Rozdział 1
Gdy lady Chastity Perrin zanurzała zakrzywioną igłę w misce spirytusu, trzech rzeczy była absolutnie pewna:
Po pierwsze, prawdziwe damy nie chadzały bez przyzwoitek po londyńskich melinach.
Po drugie, niezamężne damy nie zostawały sam na sam z mężczyzną.
Po trzecie, porządne damy z całą pewnością nie przynosiły czystych igieł do skromnego, ale nieskazitelnie czystego gabinetu nielicencjonowanego lekarza, żeby pomóc mu w przeprowadzeniu operacji chirurgicznej, która była tak bardzo, tak straszliwie... ach, Boże... krwawa.
- Proszę, doktorze Sterling - powiedziała, wręczając mu igłę nawleczoną katgutem na talerzu, który uprzednio również przetarła alkoholem.
- Dziękuję, panno Chastity - odezwał się Brace Sterling, biorąc igłę do ręki i zerkając na pacjentkę, góra trzyletnią dziewczynkę o blond loczkach wystających spod brudnego, postrzępionego czepka. - Stello, to zaboli - ostrzegł. - Najmocniej cię przepraszam.
Babcia dziecka, która stała obok stołu zabiegowego i zaciskała kościste palce na szarym, dziurawym i mocno sfatygowanym szalu, patrząc spode łba, wyburczała z silnym cockneyowskim akcentem:
- Sama jest sobie winna. Stale się potyka. Niezdara z niej. Wszystko tłucze, talerze, kubki. Ciekawe, kto za to zapłaci.
Wielkie oczy dziewczynki napełniły się łzami i od razu skierowały ku podłodze. Skuliła drobne ramiona, jakby próbowała wyglądać na jeszcze mniejszą. Brudne, chude palce nerwowo skubały rąbek sukienki.
Wyraz takiego cierpienia na twarzy trzylatki łamał Chastity serce.
Jednocześnie rozpoznawała w niej siebie.
Chociaż była nieco starsza od Stelli - mogła mieć pięć lat - kiedy to się zaczęło, do dziś słyszała głos ojca karcącego ją za nieprzystojące damie zachowania, za garbienie się nad mikroskopem, grę w szachy czy oglądanie ilustracji w książkach o biologii.
Brace Sterling, wysoki, barczysty, przystojny mężczyzna o surowych rysach i niebieskich oczach, z jasnymi włosami związanymi w kucyk, wymienił z nią pośpieszne spojrzenia. Obawa w jego oczach stanowiła odbicie tej, którą sama czuła. Mała Stella była poważnie zaniedbywana.
- Pani Murray - zaczął doktor, zbierając ku sobie brzegi paskudnego rozcięcia na kostce dziewczynki. - Postąpiła pani słusznie, przynosząc tu to dziecko. Wiem, że troszczy się pani o nie najlepiej, jak potrafi, ale proszę ją traktować nieco życzliwiej, jeśli jest pani wykrzesać z siebie choć odrobinę dobroci. To ciągłe potykanie się może wynikać z tego, że dziewczynka jest niemal zagłodzona. Albo faktem, że ma dopiero trzy lata.
Kobieta spojrzała na niego gniewnie, wykrzywiając z goryczą usta.
- Moja córka była pokojówką w Róży i Koronie i zmarła przy porodzie. Nikt zaś nie wie, kim jest ojciec. Zapłacił jej złotym pierścionkiem i wypełnił brzuch dzieckiem. Gdybym mogła, to bym wyjechała i zamieszkała na farmie z moją siostrą. Ale tu przynajmniej mogę być praczką i zarobić jaki grosz. To cud, że udało mi się utrzymać to dziecko przy życiu tak długo.
- Robi pani, co w jej mocy - powtórzył doktor Sterling, choć Chastity nie była pewna, czy naprawdę w to wierzył, ponieważ w jego głosie pobrzmiewała tłumiona złość. - Tu, w Whitechapel, nikomu nie jest łatwo. Stello, skarbie, teraz muszę zaszyć ranę, a ty musisz być dzielna - zwrócił się znów do dziewczynki. - Możesz załapać babcię za rękę, jeśli to pomoże.
