Książę Przesytu. Tom 4 - Mariah Stone

Reflow text when sidebars are open.
Rozdział 1
Londyn, 20 listopada 1814 roku
Coś było nie tak. Lady Agatha Temperance Hale wyczuła to w chwili, gdy otworzyła drzwi saloniku.
W niewielkim holu stał nieznajomy. Był młody i niski. Trzymał w rękach cylinder, jakby czekał tu już od dłuższej chwili. Jego bladoróżowa cera, dwa wystające przednie zęby i nerwowy sposób, w jaki rozglądał się na boki, sprawiały, że przypominał szczura.
- Proszę wybaczyć... - Skłonił się na jej widok. - Wygląda pani blado. Czy dobrze się pani czuje, panno...?
W ten uprzejmy sposób zapytał, jak się nazywa, a strach przeszył ją niczym ostrze. Temperance wyszła z saloniku do holu i skierowała się ku schodom.
- Fletcher.
Mimo szaleńczo bijącego serca zmusiła się do zachowania spokoju. Świat znał ją jako lady Agathę Hale - tak ją przedstawiano podczas przyjęć karcianych i tak się do niej zwracano na balach. Tylko papa znał drugie imię, które mama nadała jej na łożu śmierci... Temperance, co znaczy "umiarkowanie" lub "wstrzemięźliwość." Tylko papa tak ją nazywał, a ponieważ kochała go nad życie, uważała to za swoje prawdziwe imię. Imię, którego nie powinna zdradzać.
Nazwisko Fletcher brzmiało obco na jej języku, lecz ten szczurzy nieznajomy nie zasługiwał ani na poznanie jej imienia, ani na choćby najmniejszą wskazówkę dotyczącą jej prawdziwej tożsamości. Zwłaszcza że agenci jej macochy mogli wciąż poszukiwać rzekomo Szalonej Dziedziczki, by wydać ją za okrutnego lorda Bartholomewa Langstona - albo zamknąć w zakładzie dla obłąkanych.
Mężczyzna najwyraźniej oczekiwał jakiegoś wyjaśnienia, więc Temperance dodała:
- Jestem nową towarzyszką pani Barton.
Nieznajomy ponownie się skłonił.
- Edmund Stokes, do usług, pani. Jestem kancelistą syna pani Barton. Pan Barton poprosił mnie, abym odebrał dokumenty, które tu wczoraj zostawił.
Temperance uśmiechnęła się sztywno. Czy widział jej strach?
- Oczywiście. - Choć w jej głosie pobrzmiewała uprzejmość, cofnęła się o jeszcze jeden krok.
Małe oczka pana Stokesa omiotły ją uważnie od stóp do głów.
- Pan Barton nigdy o pani nie wspominał.
Wszystkie instynkty krzyczały, że grozi jej niebezpieczeństwo. Pan Stokes interesował się nią zdecydowanie bardziej, niż wypadało obcemu mężczyźnie.
- Dołączyłam do pani Barton dopiero w zeszłym tygodniu.
Temperance cofnęła się jeszcze bliżej schodów. Kostką wyczuła pierwszy stopień, nie zamierzając ani na chwilę odwracać się do mężczyzny plecami. Kiedy zrobił krok w jej stronę, serce omal nie wyskoczyło jej z piersi.
- Obawiam się, że nie czuję się najlepiej i muszę się położyć - wymamrotała.
- Oczywiście. Mam nadzieję, że wkrótce się pani poprawi.
Temperance skinęła głową, odwróciła się i ruszyła po schodach tak spokojnie, jak tylko potrafiła. Dopiero gdy dotarła na półpiętro, obejrzała się przez ramię. Pan Stokes nadal ją obserwował. Miał lekko przechyloną głowę, a jego oczy zwęziły się w dwie wąskie szparki. Kiedy pospiesznie zmierzała do swojej sypialni, poczuła to całym swym jestestwem: jej kryjówka właśnie przestała być bezpieczna.
Do końca dnia trwała przy oknie wychodzącym na ulicę. Pani Barton zapewniała ją, że panu Stokesowi można ufać, ponieważ od dwóch lat pracuje w kancelarii jej syna. Mimo to Temperance wciąż była napięta jak struna. Jej macocha nie cofnie się przed niczym, by przejąć spadek. Torba przygotowana na ucieczkę - z zapasem ubrań, dodatkową parą butów, ciepłą chustą, kilkoma monetami oraz kawałkiem chleba i sera - leżała na łóżku. Tuż obok spoczywała jej pelisa.
Siedząc na parapecie, obserwowała nieliczne powozy przejeżdżające ulicą i przechodniów sporadycznie przemierzających tę skromną część miasta. Wkrótce popołudnie ustąpiło miejsca zmrokowi, a przesuwne okna ceglanych domów przy Cheapside rozbłysły ciepłym światłem.
Tego roku ostatnia niedziela przed adwentem przypadała wyjątkowo wcześnie. Była to już druga taka niedziela od śmierci jej papy, którego półtora roku wcześniej zabrał udar. Tego dnia każda rodzina zbierała się razem, by wymieszać ciasto na bożonarodzeniowy pudding i wypowiedzieć życzenia na nadchodzący rok. Papa zawsze oddawał jej pierwszeństwo przy mieszaniu. Zamykała wtedy oczy i życzyła sobie nowych książek, więcej czasu w jego laboratorium oraz tego, by ojciec przez kolejny rok pozostał zdrów.
Smutek przeszył jej pierś niczym nóż. Osiemnaście miesięcy temu trzymała go za rękę, gdy jego pełne miłości szare oczy spoczęły na niej po raz ostatni. Ból nigdy naprawdę jej nie opuścił.
Tęskniła za papą. Tęskniła za świątecznymi przygotowaniami w Auster Court, które właśnie o tej porze zaczynał organizować. Tęskniła za aparaturą do swoich eksperymentów z elektrycznością. Tęskniła za swoją pokojówką Millie.
Temperance odetchnęła z drżeniem, a na szybie osiadła delikatna mgiełka. Wkrótce wróci do domu. Wróci do swoich doświadczeń, do Millie, do wszystkiego, co przypominało jej ukochanego ojca. Musiała się ukrywać jeszcze tylko do Bożego Narodzenia, kiedy skończy dwadzieścia jeden lat. Wówczas macocha przestanie być jej prawną opiekunką. Temperance podpisze akt w kancelarii pana Bartona i wejdzie w posiadanie spadku pozostawionego jej przez papę.
Nigdy więcej chłodnego głosu lady Auster oznajmiającej, że jest "niezdolna do funkcjonowania w towarzystwie", twierdzącej, że cierpi na "niezdrową fascynację elektrycznością" i "histerię wywołaną nadmierną lekturą". Nigdy więcej kłódek na drzwiach laboratorium. Nigdy więcej lodowatych dłoni Bartholomewa, lorda Langstona, zaciskających się na jej nadgarstkach. Nigdy więcej szeptanych gróźb o tym, na co mężom wolno sobie pozwalać wobec żon.
Wyciągnęła z tego naukę. Przede wszystkim pragnęła niezależności i wolności. Nigdy nie wyjdzie za mąż - ani za Langstona, ani za kogokolwiek innego.
Przyszłość będzie należeć wyłącznie do niej.
Kolacja upłynęła spokojnie i bez rozmów. Pani Barton już spała, gdy Temperance wróciła na swoje miejsce przy oknie. Wtedy zobaczyła trzech mężczyzn przechodzących przez ulicę i kierujących się w stronę domu pani Barton. Żołądek ścisnął jej się ze strachu. To nie wróżyło nic dobrego.
Temperance wybiegła na korytarz, by podsłuchać, kim są przybysze. Stamtąd mogła spojrzeć w dół schodów, do holu, gdzie gospodyni właśnie otworzyła frontowe drzwi.
- Czy lady Agatha Hale jest w domu? - zapytał jeden z trzech mężczyzn. - Nazywam się Finch.
Pan Finch był niskiego wzrostu, a jego okrągła, niemal matczyna twarz sprawiała zaskakująco życzliwe wrażenie. Dwurzędowy brązowy płaszcz z wełny opinał jego pokaźny brzuch i szeroką pierś. Trudno było obawiać się kogoś o tak dobrodusznym wyglądzie.
- Poszukuję lady Agathy w imieniu jej ukochanej macochy - ciągnął pan Finch. - Hrabiny Auster. Stan umysłu jej pasierbicy budzi niepokój zarówno u niej, jak i u jej lekarza.
Temperance poczuła, jak jej serce zamiera.
Nikt nie wiedział, że tu przebywa - poza panem Bartonem, jego matką i służbą. Pan Barton był wiernym radcą prawnym jej ojca i chciał ją chronić. Co do tego nie miała najmniejszych wątpliwości. Przez dwa tygodnie, które spędziła w domu pani Barton, nie pojawił się tu żaden gość. Nikt jej nie widział, poza służbą... i panem Stokesem wcześniej tego dnia.
Być może nigdy nie miała się przekonać, czy jej przeczucie względem pana Stokesa było trafne. Z pewnością jednak słusznie się niepokoiła. Ktoś przybył tutaj i szukał jej, używając jej prawdziwego nazwiska...
Istniało tylko jedno wyjaśnienie.
Odnaleźli ją. Przyjechali, by oddać ją w ręce hrabiny Auster i Bartholomewa, zmusić do małżeństwa z nim, aby przejąć kontrolę nad jej majątkiem... A potem Bóg jeden raczy wiedzieć, ile jeszcze siniaków pokryje jej ciało.
A jeśli nadal będzie odmawiać, zamkną ją w Bethlem Royal Hospital, zwanym Bedlam.
W zakładzie dla obłąkanych.
Wszystko dla spadku wartego trzydzieści tysięcy funtów.
Żołądek Temperance ścisnął się boleśnie. To był koniec.
Była w pułapce.
- Och, ja... ja... obawiam się, że zaszła pomyłka - wyjąkała gospodyni. - Nie ma tu żadnej takiej damy. Dobranoc.
Próbowała zamknąć drzwi, lecz zanim zdążyła to zrobić, wzrok pana Fincha powędrował ku schodom i napotkał spojrzenie Temperance.
W tej samej chwili z jego twarzy zniknęła uprzejma, serdeczna maska, odsłaniając prawdziwego łowcę. Przenikliwe brązowe oczy. Zimne. Inteligentne. Oczy psa tropiącego.
Temperance cofnęła się chwiejnie o krok.
Gdy gospodyni usiłowała zatrzasnąć drzwi, pan Finch pchnął skrzydło z taką siłą, że przygniótł kobietę do ściany. Zadziwiająco szybki jak na swój niski wzrost, już po chwili pędził po schodach, a jego dwaj towarzysze podążali tuż za nim.
Nie!
Temperance rzuciła się biegiem korytarzem do swojej sypialni, porwała torbę przygotowaną na ucieczkę i pelisę, po czym popędziła ku schodom dla służby. Ledwie czuła podłogę pod stopami. Ledwie słyszała własny urywany oddech i tupot butów trzech ścigających ją mężczyzn.
- Koniec ucieczki, lady Agatho!
Temperance otworzyła drzwi i rzuciła się w dół wąskich kamiennych schodów, z płucami ściśniętymi paniką.
Oddychaj. Po prostu oddychaj. Oddychaj... i biegnij.
Usiłowała nie potknąć się na kolejnym stopniu, gdy materiał sukni plątał się wokół jej kostek. Niezgrabnie narzucała na siebie pelisę. Dopiero wtedy miała wolne ręce, by unieść przeklęte spódnice. Jej prześladowcy byli szybsi, silniejsi i nie musieli walczyć z warstwami damskiego stroju. Temperance podciągnęła spódnice tak wysoko, jak tylko się odważyła, i popędziła w dół schodów ile sił w nogach.
- Lady Agatho! - dobiegło ją wołanie pana Fincha. - Proszę się zatrzymać!
Ani myślała.
Przemknęła korytarzem służby i minęła kuchnię, gdzie kucharka i pomywaczka krzyknęły ze zdumienia. Na końcu przejścia szarpnęła drzwi, wybiegła na tylne podwórze, przemknęła przez furtkę i pognała ulicą w ciemność listopadowej nocy.
Byli tuż za nią, lecz wciąż miała niewielką przewagę.
Na końcu ulicy obejrzała się przez ramię. Trzy masywne sylwetki wypadły przez furtkę. Zalała ją fala panicznego strachu. Przyspieszyła. Skręcając za róg, omal nie poślizgnęła się na oblodzonych kocich łbach, lecz rozpaczliwym wysiłkiem odzyskała równowagę. Biegła dalej. Płuca paliły ją żywym ogniem przy każdym łapczywym oddechu, a w uszach dudnił jedynie szaleńczy rytm jej własnego serca.
Ulice migały jej przed oczami, a zabudowa zmieniała się z każdym kolejnym zakrętem, gdy pędziła przez Cheapside. Skromne fasady ustępowały miejsca bardziej ozdobnym gzymsom i dekoracjom. W oknach paliły się światła, a za nimi zapewne siedziały szczęśliwe rodziny. Rodziny takie jak ta, którą utraciła.
Temperance przebiegała przez kolejne ulice, skręcając to w lewo, to w prawo, a potem znów w lewo przy każdym możliwym rogu. Musiała zostawić pana Fincha i jego ludzi jak najdalej za sobą, choć pierś bolała ją przy każdym oddechu, a nogi błagały o odpoczynek.
Na szczęście o tak późnej porze i przy tak przenikliwym chłodzie ulice były niemal puste. Minęła jedynie jeden powóz, którego pasażerowie patrzyli na nią z szeroko otwartymi oczami. Sporadyczne światło padające z okien pomagało jej odnaleźć drogę, lecz poza tym panowały takie ciemności, że często musiała zgadywać, dokąd biegnie.
Raz po raz oglądała się przez ramię, przekonana, że widzi mężczyzn wyłaniających się zza kolejnych rogów, i zmuszała wyczerpane ciało do dalszego wysiłku. Spódnice i torba ją spowalniały, policzki płonęły, gardło piekło od lodowatego powietrza, nogi odmawiały posłuszeństwa - a mimo to brnęła naprzód.
Kiedy po długiej, zdającej się nie mieć końca ucieczce wreszcie się zatrzymała i obejrzała się za siebie...
Nie było ich widać.
Mimo to nie odważyła się uznać, że udało jej się ich zgubić.
Gdy odzyskała choć odrobinę jasności umysłu, rozejrzała się wokół. Po obu stronach ulicy ciągnęły się nagie szkielety szeregowych domów w budowie. Wszędzie leżały przykryte śniegiem sterty cegieł i ziemi, deski oraz kamienie.
Gdzie ona właściwie była? Z pewnością nie w dzielnicy, w której powinna się znaleźć córka hrabiego.
Zdławiwszy narastającą panikę, szła dalej. Coraz częściej ślizgała się na błocie i lodzie, bo zmęczenie ciążyło jej w każdym mięśniu. Była spragniona i spocona, choć lodowaty wiatr bezlitośnie ciskał jej w twarz płatkami śniegu.
Dotarła do końca długiej ulicy pełnej niedokończonych domów. Nie mogła wiedzieć, co czeka za rogiem.
Świat eksplodował.
W niebo wystrzeliły rozbłyski złotego, błękitnego, różowego i pomarańczowego światła, przecinając powietrze i wpadając przez pozbawione szyb okna, puste framugi drzwi oraz nieukończone ceglane fasady nowych budynków.
Temperance zachwiała się i omal nie upadła na kolana. Fajerwerki?
Tętent galopujących kopyt. Krzyki mężczyzn. Tak właśnie wyobrażała sobie wojnę.
Co tu się, na Boga, działo?
Odzyskała równowagę i znieruchomiała. Oddech ugrzązł jej w gardle, gdy gorączkowo przenosiła wzrok między ciemnymi zakamarkami, w których mogli się kryć jej prześladowcy, a eksplozjami światła rozświetlającymi noc wokół niej. Co było groźniejsze - mężczyźni ścigający ją ulicami Londynu czy nagłe rozbłyski fajerwerków wybuchających w ciemności?
Z kłębów dymu i ognia wyrwał się galopem ogromny koń. Jeździec pochylał się nisko nad jego kasztanowym grzbietem, a poły płaszcza powiewały za nim niczym skrzydła. W jednej dłoni trzymał rzymską świecę, z której tryskały złote iskry. Twarz skrywał kapelusz jeździecki, a cienie całkowicie pochłaniały jego rysy.
Temperance powinna była uciekać. Ale nie miała już sił. Jej ciało zdrętwiało, a stopy zdawały się przyrośnięte do ziemi.
Zaraz umrze.
W ostatniej chwili mężczyzna szarpnął wodze, a ogromny wałach stanął dęba. Jeździec utrzymał się jednak w siodle. Obok nich przemknęło na koniach pięciu mężczyzn, jeden za drugim. Każdy trzymał własny fajerwerk i wykrzykiwał coś głośno, niemal dziko. Teraz wielki koń wydawał się bardziej przerażony niż wcześniej. Ponownie wspiął się na tylne nogi, wytrzeszczając oczy, a jego tylne nogi rozjechały się na lodzie. Runął na bok, przygniatając jeźdźca.
I nagle wszystko ucichło.
Przez chwilę Temperance nie mogła poruszyć nawet palcem. Jej ciało było jak wykuta z lodu rzeźba. Jakimś cudem nie zginęła.
Ale jeździec i kasztanowaty koń mogli nie mieć tyle szczęścia.
Nogi zwierzęcia leżały pod dziwnym kątem, a jego głowa gwałtownie się unosiła. Białka oczu były wyraźnie widoczne, nozdrza szeroko rozwarte, a wokół wędzidła pojawiła się piana. Wałach prychał gwałtownie, wyrzucając z siebie urywane, rozpaczliwe oddechy.
Mężczyzna został wyrzucony z siodła na bok. Jedna noga utkwiła pod koniem, zapewne zaplątana w strzemię. Tułów miał nienaturalnie skręcony, a rudobrązowy płaszcz podwinął się aż do pasa i nasiąkł błotem oraz śniegiem. Mrugał szybko, wyraźnie oszołomiony. Jęknął coś pod nosem, może przekleństwo, nie dosłyszała.
Para unosiła się z jego ust i z ciała ogromnego konia, razem tworzyli bezładną stertę.
Temperance się rozejrzała. Ulica była pusta.
- Zamierza mi pani pomóc czy nie? - odezwał się nagle jeździec.
Odchrząknęła, otrząsając się z resztek szoku.
- O-o-czywiście. - Padła obok niego na kolana, a serce tłukło się w jej piersi jak oszalałe. - Czy czuje pan nogę?
- Tak - odparł, krzywiąc się przy próbie poruszenia nią. - Ale nie mogę... nie mogę jej uwolnić.
Ruch jeźdźca najwyraźniej spłoszył konia. Zwierzę prychnęło i rozpaczliwie próbowało się podnieść, przebierając kopytami. Temperance cofnęła się, żeby zrobić mu miejsce. Kolana drżały jej ze strachu przed tak ogromnym stworzeniem. Nagle koń w jednym niezgrabnym, gwałtownym ruchu stanął na nogi. Zachwiał się, po czym pomknął przed siebie. Temperance patrzyła, jak galopuje ulicą. Jakieś trzydzieści jardów dalej wokół świateł zgromadziło się kilku mężczyzn - zapewne tam kończył się wyścig.
Odwróciła się z powrotem do leżącego mężczyzny.
Teraz mogła przyjrzeć mu się dokładniej. Miał zapewne niewiele ponad trzydzieści lat, może nieco mniej. Spod gęstych rudawobrązowych brwi patrzyły na nią brązowe oczy. Kapelusz z bobrowego filcu leżał kilka stóp dalej w błocie. Płaszcz podwinął mu się aż do pasa, odsłaniając potężne uda opięte jasnymi bryczesami z jeleniej skóry oraz wysokie, lśniące czarne buty.
Temperance wstrzymała oddech. Nie potrafiła odwrócić wzroku od zniewalającego jeźdźca. Rzeźbione rysy twarzy pod rozwianymi kosmykami włosów w kolorze ciemnego miodu. Wysokie kości policzkowe. Mocno zarysowana szczęka. Pełne, zmysłowe usta... Zdawał się mężczyzną, którzy przywykł sięgać po to, co czego pragnął. W mroku jego oczy wydawały się niemal czarne. Błyszczało w nich coś niebezpiecznego, coś, co wywołało w jej wnętrzu niezrozumiałe drżenie. Był w nich głód, surowy, nieskrywany, niemal pierwotny.
- Czy zamierza mi pani pomóc wstać, czy zostawi mnie tutaj, bym bohatersko skonał w błocie, niekochany i nieopłakany? - burknął.
Temperance przełknęła ślinę. Och, był niebezpieczny. I kuszący. Jak inaczej wyjaśnić to, że od dobrych dziesięciu minut nie mogła przestać się w niego wpatrywać?
Ale czy powinna mu pomóc? Z jednej strony dla młodej, niezamężnej kobiety dotykanie obcego mężczyzny w miejscu publicznym było nie do pomyślenia. Z drugiej ta jedna zasada dobrego wychowania zdawała się błaha wobec znacznie poważniejszego uchybienia, jakim było samotne przebywanie młodej niezamężnej kobiety na ulicy po zmroku.
A poza tym nie mogła zostawić rannego człowieka bez pomocy.
- Oczywiście - powiedziała uprzejmie. Ostrożnie odstawiła torbę z rzeczami na chodnik i wyciągnęła do niego rękę.
Temperance nie miała na sobie rękawiczek ani czepka, nawet szala. Padający śnieg kłuł jej nagą skórę niczym tysiące igieł. Kiedy mężczyzna ujął jej dłoń w swoją odzianą w rękawiczkę, uczucie lodowatego chłodu nagle ustąpiło miejsca gorącu. Poczuła miękkość jeleniej skóry, zapach nowego nubuku. W słabym świetle dostrzegła sygnet ozdobiony herbem rodowym. Przedstawiał dzika.
