciela za­bo­lała go bar­dziej, niż gdyby na niego na­wrzesz­czał albo wy­mie­rzył mu cios, jak by to zro­bił w cza­sach sprzed Pa­tience.

I Lu­cien mu­siał mu przy­znać ra­cję, choć bar­dzo tego nie chciał. Nie­stety, jego ży­cie było jedną wielką kom­pro­mi­ta­cją. Był ze­psuty do szpiku, nada­wał się tylko do jed­nego.

Uwo­dze­nia.

Cha­stity za­słu­gi­wała na ko­goś lep­szego.

- Do­ria­nie, wiesz, że bym jej nie skrzyw­dził. Ni­gdy.

A Do­rian z za­do­wo­le­niem po­ki­wał głową i w tym mo­men­cie ktoś ener­gicz­nie otwo­rzył drzwi i do ga­bi­netu wto­czyli się po­zo­stali bra­cia w grze­chu. Wy­glą­dali na zmę­czo­nych po ca­ło­noc­nej hu­lance, ale wciąż do­pi­sy­wały im hu­mory.

- Rath - przy­wi­tał się Ec­cess, kle­piąc Do­riana po ple­cach. - Bra­ko­wało nam cię wczo­raj...

- Zdaje mi się, że jego noga wię­cej w Eli­zjum nie po­sta­nie - ode­zwał się For­tyne. - Nasz przy­ja­ciel nie ma już w so­bie gniewu.

- Ra­cja - przy­tak­nął Enve­igh. - Twoja żona do­ko­nała cudu.

- Kogo to ob­cho­dzi? - rzu­cił non­sza­lancko Ir­re­ve­rence i padł na ka­napę, roz­cią­ga­jąc ra­miona na jej opar­ciu i krzy­żu­jąc nogi w kost­kach. - Naj­waż­niej­sze, że my ni­gdy się nie zmie­nimy, prawda, Lu­cie­nie?

Książę Luhst za­śmiał się w od­po­wie­dzi, ale nie za­brzmiało to szcze­rze. Tro­chę za­zdro­ścił Do­ria­nowi jego prze­miany. We­wnętrz­nego spo­koju i za­do­wo­le­nia, ja­kim ema­no­wał. Lu­cien wi­dy­wał go ta­kim tylko w rzad­kich chwi­lach dzie­ciń­stwa, za­nim oj­ciec znisz­czył w nim tam­tego wraż­li­wego, emo­cjo­nal­nego chłopca.

Jak by wy­glą­dało jego wła­sne ży­cie, gdyby nie rzą­dziła nim wiecz­nie nie­za­spo­ko­jona po­trzeba fi­zycz­nej bli­sko­ści? Gdyby stał się wol­nym czło­wie­kiem? Kom­plet­nym i speł­nio­nym, jak Do­rian?

Nie umiał so­bie tego na­wet wy­obra­zić.

Nie, to nie było dla niego. On by się w tym ni­gdy nie od­na­lazł.

- Ra­cja - przy­tak­nął. - My się na pewno nie zmie­nimy.

Do­rian na­lał wszyst­kim brandy, a pa­no­wie się roz­sie­dli i po­częli wy­mie­niać no­winy.

- Ale Do­rian ow­szem, on już się zmie­nił. - Pryde na­gle wró­cił do te­matu. - Wkrótce zo­sta­nie oj­cem. I mnie rów­nież niech bę­dzie wolno po­rzu­cić obo­wią­zek po­zo­sta­nia ta­kim sa­mym, bo nie­długo i ja będę mu­siał się oże­nić.

- Ze­zwa­lamy... - za­pew­nił go Ir­re­ve­rence.

- Oczy­wi­ście. Mu­sisz pod­trzy­mać swoją dumną dy­na­stię, bo ina­czej osza­le­jesz - do­dał Ec­cess z prze­ką­sem.

- W prze­ci­wień­stwie do Lu­ciena - do­rzu­cił Enve­igh.

Na myśl, że miałby mieć dziecko, Lu­cien po­czuł ścisk w żo­łądku.

W jego pa­mięci po dziś dzień ni­czym grzmoty hu­czały wście­kłe krzyki matki... "Na­le­żało cię wy­skro­bać, tak jak tego chcia­łam. Ni­gdy nie za­mie­rza­łam spro­wa­dzać na świat ko­lej­nego szkod­nika z rodu Luh­stów".

Enve­igh miał ra­cję. Jak Lu­cien miałby kie­dy­kol­wiek wziąć od­po­wie­dzial­ność za dru­giego czło­wieka? Za żonę, dziecko. Był szkod­ni­kiem. Tylko by tę nie­winną istotę ze­psuł, do­kład­nie tak, jak sam zo­stał ze­psuty przez swo­ich ro­dzi­ców. Udo­wod­niłby raz jesz­cze - so­bie i wszyst­kim - jak nie­wiele jest wart. Czy można było ocze­ki­wać cze­go­kol­wiek in­nego od ko­goś po­zba­wio­nego mo­ral­no­ści?

Lu­cien za­śmiał się i do­pił brandy.

- Jak ty mnie do­brze znasz. - A za­raz po­tem ci­cho, tak, że tylko Do­rian go usły­szał, do­dał: - Mnie nie mu­sisz się oba­wiać, je­śli cho­dzi o Cha­stity. "Chro­nimy ro­dziny braci jak swoją wła­sną".

Drugi punkt ich credo, które pod­pi­sali któ­rejś sza­lo­nej nocy w Eli­zjum. To credo było święte. Co­kol­wiek by się w ich ży­ciu wy­da­rzyło, credo było tą jedną rze­czą, w któ­rej w głębi du­szy wszy­scy byli zgodni.

- Oczy­wi­ście, Lu­cie­nie - za­pew­nił go ła­god­nie Do­rian. - Wiem, że mogę ci ufać.

Tylko czy chro­niąc ta­jem­nicę Cha­stity, Lu­cien nie ła­mał za­sady o wza­jem­nej ochro­nie ro­dzin?

Nie, to nic ta­kiego. Cóż zna­czy jedno białe kłam­stewko dla przy­jaźni ta­kiej jak ich?

Poza tym on na­prawdę za­mie­rzał chro­nić Cha­stity jak wła­sną...

No wła­śnie: wła­sną... co?

Roz­dział 3

Drzwi otwo­rzyły się z im­pe­tem i ude­rzyły w ścianę, a na pod­łogę po­sy­pały się od­pry­ski tynku.

Cha­stity i Pa­tience, sie­dzące na ka­na­pie przy sto­liku ka­wo­wym, po­de­rwały się za­sko­czone. Kartki, które Cha­stity trzy­mała w dłoni, roz­sy­pały się do­okoła, gdy od­wró­ciła się i spoj­rzała na in­truza. Zdjęła oku­lary, żeby le­piej go wi­dzieć.

Lu­cien roz­glą­dał się w pi­jac­kim amoku, nie­po­rad­nie pró­bo­wał scho­wać ko­szulę do bry­cze­sów. Wargi miał na­brzmiałe i lśniące, złote loki w nie­ła­dzie, przez co wy­glą­dał jesz­cze bar­dziej non­sza­lancko i za­wa­diacko. Frak zwi­sał nie­dbale z jed­nego ra­mie­nia, a ka­mi­zelka była roz­pięta. Nie poj­mo­wała, jak bę­dąc w ta­kim sta­nie, po­tra­fił wciąż wy­glą­dać ni­czym wcie­le­nie Apolla.

- O. - Uśmiech­nął się sze­roko i przy­mknął po­wieki. - Wi­tam sza­nowne pa­nie.

Ktoś prze­my­kał ko­ry­ta­rzem za jego ple­cami. Po­my­waczka, która czy­ściła ko­minki i sprzą­tała w la­bo­ra­to­rium Cha­stity. Ma­isie! Dziew­czyna była za­ru­mie­niona, wargi miała na­brzmiałe i czer­wone, ale cią­gle błą­kał się na nich uśmiech za­do­wo­le­nia. Mi­ja­jąc otwarte drzwi, z po­czu­ciem winy spoj­rzała prze­lot­nie na Cha­stity i szybko po­bie­gła da­lej.

Wiel­kie nieba, czy on wła­śnie...

- Co ty wy­pra­wiasz? - obu­rzyła się Cha­stity, zry­wa­jąc się na nogi i rzu­ca­jąc na ka­napę po­zo­stałe strony ostat­niej pracy Pa­tience.

- Wy­bacz­cie. - Ro­zej­rzał się i po­ło­żył dło­nie na bio­drach. Ko­szula na­dal marsz­czyła się na jego wy­dat­nych mię­śniach. - My­śla­łem, że to moja kom­nata.

- Twoja kom­nata jest w za­chod­niej wieży - wy­ce­dziła przez zęby. - Je­steś w wieży wschod­niej, gdzie miesz­kam i gdzie mam swoje la­bo­ra­to­rium.

Pa­tience rów­nież wstała, a kartki, które trzy­mała w dłoni, sta­ran­nie odło­żyła na ka­napę.

- Książę naj­wy­raź­niej nie do­maga. Może po­wi­nien się po­ło­żyć?

- Czuję się wy­śmie­ni­cie! - za­wo­łał i uśmiech­nął się jesz­cze sze­rzej. Za­czął prze­cha­dzać się po po­miesz­cze­niu.

La­bo­ra­to­rium znaj­do­wało się we wschod­niej wieży ze względu na duże na­sło­necz­nie­nie. Nie­mal po­łowę ściany zaj­mo­wały oło­wiane okna wi­tra­żowe w romby. Aby w pełni wy­ko­rzy­stać świa­tło, duże stoły ro­bo­cze usta­wiono pod sa­mymi oknami. Le­żały na nich prze­różne przy­rządy - ter­mo­me­try, hy­dro­me­try, zlewki, kolby i men­zurki - a także pię­trzyły się stosy na­uko­wych pe­rio­dy­ków. W rogu, sta­ran­nie za­kryty, stał jej naj­cen­niej­szy do­by­tek: skła­dany mi­kro­skop, który zdo­był dla niej Do­rian dzięki swoim kon­tak­tom w To­wa­rzy­stwie Kró­lew­skim.

Lu­cien prze­cha­dzał się od stołu do stołu, wszyst­kiemu się przy­glą­dał, cały czas chwie­jąc się lekko i wy­ko­nu­jąc za­ma­szy­ste ge­sty, co chwilę brał do ręki a to ja­kąś bu­te­leczkę, a to men­zurkę.

- Lu­cie­nie, pro­szę cię, uwa­żaj! - Cha­stity przy­glą­dała się temu ze zgrozą.

Bóg jej świad­kiem, mo­głaby go roz­szar­pać! Czy można być aż tak nie­na­sy­co­nym? Po ca­ło­noc­nej roz­pu­ście, gdy tylko prze­kro­czył próg Rath Hall, mu­siał do­paść po­my­waczkę i ją uwieść. A te­raz jesz­cze miał czel­ność bez­ce­re­mo­nial­nie wtar­gnąć do jej la­bo­ra­to­rium, świą­tyni, w któ­rej czuła się bez­piecz­nie i pew­nie, jakby chciał do­sad­niej za­grać jej na no­sie.

- Książę - zwró­ciła się do niego po­now­nie Pa­tience, to­nem na­dal spo­koj­nym, acz sta­now­czym. - Je­steś za­ufa­nym przy­ja­cie­lem ro­dziny, ale wiem do­brze, czego do­pu­ści­łeś się wo­bec Ma­isie. Je­śli nie prze­sta­niesz uwo­dzić pra­cu­ją­cej w tym domu służby, po­wiem o wszyst­kim Do­ria­nowi. A wtedy on cię za­bije.

Lu­cien za­śmiał się krótko i prze­lot­nie spoj­rzał na Cha­stity. Wziął do ręki kolbę z octem, jedną z sub­stan­cji, które te­sto­wała pod ką­tem zmniej­sza­nia ry­zyka za­ka­że­nia ran.

- Ma­rie... to zna­czy...Mona...

- Ma­isie! - Cha­stity nie wy­trzy­mała.

- Ma­isie była bar­dzo smutna. - Mach­nął ręką, w któ­rej trzy­mał na­czy­nie. - I nie było ni­kogo, kto mógłby ją po­cie­szyć.

Kolba wy­pa­dła mu z dłoni i roz­trza­skała się o pod­łogę w drobny mak. Gło­śny huk na mo­ment ogłu­szył Cha­stity, a po­wie­trze wy­peł­nił ostry za­pach czy­stego octu.

- O nie! - Pa­tience za­sło­niła usta. - Och, nie­do­brze mi, mu­szę... - Wy­bie­gła, jedną dło­nią wciąż za­sła­nia­jąc usta, a drugą trzy­ma­jąc się za brzuch.

- Psia­krew... - Lu­cien pa­trzył tępo na odłamki na pod­ło­dze i ka­łużę octu u swo­ich stóp. - Prze­pra­szam cię, Cha­stity!

Padł na ko­lana i za­czął zbie­rać ka­wałki szkła. Cha­stity prze­szył strach. Nie, pro­szę, żad­nych ska­le­czeń... Wi­dok brata, który jako dziecko wy­ło­nił się ze szklarni cały po­ra­niony, na za­wsze wy­pa­lił się w jej pa­mięci.

- Lu­cie­nie, zo­staw to - rzu­ciła ostrym to­nem i z szafki pod jed­nym ze sto­łów wy­jęła kilka lnia­nych szma­tek, któ­rych uży­wała do czysz­cze­nia przy­rzą­dów. - Pro­szę cię, nie ru­szaj tego.

Ale nie po­słu­chał. Kiedy ona wy­cie­rała ocet i zgar­niała szmatką odłamki, on zbie­rał je go­łymi rę­kami i rze­czy­wi­ście po chwili ocet za­bar­wił się krwią.

Cha­stity na mo­ment za­sty­gła w pa­nice. Znów miała przed oczami rany na nad­garst­kach i dło­niach Do­riana, krew, która wy­pły­wała z jego ciała nie­prze­rwa­nym stru­mie­niem... I to, co było po­tem, kiedy le­karz za­szył rany, za­ka­że­nie... dni wy­peł­nione cze­ka­niem, aż go­rączka za­bije jej brata, który pró­bo­wał tylko ją chro­nić...

Mo­dli­twy, żeby prze­żył.

- Lu­cie­nie! Ty krwa­wisz! - Szybko oprzy­tom­niała i wy­rzu­ciła szmatki do ku­bła na od­pady. Zdrę­twia­łymi dłońmi pod­su­nęła ku­beł ran­nemu księ­ciu, żeby też wrzu­cił do niego odłamki, które trzy­mał w ręce. - Po­każ mi to. - Po­dała mu rękę, po­ma­ga­jąc wstać.

Ska­le­czył się w lewą dłoń, którą te­raz trzy­mała w swo­jej. Była duża, z dłu­gimi pal­cami. Do­ty­ka­nie jego skóry było jak do­ty­ka­nie ognia - eks­cy­tu­jące. Nie­bez­pieczne.

I gro­ziło po­pa­rze­niem.

Gwał­tow­nie wcią­gnął po­wie­trze i cof­nął dłoń.

- Nic mi nie jest. To nic wiel­kiego.

- Krew to za­wsze jest coś wiel­kiego - wark­nęła z za­ska­ku­jącą na­wet dla niej sa­mej zło­ścią. Wszystko w tej sy­tu­acji wy­da­wało się zbyt zna­jome. I nie za­mie­rzała być po­wo­dem, dla któ­rego ko­lejny czło­wiek bę­dzie mu­siał wal­czyć ze śmier­telną in­fek­cją, je­śli mo­gła temu za­po­biec. Zwłasz­cza je­śli tym czło­wie­kiem miał być Lu­cien. - Po­zwól mi to obej­rzeć - po­wie­działa z na­ci­skiem i znów ujęła jego dłoń, żeby do­kład­nie się jej przyj­rzeć.

Ska­le­cze­nie było nie­wiel­kie, na kłę­bie kciuka, i tylko lekko krwa­wiło. Ode­tchnęła z ulgą.

- To płytka rana - oznaj­miła. - Szybko się za­goi, je­śli nie doj­dzie do za­ka­że­nia... Za­dbam, żeby nie wdała się in­fek­cja, jak u Do­riana.

Uniósł brwi.

- Niby jak?

Wiel­kie nieba, wciąż trzy­mała go za rękę. Pod­nio­sła wzrok i pa­trząc mu w oczy, na­tych­miast za­tra­ciła się w bez­kre­snym błę­ki­cie i od­cie­niach fio­letu pod dłu­gimi ja­snymi rzę­sami.

Weź się w garść! - upo­mniała się w my­ślach.

A na głos prych­nęła.

- Usły­sza­łeś choć słowo z tego, o czym mó­wi­łam w po­wo­zie?

- Wy­bacz, moja droga. To na pewno było fa­scy­nu­jące, ale po nocy w Eli­zjum nie­zbyt na­daję się do wy­słu­chi­wa­nia wy­kła­dów na­uko­wych.

Wes­tchnęła, wy­pu­ściła jego dłoń i po­de­szła do stołu po­szu­kać al­ko­holu.

- Tak, oczy­wi­ście, to cał­kiem zro­zu­miałe... - mruk­nęła, prze­su­wa­jące wzro­kiem po fiol­kach, bu­te­lecz­kach i kol­bach. - Zgłę­bia­łam aku­rat pracę dok­tora Edwarda Jen­nera o szcze­pie­niu. I kiedy czy­ta­łam o jego po­my­śle, żeby za­po­bie­gać ospie po­przez wpro­wa­dza­nie do or­ga­ni­zmu okre­ślo­nych sub­stan­cji, przy­szło mi do głowy, że być może w po­dobny spo­sób mo­gli­by­śmy za­po­bie­gać także in­nym do­le­gli­wo­ściom, na przy­kład za­ka­że­niom ran.

- Mów da­lej, skar­bie. To tylko teo­ria, prawda?

- Tak - przy­znała po­śpiesz­nie. Zna­la­zła kolbę ze spi­ry­tu­sem i od­wró­ciła się do niego. - Ale jak na ra­zie z mo­ich ob­ser­wa­cji wy­nika, że dba­nie o czy­stość wy­daje się zmniej­szać ry­zyko wy­stą­pie­nia u pa­cjen­tów go­rączki. Dla­tego ba­dam różne me­tody oczysz­cza­nia ran.

- Ro­zu­miem... - Na­gle po­pa­trzył na kolbę w jej dłoni z za­cie­ka­wie­niem, któ­rego dawno u niego nie wi­działa. - Ba­da­nia dok­tora Jen­nera nad ospą były fa­scy­nu­jące. Mam na­dzieję, że twoje od­niosą rów­nie wielki suk­ces.

