Książę Pychy - Mariah Stone

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Wrze­sień, 1814 roku

- Gdzie on, do dia­bła, jest? - wark­nął Con­stan­tine Buc­c­le­igh, książę Pryde, kro­cząc nawą Ko­ścioła Wszyst­kich Świę­tych. Nie­wy­klu­czone, że na­stał dzień, w któ­rym jego se­kret zruj­nuje mu ży­cie.

W po­wie­trzu uno­sił się za­pach ku­rzu i ka­dzi­dła. Słabe świa­tło sło­neczne są­czyło się przez go­tyc­kie okna, rzu­ca­jąc cień męż­czy­zny na ka­mienną po­sadzkę. Miesz­kańcy She­pherds­brook, wio­ski na obrze­żach Lon­dynu, wy­szli z ko­ścioła po nie­dziel­nym ka­za­niu nie­spełna pięt­na­ście mi­nut wcze­śniej.

Echo prze­kleń­stwa Con­stan­tine'a od­biło się od ścian pu­stego bu­dynku ni­czym po­cisk. Jego buty do jazdy kon­nej stu­kały o ka­mienne płyty, a on skrzy­żo­wał ra­miona na piersi, idąc tro­chę zbyt szybko jak na księ­cia, który szczy­cił się swoim opa­no­wa­niem.

Gdy Con­stan­tine usły­szał huk za ple­cami, od­wró­cił się, in­stynk­tow­nie się­ga­jąc po list w we­wnętrz­nej kie­szeni płasz­cza.

Ale to był tylko Octa­vius, książę Ec­cess.

Stał z tyłu, za pu­stymi ław­kami, pa­trząc na niego prze­pra­sza­jąco. Ze znaj­du­ją­cego się obok re­gału spa­dły mo­dli­tew­niki.

Con­stan­tine uniósł brew i wy­pro­sto­wał ra­miona.

- Octa­viu­sie, wo­lał­bym, że­byś za­cho­wał swój ta­lent do bu­rze­nia na inny dzień...

Ec­cess po­pra­wił re­gał. Na­wet pod szy­tym na miarę płasz­czem wi­dać było za­rys bi­cep­sów. Gdy Con­stan­tine schy­lił się, by pod­nieść książki i odło­żyć je na półkę, Octa­vius prze­sad­nie skło­nił się w kie­runku krzyża wi­szą­cego nad oł­ta­rzem.

- Wy­bacz mi. To tylko odro­bina wina. Na pewno ro­zu­miesz, woda i wino.

Wy­jął z kie­szeni srebrną pier­siówkę z wy­gra­we­ro­wa­nym sym­bo­lem dzika. Uniósł ją naj­pierw w stronę Con­stan­tine'a, po­tem w stronę krzyża i wziął łyk. Włosy w ko­lo­rze mio­do­wego blondu opa­dły mu na czoło.

Kiedy wszyst­kie mo­dli­tew­niki wró­ciły na swoje miej­sce, Con­stan­tine spoj­rzał na pier­siówkę.

- Prawdę mó­wiąc, sam nie po­gar­dził­bym kro­pelką.

- Pro­szę bar­dzo. Je­steś na­pięty jak cię­ciwa. - Octa­vius wy­cią­gnął w jego kie­runku pier­siówkę. - Mój naj­lep­szy ko­niak Fine Cham­pa­gne, jak za­wsze.

Dłoń Con­stan­tine'a drgnęła, ale nie się­gnął po tru­nek.

- Nie dziś. Po­trze­buję ca­łej trzeź­wo­ści umy­słu, na jaką mnie stać.

Octa­vius zmru­żył na chwilę oczy.

- Jak so­bie ży­czysz. Moim zda­niem przy­da­łoby ci się coś na roz­luź­nie­nie.

- Nie, nie te­raz.

W końcu roz­legł się od­głos kro­ków, który na ka­mien­nej po­sadzce brzmiał jak ka­no­nada. Con­stan­tine spo­coną dło­nią prze­cze­sał włosy i po­pra­wił halsz­tuk.

Ski­nął Ec­ces­sowi dło­nią i ru­szyli ra­zem w stronę dźwięku, aż w końcu, pod łu­kiem pre­zbi­te­rium, do­strze­gli w ciem­no­ści ja­kiś ruch. Kroki uci­chły.

Roz­le­gło się kwi­le­nie nie­mow­lę­cia.

Con­stan­tine za­marł i wstrzy­mał od­dech.

Nie­mowlę?

Z cie­nia wy­ło­niły się dwie ko­biety w pro­stych, brą­zowo-sza­rych mu­śli­no­wych su­kien­kach i spen­ce­rach. To ich ob­casy stu­kały wcze­śniej na wy­tar­tych ka­mien­nych pły­tach. Ta, która trzy­mała dziecko, była sporo wyż­sza od dru­giej.

Wy­mie­nili z Octa­viu­sem zdzi­wione spoj­rze­nia. Być może to tylko pa­ra­fianki, które zo­stały po ka­za­niu. Te dwie nie mo­gły mieć prze­cież nic wspól­nego z li­stem.

Po raz ko­lejny wró­cił my­ślami do ko­re­spon­den­cji, którą otrzy­mał trzy dni wcze­śniej.

Lon­dyn, 20 wrze­śnia 1814 roku

Do Jego Ksią­żę­cej Mo­ści księ­cia Pryde

Wa­sza Ksią­żęca Mość,

mam na­dzieję, że mój list za­stał Pana w do­brym zdro­wiu.

Po­wie­rzono mi ważną kwe­stię do­ty­czącą Pań­skiej sy­tu­acji, dla­tego by­łoby do­brze, gdyby wziął Pan udział w na­bo­żeń­stwie w Ko­ściele Wszyst­kich Świę­tych w She­pherds­brook w tę nie­dzielę.

Z uni­żo­nym sza­cun­kiem

Osoba życz­liwa

Osobą życz­liwą może być co prawda i męż­czy­zna, i ko­bieta, ale nie przy­pusz­czał, by płeć piękna mo­gła się po­su­nąć do szan­tażu.

Kiedy obie ko­biety za­trzy­mały się przed nim, zdał so­bie sprawę, że ta z nie­mow­lę­ciem jest jesz­cze wyż­sza, niż mu się po­cząt­kowo wy­da­wało, nie­mal tego sa­mego wzro­stu co on.

Po co matka z dziec­kiem na ręku mia­łaby chcieć się z nim spo­tkać? Nie był księ­ciem Luhst. Nie sy­piał z wie­loma ko­bie­tami.

Ec­cess od­chrząk­nął.

- Czy mo­żemy w czymś po­móc?

Wyż­sza z ko­biet sku­piła całą swoją uwagę na Octa­viu­sie.

- Wa­sza Ksią­żęca Mość książę Pryde?

Te­raz, gdy stała w świe­tle, Con­stan­tine do­strzegł, że jest śliczna. Mięk­kie, mie­dziane loki wy­su­wały się spod pro­stego czar­nego czepka i opa­dały po obu stro­nach twa­rzy. Duże zie­lone oczy ema­no­wały ła­god­no­ścią, a jed­no­cze­śnie po­wagą. Usta dziew­czyny były sze­ro­kie i zmy­słowe, a lekko szpi­cza­sty nos nada­wał jej za­wa­diacki wy­gląd i mło­dzień­czy urok. Niż­sza dziew­czyna miała około dwu­dzie­stu pię­ciu lat i atrak­cyjną twarz oko­loną po­fa­lo­wa­nymi czar­nymi wło­sami.

- Nie, oba­wiam się, że nie - od­po­wie­dział Octa­vius. - Książę Ec­cess. Do usług.

- Ja je­stem Pryde - ode­zwał się Con­stan­tine, sta­ra­jąc się za­cho­wać spo­kój, mimo że serce wa­liło mu w piersi. - W czym mogę po­móc, panno...?

- Panna Mo­de­sty Fa­ir­child - od­parła. - A to panna Grace Loc­khart, która to­wa­rzy­szy mi jako przy­zwo­itka.

Con­stan­tine ski­nął głową zgod­nie z obo­wią­zu­jącą ety­kietą. Ec­cess zro­bił to samo.

Te skromne, godne sza­cunku choć biedne damy z pew­no­ścią nie były szan­ta­żyst­kami. Przy­znał w du­chu, że spo­dzie­wał się spo­tkać tu ło­trów z kry­jó­wek w Whi­te­cha­pel, uzbro­jo­nych w noże i pi­sto­lety.

- Pan Fa­ir­child, pa­stor, który wła­śnie wy­gło­sił ka­za­nie, jest moim oj­cem - do­dała.

Uniósł dłoń, w któ­rej trzy­mał list.

- To pani go na­pi­sała?

Panna Fa­ir­child zer­k­nęła na kartkę, ko­ły­sząc dziecko. Na jej po­licz­kach po­ja­wiły się de­li­katne ru­mieńce.

- Tak, Wa­sza Ksią­żęca Mość. Nie by­łam pewna, co po­win­nam na­pi­sać w ta­kiej sy­tu­acji. W końcu cho­dzi pań­skie dziecko...

Jego dziecko?

Co ta ko­bieta mo­gła wie­dzieć o dawno za­gi­nio­nym li­ście jego matki po­twier­dza­ją­cym, że nie jest pra­wo­wi­tym sy­nem swo­jego ojca? To od tego po­winna za­cząć swoją wia­do­mość.

Za­raz...

Chyba nie su­ge­ro­wała...

Do li­cha! Ko­lejna próba szan­tażu z po­wodu rze­ko­mego nie­ślub­nego dziecka!

Za­le­d­wie kilka ty­go­dni wcze­śniej, na przy­ję­ciu w jego po­sia­dło­ści, jego przy­ja­ciel, książę Luhst, otrzy­mał list, któ­rego nadawca twier­dził, że książę ma nie­ślubne dziecko. Lu­cien za­prze­czył tym oskar­że­niom i od­mó­wił za­płaty. Szan­ta­ży­sta wy­słał wtedy do re­zy­den­cji Pryde'a trzy­let­nią córkę Lu­ciena. Wy­buchł skan­dal, który roz­niósł się po ca­łym Lon­dy­nie. Pi­sały o tym wszyst­kie ga­zety to­wa­rzy­skie, in­for­ma­cja po­ja­wiła się we wszyst­kich moż­li­wych ru­bry­kach plot­kar­skich. Ma­trony z to­wa­rzy­stwa do dziś cmo­kały z dez­apro­batą na wspo­mnie­nie upadku księ­cia Luhst.

Czy ten sam szan­ta­ży­sta pró­bo­wał te­raz ob­cią­żyć jego? A może ta ko­bieta su­ge­ro­wała, że to ich wspólne dziecko?

Był prze­ko­nany, że ni­gdy wcze­śniej jej nie spo­tkał. Ta­kich pięk­nych ust z pew­no­ścią by nie za­po­mniał.

Przez chwilę zda­wało się, że sta­ran­nie pie­lę­gno­wana fa­sada Con­stan­tine'a za­raz pęk­nie. Zmu­sił się do swo­jego wy­ćwi­czo­nego uprzej­mego uśmie­chu.

- Czy ze­chce mi pani po­wie­dzieć, o co do­kład­nie je­stem oskar­żony? - za­py­tał.

Ko­bieta zer­k­nęła na przy­ja­ciółkę, a ta unio­sła brwi. Po­tem znów spoj­rzała na Con­stan­tine'a. Ich oczy się spo­tkały.

- Au­gu­stus jest pana dziec­kiem, oczy­wi­ście.

Con­stan­tine po­czuł, jak w jego czaszce na­ra­sta pa­lący ucisk, jakby miała się za­raz roz­paść. Cała ta sy­tu­acja była tak ab­sur­dalna, że aż ko­miczna. Po­wi­nien po­czuć ulgę. Nie wspo­mniała o li­ście jego matki ani te­sta­men­cie ojca, nie gro­ziła ujaw­nie­niem jego praw­dzi­wego po­cho­dze­nia.

Je­dyną ko­bietą, z którą sy­piał, była pro­sty­tutka z Eli­zjum, eli­tar­nego klubu dla dżen­tel­me­nów w Whi­te­cha­pel. Thorne Black­more, wła­ści­ciel klubu, za­pew­niał Pryde'a, że jego ko­chanka jest bez­płodna.

- Moim dziec­kiem? - Sta­rał się za­cho­wać zimną krew, lecz w jego gło­sie po­brzmie­wał nie­po­kój.

Ec­cess, ten zdrajca, za­śmiał się i wy­cią­gnął szyję, żeby zer­k­nąć na za­wi­niątko w ra­mio­nach wy­so­kiej ko­biety.

- Czy mo­żemy zo­ba­czyć dziecko?

- Nie - od­parł Con­stan­tine, gdy panna Fa­ir­child się do nich zbli­żyła. - Nie ma po­trzeby.

Ku swemu wiel­kiemu nie­za­do­wo­le­niu zdą­żył zo­ba­czyć uro­czą bu­zię no­wo­rodka z du­żymi, ciem­no­nie­bie­skimi oczami, które pa­trzyły pro­sto na niego. Usta nie­mow­lę­cia po­ru­szały się, gdy ci­cho kwi­liło. Miało okrą­gły pod­bró­dek, uro­czy, gu­zi­ko­waty no­sek i pełne po­liczki oraz ma­lut­kie rączki o de­li­kat­nych pal­cach i prze­zro­czy­stych pa­znok­ciach.

Za­lała go fala cie­pła i przez uła­mek se­kundy pra­gnął, by to dziecko fak­tycz­nie było jego sy­nem. Ma­lut­kim czło­wie­kiem, któ­rego mógłby ko­chać i przy­tu­lać. Wziąłby go pod swoją opiekę i za­pew­nił mu byt. Wspie­rał go.

Wzdry­gnął się, za­sko­czony nie­zna­nym mu uczu­ciem, dziw­nie przy­po­mi­na­ją­cym wzru­sze­nie.

A prze­cież pró­bo­wano nim ma­ni­pu­lo­wać. Ktoś go okła­my­wał i usi­ło­wał że­ro­wać na jego uczu­ciach. Brano go za głupca.

- Matka Au­gu­stusa opo­wie­działa mi o wszyst­kim - ob­sta­wała przy swoim panna Fa­ir­child. - To pan jest oj­cem. Przed śmier­cią po­wie­rzyła mi opiekę na chłop­cem...

Con­stan­tine do­sko­nale ro­zu­miał w tej chwili gniew, który jego przy­ja­ciel Do­rian, książę Rath, co su­ge­ro­wało jego na­zwi­sko, nie­wąt­pli­wie od­czu­wał przez całe ży­cie.

W prze­ci­wień­stwie do Ra­tha Con­stan­tine, czło­wiek pyszny i wy­nio­sły, jak przy­stało na księ­cia Pryde, nie mógł so­bie po­zwo­lić na wy­buch wście­kło­ści.

- Panno Fa­ir­child - od­po­wie­dział. - Za­pew­niam pa­nią, że to nie­moż­liwe.

- Ależ to prawda - od­parła szybko. - Trzy­ma­łam ją za rękę, gdy wy­da­wała ostat­nie tchnie­nie. Chciała...

W jego piersi wciąż na­ra­stał ucisk. To przez nią przez trzy dni dra­pał ściany i nie mógł spać w oba­wie, że ktoś ma do­wód, który go znisz­czy. Jak śmiała?

Chciała coś na nim wy­mu­sić tymi bred­niami?

To, kim była zmarła ko­bieta i na co umarła, nie miało dla niego naj­mniej­szego zna­cze­nia. Po­dej­rze­wał, że tamta ko­bieta zmy­śliła tę hi­sto­rię; być może po to, by ko­goś szan­ta­żo­wać po po­ta­jem­nym po­ro­dzie.

Wy­brała so­bie nie­wła­ści­wego czło­wieka.

- Czy­tała pani o nie­szczę­ściu księ­cia Luhst w ga­ze­tach, prawda? - za­py­tał, sta­ra­jąc się za­cho­wać spo­kój. - I po­my­ślała, że bę­dzie ła­two oszu­kać in­nego męż­czy­znę. Tyle że moja re­pu­ta­cja jest nie­ska­zi­telna. Spło­dze­nie bę­karta to coś, czego za­wsze skru­pu­lat­nie się wy­strze­ga­łem.

Ką­ciki zmy­sło­wych ust panny Fa­ir­child opa­dły na chwilę.

- Nie pró­buję...

- To nie moje dziecko. Żal mi go, ale nie dam się wcią­gnąć w nik­czemny spi­sek. Te za­rzuty nie mają żad­nych pod­staw. Je­śli wciąż bę­dzie mnie pani nę­kać, od­po­wie pani przed są­dem za znie­sła­wie­nie. Kary są tak wy­so­kie, że resztę ży­cia spę­dzi pani w wię­zie­niu dla dłuż­ni­ków.

Od razu po­czuł ulgę, zro­biło mu się lżej na piersi. Od­wró­cił się na pię­cie i ru­szył w stronę wyj­ścia. Octa­vius po­że­gnał się po­spiesz­nie i po­biegł za nim.

Con­stan­tine chciał jak naj­szyb­ciej opu­ścić to miej­sce. Panna Fa­ir­child nie znała jego praw­dzi­wej ta­jem­nicy i nie miała żad­nych pod­staw, by cze­go­kol­wiek od niego żą­dać. Nie mu­siał się mar­twić o utratę ty­tułu.

W dro­dze po­wrot­nej Con­stan­tine sta­wiał kroki po­woli i spo­koj­nie, trzy­ma­jąc się pro­sto.

Mu­siał ode­tchnąć. Roz­luź­nić pię­ści.

Nic mu nie gro­ziło ani nikt go nie szan­ta­żo­wał. Mógł wró­cić do nor­mal­nego ży­cia.

Jed­nak pod sztywną ma­ską opa­no­wa­nia jego umysł po­grą­żył się w cha­osie.

Udało mu się ode­przeć jedno fał­szywe oskar­że­nie, ale jego se­kret wciąż czy­nił go po­dat­nym na ataki.

Je­śli nie panna Fa­ir­child, to ktoś inny mógłby wy­ko­rzy­stać prze­ciwko niemu jego ta­jem­nicę.

Kro­czący obok niego Octa­vius otwo­rzył pier­siówkę.

- Ruda... Wy­glą­dała na taką nie­śmiałą, ale w łóżku musi być go­rąca.

Słowa te przy­wo­łały ob­raz roz­rzu­co­nych na po­duszce ru­dych wło­sów panny Fa­ir­child, jej pięk­nych ust na­brzmia­łych i roz­chy­lo­nych w roz­ko­szy, jej spo­co­nego ciała wy­gi­na­ją­cego się pod nim.

Nie pod Octa­viu­sem.

- Trzy­maj ję­zyk za zę­bami - po­wie­dział Con­stan­tine nieco ostrzej, niż za­mie­rzał. - Nie mów o niej w ten spo­sób.

Octa­vius wziął łyk al­ko­holu i za­krę­cił bu­telkę.

- Daj spo­kój, mó­wię z do­świad­cze­nia.

Con­stan­tine po­krę­cił głową.

- Prze­stań.

Octa­vius po­słał mu zdzi­wione spoj­rze­nie.

- Jak so­bie chcesz. Ty i twoja duma...

Nie było sensu bro­nić ho­noru ob­cej ko­biety, skoro wie­dział, że ni­gdy wię­cej jej nie zo­ba­czy.

Roz­dział 2

Jakże bez­duszny musi być męż­czy­zna, który wy­rzeka się wła­snego dziecka?

Panna Mo­de­sty Fa­ir­child pło­nęła gnie­wem, gdy wy­cho­dziła z do­rożki, mocno przy­tu­la­jąc ma­łego Au­gu­stusa. Nie­mowlę spało spo­koj­nie, nie­świa­dome bez­li­to­snego od­rzu­ce­nia przez ojca.

Po­spiesz­nie prze­szła przez ru­chliwą drogę grun­tową, kie­ru­jąc się w stronę przy­tułku dla ko­biet, a Grace po­dą­żała tuż za nią. Chłodny wrze­śniowy wiatr prze­ni­kał przez jej okry­cie, ale Mo­de­sty się tym nie przej­mo­wała. Z obu­rze­nia było jej wręcz go­rąco. Ob­darte dzieci ulicy prze­my­kały mię­dzy bu­dyn­kami. Mi­nęła ich ja­kaś ko­bieta w zno­szo­nym szalu. Obok prze­szedł też męż­czy­zna z wy­nisz­czoną twa­rzą i pu­stym wzro­kiem.

Książę uosa­biał to, przed czym ostrze­gał ją oj­ciec - ary­sto­kra­tyczną do­sko­na­łość, pod którą kryje się serce z lodu.

