Książę Przesytu. Tom 4 - Mariah Stone

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Lon­dyn, 20 li­sto­pada 1814 roku

Coś było nie tak. Lady Aga­tha Tem­pe­rance Hale wy­czuła to w chwili, gdy otwo­rzyła drzwi sa­lo­niku.

W nie­wiel­kim holu stał nie­zna­jomy. Był młody i ni­ski. Trzy­mał w rę­kach cy­lin­der, jakby cze­kał tu już od dłuż­szej chwili. Jego bla­do­ró­żowa cera, dwa wy­sta­jące przed­nie zęby i ner­wowy spo­sób, w jaki roz­glą­dał się na boki, spra­wiały, że przy­po­mi­nał szczura.

- Pro­szę wy­ba­czyć... - Skło­nił się na jej wi­dok. - Wy­gląda pani blado. Czy do­brze się pani czuje, panno...?

W ten uprzejmy spo­sób za­py­tał, jak się na­zywa, a strach prze­szył ją ni­czym ostrze. Tem­pe­rance wy­szła z sa­lo­niku do holu i skie­ro­wała się ku scho­dom.

- Flet­cher.

Mimo sza­leń­czo bi­ją­cego serca zmu­siła się do za­cho­wa­nia spo­koju. Świat znał ją jako lady Aga­thę Hale - tak ją przed­sta­wiano pod­czas przy­jęć kar­cia­nych i tak się do niej zwra­cano na ba­lach. Tylko papa znał dru­gie imię, które mama nadała jej na łożu śmierci... Tem­pe­rance, co zna­czy "umiar­ko­wa­nie" lub "wstrze­mięź­li­wość." Tylko papa tak ją na­zy­wał, a po­nie­waż ko­chała go nad ży­cie, uwa­żała to za swoje praw­dziwe imię. Imię, któ­rego nie po­winna zdra­dzać.

Na­zwi­sko Flet­cher brzmiało obco na jej ję­zyku, lecz ten szczu­rzy nie­zna­jomy nie za­słu­gi­wał ani na po­zna­nie jej imie­nia, ani na choćby naj­mniej­szą wska­zówkę do­ty­czącą jej praw­dzi­wej toż­sa­mo­ści. Zwłasz­cza że agenci jej ma­co­chy mo­gli wciąż po­szu­ki­wać rze­komo Sza­lo­nej Dzie­dziczki, by wy­dać ją za okrut­nego lorda Bar­tho­lo­mewa Lang­stona - albo za­mknąć w za­kła­dzie dla obłą­ka­nych.

Męż­czy­zna naj­wy­raź­niej ocze­ki­wał ja­kie­goś wy­ja­śnie­nia, więc Tem­pe­rance do­dała:

- Je­stem nową to­wa­rzyszką pani Bar­ton.

Nie­zna­jomy po­now­nie się skło­nił.

- Ed­mund Sto­kes, do usług, pani. Je­stem kan­ce­li­stą syna pani Bar­ton. Pan Bar­ton po­pro­sił mnie, abym ode­brał do­ku­menty, które tu wczo­raj zo­sta­wił.

Tem­pe­rance uśmiech­nęła się sztywno. Czy wi­dział jej strach?

- Oczy­wi­ście. - Choć w jej gło­sie po­brzmie­wała uprzej­mość, cof­nęła się o jesz­cze je­den krok.

Małe oczka pana Sto­kesa omio­tły ją uważ­nie od stóp do głów.

- Pan Bar­ton ni­gdy o pani nie wspo­mi­nał.

Wszyst­kie in­stynkty krzy­czały, że grozi jej nie­bez­pie­czeń­stwo. Pan Sto­kes in­te­re­so­wał się nią zde­cy­do­wa­nie bar­dziej, niż wy­pa­dało ob­cemu męż­czyź­nie.

- Do­łą­czy­łam do pani Bar­ton do­piero w ze­szłym ty­go­dniu.

Tem­pe­rance cof­nęła się jesz­cze bli­żej scho­dów. Kostką wy­czuła pierw­szy sto­pień, nie za­mie­rza­jąc ani na chwilę od­wra­cać się do męż­czy­zny ple­cami. Kiedy zro­bił krok w jej stronę, serce omal nie wy­sko­czyło jej z piersi.

- Oba­wiam się, że nie czuję się naj­le­piej i mu­szę się po­ło­żyć - wy­mam­ro­tała.

- Oczy­wi­ście. Mam na­dzieję, że wkrótce się pani po­prawi.

Tem­pe­rance ski­nęła głową, od­wró­ciła się i ru­szyła po scho­dach tak spo­koj­nie, jak tylko po­tra­fiła. Do­piero gdy do­tarła na pół­pię­tro, obej­rzała się przez ra­mię. Pan Sto­kes na­dal ją ob­ser­wo­wał. Miał lekko prze­chy­loną głowę, a jego oczy zwę­ziły się w dwie wą­skie szparki. Kiedy po­spiesz­nie zmie­rzała do swo­jej sy­pialni, po­czuła to ca­łym swym je­ste­stwem: jej kry­jówka wła­śnie prze­stała być bez­pieczna.

Do końca dnia trwała przy oknie wy­cho­dzą­cym na ulicę. Pani Bar­ton za­pew­niała ją, że panu Sto­ke­sowi można ufać, po­nie­waż od dwóch lat pra­cuje w kan­ce­la­rii jej syna. Mimo to Tem­pe­rance wciąż była na­pięta jak struna. Jej ma­co­cha nie cof­nie się przed ni­czym, by prze­jąć spa­dek. Torba przy­go­to­wana na ucieczkę - z za­pa­sem ubrań, do­dat­kową parą bu­tów, cie­płą chu­stą, kil­koma mo­ne­tami oraz ka­wał­kiem chleba i sera - le­żała na łóżku. Tuż obok spo­czy­wała jej pe­lisa.

Sie­dząc na pa­ra­pe­cie, ob­ser­wo­wała nie­liczne po­wozy prze­jeż­dża­jące ulicą i prze­chod­niów spo­ra­dycz­nie prze­mie­rza­ją­cych tę skromną część mia­sta. Wkrótce po­po­łu­dnie ustą­piło miej­sca zmro­kowi, a prze­suwne okna ce­gla­nych do­mów przy Che­ap­side roz­bły­sły cie­płym świa­tłem.

Tego roku ostat­nia nie­dziela przed ad­wen­tem przy­pa­dała wy­jąt­kowo wcze­śnie. Była to już druga taka nie­dziela od śmierci jej papy, któ­rego pół­tora roku wcze­śniej za­brał udar. Tego dnia każda ro­dzina zbie­rała się ra­zem, by wy­mie­szać cia­sto na bo­żo­na­ro­dze­niowy pud­ding i wy­po­wie­dzieć ży­cze­nia na nad­cho­dzący rok. Papa za­wsze od­da­wał jej pierw­szeń­stwo przy mie­sza­niu. Za­my­kała wtedy oczy i ży­czyła so­bie no­wych ksią­żek, wię­cej czasu w jego la­bo­ra­to­rium oraz tego, by oj­ciec przez ko­lejny rok po­zo­stał zdrów.

Smu­tek prze­szył jej pierś ni­czym nóż. Osiem­na­ście mie­sięcy temu trzy­mała go za rękę, gdy jego pełne mi­ło­ści szare oczy spo­częły na niej po raz ostatni. Ból ni­gdy na­prawdę jej nie opu­ścił.

Tę­sk­niła za papą. Tę­sk­niła za świą­tecz­nymi przy­go­to­wa­niami w Au­ster Co­urt, które wła­śnie o tej po­rze za­czy­nał or­ga­ni­zo­wać. Tę­sk­niła za apa­ra­turą do swo­ich eks­pe­ry­men­tów z elek­trycz­no­ścią. Tę­sk­niła za swoją po­ko­jówką Mil­lie.

Tem­pe­rance ode­tchnęła z drże­niem, a na szy­bie osia­dła de­li­katna mgiełka. Wkrótce wróci do domu. Wróci do swo­ich do­świad­czeń, do Mil­lie, do wszyst­kiego, co przy­po­mi­nało jej uko­cha­nego ojca. Mu­siała się ukry­wać jesz­cze tylko do Bo­żego Na­ro­dze­nia, kiedy skoń­czy dwa­dzie­ścia je­den lat. Wów­czas ma­co­cha prze­sta­nie być jej prawną opie­kunką. Tem­pe­rance pod­pi­sze akt w kan­ce­la­rii pana Bar­tona i wej­dzie w po­sia­da­nie spadku po­zo­sta­wio­nego jej przez papę.

Ni­gdy wię­cej chłod­nego głosu lady Au­ster oznaj­mia­ją­cej, że jest "nie­zdolna do funk­cjo­no­wa­nia w to­wa­rzy­stwie", twier­dzą­cej, że cierpi na "nie­zdrową fa­scy­na­cję elek­trycz­no­ścią" i "hi­ste­rię wy­wo­łaną nad­mierną lek­turą". Ni­gdy wię­cej kłó­dek na drzwiach la­bo­ra­to­rium. Ni­gdy wię­cej lo­do­wa­tych dłoni Bar­tho­lo­mewa, lorda Lang­stona, za­ci­ska­ją­cych się na jej nad­garst­kach. Ni­gdy wię­cej szep­ta­nych gróźb o tym, na co mę­żom wolno so­bie po­zwa­lać wo­bec żon.

Wy­cią­gnęła z tego na­ukę. Przede wszyst­kim pra­gnęła nie­za­leż­no­ści i wol­no­ści. Ni­gdy nie wyj­dzie za mąż - ani za Lang­stona, ani za ko­go­kol­wiek in­nego.

Przy­szłość bę­dzie na­le­żeć wy­łącz­nie do niej.

Ko­la­cja upły­nęła spo­koj­nie i bez roz­mów. Pani Bar­ton już spała, gdy Tem­pe­rance wró­ciła na swoje miej­sce przy oknie. Wtedy zo­ba­czyła trzech męż­czyzn prze­cho­dzą­cych przez ulicę i kie­ru­ją­cych się w stronę domu pani Bar­ton. Żo­łą­dek ści­snął jej się ze stra­chu. To nie wró­żyło nic do­brego.

Tem­pe­rance wy­bie­gła na ko­ry­tarz, by pod­słu­chać, kim są przy­by­sze. Stam­tąd mo­gła spoj­rzeć w dół scho­dów, do holu, gdzie go­spo­dyni wła­śnie otwo­rzyła fron­towe drzwi.

- Czy lady Aga­tha Hale jest w domu? - za­py­tał je­den z trzech męż­czyzn. - Na­zy­wam się Finch.

Pan Finch był ni­skiego wzro­stu, a jego okrą­gła, nie­mal mat­czyna twarz spra­wiała za­ska­ku­jąco życz­liwe wra­że­nie. Dwu­rzę­dowy brą­zowy płaszcz z wełny opi­nał jego po­kaźny brzuch i sze­roką pierś. Trudno było oba­wiać się ko­goś o tak do­bro­dusz­nym wy­glą­dzie.

- Po­szu­kuję lady Aga­thy w imie­niu jej uko­cha­nej ma­co­chy - cią­gnął pan Finch. - Hra­biny Au­ster. Stan umy­słu jej pa­sier­bicy bu­dzi nie­po­kój za­równo u niej, jak i u jej le­ka­rza.

Tem­pe­rance po­czuła, jak jej serce za­miera.

Nikt nie wie­dział, że tu prze­bywa - poza pa­nem Bar­to­nem, jego matką i służbą. Pan Bar­ton był wier­nym radcą praw­nym jej ojca i chciał ją chro­nić. Co do tego nie miała naj­mniej­szych wąt­pli­wo­ści. Przez dwa ty­go­dnie, które spę­dziła w domu pani Bar­ton, nie po­ja­wił się tu ża­den gość. Nikt jej nie wi­dział, poza służbą... i pa­nem Sto­ke­sem wcze­śniej tego dnia.

Być może ni­gdy nie miała się prze­ko­nać, czy jej prze­czu­cie wzglę­dem pana Sto­kesa było trafne. Z pew­no­ścią jed­nak słusz­nie się nie­po­ko­iła. Ktoś przy­był tu­taj i szu­kał jej, uży­wa­jąc jej praw­dzi­wego na­zwi­ska...