Po­de­szła do niego bli­żej, po­czuła, jak od­dech jej przy­śpie­sza, ale ze­brała się w so­bie i oznaj­miła:

- Dawno temu twój umysł fa­scy­no­wała na­uka. Szkoda, że tak go mar­nu­jesz. Lu­cie­nie, te hu­lanki i roz­pu­sta cię wy­nisz­czają.

- Daj spo­kój. Wszy­scy kie­dyś umrzemy.

Wzięła świeżą szmatkę.

- Ale twoje "kie­dyś" jesz­cze długo nie na­dej­dzie, je­śli tylko mogę temu za­ra­dzić. Pa­mię­tasz, jak było z Do­ria­nem, kiedy się wy­do­stał z tam­tej szklarni?

W jed­nej chwili jego twarz stała się nie­skoń­cze­nie po­ważna.

- Trudno za­po­mnieć, że mój naj­lep­szy przy­ja­ciel pra­wie umarł z go­rączki.

Od­kor­ko­wała szyjkę i w noz­drza ude­rzył ją ostry za­pach al­ko­holu.

- Otóż to. Tam­ten le­karz, który opa­try­wał Do­riana... Gdyby tylko od­po­wied­nio oczy­ścił na­rzę­dzia i jego rany... Wy­niki mo­ich ba­dań wska­zują, że ry­zyko za­ka­że­nia zna­cząco by wów­czas spa­dło.

Lu­cien zmarsz­czył brwi, wpa­tru­jąc się w nią bacz­nie swo­imi fioł­ko­wymi oczami.

- To dla­tego się tym zaj­mu­jesz?

Gdyby go nie znała, mo­głaby uznać zdu­miony, cie­pły wy­raz jego twa­rzy za prze­jaw po­dziwu.

Tylko że Lu­cien, książę Luhst, ni­gdy nie mógłby po­dzi­wiać ko­goś ta­kiego jak ona. Sa­wantka i stara panna. Za­pewne po pro­stu do­ce­nia, że po­sta­no­wiła mu po­móc unik­nąć za­ka­że­nia.

Prze­chy­liła kolbę, na­są­czyła szmatkę spi­ry­tu­sem i z po­wro­tem za­mknęła na­czy­nie kor­kiem.

- Tak. - Znów wzięła go za rękę. Wiel­kie nieba, jego dłoń była dwu­krot­nie więk­sza od jej wła­snej. - Może za­piec - uprze­dziła. - Wy­bacz.

Ostroż­nie i de­li­kat­nie prze­su­nęła szmatką po ska­le­cze­niu. Usły­szała, jak gwał­tow­nie na­biera po­wie­trza.

- Wy­bacz - po­wtó­rzyła.

Boże drogi, jego skóra w miej­scu, gdzie jej do­ty­kała, ema­no­wała czymś nie­spo­ty­ka­nym. Przez ciało Cha­stity prze­to­czyła się cie­pła, ła­sko­cząca fala. To było odu­rza­jące. Na­wet jego wzrok czuła jak do­tyk, wy­peł­niał ją cie­płem, lek­ko­ścią. Kiedy pod­nio­sła głowę, w jego oczach zo­ba­czyła błysk cze­goś, czego nie po­tra­fiła na­zwać.

- To moja wina - przy­po­mniał jej. - Nie prze­pra­szaj, skar­bie.

Skar­bie... Tak czule się do niej zwra­cał, nie­wąt­pli­wie jak do wszyst­kich ko­biet. Do­piero co pew­nie tak samo piesz­czo­tli­wie szep­tał do Ma­isie.

Ale ona nie była jego skar­bem i ni­gdy nie bę­dzie.

Ow­szem, kie­dyś miała na to na­dzieję, dawno temu, kiedy była głu­pią, na­sto­let­nią trzpiotką, a on cza­ru­ją­cym mło­dzień­cem. Kiedy my­ślała jesz­cze, że uwaga, którą jej po­święca, może być czymś wię­cej niż przy­jaź­nią, kiedy miała na­dzieję... Aż ta na­dzieja le­gła w gru­zach, a ona po­czuła się okrut­nie oszu­kana, gdy zza rogu zo­ba­czyła go ca­łu­ją­cego się z inną dziew­czyną.

Wtedy raz na za­wsze wy­biła so­bie z głowy nie­mą­dre za­uro­cze­nie Lu­cie­nem.

Po­śpiesz­nie starła resztę krwi szmatką na­są­czoną spi­ry­tu­sem, a po­tem ko­lej­nym ka­wał­kiem tka­niny owi­nęła ranę. Pil­nie mu­siała prze­stać go do­ty­kać, jak­kol­wiek to było przy­jemne. Do­ty­ka­nie go przy­po­mi­nało jej o dziew­czy­nie, którą już ni­gdy nie bę­dzie.

Gdy skoń­czyła, wy­mam­ro­tał po­dzię­ko­wa­nia, a ona po­de­szła do okna i otwo­rzyła je, żeby wy­wie­trzyć za­pach octu. Świeże, chłodne po­wie­trze prze­wie­trzyło rów­nież jej głowę i wy­pę­dziło z niej my­śli o nim. Po­tem wró­ciła do sprzą­ta­nia szkła i octu z pod­łogi.

- Lu­cie­nie, unik­nął­byś tego wszyst­kiego, gdy­byś nie nad­uży­wał al­ko­holu i nie sy­piał z kim po­pad­nie.

- Z obiema tymi rze­czami mogę w każ­dej chwili skoń­czyć - za­pew­nił ją ze śmie­chem i klęk­nął obok, żeby jej po­móc. - Za to ty, gdy­byś tylko po­świę­ciła swo­jemu ży­ciu to­wa­rzy­skiemu tyle samo czasu i pracy, ile po­świę­casz swoim ba­da­niom, nie mu­sia­ła­byś w wieku dwu­dzie­stu ośmiu lat spę­dzać wie­czo­rów sa­mot­nie, oto­czona tylko swo­imi przy­rzą­dami.

Za­bo­lało ją to, ale nie dała tego po so­bie po­znać. Ze­brała się w so­bie i na­wet spoj­rzała mu w oczy, choć czuła już, jak łzy pieką ją pod po­wie­kami.

- Być może masz ra­cję. Ale ja przy­naj­mniej mam ja­kiś cel. A ty co masz, poza pi­ciem i roz­pu­stą?

Roz­dział 4

Jej słowa ubo­dły go do ży­wego. Od­chy­lił się na­wet, jakby wy­mie­rzyła mu po­li­czek. Miał ochotę za­ata­ko­wać po­now­nie, obro­nić się ja­koś, ale w głębi du­szy wie­dział, że miała ra­cję.

Nie da się ukryć, że był pi­jany... a po­tem roz­bił jej to szklane na­czy­nie, nie­mal wy­wo­łał wy­mioty u cię­żar­nej, a na ko­niec Cha­stity mu­siała wszystko po­sprzą­tać. I wtedy o to spy­tała...

Do­bre py­ta­nie: co on miał?

Tylko sa­mot­ność i pustkę.

Cha­stity, Do­rian i po­zo­stali ksią­żęta grze­chu - wszy­scy kie­dyś prze­ko­nają się, co skrywa w swoim wnę­trzu...

Nic.

Oczy­wi­ście, że mógłby skoń­czyć z roz­pust­nym ży­ciem. Nie był zwie­rzę­ciem, był czło­wie­kiem. W pełni zdol­nym do kon­tro­lo­wa­nia swo­ich po­pę­dów. Tylko... kiedy opla­tały go ko­biece nogi, kiedy przy­ci­skało się do niego inne ciało i oboje drżeli z roz­ko­szy, czuł, że coś zna­czy. Że nie jest sam.

Spół­ko­wa­nie nie znie­wa­lało go tak, jak nie­któ­rych męż­czyzn znie­wa­lało opium. Albo Ec­cessa znie­wa­lał al­ko­hol.

Nie.

Jemu nic nie do­le­gało.

To Cha­stity miała pro­blem, nie umiała prze­stać się cho­wać za swo­imi szkla­nymi fiol­kami i uży­wać swo­jej in­te­li­gen­cji jako wy­mówki, żeby uni­kać po­zna­wa­nia kan­dy­da­tów na męża.

Ból, który do­strzegł w oczach Cha­stity, gdy jej to wy­tknął, spra­wił, że się wzdry­gnął i chciał prze­pro­sić. Już na­wet otwo­rzył usta, żeby to zro­bić, ale wtedy ona tak ener­gicz­nie za­mo­czyła szmatkę w wia­drze z wodą, że kilka kro­pel pry­snęło mu w twarz.

- Wiesz, co my­ślę? - spy­tał za­miast prze­pro­sin i wstał, kiedy ona znów za­nu­rzyła ście­reczkę w wo­dzie. Przy­glą­dał się, jak wy­żyma ją zwin­nymi dłońmi. - My­ślę, że całe twoje na­ukowe am­bi­cje to je­dy­nie próba od­wró­ce­nia uwagi od tego, że po­tra­fisz zna­leźć so­bie męża.

Od­wró­ciła się do niego, oczy miała wiel­kie, a twarz na­piętą ni­czym ma­ska, ale po­liczki jej pło­nęły.

Te­raz prze­sa­dził.

Od­sta­wiła wia­dro na stół i wrzu­ciła do niego szmatę, tym ra­zem szczo­drze ochla­pu­jąc mu twarz. Otarł mo­kre po­liczki, woda miała octowy za­pach.

Jed­nym krót­kim kro­kiem po­ko­nała dzie­lący ich dy­stans. Była zimna i wład­cza, jak Kró­lowa Śniegu.

- Od­wra­ca­niem uwagi jest ra­czej twoje wieczne uga­nia­nie się za ko­bie­tami. Je­steś ża­ło­sny, Lu­cie­nie! Na­wet przy słu­żą­cej naj­lep­szego przy­ja­ciela nie umiesz się po­ha­mo­wać. I to po nocy spę­dzo­nej w Eli­zjum!

Pa­trzył w jej nie­bie­skie oczy, lśniące lo­do­wym bla­skiem.

A ona za­śmiała się i wolno po­krę­ciła głową.

- Za­łożę się, że mie­siąca byś nie wy­trzy­mał, żeby nie po­ło­żyć się do łóżka z kim­kol­wiek.

- Też coś, nie miał­bym z tym naj­mniej­szego pro­blemu - prych­nął.

- Do­prawdy? I nie tylko bez sto­sunku płcio­wego, ale na­wet bez sa­mo­za­spo­ko­je­nia?

"Sa­mo­za­spo­ko­je­nie" i "sto­su­nek płciowy" brzmiały w jej ustach na­der in­try­gu­jąco. Wy­obra­ził so­bie jej po­nętne wargi czer­wone od po­ca­łun­ków... Opu­ścił wzrok na drobne piersi pod szarą mu­śli­nową su­kienką z koł­nie­rzy­kiem się­ga­ją­cym pod­bródka. Jakże miły dla ucha byłby to dźwięk, gdyby tak ro­ze­drzeć ten pa­skudny ma­te­riał i uwol­nić jej piękne ciało od ubra­nia, które ją po­sta­rzało i czy­niło nie­wi­dzialną.

- A cóż ty mo­żesz wie­dzieć o tych spra­wach, droga Cha­stity? - spy­tał, pod­cho­dząc jesz­cze bli­żej.

Wi­dok jej roz­sze­rzo­nych źre­nic, po­chła­nia­ją­cych więk­szość sza­fi­ro­wych tę­czó­wek, słod­kich warg roz­chy­la­ją­cych się ze zdu­mie­nia i piersi uno­szą­cej się co­raz gwał­tow­niej pod suk­nią godną gu­wer­nantki na­pa­wał go sa­tys­fak­cją.

- Czy­tam książki - oznaj­miła. - Do­sko­nale się orien­tuję, czym jest mi­łość cie­le­sna. Znam ana­to­mię mę­ską i ko­biecą, włącz­nie z na­rzą­dami płcio­wymi, i wiem, co za­cho­dzi mię­dzy ko­bietą a męż­czy­zną.

Oczy­wi­ście, że wie, jak mo­głaby nie wie­dzieć. Być może nie znał jej aż tak do­brze.

Po­my­śleć, że czy­tała książki o spół­ko­wa­niu, stu­dio­wała mę­ską i ko­biecą ana­to­mię w pod­ręcz­ni­kach me­dycz­nych i mo­głaby mu udzie­lać in­struk­cji... W tych swo­ich bi­no­klach i z tą su­rową miną... Aż on stałby się tym, który jako pierw­szy prze­bije się przez jej twardy pan­cerz i sprawi, że Cha­stity się roz­pad­nie, bę­dzie się wić i straci kon­trolę... Roz­grzane do czer­wo­no­ści po­żą­da­nie wzbu­rzyło krew i sku­mu­lo­wało się bo­le­śnie pod bry­cze­sami.

Nie, Lu­cie­nie. To Cha­stity. Sio­stra Do­riana.

Co nie zna­czy, że nie wolno mu się z nią tro­chę po­dro­czyć. Za­ba­wić po­my­słem o tym ab­sur­dal­nym za­kła­dzie.

- Książki - żach­nął się. - Ko­cha­nie, teo­ria i prak­tyka to dwie różne rze­czy. Ja mogę się po­wstrzy­mać od prak­ty­ko­wa­nia. Za to ty od czy­ta­nia ra­czej nie. Po­wie­dział­bym wręcz, że za jego sprawą za­my­kasz się na lu­dzi do tego stop­nia, iż wąt­pię, abyś w ciągu tego let­ni­ska po­znała choć jedną nową osobę.

Jej wście­kłe ru­mieńce zdra­dzały, że się z nim zga­dza.

- Je­śli ty zdo­łasz rzu­cić hu­lanki, ja mogę po­rzu­cić książki - za­pew­niła go, choć bez więk­szego prze­ko­na­nia. - Na pewno znaj­dzie się ktoś, z kim da się po­roz­ma­wiać o na­uce...

Otwo­rzyła sze­rzej oczy, jakby coś so­bie uświa­do­miła.

- Wła­ści­wie, to... - Po­woli wy­gięła usta w uśmie­chu. - Na przy­ję­ciu Pryde'a bę­dzie pe­wien dżen­tel­men, z któ­rym mogę roz­ma­wiać go­dzi­nami. - I pod no­sem do­dała: - O ile zbiorę się na od­wagę.

Lu­cien zmru­żył oczy. Kiedy do tego do­szło? Na­gle w jej ży­ciu po­ja­wia się jesz­cze je­den nowy męż­czy­zna? Nie po­do­bało mu się to, wcale a wcale. Skrzy­żo­wał ra­miona na piersi.

- Kto to taki?

Znów kuc­nęła i wró­ciła do wy­cie­ra­nia octu z pod­łogi, a on pa­trzył na jej pełne wdzięku plecy, na krą­głe i obie­cu­jące po­śladki ry­su­jące się pod sza­rymi fał­dami sukni.

- Lord Oli­ver Evans, hra­bia Ward­bury.

Za­mor­duje dra­nia.

- I dla­czego chcesz się za­zna­jo­mić wła­śnie z nim?

Po­ję­cia nie miał, jak jej się uda­wało wy­glą­dać tak do­stoj­nie, gdy ku­cała i wy­cie­rała plamę z pod­łogi. A jed­nak. Jej plecy po­zo­sta­wały ide­al­nie wy­pro­sto­wane. Ra­miona opusz­czone. Twarz opa­no­wana, jakby piła her­batkę z kró­lową.

- Jest ba­da­czem i le­ka­rzem w Szpi­talu Świę­tego To­ma­sza. I jed­nym z dżen­tel­me­nów, któ­rzy od­rzu­cili moją ofertę współ­pracy. Za­mie­rzam go prze­ko­nać do zmiany zda­nia.

Lu­cien zmru­żył oczy. Uczony? Hra­bia? Cha­stity spę­dza­jąca czas w to­wa­rzy­stwie nie­zna­nego mu męż­czy­zny? Nie, zde­cy­do­wa­nie mu się to nie po­do­bało. Ile w ogóle lat miał ten je­go­mość? Niech Bóg ma go w opiece, le­piej, żeby był po osiem­dzie­siątce i miał żonę.

Nie. Na pewno nie we­pchnie jej tak po pro­stu w ra­miona in­nego męż­czy­zny. Musi jak naj­bar­dziej utrud­nić jej ten za­kład. Albo uczy­nić go na tyle ku­szą­cym, żeby jemu sa­memu opła­cało się za­ry­zy­ko­wać. Za­raz, a może da się upiec obie pie­cze­nie...

Po­krę­cił głową.

- Skar­bie, je­śli uatrak­cyj­nisz mi nieco ten za­kład, to je­stem go­tów go przy­jąć.

Te­raz ona przyj­rzała mu się ba­daw­czo.

- A co by go twoim zda­niem uatrak­cyj­niło?

- Ty... mocno spe­szona.

Z za­do­wo­le­niem pa­trzył, jak na jej po­liczki za­krada się ru­mie­niec. Czyli Kró­lowa Śniegu ma jed­nak tro­chę ogni­stej krwi.

- Słu­chaj - prze­ko­ny­wał. - Skoro ja mam zro­bić coś, co nie bę­dzie mi się po­do­bało... to ty też mu­sisz. Twier­dzisz, że nie dam rady za­cho­wać wstrze­mięź­li­wo­ści przez trzy­dzie­ści dni. A ja twier­dzę, że to­bie nie uda się zdo­być pro­po­zy­cji mał­żeń­stwa.

Cha­stity zmar­kot­niała.

- Pro­po­zy­cji mał­żeń­stwa?

W ży­ciu na to nie pój­dzie. Nie dla­tego, że by jej się to nie udało. Każdy męż­czy­zna byłby szczę­ścia­rzem, gdyby mógł ją do­stać, a Lu­cien ni­gdy nie zdo­łałby na nią za­słu­żyć. Ale ona nie wyj­dzie ze swo­jej sko­rupy i nie bę­dzie się na­wet sta­rać ko­go­kol­wiek ocza­ro­wać. Wi­dział ją na róż­nych ba­lach i przy­ję­ciach. Jest na nich tak nie­po­radna, jakby miała drza­zgę w pa­lu­chu.

- Pro­po­zy­cję mał­żeń­stwa... - po­wtó­rzyła, wciąż wy­glą­da­jąc na zdu­mioną, aż na­gle, ku jego za­sko­cze­niu, do­koń­czyła: - ...od lorda Ward­bury.

- Co?