Mimo wszystko na jego wi­dok za­parło jej dech w pier­siach. Miał atle­tyczną syl­wetkę, sze­ro­kie ra­miona, szczu­płą ta­lię, wą­skie bio­dra i dłu­gie, mu­sku­larne nogi. Pod zwi­chrzo­nymi przez wiatr ciem­no­brą­zo­wymi wło­sami jego twarz wy­da­wała się wy­jąt­kowo wy­ra­zi­sta - o ostrych ry­sach, kan­cia­stych ko­ściach po­licz­ko­wych i z nie­wiel­kim doł­kiem w moc­nej szczęce. Pod dłu­gimi, ciem­nymi rzę­sami skry­wały się lekko sko­śne, kasz­ta­nowe oczy o głę­bo­kim, prze­ni­kli­wym spoj­rze­niu. Naj­bar­dziej za­ska­ki­wały jed­nak usta, z pełną dolną wargą i ide­al­nym łu­kiem ku­pi­dyna, zu­peł­nie jakby na­tura nie po­tra­fiła do końca wy­brać mię­dzy su­ro­wo­ścią a zmy­sło­wo­ścią.

Jego to­wa­rzysz, książę Ec­cess, oka­zał przy­naj­mniej odro­binę ser­decz­no­ści, spra­wia­jąc do­bre wra­że­nie mimo wy­czu­wal­nej woni wina w od­de­chu. Chciał zo­ba­czyć Au­gu­stusa, za to Pryde po­zo­stał nie­wzru­szony. Uzna­nie dziecka nie­wąt­pli­wie zszar­ga­łoby jego nie­ska­zi­telną re­pu­ta­cję.

Grace otwo­rzyła jej drzwi.

- Co te­raz zro­bisz?

Pro­wa­dzony przez Grace przy­tu­łek dla ubo­gich ko­biet mie­ścił się w du­żym ce­gla­nym bu­dynku daw­nej gar­barni. Brudne okna usy­tu­owano wy­soko, aby wpusz­czały nieco świa­tła. Ochronka znaj­do­wała się w dziel­nicy Whi­te­cha­pel, przy sze­ro­kiej ulicy, gdzie stały ka­mie­nice na­chy­lone ku so­bie ni­czym pi­jani ro­bot­nicy.

Mo­de­sty ob­jęła swoje cenne za­wi­niątko i prze­kro­czyła próg.

- Zro­bię to, czego książę nie po­trafi. Za­opie­kuję się nie­win­nym dziec­kiem, które bar­dziej po­trze­buje mi­ło­ści niż ty­tułu. Naj­pierw mu­szę zna­leźć mamkę.

Gdy wraz z Grace prze­cho­dziły przez główną salę, po­czuła zna­jomy za­pach wil­got­nych mu­rów. Stu­kot jej ni­skich ob­ca­sów od­bi­jał się echem od zim­nej pod­łogi.

- Po­tem ja i tata wy­cho­wamy go tak, jak chcia­łaby Ophe­lia.

Jej wła­sna mama rów­nież zmarła przy po­ro­dzie. Mię­dzy in­nymi dla­tego tak bar­dzo trosz­czyła się o tego uro­czego chłopca, mimo że nie był jej dziec­kiem. Uwiel­biała jego za­darty no­sek, pełne okrą­głe po­liczki, de­li­katne blond wło­ski i przy­po­mi­na­jące wilka zna­mię za uchem.

Drugi z po­wo­dów był nie do po­my­śle­nia...

Na dru­gim końcu du­żego po­miesz­cze­nia ko­biety po­chy­lały się nad sta­rymi sto­łami ro­bo­czymi, te­raz uży­wa­nymi do szy­cia. Na bla­tach le­żały skrawki tka­nin i nici. W du­żym ko­minku na dru­giej ścia­nie umiesz­czono trzy ruszty. Na jed­nym z nich stał ko­cio­łek, w któ­rym bul­go­tał gu­lasz o ko­ją­cym za­pa­chu.

Mo­de­sty po­czuła prze­ciąg, więc przy­tu­liła Au­gu­stusa jesz­cze moc­niej, żeby ochro­nić go przez zim­nym wia­trem. Chłód wdzie­rał się do środka przez szpary w oknach i drzwiach.

- Wiesz - po­wie­działa Grace, idąc obok. - Tak bę­dzie dla niego le­piej. Dasz mu dużo mi­ło­ści. Próżny i pyszny książę nie za­dbałby o niego tak jak ty.

Mo­de­sty przy­po­mniała so­bie, jak ide­alne rysy Pryde'a stę­żały na wi­dok Au­gu­stusa, jak prze­lotny błysk ła­god­no­ści w jego oczach ustą­pił miej­sca lo­do­wa­tej obo­jęt­no­ści.

- Masz ra­cję - od­parła. - Książę ni­gdy by go nie po­ko­chał.

Mi­nęły ko­biety sie­dzące przy sto­łach, za­jęte ro­bót­kami ręcz­nymi, bu­ja­niem nie­mow­ląt, za­ba­wia­niem ma­lu­chów lub po pro­stu ci­chą roz­mową.

Mo­de­sty po­znała Ophe­lię dwa mie­siące wcze­śniej, wła­śnie przy tym stole, gdy ta z tru­dem ła­tała spód­nicę. W ten spo­sób można było za­ro­bić ja­kieś drobne. Była ładna, miała blond włosy i smutne, nie­bie­skie oczy, z któ­rych pły­nęły łzy. Jej mąż zmarł, gdy była w trze­cim mie­siącu ciąży. Po jego śmierci sprze­dano cały jego ma­ją­tek, by spła­cić długi, a Ophe­lia zo­stała bez­domna.

Mo­de­sty i jej oj­ciec przy­jęli Ophe­lię do sie­bie, jak to czę­sto ro­bili z bez­dom­nymi ko­bie­tami w ciąży, a na­wet tymi z przy­tułku. Le­piej było ro­dzić w czy­stym, cie­płym domu niż w zim­nym po­miesz­cze­niu, które mimo wszel­kich sta­rań nie sta­no­wiło naj­lep­szego miej­sca dla no­wo­rod­ków.

Jak to moż­liwe, że sza­no­wana skromna mę­żatka zwią­zała swój los z księ­ciem Pryde? Może Ophe­lia miała dość wiecz­nie pi­ja­nego męża i ży­cia na skraju ubó­stwa, dla­tego ła­two zna­la­zła po­cie­sze­nie w ra­mio­nach przy­stoj­nego, bo­ga­tego i po­tęż­nego męż­czy­zny.

Kiedy jed­nak przed dwoma mie­sią­cami Ophe­lia zwró­ciła się do księ­cia o po­moc, ten bez­li­to­śnie ją od­rzu­cił. Była więc zmu­szona pójść do przy­tułku.

Grace i Mo­de­sty skie­ro­wały się na prawą stronę sali, gdzie wi­siały rzędy za­słon, two­rząc małe, pry­watne prze­strze­nie. W każ­dej z nich umiesz­czono cienki ma­te­rac lub drew­nianą skrzy­nię słu­żącą za ko­ły­skę. Wa­runki były skromne, ale lep­sze od tych, które pa­no­wały na ulicy.

- Mu­sia­łaś spró­bo­wać. - Grace ski­nęła głową ku gru­pie ko­biet, które ze­brały się przy okrą­głym stole i coś pi­sały, pod­czas gdy ich to­wa­rzyszka czy­tała na głos. - Książę jest je­dy­nym krew­nym Au­gu­stusa. Obie­ca­łaś umie­ra­ją­cej matce, że za­dbasz o bez­pie­czeń­stwo jej dziecka, a te­raz za­mie­rzasz zmie­nić dla niego całe swoje ży­cie. Je­steś naj­życz­liw­szą osobą, jaką znam, ale czy bę­dziesz w sta­nie kon­ty­nu­ować swoje ba­da­nia, opie­ku­jąc się nie­mow­lę­ciem?

Na myśl o po­rzu­ce­niu an­ty­kwa­rycz­nych aspi­ra­cji Mo­de­sty zro­biło się smutno. Nie zdoła zo­ba­czyć sta­ro­żyt­nych gro­bow­ców w Egip­cie ani nie od­kryje se­kre­tów po­grze­ba­nych miast Ce­sar­stwa Rzym­skiego. Nie do­kona od­kryć, które mo­głyby zmie­nić ludz­kie wy­obra­że­nie o prze­szło­ści. Od­na­le­zie­nie rzym­skiej willi na te­re­nie go­spo­dar­stwa jed­nego z pa­ra­fian mo­gło sta­no­wić pierw­szy krok na dro­dze do prze­ko­na­nia spo­łe­czeń­stwa, że ko­biety po­winny mieć moż­li­wość pracy w te­re­nie na równi z męż­czy­znami. Nie­stety ma­rze­nia o uzna­niu w świe­cie na­uki i prze­ło­mie w po­strze­ga­niu prze­szło­ści miały po­zo­stać je­dy­nie fan­ta­zjami.

Do­sko­nale pa­mię­tała cy­lin­dryczną, wy­ko­naną z brązu szka­tułkę na bi­żu­te­rię, którą udało się jej wy­ko­pać. Na­stęp­nie od­sło­niła mo­zaiki pod­ło­gowe. Gdy unio­sła skrzy­neczkę na desz­czu, zmył on wierzch­nią war­stwę gleby oraz na­gro­ma­dzony przez wieki brud. Ści­skała zimny, zma­to­wiały od sta­ro­ści me­tal zmar­z­nię­tymi, mo­krymi pal­cami, mru­ga­jąc z po­wodu desz­czu, który sma­gał ją po twa­rzy. Otwo­rzyła wieko i z za­par­tym tchem pa­trzyła na zna­le­zione skarby: srebrne lu­sterko, nie­bie­skie i zie­lone szklane ko­ra­liki, zła­maną kość strzał­kową... i, co naj­bar­dziej in­try­gu­jące, mały rzeź­biony ka­mień, który wcale nie był rzym­ski. Była pewna, że to ar­te­fakt Pik­tów, szkoc­kiego ple­mie­nia!

Zna­le­zi­sko tak ją oszo­ło­miło, że czas jakby sta­nął w miej­scu.

Nie­stety nie za­trzy­mał się on dla cię­żar­nej ko­biety, która cze­kała na nią go­dzinę mar­szu stam­tąd, by wspól­nie wró­cić do domu. Ophe­lia nie ru­szała się z umó­wio­nego miej­sca, ale gdy zmar­zła i prze­mo­kła, zre­zy­gno­wała i sama wró­ciła na ple­ba­nię.

Ani Grace, ani nikt inny nie miał po­ję­cia, że Ophe­lia zmarła z po­wodu roz­tar­gnie­nia Mo­de­sty tam­tego dnia. Jej głu­pie ma­rze­nia sta­no­wiły więc nie­wielką cenę za za­pew­nie­nie dziecku przy­ja­ciółki god­nego ży­cia... to bę­dzie po­kuta, na którą w pełni za­słu­żyła.

- Nie za­mie­rzam pro­wa­dzić ba­dań - od­po­wie­działa, wra­ca­jąc do te­raź­niej­szo­ści. - Twój brat jest na tyle uprzejmy, że bę­dzie kon­ty­nu­ować wy­ko­pa­li­ska.

- I przy­pi­sze so­bie wszel­kie za­sługi? - Grace cmok­nęła. - Ko­cham Geo­rge'a i pra­gnę dla niego wszyst­kiego, co naj­lep­sze, ale... to miej­sce... jest twoje.

Mo­de­sty uwa­żała, że naj­roz­sąd­niej­szym wyj­ściem bę­dzie po­zwo­lić, by to Geo­rge ze­brał całą chwałę, pod­czas gdy ona zaj­mie się tym, co ko­bieta po­winna ro­bić: wspie­ra­niem taty i wy­cho­wy­wa­niem dziecka.

Za­trzy­mały się, a Grace od­su­nęła czę­ściowo za­słonę. Na sło­mia­nym ma­te­racu pod ścianą, oparta o po­duszkę, sie­działa ko­bieta, która ocie­rała oczy chu­s­teczką. Miała na so­bie starą brą­zową su­kienkę z ła­tami. Nie­sforne ko­smyki ster­czały wo­kół zmę­czo­nej twa­rzy.

- Jak się pani czuje, pani Wal­cott? - za­py­tała Grace.

- Wciąż bar­dzo boli, panno Loc­khart - od­parła ko­bieta ze smut­nym uśmie­chem - ale już mi się po­lep­sza. Tak mówi dok­tor Ster­ling.

Za­nim Mo­de­sty zdą­żyła od­po­wie­dzieć, za ich ple­cami roz­le­gły się kroki.

- Ach, panno Fa­ir­child - ode­zwał się mę­ski głos.

Mo­de­sty od­wró­ciła się i zo­ba­czyła Geo­rge'a. Twarz miał pro­mienną, a w ką­ci­kach jego ciem­nych oczu po­ja­wiły się nie­wiel­kie zmarszczki. Cie­szył się, że ją wi­dzi.

- Jak po­szło spo­tka­nie?

Geo­rge był wy­so­kim, szczu­płym męż­czy­zną z ciem­nymi lo­kami w tym sa­mym od­cie­niu co włosy jego sio­stry Grace. Nie­sforne fale oka­lały przy­jemną twarz. Miał na so­bie brą­zowy weł­niany płaszcz, sta­ran­nie ce­ro­wany na łok­ciach, pro­stą lnianą ko­szulę i stare spodnie. Trzy­mał drew­nianą de­skę, na któ­rej umie­ścił ta­lerz i bla­szany ku­bek.

Mo­de­sty od­wza­jem­niła uśmiech. To on roz­bu­dził w niej za­in­te­re­so­wa­nie hi­sto­rią. Kiedy byli dziećmi, po­po­łu­dniami czę­sto opo­wia­dał jej hi­sto­rie o sta­ro­żyt­nych cy­wi­li­za­cjach i za­ko­pa­nych skar­bach. Te­raz oży­wił te wspo­mnie­nia, szu­ka­jąc an­ty­kwa­rycz­nych oka­zów.

- Oba­wiam się, że nie­naj­le­piej, pa­nie Loc­khart - od­parła Mo­de­sty. - Dla­tego mały Au­gu­stus po­trze­buje mamki.

Geo­rge zmarsz­czył brwi.

- Cóż za roz­cza­ro­wa­nie.

- Czy mo­głaby pani kar­mić Au­gu­stusa, pani Wal­cott? - za­py­tała Grace.

Ko­bieta spoj­rzała na za­wi­niątko.

- Ja... eee...

Grace po­de­szła i chwy­ciła dłoń pani Wal­cott.

- Przy­kro mi, utrata wła­snego dziecka to okropne prze­ży­cie.

- Tak, ale... piersi mam pełne mleka... Okrop­nie bolą... Je­śli inne dziecko po­trze­buje matki... choćby tylko do kar­mie­nia... zro­bię to.

Mo­de­sty zbli­żyła się, ko­ły­sząc no­wo­rodka.

- Dzię­kuję. Mój oj­ciec jest pa­sto­rem w She­pherds­brook, pół go­dziny jazdy po­wo­zem stąd. Będę się opie­ko­wać Au­gu­stu­sem. Do tej pory kar­miła go ko­bieta z pa­ra­fii mo­jego ojca, ale to tylko tym­cza­sowe roz­wią­za­nie. Ma już sze­ścioro wła­snych dzieci i nie może ży­wić ko­lej­nego. Mamy nie­wiele, ale damy ci je­dze­nie i bez­pieczny dom.

Ko­bieta ski­nęła głową, wciąż za­pła­kana.

- Co się stało z jego matką?

- Ona... - Wró­ciło bo­le­sne wspo­mnie­nie po­po­łu­dnia sprzed pię­ciu dni, które wszystko zmie­niło. - Do­stała go­rączki, za­nim za­częły się bóle po­ro­dowe. Krótko po po­ro­dzie jej stan się po­gor­szył i... Przed śmier­cią po­pro­siła mnie, że­bym się nim za­opie­ko­wała.

Gdy Ophe­lia umarła, zroz­pa­czona Mo­de­sty przy­szła do przy­tułku, aby się po­ra­dzić. Grace i Geo­rge byli jej naj­bliż­szymi przy­ja­ciółmi, więc wie­działa, że może im ufać.

Mo­de­sty uśmiech­nęła się do pani Wal­cott.

- Wszy­scy bę­dziemy ro­dziną tego dziecka.

- Je­stem bar­dzo wdzięczna za dach nad głową i je­dze­nie - po­wie­działa pani Wal­cott. - Nie mam do­kąd pójść. Mój mąż też nie żyje. Nie mam ni­kogo, na­prawdę.

Mo­de­sty ski­nęła głową i za­mru­gała, by po­wstrzy­mać łzy.

- Ro­zu­miem. Te­raz masz mnie, mo­jego tatę i tego ma­łego chłopca. Ni­gdy nie bę­dziesz sama.

Pani Wal­cott wy­cią­gnęła ręce, by wziąć dziecko, a Mo­de­sty po­dała jej Au­gu­stusa.

Gdy pa­trzyła, jak ko­bieta ko­ły­sze nie­mowlę, po­czuła dużą ulgę.

Wró­ciła my­ślami do głę­bo­kich kasz­ta­no­wych oczu, wy­pro­sto­wa­nych ple­ców i po­są­go­wej twa­rzy - pięk­nej ma­ski, która skry­wała naj­brzyd­szą, naj­bar­dziej sa­mo­lubną osobę, jaką kie­dy­kol­wiek po­znała.

Grace miała ra­cję.

Może od­rzu­ce­nie przez tego nie­czu­łego księ­cia okaże się naj­lep­szą rze­czą, która mo­gła spo­tkać to dziecko. Po­święci mu swoje ży­cie i bę­dzie do­ra­stał w ko­cha­ją­cej ro­dzi­nie, kie­ru­ją­cej się do­brymi za­sa­dami.

Zi­gno­ro­wała ukłu­cie żalu i smutku, które prze­szyło jej serce na myśl o po­rzu­co­nych ma­rze­niach.

Roz­dział 3

Trzy dni póź­niej...

Za­pach mo­krego błota, gni­ją­cych ryb i kwa­śnego roz­kładu mie­szał się z rześ­kim wie­czor­nym po­wie­trzem przy wej­ściu do Eli­zjum. Con­stan­tine po­gła­dził dło­nią szyję ko­nia an­da­lu­zyj­skiego. Je­dwa­bi­sta biała sierść Ikara nie­mal lśniła na tle ciem­no­ści nocy w Whi­te­cha­pel; świa­tło po­chodni ulicz­nych rzu­cało na ko­nia cie­płą, żółtą po­światę. Ogier za­mru­gał du­żymi, wy­ra­zi­stymi oczami, a jego chrapy de­li­kat­nie się roz­sze­rzyły.

- Olśnie­wa­jący okaz.

Książę Enve­igh zer­k­nął na Ikara spod ja­sno­brą­zo­wej grzywki. Srebrne, zdo­bione wę­żo­wym mo­ty­wem gu­ziki jego zie­lo­nego płasz­cza mi­go­tały w świe­tle.

- Nic dziw­nego, że Jego Kró­lew­ska Mość cię nie­na­wi­dzi za to, że go prze­li­cy­to­wa­łeś. Ja też bym cię tro­chę znie­na­wi­dził. Ale czy to roz­sądne przy­jeż­dżać tak cen­nym ko­niem do Whi­te­cha­pel?

Con­stan­tine spoj­rzał na im­po­nu­jący trzy­pię­trowy bu­dy­nek.

- Staj­nie pana Black­more'a są strze­żone ni­czym twier­dza. Nie ma po­wo­dów do obaw.

Tęt­niący ży­ciem za dnia targ przy ulicy Pet­ti­coat te­raz świe­cił pust­kami. Okna ja­rzyły się cie­płym bla­skiem świec. Nad wej­ściem sześć ostro­kąt­nych trój­ką­tów uło­żo­nych w pół­kole two­rzyło sym­bol pro­mieni sło­necz­nych. W mi­to­lo­gii grec­kiej Eli­zjum, Pola Eli­zej­skie, sta­no­wiło wieczny raj dla bo­ha­te­rów i osób cno­tli­wych. Tu­tej­sze Eli­zjum ofe­ro­wało swoim człon­kom inny ro­dzaj uto­pii; miej­sce, w któ­rym mo­gli od­da­wać się swoim żą­dzom bez osądu i kon­se­kwen­cji. Nie było w tym nic cno­tli­wego.

Na­za­jutrz Con­stan­tine miał wró­cić do swo­jej wiej­skiej po­sia­dło­ści. Strach przed szan­ta­żem i sy­tu­acja sprzed trzech dni przy­po­mniały mu, że już naj­wyż­szy czas się oże­nić. Po­sta­no­wił, że przed koń­cem na­stęp­nego se­zonu znaj­dzie żonę o nie­ska­zi­tel­nej re­pu­ta­cji. Nie miało to nic wspól­nego z mi­ło­ścią, gdyż ta była tylko igraszką przy jego am­bi­cjach. Wła­ściwe ko­nek­sje i od­po­wied­nie po­cho­dze­nie żony za­pew­ni­łyby mu jesz­cze wyż­szą po­zy­cję.

Ale wszystko w od­po­wied­nim cza­sie.

W tej chwili po­trze­bo­wał swo­jej ko­chanki Afro­dyty, aby po­mo­gła mu wy­rzu­cić z głowy pannę Fa­ir­child i ma­łego Au­gu­stusa.

- To nie je­dyny po­wód, dla któ­rego Jego Kró­lew­ska Mość żywi do cie­bie urazę.