Stella zamrugała oczami wielkimi jak spodki, wciąż mokrymi od łez, i chwyciła dłoń pani Murray o szorstkiej, popękanej skórze i zgrubiałych stawach, bez wątpienia zniszczonych latami prania cudzych brudów.
Doktor pochylił się nad chudą, brudną nogą dziewczynki, sterczącą spod rąbka przykrótkiej obszarpanej sukienczyny. Rana została starannie oczyszczona alkoholem, co już musiało sprawić potworny ból temu biednemu dziecku. Chastity żałowała, że nie mogą zaoferować mu również ciepłej kąpieli i czystych ubrań.
Lekarz zaczął zszywać ranę swobodnymi, ale precyzyjnymi ruchami.
Stella wrzasnęła - co bardzo przystoi młodej damie.
Chastity nie - co zupełnie damie nie przystoi. Ani nie zemdlała. Choć bardzo tego chciała.
Kostka dziewczynki wyglądała, jakby wampir urządził sobie na niej ucztę. Albo wilk. Krew cały czas sączyła się z niej na twardą brązową skórę stołu zabiegowego.
Chastity wzdrygnęła się na wspomnienie innego lekarza, który w dzieciństwie zszywał poranione nadgarstki i ramiona jej brata, dokładnie tak jak teraz doktor Sterling. Jak zawsze poczuła ucisk w piersi, oddech stał się nierówny.
Aby zająć czymś myśli, rozejrzała się po gabinecie.
Przez okno wlewały się promienie słońca. Białe gipsowe ściany były obwieszone anatomicznymi ilustracjami na grubym papierze w kremowym kolorze. Pod przeciwległą ścianą stało dębowe biurko bejcowane na ciemny brąz i krzesło do kompletu. Obok ustawiono wysoką szafkę z przeszklonym frontem ukazującym półki pełne starannie uporządkowanych buteleczek z lekami i ususzonymi ziołami. Niedaleko, w podobnej szafce, mieściły się oprawione w skórę albo grube płótno teczki. W nich znajdowały się kartoteki pacjentów.
Z zewnątrz dobiegały odgłosy ruchliwej Petticoat Street i urządzanego na niej targowiska: okrzyki handlarzy, szczekanie psów, przekleństwa mężczyzn, wrzaski dzieciarni i pijacki śmiech.
- Ach, zamknijże się już, dziecko! - uciszała biedną Stellę pani Murray. - Bo jak nie, to przyjdzie pan Blackmore i cię zje! Na pewno wszystko słyszy, ten jego burdel jest na końcu ulicy.
Dziewczynka jęknęła jeszcze po raz ostatni i wypuściła dłoń babci, żeby obiema rękami zasłonić sobie usta. Jej oczy wciąż były wielkie i pełne łez.
Dłonie doktora Sterlinga na moment zastygły w bezruchu, ale nie oderwał wzroku od rany małej pacjentki. Wrócił do pracy, lecz szybko zapewnił dziewczynkę:
- Stello, w tej sprawie zachęcałbym cię, abyś nie słuchała babci. Ze strony pana Blackmore'a nic ci nie grozi. On nie tylko jako jedyny finansuje działalność tej kliniki, ale jest również jednym z moich najbliższych przyjaciół. Może i ma swoje wady, jednak z całą pewnością nie je dzieci.
Pani Murray burknęła coś pod nosem i wydęła wargę.
- Może i nie, ale aniołem to on nie jest. Nie przyjął mojej córki, kiedy poszła do Elizjum za robotą. A teraz nie żyje. I proszę, co z tego wyniknęło - rzuciła z kpiną, wskazując głową dziewczynkę.