- Może nie każ­dego zdo­ła­ła­bym prze­ko­nać do zło­że­nia mi ta­kiej pro­po­zy­cji, ale za­łożę się, że z nim mo­głoby mi się udać.

Nie. Nie, nie. Nie po­do­bał mu się kie­ru­nek, w któ­rym to zmie­rzało.

- On też jest na­ukow­cem. - Cha­stity naj­wy­raź­niej po­waż­nie roz­wa­żała taką moż­li­wość. - Te­ma­tów do roz­mowy nam nie za­brak­nie. Poza tym, gdy­bym już była jego żoną, może prze­ko­na­ła­bym go, żeby po­zwo­lił mi pro­wa­dzić ba­da­nia we współ­pracy ze Szpi­ta­lem Świę­tego To­ma­sza.

Lu­cien przez chwilę nie mógł wy­du­sić ani słowa.

- O tym nie po­my­śla­łem.

- To ma sens! - Cha­stity na­prawdę za­pa­liła się do tego po­my­słu. Za­częła cho­dzić po la­bo­ra­to­rium tam i z po­wro­tem. - Masz cał­ko­witą ra­cję. Po­win­nam umieć się od­na­leźć wśród śmie­tanki to­wa­rzy­skiej. Ni­gdy mnie nie in­te­re­so­wało by­wa­nie na sa­lo­nach, trwo­nie­nie czasu na her­bat­kach z in­nymi da­mami i słu­cha­nie plo­tek. Przy­znaję jed­nak, że umie­jęt­no­ści spo­łeczne są moją sła­bo­ścią. Mu­szę nad nimi po­pra­co­wać. Po­dob­nie jak ty bę­dziesz mu­siał po­pra­co­wać nad sa­mo­kon­trolą i abs­ty­nen­cją. - Prze­rwała i spoj­rzała na niego. - A gdy już wy­gram, ty zaś, oczy­wi­ście, prze­grasz, bo prze­cież w ży­ciu nie zdo­łasz prze­pu­ścić chęt­nej da­mie, a już na pewno nie przez trzy­dzie­ści dni, to po­mo­żesz mi opu­bli­ko­wać moją pracę w Kró­lew­skim To­wa­rzy­stwie Nauk Przy­rod­ni­czych. Twoja ro­dzina wspiera ich od lat, więc na pewno masz tam sporo do po­wie­dze­nia.

Nie wie­rzył wła­snym uszom. Cha­stity żą­dała, żeby wy­ko­rzy­stał swoje wpływy, aby jej po­móc? Dziew­czy­nie, z którą kie­dyś grał w berka, która raz śmier­tel­nie go na­stra­szyła, ro­biąc do­mowe fa­jer­werki z proszku me­ta­licz­nego, i która wy­róż­niała się taką mą­dro­ścią, że gdy był chłop­cem, kom­plet­nie go tym onie­śmie­lała? Nie do wiary, że był jej do cze­go­kol­wiek po­trzebny. I oczy­wi­ście chęt­nie by jej po­mógł, na­wet bez tego za­kładu. No, ale skoro już się tar­go­wali...

- Wo­bec tego - za­czął chłodno, pa­trząc na nią z góry - je­śli ja wy­gram, spę­dzisz ze mną noc i bę­dziemy ro­bić, co tylko ze­chcę. - Wie­dział, że się nie zgo­dzi, ale chciał zo­ba­czyć, jak kró­lowa lodu się pe­szy, chciał znów uj­rzeć ten roz­koszny ru­mie­niec.

A ona zro­biła wiel­kie oczy i bez­wied­nie otwo­rzyła usta. I oto on, ru­mie­niec. Za­wsty­dze­nie, które tak pra­gnął uj­rzeć. Znał ją aż za do­brze.

Oczy­wi­ście, że Cha­stity nie od­waży się pró­bo­wać ko­go­kol­wiek ocza­ro­wać. Na­wet uczo­nego, któ­remu miała tyle do po­wie­dze­nia. Była by­stra, ale w ży­ciu nie uda jej się prze­kro­czyć muru, jaki wo­kół sie­bie zbu­do­wała, po­zwo­lić, aby inni zo­ba­czyli ją taką, jaką na­prawdę jest.

O tak. On wy­gra, a ona prze­gra.

A wtedy, choć bę­dzie go to sporo kosz­to­wało, za­chowa się wo­bec niej jak dżen­tel­men i na pewno nie wy­ko­rzy­sta oka­zji. Jej się pew­nie wy­daje, że bę­dzie chciał ją ro­ze­brać, ale on ni­gdy nie spla­miłby jej ho­noru w taki spo­sób. Była sio­strą Do­riana. A on bez trudu umiał so­bie wy­obra­zić jego gniew, na­wet je­śli ostat­nio zda­wał się mieć go w so­bie tak nie­wiele.

Za nic nie na­ra­ziłby swo­jej przy­jaźni z Do­ria­nem, ni­gdy.

Poza tym wie­dział, że Cha­stity i tak ni­gdy by się nie zgo­dziła na tak ab­sur­dalny za­kład. To wszystko było ble­fem i oboje o tym wie­dzieli. Jed­no­cze­śnie w jego my­śli, cał­kiem nie­pro­szony, wdarł się ob­raz jej zgor­szo­nej twa­rzy, kiedy po­ta­jem­nie wcho­dzi do jego sy­pialni, spo­dzie­wa­jąc się naj­gor­szego.

Tym­cza­sem skrzy­żo­wała ręce na piersi.

- Lu­cie­nie, mó­wię po­waż­nie. Żad­nego współ­ży­cia. Żad­nego sa­mo­za­do­wa­la­nia. W ogóle żad­nych zmy­sło­wych przy­jem­no­ści.

- A co, je­śli oboje wy­gramy? - przy­szło mu do głowy. Chyba nie za­mie­rzała się z nim za­ło­żyć...

- Wtedy oboje do­sta­niemy swoje na­grody. Na­prawdę mi za­leży na twoim wspar­ciu dla mo­jego pro­jektu.

Ro­ze­śmiał się i po­woli ru­szył w jej stronę, ob­li­zu­jąc dolną wargę. Moż­liwe, że na­dal był za­mro­czony al­ko­ho­lem. A może był do cna zde­pra­wo­wany. Tak czy ina­czej, nie mógł się oprzeć po­ku­sie. Wy­cią­gnął do niej rękę i aż prze­szył go prąd, gdy ją uści­snęła.

Po­woli po­trzą­snął jej dło­nią, trzy­ma­jąc ją mocno i pa­trząc jej pro­sto w oczy.

- Za­kład stoi.

Roz­dział 5

Na­stęp­nego dnia po­wozy je­den po dru­gim pod­jeż­dżały pod re­zy­den­cję Pryde'a i wy­sy­py­wali się z nich go­ście pre­zen­tu­jący naj­now­szą lon­dyń­ską modę. Re­zy­den­cja była dwu­pię­tro­wym pa­ła­cem z wy­so­kimi ko­lum­nami i oknami, a ota­czał ją piękny, przy­po­mi­na­jący park ogród po­śród ła­god­nych pa­gór­ków i la­sów.

Ar­chi­bald, książę Enve­igh, stał obok Lu­ciena oraz Do­riana, Pa­tience i Con­stan­tine'a, księ­cia Pryde. Enve­igh pre­zen­to­wał się do­sko­nale w ciem­no­zie­lo­nym atła­so­wym płasz­czu pro­sto spod igły, z wy­ha­fto­wa­nym her­bem ro­do­wym przed­sta­wia­ją­cym węża. Szare oczy, od­zna­cza­jące się na tle lek­kiej opa­le­ni­zny i nie­pa­su­jące swą by­stro­ścią do wciąż nieco roz­cheł­sta­nego wy­glądu, wwier­cały się w pannę Anne Rose, która w tym mo­men­cie, wsparta na ra­mie­niu lo­kaja, wy­sia­dała z po­wozu.

- Panny Rose są tego lata wy­jąt­kowo piękne - wes­tchnął.

Lu­cien par­sk­nął śmie­chem, ale sam rów­nież za­wie­sił wzrok na drob­nej syl­wetce Anne Rose. Była szczu­plej­szą wer­sją swo­jej sio­stry. I jak wszyst­kie ko­biety w tej ro­dzi­nie miała okrą­głą, aniel­ską twarz, wy­so­kie ko­ści po­licz­kowe, zło­ci­ste loki i oczy w nie­spo­ty­ka­nym od­cie­niu błę­kitu.

- Z ust mi to wy­ją­łeś - mruk­nął, cho­ciaż bar­dziej po to, żeby do­piec Do­ria­nowi niż z au­ten­tycz­nym za­mia­rem uwie­dze­nia szwa­gierki swo­jego naj­lep­szego przy­ja­ciela. Wy­star­czyło, że uwi­kłał się w tę prze­dziwną sy­tu­ację z jego sio­strą.

Która, na­wia­sem mó­wiąc, stała wła­śnie na dzie­dzińcu i naj­wy­raź­niej po­sta­no­wiła zro­bić z sie­bie wi­do­wi­sko. Ich spoj­rze­nia na mo­ment się spo­tkały, kiedy zde­cy­do­wa­nym kro­kiem ru­szyła w stronę grupki dżen­tel­me­nów, sa­mych nie­bez­piecz­nie atrak­cyj­nych ka­wa­le­rów. Lu­ciena ści­snęło w piersi z tro­ski o tę dziew­czynę, choć wie­dział, że po­winna za­cząć się otwie­rać na nowe zna­jo­mo­ści. Po­ka­zać światu, jak piękną jest osobą.

- Ani mi się waż zbli­żyć choć na krok do panny Rose - ostrzegł go Do­rian, kiedy Pa­tience się od­da­liła i me­an­dru­jąc w tłu­mie go­ści, skie­ro­wała ku swo­jej sio­strze.

- Ża­den z was - do­dał Pryde, który wy­pro­sto­wany i ma­je­sta­tyczny przy­glą­dał się przy­by­łemu to­wa­rzy­stwu z miną króla ob­ser­wu­ją­cego swo­ich po­słusz­nych dwo­rzan. - Hra­bina Rath po­pro­siła mnie, że­bym za­pro­sił jej sio­strę w ra­mach przy­sługi, żeby ją przed­sta­wić w wyż­szych krę­gach, z któ­rych Rose'owie byli do­tąd wy­klu­czani. A po­nie­waż po czę­ści sam się do tego ostra­cy­zmu przy­czy­ni­łem, za sprawą wy­da­rzeń wo­kół do­mnie­ma­nego sa­mo­bój­stwa jej brata, oraz dla­tego, że uwa­żam księżną za przy­ja­ciółkę, chęt­nie przy­sta­łem na jej prośbę. Za­pro­si­łem jed­nak pannę Rose nie po to, żeby ją ktoś uwiódł i spro­wa­dził na ma­nowce, ale żeby być może zna­leźć dla niej męża. Ona zresztą ma już wiel­bi­ciela, który spe­cjal­nie zmie­nił plany i po­sta­no­wił przy­je­chać, gdy tylko się do­wie­dział, że bę­dziemy ją go­ścić.

- To prawda, Pa­tience i ja bę­dziemy mu­sieli ja­koś okieł­znać za­lot­ni­ków panny Rose - przy­znał Do­rian i zer­ka­jąc na Cha­stity, do­dał: - Przy­naj­mniej kon­ku­ren­tami do ręki mo­jej sio­stry szczę­śli­wie nie mu­szę so­bie za­przą­tać głowy.

Lu­cien z tru­dem ode­rwał wzrok od Cha­stity.

- Wa­sza Gniew­ność, tylko się z tobą dro­czy­łem - wes­tchnął Enve­igh. - Panna Rose na­leży do ro­dziny. Pod­lega ochro­nie.

Tak jak Cha­stity.

A jed­nak Lu­cien zła­mał drugą uświę­coną przy­sięgę ich brac­twa w grze­chu, aby wza­jem­nie chro­nić swoje ro­dziny, i pchał Cha­stity w sy­tu­acje, w któ­rych naj­praw­do­po­dob­niej się ośmie­szy. A przede wszyst­kim, co było chyba jesz­cze gor­sze, po­hań­bił ją, usta­na­wia­jąc dla sie­bie skan­da­liczną wprost na­grodę.

Lu­cien aż się skrzy­wił, gdy zo­ba­czył, jak Cha­stity dyga nie­zgrab­nie i zwra­ca­jąc się do męż­czyzn, wy­gina ciało pod dzi­wacz­nym ką­tem. Ci zaś, mimo lek­kiej kon­ster­na­cji, mieli na twa­rzach ma­ski uprzej­mego za­cie­ka­wie­nia.

- Otóż to. - Do­rian ucie­szył się, że są co do tego zgodni. - Każdy z was może mieć do­wolną ko­bietę poza tymi, które na­leżą do ro­dziny. Mó­wię zwłasz­cza do cie­bie, Wa­sza Roz­wią­złość.

Lu­cien po­pa­trzył na Do­riana pio­ru­nu­ją­cego go wzro­kiem i prze­szył go dreszcz nie­po­koju. Na Boga, chyba nie do­wie­dział się o za­kła­dzie, prawda?

- Słu­chaj­cie... - Spoj­rzał po twa­rzach Pryde'a i Enve­igha i oka­zało się, że wszy­scy przy­glą­dają mu się ba­daw­czo. - Dla­czego na­gle tak się na mnie uwzię­li­ście? Czy coś mnie omi­nęło?

- Pa­tience po­wie­działa mi o Ma­isie - przy­znał oskar­ży­ciel­skim to­nem Do­rian. - Je­śli za­szła w ciążę, zaj­miesz się nią i nie­mow­lę­ciem. Nie po­zwolę, aby kto­kol­wiek wy­ko­rzy­stał moją słu­żącą i zruj­no­wał jej ży­cie. Jako książę nie mo­żesz, rzecz ja­sna, się z nią oże­nić. Ale miej przy­naj­mniej tyle przy­zwo­ito­ści, by ją utrzy­my­wać.

Pryde od­chrząk­nął, wy­raź­nie zmie­szany. Ten te­mat nie­stety za­wsze ude­rzał w czuły punkt. Jego se­kret był znany po­zo­sta­łym ksią­żę­tom, zgod­nie z trze­cim punk­tem credo o współ­dzie­le­niu wszyst­kich ta­jem­nic, ale każda wzmianka o nim wy­wo­ły­wała chwi­lową kon­ster­na­cję i nie­po­kój.

Choć nie tylko u Con­stan­tine'a.

Lu­ciena też od za­wsze prze­ra­żała myśl, że mógłby mieć dziecko. Gdy miało się na kon­cie nie­zli­czoną liczbę ko­biet, nie spo­sób było się nie za­mar­twiać, że w końcu któ­raś uczyni go oj­cem. Sto­so­wał środki chro­niące przed ciążą. Przede wszyst­kim pre­zer­wa­tywy, wo­reczki zro­bione z owczych je­lit, ale do tego, oczy­wi­ście, ni­gdy nie koń­czył w środku.

A je­śli cho­dziło o Ma­isie, to na­wet z nią nie spół­ko­wał. Do­pro­wa­dził ją do roz­ko­szy pal­cami, a ona pie­ściła jego członka ustami, to wszystko.

Wbrew so­bie i cał­kiem nie­do­rzecz­nie wy­obra­ził so­bie nie­mowlę, które mo­głoby być owo­cem tego zbli­że­nia, gdyby po­zwo­lił so­bie na chwilę sła­bo­ści... Twa­rzy po­my­waczki nie pa­mię­tał zbyt do­brze, więc rów­nież twarz dziecka była nie­wy­raźna. Ale na­wet ta mgli­sta wi­zja spra­wiła, że prze­szył go lo­do­waty dreszcz stra­chu.

Dziecko spło­dzone przez któ­re­go­kol­wiek z ksią­żąt Luhst bę­dzie po­two­rem, ta­kim sa­mym jak on. Czło­wie­kiem ze­psu­tym, po­zba­wio­nym za­sad i opę­ta­nym nie­po­ha­mo­waną żą­dzą.

- Prze­stań ba­ła­mu­cić moją służbę - wark­nął Do­rian, wy­ry­wa­jąc go z roz­my­ślań. - Na­prawdę nie je­steś w sta­nie nad sobą za­pa­no­wać?

Gdzieś w głębi du­szy ja­kiś głos szep­tał mu, że Do­rian miał ra­cję. Cha­stity też. Oraz Pa­tience.

- Wszyst­kie pra­gnie­nia są na­tu­ralne - od­parł Lu­cien i za­śmiał się ner­wowo. - Czy nie tak mówi jedno z punk­tów na­szego credo? Tego, któ­re­śmy wszy­scy pod­pi­sali? Czy nie dla­tego w ogóle ist­nieje na­sze brac­two?

- Ale nie ze słu­żą­cymi - przy­po­mniał Pryde, który za sprawą roz­wią­zło­ści swo­ich ro­dzi­ców aż za do­brze znał pro­blem ro­man­sów po­za­mał­żeń­skich. - I nie z ro­dziną. Przy­ja­cielu, twoje pra­gnie­nia są na­tu­ralne, po­dob­nie jak nas wszyst­kich. Trzeba jed­nak sta­wiać so­bie gra­nice. For­tyne nie wy­ko­rzy­stałby fi­nan­sowo żad­nego z nas. Enve­igh nie tknąłby żony Ra­tha. Bra­ter­stwo jest święte. Ja też nie chciał­bym, że­byś się za­ba­wiał z moją służbą. Od­po­wia­dam za nie, za ich bez­pie­czeń­stwo, za za­pew­nia­nie im od­po­wied­nich wa­run­ków do pracy. Za to słowa nie po­wiem, je­śli ze­chcesz się wdać w po­ta­jemne ro­manse z wdo­wami albo nie­za­spo­ko­jo­nymi żo­nami, któ­rych tu nie bra­kuje.

Ach, gdyby tylko wie­dzieli... Z ni­kim nie za­mie­rzał się wda­wać w żadne ro­manse, nie przez naj­bliż­szych trzy­dzie­ści dni, które mieli tu spę­dzić.

Mimo to, nie znaj­du­jąc in­nego spo­sobu, żeby od­wró­cić swoją uwagę od wła­snej sa­mot­no­ści, wo­dził wzro­kiem po go­ściach - i szu­kał. Było tu co naj­mniej dwa­dzie­ścia uro­dzi­wych dam, wszyst­kie w ko­lo­ro­wych suk­niach, i co naj­mniej po­łowa z nich do­sko­nale by się nada­wała, żeby po­móc mu się upo­rać z do­kucz­liwą świa­do­mo­ścią, jak bar­dzo jest ze­psuty i nie­godny mi­ło­ści.

