Książę Pychy - Mariah Stone

Reflow text when sidebars are open.
Rozdział 1
Wrzesień, 1814 roku
- Gdzie on, do diabła, jest? - warknął Constantine Buccleigh, książę Pryde, krocząc nawą Kościoła Wszystkich Świętych. Niewykluczone, że nastał dzień, w którym jego sekret zrujnuje mu życie.
W powietrzu unosił się zapach kurzu i kadzidła. Słabe światło słoneczne sączyło się przez gotyckie okna, rzucając cień mężczyzny na kamienną posadzkę. Mieszkańcy Shepherdsbrook, wioski na obrzeżach Londynu, wyszli z kościoła po niedzielnym kazaniu niespełna piętnaście minut wcześniej.
Echo przekleństwa Constantine'a odbiło się od ścian pustego budynku niczym pocisk. Jego buty do jazdy konnej stukały o kamienne płyty, a on skrzyżował ramiona na piersi, idąc trochę zbyt szybko jak na księcia, który szczycił się swoim opanowaniem.
Gdy Constantine usłyszał huk za plecami, odwrócił się, instynktownie sięgając po list w wewnętrznej kieszeni płaszcza.
Ale to był tylko Octavius, książę Eccess.
Stał z tyłu, za pustymi ławkami, patrząc na niego przepraszająco. Ze znajdującego się obok regału spadły modlitewniki.
Constantine uniósł brew i wyprostował ramiona.
- Octaviusie, wolałbym, żebyś zachował swój talent do burzenia na inny dzień...
Eccess poprawił regał. Nawet pod szytym na miarę płaszczem widać było zarys bicepsów. Gdy Constantine schylił się, by podnieść książki i odłożyć je na półkę, Octavius przesadnie skłonił się w kierunku krzyża wiszącego nad ołtarzem.
- Wybacz mi. To tylko odrobina wina. Na pewno rozumiesz, woda i wino.
Wyjął z kieszeni srebrną piersiówkę z wygrawerowanym symbolem dzika. Uniósł ją najpierw w stronę Constantine'a, potem w stronę krzyża i wziął łyk. Włosy w kolorze miodowego blondu opadły mu na czoło.
Kiedy wszystkie modlitewniki wróciły na swoje miejsce, Constantine spojrzał na piersiówkę.
- Prawdę mówiąc, sam nie pogardziłbym kropelką.
- Proszę bardzo. Jesteś napięty jak cięciwa. - Octavius wyciągnął w jego kierunku piersiówkę. - Mój najlepszy koniak Fine Champagne, jak zawsze.
Dłoń Constantine'a drgnęła, ale nie sięgnął po trunek.
- Nie dziś. Potrzebuję całej trzeźwości umysłu, na jaką mnie stać.
Octavius zmrużył na chwilę oczy.
- Jak sobie życzysz. Moim zdaniem przydałoby ci się coś na rozluźnienie.
- Nie, nie teraz.
W końcu rozległ się odgłos kroków, który na kamiennej posadzce brzmiał jak kanonada. Constantine spoconą dłonią przeczesał włosy i poprawił halsztuk.
Skinął Eccessowi dłonią i ruszyli razem w stronę dźwięku, aż w końcu, pod łukiem prezbiterium, dostrzegli w ciemności jakiś ruch. Kroki ucichły.
Rozległo się kwilenie niemowlęcia.
Constantine zamarł i wstrzymał oddech.
Niemowlę?
Z cienia wyłoniły się dwie kobiety w prostych, brązowo-szarych muślinowych sukienkach i spencerach. To ich obcasy stukały wcześniej na wytartych kamiennych płytach. Ta, która trzymała dziecko, była sporo wyższa od drugiej.
Wymienili z Octaviusem zdziwione spojrzenia. Być może to tylko parafianki, które zostały po kazaniu. Te dwie nie mogły mieć przecież nic wspólnego z listem.
Po raz kolejny wrócił myślami do korespondencji, którą otrzymał trzy dni wcześniej.
Londyn, 20 września 1814 roku
Do Jego Książęcej Mości księcia Pryde
Wasza Książęca Mość,
mam nadzieję, że mój list zastał Pana w dobrym zdrowiu.
Powierzono mi ważną kwestię dotyczącą Pańskiej sytuacji, dlatego byłoby dobrze, gdyby wziął Pan udział w nabożeństwie w Kościele Wszystkich Świętych w Shepherdsbrook w tę niedzielę.
Z uniżonym szacunkiem
Osoba życzliwa
Osobą życzliwą może być co prawda i mężczyzna, i kobieta, ale nie przypuszczał, by płeć piękna mogła się posunąć do szantażu.
Kiedy obie kobiety zatrzymały się przed nim, zdał sobie sprawę, że ta z niemowlęciem jest jeszcze wyższa, niż mu się początkowo wydawało, niemal tego samego wzrostu co on.
Po co matka z dzieckiem na ręku miałaby chcieć się z nim spotkać? Nie był księciem Luhst. Nie sypiał z wieloma kobietami.
Eccess odchrząknął.
- Czy możemy w czymś pomóc?
Wyższa z kobiet skupiła całą swoją uwagę na Octaviusie.
- Wasza Książęca Mość książę Pryde?
Teraz, gdy stała w świetle, Constantine dostrzegł, że jest śliczna. Miękkie, miedziane loki wysuwały się spod prostego czarnego czepka i opadały po obu stronach twarzy. Duże zielone oczy emanowały łagodnością, a jednocześnie powagą. Usta dziewczyny były szerokie i zmysłowe, a lekko szpiczasty nos nadawał jej zawadiacki wygląd i młodzieńczy urok. Niższa dziewczyna miała około dwudziestu pięciu lat i atrakcyjną twarz okoloną pofalowanymi czarnymi włosami.
- Nie, obawiam się, że nie - odpowiedział Octavius. - Książę Eccess. Do usług.
- Ja jestem Pryde - odezwał się Constantine, starając się zachować spokój, mimo że serce waliło mu w piersi. - W czym mogę pomóc, panno...?
- Panna Modesty Fairchild - odparła. - A to panna Grace Lockhart, która towarzyszy mi jako przyzwoitka.
Constantine skinął głową zgodnie z obowiązującą etykietą. Eccess zrobił to samo.
Te skromne, godne szacunku choć biedne damy z pewnością nie były szantażystkami. Przyznał w duchu, że spodziewał się spotkać tu łotrów z kryjówek w Whitechapel, uzbrojonych w noże i pistolety.
- Pan Fairchild, pastor, który właśnie wygłosił kazanie, jest moim ojcem - dodała.
Uniósł dłoń, w której trzymał list.
- To pani go napisała?
Panna Fairchild zerknęła na kartkę, kołysząc dziecko. Na jej policzkach pojawiły się delikatne rumieńce.
- Tak, Wasza Książęca Mość. Nie byłam pewna, co powinnam napisać w takiej sytuacji. W końcu chodzi pańskie dziecko...
Jego dziecko?
Co ta kobieta mogła wiedzieć o dawno zaginionym liście jego matki potwierdzającym, że nie jest prawowitym synem swojego ojca? To od tego powinna zacząć swoją wiadomość.
Zaraz...
Chyba nie sugerowała...
Do licha! Kolejna próba szantażu z powodu rzekomego nieślubnego dziecka!
Zaledwie kilka tygodni wcześniej, na przyjęciu w jego posiadłości, jego przyjaciel, książę Luhst, otrzymał list, którego nadawca twierdził, że książę ma nieślubne dziecko. Lucien zaprzeczył tym oskarżeniom i odmówił zapłaty. Szantażysta wysłał wtedy do rezydencji Pryde'a trzyletnią córkę Luciena. Wybuchł skandal, który rozniósł się po całym Londynie. Pisały o tym wszystkie gazety towarzyskie, informacja pojawiła się we wszystkich możliwych rubrykach plotkarskich. Matrony z towarzystwa do dziś cmokały z dezaprobatą na wspomnienie upadku księcia Luhst.
Czy ten sam szantażysta próbował teraz obciążyć jego? A może ta kobieta sugerowała, że to ich wspólne dziecko?
Był przekonany, że nigdy wcześniej jej nie spotkał. Takich pięknych ust z pewnością by nie zapomniał.
Przez chwilę zdawało się, że starannie pielęgnowana fasada Constantine'a zaraz pęknie. Zmusił się do swojego wyćwiczonego uprzejmego uśmiechu.
- Czy zechce mi pani powiedzieć, o co dokładnie jestem oskarżony? - zapytał.
Kobieta zerknęła na przyjaciółkę, a ta uniosła brwi. Potem znów spojrzała na Constantine'a. Ich oczy się spotkały.
- Augustus jest pana dzieckiem, oczywiście.
Constantine poczuł, jak w jego czaszce narasta palący ucisk, jakby miała się zaraz rozpaść. Cała ta sytuacja była tak absurdalna, że aż komiczna. Powinien poczuć ulgę. Nie wspomniała o liście jego matki ani testamencie ojca, nie groziła ujawnieniem jego prawdziwego pochodzenia.
Jedyną kobietą, z którą sypiał, była prostytutka z Elizjum, elitarnego klubu dla dżentelmenów w Whitechapel. Thorne Blackmore, właściciel klubu, zapewniał Pryde'a, że jego kochanka jest bezpłodna.
- Moim dzieckiem? - Starał się zachować zimną krew, lecz w jego głosie pobrzmiewał niepokój.
Eccess, ten zdrajca, zaśmiał się i wyciągnął szyję, żeby zerknąć na zawiniątko w ramionach wysokiej kobiety.
- Czy możemy zobaczyć dziecko?
- Nie - odparł Constantine, gdy panna Fairchild się do nich zbliżyła. - Nie ma potrzeby.
Ku swemu wielkiemu niezadowoleniu zdążył zobaczyć uroczą buzię noworodka z dużymi, ciemnoniebieskimi oczami, które patrzyły prosto na niego. Usta niemowlęcia poruszały się, gdy cicho kwiliło. Miało okrągły podbródek, uroczy, guzikowaty nosek i pełne policzki oraz malutkie rączki o delikatnych palcach i przezroczystych paznokciach.
Zalała go fala ciepła i przez ułamek sekundy pragnął, by to dziecko faktycznie było jego synem. Malutkim człowiekiem, którego mógłby kochać i przytulać. Wziąłby go pod swoją opiekę i zapewnił mu byt. Wspierał go.
Wzdrygnął się, zaskoczony nieznanym mu uczuciem, dziwnie przypominającym wzruszenie.
A przecież próbowano nim manipulować. Ktoś go okłamywał i usiłował żerować na jego uczuciach. Brano go za głupca.
- Matka Augustusa opowiedziała mi o wszystkim - obstawała przy swoim panna Fairchild. - To pan jest ojcem. Przed śmiercią powierzyła mi opiekę na chłopcem...
Constantine doskonale rozumiał w tej chwili gniew, który jego przyjaciel Dorian, książę Rath, co sugerowało jego nazwisko, niewątpliwie odczuwał przez całe życie.
W przeciwieństwie do Ratha Constantine, człowiek pyszny i wyniosły, jak przystało na księcia Pryde, nie mógł sobie pozwolić na wybuch wściekłości.
- Panno Fairchild - odpowiedział. - Zapewniam panią, że to niemożliwe.
- Ależ to prawda - odparła szybko. - Trzymałam ją za rękę, gdy wydawała ostatnie tchnienie. Chciała...
W jego piersi wciąż narastał ucisk. To przez nią przez trzy dni drapał ściany i nie mógł spać w obawie, że ktoś ma dowód, który go zniszczy. Jak śmiała?
Chciała coś na nim wymusić tymi bredniami?
To, kim była zmarła kobieta i na co umarła, nie miało dla niego najmniejszego znaczenia. Podejrzewał, że tamta kobieta zmyśliła tę historię; być może po to, by kogoś szantażować po potajemnym porodzie.
Wybrała sobie niewłaściwego człowieka.
- Czytała pani o nieszczęściu księcia Luhst w gazetach, prawda? - zapytał, starając się zachować spokój. - I pomyślała, że będzie łatwo oszukać innego mężczyznę. Tyle że moja reputacja jest nieskazitelna. Spłodzenie bękarta to coś, czego zawsze skrupulatnie się wystrzegałem.
Kąciki zmysłowych ust panny Fairchild opadły na chwilę.
- Nie próbuję...
- To nie moje dziecko. Żal mi go, ale nie dam się wciągnąć w nikczemny spisek. Te zarzuty nie mają żadnych podstaw. Jeśli wciąż będzie mnie pani nękać, odpowie pani przed sądem za zniesławienie. Kary są tak wysokie, że resztę życia spędzi pani w więzieniu dla dłużników.
Od razu poczuł ulgę, zrobiło mu się lżej na piersi. Odwrócił się na pięcie i ruszył w stronę wyjścia. Octavius pożegnał się pospiesznie i pobiegł za nim.
Constantine chciał jak najszybciej opuścić to miejsce. Panna Fairchild nie znała jego prawdziwej tajemnicy i nie miała żadnych podstaw, by czegokolwiek od niego żądać. Nie musiał się martwić o utratę tytułu.
W drodze powrotnej Constantine stawiał kroki powoli i spokojnie, trzymając się prosto.
Musiał odetchnąć. Rozluźnić pięści.
Nic mu nie groziło ani nikt go nie szantażował. Mógł wrócić do normalnego życia.
Jednak pod sztywną maską opanowania jego umysł pogrążył się w chaosie.
Udało mu się odeprzeć jedno fałszywe oskarżenie, ale jego sekret wciąż czynił go podatnym na ataki.
Jeśli nie panna Fairchild, to ktoś inny mógłby wykorzystać przeciwko niemu jego tajemnicę.
Kroczący obok niego Octavius otworzył piersiówkę.
- Ruda... Wyglądała na taką nieśmiałą, ale w łóżku musi być gorąca.
Słowa te przywołały obraz rozrzuconych na poduszce rudych włosów panny Fairchild, jej pięknych ust nabrzmiałych i rozchylonych w rozkoszy, jej spoconego ciała wyginającego się pod nim.
Nie pod Octaviusem.
- Trzymaj język za zębami - powiedział Constantine nieco ostrzej, niż zamierzał. - Nie mów o niej w ten sposób.
Octavius wziął łyk alkoholu i zakręcił butelkę.
- Daj spokój, mówię z doświadczenia.
Constantine pokręcił głową.
- Przestań.
Octavius posłał mu zdziwione spojrzenie.
- Jak sobie chcesz. Ty i twoja duma...
Nie było sensu bronić honoru obcej kobiety, skoro wiedział, że nigdy więcej jej nie zobaczy.
Rozdział 2
Jakże bezduszny musi być mężczyzna, który wyrzeka się własnego dziecka?
Panna Modesty Fairchild płonęła gniewem, gdy wychodziła z dorożki, mocno przytulając małego Augustusa. Niemowlę spało spokojnie, nieświadome bezlitosnego odrzucenia przez ojca.
Pospiesznie przeszła przez ruchliwą drogę gruntową, kierując się w stronę przytułku dla kobiet, a Grace podążała tuż za nią. Chłodny wrześniowy wiatr przenikał przez jej okrycie, ale Modesty się tym nie przejmowała. Z oburzenia było jej wręcz gorąco. Obdarte dzieci ulicy przemykały między budynkami. Minęła ich jakaś kobieta w znoszonym szalu. Obok przeszedł też mężczyzna z wyniszczoną twarzą i pustym wzrokiem.
Książę uosabiał to, przed czym ostrzegał ją ojciec - arystokratyczną doskonałość, pod którą kryje się serce z lodu.