Ec­cess po­cią­gnął długi łyk ze swo­jej srebr­nej pier­siówki. Jego po­tężna syl­wetka nie­mal za­sło­niła wej­ście do bu­dynku, a rdzawy płaszcz był przy­cia­sny w ra­mio­nach. Po­mimo za­wsze nie­dba­łego wy­glądu miał głowę na karku, a jego wzrok po­zo­sta­wał by­stry i prze­ni­kliwy.

Enve­igh zmru­żył oczy.

- Na pewno wiesz, o co cho­dzi. Je­steś naj­droż­szym przy­ja­cie­lem księ­cia re­genta.

- Je­śli mam być szczery, nie na­zwał­bym się jego przy­ja­cie­lem. - Ec­cess prze­chy­lił głowę, na­pi­na­jąc mię­śnie szyi. - Można po­wie­dzieć, że lu­bimy po­dobne przy­jem­no­ści. Bez wąt­pie­nia je­dze­nie i trunki. Co do jego uczuć do cie­bie, Con­stan­tine, śmiem twier­dzić, że nie mają one aż tak wiele wspól­nego z ko­niem, a znacz­nie wię­cej z twoją cho­lerną dumą.

- Ach - za­śmiał się Enve­igh. - Słynny in­cy­dent w Izbie Lor­dów.

Con­stan­tine za­ci­snął zęby. Re­gent sły­nął z roz­rzut­no­ści, która wpę­dziła go w długi. Jego Kró­lew­ska Mość zwró­cił się do Par­la­mentu o zgodę na roz­sze­rze­nie li­sty upo­sa­żeń, aby w ten spo­sób po­kryć de­fi­cyt. Cho­ciaż Con­stan­tine, jako książę, nie miał prawa głosu w Izbie Gmin, gdzie miała za­paść de­cy­zja, jego ostry sprze­ciw w Izbie Lor­dów wy­wo­łał falę obu­rze­nia w Par­la­men­cie. Dzięki za­ufa­nym so­jusz­ni­kom w Izbie Gmin i umie­jęt­nie na­gło­śnio­nym pu­blicz­nym oświad­cze­niom udało mu się wpły­nąć na człon­ków izby. Dla­tego te­raz re­gent, je­den z naj­po­tęż­niej­szych lu­dzi w An­glii, ży­wił do niego urazę. Jedno jego słowo mo­gło znisz­czyć wszystko, o co Con­stan­tine z tak wiel­kim tru­dem za­bie­gał.

Przy­ja­ciele ro­zu­mieli go jak nikt inny. W ich to­wa­rzy­stwie nie mu­siał dbać o swój nie­na­ganny wi­ze­ru­nek. Od dzie­ciń­stwa wpa­jano mu, że musi być do­sko­nały. We wcze­snej mło­do­ści bar­dzo czę­sto czuł się sa­motny i miał ni­skie po­czu­cie wła­snej war­to­ści. Ro­dzice ogra­ni­czali jego kon­takty tylko do na­uczy­ciela i sa­mych sie­bie, aby za­pew­nić mu ide­alną edu­ka­cję.

Rath, Luhst, Ec­cess, Enve­igh, Ir­re­vrence, For­tyne. Sied­miu Ksią­żąt Grze­chu, któ­rych na­zwi­ska brzmiały jak prze­winy: Rath - gniew, Luhst - roz­pu­sta, Pryde - py­cha, Enve­igh - za­zdrość, Ir­re­ve­rence - próż­niac­two, Ec­cess - prze­syt oraz For­tyne - chci­wość.

I on sam. Pryde.

Przy­ja­ciele, któ­rych nie miał w dzie­ciń­stwie. Znali jego naj­więk­sze wady i ak­cep­to­wali jego se­krety, chro­niąc je jak wła­sne. On także nie ujaw­niał ich ta­jem­nic.

Gdyby za­szła taka po­trzeba, od­dałby ży­cie za każ­dego z nich.

Drzwi Eli­zjum się otwo­rzyły, a w progu sta­nął Thorne Black­more, wła­ści­ciel klubu. Dwóch męż­czyzn, któ­rzy pil­no­wali wej­ścia, ski­nęło mu z sza­cun­kiem gło­wami.

Black­more był wy­so­kim męż­czy­zną z czar­nymi wło­sami i ciem­nymi oczami. Przy­stojny, o wy­ra­zi­stych, ostrych ry­sach twa­rzy, ubie­rał się jak książę i miał ma­niery praw­dzi­wego dżen­tel­mena. Nie na­le­żało się jed­nak su­ge­ro­wać jego po­zor­nym spo­ko­jem; w Lon­dy­nie wie­dziano, że bywa szybki i nie­bez­pieczny.

Ksią­żęta ski­nęli mu gło­wami na po­wi­ta­nie.

- Pa­nie Black­more.

- Wi­tamy, Wa­sze Ksią­żęce Mo­ście - po­wie­dział Black­more. - Klub jak za­wsze stoi przed wami otwo­rem. - Jego wzrok padł na an­da­luza. - Czy to ten ogier, o któ­rym Jego Kró­lew­ska Mość nie prze­staje mó­wić?

Con­stan­tine po­gła­skał Ikara po mu­sku­lar­nym boku.

- Tak jest.

- Za­pro­wa­dzimy ko­nie do stajni.

Black­more ski­nął na swo­jego sta­jen­nego i dwóch ko­lej­nych, któ­rzy wy­ło­nili się zza rogu bu­dynku. Gdy trzej sta­jenni od­pro­wa­dzili ko­nie, Black­more wska­zał ge­stem otwarte drzwi, zza któ­rych są­czyło się de­li­katne złote świa­tło. Do ich noz­drzy do­tarły za­pa­chy wa­ni­lii i wina, a do uszu dźwięki ka­me­ral­nego utworu Haydna.

- Pro­szę. Czeka was noc pełna przy­jem­no­ści.

Męż­czyźni we­szli do du­żego po­miesz­cze­nia z drew­nia­nymi pa­ne­lami ścien­nymi w ele­ganc­kim tur­ku­so­wym ko­lo­rze. Na bal­ko­nie grała or­kie­stra. Za szkłem stało drzewo ma­rula, któ­rego je­dwa­bi­ste li­ście od­bi­jały świa­tło krysz­ta­ło­wych ży­ran­doli. Wo­kół pnia owi­nął się py­ton. Pięt­na­ście ko­biet o naj­róż­niej­szych kształ­tach i ty­pach urody, ubra­nych w zwiewne je­dwa­bie, cze­kało przy okrą­głych sto­łach. W klatce pod ścianą prze­cha­dzała się pan­tera. Wzdłuż ścian cią­gnęły się al­kowy ukryte za ciem­nymi ak­sa­mit­nymi za­sło­nami. Z mie­dzia­nych tac, trzy­ma­nych przez lo­ka­jów, uno­siła się woń pie­czo­nego mięsa, przy­sma­ków i wina.

Wzrok Con­stan­tine'a padł na Afro­dytę, która stała ubrana w suk­nię w ko­lo­rze in­dygo; jego ko­lo­rze. Była piękną ko­bietą o ciem­nych, je­dwa­bi­stych wło­sach i głę­bo­kim spoj­rze­niu. Tego wie­czoru jed­nak po raz pierw­szy w ży­ciu za­pra­gnął in­nej ko­chanki. Naj­chęt­niej ru­do­wło­sej o zie­lo­nych oczach.

- Zo­stań­cie obaj w mo­jej po­sia­dło­ści na se­zon po­lo­wań - za­su­ge­ro­wał Ec­ces­sowi i Enve­ighowi, gdy każdy z nich wziął kie­li­szek wina z tacy lo­kaja. - A je­śli już mowa o po­lo­wa­niu, nie mam na my­śli tylko po­lo­wa­nia na lisy.

- To zna­czy? - za­py­tał Ec­cess.

Con­stan­tine upił łyk.

- Czas zna­leźć so­bie żonę. Chciał­bym w naj­bliż­szych mie­sią­cach od­wie­dzić oko­liczne ro­dziny, żeby na­wią­zać zna­jo­mo­ści. Spo­dzie­wam się, że to uła­twi mi wy­bór kan­dy­datki i roz­po­czę­cie sta­rań o jej rękę w nad­cho­dzą­cym se­zo­nie lon­dyń­skim.

- Stra­ci­li­śmy już Ra­tha i Luh­sta - oznaj­mił Enve­igh. - A te­raz ty?

- W tym ty­go­dniu za­cznę spo­rzą­dzać li­stę kan­dy­da­tek. Po­mo­żesz mi, Ar­chi­bal­dzie?

Enve­igh za­drżał.

- Wy­bacz, ale Octa­vius znacz­nie le­piej orien­tuje się w te­go­rocz­nych de­biu­tant­kach.

Ec­cess za­śmiał się ci­cho.

- Rze­czy­wi­ście. Samo pa­trze­nie to nie­do­ce­niana przy­jem­ność.

Con­stan­tine za­chi­cho­tał.

- Świet­nie. Po­tem omó­wimy moje moż­li­wo­ści, a ty bę­dziesz mi to­wa­rzy­szył pod­czas wi­zyt. Mam na­dzieję, że to mój ostatni raz w Eli­zjum. A te­raz wy­bacz­cie, cze­kają na mnie gdzie in­dziej.

Za­nim jed­nak zdą­żył ru­szyć w stronę Afro­dyty, sta­nął przed nim lo­kaj z li­stem na tacy.

- Wa­sza Ksią­żęca Mość, to do pana. Wła­śnie go do­star­czono.

Con­stan­tine za­mru­gał. Kto oprócz jego służby i ksią­żąt z brac­twa wie­dział, że tu prze­bywa? Wziął list i otwo­rzył go z dziw­nym uczu­ciem nie­po­koju.

Lon­dyn, 27 wrze­śnia 1814 r.

Do Jego Mi­ło­ści księ­cia Pryde

Wa­sza Ksią­żęca Mość,

po­sia­dam list Pań­skiej nie­ży­ją­cej matki. Ten, który do­wo­dzi, że nie jest Pan sy­nem zmar­łego księ­cia Pryde, a ra­czej owo­cem ro­mansu matki ze zwy­kłym ple­ba­nem.

Con­stan­tine prze­rwał czy­ta­nie, z tru­dem ła­piąc od­dech. Ktoś wszedł w po­sia­da­nie li­stu na­pi­sa­nego przez jego matkę. Matka Ophe­lii ukra­dła go kie­dyś jako za­bez­pie­cze­nie, gdy zdała so­bie sprawę, że nosi pod ser­cem dziecko księ­cia. Jego oj­ciec sta­rał się go od­na­leźć od lat.

Za­ci­ska­jąc dło­nie, by po­wstrzy­mać ich drże­nie, czy­tał da­lej.

Przede wszyst­kim wiem jed­nak, że nie­cały ty­dzień temu uro­dził się pra­wo­wity dzie­dzic ty­tułu ksią­żę­cego. Ma na imię Au­gu­stus i jest sy­nem pani Ophe­lii Le­ster, nie­ślub­nej córki zmar­łego księ­cia Pryde.

Zgod­nie z te­sta­men­tem Pań­skiego ojca je­śli ta in­for­ma­cja uj­rzy świa­tło dzienne, straci Pan wszystko - ty­tuł, zie­mie i do­bre imię. Je­żeli jed­nak do­star­czy Pan 1000 fun­tów w bank­no­tach do ta­werny Przy Por­cie i umie­ści je pod trze­cim sto­łem po le­wej stro­nie w ciągu pię­ciu dni, ist­nie­nie li­stu po­zo­sta­nie na­szą ta­jem­nicą.

Je­śli nie spełni Pan mo­jej prośby, prze­każę go Jego Kró­lew­skiej Mo­ści i re­dak­cjom wszyst­kich ga­zet to­wa­rzy­skich.

Naj­po­kor­niej­szy i naj­po­słusz­niej­szy sługa księ­cia

Ano­nim

Świat Con­stan­tine'a za­chwiał się w po­sa­dach. Męż­czy­zna wpa­try­wał się w sta­ranne, wy­ro­bione pi­smo, jakby nie do końca poj­mo­wał jego treść.

Zi­ścił się jego naj­gor­szy kosz­mar.

Ta ko­re­spon­den­cja róż­niła się od wia­do­mo­ści od panny Fa­ir­child. Ten list był rze­czowy, zwię­zły. Bez zbęd­nych słów.

Octa­vius zer­k­nął przy­ja­cie­lowi przez ra­mię.

- Co to jest?

- Mój ko­niec - mruk­nął Con­stan­tine, po czym przy­ja­ciel wy­rwał mu pa­pier z ręki.

- Co się dzieje? - chciał wie­dzieć Enve­igh.

- Ko­lejny list z szan­ta­żem - mruk­nął Ec­cess, prze­bie­ga­jąc wzro­kiem ko­lejne li­nijki.

- Ko­lejny? - spy­tał Enve­igh z po­wagą w gło­sie.

Naj­pierw Lu­ciena szan­ta­żo­wano z po­wodu córki, o któ­rej ist­nie­niu nie wie­dział. Po­tem po­ja­wiła się panna Fa­ir­child z Au­gu­stu­sem. A te­raz to.

Con­stan­tine miał mę­tlik w gło­wie. Zro­biło mu się nie­do­brze.

- Niech to dia­bli... To na pewno panna Fa­ir­child.

- Nie, to nie ru­do­włosa - od­po­wie­dział Octa­vius. - Ona uwie­rzyła, że Au­gu­stus jest twoim dziec­kiem, i my­śli, że Ophe­lia była twoją ko­chanką. - Uniósł list. - Ten ano­nim wie, że Ophe­lia jest nie­ślubną córką two­jego ojca i że uro­dziła Au­gu­stusa.

Krew za­sty­gła Con­stan­tine'owi w ży­łach, gdy przy­po­mniały mu się słowa panny Fa­ir­child. "Przed śmier­cią po­wie­rzyła mi opiekę nad chłop­cem".

- O Boże - mruk­nął, gdy ude­rzyła go okropna myśl. - Ophe­lia nie żyje... przeze mnie.

Obaj przy­ja­ciele spoj­rzeli na niego su­rowo.

- Nie przez cie­bie - rzu­cił Enve­igh. - Co masz wspól­nego z jej śmier­cią?

Con­stan­tine przy­po­mniał so­bie zmę­czoną cię­żarną ko­bietę z ta­kimi sa­mymi nie­bie­skimi oczami i blond wło­sami jak jego ojca. Po­dob­nie jak on miała też wy­datne ko­ści po­licz­kowe i pro­sty rzym­ski nos, prze­ka­zy­wany w ro­dzi­nie Buc­c­le­ighów z po­ko­le­nia na po­ko­le­nie.

Wszystko to, czego jemu bra­ko­wało.

Ophe­lia miała na so­bie do­bre ubra­nie, ale zdą­żyło się ono po­bru­dzić, a jej włosy były w nie­ła­dzie. Naj­wy­raź­niej od dawna nie miała oka­zji ko­rzy­stać z po­mocy słu­żą­cej.

- Przy­szła do mnie nie­dawno. Chcia­łem jej po­móc. Po­wi­nie­nem był. Dał­bym jej dom, służbę, mie­sięczną pen­sję. Ale naj­pierw chcia­łem za­dbać o swoje bez­pie­czeń­stwo. W za­mian za po­moc za­żą­da­łem li­stu, który ukra­dła jej matka.

Li­stu, któ­rym ano­nim go te­raz szan­ta­żo­wał.

Co z nim było nie tak? Czy jego py­cha na­prawdę li­czyła się bar­dziej niż ludz­kie ży­cie? Nie był po­two­rem. Po­wi­nien być dżen­tel­me­nem.

Enve­igh od­chrząk­nął.

- Nie chcę sy­pać soli na twoje rany, ale roz­sąd­nie by­łoby mieć ją bli­sko. Wtedy miał­byś ją i dziecko pod kon­trolą.

Con­stan­tine zwie­sił głowę.

- I wciąż by żyła.

Octa­vius wes­tchnął, a w jego oczach po­ja­wił się smu­tek.

- Nie wiesz tego. Nie­stety wiele ko­biet umiera przy po­ro­dzie, bez względu na to, czy są bo­gate, czy biedne.

- Ale te­raz to panna Fa­ir­child ma dziecko - po­wie­dział Enve­igh - a ty zu­peł­nie stra­ci­łeś wpływ na sy­tu­ację.

- Zga­dza się. Wszyst­kie ty­tuły ksią­żęce są, ści­śle rzecz bio­rąc, da­rami Ko­rony. Je­stem pe­wien, że Jego Kró­lew­ska Mość ni­czego nie pra­gnąłby bar­dziej, niż po­stą­pić zgod­nie z te­sta­men­tem mo­jego ojca, po­zba­wić mnie wszyst­kiego i mia­no­wać Au­gu­stusa ko­lej­nym księ­ciem. Wszystko po to, żeby zro­bić mi na złość.

- A sie­bie mia­no­wać opie­ku­nem chłopca do czasu osią­gnię­cia przez niego peł­no­let­no­ści - do­dał po­nuro Ec­cess. - Cał­ko­wita kon­trola nad ma­jąt­kiem i wpły­wami Pryde'ów.

- To prawda. Mu­szę wziąć Au­gu­stusa pod swoją opiekę, żeby nie stał się bro­nią, którą można by wy­ko­rzy­stać prze­ciwko mnie.

Na samą myśl o hań­bie, cię­ża­rze plo­tek i za­do­wo­lo­nym uśmieszku księ­cia re­genta za­częła go swę­dzieć skóra, a na czoło wy­stą­pił pot.

- Panna Fa­ir­child... - za­czął. - Musi być w to w ja­kiś spo­sób za­mie­szana.

- Spra­wiała wra­że­nie uczci­wej osoby - od­parł nie­prze­ko­nany Ec­cess. - To córka pa­stora.

My­śli Con­stan­tine'a pę­dziły tak szybko, że le­d­wie za nimi na­dą­żał.

- Znała Ophe­lię. Ma dziecko... Dziecko, które za­graża wszyst­kiemu, czym je­stem.

Prze­cze­sał pal­cami włosy.

- Black­more - krzyk­nął. - Ko­nia! Na­tych­miast! Wy­cho­dzę.

Black­more zmarsz­czył brwi i pod­szedł bli­żej.

- Oczy­wi­ście, jak so­bie książę ży­czy. Wszystko w po­rządku?

- Ko­nia - wy­ce­dził Con­stan­tine przez za­ci­śnięte zęby. - Już!

W oczach męż­czy­zny po­ja­wił się nie­bez­pieczny błysk. Black­more zde­cy­do­wa­nie nie lu­bił, gdy nim po­mia­tano. Po­nie­waż jed­nak był lep­szym czło­wie­kiem niż Con­stan­tine, zi­gno­ro­wał obe­lgę i ski­nął głową.

- Na­tych­miast, Wa­sza Ksią­żęca Mość.

- Co ty wy­pra­wiasz? - za­py­tał Octa­vius, gdy Black­more szyb­kim kro­kiem pod­szedł do jed­nego z lo­ka­jów. - Za­cze­kaj, za­sta­nów się. Nie mo­żesz jej po­now­nie oskar­żyć.

Ma ra­cję. Ta myśl prze­mknęła mu przez umysł, ale szybko ją po­rzu­cił. Wie­dział tylko, że dziecko sta­nowi za­gro­że­nie.

Po­sta­no­wił się do­wie­dzieć, czy panna Fa­ir­child jest szan­ta­żystką, i na­tych­miast prze­jąć opiekę nad dziec­kiem.

- To nie może być przy­pa­dek, że otrzy­ma­łem ten list za­raz po tym, jak za­prze­czy­łem sło­wom panny Fa­ir­child. Nie do­stała ode mnie tego, czego chciała, więc te­raz ona lub jej wspól­nicy twier­dzą, że mają list mo­jej matki. To musi być część jej planu!

Ec­cess zmru­żył oczy.

- Czy to w ogóle ten sam cha­rak­ter pi­sma?

- Nie ob­cho­dzi mnie to. - Ru­szył w stronę drzwi. - Trzeba się za­jąć panną Fa­ir­child. I to szybko.

Roz­dział 4

Pół go­dziny póź­niej Con­stan­tine za­trzy­mał Ikara przed ple­ba­nią w She­pherds­brook. Skromny ce­glany dom stał w cie­niu Ko­ścioła Wszyst­kich Świę­tych, a w jed­nym z okien mi­go­tało świa­tło po­je­dyn­czej świecy. Ec­cess, który uparł się, że przy­je­dzie ra­zem z Pryde'em, za­trzy­mał ko­nia i po­wie­dział:

- Prze­myśl to. Bądź roz­sądny.

Ale Con­stan­tine wzru­szył ra­mio­nami. Był roz­sądny. Miał ra­cję, jak za­wsze. I nie za­mie­rzał po­zwo­lić, by kto­kol­wiek za­jął jego miej­sce. Strach i fu­ria wal­czyły w nim ze sobą jak dwa wilki, a klatka, w któ­rej z tru­dem je utrzy­my­wał, ustę­po­wała pod ich na­po­rem. Wie­dział, że musi za­że­gnać nie­bez­pie­czeń­stwo i że na­wet je­den z jego naj­bliż­szych przy­ja­ciół nie może sta­nąć mu na dro­dze.