Chastity nie mogła dłużej słuchać, jak ta kobieta pastwi się nad biednym dzieckiem. Widać było wyraźnie, że mała budzi w babce rozgoryczenie samym swoim istnieniem i że najwyraźniej nie przejmuje się ona emocjonalnymi bliznami, jakimi może naznaczyć życie tej biednej istoty. Chastity za to aż nazbyt dobrze wiedziała, jak głębokie rany zadaje rodzic, który nigdy nie jest dostatecznie zadowolony ze swoich dzieci.
- Wyniknęła z tego śliczna mała dziewczynka - odpowiedziała starszej kobiecie, patrząc w przerażone oczy Stelli. - Która nie zrobiła niczego złego i niczym nie zawiniła.
Pani Murray przeniosła teraz wzrok na Chastity.
- Jaśnie pani wybaczy - zaczęła, uśmiechając się krzywo - ale łatwo wymądrzać się przed nami, prostymi ludźmi, jak samej nie zaznało się głodu choćby przez jeden dzień.
Chastity spłonęła wstydem, bo słowa kobiety były jak policzek, boleśnie prawdziwe. Co o życiu w Whitechapel mogła wiedzieć córka księcia?
- I co w ogóle paniusia tu robi? Może pani szanowny małżonek znowuż próbuje się wkupić w łaski Wszechmocnego, łaskawie pomagając nam, biednym łachmytom? Bo jeśli tak, to lepiej by zrobił, gdyby rzucił jakim groszem, zamiast przysyłać nam swoją panią.
Kolejny przytyk był dla Chastity jak cios prosto w brzuch, a smutek dotkliwie przygniótł jej serce. Nigdy nie miała męża, nie dane jej było zaznać bezwarunkowej miłości ani więzi jak ta, która połączyła jej brata Doriana z jego żoną Patience. Pierwszego chłopca, jakiego kiedykolwiek pokochała, najlepszego przyjaciela swego brata, Luciena, straciła na zawsze. A mimo to musiała go widywać średnio raz w tygodniu, co było dla niej prawdziwą męką, którą dzielnie znosiła. Od dziecka wiedziała, że musi szczelnie zamknąć serce, aby ochronić się przed okrucieństwem, z jakim ojciec traktował ją, Doriana i ich mamę. Papa bardzo dobitnie pokazał jej, że nikt nigdy nie zdoła pokochać jej za to, kim naprawdę jest.
- Pani Murray - odezwał się doktor Sterling, wciąż skupiony na zabiegu. Jego głos był spokojny, a ruchy pewne. - Będę zmuszony poprosić panią o opuszczenie gabinetu, jeśli nie przestanie pani gnębić swej biednej wnuczki i szykanować panny Chastity. Która, skoro musi pani wiedzieć, pracuje nad niezwykle nowatorskimi metodami, pozwalającymi znacząco obniżyć ryzyko infekcji i gangreny. I robi to wszystko zupełnie za darmo.
Starsza kobieta zmrużyła oczy.
- Nic nie jest za darmo. Nie w Whitechapel.
Chastity znów poczuła falę upokorzenia, ale tym razem wstyd mieszał się ze złością.
- Kiedy poszłam z tymi badaniami do Szpitala Świętego Tomasza, to mi odmówili.
Na co tamta prychnęła:
- Czyli paniusia przyszła do nas, bo jej nie chcieli w najlepszym szpitalu w mieście? I my mamy uwierzyć w te jej nibymetody. A to dobre.
- W Świętym Tomaszu nie odmówili lady Chastity dlatego, że wątpią w słuszność jej metod - zaprotestował doktor Sterling.
- A czemu?
Chastity przypomniała sobie twarze członków rady zarządu szpitala, samych mężczyzn, w większości po pięćdziesiątce. Tylko jeden, nieco młodszy dżentelmen, lord Wardbury, wyglądał, jakby był skłonny się za nią wstawić. W jego oczach zobaczyła najwięcej życzliwości. Ale kiedy skończyła prezentację, te oczy zwęziły się z ledwie skrywanym rozbawieniem, a przewodniczący, którego protekcjonalny ton ociekał kpiną, oznajmił: "Choć pani... entuzjazm jest godny podziwu, zapewne sama pani rozumie, że kręgi medyczne to nie jest miejsce dla kobiety".