Ist­niało tylko jedno wy­ja­śnie­nie.

Od­na­leźli ją. Przy­je­chali, by od­dać ją w ręce hra­biny Au­ster i Bar­tho­lo­mewa, zmu­sić do mał­żeń­stwa z nim, aby prze­jąć kon­trolę nad jej ma­jąt­kiem... A po­tem Bóg je­den ra­czy wie­dzieć, ile jesz­cze si­nia­ków po­kryje jej ciało.

A je­śli na­dal bę­dzie od­ma­wiać, za­mkną ją w Be­th­lem Royal Ho­spi­tal, zwa­nym Be­dlam.

W za­kła­dzie dla obłą­ka­nych.

Wszystko dla spadku war­tego trzy­dzie­ści ty­sięcy fun­tów.

Żo­łą­dek Tem­pe­rance ści­snął się bo­le­śnie. To był ko­niec.

Była w pu­łapce.

- Och, ja... ja... oba­wiam się, że za­szła po­myłka - wy­ją­kała go­spo­dyni. - Nie ma tu żad­nej ta­kiej damy. Do­bra­noc.

Pró­bo­wała za­mknąć drzwi, lecz za­nim zdą­żyła to zro­bić, wzrok pana Fin­cha po­wę­dro­wał ku scho­dom i na­po­tkał spoj­rze­nie Tem­pe­rance.

W tej sa­mej chwili z jego twa­rzy znik­nęła uprzejma, ser­deczna ma­ska, od­sła­nia­jąc praw­dzi­wego łowcę. Prze­ni­kliwe brą­zowe oczy. Zimne. In­te­li­gentne. Oczy psa tro­pią­cego.

Tem­pe­rance cof­nęła się chwiej­nie o krok.

Gdy go­spo­dyni usi­ło­wała za­trza­snąć drzwi, pan Finch pchnął skrzy­dło z taką siłą, że przy­gniótł ko­bietę do ściany. Za­dzi­wia­jąco szybki jak na swój ni­ski wzrost, już po chwili pę­dził po scho­dach, a jego dwaj to­wa­rzy­sze po­dą­żali tuż za nim.

Nie!

Tem­pe­rance rzu­ciła się bie­giem ko­ry­ta­rzem do swo­jej sy­pialni, po­rwała torbę przy­go­to­waną na ucieczkę i pe­lisę, po czym po­pę­dziła ku scho­dom dla służby. Le­d­wie czuła pod­łogę pod sto­pami. Le­d­wie sły­szała wła­sny ury­wany od­dech i tu­pot bu­tów trzech ści­ga­ją­cych ją męż­czyzn.

- Ko­niec ucieczki, lady Aga­tho!

Tem­pe­rance otwo­rzyła drzwi i rzu­ciła się w dół wą­skich ka­mien­nych scho­dów, z płu­cami ści­śnię­tymi pa­niką.

Od­dy­chaj. Po pro­stu od­dy­chaj. Od­dy­chaj... i bie­gnij.

Usi­ło­wała nie po­tknąć się na ko­lej­nym stop­niu, gdy ma­te­riał sukni plą­tał się wo­kół jej ko­stek. Nie­zgrab­nie na­rzu­cała na sie­bie pe­lisę. Do­piero wtedy miała wolne ręce, by unieść prze­klęte spód­nice. Jej prze­śla­dowcy byli szybsi, sil­niejsi i nie mu­sieli wal­czyć z war­stwami dam­skiego stroju. Tem­pe­rance pod­cią­gnęła spód­nice tak wy­soko, jak tylko się od­wa­żyła, i po­pę­dziła w dół scho­dów ile sił w no­gach.

- Lady Aga­tho! - do­bie­gło ją wo­ła­nie pana Fin­cha. - Pro­szę się za­trzy­mać!

Ani my­ślała.

Prze­mknęła ko­ry­ta­rzem służby i mi­nęła kuch­nię, gdzie ku­charka i po­my­waczka krzyk­nęły ze zdu­mie­nia. Na końcu przej­ścia szarp­nęła drzwi, wy­bie­gła na tylne po­dwó­rze, prze­mknęła przez furtkę i po­gnała ulicą w ciem­ność li­sto­pa­do­wej nocy.

Byli tuż za nią, lecz wciąż miała nie­wielką prze­wagę.

Na końcu ulicy obej­rzała się przez ra­mię. Trzy ma­sywne syl­wetki wy­pa­dły przez furtkę. Za­lała ją fala pa­nicz­nego stra­chu. Przy­spie­szyła. Skrę­ca­jąc za róg, omal nie po­śli­zgnęła się na ob­lo­dzo­nych ko­cich łbach, lecz roz­pacz­li­wym wy­sił­kiem od­zy­skała rów­no­wagę. Bie­gła da­lej. Płuca pa­liły ją ży­wym ogniem przy każ­dym łap­czy­wym od­de­chu, a w uszach dud­nił je­dy­nie sza­leń­czy rytm jej wła­snego serca.

Ulice mi­gały jej przed oczami, a za­bu­dowa zmie­niała się z każ­dym ko­lej­nym za­krę­tem, gdy pę­dziła przez Che­ap­side. Skromne fa­sady ustę­po­wały miej­sca bar­dziej ozdob­nym gzym­som i de­ko­ra­cjom. W oknach pa­liły się świa­tła, a za nimi za­pewne sie­działy szczę­śliwe ro­dziny. Ro­dziny ta­kie jak ta, którą utra­ciła.

Tem­pe­rance prze­bie­gała przez ko­lejne ulice, skrę­ca­jąc to w lewo, to w prawo, a po­tem znów w lewo przy każ­dym moż­li­wym rogu. Mu­siała zo­sta­wić pana Fin­cha i jego lu­dzi jak naj­da­lej za sobą, choć pierś bo­lała ją przy każ­dym od­de­chu, a nogi bła­gały o od­po­czy­nek.

Na szczę­ście o tak póź­nej po­rze i przy tak prze­ni­kli­wym chło­dzie ulice były nie­mal pu­ste. Mi­nęła je­dy­nie je­den po­wóz, któ­rego pa­sa­że­ro­wie pa­trzyli na nią z sze­roko otwar­tymi oczami. Spo­ra­dyczne świa­tło pa­da­jące z okien po­ma­gało jej od­na­leźć drogę, lecz poza tym pa­no­wały ta­kie ciem­no­ści, że czę­sto mu­siała zga­dy­wać, do­kąd bie­gnie.

Raz po raz oglą­dała się przez ra­mię, prze­ko­nana, że wi­dzi męż­czyzn wy­ła­nia­ją­cych się zza ko­lej­nych ro­gów, i zmu­szała wy­czer­pane ciało do dal­szego wy­siłku. Spód­nice i torba ją spo­wal­niały, po­liczki pło­nęły, gar­dło pie­kło od lo­do­wa­tego po­wie­trza, nogi od­ma­wiały po­słu­szeń­stwa - a mimo to brnęła na­przód.

Kiedy po dłu­giej, zda­ją­cej się nie mieć końca ucieczce wresz­cie się za­trzy­mała i obej­rzała się za sie­bie...

Nie było ich wi­dać.

Mimo to nie od­wa­żyła się uznać, że udało jej się ich zgu­bić.

Gdy od­zy­skała choć odro­binę ja­sno­ści umy­słu, ro­zej­rzała się wo­kół. Po obu stro­nach ulicy cią­gnęły się na­gie szkie­lety sze­re­go­wych do­mów w bu­do­wie. Wszę­dzie le­żały przy­kryte śnie­giem sterty ce­gieł i ziemi, de­ski oraz ka­mie­nie.

Gdzie ona wła­ści­wie była? Z pew­no­ścią nie w dziel­nicy, w któ­rej po­winna się zna­leźć córka hra­biego.

Zdła­wiw­szy na­ra­sta­jącą pa­nikę, szła da­lej. Co­raz czę­ściej śli­zgała się na bło­cie i lo­dzie, bo zmę­cze­nie cią­żyło jej w każ­dym mię­śniu. Była spra­gniona i spo­cona, choć lo­do­waty wiatr bez­li­to­śnie ci­skał jej w twarz płat­kami śniegu.

Do­tarła do końca dłu­giej ulicy peł­nej nie­do­koń­czo­nych do­mów. Nie mo­gła wie­dzieć, co czeka za ro­giem.

Świat eks­plo­do­wał.

W niebo wy­strze­liły roz­bły­ski zło­tego, błę­kit­nego, ró­żo­wego i po­ma­rań­czo­wego świa­tła, prze­ci­na­jąc po­wie­trze i wpa­da­jąc przez po­zba­wione szyb okna, pu­ste fra­mugi drzwi oraz nie­ukoń­czone ce­glane fa­sady no­wych bu­dyn­ków.

Tem­pe­rance za­chwiała się i omal nie upa­dła na ko­lana. Fa­jer­werki?

Tę­tent ga­lo­pu­ją­cych ko­pyt. Krzyki męż­czyzn. Tak wła­śnie wy­obra­żała so­bie wojnę.

Co tu się, na Boga, działo?

Od­zy­skała rów­no­wagę i znie­ru­cho­miała. Od­dech ugrzązł jej w gar­dle, gdy go­rącz­kowo prze­no­siła wzrok mię­dzy ciem­nymi za­ka­mar­kami, w któ­rych mo­gli się kryć jej prze­śla­dowcy, a eks­plo­zjami świa­tła roz­świe­tla­ją­cymi noc wo­kół niej. Co było groź­niej­sze - męż­czyźni ści­ga­jący ją uli­cami Lon­dynu czy na­głe roz­bły­ski fa­jer­wer­ków wy­bu­cha­ją­cych w ciem­no­ści?

Z kłę­bów dymu i ognia wy­rwał się ga­lo­pem ogromny koń. Jeź­dziec po­chy­lał się ni­sko nad jego kasz­ta­no­wym grzbie­tem, a poły płasz­cza po­wie­wały za nim ni­czym skrzy­dła. W jed­nej dłoni trzy­mał rzym­ską świecę, z któ­rej try­skały złote iskry. Twarz skry­wał ka­pe­lusz jeź­dziecki, a cie­nie cał­ko­wi­cie po­chła­niały jego rysy.

Tem­pe­rance po­winna była ucie­kać. Ale nie miała już sił. Jej ciało zdrę­twiało, a stopy zda­wały się przy­ro­śnięte do ziemi.

Za­raz umrze.

W ostat­niej chwili męż­czy­zna szarp­nął wo­dze, a ogromny wa­łach sta­nął dęba. Jeź­dziec utrzy­mał się jed­nak w sio­dle. Obok nich prze­mknęło na ko­niach pię­ciu męż­czyzn, je­den za dru­gim. Każdy trzy­mał wła­sny fa­jer­werk i wy­krzy­ki­wał coś gło­śno, nie­mal dziko. Te­raz wielki koń wy­da­wał się bar­dziej prze­ra­żony niż wcze­śniej. Po­now­nie wspiął się na tylne nogi, wy­trzesz­cza­jąc oczy, a jego tylne nogi roz­je­chały się na lo­dzie. Ru­nął na bok, przy­gnia­ta­jąc jeźdźca.

I na­gle wszystko uci­chło.

Przez chwilę Tem­pe­rance nie mo­gła po­ru­szyć na­wet pal­cem. Jej ciało było jak wy­kuta z lodu rzeźba. Ja­kimś cu­dem nie zgi­nęła.

Ale jeź­dziec i kasz­ta­no­waty koń mo­gli nie mieć tyle szczę­ścia.

Nogi zwie­rzę­cia le­żały pod dziw­nym ką­tem, a jego głowa gwał­tow­nie się uno­siła. Białka oczu były wy­raź­nie wi­doczne, noz­drza sze­roko roz­warte, a wo­kół wę­dzi­dła po­ja­wiła się piana. Wa­łach pry­chał gwał­tow­nie, wy­rzu­ca­jąc z sie­bie ury­wane, roz­pacz­liwe od­de­chy.

Męż­czy­zna zo­stał wy­rzu­cony z sio­dła na bok. Jedna noga utkwiła pod ko­niem, za­pewne za­plą­tana w strze­mię. Tu­łów miał nie­na­tu­ral­nie skrę­cony, a ru­do­brą­zowy płaszcz pod­wi­nął się aż do pasa i na­siąkł bło­tem oraz śnie­giem. Mru­gał szybko, wy­raź­nie oszo­ło­miony. Jęk­nął coś pod no­sem, może prze­kleń­stwo, nie do­sły­szała.