- Zo­stań na ze­wnątrz, je­śli chcesz - po­wie­dział, tłu­miąc wszel­kie emo­cje, by za­cho­wać spo­kój.

Con­stan­tine zsiadł z ko­nia i ru­szył w stronę pro­stych drzwi, wi­szą­cych luźno na za­wia­sach. Po od­gło­sie cięż­kich kro­ków po­znał, że Octa­vius idzie za nim. Za­pu­kał, a Ec­cess za­trzy­mał się po jego pra­wej stro­nie.

Nie pa­trząc na przy­ja­ciela, Con­stan­tine po­wie­dział:

- Je­śli zde­cy­du­jesz się zo­stać, nie chcę sły­szeć ani słowa o roz­wa­dze. Je­stem roz­ważny.

- Oczy­wi­ście, że je­steś - od­parł ci­cho Octa­vius. - Wa­le­nie w drzwi mło­dej ko­biety nocą, żeby na nią na­krzy­czeć, to kwin­te­sen­cja roz­sądku.

Za drzwiami roz­le­gło się szu­ra­nie. Otwo­rzyła im panna Fa­ir­child, sto­jąca te­raz w pół­mroku wą­skiego ko­ry­ta­rza. Jej ciemne, ja­de­itowe oczy pa­trzyły na nich spod pod­krę­co­nych rzęs.

Con­stan­tine po­my­ślał, że nie po­wi­nien zwra­cać uwagi na jej rzęsy.

- Książę? - Mru­gnęła ze zdzi­wie­niem. I pan... - do­dała, pa­trząc na Octa­viusa.

- Panno Fa­ir­child. - Con­stan­tine skło­nił się ener­gicz­nie.

Octa­vius zro­bił to samo.

Za­wa­hała się, po czym lekko dy­gnęła.

Miała na so­bie pro­stą, ciem­no­zie­loną weł­nianą su­kienkę i biały far­tuch. Włosy upięła z tyłu głowy w cia­sny kok, z któ­rego wy­my­kało się kilka lo­ków opa­da­ją­cych na twarz. Czuł, że nie po­wi­nien pa­trzeć na jej włosy, twarz ani su­kienkę.

Wy­da­wała się taka nie­winna, taka czy­sta... Czy córka pa­stora rze­czy­wi­ście okaże się szan­ta­żystką? Dziwne ukłu­cie w piersi nie po­mo­gło mu od­zy­skać pew­no­ści sie­bie.

Po­czuł też nie­po­kój, dla­tego za­miast po­słu­chać głosu roz­sądku, za­py­tał:

- Dla­czego otwiera pani drzwi sama o tej po­rze?

Za­brzmiało to ob­ce­sowo. Zmarsz­czyła brwi.

- Pro­szę mi wy­ba­czyć, ale nie mamy ka­mer­dy­nera, jak bo­gaci lor­do­wie z May­fair.

Od­chrząk­nął. Ri­po­sta była celna, a on spoj­rzał na Ec­cessa, któ­rego mina mó­wiła: "Ma ra­cję".

Przy­szło mu do głowy, że nie po­wi­nien trosz­czyć się o do­bro ko­biety, która praw­do­po­dob­nie go szan­ta­żuje.

- Czy pani ojca nie ma w domu?

- Nie. Jest z pa­ra­fianką na ostat­nim na­masz­cze­niu.

- Do­brze. Tym le­piej. Przejdę od razu do rze­czy. Nie dam się szan­ta­żo­wać, panno Fa­ir­child.

Przez chwilę pa­trzyła w osłu­pie­niu to na niego, to na Octa­viusa.

- Chyba nie mówi pan po­waż­nie.

Ec­cess na­chy­lił się nieco ku niej.

- Pro­szę wy­ba­czyć, że się wtrą­cam, ale czy nie by­łoby le­piej po­roz­ma­wiać o tak de­li­kat­nych spra­wach w środku? Je­śli to nie pro­blem.

W głębi domu roz­legł się płacz dziecka, a panna Fa­ir­child zer­k­nęła przez ra­mię na ciemny ko­ry­tarz.

- Ma­cie tu­pet. - Rzu­ciła mu gniewne spoj­rze­nie. - Przy­cho­dzić do mo­jego domu, oskar­żać mnie o szan­taż... a po tym wszyst­kim jesz­cze ocze­ki­wać za­pro­sze­nia?

- Żeby było ja­sne - Octa­vius przy­ci­snął dużą dłoń do swo­jej wiel­kiej piersi - ja pani o nic nie oskar­żam.

Płacz dziecka sta­wał się co­raz gło­śniej­szy.

- Panno Fa­ir­child! - krzyk­nął ko­biecy głos. - Pro­szę przy­nieść tro­chę ma­te­riału na pie­lu­chy dla ma­luszka, do­brze?

Usta panny Fa­ir­child wy­krzy­wił gry­mas tłu­mio­nego gniewu.

- Do­brze. Pro­szę.

Od­wró­ciła się, prze­szła kilka kro­ków, po czym otwo­rzyła szu­fladę i wy­jęła czy­stą mu­śli­nową tka­ninę.

- Po­sta­raj się my­śleć trzeźwo, Pryde - mruk­nął Ec­cess. - Nie masz żad­nego do­wodu, że to ona cię szan­ta­żuje.

Usta Con­stan­tine'a drgnęły.

- Nie mam też żad­nego do­wodu, że tego nie robi.

Po­dą­żył ko­ry­ta­rzem za jej szczu­płą syl­wetką.

- Wiem, co ro­bię - po­wie­dział ci­cho, gdy prze­cho­dzili mię­dzy po­bie­lo­nymi ścia­nami, na któ­rych wi­siały małe święte ob­razki. - Na­wet je­śli nie wy­słała dziś li­stu, znała Ophe­lię. A przede wszyst­kim ma Au­gu­stusa.

Panna Fa­ir­child za­pro­wa­dziła ich do skrom­nego sa­lonu, który peł­nił rów­nież funk­cję ja­dalni. Po­miesz­cze­nie to nie było więk­sze niż gar­de­roba Con­stan­tine'a w po­sia­dło­ści Pryde'a. Nad ko­min­kiem wi­siał rzeź­biony kru­cy­fiks, a ściany zdo­biły ry­ciny o te­ma­tyce re­li­gij­nej oraz pełne ksią­żek re­gały. Wy­tarta sofa i dwa fo­tele stały do­koła drew­nia­nej ko­ły­ski, w któ­rej le­żał Au­gu­stus, ma­cha­jąc pod­czas pła­czu drob­nymi rącz­kami i nóż­kami. Ko­bieta ubrana jesz­cze skrom­niej niż panna Fa­ir­child po­chy­lała się nad jego łó­żecz­kiem, prze­ma­wia­jąc do niego ła­god­nie.

Panna Fa­ir­child po­dała ko­bie­cie tka­ninę. Tamta szybko prze­wi­nęła dziecko, a na­stęp­nie cia­sno je owi­nęła. Panna Fa­ir­child wzięła chłopca, aby go uko­ły­sać i uspo­koić. W bla­sku świecy jej oczy wy­da­wały się ciem­no­zie­lone i pło­nęły gnie­wem. Na po­licz­kach roz­lał się do­da­jący jej uroku ru­mie­niec.

- To pani Wal­cott - po­wie­działa panna Fa­ir­child. - Mamka Au­gu­stusa. Wszystko, co ma pan do po­wie­dze­nia, pro­szę po­wie­dzieć przy niej. Nie mam nic do ukry­cia.

Opie­kunka dy­gnęła.

Wzrok księ­cia Pryde po­wę­dro­wał ku ma­łemu mu­śli­no­wemu za­wi­niątku, ku ły­sej gło­wie pod ko­ron­ko­wym czep­kiem, ku ma­leń­kim uszom. Ści­snęło go w żo­łądku.

To dziecko było pra­wo­wi­tym dzie­dzi­cem jego ojca.

Wście­kał się na swoją bez­rad­ność. Od­kąd w wieku dzie­się­ciu lat po­znał prawdę o swoim po­cho­dze­niu, pró­bo­wał zma­zać skazę nie­pra­wego po­cho­dze­nia nie­na­gan­nym za­cho­wa­niem; zu­peł­nie jakby by­cie naj­bar­dziej ho­no­ro­wym księ­ciem An­glii mo­gło w ja­kiś spo­sób za­trzeć fakt by­cia bę­kar­tem.

To dziecko na­to­miast nie mu­siało się sta­rać. Miało prawo do wszyst­kiego, co po­sia­dał Pryde, po pro­stu dla­tego, że ist­niało.

Tak czy ina­czej, Au­gu­stus po­zo­sta­wał człon­kiem jego ro­dziny i w niej po­wi­nien do­ra­stać. Mimo że Con­stan­tine dwu­krot­nie go od­rzu­cił - raz, gdy Ophe­lia zwró­ciła się do niego o po­moc, i drugi raz trzy dni temu - czuł, że musi za­ak­cep­to­wać to dziecko. Dzięki temu, nie­za­leż­nie od tego, czy panna Fa­ir­child jest szan­ta­żystką, czy nie, za­po­bie­gnie wy­ko­rzy­sta­niu chłopca prze­ciwko niemu.

- Czy w księ­dze pa­ra­fial­nej znaj­duje się wpis o na­ro­dzi­nach dziecka? - za­py­tał.

- Oczy­wi­ście - od­po­wie­działa panna Fa­ir­child. - Au­gu­stus uro­dził się w tym domu, a mój oj­ciec zro­bił wszystko jak na­leży.

- Pod ja­kim na­zwi­skiem zo­stał za­pi­sany?

- Papa i ja by­li­śmy zmu­szeni nadać mu na­zwi­sko Le­ster, za­nim usta­li­li­śmy, gdzie się Wa­sza Ksią­żęca Mość znaj­duje. Jego matką jest pani Ophe­lia Le­ster. Na­zywa się Au­gu­stus Le­ster, syn pana Johna Le­stera, zmar­łego męża Ophe­lii. Ale za­nim umarła, po­wie­działa, że jest pań­ski.

Nie mógł so­bie wy­obra­zić, ja­kich słów użyła umie­ra­jąca ko­bieta, że panna Fa­ir­child uwie­rzyła, że Au­gu­stus jest jego sy­nem. Tak czy ina­czej, Ophe­lia chciała, aby za­jął się dziec­kiem. A on, jak się wła­śnie oka­zało, pra­gnął tego sa­mego.

W końcu zro­zu­miał swój błąd. Pew­nie po­trze­bo­wał czasu, by za­cząć trzeźwo my­śleć. Może stało się to dzięki po­now­nemu spo­tka­niu z panną Fa­ir­child.

Gdyby to ona go szan­ta­żo­wała, chcia­łaby za­trzy­mać Au­gu­stusa przy so­bie. Bo kto­kol­wiek spra­wo­wał opiekę nad dziec­kiem, spra­wo­wał rów­nież kon­trolę nad ty­tu­łem i ma­jąt­kiem.

Za­ci­snął zęby. Mógł się my­lić co do jej in­ten­cji. Jej list brzmiał groź­niej, niż po­wi­nien, ale być może to jego wła­sny strach skło­nił go do wy­cią­gnię­cia po­chop­nych wnio­sków. Pod­pi­sała się jako "osoba życz­liwa", pod­czas gdy dzi­siej­szy list pod­pi­sano "ano­nim".

Myśl, że nie jest tak podła, by wy­ko­rzy­stać dziecko w celu szan­ta­żo­wa­nia go, spra­wiła mu nie­mal fi­zyczną ulgę.

Tylko jak mógłby się upew­nić, czy nie wie nic o jego praw­dzi­wym po­cho­dze­niu, nie zdra­dza­jąc zbyt wiele?

- Jak po­znała pani Ophe­lię? - za­py­tał.

- Prze­by­wała u nas przez dwa mie­siące. Sta­ły­śmy się za­ufa­nymi przy­ja­ciół­kami.

Jak bar­dzo za­ufa­nymi?

- Czy po­wie­działa pani coś... o swoim ojcu?

- Nie­wiele. Dla­czego pan pyta?

- I o waż­nym li­ście, który miała jej matka? - kon­ty­nu­ował, igno­ru­jąc jej py­ta­nie.

Panna Fa­ir­child po­krę­ciła głową, marsz­cząc brwi.

- Nie przy­po­mi­nam so­bie. Ja­kim li­ście?

Nie mógł po­wie­dzieć nic wię­cej. Albo była mi­strzy­nią oszu­stwa, albo na­prawdę nic nie wie­działa. Za­da­jąc ko­lejne py­ta­nia, mógłby wy­ja­wić wię­cej za dużo. Cho­ciaż jej oczy pło­nęły fu­rią, nie zdra­dzały ani po­czu­cia winy, ani złych in­ten­cji.

Był już nie­mal pe­wien, że dziew­czyna nie ma nic wspól­nego z szan­ta­żem. Bez względu jed­nak na oko­licz­no­ści jego główną tro­ską było te­raz prze­ję­cie opieki nad Au­gu­stu­sem.

Od­chrząk­nął.

- Do­brze, panno Fa­ir­child. Chciała pani, że­bym za­brał nie­mowlę. Uczy­nię to. Może mi je pani po pro­stu od­dać.

Na twa­rzy panny Fa­ir­child wście­kłość ustą­piła miej­sca zdu­mie­niu.

- Słu­cham?

- Za­biorę Au­gu­stusa. Czy nie tego żą­dała pani ode mnie nie da­lej niż trzy dni temu?

- Ja... No... Tak, ale...

- Ale co?

Przy­tu­liła dziecko moc­niej do piersi.

- Pro­szę mi wy­ba­czyć, ale nie znam pana.

- To nie po­winno mieć zna­cze­nia.

- To je­dyne, co się li­czy. Wiem, że Ophe­lia przy­szła do pana, biedna, bez­domna i sa­motna, żeby po­pro­sić o po­moc, i spo­tkała się z od­mową, mu­siała wró­cić na ulicę. A te­raz ode­szła na za­wsze, biedny Au­gu­stus zo­stał bez matki. Mia­łam na­dzieję, że okaże się pan czło­wie­kiem ho­noru, od­po­ku­tuje swoje grze­chy. A jed­nak od­rzu­cił pan bez­bron­nego no­wo­rodka, oskar­żył mnie o kłam­stwo i szan­taż. Być może ma pan po­tężne wpływy, ale to ja po­no­szę od­po­wie­dzial­ność za Au­gu­stusa, gdyż po­wie­rzyła mi go jego matka. I wąt­pię, że za­pewni mu pan od­po­wied­nią opiekę.

Jakże szcze­gó­łowa li­sta jego prze­wi­nień. Po­czu­cie winy i strach ści­skały go w żo­łądku, gdy panna Fa­ir­child pa­trzyła na niego z nie­sma­kiem. Miała ra­cję, po­tę­pia­jąc go. Od­po­wia­dał za śmierć Ophe­lii. Musi przy­naj­mniej po­stą­pić wła­ści­wie wo­bec jej dziecka.

- Ni­gdy nie po­wi­nie­nem był od­rzu­cić pani prośby - po­wie­dział. - Uświa­do­mi­łem so­bie, że chcę go przy­jąć i wy­cho­wać.

Po­krę­ciła głową.

- Pro­szę mi wy­ba­czyć, ale nie wie­rzę w tak na­głą zmianę zda­nia. Czemu nie przy­zna pan, że to z po­wodu po­ten­cjal­nego skan­dalu? Czy nie tego się pan oba­wia?

Po­czuł na­pię­cie w bar­kach. Zga­dza się, skan­dal. Afera przy­cią­gnie uwagę. Lu­dzie będą za­da­wać nie­wy­godne py­ta­nia.

- Mu­szę chro­nić swoją re­pu­ta­cję, jak wszy­scy inni. Prawda, panno Fa­ir­child?

- Dla mnie re­pu­ta­cja rów­nież jest ważna. Ale ni­gdy nie bę­dzie dla mnie waż­niej­sza niż do­bro dziecka.

Tak jak w jego przy­padku.

Po­my­ślał, że dziew­czyna szcze­rze go nie­na­wi­dzi, uważa za nik­czem­nego. A jed­nak za­wsze tak bar­dzo sta­rał się być czło­wie­kiem ho­noru, za­wsze sta­rał się po­stę­po­wać wła­ści­wie.

Klatka pier­siowa panny Fa­ir­child gwał­tow­nie uno­siła się i opa­dała.

- Zdro­wie i szczę­ście Au­gu­stusa są dla mnie naj­waż­niej­sze. Nie po­zwolę ni­komu go za­brać, zwłasz­cza ko­muś, komu nie ufam.

Po­czuł ucisk w żo­łądku. Za­słu­żył na to. Gdyby nie od­pra­wił jej tak szybko w ko­ściele, gdyby nie po­sta­wił dumy na pierw­szym miej­scu, mógłby się do­wie­dzieć, co się stało i czyim sy­nem jest Au­gu­stus. I chło­piec byłby pod jego opieką.

A te­raz... te­raz może stra­cić wszystko. A każdy łaj­dak, zwłasz­cza szan­ta­ży­sta, bę­dzie mógł do­paść spad­ko­biercę jego ojca i wtedy...

Było jesz­cze jedno roz­wią­za­nie, które po­mo­głoby mu oca­lić swoją po­zy­cję i za­cho­wać ty­tuł.

Je­śli panna Fa­ir­child nie zrzek­nie się Au­gu­stusa... to trzeba ich uznać za nie­ro­ze­rwalną ca­łość.

- Panno Fa­ir­child, je­śli nie zgo­dzi się pani od­dać mi dziecka, nie po­zo­sta­nie mi nic in­nego, jak tylko po­pro­sić pa­nią o rękę.

Zmarsz­czyła brwi i za­mru­gała kilka razy, a jej twarz zła­god­niała.

Ec­cess sta­nął po­mię­dzy przy­ja­cie­lem a panną Fa­ir­child.

- Zwa­rio­wa­łeś, Con­stan­tine? - Zni­żył głos. - To ja je­stem pi­jany, a jed­nak z nas dwóch to ty za­cho­wu­jesz się lek­ko­myśl­nie.

Pryde wy­mi­nął go i znów sta­nął nie­mal oko w oko z panną Fa­ir­child. Rysy jej twa­rzy wy­da­wały się jesz­cze ła­god­niej­sze w mi­go­czą­cym świe­tle świec. Była na tyle wy­soka, by móc spoj­rzeć mu pro­sto w oczy, za­miast pa­trzeć na niego z dołu, jak więk­szość ko­biet. Wi­dok ten wzbu­dził w nim dziwny żar. Kiedy wy­obra­ził so­bie ją jako swoją żonę, ogień w jego ży­łach roz­go­rzał z nową siłą

Po­sta­no­wił zi­gno­ro­wać to uczu­cie. Nie mógł so­bie po­zwo­lić na roz­pro­sze­nie uwagi. Jego cel był zbyt ważny.

Z po­wodu stra­chu nie­wła­ści­wie do­bie­rał słowa, a ta część jego oso­bo­wo­ści, która ocza­ro­wy­wała ko­biety, ze­szła na drugi plan.

Za­miast tego stał się bru­ta­lem, chro­nią­cym się przed po­ten­cjal­nym za­gro­że­niem.

- Zdaję so­bie sprawę, że że­niąc się z córką pa­stora, do­ko­nam wy­boru nie­wła­ści­wego dla mo­jej po­zy­cji, ale je­śli to je­dyny spo­sób, by przy­jąć Au­gu­stusa do mo­jej ro­dziny, mu­szę to zro­bić.

Iro­nia losu po­le­gała na tym, że sam był dziec­kiem du­chow­nego. Ta myśl jesz­cze bar­dziej go zi­ry­to­wała.

- Con­stan­tine! - krzyk­nął Ec­cess. - Za­sta­nów się, co mó­wisz!

Było już za późno. Zło­żył ofertę i ogrom­nie ura­ził pannę Fa­ir­child. Do­strzegł ból i upo­ko­rze­nie w jej oczach, dla­tego na­tych­miast po­ża­ło­wał swo­ich słów. Ale te­raz ist­niała tylko jedna droga.

- Chciał­bym ofia­ro­wać Au­gu­stu­sowi dom i opiekę - po­wie­dział. - Dla­tego chciał­bym, żeby zo­stała pani moją żoną.

- Bez względu na to, jak kiep­ską par­tią je­stem dla księ­cia? - za­py­tała, a jej głos drżał z wście­kło­ści.

Wy­bór był pro­sty: po­ślubi ko­goś o niż­szym sta­tu­sie albo za­ry­zy­kuje utratę wszyst­kiego. Je­śli panna Fa­ir­child zo­sta­łaby jego żoną, mógłby spło­dzić dzie­dzica, umac­nia­jąc swoją po­zy­cję. Na­wet gdyby prawda o jego po­cho­dze­niu wy­szła na jaw, re­gent byłby mniej skłonny prze­rwać cią­głość rodu o tak dłu­giej tra­dy­cji.