Mimo wszystko na jego widok zaparło jej dech w piersiach. Miał atletyczną sylwetkę, szerokie ramiona, szczupłą talię, wąskie biodra i długie, muskularne nogi. Pod zwichrzonymi przez wiatr ciemnobrązowymi włosami jego twarz wydawała się wyjątkowo wyrazista - o ostrych rysach, kanciastych kościach policzkowych i z niewielkim dołkiem w mocnej szczęce. Pod długimi, ciemnymi rzęsami skrywały się lekko skośne, kasztanowe oczy o głębokim, przenikliwym spojrzeniu. Najbardziej zaskakiwały jednak usta, z pełną dolną wargą i idealnym łukiem kupidyna, zupełnie jakby natura nie potrafiła do końca wybrać między surowością a zmysłowością.
Jego towarzysz, książę Eccess, okazał przynajmniej odrobinę serdeczności, sprawiając dobre wrażenie mimo wyczuwalnej woni wina w oddechu. Chciał zobaczyć Augustusa, za to Pryde pozostał niewzruszony. Uznanie dziecka niewątpliwie zszargałoby jego nieskazitelną reputację.
Grace otworzyła jej drzwi.
- Co teraz zrobisz?
Prowadzony przez Grace przytułek dla ubogich kobiet mieścił się w dużym ceglanym budynku dawnej garbarni. Brudne okna usytuowano wysoko, aby wpuszczały nieco światła. Ochronka znajdowała się w dzielnicy Whitechapel, przy szerokiej ulicy, gdzie stały kamienice nachylone ku sobie niczym pijani robotnicy.
Modesty objęła swoje cenne zawiniątko i przekroczyła próg.
- Zrobię to, czego książę nie potrafi. Zaopiekuję się niewinnym dzieckiem, które bardziej potrzebuje miłości niż tytułu. Najpierw muszę znaleźć mamkę.
Gdy wraz z Grace przechodziły przez główną salę, poczuła znajomy zapach wilgotnych murów. Stukot jej niskich obcasów odbijał się echem od zimnej podłogi.
- Potem ja i tata wychowamy go tak, jak chciałaby Ophelia.
Jej własna mama również zmarła przy porodzie. Między innymi dlatego tak bardzo troszczyła się o tego uroczego chłopca, mimo że nie był jej dzieckiem. Uwielbiała jego zadarty nosek, pełne okrągłe policzki, delikatne blond włoski i przypominające wilka znamię za uchem.
Drugi z powodów był nie do pomyślenia...
Na drugim końcu dużego pomieszczenia kobiety pochylały się nad starymi stołami roboczymi, teraz używanymi do szycia. Na blatach leżały skrawki tkanin i nici. W dużym kominku na drugiej ścianie umieszczono trzy ruszty. Na jednym z nich stał kociołek, w którym bulgotał gulasz o kojącym zapachu.
Modesty poczuła przeciąg, więc przytuliła Augustusa jeszcze mocniej, żeby ochronić go przez zimnym wiatrem. Chłód wdzierał się do środka przez szpary w oknach i drzwiach.
- Wiesz - powiedziała Grace, idąc obok. - Tak będzie dla niego lepiej. Dasz mu dużo miłości. Próżny i pyszny książę nie zadbałby o niego tak jak ty.
Modesty przypomniała sobie, jak idealne rysy Pryde'a stężały na widok Augustusa, jak przelotny błysk łagodności w jego oczach ustąpił miejsca lodowatej obojętności.
- Masz rację - odparła. - Książę nigdy by go nie pokochał.
Minęły kobiety siedzące przy stołach, zajęte robótkami ręcznymi, bujaniem niemowląt, zabawianiem maluchów lub po prostu cichą rozmową.
Modesty poznała Ophelię dwa miesiące wcześniej, właśnie przy tym stole, gdy ta z trudem łatała spódnicę. W ten sposób można było zarobić jakieś drobne. Była ładna, miała blond włosy i smutne, niebieskie oczy, z których płynęły łzy. Jej mąż zmarł, gdy była w trzecim miesiącu ciąży. Po jego śmierci sprzedano cały jego majątek, by spłacić długi, a Ophelia została bezdomna.
Modesty i jej ojciec przyjęli Ophelię do siebie, jak to często robili z bezdomnymi kobietami w ciąży, a nawet tymi z przytułku. Lepiej było rodzić w czystym, ciepłym domu niż w zimnym pomieszczeniu, które mimo wszelkich starań nie stanowiło najlepszego miejsca dla noworodków.
Jak to możliwe, że szanowana skromna mężatka związała swój los z księciem Pryde? Może Ophelia miała dość wiecznie pijanego męża i życia na skraju ubóstwa, dlatego łatwo znalazła pocieszenie w ramionach przystojnego, bogatego i potężnego mężczyzny.
Kiedy jednak przed dwoma miesiącami Ophelia zwróciła się do księcia o pomoc, ten bezlitośnie ją odrzucił. Była więc zmuszona pójść do przytułku.
Grace i Modesty skierowały się na prawą stronę sali, gdzie wisiały rzędy zasłon, tworząc małe, prywatne przestrzenie. W każdej z nich umieszczono cienki materac lub drewnianą skrzynię służącą za kołyskę. Warunki były skromne, ale lepsze od tych, które panowały na ulicy.
- Musiałaś spróbować. - Grace skinęła głową ku grupie kobiet, które zebrały się przy okrągłym stole i coś pisały, podczas gdy ich towarzyszka czytała na głos. - Książę jest jedynym krewnym Augustusa. Obiecałaś umierającej matce, że zadbasz o bezpieczeństwo jej dziecka, a teraz zamierzasz zmienić dla niego całe swoje życie. Jesteś najżyczliwszą osobą, jaką znam, ale czy będziesz w stanie kontynuować swoje badania, opiekując się niemowlęciem?
Na myśl o porzuceniu antykwarycznych aspiracji Modesty zrobiło się smutno. Nie zdoła zobaczyć starożytnych grobowców w Egipcie ani nie odkryje sekretów pogrzebanych miast Cesarstwa Rzymskiego. Nie dokona odkryć, które mogłyby zmienić ludzkie wyobrażenie o przeszłości. Odnalezienie rzymskiej willi na terenie gospodarstwa jednego z parafian mogło stanowić pierwszy krok na drodze do przekonania społeczeństwa, że kobiety powinny mieć możliwość pracy w terenie na równi z mężczyznami. Niestety marzenia o uznaniu w świecie nauki i przełomie w postrzeganiu przeszłości miały pozostać jedynie fantazjami.
Doskonale pamiętała cylindryczną, wykonaną z brązu szkatułkę na biżuterię, którą udało się jej wykopać. Następnie odsłoniła mozaiki podłogowe. Gdy uniosła skrzyneczkę na deszczu, zmył on wierzchnią warstwę gleby oraz nagromadzony przez wieki brud. Ściskała zimny, zmatowiały od starości metal zmarzniętymi, mokrymi palcami, mrugając z powodu deszczu, który smagał ją po twarzy. Otworzyła wieko i z zapartym tchem patrzyła na znalezione skarby: srebrne lusterko, niebieskie i zielone szklane koraliki, złamaną kość strzałkową... i, co najbardziej intrygujące, mały rzeźbiony kamień, który wcale nie był rzymski. Była pewna, że to artefakt Piktów, szkockiego plemienia!
Znalezisko tak ją oszołomiło, że czas jakby stanął w miejscu.
Niestety nie zatrzymał się on dla ciężarnej kobiety, która czekała na nią godzinę marszu stamtąd, by wspólnie wrócić do domu. Ophelia nie ruszała się z umówionego miejsca, ale gdy zmarzła i przemokła, zrezygnowała i sama wróciła na plebanię.
Ani Grace, ani nikt inny nie miał pojęcia, że Ophelia zmarła z powodu roztargnienia Modesty tamtego dnia. Jej głupie marzenia stanowiły więc niewielką cenę za zapewnienie dziecku przyjaciółki godnego życia... to będzie pokuta, na którą w pełni zasłużyła.
- Nie zamierzam prowadzić badań - odpowiedziała, wracając do teraźniejszości. - Twój brat jest na tyle uprzejmy, że będzie kontynuować wykopaliska.
- I przypisze sobie wszelkie zasługi? - Grace cmoknęła. - Kocham George'a i pragnę dla niego wszystkiego, co najlepsze, ale... to miejsce... jest twoje.
Modesty uważała, że najrozsądniejszym wyjściem będzie pozwolić, by to George zebrał całą chwałę, podczas gdy ona zajmie się tym, co kobieta powinna robić: wspieraniem taty i wychowywaniem dziecka.
Zatrzymały się, a Grace odsunęła częściowo zasłonę. Na słomianym materacu pod ścianą, oparta o poduszkę, siedziała kobieta, która ocierała oczy chusteczką. Miała na sobie starą brązową sukienkę z łatami. Niesforne kosmyki sterczały wokół zmęczonej twarzy.
- Jak się pani czuje, pani Walcott? - zapytała Grace.
- Wciąż bardzo boli, panno Lockhart - odparła kobieta ze smutnym uśmiechem - ale już mi się polepsza. Tak mówi doktor Sterling.
Zanim Modesty zdążyła odpowiedzieć, za ich plecami rozległy się kroki.
- Ach, panno Fairchild - odezwał się męski głos.
Modesty odwróciła się i zobaczyła George'a. Twarz miał promienną, a w kącikach jego ciemnych oczu pojawiły się niewielkie zmarszczki. Cieszył się, że ją widzi.
- Jak poszło spotkanie?
George był wysokim, szczupłym mężczyzną z ciemnymi lokami w tym samym odcieniu co włosy jego siostry Grace. Niesforne fale okalały przyjemną twarz. Miał na sobie brązowy wełniany płaszcz, starannie cerowany na łokciach, prostą lnianą koszulę i stare spodnie. Trzymał drewnianą deskę, na której umieścił talerz i blaszany kubek.
Modesty odwzajemniła uśmiech. To on rozbudził w niej zainteresowanie historią. Kiedy byli dziećmi, popołudniami często opowiadał jej historie o starożytnych cywilizacjach i zakopanych skarbach. Teraz ożywił te wspomnienia, szukając antykwarycznych okazów.
- Obawiam się, że nienajlepiej, panie Lockhart - odparła Modesty. - Dlatego mały Augustus potrzebuje mamki.
George zmarszczył brwi.
- Cóż za rozczarowanie.
- Czy mogłaby pani karmić Augustusa, pani Walcott? - zapytała Grace.
Kobieta spojrzała na zawiniątko.
- Ja... eee...
Grace podeszła i chwyciła dłoń pani Walcott.
- Przykro mi, utrata własnego dziecka to okropne przeżycie.
- Tak, ale... piersi mam pełne mleka... Okropnie bolą... Jeśli inne dziecko potrzebuje matki... choćby tylko do karmienia... zrobię to.
Modesty zbliżyła się, kołysząc noworodka.
- Dziękuję. Mój ojciec jest pastorem w Shepherdsbrook, pół godziny jazdy powozem stąd. Będę się opiekować Augustusem. Do tej pory karmiła go kobieta z parafii mojego ojca, ale to tylko tymczasowe rozwiązanie. Ma już sześcioro własnych dzieci i nie może żywić kolejnego. Mamy niewiele, ale damy ci jedzenie i bezpieczny dom.
Kobieta skinęła głową, wciąż zapłakana.
- Co się stało z jego matką?
- Ona... - Wróciło bolesne wspomnienie popołudnia sprzed pięciu dni, które wszystko zmieniło. - Dostała gorączki, zanim zaczęły się bóle porodowe. Krótko po porodzie jej stan się pogorszył i... Przed śmiercią poprosiła mnie, żebym się nim zaopiekowała.
Gdy Ophelia umarła, zrozpaczona Modesty przyszła do przytułku, aby się poradzić. Grace i George byli jej najbliższymi przyjaciółmi, więc wiedziała, że może im ufać.
Modesty uśmiechnęła się do pani Walcott.
- Wszyscy będziemy rodziną tego dziecka.
- Jestem bardzo wdzięczna za dach nad głową i jedzenie - powiedziała pani Walcott. - Nie mam dokąd pójść. Mój mąż też nie żyje. Nie mam nikogo, naprawdę.
Modesty skinęła głową i zamrugała, by powstrzymać łzy.
- Rozumiem. Teraz masz mnie, mojego tatę i tego małego chłopca. Nigdy nie będziesz sama.
Pani Walcott wyciągnęła ręce, by wziąć dziecko, a Modesty podała jej Augustusa.
Gdy patrzyła, jak kobieta kołysze niemowlę, poczuła dużą ulgę.
Wróciła myślami do głębokich kasztanowych oczu, wyprostowanych pleców i posągowej twarzy - pięknej maski, która skrywała najbrzydszą, najbardziej samolubną osobę, jaką kiedykolwiek poznała.
Grace miała rację.
Może odrzucenie przez tego nieczułego księcia okaże się najlepszą rzeczą, która mogła spotkać to dziecko. Poświęci mu swoje życie i będzie dorastał w kochającej rodzinie, kierującej się dobrymi zasadami.
Zignorowała ukłucie żalu i smutku, które przeszyło jej serce na myśl o porzuconych marzeniach.
Rozdział 3
Trzy dni później...
Zapach mokrego błota, gnijących ryb i kwaśnego rozkładu mieszał się z rześkim wieczornym powietrzem przy wejściu do Elizjum. Constantine pogładził dłonią szyję konia andaluzyjskiego. Jedwabista biała sierść Ikara niemal lśniła na tle ciemności nocy w Whitechapel; światło pochodni ulicznych rzucało na konia ciepłą, żółtą poświatę. Ogier zamrugał dużymi, wyrazistymi oczami, a jego chrapy delikatnie się rozszerzyły.
- Olśniewający okaz.
Książę Enveigh zerknął na Ikara spod jasnobrązowej grzywki. Srebrne, zdobione wężowym motywem guziki jego zielonego płaszcza migotały w świetle.
- Nic dziwnego, że Jego Królewska Mość cię nienawidzi za to, że go przelicytowałeś. Ja też bym cię trochę znienawidził. Ale czy to rozsądne przyjeżdżać tak cennym koniem do Whitechapel?
Constantine spojrzał na imponujący trzypiętrowy budynek.
- Stajnie pana Blackmore'a są strzeżone niczym twierdza. Nie ma powodów do obaw.
Tętniący życiem za dnia targ przy ulicy Petticoat teraz świecił pustkami. Okna jarzyły się ciepłym blaskiem świec. Nad wejściem sześć ostrokątnych trójkątów ułożonych w półkole tworzyło symbol promieni słonecznych. W mitologii greckiej Elizjum, Pola Elizejskie, stanowiło wieczny raj dla bohaterów i osób cnotliwych. Tutejsze Elizjum oferowało swoim członkom inny rodzaj utopii; miejsce, w którym mogli oddawać się swoim żądzom bez osądu i konsekwencji. Nie było w tym nic cnotliwego.
Nazajutrz Constantine miał wrócić do swojej wiejskiej posiadłości. Strach przed szantażem i sytuacja sprzed trzech dni przypomniały mu, że już najwyższy czas się ożenić. Postanowił, że przed końcem następnego sezonu znajdzie żonę o nieskazitelnej reputacji. Nie miało to nic wspólnego z miłością, gdyż ta była tylko igraszką przy jego ambicjach. Właściwe koneksje i odpowiednie pochodzenie żony zapewniłyby mu jeszcze wyższą pozycję.
Ale wszystko w odpowiednim czasie.
W tej chwili potrzebował swojej kochanki Afrodyty, aby pomogła mu wyrzucić z głowy pannę Fairchild i małego Augustusa.
- To nie jedyny powód, dla którego Jego Królewska Mość żywi do ciebie urazę.