Cha­stity jako je­dyna miała na so­bie szarą suk­nię i te­raz ze sztucz­nym uśmie­chem słu­chała jed­nego z dżen­tel­me­nów. Z któ­rych wszy­scy byli od­wró­ceni do niej ple­cami. O nie, co ona wy­pra­wia?

Lady Char­lotte Osborn, czter­dzie­sto­let­nia wdowa, pięk­ność o pla­ty­no­wych wło­sach sto­jąca w nie­wiel­kiej gru­pie ko­biet ja­kieś kilka me­trów od Lu­ciena, po­słała mu za­lotne spoj­rze­nie, roz­ma­wia­jąc z lady Ju­stiną Fit­zroy, mar­kizą Vir­toux.

Lu­cien na­gle prze­stał słu­chać swo­ich przy­ja­ciół i sku­pił całą uwagę na po­nęt­nej wdówce. Na­wet jej modna bur­gun­dowa suk­nia o kroju em­pi­ro­wym nie zdo­łała ukryć syl­wetki w kształ­cie klep­sy­dry i ob­fi­tych krą­gło­ści. Jej mąż, wi­ceh­ra­bia Osborn, zmarł przed trzema laty w wieku sie­dem­dzie­się­ciu trzech lat. Była za­tem wolna i do­stępna, a spoj­rze­nie, któ­rym ob­da­rzała Lu­ciena, su­ge­ro­wało, że jej chłodna po­ściel ocze­kuje na ogrza­nie...wła­śnie przez niego.

Lu­cien wie­dział, ja­kie to uczu­cie, choć ni­gdy nie chciał, by ta sama ko­bieta wy­peł­niała pustkę w jego łóżku dłu­żej niż przez jedną noc. Tak na­prawdę cie­pło cu­dzego ciała słu­żyło mu je­dy­nie do roz­pra­sza­nia sa­mot­no­ści.

Te­raz po­czuł zna­jome po­ru­sze­nie bu­dzą­cego się w nim pra­gnie­nia, tę roz­kosz go­nie­nia za przy­jem­no­ścią, od któ­rej jego czło­nek się oży­wiał. Do­sko­nale. Przy tej ko­bie­cie po­czuje się po­trzebny. Każdy krzyk, który z niej wy­do­bę­dzie, do­pro­wa­dza­jąc ją do speł­nie­nia, bę­dzie do­wo­dem, że jed­nak coś zna­czy.

- Nie ma­cie się czego oba­wiać, przy­ja­ciele - za­pew­nił ich, nie od­ry­wa­jąc wzroku od lady Osborn. - Żadne słu­żące ani sio­stry nie zo­staną uwie­dzione pod­czas tego let­ni­ska. Ow­szem, po­tra­fię za­pa­no­wać nad swo­imi pra­gnie­niami, je­śli tylko tego ze­chcę. A przy oka­zji za­pew­niam, że żad­nych dzieci nie bę­dzie, gdyż ni­gdy nie po­zo­staję w ko­bie­cie do sa­mego końca.

To po­wie­dziaw­szy, pod­szedł do lady Osborn. Gdy zmie­rzał w jej kie­runku, był prze­ko­nany, że co naj­mniej trzy inne ko­biety po­słały mu za­cie­ka­wione spoj­rze­nia. Z jedną z nich, pa­nią Jes­siką Ber­net, miał już na­wet prze­lotny ro­mans. Z tą po­nętną żoną bo­ga­tego ban­kiera Lu­cien prze­spał się pod­czas jej nocy po­ślub­nej. I już ni­gdy wię­cej do ni­czego mię­dzy nimi nie do­szło.

W nor­mal­nych oko­licz­no­ściach mógłby mieć każdą z nich. Albo wszyst­kie, jedną po dru­giej, bo wszyst­kie obie­cy­wały roz­koszną przy­jem­ność.

Ale ten prze­klęty za­kład... Czy na­prawdę nie po­tra­fił nad sobą za­pa­no­wać? Po­tra­fił. Weź­mie tylko ma­leńki kęs lady Osborn i po­tem przez resztę dni bę­dzie już silny. Cóż in­nego ma po­cząć z tą swoją sa­mot­no­ścią?

Mi­ja­jąc Cha­stity, pod­słu­chał frag­ment roz­mowy.

Wy­glą­dała, jakby spi­jała każde słowo z ust przy­stoj­nego męż­czy­zny pod trzy­dziestkę o ciem­nych, fa­lo­wa­nych wło­sach, po­mimo wieku już po­prze­ty­ka­nych srebr­nymi nit­kami na skro­niach. Po­czuł, jak żo­łą­dek skręca mu się z za­zdro­ści. Nie cho­dziło o to, że tam­ten był przy­stoj­niej­szy czy bar­dziej cza­ru­jący od niego. Nie był też wyż­szy ani bar­dziej umię­śniony od Lu­ciena. Cho­dziło o to, jak Cha­stity na niego pa­trzyła, o jej by­stre in­te­li­gentne oczy otwarte sze­roko w po­dzi­wie i wpa­trzone w kla­sycz­nie piękną, cio­saną twarz tam­tego.

Wie­dział, kim mu­siał być ten męż­czy­zna. To na niego za­gięła pa­rol. Lord Ward­bury.

- Oto więc przy­szło nam ska­kać przez stru­mień - opo­wia­dał. - I pan Au­dley po­śli­zgnął się i wy­lą­do­wał twa­rzą w bło­cie. Wy­glą­dał jak po­twór z ba­gien!

Rze­czony pan Au­dley był po­wszech­nie zna­nym i wiel­bio­nym po­etą i ar­ty­stą. Za­śmiał się ci­cho i skrom­nie spu­ścił wzrok. Był śred­niego wzro­stu, miał szczu­płą syl­wetkę i pełne gra­cji ru­chy. Nie­sforne loki gę­stych ciem­nych wło­sów oka­lały jego twarz i prze­ni­kliwe, smutne brą­zowe oczy.

W trze­cim z dżen­tel­me­nów Lu­cien roz­po­znał ka­pi­tana Har­ring­tona. Znał go z klubu dżen­tel­meń­skiego Ty­che. Był wy­soki i szczu­pły, miał su­rową, przy­stojną twarz, się­ga­jące ra­mion ja­sne włosy, za­wsze zwią­zane w ku­cyk, i mu­śniętą słoń­cem skórę.

Na­gle Cha­stity par­sk­nęła gło­śnym, ser­decz­nym śmie­chem, który echo po­nio­sło przez dzie­dzi­niec, ścią­ga­jąc na nią uwagę wszyst­kich wo­kół. Pan Au­dley uniósł brwi i spoj­rzał na nią z nie­do­wie­rza­niem, jego po­liczki zro­biły się pur­pu­rowe ze wstydu. Twarz po­zo­stała jed­nak po­ważna, jego za­kło­po­ta­nie zdra­dzały tylko unie­sione brwi.

- Ach, lor­dzie Warg­bur - po­wie­działa nie­na­tu­ral­nie wy­so­kim to­nem, któ­rego Lu­cien ni­gdy wcze­śniej nie sły­szał. - Ma pan nie­by­wały ta­lent ko­me­diowy!

Ku zdu­mie­niu Lu­ciena i wszyst­kich po­zo­sta­łych przy­sko­czyła do lorda Ward­bury'ego i chwy­ciła go za przed­ra­mię, jakby to­nęła.

Cha­stity, nie! Da­mie wolno do­tknąć dżen­tel­mena pu­blicz­nie tylko w tańcu. Ward­bury po­pa­trzył na jej dłoń onie­miały, a po chwili uśmiech­nął się z za­że­no­wa­niem.

- Do­brze, że nie na­zwała mnie pani po pro­stu "gbu­rem" - skwi­to­wał.

Lu­cien po­czuł, jak skręca go w brzu­chu ze współ­czu­cia dla bied­nej Cha­stity. Miał ochotę wtrą­cić się do roz­mowy i ura­to­wać ją przed kom­pro­mi­ta­cją, którą wła­śnie so­bie fun­do­wała. Za­raz jed­nak przy­po­mniał so­bie, że mają za­kład. I ona ro­biła do­kład­nie to, co prze­wi­dział - udo­wad­niała, że miał ra­cję.

A za mie­siąc bę­dzie ją miał w swo­jej sy­pialni, tylko dla sie­bie i na całą noc. Bę­dzie się przy­glą­dał, jak pe­szy się z obawy, co jej zrobi. Ależ się zdziwi, kiedy się zo­rien­tuje, że chce z nią je­dy­nie po­roz­ma­wiać. Nic nie mo­gło się rów­nać z roz­ko­szą pa­trze­nia, jak pęka jej lo­dowa fa­sada.

Uprzejmy uśmiech lorda Ward­bury'ego zbladł, kiedy zmie­szany męż­czy­zna ro­zej­rzał się wo­kół. Cha­stity cof­nęła rękę jak opa­rzona, a po­liczki jej za­pło­nęły, gdy od śmie­chu prze­szła do na­padu uda­wa­nego kaszlu. Ward­bury na wszelki wy­pa­dek cof­nął się o krok.

Może i był uzna­nym le­ka­rzem, ale jak na ta­kiego in­te­li­gent­nego je­go­mo­ścia oka­zał się za­ska­ku­jąco krót­ko­wzroczny. Gdyby to Lu­cien po­czuł na so­bie dłoń Cha­stity, zna­la­złby cał­kiem sporo spo­so­bów, aby się tym na­cie­szyć.

Ona tym­cza­sem, pew­nie pró­bu­jąc oca­lić resztki god­no­ści i zmie­nić te­mat, wy­pa­liła:

- Pan w żad­nym ra­zie nie jest gbu­rem! Jest pan po­wa­ża­nym le­ka­rzem.

- Panno Cha­stity, czy do­brze się pani czuje? - Ward­bury wy­da­wał się te­raz na­prawdę za­nie­po­ko­jony. - Po­bla­dła pani. Może po­winna się pani cze­goś na­pić albo coś zjeść?

Cha­stity znów ro­ze­śmiała się ner­wowo.

- Tak, może ma pan raję. O, idzie lo­kaj z wi­nem i drugi, z pasz­te­ci­kami z dzi­czy­zną. Chyba pil­nie po­trze­buję obu. Jak słusz­nie za­uwa­żył Ary­sto­te­les: "Niech po­karm bę­dzie twoim le­kiem, a lek twoim po­kar­mem".

Na to męż­czy­zna uniósł brew, a w jego prze­ni­kli­wych oczach po­ja­wił się błysk roz­ba­wie­nia.

- To trafne spo­strze­że­nie, ale jego au­to­rem jest Hi­po­kra­tes, nie Ary­sto­te­les.

Cha­stity, te­raz już cał­kiem pur­pu­rowa, kiw­nęła głową i ode­szła w po­czu­ciu klę­ski.

Nie. Lu­cien nie mógł po­zwo­lić, aby się tak czuła. I nie mógł jej te­raz zo­sta­wić sa­mej.

Zdą­żył zro­bić tylko je­den krok w jej kie­runku, kiedy lasy Osborn prze­cięła mu drogę i za­gad­nęła go, uśmie­cha­jąc się za­lot­nie.

- Wa­sza Ksią­żęca Mość - za­częła, przy­my­ka­jąc oczy. - Mnie­mam, że po­zna­li­śmy się na balu Har­mony of Ro­ses w tym se­zo­nie, czyż nie?

- Ow­szem - po­twier­dził, ale nie pa­trzył na nią, lecz na Cha­stity sto­jącą sa­mot­nie na skraju dzie­dzińca obok lo­kaja trzy­ma­ją­cego tacę z kie­lisz­kami wina i obej­mu­jącą się ra­mio­nami. - Było to nad­zwy­czaj przy­jemne spo­tka­nie.

- Do­prawdy? - De­li­kat­nie przy­gry­zła wargę.

Na­tych­miast sku­pił uwagę na te pięk­nych, peł­nych ró­żo­wych war­gach i wy­obra­ził so­bie, jak za­my­kają się na jego członku. W jego mę­skość ude­rzyła fala go­rąca.

- Ależ tak, oczy­wi­ście...

Za­po­mnij o Cha­stity. Ale nie po­tra­fił pa­trzeć w jej stronę. Czy po­wi­nien tam po­dejść i ją po­cie­szyć? Do lady Osborn mógłby wró­cić póź­niej.

Lecz oto po­de­szły już do niej Pa­tience i Anne Rose i za­częły z nią roz­ma­wiać. Wy­klu­czone, żeby mógł do nich do­łą­czyć. Miała swoje przy­ja­ciółki. Jesz­cze by so­bie po­my­ślały, że mu na niej za­leży.

Poza tym w tej chwili nie był jej po­trzebny.

Znów spoj­rzał na lady Osborn.

- Oba­wia­łem się, że to bę­dzie śmier­tel­nie nudne przy­ję­cie. Ale te­raz, gdy pa­nią uj­rza­łem, za­po­wiada się znacz­nie cie­ka­wiej. Czy do­brze pa­mię­tam, że w Lon­dy­nie wspo­mi­nała pani o swoim szcze­gól­nym upodo­ba­niu od róż? Tak się składa, że Pryde po­siada prze­piękne ro­sa­rium.

Uśmiech­nęła się sze­rzej na tę alu­zję.

- Istot­nie, mam ogromną sła­bość do kwia­tów.

- W ta­kim ra­zie pro­szę pójść za mną, ale tak, żeby nikt nas nie wi­dział.

Za krze­wami róży, gdzie rze­czy­wi­ście nikt nie mógł ich zo­ba­czyć, Lu­cien przy­parł lady Osborn do grec­kiej ko­lumny, zgrab­nie wkom­po­no­wa­nej tu przez ogrod­nika Pryde'ów. Ko­bieta pach­niała czymś in­ten­syw­nie słod­kim, być może bzem. Ten za­pach za­wsze wy­da­wał mu się przy­tła­cza­jący. Mimo to jego po­żą­da­nie wy­grało i zbli­żył usta do jej ust, nie­mal ją nimi mu­skał.

- Wa­sza Ksią­żęca Mość... - Prze­su­nęła dło­nią po jego żu­chwie. - Sły­sza­łam, że jest pan szcze­gól­nie uzdol­niony... w spra­wach oral­nych. Ze­chce mi książę za­de­mon­stro­wać swój ta­lent?

Za­śmiał się. My­śli od­pły­nęły mu z głowy. Czło­nek był w go­to­wo­ści.

- De­mon­stro­wa­nie mo­jego ta­lentu oral­nego na­leży do mo­ich ulu­bio­nych za­jęć.

Zsu­nął dło­nie na jej ta­lię, przez cienką tka­ninę po­czuł wcię­cie, po­tem po­wę­dro­wały w górę, na piersi, za­czął je ma­so­wać. Mmm, w isto­cie były bujne, tak pełne, że le­d­wie mie­ściły mu się w dło­niach. Czuł przez gor­set tward­nie­jące sutki.

- Od tam­tego balu nikt mnie tak nie do­ty­kał... pro­szę...

- Wszystko w swoim cza­sie. - Za­nu­rzył twarz w jej de­kol­cie.

A ona chi­cho­tała, wiła się.

Wiła się...

Chciałby, żeby Cha­stity się tak dla niego wiła. Wy­obra­ził so­bie jej piersi, jej za­pach w noz­drzach, do­tyk jej skóry na swo­ich war­gach i ję­zyku.

Cha­stity, która stała tam za­wsty­dzona i upo­ko­rzona z po­wodu ich za­kładu. Pod­jęła się cze­goś, co było zu­peł­nie wbrew jej na­tu­rze, i zro­biła z sie­bie kom­pletną idiotkę... A on wciąż ule­gał swej chuci, jak zwy­kle.

Nie. Nie wolno mu. Nie może prze­grać tego prze­klę­tego za­kładu!

Poza tym, że mocno ucier­pia­łaby na tym jego duma, mu­siałby jesz­cze znieść triumf Cha­stity, która bez wąt­pie­nia na­pa­wa­łaby się swoim zwy­cię­stwem.

Świa­do­mo­ścią, że jed­nak nie był w sta­nie nad sobą za­pa­no­wać.

Wy­pro­sto­wał plecy i cof­nął się o krok. Nie mógł tego zro­bić. Mu­siał jej - i so­bie - udo­wod­nić, że po­trafi opa­no­wać swoje pra­gnie­nia.

- Coś nie tak? - zmar­twiła się lady Osborn.

- Naj­moc­niej prze­pra­szam. Jest pani piękną ko­bietą i w nor­mal­nych oko­licz­no­ściach ni­czego nie pra­gnął­bym bar­dziej niż kon­ty­nu­ować na­szą schadzkę. Lecz nie dziś. Pro­szę wy­ba­czyć.

To po­wie­dziaw­szy, od­szedł. Krę­ciło mu się w gło­wie. Chyba wła­śnie udo­wod­nił, że po­trafi się po­wstrzy­mać...

Po­zo­stała jed­nak kwe­stia jego nie­sto­sow­nych my­śli na te­mat sio­stry naj­lep­szego przy­ja­ciela.

Roz­dział 6

Cha­stity po raz setny wy­gła­dziła drżą­cymi pal­cami fałdy sza­rej sukni, roz­glą­da­jąc się ner­wowo po lśnią­cej sali ba­lo­wej. Krysz­tały kan­de­la­brów zda­wały się z niej szy­dzić, przy­ćmie­wa­jąc swoim olśnie­wa­ją­cym bla­skiem jej mało efek­towną kre­ację. Prze­łknęła ślinę, zwal­czyła pra­gnie­nie, aby czym prę­dzej stąd uciec, wspo­mnie­nie tego, jak wsty­dem okryła się przy lor­dzie Ward­bu­rym, wciąż pa­liło ją ży­wym ogniem.

Ocie­ka­jąca prze­py­chem sala ba­lowa Pryde'a, cała w od­cie­niach błę­kitu, od sza­firu po gra­nat, i gu­stow­nie ude­ko­ro­wana biały kwia­tami opa­da­ją­cymi wzdłuż ko­lumn, po­winna była bu­dzić w niej za­chwyt. Tym­cza­sem Cha­stity czuła się, jakby stą­pała boso po roz­bi­tym szkle. W zło­co­nych lu­strach od­bi­jały się nie tylko setki świec, ale rów­nież jej wła­sna nie­przy­sta­wal­ność. Za­pach per­fum, wina i kwia­tów draż­nił jej zmy­sły.

Or­kie­stra za­grała an­giel­ską lu­dową pieśń i ja­kieś dzie­sięć par po­częło pod­ska­ki­wać i po­dry­gi­wać do rytmu. Był wśród nich lord Ward­bury, tań­czył z ja­kąś młodą damą, która nie dep­tała mu po bu­tach i nie za­wsty­dzała go, chwy­ta­jąc go za ra­mię, jakby to­nęła. Nie prze­krę­cała też jego na­zwi­ska ani nie par­skała koń­skim śmie­chem.