Poza tym dzie­dzic po­zwo­liłby mu ku­pić tro­chę czasu; wszel­kie po­stę­po­wa­nia są­dowe trwa­łyby dłu­żej, po­nie­waż sądy mu­sia­łyby wziąć pod uwagę rów­nież przy­szłość dziecka.

Panna Fa­ir­child zmru­żyła oczy.

- Ko­lejna zmiana zda­nia, Wa­sza Ksią­żęca Mość? Jaki czło­wiek tak za­cie­kle broni swo­jej re­pu­ta­cji, że jest go­tów po­ślu­bić do­mnie­maną szan­ta­żystkę?

Ec­cess pod­szedł bli­żej. Wy­glą­dał na zu­peł­nie trzeź­wego.

- Con­stan­tine, na pewno ist­nieje ja­kiś spo­sób. Mał­żeń­stwo jest na całe ży­cie. Nie znasz tej ko­biety. A co z li­stą kan­dy­da­tek, wi­zy­tami u ro­dzin, za­bie­ga­niem o od­po­wied­nie de­biu­tantki? Twój po­chopny ślub z ko­bietą z dziec­kiem bę­dzie ogrom­nym skan­da­lem.

Con­stan­tine gwał­tow­nie wcią­gnął po­wie­trze, go­rącz­kowo roz­wa­ża­jąc wszyst­kie za i prze­ciw. Do­póki kwe­stia szan­tażu nie zo­sta­nie roz­wią­zana, choćby cień skan­dalu bę­dzie szcze­gól­nie nie­bez­pieczny.

- Masz ra­cję, Octa­viu­sie. Ogło­szę, że Au­gu­stus jest dziec­kiem zmar­łego ku­zyna lub przy­ja­ciela ro­dziny. Chło­piec zo­sta­nie wy­cho­wany jako mój pod­opieczny. Panna Fa­ir­child jest tym­cza­sową opie­kunką dziecka, wy­zna­czoną przez zmar­łych ro­dzi­ców. Swoje po­chopne mał­żeń­stwo wy­tłu­ma­czymy...

Ja­kie wy­tłu­ma­cze­nie zdo­ła­łoby ura­to­wać jego re­pu­ta­cję? Lu­dzie nie mo­gli po­my­śleć, że po­ślu­bia pannę Fa­ir­child, bo spło­dził z nią dziecko. Nie chciał stra­cić sza­cunku in­nych. A choć sta­tus dziew­czyny był dużo niż­szy, z pew­no­ścią po­cho­dziła z po­rząd­nej ro­dziny. Jej oj­ciec miał opi­nię do­brego pa­stora, który bar­dzo sta­now­czo sprze­ci­wia się grze­chowi.

- To bę­dzie mu­siała być mi­łość. Wy­znam pani swoje na­głe i szczere uczu­cie, panno Fa­ir­child. Bę­dziemy mu­sieli za­cho­wy­wać się tak, jak­by­śmy byli w so­bie bez pa­mięci za­ko­chani. Oba­wiam się, że ko­nieczne będą pewne po­świę­ce­nia.

Panna Fa­ir­child otwo­rzyła oczy tak sze­roko, że wy­stra­szył się, że każe mu odejść i ni­gdy wię­cej tu nie wra­cać.

- Nie wiem, jak można na­zy­wać pana dżen­tel­me­nem, Wa­sza Mi­łość. Nie wy­obra­żam so­bie bar­dziej ob­raź­li­wej pro­po­zy­cji.

Jej po­liczki pło­nęły, a w ciem­nych oczach ma­lo­wała się wście­kłość.

Con­stan­tine wpa­try­wał się w młodą ko­bietę, cze­ka­jąc na od­po­wiedź. Nie po­zna­wał sa­mego sie­bie. On, któ­rego w to­wa­rzy­stwie uzna­wano za czło­wieka o nie­ska­zi­tel­nym ho­no­rze, dzie­dzica jed­nego z naj­star­szych i naj­bar­dziej sza­no­wa­nych an­giel­skich ro­dów, za­cho­wy­wał się jak głu­piec.

Au­gu­stus pi­snął, a panna Fa­ir­child spoj­rzała na niego z czu­ło­ścią. Jej oczy na­peł­niły się łzami, gdy de­li­kat­nie ko­ły­sała dziecko w ra­mio­nach, a ono uci­chło.

- Z ca­łego serca pra­gnę od­mó­wić - syk­nęła.

Ktoś o jej po­zy­cji od­rzuca oświad­czyny księ­cia? Bo­gac­two, bez­pie­czeń­stwo, sta­tus i po­dziw? Jej dzieci by­łyby szla­chet­nie uro­dzone. Ona by­łaby księżną. Kto wzgar­dziłby taką pro­po­zy­cją? Jej od­mowa ubo­dła go bar­dziej, niż mógłby so­bie wy­obra­zić. Miała jed­nak ra­cję. Nie za­cho­wał się jak książę, jak męż­czy­zna, któ­rego kto­kol­wiek chciałby po­ślu­bić.

Wzięła głę­boki wdech i wy­pu­ściła po­wie­trze.

- Ale obie­ca­łam Ophe­lii, że zajmę się tym dziec­kiem, i do­trzy­mam słowa. Wiem, że wy­cho­wy­wa­nie się u bo­ga­tego i wpły­wo­wego ojca bę­dzie dla niego lep­sze niż po­zo­sta­nie tu­taj. Bę­dzie miał naj­lep­szych na­uczy­cieli, wy­kształ­ce­nie w Oks­for­dzie, zna­jo­mo­ści w to­wa­rzy­stwie i moż­li­wo­ści, któ­rych ja ni­gdy nie będę w sta­nie mu za­pew­nić. Ale nie mogę po pro­stu od­dać go ko­muś, komu na­prawdę nie leży na sercu jego do­bro. Dla­tego bez względu na to, jak wielką nie­chęć czuję do pana i pań­skich oświad­czyn... nie za­znam spo­koju, je­śli nie zro­bię tego, co naj­lep­sze dla Au­gu­stusa.

Za­szlo­chała i wes­tchnęła.

- Więc... tak. Wyjdę za pana. Ale chcia­ła­bym, żeby wie­dział pan jedno. Ro­bię to tylko dla Au­gu­stusa. Pu­blicz­nie będę od­gry­wać rolę ko­cha­ją­cej żony, ale w rze­czy­wi­sto­ści ni­gdy nie zdo­bę­dzie pan mo­jego serca ani sza­cunku.

Roz­dział 5

Na­stęp­nego dnia...

Mo­de­sty była zła na sie­bie, że wręcz za­parło jej dech w pier­siach, gdy pa­trzyła na zbli­ża­ją­cego się Pryde'a. Jego biały ogier z tę­ten­tem mi­nął znisz­czony mur ko­ścioła, roz­rzu­ca­jąc ko­py­tami opa­dłe li­ście, a na­stęp­nie ru­szył krętą, żwi­rową ścieżką w stronę ple­ba­nii. Książę sie­dział wy­pro­sto­wany, w dło­niach pew­nie trzy­mał wo­dze, a po­tężne mię­śnie jego dłu­gich nóg na­pi­nały się pod spodniami, z ła­two­ścią pa­nu­jąc nad zwie­rzę­ciem. Wiatr mierz­wił brą­zowe włosy męż­czy­zny, ła­go­dząc su­rowe rysy twa­rzy. Po­liczki za­ru­mie­niły się od po­ran­nego chłodu, a jego ciemne oczy lśniły, gdy na nią pa­trzył. Na tle gra­fi­to­wego nieba i je­sien­nych barw w swoim in­dygo płasz­czu do jazdy kon­nej ro­bił nie­zwy­kłe wra­że­nie.

Miała ochotę po­tar­gać te ide­alne włosy, po­cią­gnąć za jego per­fek­cyjny halsz­tuk, po­gnieść ten nie­ska­zi­telny płaszcz; zro­bić co­kol­wiek, by­leby tylko znisz­czyć tę wy­po­le­ro­waną fa­sadę. Za­ci­snęła dło­nie, gdy książę zsiadł z ko­nia i przy­wią­zał go do po­bli­skiego drzewa. Czy można jed­no­cze­śnie czuć skrajną iry­ta­cję i dziwne ła­sko­ta­nie w brzu­chu? Na­wet tata wy­mru­czał coś pod no­sem, pa­trząc na zbli­ża­ją­cego się księ­cia.

Wy­soki, ele­gancki i pe­łen wdzięku, sta­nął przed nimi i ukło­nił się, do­ty­ka­jąc cy­lin­dra. Spra­wiał wra­że­nie zim­nego. Jakby pod nie­na­ganną po­wierz­chow­no­ścią nie kryło się nic poza aro­ganc­kim i bez­dusz­nym czło­wie­kiem, dba­ją­cym je­dy­nie o swój wi­ze­ru­nek. Za­pach wil­got­nej ziemi i roz­kła­da­ją­cej się ro­ślin­no­ści mie­szał się z ber­ga­mo­tową wo­nią wody ko­loń­skiej. Mo­de­sty po­czuła, że ma gę­sią skórkę.

- Wa­sza Ksią­żęca Mość - po­wie­dział po­nuro jej oj­ciec. - Pań­skie oświad­czyny były dla nas ogrom­nym za­sko­cze­niem.

Pro­po­zy­cja księ­cia wpra­wiła pa­stora w osłu­pie­nie i by­naj­mniej go nie ucie­szyła. Zgo­dził się jed­nak z Mo­de­sty, że przy­szłość dziecka musi po­zo­stać na pierw­szym miej­scu. Tak wła­śnie wy­cho­wał córkę, by po­stę­po­wała słusz­nie, bez względu na cenę, jaką bę­dzie mu­siała za to za­pła­cić.

- Bar­dzo mi przy­kro z tego po­wodu, pa­nie Fa­ir­child - od­po­wie­dział książę, uprzej­mie ki­wa­jąc głową. - Mam na­dzieję, że ro­zu­mie pan oko­licz­no­ści.

Pa­stor nie­chęt­nie przy­tak­nął.

- Nie ma nic waż­niej­szego niż ma­leń­stwo, które stra­ciło matkę. Przy­naj­mniej wciąż ma ojca. I oczy­wi­ście Mo­de­sty.

Gdy wzrok Pryde'a spo­czął na dziew­czy­nie, po­czuła falę go­rąca.

- W rze­czy sa­mej.

- Mo­dlę się tylko, żeby się pan opa­mię­tał i od te­raz nie po­zwa­lał, by py­cha i próż­ność prze­szka­dzały panu w po­dej­mo­wa­niu słusz­nych de­cy­zji.

- Pro­szę mi wy­ba­czyć, ja...

- Niech pan nie udaje, że nie ro­zu­mie, co mam na my­śli. Py­cha, Wa­sza Ksią­żęca Mość, jest naj­gor­szym z...

- Grze­chów głów­nych. Wiem, pa­nie Fa­ir­child. Sły­sza­łem pań­skie ka­za­nie w ze­szłą nie­dzielę. Lu­cy­fer, upa­dły anioł i tak da­lej.

Tata zmarsz­czył brwi jesz­cze bar­dziej.

- Niech pan trak­tuje moją córkę i swo­jego synka z sza­cun­kiem i życz­li­wo­ścią, na ja­kie za­słu­gują, tylko o to pro­szę. I po­wi­nien pan przy­cho­dzić do ko­ścioła. Boję się o pana du­szę, Wa­sza Ksią­żęca Mość.

Oczy Pryde'a się zwę­ziły.

- Nie zna mnie pan. Jak może pan oba­wiać się o moją du­szę?

- Cały Lon­dyn sły­szał o Sied­miu Ksią­żę­tach Grze­chu. Mo­żesz się książę uwa­żać się za nie­omyl­nego, ale nikt nie po­trze­buje po­kory bar­dziej niż pan.

Spoj­rze­nie Pryde'a po­ciem­niało.

- Do­ce­niam pań­ską tro­skę, pa­nie Fa­ir­child, w końcu bę­dziemy ro­dziną. Sam jed­nak naj­le­piej wiem, czego mi po­trzeba. A te­raz chciał­bym wy­brać się na spa­cer ze swoją przy­szłą żoną. Oczy­wi­ście może nam pan to­wa­rzy­szyć. Po­goda sprzyja prze­chadz­kom, prawda, panno Fa­ir­child? Ma pani - spoj­rzał na pro­stą wiej­ską drogę pro­wa­dzącą przez pola do za­gaj­nika - uro­kliwe lasy w oko­licy.

Wczo­raj wie­czo­rem, po tym, jak przy­jęła jego oświad­czyny, uprze­dził, że przyj­dzie dziś do niej po­roz­ma­wiać, żeby miał co po­wie­dzieć plot­ka­rzom z to­wa­rzy­stwa. Coś, co uwia­ry­godni ich na­głą mi­łość.

- Nie chce pan naj­pierw zo­ba­czyć syna? - za­py­tała chłodno Mo­de­sty. - Wła­śnie się obu­dził. Jest te­raz z mamką.

Pryde na­wet nie drgnął, jego wzrok po­zo­stał lo­do­waty.

- Nie, nie chciał­bym prze­szka­dzać dziecku. - Wska­zał na ścieżkę pro­wa­dzącą za ple­ba­nię. - Idziemy?

Pa­stor zmarsz­czył nie­sforne, krza­cza­ste brwi, ale ski­nął głową.

Tłu­miąc na­ra­sta­jący gniew, Mo­de­sty ru­szyła przed sie­bie obok księ­cia. Mi­nęli ogród wa­rzywny z późną ka­pu­stą i zio­łami, a po­tem drew­niany kur­nik, z któ­rego do­cho­dziło ci­che gda­ka­nie. Za nim mie­ściła się pral­nia, przy któ­rej wi­siała po­ściel. Nieco da­lej, przy żwi­ro­wej ścieżce wi­ją­cej się w kie­runku drzew, znaj­do­wał się ogro­dzony te­ren z szopą dla zwie­rząt. Ich koza, Bes­sie, stała na łące, żu­jąc kępkę trawy.

To­wa­rzy­stwo Pryde'a przy­tła­czało Mo­de­sty, ści­skało ją w piersi, przy­spie­szało bi­cie serca... Czy bę­dzie w sta­nie go po­ślu­bić, spę­dzić z nim ży­cie, skoro już te­raz wzbu­dza w niej taką od­razę?

Nie przy­szedł tu po to, by ją po­znać. Chciał je­dy­nie do­wie­dzieć się o niej wy­star­cza­jąco dużo, by móc uda­wać, że jest w niej za­ko­chany. Za­lała ją fala obrzy­dze­nia.

Tak czy ina­czej, musi się po­sta­rać. Dla Au­gu­stusa. Zresztą, może ten czło­wiek ma też ja­kieś do­bre strony. Nie­moż­liwe, żeby był zły do szpiku ko­ści. Nikt taki nie jest.

- Ślub od­bę­dzie się za trzy dni - ode­zwał się. - Już zdo­by­łem spe­cjalne po­zwo­le­nie. Po­bie­rzemy się w Ko­ściele Świę­tego Je­rzego przy Ha­no­ver Squ­are, a ślubu udzieli nam sam bi­skup Lon­dynu.

Prze­łknęła ślinę.

- To bę­dzie duża uro­czy­stość?

- Oczy­wi­ście.

Ob­li­zała wargi. Poza ksią­żę­tami Pryde'em i Ec­ces­sem ni­gdy nie po­znała ni­kogo szla­chet­nie uro­dzo­nego. Jak ma zo­stać księżną, nie ma­jąc po­ję­cia o pro­wa­dze­niu sa­lo­nów, cho­dze­niu na bale i dys­ku­to­wa­niu o po­li­tyce na ko­la­cji z dy­plo­ma­tami?

- Ile ma pani lat, panno Fa­ir­child? - za­py­tał.

To było dość bez­po­śred­nie py­ta­nie. Za­ru­mie­niła się.

- Dzie­więt­na­ście, Wa­sza Ksią­żęca Mość. - Zmie­rzyła go wzro­kiem. Oce­niła, że ma około trzy­dzie­stu lat. W tym wieku po­wi­nien chyba wie­dzieć, że nie na­leży się wda­wać w prze­lotne ro­manse i pa­trzeć z góry na lu­dzi niż­szego stanu. - A pan?

- Trzy­dzie­ści - od­po­wie­dział. - Pro­szę mi po­wie­dzieć, jaki jest pani ulu­biony kwiat.

- Mój ulu­biony kwiat?

- Tak. Chciał­bym, żeby wła­śnie nimi ude­ko­ro­wano ko­ściół.

- Yyy... - Nie prze­pa­dała za kwia­tami. Była za­jęta o wiele bar­dziej prak­tycz­nymi spra­wami. - Po­lne kwiaty, jak są­dzę, je wi­duję naj­czę­ściej.

- Do­brze. Bar­dzo swoj­sko. Ja­kie po­siada pani umie­jęt­no­ści?

Znów po­czuła, że się ru­mieni. Nie po­tra­fiła za­ba­wiać to­wa­rzy­stwa, śpie­wać ani grać na in­stru­men­cie. Ko­lejny po­wód, dla któ­rego nie nada­wała się do roli księż­nej.

- Oba­wiam się, że po­ma­ga­jąc ojcu w pa­ra­fii, mia­łam nie­wiele czasu na roz­wi­ja­nie ja­kich­kol­wiek umie­jęt­no­ści. Po­tra­fię jed­nak ugo­to­wać wy­śmie­nity gu­lasz, upiec chleb, cy­to­wać Bi­blię i opo­wie­dzieć wszystko o Im­pe­rium Rzym­skim na te­re­nie Bry­ta­nii.

Zmarsz­czył brwi.

- O Im­pe­rium Rzym­skim w Bry­ta­nii?

- Tak. Lu­bię książki hi­sto­ryczne. Pan Geo­rge Loc­khart, mój przy­ja­ciel, za­brał mnie kie­dyś na wy­ko­pa­li­ska ar­che­olo­giczne. Od tam­tej pory in­te­re­sują mnie sta­ro­żytne cy­wi­li­za­cje. Za­le­d­wie trzy mile stąd od­kry­łam ru­iny. Stra­ci­łam po­czu­cie czasu... A kiedy było już za późno, ja...

Kiedy Mo­de­sty w końcu wró­ciła tam­tego dnia do domu, za­nie­po­ko­jona nie­obec­no­ścią Ophe­lii w miej­scu spo­tka­nia i wy­rzu­ca­jąc so­bie roz­tar­gnie­nie, za­stała ją w strasz­li­wej go­rączce.

- Rzym­skie ru­iny? - za­py­tał z au­ten­tycz­nym za­in­te­re­so­wa­niem.

Zer­k­nęła na jego pro­fil i choć jego twarz po­zo­stała obo­jętna, w brą­zo­wych oczach do­strze­gła błysk cie­ka­wo­ści.

- Tak. Pod mo­zai­ko­wymi po­sadz­kami od­kry­li­śmy hy­po­cau­stum, a ja zna­la­złam kilka fa­scy­nu­ją­cych ar­te­fak­tów, w tym coś, co wy­gląda na mały pik­tyj­ski ka­mień.

- Pik­tyj­ski ka­mień tak da­leko na po­łu­dniu? Nie wie­dzia­łem, że ist­nieją ja­kie­kol­wiek do­wody na to, że Pik­to­wie do­tarli na te te­reny. Mój oj­ciec ko­lek­cjo­no­wał rzym­skie ar­te­fakty, a ja odzie­dzi­czy­łem po nim tę pa­sję. Sam mam kilka eks­po­na­tów, w tym ko­lek­cję rzym­skich mo­net z cza­sów Ha­driana i dość nie­zwy­kłe lu­stro z brązu.

Za­fa­scy­no­wana, po­czuła, jak serce za­czyna jej szyb­ciej bić.

- Ma pan je u sie­bie w domu?

- Mię­dzy in­nymi.

Wy­pu­ściła po­wie­trze, czu­jąc przy­pływ eks­cy­ta­cji. Nie chciała so­bie jed­nak ro­bić złud­nych na­dziei. Jego za­in­te­re­so­wa­nie sta­ro­żyt­no­ścią i hi­sto­rią zna­czyło tylko, że jest czło­wie­kiem wy­kształ­co­nym, czego wy­maga się od osób o jego po­zy­cji.

- Czy to okres, który naj­bar­dziej pa­nią in­te­re­suje? - za­py­tał, ści­sza­jąc głos.

- Tak, fa­scy­nuje mnie hi­sto­ria sta­ro­żytna - po­wie­działa. - Szcze­gól­nie wieki ciemne. Rzym­skie kro­niki opi­sy­wały Pik­tów. Wi­dzia­łam też ry­sunki ich ka­mien­nych gła­zów w Iti­ne­ra­rium sep­ten­trio­nale pana Gor­dona. Naj­bar­dziej in­try­guje mnie nie­zwy­kła struk­tura spo­łeczna tego ludu. Kró­lów wy­bie­rano z li­nii żeń­skiej, co było nie­spo­ty­kane w in­nych spo­łe­czeń­stwach tam­tych cza­sów. Oso­bi­ście mam teo­rię, że sym­bole lu­stra i grze­bieni wy­ryte na ich ka­mie­niach su­ge­rują, że ko­biety cie­szyły się wy­soką po­zy­cją w spo­łecz­no­ści.