Eccess pociągnął długi łyk ze swojej srebrnej piersiówki. Jego potężna sylwetka niemal zasłoniła wejście do budynku, a rdzawy płaszcz był przyciasny w ramionach. Pomimo zawsze niedbałego wyglądu miał głowę na karku, a jego wzrok pozostawał bystry i przenikliwy.
Enveigh zmrużył oczy.
- Na pewno wiesz, o co chodzi. Jesteś najdroższym przyjacielem księcia regenta.
- Jeśli mam być szczery, nie nazwałbym się jego przyjacielem. - Eccess przechylił głowę, napinając mięśnie szyi. - Można powiedzieć, że lubimy podobne przyjemności. Bez wątpienia jedzenie i trunki. Co do jego uczuć do ciebie, Constantine, śmiem twierdzić, że nie mają one aż tak wiele wspólnego z koniem, a znacznie więcej z twoją cholerną dumą.
- Ach - zaśmiał się Enveigh. - Słynny incydent w Izbie Lordów.
Constantine zacisnął zęby. Regent słynął z rozrzutności, która wpędziła go w długi. Jego Królewska Mość zwrócił się do Parlamentu o zgodę na rozszerzenie listy uposażeń, aby w ten sposób pokryć deficyt. Chociaż Constantine, jako książę, nie miał prawa głosu w Izbie Gmin, gdzie miała zapaść decyzja, jego ostry sprzeciw w Izbie Lordów wywołał falę oburzenia w Parlamencie. Dzięki zaufanym sojusznikom w Izbie Gmin i umiejętnie nagłośnionym publicznym oświadczeniom udało mu się wpłynąć na członków izby. Dlatego teraz regent, jeden z najpotężniejszych ludzi w Anglii, żywił do niego urazę. Jedno jego słowo mogło zniszczyć wszystko, o co Constantine z tak wielkim trudem zabiegał.
Przyjaciele rozumieli go jak nikt inny. W ich towarzystwie nie musiał dbać o swój nienaganny wizerunek. Od dzieciństwa wpajano mu, że musi być doskonały. We wczesnej młodości bardzo często czuł się samotny i miał niskie poczucie własnej wartości. Rodzice ograniczali jego kontakty tylko do nauczyciela i samych siebie, aby zapewnić mu idealną edukację.
Rath, Luhst, Eccess, Enveigh, Irrevrence, Fortyne. Siedmiu Książąt Grzechu, których nazwiska brzmiały jak przewiny: Rath - gniew, Luhst - rozpusta, Pryde - pycha, Enveigh - zazdrość, Irreverence - próżniactwo, Eccess - przesyt oraz Fortyne - chciwość.
I on sam. Pryde.
Przyjaciele, których nie miał w dzieciństwie. Znali jego największe wady i akceptowali jego sekrety, chroniąc je jak własne. On także nie ujawniał ich tajemnic.
Gdyby zaszła taka potrzeba, oddałby życie za każdego z nich.
Drzwi Elizjum się otworzyły, a w progu stanął Thorne Blackmore, właściciel klubu. Dwóch mężczyzn, którzy pilnowali wejścia, skinęło mu z szacunkiem głowami.
Blackmore był wysokim mężczyzną z czarnymi włosami i ciemnymi oczami. Przystojny, o wyrazistych, ostrych rysach twarzy, ubierał się jak książę i miał maniery prawdziwego dżentelmena. Nie należało się jednak sugerować jego pozornym spokojem; w Londynie wiedziano, że bywa szybki i niebezpieczny.
Książęta skinęli mu głowami na powitanie.
- Panie Blackmore.
- Witamy, Wasze Książęce Moście - powiedział Blackmore. - Klub jak zawsze stoi przed wami otworem. - Jego wzrok padł na andaluza. - Czy to ten ogier, o którym Jego Królewska Mość nie przestaje mówić?
Constantine pogłaskał Ikara po muskularnym boku.
- Tak jest.
- Zaprowadzimy konie do stajni.
Blackmore skinął na swojego stajennego i dwóch kolejnych, którzy wyłonili się zza rogu budynku. Gdy trzej stajenni odprowadzili konie, Blackmore wskazał gestem otwarte drzwi, zza których sączyło się delikatne złote światło. Do ich nozdrzy dotarły zapachy wanilii i wina, a do uszu dźwięki kameralnego utworu Haydna.
- Proszę. Czeka was noc pełna przyjemności.
Mężczyźni weszli do dużego pomieszczenia z drewnianymi panelami ściennymi w eleganckim turkusowym kolorze. Na balkonie grała orkiestra. Za szkłem stało drzewo marula, którego jedwabiste liście odbijały światło kryształowych żyrandoli. Wokół pnia owinął się pyton. Piętnaście kobiet o najróżniejszych kształtach i typach urody, ubranych w zwiewne jedwabie, czekało przy okrągłych stołach. W klatce pod ścianą przechadzała się pantera. Wzdłuż ścian ciągnęły się alkowy ukryte za ciemnymi aksamitnymi zasłonami. Z miedzianych tac, trzymanych przez lokajów, unosiła się woń pieczonego mięsa, przysmaków i wina.
Wzrok Constantine'a padł na Afrodytę, która stała ubrana w suknię w kolorze indygo; jego kolorze. Była piękną kobietą o ciemnych, jedwabistych włosach i głębokim spojrzeniu. Tego wieczoru jednak po raz pierwszy w życiu zapragnął innej kochanki. Najchętniej rudowłosej o zielonych oczach.
- Zostańcie obaj w mojej posiadłości na sezon polowań - zasugerował Eccessowi i Enveighowi, gdy każdy z nich wziął kieliszek wina z tacy lokaja. - A jeśli już mowa o polowaniu, nie mam na myśli tylko polowania na lisy.
- To znaczy? - zapytał Eccess.
Constantine upił łyk.
- Czas znaleźć sobie żonę. Chciałbym w najbliższych miesiącach odwiedzić okoliczne rodziny, żeby nawiązać znajomości. Spodziewam się, że to ułatwi mi wybór kandydatki i rozpoczęcie starań o jej rękę w nadchodzącym sezonie londyńskim.
- Straciliśmy już Ratha i Luhsta - oznajmił Enveigh. - A teraz ty?
- W tym tygodniu zacznę sporządzać listę kandydatek. Pomożesz mi, Archibaldzie?
Enveigh zadrżał.
- Wybacz, ale Octavius znacznie lepiej orientuje się w tegorocznych debiutantkach.
Eccess zaśmiał się cicho.
- Rzeczywiście. Samo patrzenie to niedoceniana przyjemność.
Constantine zachichotał.
- Świetnie. Potem omówimy moje możliwości, a ty będziesz mi towarzyszył podczas wizyt. Mam nadzieję, że to mój ostatni raz w Elizjum. A teraz wybaczcie, czekają na mnie gdzie indziej.
Zanim jednak zdążył ruszyć w stronę Afrodyty, stanął przed nim lokaj z listem na tacy.
- Wasza Książęca Mość, to do pana. Właśnie go dostarczono.
Constantine zamrugał. Kto oprócz jego służby i książąt z bractwa wiedział, że tu przebywa? Wziął list i otworzył go z dziwnym uczuciem niepokoju.
Londyn, 27 września 1814 r.
Do Jego Miłości księcia Pryde
Wasza Książęca Mość,
posiadam list Pańskiej nieżyjącej matki. Ten, który dowodzi, że nie jest Pan synem zmarłego księcia Pryde, a raczej owocem romansu matki ze zwykłym plebanem.
Constantine przerwał czytanie, z trudem łapiąc oddech. Ktoś wszedł w posiadanie listu napisanego przez jego matkę. Matka Ophelii ukradła go kiedyś jako zabezpieczenie, gdy zdała sobie sprawę, że nosi pod sercem dziecko księcia. Jego ojciec starał się go odnaleźć od lat.
Zaciskając dłonie, by powstrzymać ich drżenie, czytał dalej.
Przede wszystkim wiem jednak, że niecały tydzień temu urodził się prawowity dziedzic tytułu książęcego. Ma na imię Augustus i jest synem pani Ophelii Lester, nieślubnej córki zmarłego księcia Pryde.
Zgodnie z testamentem Pańskiego ojca jeśli ta informacja ujrzy światło dzienne, straci Pan wszystko - tytuł, ziemie i dobre imię. Jeżeli jednak dostarczy Pan 1000 funtów w banknotach do tawerny Przy Porcie i umieści je pod trzecim stołem po lewej stronie w ciągu pięciu dni, istnienie listu pozostanie naszą tajemnicą.
Jeśli nie spełni Pan mojej prośby, przekażę go Jego Królewskiej Mości i redakcjom wszystkich gazet towarzyskich.
Najpokorniejszy i najposłuszniejszy sługa księcia
Anonim
Świat Constantine'a zachwiał się w posadach. Mężczyzna wpatrywał się w staranne, wyrobione pismo, jakby nie do końca pojmował jego treść.
Ziścił się jego najgorszy koszmar.
Ta korespondencja różniła się od wiadomości od panny Fairchild. Ten list był rzeczowy, zwięzły. Bez zbędnych słów.
Octavius zerknął przyjacielowi przez ramię.
- Co to jest?
- Mój koniec - mruknął Constantine, po czym przyjaciel wyrwał mu papier z ręki.
- Co się dzieje? - chciał wiedzieć Enveigh.
- Kolejny list z szantażem - mruknął Eccess, przebiegając wzrokiem kolejne linijki.
- Kolejny? - spytał Enveigh z powagą w głosie.
Najpierw Luciena szantażowano z powodu córki, o której istnieniu nie wiedział. Potem pojawiła się panna Fairchild z Augustusem. A teraz to.
Constantine miał mętlik w głowie. Zrobiło mu się niedobrze.
- Niech to diabli... To na pewno panna Fairchild.
- Nie, to nie rudowłosa - odpowiedział Octavius. - Ona uwierzyła, że Augustus jest twoim dzieckiem, i myśli, że Ophelia była twoją kochanką. - Uniósł list. - Ten anonim wie, że Ophelia jest nieślubną córką twojego ojca i że urodziła Augustusa.
Krew zastygła Constantine'owi w żyłach, gdy przypomniały mu się słowa panny Fairchild. "Przed śmiercią powierzyła mi opiekę nad chłopcem".
- O Boże - mruknął, gdy uderzyła go okropna myśl. - Ophelia nie żyje... przeze mnie.
Obaj przyjaciele spojrzeli na niego surowo.
- Nie przez ciebie - rzucił Enveigh. - Co masz wspólnego z jej śmiercią?
Constantine przypomniał sobie zmęczoną ciężarną kobietę z takimi samymi niebieskimi oczami i blond włosami jak jego ojca. Podobnie jak on miała też wydatne kości policzkowe i prosty rzymski nos, przekazywany w rodzinie Buccleighów z pokolenia na pokolenie.
Wszystko to, czego jemu brakowało.
Ophelia miała na sobie dobre ubranie, ale zdążyło się ono pobrudzić, a jej włosy były w nieładzie. Najwyraźniej od dawna nie miała okazji korzystać z pomocy służącej.
- Przyszła do mnie niedawno. Chciałem jej pomóc. Powinienem był. Dałbym jej dom, służbę, miesięczną pensję. Ale najpierw chciałem zadbać o swoje bezpieczeństwo. W zamian za pomoc zażądałem listu, który ukradła jej matka.
Listu, którym anonim go teraz szantażował.
Co z nim było nie tak? Czy jego pycha naprawdę liczyła się bardziej niż ludzkie życie? Nie był potworem. Powinien być dżentelmenem.
Enveigh odchrząknął.
- Nie chcę sypać soli na twoje rany, ale rozsądnie byłoby mieć ją blisko. Wtedy miałbyś ją i dziecko pod kontrolą.
Constantine zwiesił głowę.
- I wciąż by żyła.
Octavius westchnął, a w jego oczach pojawił się smutek.
- Nie wiesz tego. Niestety wiele kobiet umiera przy porodzie, bez względu na to, czy są bogate, czy biedne.
- Ale teraz to panna Fairchild ma dziecko - powiedział Enveigh - a ty zupełnie straciłeś wpływ na sytuację.
- Zgadza się. Wszystkie tytuły książęce są, ściśle rzecz biorąc, darami Korony. Jestem pewien, że Jego Królewska Mość niczego nie pragnąłby bardziej, niż postąpić zgodnie z testamentem mojego ojca, pozbawić mnie wszystkiego i mianować Augustusa kolejnym księciem. Wszystko po to, żeby zrobić mi na złość.
- A siebie mianować opiekunem chłopca do czasu osiągnięcia przez niego pełnoletności - dodał ponuro Eccess. - Całkowita kontrola nad majątkiem i wpływami Pryde'ów.
- To prawda. Muszę wziąć Augustusa pod swoją opiekę, żeby nie stał się bronią, którą można by wykorzystać przeciwko mnie.
Na samą myśl o hańbie, ciężarze plotek i zadowolonym uśmieszku księcia regenta zaczęła go swędzieć skóra, a na czoło wystąpił pot.
- Panna Fairchild... - zaczął. - Musi być w to w jakiś sposób zamieszana.
- Sprawiała wrażenie uczciwej osoby - odparł nieprzekonany Eccess. - To córka pastora.
Myśli Constantine'a pędziły tak szybko, że ledwie za nimi nadążał.
- Znała Ophelię. Ma dziecko... Dziecko, które zagraża wszystkiemu, czym jestem.
Przeczesał palcami włosy.
- Blackmore - krzyknął. - Konia! Natychmiast! Wychodzę.
Blackmore zmarszczył brwi i podszedł bliżej.
- Oczywiście, jak sobie książę życzy. Wszystko w porządku?
- Konia - wycedził Constantine przez zaciśnięte zęby. - Już!
W oczach mężczyzny pojawił się niebezpieczny błysk. Blackmore zdecydowanie nie lubił, gdy nim pomiatano. Ponieważ jednak był lepszym człowiekiem niż Constantine, zignorował obelgę i skinął głową.
- Natychmiast, Wasza Książęca Mość.
- Co ty wyprawiasz? - zapytał Octavius, gdy Blackmore szybkim krokiem podszedł do jednego z lokajów. - Zaczekaj, zastanów się. Nie możesz jej ponownie oskarżyć.
Ma rację. Ta myśl przemknęła mu przez umysł, ale szybko ją porzucił. Wiedział tylko, że dziecko stanowi zagrożenie.
Postanowił się dowiedzieć, czy panna Fairchild jest szantażystką, i natychmiast przejąć opiekę nad dzieckiem.
- To nie może być przypadek, że otrzymałem ten list zaraz po tym, jak zaprzeczyłem słowom panny Fairchild. Nie dostała ode mnie tego, czego chciała, więc teraz ona lub jej wspólnicy twierdzą, że mają list mojej matki. To musi być część jej planu!
Eccess zmrużył oczy.
- Czy to w ogóle ten sam charakter pisma?
- Nie obchodzi mnie to. - Ruszył w stronę drzwi. - Trzeba się zająć panną Fairchild. I to szybko.
Rozdział 4
Pół godziny później Constantine zatrzymał Ikara przed plebanią w Shepherdsbrook. Skromny ceglany dom stał w cieniu Kościoła Wszystkich Świętych, a w jednym z okien migotało światło pojedynczej świecy. Eccess, który uparł się, że przyjedzie razem z Pryde'em, zatrzymał konia i powiedział:
- Przemyśl to. Bądź rozsądny.
Ale Constantine wzruszył ramionami. Był rozsądny. Miał rację, jak zawsze. I nie zamierzał pozwolić, by ktokolwiek zajął jego miejsce. Strach i furia walczyły w nim ze sobą jak dwa wilki, a klatka, w której z trudem je utrzymywał, ustępowała pod ich naporem. Wiedział, że musi zażegnać niebezpieczeństwo i że nawet jeden z jego najbliższych przyjaciół nie może stanąć mu na drodze.