Para uno­siła się z jego ust i z ciała ogrom­nego ko­nia, ra­zem two­rzyli bez­ładną stertę.

Tem­pe­rance się ro­zej­rzała. Ulica była pu­sta.

- Za­mie­rza mi pani po­móc czy nie? - ode­zwał się na­gle jeź­dziec.

Od­chrząk­nęła, otrzą­sa­jąc się z resz­tek szoku.

- O-o-czy­wi­ście. - Pa­dła obok niego na ko­lana, a serce tłu­kło się w jej piersi jak osza­lałe. - Czy czuje pan nogę?

- Tak - od­parł, krzy­wiąc się przy pró­bie po­ru­sze­nia nią. - Ale nie mogę... nie mogę jej uwol­nić.

Ruch jeźdźca naj­wy­raź­niej spło­szył ko­nia. Zwie­rzę prych­nęło i roz­pacz­li­wie pró­bo­wało się pod­nieść, prze­bie­ra­jąc ko­py­tami. Tem­pe­rance cof­nęła się, żeby zro­bić mu miej­sce. Ko­lana drżały jej ze stra­chu przed tak ogrom­nym stwo­rze­niem. Na­gle koń w jed­nym nie­zgrab­nym, gwał­tow­nym ru­chu sta­nął na nogi. Za­chwiał się, po czym po­mknął przed sie­bie. Tem­pe­rance pa­trzyła, jak ga­lo­puje ulicą. Ja­kieś trzy­dzie­ści jar­dów da­lej wo­kół świa­teł zgro­ma­dziło się kilku męż­czyzn - za­pewne tam koń­czył się wy­ścig.

Od­wró­ciła się z po­wro­tem do le­żą­cego męż­czy­zny.

Te­raz mo­gła przyj­rzeć mu się do­kład­niej. Miał za­pewne nie­wiele po­nad trzy­dzie­ści lat, może nieco mniej. Spod gę­stych ru­da­wo­brą­zo­wych brwi pa­trzyły na nią brą­zowe oczy. Ka­pe­lusz z bo­bro­wego filcu le­żał kilka stóp da­lej w bło­cie. Płaszcz pod­wi­nął mu się aż do pasa, od­sła­nia­jąc po­tężne uda opięte ja­snymi bry­cze­sami z je­le­niej skóry oraz wy­so­kie, lśniące czarne buty.

Tem­pe­rance wstrzy­mała od­dech. Nie po­tra­fiła od­wró­cić wzroku od znie­wa­la­ją­cego jeźdźca. Rzeź­bione rysy twa­rzy pod roz­wia­nymi ko­smy­kami wło­sów w ko­lo­rze ciem­nego miodu. Wy­so­kie ko­ści po­licz­kowe. Mocno za­ry­so­wana szczęka. Pełne, zmy­słowe usta... Zda­wał się męż­czy­zną, któ­rzy przy­wykł się­gać po to, co czego pra­gnął. W mroku jego oczy wy­da­wały się nie­mal czarne. Błysz­czało w nich coś nie­bez­piecz­nego, coś, co wy­wo­łało w jej wnę­trzu nie­zro­zu­miałe drże­nie. Był w nich głód, su­rowy, nie­skry­wany, nie­mal pier­wotny.

- Czy za­mie­rza mi pani po­móc wstać, czy zo­stawi mnie tu­taj, bym bo­ha­ter­sko sko­nał w bło­cie, nie­ko­chany i nie­opła­kany? - burk­nął.

Tem­pe­rance prze­łknęła ślinę. Och, był nie­bez­pieczny. I ku­szący. Jak ina­czej wy­ja­śnić to, że od do­brych dzie­się­ciu mi­nut nie mo­gła prze­stać się w niego wpa­try­wać?

Ale czy po­winna mu po­móc? Z jed­nej strony dla mło­dej, nie­za­męż­nej ko­biety do­ty­ka­nie ob­cego męż­czy­zny w miej­scu pu­blicz­nym było nie do po­my­śle­nia. Z dru­giej ta jedna za­sada do­brego wy­cho­wa­nia zda­wała się błaha wo­bec znacz­nie po­waż­niej­szego uchy­bie­nia, ja­kim było sa­motne prze­by­wa­nie mło­dej nie­za­męż­nej ko­biety na ulicy po zmroku.

A poza tym nie mo­gła zo­sta­wić ran­nego czło­wieka bez po­mocy.

- Oczy­wi­ście - po­wie­działa uprzej­mie. Ostroż­nie od­sta­wiła torbę z rze­czami na chod­nik i wy­cią­gnęła do niego rękę.

Tem­pe­rance nie miała na so­bie rę­ka­wi­czek ani czepka, na­wet szala. Pa­da­jący śnieg kłuł jej nagą skórę ni­czym ty­siące igieł. Kiedy męż­czy­zna ujął jej dłoń w swoją odzianą w rę­ka­wiczkę, uczu­cie lo­do­wa­tego chłodu na­gle ustą­piło miej­sca go­rącu. Po­czuła mięk­kość je­le­niej skóry, za­pach no­wego nu­buku. W sła­bym świe­tle do­strze­gła sy­gnet ozdo­biony her­bem ro­do­wym. Przed­sta­wiał dzika.

Po karku prze­biegł jej dreszcz. Był ary­sto­kratą. Ja­kie było praw­do­po­do­bień­stwo, że ją roz­po­zna? Nie przy­po­mi­nała so­bie, by spo­tkała go pod­czas swo­jego pierw­szego i je­dy­nego se­zonu to­wa­rzy­skiego po­nad dwa lata temu, lecz w bar­dziej kon­wen­cjo­nal­nych oko­licz­no­ściach wy­glą­dałby z pew­no­ścią znacz­nie bar­dziej dys­tyn­go­wa­nie.

Męż­czy­zna skrzy­wił się z bólu. Tem­pe­rance od­ru­chowo uklę­kła obok niego, wsu­nęła jedno ra­mię pod jego pa­chę, a drugą dłoń oparła na jego ple­cach. Przy jego po­mocy unio­sła go do po­zy­cji sie­dzą­cej, po czym prze­su­nęła się na bok i nad­sta­wiła mu ra­mię, by mógł wstać.

Do­piero te­raz uświa­do­miła so­bie, o ile jest od niej wyż­szy. Był zresztą nie tylko wyż­szy, lecz także znacz­nie szer­szy w ra­mio­nach i bar­dziej umię­śniony. Po raz pierw­szy w ży­ciu męż­czy­zna opie­rał się o nią ca­łym cię­ża­rem ciała. Po­wi­nien jej cią­żyć, a jed­nak wy­dał się za­ska­ku­jąco przy­jemny.

- Niech to dia­bli, wła­śnie kosz­to­wała mnie pani for­tunę - mruk­nął, gdy pro­wa­dziła go, wy­raź­nie uty­ka­ją­cego na jedną nogę, ku ścia­nie naj­bliż­szego domu.

Do­piero gdy zła­pała od­dech, do­tarło do niej z całą mocą, że wy­czuwa od niego silną woń al­ko­holu.

Na chwilę za­bra­kło jej słów. Jak śmiał ją o coś ta­kiego oskar­żać? I to jesz­cze bę­dąc pod wpły­wem trunku!

- Ja pana kosz­to­wa­łam? - obu­rzyła się. - Prze­cież to pan omal mnie nie za­bił! Pan i pań­ski koń!

Po­czu­cie winy i strach bły­ska­wicz­nie ustą­piły miej­sca gnie­wowi. Być może spra­wiła to ucieczka przed pa­nem Fin­chem. A może na­gro­ma­dzone przez ostat­nie dwa ty­go­dnie na­pię­cie i nie­po­kój. Albo bez­sil­ność i upo­ko­rze­nia, któ­rych do­świad­czała przez ostat­nie mie­siące po śmierci papy. Zdrada je­dy­nej ro­dziny, jaka jej po­zo­stała - ma­co­chy i jej sio­strzeńca, lorda Bar­tho­lo­mewa Lang­stona.

Pchana wście­kło­ścią, wska­zała ręką ulicę.

- Co to za ab­surd? Fa­jer­werki? Wy­ścigi? W środku nocy i w peł­nym ga­lo­pie? Po co? Dla pie­nię­dzy?

- Męż­czy­zna musi cza­sem po­czuć, że żyje - burk­nął. - To miał być mój ostat­nia sza­leń­cza przy­goda. Moja ulu­biona roz­rywka. A więc, moja droga, jest mi pani coś winna.

Cóż za bez­gra­niczna bez­czel­ność!

- Je­stem panu coś winna? To nie­do­rzeczne! Musi pan być pi­jany!

- Być może. Ale to jedna z przy­jem­no­ści ży­cia. Po­dob­nie jak to...

Po­chwy­cił ją w ra­miona i za­nim zdą­żyła za­pro­te­sto­wać, po­ca­ło­wał.

Może spra­wiło to jego sze­ro­kie ciało, które oto­czyło ją cie­płem i po­czu­ciem bez­pie­czeń­stwa, od­gra­dza­jąc od ca­łego świata. Tem­pe­rance ule­gła grze­chowi jego mięk­kich ust i nie ode­pchnęła go od razu.

Przez dłuż­szą chwilę przy­ci­skał usta do jej ust. Pach­niał skórą, mo­krą wełną, ko­niem, drze­wem san­da­ło­wym, wa­ni­lią i dro­gim al­ko­ho­lem - za­pa­chami do­brze jej zna­nymi, a jed­nak te­raz prze­mie­nio­nymi w coś zu­peł­nie no­wego. Smak jego ust prze­szył ją dresz­czem ra­do­ści i roz­ko­szy, który do­tarł aż do szpiku ko­ści.

Kiedy wresz­cie zna­la­zła w so­bie siłę, by oprzeć dło­nie o jego pierś i od­su­nąć go od sie­bie, dy­szała ciężko. On rów­nież.

Jego ciemne spoj­rze­nie spo­czy­wało na jej ustach, a na przy­stoj­nej twa­rzy błą­kał się pe­łen uzna­nia uśmiech.

- Jak pan śmiał?! - za­wo­łała Tem­pe­rance, czu­jąc, jak po­liczki płoną jej ży­wym ogniem.

Męż­czy­zna par­sk­nął śmie­chem.

- To tylko nie­wielka za­płata za ból i cier­pie­nie, któ­rego mi pani przy­spo­rzyła. Mu­szę przy­znać, że cał­kiem sa­tys­fak­cjo­nu­jąca za­płata.

- Nie po­wi­nien pan tak mó­wić. Za­cho­wuje się pan w spo­sób zu­peł­nie nie­godny dżen­tel­mena!

- Czy ma już pani plany na dzi­siej­szy wie­czór? - za­py­tał nie­zna­jomy, cał­ko­wi­cie igno­ru­jąc jej słowa.

- Słu­cham?

- Młoda, piękna ko­bieta sama w środku nocy w Cler­ken­well. Bez czepka, bez rę­ka­wi­czek... bez przy­zwo­itki. - Uśmiech­nął się sze­roko. - Jest pani ulicz­nicą, prawda?

Krew za­sty­gła Tem­pe­rance w ży­łach.

To bez­czelne przy­pusz­cze­nie ode­brało jej resztki tchu. Wście­kłość ude­rzyła w nią ni­czym wez­brana fala i za­nim zdą­żyła się opa­no­wać, jej ręka wy­strze­liła w górę i...

Spo­licz­ko­wała go.

Głowa nie­zna­jo­mego od­sko­czyła w bok, a dłoń Tem­pe­rance za­pie­kła ży­wym ogniem. Jego skóra była go­rąca, twarda i gładka, z le­d­wie wy­czu­wal­nym śla­dem za­ro­stu. Nie po­winna była pa­lić jej aż tak mocno.