I choć nie przy­ję­łaby oświad­czyn lorda Ward­bury'ego, na­wet gdyby je zło­żył, to jed­nak za­bo­lało ją, że nie zdo­łała za­skar­bić so­bie choć odro­biny jego uwagi czy apro­baty. Stawką za­kładu było uzy­ska­nie pro­po­zy­cji mał­żeń­stwa, a nie fak­tyczne wyj­ście a mąż, lecz na­wet to oka­zało się nad­zwy­czaj trudne. Naj­bar­dziej za­le­żało jej jed­nak, żeby prze­ko­nać lorda Ward­bury'ego do wspar­cia swo­ich ba­dań.

Po­liczki cały czas jej pło­nęły. Jak ma wy­grać ten nie­mą­dry za­kład, skoro co­kol­wiek by zro­biła czy po­wie­działa, wy­cho­dzi na głu­pią gęś? Na szczę­ście mo­gła li­czyć na Pa­tience i jej przy­jaźń. Cha­stity tak na­prawdę po raz pierw­szy w ży­ciu miała przy­ja­ciółkę, a jej ko­jące słowa i zro­zu­mie­nie przy­no­siły jej wielką ulgę. Po sce­nie z Ward­bu­rym na­wet Do­rian pod­szedł za­py­tać, czy do­brze się czuje i czy nie chce się po­ło­żyć.

Za to Lu­cien prze­cha­dzał się dumny jak paw, ko­biety kle­iły się do niego, choć le­d­wie się do nich od­zy­wał!

Co za upo­ko­rze­nie.

Mimo to w tym mo­men­cie wiele by dała, żeby mieć choćby szczyptę jego uroku i to­wa­rzy­skiego oby­cia. Pro­szę, te­raz na przy­kład ja­kaś ru­do­włosa dama prak­tycz­nie ocie­rała się pier­siami o jego bi­ceps. On zaś po­chy­lał się ku niej z le­ni­wym, pew­nym sie­bie uśmie­chem na pięk­nie wy­kro­jo­nych war­gach.

Do tej pory bez wąt­pie­nia się ugiął. Wi­działa go wcze­śniej, jak szedł w stronę ro­sa­rium z ja­kąś blon­dynką. Nie mi­nęło kilka go­dzin, a on już mu­siał ulec swemu po­żą­da­niu! Co by ozna­czało, że jej męki się skoń­czyły i zwy­cię­żyła.

O zli­tuj­cie się, nie­biosa, niech się okaże, że już zgrze­szył!

Mu­zyka uci­chła, pary ukło­niły się so­bie kur­tu­azyj­nie, a Con­stan­tine, książę Pryde, wy­szedł na śro­dek par­kietu. To­wa­rzy­stwo roz­stę­po­wało się przed go­spo­da­rzem. Był wy­soki, do­rów­ny­wał wzro­stem Do­ria­nowi i jak za­wsze miał na so­bie coś gra­na­to­wego. Brą­zowe włosy no­sił mod­nie zwi­chrzone, a orze­chowe oczy spo­glą­dały chłodno na go­ści.

Cha­stity przy­po­mniała so­bie swoje pierw­sze spo­tka­nie z nim. Do­rian przy­je­chał z Oks­fordu na po­grzeb papy z oban­da­żo­waną ręką, ukry­wa­jąc ja­kąś ta­jem­ni­czą ranę. To­wa­rzy­szyli mu Lu­cien i Pryde. Dy­na­mika mię­dzy nimi trzema była in­ten­sywna... i dziwna. Byli ra­czej mil­czący, nie­mal do ni­kogo się nie od­zy­wali i nie od­stę­po­wali się na­wza­jem na dłu­żej niż kilka mi­nut.

Pa­mię­tała, że po­czuła wów­czas za­zdrość, bar­dzo za­pra­gnęła też kie­dyś tak się z kimś za­przy­jaź­nić. I może te­raz jej się to udało, z Pa­tience. Od­szu­kała ją wzro­kiem. Bra­towa mó­wiła coś Do­ria­nowi na ucho. On po­chy­lił głowę, słu­chał uważ­nie. Byli taką piękną parą, i tak za­ska­ku­jącą, bo pod każ­dym wzglę­dem sta­no­wili swoje prze­ci­wień­stwa. Ona ni­ska, ja­sno­włosa, krą­gła, pro­mienna i we­soła, a on - wy­soki bru­net, atle­tycz­nie zbu­do­wany i po­ważny. Ona do każ­dego wy­cho­dziła z uśmie­chem, on swo­ich uśmie­chów strzegł jak skar­bów, roz­da­wał je z rzadka, ale za to świa­do­mie. A mimo to ra­zem byli ide­alni.

Cha­stity ogrom­nie się cie­szyła szczę­ściem brata, który zresztą pod wpły­wem tej mi­ło­ści prze­szedł prze­mianę. Za­nim zwią­zał się z Pa­tience, chorą dłoń skry­wał pod rę­ka­wiczką, ścią­gał ją wy­łącz­nie w obec­no­ści le­ka­rza. Te­raz nie wsty­dził się już opa­rzeń ani ran, które od­niósł.

Ona nie miała żad­nych ran ani opa­rzeń. Jej "rę­ka­wiczką" były szare suk­nie. Za­zdro­ściła Do­ria­nowi tej no­wej zdol­no­ści po­ka­zy­wa­nia światu, kim jest.

Sama ni­gdy by się na to nie zdo­była.

Spoj­rzała tę­sk­nie na lorda Ward­bury'ego, sto­ją­cego obok mło­dej damy, z którą wcze­śniej tań­czył, i słu­cha­ją­cego tego, co mówi Pryde.

- Do­brze się ba­wisz? - usły­szała z boku i lekko się wzdry­gnęła na wi­dok Lu­ciena.

Jego ła­godny, psotny uśmiech i ty­powy dla niego swo­bodny spo­sób by­cia wzbu­dziły jej nie­po­kój. Jak uda­wało mu się być - za­wsze - tak opa­no­wa­nym i spo­koj­nym, kiedy ona była kłęb­kiem ner­wów, trzę­sły jej się ręce, po­liczki jej pło­nęły i za­pie­rało jej dech w pier­siach?

- Nie - od­parła szcze­rze. - Co jest prze­ci­wień­stwem do­brej za­bawy? Ach, mę­czar­nia. Tak wła­śnie się czuję. Jak na tor­tu­rach.

Pryde uniósł kie­li­szek.

- Wi­tam naj­zac­niej­szych go­ści - za­czął.

Lo­kaje krzą­tali się, roz­no­sząc tace z trun­kami.

- Ciii - uci­szył ją z roz­ba­wie­niem Lu­cien. - Żad­nego na­rze­ka­nia. Te­raz słu­chamy Con­stan­tine'a.

- To za­szczyt go­ścić was wszyst­kich w re­zy­den­cji Pryde'ów. Mam na­dzieję, że przy­jem­nie spę­dzi­cie ten mie­siąc jako moi go­ście. Za­wiążą się nowe przy­jaź­nie, po­wstaną wspo­mnie­nia, a za­bawa bę­dzie przed­nia.

- Sły­szysz? - pod­chwy­cił Lu­cien. - Ma być przed­nia za­bawa. W pro­gra­mie Con­stan­tine'a nie prze­wi­dziano tor­tur.

- Ani słowa wię­cej - ucięła i się­gnęła po kie­li­szek czer­wo­nego wina.

- Przy­go­to­wa­łem pro­gram ani­ma­cji, które za­do­wolą gu­sta każ­dego - cią­gnął Pryde. - Będą pik­niki, za­bawy, spek­takl Ro­meo i Ju­lia, po­lo­wa­nie, a na ko­niec wielki bal.

Cha­stity wy­piła wino dusz­kiem.

- Wszystko to na­dal brzmi dla mnie jak tor­tury. W wy­da­niu sa­mej Świę­tej In­kwi­zy­cji.

Lu­cien za­śmiał się ci­cho.

- Lord Warg­bur naj­wy­raź­niej jest in­nego zda­nia.

Ku swemu za­sko­cze­niu Cha­stity też się ro­ze­śmiała. To chyba przez wino. Bo jak może czuć roz­ba­wie­nie, skoro żo­łą­dek ma za­ci­śnięty w su­peł?

- Nie­źle się wy­głu­pi­łam, co? - Spoj­rzała na niego, wciąż się uśmie­cha­jąc.

I znów się zdzi­wiła, gdy wcale z niej nie szy­dził ani na­wet się z nią nie dro­czył. W jego oczach ma­lo­wało się wy­łącz­nie współ­czu­cie.

- Odro­binę.

- Chyba po­win­nam dać so­bie spo­kój, prawda? Sam sły­sza­łeś. To bę­dzie trzy­dzie­ści dni pik­ni­ków, po­lo­wań i po­tem jesz­cze bal... Mia­łeś ra­cję. Nie zdo­łam prze­ko­nać lorda Ward­bury'ego, żeby zo­stał moim mę­żem. Je­stem po­śmie­wi­skiem ca­łego to­wa­rzy­stwa.

- Nie mo­żesz się pod­dać. Skoro ja je­stem w sta­nie się wy­wią­zać ze swo­jego zo­bo­wią­za­nia, to ty rów­nież.

- Jak to, czyli nie prze­gra­łeś za­kładu z tą blon­d­włosą lady von Biust za krze­wami róż?

Par­sk­nął śmie­chem.

- To lady Osborn. I nie, Cha­stity, nie prze­gra­łem. Po­słu­chaj. Ward­bury jest le­ka­rzem. Ty je­steś ba­daczką i naj­mą­drzej­szą ko­bietą, jaką znam. Wy­daje się, że po­win­ni­ście mieć sporo wspól­nego.

Wes­tchnęła.

- Po­win­ni­śmy! Dla­czego więc tak trudno mi z nim roz­ma­wiać?

- Nie wiem, moja droga - przy­znał. - Z men­zu­rek, ksią­żek i mi­kro­sko­pów nie na­uczy­łaś się flir­to­wać. Ale może na­bra­ła­byś więk­szej pew­no­ści sie­bie, gdy­byś się ubrała bar­dziej... yyy... ko­bieco?

Cha­stity oczy­wi­ście za nic by się do tego nie przy­znała... ale tą jedną uwagą zdo­łał po­ru­szyć w niej czułą strunę.

- A co jest nie tak z mo­imi ubra­niami? - od­pa­ro­wała na­tych­miast.

Zmie­rzył wzro­kiem jej syl­wetkę, a ona, mimo moc­nego po­sta­no­wie­nia, że po­zo­sta­nie na niego obo­jętna, po­czuła, jak jej skóra pło­nie.

- Je­steś piękną ko­bietą, ale nie ubie­rasz się tak, jak­byś nią była. Te sza­ro­ści, prak­tyczne kroje... - Ukrad­kiem zła­pał mię­dzy kciuk a pa­lec wska­zu­jący brzeg jej sukni. - Je­śli chcesz go uwieść, mu­sisz się po­czuć atrak­cyjna. A żeby po­czuć się atrak­cyjną, mu­sisz no­sić je­dwab i sa­tynę. Przy swo­jej kar­na­cji... - Spoj­rzał na jej twarz, na jej oczy, włosy i ni­żej, na skromny de­kolt. I jesz­cze ni­żej, na drobne piersi, cał­ko­wite prze­ci­wień­stwo lady von Biust.

W tym mo­men­cie po­liczki Cha­stity za­pło­nęły świe­żym ogniem.

- ...po­win­naś no­sić ko­lory klej­no­tów.

- Ja? W ko­lo­rach klej­no­tów? - par­sk­nęła śmie­chem.

- Tak, skar­bie. Szma­rag­dowa zie­leń, sza­fi­rowy błę­kit, ru­bi­nowa czer­wień, to zde­cy­do­wa­nie twoja ko­lo­ry­styka. Wszyst­kie do­sko­nale pod­kre­śli­łyby prze­piękny la­zur two­ich oczy i głę­bię ciem­nych wło­sów.

Omiótł wzro­kiem jej pro­sty kok z prze­dział­kiem po­środku. Jej włosy były po pro­stu sta­ran­nie wy­szczot­ko­wane, bez żad­nych mod­nych locz­ków, sama wła­śnie tak ka­zała po­ko­jówce je ucze­sać. A te­raz, choć Lu­cien na­wet jej nie do­tknął, po­czuła się, jakby ją po­gła­skał cie­płą, ciężką dło­nią.

- Dla­czego cho­wasz się pod tymi ubra­niami? - spy­tał wprost.

Od­su­nęła się od niego, zmu­sza­jąc go, aby wy­pu­ścił z dłoni jej suk­nię.

- Po­nie­waż ko­bieta to nie tylko ubra­nia i fry­zura - wark­nęła. - Ko­bieta to przede wszyst­kim mózg!

- Czyż nie może być jed­nym i dru­gim?

To była ku­sząca myśl. Cha­stity bar­dzo by chciała, że to moż­liwe. Nie­stety, gorzko się prze­ko­nała, że nie da się tego po­go­dzić, kiedy jej i Do­ria­nowi bru­tal­nie ode­brano ich piękną matkę... Ode­słano ją tylko dla­tego, że była słaba. Sta­no­wiła wła­sność swo­jego męża i on miał nad nią cał­ko­witą wła­dzę...

- Nie. Je­stem na­ukow­czy­nią i ni­gdy nie będę ni­czym wię­cej. Je­dwa­bie i szla­chetne ka­mie­nie to marny blichtr. Zu­peł­nie nie dla mnie.

Lu­cien zmarsz­czył brwi i przyj­rzał jej się uważ­niej. Zwy­czaj­nie jej nie ro­zu­miał. Być może taka lady von Biust była bo­gi­nią po­wabu, ale nie Cha­stity. Ona ni­gdy nie za­służy na to, aby ja­kiś męż­czy­zna ją po­ko­chał czy praw­dzi­wie jej za­pra­gnął. Przy wszyst­kich za­strze­że­niach, ja­kie oj­ciec miał wo­bec niej, tę pro­stą prawdę wpoił jej bar­dzo wcze­śnie. Za­bro­nił jej czy­tać i stu­dio­wać, po­nie­waż chciał, żeby była damą, żoną i matką. Ko­bieta mo­gła być ko­bieca albo mą­dra. Ale nie mo­gła być i taka, i taka.

- Tu się my­lisz, skar­bie - za­pro­te­sto­wał Lu­cien. - Bo ty już je­steś jed­nym i dru­gim. Do­brze ci ra­dzę, po­proś swoją po­ko­jówkę albo Pa­tience, żeby po­mo­gła ci zmie­nić gar­de­robę. Oczy­wi­ście nie je­ste­śmy w Lon­dy­nie, nie mo­żesz po pro­stu we­zwać mo­dystki, ale być może któ­raś z dam mo­głaby ci po­da­ro­wać suk­nię, a twoja po­ko­jówka ją do­pa­so­wać.

Cha­stity się żach­nęła.

- Na­wet gdyby to było moż­liwe, w ni­czym by to nie po­mo­gło. Albo lord Ward­bury do­strzeże moją war­tość po­mimo sza­rych ubrań i pro­stej fry­zury, albo nie. W tym dru­gim przy­padku i tak na nic mi się nie zda.

Tamta ob­da­rzona ob­fi­tymi kształ­tami blon­dynka, z którą Lu­cien wcze­śniej roz­ma­wiał, wła­śnie prze­szła obok nich, a on od­ru­chowo się za nią obej­rzał.

Cha­stity za­ci­snęła pię­ści i wbiła pa­znok­cie w dło­nie. Po­czuła ucisk w gar­dle i pul­so­wa­nie w uszach.

- Ty też le­piej prze­stań się oszu­ki­wać, Lu­cie­nie. Trzy­ma­nie swych pra­gnień na wo­dzy jest dla cie­bie tak samo trudne jak dla mnie flir­to­wa­nie. O ile już nie prze­gra­łeś za­kładu, to wkrótce nie­chyb­nie go prze­grasz. Je­śli nie dziś, to naj­póź­niej ju­tro.

Od­wró­cił się do niej.

- Wła­śnie, że nie.

- Wła­śnie, że tak. Wi­dzę, że le­dwo się po­wstrzy­mu­jesz.

Zmarsz­czył gniew­nie brwi, ale mil­czał, czym tylko po­twier­dził, że ma ra­cję.

- Co z tobą bę­dzie za dwa­dzie­ścia lat? Za­sta­na­wia­łeś się kie­dyś na tym? - cią­gnęła bez­li­to­śnie.

Lu­cien się za­śmiał, choć nie wy­glą­dał na roz­ba­wio­nego.

- Nie, oczy­wi­ście, że się nie za­sta­na­wia­łem.

- Oczy­wi­ście, że nie. Bo ży­jesz chwilą, z dnia na dzień, je­steś lek­ko­du­chem, li­czy się dla cie­bie tylko za­bawa. Nie my­ślisz o przy­szło­ści, nie snu­jesz pla­nów.

Jego twarz spo­waż­niała.

- Pod­czas gdy ty wiesz do­kład­nie, kim bę­dziesz za dwa­dzie­ścia lat?

- Tak. Na­ukow­czy­nią, któ­rej ba­da­nia po­mogą ura­to­wać ży­cie ty­sięcy lu­dzi. A ty?

Po­pa­trzył na nią jesz­cze chmur­niej.

- Do­my­ślam się, że ty mi po­wiesz?

- Umrzesz tra­wiony sy­fi­li­sem, sa­motny, ale dumny, że każda ko­bieta w An­glii po­znała two­jego fal­lusa.

Z twa­rzy Lu­ciena znik­nęły resztki we­so­ło­ści. Zgasł we­soły błysk w jego oczach, za­stą­pił go su­rowy, doj­mu­jący ból. Za­ci­snął usta w cienką li­nię. Zmarsz­czył brwi, a rysy jego twa­rzy zda­wały się te­raz jesz­cze ostrzej­sze. Po­liczki po­bla­dły, a mię­śnie żu­chwy za­częły drżeć, kiedy za­ci­snął zęby.

Przez chwilę wy­da­wał się bez­bronny i kru­chy, ma­ska pew­no­ści sie­bie roz­pa­dła się na ka­wałki.

Cha­stity nie przy­po­mi­nała so­bie, aby kie­dy­kol­wiek wi­działa go tak zra­nio­nym, i na­tych­miast po­ża­ło­wała swo­ich słów. Otwo­rzyła usta, żeby prze­pro­sić.