- Zostań na zewnątrz, jeśli chcesz - powiedział, tłumiąc wszelkie emocje, by zachować spokój.
Constantine zsiadł z konia i ruszył w stronę prostych drzwi, wiszących luźno na zawiasach. Po odgłosie ciężkich kroków poznał, że Octavius idzie za nim. Zapukał, a Eccess zatrzymał się po jego prawej stronie.
Nie patrząc na przyjaciela, Constantine powiedział:
- Jeśli zdecydujesz się zostać, nie chcę słyszeć ani słowa o rozwadze. Jestem rozważny.
- Oczywiście, że jesteś - odparł cicho Octavius. - Walenie w drzwi młodej kobiety nocą, żeby na nią nakrzyczeć, to kwintesencja rozsądku.
Za drzwiami rozległo się szuranie. Otworzyła im panna Fairchild, stojąca teraz w półmroku wąskiego korytarza. Jej ciemne, jadeitowe oczy patrzyły na nich spod podkręconych rzęs.
Constantine pomyślał, że nie powinien zwracać uwagi na jej rzęsy.
- Książę? - Mrugnęła ze zdziwieniem. I pan... - dodała, patrząc na Octaviusa.
- Panno Fairchild. - Constantine skłonił się energicznie.
Octavius zrobił to samo.
Zawahała się, po czym lekko dygnęła.
Miała na sobie prostą, ciemnozieloną wełnianą sukienkę i biały fartuch. Włosy upięła z tyłu głowy w ciasny kok, z którego wymykało się kilka loków opadających na twarz. Czuł, że nie powinien patrzeć na jej włosy, twarz ani sukienkę.
Wydawała się taka niewinna, taka czysta... Czy córka pastora rzeczywiście okaże się szantażystką? Dziwne ukłucie w piersi nie pomogło mu odzyskać pewności siebie.
Poczuł też niepokój, dlatego zamiast posłuchać głosu rozsądku, zapytał:
- Dlaczego otwiera pani drzwi sama o tej porze?
Zabrzmiało to obcesowo. Zmarszczyła brwi.
- Proszę mi wybaczyć, ale nie mamy kamerdynera, jak bogaci lordowie z Mayfair.
Odchrząknął. Riposta była celna, a on spojrzał na Eccessa, którego mina mówiła: "Ma rację".
Przyszło mu do głowy, że nie powinien troszczyć się o dobro kobiety, która prawdopodobnie go szantażuje.
- Czy pani ojca nie ma w domu?
- Nie. Jest z parafianką na ostatnim namaszczeniu.
- Dobrze. Tym lepiej. Przejdę od razu do rzeczy. Nie dam się szantażować, panno Fairchild.
Przez chwilę patrzyła w osłupieniu to na niego, to na Octaviusa.
- Chyba nie mówi pan poważnie.
Eccess nachylił się nieco ku niej.
- Proszę wybaczyć, że się wtrącam, ale czy nie byłoby lepiej porozmawiać o tak delikatnych sprawach w środku? Jeśli to nie problem.
W głębi domu rozległ się płacz dziecka, a panna Fairchild zerknęła przez ramię na ciemny korytarz.
- Macie tupet. - Rzuciła mu gniewne spojrzenie. - Przychodzić do mojego domu, oskarżać mnie o szantaż... a po tym wszystkim jeszcze oczekiwać zaproszenia?
- Żeby było jasne - Octavius przycisnął dużą dłoń do swojej wielkiej piersi - ja pani o nic nie oskarżam.
Płacz dziecka stawał się coraz głośniejszy.
- Panno Fairchild! - krzyknął kobiecy głos. - Proszę przynieść trochę materiału na pieluchy dla maluszka, dobrze?
Usta panny Fairchild wykrzywił grymas tłumionego gniewu.
- Dobrze. Proszę.
Odwróciła się, przeszła kilka kroków, po czym otworzyła szufladę i wyjęła czystą muślinową tkaninę.
- Postaraj się myśleć trzeźwo, Pryde - mruknął Eccess. - Nie masz żadnego dowodu, że to ona cię szantażuje.
Usta Constantine'a drgnęły.
- Nie mam też żadnego dowodu, że tego nie robi.
Podążył korytarzem za jej szczupłą sylwetką.
- Wiem, co robię - powiedział cicho, gdy przechodzili między pobielonymi ścianami, na których wisiały małe święte obrazki. - Nawet jeśli nie wysłała dziś listu, znała Ophelię. A przede wszystkim ma Augustusa.
Panna Fairchild zaprowadziła ich do skromnego salonu, który pełnił również funkcję jadalni. Pomieszczenie to nie było większe niż garderoba Constantine'a w posiadłości Pryde'a. Nad kominkiem wisiał rzeźbiony krucyfiks, a ściany zdobiły ryciny o tematyce religijnej oraz pełne książek regały. Wytarta sofa i dwa fotele stały dokoła drewnianej kołyski, w której leżał Augustus, machając podczas płaczu drobnymi rączkami i nóżkami. Kobieta ubrana jeszcze skromniej niż panna Fairchild pochylała się nad jego łóżeczkiem, przemawiając do niego łagodnie.
Panna Fairchild podała kobiecie tkaninę. Tamta szybko przewinęła dziecko, a następnie ciasno je owinęła. Panna Fairchild wzięła chłopca, aby go ukołysać i uspokoić. W blasku świecy jej oczy wydawały się ciemnozielone i płonęły gniewem. Na policzkach rozlał się dodający jej uroku rumieniec.
- To pani Walcott - powiedziała panna Fairchild. - Mamka Augustusa. Wszystko, co ma pan do powiedzenia, proszę powiedzieć przy niej. Nie mam nic do ukrycia.
Opiekunka dygnęła.
Wzrok księcia Pryde powędrował ku małemu muślinowemu zawiniątku, ku łysej głowie pod koronkowym czepkiem, ku maleńkim uszom. Ścisnęło go w żołądku.
To dziecko było prawowitym dziedzicem jego ojca.
Wściekał się na swoją bezradność. Odkąd w wieku dziesięciu lat poznał prawdę o swoim pochodzeniu, próbował zmazać skazę nieprawego pochodzenia nienagannym zachowaniem; zupełnie jakby bycie najbardziej honorowym księciem Anglii mogło w jakiś sposób zatrzeć fakt bycia bękartem.
To dziecko natomiast nie musiało się starać. Miało prawo do wszystkiego, co posiadał Pryde, po prostu dlatego, że istniało.
Tak czy inaczej, Augustus pozostawał członkiem jego rodziny i w niej powinien dorastać. Mimo że Constantine dwukrotnie go odrzucił - raz, gdy Ophelia zwróciła się do niego o pomoc, i drugi raz trzy dni temu - czuł, że musi zaakceptować to dziecko. Dzięki temu, niezależnie od tego, czy panna Fairchild jest szantażystką, czy nie, zapobiegnie wykorzystaniu chłopca przeciwko niemu.
- Czy w księdze parafialnej znajduje się wpis o narodzinach dziecka? - zapytał.
- Oczywiście - odpowiedziała panna Fairchild. - Augustus urodził się w tym domu, a mój ojciec zrobił wszystko jak należy.
- Pod jakim nazwiskiem został zapisany?
- Papa i ja byliśmy zmuszeni nadać mu nazwisko Lester, zanim ustaliliśmy, gdzie się Wasza Książęca Mość znajduje. Jego matką jest pani Ophelia Lester. Nazywa się Augustus Lester, syn pana Johna Lestera, zmarłego męża Ophelii. Ale zanim umarła, powiedziała, że jest pański.
Nie mógł sobie wyobrazić, jakich słów użyła umierająca kobieta, że panna Fairchild uwierzyła, że Augustus jest jego synem. Tak czy inaczej, Ophelia chciała, aby zajął się dzieckiem. A on, jak się właśnie okazało, pragnął tego samego.
W końcu zrozumiał swój błąd. Pewnie potrzebował czasu, by zacząć trzeźwo myśleć. Może stało się to dzięki ponownemu spotkaniu z panną Fairchild.
Gdyby to ona go szantażowała, chciałaby zatrzymać Augustusa przy sobie. Bo ktokolwiek sprawował opiekę nad dzieckiem, sprawował również kontrolę nad tytułem i majątkiem.
Zacisnął zęby. Mógł się mylić co do jej intencji. Jej list brzmiał groźniej, niż powinien, ale być może to jego własny strach skłonił go do wyciągnięcia pochopnych wniosków. Podpisała się jako "osoba życzliwa", podczas gdy dzisiejszy list podpisano "anonim".
Myśl, że nie jest tak podła, by wykorzystać dziecko w celu szantażowania go, sprawiła mu niemal fizyczną ulgę.
Tylko jak mógłby się upewnić, czy nie wie nic o jego prawdziwym pochodzeniu, nie zdradzając zbyt wiele?
- Jak poznała pani Ophelię? - zapytał.
- Przebywała u nas przez dwa miesiące. Stałyśmy się zaufanymi przyjaciółkami.
Jak bardzo zaufanymi?
- Czy powiedziała pani coś... o swoim ojcu?
- Niewiele. Dlaczego pan pyta?
- I o ważnym liście, który miała jej matka? - kontynuował, ignorując jej pytanie.
Panna Fairchild pokręciła głową, marszcząc brwi.
- Nie przypominam sobie. Jakim liście?
Nie mógł powiedzieć nic więcej. Albo była mistrzynią oszustwa, albo naprawdę nic nie wiedziała. Zadając kolejne pytania, mógłby wyjawić więcej za dużo. Chociaż jej oczy płonęły furią, nie zdradzały ani poczucia winy, ani złych intencji.
Był już niemal pewien, że dziewczyna nie ma nic wspólnego z szantażem. Bez względu jednak na okoliczności jego główną troską było teraz przejęcie opieki nad Augustusem.
Odchrząknął.
- Dobrze, panno Fairchild. Chciała pani, żebym zabrał niemowlę. Uczynię to. Może mi je pani po prostu oddać.
Na twarzy panny Fairchild wściekłość ustąpiła miejsca zdumieniu.
- Słucham?
- Zabiorę Augustusa. Czy nie tego żądała pani ode mnie nie dalej niż trzy dni temu?
- Ja... No... Tak, ale...
- Ale co?
Przytuliła dziecko mocniej do piersi.
- Proszę mi wybaczyć, ale nie znam pana.
- To nie powinno mieć znaczenia.
- To jedyne, co się liczy. Wiem, że Ophelia przyszła do pana, biedna, bezdomna i samotna, żeby poprosić o pomoc, i spotkała się z odmową, musiała wrócić na ulicę. A teraz odeszła na zawsze, biedny Augustus został bez matki. Miałam nadzieję, że okaże się pan człowiekiem honoru, odpokutuje swoje grzechy. A jednak odrzucił pan bezbronnego noworodka, oskarżył mnie o kłamstwo i szantaż. Być może ma pan potężne wpływy, ale to ja ponoszę odpowiedzialność za Augustusa, gdyż powierzyła mi go jego matka. I wątpię, że zapewni mu pan odpowiednią opiekę.
Jakże szczegółowa lista jego przewinień. Poczucie winy i strach ściskały go w żołądku, gdy panna Fairchild patrzyła na niego z niesmakiem. Miała rację, potępiając go. Odpowiadał za śmierć Ophelii. Musi przynajmniej postąpić właściwie wobec jej dziecka.
- Nigdy nie powinienem był odrzucić pani prośby - powiedział. - Uświadomiłem sobie, że chcę go przyjąć i wychować.
Pokręciła głową.
- Proszę mi wybaczyć, ale nie wierzę w tak nagłą zmianę zdania. Czemu nie przyzna pan, że to z powodu potencjalnego skandalu? Czy nie tego się pan obawia?
Poczuł napięcie w barkach. Zgadza się, skandal. Afera przyciągnie uwagę. Ludzie będą zadawać niewygodne pytania.
- Muszę chronić swoją reputację, jak wszyscy inni. Prawda, panno Fairchild?
- Dla mnie reputacja również jest ważna. Ale nigdy nie będzie dla mnie ważniejsza niż dobro dziecka.
Tak jak w jego przypadku.
Pomyślał, że dziewczyna szczerze go nienawidzi, uważa za nikczemnego. A jednak zawsze tak bardzo starał się być człowiekiem honoru, zawsze starał się postępować właściwie.
Klatka piersiowa panny Fairchild gwałtownie unosiła się i opadała.
- Zdrowie i szczęście Augustusa są dla mnie najważniejsze. Nie pozwolę nikomu go zabrać, zwłaszcza komuś, komu nie ufam.
Poczuł ucisk w żołądku. Zasłużył na to. Gdyby nie odprawił jej tak szybko w kościele, gdyby nie postawił dumy na pierwszym miejscu, mógłby się dowiedzieć, co się stało i czyim synem jest Augustus. I chłopiec byłby pod jego opieką.
A teraz... teraz może stracić wszystko. A każdy łajdak, zwłaszcza szantażysta, będzie mógł dopaść spadkobiercę jego ojca i wtedy...
Było jeszcze jedno rozwiązanie, które pomogłoby mu ocalić swoją pozycję i zachować tytuł.
Jeśli panna Fairchild nie zrzeknie się Augustusa... to trzeba ich uznać za nierozerwalną całość.
- Panno Fairchild, jeśli nie zgodzi się pani oddać mi dziecka, nie pozostanie mi nic innego, jak tylko poprosić panią o rękę.
Zmarszczyła brwi i zamrugała kilka razy, a jej twarz złagodniała.
Eccess stanął pomiędzy przyjacielem a panną Fairchild.
- Zwariowałeś, Constantine? - Zniżył głos. - To ja jestem pijany, a jednak z nas dwóch to ty zachowujesz się lekkomyślnie.
Pryde wyminął go i znów stanął niemal oko w oko z panną Fairchild. Rysy jej twarzy wydawały się jeszcze łagodniejsze w migoczącym świetle świec. Była na tyle wysoka, by móc spojrzeć mu prosto w oczy, zamiast patrzeć na niego z dołu, jak większość kobiet. Widok ten wzbudził w nim dziwny żar. Kiedy wyobraził sobie ją jako swoją żonę, ogień w jego żyłach rozgorzał z nową siłą
Postanowił zignorować to uczucie. Nie mógł sobie pozwolić na rozproszenie uwagi. Jego cel był zbyt ważny.
Z powodu strachu niewłaściwie dobierał słowa, a ta część jego osobowości, która oczarowywała kobiety, zeszła na drugi plan.
Zamiast tego stał się brutalem, chroniącym się przed potencjalnym zagrożeniem.
- Zdaję sobie sprawę, że żeniąc się z córką pastora, dokonam wyboru niewłaściwego dla mojej pozycji, ale jeśli to jedyny sposób, by przyjąć Augustusa do mojej rodziny, muszę to zrobić.
Ironia losu polegała na tym, że sam był dzieckiem duchownego. Ta myśl jeszcze bardziej go zirytowała.
- Constantine! - krzyknął Eccess. - Zastanów się, co mówisz!
Było już za późno. Złożył ofertę i ogromnie uraził pannę Fairchild. Dostrzegł ból i upokorzenie w jej oczach, dlatego natychmiast pożałował swoich słów. Ale teraz istniała tylko jedna droga.
- Chciałbym ofiarować Augustusowi dom i opiekę - powiedział. - Dlatego chciałbym, żeby została pani moją żoną.
- Bez względu na to, jak kiepską partią jestem dla księcia? - zapytała, a jej głos drżał z wściekłości.
Wybór był prosty: poślubi kogoś o niższym statusie albo zaryzykuje utratę wszystkiego. Jeśli panna Fairchild zostałaby jego żoną, mógłby spłodzić dziedzica, umacniając swoją pozycję. Nawet gdyby prawda o jego pochodzeniu wyszła na jaw, regent byłby mniej skłonny przerwać ciągłość rodu o tak długiej tradycji.