- Nie je­stem żadną ulicz­nicą! - wy­krzyk­nęła, a obu­rze­nie pul­so­wało w każ­dej kro­pli jej krwi. - A pan... pan... Jest pan czło­wie­kiem zu­peł­nie nie­li­czą­cym się z kon­se­kwen­cjami! Ob­raża pan ko­biety, na­raża wszyst­kich wo­kół i sa­mego sie­bie! Jest ciemno, czuć od pana al­ko­hol, omal nie za­bił pan mnie i tego pięk­nego zwie­rzę­cia! A mo­gło być jesz­cze go­rzej, pa­nie nik­czem­niku. Co by było, gdyby na pań­skiej dro­dze zna­la­zło się dziecko albo star­sza osoba? Pę­dzi pan uli­cami jak czło­wiek ucie­ka­jący... przed czym? Przed du­chami? Wspo­mnie­niami? A może jest pan tak śmier­tel­nie znu­dzony swoim bo­ga­tym, pu­stym ży­ciem, że nie po­trafi ustać spo­koj­nie choćby przez chwilę?

Męż­czy­zna gwał­tow­nie od­chy­lił głowę, jakby spo­licz­ko­wała go po raz drugi. Uśmiech znik­nął z jego twa­rzy. Za cza­ru­jącą ma­ską uwo­dzi­ciela i roz­pust­nika kryło się coś zu­peł­nie in­nego. Praw­dziwy ból.

A za­raz po­tem gniew.

Nik­czem­nik, jak go na­zwała, otwo­rzył usta, naj­wy­raź­niej go­tów od­po­wie­dzieć ciętą ri­po­stą, lecz za­nim zdą­żył wy­do­być z sie­bie choć słowo, za jej ple­cami roz­legł się od­głos kro­ków.

O nie!

Tem­pe­rance od­wró­ciła się gwał­tow­nie. Strach po­now­nie ści­snął jej serce i spa­ra­li­żo­wał nie­mal wszyst­kie mię­śnie. Była pewna, że od­na­leźli ją trzej prze­śla­dowcy. Ale to był tylko je­den męż­czy­zna. Je­den z to­wa­rzy­szy nie­zna­jo­mego biegł w ich stronę. Poły ja­sno­sza­rego płasz­cza fur­ko­tały za nim na wie­trze, a jedną ręką przy­trzy­my­wał ka­pe­lusz jeź­dziecki.

A Tem­pe­rance nie mo­gła so­bie po­zwo­lić na ry­zyko.

Co, je­śli tam­ten męż­czy­zna ją roz­po­zna? Cały Lon­dyn wie­dział o po­szu­ki­wa­niach Sza­lo­nej Dzie­dziczki, a za jej od­na­le­zie­nie obie­cano po­kaźną na­grodę.

A je­śli obaj uznali ją za ulicz­nicę? Co wtedy? Czy ten bru­tal mógłby pró­bo­wać zmu­sić ją, by po­je­chała z nimi?

Nie. Mu­siała uciec, za­nim ko­lejna osoba spró­buje prze­jąć kon­trolę nad jej lo­sem.

Tem­pe­rance chwy­ciła torbę i po­spiesz­nie skrę­ciła w ciemną uliczkę.

- Pro­szę za­cze­kać! - do­bie­gło ją wo­ła­nie pierw­szego męż­czy­zny. - Do­kąd pani idzie? Pro­szę chwilę po­cze­kać!

Zi­gno­ro­wała go. Obo­lałe nogi od­ma­wiały po­słu­szeń­stwa przy każ­dym kroku, lecz zmu­szała się do dal­szego biegu. Skrę­cała raz w lewo, raz w prawo, klu­cząc noc­nymi za­uł­kami, byle tylko zgu­bić po­ścig.

Do­kąd wła­ści­wie miała się udać? Miała przy so­bie za­le­d­wie kilka mo­net. Za mało, by utrzy­mać się przez cały mie­siąc.

W pa­mięci na­gle po­ja­wiło się wspo­mnie­nie. Czy nie czy­tała nie­dawno w ga­ze­tach o przy­tułku dla ko­biet w Whi­te­cha­pel?

Whi­te­cha­pel...

Dziel­nica pełna prze­stęp­ców, ta­jem­nic i nie­bez­pie­czeństw. Miej­sce kłamstw i de­spe­ra­cji. Miej­sce, do któ­rego córka hra­biego i dzie­dziczka po­kaź­nego ma­jątku pod żad­nym po­zo­rem nie po­winna się za­pusz­czać.

A za­tem wła­śnie tam mu­siała się ukryć.

Roz­dział 2

- Odro­binę bar­dziej w prawo - usły­szał dzie­cięcy szept, po czym coś zim­nego i mo­krego prze­su­nęło się po jego po­liczku.

Octa­vius Eve­rard, książę Ec­cess, jęk­nął.

- Szyb­ciej, bu­dzi się - ode­zwał się drugi dzie­cięcy głos, star­szy, na­le­żący do dziew­czynki, a coś do­tknęło czubka nosa Octa­viusa.

W grun­cie rze­czy Octa­viu­sowi nie prze­szka­dzał chłód. Przy­no­sił ulgę jego roz­grza­nej skó­rze. Znacz­nie bar­dziej prze­szka­dzało mu to, że go obu­dzono, by mu­siał zmie­rzyć się z bó­lem głowy, który wła­śnie roz­łu­py­wał mu czaszkę na pół.

Mach­nął ręką, pró­bu­jąc od­pę­dzić dzieci, i prze­wró­cił się na bok. Pra­gnął je­dy­nie znów za­paść się w błogą nie­świa­do­mość.

- Do­ry­suję jesz­cze dwoje uszu - oznaj­mił z chi­cho­tem głęb­szy dzie­cięcy głos, chło­pięcy.

Drewno stuk­nęło o szkło, coś za­chlu­po­tało, a chwilę póź­niej zimny, mo­kry przed­miot po­now­nie mu­snął jego czoło, kre­śląc na nim ja­kiś wzór. Nie­stety, nie było już ucieczki. Im chłod­niej­sza sta­wała się jego twarz, tym bar­dziej się roz­bu­dzał, a im bar­dziej od­zy­ski­wał świa­do­mość, tym wy­raź­niej od­czu­wał ko­lejny ból - w ko­stce. W ko­stce?

Wła­ści­wie bo­lało go całe ciało, nad­wy­rę­żone i wy­nisz­czone la­tami do­ga­dza­nia so­bie. Ni­gdy do­tąd nie zga­dzał się tak bez­wa­run­kowo z ostrze­że­niem swo­jego le­ka­rza, że po­wi­nien zmie­nić tryb ży­cia i na­uczyć się umiaru.

Do dia­bła z umia­rem.

- Do­sko­nałe po­cią­gnię­cia pędzla - po­wie­dział głos star­szej dziew­czynki z wy­raź­nym za­do­wo­le­niem. To była Mar­ga­ret, jego czter­na­sto­let­nia pod­opieczna.

Chwi­leczkę... Po­cią­gnię­cia pędzla? Czy to wła­śnie ta zimna wil­goć na jego twa­rzy?

Mimo to się nie po­ru­szył. Byli roz­en­tu­zja­zmo­wani. Chi­cho­tali. Śmierć matki i ojca ode­brała im już i tak zbyt wiele dzie­cię­cej bez­tro­ski. Dzie­sięć mie­sięcy wcze­śniej ich ro­dzice zgi­nęli w po­ża­rze domu przy­ja­ciół ro­dziny, któ­rych od­wie­dzali. Na szczę­ście dzieci zo­stały wtedy w domu. Je­śli ma­lo­wa­nie mu na twa­rzy uszu i wą­sów spra­wiało im ra­dość, cóż, znie­sie to. W końcu Octa­vius nie miał naj­mniej­szego po­ję­cia, jak być opie­ku­nem, na ja­kiego za­słu­gi­wały. Mógł więc przy­naj­mniej być obiek­tem ich nie­win­nego fi­gla.

- Ma taką sztywną, kwa­dra­tową szczękę, jak pu­dełko - ode­zwał się cienki głos ośmio­let­niej So­phie. - Jak do­ma­lu­jemy za­rost, ten kwa­drat bę­dzie wy­glą­dał bar­dziej jak praw­dziwy pod­bró­dek.

Niech Bóg ma go w swej opiece. Coś wil­got­nego mu­snęło go kilka razy tuż pod ustami. Octa­vius omal nie otwo­rzył oczu, ale zdo­łał się po­wstrzy­mać.

- Ostroż­nie! Je­śli go obu­dzimy, za­ry­czy jak dzik. - To był Ja­mes, dwu­na­sto­letni brat Mar­ga­ret i So­phie.

A Ja­mes miał ra­cję. Octa­vius był go­tów za­ry­czeć jak dzik, wid­nie­jący w her­bie jego rodu. Wkrótce to zrobi, lecz chciał im po­zwo­lić na jesz­cze chwilę nie­po­ha­mo­wa­nej ra­do­ści, na­wet wła­snym kosz­tem. Może te­raz, gdy skoń­czyli już swoje ma­lunki, znu­dzą się i so­bie pójdą. Wtedy bę­dzie mógł po­spać jesz­cze go­dzinę, je­śli Bóg po­zwoli.

So­phie za­chi­cho­tała.

- Śmier­dzi mu z ust jak od panny Ham­mond po jej lecz­ni­czym to­niku.

- Dla­czego do­ro­słym męż­czy­znom ro­sną włosy na twa­rzy? - za­py­tał Ja­mes. - Też będę tak wy­glą­dał, kiedy się ze­sta­rzeję?

Ze­sta­rzeję? Octa­vius omal nie od­burk­nął, że trzy­dzie­ści je­den lat to do­piero po­czą­tek ży­cia.

- To dla­tego, że słu­żący jesz­cze go nie ogo­lił - wy­ja­śniła Mar­ga­ret z pew­no­ścią sie­bie wła­ściwą naj­star­szemu dziecku. - Mu­siał wró­cić dziś nad ra­nem.

- To bar­dzo do niego po­dobne - stwier­dził su­rowo Ja­mes to­nem znawcy.

Na­prawdę? Czy było z nim aż tak źle? Jaki przy­kład da­wał, skoro jego do­ra­sta­jący pod­opieczny i za­ra­zem obecny spad­ko­bierca zdą­żył już uznać, że męż­czy­zna ma prawo pro­wa­dzić ży­cie, któ­rego ce­lem jest je­dy­nie za­spo­ka­ja­nie wła­snych pra­gnień?

- Na­wet nie do­tarł do łóżka - za­uwa­żyła So­phie.

- Czy to foie gras w jego wło­sach? - Głos Ja­mesa roz­legł się bli­żej. - My­śli­cie, że po­win­ni­śmy to wy­ciąć? So­phie, przy­nieś no­życzki.

Broń Boże. Tego było już dla Octa­viusa za wiele. Stra­cił resztki na­dziei na dal­szy sen. Mimo bólu pul­su­ją­cego po­środku czaszki i w ko­stce otwo­rzył jedno oko, a banda urwi­sów na­tych­miast cof­nęła się o krok.

So­phie trzy­mała sło­iczek z atra­men­tem, w któ­rym tkwił pę­dze­lek.

- Do­syć. - Octa­vius zmru­żył oczy przed chłod­nym świa­tłem są­czą­cym się przez wy­so­kie okna za jego ple­cami.

Jego ga­bi­net miał być azy­lem, miej­scem, w któ­rym mógł li­czyć na święty spo­kój. Się­ga­jące su­fitu ma­ho­niowe re­gały i ma­sywne dę­bowe biurko, odzie­dzi­czone po trzech po­ko­le­niach ksią­żąt, da­wały mu po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa. Uspo­ka­jała go ich zna­joma obec­ność. Te­raz jed­nak po­miesz­cze­nie cuch­nęło roz­la­nym ko­nia­kiem i po­rażką, a do­ga­sa­jący ogień w ko­minku nie­wiele po­ma­gał w walce z li­sto­pa­do­wym chło­dem.

Octa­vius zmarsz­czył brwi, spo­glą­da­jąc na swo­ich pod­opiecz­nych. So­phie i Ja­mes odzie­dzi­czyli mio­dowy blond wło­sów, który od po­ko­leń wy­stę­po­wał w li­nii jego ojca. Loki Mar­ga­ret były nieco ja­śniej­sze i nie­mal lśniły w świe­tle. Jak na swój wiek była wy­soka, miała ładną twarz, za­darty no­sek i by­stre, błysz­czące in­te­li­gen­cją oczy. Plecy trzy­mała pro­sto i jak za­wsze ze wszyst­kich sił sta­rała się za­cho­wy­wać jak młoda dama.