Lecz on w tym mo­men­cie po­krę­cił głową.

- Czy na­prawdę tak wła­śnie o mnie my­ślisz? Że je­stem aż tak płytki i po­wierz­chowny, że nie mam żad­nego planu na ży­cie?

- Ja... to zna­czy... Prze­pra­szam cię, Lu­cie­nie.

- Wiesz co? Może jed­nak masz ra­cję. Może ko­bie­cość nie jest dla cie­bie. Ko­biece ko­biety nie by­wają tak bez­duszne i okrutne jak ty.

Te słowa spra­wiły, że serce Cha­stity ści­snęło się bo­le­śnie, a ból w oczach księ­cia wstrzą­snął nią bar­dziej, niż się spo­dzie­wała. Ale kiedy tak stała, pa­trząc na zra­nio­nego do ży­wego Lu­ciena, zro­zu­miała, że bez­li­to­sne słowa, któ­rymi go ura­czyła, były je­dy­nie ko­lej­nym spo­so­bem, żeby trzy­mać go na dy­stans. Bo tak było bez­piecz­niej, prawda? Od­su­wać od sie­bie tego chłopca, któ­rego od za­wsze ko­chała, za­nim on zdoła ją skrzyw­dzić. Ale chro­niąc się przed cier­pie­niem, po­zba­wiła się ja­kiej­kol­wiek szansy na ra­dość i praw­dziwą bli­skość.

Oczy­wi­ście znacz­nie ła­twiej było się cho­wać za swo­imi ba­da­niami, na­uko­wymi am­bi­cjami czy prak­tycz­nymi suk­niami. Tylko za jaką cenę?

Znów otwo­rzyła usta, żeby go prze­pro­sić, spró­bo­wać za­sy­pać prze­paść, która się mię­dzy nimi utwo­rzyła, ale słowa uwię­zły jej w gar­dle.

Roz­dział 7

Trzy dni póź­niej Lu­cien mocno ści­skał kij i szy­ko­wał się do ode­bra­nia piłki.

Piękna sierp­niowa po­goda sprzy­jała pik­ni­kowi i grze w kry­kieta. Świeżo sko­szona trawa pod jego sto­pami od­da­wała wil­gotne cie­pło. Lu­cien zmru­żył oczy pod wiatr, który niósł nie tylko za­pach kwia­tów i ro­ślin­no­ści, ale także ulgę, gdy jego skórę od­sło­niętą w roz­pię­tej pod szyją ko­szuli. Z ta­rasu od­da­lo­nej o ja­kieś dwa­na­ście me­trów re­zy­den­cji Pryde'a do­cho­dziły śmie­chy i roz­mowy go­ści oraz brzęk fi­li­ża­nek i ły­że­czek od­kła­da­nych na spodki.

Pra­gnie­nie, żeby w coś z ca­łych sił ude­rzyć, użyć mię­śni, za­wład­nęła nim bez reszty, spra­wiała, że ca­łego jego ciało się na­pięło.

Umrzesz na sy­fi­lis, sa­motny...

Do dia­bła z nią. Skąd wie­działa, że to wła­śnie był jego naj­więk­szy lęk, że do­kład­nie tymi sło­wami drę­czył go upiorny głos, nie­da­jący mu za­snąć ciemną nocą?

A jed­nak. Wciąż sły­szał ten zło­wiesz­czy szept, pod­su­wa­jący mu przed oczy po­tworne ob­razy.

Jego wuj, lord Ce­dric Wrenn. To Lu­cien z oj­cem zna­leźli ciało. Całe w ra­nach i wrzo­dach. Wuj nie wy­glą­dał na swoje trzy­dzie­ści dwa lata. Do­bry Boże, miał wtedy tyle lat, co Lu­cien obec­nie.

Chory na sy­fi­lis i sa­motny... Tak wła­śnie umarł czło­wiek, któ­rego Lu­cien po­dzi­wiał.

Mimo go­rąca prze­szedł go dreszcz.

Je­dy­nym spo­so­bem, aby po­wstrzy­mać te zimne, kosz­marne my­śli, była fi­zyczna bli­skość. Cie­płe ko­biece ciało.

Kie­dyś wuj - wów­czas młody i pe­łen ży­cia - udzie­lił dzie­się­cio­let­niemu Lu­cie­nowi rady, którą książę kie­ro­wał się do dziś: "Je­dy­nie za­mknięte serce jest bez­pieczne. Gdy po­czu­jesz się sa­motny, nie idź wy­le­wać przed ni­kim swo­ich ża­lów i ro­bić z sie­bie głupca. Wów­czas ten ktoś zy­ska nad tobą wła­dzę i bę­dzie mógł cię zra­nić. Bez­piecz­niej jest po­szu­kać cie­pła ko­biety... albo męż­czy­zny... albo ko­go­kol­wiek... kto do­trzyma ci to­wa­rzy­stwa. Nie bę­dziesz się czuł sa­motny, kiedy za­nu­rzysz się w in­nym ciele".

To wła­śnie roz­pacz­li­wie pra­gnął zro­bić w tej chwili. Po­czuć go­rącą ko­bie­cość na swoim członku. Wuj miał ra­cję. Wtedy nie czułby się taki sa­motny.

Ale przez ten prze­klęty za­kład nie mógł szu­kać uko­je­nia w żad­nych cie­le­snych roz­ko­szach. Na­wet sam nie mógł so­bie ulżyć.

Do­brze, że choć wolno mu było po­ści­skać w dło­niach kij do kry­kieta. Może wy­si­łek fi­zyczny zdoła w nim to wszystko stłu­mić.

- Lu­cie­nie, do­brze się czu­jesz? - spy­tał Pryde sto­jący za nim w cha­rak­te­rze obrońcy. Jego za­da­niem było prze­chwy­ty­wać po­da­nia, które prze­szły przez bramkę, czyli trzy drew­niane słupki i dwie po­przeczki. - Ciężko od­dy­chasz, barki ci drżą. Od rana je­steś blady i nie­obecny. Czyżby któ­raś z pań dała ci w kość ze­szłej nocy?

Lu­cien skrzy­wił się lekko, zer­ka­jąc w stronę ta­rasu, gdzie wszyst­kie dwa­dzie­ścia dam, głów­nie w bieli i écru, sie­działo przy sto­li­kach za­sta­wio­nych im­bry­kami her­baty, pa­te­rami ciast i ka­na­pek, a wo­kół krę­cili się lo­kaje w nie­bie­skich li­be­riach. Nie­trudno było do­strzec wśród nich Cha­stity, ciemną po­stać, jak za­wsze w sza­rej sukni. Kilku dżen­tel­me­nów, któ­rzy nie grali w kry­kieta, za­ba­wiało damy roz­mową. Lord Ward­bury stał obok sto­lika lady Vir­toux i roz­ma­wiał z tą jedną z naj­bar­dziej kry­tycz­nych i po­wierz­chow­nych ko­biet z ca­łego to­wa­rzy­stwa.

Lu­cien może i umrze na sy­fi­lis za dwa­dzie­ścia lat. I naj­praw­do­po­dob­niej umrze sam.

Ale Cha­stity też - czy ona tego nie ro­zu­miała? Zbu­do­wała wo­kół sie­bie mur, umoc­niła go swoim in­te­lek­tem, żeby ją chro­nił przed spo­łecz­nym osą­dem i bó­lem emo­cjo­nal­nym. Tyle że ten sam mur nie do­pusz­czał do niej ni­kogo, kto chciałby się zbli­żyć, kto być może któ­re­goś dnia mógłby ją po­ko­chać...

- Czuję się do­sko­nale - za­pew­nił przy­ja­ciela, zgrzy­ta­jąc zę­bami.

Przy­glą­dał jej się, jak stoi na ubo­czu, obej­mu­jąc się ra­mio­nami, i nikt z nią nie roz­ma­wia. Pa­tience sie­działa w sa­mym cen­trum to­wa­rzy­stwa, ga­wę­dząc swo­bod­nie z da­mami wo­kół sie­bie. Panna Anne Rose za to stała, tro­chę jak Cha­stity, sa­mot­nie, z fi­li­żanką her­baty w dłoni.

Cie­kawe, jak Cha­stity się dziś czuła. Wy­glą­dała na tak samo za­lęk­nioną i nie­szczę­śliwą jak w dniu przy­jazdu.

Zo­rien­to­wał się, że ktoś ma­cha do niego sa­mymi pal­cami. Lady Osborn. Panna Ber­net też mu się przy­glą­dała spod przy­mknię­tych po­wiek.

Uwaga obu dam znów obu­dziła w nim po­żą­da­nie, po­czuł zna­jome na­pię­cie w pod­brzu­szu i go­rąco roz­le­wa­jące się po ca­łym ciele.

Za­ci­snął zęby, pró­bo­wał zi­gno­ro­wać roz­pacz­liwe pra­gnie­nie, które w nim pul­so­wało, wspo­mnie­nie roz­ko­szy, któ­rych so­bie od­ma­wiał. Za­kład z Cha­stity spra­wiał, że był jak na­pięta cię­ciwa, go­towa wy­strze­lić pod byle po­zo­rem.

- Bo... - cią­gnął Pryde - chyba nie spa­łeś sam, prawda?

Lu­cien wes­tchnął i od­wró­cił wzrok od ko­bie­cego stadka. Po­wi­nien się sku­pić na grze. Na wprost niego, na dru­gim końcu pasa, stał For­tyne, który był rzu­ca­ją­cym. Jego ja­sne włosy lśniły w słońcu, on też z po­wodu skwaru roz­piął pod szyją białą ko­szulę, po­dob­nie jak po­zo­stali dżen­tel­meni. Za nim po­zy­cję za­jął Do­rian, jako od­bi­ja­jący, i Ir­re­ve­rence w roli sę­dziego.

- Zwy­kle sy­piam sam, je­śli ko­niecz­nie chcesz wie­dzieć - od­parł Lu­cien. - Ale dość o tym. Grajmy.

For­tyne za­ser­wo­wał, piłka po­fru­nęła, a on wziął za­mach, jego ciało aż za­wyło z czy­stej ra­do­ści ru­chu i wy­siłku - i w mo­men­cie za­po­mniał o wszyst­kich ko­bie­tach, które za­przą­tały mu my­śli.

A zwłasz­cza o jed­nej, tej naj­bar­dziej iry­tu­ją­cej.

#

- Czyż dżen­tel­meni upra­wia­jący sport nie sta­no­wią fa­scy­nu­ją­cego zja­wi­ska? - za­ga­iła lady Vir­toux, wa­chlu­jąc się po­woli bia­łym ko­ron­ko­wym wa­chla­rzem, ide­al­nie do­bra­nym do bia­łej mu­śli­no­wej kre­acji. - Albo do­sia­da­jący ko­nia... czy też po­lu­jący?

Ależ cu­dow­nie musi się czuć w tej sukni, po­my­ślała Cha­stity, po­cąc się w po­łu­dnio­wym słońcu, które jej ciemny strój zda­wał się po­chła­niać, po­tę­gu­jąc go­rąco. Miała wra­że­nie, jakby go­to­wała się żyw­cem. Może Lu­cien miał tro­chę ra­cji i po­winna za­mó­wić ja­kieś nowe suk­nie. Na na­sy­cone od­cie­nie klej­no­tów jesz­cze nie była go­towa, ale odro­binę ja­śniej­sze ko­lory i lżej­sze tka­niny na pewno by­łyby od­po­wied­niej­sze na te upały.

Po tym, jak tak się ośmie­szyła pierw­szego dnia przy­ję­cia, przez więk­szość czasu ukry­wała się w swo­jej kom­na­cie i bi­blio­tece, ale dziś Pa­tience udało się ją na­mó­wić na oglą­da­nie me­czu.

For­tyne wy­ko­nał szybki, pre­cy­zyjny rzut w stronę bramki, a kiedy Lu­cien od­bił piłkę, jego ruch był płynny, sta­no­wił ide­alne po­łą­cze­nie siły i kon­troli. Gdy tylko kij ude­rzył w piłkę, przez bo­isko po­nio­sło się stuk­nię­cie i za­równo książę Luhst, jak i Do­rian rzu­cili się bie­giem. Piłka po­szy­bo­wała na drugą stronę bo­iska.

- Bie­gnij! - za­wo­łał Lu­cien.

Obaj pę­dzili ku so­bie, ich stopy ryt­micz­nie ude­rzały w trawę. Słońce po­ły­ski­wało na ich zro­szo­nych po­tem cia­łach, pod wil­got­nymi lnia­nymi ko­szu­lami wi­dać było, jak pra­cują mię­śnie. Nogi Lu­ciena po­ru­szały się z wdzię­kiem grec­kiego wo­jow­nika. Nogi Do­riana, który te­raz wy­da­wał się jesz­cze sil­niej­szy, rów­nież pra­co­wały jak tłoki, a oczy były sku­pione na celu.

Kiedy spo­tkali się w po­ło­wie bo­iska, wy­ko­nali zwrot i każdy po­gnał z po­wro­tem na swoją li­nię, a każdy run po­pra­wiał wy­nik dru­żyny. Ko­biety z za­par­tym tchem oglą­dały spek­takl z ta­rasu. Spor­towe emo­cje po­chło­nęły je bez reszty.

Gra­cze z ko­lei byli głę­boko sku­pieni na me­czu. Mo­kre od potu włosy Lu­ciena lśniły w słońcu jak złoto, a ko­szula kle­iła się do jego sil­nych, sze­ro­kich ra­mion i mocno wy­rzeź­bio­nych ple­ców.

- O tak, są zde­cy­do­wa­nie fa­scy­nu­jący - przy­tak­nęła lady Osborn, sie­dząca przy tym sa­mym sto­liku co lady Vir­toux. - Ni­czym lwy, które wresz­cie wró­ciły do dżun­gli za­po­lo­wać. Czy to wła­śnie można po­czuć pod­czas gry w kry­kieta, lor­dzie Ward­bury?

Za­gad­nięty Ward­bury ro­ze­śmiał się i za­ka­słał.

- Skąd miał­bym wie­dzieć? Sie­dzę tu, z pa­niami.

Cha­stity spoj­rzała na niego. Wy­da­wało się, że czuje się tro­chę nie­zręcz­nie, sto­jąc sa­mot­nie wśród ko­biet. Po­dob­nie jak wielu z po­zo­sta­łych męż­czyzn - i bar­dzo słusz­nie - zdjął ma­ry­narkę i zo­stał tylko w bia­łej lnia­nej ko­szuli, lek­kiej ka­mi­zelce i ja­snych spodniach. Był wy­soki i umię­śniony. I przy­stojny. Na wielu mło­dych da­mach ro­bił wra­że­nie, co ła­two było po­znać po tym, że za­częły się wa­chlo­wać jesz­cze ener­gicz­niej.

- Ale dla­czego, lor­dzie Ward­bury? - pod­chwy­ciła panna Me­gan Ri­xon, wy­soka i ładna dzie­więt­na­sto­latka. Zde­cy­do­wa­nie lep­sza par­tia niż stara panna bez ja­kiej­kol­wiek ogłady i ma­nier. - Taki atle­tyczny męż­czy­zna jak pan...

- Ekhm... - Lord po­śpiesz­nie wsu­nął do ust resztę im­bi­ro­wego her­bat­nika i prze­żu­wał, wy­raź­nie spe­szony, pod czuj­nym wzro­kiem co naj­mniej dzie­się­ciu dam wy­cze­ku­ją­cych jego od­po­wie­dzi. - Czę­ściej można mnie za­stać przy mi­kro­sko­pie ani­żeli na bo­isku, pró­bu­ją­cego ude­rzyć piłkę zmie­rza­jącą z dużą pręd­ko­ścią w kie­runku mo­jej twa­rzy.

Cha­stity po­czuła w so­bie iskrę au­ten­tycz­nego za­in­te­re­so­wa­nia i en­tu­zja­zmu. Coś wspól­nego, do­kład­nie tak, jak jej przed trzema dniami do­ra­dzał Lu­cien. Coś wspól­nego!

- Mnie też - wtrą­ciła, ale jej głos za­brzmiał co­kol­wiek słabo. Od­chrząk­nęła i po­wtó­rzyła, bar­dzo gło­śno: - Mnie też!

Wszyst­kie oczy na­raz spo­częły na niej, rów­nież lorda Ward­bury'ego... i Lu­ciena. Naj­wy­raź­niej było ją sły­chać aż na bo­isku.

Przez co ko­lejna piłka śmi­gnęła tuż obok niego. Do dia­bła. To chyba nie dla­tego, że go roz­pro­szyła?

Pryde rzu­cił się bie­giem, mię­śnie na­pi­nały się i roz­luź­niały z mę­skim wdzię­kiem. Zręcz­nie zła­pał piłkę, z trium­fal­nym uśmie­chem na ustach i przy wi­wa­tach swo­jej dru­żyny.

Wciąż się w nią wpa­try­wał, aż za­lała ją nowa fala go­rąca.

- Ma pani mi­kro­skop, lady Cha­stity? - za­in­te­re­so­wał się Ward­bury.

Coś wspól­nego... czyżby to na­prawdę dzia­łało?

Pod­nio­sła na niego wzrok i oka­zało się, że pa­trzył na nią po­nad gło­wami sie­dzą­cych przy stole dam.

- Mam - po­twier­dziła, czu­jąc gwał­towne bi­cie serca.

Wiel­kie nieba, czy Lu­cien mógł mieć ra­cję?!

A lord Ward­bury na­gle się ro­ze­śmiał, na co ona od­po­wie­działa uśmie­chem.

- Mo­głem się tego do­my­ślić, skoro para się pani che­mią.

Jej uśmiech na­tych­miast zbladł. Nie wie­rzyła wła­snym uszom. Mó­wił o dziele jej ży­cia.

- Nie, wiel­możny pa­nie, nie pa­ram się che­mią - wark­nęła. - Trak­tuję swoje ba­da­nia z równą po­wagą jak pan swoje.

Oj, chyba znów po­wie­działa to zbyt gło­śno, bo te­raz wpa­try­wali się w nią wszy­scy, rów­nież ci na bo­isku.

- Moja droga lady Cha­stity - ode­zwała się lady Vir­toux, a jej głos po­niósł się po ta­ra­sie. - Cóż za po­wiew świe­żo­ści, spo­tkać osobę tak bar­dzo... nie­skrę­po­waną spo­łecz­nymi kon­we­nan­sami. To musi być ogrom­nie wy­zwa­la­jące móc się sku­pić wy­łącz­nie na swo­ich in­te­lek­tu­al­nych do­ko­na­niach, nie mu­sząc się trosz­czyć ani o męża, ani o dzieci.