Poza tym dziedzic pozwoliłby mu kupić trochę czasu; wszelkie postępowania sądowe trwałyby dłużej, ponieważ sądy musiałyby wziąć pod uwagę również przyszłość dziecka.
Panna Fairchild zmrużyła oczy.
- Kolejna zmiana zdania, Wasza Książęca Mość? Jaki człowiek tak zaciekle broni swojej reputacji, że jest gotów poślubić domniemaną szantażystkę?
Eccess podszedł bliżej. Wyglądał na zupełnie trzeźwego.
- Constantine, na pewno istnieje jakiś sposób. Małżeństwo jest na całe życie. Nie znasz tej kobiety. A co z listą kandydatek, wizytami u rodzin, zabieganiem o odpowiednie debiutantki? Twój pochopny ślub z kobietą z dzieckiem będzie ogromnym skandalem.
Constantine gwałtownie wciągnął powietrze, gorączkowo rozważając wszystkie za i przeciw. Dopóki kwestia szantażu nie zostanie rozwiązana, choćby cień skandalu będzie szczególnie niebezpieczny.
- Masz rację, Octaviusie. Ogłoszę, że Augustus jest dzieckiem zmarłego kuzyna lub przyjaciela rodziny. Chłopiec zostanie wychowany jako mój podopieczny. Panna Fairchild jest tymczasową opiekunką dziecka, wyznaczoną przez zmarłych rodziców. Swoje pochopne małżeństwo wytłumaczymy...
Jakie wytłumaczenie zdołałoby uratować jego reputację? Ludzie nie mogli pomyśleć, że poślubia pannę Fairchild, bo spłodził z nią dziecko. Nie chciał stracić szacunku innych. A choć status dziewczyny był dużo niższy, z pewnością pochodziła z porządnej rodziny. Jej ojciec miał opinię dobrego pastora, który bardzo stanowczo sprzeciwia się grzechowi.
- To będzie musiała być miłość. Wyznam pani swoje nagłe i szczere uczucie, panno Fairchild. Będziemy musieli zachowywać się tak, jakbyśmy byli w sobie bez pamięci zakochani. Obawiam się, że konieczne będą pewne poświęcenia.
Panna Fairchild otworzyła oczy tak szeroko, że wystraszył się, że każe mu odejść i nigdy więcej tu nie wracać.
- Nie wiem, jak można nazywać pana dżentelmenem, Wasza Miłość. Nie wyobrażam sobie bardziej obraźliwej propozycji.
Jej policzki płonęły, a w ciemnych oczach malowała się wściekłość.
Constantine wpatrywał się w młodą kobietę, czekając na odpowiedź. Nie poznawał samego siebie. On, którego w towarzystwie uznawano za człowieka o nieskazitelnym honorze, dziedzica jednego z najstarszych i najbardziej szanowanych angielskich rodów, zachowywał się jak głupiec.
Augustus pisnął, a panna Fairchild spojrzała na niego z czułością. Jej oczy napełniły się łzami, gdy delikatnie kołysała dziecko w ramionach, a ono ucichło.
- Z całego serca pragnę odmówić - syknęła.
Ktoś o jej pozycji odrzuca oświadczyny księcia? Bogactwo, bezpieczeństwo, status i podziw? Jej dzieci byłyby szlachetnie urodzone. Ona byłaby księżną. Kto wzgardziłby taką propozycją? Jej odmowa ubodła go bardziej, niż mógłby sobie wyobrazić. Miała jednak rację. Nie zachował się jak książę, jak mężczyzna, którego ktokolwiek chciałby poślubić.
Wzięła głęboki wdech i wypuściła powietrze.
- Ale obiecałam Ophelii, że zajmę się tym dzieckiem, i dotrzymam słowa. Wiem, że wychowywanie się u bogatego i wpływowego ojca będzie dla niego lepsze niż pozostanie tutaj. Będzie miał najlepszych nauczycieli, wykształcenie w Oksfordzie, znajomości w towarzystwie i możliwości, których ja nigdy nie będę w stanie mu zapewnić. Ale nie mogę po prostu oddać go komuś, komu naprawdę nie leży na sercu jego dobro. Dlatego bez względu na to, jak wielką niechęć czuję do pana i pańskich oświadczyn... nie zaznam spokoju, jeśli nie zrobię tego, co najlepsze dla Augustusa.
Zaszlochała i westchnęła.
- Więc... tak. Wyjdę za pana. Ale chciałabym, żeby wiedział pan jedno. Robię to tylko dla Augustusa. Publicznie będę odgrywać rolę kochającej żony, ale w rzeczywistości nigdy nie zdobędzie pan mojego serca ani szacunku.
Rozdział 5
Następnego dnia...
Modesty była zła na siebie, że wręcz zaparło jej dech w piersiach, gdy patrzyła na zbliżającego się Pryde'a. Jego biały ogier z tętentem minął zniszczony mur kościoła, rozrzucając kopytami opadłe liście, a następnie ruszył krętą, żwirową ścieżką w stronę plebanii. Książę siedział wyprostowany, w dłoniach pewnie trzymał wodze, a potężne mięśnie jego długich nóg napinały się pod spodniami, z łatwością panując nad zwierzęciem. Wiatr mierzwił brązowe włosy mężczyzny, łagodząc surowe rysy twarzy. Policzki zarumieniły się od porannego chłodu, a jego ciemne oczy lśniły, gdy na nią patrzył. Na tle grafitowego nieba i jesiennych barw w swoim indygo płaszczu do jazdy konnej robił niezwykłe wrażenie.
Miała ochotę potargać te idealne włosy, pociągnąć za jego perfekcyjny halsztuk, pognieść ten nieskazitelny płaszcz; zrobić cokolwiek, byleby tylko zniszczyć tę wypolerowaną fasadę. Zacisnęła dłonie, gdy książę zsiadł z konia i przywiązał go do pobliskiego drzewa. Czy można jednocześnie czuć skrajną irytację i dziwne łaskotanie w brzuchu? Nawet tata wymruczał coś pod nosem, patrząc na zbliżającego się księcia.
Wysoki, elegancki i pełen wdzięku, stanął przed nimi i ukłonił się, dotykając cylindra. Sprawiał wrażenie zimnego. Jakby pod nienaganną powierzchownością nie kryło się nic poza aroganckim i bezdusznym człowiekiem, dbającym jedynie o swój wizerunek. Zapach wilgotnej ziemi i rozkładającej się roślinności mieszał się z bergamotową wonią wody kolońskiej. Modesty poczuła, że ma gęsią skórkę.
- Wasza Książęca Mość - powiedział ponuro jej ojciec. - Pańskie oświadczyny były dla nas ogromnym zaskoczeniem.
Propozycja księcia wprawiła pastora w osłupienie i bynajmniej go nie ucieszyła. Zgodził się jednak z Modesty, że przyszłość dziecka musi pozostać na pierwszym miejscu. Tak właśnie wychował córkę, by postępowała słusznie, bez względu na cenę, jaką będzie musiała za to zapłacić.
- Bardzo mi przykro z tego powodu, panie Fairchild - odpowiedział książę, uprzejmie kiwając głową. - Mam nadzieję, że rozumie pan okoliczności.
Pastor niechętnie przytaknął.
- Nie ma nic ważniejszego niż maleństwo, które straciło matkę. Przynajmniej wciąż ma ojca. I oczywiście Modesty.
Gdy wzrok Pryde'a spoczął na dziewczynie, poczuła falę gorąca.
- W rzeczy samej.
- Modlę się tylko, żeby się pan opamiętał i od teraz nie pozwalał, by pycha i próżność przeszkadzały panu w podejmowaniu słusznych decyzji.
- Proszę mi wybaczyć, ja...
- Niech pan nie udaje, że nie rozumie, co mam na myśli. Pycha, Wasza Książęca Mość, jest najgorszym z...
- Grzechów głównych. Wiem, panie Fairchild. Słyszałem pańskie kazanie w zeszłą niedzielę. Lucyfer, upadły anioł i tak dalej.
Tata zmarszczył brwi jeszcze bardziej.
- Niech pan traktuje moją córkę i swojego synka z szacunkiem i życzliwością, na jakie zasługują, tylko o to proszę. I powinien pan przychodzić do kościoła. Boję się o pana duszę, Wasza Książęca Mość.
Oczy Pryde'a się zwęziły.
- Nie zna mnie pan. Jak może pan obawiać się o moją duszę?
- Cały Londyn słyszał o Siedmiu Książętach Grzechu. Możesz się książę uważać się za nieomylnego, ale nikt nie potrzebuje pokory bardziej niż pan.
Spojrzenie Pryde'a pociemniało.
- Doceniam pańską troskę, panie Fairchild, w końcu będziemy rodziną. Sam jednak najlepiej wiem, czego mi potrzeba. A teraz chciałbym wybrać się na spacer ze swoją przyszłą żoną. Oczywiście może nam pan towarzyszyć. Pogoda sprzyja przechadzkom, prawda, panno Fairchild? Ma pani - spojrzał na prostą wiejską drogę prowadzącą przez pola do zagajnika - urokliwe lasy w okolicy.
Wczoraj wieczorem, po tym, jak przyjęła jego oświadczyny, uprzedził, że przyjdzie dziś do niej porozmawiać, żeby miał co powiedzieć plotkarzom z towarzystwa. Coś, co uwiarygodni ich nagłą miłość.
- Nie chce pan najpierw zobaczyć syna? - zapytała chłodno Modesty. - Właśnie się obudził. Jest teraz z mamką.
Pryde nawet nie drgnął, jego wzrok pozostał lodowaty.
- Nie, nie chciałbym przeszkadzać dziecku. - Wskazał na ścieżkę prowadzącą za plebanię. - Idziemy?
Pastor zmarszczył niesforne, krzaczaste brwi, ale skinął głową.
Tłumiąc narastający gniew, Modesty ruszyła przed siebie obok księcia. Minęli ogród warzywny z późną kapustą i ziołami, a potem drewniany kurnik, z którego dochodziło ciche gdakanie. Za nim mieściła się pralnia, przy której wisiała pościel. Nieco dalej, przy żwirowej ścieżce wijącej się w kierunku drzew, znajdował się ogrodzony teren z szopą dla zwierząt. Ich koza, Bessie, stała na łące, żując kępkę trawy.
Towarzystwo Pryde'a przytłaczało Modesty, ściskało ją w piersi, przyspieszało bicie serca... Czy będzie w stanie go poślubić, spędzić z nim życie, skoro już teraz wzbudza w niej taką odrazę?
Nie przyszedł tu po to, by ją poznać. Chciał jedynie dowiedzieć się o niej wystarczająco dużo, by móc udawać, że jest w niej zakochany. Zalała ją fala obrzydzenia.
Tak czy inaczej, musi się postarać. Dla Augustusa. Zresztą, może ten człowiek ma też jakieś dobre strony. Niemożliwe, żeby był zły do szpiku kości. Nikt taki nie jest.
- Ślub odbędzie się za trzy dni - odezwał się. - Już zdobyłem specjalne pozwolenie. Pobierzemy się w Kościele Świętego Jerzego przy Hanover Square, a ślubu udzieli nam sam biskup Londynu.
Przełknęła ślinę.
- To będzie duża uroczystość?
- Oczywiście.
Oblizała wargi. Poza książętami Pryde'em i Eccessem nigdy nie poznała nikogo szlachetnie urodzonego. Jak ma zostać księżną, nie mając pojęcia o prowadzeniu salonów, chodzeniu na bale i dyskutowaniu o polityce na kolacji z dyplomatami?
- Ile ma pani lat, panno Fairchild? - zapytał.
To było dość bezpośrednie pytanie. Zarumieniła się.
- Dziewiętnaście, Wasza Książęca Mość. - Zmierzyła go wzrokiem. Oceniła, że ma około trzydziestu lat. W tym wieku powinien chyba wiedzieć, że nie należy się wdawać w przelotne romanse i patrzeć z góry na ludzi niższego stanu. - A pan?
- Trzydzieści - odpowiedział. - Proszę mi powiedzieć, jaki jest pani ulubiony kwiat.
- Mój ulubiony kwiat?
- Tak. Chciałbym, żeby właśnie nimi udekorowano kościół.
- Yyy... - Nie przepadała za kwiatami. Była zajęta o wiele bardziej praktycznymi sprawami. - Polne kwiaty, jak sądzę, je widuję najczęściej.
- Dobrze. Bardzo swojsko. Jakie posiada pani umiejętności?
Znów poczuła, że się rumieni. Nie potrafiła zabawiać towarzystwa, śpiewać ani grać na instrumencie. Kolejny powód, dla którego nie nadawała się do roli księżnej.
- Obawiam się, że pomagając ojcu w parafii, miałam niewiele czasu na rozwijanie jakichkolwiek umiejętności. Potrafię jednak ugotować wyśmienity gulasz, upiec chleb, cytować Biblię i opowiedzieć wszystko o Imperium Rzymskim na terenie Brytanii.
Zmarszczył brwi.
- O Imperium Rzymskim w Brytanii?
- Tak. Lubię książki historyczne. Pan George Lockhart, mój przyjaciel, zabrał mnie kiedyś na wykopaliska archeologiczne. Od tamtej pory interesują mnie starożytne cywilizacje. Zaledwie trzy mile stąd odkryłam ruiny. Straciłam poczucie czasu... A kiedy było już za późno, ja...
Kiedy Modesty w końcu wróciła tamtego dnia do domu, zaniepokojona nieobecnością Ophelii w miejscu spotkania i wyrzucając sobie roztargnienie, zastała ją w straszliwej gorączce.
- Rzymskie ruiny? - zapytał z autentycznym zainteresowaniem.
Zerknęła na jego profil i choć jego twarz pozostała obojętna, w brązowych oczach dostrzegła błysk ciekawości.
- Tak. Pod mozaikowymi posadzkami odkryliśmy hypocaustum, a ja znalazłam kilka fascynujących artefaktów, w tym coś, co wygląda na mały piktyjski kamień.
- Piktyjski kamień tak daleko na południu? Nie wiedziałem, że istnieją jakiekolwiek dowody na to, że Piktowie dotarli na te tereny. Mój ojciec kolekcjonował rzymskie artefakty, a ja odziedziczyłem po nim tę pasję. Sam mam kilka eksponatów, w tym kolekcję rzymskich monet z czasów Hadriana i dość niezwykłe lustro z brązu.
Zafascynowana, poczuła, jak serce zaczyna jej szybciej bić.
- Ma pan je u siebie w domu?
- Między innymi.
Wypuściła powietrze, czując przypływ ekscytacji. Nie chciała sobie jednak robić złudnych nadziei. Jego zainteresowanie starożytnością i historią znaczyło tylko, że jest człowiekiem wykształconym, czego wymaga się od osób o jego pozycji.
- Czy to okres, który najbardziej panią interesuje? - zapytał, ściszając głos.
- Tak, fascynuje mnie historia starożytna - powiedziała. - Szczególnie wieki ciemne. Rzymskie kroniki opisywały Piktów. Widziałam też rysunki ich kamiennych głazów w Itinerarium septentrionale pana Gordona. Najbardziej intryguje mnie niezwykła struktura społeczna tego ludu. Królów wybierano z linii żeńskiej, co było niespotykane w innych społeczeństwach tamtych czasów. Osobiście mam teorię, że symbole lustra i grzebieni wyryte na ich kamieniach sugerują, że kobiety cieszyły się wysoką pozycją w społeczności.
Zmarszczył brwi, a ona zastanawiała się, czy zamierza sprzeciwić się jej sugestii, że kobiety mogłyby kiedykolwiek odgrywać tak istotną rolę. Nie byłaby zaskoczona.