Boże, prze­cież pa­mię­tał jesz­cze chrzciny każ­dego z nich. Wszy­scy troje byli dziećmi lorda Ju­liusa Eve­rarda, jego ku­zyna ze strony ojca. A po­nie­waż Octa­vius po­zo­sta­wał ich naj­bliż­szym ży­ją­cym krew­nym, dzieci po­wie­rzono jego opiece.

Opiece, któ­rej z całą pew­no­ścią nie po­tra­fił im za­pew­nić.

Gdy Octa­vius jęk­nął i usiadł na so­fie, troje urwi­sów wpa­try­wało się w niego sze­roko oczami, w któ­rych mie­szały się strach i roz­ba­wie­nie. Każdy ruch prze­szy­wał jego czaszkę i kostkę roz­dzie­ra­ją­cym bó­lem. Gdzieś na gra­nicy świa­do­mo­ści mi­gnęło mu wspo­mnie­nie za­pa­chu la­wendy i pa­lą­cego ogniem po­liczka, lecz nie po­tra­fił so­bie przy­po­mnieć dla­czego. Czy ktoś go ude­rzył? Nie by­łoby to ni­czym za­ska­ku­ją­cym.

- Po­cią­gnię­cia pędzla godne mi­strza, dzieci - ode­zwał się mę­ski głos po jego pra­wej stro­nie.

Pięć stóp da­lej, wy­cią­gnięty na szez­longu sto­ją­cym mię­dzy dwoma re­ga­łami, le­żał Sy­lve­ster, książę Ir­re­vrence. Jedną rękę nie­dbale za­rzu­cił nad głowę i ob­ser­wo­wał Octa­viusa z roz­ba­wie­niem ma­lu­ją­cym się na przy­stoj­nej twa­rzy.

Obok szez­longa stał fo­tel, w któ­rym sie­dział Ar­chi­bald, książę Enve­igh. Za­ło­żył nogę na nogę i spo­glą­dał na Octa­viusa z po­nurą miną. No­sił do­sko­nale skro­jony zie­lony sur­dut, a na spin­kach do man­kie­tów wid­niał wąż - go­dło jego rodu.

- Już nie za­ry­czy jak dzik - stwier­dził Ar­chi­bald.

- Za­mie­rzasz miau­czeć czy mru­czeć, Octa­viu­sie? - do­dał książę Ir­re­vrence. - A nie, wy­glą­dasz na zbyt zmę­czo­nego. Może syk­niesz?

Jego ja­sno­nie­bie­skie oczy przy­glą­dały się Octa­viu­sowi z po­błaż­liwą we­so­ło­ścią. Przy­stojna twarz Sy­lve­stra jak zwy­kle wy­ra­żała obo­jętny dy­stans. Nie­zmien­nie no­sił ubra­nia w ja­snych lub bia­łych bar­wach - jakby kpił ze współ­cze­snej mody na­ka­zu­ją­cej dżen­tel­me­nom wkła­dać ciemne sur­duty, co do­sko­nale od­po­wia­dało bar­wom jego rodu.

- Obaj pa­trzy­li­ście, jak to ro­bią - burk­nął Octa­vius, ści­ska­jąc się za głowę. - Czy któ­re­mu­kol­wiek z was choćby prze­mknęło przez myśl, żeby ich po­wstrzy­mać?

Sy­lve­ster wzru­szył ra­mio­nami.

- Nie wi­dzia­łem w tym nic złego. Na­leży wspie­rać dzie­cięcą kre­atyw­ność. Poza tym by­łem cie­kaw efektu koń­co­wego.

Prze­kli­na­jąc w du­chu po­przed­nią noc, Octa­vius jęk­nął, pod­niósł się i kuś­ty­ka­jąc, pod­szedł do lu­stra. Nad brwiami na­ma­lo­wano mu dwa trój­kątne uszy, na każ­dym po­liczku po­ro­śnię­tym jed­no­dnio­wym za­ro­stem wid­niały po trzy cien­kie wąsy, czu­bek nosa po­kry­wało czarne kółko, a brodę szpe­ciły atra­men­towe plamy. Jego wła­sne mio­do­wo­blond włosy, fa­lo­wane i po­tar­gane, zdo­bił - jak traf­nie za­uwa­żył Ja­mes - za­schnięty ka­wa­łek foie gras.

Do li­cha.

Wciąż miał na so­bie strój do jazdy kon­nej z po­przed­niego wie­czoru. Roz­pięty i po­gnie­ciony kasz­ta­nowy płaszcz od­sła­niał ja­sne bry­czesy z je­le­niej skóry, po­pla­mione te­raz bło­tem na ko­la­nach. Wy­so­kie czarne buty z mięk­kiej skóry, nie­gdyś wy­po­le­ro­wane na wy­soki po­łysk, były po­ry­so­wane i przy­ga­szone ulicz­nym bru­dem. Kilka gu­zi­ków bia­łej lnia­nej ko­szuli po­zo­sta­wało roz­pię­tych, biały halsz­tuk zwi­sał roz­wią­zany wo­kół szyi ni­czym flaga ka­pi­tu­la­cji, a sur­dut był wy­gnie­ciony i usiany bli­żej nie­okre­ślo­nymi okrusz­kami. Oczy miał prze­krwione, twarz bladą i opuch­niętą, a do tego do­ku­czały mu mdło­ści i za­wroty głowy.

Wy­glą­dał do­kład­nie tak, jak się czuł: nędz­nie.

Zmarszczka mię­dzy brwiami Ar­chi­balda jesz­cze się po­głę­biła.

- Za­słu­ży­łeś so­bie na to, żeby po­słu­żyć za płótno dla tego ar­cy­dzieła.

Octa­vius po­krę­cił głową i kuś­ty­ka­jąc, ru­szył w stronę kre­densu, na któ­rym za­wsze cze­kała taca z wy­bo­rem ko­nia­ków, porto i whi­sky.

Sy­lve­ster się ro­ze­śmiał.

- Jakże ty­powe. Książę Enve­igh jest za­zdro­sny.

Octa­vius na­lał so­bie ko­niaku do kie­liszka.

- Czym tym ra­zem za­słu­ży­łem so­bie na twoje nie­za­do­wo­le­nie, Ar­chi­bal­dzie?

Sy­lve­ster uśmiech­nął się pod no­sem.

- Za­bra­łeś mnie na wczo­raj­sze wy­ścigi konne, a o nim za­po­mnia­łeś.

Jak zwy­kle na­lał do pierw­szego z dwóch kie­lisz­ków ko­niaku aż po sam brzeg. Ja­mes pod­szedł i sta­nął obok niego i ob­ser­wo­wał go z nie­skry­waną fa­scy­na­cją.

- Wczo­raj była ostat­nia nie­dziela przed ad­wen­tem - mruk­nął Octa­vius, wpa­tru­jąc się w wi­ru­jący w szklance zło­ci­sty płyn. - Do­sko­nale o tym wie­cie. Każdy spo­sób, by o tym za­po­mnieć, był uspra­wie­dli­wiony.

- Mo­głem być przy to­bie - po­wie­dział ci­cho Enve­igh. - Wiem, że to... trudny dzień.

Trudny dzień? To słowo w naj­mniej­szym stop­niu nie od­da­wało tego, co czuł. Dwa­dzie­ścia je­den lat temu ta nie­dziela za­po­cząt­ko­wała naj­gor­szy mie­siąc w ży­ciu Octa­viusa, który za­koń­czył się tym, że zo­stał na tym świe­cie zu­peł­nie sam - do­kład­nie tak jak jego troje pod­opiecz­nych, któ­rzy te­raz nie mieli ni­kogo poza nim. A za­słu­gi­wali na ko­goś znacz­nie lep­szego.

Gdy na­peł­nił trzeci kie­li­szek, Ja­mes na­tych­miast go chwy­cił, po­wą­chał z miną do­świad­czo­nego ko­ne­sera, po czym mla­snął z uzna­niem.

- Wy­czu­wam nuty... dębu i ko­rzen­nej wa­ni­lii, z dłu­gim fi­ni­szem. Do­prawdy wy­borne.

Sy­lve­ster za­chi­cho­tał.

- Brzmi zu­peł­nie jak ty, Ec­cess.

Po ple­cach Octa­viusa prze­biegł zimny dreszcz. Nie tylko brzmiał jak on, prawda? Ja­mes był du­żym chłop­cem, znacz­nie tęż­szym niż więk­szość jego ró­wie­śni­ków - do­kład­nie tak jak sam Octa­vius w jego wieku. Była to ce­cha, któ­rej jego oj­ciec ni­gdy nie po­tra­fił za­ak­cep­to­wać. Nie­ustan­nie wy­po­mi­nał mu tu­szę, za­rzu­ca­jąc le­ni­stwo i brak umiaru, twier­dząc, że przy­nosi hańbę szla­chet­nemu na­zwi­sku.

- Zo­staw to - po­wie­dział Octa­vius, wy­ry­wa­jąc Ja­me­sowi kie­li­szek i roz­le­wa­jąc przy tym po­łowę za­war­to­ści na pod­łogę.

Nie zwró­ciw­szy uwagi na zmar­no­wany al­ko­hol, oszczę­dza­jąc bo­lącą nogę, po­kuś­ty­kał do Ar­chi­balda.

Ar­chi­bald uniósł po­dany mu kie­li­szek w ge­ście to­a­stu.

- Czy jest ja­kiś szcze­gólny po­wód, dla któ­rego po­sta­no­wi­łeś uda­wać jed­no­no­giego pi­rata?

- Moja noga ma się do­sko­nale, dzię­kuję - burk­nął Octa­vius, prze­cho­dząc do Sy­lve­stra, by wrę­czyć mu ko­lejny kie­li­szek. - I tak boli mniej niż mój port­fel. Ta ko­bieta, która omal nie wpa­dła pod ko­pyta mego ko­nia, kosz­to­wała mnie akt wła­sno­ści mo­jej win­nicy we Fran­cji. Nie­wiel­kiej co prawda, ale pro­du­ku­ją­cej zna­ko­mite wino do pry­wat­nych za­pa­sów.

- Ko­bieta? - po­wtó­rzył Enve­igh.

Octa­vius po­now­nie usiadł na so­fie. Na wspo­mnie­nie drob­nej, ta­jem­ni­czej ko­biety, którą wziął za ulicz­nicę, w jego wnę­trzu ode­zwało się zu­peł­nie inne drże­nie. Roz­lało się przy­jemne cie­pło, nie­mal ra­dość. Miała tak piękną twarz... smu­kłą, o wy­so­kich ko­ściach po­licz­ko­wych, szla­chetną, z wy­raź­nie za­ry­so­waną szczęką i wą­skim pod­bród­kiem. Pełne usta, duże, nie­zwy­kle wy­ra­zi­ste oczy ocie­nione czar­nymi, łu­ko­wato wy­gię­tymi brwiami oraz łuk ku­pi­dyna, który wręcz pro­sił się o po­ca­łu­nek.

Ale nie za­wa­hała się rzu­cić słów, które ugo­dziły go pro­sto w serce. Pę­dzi pan uli­cami jak czło­wiek ucie­ka­jący... przed czym? Przed du­chami? Wspo­mnie­niami? A może jest pan tak śmier­tel­nie znu­dzony swoim bo­ga­tym, pu­stym ży­ciem, że nie po­trafi ustać spo­koj­nie choćby przez chwilę?

Od lat nikt nie po­wie­dział mu prawdy rów­nie otwar­cie. Być może ni­gdy.

Na­wet po­li­czek, który mu wy­mie­rzyła, bo­lał mniej niż te słowa.

A prze­cież miała ra­cję. Achil­les, jego piękny koń peł­nej krwi, upadł. Mógł za­bić tę ko­bietę, sie­bie, swo­jego wierz­chowca, a przy oka­zji spa­lić pół Lon­dynu, gdyby te prze­klęte fa­jer­werki wle­ciały pro­sto przez okna. Nie­ważne, że domy stały pu­ste - ogień roz­prze­strze­niał się bły­ska­wicz­nie... i by­łaby to jego wina.