Zmarsz­czył brwi, a ona za­sta­na­wiała się, czy za­mie­rza sprze­ci­wić się jej su­ge­stii, że ko­biety mo­głyby kie­dy­kol­wiek od­gry­wać tak istotną rolę. Nie by­łaby za­sko­czona.

On jed­nak za­py­tał:

- Czy była pani kie­dyś w Szko­cji?

- Ni­gdy.

Tak bar­dzo pra­gnęła tam po­je­chać. Wi­działa za­chwy­ca­jące ry­sunki i ob­razy szkoc­kich kra­jo­bra­zów, ruin i skał. Ro­dzina jej mamy po­cho­dziła ze Szko­cji, dla­tego Mo­de­sty chciała wie­dzieć wię­cej o tym, jak żyli i pra­co­wali jej przod­ko­wie. Jej oj­ciec nie po­chwa­lał tych za­in­te­re­so­wań, ale ona za­wsze ma­rzyła, że pew­nego dnia do­łą­czy do eks­pe­dy­cji ar­che­olo­gicz­nej i bę­dzie jedną z pierw­szych osób, które od­kryją ta­jem­nice prze­szło­ści.

Pra­gnęła się do­wie­dzieć, czy jej teo­ria o ko­bie­tach Pik­tów jest słuszna.

- Dla­czego tam pani nie po­je­chała? - za­py­tał.

- Ze względu na obo­wiązki, oczy­wi­ście - za­chi­cho­tała. - Wo­bec mo­jego ojca i jego pa­ra­fii. Po­ma­gam też w przy­tułku dla ko­biet panny Loc­khart.

Ski­nął głową i spoj­rzał w dal, jakby za­pa­mię­ty­wał każde jej słowo.

- Tego wła­śnie się spo­dzie­wa­łem. Pro­szę po­słu­chać, panno Fa­ir­child, mam na­dzieję, że ro­zu­mie pani, że może pani czy­tać książki hi­sto­ryczne. Bóg mi świad­kiem, mam ich całą bi­blio­tekę. Może pani or­ga­ni­zo­wać ak­cje cha­ry­ta­tywne w May­fair. Ale bru­dze­nie so­bie rąk zie­mią, a zwłasz­cza po­wroty do Whi­te­cha­pel, na­wet do przy­tułku dla ko­biet, nie przy­stoją księż­nej.

- Och, do­prawdy? - Jej słowa za­brzmiały słodko jak miód, ale kostki bo­lały ją od za­ci­ska­nia dłoni.

- Oba­wiam się, że tak.

Po­dą­ża­jąc ścieżką obok pa­doku, Mo­de­sty do­strze­gła kilka póź­nych mle­czy ro­sną­cych na skraju. Po­chy­liła się, żeby ze­rwać parę li­ści.

- Wy­ba­czy mi pan na chwilę? - Nie cze­ka­jąc na jego od­po­wiedź, po­de­szła do płotu, gdzie stała Bes­sie, ob­ser­wu­jąc ich z ty­pową dla sie­bie cie­ka­wo­ścią.

Ko­bieta po­dała ko­zie li­ście przez drew­niane li­stewki. Wargi Bes­sie po­ła­sko­tały jej dłoń, gdy zwie­rzę de­li­kat­nie przy­jęło sma­ko­łyk.

Książę sta­nął obok.

- Jak wspo­mnia­łem, panno Fa­ir­child, księżna musi prze­strze­gać pew­nych za­sad...

Urwał z okrzy­kiem nie­ty­po­wym dla dum­nego ary­sto­kraty. Bes­sie, naj­wy­raź­niej uzna­jąc ro­ślinną prze­ką­skę za zbyt skromną, wy­su­nęła pysz­czek przez szpary i zła­pała war­gami ele­gancki płaszcz księ­cia.

- Bes­sie! - za­wo­łała Mo­de­sty, z tru­dem po­wstrzy­mu­jąc śmiech. - Pro­szę jej wy­ba­czyć, Wa­sza Ksią­żęca Mość. Ma do­sko­nały gust w kwe­stii tka­nin.

Con­stan­tine pró­bo­wał uwol­nić się od kozy, za­cho­wu­jąc przy tym resztki god­no­ści. Za­da­nie oka­zało się nie­wy­ko­nalne. Koza, roz­ko­szu­jąc się za­bawą, za­ci­snęła szczękę jesz­cze moc­niej i szarp­nęła. Mo­de­sty przez chwilę z sa­tys­fak­cją ob­ser­wo­wała jego zma­ga­nia.

- Czy zwy­kle tak wła­śnie wy­glą­dają pani prze­chadzki? - mruk­nął, uska­ku­jąc w bok.

- O tak - od­po­wie­działa ra­do­śnie Mo­de­sty i prze­chy­liła się przez płot, by od­wró­cić uwagę kozy, dra­piąc ją u na­sady ro­gów.

Bes­sie, wy­raź­nie uszczę­śli­wiona i nie­zmier­nie za­do­wo­lona z sie­bie, w końcu pu­ściła ksią­żęcy płaszcz.

- Cho­ciaż za­zwy­czaj cho­dzi jej o rzepę, a nie o wełnę od naj­lep­szych lon­dyń­skich kraw­ców.

Ru­szyli da­lej. Książę wy­glą­dał te­raz nieco mniej ele­gancko. Dziew­czyna za­sta­na­wiała się, czy za­czął ża­ło­wać swo­jej po­chop­nej pro­po­zy­cji mał­żeń­stwa.

- Zo­baczmy - ode­zwał się - jak wiele bę­dzie się pani mu­siała na­uczyć. Gra pani na ja­kimś in­stru­men­cie? Śpiewa? Ma­luje akwa­re­lami?

Wy­glą­dało na to, że za­mie­rza uda­wać, że in­cy­dent z kozą się nie wy­da­rzył, choć za­uwa­żyła, że dys­kret­nie czy­ści so­bie płaszcz. Roz­cią­gnęła usta w sze­ro­kim uśmie­chu, jed­nak jej oczy nie wy­ra­żały we­so­ło­ści.

- Po­tra­fię gwiz­dać we­sołą me­lo­dię i ma­lo­wać akwa­rele, które za­do­wolą każ­dego ma­lu­cha. Wy­star­czy?

Mię­śnie jego szczęki drgnęły.

- W ilu ba­lach brała pani udział? Małe wiej­skie bale też się li­czą.

Czuła, jak płoną jej po­liczki. Po­winna po pro­stu szcze­rze od­po­wie­dzieć. Zwy­kle nie po­zwa­lała so­bie na sar­kazm, za­wsze sta­rała się być miła i skromna, zgod­nie ze zna­cze­niem swo­jego imie­nia, ale książę spra­wiał, że miała ochotę so­bie z niego za­drwić.

- Och, w nie­zli­czo­nych, Wa­sza Ksią­żęca Mość. Zbiory rzepy to szcze­gól­nie uro­czy­ste wy­da­rze­nia.

Wes­tchnął.

- A więc w żad­nym? W ogóle nie umie pani tań­czyć?

- By­łam tro­chę za­jęta opie­ko­wa­niem się ludźmi. Ta­niec za­zwy­czaj nie przy­daje się bied­nym.

- A jeź­dzi pani konno? Mam jedne z naj­lep­szych koni peł­nej krwi an­giel­skiej w An­glii.

- Bar­dziej znam się na kro­wach. Czy po­dob­nie się za­cho­wują?

Jego pro­fil był tak nie­ru­chomy, że można by go wy­bić na mo­ne­cie. Zde­cy­do­wa­nie miał atrak­cyjną twarz, ale Mo­de­sty to w tej chwili nie ob­cho­dziło. Czuła się po­ni­żona.

- Panno Fa­ir­child, po pro­stu pró­buję pa­nią le­piej po­znać.

- Żeby mógł pan uda­wać, że jest we mnie za­ko­chany? - prych­nęła i po­krę­ciła głową. - Co pan ceni oprócz jazdy kon­nej, ba­lów i dba­ło­ści o re­pu­ta­cję?

- Hi­sto­rię, panno Fa­ir­child. Je­stem też bar­dzo dumny z ho­dowli koni. Ostat­nio za­in­te­re­so­wały mnie ko­nie an­da­lu­zyj­skie. I... mam bli­skich przy­ja­ciół.

- Tak, Sied­miu Ksią­żąt, sły­sza­łam.

- Za­sia­dam w Izbie Lor­dów i sta­ram się jak naj­le­piej słu­żyć kra­jowi. Dużo czy­tam. Jeż­dżę konno, po­luję, upra­wiam szer­mierkę i różne sporty. Moje przy­ję­cia i bale ucho­dzą za jedne z naj­lep­szych w Lon­dy­nie, je­śli mogę tak się wy­ra­zić.

- Wa­sza Ksią­żęca Mość - od­po­wie­działa. - My­ślę, że już zdał pan so­bie sprawę, jaki błąd oboje po­peł­niamy. Wy­gląda na to, że nie ma dwojga bar­dziej róż­nią­cych się od sie­bie lu­dzi. Pan żyje dla sie­bie. Ja żyję dla in­nych. Pan mieszka w re­zy­den­cji. Ja na ple­ba­nii o po­pę­ka­nych ścia­nach, gdzie pa­nują wieczne prze­ciągi. Jak pan my­śli, jak ułoży się na­sze mał­żeń­stwo? Bo ja uwa­żam, że okaże się zu­pełną ka­ta­strofą.

Nie po­wie­dział nic, ale nie mu­siał. Ci­sza mię­dzy nimi się­gała tak da­leko, jak sze­roka była prze­paść dzie­ląca ich światy; jego świat ele­ganc­kich weł­nia­nych sur­du­tów i le­ni­stwa oraz jej świat ubło­co­nych bu­tów i uczci­wej pracy. A gdzieś po­mię­dzy nimi le­żała przy­szłość Au­gu­stusa, która ich po­łą­czyła bez względu na to, czy im się to po­do­bało, czy nie.

Roz­dział 6

Nad­szedł dzień jej ślubu. Mo­de­sty drżały ręce, gdy prze­glą­dała się w lu­strze. W swo­jej ma­łej sy­pialni, z po­bie­lo­nymi ścia­nami, pro­stymi drew­nia­nymi me­blami i kil­koma ma­łymi akwa­re­lami czuła się na swoim miej­scu. Nie in­te­re­so­wały jej luk­sus i prze­pych May­fair.

Grace przy­glą­dała jej się sze­roko otwar­tymi oczami.

- Jak się czu­jesz?

Mo­de­sty spoj­rzała na naj­lep­szą suk­nię, jaką po­sia­dała, pro­stą mu­śli­nową w ko­lo­rze bzu. Czy to ten ko­lor spra­wiał, że sińce pod jej oczami wy­glą­dały na wy­jąt­kowo ciemne? A może to dla­tego, że nie spała od trzech nocy; od­kąd książę wtar­gnął w jej ży­cie ze swoją ob­raź­liwą pro­po­zy­cją? Trzeba było po­wie­dzieć, żeby ni­gdy wię­cej się do niej nie od­zy­wał.

A nie za niego wy­cho­dzić, na li­tość bo­ską.

Au­gu­stus spał twardo w swoim łó­żeczku. Niech każda noc two­jego ży­cia bę­dzie taka spo­kojna, ma­leńki.

Gdyby nie ta ma­leńka istotka, wio­dłaby da­lej skromne, zwy­czajne ży­cie, znaj­du­jąc cza­sem chwilę na wę­drówki po ru­inach oraz oglą­da­nie ka­mieni i ska­mie­nia­ło­ści, które Geo­rge przy­wozi ze swo­ich wy­ko­pa­lisk. Chcia­łaby od­kryć coś zna­czą­cego, rzu­cić świa­tło na mroczne za­ka­marki prze­szło­ści i le­piej zro­zu­mieć, co ukształ­to­wało ludz­kość.

Na­po­tkała spoj­rze­nie przy­ja­ciółki i po­słała jej wy­mu­szony uśmiech.

- Do­brze.

Grace się roz­pro­mie­niła i ści­snęła dłoń Mo­de­sty.

- Nie­wiele osób zde­cy­do­wa­łoby się wy­wró­cić swoje ży­cie do góry no­gami dla dziecka, któ­rego na­wet nie są ro­dzi­cami.

Mo­de­sty głę­boko wes­tchnęła, pró­bu­jąc uwol­nić się od na­pię­cia ści­ska­ją­cego jej krtań. Jest winna Ophe­lii opiekę nad jej dziec­kiem.

- Nie­któ­rzy po­wie­dzie­liby, że mam wiel­kie szczę­ście. Córka pa­stora zo­staje księżną.

Pu­ściła dłoń Grace i po­de­szła do to­a­letki. Chwy­ciła ozdobne pu­de­łeczko, które Con­stan­tine przy­słał dzień wcze­śniej. Jej dło­nie za­częły drżeć jesz­cze bar­dziej, gdy unio­sła wieczko. Grace ci­cho wes­tchnęła. Na gra­na­to­wym ak­sa­mi­cie le­żał naj­wspa­nial­szy na­szyj­nik, jaki kie­dy­kol­wiek wi­działa. Dia­menty i sza­firy two­rzyły mi­sterny kwia­towy wzór. Złota oprawa miała tak ja­sny od­cień, że wy­glą­dała nie­mal jak sre­bro, a me­tal był tak de­li­katny, że zda­wał się uno­sić mię­dzy klej­no­tami.

Za­chi­cho­tała.

- To musi być warte wię­cej niż ple­ba­nia.

- Piękny - po­wie­działa Grace. - To pre­zent od księ­cia?

- Tak.

- Dla­czego go nie za­ło­ży­łaś?

Mo­de­sty gwał­tow­nie wcią­gnęła po­wie­trze.

- Nie po­tra­fię się zmu­sić.

- Może to zna­czy, że cię do­ce­nia? Że chce ci spra­wić przy­jem­ność?

- Chce spra­wić przy­jem­ność so­bie. Chro­nić swoją re­pu­ta­cję. Mamy uda­wać sza­leń­czo za­ko­cha­nych, a ten na­szyj­nik ma po­ka­zać wszyst­kim siłę jego uczuć.

- Ro­zu­miem. Więc jed­nak go za­ło­żysz?

Mo­de­sty za­chi­cho­tała.

- Spójrz na moją suk­nię, na moje włosy. Będę nio­sła bu­kiet po­lnych kwia­tów, a suk­nię uszy­łam sama. Jak śmiesz­nie wy­glą­dałby na mnie ten na­szyj­nik?

Po­przed­niego dnia pod jej drzwi do­tarło kilka pa­czek w asy­ście or­szaku po­ko­jó­wek, go­to­wych prze­mie­nić ją w praw­dziwą księżną. W środku znaj­do­wały się je­dwabne suk­nie w mod­nych ko­lo­rach, de­li­katne pan­to­felki i czepki ozdo­bione pió­rami, kwia­tami, per­łami i krysz­ta­łami.

- Jego Ksią­żęca Mość na­lega - po­wie­działa ko­bieta o su­ro­wej twa­rzy, która za­pewne wy­da­wała po­le­ce­nia po­zo­sta­łym po­ko­jów­kom.

Mo­de­sty prze­su­nęła dło­nią po de­li­kat­nych tka­ni­nach.

- Pro­szę po­dzię­ko­wać Jego Ksią­żę­cej Mo­ści, ale za­łożę wła­sną suk­nię.

Ko­bieta za­ci­snęła usta.

- Pa­nienko, księżna nie może...

- Jesz­cze nie je­stem księżną - od­parła Mo­de­sty ci­cho, ale sta­now­czo. - A to jest ostatni wy­bór, ja­kiego do­ko­nam sa­mo­dziel­nie.

I tak oto stała dziś tu­taj. We wła­snej sukni.

Czuła, że być może po­peł­niła błąd, upie­ra­jąc się przy har­mo­ni­zu­ją­cej z jej imie­niem skrom­no­ści.

Mo­de­sty za­mknęła wieko pu­dełka i odło­żyła je z po­wro­tem na to­a­letkę.

- Sama myśl o uda­wa­niu jest od­ra­ża­jąca. Chcę tylko chro­nić ma­łego Au­gu­stusa. Nie chcę mieć nic wspól­nego z księ­ciem.

Jego próż­ność i py­cha ją od­rzu­cały.

Mimo to za każ­dym ra­zem, gdy go wi­działa, ro­bił na niej duże wra­że­nie. Dla­czego nie mo­gła prze­stać pa­trzeć mu w oczy, to­nąć w jego źre­ni­cach?

Grace pod­nio­sła ozdo­biony fio­le­to­wym sza­fra­nem łą­ko­wym cze­pek Mo­de­sty i go jej po­dała.

- A może z cza­sem jed­nak bę­dziesz z nim szczę­śliwa?

Mo­de­sty wcią­gnęła i wy­pu­ściła po­wie­trze, ale ucisk w pier­siach nie ustę­po­wał.

Wło­żyła cze­pek na głowę, a na­stęp­nie za­częła wią­zać li­liowe wstążki.

- Za­wsze trzeba mieć na­dzieję, prawda?

Go­dzinę póź­niej kroki Mo­de­sty od­biły się echem od mar­mu­ro­wej po­sadzki, gdy we­szła do Ko­ścioła Świę­tego Je­rzego. Dźwięk roz­pły­nął się pod wy­so­kim skle­pie­niem. Duże wi­traże w ja­skra­wych bar­wach, przez które wpa­dało świa­tło sło­neczne, przy­po­mi­nały klej­noty, przy­ćmie­wa­jąc swym uro­kiem pro­ste szyby jej ma­łego ko­ścioła.

Gdy setki oczu zwró­ciły się w jej stronę, po­czuła ucisk w gar­dle. Naj­zna­mie­nit­sze oso­bi­sto­ści z to­wa­rzy­stwa po­ru­szyły się na swo­ich miej­scach, by się jej przyj­rzeć. Usły­szała sze­lest je­dwa­biu. Księżne i hra­biny miały na so­bie stroje warte wię­cej niż roczny do­chód jej ojca, a ich szyje i uszy zdo­biły dro­go­cenne klej­noty. W Ko­ściele Wszyst­kich Świę­tych znała każdą znisz­czoną twarz, każdy po­ła­tany od­świętny strój. Tu­taj nie roz­po­zna­wała ni­kogo oprócz księ­cia.

Przed nią roz­cią­gała się wy­jąt­kowo długa nawa. Każdy krok przy­bli­żał Mo­de­sty do księ­cia, który stał sztywno ni­czym mar­mu­rowe ko­lumny po obu stro­nach ła­wek. Jego sur­dut w ko­lo­rze in­dygo wy­da­wał się nie­ska­zi­telny, a halsz­tuk zo­stał uło­żony w mi­sterne fałdy. Męż­czy­zna in­ten­syw­nie się w nią wpa­try­wał. Czy w jego ciem­nych oczach do­strze­gła mi­łość? Za­drżała, za­sta­na­wia­jąc się, jak to moż­liwe, że ten czło­wiek z taką ła­two­ścią pa­nuje nad prze­strze­nią wo­kół sie­bie. To był jej przy­szły mąż; ten obcy czło­wiek na­le­żący do luk­su­so­wego świata, który jej wy­da­wał się rów­nie od­le­gły jak Księ­życ.

Bi­skup Lon­dynu wy­gło­sił mo­no­tonne ka­za­nie, po czym przy­szedł czas na przy­sięgę mał­żeń­ską.

- Ja, Con­stan­tine Buc­c­le­igh - głos męż­czy­zny niósł się po ko­ściele - książę Pryde, biorę cię, panno Mo­de­sty Fa­ir­child, za żonę...

Jego palce mu­snęły jej dłoń, gdy wsu­wał ob­rączkę. Ten do­tyk przy­pra­wił ją o dreszcz. Jego dło­nie były duże, cie­płe i silne, ale o ele­ganc­kich pal­cach. Za­sta­na­wiała się, dla­czego tak przy­jem­nie jest czuć je na swo­jej skó­rze.

Kiedy na­de­szła jej ko­lej, mu­siała dwa razy prze­łknąć ślinę, za­nim się ode­zwała.

- Ja, Mo­de­sty Fa­ir­child - po­wie­działa lekko drżą­cym gło­sem - biorę cię, Con­stan­tine Buc­c­le­igh...

Zło­żyła przy­sięgę, choć póź­niej nie bę­dzie pa­mię­tać, co po­wie­działa. Krę­po­wała ją jego obec­ność; sub­telny za­pach ber­ga­motki, we­ty­we­rii i skóry, który go otu­lał, mia­rowe uno­sze­nie się i opa­da­nie jego piersi, a także fakt, że zda­wał się nad nią gó­ro­wać, mimo że był tylko tro­chę wyż­szy.