On jednak zapytał:
- Czy była pani kiedyś w Szkocji?
- Nigdy.
Tak bardzo pragnęła tam pojechać. Widziała zachwycające rysunki i obrazy szkockich krajobrazów, ruin i skał. Rodzina jej mamy pochodziła ze Szkocji, dlatego Modesty chciała wiedzieć więcej o tym, jak żyli i pracowali jej przodkowie. Jej ojciec nie pochwalał tych zainteresowań, ale ona zawsze marzyła, że pewnego dnia dołączy do ekspedycji archeologicznej i będzie jedną z pierwszych osób, które odkryją tajemnice przeszłości.
Pragnęła się dowiedzieć, czy jej teoria o kobietach Piktów jest słuszna.
- Dlaczego tam pani nie pojechała? - zapytał.
- Ze względu na obowiązki, oczywiście - zachichotała. - Wobec mojego ojca i jego parafii. Pomagam też w przytułku dla kobiet panny Lockhart.
Skinął głową i spojrzał w dal, jakby zapamiętywał każde jej słowo.
- Tego właśnie się spodziewałem. Proszę posłuchać, panno Fairchild, mam nadzieję, że rozumie pani, że może pani czytać książki historyczne. Bóg mi świadkiem, mam ich całą bibliotekę. Może pani organizować akcje charytatywne w Mayfair. Ale brudzenie sobie rąk ziemią, a zwłaszcza powroty do Whitechapel, nawet do przytułku dla kobiet, nie przystoją księżnej.
- Och, doprawdy? - Jej słowa zabrzmiały słodko jak miód, ale kostki bolały ją od zaciskania dłoni.
- Obawiam się, że tak.
Podążając ścieżką obok padoku, Modesty dostrzegła kilka późnych mleczy rosnących na skraju. Pochyliła się, żeby zerwać parę liści.
- Wybaczy mi pan na chwilę? - Nie czekając na jego odpowiedź, podeszła do płotu, gdzie stała Bessie, obserwując ich z typową dla siebie ciekawością.
Kobieta podała kozie liście przez drewniane listewki. Wargi Bessie połaskotały jej dłoń, gdy zwierzę delikatnie przyjęło smakołyk.
Książę stanął obok.
- Jak wspomniałem, panno Fairchild, księżna musi przestrzegać pewnych zasad...
Urwał z okrzykiem nietypowym dla dumnego arystokraty. Bessie, najwyraźniej uznając roślinną przekąskę za zbyt skromną, wysunęła pyszczek przez szpary i złapała wargami elegancki płaszcz księcia.
- Bessie! - zawołała Modesty, z trudem powstrzymując śmiech. - Proszę jej wybaczyć, Wasza Książęca Mość. Ma doskonały gust w kwestii tkanin.
Constantine próbował uwolnić się od kozy, zachowując przy tym resztki godności. Zadanie okazało się niewykonalne. Koza, rozkoszując się zabawą, zacisnęła szczękę jeszcze mocniej i szarpnęła. Modesty przez chwilę z satysfakcją obserwowała jego zmagania.
- Czy zwykle tak właśnie wyglądają pani przechadzki? - mruknął, uskakując w bok.
- O tak - odpowiedziała radośnie Modesty i przechyliła się przez płot, by odwrócić uwagę kozy, drapiąc ją u nasady rogów.
Bessie, wyraźnie uszczęśliwiona i niezmiernie zadowolona z siebie, w końcu puściła książęcy płaszcz.
- Chociaż zazwyczaj chodzi jej o rzepę, a nie o wełnę od najlepszych londyńskich krawców.
Ruszyli dalej. Książę wyglądał teraz nieco mniej elegancko. Dziewczyna zastanawiała się, czy zaczął żałować swojej pochopnej propozycji małżeństwa.
- Zobaczmy - odezwał się - jak wiele będzie się pani musiała nauczyć. Gra pani na jakimś instrumencie? Śpiewa? Maluje akwarelami?
Wyglądało na to, że zamierza udawać, że incydent z kozą się nie wydarzył, choć zauważyła, że dyskretnie czyści sobie płaszcz. Rozciągnęła usta w szerokim uśmiechu, jednak jej oczy nie wyrażały wesołości.
- Potrafię gwizdać wesołą melodię i malować akwarele, które zadowolą każdego malucha. Wystarczy?
Mięśnie jego szczęki drgnęły.
- W ilu balach brała pani udział? Małe wiejskie bale też się liczą.
Czuła, jak płoną jej policzki. Powinna po prostu szczerze odpowiedzieć. Zwykle nie pozwalała sobie na sarkazm, zawsze starała się być miła i skromna, zgodnie ze znaczeniem swojego imienia, ale książę sprawiał, że miała ochotę sobie z niego zadrwić.
- Och, w niezliczonych, Wasza Książęca Mość. Zbiory rzepy to szczególnie uroczyste wydarzenia.
Westchnął.
- A więc w żadnym? W ogóle nie umie pani tańczyć?
- Byłam trochę zajęta opiekowaniem się ludźmi. Taniec zazwyczaj nie przydaje się biednym.
- A jeździ pani konno? Mam jedne z najlepszych koni pełnej krwi angielskiej w Anglii.
- Bardziej znam się na krowach. Czy podobnie się zachowują?
Jego profil był tak nieruchomy, że można by go wybić na monecie. Zdecydowanie miał atrakcyjną twarz, ale Modesty to w tej chwili nie obchodziło. Czuła się poniżona.
- Panno Fairchild, po prostu próbuję panią lepiej poznać.
- Żeby mógł pan udawać, że jest we mnie zakochany? - prychnęła i pokręciła głową. - Co pan ceni oprócz jazdy konnej, balów i dbałości o reputację?
- Historię, panno Fairchild. Jestem też bardzo dumny z hodowli koni. Ostatnio zainteresowały mnie konie andaluzyjskie. I... mam bliskich przyjaciół.
- Tak, Siedmiu Książąt, słyszałam.
- Zasiadam w Izbie Lordów i staram się jak najlepiej służyć krajowi. Dużo czytam. Jeżdżę konno, poluję, uprawiam szermierkę i różne sporty. Moje przyjęcia i bale uchodzą za jedne z najlepszych w Londynie, jeśli mogę tak się wyrazić.
- Wasza Książęca Mość - odpowiedziała. - Myślę, że już zdał pan sobie sprawę, jaki błąd oboje popełniamy. Wygląda na to, że nie ma dwojga bardziej różniących się od siebie ludzi. Pan żyje dla siebie. Ja żyję dla innych. Pan mieszka w rezydencji. Ja na plebanii o popękanych ścianach, gdzie panują wieczne przeciągi. Jak pan myśli, jak ułoży się nasze małżeństwo? Bo ja uważam, że okaże się zupełną katastrofą.
Nie powiedział nic, ale nie musiał. Cisza między nimi sięgała tak daleko, jak szeroka była przepaść dzieląca ich światy; jego świat eleganckich wełnianych surdutów i lenistwa oraz jej świat ubłoconych butów i uczciwej pracy. A gdzieś pomiędzy nimi leżała przyszłość Augustusa, która ich połączyła bez względu na to, czy im się to podobało, czy nie.
Rozdział 6
Nadszedł dzień jej ślubu. Modesty drżały ręce, gdy przeglądała się w lustrze. W swojej małej sypialni, z pobielonymi ścianami, prostymi drewnianymi meblami i kilkoma małymi akwarelami czuła się na swoim miejscu. Nie interesowały jej luksus i przepych Mayfair.
Grace przyglądała jej się szeroko otwartymi oczami.
- Jak się czujesz?
Modesty spojrzała na najlepszą suknię, jaką posiadała, prostą muślinową w kolorze bzu. Czy to ten kolor sprawiał, że sińce pod jej oczami wyglądały na wyjątkowo ciemne? A może to dlatego, że nie spała od trzech nocy; odkąd książę wtargnął w jej życie ze swoją obraźliwą propozycją? Trzeba było powiedzieć, żeby nigdy więcej się do niej nie odzywał.
A nie za niego wychodzić, na litość boską.
Augustus spał twardo w swoim łóżeczku. Niech każda noc twojego życia będzie taka spokojna, maleńki.
Gdyby nie ta maleńka istotka, wiodłaby dalej skromne, zwyczajne życie, znajdując czasem chwilę na wędrówki po ruinach oraz oglądanie kamieni i skamieniałości, które George przywozi ze swoich wykopalisk. Chciałaby odkryć coś znaczącego, rzucić światło na mroczne zakamarki przeszłości i lepiej zrozumieć, co ukształtowało ludzkość.
Napotkała spojrzenie przyjaciółki i posłała jej wymuszony uśmiech.
- Dobrze.
Grace się rozpromieniła i ścisnęła dłoń Modesty.
- Niewiele osób zdecydowałoby się wywrócić swoje życie do góry nogami dla dziecka, którego nawet nie są rodzicami.
Modesty głęboko westchnęła, próbując uwolnić się od napięcia ściskającego jej krtań. Jest winna Ophelii opiekę nad jej dzieckiem.
- Niektórzy powiedzieliby, że mam wielkie szczęście. Córka pastora zostaje księżną.
Puściła dłoń Grace i podeszła do toaletki. Chwyciła ozdobne pudełeczko, które Constantine przysłał dzień wcześniej. Jej dłonie zaczęły drżeć jeszcze bardziej, gdy uniosła wieczko. Grace cicho westchnęła. Na granatowym aksamicie leżał najwspanialszy naszyjnik, jaki kiedykolwiek widziała. Diamenty i szafiry tworzyły misterny kwiatowy wzór. Złota oprawa miała tak jasny odcień, że wyglądała niemal jak srebro, a metal był tak delikatny, że zdawał się unosić między klejnotami.
Zachichotała.
- To musi być warte więcej niż plebania.
- Piękny - powiedziała Grace. - To prezent od księcia?
- Tak.
- Dlaczego go nie założyłaś?
Modesty gwałtownie wciągnęła powietrze.
- Nie potrafię się zmusić.
- Może to znaczy, że cię docenia? Że chce ci sprawić przyjemność?
- Chce sprawić przyjemność sobie. Chronić swoją reputację. Mamy udawać szaleńczo zakochanych, a ten naszyjnik ma pokazać wszystkim siłę jego uczuć.
- Rozumiem. Więc jednak go założysz?
Modesty zachichotała.
- Spójrz na moją suknię, na moje włosy. Będę niosła bukiet polnych kwiatów, a suknię uszyłam sama. Jak śmiesznie wyglądałby na mnie ten naszyjnik?
Poprzedniego dnia pod jej drzwi dotarło kilka paczek w asyście orszaku pokojówek, gotowych przemienić ją w prawdziwą księżną. W środku znajdowały się jedwabne suknie w modnych kolorach, delikatne pantofelki i czepki ozdobione piórami, kwiatami, perłami i kryształami.
- Jego Książęca Mość nalega - powiedziała kobieta o surowej twarzy, która zapewne wydawała polecenia pozostałym pokojówkom.
Modesty przesunęła dłonią po delikatnych tkaninach.
- Proszę podziękować Jego Książęcej Mości, ale założę własną suknię.
Kobieta zacisnęła usta.
- Panienko, księżna nie może...
- Jeszcze nie jestem księżną - odparła Modesty cicho, ale stanowczo. - A to jest ostatni wybór, jakiego dokonam samodzielnie.
I tak oto stała dziś tutaj. We własnej sukni.
Czuła, że być może popełniła błąd, upierając się przy harmonizującej z jej imieniem skromności.
Modesty zamknęła wieko pudełka i odłożyła je z powrotem na toaletkę.
- Sama myśl o udawaniu jest odrażająca. Chcę tylko chronić małego Augustusa. Nie chcę mieć nic wspólnego z księciem.
Jego próżność i pycha ją odrzucały.
Mimo to za każdym razem, gdy go widziała, robił na niej duże wrażenie. Dlaczego nie mogła przestać patrzeć mu w oczy, tonąć w jego źrenicach?
Grace podniosła ozdobiony fioletowym szafranem łąkowym czepek Modesty i go jej podała.
- A może z czasem jednak będziesz z nim szczęśliwa?
Modesty wciągnęła i wypuściła powietrze, ale ucisk w piersiach nie ustępował.
Włożyła czepek na głowę, a następnie zaczęła wiązać liliowe wstążki.
- Zawsze trzeba mieć nadzieję, prawda?
Godzinę później kroki Modesty odbiły się echem od marmurowej posadzki, gdy weszła do Kościoła Świętego Jerzego. Dźwięk rozpłynął się pod wysokim sklepieniem. Duże witraże w jaskrawych barwach, przez które wpadało światło słoneczne, przypominały klejnoty, przyćmiewając swym urokiem proste szyby jej małego kościoła.
Gdy setki oczu zwróciły się w jej stronę, poczuła ucisk w gardle. Najznamienitsze osobistości z towarzystwa poruszyły się na swoich miejscach, by się jej przyjrzeć. Usłyszała szelest jedwabiu. Księżne i hrabiny miały na sobie stroje warte więcej niż roczny dochód jej ojca, a ich szyje i uszy zdobiły drogocenne klejnoty. W Kościele Wszystkich Świętych znała każdą zniszczoną twarz, każdy połatany odświętny strój. Tutaj nie rozpoznawała nikogo oprócz księcia.
Przed nią rozciągała się wyjątkowo długa nawa. Każdy krok przybliżał Modesty do księcia, który stał sztywno niczym marmurowe kolumny po obu stronach ławek. Jego surdut w kolorze indygo wydawał się nieskazitelny, a halsztuk został ułożony w misterne fałdy. Mężczyzna intensywnie się w nią wpatrywał. Czy w jego ciemnych oczach dostrzegła miłość? Zadrżała, zastanawiając się, jak to możliwe, że ten człowiek z taką łatwością panuje nad przestrzenią wokół siebie. To był jej przyszły mąż; ten obcy człowiek należący do luksusowego świata, który jej wydawał się równie odległy jak Księżyc.
Biskup Londynu wygłosił monotonne kazanie, po czym przyszedł czas na przysięgę małżeńską.
- Ja, Constantine Buccleigh - głos mężczyzny niósł się po kościele - książę Pryde, biorę cię, panno Modesty Fairchild, za żonę...
Jego palce musnęły jej dłoń, gdy wsuwał obrączkę. Ten dotyk przyprawił ją o dreszcz. Jego dłonie były duże, ciepłe i silne, ale o eleganckich palcach. Zastanawiała się, dlaczego tak przyjemnie jest czuć je na swojej skórze.
Kiedy nadeszła jej kolej, musiała dwa razy przełknąć ślinę, zanim się odezwała.
- Ja, Modesty Fairchild - powiedziała lekko drżącym głosem - biorę cię, Constantine Buccleigh...
Złożyła przysięgę, choć później nie będzie pamiętać, co powiedziała. Krępowała ją jego obecność; subtelny zapach bergamotki, wetywerii i skóry, który go otulał, miarowe unoszenie się i opadanie jego piersi, a także fakt, że zdawał się nad nią górować, mimo że był tylko trochę wyższy.
Ich oczy spotkały się ponad splecionymi dłońmi. W jego spojrzeniu mignęło coś nieuchwytnego. Duma? Satysfakcja? Przez chwilę zdawało jej się, że pod marmurową fasadą dostrzega chłopca - samotnego, nieśmiałego, ale pełnego nadziei. Zanim jednak zdążyła się upewnić, błysk zniknął, zastąpiony znajomą maską arystokratycznej obojętności.
- Co Bóg złączył, człowiek niech nie rozdziela - zaintonował biskup.
Palce księcia zacisnęły się niemal niedostrzegalnie na jej dłoniach. Czy to był gest otuchy, czy raczej przypomnienie o ich umowie? Nie wiedziała, a ta niepewność sprawiała, że jej serce trzepotało w piersi jak uwięziony ptak.