Lęk ści­snął Octa­viusa od środka. Nie mógł prze­cież po pro­stu prze­stać. Co miał zro­bić - wy­rzec się je­dy­nych rze­czy, dzięki któ­rym czuł, że żyje? Gdyby tylko zwol­nił tempo, du­chy po­chło­nę­łyby go bez reszty, wcią­ga­jąc z po­wro­tem w głosy, tor­tury i cier­pie­nie jego prze­szło­ści.

- Tak, ko­bieta. Spra­wiła, że Achil­les upadł i przy­gniótł na­szego przy­ja­ciela, a po­tem ucie­kła - wy­ja­śnił Sy­lve­ster.

- Jak się ma Achil­les? - za­py­tał Octa­vius, na chwilę za­po­mi­na­jąc o pul­su­ją­cym bólu głowy. Ten koń od lat był jego naj­wier­niej­szym to­wa­rzy­szem.

- Twój sta­jenny po­wie­dział, że nie od­niósł żad­nych ob­ra­żeń - od­parł Sy­lve­ster. - Choć mu­szę za­uwa­żyć, że oka­za­łeś mu wię­cej tro­ski jemu niż wła­snej ko­stce.

- A co z tą ko­bietą? - za­py­tał Ar­chi­bald. - Ko­bieta sa­mot­nie włó­cząca się nocą po Cler­ken­well... Ulicz­nica?

So­phie roz­sia­dła się wy­god­nie przy biurku Octa­viusa, wy­cią­gnęła kartkę i za­częła ry­so­wać.

- Co to jest ulicz­nica? - za­py­tała.

A niech to dia­bli.

Sy­lve­ster wstał i pod­szedł do So­phie, za­glą­da­jąc jej przez ra­mię.

Octa­vius po­tarł po­li­czek, który wciąż pul­so­wał bó­lem po ude­rze­niu tam­tej ko­biety.

- Nic ta­kiego, moja droga. Pa­no­wie, racz­cie pa­mię­tać, że znaj­du­je­cie się w obec­no­ści dzieci. A tak w ogóle, gdzie jest panna Ham­mond?

Ja­mes wzru­szył ra­mio­nami, nie od­ry­wa­jąc wzroku od po­je­dyn­ko­wego pi­sto­letu ojca Octa­viusa, wy­eks­po­no­wa­nego na ścia­nie. Mar­ga­ret po­de­szła do So­phie i po­chy­liła się nad jej ry­sun­kiem, żeby po­móc jej coś na­szki­co­wać.

- To, że mnie spo­licz­ko­wała, i obu­rze­nie, z ja­kim za­re­ago­wała na su­ge­stię, że jest... tą, o któ­rej wspo­mnie­li­ście, każą mi są­dzić, że nią nie była - po­wie­dział Octa­vius, upi­ja­jąc łyk ko­niaku.

- A jed­nak sza­no­wane damy nie spa­ce­rują sa­mot­nie po zmroku - za­uwa­żył Ir­re­vrence, prze­su­wa­jąc kciu­kiem po gra­we­runku zdo­bią­cym kie­li­szek.

- Być może do­piero miała zo­stać ulicz­nicą - od­parł Enve­igh. - Je­stem prze­ko­nany, że po­mógł­bym ci to usta­lić, gdy­bym do­stą­pił za­szczytu otrzy­ma­nia za­pro­sze­nia.

Ir­re­vrence prych­nął.

- Je­steś po pro­stu za­zdro­sny. Jak za­wsze.

Enve­igh po­słał mu gniewne spoj­rze­nie.

- Był­bym lep­szym to­wa­rzy­szem tej prze­jażdżki. Cie­bie nic nie ob­cho­dzi.

- To, czy by mnie ob­cho­dziło, czy nie, i tak ni­czego by nie zmie­niło. - Ir­re­vrence prze­wró­cił oczami.

- Ow­szem, zmie­ni­łoby. Zła­pał­bym ją.

Ir­re­vrence za­śmiał się ci­cho i po­krę­cił głową.

- To bez zna­cze­nia.

Dla Octa­viusa miało zna­cze­nie. Coś w tej ko­bie­cie nie da­wało mu spo­koju. Być może jej szare oczy, przy­po­mi­na­jące sre­brzy­ste niebo o tej po­rze roku, któ­rej nie­na­wi­dził naj­bar­dziej - w ty­go­dniach po­prze­dza­ją­cych Boże Na­ro­dze­nie.

- Bar­dzo twór­cze, So­phie - po­wie­dział Sy­lve­ster, po­kle­pu­jąc ją po gło­wie, gdy ry­so­wała atra­men­tem za po­mocą pę­dzelka. - Te kró­liki są wszyst­kie wy­jąt­kowo... hoj­nie ob­da­rzone przez na­turę.

- Hoj­nie ob­da­rzone? - Octa­vius wy­cią­gnął szyję, by przyj­rzeć się ry­sun­kowi, i ciężko wes­tchnął. Był kom­pletną po­rażką. Słod­kie kró­liczki So­phie po­sia­dały czę­ści ciała, o któ­rych ośmio­let­nia dziew­czynka z całą pew­no­ścią nie po­winna jesz­cze nic wie­dzieć.

So­phie nu­ciła przy tym me­lo­dię Pa­nie Ja­nie po fran­cu­sku, tyle że za­miast nie­win­nego "pora spać?", śpie­wała "idź do dia­bła".

Octa­vius jęk­nął. To dzieci trzy­mały gu­wer­nantkę w gar­ści, a nie od­wrot­nie.

Za drzwiami roz­legł się gło­śny huk, po któ­rym na­stą­pił ko­biecy pisk. Drzwi gwał­tow­nie się otwo­rzyły i uka­zała się panna Ham­mond. Jej po­liczki pło­nęły czer­wie­nią, a na schlud­nej czar­nej sukni, przy sa­mym dole, wid­niały przy­pa­lone ślady. Biały cze­pek prze­krzy­wił się na bok i był upstrzony pla­mami atra­mentu. Lewa po­wieka drgała jej ner­wowo, gdy pa­trzyła na dzieci z tłu­mioną wście­kło­ścią. Miała być su­rowa i sta­now­cza, żeby utrzy­mać swo­ich pod­opiecz­nych w ry­zach, ale była już szó­stą gu­wer­nantką, któ­rej dzieci po­zbyły się w sa­mym tylko tym roku.

Octa­vius upił ko­lejny łyk ko­niaku.

Mar­ga­ret, Ja­mes i So­phie za­sty­gli na jej wi­dok. Za umę­czoną gu­wer­nantką Octa­vius do­strzegł sys­tem sznur­ków i blocz­ków, z ka­ła­ma­rzem za­wie­szo­nym nad drzwiami.

- Mar­ga­ret - syk­nął.

To wła­śnie było spe­cjal­no­ścią tej ma­łej blond dia­blicy - wy­ko­rzy­sty­wała swój nie­zwy­kły ta­lent do skom­pli­ko­wa­nych ob­li­czeń, by kon­stru­ować wy­myślne pu­łapki i me­cha­ni­zmy do psot.

Po­liczki Mar­ga­ret ob­lały się szkar­ła­tem, ale wy­pro­sto­wała ra­miona, unio­sła pod­bró­dek i przy­jęła naj­god­niej­szą pozę, na jaką było ją stać.

- Z przy­jem­no­ścią in­for­muję, że prze­pro­wa­dzony przeze mnie eks­pe­ry­ment za­koń­czył się peł­nym suk­ce­sem.

Sy­lve­ster za­chi­cho­tał.

- Bez wąt­pie­nia.

- A jaki był cel eks­pe­ry­mentu? - za­py­tał Ar­chi­bald.

Dziew­czynka na­tych­miast się roz­pro­mie­niła.

- Wy­zna­czyć do­kładny kąt prze­chyłu ka­ła­ma­rza oraz czas, jaki po­wi­nien upły­nąć od otwar­cia drzwi do chwili, gdy atra­ment spad­nie.

- Młoda dama nie po­winna wy­my­ślać ta­kich psot - oznaj­miła gu­wer­nantka, któ­rej twarz przy­brała jesz­cze in­ten­syw­niej­szy od­cień czer­wieni.

Ja­mes ja­kimś spo­so­bem zdo­był kie­li­szek ko­niaku i po­chy­lił się ku So­phie.

- Po­wiedz jesz­cze raz te słowa... te, przez które panna Ham­mond upu­ściła wczo­raj tacę z her­batą. Zo­ba­czymy, czy znowu pod­sko­czy!

Octa­vius pa­trzył, jak Ja­mes na­śla­duje jego spo­sób de­gu­sto­wa­nia ko­niaku, z mie­sza­niną prze­ra­że­nia i wstydu. Co prawda al­ko­hol ani razu nie do­tknął ust chłopca, ale nie to było naj­gor­sze. Ja­mes przy­swa­jał so­bie jego naj­gor­sze na­wyki, nie naj­lep­sze. Po śmierci ro­dzi­ców Octa­vius za­brał go ze szkoły i nie chciał od­sy­łać z po­wro­tem, do­póki chło­piec nie na­uczy się lep­szego za­cho­wa­nia. Po­wie­rzono mu opiekę nad tym troj­giem dzieci, a on zu­peł­nie so­bie z tym nie ra­dził. Gdyby tylko wie­dział, jak być kimś in­nym niż czło­wie­kiem, na któ­rego ukształ­to­wał go wła­sny oj­ciec. Gdyby tylko wie­dział, jak prze­rwać błędne koło, które nie­świa­do­mie prze­ka­zy­wał nie­win­nemu Ja­me­sowi.

So­phie wy­pro­sto­wała plecy i za­klęła po fran­cu­sku:

- Do cięż­kiej cho­lery.

Niech Bóg ma go w swo­jej opiece. Z pew­no­ścią nie były to słowa, które po­winna znać ośmio­let­nia dziew­czynka ma­jąca pew­nego dnia zo­stać damą wiel­kiego świata.

Ir­re­vrence par­sk­nął śmie­chem.

- So­phie, moja droga, czy mogę cię ad­op­to­wać?

So­phie uśmiech­nęła się jesz­cze sze­rzej, pod­czas gdy Octa­vius czuł, jak żo­łą­dek ści­ska mu się w su­peł z roz­pa­czy.

- Sy­lve­strze, wcale nie po­ma­gasz! - rzu­cił.

Te trzy małe istoty były tak drobne, tak kru­che, a jed­nak spra­wiały, że czuł się cał­ko­wi­cie bez­radny. Sam ni­gdy nie za­znał szczę­ścia w dzie­ciń­stwie. Nie­wiele szczę­ścia za­znał rów­nież jako do­ro­sły. Prę­dzej jed­nak umarłby, niż spro­wa­dziły na nie nie­szczę­ście. A skoro tak, po­zo­sta­wało mu tylko jedno.

Usu­nąć się z ich ży­cia.

Panna Ham­mond wes­tchnęła z tak wiel­kim obu­rze­niem, że jej po­liczki jesz­cze bar­dziej po­czer­wie­niały.

- J-j-ja ni­gdy cię tego nie uczy­łam, So­phie! Skąd znasz ta­kie okropne słowa?

Mar­ga­ret wzru­szyła ra­mio­nami.

- To jesz­cze nic. W ze­szłym ty­go­dniu sły­sza­łam, jak ta Fran­cuzka na­zwała Jego Ksią­żęcą Mość... jak to było? "Wspa­niałą be­stią o ape­ty­cie dzie­się­ciu męż­czyzn".

Panna Ham­mond wes­tchnęła jesz­cze gło­śniej.

- Mar­ga­ret! Taki ję­zyk jest ab­so­lut­nie...

Ale So­phie prze­rwała jej z en­tu­zja­zmem, rzu­ca­jąc po fran­cu­sku:

- Za­mknij się i rzuć mnie na łóżko...

Gu­wer­nantka zdu­siła ko­lejne obu­rzone wes­tchnie­nie, lecz było oczy­wi­ste, że zu­peł­nie nie po­trafi nad nimi za­pa­no­wać.

Nikt by nie po­tra­fił.

Octa­vius jęk­nął w du­chu. To była jego wina i w każ­dym z nich wi­dział cząstkę sie­bie. Ko­chanka, którą utrzy­my­wał, ko­niak, który pił, swo­boda, na którą po­zwa­lał Mar­ga­ret przy jej eks­pe­ry­men­tach - wszystko to ob­cią­żało wy­łącz­nie jego su­mie­nie. Dzieci źle się za­cho­wy­wały, bo wi­dy­wały go z kie­lisz­kiem w ręku. Prze­kli­nały, bo sły­szały jego fran­cu­ską me­tresę. Wy­ko­rzy­sty­wały ma­te­ma­tykę do psot, za­mie­nia­jąc na­wet jego próby wspie­ra­nia ich edu­ka­cji w na­rzę­dzia cha­osu.