Po­zo­stałe damy za­chi­cho­tały dys­kret­nie i szep­tały mię­dzy sobą za wa­chla­rzami. W ich oczach błysz­czała zło­śliwa sa­tys­fak­cja z po­wodu pu­blicz­nego upo­ko­rze­nia Cha­stity.

- Gust pani jest rów­nie oso­bliwy - włą­czyła się panna Me­gan Ri­xon, uśmie­cha­jąc się z prze­ką­sem. - To ta­kie od­ważne sta­wiać wy­godę po­nad ele­gan­cję. - I po­chy­la­jąc się do lorda Ward­bury'ego, do­dała ci­szej, ale na tyle gło­śno, żeby usły­szały ją Cha­stity i po­zo­stałe damy: - Nic dziw­nego, że po­wa­żani dżen­tel­meni wolą to­wa­rzy­stwo dam nieco bar­dziej uj­mu­ją­cych.

Cha­stity po­now­nie sku­liła się w so­bie. Choć może dało się to jesz­cze ja­koś ura­to­wać? Osta­tecz­nie ile razy może wpra­wić w za­kło­po­ta­nie nie­szczę­snego lorda?

- Lor­dzie Ward­bury... - za­częła, ner­wowo wy­gi­na­jąc palce. - Pra­gnę go­rąco prze­pro­sić za to, że na­zwa­łam pana... yyy... Warg­bu­rem? To było w dniu mo­jego przy­by­cia i po­dróż mocno mnie zmę­czyła. Po­win­nam była prze­pro­sić od razu, ale nie czu­łam się naj­le­piej. Jed­nak tamto nie­for­tunne zda­rze­nie nie daje mi spo­koju.

Spoj­rzał na nią chłodno, w jego nie­bie­skich oczach nie było ani śladu wcze­śniej­szej życz­li­wo­ści.

- Dzię­kuję, panno Cha­stity. Za­pew­niam, że nie po­czu­łem się ura­żony, ra­czej roz­ba­wiony. Dłu­gie po­dróże w isto­cie mają to do sie­bie, że po­tra­fią nas wy­mę­czyć bar­dziej, niż by­śmy so­bie ży­czyli.

Serce jej się ści­snęło po tej uprzej­mej, lecz wy­raź­nie zdy­stan­so­wa­nej od­po­wie­dzi. Po­czuła, jak ru­mie­niec skrada się po szyi i wy­pełza na po­liczki, a dło­nie wy­gi­nają się nie­na­tu­ral­nie w fał­dach sukni. Jego lek­ce­wa­żący ton nie umknął jej uwa­dze. Z tru­dem uda­wało jej się za­cho­wać spo­kój, zwłasz­cza gdy wo­kół wszyst­kie nie­na­gan­nie ubrane damy i do­trzy­mu­jący im to­wa­rzy­stwa dżen­tel­meni zer­kali na nią z za­kło­po­ta­niem. At­mos­fera zgęst­niała i cią­żyła jej na bar­kach jak mar­mu­rowy blok.

- Panno Cha­stity, w isto­cie nie wy­gląda pani naj­le­piej. - Lady Vir­toux nie­spo­dzie­wa­nie przy­szła jej z od­sie­czą. - Być może zbyt długo prze­by­wała pani na słońcu. Je­śli wolno mi co­kol­wiek za­su­ge­ro­wać, ra­dzi­ła­bym po­szu­kać ja­kie­goś cie­nia.

Cha­stity raz jesz­cze spoj­rzała na Ward­bury'ego, łzy pie­kły ją pod po­wie­kami. A on pa­trzył na nią tak jak wtedy, gdy zła­pała go za ra­mię. Z szo­kiem le­d­wie skry­wa­nym pod ma­ską uprzej­mo­ści.

Skąd Lu­cie­nowi przy­szło do głowy, że mo­gła być jed­no­cze­śnie atrak­cyjną ko­bietą i na­ukow­czy­nią, skoro jej in­te­lek­tu­alne dą­że­nia i brak tra­dy­cyj­nie ko­bie­cych przy­mio­tów wy­ma­gały od niej ukry­wa­nia swo­jej praw­dzi­wej na­tury?

Wła­śnie po raz ko­lejny prze­ko­nała się, że aby zy­skać ak­cep­ta­cję tych lu­dzi, musi się stać taka jak oni - fał­szywa w swej ze­wnętrz­nej per­fek­cji.

To na nic. Ani lord Ward­bury, ani ża­den inny męż­czy­zna ni­gdy nie po­ko­cha jej za to, kim na­prawdę jest.

- Rze­czy­wi­ście, lady Vir­toux - po­twier­dziła, co­fa­jąc się już, żeby czym prę­dzej umknąć przed ich osą­dza­ją­cymi spoj­rze­niami. - Nie czuję się naj­le­piej. W ogóle nie po­win­nam była się dziś po­ka­zy­wać w to­wa­rzy­stwie.

Ani żad­nego in­nego dnia.

Wra­ca­jąc do re­zy­den­cji, mi­nęła krzewy ota­cza­jące ta­ras i za­uwa­żyła pana Au­dleya i ka­pi­tana Har­ring­tona roz­ma­wia­ją­cych z dwoma star­szymi dżen­tel­me­nami. Była kilka me­trów od nich i choć roz­ma­wiali po ci­chu, usłużna bryza po­nio­sła ku niej ich słowa.

- Zważ­cie moje słowa, pa­no­wie - mó­wił pan Au­dley - lady Cha­stity umrze jako stara panna wśród swo­ich pro­bó­wek i fio­lek. Ża­den męż­czy­zna przy zdro­wych zmy­słach nie bę­dzie się wią­zał z ko­bietą, dla któ­rej waż­niej­sze są do­świad­cze­nia niż mał­żeń­skie obo­wiązki.

- A szkoda - do­dał Har­ring­ton. - Po­cho­dzi z do­brej ro­dziny, ale tym eks­cen­trycz­nym za­cho­wa­niem cał­kiem za­prze­pa­ściła swoja szanse. Jej przy­kład bę­dzie słu­żyć za prze­strogę dla in­nych mło­dych dam.

Te słowa były jak po­li­czek. Do­rian mu­siał się jej po­twor­nie wsty­dzić. Na­prawdę była po­śmie­wi­skiem ca­łego tego to­wa­rzy­stwa. Łzy pa­liły pod po­wie­kami. Naj­le­piej zrobi, ukry­wa­jąc się prędko w swo­jej kom­na­cie, za­nim wy­woła ko­lejne to­wa­rzy­skie zgor­sze­nie. O ileż le­piej było daw­niej, kiedy była dla wszyst­kich nie­wi­dzialna i mo­gła po pro­stu ro­bić swoje. I co wła­ści­wie było ta­kiego nie­sto­sow­nego w sku­pia­niu się na na­uce?

- Cha­stity, za­cze­kaj! - usły­szała za sobą mę­ski głos. - Cha­stity!

Zi­gno­ro­wała go, chciała się scho­wać, uciec przed oce­nami i uprze­dze­niami.

Ni­gdy nie uda jej się wy­grać tego za­kładu. Nie udo­wodni so­bie i Lu­cie­nowi, że może być jed­no­cze­śnie ko­bietą i na­ukow­czy­nią. Jej ba­da­nia ni­gdy nie wyjdą poza po­nure za­ułki Whi­te­cha­pel. A ona po­zo­sta­nie starą panną i sa­wantką, i ni­czym wię­cej.

Ża­den męż­czy­zna nie spoj­rzy na nią tak, jak Lu­cien pa­trzył na lady von Biust czy któ­rą­kol­wiek z in­nych pięk­no­ści, omdle­wa­ją­cych na jego wi­dok.

Roz­dział 8

- Cha­stity. - Lu­cien był lekko zdy­szany, kiedy wresz­cie ją do­go­nił.

A ona ze­rwała się rap­tow­nie z rzeź­bio­nego krze­sła, od­wró­ciła od niego i po­ło­żyła dłoń na klamce, szy­ku­jąc się do ucieczki.

- Za­cze­kaj - po­wstrzy­mał ją.

W po­rów­na­niu z ośle­pia­ją­cym słoń­cem na ze­wnątrz we wnę­trzu pa­no­wał chłód i pół­mrok. Brak prze­wiewu spra­wił, że skóra Lu­ciena zro­siła się po­tem. Po­kój dzienny ocie­kał prze­py­chem. Był to je­den z sa­lo­nów w am­fi­la­dzie, gdzie z jed­nego po­miesz­cze­nia prze­cho­dziło się do na­stęp­nego. Na ścia­nach wi­siały ob­razy i por­trety w zło­co­nych ra­mach. Pod jedną ze ścian stały w rzę­dzie wi­tryny, a w nich wy­sta­wiono sta­ran­nie za­kon­ser­wo­wane hi­sto­ryczne ar­te­fakty. Rzym­ski gla­dius, grecką ce­ra­mikę, egip­skie ska­ra­be­usze i cel­tycki tor­kwes.

Lu­cien nie wi­dział jej twa­rzy, a ona się nie od­zy­wała. Po­czuł ścisk w sercu. Oczy­wi­ście, że było mu jej żal, do­ra­stali ra­zem. Wy­co­fu­jąc się z gry w po­ło­wie me­czu i bie­gnąc za nią na oczach wszyst­kich, zro­bił tylko to, co po­wi­nien zro­bić do­bry przy­ja­ciel.

Pod­szedł bli­żej i za­trzy­mał się pół kroku od niej. Pod­niósł dło­nie, żeby zła­pać ją za ra­miona, od­wró­cić do sie­bie i przy­tu­lić do piersi, ale gdyby kto­kol­wiek ich tak zo­ba­czył, by­łaby skoń­czona.

Dla­tego tylko stał za nią, po­wstrzy­my­wany głu­pimi za­sa­dami, a ona sku­liła głowę i ra­miona, stała sku­lona, od­dy­cha­jąc ciężko.

- Co się stało? - spy­tał. - Wi­dzę, że je­steś roz­trzę­siona.

- Nic, czego nie dało się prze­wi­dzieć - od­parła. - Po­winno się mi za­bro­nić od­zy­wać w to­wa­rzy­stwie. Mia­łeś ra­cję, rzu­ca­jąc mi to wy­zwa­nie. Nikt ni­gdy mi się nie oświad­czy, a już na pewno nie ktoś tak po­wa­żany jak lord Ward­bury. To dżen­tel­men z krwi i ko­ści.

Lu­cien wy­pu­ścił po­wie­trze. Nie chciał, żeby kto­kol­wiek na­zy­wał ją swoją na­rze­czoną, a już na pewno nie żoną, ale jesz­cze bar­dziej nie chciał wi­dzieć jej w ta­kim sta­nie. Spoj­rzał przez ra­mię na otwarte drzwi. Nikt nie nad­cho­dził, żeby go pro­sić o po­wrót do prze­rwa­nego me­czu. Po­ło­żył więc dło­nie na jej ra­mio­nach i de­li­kat­nie od­wró­cił ją do sie­bie.

- Wielki Boże! Ty pła­czesz! - Ob­jął dłońmi jej twarz i kciu­kami wy­tarł łzy. - Czy ktoś po­wie­dział ci coś przy­krego?

Przy­cią­gnął ją do sie­bie i przy­tu­lił. A ona szlo­chała, wtu­lona w jego pierś, drżąca. Gła­dził ręką jej włosy, jej cia­sny kok, gła­skał plecy. Jego ko­szula na­sią­kała jej łzami, jej go­rący od­dech pa­rzył skórę. Jej ciało wy­da­wało się ta­kie drobne.

Po­czuł po­ru­sze­nie zna­jome w oko­li­cach roz­porka. Psia­krew, co z nim było nie tak? Ko­bieta pła­cze, a on się pod­nieca?

Do­ci­snął po­li­czek do czubka jej głowy i po­czuł jej za­pach - wa­ni­lii, my­dła... i jej. De­li­katny aro­mat, który po­tra­fił okre­ślić je­dy­nie jako kwia­towy. Jego ciało opla­tało jej ciało, czuł na so­bie nie­znaczne wzgórki jej piersi. Gdyby tylko ze­chciał... gdyby dała mu ja­ki­kol­wiek sy­gnał, że ona tego pra­gnie... mógłby po­chy­lić głowę i od­na­leźć jej wargi...

Niech to dia­bli. Był z niego na­prawdę ka­wał jur­nego byka.

- Gwiaz­deczko, co się stało? - po­wtó­rzył.

A ona za­marła i pod­nio­sła na niego wzrok. Serce mu pę­kło na wi­dok jej czer­wo­nych oczu, ciek­ną­cego nosa i po­licz­ków mo­krych od łez.

- Od lat tak mnie nie na­zy­wa­łeś - po­wie­działa ci­cho.

- Co ty wy­ga­du­jesz? Za­wsze by­łaś moją gwiaz­deczką. Ge­nialną. Ja­sną. Uro­dzoną, żeby lśnić.

Przy­gry­zła wargę.

- Więc kiedy, twoim zda­niem, prze­sta­łem? - spy­tał i nie był w sta­nie spoj­rzeć jej w oczy.

- Prze­sta­łeś po tym... - Nie do­koń­czyła, po­smut­niała jesz­cze bar­dziej.

- Po czym?

- Po tym, jak po­ca­ło­wa­łeś na­szą gu­wer­nantkę.

Za­mru­gał, zu­peł­nie tego nie pa­mię­tał.

- Wa­szą gu­wer­nantkę?

Po­ki­wała głową.

- Pannę Chi­nery.

Wzdry­gnął się. Cha­stity pró­bo­wała się uwol­nić z jego uści­sku, ale jej nie po­zwo­lił.

- Aha. Panna Chi­nery. I ty to wi­dzia­łaś?

- Tak. Mia­łeś osiem­na­ście lat. Ja mia­łam czter­na­ście. Tro­chę się w to­bie pod­ko­chi­wa­łam, jak to bywa z naj­lep­szym przy­ja­cie­lem star­szego brata.

Za­raz, czy do­brze sły­szał? Nie­moż­liwe. Ktoś taki jak ona, ge­nialny, mą­drzej­szy po­nad swój wiek, do­bry do szpiku ko­ści, ła­godna du­sza, taka wraż­liwa i tak mi­łu­jąca po­ezję, nie mo­gła się prze­cież ko­chać w kimś tak ze­psu­tym, płyt­kim i bez­na­dziej­nym jak on. Dzwo­niło mu w uszach.

- Ale jak to: pod­ko­chi­wa­łaś się...? - Mi­mo­wol­nie par­sk­nął śmie­chem. - We mnie?

- Tak. - Znów usi­ło­wała wy­plą­tać się z jego ob­jęć, ale przy­cią­gnął ją do sie­bie jesz­cze bli­żej. - Cie­bie to bawi?

Przyj­rzał jej się uważ­nie.

- Ty? We mnie? - po­wtó­rzył, cze­ka­jąc, aż przy­zna, że tylko żar­to­wała albo była sar­ka­styczna.

- By­łam głu­pia i na­iwna. Tak na­prawdę zro­bi­łeś mi przy­sługę, po­zba­wia­jąc mnie złu­dzeń. Po tym, jak was zo­ba­czy­łam, cał­kiem mi prze­szło.

Zu­peł­nie nie o to mu cho­dziło. Otwo­rzył usta, żeby za­prze­czyć. A po­tem je za­mknął. Nie do końca wie­dział, czemu do­kład­nie chciał za­prze­czać. Że jej na­dzieje były złudne? Że zro­bił jej przy­sługę?

A może chciał, jak ja­kiś idiota, za­pro­te­sto­wać prze­ciwko temu, że już się w nim nie ko­chała?

- Ni­gdy nie by­łaś głu­pia i ni­gdy nie by­łaś aż tak na­iwna. Przy­kro mi, że to wi­dzia­łaś. Nie mia­łem po­ję­cia.

Nie miał po­ję­cia, że się w nim ko­chała. Nie miał po­ję­cia, że ży­wiła ja­kie­kol­wiek na­dzieje...

- A czy to by co­kol­wiek zmie­niło? - spy­tała, a te jej błę­kitne oczy lśniące ni­czym krysz­tały za­glą­dały wprost do jego du­szy.

Do­bre py­ta­nie. Ta dziew­czyna była czę­ścią jego sa­mego od za­wsze. Po­dob­nie jak Do­rian był jego bra­tem pod każ­dym wzglę­dem poza wię­zami krwi. Ode­brał już wtedy lek­cje od swo­jego wujka, do­wie­dział się, że mi­łość to ry­zyko i tylko przez ciało można się bez­piecz­nie zbli­żyć do dru­giego czło­wieka.

Po­przez fi­zyczną bli­skość.

- Po­my­li­łaś się, Cha­stity. Nie mo­głaś być we mnie za­ko­chana.

Zmarsz­czyła czoło, za­sko­czona.

- Każda ko­bieta w to­wa­rzy­stwie jest w to­bie za­ko­chana.

Po tych sło­wach jego ciało aż za­wyło z tę­sk­noty. W końcu ją wy­pu­ścił i na­wet cof­nął się o krok. Chyba jed­nak nie zaj­rzała w głąb jego du­szy, bo wów­czas by tego nie po­wie­działa.

- Gwiaz­deczko, my­lisz po­żą­da­nie z mi­ło­ścią. We mnie nie ma nic do ko­cha­nia.

Po­pa­trzyła na niego po­nuro i po­śpiesz­nie wy­tarła po­liczki.

- Być może mylę się co do mi­ło­ści i po­żą­da­nia, ale na pewno nie od­no­śnie do wła­snych uczuć. I w ogóle co to za non­sens, że nie ma w to­bie nic do ko­cha­nia.

Mógł się spo­dzie­wać, że po­wie coś ta­kiego. Wpra­wiła go w osłu­pie­nie swoim wy­zna­niem, ale pora się otrzą­snąć. Po­zbyć się tej dziw­nej na­dziei, która za­tliła się w jego sercu. Bo co mu po niej? Pod­szedł do okna i spoj­rzał na ską­pany w słońcu ogród ze sta­ran­nie sko­szo­nymi traw­ni­kami i pięk­nie przy­cię­tymi krze­wami, które cią­gnęły się aż do pa­gór­ków i siel­skiego za­gaj­nika. Tu, od pół­noc­nej strony, nie było ży­wej du­szy, wszy­scy na­dal pik­ni­ko­wali na ta­ra­sie.