Co właśnie zrobiła?
Pół godziny później w rezydencji Pryde'aw Mayfair odbyło się weselne śniadanie.
Stali z księciem obok siebie w wielkiej sali. Żar bijący od jego ciała zdawał się ją przyciągać, choć zasady dobrego wychowania nakazywały zachować dystans. Na ścianach w odcieniu indygo wisiały lustra w złotych ramach. Pomiędzy obrazami przedstawiającymi sztorm na morzu i bitewne zwycięstwa stały marmurowe posągi. Duży stół zastawiono półmiskami z zimnymi pasztecikami z dziczyzny, glazurowaną szynką, tortem panny młodej, słodyczami, przetworami owocowymi, świeżym chlebem z masłem i wędlinami.
Kiedy przybyli goście, książę nie odstępował jej na krok. Przedstawiał ją tak wielu lordom i damom, książętom i księżnym, że nie pamiętała ich imion i tylko uśmiechała się z rezerwą.
Czuła skupioną na sobie uwagę księcia, która przypominała jej delikatny podmuch bijący od ogniska.
Kiedy wszyscy goście zebrali się wokół nich, książę odchrząknął.
- Wiem, że wielu z was zdziwiło tak szybkie ogłoszenie ślubu - oznajmił. - Ale ja po prostu nie mogłem się doczekać, aż uczynię tę uroczą młodą damę swoją żoną.
Żołądek ścisnął jej się na te słowa. Czy on naprawdę je wypowiedział? Ktoś taki jak on? Podniosła wzrok. Patrzył prosto na nią, a jego spojrzenie otulało ją ciepłem.
- Piękna - powiedział, a jego kasztanowe oczy pociemniały, gdy się w nią wpatrywał. - Niesamowicie miła. Kobieta, która kocha historię i starożytność. Skromna, o nienagannych manierach. Mam wielkie szczęście, że mogę cię nazywać swoją żoną.
Przełknęła ślinę, czując suchość w gardle. Głęboki ton jego głosu wibrował w jej ciele i poczuła, że lekko się do niego zbliżyła. Gdy mówił, mięśnie jego szczęki drgały pod skórą, a jej wzrok wbrew rozsądkowi powędrował ku jego pełnej dolnej wardze. Z pewnością tylko udawał, ale dlaczego każde słowo zdawało się trafiać prosto w jej serce?
- Kobieta bez reszty oddana innym - kontynuował, a jego głos zniżył się do intymnego szeptu, jakby przeznaczonego tylko dla niej. Przysunął się bliżej, jego szerokie ramiona niemal osłaniały ją przed tłumem, tworząc intymną przestrzeń pośród zgromadzonych. Jego oddech muskał jej skroń, gdy mówił. - Która pomaga w przytułku dla kobiet, kocha polne kwiaty i troszczy się o innych tak bardzo, że zrobi dla nich wszystko.
Nie potrafiła oderwać wzroku od jego oczu, gdy uniósł kieliszek, a jego sygnet odbijał światło. Kosmyk ciemnych włosów opadł mu na czoło, łagodząc jego zazwyczaj surową twarz i nadając mu młodzieńczy wygląd. Gdy objął ją dłonią w talii, przez cienki muślin sukni poczuła bijące od niego ciepło.
- Za Modesty Buccleigh, nową księżną Pryde.
Dotyk jego dłoni, ciepło jego ciała, hipnotyzująca głębia jego oczu... Kręciło jej się w głowie, ale nie była pewna, czy to z powodu wina, czy czegoś o wiele groźniejszego.
Reszta sali zawtórowała księciu. Wznoszono toasty, a Modesty czuła się oszołomiona uwagą, jaką jej poświęcano. Upiła łyk wina. Dziś po raz pierwszy skosztowała szampana, a ten szczypał ją w język. Gdy chwilę później trunek dotarł do krwi, ogarnęła ją lekka euforia, od której zrobiło jej się słabo.
Nie podobał jej się ten stan.
Książę również pił, nie spuszczając z niej wzroku.
- Jesteś głodna? - zapytał cicho. - Chcesz coś zjeść?
Odwróciła się do stołu i ze zdziwieniem spostrzegła polne kwiaty w wazonach stojących wśród talerzy z mięsem, pasztecikami i chlebem. W wielu bukietach był fioletowy szafran łąkowy, więc dekoracje wyjątkowo dobrze pasowały do jej stroju.
- Nie, nie dam rady nic zjeść, nawet gdybym chciała - powiedziała. - Ale dziękuję.
Lekko zadrżała. Nerwy miała napięte jak postronki. To był jej nowy dom i to właśnie z tymi ludźmi, jak przypuszczała, będzie się spotykać i rozmawiać niemal każdego dnia. Rezydencja oferowała wszelkie wygody. A jednak Modesty tęskniła za swoim skromnym pokojem z bielonymi ścianami i popękanymi szybami, z książkami o Cesarstwie Rzymskim, które pachniały starym papierem i kurzem.
- Zimno ci? - zapytał. - Przynieść ci szal?
Nie wiedziała, co woli: jego chłód czy jego uwagę. Gdy okazywał jej obojętność, ogarniało ją oburzenie i przynajmniej czuła się silna. Kiedy robił się serdeczny, traciła pewność siebie.
- Dziękuję, nie trzeba.
- Czy naszyjnik, który ci wysłałem, nie przypadł ci do gustu?
Przełknęła ślinę.
- Ja... eee... nie mogłam go założyć.
Zmarszczył brwi.
- Zapięcie było zepsute?
- Nie. Naszyjnik jest śliczny. Ale... nigdy w życiu nie nosiłam niczego tak cennego. Bałam się, że moja skromna suknia umniejszy jego piękno.
Jego wzrok na chwilę powędrował w dół jej ciała, wywołując falę gorąca.
- Przysłano ci odpowiednie stroje, prawda?
Przełknęła ślinę. Trudno jej było sobie wyobrazić, że kiedykolwiek zechce nosić na szyi cały majątek, podczas gdy inni ludzie z trudem zdobywali każdy grosz i kęs jedzenia.
- Tak. Ale nie sądziłam... Musiały kosztować fortunę...
Skinął głową.
- Mam nadzieję, że w przyszłości poczujesz, że możesz nosić piękne suknie i biżuterię. Jesteś teraz księżną.
Księżną... To słowo wciąż brzmiało obco i dziwnie.
Jej wzrok powędrował ku ozdobnej szpilce spinającej jego halsztuk.
- Kim jest ta kobieta? Wygląda ślicznie.
Spojrzał na zapinkę.
- To moja mama - powiedział. - Ta szpilka była prezentem dla mojego taty. Chciałem mieć ją przy sobie w dniu ślubu.
Coś ścisnęło ją w piersi, gdy wpatrywała się w piękną twarz kobiety w upudrowanej peruce. Choć tego nie chciała, jej serce rwało się ku niemu.
- Zmarła wiele lat temu - dodał. - Po śmierci ojca umieściłem jej portret w tej zapince.
Ostry ból przeszył serce Modesty.
- Przykro mi, że już jej z nami nie ma. Na pewno była cudowną osobą.
Skinął krótko głową.
- Tak, była. Domyślam się, że twoja mama również nie żyje?
Przytaknęła, próbując głęboko odetchnąć przez ściśnięte gardło.
- Umarła przy moim porodzie. Żałuję, że jej nie znałam, że choć raz nie zobaczyłam jej twarzy. To taki piękny gest, że masz dziś mamę przy sobie.
Przez jego twarz przemknął jakiś cień, jakby na krótką chwilę zsunęła się starannie pielęgnowana maska. Ich oczy się spotkały i w tym momencie dostrzegła kogoś więcej niż księcia, niż szlachcica. Zobaczyła chłopca stojącego przy grobie matki, równie zagubionego jak ona w dzieciństwie, z tym samym bólem nieobecności wyrytym w sercu. Była w nim jakaś surowość, niepewność, którą skrywał za groźną miną i ostrymi słowami. W jego oczach, zazwyczaj tak ostrożnych, odbijało się echo dawnego cierpienia i coś jeszcze - rozpaczliwe, niemal dziecinne pragnienie bliskości. Pragnienie kogoś, kto rozumiałby istnienie tej szczególnej rany, która nigdy do końca się nie zagoiła.
Wcześniej patrzył na nią z takim ciepłem, mówił o niej ze szczerym podziwem. Wydawało się to takie prawdziwe. Tym bardziej teraz. Przez ułamek sekundy pozwoliła sobie to sobie wyobrazić: podtrzymywany przez Constantine'a Augustus stawia pierwsze kroki w ogrodzie, duże dłonie delikatnie obejmują brzuch dziecka. Wszyscy troje w bibliotece, Constantine pokazuje Augustusowi rzymskie monety, podczas gdy ona szkicuje artefakty w swoim notatniku. Letnie popołudnia pod dębami, rozłożony koc ze smakołykami, głęboki śmiech Constantine'a mieszający się z radosnymi piskami Augustusa, gdy ona plecie dla nich obu wianki z kwiatów...
Potem jednak mrugnął i znów otoczył się murem, pozostawiając ją z pytaniem, czy ten przebłysk jego prawdziwego ja, to głębokie porozumienie między nimi nie było tylko wytworem jej wyobraźni.
Właśnie otworzył usta, żeby o coś zapytać, gdy rozległ się szelest jedwabiu. Ktoś do nich podszedł. Czar prysł.
- Oto nowa księżna - powiedziała olśniewająco piękna złotowłosa kobieta w wykwintnej sukni z karmazynowej satyny. Jej uśmiech rozświetlił całe pomieszczenie. - Nie mogę się doczekać, aż lepiej panią poznam, Wasza Książęca Mość.
Stała obok bardzo wysokiego, ciemnowłosego mężczyzny w karmazynowej kamizelce. Wyglądał groźnie, ale w jego błękitnych oczach błyszczało ciepło. Obok nich stała inna dama, bardzo do niego podobna. Miała na sobie żółtą suknię, a towarzyszył jej mężczyzna o delikatnych blond lokach i figlarnym fiołkowym spojrzeniu. Zostali sobie przedstawieni wcześniej, ale Modesty ze wstydem musiała przyznać, że nie pamięta ich imion.
- Dziękuję... - wydusiła z siebie.
- Patience, księżna Rath. - Złotowłosa kobieta uśmiechnęła się szerzej. - Wiem, że nie pamiętasz naszych imion. Zaufaj mi, byłam kiedyś w twojej sytuacji. Nie ma w tym nic wstydliwego. To mój mąż, książę Rath. Moja szwagierka i szwagier, książę i księżna Luhst. Ci trzej mężczyźni - wskazała na Pryde'a, Ratha i Luhsta - znają się jak łyse konie. Uważaj na nich.
Księżna Rath miała w sobie coś tak ciepłego i serdecznego, że napięcie w gardle Modesty i jej piersi nieco zelżało.
Przypomniała sobie, co jej ojciec powiedział o Siedmiu Książętach Grzechu, i zastanawiała się, czy powinna się bać. Tak czy inaczej, teraz poczuła się tu bardziej swojsko niż przed kilkoma minutami.
Z lekką ulgą odwzajemniła uśmiech.
- Będę się mieć na baczności.
Zerknęła na Ratha i Luhsta, którzy patrzyli na nią z życzliwą ciekawością. Uświadomiła sobie, że książę Luhst to ten, którego wedle relacji Pryde'a szantażowano z powodu nieślubnego dziecka. Czy pytanie o to byłoby niegrzeczne? Nie była tego pewna i nie chciała nikogo wprawiać w zakłopotanie.
- Czy to prawda, że interesujesz się historią i starożytnością? - zapytała księżna Rath.
Modesty skinęła głową.
- Tak. Oczywiście, kiedy tylko mam na to czas.
Księżna Luhst wyraźnie się ożywiła.
- Może zechciałabyś dołączyć do mnie i Patience w naszym klubie?
Modesty zamrugała.
- Waszym klubie?
- Tak - odpowiedziała księżna Luhst. - Patience jest botaniczką, a ja zajmuję się badaniami medycznymi. Jeśli chciałabyś poszerzyć swoją wiedzę lub omówić swoje odkrycia czy teorie, serdecznie zapraszamy na nasze Herbatki z Mikroskopami. Mamy nadzieję, że z czasem będzie nas więcej. Byłoby wspaniale, gdybyś się przyłączyła.
Modesty poczuła nietypowy dla siebie przypływ ekscytacji. Dyskusja o antykach? O historii? Teorie, dowody, poszlaki, hipotezy... Niewiele z tych rzeczy mogła robić w Shepherdsbrook, poza nielicznymi chwilami, gdy rozmawiała z panem Lockhartem. Czy to możliwe, że teraz będzie mogła regularnie rozmawiać na takie tematy, nie obawiając się reakcji ojca? Zawsze uważał, że powinna pomagać jemu i innym, a nie czytać o przeszłości.
- Ja... - Spojrzała na swojego świeżo poślubionego męża, który wpatrywał się w nią z uniesionymi brwiami.
A co z Augustusem? Jedynym powodem jej małżeństwa było dobro dziecka. Przebywał teraz z panią Walcott, szykowano mu miejsce gdzieś na górze. Powinna spędzać z nim każdą wolną chwilę. Poza tym musiała nauczyć się tak wiele o byciu księżną: manier, poprawnego wyrażania się, tańców i tak dalej.
Książę Luhst się uśmiechnął, a jego oczy rozbłysły rozbawieniem.
- Proszę uważać na te dwie. Podchodzą do nauki całkiem poważnie.
- Dziękuję - powiedziała, grzecznie kiwając głową. - Nie sądzę, żeby moja wiedza była tak rozległa jak obu pań. To dla mnie tylko rozrywka. - Albo marzenie, które nigdy się nie spełni. - Nie chciałbym marnować waszego cennego czasu.
Uśmiechy obu dam nieco zbladły.
- Rozumiem - odparła księżna Luhst, rzuciwszy Pryde'owi uważne spojrzenie. - Jeśli kiedykolwiek zmienisz zdanie, księżno, wystarczy jedno słowo.
Księżna Rath znów się do niej uśmiechnęła.
- Albo jeśli będziesz czegoś jeszcze potrzebowała. Życzliwego ucha. Albo po prostu towarzystwa przy herbacie. Nauka wszystkiego, co trzeba wiedzieć, by zostać księżną, może być dość męcząca.
Modesty uśmiechnęła się uprzejmie, gdy panowie i damy wycofali się, by zrobić miejsce innym gościom, którzy chcieli im pogratulować.
Ale książę Luhst zatrzymał się na chwilę i pochylił w jej stronę.
- Wiem, że potrafi wydawać się zimny i nieznośnie dumny. Ale proszę dać mu szansę. Z czasem może się okazać, tak jak w przypadku każdego z nas, że jest niezwykle lojalnym przyjacielem.
Zanim zdążyła odpowiedzieć lub dłużej się nad tym zastanowić, z beztroską miną ruszył za żoną oraz księciem i księżną Rath w inny kąt sali, wręcz promieniejąc szczęściem.
Przedstawiono jej księżną wdowę Grandhampton, starszą damę ze srebrzystą fryzurą. Ubrana była zgodnie z modą minionej epoki, ale wciąż wyglądała pięknie. Z błyskiem w życzliwych niebieskich oczach zapytała, jak Modesty poznała księcia i jak ich miłość rozkwitła tak szybko.
- Spotkaliśmy się w kościele, w którym kazania wygłasza pan Fairchild - powiedział Pryde, w pełni spokojny i opanowany. - W parafii Wszystkich Świętych z Shepherdsbrook. A panna Fairchild całkowicie mnie oczarowała. Od tego dnia myśl o przyszłości bez niej była nie do zniesienia.