Po karku przebiegł jej dreszcz. Był arystokratą. Jakie było prawdopodobieństwo, że ją rozpozna? Nie przypominała sobie, by spotkała go podczas swojego pierwszego i jedynego sezonu towarzyskiego ponad dwa lata temu, lecz w bardziej konwencjonalnych okolicznościach wyglądałby z pewnością znacznie bardziej dystyngowanie.
Mężczyzna skrzywił się z bólu. Temperance odruchowo uklękła obok niego, wsunęła jedno ramię pod jego pachę, a drugą dłoń oparła na jego plecach. Przy jego pomocy uniosła go do pozycji siedzącej, po czym przesunęła się na bok i nadstawiła mu ramię, by mógł wstać.
Dopiero teraz uświadomiła sobie, o ile jest od niej wyższy. Był zresztą nie tylko wyższy, lecz także znacznie szerszy w ramionach i bardziej umięśniony. Po raz pierwszy w życiu mężczyzna opierał się o nią całym ciężarem ciała. Powinien jej ciążyć, a jednak wydał się zaskakująco przyjemny.
- Niech to diabli, właśnie kosztowała mnie pani fortunę - mruknął, gdy prowadziła go, wyraźnie utykającego na jedną nogę, ku ścianie najbliższego domu.
Dopiero gdy złapała oddech, dotarło do niej z całą mocą, że wyczuwa od niego silną woń alkoholu.
Na chwilę zabrakło jej słów. Jak śmiał ją o coś takiego oskarżać? I to jeszcze będąc pod wpływem trunku!
- Ja pana kosztowałam? - oburzyła się. - Przecież to pan omal mnie nie zabił! Pan i pański koń!
Poczucie winy i strach błyskawicznie ustąpiły miejsca gniewowi. Być może sprawiła to ucieczka przed panem Finchem. A może nagromadzone przez ostatnie dwa tygodnie napięcie i niepokój. Albo bezsilność i upokorzenia, których doświadczała przez ostatnie miesiące po śmierci papy. Zdrada jedynej rodziny, jaka jej pozostała - macochy i jej siostrzeńca, lorda Bartholomewa Langstona.
Pchana wściekłością, wskazała ręką ulicę.
- Co to za absurd? Fajerwerki? Wyścigi? W środku nocy i w pełnym galopie? Po co? Dla pieniędzy?
- Mężczyzna musi czasem poczuć, że żyje - burknął. - To miał być mój ostatnia szaleńcza przygoda. Moja ulubiona rozrywka. A więc, moja droga, jest mi pani coś winna.
Cóż za bezgraniczna bezczelność!
- Jestem panu coś winna? To niedorzeczne! Musi pan być pijany!
- Być może. Ale to jedna z przyjemności życia. Podobnie jak to...
Pochwycił ją w ramiona i zanim zdążyła zaprotestować, pocałował.
Może sprawiło to jego szerokie ciało, które otoczyło ją ciepłem i poczuciem bezpieczeństwa, odgradzając od całego świata. Temperance uległa grzechowi jego miękkich ust i nie odepchnęła go od razu.
Przez dłuższą chwilę przyciskał usta do jej ust. Pachniał skórą, mokrą wełną, koniem, drzewem sandałowym, wanilią i drogim alkoholem - zapachami dobrze jej znanymi, a jednak teraz przemienionymi w coś zupełnie nowego. Smak jego ust przeszył ją dreszczem radości i rozkoszy, który dotarł aż do szpiku kości.
Kiedy wreszcie znalazła w sobie siłę, by oprzeć dłonie o jego pierś i odsunąć go od siebie, dyszała ciężko. On również.
Jego ciemne spojrzenie spoczywało na jej ustach, a na przystojnej twarzy błąkał się pełen uznania uśmiech.
- Jak pan śmiał?! - zawołała Temperance, czując, jak policzki płoną jej żywym ogniem.
Mężczyzna parsknął śmiechem.
- To tylko niewielka zapłata za ból i cierpienie, którego mi pani przysporzyła. Muszę przyznać, że całkiem satysfakcjonująca zapłata.
- Nie powinien pan tak mówić. Zachowuje się pan w sposób zupełnie niegodny dżentelmena!
- Czy ma już pani plany na dzisiejszy wieczór? - zapytał nieznajomy, całkowicie ignorując jej słowa.
- Słucham?
- Młoda, piękna kobieta sama w środku nocy w Clerkenwell. Bez czepka, bez rękawiczek... bez przyzwoitki. - Uśmiechnął się szeroko. - Jest pani ulicznicą, prawda?
Krew zastygła Temperance w żyłach.
To bezczelne przypuszczenie odebrało jej resztki tchu. Wściekłość uderzyła w nią niczym wezbrana fala i zanim zdążyła się opanować, jej ręka wystrzeliła w górę i...
Spoliczkowała go.
Głowa nieznajomego odskoczyła w bok, a dłoń Temperance zapiekła żywym ogniem. Jego skóra była gorąca, twarda i gładka, z ledwie wyczuwalnym śladem zarostu. Nie powinna była palić jej aż tak mocno.
- Nie jestem żadną ulicznicą! - wykrzyknęła, a oburzenie pulsowało w każdej kropli jej krwi. - A pan... pan... Jest pan człowiekiem zupełnie nieliczącym się z konsekwencjami! Obraża pan kobiety, naraża wszystkich wokół i samego siebie! Jest ciemno, czuć od pana alkohol, omal nie zabił pan mnie i tego pięknego zwierzęcia! A mogło być jeszcze gorzej, panie nikczemniku. Co by było, gdyby na pańskiej drodze znalazło się dziecko albo starsza osoba? Pędzi pan ulicami jak człowiek uciekający... przed czym? Przed duchami? Wspomnieniami? A może jest pan tak śmiertelnie znudzony swoim bogatym, pustym życiem, że nie potrafi ustać spokojnie choćby przez chwilę?
Mężczyzna gwałtownie odchylił głowę, jakby spoliczkowała go po raz drugi. Uśmiech zniknął z jego twarzy. Za czarującą maską uwodziciela i rozpustnika kryło się coś zupełnie innego. Prawdziwy ból.
A zaraz potem gniew.
Nikczemnik, jak go nazwała, otworzył usta, najwyraźniej gotów odpowiedzieć ciętą ripostą, lecz zanim zdążył wydobyć z siebie choć słowo, za jej plecami rozległ się odgłos kroków.
O nie!
Temperance odwróciła się gwałtownie. Strach ponownie ścisnął jej serce i sparaliżował niemal wszystkie mięśnie. Była pewna, że odnaleźli ją trzej prześladowcy. Ale to był tylko jeden mężczyzna. Jeden z towarzyszy nieznajomego biegł w ich stronę. Poły jasnoszarego płaszcza furkotały za nim na wietrze, a jedną ręką przytrzymywał kapelusz jeździecki.
A Temperance nie mogła sobie pozwolić na ryzyko.
Co, jeśli tamten mężczyzna ją rozpozna? Cały Londyn wiedział o poszukiwaniach Szalonej Dziedziczki, a za jej odnalezienie obiecano pokaźną nagrodę.
A jeśli obaj uznali ją za ulicznicę? Co wtedy? Czy ten brutal mógłby próbować zmusić ją, by pojechała z nimi?
Nie. Musiała uciec, zanim kolejna osoba spróbuje przejąć kontrolę nad jej losem.
Temperance chwyciła torbę i pospiesznie skręciła w ciemną uliczkę.
- Proszę zaczekać! - dobiegło ją wołanie pierwszego mężczyzny. - Dokąd pani idzie? Proszę chwilę poczekać!
Zignorowała go. Obolałe nogi odmawiały posłuszeństwa przy każdym kroku, lecz zmuszała się do dalszego biegu. Skręcała raz w lewo, raz w prawo, klucząc nocnymi zaułkami, byle tylko zgubić pościg.
Dokąd właściwie miała się udać? Miała przy sobie zaledwie kilka monet. Za mało, by utrzymać się przez cały miesiąc.
W pamięci nagle pojawiło się wspomnienie. Czy nie czytała niedawno w gazetach o przytułku dla kobiet w Whitechapel?
Whitechapel...
Dzielnica pełna przestępców, tajemnic i niebezpieczeństw. Miejsce kłamstw i desperacji. Miejsce, do którego córka hrabiego i dziedziczka pokaźnego majątku pod żadnym pozorem nie powinna się zapuszczać.
A zatem właśnie tam musiała się ukryć.
Rozdział 2
- Odrobinę bardziej w prawo - usłyszał dziecięcy szept, po czym coś zimnego i mokrego przesunęło się po jego policzku.
Octavius Everard, książę Eccess, jęknął.
- Szybciej, budzi się - odezwał się drugi dziecięcy głos, starszy, należący do dziewczynki, a coś dotknęło czubka nosa Octaviusa.
W gruncie rzeczy Octaviusowi nie przeszkadzał chłód. Przynosił ulgę jego rozgrzanej skórze. Znacznie bardziej przeszkadzało mu to, że go obudzono, by musiał zmierzyć się z bólem głowy, który właśnie rozłupywał mu czaszkę na pół.
Machnął ręką, próbując odpędzić dzieci, i przewrócił się na bok. Pragnął jedynie znów zapaść się w błogą nieświadomość.
- Dorysuję jeszcze dwoje uszu - oznajmił z chichotem głębszy dziecięcy głos, chłopięcy.
Drewno stuknęło o szkło, coś zachlupotało, a chwilę później zimny, mokry przedmiot ponownie musnął jego czoło, kreśląc na nim jakiś wzór. Niestety, nie było już ucieczki. Im chłodniejsza stawała się jego twarz, tym bardziej się rozbudzał, a im bardziej odzyskiwał świadomość, tym wyraźniej odczuwał kolejny ból - w kostce. W kostce?
Właściwie bolało go całe ciało, nadwyrężone i wyniszczone latami dogadzania sobie. Nigdy dotąd nie zgadzał się tak bezwarunkowo z ostrzeżeniem swojego lekarza, że powinien zmienić tryb życia i nauczyć się umiaru.
Do diabła z umiarem.
- Doskonałe pociągnięcia pędzla - powiedział głos starszej dziewczynki z wyraźnym zadowoleniem. To była Margaret, jego czternastoletnia podopieczna.
Chwileczkę... Pociągnięcia pędzla? Czy to właśnie ta zimna wilgoć na jego twarzy?
Mimo to się nie poruszył. Byli rozentuzjazmowani. Chichotali. Śmierć matki i ojca odebrała im już i tak zbyt wiele dziecięcej beztroski. Dziesięć miesięcy wcześniej ich rodzice zginęli w pożarze domu przyjaciół rodziny, których odwiedzali. Na szczęście dzieci zostały wtedy w domu. Jeśli malowanie mu na twarzy uszu i wąsów sprawiało im radość, cóż, zniesie to. W końcu Octavius nie miał najmniejszego pojęcia, jak być opiekunem, na jakiego zasługiwały. Mógł więc przynajmniej być obiektem ich niewinnego figla.
- Ma taką sztywną, kwadratową szczękę, jak pudełko - odezwał się cienki głos ośmioletniej Sophie. - Jak domalujemy zarost, ten kwadrat będzie wyglądał bardziej jak prawdziwy podbródek.
Niech Bóg ma go w swej opiece. Coś wilgotnego musnęło go kilka razy tuż pod ustami. Octavius omal nie otworzył oczu, ale zdołał się powstrzymać.
- Ostrożnie! Jeśli go obudzimy, zaryczy jak dzik. - To był James, dwunastoletni brat Margaret i Sophie.
A James miał rację. Octavius był gotów zaryczeć jak dzik, widniejący w herbie jego rodu. Wkrótce to zrobi, lecz chciał im pozwolić na jeszcze chwilę niepohamowanej radości, nawet własnym kosztem. Może teraz, gdy skończyli już swoje malunki, znudzą się i sobie pójdą. Wtedy będzie mógł pospać jeszcze godzinę, jeśli Bóg pozwoli.
Sophie zachichotała.
- Śmierdzi mu z ust jak od panny Hammond po jej leczniczym toniku.
- Dlaczego dorosłym mężczyznom rosną włosy na twarzy? - zapytał James. - Też będę tak wyglądał, kiedy się zestarzeję?
Zestarzeję? Octavius omal nie odburknął, że trzydzieści jeden lat to dopiero początek życia.
- To dlatego, że służący jeszcze go nie ogolił - wyjaśniła Margaret z pewnością siebie właściwą najstarszemu dziecku. - Musiał wrócić dziś nad ranem.
- To bardzo do niego podobne - stwierdził surowo James tonem znawcy.
Naprawdę? Czy było z nim aż tak źle? Jaki przykład dawał, skoro jego dorastający podopieczny i zarazem obecny spadkobierca zdążył już uznać, że mężczyzna ma prawo prowadzić życie, którego celem jest jedynie zaspokajanie własnych pragnień?
- Nawet nie dotarł do łóżka - zauważyła Sophie.
- Czy to foie gras w jego włosach? - Głos Jamesa rozległ się bliżej. - Myślicie, że powinniśmy to wyciąć? Sophie, przynieś nożyczki.
Broń Boże. Tego było już dla Octaviusa za wiele. Stracił resztki nadziei na dalszy sen. Mimo bólu pulsującego pośrodku czaszki i w kostce otworzył jedno oko, a banda urwisów natychmiast cofnęła się o krok.
Sophie trzymała słoiczek z atramentem, w którym tkwił pędzelek.
- Dosyć. - Octavius zmrużył oczy przed chłodnym światłem sączącym się przez wysokie okna za jego plecami.
Jego gabinet miał być azylem, miejscem, w którym mógł liczyć na święty spokój. Sięgające sufitu mahoniowe regały i masywne dębowe biurko, odziedziczone po trzech pokoleniach książąt, dawały mu poczucie bezpieczeństwa. Uspokajała go ich znajoma obecność. Teraz jednak pomieszczenie cuchnęło rozlanym koniakiem i porażką, a dogasający ogień w kominku niewiele pomagał w walce z listopadowym chłodem.
Octavius zmarszczył brwi, spoglądając na swoich podopiecznych. Sophie i James odziedziczyli miodowy blond włosów, który od pokoleń występował w linii jego ojca. Loki Margaret były nieco jaśniejsze i niemal lśniły w świetle. Jak na swój wiek była wysoka, miała ładną twarz, zadarty nosek i bystre, błyszczące inteligencją oczy. Plecy trzymała prosto i jak zawsze ze wszystkich sił starała się zachowywać jak młoda dama.
Boże, przecież pamiętał jeszcze chrzciny każdego z nich. Wszyscy troje byli dziećmi lorda Juliusa Everarda, jego kuzyna ze strony ojca. A ponieważ Octavius pozostawał ich najbliższym żyjącym krewnym, dzieci powierzono jego opiece.
Opiece, której z całą pewnością nie potrafił im zapewnić.
Gdy Octavius jęknął i usiadł na sofie, troje urwisów wpatrywało się w niego szeroko oczami, w których mieszały się strach i rozbawienie. Każdy ruch przeszywał jego czaszkę i kostkę rozdzierającym bólem. Gdzieś na granicy świadomości mignęło mu wspomnienie zapachu lawendy i palącego ogniem policzka, lecz nie potrafił sobie przypomnieć dlaczego. Czy ktoś go uderzył? Nie byłoby to niczym zaskakującym.
- Pociągnięcia pędzla godne mistrza, dzieci - odezwał się męski głos po jego prawej stronie.
Pięć stóp dalej, wyciągnięty na szezlongu stojącym między dwoma regałami, leżał Sylvester, książę Irrevrence. Jedną rękę niedbale zarzucił nad głowę i obserwował Octaviusa z rozbawieniem malującym się na przystojnej twarzy.
Obok szezlonga stał fotel, w którym siedział Archibald, książę Enveigh. Założył nogę na nogę i spoglądał na Octaviusa z ponurą miną. Nosił doskonale skrojony zielony surdut, a na spinkach do mankietów widniał wąż - godło jego rodu.
- Już nie zaryczy jak dzik - stwierdził Archibald.
- Zamierzasz miauczeć czy mruczeć, Octaviusie? - dodał książę Irrevrence. - A nie, wyglądasz na zbyt zmęczonego. Może sykniesz?
Jego jasnoniebieskie oczy przyglądały się Octaviusowi z pobłażliwą wesołością. Przystojna twarz Sylvestra jak zwykle wyrażała obojętny dystans. Niezmiennie nosił ubrania w jasnych lub białych barwach - jakby kpił ze współczesnej mody nakazującej dżentelmenom wkładać ciemne surduty, co doskonale odpowiadało barwom jego rodu.
- Obaj patrzyliście, jak to robią - burknął Octavius, ściskając się za głowę. - Czy któremukolwiek z was choćby przemknęło przez myśl, żeby ich powstrzymać?
Sylvester wzruszył ramionami.
- Nie widziałem w tym nic złego. Należy wspierać dziecięcą kreatywność. Poza tym byłem ciekaw efektu końcowego.
Przeklinając w duchu poprzednią noc, Octavius jęknął, podniósł się i kuśtykając, podszedł do lustra. Nad brwiami namalowano mu dwa trójkątne uszy, na każdym policzku porośniętym jednodniowym zarostem widniały po trzy cienkie wąsy, czubek nosa pokrywało czarne kółko, a brodę szpeciły atramentowe plamy. Jego własne miodowoblond włosy, falowane i potargane, zdobił - jak trafnie zauważył James - zaschnięty kawałek foie gras.
Do licha.
Wciąż miał na sobie strój do jazdy konnej z poprzedniego wieczoru. Rozpięty i pognieciony kasztanowy płaszcz odsłaniał jasne bryczesy z jeleniej skóry, poplamione teraz błotem na kolanach. Wysokie czarne buty z miękkiej skóry, niegdyś wypolerowane na wysoki połysk, były porysowane i przygaszone ulicznym brudem. Kilka guzików białej lnianej koszuli pozostawało rozpiętych, biały halsztuk zwisał rozwiązany wokół szyi niczym flaga kapitulacji, a surdut był wygnieciony i usiany bliżej nieokreślonymi okruszkami. Oczy miał przekrwione, twarz bladą i opuchniętą, a do tego dokuczały mu mdłości i zawroty głowy.
Wyglądał dokładnie tak, jak się czuł: nędznie.
Zmarszczka między brwiami Archibalda jeszcze się pogłębiła.
- Zasłużyłeś sobie na to, żeby posłużyć za płótno dla tego arcydzieła.
Octavius pokręcił głową i kuśtykając, ruszył w stronę kredensu, na którym zawsze czekała taca z wyborem koniaków, porto i whisky.
Sylvester się roześmiał.
- Jakże typowe. Książę Enveigh jest zazdrosny.
Octavius nalał sobie koniaku do kieliszka.
- Czym tym razem zasłużyłem sobie na twoje niezadowolenie, Archibaldzie?
Sylvester uśmiechnął się pod nosem.
- Zabrałeś mnie na wczorajsze wyścigi konne, a o nim zapomniałeś.
Jak zwykle nalał do pierwszego z dwóch kieliszków koniaku aż po sam brzeg. James podszedł i stanął obok niego i obserwował go z nieskrywaną fascynacją.
- Wczoraj była ostatnia niedziela przed adwentem - mruknął Octavius, wpatrując się w wirujący w szklance złocisty płyn. - Doskonale o tym wiecie. Każdy sposób, by o tym zapomnieć, był usprawiedliwiony.
- Mogłem być przy tobie - powiedział cicho Enveigh. - Wiem, że to... trudny dzień.
Trudny dzień? To słowo w najmniejszym stopniu nie oddawało tego, co czuł. Dwadzieścia jeden lat temu ta niedziela zapoczątkowała najgorszy miesiąc w życiu Octaviusa, który zakończył się tym, że został na tym świecie zupełnie sam - dokładnie tak jak jego troje podopiecznych, którzy teraz nie mieli nikogo poza nim. A zasługiwali na kogoś znacznie lepszego.
Gdy napełnił trzeci kieliszek, James natychmiast go chwycił, powąchał z miną doświadczonego konesera, po czym mlasnął z uznaniem.
- Wyczuwam nuty... dębu i korzennej wanilii, z długim finiszem. Doprawdy wyborne.
Sylvester zachichotał.
- Brzmi zupełnie jak ty, Eccess.
Po plecach Octaviusa przebiegł zimny dreszcz. Nie tylko brzmiał jak on, prawda? James był dużym chłopcem, znacznie tęższym niż większość jego rówieśników - dokładnie tak jak sam Octavius w jego wieku. Była to cecha, której jego ojciec nigdy nie potrafił zaakceptować. Nieustannie wypominał mu tuszę, zarzucając lenistwo i brak umiaru, twierdząc, że przynosi hańbę szlachetnemu nazwisku.
- Zostaw to - powiedział Octavius, wyrywając Jamesowi kieliszek i rozlewając przy tym połowę zawartości na podłogę.
Nie zwróciwszy uwagi na zmarnowany alkohol, oszczędzając bolącą nogę, pokuśtykał do Archibalda.
Archibald uniósł podany mu kieliszek w geście toastu.
- Czy jest jakiś szczególny powód, dla którego postanowiłeś udawać jednonogiego pirata?
- Moja noga ma się doskonale, dziękuję - burknął Octavius, przechodząc do Sylvestra, by wręczyć mu kolejny kieliszek. - I tak boli mniej niż mój portfel. Ta kobieta, która omal nie wpadła pod kopyta mego konia, kosztowała mnie akt własności mojej winnicy we Francji. Niewielkiej co prawda, ale produkującej znakomite wino do prywatnych zapasów.
- Kobieta? - powtórzył Enveigh.