Ich oczy spo­tkały się po­nad sple­cio­nymi dłońmi. W jego spoj­rze­niu mi­gnęło coś nie­uchwyt­nego. Duma? Sa­tys­fak­cja? Przez chwilę zda­wało jej się, że pod mar­mu­rową fa­sadą do­strzega chłopca - sa­mot­nego, nie­śmia­łego, ale peł­nego na­dziei. Za­nim jed­nak zdą­żyła się upew­nić, błysk znik­nął, za­stą­piony zna­jomą ma­ską ary­sto­kra­tycz­nej obo­jęt­no­ści.

- Co Bóg złą­czył, czło­wiek niech nie roz­dziela - za­in­to­no­wał bi­skup.

Palce księ­cia za­ci­snęły się nie­mal nie­do­strze­gal­nie na jej dło­niach. Czy to był gest otu­chy, czy ra­czej przy­po­mnie­nie o ich umo­wie? Nie wie­działa, a ta nie­pew­ność spra­wiała, że jej serce trze­po­tało w piersi jak uwię­ziony ptak.

Co wła­śnie zro­biła?

Pół go­dziny póź­niej w re­zy­den­cji Pryde'aw May­fair od­było się we­selne śnia­da­nie.

Stali z księ­ciem obok sie­bie w wiel­kiej sali. Żar bi­jący od jego ciała zda­wał się ją przy­cią­gać, choć za­sady do­brego wy­cho­wa­nia na­ka­zy­wały za­cho­wać dy­stans. Na ścia­nach w od­cie­niu in­dygo wi­siały lu­stra w zło­tych ra­mach. Po­mię­dzy ob­ra­zami przed­sta­wia­ją­cymi sztorm na mo­rzu i bi­tewne zwy­cię­stwa stały mar­mu­rowe po­sągi. Duży stół za­sta­wiono pół­mi­skami z zim­nymi pasz­te­ci­kami z dzi­czy­zny, gla­zu­ro­waną szynką, tor­tem panny mło­dej, sło­dy­czami, prze­two­rami owo­co­wymi, świe­żym chle­bem z ma­słem i wę­dli­nami.

Kiedy przy­byli go­ście, książę nie od­stę­po­wał jej na krok. Przed­sta­wiał ją tak wielu lor­dom i da­mom, ksią­żę­tom i księż­nym, że nie pa­mię­tała ich imion i tylko uśmie­chała się z re­zerwą.

Czuła sku­pioną na so­bie uwagę księ­cia, która przy­po­mi­nała jej de­li­katny po­dmuch bi­jący od ogni­ska.

Kiedy wszy­scy go­ście ze­brali się wo­kół nich, książę od­chrząk­nął.

- Wiem, że wielu z was zdzi­wiło tak szyb­kie ogło­sze­nie ślubu - oznaj­mił. - Ale ja po pro­stu nie mo­głem się do­cze­kać, aż uczy­nię tę uro­czą młodą damę swoją żoną.

Żo­łą­dek ści­snął jej się na te słowa. Czy on na­prawdę je wy­po­wie­dział? Ktoś taki jak on? Pod­nio­sła wzrok. Pa­trzył pro­sto na nią, a jego spoj­rze­nie otu­lało ją cie­płem.

- Piękna - po­wie­dział, a jego kasz­ta­nowe oczy po­ciem­niały, gdy się w nią wpa­try­wał. - Nie­sa­mo­wi­cie miła. Ko­bieta, która ko­cha hi­sto­rię i sta­ro­żyt­ność. Skromna, o nie­na­gan­nych ma­nie­rach. Mam wiel­kie szczę­ście, że mogę cię na­zy­wać swoją żoną.

Prze­łknęła ślinę, czu­jąc su­chość w gar­dle. Głę­boki ton jego głosu wi­bro­wał w jej ciele i po­czuła, że lekko się do niego zbli­żyła. Gdy mó­wił, mię­śnie jego szczęki drgały pod skórą, a jej wzrok wbrew roz­sąd­kowi po­wę­dro­wał ku jego peł­nej dol­nej war­dze. Z pew­no­ścią tylko uda­wał, ale dla­czego każde słowo zda­wało się tra­fiać pro­sto w jej serce?

- Ko­bieta bez reszty od­dana in­nym - kon­ty­nu­ował, a jego głos zni­żył się do in­tym­nego szeptu, jakby prze­zna­czo­nego tylko dla niej. Przy­su­nął się bli­żej, jego sze­ro­kie ra­miona nie­mal osła­niały ją przed tłu­mem, two­rząc in­tymną prze­strzeń po­śród zgro­ma­dzo­nych. Jego od­dech mu­skał jej skroń, gdy mó­wił. - Która po­maga w przy­tułku dla ko­biet, ko­cha po­lne kwiaty i trosz­czy się o in­nych tak bar­dzo, że zrobi dla nich wszystko.

Nie po­tra­fiła ode­rwać wzroku od jego oczu, gdy uniósł kie­li­szek, a jego sy­gnet od­bi­jał świa­tło. Ko­smyk ciem­nych wło­sów opadł mu na czoło, ła­go­dząc jego za­zwy­czaj su­rową twarz i na­da­jąc mu mło­dzień­czy wy­gląd. Gdy ob­jął ją dło­nią w ta­lii, przez cienki mu­ślin sukni po­czuła bi­jące od niego cie­pło.

- Za Mo­de­sty Buc­c­le­igh, nową księżną Pryde.

Do­tyk jego dłoni, cie­pło jego ciała, hip­no­ty­zu­jąca głę­bia jego oczu... Krę­ciło jej się w gło­wie, ale nie była pewna, czy to z po­wodu wina, czy cze­goś o wiele groź­niej­szego.

Reszta sali za­wtó­ro­wała księ­ciu. Wzno­szono to­a­sty, a Mo­de­sty czuła się oszo­ło­miona uwagą, jaką jej po­świę­cano. Upiła łyk wina. Dziś po raz pierw­szy skosz­to­wała szam­pana, a ten szczy­pał ją w ję­zyk. Gdy chwilę póź­niej tru­nek do­tarł do krwi, ogar­nęła ją lekka eu­fo­ria, od któ­rej zro­biło jej się słabo.

Nie po­do­bał jej się ten stan.

Książę rów­nież pił, nie spusz­cza­jąc z niej wzroku.

- Je­steś głodna? - za­py­tał ci­cho. - Chcesz coś zjeść?

Od­wró­ciła się do stołu i ze zdzi­wie­niem spo­strze­gła po­lne kwiaty w wa­zo­nach sto­ją­cych wśród ta­le­rzy z mię­sem, pasz­te­ci­kami i chle­bem. W wielu bu­kie­tach był fio­le­towy sza­fran łą­kowy, więc de­ko­ra­cje wy­jąt­kowo do­brze pa­so­wały do jej stroju.

- Nie, nie dam rady nic zjeść, na­wet gdy­bym chciała - po­wie­działa. - Ale dzię­kuję.

Lekko za­drżała. Nerwy miała na­pięte jak po­stronki. To był jej nowy dom i to wła­śnie z tymi ludźmi, jak przy­pusz­czała, bę­dzie się spo­ty­kać i roz­ma­wiać nie­mal każ­dego dnia. Re­zy­den­cja ofe­ro­wała wszel­kie wy­gody. A jed­nak Mo­de­sty tę­sk­niła za swoim skrom­nym po­ko­jem z bie­lo­nymi ścia­nami i po­pę­ka­nymi szy­bami, z książ­kami o Ce­sar­stwie Rzym­skim, które pach­niały sta­rym pa­pie­rem i ku­rzem.

- Zimno ci? - za­py­tał. - Przy­nieść ci szal?

Nie wie­działa, co woli: jego chłód czy jego uwagę. Gdy oka­zy­wał jej obo­jęt­ność, ogar­niało ją obu­rze­nie i przy­naj­mniej czuła się silna. Kiedy ro­bił się ser­deczny, tra­ciła pew­ność sie­bie.

- Dzię­kuję, nie trzeba.

- Czy na­szyj­nik, który ci wy­sła­łem, nie przy­padł ci do gu­stu?

Prze­łknęła ślinę.

- Ja... eee... nie mo­głam go za­ło­żyć.

Zmarsz­czył brwi.

- Za­pię­cie było ze­psute?

- Nie. Na­szyj­nik jest śliczny. Ale... ni­gdy w ży­ciu nie no­si­łam ni­czego tak cen­nego. Ba­łam się, że moja skromna suk­nia umniej­szy jego piękno.

Jego wzrok na chwilę po­wę­dro­wał w dół jej ciała, wy­wo­łu­jąc falę go­rąca.

- Przy­słano ci od­po­wied­nie stroje, prawda?

Prze­łknęła ślinę. Trudno jej było so­bie wy­obra­zić, że kie­dy­kol­wiek ze­chce no­sić na szyi cały ma­ją­tek, pod­czas gdy inni lu­dzie z tru­dem zdo­by­wali każdy grosz i kęs je­dze­nia.

- Tak. Ale nie są­dzi­łam... Mu­siały kosz­to­wać for­tunę...

Ski­nął głową.

- Mam na­dzieję, że w przy­szło­ści po­czu­jesz, że mo­żesz no­sić piękne suk­nie i bi­żu­te­rię. Je­steś te­raz księżną.

Księżną... To słowo wciąż brzmiało obco i dziw­nie.

Jej wzrok po­wę­dro­wał ku ozdob­nej szpilce spi­na­ją­cej jego halsz­tuk.

- Kim jest ta ko­bieta? Wy­gląda ślicz­nie.

Spoj­rzał na za­pinkę.

- To moja mama - po­wie­dział. - Ta szpilka była pre­zen­tem dla mo­jego taty. Chcia­łem mieć ją przy so­bie w dniu ślubu.

Coś ści­snęło ją w piersi, gdy wpa­try­wała się w piękną twarz ko­biety w upu­dro­wa­nej pe­ruce. Choć tego nie chciała, jej serce rwało się ku niemu.

- Zmarła wiele lat temu - do­dał. - Po śmierci ojca umie­ści­łem jej por­tret w tej za­pince.

Ostry ból prze­szył serce Mo­de­sty.

- Przy­kro mi, że już jej z nami nie ma. Na pewno była cu­downą osobą.

Ski­nął krótko głową.

- Tak, była. Do­my­ślam się, że twoja mama rów­nież nie żyje?

Przy­tak­nęła, pró­bu­jąc głę­boko ode­tchnąć przez ści­śnięte gar­dło.

- Umarła przy moim po­ro­dzie. Ża­łuję, że jej nie zna­łam, że choć raz nie zo­ba­czy­łam jej twa­rzy. To taki piękny gest, że masz dziś mamę przy so­bie.

Przez jego twarz prze­mknął ja­kiś cień, jakby na krótką chwilę zsu­nęła się sta­ran­nie pie­lę­gno­wana ma­ska. Ich oczy się spo­tkały i w tym mo­men­cie do­strze­gła ko­goś wię­cej niż księ­cia, niż szlach­cica. Zo­ba­czyła chłopca sto­ją­cego przy gro­bie matki, rów­nie za­gu­bio­nego jak ona w dzie­ciń­stwie, z tym sa­mym bó­lem nie­obec­no­ści wy­ry­tym w sercu. Była w nim ja­kaś su­ro­wość, nie­pew­ność, którą skry­wał za groźną miną i ostrymi sło­wami. W jego oczach, za­zwy­czaj tak ostroż­nych, od­bi­jało się echo daw­nego cier­pie­nia i coś jesz­cze - roz­pacz­liwe, nie­mal dzie­cinne pra­gnie­nie bli­sko­ści. Pra­gnie­nie ko­goś, kto ro­zu­miałby ist­nie­nie tej szcze­gól­nej rany, która ni­gdy do końca się nie za­go­iła.

Wcze­śniej pa­trzył na nią z ta­kim cie­płem, mó­wił o niej ze szcze­rym po­dzi­wem. Wy­da­wało się to ta­kie praw­dziwe. Tym bar­dziej te­raz. Przez uła­mek se­kundy po­zwo­liła so­bie to so­bie wy­obra­zić: pod­trzy­my­wany przez Con­stan­tine'a Au­gu­stus sta­wia pierw­sze kroki w ogro­dzie, duże dło­nie de­li­kat­nie obej­mują brzuch dziecka. Wszy­scy troje w bi­blio­tece, Con­stan­tine po­ka­zuje Au­gu­stu­sowi rzym­skie mo­nety, pod­czas gdy ona szki­cuje ar­te­fakty w swoim no­tat­niku. Let­nie po­po­łu­dnia pod dę­bami, roz­ło­żony koc ze sma­ko­ły­kami, głę­boki śmiech Con­stan­tine'a mie­sza­jący się z ra­do­snymi pi­skami Au­gu­stusa, gdy ona ple­cie dla nich obu wianki z kwia­tów...

Po­tem jed­nak mru­gnął i znów oto­czył się mu­rem, po­zo­sta­wia­jąc ją z py­ta­niem, czy ten prze­błysk jego praw­dzi­wego ja, to głę­bo­kie po­ro­zu­mie­nie mię­dzy nimi nie było tylko wy­two­rem jej wy­obraźni.

Wła­śnie otwo­rzył usta, żeby o coś za­py­tać, gdy roz­legł się sze­lest je­dwa­biu. Ktoś do nich pod­szedł. Czar prysł.

- Oto nowa księżna - po­wie­działa olśnie­wa­jąco piękna zło­to­włosa ko­bieta w wy­kwint­nej sukni z kar­ma­zy­no­wej sa­tyny. Jej uśmiech roz­świe­tlił całe po­miesz­cze­nie. - Nie mogę się do­cze­kać, aż le­piej pa­nią po­znam, Wa­sza Ksią­żęca Mość.

Stała obok bar­dzo wy­so­kiego, ciem­no­wło­sego męż­czy­zny w kar­ma­zy­no­wej ka­mi­zelce. Wy­glą­dał groź­nie, ale w jego błę­kit­nych oczach błysz­czało cie­pło. Obok nich stała inna dama, bar­dzo do niego po­dobna. Miała na so­bie żółtą suk­nię, a to­wa­rzy­szył jej męż­czy­zna o de­li­kat­nych blond lo­kach i fi­glar­nym fioł­ko­wym spoj­rze­niu. Zo­stali so­bie przed­sta­wieni wcze­śniej, ale Mo­de­sty ze wsty­dem mu­siała przy­znać, że nie pa­mięta ich imion.

- Dzię­kuję... - wy­du­siła z sie­bie.

- Pa­tience, księżna Rath. - Zło­to­włosa ko­bieta uśmiech­nęła się sze­rzej. - Wiem, że nie pa­mię­tasz na­szych imion. Za­ufaj mi, by­łam kie­dyś w two­jej sy­tu­acji. Nie ma w tym nic wsty­dli­wego. To mój mąż, książę Rath. Moja szwa­gierka i szwa­gier, książę i księżna Luhst. Ci trzej męż­czyźni - wska­zała na Pryde'a, Ra­tha i Luh­sta - znają się jak łyse ko­nie. Uwa­żaj na nich.

Księżna Rath miała w so­bie coś tak cie­płego i ser­decz­nego, że na­pię­cie w gar­dle Mo­de­sty i jej piersi nieco ze­lżało.

Przy­po­mniała so­bie, co jej oj­ciec po­wie­dział o Sied­miu Ksią­żę­tach Grze­chu, i za­sta­na­wiała się, czy po­winna się bać. Tak czy ina­czej, te­raz po­czuła się tu bar­dziej swoj­sko niż przed kil­koma mi­nu­tami.

Z lekką ulgą od­wza­jem­niła uśmiech.

- Będę się mieć na bacz­no­ści.

Zer­k­nęła na Ra­tha i Luh­sta, któ­rzy pa­trzyli na nią z życz­liwą cie­ka­wo­ścią. Uświa­do­miła so­bie, że książę Luhst to ten, któ­rego we­dle re­la­cji Pryde'a szan­ta­żo­wano z po­wodu nie­ślub­nego dziecka. Czy py­ta­nie o to by­łoby nie­grzeczne? Nie była tego pewna i nie chciała ni­kogo wpra­wiać w za­kło­po­ta­nie.

- Czy to prawda, że in­te­re­su­jesz się hi­sto­rią i sta­ro­żyt­no­ścią? - za­py­tała księżna Rath.

Mo­de­sty ski­nęła głową.

- Tak. Oczy­wi­ście, kiedy tylko mam na to czas.

Księżna Luhst wy­raź­nie się oży­wiła.

- Może ze­chcia­ła­byś do­łą­czyć do mnie i Pa­tience w na­szym klu­bie?

Mo­de­sty za­mru­gała.

- Wa­szym klu­bie?

- Tak - od­po­wie­działa księżna Luhst. - Pa­tience jest bo­ta­niczką, a ja zaj­muję się ba­da­niami me­dycz­nymi. Je­śli chcia­ła­byś po­sze­rzyć swoją wie­dzę lub omó­wić swoje od­kry­cia czy teo­rie, ser­decz­nie za­pra­szamy na na­sze Her­batki z Mi­kro­sko­pami. Mamy na­dzieję, że z cza­sem bę­dzie nas wię­cej. By­łoby wspa­niale, gdy­byś się przy­łą­czyła.

Mo­de­sty po­czuła nie­ty­powy dla sie­bie przy­pływ eks­cy­ta­cji. Dys­ku­sja o an­ty­kach? O hi­sto­rii? Teo­rie, do­wody, po­szlaki, hi­po­tezy... Nie­wiele z tych rze­czy mo­gła ro­bić w She­pherds­brook, poza nie­licz­nymi chwi­lami, gdy roz­ma­wiała z pa­nem Loc­khar­tem. Czy to moż­liwe, że te­raz bę­dzie mo­gła re­gu­lar­nie roz­ma­wiać na ta­kie te­maty, nie oba­wia­jąc się re­ak­cji ojca? Za­wsze uwa­żał, że po­winna po­ma­gać jemu i in­nym, a nie czy­tać o prze­szło­ści.

- Ja... - Spoj­rzała na swo­jego świeżo po­ślu­bio­nego męża, który wpa­try­wał się w nią z unie­sio­nymi brwiami.

A co z Au­gu­stu­sem? Je­dy­nym po­wo­dem jej mał­żeń­stwa było do­bro dziecka. Prze­by­wał te­raz z pa­nią Wal­cott, szy­ko­wano mu miej­sce gdzieś na gó­rze. Po­winna spę­dzać z nim każdą wolną chwilę. Poza tym mu­siała na­uczyć się tak wiele o by­ciu księżną: ma­nier, po­praw­nego wy­ra­ża­nia się, tań­ców i tak da­lej.

Książę Luhst się uśmiech­nął, a jego oczy roz­bły­sły roz­ba­wie­niem.

- Pro­szę uwa­żać na te dwie. Pod­cho­dzą do na­uki cał­kiem po­waż­nie.

- Dzię­kuję - po­wie­działa, grzecz­nie ki­wa­jąc głową. - Nie są­dzę, żeby moja wie­dza była tak roz­le­gła jak obu pań. To dla mnie tylko roz­rywka. - Albo ma­rze­nie, które ni­gdy się nie spełni. - Nie chciał­bym mar­no­wać wa­szego cen­nego czasu.

Uśmie­chy obu dam nieco zbla­dły.

- Ro­zu­miem - od­parła księżna Luhst, rzu­ciw­szy Pryde'owi uważne spoj­rze­nie. - Je­śli kie­dy­kol­wiek zmie­nisz zda­nie, księżno, wy­star­czy jedno słowo.

Księżna Rath znów się do niej uśmiech­nęła.

- Albo je­śli bę­dziesz cze­goś jesz­cze po­trze­bo­wała. Życz­li­wego ucha. Albo po pro­stu to­wa­rzy­stwa przy her­ba­cie. Na­uka wszyst­kiego, co trzeba wie­dzieć, by zo­stać księżną, może być dość mę­cząca.

Mo­de­sty uśmiech­nęła się uprzej­mie, gdy pa­no­wie i damy wy­co­fali się, by zro­bić miej­sce in­nym go­ściom, któ­rzy chcieli im po­gra­tu­lo­wać.

Ale książę Luhst za­trzy­mał się na chwilę i po­chy­lił w jej stronę.

- Wiem, że po­trafi wy­da­wać się zimny i nie­zno­śnie dumny. Ale pro­szę dać mu szansę. Z cza­sem może się oka­zać, tak jak w przy­padku każ­dego z nas, że jest nie­zwy­kle lo­jal­nym przy­ja­cie­lem.

Za­nim zdą­żyła od­po­wie­dzieć lub dłu­żej się nad tym za­sta­no­wić, z bez­tro­ską miną ru­szył za żoną oraz księ­ciem i księżną Rath w inny kąt sali, wręcz pro­mie­nie­jąc szczę­ściem.

Przed­sta­wiono jej księżną wdowę Gran­dhamp­ton, star­szą damę ze sre­brzy­stą fry­zurą. Ubrana była zgod­nie z modą mi­nio­nej epoki, ale wciąż wy­glą­dała pięk­nie. Z bły­skiem w życz­li­wych nie­bie­skich oczach za­py­tała, jak Mo­de­sty po­znała księ­cia i jak ich mi­łość roz­kwi­tła tak szybko.