Wie­dział, że roz­pacz­li­wie po­trze­bo­wały uwagi, po­nie­waż stra­ciły ro­dzi­ców, a on nie po­tra­fił dać im cie­pła i po­czu­cia bez­pie­czeń­stwa, któ­rych łak­nęły. Octa­vius nie był głup­cem, ale nie znał też od­po­wie­dzi. Wy­cho­wał go po­twór, który prze­pę­dził jego matkę, od­bie­ra­jąc mu przy tym także ma­leńką sio­strę, i nie wie­dział, jak stać się kimś in­nym.

Mimo wszystko mógł zro­bić cho­ciaż tyle. Wy­rwał Ja­me­sowi kie­li­szek z ko­nia­kiem i ci­snął go do ko­minka. Huk tłu­czo­nego szkła i syk pło­mieni, które na mo­ment wy­strze­liły wy­żej, nie przy­nio­sły mu naj­mniej­szej ulgi.

So­phie za­chi­cho­tała, od­gar­nia­jąc za ucho nie­sforny ko­smyk mio­do­wo­blond wło­sów, tak po­dob­nych do jego wła­snych. Te dzieci były jego krwią, jego od­po­wie­dzial­no­ścią, a mimo wszyst­kich jego bra­ków po­zo­sta­wały naj­więk­szą ra­do­ścią jego ży­cia.

Nie mógł znieść wi­doku tego, czym się sta­wały. Mu­siał uciec.

- Panno Ham­mond - po­wie­dział Octa­vius ni­skim gło­sem, le­d­wie pa­nu­jąc nad gnie­wem i lę­kiem, które ście­rały się w nim pod ma­ską to­wa­rzy­skiej ogłady. - Te dzieci naj­wy­raź­niej po­trze­bują bar­dziej upo­rząd­ko­wa­nych za­jęć, które zajmą ich umy­sły i po­zwolą spo­żyt­ko­wać nad­miar ener­gii. Być może bar­dziej wy­ma­ga­ją­cych ćwi­czeń edu­ka­cyj­nych albo ak­tyw­no­ści fi­zycz­nej w ogro­dzie. Bez­czyn­ność ro­dzi psoty.

On rów­nież nie mógł po­zo­sta­wać bez­czynny, je­śli chciał uciec przed mro­kiem, który nie­ustan­nie go ści­gał. Tak jak po­wie­działa po­przed­niej nocy ta­jem­ni­cza ko­bieta - ucie­kał przed du­chami. A za­tem zrobi to, co po­tra­fił naj­le­piej: za­nu­rzy się w przy­jem­no­ściach Lon­dynu tak głę­boko, by ża­den wstyd, żadne po­czu­cie winy ani strach nie mo­gły go do­się­gnąć. Niech kon­se­kwen­cje dia­bli we­zmą.

- Enve­igh, Ir­re­vrence, chodźmy. Eli­zjum czeka.

Roz­dział 3

Jesz­cze dwa­dzie­ścia sie­dem dni.

Tyle tylko mu­siała prze­trwać Tem­pe­rance, by w dniu swych uro­dzin od­zy­skać wol­ność i ma­ją­tek.

Za­drżała z zimna i szczel­niej otu­liła się pe­lisą. Póź­no­li­sto­pa­dowy wiatr hu­la­jący po Co­burg Street w May­fair prze­ni­kał przez wszyst­kie war­stwy jej ubrań. Niebo było cięż­kie i oło­wiane, a gwał­towne po­dmu­chy śniegu sma­gały jej twarz, kłu­jąc skórę ni­czym ty­siące igieł.

Choć po­bli­ski ko­ściół do­piero co wy­bił po­łu­dnie, ulica wy­da­wała się po­grą­żona w mroku. Za­no­siło się na śnie­życę.

Ostatni ty­dzień spę­dziła w przy­tułku dla ko­biet w Whi­te­cha­pel, pro­wa­dzo­nym przez pannę Grace Loc­khart, z całą za­cie­kło­ścią sta­ra­jąc się nie my­śleć o po­ca­łunku tam­tego nik­czem­nika na ulicy. Nie mo­gła jed­nak zo­stać w ochronce dłu­żej. Każ­dego dnia przy­by­wały nowe cię­żarne ko­biety i młode matki, które znacz­nie bar­dziej od niej po­trze­bo­wały schro­nie­nia przed zimą. Nad­szedł czas, by ru­szyć da­lej.

A roz­wią­za­nie znaj­do­wało się tuż przed nią. Piękny lon­dyń­ski dom na­le­żący do księ­cia Ec­cess, który - jak gło­siło ogło­sze­nie za­miesz­czone w "Lon­don Ti­mes" - po­szu­ki­wał gu­wer­nantki dla trojga dzieci. Była to dla Tem­pe­rance szansa, by ukryć się na wi­doku, po­zo­stać nie­wi­dzialną dla to­wa­rzy­stwa, które bez trudu roz­po­zna­łoby w niej lady Aga­thę Hale, Sza­loną Dzie­dziczkę. Nie od­po­wie­działa na ogło­sze­nie li­stow­nie, jak przy­jęło się ro­bić, po­nie­waż zwy­czaj­nie za­bra­kło jej czasu. Jej szanse były więc nie­wiel­kie.

Mimo to mu­siała spró­bo­wać.

Ści­ska­jąc mocno w dłoni swoją torbę, ru­szyła ku do­mowi. Był ogromny - czte­ro­pię­trowy bu­dy­nek bez trudu po­mie­ściłby trzy lon­dyń­skie re­zy­den­cje jej ojca. Tamta znaj­do­wała się za­le­d­wie sześć ulic da­lej i to wła­śnie tam za­pewne prze­by­wali te­raz jej ma­co­cha i Bar­tho­lo­mew, prze­cze­su­jąc Lon­dyn w po­szu­ki­wa­niu śladu zbie­głej dzie­dziczki. Nie­ska­zi­tel­nie biały gmach, wznie­siony w stylu pal­la­diań­skim, z wy­so­kimi wy­ku­szo­wymi oknami, zdo­biła kom­po­zy­cja przed­sta­wia­jąca grecki pan­teon. W jej cen­trum znaj­do­wał się Dio­ni­zos, bóg wina i uciech, z wień­cem blusz­czu na gło­wie i ki­ścią wi­no­gron w dłoni.

Zwy­kle rześki za­pach śniegu uno­szący się w po­wie­trzu na­peł­niał Tem­pe­rance ra­do­ścią i po­czu­ciem do­mo­wego bez­pie­czeń­stwa. Papa przy­go­to­wy­wałby się wła­śnie do jej uro­dzin, za­mie­nia­jąc cały okres ad­wentu w pa­smo nie­spo­dzia­nek. Za­szy­wali się wtedy ra­zem w domu, prze­pro­wa­dzali do­świad­cze­nia, czy­tali książki i dys­ku­to­wali o na­uce przed pło­ną­cym ko­minku w jego bi­blio­tece.

Te­raz... Sto­jąc sa­mot­nie na ulicy, bez domu, który chro­niłby ją przed zim­nem, Tem­pe­rance ni­gdy jesz­cze tak do­tkli­wie nie od­czu­wała nie­obec­no­ści ojca. Łzy za­pie­kły ją pod po­wie­kami, gdy za­trzy­mała się przed sze­ro­kimi scho­dami pro­wa­dzą­cymi do drzwi wej­ścio­wych, ukry­tych pod por­ty­kiem wspar­tym na ko­lum­nach. Mu­siała je­dy­nie zro­bić to, czego na­uczył ją papa: przyj­rzeć się wła­snym uczu­ciom i emo­cjom. Przy­jąć smu­tek, roz­pacz i gniew. Po­zwo­lić im wy­brzmieć, od­zy­skać pa­no­wa­nie nad sobą, a po­tem wejść po tych scho­dach i za­pu­kać do drzwi. Tam cze­kało ją naj­trud­niej­sze przed­się­wzię­cie w ca­łym jej ży­ciu. Mu­siała sprze­dać samą sie­bie.

Ale za­nim Tem­pe­rance zdą­żyła po­sta­wić pierw­szy krok, wiel­kie ciemne drzwi wej­ściowe otwo­rzyły się z gło­śnym trza­skiem i wy­bie­gła przez nie si­wo­włosa ko­bieta w brą­zo­wej sukni. Jej pe­lisa była roz­pięta, a z nie­wiel­kiej po­dróż­nej torby, którą ści­skała w dłoni, wy­sta­wał skra­wek ubra­nia. Oczy miała sze­roko otwarte, pod­czas gdy su­rowe jajko po­woli spły­wało po jej twa­rzy spod prze­krzy­wio­nego czepka.

Na dole scho­dów za­trzy­mała się, wy­cią­gnęła chu­s­teczkę i za­częła wy­cie­rać jajko z pe­lisy.

Tem­pe­rance po­de­szła bli­żej.

- Nic pani nie jest?

Ko­bieta prych­nęła.

- Już nie. Od chwili, gdy opu­ści­łam ten dom!

Tem­pe­rance prze­biegł ner­wowy dreszcz. Umie­rała z cie­ka­wo­ści, kim była ta ko­bieta i co do­pro­wa­dziło ją do ta­kiego stanu - nie wspo­mi­na­jąc już o jajku spły­wa­ją­cym po jej twa­rzy - ale nie od­wa­żyła się py­tać.

- Czy to Dul­cis Co­urt?

Ko­bieta gwał­tow­nie unio­sła głowę i zmie­rzyła Tem­pe­rance uważ­nym spoj­rze­niem.

- A dla­czego pani pyta?

- Chcę ubie­gać się o po­sadę gu­wer­nantki. W od­po­wie­dzi na ogło­sze­nie.

Ko­bieta od­chy­liła głowę i wy­buch­nęła śmie­chem przy­po­mi­na­ją­cym kra­ka­nie wrony. Wy­glą­dała, jakby znaj­do­wała się na gra­nicy hi­ste­rii.

- Pro­szę mnie po­słu­chać. Niech się pani od­wróci i odej­dzie! Te małe dia­bły do­pro­wa­dzą pa­nią do obłędu.

Chwilę póź­niej już jej nie było. Ob­casy stu­kały ner­wowo o ka­mienne płyty chod­nika, gdy od­da­lała się w po­śpie­chu.

Żo­łą­dek Tem­pe­rance ści­snął się w złym prze­czu­ciu. Czy te dzieci na­prawdę rzu­ciły ko­bie­cie jaj­kiem w twarz? Jak bar­dzo mo­gły być nie­zno­śne?

Tak czy ina­czej, wy­glą­dało na to, że sta­no­wi­sko gu­wer­nantki wła­śnie się zwol­niło.

Mu­siała za­ry­zy­ko­wać. Nie miała pie­nię­dzy ani żad­nego in­nego miej­sca, gdzie mo­głaby się ukryć. Gu­wer­nantka miała sta­tus zbli­żony do służby. Prze­by­wała głów­nie w szkol­nej sali i dzie­cię­cych sy­pial­niach, nie­mal ni­gdy nie wi­du­jąc pana ani pani domu. To od­po­wia­da­łoby jej ide­al­nie aż do Bo­żego Na­ro­dze­nia.

Boże Na­ro­dze­nie i wol­ność.

Tem­pe­rance we­szła po scho­dach i za­pu­kała.

Drzwi otwo­rzył ka­mer­dy­ner - męż­czy­zna około pięć­dzie­siątki - który zmie­rzył ją chłod­nym spoj­rze­niem.

- Tak?

- Dzień do­bry - po­wie­działa naj­po­god­niej, jak umiała, choć puls czuła aż w ko­niusz­kach pal­ców. - Przy­szłam w spra­wie po­sady gu­wer­nantki.

- Czy jest pani umó­wiona?

- Nie. Ale mia­łam na­dzieję...