Octavius ponownie usiadł na sofie. Na wspomnienie drobnej, tajemniczej kobiety, którą wziął za ulicznicę, w jego wnętrzu odezwało się zupełnie inne drżenie. Rozlało się przyjemne ciepło, niemal radość. Miała tak piękną twarz... smukłą, o wysokich kościach policzkowych, szlachetną, z wyraźnie zarysowaną szczęką i wąskim podbródkiem. Pełne usta, duże, niezwykle wyraziste oczy ocienione czarnymi, łukowato wygiętymi brwiami oraz łuk kupidyna, który wręcz prosił się o pocałunek.
Ale nie zawahała się rzucić słów, które ugodziły go prosto w serce. Pędzi pan ulicami jak człowiek uciekający... przed czym? Przed duchami? Wspomnieniami? A może jest pan tak śmiertelnie znudzony swoim bogatym, pustym życiem, że nie potrafi ustać spokojnie choćby przez chwilę?
Od lat nikt nie powiedział mu prawdy równie otwarcie. Być może nigdy.
Nawet policzek, który mu wymierzyła, bolał mniej niż te słowa.
A przecież miała rację. Achilles, jego piękny koń pełnej krwi, upadł. Mógł zabić tę kobietę, siebie, swojego wierzchowca, a przy okazji spalić pół Londynu, gdyby te przeklęte fajerwerki wleciały prosto przez okna. Nieważne, że domy stały puste - ogień rozprzestrzeniał się błyskawicznie... i byłaby to jego wina.
Lęk ścisnął Octaviusa od środka. Nie mógł przecież po prostu przestać. Co miał zrobić - wyrzec się jedynych rzeczy, dzięki którym czuł, że żyje? Gdyby tylko zwolnił tempo, duchy pochłonęłyby go bez reszty, wciągając z powrotem w głosy, tortury i cierpienie jego przeszłości.
- Tak, kobieta. Sprawiła, że Achilles upadł i przygniótł naszego przyjaciela, a potem uciekła - wyjaśnił Sylvester.
- Jak się ma Achilles? - zapytał Octavius, na chwilę zapominając o pulsującym bólu głowy. Ten koń od lat był jego najwierniejszym towarzyszem.
- Twój stajenny powiedział, że nie odniósł żadnych obrażeń - odparł Sylvester. - Choć muszę zauważyć, że okazałeś mu więcej troski jemu niż własnej kostce.
- A co z tą kobietą? - zapytał Archibald. - Kobieta samotnie włócząca się nocą po Clerkenwell... Ulicznica?
Sophie rozsiadła się wygodnie przy biurku Octaviusa, wyciągnęła kartkę i zaczęła rysować.
- Co to jest ulicznica? - zapytała.
A niech to diabli.
Sylvester wstał i podszedł do Sophie, zaglądając jej przez ramię.
Octavius potarł policzek, który wciąż pulsował bólem po uderzeniu tamtej kobiety.
- Nic takiego, moja droga. Panowie, raczcie pamiętać, że znajdujecie się w obecności dzieci. A tak w ogóle, gdzie jest panna Hammond?
James wzruszył ramionami, nie odrywając wzroku od pojedynkowego pistoletu ojca Octaviusa, wyeksponowanego na ścianie. Margaret podeszła do Sophie i pochyliła się nad jej rysunkiem, żeby pomóc jej coś naszkicować.
- To, że mnie spoliczkowała, i oburzenie, z jakim zareagowała na sugestię, że jest... tą, o której wspomnieliście, każą mi sądzić, że nią nie była - powiedział Octavius, upijając łyk koniaku.
- A jednak szanowane damy nie spacerują samotnie po zmroku - zauważył Irrevrence, przesuwając kciukiem po grawerunku zdobiącym kieliszek.
- Być może dopiero miała zostać ulicznicą - odparł Enveigh. - Jestem przekonany, że pomógłbym ci to ustalić, gdybym dostąpił zaszczytu otrzymania zaproszenia.
Irrevrence prychnął.
- Jesteś po prostu zazdrosny. Jak zawsze.
Enveigh posłał mu gniewne spojrzenie.
- Byłbym lepszym towarzyszem tej przejażdżki. Ciebie nic nie obchodzi.
- To, czy by mnie obchodziło, czy nie, i tak niczego by nie zmieniło. - Irrevrence przewrócił oczami.
- Owszem, zmieniłoby. Złapałbym ją.
Irrevrence zaśmiał się cicho i pokręcił głową.
- To bez znaczenia.
Dla Octaviusa miało znaczenie. Coś w tej kobiecie nie dawało mu spokoju. Być może jej szare oczy, przypominające srebrzyste niebo o tej porze roku, której nienawidził najbardziej - w tygodniach poprzedzających Boże Narodzenie.
- Bardzo twórcze, Sophie - powiedział Sylvester, poklepując ją po głowie, gdy rysowała atramentem za pomocą pędzelka. - Te króliki są wszystkie wyjątkowo... hojnie obdarzone przez naturę.
- Hojnie obdarzone? - Octavius wyciągnął szyję, by przyjrzeć się rysunkowi, i ciężko westchnął. Był kompletną porażką. Słodkie króliczki Sophie posiadały części ciała, o których ośmioletnia dziewczynka z całą pewnością nie powinna jeszcze nic wiedzieć.
Sophie nuciła przy tym melodię Panie Janie po francusku, tyle że zamiast niewinnego "pora spać?", śpiewała "idź do diabła".
Octavius jęknął. To dzieci trzymały guwernantkę w garści, a nie odwrotnie.
Za drzwiami rozległ się głośny huk, po którym nastąpił kobiecy pisk. Drzwi gwałtownie się otworzyły i ukazała się panna Hammond. Jej policzki płonęły czerwienią, a na schludnej czarnej sukni, przy samym dole, widniały przypalone ślady. Biały czepek przekrzywił się na bok i był upstrzony plamami atramentu. Lewa powieka drgała jej nerwowo, gdy patrzyła na dzieci z tłumioną wściekłością. Miała być surowa i stanowcza, żeby utrzymać swoich podopiecznych w ryzach, ale była już szóstą guwernantką, której dzieci pozbyły się w samym tylko tym roku.
Octavius upił kolejny łyk koniaku.
Margaret, James i Sophie zastygli na jej widok. Za umęczoną guwernantką Octavius dostrzegł system sznurków i bloczków, z kałamarzem zawieszonym nad drzwiami.
- Margaret - syknął.
To właśnie było specjalnością tej małej blond diablicy - wykorzystywała swój niezwykły talent do skomplikowanych obliczeń, by konstruować wymyślne pułapki i mechanizmy do psot.
Policzki Margaret oblały się szkarłatem, ale wyprostowała ramiona, uniosła podbródek i przyjęła najgodniejszą pozę, na jaką było ją stać.
- Z przyjemnością informuję, że przeprowadzony przeze mnie eksperyment zakończył się pełnym sukcesem.
Sylvester zachichotał.
- Bez wątpienia.
- A jaki był cel eksperymentu? - zapytał Archibald.
Dziewczynka natychmiast się rozpromieniła.
- Wyznaczyć dokładny kąt przechyłu kałamarza oraz czas, jaki powinien upłynąć od otwarcia drzwi do chwili, gdy atrament spadnie.
- Młoda dama nie powinna wymyślać takich psot - oznajmiła guwernantka, której twarz przybrała jeszcze intensywniejszy odcień czerwieni.
James jakimś sposobem zdobył kieliszek koniaku i pochylił się ku Sophie.
- Powiedz jeszcze raz te słowa... te, przez które panna Hammond upuściła wczoraj tacę z herbatą. Zobaczymy, czy znowu podskoczy!
Octavius patrzył, jak James naśladuje jego sposób degustowania koniaku, z mieszaniną przerażenia i wstydu. Co prawda alkohol ani razu nie dotknął ust chłopca, ale nie to było najgorsze. James przyswajał sobie jego najgorsze nawyki, nie najlepsze. Po śmierci rodziców Octavius zabrał go ze szkoły i nie chciał odsyłać z powrotem, dopóki chłopiec nie nauczy się lepszego zachowania. Powierzono mu opiekę nad tym trojgiem dzieci, a on zupełnie sobie z tym nie radził. Gdyby tylko wiedział, jak być kimś innym niż człowiekiem, na którego ukształtował go własny ojciec. Gdyby tylko wiedział, jak przerwać błędne koło, które nieświadomie przekazywał niewinnemu Jamesowi.
Sophie wyprostowała plecy i zaklęła po francusku:
- Do ciężkiej cholery.
Niech Bóg ma go w swojej opiece. Z pewnością nie były to słowa, które powinna znać ośmioletnia dziewczynka mająca pewnego dnia zostać damą wielkiego świata.
Irrevrence parsknął śmiechem.
- Sophie, moja droga, czy mogę cię adoptować?
Sophie uśmiechnęła się jeszcze szerzej, podczas gdy Octavius czuł, jak żołądek ściska mu się w supeł z rozpaczy.
- Sylvestrze, wcale nie pomagasz! - rzucił.
Te trzy małe istoty były tak drobne, tak kruche, a jednak sprawiały, że czuł się całkowicie bezradny. Sam nigdy nie zaznał szczęścia w dzieciństwie. Niewiele szczęścia zaznał również jako dorosły. Prędzej jednak umarłby, niż sprowadziły na nie nieszczęście. A skoro tak, pozostawało mu tylko jedno.
Usunąć się z ich życia.
Panna Hammond westchnęła z tak wielkim oburzeniem, że jej policzki jeszcze bardziej poczerwieniały.
- J-j-ja nigdy cię tego nie uczyłam, Sophie! Skąd znasz takie okropne słowa?
Margaret wzruszyła ramionami.
- To jeszcze nic. W zeszłym tygodniu słyszałam, jak ta Francuzka nazwała Jego Książęcą Mość... jak to było? "Wspaniałą bestią o apetycie dziesięciu mężczyzn".
Panna Hammond westchnęła jeszcze głośniej.
- Margaret! Taki język jest absolutnie...
Ale Sophie przerwała jej z entuzjazmem, rzucając po francusku:
- Zamknij się i rzuć mnie na łóżko...
Guwernantka zdusiła kolejne oburzone westchnienie, lecz było oczywiste, że zupełnie nie potrafi nad nimi zapanować.
Nikt by nie potrafił.
Octavius jęknął w duchu. To była jego wina i w każdym z nich widział cząstkę siebie. Kochanka, którą utrzymywał, koniak, który pił, swoboda, na którą pozwalał Margaret przy jej eksperymentach - wszystko to obciążało wyłącznie jego sumienie. Dzieci źle się zachowywały, bo widywały go z kieliszkiem w ręku. Przeklinały, bo słyszały jego francuską metresę. Wykorzystywały matematykę do psot, zamieniając nawet jego próby wspierania ich edukacji w narzędzia chaosu.
Wiedział, że rozpaczliwie potrzebowały uwagi, ponieważ straciły rodziców, a on nie potrafił dać im ciepła i poczucia bezpieczeństwa, których łaknęły. Octavius nie był głupcem, ale nie znał też odpowiedzi. Wychował go potwór, który przepędził jego matkę, odbierając mu przy tym także maleńką siostrę, i nie wiedział, jak stać się kimś innym.
Mimo wszystko mógł zrobić chociaż tyle. Wyrwał Jamesowi kieliszek z koniakiem i cisnął go do kominka. Huk tłuczonego szkła i syk płomieni, które na moment wystrzeliły wyżej, nie przyniosły mu najmniejszej ulgi.
Sophie zachichotała, odgarniając za ucho niesforny kosmyk miodowoblond włosów, tak podobnych do jego własnych. Te dzieci były jego krwią, jego odpowiedzialnością, a mimo wszystkich jego braków pozostawały największą radością jego życia.
Nie mógł znieść widoku tego, czym się stawały. Musiał uciec.
- Panno Hammond - powiedział Octavius niskim głosem, ledwie panując nad gniewem i lękiem, które ścierały się w nim pod maską towarzyskiej ogłady. - Te dzieci najwyraźniej potrzebują bardziej uporządkowanych zajęć, które zajmą ich umysły i pozwolą spożytkować nadmiar energii. Być może bardziej wymagających ćwiczeń edukacyjnych albo aktywności fizycznej w ogrodzie. Bezczynność rodzi psoty.
On również nie mógł pozostawać bezczynny, jeśli chciał uciec przed mrokiem, który nieustannie go ścigał. Tak jak powiedziała poprzedniej nocy tajemnicza kobieta - uciekał przed duchami. A zatem zrobi to, co potrafił najlepiej: zanurzy się w przyjemnościach Londynu tak głęboko, by żaden wstyd, żadne poczucie winy ani strach nie mogły go dosięgnąć. Niech konsekwencje diabli wezmą.
- Enveigh, Irrevrence, chodźmy. Elizjum czeka.
Rozdział 3
Jeszcze dwadzieścia siedem dni.
Tyle tylko musiała przetrwać Temperance, by w dniu swych urodzin odzyskać wolność i majątek.
Zadrżała z zimna i szczelniej otuliła się pelisą. Późnolistopadowy wiatr hulający po Coburg Street w Mayfair przenikał przez wszystkie warstwy jej ubrań. Niebo było ciężkie i ołowiane, a gwałtowne podmuchy śniegu smagały jej twarz, kłując skórę niczym tysiące igieł.
Choć pobliski kościół dopiero co wybił południe, ulica wydawała się pogrążona w mroku. Zanosiło się na śnieżycę.
Ostatni tydzień spędziła w przytułku dla kobiet w Whitechapel, prowadzonym przez pannę Grace Lockhart, z całą zaciekłością starając się nie myśleć o pocałunku tamtego nikczemnika na ulicy. Nie mogła jednak zostać w ochronce dłużej. Każdego dnia przybywały nowe ciężarne kobiety i młode matki, które znacznie bardziej od niej potrzebowały schronienia przed zimą. Nadszedł czas, by ruszyć dalej.
A rozwiązanie znajdowało się tuż przed nią. Piękny londyński dom należący do księcia Eccess, który - jak głosiło ogłoszenie zamieszczone w "London Times" - poszukiwał guwernantki dla trojga dzieci. Była to dla Temperance szansa, by ukryć się na widoku, pozostać niewidzialną dla towarzystwa, które bez trudu rozpoznałoby w niej lady Agathę Hale, Szaloną Dziedziczkę. Nie odpowiedziała na ogłoszenie listownie, jak przyjęło się robić, ponieważ zwyczajnie zabrakło jej czasu. Jej szanse były więc niewielkie.
Mimo to musiała spróbować.
Ściskając mocno w dłoni swoją torbę, ruszyła ku domowi. Był ogromny - czteropiętrowy budynek bez trudu pomieściłby trzy londyńskie rezydencje jej ojca. Tamta znajdowała się zaledwie sześć ulic dalej i to właśnie tam zapewne przebywali teraz jej macocha i Bartholomew, przeczesując Londyn w poszukiwaniu śladu zbiegłej dziedziczki. Nieskazitelnie biały gmach, wzniesiony w stylu palladiańskim, z wysokimi wykuszowymi oknami, zdobiła kompozycja przedstawiająca grecki panteon. W jej centrum znajdował się Dionizos, bóg wina i uciech, z wieńcem bluszczu na głowie i kiścią winogron w dłoni.
Zwykle rześki zapach śniegu unoszący się w powietrzu napełniał Temperance radością i poczuciem domowego bezpieczeństwa. Papa przygotowywałby się właśnie do jej urodzin, zamieniając cały okres adwentu w pasmo niespodzianek. Zaszywali się wtedy razem w domu, przeprowadzali doświadczenia, czytali książki i dyskutowali o nauce przed płonącym kominku w jego bibliotece.
Teraz... Stojąc samotnie na ulicy, bez domu, który chroniłby ją przed zimnem, Temperance nigdy jeszcze tak dotkliwie nie odczuwała nieobecności ojca. Łzy zapiekły ją pod powiekami, gdy zatrzymała się przed szerokimi schodami prowadzącymi do drzwi wejściowych, ukrytych pod portykiem wspartym na kolumnach. Musiała jedynie zrobić to, czego nauczył ją papa: przyjrzeć się własnym uczuciom i emocjom. Przyjąć smutek, rozpacz i gniew. Pozwolić im wybrzmieć, odzyskać panowanie nad sobą, a potem wejść po tych schodach i zapukać do drzwi. Tam czekało ją najtrudniejsze przedsięwzięcie w całym jej życiu. Musiała sprzedać samą siebie.
Ale zanim Temperance zdążyła postawić pierwszy krok, wielkie ciemne drzwi wejściowe otworzyły się z głośnym trzaskiem i wybiegła przez nie siwowłosa kobieta w brązowej sukni. Jej pelisa była rozpięta, a z niewielkiej podróżnej torby, którą ściskała w dłoni, wystawał skrawek ubrania. Oczy miała szeroko otwarte, podczas gdy surowe jajko powoli spływało po jej twarzy spod przekrzywionego czepka.
Na dole schodów zatrzymała się, wyciągnęła chusteczkę i zaczęła wycierać jajko z pelisy.
Temperance podeszła bliżej.
- Nic pani nie jest?
Kobieta prychnęła.
- Już nie. Od chwili, gdy opuściłam ten dom!
Temperance przebiegł nerwowy dreszcz. Umierała z ciekawości, kim była ta kobieta i co doprowadziło ją do takiego stanu - nie wspominając już o jajku spływającym po jej twarzy - ale nie odważyła się pytać.
- Czy to Dulcis Court?
Kobieta gwałtownie uniosła głowę i zmierzyła Temperance uważnym spojrzeniem.
- A dlaczego pani pyta?
- Chcę ubiegać się o posadę guwernantki. W odpowiedzi na ogłoszenie.
Kobieta odchyliła głowę i wybuchnęła śmiechem przypominającym krakanie wrony. Wyglądała, jakby znajdowała się na granicy histerii.
- Proszę mnie posłuchać. Niech się pani odwróci i odejdzie! Te małe diabły doprowadzą panią do obłędu.
Chwilę później już jej nie było. Obcasy stukały nerwowo o kamienne płyty chodnika, gdy oddalała się w pośpiechu.
Żołądek Temperance ścisnął się w złym przeczuciu. Czy te dzieci naprawdę rzuciły kobiecie jajkiem w twarz? Jak bardzo mogły być nieznośne?
Tak czy inaczej, wyglądało na to, że stanowisko guwernantki właśnie się zwolniło.
Musiała zaryzykować. Nie miała pieniędzy ani żadnego innego miejsca, gdzie mogłaby się ukryć. Guwernantka miała status zbliżony do służby. Przebywała głównie w szkolnej sali i dziecięcych sypialniach, niemal nigdy nie widując pana ani pani domu. To odpowiadałoby jej idealnie aż do Bożego Narodzenia.
Boże Narodzenie i wolność.
Temperance weszła po schodach i zapukała.
Drzwi otworzył kamerdyner - mężczyzna około pięćdziesiątki - który zmierzył ją chłodnym spojrzeniem.
- Tak?
- Dzień dobry - powiedziała najpogodniej, jak umiała, choć puls czuła aż w koniuszkach palców. - Przyszłam w sprawie posady guwernantki.
- Czy jest pani umówiona?
- Nie. Ale miałam nadzieję...
Z wnętrza domu, gdzieś za plecami kamerdynera, dobiegł kobiecy krzyk. W jasno oświetlonym holu wejściowym panował istny rozgardiasz. Jedna pokojówka ścierała kurz z kredensu, druga zamiatała podłogę. Trzech lokajów niosło tace z jedzeniem. Tuż za nimi podążało troje dzieci - złotowłosa młoda dama wchodząca właśnie w wiek młodzieńczy, znacznie młodsza dziewczynka oraz chłopiec w wieku między nimi. Chłopiec podkradał jedzenie z tac, a młodsza dziewczynka podstawiła jednemu z lokajów nogę. Taca z ciastkami poszybowała w powietrze, wypieki rozsypały się po podłodze, a sama taca odbiła się od płytek z głośnym brzękiem.
Przez otwarte drzwi Temperance dostrzegła piękne pomieszczenie przygotowywane do wieczornego przyjęcia. To z pewnością nie wróżyło nic dobrego. Czy taki chaos był tu normą? Odpowiadać za niesforne dzieci to jedno, ale znaleźć się w domu, w którym nieustannie odbywają się spotkania towarzyskie, to zupełnie co innego - zwłaszcza że Londyn był o tej porze niemal pusty, ponieważ większość śmietanki towarzyskiej spędzała zimę w swoich wiejskich posiadłościach.
Być może powinna poszukać innego rozwiązania. Innego domu, w którym potrzebowano guwernantki...
- Proszę wybaczyć - powiedziała słabo, odwracając się. - Chyba jednak powinnam...
Nie zdążyła dokończyć zdania. Przez śnieżną zawieję nadjechał galopem potężny mężczyzna na przepięknym kasztanowatym koniu i zatrzymał się gwałtownie tuż przed domem. Potężne rozmiary zwierzęcia, imponująca postura jeźdźca i mistrzostwo, z jakim opanował wierzchowca, sprawiły, że przeszył ją nagły dreszcz. Nie widziała jego twarzy. Mężczyzna przytrzymywał czarny cylinder, a poły kasztanowego płaszcza zasłaniały sylwetkę, gdy wszedł po schodach i minął ją w drzwiach. Jego zapach był jednak znajomy - skóra, koń, drzewo sandałowe, wanilia i drogi alkohol. Kiedy przechodził obok, Temperance zauważyła, że lekko utyka, oszczędzając jedną nogę.
- Wasza Książęca Mość - powitał go kamerdyner, kłaniając się i odbierając od niego cylinder, a następnie płaszcz.
- Powinnam już iść... - wymamrotała Temperance, gorączkowo zastanawiając się, jak przecisnąć się obok mężczyzny i wydostać z domu.
Ale jej wzrok mimowolnie powędrował ku kasztanowemu płaszczowi z długimi połami, idealnie podkreślającemu szerokie barki i plecy zniewalającego jeźdźca. Talia była proporcjonalnie wąska, biodra znacznie smuklejsze od potężnej sylwetki, a bryczesy do jazdy konnej ciasno opinały muskularne uda...