Zdanie, pod którym jej ojciec mógłby się podpisać.
- Ponieważ jestem kobietą - wyjaśniła, z policzkami płonącymi na tamto wspomnienie.
Pani Murray westchnęła.
- No tak.
Chastity pokiwała ze smutkiem głową.
- Skoro wyższe sfery odrzucają moje wsparcie i moje ambicje z powodu płci, uważam, że jedyną słuszną reakcją jest odpłacić im taką samą wzgardą. Doktor Sterling, nie pobierając za to żadnych opłat, robi w tym gabinecie znacznie więcej dobrego, niż wszystkie tęgie głowy ze Świętego Tomasza są sobie w stanie wyobrazić.
Choć jej praca tutaj bez wątpienia była użyteczna, to jednak nigdy nie zyska uznania w świecie nauki... a tego pragnęła do bólu. Być może mogłaby porozmawiać z lordem Wardburym na osobności, poza radą zarządu. Wiedziała, że weźmie udział w letnisku urządzanym przez księcia Pryde'a. Przyjęcie miało trwać cały miesiąc, a ona musiała w nim uczestniczyć ze względu na koneksje swojego brata z księciem.
Dama pewna swoich kompetencji towarzyskich uznałaby to za doskonałą okazję, aby zaprzyjaźnić się z lordem Wardburym i - być może - wpłynąć na zmianę jego stanowiska. Zjednać go sobie. Przekonać, żeby dał jej szansę wykazać się w Szpitalu Świętego Tomasza, gdzie jej pracę śledziłyby największe naukowe autorytety. Gdzie mogłaby zdobyć silną pozycję w kręgach naukowych i tym samym dotrzeć ze swoją pomocą do większej liczby osób.
Zamiast tego Chastity zapewne przez cały miesiąc będzie się próbowała zlać się z tłem, wykorzystując swój niezrównany talent do unikania kontaktu wzrokowego.
- Przychodząc tu, ryzykuje pani swoją reputacją i bezpieczeństwem - powiedział cicho doktor Sterling, związując końce nici. - Sama. W tajemnicy przed bratem. - Zamoczył czystą szmatkę w alkoholu i przetarł zaszytą ranę. - Już po wszystkim, Stello - zwrócił się do dziewczynki i uśmiechnął ciepło. - Byłaś bardzo dzielna. Nałożę tylko opatrunek. Postaraj się przez kilka dni dużo odpoczywać. A pani, pani Murray, niech przyprowadzi do mnie wnuczkę jutro i potem za tydzień. Chcę widzieć, jak rana się goi.
Kilka godzin później, po tym, jak wypuścili Stellę do domu i wymienili się z doktorem notatkami i obserwacjami, Chastity wyszła z gabinetu. Pod butami mlaskało błoto wiecznie zalegające na Petticoat Street. Miała do przejścia kilka przecznic, żeby dotrzeć do rogu ulicy, gdzie czasem czekały dorożki.
Mijała ulicznych urwisów, krzepkich mężczyzn noszących beczki, przekupkę z koszem cuchnących sardeli, grupę głośno plotkujących praczek taszczących kosze bielizny i zaczepiającego przechodniów straganiarza z wózkiem poobijanych jabłek. W zaułku czaił się kieszonkowiec. Ze straganów ciągnących się środkiem ulicy dobiegały pokrzykiwania sprzedawców nawołujących klientów.
Dwaj mężczyźni stali oparci o odrapaną ścianę. Jeden miał na sobie połatany płaszcz, wiszący luźno na wychudzonej sylwetce. Drugi był w mocno przetartej koszuli. Obaj mieli ogorzałe, nabiegłe krwią twarze, dłonie trzymali blisko kieszeni wybrzuszonych tak, że Chastity pomyślała, że mogą być uzbrojeni. Jeden wyglądał znajomo. Możliwe, że widziała go na tej ulicy już wcześniej. Mijając tych mężczyzn, czuła na sobie ich wzrok. Jej suknia wyróżniała ją z tłumu, mimo że gdy szła do kliniki, zawsze wybierała brązy i szarości. Jej ubrania były po prostu zbyt nowe i zbyt starannie uszyte, włosy nienagannie uczesane, a czepki czyste i wyprasowane.