- Spo­tka­li­śmy się w ko­ściele, w któ­rym ka­za­nia wy­gła­sza pan Fa­ir­child - po­wie­dział Pryde, w pełni spo­kojny i opa­no­wany. - W pa­ra­fii Wszyst­kich Świę­tych z She­pherds­brook. A panna Fa­ir­child cał­ko­wi­cie mnie ocza­ro­wała. Od tego dnia myśl o przy­szło­ści bez niej była nie do znie­sie­nia.

Wdowa za­chi­cho­tała.

- Wie­rzę. Do­tąd jed­nak nie zda­rzyło mi się sły­szeć, że­byś od­wie­dzał ko­ścioły... zwłasz­cza te na obrze­żach Lon­dynu.

- To prawda. Na­zwijmy to prze­zna­cze­niem. Opatrz­no­ścią. Coś przy­cią­gnęło mnie do tego ko­ścioła.

W oczach księż­nej po­ja­wiło się roz­ba­wie­nie, uśmiech­nęła się życz­li­wie.

- Opatrz­no­ścią. Oczy­wi­ście. Mał­żeń­stwo z mi­ło­ści to rzad­kość, wiem to. Wszyst­kie moje wnuki miały tyle szczę­ścia, choć nie obyło się bez trud­no­ści... Mam na­dzieję, że oboje to ro­zu­mie­cie i za­wsze bę­dzie­cie się o sie­bie trosz­czyć. Ży­czę wam szczę­ścia.

Szczę­ścia...

Mo­de­sty spoj­rzała na Pryde'a, a on po­pa­trzył jej w oczy. Za­uwa­żyła, że pod twardą fa­sadą kryje się ktoś bar­dziej wraż­liwy, ła­god­niej­szy. Czy rze­czy­wi­ście jest tak na­iwna, by wie­rzyć, że pew­nego dnia na­prawdę się po­ko­chają... albo przy­naj­mniej będą mo­gli się cie­szyć chwi­lami szczę­ścia?

Wszy­scy za­sie­dli do wiel­kiego stołu. Zmu­siła się do kilku kę­sów pasz­te­cika z dzi­czy­zny, bar­dziej dla­tego, że nie chciała, żeby je­dze­nie się zmar­no­wało, niż dla­tego, że była głodna. Na­stęp­nie go­ście za­częli się roz­cho­dzić. Gdy że­gnała się z tatą, Grace i Geo­rge'em, książę od­szedł od niej, by po­że­gnać się z sze­ścioma ksią­żę­cymi przy­ja­ciółmi. Ma­cha­jąc do taty, ostat­niego go­ścia, po­zwo­liła so­bie na chwilę sła­bo­ści, gdy na ho­ry­zon­cie nie było żad­nego lo­kaja. Oparła się o duże okno wy­ku­szowe w sa­lo­nie przy­le­ga­ją­cym do holu wej­ścio­wego. Go­dziny spę­dzone w cen­trum uwagi tylu zna­mie­ni­tych go­ści ją wy­czer­pały. Opa­dła na pa­ra­pet, roz­ko­szu­jąc się odro­biną pry­wat­no­ści, którą za­pew­niała jej ciężka nie­bie­sko-złota za­słona od­gra­dza­jąca ją od reszty sa­lonu.

Po­sta­no­wiła, że za­raz pój­dzie do Au­gu­stusa. Serce za­biło jej moc­niej na myśl o tym dziecku w ob­cym domu. Czy pani Wal­cott bę­dzie wie­działa, żeby na­kry­wać go ko­cem, który wciąż pach­niał jego matką? Czy bę­dzie pa­mię­tała, że trzeba go trzy­mać w po­zy­cji pio­no­wej przez kilka mi­nut po kar­mie­niu, bo ina­czej do­sta­nie tej okrop­nej kolki, która bę­dzie go drę­czyć całą noc?

Po­winna była za­py­tać, gdzie go po­ło­żyli. Re­zy­den­cja księ­cia Pryde kryła w so­bie praw­dziwy la­bi­rynt ko­ry­ta­rzy i za­mknię­tych drzwi; bę­dzie mu­siała zna­leźć słu­żą­cego, który by ją opro­wa­dził... Ko­lejny do­wód na to, jak bar­dzo nie pa­suje do tego oka­za­łego domu.

Pa­trzyła, jak pod­jeż­dża je­den z po­wo­zów Pryde'a. Jej mąż uparł się, że za­pewni ojcu, Grace i Geo­rge'owi trans­port do She­pherds­brook, po­mimo po­cząt­ko­wych pro­te­stów ojca, który sprze­ci­wiał się ta­kiej przy­słu­dze.

Gdy po­wóz od­je­chał, ze­szła z pa­ra­petu. Za­trzy­mały ją jed­nak mę­skie głosy do­bie­ga­jące z otwar­tego sa­lonu.

Głos Pryde'a roz­po­zna­łaby wszę­dzie. Ni­ski, głę­boki, ak­sa­mitny. Za każ­dym ra­zem wy­wo­ły­wał w jej pod­brzu­szu to samo drże­nie.

- Wy­daje się cu­downa, Con­stan­tine.

Do­my­śliła się, że ten głę­boki głos na­leży do księ­cia Rath.

- Je­steś pewny, że do­brze zro­bi­łeś, po­ślu­bia­jąc ko­goś, kogo re­gent nie za­ak­cep­tuje, zwłasz­cza tak szybko? Choć panna Fa­ir­child jest uj­mu­jąca, a Pa­tience i Cha­stity tak bar­dzo pra­gną mieć ko­lejną przy­ja­ciółkę, która po­dziela ich pa­sję do na­uki...

- Uwa­żaj - po­wie­dział męż­czy­zna, któ­rego uznała za księ­cia Luhst. - Do­rian i ja je­ste­śmy do­wo­dem na to, jak mi­łość po­trafi zmie­nić czło­wieka.

- Mi­łość - za­śmiał się jej mąż. - Uwierz mi, nie ma na to szans.

Mo­de­sty wstrzy­mała od­dech, słowa ude­rzyły ją moc­niej, niż mo­głaby się spo­dzie­wać.

- Ona jest tylko środ­kiem pro­wa­dzą­cym do celu - cią­gnął. - Spo­so­bem na prze­ję­cie kon­troli nad dziec­kiem i unik­nię­cie skan­dalu. Córka pa­stora bę­dzie ide­alną żoną; ci­chą, po­słuszną i nie­wi­dzialną. Nie bę­dzie pro­te­sto­wać, gdy będę żyć po swo­jemu. Zna­la­zła bo­ga­tego i szla­chet­nego męża. Czego in­nego może pra­gnąć ko­bieta o jej po­zy­cji?

Zro­biło jej się duszno. Mru­gała szybko, pró­bu­jąc po­wstrzy­mać łzy. Po­czuła me­ta­liczny smak krwi, gdyż przy­gry­zła wargę, żeby nie wy­dać żad­nego dźwięku. A więc ta­kie miał o niej zda­nie?

Po­duszka w oknie wy­ku­szo­wym wy­da­wała się twarda jak ka­mień. Ob­jęła się ra­mio­nami, ale nie mo­gła prze­stać drżeć. Jaka głu­pia była, po­zwa­la­jąc so­bie na na­dzieję, choćby na chwilę.

Nie ma na­dziei dla tego mał­żeń­stwa.

Ni­gdy nie po­ko­cha ko­goś ta­kiego jak jej mąż; nie­czu­łego, na­dę­tego i ego­cen­trycz­nego.

A on ni­gdy nie po­ko­cha ko­goś, kogo uważa za dużo gor­szego od sie­bie.

Roz­dział 7

Con­stan­tine za­pu­kał do drzwi łą­czą­cych jego po­kój z po­ko­jem panny Fa­ir­child i na­słu­chi­wał.

Po­my­ślał, że musi prze­stać na­zy­wać ją panną.

Była te­raz jego żoną, na do­bre i na złe.

Ale nie wy­glą­dała jak księżna Pryde... jesz­cze nie. Na we­sel­nym śnia­da­niu była taka nie­śmiała i bo­jaź­liwa. Ta­nia li­liowa suk­nia wi­siała na jej szczu­płej syl­wetce, za krótka na jej wzrost i zu­peł­nie nie­ko­rzystna dla jej ja­snej cery. Po­winna no­sić suk­nie, które wy­do­by­łyby jej nie­zwy­kłe le­śno­zie­lone oczy i hip­no­ty­zu­jący ko­lor wło­sów przy­wo­dzący na myśl po­le­ro­waną miedź. Ja­sny i ogni­sty.

Jak tak olśnie­wa­jąca ko­bieta mo­gła stać z rę­kami sple­cio­nymi przed sobą, na­pię­tymi i zgar­bio­nymi ra­mio­nami, wy­glą­da­jąc, jakby chciała się skur­czyć, ukryć?

Za­pu­kał po­now­nie.

- Księżno? - za­py­tał. - Czy mogę wejść?

Ci­sza za drzwiami go iry­to­wała. Za­mie­rzał dziś spę­dzić noc w jej łożu, dla do­bra tego cho­ler­nego mał­żeń­stwa i aby jak naj­szyb­ciej za­szła w ciążę. Do tej pory miał jed­nak tylko jedną ko­chankę.

Do­świad­czoną.

Co miał zro­bić z dzie­wicą? Mu­siałby ją skrzyw­dzić, a to była ostat­nia rzecz, ja­kiej chciał.

- Tak - do­bie­gła ci­cha od­po­wiedź zza drzwi.

Ob­li­zał wargi, po czym chwy­cił za klamkę i wszedł. Mo­de­sty stała na środku po­koju, wciąż w sukni ślub­nej. Jej po­stawa była nie­mal tak sztywna jak mu­ślin sukni. Ża­ło­wał, że bra­kuje mu uroku Lu­ciena i umie­jęt­no­ści spra­wia­nia, by lu­dzie od razu czuli się swo­bod­nie w jego to­wa­rzy­stwie.

Czy od­prę­ży­łaby się, gdyby de­li­kat­nie mu­snął jej na­pięte ra­miona albo roz­ma­so­wał jej mię­śnie?

Od­chrząk­nął i pod­szedł do niej po­woli, po­now­nie ob­li­zu­jąc wargi. Za oknami pa­no­wała ciem­ność, a pło­mie­nie świec w kan­de­la­brach od­bi­jały się od szyb. Czarny pie­cyk na wę­giel ema­no­wał cie­płem, od­bi­jało się w nim też de­li­katne świa­tło z du­żego ko­minka na prze­ciw­le­głej ścia­nie. Przy jed­nej ze ścian stało oka­załe łoże z ele­ganc­kim bal­da­chi­mem z ja­sno­nie­bie­skiego je­dwa­biu oraz ozdo­bioną zło­tymi wzo­rami na­rzutą.

Jego nowa żona spra­wiała wra­że­nie tak kru­chej, gdy pa­trzyła na niego okrą­głymi oczami i z roz­chy­lo­nymi ustami.

Od­chrząk­nął.

- Do­sze­dłem do...

Boże, ogar­nęła go nie­śmia­łość. Co mu do­le­gało? Miał pełne prawo dzie­lić z nią łoże. Chciał tego. Dla­czego czuł się jak na­sto­la­tek, który jesz­cze ni­gdy nie miał ko­biety?

- Po­trze­buję dzie­dzica - rzu­cił, a ona za­mru­gała.

- Po­trze­buje Wa­sza Ksią­żęca Mość dzie­dzica?

- Tak. Obec­nie nie ma ni­kogo, kto mógłby odzie­dzi­czyć mój ty­tuł. Żad­nych ku­zy­nów, wu­jów ani in­nych krew­nych. Tylko ja... i Au­gu­stus, oczy­wi­ście.

Wy­raź­nie prze­łknęła ślinę i wzięła głę­boki wdech. Jej wzrok po­wę­dro­wał w stronę łóżka.

- Och. - Za­ru­mie­niła się.

Pod­szedł bli­żej. Cof­nęła się, za­cho­wu­jąc dy­stans.

Otu­lił go jej de­li­katny za­pach. Po­czuł go już wcze­śniej, w po­wo­zie w dro­dze z Ko­ścioła Świę­tego Je­rzego do swo­jej po­sia­dło­ści i pod­czas śnia­da­nia, kiedy stała u jego boku. Po­lne kwiaty. Czy­sta skóra. Jej ko­biecy za­pach z owo­cową nutą, przy­wo­łu­jący wspo­mnie­nie, któ­rego nie po­tra­fił do końca uchwy­cić; echa ra­do­ści, spo­koju i przy­jem­no­ści.

Miała ta­kie piękne, pełne usta i wy­so­kie ko­ści po­licz­kowe, a ze­wnętrzne ką­ciki jej wy­ra­zi­stych oczu były lekko unie­sione. Sto­jąc tak bli­sko, wi­dział drobne piegi na jej po­licz­kach. Do­da­wały jej mło­dzień­czej nie­win­no­ści, która po­ru­szała w nim coś głę­boko skry­wa­nego.

Czy bę­dzie sma­ko­wać tak słodko, jak pach­niała?

Chciał ją po­ca­ło­wać. Prze­su­nąć ję­zy­kiem po jej mięk­kiej dol­nej war­dze i po­czuć, jak drży w jego ra­mio­nach, usły­szeć jej ci­che wes­tchnie­nie, gdy jej od­dech sple­cie się z jego od­de­chem. Z ser­cem dud­nią­cym w piersi uniósł rękę w jej stronę, po­woli, jakby pod­cho­dził do mło­dej sa­renki. Spo­dzie­wał się, że się wzdry­gnie i od­su­nie. I nie miałby jej za złe, gdyby chciała to zro­bić. Tak się jed­nak nie stało. Stała nie­ru­chomo, z lekko roz­chy­lo­nymi ustami, bla­do­ró­żo­wymi ni­czym de­li­katne płatki. Wziął ko­smyk jej pięk­nych wło­sów i wsu­nął go jej za ucho, a ca­łym jego cia­łem wstrzą­snął upojny dreszcz.

Jakby do­tknął gwiazd...

Po­tem mu­snął kost­kami pal­ców jej po­li­czek. Boże, jaka de­li­katna skóra. Te­raz miał wra­że­nie, jakby za­nu­rzył całą dłoń w je­zio­rze peł­nym gwiazd. Skóra mro­wiła go wszę­dzie tam, gdzie jej do­tknął.

Gdy ich spoj­rze­nia się spo­tkały, zo­ba­czył, jak jej źre­nice się roz­sze­rzają, a zie­leń jej oczu ciem­nieje do barwy le­śnego mchu. Ru­mie­niec, który ob­lał jej po­liczki, spra­wił, że za­sta­na­wiał się, czy jej piersi będą rów­nie ró­żowe, gdy bę­dzie się wić z roz­ko­szy, a on do­pro­wa­dzi ją do or­ga­zmu.

Och, ten obo­wią­zek spło­dze­nia z nią dzie­dzica wcale nie bę­dzie uciąż­liwy.

- Taka je­dwa­bi­sta, de­li­katna skóra - po­wie­dział, pod­cho­dząc jesz­cze bli­żej, a jego palce mu­snęły jej szczękę. - Jest pani piękna, panno Fa­ir­child. Piękna panna młoda. Piękna żona.

Mru­gnęła na te słowa, jakby nie była pewna, czy do­brze go usły­szała. Za­nim zdą­żyła się cof­nąć, zbli­żył się do niej. Jego usta de­li­kat­nie mu­snęły jej wargi, jak szept, ba­daw­czo. Mięk­kość jej ust, ci­che wes­tchnie­nie, które z sie­bie wy­dała, spra­wiły, że czuł się jak w nie­bie. Sma­ko­wała we­sel­nym wi­nem, mio­dem i po­lnymi kwia­tami.

Przez jedną cu­downą chwilę roz­pły­nęła się w jego ob­ję­ciach. Jej dło­nie unio­sły się i spo­częły na jego piersi, a on po­czuł jej palce na swo­jej ka­mi­zelce. Po­głę­bił po­ca­łu­nek, przy­cią­ga­jąc ją bli­żej, jedną dło­nią obej­mu­jąc tył jej głowy, a drugą opla­ta­jąc jej ta­lię. Wy­dała z sie­bie ci­chy dźwięk, coś po­mię­dzy wes­tchnie­niem a ję­kiem, od któ­rego krew za­wrzała mu w ży­łach.

Po­tem, jakby zdjęto z niej za­klę­cie, ze­sztyw­niała. Ode­pchnęła go i wy­rwała mu się, co­fa­jąc się, aż łóżko zna­la­zło się mię­dzy nimi ni­czym mur strze­gący twier­dzy.

- Nie - po­wie­działa drżą­cym gło­sem. Jej usta były in­ten­syw­nie ró­żowe od jego po­ca­łunku.

Miał ochotę po­ko­nać dzie­lącą ich od­le­głość i po­now­nie je po­ca­ło­wać. Ob­jęła się ra­mio­nami.

- Chcia­ła­bym zo­stać sama.

Za­chwiał się lekko, z tru­dem utrzy­mu­jąc rów­no­wagę. Miał dziwne wra­że­nie, że nie­mal do­się­gnął nieba... a te­raz na­gle go prze­pę­dzono.

- Pro­szę mi wy­ba­czyć - po­wie­dział, choć nie był pe­wien, za co prze­pra­sza. Za po­ca­łu­nek, za swoją aro­gan­cję czy za wszystko, co do­pro­wa­dziło ich do tej chwili?

Kiedy prze­możne pra­gnie­nie jej bli­sko­ści za­częło po­woli ustę­po­wać, od­zy­skał ja­sność my­śle­nia. Od­rzu­ce­nie za­bo­lało. Ni­gdy wcze­śniej nie zo­stał od­trą­cony przez ko­bietę. Jego ko­chanka w Eli­zjum za­wsze była chętna, a on nie za­bie­gał o inne ko­biety poza tym ukła­dem. Młode wdowy i nie­szczę­śli­wie za­mężne damy pró­bo­wały zwró­cić na sie­bie jego uwagę na ba­lach, ale ni­gdy ich nie od­po­wia­dał na ich za­chęty, nie chcąc spło­dzić dzieci. Uni­kał de­biu­tan­tek i ich ma­tek jak ognia. Chciał po­cze­kać, aż sam bę­dzie go­towy wy­brać żonę.

A te­raz, kiedy już ją miał, ona go nie chciała.

Za­bo­lało go to, jakby ktoś dźgnął go sza­blą w brzuch.

- Czy wolno mi za­py­tać dla­czego? - ode­zwał się, z tru­dem opa­no­wu­jąc od­dech.

- Nie, nie wolno - od­parła, uno­sząc głowę i pro­stu­jąc ra­miona.

Ski­nął głową. To było zro­zu­miałe. Żadna ko­bieta nie chcia­łaby sy­piać z męż­czy­zną, któ­rym gar­dzi.

- Czy cho­dzi o mnie?

Jej oczy pło­nęły gnie­wem.

- Trudno za­ak­cep­to­wać męż­czy­znę, który udaje mi­łość, a tak na­prawdę uważa, że stoi wy­żej w hie­rar­chii spo­łecz­nej. Który my­śli, że robi mi przy­sługę, że­niąc się ze mną. Który bar­dziej trosz­czy się o swoją re­pu­ta­cję niż o do­bro dziecka. Męż­czy­znę, który od­pra­wił cię­żarną ko­bietę pro­szącą o po­moc.

Jej słowa ude­rzyły go jak bicz.

- Cał­kiem długa li­sta - od­parł.

Przy­pusz­czał, że za­cho­wał się jak bru­tal.

Ale jak miałby jej wy­tłu­ma­czyć wy­wie­raną na nim pre­sję. Każdy per­fek­cyj­nie wy­ko­nany ukłon, każda bez­błęd­nie wy­gło­szona uprzej­mość, każdy nie­na­ganny ele­ment gar­de­roby sta­no­wił ko­lejną ce­głę w mu­rze chro­nią­cym jego ta­jem­nicę. Wy­star­czy je­den szept o jego praw­dzi­wym po­cho­dze­niu i wszystko ru­nie. Utrzy­ma­nie re­pu­ta­cji nie było kwe­stią próż­no­ści; tu cho­dziło o prze­trwa­nie.

Nie chciał jej po­ka­zać, jak bar­dzo do­tknęły go jej słowa.

Nie zda­wała so­bie sprawy, że jest tylko fał­szy­wym księ­ciem. Za to do­strze­gała coś wię­cej niż fa­sadę, którą stwo­rzył, zimną jak ka­mień zbroję, którą no­sił na co dzień. Wi­działa wady, które ukry­wał przed świa­tem.

Wiel­kie nieba, co by zro­biła, gdyby kie­dy­kol­wiek od­kryła prawdę?

- Do­brze - po­wie­dział, jak za­wsze opa­no­wa­nym gło­sem. - Nie będę na­ci­skał, skoro nie jest to po­żą­dane. Ale wiedz, że bę­dziesz ze mną sy­piać. To twój obo­wią­zek jako mo­jej żony, czy tego chcesz, czy nie. Mimo to nie we­zmę cię wbrew two­jej woli, bo to nie leży w mo­jej na­tu­rze. Te­raz zo­sta­wię cię samą. Ju­tro za­czniesz się uczyć, jak być praw­dziwą księżną.