Odwrócił się i Temperance doznała prawdziwego wstrząsu. Był olśniewający. Równie imponujący jak Ben Nevis, najwyższa góra Wielkiej Brytanii, na którą papa zabrał ją kiedyś podczas jednej z ich podróży po kraju. Miodowoblond włosy miał potargane przez wiatr i jazdę konną, a topniejący śnieg pozostawił na nich wilgotne pasma. Był wysoki i niezwykle przystojny - o idealnie zarysowanej szczęce, wyraźnych kościach policzkowych i ciemnobrązowych oczach, które błyszczały głodem, gdy patrzył na nią spod przewróconego konia...
Jej intuicja jej nie zawiodła. To był mężczyzna, który omal nie zabił jej tydzień wcześniej.
Jego oczy zwęziły się z wyraźnym zainteresowaniem, które sprawiło, że jej ciało zalała nieoczekiwana fala ciepła.
- Czy mogę pani w czymś pomóc, panno...?
Nie rozpoznał jej... prawda? "Wasza Książęca Mość" - powiedział przed chwilą kamerdyner.
O nie. Czy to właśnie był książę Eccess? Mężczyzna, który zamieścił ogłoszenie?
Temperance nagle zabrakło tchu. Gorąco zapłonęło na jej policzkach. Stała twarzą w twarz z człowiekiem, który nie tylko skradł jej pierwszy pocałunek... ale również nazwał ją ulicznicą i naraził jej reputację!
Spoliczkowała księcia!
Przez cały miniony tydzień myślała o tamtym pocałunku, choć robiła wszystko, by wyrzucić go z pamięci. To wspomnienie ogrzewało ją podczas zimnych nocy w przytułku. Sama myśl o pracy dla niego, o mieszkaniu z nim pod tym samym dachem, sprawiała, że grunt usuwał jej się spod nóg. Nerwy drgały w całym jej ciele i czuła się niczym instrument, którego struny wibrują od niesłyszalnej melodii.
Co ona wyprawiała? Przyjęcie posady guwernantki w domu tego człowieka byłoby najgorszym pomysłem, jaki mogła mieć. Powinna się odwrócić i odejść. Natychmiast.
A jednak Temperance nie potrafiła się ruszyć. Przyciągał ją do siebie samym spojrzeniem, gdy patrzył na nią z rosnącą ciekawością... aż nagle zdumienie w jego ciemnych oczach ustąpiło miejsca niedowierzaniu i mężczyzna zamrugał. Książę Eccess zmarszczył brwi. Zacisnął pięści, a jego ramiona zesztywniały. Oddech wyraźnie mu przyspieszył, pierś unosiła się i opadała coraz szybciej. Musiał ją rozpoznać. I z pewnością był na nią wściekły.
Doskonale. I tak nie chciałby jej zatrudnić - nie po tym, jak go obraziła, pozwoliła mu się pocałować, a potem wymierzyła mu policzek.
Żadne z nich tego nie chciało.
- Ta pani przyszła w sprawie ogłoszenia o pracę guwernantki - wyjaśnił kamerdyner.
- Mamy już guwernantkę, Jacobsie - odparł książę.
Kamerdyner pokręcił głową.
- Obawiam się, że panna Hammond właśnie odeszła.
Książę westchnął przeciągle z wyraźną irytacją, a szczęka mu zadrżała, jakby z trudem tłumił gniew. Gdy z salonu dobiegł huk tłuczonej porcelany, a zaraz potem kobiecy okrzyk zaskoczenia i oburzenia, zazgrzytał zębami w narastającej irytacji.
- Właśnie wychodziłam - powiedziała Temperance i się odwróciła.
- Ta dama wspomniała, że nie była umówiona - dodał kamerdyner. - A może jednak Wasza Książęca Mość się jej spodziewał?
Książę Eccess zmierzył ją wzrokiem od stóp do głów i zmrużył oczy. Pojawił się w nich błysk. Błysk, który Temperance bardzo się nie spodobał.
- W istocie, właśnie na nią czekałem - odparł książę. - Proszę wejść, panno...?
Jej myśli pędziły jak szalone.
- Fields - odpowiedziała, przypominając sobie nazwisko, które wcześniej rozważała. Nie mogła już używać nazwiska Fletcher, skoro ludzie wynajęci przez lady Auster o nim wiedzieli. - Panna Temperance Fields.
Mogła ukryć się pod dowolnym imieniem, ale wybranie własnego wydawało się błogosławieństwem. Temperance miała być ochroną, znakiem od ojca, który pomoże jej przetrwać najbliższe tygodnie, pozostać przy życiu i odzyskać należny spadek.
Papo, pomóż mi, modliła się w duchu.
- Obawiam się jednak, że muszę już iść... - powiedziała Temperance, czując, jak opuszcza ją resztka stanowczości.
Nie miała dokąd pójść. Nie chciała nadużywać gościnności przytułku, zwłaszcza że był przepełniony. Jeśli odejdzie teraz, będzie musiała spędzić noc na ulicy, w przenikliwym zimnie. Przy odrobinie szczęścia znalazłaby może kościół, w którym mogłaby się ukryć do rana.
Z całą pewnością nie mogła zostać tutaj.
Spojrzenie księcia Eccess spoczęło na niewielkiej torbie, którą ściskała w dłoniach.
- Jest pani tego pewna? Tak się składa, rozpaczliwie potrzebujemy guwernantki, a pani przyszła właśnie w sprawie tej posady.
Lodowaty podmuch wiatru sprawił, że Temperance zadrżała. Śnieg smagnął ją po twarzy ostrymi drobinami. Nie pomyliła się - nad Londyn nadciągała prawdziwa śnieżyca. Noc pod gołym niebem oznaczałaby niemal pewną śmierć. Czy przy tym wszystkim zostanie guwernantką w tym domu naprawdę było aż tak złym pomysłem? Co stanowiło większe niebezpieczeństwo - lekkomyślny książę jako pracodawca czy przenikliwy mróz na ulicy?
- Dobrze - odpowiedziała.
Kamerdyner skinął głową i odsunął się, wpuszczając ją do środka właśnie w chwili, gdy troje dzieci wybiegło z salonu i pomknęło po schodach na górę.
Temperance aż podskoczyła, gdy książę zawołał za nimi:
- Wiem, co zrobiliście! Panna Hammond właśnie zrezygnowała z posady!
Pojawił się lokaj niosący tacę z niewielkimi przekąskami przypominającymi paszteciki z mięsnym lub wątrobianym farszem, podobnym do foie gras, udekorowane świeżymi gałązkami ziół. Książę Eccess sięgnął po jeden z nich i zaczął żuć, posyłając dzieciom gniewne spojrzenie.
W odpowiedzi rozległ się ich chichot. Gdy Temperance zdjęła pelisę i podawała ją kamerdynerowi, Jacobsowi, chłopiec wyciągnął drewniane pudełko, otworzył je, a ze środka wybiegły trzy małe, szare futrzaste kulki, które popędziły po schodach w dół i zniknęły w salonie. Powietrze przeszył kolejny kobiecy krzyk - prawdopodobnie jednej ze służących - a zaraz potem rozległ się brzęk sztućców rozsypujących się po podłodze. Dzieci wybuchnęły śmiechem na szczycie schodów.
- Są niewątpliwie bardzo inteligentne - powiedziała Temperance, obserwując uważnie wszystkich troje. - Być może jednak powinny skierować swoje talenty ku zajęciom nieco mniej... mysim. A jeśli chodzi o myszy, wystarczy kot.
Przechylił głowę, a w kącikach jego brązowych oczu pojawiły się zmarszczki rozbawienia.
- Proszę za mną.
Gdy weszli do jego gabinetu, usiadł za wielkim biurkiem i nalał sobie do kieliszka ciemnego trunku. Kamerdyner postawił na blacie tacę z przekąskami i wyszedł. Wszystko w tym pomieszczeniu przywodziło na myśl wygodę i beztroskie przyjemności. Sofa wyglądała na dużą i miękką, a pokrywające ją poduszki - na aksamitne w dotyku. Marmurowy kominek, w którym wesoło trzaskał ogień, dawał kojące ciepło, budząc w Temperance niemal nieodpartą pokusę, by wyciągnąć dłonie ku płomieniom i ogrzać przemarznięte palce. Zasłony były ciężkie i pluszowe, dywan miękki i czerwony. Na ścianach nie wisiały wyłącznie marynistyczne sceny sztormów ani portrety surowych książąt z poprzednich pokoleń. Część z obrazów przedstawiała skąpo odziane kobiety grające na instrumentach, odpoczywające w kuszących ogrodach lub oddające się słodkim przyjemnościom. Na innych płótnach wibrowały kolorami stoły uginające się od owoców, win, serów, mięs i deserów.
Książę Eccess siedział wygodnie w swoim fotelu niczym panna i władca tego domu. Uniósł kieliszek, zaczerpnął głęboko aromatu trunku, po czym z widocznym zadowoleniem upił łyk.
- Kot mógłby pani zdaniem rozwiązać problem myszy w moim domu. - Spojrzał na nią spod kasztanowych brwi. - Czy ma pani dla mnie jeszcze jakieś wskazówki? Jakieś dodatkowe uwagi dotyczące mojego zachowania, poza tymi, które tak wymownie przedstawiła mi pani tydzień temu?
Temperance poczuła, że jej policzki oblewają się rumieńcem.
- Nie mam.
- Hm. A więc nie zamierza mnie pani przeprosić za tak bezceremonialne zruganie mnie? Ani za uraz nogi, którego doznałem?
- To nie przeze mnie doznał pan urazu, Wasza Książęca Mość. Sam jest pan sobie winien. Powiedziałam już wtedy, że narażał pan zarówno siebie, jak i innych.
- Panno Fields, czy nie zapomina pani przypadkiem, że to ja mogę dać pani posadę, której pani szuka?
Milczała. Serce waliło jej jak młotem, podczas gdy wichura szarpała szybami.
Książę westchnął, wyciągając rękę.
- Proszę zatem o wykaz poprzednich posad.
Żołądek ścisnął jej się z niepokoju.
- Obawiam się, że go nie posiadam.
- A formalne wykształcenie?
Przełknęła ślinę.
- Żadne.
- Żadne? - Uniósł brwi. - Nie zamierza mi pani nawet spróbować zaimponować?
Zanim zdołała się powstrzymać, poczuła, jak budzi się w niej gniew.
- Wasza Książęca Mość jest w błędzie. To pan, jako mój przyszły chlebodawca, powinien starać się zaimponować mnie.
Książę Eccess roześmiał się, po czym wsunął do ust kolejny pasztecik. Zamknął oczy na krótką chwilę, najwyraźniej delektując się smakiem, a następnie otworzył je ponownie. Przez moment zastanawiała się, czy nie zaproponuje jej poczęstunku. Oczywiście jednak książę nie dzieliłby się jedzeniem ani napojem ze służącą. Musiała pamiętać, że nie powinna oczekiwać, iż będzie traktował ją jak równą sobie. Nie była już damą.
Przynajmniej nie do Bożego Narodzenia.
W ciepłym spojrzeniu jego brązowych oczu igrało rozbawienie, gdy przyglądał się jej uważnie, rejestrując każdy szczegół - włosy, twarz, ubranie. Bycie w centrum uwagi tego wielkiego, niezwykle przystojnego mężczyzny było... oszałamiające. Co się z nią działo? Skąd brało się to gorące mrowienie rozlewające się po całym ciele? Ten brak tchu? To dziwne odrętwienie, przez które myśli ulatywały jej z głowy? Dobry Boże. Ona się pociła.
Czy naprawdę tak bardzo przejmowała się tym, jakie robiła na nim wrażenie?
Temperance nigdy szczególnie nie zwracała uwagi na swój wygląd. Zwykle bez zastrzeżeń akceptowała to, co Millie robiła z jej włosami i garderobą. Teraz jednak po raz pierwszy zapragnęła wyglądać atrakcyjnie. Włosy uczesała sama, spinając je w kok tak ciasno, jak tylko potrafiła. Miała na sobie suknię, której nie zmieniała od tygodnia; na niebieskiej wełnie wciąż widniały zaschnięte brązowe plamki po gulaszu. Dbanie o wygląd nie należało w przytułku do rzeczy łatwych. Po raz pierwszy zaczęła dostrzegać każdą zmarszczkę na materiale, każdy włosek i pyłek przyczepiony do sukni. Niespokojnie poruszyła się na krześle.
- Czy byłaby pani tak uprzejma wyjaśnić mi, co guwernantka robiła samotnie na ulicy tak późną porą, bez przyzwoitki?
Temperance posłała mu gniewne spojrzenie.
- A czy Wasza Książęca Mość życzy sobie, bym opowiedziała wszystkim, że to pan pędził ulicami z fajerwerkami, narażając Londyn na pożar i całując niewinne kobiety?
Jego spojrzenie stwardniało niebezpiecznie. Pochylił się nad biurkiem, opierając łokcie o blat.
- Czy to groźba?
- To zależy od pana, Wasza Książęca Mość.
Temperance przełknęła ślinę, sama nie mogąc uwierzyć, że zdobyła się na taką zuchwałość.
- Nie sądzę, panno Fields, by znajdowała się pani w położeniu pozwalającym na wysuwanie gróźb. - Jego głos stał się chłodniejszy. - Czy zdaje sobie pani sprawę, jak podejrzanie wygląda cała ta sytuacja? Samotna kobieta błąkająca się po zmroku. Kobieta, która obraziła księcia, pozwoliła mu się pocałować, a teraz zjawia się w jego domu bez wcześniejszego umówienia wizyty, bez odpowiedzi na ogłoszenie, bez jakichkolwiek dokumentów potwierdzających jej kwalifikacje... i najwyraźniej z całym swoim dobytkiem przy sobie... A mimo to oczekuje pani, że powierzę pod jej opiekę troje dzieci?
Nie odwróciła wzroku.
- A czy Wasza Książęca Mość oczekuje, że będę zachwycona perspektywą pracy w domu człowieka tak lekkomyślnego, że oddając się przyjemnościom, nie zastanawia się nad konsekwencjami, jakie grożą innym?
Drgnęła mu szczęka. Oparł się głębiej w fotelu, wystukał palcami rytm na blacie biurka, po czym sięgnął po kolejny pasztecik.
- Ma pani szczęście, że sytuacja zmusza mnie do ustępstw - powiedział książę Eccess po chwili, gdy przełknął kęs. Podniósł stos papierów. - Nie ma żadnych nowych zgłoszeń, choć ogłoszenie ukazuje się od miesięcy. Nawet gdybyśmy rozpoczęli poszukiwania od nowa, minęłyby tygodnie, zanim udałoby się przeprowadzić rozmowę z nową kandydatką. Zwłaszcza zimą. - Wyciągnął ku niej plik dokumentów. - Albo słyszała pani, jak koszmarna jest to praca, i próbuje wykorzystać naszą desperację, albo sama znajduje się pani w tak rozpaczliwym położeniu, że gotowa jest przyjąć posadę, której żadna porządna guwernantka by nie przyjęła. Która z tych możliwości jest prawdziwa?
Temperance przełknęła ślinę. Choć bardzo tego nie chciała, musiała skłamać.
- Jestem nowa w Londynie. Jestem córką księgarza i drukarza z Cheshire i... mój ojciec niedawno zmarł. - To akurat nie było kłamstwo i serce ścisnęło jej się z bólu. - Nie zostawił mi niczego. Dlatego znalazłam się sama na ulicy po zmroku i nie miałam dokąd pójść. Wasza Książęca Mość sam przed chwilą powiedział, że jest zdesperowany. Cóż... ja również.
Choć zmarszczył brwi, w jego oczach mignęło współczucie.
- Gdzie spędziła pani ostatni tydzień?
- U matki przyjaciółki. Zostałam tam dłużej, niż wypadało. - To również nie było całkowite kłamstwo. Nie musiał wiedzieć nic o przytułku, a pani Barton z pewnością nie miałaby nic przeciwko temu, by została dłużej.
Książę Eccess westchnął i przez chwilę milczał, pogrążony w myślach.
- Jak wyglądała pani edukacja?
c starała się nie drgnąć pod ciężarem jego stalowego spojrzenia i po raz kolejny wyznała tylko część prawdy.
- Pobierałam naukę arytmetyki, geografii, literatury, nauk przyrodniczych, języka francuskiego oraz historii. Matka nadzorowała moją naukę robótek ręcznych i muzyki. Mieliśmy niewielki fortepian. Ojciec pozwalał mi korzystać ze swojej biblioteki, dlatego dobrze znam poetów i filozofów.
- A jak zamierza pani zapanować nad dziećmi?
- Pańskie dzieci są...
- To nie są moje dzieci.
Rumieniec oblał jej policzki. Nie jego dziećmi? Czy to znaczy, że nie był żonaty?
- Och.
Przez chwilę wyglądało na to, że książę Eccess pozwoli jej trwać w niepewności, lecz potem zmarszczył brwi.
- To moi podopieczni. Osierocone dzieci mojego zmarłego kuzyna.
- A czy... czy Jej Książęca Mość będzie uczestniczyć w podejmowaniu decyzji dotyczących ich wychowania?
Zamilkł na moment, po czym pochylił się nad biurkiem i przyjrzał jej się jeszcze uważniej, wywołując w niej dziwne, musujące drżenie. Dokładnie tak jak wtedy, gdy ją pocałował. Znów zrobiło jej się gorąco. Czuła się lekka, miękka i podatna na wpływ jego obecności. Skóra mrowiła i była boleśnie wrażliwa.
- Nie ma żadnej "Jej Książęcej Mości", panno Fields.
Dlaczego ta wiadomość przyniosła jej ulgę, nie potrafiła zrozumieć. Powinno być wręcz przeciwnie. Powinna się cieszyć, że jest żonaty i ma żonę. Chociaż nie powstrzymało go to przed pocałowaniem obcej kobiety na ulicy, więc zapewne nie powstrzymałoby go również przed czynieniem jej awansów, gdyby znalazła się pod jego dachem.
To była kolejna kwestia, której wcześniej nie rozważyła. Czy uzna, że może pocałować ją ponownie, kiedy zostanie guwernantką? Wykorzysta swoją pozycję, by zmusić ją do rzeczy, których od niej zapragnie?
Na samą myśl żołądek podszedł jej do gardła. Przysięgła sobie, że nigdy więcej nie pozwoli mu się dotknąć. Nie zamierzała dopuścić, by w jej życiu pojawił się kolejny lord Bartholomew Langston. Lord Langston, siostrzeniec jej macochy, był nie tylko człowiekiem okrutnym, ale również złodziejem. Pięć lat wcześniej ukradł naszyjnik należący do jej ojca i próbował zastawić go w lombardzie, lecz papa odkrył prawdę. Nie potrafiąc odmówić błaganiom lady Auster, ojciec Temperance, dobry i łagodny człowiek, zaniechał dalszych działań. Zachował jednak kwit z lombardu jako dowód - na wszelki wypadek.
Niestety kwit nie znajdował się w jej posiadaniu. Był bezpiecznie ukryty w londyńskiej kamienicy papy - miejscu, do którego Temperance nie mogła się zbliżyć bez ryzyka schwytania.
- Widziała już pani dzieci - odezwał się nagle książę Eccess. - Widziała pani, jak źle się zachowują. Ich szósta guwernantka w tym roku właśnie zrezygnowała. Jaki byłby pani plan? Jak zamierzałaby pani rozpocząć ich edukację i zaprowadzić dyscyplinę?
Temperance przełknęła ślinę. Z pewnością miała wystarczającą wiedzę, by zostać guwernantką, ale doświadczenia z dziećmi miała niewiele. Mogła jedynie wzorować się na swoim ojcu i być dla nich tym, kim on był dla niej - a także odpowiedzieć temu imponującemu mężczyźnie tak, jak odpowiedziałby papa.
- Jak już wspomniałam, wydają się niezwykle bystre. Jestem przekonana, że poprzednie guwernantki nie stawiały przed nimi dostatecznie ambitnych wyzwań ani nie pobudzały ich umysłów.
- A skąd może pani to wiedzieć?
- Ponieważ sama byłam bardzo podobna. Mój ojciec szybko to dostrzegł i mając szczęście dysponować bogatą biblioteką, zachęcał mnie do czytania wszystkiego, co mnie interesowało. Najbardziej fascynowały mnie zagadnienia związane z fizyką, matematyką, algebrą, geografią i chemią.
Książę Eccess lekko przechylił głowę na znak, że przyjął tę odpowiedź do wiadomości. Kącik jego ust drgnął. Miał niezwykle piękne, męskie usta - szerokie i zmysłowe.
- Sądząc po tym, jak pomogła mi pani tamtej nocy na ulicy, a także po tym, że samotnie poradziła sobie pani w Londynie i znalazła sobie schronienie, domyślam się, że jest pani osobą dość odporną. Czy się mylę, panno Fields? Jak szybko mogę spodziewać się pani rezygnacji pod wpływem stresu?
- Niełatwo mnie przestraszyć i jestem bardzo zdeterminowana, Wasza Książęca Mość. - Temperance miała szczerą nadzieję, że to prawda.
Poruszył się w fotelu. Jeden z papierów przesunął się, odsłaniając leżącą pod nim gazetę.
Szalona Dziedziczka wciąż zaginiona! Nagroda pięćdziesięciu funtów dla osoby, która pomoże ją odnaleźć.
Pięćdziesiąt funtów. Dokładnie tyle wynosiła roczna pensja guwernantki w tym domu. Przeszył ją lodowaty dreszcz. Książę wiedział o Szalonej Dziedziczce. Nie wiedział jednak, jak wygląda. I nie miał pojęcia, że siedzi właśnie naprzeciwko niego.
- Czy ma pani chociaż jakieś referencje? - zapytał.