Każdy widział, że tu nie pasuje.
Mocniej ścisnęła haftowaną sakiewkę. Bez wątpienia stanowiła kuszący i łatwy łup.
Obejrzała się przez ramię i z przerażeniem stwierdziła, że obaj mężczyźni idą kilka metrów za nią, wymijając innych przechodniów i nie spuszczając jej z oczu.
Zimny pot spłynął jej po plecach.
Przyśpieszyła, torebka zakołysała się w jej dłoni. Czy naprawdę odważyliby się coś jej zrobić tu, na ulicy, przy tylu świadkach?
Po lewej migały budynki z popękanymi szybami w oknach, po prawej - brudne stragany. Okrzyki sprzedawców wydały jej się teraz ostrzejsze, przeszywały rozpaloną skórę. Przez nieuwagę prawą stopą wdepnęła w coś śliskiego, nie zdążyła nawet spojrzeć, co to było. Wymachując ramionami, runęła do przodu, ale w ostatniej chwili zdołała się złapać czyjegoś ramienia. Przed nią rozpierzchła się grupka urwisów.
Znów się obejrzała. Jej prześladowcy byli trzy kroki od niej. Chciała uciec, lecz zaraz potem poczuła, jak czyjaś dłoń zaciska się na jej ramieniu. Krzyk uwiązł jej w gardle, kiedy została szarpnięta do tyłu, wciąż jednak ściskała sakiewkę.
Postawniejszy z mężczyzn, ten w pożółkłej koszuli, patrzył na nią z wściekłością. Miał kartoflowaty nos i wyłupiaste oczy. Wielkie nieba! Została porwana? Dorian ją zabije... a zaraz potem zabije jej porywaczy.
- Co tu robisz? - warknął opryszek. - Taka dama jak ty?
Chastity usiłowała mu się wyszarpnąć. Wbiła łokieć w miękkie ciało. Oprawca stęknął, ale jej nie puścił.
- Puszczaj! - wycedziła przez zęby, wciąż wijąc się w jego uścisku.
Jakiś cień położył się na wszystkich trojgu.
- Dama powiedziała, żebyś ją puścił - zabrzmiał niski i uprzejmy głos.
I znajomy jak jej własny.
Porywacz znieruchomiał. Ulga zalała ją, zanim jeszcze odwróciła się i zobaczyła...
Luciena.
Jedno spojrzenie na jego twarz wystarczyło, aby zaparło jej dech. Rozmarzone fiołkowe oczy teraz płonęły wściekłością, gdy wbijał wzrok w obu mężczyzn. Wyraźnie zarysowana linia żuchwy była napięta, szerokie, pełne wargi wykrzywiły się w ponurym grymasie pod ostrymi kośćmi policzkowymi. Złociste włosy miał modnie rozwichrzone. Wysoki, barczysty, silny i lekki zarazem, wyglądał jak grecki bóg.
Napastnik od razu ją puścił.
- Nie chciałem jej zrobić krzywdy - zapewnił pośpiesznie. - Chciałem tylko odprowadzić pannę Chastity do dorożki.
Słysząc to, zmarszczyła brwi. Rzeczywiście wyglądał znajomo...
- Jestem Bill - przedstawił się i podciągnął rękaw, ukazując zagojoną bliznę. - Pan doktor i panienka leczyli mnie sześć tygodni temu, mówię, jak było. Chciałem tylko podziękować za pomoc.
Chastity aż zabrakło tchu.
- Ależ tak, Bill! - powiedziała, czując zawstydzenie pomieszane z ulgą. - Wybacz, nie poznałam cię.
Powinna się wstydzić. Od razu założyła najgorsze, a Bill chciał jej pomóc.