Mu­siał jej po­móc zna­leźć na­rze­czo­nego. Po­móc jej zo­ba­czyć w so­bie piękną, po­cią­ga­jącą ko­bietę, którą w isto­cie była - i którą z ja­kie­goś nie­do­rzecz­nego po­wodu od­rzu­cała. Po­może jej prze­stać co chwilę po­peł­niać gafy i mę­czyć się w sy­tu­acjach to­wa­rzy­skich, które dla niego były ła­twe jak od­dy­cha­nie.

Nie mógł pa­trzeć na jej cier­pie­nie. Poza tym, je­śli ona wy­gra za­kład, on wresz­cie bę­dzie mógł za­spo­koić swe żą­dze.

Z tą roz­koszną my­ślą i no­wym opty­mi­zmem po­pa­trzył jej w twarz.

A ona pa­trzyła na niego tymi ja­snymi, smut­nymi oczami, spló­tł­szy dło­nie cia­sno przed sobą.

- Prze­szłość zo­stawmy za sobą, gwiaz­deczko - za­czął, znów się do niej zbli­ża­jąc. - Je­stem, kim je­stem. Ty je­steś, kim je­steś. Wciąż jed­nak mo­żesz zmie­nić swoją przy­szłość. Nie mogę dłu­żej pa­trzeć, jak cier­pisz. Pro­szę, po­zwól mi so­bie po­móc.

- To na nic. - Roz­ło­żyła ra­miona. - Na­prawdę sta­ra­łam się zna­leźć coś wspól­nego z lor­dem Ward­bu­rym.

- Hm. - Po­woli pod­szedł jesz­cze bli­żej. - Z nim masz wię­cej wspól­nego niż ze mną, a jed­nak przy mnie je­steś nie­ustra­szona. Dla­czego tak się go bo­isz?

Prych­nęła, lecz bez drwiny.

- Bo cie­bie znam od za­wsze. Je­steś gdzieś obok, od­kąd pa­mię­tam. A on... on jest ide­alny. Przy­stojny, do­brze uro­dzony, wzór dżen­tel­mena, ma wpływy i po­zy­cję. Ja na­to­miast... cóż, ja je­stem tylko sobą.

- Sły­sza­łaś kie­dyś po­wie­dze­nie: "Przyj­mij ma­nierę, aż po­sią­dziesz cnotę"?

- Nie sły­sza­łam, ale przyj­mo­wa­nie ma­niery, któ­rej się nie po­siada, nie brzmi jak mą­dry spo­sób na osią­gnię­cie ja­kiej­kol­wiek cnoty.

- A jed­nak. Oto co mu­sisz zro­bić. Za­miast mó­wić o so­bie, py­taj o niego. O jego ba­da­nia. Za­in­te­re­so­wa­nia. Do­py­tuj o szcze­góły. Proś o wię­cej. I za­ci­skaj wargi, gdy tylko za­pra­gniesz po­wie­dzieć coś o so­bie.

Nie wy­da­wała się prze­ko­nana.

- I on nie bę­dzie się czuł od­py­ty­wany?

- Może się tak po­czuć. Wszystko za­leży od tego, jak bę­dziesz go py­tać. Naj­le­piej myśl o nim jak o ja­kimś in­te­re­su­ją­cym zna­jo­mym, a nie kimś waż­nym. I czy nie je­steś au­ten­tycz­nie cie­kawa, co ma do po­wie­dze­nia czło­wiek, który być może zo­sta­nie twoim mę­żem?

Spoj­rzała na swoje dło­nie.

- Masz ra­cję. Rze­czy­wi­ście cały czas my­śla­łam tylko o so­bie, o swo­ich ce­lach, o tym, co on może dla mnie zro­bić. A nie, co ja mogę zro­bić dla niego... albo cho­ciażby, ja­kim on jest czło­wie­kiem.

By to szlag. Nie do wiary, że to ro­bił. Że sta­rał się spra­wić, by Ward­bury do­strzegł, jak wspa­niałą osobą jest Cha­stity, je­śli tylko czło­wiek zdoła się prze­drzeć przez jej to­wa­rzy­ską nie­po­rad­ność.

Wi­zja jej de­li­kat­nej, dys­tyn­go­wa­nej syl­wetki w sukni ślub­nej przy boku lorda Ward­bury'ego, szla­chet­nego i przy­stoj­nego, prze­szyła mu wnętrz­no­ści ni­czym sza­bla.

Mimo to mu­siał jej po­móc. Wi­dok jej z in­nym męż­czy­zną byłby dla niego nie do znie­sie­nia, ale jesz­cze bar­dziej nie mógłby znieść jej ko­lej­nych łez.

- Otóż to - po­twier­dził. - A skoro nie do końca wiesz, jak to działa, może chcesz po­ćwi­czyć?

- Niby jak?

- Nor­mal­nie. Każdą umie­jęt­ność da się wy­ćwi­czyć. To jak z ma­te­ma­tyką i pi­sa­niem. Ty na przy­kład po­tra­fisz te­raz wy­ko­nać każde ob­li­cze­nie w pa­mięci, prawda?

- No tak.

- Ale od cze­goś mu­sia­łaś za­cząć, czyż nie?

- No tak.

- A więc z tym jest tak samo.

Zmarsz­czyła brwi.

- My­śla­łam, że nie­któ­rzy się z tym ro­dzą. Ty na przy­kład od uro­dze­nia je­steś to­wa­rzy­ski i uj­mu­jący. Do­sko­nale się czu­jesz wśród lu­dzi. Ja za­wsze wo­la­łam sa­mot­ność. Spę­dzać czas z książ­kami i z lupą w dłoni.

- Na­wet ja mu­sia­łem się na­uczyć, jak być mi­łym i cie­szyć się to­wa­rzy­stwem in­nych. Ta umie­jęt­ność oka­zuje się szcze­gól­nie cenna, gdy twoi to­wa­rzy­sze są nieco mniej przy­jemni w oby­ciu. Naj­pierw po­ćwicz na in­nych dżen­tel­me­nach. Na ta­kich, któ­rymi zu­peł­nie nie je­steś za­in­te­re­so­wana.

Za­śmiała się krótko.

- Czyli na przy­kład na to­bie?

Psia­krew! To nie po­winno za­bo­leć, a za­bo­lało.

- Na przy­kład - po­twier­dził, prze­ły­ka­jąc dumę. - Mo­gli­by­śmy spró­bo­wać wy­ko­nać krót­kie ćwi­cze­nie. Co ty na to, żeby przez chwilę po­uda­wać, że je­stem lor­dem Ward­bu­rym?

Cha­stity wzięła głę­boki wdech i wy­pro­sto­wała plecy. Po­pa­trzyła na niego z de­ter­mi­na­cją, ale w jej oczach wciąż cza­iła się nie­pew­ność.

- Lor­dzie Ward­bury - za­częła to­nem sztyw­nym to­nem, prze­sad­nie ofi­cjal­nym - uwa­żam pań­ską pracę w Szpi­talu Świę­tego To­ma­sza za... nie­zwy­kle cenną. Pro­szę, niech mi pan opo­wie o swo­ich naj­now­szych ba­da­niach. I niech pan nie szczę­dzi szcze­gó­łów.

Lu­cien aż się skrzy­wił, sły­sząc jej me­cha­niczny ton i oschłe sfor­mu­ło­wa­nia.

- Skar­bie, choć ro­zu­miem, co pró­bu­jesz osią­gnąć, to nie było py­ta­nie.

- Och... - Te­raz i ona się skrzy­wiła. - Mó­wi­łam ci. To na nic.

- Je­steś na­ukow­czy­nią. Czy kiedy za­czy­na­łaś swoje ba­da­nia, to wszyst­kie eks­pe­ry­menty koń­czyły się po­wo­dze­niem?

Ob­li­zała wargi.

- Nie.

- Tak samo jest te­raz. Je­dy­nym, co cię ha­muje, są twoje obawy. Spró­buj jesz­cze raz, gwiaz­deczko. Za­py­taj o to samo, ale niech to rze­czy­wi­ście za­brzmi jak py­ta­nie.

Kiw­nęła głową.

- Lor­dzie Ward­bury, nad czym pan obec­nie pra­cuje?

Po­chy­lił się ku niej i pu­ścił do niej oko.

- Świetne py­ta­nie. - Wy­pro­sto­wał plecy i od­parł: - W swo­ich naj­now­szych ba­da­niach sku­piam się na po­pra­wie tech­nik ope­ra­cyj­nych, aby zmniej­szyć ry­zyko in­fek­cji po­za­bie­go­wych. To zło­żone za­gad­nie­nie, ale za­leży mi na tym, aby zmie­niać ży­cie pa­cjen­tów na lep­sze.

- Zaj­muję się do­kład­nie tym sa­mym. Moje ba­da­nia...

- Py­ta­nia, pa­mię­tasz? - upo­mniał ją szep­tem.

- No tak. Oczy­wi­ście. Pro­szę, lor­dzie Ward­bury, czy mógłby mi pan po­wie­dzieć o tym coś wię­cej?

- Brawo - szep­nął i za­raz po­now­nie przy­brał po­ważną minę. - Jed­nym z naj­cie­kaw­szych od­kryć na­uko­wych w ostat­nim cza­sie jest wy­od­ręb­nie­nie no­wych pier­wiast­ków che­micz­nych. Śle­dzę prace mon­sieur Ber­narda Co­ur­tois, który od­krył nie­dawno fa­scy­nu­jącą sub­stan­cję zwaną jo­dyną. Są­dzę, że może ona mieć za­sto­so­wa­nie w me­dy­cy­nie. Choć jej wła­ści­wo­ści nie są jesz­cze w pełni po­znane.

Cha­stity za­mru­gała zdu­miona.

- Lu­cie­nie, skąd wiesz o jo­dy­nie?

Wzru­szył ra­mio­nami.

- Czy­ta­łem o tym. - Z sa­tys­fak­cją ob­ser­wo­wał za­sko­cze­nie na jej twa­rzy, kiedy w jego od­po­wie­dzi roz­po­znała tę, któ­rej sama mu udzie­liła na py­ta­nie o jej wie­dzę na te­mat współ­ży­cia. - Wiesz, że moja ro­dzina od za­wsze wspie­rała roz­wój me­dy­cyny. Jedną z ko­rzy­ści jest to, że do­sta­jemy naj­róż­niej­sze pu­bli­ka­cje, li­sty i prośby o do­fi­nan­so­wa­nie. A po­nie­waż ty od za­wsze in­te­re­so­wa­łaś się me­dy­cyną, to już w dzie­ciń­stwie za­czą­łem sam się­gać po te pi­sma.

- Aha. - Na­prawdę onie­miała.

Lu­cien się ro­ze­śmiał.

- Wy­gląda na to, że nie wiesz o mnie wszyst­kiego, co?

- Naj­wy­raź­niej.

Otwo­rzyła sze­rzej oczy i przez chwilę tylko na sie­bie pa­trzyli, a po­wie­trze mię­dzy nimi aż iskrzyło od na­pię­cia. W końcu za­mru­gała i za­śmiała się ner­wowo, prze­ła­mu­jąc ten oso­bliwy czar.

- My­ślę, że na ra­zie wy­star­czy tych ćwi­czeń - oznaj­miła bez tchu.

- Taa... - Lu­cien prze­cze­sał włosy pal­cami. - W mig po­ję­łaś, o co cho­dzi. Chło­niesz wie­dzę jak mor­ska gąbka. Ni­gdy nie spo­tka­łem osoby, która uczy­łaby się rów­nie szybko jak ty. Co ty na to, żeby pod­nieść po­ziom trud­no­ści na­szego ćwi­cze­nia?

- To zna­czy?

- Być może mo­gła­byś za­gad­nąć pana Au­dleya i ka­pi­tana Har­ring­tona. Nie je­steś za­in­te­re­so­wana żad­nym z nich, prawda? Nic się więc nie sta­nie, je­śli coś pój­dzie nie tak. Naj­pierw po­ćwicz na nich i do­piero gdy po­czu­jesz się pew­nie, po­roz­ma­wiaj z Ward­bu­rym.

- Ależ tak. - Jej oczy roz­bły­sły cie­ka­wo­ścią. - Zna­ko­mity po­mysł, Lu­cie­nie! Po­win­nam po­ćwi­czyć w kon­tro­lo­wa­nym śro­do­wi­sku, za­nim prze­pro­wa­dzę wła­ściwy eks­pe­ry­ment.

- Otóż to.

Zza drzwi do­bie­gły go głosy Do­riana i po­zo­sta­łych ksią­żąt. Lu­cien na­gle do­znał ko­lej­nego olśnie­nia... Do­prawdy był dziś w zdu­mie­wa­ją­cej for­mie. Pod­biegł do drzwi i rzu­cił w jej stronę:

- Ale z kom­ple­men­tami za­cze­kaj, bo mam coś jesz­cze.

Otwo­rzył je i zo­ba­czył wszyst­kich braci oraz Pa­tience, idą­cych w jego stronę z wy­raź­nie zmar­twio­nymi twa­rzami.

- Tu je­ste­ście. I świet­nie, że wszy­scy, bo aku­rat was po­trze­buję. Wejdź­cie.

- Lu­cie­nie. - Do­rian pa­trzył na niego głę­boko za­tro­skany. - Czy Cha­stity tu jest?

- Tak - po­twier­dził i prze­pu­ścił ich wszyst­kich w drzwiach do sa­lonu. - I po­trze­buje wa­szej po­mocy.

Gdy wszy­scy we­szli, Do­rian szybko pod­szedł do sio­stry.

- Co się stało? Pa­tience mówi, że słońce ci za­szko­dziło. Pła­ka­łaś?

Pa­tience ob­jęła ją ra­mie­niem.

- Ko­cha­nie, nic ci nie jest?

Cha­stity wes­tchnęła.

- Ab­so­lut­nie nic.

- Dla­czego je­ste­ście tu sami? - ob­ru­szył się Do­rian.

- No cóż - za­czął Lu­cien. - Ja... a wła­ści­wie to Cha­stity... po­trze­buje two­jej po­mocy. Jak za­pewne wie­cie, nie na­leży do osób prze­sad­nie... to­wa­rzy­skich. Dla­tego to przy­ję­cie mo­men­tami sta­nowi dla niej pewne wy­zwa­nie.

- Skar­bie, chcesz, że­bym za­mó­wił ci po­wóz? - spy­tał Do­rian ła­god­nym to­nem i po­pa­trzył sio­strze w oczy. - Że­byś mo­gła wró­cić do Rath Hall?

- Nie - od­parli z Lu­cie­niem jed­no­cze­śnie.

Ich spoj­rze­nia się spo­tkały.

- To zna­czy - za­czął tłu­ma­czyć Lu­cien. - Lady Cha­stity pró­buje zy­skać więk­szą swo­bodę w to­wa­rzy­stwie. Stara się zmie­nić. Dys­po­nuje tu jed­nak dość ogra­ni­czoną gar­de­robą. Musi za­tem przejść pewną prze­mianę. I oczy­wi­ście, choć całe przy­ję­cie jest cu­downe, to...

- Cha­stity po­trze­buje no­wych stro­jów i to pil­nie - do­koń­czył za niego Pryde i wes­tchnął ze zro­zu­mie­niem. - Tyle że w oko­licy nie ma kraw­co­wych choćby w po­ło­wie tak zdol­nych jak lon­dyń­skie.

- A może któ­reś z mo­ich su­kien by na nią pa­so­wały? - za­sta­na­wiała się gło­śno Pa­tience. - Cho­ciaż, oba­wiam się, że je­stem sporo niż­sza i... ob­fi­ciej ob­da­rzona... w... pew­nych ob­sza­rach.

Wszy­scy pa­no­wie z wy­jąt­kiem Do­riana na­gle za­in­te­re­so­wali się mi­ster­nie zdo­bio­nym su­fi­tem sa­lonu Pryde'a.

Do­rian mruk­nął z za­do­wo­le­niem, spo­glą­da­jąc na biust mał­żonki.

- To prawda.

- Poza tym księżna ma zu­peł­nie inną kar­na­cję - za­uwa­żył Lu­cien, pil­nu­jąc, aby pa­trzeć wy­łącz­nie na twarz Pa­tience i nie opusz­czać wzroku po­ni­żej jej pod­bródka. - W jej suk­niach Cha­stity bę­dzie wy­glą­dać blado i ni­jako. Ona po­trze­buje in­ten­syw­nych barw klej­no­tów. Szma­rag­do­wej zie­leni. Ru­bi­no­wej czer­wieni. Ame­ty­sto­wej pur­pury... Ależ tak... - Prze­niósł spoj­rze­nie na Cha­stity i przy­glą­dał się jej uważ­nie. Wła­śnie przy­szedł mu do głowy ko­lor, od któ­rego męż­czyźni onie­mieją. - ...żółty sza­fir - do­koń­czył.

Nie umknęło mu, że na mo­ment wstrzy­mała od­dech. Ale fakt, że był to ko­lor jego rodu, oczy­wi­ście nie po­wi­nien tu mieć żad­nego zna­cze­nia.

- Cha­stity na­leży do ro­dziny - włą­czył się For­tyne. - Je­śli to kwe­stia kosz­tów, to nie ma się czym mar­twić. Wszyst­kim się zajmę.

- Sam po­tra­fię się za­trosz­czyć o swo­ich go­ści - za­pro­te­sto­wał sta­now­czo Pryde. - Ra­chun­kami zajmę się ja. Po­zo­staje jed­nak jesz­cze kwe­stia czasu. Do końca przy­ję­cia zo­stała okre­ślona liczba dni. Do­kład­nie dwa­dzie­ścia sześć. Księżno, ile czasu bę­dzie po­trze­bo­wała kraw­cowa, żeby przy­go­to­wać dla Cha­stity od­po­wied­nią gar­de­robę na resztę po­bytu?

Pa­tience ob­li­zała wargi.

- Kilka ty­go­dni.

- Pie­nią­dze za­wsze po­ma­gają. - For­tyne nie da­wał za wy­graną. - I może tu­tej­sze kraw­cowe nie są tak zdolne jak te w Lon­dy­nie, ale prze­cież musi tu być w po­bliżu choć jedna przy­zwo­ita. A może zna­la­złyby się dwie albo trzy?

Pa­tience po­ki­wała głową.

- Moja po­ko­jówka, ma­de­mo­iselle An­to­inette, też może po­móc. Świet­nie zna się na mo­dzie i do­brze so­bie ra­dzi z igłą.

- Zna­ko­mi­cie - pod­su­mo­wał For­tyne. - Pryde, ty znajdź kraw­cową, która bę­dzie do­stępna od za­raz, a ja się zajmę ra­chun­kami. Ochrona ro­dziny, pa­mię­ta­cie, pa­no­wie? Je­śli lady Cha­stity po­trze­buje prze­miany, to ją do­sta­nie.