Temperance z początku nawet go nie usłyszała. Jego głos docierał do niej jak przez wodę, podczas gdy panika sparaliżowała jej ciało i odebrała oddech.
- Ja... proszę wybaczyć?
Książę Eccess zmarszczył brwi.
- Referencje, panno Fields. Czy jest ktoś, kto może zaświadczyć, że nie jest pani osobą ukrywającą się pod fałszywym nazwiskiem?
Te słowa były jak smagnięcie bata. Być może dostrzegł strach w jej oczach. Może zauważył, jak krew odpływa jej z twarzy, gdy przeszył ją lodowaty chłód.
Na szczęście rozległo się pukanie do drzwi. Gdy do gabinetu wszedł lokaj z listem na tacy, Temperance cicho i z ulgą wypuściła powietrze, mając nadzieję, że książę tego nie zauważy.
Książę Eccess przez kilka chwil czytał pismo, po czym gwałtownie poderwał się z miejsca. Rumieniec wystąpił na jego wysokie kości policzkowe, a oczy zabłysły podnieceniem.
- Moja kandydatura na stanowisko przewodniczącego Zarządu Handlu została oceniona przychylnie... - wymamrotał. - Przechodzę do kolejnego etapu. Zostałem już tylko ja i jeszcze jeden kandydat.
- Gratuluję, Wasza Książęca Mość - powiedziała cicho Temperance, nerwowo wygładzając zagniecenia swojej sukni.
Przewrócił kartkę na drugą stronę. Jego wyraz twarzy natychmiast się zmienił. Triumf ustąpił miejsca ponuremu niezadowoleniu.
- Ale aby otrzymać tę posadę, muszę zmienić swoje postępowanie... - mruczał, szybko przebiegając wzrokiem kolejne linijki. - Nienaganne zachowanie... koniec z wyścigami... piciem... Wizerunek przykładnego opiekuna rodziny... A do tego wystawny bal bożonarodzeniowy dla zagranicznych dyplomatów, który ma dowieść, że stałem się innym człowiekiem.
Jego szczęka wysunęła się nieco do przodu i poruszyła na boki w ten sam sposób, który Temperance zauważyła już wcześniej.
Książę spojrzał jej prosto w oczy.
- Los wyraźnie pani sprzyja, panno Fields. Wygląda na to, że nie mam wyboru. Nienaganne zachowanie nie dotyczy wyłącznie mnie... lecz również moich podopiecznych. Posada jest pani. Jednak jeśli nie zdoła pani nad nimi zapanować albo odkryję, że ukrywa pani przede mną coś istotnego, będę zmuszony panią zwolnić. - Przyglądał jej się przez chwilę w zamyśleniu. - Jak brzmi pięćdziesiąt funtów rocznie? Zdaje się, że taką kwotę podano w ogłoszeniu. Oczywiście zapewniam utrzymanie i zakwaterowanie. A pracę zaczyna pani natychmiast.
Była już niemal u celu. Musiała tylko zdobyć posadę, która ochroni ją przez te ostatnie niebezpieczne tygodnie. Ostatnia szansa na podjęcie decyzji mogącej wpłynąć na całe jej dalsze życie. Temperance odchrząknęła i spojrzała w stronę okna. Śnieżyca rozpętała się na dobre. Za szybą nie było już widać nic poza bielą.
Nawet gdyby chciała, nie mogła teraz odejść. Wyglądało na to, że nie miała wyboru.
- Przyjmuję ofertę - powiedziała.
- Doskonale. Proszę jak najszybciej zapanować nad dziećmi. Chcę zobaczyć wyraźną poprawę w ich zachowaniu do dnia Świętego Mikołaja. Prawdziwym sprawdzianem będzie jednak bal bożonarodzeniowy. Pojawi się na nim sam premier oraz Jego Królewska Wysokość, a także cała śmietanka towarzyska, która pozostanie tej zimy w Londynie.
Premier. Lord Liverpool. Temperance zamarła. Lord Liverpool był kuzynem drugiego stopnia lady Auster, a podczas swojego jedynego sezonu towarzyskiego została mu przedstawiona. Czy mógł pamiętać lady Agathę Hale?
Papo, modliła się w duchu. Proszę, pomóż mi pozostać bezpieczną.
Wszystko będzie dobrze. Była tego pewna. Trafiła we właściwe miejsce. Musiała jedynie trzymać się z dala od oczu innych i pod żadnym pozorem nie zwracać na siebie uwagi.
Jak trudne mogło się to okazać?
Rozdział 4
- Wygląda przeraźliwie poprawnie - szepnęła najmłodsza dziewczynka do starszej siostry.
Starsza skinęła głową.
- I jaka chuda. Blada jak ściana.
Stojący między nimi brat potarł ręce.
- Nie wytrzyma tu nawet tygodnia.
Cóż, mogli tak sądzić. Nie wiedzieli jednak, że będą musieli znosić się nawzajem tylko do Bożego Narodzenia.
Stojąc obok księcia, Temperance przyglądała się dzieciom stłoczonym pośrodku przestronnej szkolnej sali niczym trzy drzewa na rozległym polu. W centrum pomieszczenia znajdował się duży stół nakryty zielonym suknem, otoczony kilkoma krzesłami. Leżały na nim porozrzucane kartki, książki, mapy, kałamarze i pióra. Tam zapewne miały odbywać się lekcje.
Przy jednej ze ścian stała sofa, a obok wysokich okien z zasłonami w ciepłym odcieniu ochry - szezlong. Przez okna wpadało mnóstwo światła, oświetlając biurko. Trzy wysokie regały wypełnione były książkami poświęconymi geografii, filozofii przyrody, zbiorami moralizatorskich opowieści, podręcznikami języka francuskiego i gramatyki łacińskiej, a także dziełami z zakresu matematyki i historii. Nad dużym kominkiem, na marmurowym gzymsie, spoczywały popiersia, a o ciepłożółtą ścianę opierały się akwarele. W sklepionej wnęce stał ogromny globus; sięgałby Temperance mniej więcej do pasa.
Wspólna szkolna sala dla trojga podopiecznych księcia była większa i lepiej wyposażona niż ta, którą jako dziecko miała wyłącznie dla siebie. Przeszył ją nagły ból samotności i tęsknoty za ojcem. Niemal widziała siebie siedzącą w takim pokoju nad książkami, pochłoniętą lekturą o pierwszych doświadczeniach z elektrycznością, prowadzonych w ubiegłym stuleciu przez Niemca o nazwisku Bose, Francuza du Faya i Anglika, pana Graya. Szczególnie fascynowały ją obserwacje Benjamina Franklina dotyczące piorunów i fluidu elektrycznego.
- Panno Fields, oto pani uczniowie. Margaret, James i Sophie - powiedział książę Eccess.
Temperance skinęła im głową z uprzejmym uśmiechem. Choć musiała sprawiać wrażenie spokojnej i kompetentnej, w środku cała drżała z nerwów.
- Bardzo mi miło was poznać - rzekła. - Będzie mi przyjemnie wspólnie z wami odkrywać nowe idee i poszerzać waszą wiedzę.
Dzieci nie odpowiedziały.
Spojrzała na księcia. Z pewnością wiedział, jak sobie z nimi radzić... był przecież ich opiekunem. Ale choć wysoki, postawny i budzący respekt, wyglądał na równie skrępowanego jak ona.
- Zostawię was samych - oznajmił. Potem pochylił się ku niej. W jego ciemnym spojrzeniu błysnęło rozbawienie, a otaczający go męski zapach musnął jej zmysły. - Ma pani osiem dni, by przekonać mnie, że potrafią się poprawić. W dzień Świętego Mikołaja przyjadą moi najbliżsi przyjaciele wraz z żonami i dziećmi na uroczystą wymianę prezentów. Proszę tylko nie pozwolić, by te trzy małe diabły doprowadziły panią do szaleństwa do tego czasu... Powodzenia.
Książę Eccess obdarzył ją na pożegnanie ciepłym, przeciągłym spojrzeniem. Jego wzrok zatrzymał się na jej ustach, sprawiając, że niemal się rozpłynęła mimo wyjątkowo niekorzystnych okoliczności. Gdy odwrócił się i wyszedł, dzieci patrzyły za nim z tak wyraźną tęsknotą w oczach, że ścisnęło ją w sercu.
Temperance przypomniała sobie, jak wspominał, że byli dziećmi jego zmarłego kuzyna. Sieroty... tak jak ona.
Przeszył ją ostry ból samotności i poczucia zdrady. Jej matka zmarła przy porodzie i przez całe życie tęskniła za matczyną miłością. Kiedy ojciec poślubił lady Auster, Temperance miała zaledwie dwanaście lat. Przyjęła piękną, dystyngowaną damę z czystym uwielbieniem i radością w sercu. Ku jej uldze już w pierwszych miesiącach lady Auster stała się dla niej kimś na kształt matki, której nigdy nie miała.
Och, Temperance bardzo starała się być idealną córką. Porzuciła swoje naukowe zainteresowania, ukryła książki poświęcone filozofii przyrody, przestała odwiedzać bibliotekę ojca i pracownię doświadczalną. Zamiast tego zaczęła odgrywać rolę miniaturowej damy z towarzystwa - nienaganne maniery, troska o fryzurę i stroje, a także zmuszanie się do uczestniczenia w rozmowach krążących wokół plotek, cudzych majątków i najnowszej mody. Za to wszystko otrzymywała pełne czułości spojrzenia i aprobatę swojej nowej mamy.
Zwłaszcza że lady Auster nie kryła, jak odrażające i nienaturalne wydają jej się kobiety zajmujące się męskimi dziedzinami, takimi jak pisanie książek, astronomia czy filozofia przyrody.
Lecz pewnego dnia Temperance nie była już w stanie dłużej tego znosić. Wróciła do laboratorium do pracy nad udoskonaleniem butelki lejdejskiej. Fascynowało ją, że naczynie to potrafi magazynować fluid elektryczny, choćby tylko przez krótki czas, i pragnęła znaleźć sposób, by przechowywać go więcej, tak aby można było uwalniać go przez dłuższy okres.
Lady Auster znalazła ją w laboratorium... i zlękła się nie na żarty. Odraza malująca się na twarzy osoby, którą Temperance kochała, złamała jej serce. Dopiero co odnalazła matkę, a teraz znów ją traciła.
W rozpaczliwej próbie przekonania lady Auster, że nie ma się czego obawiać, Temperance podeszła do niej z naładowaną butelką lejdejską. Próbowała namówić macochę, by wzięła ją do ręki, by wzięła udział w doświadczeniu, które dawało Temperance tyle radości...
Zamiast chwycić bezpieczną szklaną część naczynia, lady Auster dotknęła naładowanego metalowego pręta przechodzącego przez korek. Rozległ się głośny trzask i odrzuciło ją przez pół pokoju. Wbrew wszelkim intencjom Temperance macocha poczuła ból i śmiertelnie się przeraziła.
Nazwala Temperance szaloną. Oskarżyła ją o próbę zabójstwa, twierdząc, że od początku nie chciała, by jej ojciec ponownie się ożenił...
I tak właśnie Temperance po raz drugi została bez matki.
Powracając myślami do szkolnej sali, uświadomiła sobie, że najgłośniejszym dźwiękiem jest cichy szelest płatków śniegu uderzających o szyby.
- Cóż - powiedziała pogodnie do trojga dzieci, które obserwowały ją z ponurymi minami. - Co najbardziej lubicie czytać?
Skrzywiła się w duchu na własne słowa. Książki były jej ulubionym tematem, ale zapewne nie czymś, czym mogłaby zainteresować zbuntowane, żądne przygód dzieci.
Zmarszczki na ich czołach tylko się pogłębiły. Jeszcze nie zdążyła naprawdę zacząć, a już ich traciła.
James podszedł do biurka, na którym stał świecznik, i chwycił go wraz z książką.
- Nie lubimy czytać. Wolimy palić książki!
Chłopiec przytrzymał oprawiony w skórę tom niebezpiecznie blisko płomieni. Ogień liznął róg okładki, a do nozdrzy Temperance dotarł charakterystyczny zapach przypalonego papieru.
Pierwszym odruchem było rzucić się po książkę, lecz zmusiła się, by pozostać na miejscu.
Sześć guwernantek w ciągu jednego roku. Najwyraźniej surowość zawodziła raz za razem.
- Doskonale - odparła spokojnie, wyciągając rękę. - Jeśli bardziej niż wiedzę cenicie niszczenie, to oczywiście wasz wybór. Zastanawiam się jednak, czy przyszło wam do głowy coś znacznie ciekawszego niż zwykłe palenie różnych rzeczy.
James się zawahał. Czysta ciekawość na krótką chwilę wzięła górę nad przekorą. Zanim jednak zdążył zrobić cokolwiek więcej, Margaret westchnęła z oburzeniem.
- Moja książka do trygonometrii!
Przemaszerowała przez pokój, wyrwała bratu tom z rąk i z rozmachem stuknęła go nim w głowę.
- Au! - jęknął chłopiec, rozcierając miejsce, w które oberwał.
Margaret usiadła przy biurku i pochyliła się nad zeszytem z wyrazem skupienia na twarzy.
- Margaret - odezwała się ciepło Temperance - jestem pod wrażeniem, że tak bardzo zależy ci na trygonometrii.
Starsza dziewczynka wzruszyła ramionami.
- Bo jest łatwa.
Na twarzy Temperance pojawił się uśmiech. Trygonometria była łatwa? Czy nie dokładnie to samo mówiła kiedyś ojcu o filozofii przyrody?
- Może mogłabyś mi pokazać swoje zadania? A przy okazji opowiedzieć, jakie są twoje inne ulubione zajęcia?
Margaret nawet nie drgnęła.
- Proszę wybaczyć, panno Fields, ale nie lubię robić rzeczy na próżno.
- Na próżno?
- Jest pani siódmą guwernantką w tym roku. Nie potrafię zmusić się do poświęcania czasu czemuś, co za miesiąc będę musiała zaczynać od nowa z kimś innym.
Serce Temperance ścisnęło się na te słowa. Ciągła zmiana guwernantek z pewnością nie pomagała dzieciom nauczyć się właściwego zachowania. Podejrzewała, że bardziej niż kolejnego planu dnia i nowych zasad potrzebowały miłości oraz czułości.
- Sophie, a co ty lubisz robić? - zapytała najmłodszą, która wydawała się najprzyjaźniejsza.
Sophie zachichotała.
- Czy wie pani, co znaczy va au diable?
Brwi Temperance powędrowały wysoko w górę. Mój Boże.
- Owszem, wiem.
- Va au diable! - wykrzyknęła dziewczynka, podskoczyła i zatoczyła wielkie koło po pokoju, wyśpiewując słowa najwyraźniej bardzo sprośnej francuskiej piosenki.
- Interesujesz się francuskim? - zapytała Temperance swobodnym tonem, dokładając wszelkich starań, by zachować niewzruszoną minę. - Muszę przyznać, że twoja znajomość języka robi wrażenie. Nawet ja nie znam tych piosenek.
Sophie natychmiast przestała zarówno śpiewać, jak i skakać. Przez chwilę patrzyła na nową guwernantkę ze zdumieniem, być może zaskoczona komplementem, skoro spodziewała się raczej nagany.
- Ja... - Na jej twarzy rozbłysnął najjaśniejszy z uśmiechów. - Ale przecież te piosenki są niegrzeczne...
Przy słowie "niegrzeczne" jej głos aż zadźwięczał z zachwytu.
Temperance się uśmiechnęła.
- Owszem, są. I cieszę się, że dostrzegasz różnicę między tym, co właściwe, a tym, co niewłaściwe. Być może inne guwernantki cię tego nie uczyły... - a jej macocha bez wątpienia uznałaby to za szaleństwo - ...ale sądzę, że dama powinna znać takie słowa. Wtedy sama może zdecydować, kiedy należy ich używać, a kiedy nie. Co powiesz na zabawę w szpiegów?
Sophie westchnęła z zachwytu.
- Szpiegów?
To jedno słowo zabrzmiało jak obietnica najwspanialszej przygody.
W tym samym czasie Margaret, pochylona nad skomplikowanymi zadaniami z trygonometrii, podniosła głowę.
- Chciałabyś bawić się z nami w szpiegów? - zapytała Temperance takim tonem, jakby odpowiedź nie miała dla niej większego znaczenia.
W tej samej chwili James ponownie otworzył swoje pudełko i myszy, najwyraźniej schwytane po poprzedniej ucieczce, rozbiegły się po podłodze szkolnej sali. Na szczęście Temperance nie miała awersji do tych małych istot. Jako prawdziwa miłośniczka nauki była przekonana, że każde stworzenie, duże czy małe, ma swoje miejsce na ziemi. Po prostu pozwoliła myszom biegać, co - jeśli sądzić po wyrazie twarzy Jamesa - już samo w sobie było dla niego rozczarowaniem.
- Wie pani przecież, że wygrywamy wojnę z Napoleonem, prawda? - odezwała się Margaret. - Wkrótce nie będziemy już potrzebować szpiegów.
Sophie wyraźnie się skuliła.
- Tak, wiem.
Temperance skinęła głową. A więc przynajmniej śledzili bieżące wydarzenia.
- Bardzo trafna uwaga, Margaret. Co jednak ciekawe, podczas wojny szpiedzy posługują się szyframi, aby przekazywać informacje w tajemnicy.
- Och. - Sophie wyglądała na zaskoczoną. - Tak, oczywiście, że o tym wiedziałam - dodała szybko.
- A chciałabyś je rozszyfrowywać?
Jej oczy zrobiły się wielkie jak monety.
- Rozszyfrowywać szyfry?
- Właśnie tak. Rozwiązywać je i odkrywać, jaka wiadomość została naprawdę ukryta.
- Och!
- Sprawdzimy przy okazji twój francuski i przekonamy się, czy nadawałabyś się na francuskiego szpiega.
Sophie wyprostowała ramiona.
- Oczywiście, że nadawałabym się na francuskiego szpiega!
- Doskonale.
Serce Temperance zabiło nieco lżej, gdy usiadła przy biurku i zaczęła pisać.
W przypadku tych trojga będzie musiała wykazać się sporą pomysłowością - widziała to już teraz - lecz to wyzwanie w gruncie rzeczy ją ekscytowało. Dzieci nie miały pojęcia, jak wiele z samej siebie w nich dostrzegała. Widziała znudzenie w oczach Margaret, gdy dziewczynka z łatwością rozwiązywała kolejne skomplikowane zadania z trygonometrii. Widziała determinację malującą się na twarzy Jamesa, który rzucał jej wyzwanie, udając, że całkowicie ją ignoruje. A biedna, kochana Sophie? Ona pragnęła jedynie uwagi i uznania, a tego Temperance miała pod dostatkiem.
Temperance uważała, by szyfry nie były zbyt trudne, ale jednocześnie nie wyjaśniała zasad ich działania. Chciała, by dziewczynka mogła poczuć dumę z samodzielnego odnalezienia rozwiązania.
Tymczasem James nalał sobie z karafki wody do szklanki, która podejrzanie przypominała szklankę do whisky, i zaczął nad wyraz wiernie naśladować księcia. Trzymał naczynie z przesadną ceremonialnością i kołysał zawartością dokładnie tak, jak niezliczone razy widział u swojego opiekuna.
- Ach, wyborny rocznik - oznajmił niższym głosem, imitując zwięzły, rzeczowy sposób mówienia księcia. - Nie ma to jak porządny kieliszek, żeby zapomnieć o wszystkich troskach.
Pociągnął długi łyk, po czym otarł usta wierzchem dłoni, gestem zdecydowanie zbyt światowym jak na chłopca w jego wieku.
- Jak udało ci się złapać te myszy? - zapytała Temperance, jak gdyby w ogóle nie słyszała jego przedstawienia. - To było bardzo sprytne.
- Nigdy pani nie słyszała o pułapkach na myszy? - odparł, nawet na nią nie patrząc.
Kąciki ust Temperance drgnęły z rozbawienia.
- Owszem, słyszałam. A czy te myszy mają taką samą budowę jak my?
Posłał jej ponure spojrzenie.
- Oczywiście, że nie. Każdy to wie.
- Ale czy ty wiesz, czym się od nas różnią?
James się zawahał.
- Nie. A niby dlaczego miałbym to wiedzieć?
- Skoro trzymasz myszy jako swoje zwierzątka, chyba chciałbyś wiedzieć, jak zapewnić im większy komfort i jak funkcjonują ich organizmy? W ogóle znasz się trochę na anatomii człowieka?
Była to dość nieśmiała próba zainteresowania go tematem, lecz James natychmiast odpowiedział z irytacją:
- Nie muszę znać anatomii ludzi ani szkodników. Wystarczy, że je karmię i trzymam. A najlepsze jest to, jak głośno wrzeszczą pokojówki na ich widok.
Margaret przeciągle ziewnęła. Gdy Temperance spojrzała w jej stronę, zorientowała się, że dziewczynka rozwiązała już wszystkie zadania z trygonometrii. Uśmiechnęła się do niej z uznaniem.
- Doskonale, Margaret - powiedziała, zapisując dla niej nowe zadanie. - Wiedziałam, że jesteś bardzo bystra. Ale czy poradzisz sobie z tym?
I tak, nieustannie stawiając przed nimi nowe wyzwania, lecz nigdy nie wystawiając ich umiejętności na zbyt ciężką próbę, Temperance zdołała przetrwać pierwszy dzień w roli oficjalnej guwernantki. Towarzyszyło mu kilka myszy, mnóstwo milczenia i nieprzyjaznych spojrzeń, ale także odrobina ciepła.