- Jaki doktor? - zaczął dociekać Lucien, marszcząc czoło. Spółgłoski wymawiał ciut niewyraźnie. - I niby jak cię leczyli?
Chastity przyjrzała mu się uważniej. Czuć było od niego brandy. Jego biały halsztuk był rozwiązany, a żółta kamizelka pod szarym, szytym na miarę frakiem - pognieciona. Na jego herbie rodowym z wyhaftowanym jeleniem widniała różowa plama. Dziś najwyraźniej postanowił zasłużyć na swoją reputację najbardziej rozpustnego spośród Siedmiu Książąt Grzechu.
Ulga Chastity prędko ustąpiła miejsca obawom.
Nie. Nie, nie! Tylko nie Lucien.
Tylko nie on! On nie mógł jej tutaj zobaczyć!
W panice spojrzała na wejście do Elizjum, dobrze utrzymanego, trzykondygnacyjnego ceglanego budynku zajmującego cały kwartał. Omiotła wzrokiem okna z zaciemnionymi szybami, przerażona, że zaraz ujrzy Doriana, idącego w ślad za Lucienem.
Ale nie. To było niemożliwe. Czasy, kiedy jej brat zachodził do Elizjum, dawno minęły. Teraz był szczęśliwie żonaty.
Za to jego najbliżsi przyjaciele - książęta Pryde, Enveigh, Irreverence, Eccess i Fortyne - właśnie wytaczali się z budynku, rozglądając się za swym towarzyszem i mrużąc oczy w słońcu.
- Hm... - zwróciła się ponownie do Billa, oglądając jego bliznę. - Wygląda na to, że rana ładnie się zagoiła. Nie wdało się żadne zakażenie, prawda?
- A skąd. Zagoiło się bez zarzutu, mówię, jak jest. Może jednak odprowadzę panienkę do powozu? To naprawdę nie jest miejsce dla takiej eleganckiej damy.
Pozostali książęta już szli w stronę Luciena i Chastity. Pryde jak zawsze w płaszczu w kolorze indygo i z potarganą brązową czupryną. Enveigh na zielono, łypiąc pożądliwie szarymi oczami. Eccess o włosach w odcieniu miodowego blondu - najwyższy z nich wszystkich - miał na sobie pomarańczową kamizelkę. Irreverence prezentował się nieskazitelnie w bieli, a Fortyne z długimi, kasztanowymi włosami związanymi z tyłu olśniewał w fiolecie.
- Książę Luhst mnie odprowadzi - zapewniła go pośpiesznie. - Dziękuję ci za pomoc, Bill. Obawiam się, że muszę już iść. - I zwracając się do Luciena, rzuciła gorączkowo: - Oni nie mogą mnie tu zobaczyć!
- To oczywiste. - Skinął głową. - Za mną, moja droga. Mój powóz czeka za rogiem. - Szybko pociągnął ją za sobą. Cały czas znajdował się między nią a książętami, więc żaden z nich jej nie zauważył.
Kiedy znaleźli się w środku, Chastity z ulgą wypuściła powietrze i zdjęła czepek, nagle zrobiło jej się bardzo gorąco.
- Zawieź mnie, proszę, do Mayfair. Stamtąd pojadę do Rath Hall.
Książę tylko się roześmiał w odpowiedzi.
- Mowy nie ma, najsłodsza. Nie spuszczę cię z oczu, dopóki osobiście nie oddam cię pod opiekę Doriana.
- Nie możesz tego zrobić! Nie wolno mi być z tobą sam na sam w powozie. Pomyśl o mojej reputacji.
Lucien wzruszył ramionami, zapukał w ścianę przed nimi i polecił woźnicy, że ma jechać do Rath Hall.
- Twój brat z pewnością zrozumie, że przy mnie jesteś bezpieczniejsza, niż włócząc się sama po Whitechapel.
Chastity zaschło w ustach i przebiegł ją lodowaty dreszcz. Kołysanie powozu na nierównej nawierzchni tylko wzmagało jej niepokój, a koła terkotały nieznośnie głośno. Jeśli Dorian się dowie, że od miesięcy samotnie wymykała się do Whitechapel... że pracowała sam na sam z lekarzem bez uprawnień... że narażała swoje bezpieczeństwo, chodząc po ciemnych zaułkach...