Wdowa zachichotała.
- Wierzę. Dotąd jednak nie zdarzyło mi się słyszeć, żebyś odwiedzał kościoły... zwłaszcza te na obrzeżach Londynu.
- To prawda. Nazwijmy to przeznaczeniem. Opatrznością. Coś przyciągnęło mnie do tego kościoła.
W oczach księżnej pojawiło się rozbawienie, uśmiechnęła się życzliwie.
- Opatrznością. Oczywiście. Małżeństwo z miłości to rzadkość, wiem to. Wszystkie moje wnuki miały tyle szczęścia, choć nie obyło się bez trudności... Mam nadzieję, że oboje to rozumiecie i zawsze będziecie się o siebie troszczyć. Życzę wam szczęścia.
Szczęścia...
Modesty spojrzała na Pryde'a, a on popatrzył jej w oczy. Zauważyła, że pod twardą fasadą kryje się ktoś bardziej wrażliwy, łagodniejszy. Czy rzeczywiście jest tak naiwna, by wierzyć, że pewnego dnia naprawdę się pokochają... albo przynajmniej będą mogli się cieszyć chwilami szczęścia?
Wszyscy zasiedli do wielkiego stołu. Zmusiła się do kilku kęsów pasztecika z dziczyzny, bardziej dlatego, że nie chciała, żeby jedzenie się zmarnowało, niż dlatego, że była głodna. Następnie goście zaczęli się rozchodzić. Gdy żegnała się z tatą, Grace i George'em, książę odszedł od niej, by pożegnać się z sześcioma książęcymi przyjaciółmi. Machając do taty, ostatniego gościa, pozwoliła sobie na chwilę słabości, gdy na horyzoncie nie było żadnego lokaja. Oparła się o duże okno wykuszowe w salonie przylegającym do holu wejściowego. Godziny spędzone w centrum uwagi tylu znamienitych gości ją wyczerpały. Opadła na parapet, rozkoszując się odrobiną prywatności, którą zapewniała jej ciężka niebiesko-złota zasłona odgradzająca ją od reszty salonu.
Postanowiła, że zaraz pójdzie do Augustusa. Serce zabiło jej mocniej na myśl o tym dziecku w obcym domu. Czy pani Walcott będzie wiedziała, żeby nakrywać go kocem, który wciąż pachniał jego matką? Czy będzie pamiętała, że trzeba go trzymać w pozycji pionowej przez kilka minut po karmieniu, bo inaczej dostanie tej okropnej kolki, która będzie go dręczyć całą noc?
Powinna była zapytać, gdzie go położyli. Rezydencja księcia Pryde kryła w sobie prawdziwy labirynt korytarzy i zamkniętych drzwi; będzie musiała znaleźć służącego, który by ją oprowadził... Kolejny dowód na to, jak bardzo nie pasuje do tego okazałego domu.
Patrzyła, jak podjeżdża jeden z powozów Pryde'a. Jej mąż uparł się, że zapewni ojcu, Grace i George'owi transport do Shepherdsbrook, pomimo początkowych protestów ojca, który sprzeciwiał się takiej przysłudze.
Gdy powóz odjechał, zeszła z parapetu. Zatrzymały ją jednak męskie głosy dobiegające z otwartego salonu.
Głos Pryde'a rozpoznałaby wszędzie. Niski, głęboki, aksamitny. Za każdym razem wywoływał w jej podbrzuszu to samo drżenie.
- Wydaje się cudowna, Constantine.
Domyśliła się, że ten głęboki głos należy do księcia Rath.
- Jesteś pewny, że dobrze zrobiłeś, poślubiając kogoś, kogo regent nie zaakceptuje, zwłaszcza tak szybko? Choć panna Fairchild jest ujmująca, a Patience i Chastity tak bardzo pragną mieć kolejną przyjaciółkę, która podziela ich pasję do nauki...
- Uważaj - powiedział mężczyzna, którego uznała za księcia Luhst. - Dorian i ja jesteśmy dowodem na to, jak miłość potrafi zmienić człowieka.
- Miłość - zaśmiał się jej mąż. - Uwierz mi, nie ma na to szans.
Modesty wstrzymała oddech, słowa uderzyły ją mocniej, niż mogłaby się spodziewać.
- Ona jest tylko środkiem prowadzącym do celu - ciągnął. - Sposobem na przejęcie kontroli nad dzieckiem i uniknięcie skandalu. Córka pastora będzie idealną żoną; cichą, posłuszną i niewidzialną. Nie będzie protestować, gdy będę żyć po swojemu. Znalazła bogatego i szlachetnego męża. Czego innego może pragnąć kobieta o jej pozycji?
Zrobiło jej się duszno. Mrugała szybko, próbując powstrzymać łzy. Poczuła metaliczny smak krwi, gdyż przygryzła wargę, żeby nie wydać żadnego dźwięku. A więc takie miał o niej zdanie?
Poduszka w oknie wykuszowym wydawała się twarda jak kamień. Objęła się ramionami, ale nie mogła przestać drżeć. Jaka głupia była, pozwalając sobie na nadzieję, choćby na chwilę.
Nie ma nadziei dla tego małżeństwa.
Nigdy nie pokocha kogoś takiego jak jej mąż; nieczułego, nadętego i egocentrycznego.
A on nigdy nie pokocha kogoś, kogo uważa za dużo gorszego od siebie.
Rozdział 7
Constantine zapukał do drzwi łączących jego pokój z pokojem panny Fairchild i nasłuchiwał.
Pomyślał, że musi przestać nazywać ją panną.
Była teraz jego żoną, na dobre i na złe.
Ale nie wyglądała jak księżna Pryde... jeszcze nie. Na weselnym śniadaniu była taka nieśmiała i bojaźliwa. Tania liliowa suknia wisiała na jej szczupłej sylwetce, za krótka na jej wzrost i zupełnie niekorzystna dla jej jasnej cery. Powinna nosić suknie, które wydobyłyby jej niezwykłe leśnozielone oczy i hipnotyzujący kolor włosów przywodzący na myśl polerowaną miedź. Jasny i ognisty.
Jak tak olśniewająca kobieta mogła stać z rękami splecionymi przed sobą, napiętymi i zgarbionymi ramionami, wyglądając, jakby chciała się skurczyć, ukryć?
Zapukał ponownie.
- Księżno? - zapytał. - Czy mogę wejść?
Cisza za drzwiami go irytowała. Zamierzał dziś spędzić noc w jej łożu, dla dobra tego cholernego małżeństwa i aby jak najszybciej zaszła w ciążę. Do tej pory miał jednak tylko jedną kochankę.
Doświadczoną.
Co miał zrobić z dziewicą? Musiałby ją skrzywdzić, a to była ostatnia rzecz, jakiej chciał.
- Tak - dobiegła cicha odpowiedź zza drzwi.
Oblizał wargi, po czym chwycił za klamkę i wszedł. Modesty stała na środku pokoju, wciąż w sukni ślubnej. Jej postawa była niemal tak sztywna jak muślin sukni. Żałował, że brakuje mu uroku Luciena i umiejętności sprawiania, by ludzie od razu czuli się swobodnie w jego towarzystwie.
Czy odprężyłaby się, gdyby delikatnie musnął jej napięte ramiona albo rozmasował jej mięśnie?
Odchrząknął i podszedł do niej powoli, ponownie oblizując wargi. Za oknami panowała ciemność, a płomienie świec w kandelabrach odbijały się od szyb. Czarny piecyk na węgiel emanował ciepłem, odbijało się w nim też delikatne światło z dużego kominka na przeciwległej ścianie. Przy jednej ze ścian stało okazałe łoże z eleganckim baldachimem z jasnoniebieskiego jedwabiu oraz ozdobioną złotymi wzorami narzutą.
Jego nowa żona sprawiała wrażenie tak kruchej, gdy patrzyła na niego okrągłymi oczami i z rozchylonymi ustami.
Odchrząknął.
- Doszedłem do...
Boże, ogarnęła go nieśmiałość. Co mu dolegało? Miał pełne prawo dzielić z nią łoże. Chciał tego. Dlaczego czuł się jak nastolatek, który jeszcze nigdy nie miał kobiety?
- Potrzebuję dziedzica - rzucił, a ona zamrugała.
- Potrzebuje Wasza Książęca Mość dziedzica?
- Tak. Obecnie nie ma nikogo, kto mógłby odziedziczyć mój tytuł. Żadnych kuzynów, wujów ani innych krewnych. Tylko ja... i Augustus, oczywiście.
Wyraźnie przełknęła ślinę i wzięła głęboki wdech. Jej wzrok powędrował w stronę łóżka.
- Och. - Zarumieniła się.
Podszedł bliżej. Cofnęła się, zachowując dystans.
Otulił go jej delikatny zapach. Poczuł go już wcześniej, w powozie w drodze z Kościoła Świętego Jerzego do swojej posiadłości i podczas śniadania, kiedy stała u jego boku. Polne kwiaty. Czysta skóra. Jej kobiecy zapach z owocową nutą, przywołujący wspomnienie, którego nie potrafił do końca uchwycić; echa radości, spokoju i przyjemności.
Miała takie piękne, pełne usta i wysokie kości policzkowe, a zewnętrzne kąciki jej wyrazistych oczu były lekko uniesione. Stojąc tak blisko, widział drobne piegi na jej policzkach. Dodawały jej młodzieńczej niewinności, która poruszała w nim coś głęboko skrywanego.
Czy będzie smakować tak słodko, jak pachniała?
Chciał ją pocałować. Przesunąć językiem po jej miękkiej dolnej wardze i poczuć, jak drży w jego ramionach, usłyszeć jej ciche westchnienie, gdy jej oddech splecie się z jego oddechem. Z sercem dudniącym w piersi uniósł rękę w jej stronę, powoli, jakby podchodził do młodej sarenki. Spodziewał się, że się wzdrygnie i odsunie. I nie miałby jej za złe, gdyby chciała to zrobić. Tak się jednak nie stało. Stała nieruchomo, z lekko rozchylonymi ustami, bladoróżowymi niczym delikatne płatki. Wziął kosmyk jej pięknych włosów i wsunął go jej za ucho, a całym jego ciałem wstrząsnął upojny dreszcz.
Jakby dotknął gwiazd...
Potem musnął kostkami palców jej policzek. Boże, jaka delikatna skóra. Teraz miał wrażenie, jakby zanurzył całą dłoń w jeziorze pełnym gwiazd. Skóra mrowiła go wszędzie tam, gdzie jej dotknął.
Gdy ich spojrzenia się spotkały, zobaczył, jak jej źrenice się rozszerzają, a zieleń jej oczu ciemnieje do barwy leśnego mchu. Rumieniec, który oblał jej policzki, sprawił, że zastanawiał się, czy jej piersi będą równie różowe, gdy będzie się wić z rozkoszy, a on doprowadzi ją do orgazmu.
Och, ten obowiązek spłodzenia z nią dziedzica wcale nie będzie uciążliwy.
- Taka jedwabista, delikatna skóra - powiedział, podchodząc jeszcze bliżej, a jego palce musnęły jej szczękę. - Jest pani piękna, panno Fairchild. Piękna panna młoda. Piękna żona.
Mrugnęła na te słowa, jakby nie była pewna, czy dobrze go usłyszała. Zanim zdążyła się cofnąć, zbliżył się do niej. Jego usta delikatnie musnęły jej wargi, jak szept, badawczo. Miękkość jej ust, ciche westchnienie, które z siebie wydała, sprawiły, że czuł się jak w niebie. Smakowała weselnym winem, miodem i polnymi kwiatami.
Przez jedną cudowną chwilę rozpłynęła się w jego objęciach. Jej dłonie uniosły się i spoczęły na jego piersi, a on poczuł jej palce na swojej kamizelce. Pogłębił pocałunek, przyciągając ją bliżej, jedną dłonią obejmując tył jej głowy, a drugą oplatając jej talię. Wydała z siebie cichy dźwięk, coś pomiędzy westchnieniem a jękiem, od którego krew zawrzała mu w żyłach.
Potem, jakby zdjęto z niej zaklęcie, zesztywniała. Odepchnęła go i wyrwała mu się, cofając się, aż łóżko znalazło się między nimi niczym mur strzegący twierdzy.
- Nie - powiedziała drżącym głosem. Jej usta były intensywnie różowe od jego pocałunku.
Miał ochotę pokonać dzielącą ich odległość i ponownie je pocałować. Objęła się ramionami.
- Chciałabym zostać sama.
Zachwiał się lekko, z trudem utrzymując równowagę. Miał dziwne wrażenie, że niemal dosięgnął nieba... a teraz nagle go przepędzono.
- Proszę mi wybaczyć - powiedział, choć nie był pewien, za co przeprasza. Za pocałunek, za swoją arogancję czy za wszystko, co doprowadziło ich do tej chwili?
Kiedy przemożne pragnienie jej bliskości zaczęło powoli ustępować, odzyskał jasność myślenia. Odrzucenie zabolało. Nigdy wcześniej nie został odtrącony przez kobietę. Jego kochanka w Elizjum zawsze była chętna, a on nie zabiegał o inne kobiety poza tym układem. Młode wdowy i nieszczęśliwie zamężne damy próbowały zwrócić na siebie jego uwagę na balach, ale nigdy ich nie odpowiadał na ich zachęty, nie chcąc spłodzić dzieci. Unikał debiutantek i ich matek jak ognia. Chciał poczekać, aż sam będzie gotowy wybrać żonę.
A teraz, kiedy już ją miał, ona go nie chciała.
Zabolało go to, jakby ktoś dźgnął go szablą w brzuch.
- Czy wolno mi zapytać dlaczego? - odezwał się, z trudem opanowując oddech.
- Nie, nie wolno - odparła, unosząc głowę i prostując ramiona.
Skinął głową. To było zrozumiałe. Żadna kobieta nie chciałaby sypiać z mężczyzną, którym gardzi.
- Czy chodzi o mnie?
Jej oczy płonęły gniewem.
- Trudno zaakceptować mężczyznę, który udaje miłość, a tak naprawdę uważa, że stoi wyżej w hierarchii społecznej. Który myśli, że robi mi przysługę, żeniąc się ze mną. Który bardziej troszczy się o swoją reputację niż o dobro dziecka. Mężczyznę, który odprawił ciężarną kobietę proszącą o pomoc.
Jej słowa uderzyły go jak bicz.
- Całkiem długa lista - odparł.
Przypuszczał, że zachował się jak brutal.
Ale jak miałby jej wytłumaczyć wywieraną na nim presję. Każdy perfekcyjnie wykonany ukłon, każda bezbłędnie wygłoszona uprzejmość, każdy nienaganny element garderoby stanowił kolejną cegłę w murze chroniącym jego tajemnicę. Wystarczy jeden szept o jego prawdziwym pochodzeniu i wszystko runie. Utrzymanie reputacji nie było kwestią próżności; tu chodziło o przetrwanie.
Nie chciał jej pokazać, jak bardzo dotknęły go jej słowa.
Nie zdawała sobie sprawy, że jest tylko fałszywym księciem. Za to dostrzegała coś więcej niż fasadę, którą stworzył, zimną jak kamień zbroję, którą nosił na co dzień. Widziała wady, które ukrywał przed światem.
Wielkie nieba, co by zrobiła, gdyby kiedykolwiek odkryła prawdę?
- Dobrze - powiedział, jak zawsze opanowanym głosem. - Nie będę naciskał, skoro nie jest to pożądane. Ale wiedz, że będziesz ze mną sypiać. To twój obowiązek jako mojej żony, czy tego chcesz, czy nie. Mimo to nie wezmę cię wbrew twojej woli, bo to nie leży w mojej naturze. Teraz zostawię cię samą. Jutro zaczniesz się uczyć, jak być prawdziwą księżną.