Przez kolejne dni starała się unikać księcia tak bardzo, jak tylko mogła. Na szczęście wydawało się, że on również jej unika. Jednak dom, choć ogromny, nie był dostatecznie wielki. Wystarczyło, że skręciła za róg, a wpadała na niego wychodzącego z jakiegoś pokoju. Korytarz natychmiast wypełniał się męskim zapachem sandałowca i czymś jeszcze - wonią. która należała tylko do niego, której nie dało się z nikim pomylić. Ich spojrzenia się spotykały, a wtedy przez krótką chwilę zawisało między nimi wspomnienie ust na ustach, niczym rozbłysk fajerwerku oświetlający uczucia, których Temperance wolałaby nie dostrzegać.
Pewnego razu schodziła po schodach z naręczem książek dla dzieci i potknęła się na ostatnim stopniu. Książę zareagował błyskawicznie. Chwycił ją za ramię i przyciągnął do siebie, zanim zdążyła upaść. Przez moment była przyciśnięta do jego silnego, ciepłego ciała, czując pod dłonią szybkie bicie jego serca.
- Ostrożnie - mruknął ochrypłym głosem.
I zaczęła się zastanawiać, czy mówił o schodach, czy może o czymś zupełnie innym.
Panujący w domu przepych, który wszyscy uznawali za coś zupełnie normalnego, coraz bardziej ją krępował. Ojciec zawsze powtarzał, że ostentacyjne okazywanie bogactwa jest znacznie mniej istotne niż mądre nim rozporządzanie. Żyli dostatnio i elegancko, nigdy niczego im nie brakowało, ale też nigdy nie byli rozrzutni.
Książę zdawał się natomiast rozkoszować obfitością. Mimo zimowej pory codziennie wymieniano świeże kwiaty w całym domu. W zwykłą środę podawano posiłki, których nie powstydziłaby się rodzina królewska. Kupowano rzadkie książki, które potem niemal nie były czytane.
Posiłki jej i dzieci również były przesadnie wystawne i niepotrzebnie wykwintne. Mogła sobie tylko wyobrażać, jak jada sam książę, choć służba zdawała się w niewytłumaczalny sposób niezwykle poruszona tym, że zakazał podawania sobie alkoholu pod jakąkolwiek postacią.
Dwóch lokajów szeptem wymieniało się teoriami na temat przyczyn tej nagłej zmiany, a Temperance przypomniała sobie list, który książę otrzymał, gdy rozmawiali o jej pracy. Jego autor błagał go, by stał się innym człowiekiem, i była to pomysł, który z całego serca popierała, choćby przez wzgląd na dobro dzieci.
Wychowano ją tak, by rozumiała różnicę między uzasadnionym luksusem a ostentacją. Ojciec nauczył ją inwestować w rzeczy trwałe i wartościowe. Wyposażenie ich laboratorium było skromne, lecz precyzyjne, a biblioteka składała się ze starannie dobranych tytułów, zamiast imponować rozmiarami. Tutaj zaś Temperance patrzyła, jak James bez żadnych konsekwencji niszczy delikatny mosiężny kompas. Wiedziała, że jej ojciec kazałby jej zrozumieć, ile pensji służby można by za niego wypłacić i z czego musiałaby zrezygnować, by zrekompensować stratę.
Mimo otaczającego ją przepychu życie guwernantki wcale nie było łatwe. Dzieci chowały jej szklane pryzmaty, delikatne wagi laboratoryjne, które odkryła w rozległej bibliotece księcia, oraz inne przyrządy, zastępując je kuchennymi utensyliami: chochlą do zupy, trzepaczką do jajek i cynowymi łyżkami do nakładania potraw. Lecz zamiast się złościć, Temperance śmiała się razem z nimi i zachęcała je, by udawały, że używają tych przedmiotów jako "narzędzi doświadczalnych".
Nie oznaczało to jednak, że dzieci dały się oswoić.
Podmieniały jej dzieła z zakresu filozofii przyrody na jarmarczne książeczki, utrzymując, że studiują "współczesną literaturę". Pewnego razu James schował Principia Newtona za Krwawą dłonią Thomasa Archera.
Pojawił się też problem, którego Temperance zupełnie się nie spodziewała. Mniej więcej co drugą noc Margaret pukała do drzwi jej sypialni, prosząc o pomoc. Za pierwszym razem okazało się, że James chodzi przez sen, mamrocząc coś o swoim ojcu. Nie sposób było go obudzić, więc Temperance mogła jedynie podążać za nim i pilnować, by nie upadł ani nie zrobił sobie krzywdy.
Następnego ranka ani Margaret, ani James nie dawali po sobie poznać, że próbowała im pomóc. Jednak Margaret znów pukała do jej drzwi przy kolejnym takim incydencie... a potem jeszcze przy następnym.
Choć wiedziała, że wciąż nie zdobyła ich zaufania i że dzieci nie współpracują z nią tak chętnie, jak by sobie życzyła, zachowywała spokój. Była przecież Temperance - zdyscyplinowaną zarówno z natury, jak i dzięki wychowaniu. Wiedziała, co jest najważniejsze. Jej przyszłość zależała od tego, by pozostać nierozpoznaną aż do Bożego Narodzenia.
W przeciwieństwie do poprzednich guwernantek, które stawiały na surową dyscyplinę i moralizatorskie kazania, wybrała inną drogę. Tam, gdzie one domagały się natychmiastowego posłuszeństwa, ona okazywała cierpliwość i niezmiennie pozostawała uprzejma oraz pogodna. Tam, gdzie karały ciekawość i kwestionowanie przyjętych norm, ona zachęcała do odkrywania świata.
A mimo to dzieci pozostawały nieokiełznane.
Wszystko zmieniło się dopiero po południu w przeddzień Świętego Mikołaja. Przynajmniej w przypadku Margaret i Sophie. Nawet James zaczął wtedy okazywać zainteresowanie. Temperance pokazała im to, co od zawsze było jej największą pasją - fluid elektryczny. To właśnie przez niego zyskała niegdyś przydomek Szalonej Dziedziczki.
Temperance przyniosła miskę z wodą, szklaną rurkę i kulkę, którą umieściła na powierzchni cieczy. Potarła rurkę króliczym futrem, wytwarzając fluid elektryczny i ładując nim szkło, a następnie zbliżyła rurkę do kulki. Ta odsunęła się, choć Temperance nawet jej nie dotknęła. Zaczęła demonstrować kolejne doświadczenia, a oczy dzieci rozbłysły, jakby właśnie pokazała im prawdziwą magię. Kolejno wprawiały kulkę w ruch, za każdym razem pocierając rurkę futrem, gdy ładunek się rozpraszał.
Wtedy Margaret spojrzała na nią szeroko otwartymi, lśniącymi oczami i zapytała:
- Czego jeszcze może nas pani nauczyć?
Temperance wiedziała już, że ich niespokojne umysły zaczęły wreszcie czerpać większą przyjemność z nauki niż z buntu.
Oczywiście Jamesa nieco trudniej było przeciągnąć na swoją stronę, choć jego oczy również błyszczały, gdy opowiadała o mechanizmach i zasadach działania różnych urządzeń. Następnego ranka, w dzień Świętego Mikołaja, ujawnił, co tak naprawdę go interesuje.
Gdy Temperance weszła do szkolnej sali, chłopiec przyglądał się z nudą zegarowi stojącemu na kominkowym gzymsie i zapytał, czy może go rozebrać na części, żeby zajrzeć do środka.
Bez chwili namysłu odmówiła. Zegar działał bez zarzutu i był zbyt cenny.
James zerwał się na nogi. Ściągnął brwi, a jego usta wykrzywił pełen goryczy grymas.
- Jeszcze pani pokażę.
Tego samego popołudnia Temperance zauważyła, że James stał się niezwykle cichy. W ciągu zaledwie tygodnia zdążyła się już nauczyć, że był to raczej sygnał ostrzegawczy niż powód do ulgi.
Postanowiła nie prowokować go bardziej i wróciła do lekcji Sophie. Kiedy jednak po chwili podniosła wzrok, Jamesa nie było już w sali.
- Gdzie się podział James? - zapytała Margaret.
Margaret, pochłonięta obliczeniami, odpowiedziała z roztargnieniem:
- Poszedł szukać innych mechanicznych rzeczy do zbadania, skoro nie pozwoliła mu pani rozebrać zegara.
Temperance natychmiast poczuła niepokój. Zanim jednak zdążyła ruszyć na poszukiwania chłopca, do szkolnej sali weszła gospodyni domu i poprosiła, by dołączyły do księcia Eccess i jego gości w salonie na uroczystej wymianie prezentów.
Serce Temperance zabiło żywiej na wspomnienie kolejnej wspaniałej bożonarodzeniowej tradycji, którą tak ukochał jej ojciec. Niemal czuła jego ciepłą dłoń na swoim ramieniu, gdy rozpakowywała zbiór dzieł, który sprowadził dla niej z Bolonii - komplet prac profesor Laury Bassi poświęconych fizyce i hydraulice.
Wciąż pamiętała błysk dumy w jego oczach, gdy westchnęła z zachwytu, odkrywając wśród nich przełomowe rozprawy Bassi dotyczące właściwości elektryczności.
- Pierwsza kobieta zajmująca katedrę filozofii przyrody na uniwersytecie - powiedział wówczas z nieukrywanym podziwem. - A jej badania nad zjawiskami elektrycznymi dorównują pracom samego Newtona. Niech będzie dla ciebie inspiracją, moja najmądrzejsza dziewczynko. Z takim umysłem możesz osiągnąć wszystko.
Potem wspólnie czytali na głos opisy doświadczeń Bassi, a Temperance ogarnęło ciepło i szczęście, jakich wcześniej nie znała. Miała nadzieję zobaczyć podobną radość na twarzach dzieci, gdy otrzymają swoje prezenty. Chciała, by rozjaśniły ich serca tak samo, jak ją zawsze rozgrzewały te bezcenne chwile uwagi i troski.
Temperance wiedziała, że to próba. Eccess pragnął przekonać się w obecności gości, jakie postępy dzieci poczyniły pod jej opieką.
Gdy wyprowadzała dziewczynki ze szkolnej sali, żołądek ścisnął jej się z niepokoju. Nieobecność Jamesa podczas tak ważnego wieczoru z pewnością nie świadczyłaby najlepiej o jej pracy.
Lecz jeszcze bardziej obawiała się czegoś innego. Że wśród gości Octaviusa znajdzie się ktoś, kto znał jej ojca.
Albo, co gorsza, ktoś, kto rozpozna w niej Szaloną Dziedziczkę.
Rozdział 5
Octavius wyprostował się na krześle, gdy do salonu weszła panna Fields, a za nią Sophie i Margaret. Powstrzymał odruch, by wstać, jak nakazywała etykieta, gdy do pomieszczenia wchodziła dama równa mu rangą lub stojąca wyżej w hierarchii społecznej. Z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu zawsze miał poczucie, że panna Fields jest mu równa, choć była jedynie guwernantką. Mimo usilnych starań, by zachować obojętność, poczuł, jak przyspiesza mu puls.
- A więc jesteście! - zawołała Modesty, podnosząc się z miejsca z wierzgającym małym Augustusem na rękach.
Księżna Pryde, świeżo poślubiona żona Constantine'a, promieniała, trzymając niemowlę. Książę Pryde należał do najbliższych przyjaciół Octaviusa i patrzył teraz na żonę z dzieckiem w ramionach z pełnym czułości wyrazem twarzy.
- Czy wszystkie dzieci już są? - spytała. - Och, a gdzie James?
Salon natychmiast wypełnił się radosnymi powitaniami. Sophie uklękła przed trzyletnią Stellą, która z nieśmiałym uśmiechem tuliła się do swego biologicznego ojca, Luciena, księcia Luhst. Octavius jednak nie potrafił oderwać wzroku od panny Fields. Od jej nieśmiałego, ostrożnego sposobu poruszania się po pokoju, od brązowej wełnianej sukni kołyszącej się wokół nóg, od lekko uniesionych, napiętych ramion i długiej, smukłej szyi, którą zdawała się niemal chować, jakby szukała ochrony. Za nią unosił się zapach lawendy zmieszany z jej własną wonią, budząc w nim niepożądane gorąco. Poruszył się niespokojnie na krześle, poprawiając pozycję.
Dlaczego panna Fields sprawiała wrażenie nieustannie spiętej? Co zaprzątało jej myśli? Czy onieśmielało ją towarzystwo siedmiu książąt i trzech księżnych, czy też po prostu była z natury nieśmiała? Octavius pragnął móc ją o to zapytać, zrozumieć ją, ukoić jej niepokój.
Pokazać jej własny sposób radzenia sobie z nieprzyjemnymi emocjami.
Od ośmiu nocy leżał bezsennie, myśląc o tym, że śpi zaledwie dwa piętra wyżej. Zastanawiał się, czy nosi nocną koszulę, czy halkę i jak długie są jej włosy, gdy opadają swobodnie na ramiona, uwolnione z ciasnego koka. Wyobrażał sobie, jak po zaśnięciu dzieci prowadzi ją do swojej sypialni, wyjmuje spinki z jej kruczoczarnych włosów, aż rozlewają się po jego dłoniach niczym jedwab, a potem pokazuje jej dokładnie, jak skutecznie potrafi odpędzać troski całego dnia.
Dlaczego, u licha, był nią tak zafascynowany? Czyż to nie on jeszcze kilka miesięcy temu oświadczył przy sześciu przyjaciołach, że nie będzie zabiegał o względy porządnej guwernantki ani próbował jej uwieść? Żadna z sześciu poprzedniczek panny Fields nigdy nie wzbudziła w nim choćby cienia zainteresowania.
A jednak wystarczyło, że cicho zajęła miejsce w najdalszym kącie salonu i otworzyła książkę poświęconą filozofii przyrody, by tętno natychmiast mu przyspieszyło. Gdy ich spojrzenia się spotkały, przyjemny dreszcz przebiegł mu po całym ciele. Octavius oblizał wargi, jakby właśnie skosztował wybornego deseru.
Do diabła z tą kobietą. Spędziła w jego domu zaledwie tydzień, a jej obecność działała na niego silniej niż butelka brandy, której odmawiał sobie od chwili, gdy otrzymał list informujący, że jest jednym z kandydatów na stanowisko przewodniczącego Zarządu Handlu.
Tylko do Bożego Narodzenia, przypomniał sobie. Musiał pamiętać, po co właściwie zadaje sobie tyle trudu. Objęcie stanowiska dawało legalny dostęp do francuskich luksusów. Koniec z poleganiem na przemytnikach przy zakupie porządnego wina, koniec z płaceniem horrendalnych sum modystce za dziecięce stroje, koniec z obawami, że kursy walut zmienią się przed dużą inwestycją.
Próbował przekonać samego siebie, że robi to dla dzieci. Odbudowana reputacja rodziny - po tym, jak sam tak gruntownie ją zrujnował - oznaczałaby świetlaną przyszłość polityczną i cenne znajomości dla Jamesa jako dziedzica, a także korzystniejsze perspektywy małżeństwa dla dziewczynek.
Ale w głębi duszy znał prawdę. Nie chodziło ani o przyszłość dzieci, ani o francuskie luksusy. Chodziło o udowodnienie ojcu i temu zalęknionemu, pełnemu wstydu chłopcu, którego wciąż w sobie nosił, że może być kimś więcej niż rozczarowaniem, które wypędziło matkę z domu. Gdy uciekła z młodszą córką, zostawiając syna za sobą, przesłanie było aż nazbyt jasne: nie był wart tego, by dla niego zostać.
Ale stanowisko przewodniczącego Zarządu Handlu udowodniłoby wszystkim, jak bardzo się mylili. Pokazałby szyderczo uśmiechającemu się ojcu z własnych wspomnień, że błagający i łkający chłopiec skulony pod ścianą wyrósł na mężczyznę. W przeciwieństwie do ojca zdobyłby szacunek dzięki własnym zasługom, a nie wyłącznie za sprawą urodzenia.
Wreszcie mógłby okazać się wystarczający.
- Gdzie właściwie jest James? - mruknął Octavius, rozglądając się po pokoju.
Dzień Świętego Mikołaja bez alkoholu wymagał skutecznego odwrócenia uwagi, dlatego cieszył się, że zgromadził sześciu książąt - swoich najbliższych przyjaciół - a także żony Ratha, Luhsta i Pryde'a wraz z ich dziećmi w swoim ulubionym salonie. Otaczały go uspokajające barwy wczesnej jesieni: stonowane zielone ściany, sięgające od podłogi do sufitu zasłony w odcieniu przygaszonej rdzawej pomarańczy, pełne żywych kolorów martwe natury przedstawiające lśniące jabłka, winogrona tak soczyste, że aż prosiły się o ugryzienie, rumiane brzoskwinie i pomarańcze tak intensywne, że niemal czuł ich zapach...
Bożonarodzeniowe potrawy były w jego domu surowo zakazane, ponieważ już sam zapach cynamonu, gałki muszkatołowej czy goździków wywoływał u niego mdłości, przyprawiał o kołatanie serca i zawroty głowy. Wciąż pamiętał woń grzanego wina w oddechu ojca, gdy ten wyzywał go od leniwych bachorów.
Octavius odepchnął od siebie to wspomnienie. Zamiast rozpamiętywać przeszłość, dopilnował, by stół uginał się pod najlepszymi przysmakami, jakie potrafili przygotować jego kucharze. Na trzech wysokich paterach piętrzyły się maślane ciasteczka z nasionami, pełne bogatego smaku, migdałowe makaroniki oprószone cukrem, delikatne ciasteczka ratafia i cienkie niczym mgiełka wafelki, rozpływające się na języku jak poranny szron tknięty promieniami słońca. Półmiski pełne były włoskich cukrowanych migdałów, kosztujących za funt więcej, niż większość służby zarabiała przez miesiąc, kandyzowanego imbiru pozostawiającego na języku słodką ostrość, daktyli nadziewanych marcepanem i suszonych moreli znad Morza Śródziemnego, lśniących niczym drogocenne klejnoty.
Dzieci najadały się do nieprzytomności, Octavius nawet im tego trochę zazdrościł. O tym, jak trudno było mu zachować umiar, najlepiej świadczyło to, że przygotowano jedzenie dla trzydziestu osób, choć oczekiwano tylko dwunastu gości. Sama myśl, że mogłoby czegoś zabraknąć, wywoływała u niego niemal panikę. Lepiej zmarnować, niż cierpieć niedostatek - mawiał zawsze jego ojciec - i właśnie tego się nauczył. Żaden z nich nigdy nie zrozumiał znaczenia słowa "dość".
- James właśnie wyszedł ze szkolnej sali, ale zaraz powinien tu przyjść - powiedziała panna Fields. - Pani Davies go szuka.
A więc Jamesa przyprowadzi gospodyni. Dobrze.
Już sam widok panny Fields wywoływał przyjemny dreszcz w piersi Octaviusa. Jej skromna suknia nie była w stanie ukryć łagodnej linii talii ani rytmu, w jakim jej piersi unosiły się i opadały przy każdym oddechu. Przez cały miniony tydzień myślał o smukłości jej szyi, gdy pochylała się nad lekcjami dzieci, i o tym, jak lekko rozchylała usta, kiedy była skupiona. Niejeden raz przyłapywał się na tym, że zatrzymuje się przed drzwiami szkolnej sali tylko po to, by słuchać melodyjnego głosu zniewalającej guwernantki, wyobrażając sobie, jak brzmiałby, gdyby szeptała jego imię w ciemności sypialni.
Pociągało go także to, jak podczas rozmowy kwalifikacyjnej potrafiła mu się przeciwstawić, traktując go jak człowieka, a nie tytuł. Od ośmiu dni boleśnie odczuwał jej obecność w swoim domu: ciche skrzypienie podłogi nad jego sypialnią, gdy przechadzała się po sali do nauki, słodki głos niosący się korytarzem podczas czytania dzieciom oraz kuszące mgnienia brązowych wełnianych sukni znikających za rogiem, ilekroć ich drogi niemal się przecinały. Jakąkolwiek magią władała panna Fields, sama jej obecność koiła nieustanny głód trawiący jego wnętrze - tę bezlitosną potrzebę ucieczki od własnych myśli, której nie mógł już zaspokoić najlepszym francuskim koniakiem.
Musiał z tego wszystkiego zrezygnować dla tego przeklętego stanowiska politycznego. Hazard mógł poświęcić. Karty straciły swój urok, odkąd każde rozdanie przypominało mu tysiące funtów przegranych podczas jednego wieczoru - pieniądze, za które można by wyżywić połowę Whitechapel.
Z kobietami również skończył całkowicie po tamtej katastrofalnej nocy, na tydzień przed pierwszym spotkaniem z Temperance, gdy obudził się w łóżku jakiejś kurtyzany z Covent Garden, nie mając bladego pojęcia, jak się tam znalazł. Zniknął wtedy jego rubinowy pierścień, a plotki o jego "wyczynach" dotarły do uszu premiera zaledwie kilka dni później.
Ale alkohol...
Boże, jego brak był prawdziwą torturą.
Przez ostatni tydzień trzeźwości Octavius balansował na ostrzu noża, z nerwami obnażonymi niczym odarta z mięsa kość. Mężczyzna, który czarował londyńskie salony, zniknął bez śladu, pozostawiając po sobie rozdrażnionego, zapadniętego w sobie człowieka o podkrążonych oczach, niezdolnego do błyskotliwości bez wina rozwiązującego mu język.
Zniknął dowcipny, czarujący lekkoduch, który potrafił rozbawić królową i zjednać sobie ministrów dla kolejnego śmiałego pomysłu. Teraz musiał stawić czoła swoim upiorom na trzeźwo, jak trafnie ujęła to panna Fields, a te przeklęte zjawy wygrywały. Jedynym schronieniem, jakie mu pozostało, było jedzenie, więc kuchenny personel pracował bez wytchnienia, by zaspokoić jego niepohamowane łakomstwo.
- No dobrze, dzieci! - zawołała Modesty z dźwięcznym śmiechem. - Nie wszystkie naraz!