Wówczas będzie mogła porzucić wszelką nadzieję na dokończenie badań, którym poświęciła tyle lat. Pożegnać się z marzeniem o zdobyciu uznania w środowisku naukowym i podzieleniu się swoimi spostrzeżeniami z jak największą liczbą szpitali, żeby uchronić przed infekcjami niezliczone rzesze pacjentów.
Do Rath Hall była godzina drogi, tyle czasu miała na przekonanie Luciena, żeby nie mówił o niczym jej bratu. Godzinę sam na sam z nim, w ciasnej przestrzeni powozu. Godzinę wdychania zapachu jego skóry, goździków i drzewa sandałowego.
Na samą tę myśl przeszył ją gorący dreszcz.
Ten mężczyzna był uosobieniem upadku.
Wysoki, o doskonale umięśnionym ciele. Z anielskimi oczami największego grzesznika, jakiego kiedykolwiek poznała. I złocistymi puklami, które aż się prosiły, by odgarnąć mu je z oczu.
Na miłość boską, o czym ona w ogóle myślała? Przecież od lat nie była już w nim zakochana.
Żeby ukrócić te niedorzeczne fantazje, musiała sobie przypomnieć, dlaczego był taki rozchełstany - właśnie spędził noc w ramionach innych kobiet. Czuła nawet na nim ich perfumy. Ktoś inny - zapewne nie jedna kobieta - całował te pełne wargi, wodził palcem po kościach policzkowych i wyraźnie zaznaczonej żuchwie.
Nie ona.
To nigdy nie będzie ona.
- Powiesz mu, gdzie mnie znalazłeś? - spytała.
- To zależy.
- Od czego?
- Od tego, co tam robiłaś.
Objęła się ramionami.
- Nie mogę ci powiedzieć.
- Wobec tego czuję się zobowiązany powiadomić Doriana.
- Dobrze! Już dobrze. - Westchnęła głęboko, zbierając się na odwagę. - Asystuję pewnemu lekarzowi w Whitechapel. Wypróbowuję swoje nowe metody zapobiegania zakażeniom i pomagam mu w przygotowaniach do zabiegów, opiece nad pacjentami i tak dalej. W zamian mogę zapisywać wszystkie obserwacje, żeby sprawdzić, czy są podstawy, aby podzielić się swoimi spostrzeżeniami z szerszym gremium.
- Chastity, ty dobra duszo. - Teraz on westchnął. - Mogłem się domyślić, że wpadniesz na coś takiego.
Większość ludzi raczej nie nazwałaby jej dobrą. Przeciwnie, wielu jej nie lubiło i uważało, że jest chłodna i nazbyt zdystansowana.
Ale Lucien patrzył na nią inaczej.
- Proszę, nie mów Dorianowi - dodała.
- Moja droga, chcesz, żebym ukrywał coś przed swoim najlepszym przyjacielem.
- Wiem. Ale wciąż cię o to proszę.
Jego fioletowe oczy zapłonęły.
- Ach, najdroższa. Nie masz pojęcia, jak wiele byłbym gotów dla ciebie zrobić.
Jego ciepły oddech omiótł jej policzek, poczuła na sobie ciężar jego wzroku. Same słowa były niczym czułe muśnięcie dłoni.
Ale zaraz przywołała się do porządku - to był przecież urodzony bawidamek. Uwodziciel. Te wszystkie czułostki nic nie znaczyły, dla niego ona zawsze będzie jedynie siostrą najlepszego przyjaciela.
Mimo to jej zdradzieckie serce zabiło szybciej od samej jego bliskości.
- Ależ, Chastity, musisz mi dać jakiś dobry powód, żebym dla ciebie skłamał - zastrzegł. - Jestem winien Dorianowi lojalność. Nie mogę zdradzić ani jego, ani swoich pozostałych braci w grzechu.