To była cudowna odmiana po miesiącach spędzonych wśród wrzasków i krzyków. W ciągu tygodnia, który minął od przyjazdu panny Fields, Octavius zauważył, jak bardzo ucichł jego dom - i było to osiągnięcie większe niż wszystko, czego dokonały poprzednie guwernantki. Po korytarzach nie biegały już myszy straszące pokojówki, nie trzeba było zeskrobywać plam atramentu ze ścian czy z jego twarzy ani przepraszać gości za francuskie przekleństwa wypowiadane przy nich przez dzieci. Jego służący przez kilka dni niemal zdzierał mu skórę z twarzy, usuwając dziecięce "dzieło sztuki", zanim ślady wreszcie zniknęły, a od tamtej pory nie pojawiły się żadne nowe.
Octavius przełknął ślinę.
To musiał być zwykły zbieg okoliczności. To wszystko nie mogło być zasługą panny Fields.
Sophie i Margaret podeszły odebrać swoje prezenty wraz ze Stellą, podczas gdy mały Augustus spał spokojnie przy piersi księżnej Pryde. Stella, równie złotowłosa jak Lucien, drżącymi palcami rozdarła papier pierwszego z kilku pudełeczek i zaczęła otwierać podarki jeden po drugim, wzdychając z zachwytu na widok kandyzowanych śliwek, książek i malowanych drewnianych zabawek.
Octavius poruszył się niespokojnie na krześle, gdy dostrzegł blask w oczach księcia Luhst. W kącikach oczu mężczyzny zebrały się łzy, gdy patrzył na niewinną radość swojej córki.
Być może szczęście dzieci rzeczywiście udzielało się innym, bo Octavius poczuł szczypanie pod powiekami, kiedy twarz Margaret rozpromieniła się podczas rozpakowywania kandyzowanych owoców. Dziewczynka spojrzała na niego z uśmiechem.
- Mama zawsze dawała nam kandyzowane owoce na dzień Świętego Mikołaja.
Skinął głową, odwzajemniając uśmiech i walcząc z napływem emocji, gdy Sophie do niego podeszła.
- Merci - powiedziała, opierając się o poręcz jego fotela. Jej oczy były szeroko otwarte i lśniły. - Mogę dać panu buziaka?
Z trudem przełknął gulę rosnącą mu w gardle.
Powiedz coś zabawnego. Zbądź ją uroczym komplementem.
Ale bez alkoholu miał pustkę w głowie. Dlatego jedynie skinął głową.
Dziewczynka pocałowała go w policzek, a ten prosty gest wypełnił go kolejną falą radości, której wcale nie chciał do siebie dopuszczać.
Rozbawione błękitne oczy księcia Rath spoczęły na nim, a Dorian uśmiechnął się lekko.
- Być może jednak zmienisz zdanie o Bożym Narodzeniu - powiedział.
Patience, jego księżna, spojrzała z zaciekawieniem na pannę Fields i zauważyła półgłosem:
- Może to nowa guwernantka przynosi długo wyczekiwaną zmianę.
Żołądek Octaviusa zacisnął się boleśnie.
Na twarzy panny Fields malował się wyraz spokoju, czystej błogości i ciepłej nostalgii, gdy obserwowała dzieci. Jej uśmiech przypominał mu uśmiech Mony Lisy. Spokojny. Pogodny. Pełen wspomnień. Czy należała do tych osób, które naprawdę kochały Boże Narodzenie? Dla niego każda świąteczna tradycja była przesiąknięta wspomnieniami bólu i samotności, nie mógł się doczekać końca tego okresu. Ale może dla panny Fields święta znaczyły zupełnie co innego.
Rozmowa między książętami zeszła na temat rozpalający wszystkie salony, w których zmuszony był bywać: Szalonej Dziedziczki.
- Żal mi tej młodej kobiety - powiedział Archibald, książę Enveigh. - Jestem głęboko przekonany, że kobiety bywają uznawane za obłąkane tylko dlatego, że pragną żyć niezależnie, tak jak mężczyźni.
Modesty spojrzała na niego z zainteresowaniem, lekko kołysząc Augustusa w ramionach.
- Naprawdę tak uważasz? - zapytała.
Ale Octavius nie zwracał na nią uwagi. Dostrzegł bowiem, że panna Fields pobladła i utkwiła wzrok w księciu Enveigh. Książka spoczywająca na jej kolanach została całkowicie zapomniana. Palce zacisnęły się na skórzanej oprawie tak mocno, że pobielały jej knykcie. Zdawało się, że całą sobą chłonie słowa Archibalda. Dlaczego rozmowa o obłędzie robiła na niej tak silne wrażenie? Nie żeby obchodziło go, komu poświęca uwagę, rzecz jasna. Zwłaszcza że Archibald z pewnością nie potrzebował kolejnej wielbicielki.
- Naprawdę tak uważam - odparł Archibald, a jego spojrzenie zatrzymało się na pannie Fields z intensywnością, która sprawiła, że coś nieprzyjemnie skręciło się w żołądku Octaviusa. - Wybaczcie, mam nadzieję, że nie będzie to niestosowne, jeśli opowiem wam odrobinę o własnej rodzinie. Moja matka cierpiała na napady głębokiej melancholii. Potrafiła przez całe dni leżeć w łóżku i nie dawała się z niego wyciągnąć. Bywały jednak też dni, kiedy zamieniała świat mój i mojego brata w prawdziwy raj na ziemi. Niestety ojciec uważał ją za szaloną, ponieważ te wahania nastroju były tak gwałtowne, a nikt nie potrafił wyjaśnić, dlaczego się pojawiały, ani przewidzieć, kiedy miną kolejne długie, ponure okresy, podczas których miałem wrażenie, że w ogóle nie uczestniczy w naszym życiu.
Po salonie przebiegł pomruk zrozumienia, a Patience, księżna Rath, posłała Archibaldowi smutny uśmiech. Była w zaawansowanej ciąży, a jej złote włosy ułożono w nienaganną fryzurę wysoko nad czołem. Im więcej czasu mijało od jej ślubu z Dorianem, tym szczęśliwsi się oboje zdawali.
- Bardzo mi przykro, że pańska matka tyle wycierpiała - powiedziała łagodnie. - To musiało być niezwykle trudne.
- Było. A jednak myślę, że jeszcze trudniejsze było to, jak bardzo mój ojciec ją lekceważył. Nie okazywał jej troski ani życzliwości. Po prostu zamknął ją w jednej ze swoich posiadłości. Sądzę, że była tam bardzo, bardzo samotna.
- Och, z pewnością - odparła Patience. - To musiało być bolesne dla was wszystkich.
Rozmowa szybko przeszła na inny temat, krążąc wokół ostatnich Herbatek z Mikroskopami, w których organizację zaangażowane były księżne Rath, Luhst i Pryde. Ku swemu rosnącemu rozdrażnieniu, rozlewającemu się po żołądku niczym kwaśne wino, Octavius zauważył, że Enveigh podniósł się ze swojego miejsca po drugiej stronie pokoju i usiadł na pustym krześle tuż obok panny Fields. Książę pochylił się ku niej zdecydowanie bliżej, niż Octavius uznawał za stosowne. Ten łotr mówił półgłosem, tak cicho, że nikt inny nie miał szans usłyszeć jego słów.
Octaviusowi bardzo się to nie podobało. Co więcej, jego własna reakcja wprawiała go w konsternację. Poczuł, jak dziwne gorąco wypełza mu na karku, gdy obserwował usta Archibalda poruszające się tuż przy uchu panny Fields. Jej zwykle sztywna postawa nieco się rozluźniła, kiedy go słuchała.
Do diabła z nim.
Jego przyjaciel miał oczywiście pełne prawo rozmawiać, z kim tylko chciał, podobnie jak panna Fields. To t?te-a-t?te odbywało się na oczach całego towarzystwa. Nie było w tym nic niestosownego. A jednak widok drobnych zmarszczek, które pojawiły się w kącikach oczu Archibalda, gdy panna Fields odpowiedziała mu szeptem, sprawił, że Octavius mocniej zacisnął palce na poręczy fotela.
Enveigh pochylił się jeszcze bliżej, a policzki panny Fields zapłonęły szkarłatem, by chwilę później całkowicie poblednąć. Twarz Archibalda złagodniała, nabierając wyrazu pełnego zrozumienia i współczucia.
Niech to szlag.
Octaviusa ogarnęło przemożne pragnienie usłyszenia choćby urywka tej szeptanej rozmowy. Napiął nogi, gotów w każdej chwili przemierzyć przez pokój i zażądać wyjaśnień niczym barbarzyńca, nie zważając na konwenanse.
Wtedy dwuskrzydłowe drzwi prowadzące do holu otworzyły się z hukiem. James wpadł do salonu, podskakując i wymachując znajomym przedmiotem, którego widok sprawił, że serce Octaviusa zatrzymało się na ułamek sekundy.
Pojedynkowy pistolet ojca.
- Proszę zobaczyć, co znalazłem w gabinecie Jego Książęcej Mości! - oznajmił chłopiec.
Już przyjął pozycję, którą najwyraźniej uważał za właściwą postawę pojedynkową: szeroko rozstawione nogi, wyprostowane plecy, wyciągnięte ramię skierowane prosto na pannę Fields.
Kurek był już napięty. Dobry Boże. To był ten sam pistolet.
James miał dwanaście lat. Octavius miał dziesięć, gdy ojciec zaciągnął go do gabinetu, przycisnął do ściany i postawił mu na głowie jabłko.
Książe nie mógł oddychać.
Nie mógł się poruszyć.
Nie.
- James... - wychrypiał, nie mogąc złapać tchu.
Panna Fields podniosła się powoli z miejsca. Widział jej dłonie, spokojne i nieruchome.
- Wystarczy, James. Proszę mi to natychmiast oddać.
- Chciałem znaleźć coś mechanizmem do rozebrania na części - zaprotestował chłopiec, wymachując pistoletem podczas gestykulacji. - Proszę spojrzeć. Znalazłem ideal...
- Jamesie, nie! - pisnęła Sophie, schylając się gwałtownie, gdy lufa przesunęła się w jej stronę.
I nagle Octavius nie był już w swoim salonie. Przed oczami stanął mu gabinet ojca. Poczuł odór brandy. Kwaśny zapach wymiocin. Słodka woń ciastek trzymanych przez kamerdynera stojącego obok drżącego ze strachu chłopca.
Jego sześciu przyjaciół poruszyło się niespokojnie. Wszystkie spojrzenia natychmiast zwróciły się ku Jamesowi. Ciała napięły się do skoku. Każdy z nich mógł rzucić się na chłopca i wyrwać mu pistolet. Ale podczas szamotaniny mógł paść strzał. A wtedy ktoś mógł zostać ranny. Albo zginąć.
- Opuść pistolet, Jamesie - powiedziała panna Fields, wchodząc prosto na linię strzału, między broń a Sophie. - Mogę ci pokazać, jak rozebrać stary zegar i sprawdzić, jak działa.
Lufa była teraz wymierzona w jej brzuch.
Octavius rozpaczliwie próbował pozostać tu i teraz, ale...
Ochrypły głos ojca zabrzmiał w jego głowie.
"Stój spokojnie, mała świnko. Na miłość boską, nawet nie drgnij".
Archibald jakimś sposobem znalazł się między panną Fields a wylotem lufy. Uniósł ręce w uspokajającym geście.
- Ostrożnie. Zachowajmy wszyscy spokój.
Ogłuszający huk. Gryzący zapach prochu. Dym wypełniający pokój. Jego własny spanikowany pisk, cienki jak kwik prosięcia. Drewniana boazeria rozpryskująca się drzazgami, które zraniły go w ucho. Przeszywający ból barku. Lepka, gorąca ciecz spływająca po ręce.
I wtedy coś w Octaviusie pękło.
Zerwał się na nogi, pokonał dzielącą go od Jamesa odległość trzema szybkimi krokami i zacisnął dłoń na lufie pistoletu dokładnie w chwili, gdy chłopiec zaczął się odwracać.
- Dosyć, ty nicponiu! - ryknął Octavius tak głośno, że szyby w oknach zadrżały.
James pobladł.
Jego pierś unosiła się i opadała w płytkim, urywanym oddechu.
Cofnął się.
Puścił broń.
Sophie i Stella się rozpłakały.
Młodsza dziewczynka wdrapała się na kolana Luciena, a ten natychmiast objął ją ramionami, osłaniając przed wszystkim wokół.
Gardło Octaviusa paliło żywym ogniem, gdy z jego ust wydobywały się kolejne dźwięki. Nie słowa. Tylko ból. Strach. Wściekłość. Wszystko to zlane w jeden bezładny krzyk. Jego własny głos brzmiał obco i daleko, jakby należał do kogoś innego.
James rzucił się do ucieczki. Łzy spływały mu po twarzy.
Nie zastanawiając się ani chwili, Octavius pognał za chłopcem.
- Wracaj tutaj! Czekaj! Zatrzymaj się!
Jego głos odbijał się od ścian niczym wystrzał, a każdy rozpaczliwy okrzyk niósł się przez korytarze wraz ze stukotem jego butów o posadzkę.
Rozdział 6
Temperance wpadła do gabinetu księcia, ciężko dysząc. Przeszukała, jak jej się zdawało, każdy pokój w rozległej londyńskiej rezydencji i już kilka minut temu straciła z oczu zarówno Jego Książęcą Mość, jak i Jamesa. Wreszcie znalazła jednego z nich... lecz nie tego, którego miała nadzieję odnaleźć.
Całe ciało mrowiło ją tak, jakby została pocięta mnóstwem drobnych ostrzy wskutek kilku wstrząsów, których doświadczyła w salonie.
Pierwszy przeżyła, gdy dotarło do niej, że już wcześniej poznała Archibalda, księcia Enveigh. Zostali sobie przedstawieni w Almack's, a później tańczyli razem podczas wiejskiego kontredansa na balu wydanym przez księżną Ashton. Był jednym z nielicznych dżentelmenów, którzy okazywali szczere zainteresowanie jej rozważaniami o filozofii przyrody, zamiast uznawać je za coś niestosownego. Na szczęście nie wspomniał ani o tańcu, ani o jej zainteresowaniu nauką, mogła więc jedynie mieć nadzieję, że ani jej nie pamięta, ani nie rozpoznał.
Drugim wstrząsem okazał się widok Jamesa mierzącego z naładowanego pistoletu najpierw do niej, a potem do Sophie. Zmroziło jej krew w żyłach, wszystkie mięśnie zesztywniały, a oddech ugrzązł gdzieś pomiędzy gardłem a płucami. Doskonale znała to uczucie - takie samo, jakie budziły w niej palce Bartholomewa boleśnie zaciskające się na jej nadgarstku.
Trzecim wstrząsem był gniewny wybuch księcia Eccess. Przez ostatni tydzień obserwowała, jak usiłuje odzyskać równowagę i jak z dnia na dzień gaśnie w nim poczucie humoru, które tak ją urzekło podczas ich pierwszego spotkania. Początkowo wydał jej się błyskotliwy, skryty i opanowany. Jako guwernantka jego podopiecznych poznała jednak człowieka zgorzkniałego, zdystansowanego i chłodnego. Ale to, co zobaczyła dziś, wykraczało daleko poza tę melancholię. Być może miała rację... uciekał przed własnymi demonami. Czy w końcu go dopadły?
A jednak Temperance nie mogła zaprzeczyć, że odpowiedzialność za Jamesa spoczywała na niej. Książę poddał ją próbie, chcąc się przekonać, czy dzieci potrafią zachowywać się odpowiednio w towarzystwie, a James wyraźnie tej próbie nie sprostał. Goniła za nimi, rozpaczliwie pragnąc naprawić to, co zepsuła.
A to, co zobaczyła w gabinecie, sprawiło, że ogarnęło ją jeszcze większe przygnębienie.
Książę Eccess przetrząsał jedną z szuflad biurka. Po chwili wyciągnął butelkę czegoś, co wyglądało na koniak, i znalazł korkociąg. Zamiast zmierzyć się z tym, co go dręczyło, po raz kolejny szukał ukojenia w alkoholu. Po tygodniu spędzonym z dziećmi wiedziała już, jak bardzo kochają swojego opiekuna i jak chętnie go naśladują, zwłaszcza James.
- Wasza Książęca Mość, myślałam, że przestał pan pić - powiedziała.
Książę gwałtownie odwrócił głowę w jej stronę, a na jego twarzy malowało się poczucie winy człowieka przyłapanego na gorącym uczynku.
Kiedy ruszyła w jego kierunku, książę zaczął się cofać niczym skarcone dziecko. Ustępował krok za krokiem, aż oparł się o ścianę, która odcięła mu drogę odwrotu, a mimo to Temperance nadal szła naprzód, wyciągając rękę po butelkę.
- Proszę mi ją oddać.
Książę zmrużył oczy.
- Panno Fields, zapomina się pani. Jestem pani pracodawcą.
I oto znalazł się zaledwie krok od niej. Gdy Temperance sięgnęła po butelkę, jej dłoń napotkała pustkę. Książę rzucił się w przeciwną stronę, a ona ruszyła za nim.
Krążyli po gabinecie niczym dzieci bawiące się w berka. Długie, ciężkie spódnice plątały się wokół kostek Temperance, utrudniając każdy krok. Mimo wzrostu i postawnej sylwetki książę był szybki, poruszał się z niemal zwierzęcą gracją, taką samą, jaką dostrzegła, gdy dosiadał kasztanowego konia.
Ale kiedy Temperance okrążyła biurko, jego noga zahaczyła o mebel i książę się potknął - a to wystarczyło. Chwyciła chłodną szyjkę butelki, sama zdumiona, że udało jej się przechytrzyć kogoś tak silnego i zwinnego, i jednym szarpnięciem wyrwała mu ją z rąk.
- Proszę mi ją oddać, panno Fields - warknął książę.
Przyciskając butelkę do piersi, odwróciła się na pięcie i umknęła. Spódnice zaszeleściły wokół jej nóg, gdy przemknęła między meblami, wymijając krzesła i stoliki.
Słyszała za sobą ciężkie kroki; niemal czuła ciepło jego ciała. Serce waliło jej o żebra, gdy nagle czyjaś dłoń zacisnęła się na jej łokciu i obróciła ją gwałtownie.
Temperance pospiesznie schowała butelkę za plecy.
Książę Eccess górował nad nią niczym góra - równie zapierający dech w piersiach, co budzący lęk. Napierał na nią, aż, cofając się, oparła się plecami o twardy regał z książkami. Książę pochylał się nad nią, co najmniej o głowę wyższy, niczym drapieżnik, który wreszcie dopadł swoją zdobycz. Jego spojrzenie było dzikie; oczy mieniły się odcieniami brązu niemal przechodzącego w czerń, błyszczały intensywnością, głodem i pragnieniem, które już wcześniej w nim dostrzegła.
Choć przypierał ją do kąta, Octavius trzymał ręce opuszczone wzdłuż ciała i nie wykonał nawet najmniejszego ruchu w stronę butelki, którą Temperance ściskała za plecami. A przecież jego długie ramiona pozwoliłyby mu bez trudu wyrwać ją jej z rąk. Zamiast tego stał przed nią, a jego spokój budził w niej to samo poczucie bezpieczeństwa, którego doznała w jego ramionach tamtej ciemnej nocy, gdy spotkali się po raz pierwszy.
Temperance starała się nie myśleć. Problem polegał na tym, że wtedy zaczynała czuć, a na to zdecydowanie nie powinna sobie pozwalać. Pochylił się bliżej, wciągnęła w płuca jego cudowny, męski zapach - skóry, drzewa sandałowego i wanilii. Jego usta zbliżały się coraz bardziej, a ona przypomniała sobie ich miękki, zmysłowy dotyk na swoich wargach. Brakowało jej tchu. Cała jej uwaga, całe jej jestestwo skupiło się na ustach.
Nie mogła jednak ulec tym pragnieniom. Nie po raz drugi. Obiecała sobie, że nie pozwoli mu przekroczyć tej granicy.
Gdy jego twarz była już tak blisko, Temperance za plecami mocowała się z korkiem. Na chwilę przed tym, jak ich usta miały się zetknąć, wyciągnęła go z szyjki butelki, odwróciła naczynie do góry dnem i wylała jego zawartość prosto na podłogę.
Pokój wypełnił plusk alkoholu wsiąkającego w dywan oraz ostry zapach drogiego koniaku.
Książę Eccess wydał z siebie gardłowy pomruk i rzucił się, by odebrać jej butelkę, próbując ocalić choć ostatnie krople trunku, lecz było już za późno.
Dopiero wtedy cofnął się o krok, a jego twarz przybrała wyraz desperackiej furii.
- Czy ma pani pojęcie, jak cenny był ten koniak? - wybuchnął. - Musiałem przemycić go z Francji za pośrednictwem kilku kompletnie niewiarygodnych ludzi, ryzykując własną reputację, a pani wylewa go na podłogę, jakby to były pomyje?
- Pański podopieczny przed chwilą wycelował naładowaną broń w Sophie - odcięła się Temperance, a jej dłonie drżały. - Ponieważ nauczył się od pana, że kiedy sprawy się komplikują, działamy, nie zastanawiając się nad tym, kto może ucierpieć. Pan pędzi ulicami z fajerwerkami, on wymachuje pistoletami wśród dzieci. Staje się taki jak pan, Wasza Książęca Mość!
Spodziewała się, że zacznie się spierać, lecz on zamilkł, po czym spuścił głowę i skinął nią powoli.
- Wiem.
Ta nagła uległość, całkowity brak oporu, były w jakiś sposób bardziej rozbrajające niż jakakolwiek kłótnia.
Książę Eccess potrząsnął głową, a gdy ponownie podniósł wzrok, w jego oczach czaiło się coś na kształt nawiedzającego go wspomnienia.
- To po prostu... ta przeklęta pora roku. Boże Narodzenie... To... Nie potrafię...
Temperance zmarszczyła brwi. Nienawidził świąt? Dlaczego? Co takiego go spotkało?
- Nie potrafi pan czego?
Książę Eccess wziął długi, powolny oddech.
- Ma pani rację, panno Fields. Muszę zachować trzeźwość. To moja wina, że James sprawia kłopoty. Stracił rodziców, a ja, zamiast otoczyć go opieką, której tak bardzo potrzebuje, ja... ja uciekałem w alkohol za każdym razem, gdy życie stawało się zbyt trudne. Do diabła, on rozpaczliwie potrzebuje kogoś, na kim może polegać.
Przez chwilę Temperance nie była w stanie wydobyć z siebie ani słowa. Spodziewała się, że wszystkiemu zaprzeczy, że nadal będzie się ukrywał i uciekał od rzeczywistości. Tymczasem wykazał się niezwykłą świadomością własnych słabości, a szacunek, który w niej wzbudził, rozlał się ciepłem po jej piersi.
- Już odmieniła pani te dzieci - ciągnął. - Przed chwilą wyrwała mi pani z rąk butelkę koniaku. Nawet moi najbliżsi przyjaciele by się na to nie odważyli... Proszę mi pomóc, panno Fields. Niech mnie pani trzyma z dala od alkoholu. Byłem przekonany, że jestem wystarczająco silny, by się oprzeć, ale nie doceniłem świąt.
Wciąż nad nią górował, przystojny i onieśmielający, a świadomość, że ten potężny mężczyzna prosi ją o pomoc, przyznając się do własnej słabości i bezbronności, wydawała się wręcz nierealna. Temperance wiedziała, że powierzono jej coś niezwykle cennego.
Czy była w stanie mu pomóc? Czy mogła złożyć taką obietnicę? Co właściwie wiedziała o uzdrawianiu poranionych mężczyzn? Była przecież Szaloną Dziedziczką - kobietą uciekającą z zakładu dla obłąkanych, żyjącą wśród kłamstw, ukrywającą nawet własną tożsamość, opłakującą ojca i życie, które, jak sądziła, miało ją czekać. Jak ktoś tak głęboko skrzywdzony mógł pomóc uleczyć drugiego człowieka?
A jednak ból księcia Eccess poruszał w niej coś głęboko ukrytego, czego nie potrafiła zignorować.
- Pomogę panu - szepnęła.
W jego spojrzeniu zmieszały się ulga, wdzięczność i cień przemożnego pragnienia.
- Panno Fields - wyszeptał ochrypłym głosem, napiętym od ledwie powstrzymywanego pożądania. - Nie ma pani pojęcia, co pani ze mną robi.
Zanim Temperance zdążyła odpowiedzieć, zanim w ogóle zdołała zebrać myśli, jego dłonie ujęły jej twarz, a usta wpiły się w jej wargi. To nie był już ten śmiały pocałunek z ich pierwszego spotkania. To była czysta, niczym nieskrępowana żądza.
Siła tego pocałunku przycisnęła Temperance do regału. Książki posypały się na podłogę, gdy książę naparł na nią swym ciałem. Był natarczywy, zachłanny. Westchnęła przy jego ustach i rozchyliła wargi, niezdolna oprzeć się wzbierającej fali pożądania, która przeszywała całe jej ciało. Zamierzała go odepchnąć, lecz zamiast tego zacisnęła dłonie na połach jego surduta i przyciągnęła go bliżej, otwierając się przed nim bez reszty. Smakował pragnieniem tak nieokiełzanym, że aż kręciło jej się od niego w głowie.
- Doprawdy... - jęknął przy jej ustach. - Nie powinienem...
Ale książę Eccess nie przestał. Jego dłonie zsunęły się na jej talię, palce zacisnęły się na materiale sukni, gdy lekko uniósł ją ku górze, przyciskając Temperance mocniej do regału. Ciężar jego ciała więził ją w miejscu, a ona czuła twardość jego torsu i szybkie, mocne uderzenia jego serca.
I podobało jej się to.
Gdy jego wargi powędrowały ku jej szyi, Temperance bezwiednie odchyliła głowę, a z jej ust wydobyło się ciche westchnienie, jakiego nigdy wcześniej nie słyszała. Zupełnie zatraciła się w tej chwili. Jego usta muskały wrażliwą skórę pod jej uchem, a dłonie błądziły po jej plecach z ledwie hamowaną namiętnością.
- Cudowna - wyszeptał chrapliwie przy jej szyi, a jego oddech był gorący i nierówny. - Każdego dnia, gdy na panią patrzę... umieram z tęsknoty...
Drżące dłonie Temperance powędrowały na jego pierś. Przez aksamit kamizelki czuła szybkie bicie jego serca. Chciała go dotknąć, potrzebowała poczuć go bardziej, lecz tonęła w natłoku wrażeń, przytłoczona gwałtownością jego pragnienia.
Książę znów odnalazł jej usta. Ten pocałunek był głębszy i bardziej zachłanny niż poprzednie. Jedna z jego dłoni wplotła się w jej włosy, rozluźniając starannie upięty kok, druga zaś spoczęła na jej plecach tuż nad talią, przyciągając ją jeszcze bliżej.
- Musi mnie pani powstrzymać - wymruczał przy jej ustach.
Ale Temperance nie potrafiła znaleźć słów. Nie była zdolna myśleć o niczym poza ogniem, który rozlał się w jej żyłach. A kiedy nie odepchnęła księcia, kiedy poddanie się wydawało się tak przyjemne, takie kuszące...
Rozległo się pukanie do drzwi.
Odskoczyli od siebie jak oparzeni, oboje ciężko oddychając. Temperance natychmiast uniosła dłonie do włosów, próbując doprowadzić do porządku zburzoną fryzurę, podczas gdy Octavius stanął przed nią odruchowo, niemal osłaniając ją własnym ciałem. Jego ramiona były napięte jak struny.
Drzwi się otworzyły i książę Enveigh wychylił głowę, próbując zajrzeć ponad ramieniem księcia Eccess. Spoglądał to na przyjaciela, to na guwernantkę, a czoło marszczyło się coraz bardziej. Kąciki ust zacisnęły, zdradzając niepokój... i coś jeszcze. Coś mroczniejszym. Coś, co do złudzenia przypominało zazdrość.
- Znaleźliśmy Jamesa - powiedział. - Twój podopieczny jest bezpieczny.
Ramiona księcia Eccess się rozluźniły, jakby spadł z nich ogromny ciężar.
Oddech Temperance również powoli wracał do normy, choć wargi wciąż ją mrowiły, a całe ciało drżało od emocji.
Chlebodawca posłał jej spojrzenie tak intensywne, że aż ugięły się pod nią kolana - obietnicę dokończenia tej rozmowy, która ponownie roznieciła w niej ogień. Szybko odwróciła wzrok, czując suchość w ustach.
W żołądku już zaczynało ją kłuć poczucie winy. Zachowała się nierozważnie. Powinna była go powstrzymać.
Nieważne. Musiała ukrywać się jeszcze tylko przez trzy tygodnie. Dotąd była tu bezpieczna... Nawet książę Enveigh jej nie rozpoznał. Wystarczyło zachować ostrożność i nie ulec pokusie, którą stanowił książę Eccess.
Choć po tym, co właśnie między nimi zaszło, Temperance nie była już pewna, czy sama ostrożność wystarczy.
Rozdział 7
Śmiech Sophie poniósł się korytarzem, a chwilę później rozległ się rzadko słyszany chichot Jamesa. Octavius zatrzymał się w pół kroku. Nie był to ten dziki, nieokiełznany śmiech, po którym zwykle następowały odgłos tłuczonego kosztownego przedmiotu i przerażone krzyki służących. Tym razem brzmiała w nim radość. Zadowolenie. Beztroska dzieci, które nie musiały się buntować i którym pozwalano być sobą.
Szedł właśnie w stronę szkolnej sali i zamierzał jedynie zajrzeć przez drzwi, by upewnić się, że po wczorajszych wybrykach James ma się dobrze. Miał ochotę zostać dłużej, lecz nie sądził, by chłopiec chciał go widzieć. A jednak, gdy zbliżył się do drzwi, zawahał się z dłonią opartą o framugę i nie potrafił odejść.
W promieniach grudniowego popołudniowego słońca siedziała panna Fields. Po obu jej stronach na sofie rozsiadały się Margaret i Sophie. Młodsza z sióstr czytała na głos nienaganną francuszczyzną, odgrywając przy tym poszczególne role. James siedział na podłodze, skupiony tak bardzo, że aż wysunął koniuszek języka, i z wielką starannością rozkładał na części stary zegar z sali dla służby.
Octavius poczuł niemal fizyczne pragnienie, by do nich dołączyć.
Pod opieką panny Fields dzieci wydawały się szczęśliwsze. Nawet James - mimo wyraźnego oporu i niechęci do przyznania, że zmiany w domu sprawiają mu przyjemność - zdawał się spokojniejszy.
Sam Octavius również się zmienił, pomimo tego, jak blisko był potknięcia poprzedniego wieczoru. Odkąd odstawił alkohol, nie był pewien, czy podoba mu się człowiek, który dotąd się za nim ukrywał. Nieustanne pragnienie, które kazało mu wyciągać dłoń po kieliszek ulubionego koniaku, brandy czy wina... zatracać się w grze smaków, aromatów i subtelnych niuansów trunku, który przy okazji sprawiał, że czuł się lżejszy, zabawniejszy i bardziej swobodny... bywało niemal nie do zniesienia.
Ale teraz nie mógł sobie na to pozwolić.
Gdy tylko po bożonarodzeniowym ogłoszeniu rządu obejmie stanowisko przewodniczącego Zarządu Handlu, z radością wróci do dawnych przyzwyczajeń. Nie będzie już musiał z taką pieczołowitością strzec nieskazitelnej maski. O ile zachowa dyskrecję, nie grożą mu konsekwencje w rodzaju odebrania stanowiska przez lorda Liverpoola. Towarzystwo przymykało oko na grzechy ludzi posiadających prawdziwą władzę.
Ta myśl pomagała mu przetrwać kolejne dni.
Ta myśl... i widok panny Fields. Sposób, w jaki słuchała czytającej Sophie, lekko przechylając głowę, z łagodnym uśmiechem igrającym w kącikach ust. To, jak potrafiła poświęcać uwagę wszystkim dzieciom, nie dopuszczając, by którekolwiek z nich czuło się pomijane - umiejętność, której on nigdy nie posiadł. Cicha elegancja, z jaką siedziała, z dłońmi złożonymi na kolanach, podczas gdy jej szare oczy skupiały się całkowicie na Sophie, potem na Margaret, a następnie na Jamesie. Samą swoją obecnością budziła w jego piersi ciepło, którego nie czuł od wielu lat.
Jakby usłyszała jego myśli, panna Fields podniosła głowę. Gdy napotkał spojrzenie jej żywych, roziskrzonych oczu, na moment zabrakło mu tchu.
- Ja... eee... Jamesie, wszystko u ciebie w porządku? - wydusił z siebie Octavius, zwracając wzrok ku chłopcu.
James zamrugał ze zdziwieniem.
- U mnie, Wasza Książęca Mość? T-t-tak, wszystko dobrze.
- To dobrze.
I rzeczywiście było dobrze. Chłopiec wyglądał na zdrowego. Może trochę spiętego, ale nie był już tak blady jak poprzedniego wieczoru. Na myśl o tym gardło Octaviusa ścisnęło się boleśnie. Rozważał przeprosiny za to, że podniósł głos tak gwałtownie, iż wystraszył biednego chłopca. Jednak słowa przeprosin uwięzły mu w gardle niczym kamień.
Zapadła między nimi cisza. Octavius wiedział, że powinien odejść, lecz coś nie pozwalało mu tego zrobić. Pragnął być częścią tej ciepłej, spokojnej, domowej sceny, jakby od zawsze było tu jego miejsce.
W rodzinie.
Oczywiście miał rodzinę poza swoimi podopiecznymi - młodszą siostrę.
Przez lata wysyłał zapytania do Francji, Niderlandów, państw pruskich i niemieckich, a nawet do włoskich księstw oraz Hiszpanii, szukając najmniejszego śladu po niej lub po ich matce. Zawsze bezskutecznie. Poszukiwania przyniosły tylko jedną druzgocącą wiadomość: ich mama zmarła siedem lat temu.
Siedem lat. Przez piętnaście lat żyła z dala od niego. Nigdy nie musiała uciekać z kraju ani się ukrywać - ojciec zmarł już następnego ranka po jej wyjeździe, mogła więc wrócić od razu. Ta świadomość ciążyła Octaviusowi na sercu niczym kamień młyński. Jego matka wolała pozostać z dala od niego, niż do niego wrócić.
Ale gdzieś w świecie wciąż żyła jego siostra i nie zamierzał ustawać w jej poszukiwaniach. Była jedyną bliską osobą, jaka mu pozostała - samotną młodą kobietą pozbawioną należnego jej dziedzictwa. Miał obowiązek ją chronić i zadbać, by niczego jej nie brakowało.
- Czy chciałby się pan do nas przyłączyć, Wasza Książęca Mość? - zapytała panna Fields, wyrywając go z zamyślenia.
- Tak, Wasza Książęca Mość! - zapiszczała z zachwytem Sophie, odkładając książkę na bok. Zerwała się na nogi i podbiegła do niego lekkim krokiem. Chwyciła go za rękę swoją ciepłą, małą dłonią i pociągnęła za sobą. - Proszę do nas dołączyć! Niech nam pan poczyta po francusku!
Ale to tęskne spojrzenie Jamesa przesądziło sprawę. Octavius pozwolił Sophie zaprowadzić się do pokoju, czując się jak wielki niezdarny niedźwiedź w składzie porcelany, gotów potłuc delikatne sprzęty, skrzywdzić dzieci i ich śliczną guwernantkę.
Poza tym nie czytał szczególnie dobrze, a już zwłaszcza po francusku.
Niezdara - doprawdy.
- To ty mi poczytasz, Sophie - powiedział, zajmując miejsce na sofie obok dziewczynki.
- Oczywiście! - wykrzyknęła. - Na co ma pan ochotę? Może Czterej rycerze? Czytał pan tę książkę?
- Nie, nie mogę powiedzieć, żebym czytał.
Sophie, co trudno byłoby uznać za zachowanie odpowiednie dla młodej damy, podskoczyła do biblioteczki. Zdawało się, że był to jej ulubiony sposób poruszania się, ale panna Fields nie upominała jej tak, jak zrobiłaby to większość guwernantek. Z jakiegoś powodu Octaviusowi to nie przeszkadzało.
- Uważam, że biografia Isaaca Newtona jest znacznie ciekawsza - oznajmiła Margaret, która podniosła się z wdziękiem łabędzia i podeszła do półek w poszukiwaniu odpowiedniej książki.
- A ty co byś wybrał, Jamesie? - zapytała życzliwie panna Fields.
James zmarszczył brwi, spoglądając na nich z podłogi.
- Nic. To wszystko i tak jest głupie.
Panna Fields pochyliła się ku Octaviusowi, a w kącikach jej oczu pojawiły się drobne zmarszczki od uśmiechu.
- Przynajmniej nie zajmuje się teraz łapaniem i wypuszczaniem całej armii myszy.
- Nie, Czterej rycerze! - zaprotestowała Sophie. - Biografia uczonego jest nudna. Chcemy przygód i bitew, prawda, Wasza Książęca Mość?
Podniosła książkę i spojrzała na niego z nadzieją.
Nie podobało mu się, że dziewczynki sprzeczały się ze sobą, zwłaszcza o jego uwagę. Tylko co powinien wybrać?
- Ja... ja...
- Może najpierw przeczytamy o tych czterech rycerzach, Sophie - zaproponowała panna Fields - a potem biografię Isaaca Newtona. Czy takie rozwiązanie będzie odpowiednie, panienki?
Margaret skinęła głową na znak aprobaty, a podziw Octaviusa dla guwernantki jeszcze wzrósł.
- Jestem już wystarczająco dorosła, żeby ustąpić dziecku.
Jednak gdy to mówiła, zerknęła na niego dokładnie w ten sam sposób, w jaki on sam przez lata spoglądał na ojca, szukając jego aprobaty.
- Spodoba się panu! - zawołała Sophie, wracając z książką na sofę. - Roland jest jednym z czterech rycerzy i na pewno go pan polubi, Wasza Książęca Mość.
Usadowiła się wygodnie przy pannie Fields i otworzyła książkę.
Octavius parsknął cicho śmiechem.
- A dlaczego miałbym go polubić?
- Bo jest duży i silny jak pan, a do tego lubi dobrze zjeść i napić się wina.
Musiał zacisnąć usta, by ukryć uśmiech.
- Dobrze więc, Sophie. Poczytaj mi o Rolandzie.
Dziewczynka uniosła podbródek z pełną powagi miną i zaczęła czytać.
Przez co najmniej pół godziny wszyscy słuchali jej w skupieniu, a Octavius odkrył, że... sprawia mu to przyjemność. Ogarnęło go rzadkie poczucie spokoju, lekkie i kojące zarazem.
Za plecami Sophie, która czytała z pochyloną głową, Octavius nachylił się ku pannie Fields.
- Dokonała pani cudu, panno Fields. To prawdziwa przyjemność przebywać z tymi dziećmi.
Uśmiechnęła się, a jego serce rozpalił kojący żar.
- Zawsze były wspaniałymi dziećmi, Wasza Książęca Mość.
Nie odrywając wzroku od jej oczu, Octavius skinął głową. Radość pulsowała gdzieś głęboko w nim. Odchrząknął. Być może popełniał błąd.
- Sophie, przerwij na chwilę, proszę. Panno Fields, dzieci, chciałbym, abyście wszyscy czworo pojawili się na niewielkim przyjęciu, które wydaję za trzy dni. To dla mnie ważne, ponieważ jeśli spotkanie przypadnie do gustu członkom Zarządu Handlu oraz lordowi Liverpoolowi, może pomóc mi objąć stanowisko przewodniczącego Zarządu Handlu.
Gdyby nie to, że lord Liverpool chciał widzieć w Octaviusie człowieka odmienionego - odpowiedzialnego opiekuna i głowę rodziny - najchętniej kazałby im pozostać w szkolnej sali, z dala od wzroku gości i wszelkich kłopotów. Obecność dobrze wychowanych dzieci z pewnością jednak stanowiłaby dowód jego przemiany z hulaki w statecznego dżentelmena. Potrzebował ich tam.
Choć rozumowanie Octaviusa wydawało się bez zarzutu, twarz panny Fields nieco pobladła. Czy była to zwykła nieśmiałość na myśl o znalezieniu się w towarzystwie? Jakże chciał powiedzieć jej, że jeśli chodzi o nią, nie ma najmniejszego powodu do obaw. Zresztą, ilekroć przebywali w tym samym pomieszczeniu, i tak nie dostrzegał nikogo poza nią.
Sophie wyprostowała się dumnie.
- Pomogę panu, Wasza Książęca Mość. Może pan na mnie liczyć. Czy będą tam francuscy dyplomaci? Z przyjemnością zabawię ich w ich ojczystym języku.
Roześmiał się.
- To byłoby rzeczywiście bardzo pomocne, Sophie. O ile tylko nie zaczniesz śpiewać swoich ulubionych biesiadnych piosenek.
- Czy moja obecność jest naprawdę konieczna, Wasza Książęca Mość? - zapytała cicho panna Fields. - Wolałabym zostać u siebie i poczekać, aż dzieci wrócą do swoich komnat.
Miał rację. Musiał ją mieć. Była po prostu nieśmiała i obawiała się wystąpień w towarzystwie.
- Czy pani też ucieka przed własnymi duchami, panno Fields? - zapytał łagodnie.
Resztki koloru zniknęły z jej twarzy, a kąciki ust opadły.
- Ależ skąd - odparła, po czym przełknęła ślinę. - Kto... eee... kto będzie obecny?
Zmarszczył brwi, czując nieprzyjemny skurcz w żołądku.
- Czy to ma znaczenie? Próbuje pani kogoś unikać?
Potrząsnęła głową odrobinę zbyt energicznie.
- Nie, nie, oczywiście, że nie.
Octavius chciał jej uwierzyć. Chciał wierzyć, że w jej przeszłości nie było żadnego mężczyzny.
- Jako ich guwernantka powinna pani być obecna, gdy dzieci przebywają w towarzystwie. Na wypadek gdyby wydarzyło się coś nieprzewidzianego. To ważna część pani obowiązków.
Przytaknęła z nieco przesadnym zapałem.
- Oczywiście, Wasza Książęca Mość. Będę. A dzieci będą przygotowane.
Uprzejmie skinął głową.
- Dziękuję.
W tej chwili rozległo się pukanie do drzwi i pojawił się lokaj.
- Wasza Książęca Mość?
Octavius miał nieprzyjemne wrażenie, jakby ktoś wyciągnął go z ciepłej kąpieli prosto w chłodne powietrze. Odchrząknął.
- Tak, Jacobsie?
- Książę Enveigh przybył z wizytą, Wasza Miłość, i pyta, czy mógłby dołączyć do państwa w szkolnej sali.
Octavius zmarszczył brwi.
- W szkolnej sali? Ależ skąd. Proszę go zaprowadzić do mojego gabinetu.
Za plecami lokaja w korytarzu stał Archibald. Gdy Octavius spostrzegł, że przyjaciel natychmiast odnalazł spojrzeniem pannę Fields, mimowolnie zacisnął szczękę. Enveigh prezentował się nienagannie - smukły i pełen elegancji tam, gdzie sam Eccess czuł się ciężkim olbrzymem.
Archibald uśmiechnął się szeroko.
- Chciałbym usłyszeć dalszy ciąg tej historii, jeśli wszyscy obecni wyrażą zgodę.
Wnętrzności Octaviusa ścisnęły się boleśnie. Enveigh nie robił nic niewłaściwego, dołączając do nich. Dlaczego więc miał wrażenie, że jeden z jego najbliższych przyjaciół wtargnął tu po to, by zagrozić jego domowemu szczęściu?