Z wnę­trza domu, gdzieś za ple­cami ka­mer­dy­nera, do­biegł ko­biecy krzyk. W ja­sno oświe­tlo­nym holu wej­ścio­wym pa­no­wał istny roz­gar­diasz. Jedna po­ko­jówka ście­rała kurz z kre­densu, druga za­mia­tała pod­łogę. Trzech lo­ka­jów nio­sło tace z je­dze­niem. Tuż za nimi po­dą­żało troje dzieci - zło­to­włosa młoda dama wcho­dząca wła­śnie w wiek mło­dzień­czy, znacz­nie młod­sza dziew­czynka oraz chło­piec w wieku mię­dzy nimi. Chło­piec pod­kra­dał je­dze­nie z tac, a młod­sza dziew­czynka pod­sta­wiła jed­nemu z lo­ka­jów nogę. Taca z ciast­kami po­szy­bo­wała w po­wie­trze, wy­pieki roz­sy­pały się po pod­ło­dze, a sama taca od­biła się od pły­tek z gło­śnym brzę­kiem.

Przez otwarte drzwi Tem­pe­rance do­strze­gła piękne po­miesz­cze­nie przy­go­to­wy­wane do wie­czor­nego przy­ję­cia. To z pew­no­ścią nie wró­żyło nic do­brego. Czy taki chaos był tu normą? Od­po­wia­dać za nie­sforne dzieci to jedno, ale zna­leźć się w domu, w któ­rym nie­ustan­nie od­by­wają się spo­tka­nia to­wa­rzy­skie, to zu­peł­nie co in­nego - zwłasz­cza że Lon­dyn był o tej po­rze nie­mal pu­sty, po­nie­waż więk­szość śmie­tanki to­wa­rzy­skiej spę­dzała zimę w swo­ich wiej­skich po­sia­dło­ściach.

Być może po­winna po­szu­kać in­nego roz­wią­za­nia. In­nego domu, w któ­rym po­trze­bo­wano gu­wer­nantki...

- Pro­szę wy­ba­czyć - po­wie­działa słabo, od­wra­ca­jąc się. - Chyba jed­nak po­win­nam...

Nie zdą­żyła do­koń­czyć zda­nia. Przez śnieżną za­wieję nad­je­chał ga­lo­pem po­tężny męż­czy­zna na prze­pięk­nym kasz­ta­no­wa­tym ko­niu i za­trzy­mał się gwał­tow­nie tuż przed do­mem. Po­tężne roz­miary zwie­rzę­cia, im­po­nu­jąca po­stura jeźdźca i mi­strzo­stwo, z ja­kim opa­no­wał wierz­chowca, spra­wiły, że prze­szył ją na­gły dreszcz. Nie wi­działa jego twa­rzy. Męż­czy­zna przy­trzy­my­wał czarny cy­lin­der, a poły kasz­ta­no­wego płasz­cza za­sła­niały syl­wetkę, gdy wszedł po scho­dach i mi­nął ją w drzwiach. Jego za­pach był jed­nak zna­jomy - skóra, koń, drzewo san­da­łowe, wa­ni­lia i drogi al­ko­hol. Kiedy prze­cho­dził obok, Tem­pe­rance za­uwa­żyła, że lekko utyka, oszczę­dza­jąc jedną nogę.

- Wa­sza Ksią­żęca Mość - po­wi­tał go ka­mer­dy­ner, kła­nia­jąc się i od­bie­ra­jąc od niego cy­lin­der, a na­stęp­nie płaszcz.

- Po­win­nam już iść... - wy­mam­ro­tała Tem­pe­rance, go­rącz­kowo za­sta­na­wia­jąc się, jak prze­ci­snąć się obok męż­czy­zny i wy­do­stać z domu.

Ale jej wzrok mi­mo­wol­nie po­wę­dro­wał ku kasz­ta­no­wemu płasz­czowi z dłu­gimi po­łami, ide­al­nie pod­kre­śla­ją­cemu sze­ro­kie barki i plecy znie­wa­la­ją­cego jeźdźca. Ta­lia była pro­por­cjo­nal­nie wą­ska, bio­dra znacz­nie smu­klej­sze od po­tęż­nej syl­wetki, a bry­czesy do jazdy kon­nej cia­sno opi­nały mu­sku­larne uda...

Od­wró­cił się i Tem­pe­rance do­znała praw­dzi­wego wstrząsu. Był olśnie­wa­jący. Rów­nie im­po­nu­jący jak Ben Ne­vis, naj­wyż­sza góra Wiel­kiej Bry­ta­nii, na którą papa za­brał ją kie­dyś pod­czas jed­nej z ich po­dróży po kraju. Mio­do­wo­blond włosy miał po­tar­gane przez wiatr i jazdę konną, a top­nie­jący śnieg po­zo­sta­wił na nich wil­gotne pa­sma. Był wy­soki i nie­zwy­kle przy­stojny - o ide­al­nie za­ry­so­wa­nej szczęce, wy­raź­nych ko­ściach po­licz­ko­wych i ciem­no­brą­zo­wych oczach, które błysz­czały gło­dem, gdy pa­trzył na nią spod prze­wró­co­nego ko­nia...

Jej in­tu­icja jej nie za­wio­dła. To był męż­czy­zna, który omal nie za­bił jej ty­dzień wcze­śniej.

Jego oczy zwę­ziły się z wy­raź­nym za­in­te­re­so­wa­niem, które spra­wiło, że jej ciało za­lała nie­ocze­ki­wana fala cie­pła.

- Czy mogę pani w czymś po­móc, panno...?

Nie roz­po­znał jej... prawda? "Wa­sza Ksią­żęca Mość" - po­wie­dział przed chwilą ka­mer­dy­ner.

O nie. Czy to wła­śnie był książę Ec­cess? Męż­czy­zna, który za­mie­ścił ogło­sze­nie?

Tem­pe­rance na­gle za­bra­kło tchu. Go­rąco za­pło­nęło na jej po­licz­kach. Stała twa­rzą w twarz z czło­wie­kiem, który nie tylko skradł jej pierw­szy po­ca­łu­nek... ale rów­nież na­zwał ją ulicz­nicą i na­ra­ził jej re­pu­ta­cję!

Spo­licz­ko­wała księ­cia!

Przez cały mi­niony ty­dzień my­ślała o tam­tym po­ca­łunku, choć ro­biła wszystko, by wy­rzu­cić go z pa­mięci. To wspo­mnie­nie ogrze­wało ją pod­czas zim­nych nocy w przy­tułku. Sama myśl o pracy dla niego, o miesz­ka­niu z nim pod tym sa­mym da­chem, spra­wiała, że grunt usu­wał jej się spod nóg. Nerwy drgały w ca­łym jej ciele i czuła się ni­czym in­stru­ment, któ­rego struny wi­brują od nie­sły­szal­nej me­lo­dii.

Co ona wy­pra­wiała? Przy­ję­cie po­sady gu­wer­nantki w domu tego czło­wieka by­łoby naj­gor­szym po­my­słem, jaki mo­gła mieć. Po­winna się od­wró­cić i odejść. Na­tych­miast.

A jed­nak Tem­pe­rance nie po­tra­fiła się ru­szyć. Przy­cią­gał ją do sie­bie sa­mym spoj­rze­niem, gdy pa­trzył na nią z ro­snącą cie­ka­wo­ścią... aż na­gle zdu­mie­nie w jego ciem­nych oczach ustą­piło miej­sca nie­do­wie­rza­niu i męż­czy­zna za­mru­gał. Książę Ec­cess zmarsz­czył brwi. Za­ci­snął pię­ści, a jego ra­miona ze­sztyw­niały. Od­dech wy­raź­nie mu przy­spie­szył, pierś uno­siła się i opa­dała co­raz szyb­ciej. Mu­siał ją roz­po­znać. I z pew­no­ścią był na nią wście­kły.

Do­sko­nale. I tak nie chciałby jej za­trud­nić - nie po tym, jak go ob­ra­ziła, po­zwo­liła mu się po­ca­ło­wać, a po­tem wy­mie­rzyła mu po­li­czek.

Żadne z nich tego nie chciało.

- Ta pani przy­szła w spra­wie ogło­sze­nia o pracę gu­wer­nantki - wy­ja­śnił ka­mer­dy­ner.

- Mamy już gu­wer­nantkę, Ja­cob­sie - od­parł książę.

Ka­mer­dy­ner po­krę­cił głową.

- Oba­wiam się, że panna Ham­mond wła­śnie ode­szła.

Książę wes­tchnął prze­cią­gle z wy­raźną iry­ta­cją, a szczęka mu za­drżała, jakby z tru­dem tłu­mił gniew. Gdy z sa­lonu do­biegł huk tłu­czo­nej por­ce­lany, a za­raz po­tem ko­biecy okrzyk za­sko­cze­nia i obu­rze­nia, za­zgrzy­tał zę­bami w na­ra­sta­ją­cej iry­ta­cji.

- Wła­śnie wy­cho­dzi­łam - po­wie­działa Tem­pe­rance i się od­wró­ciła.

- Ta dama wspo­mniała, że nie była umó­wiona - do­dał ka­mer­dy­ner. - A może jed­nak Wa­sza Ksią­żęca Mość się jej spo­dzie­wał?

Książę Ec­cess zmie­rzył ją wzro­kiem od stóp do głów i zmru­żył oczy. Po­ja­wił się w nich błysk. Błysk, który Tem­pe­rance bar­dzo się nie spodo­bał.

- W isto­cie, wła­śnie na nią cze­ka­łem - od­parł książę. - Pro­szę wejść, panno...?

Jej my­śli pę­dziły jak sza­lone.

- Fields - od­po­wie­działa, przy­po­mi­na­jąc so­bie na­zwi­sko, które wcze­śniej roz­wa­żała. Nie mo­gła już uży­wać na­zwi­ska Flet­cher, skoro lu­dzie wy­na­jęci przez lady Au­ster o nim wie­dzieli. - Panna Tem­pe­rance Fields.

Mo­gła ukryć się pod do­wol­nym imie­niem, ale wy­bra­nie wła­snego wy­da­wało się bło­go­sła­wień­stwem. Tem­pe­rance miała być ochroną, zna­kiem od ojca, który po­może jej prze­trwać naj­bliż­sze ty­go­dnie, po­zo­stać przy ży­ciu i od­zy­skać na­leżny spa­dek.

Papo, po­móż mi, mo­dliła się w du­chu.

- Oba­wiam się jed­nak, że mu­szę już iść... - po­wie­działa Tem­pe­rance, czu­jąc, jak opusz­cza ją resztka sta­now­czo­ści.

Nie miała do­kąd pójść. Nie chciała nad­uży­wać go­ścin­no­ści przy­tułku, zwłasz­cza że był prze­peł­niony. Je­śli odej­dzie te­raz, bę­dzie mu­siała spę­dzić noc na ulicy, w prze­ni­kli­wym zim­nie. Przy odro­bi­nie szczę­ścia zna­la­złaby może ko­ściół, w któ­rym mo­głaby się ukryć do rana.

Z całą pew­no­ścią nie mo­gła zo­stać tu­taj.

Spoj­rze­nie księ­cia Ec­cess spo­częło na nie­wiel­kiej tor­bie, którą ści­skała w dło­niach.

- Jest pani tego pewna? Tak się składa, roz­pacz­li­wie po­trze­bu­jemy gu­wer­nantki, a pani przy­szła wła­śnie w spra­wie tej po­sady.

Lo­do­waty po­dmuch wia­tru spra­wił, że Tem­pe­rance za­drżała. Śnieg sma­gnął ją po twa­rzy ostrymi dro­bi­nami. Nie po­my­liła się - nad Lon­dyn nad­cią­gała praw­dziwa śnie­życa. Noc pod go­łym nie­bem ozna­cza­łaby nie­mal pewną śmierć. Czy przy tym wszyst­kim zo­sta­nie gu­wer­nantką w tym domu na­prawdę było aż tak złym po­my­słem? Co sta­no­wiło więk­sze nie­bez­pie­czeń­stwo - lek­ko­myślny książę jako pra­co­dawca czy prze­ni­kliwy mróz na ulicy?

- Do­brze - od­po­wie­działa.

Ka­mer­dy­ner ski­nął głową i od­su­nął się, wpusz­cza­jąc ją do środka wła­śnie w chwili, gdy troje dzieci wy­bie­gło z sa­lonu i po­mknęło po scho­dach na górę.

Tem­pe­rance aż pod­sko­czyła, gdy książę za­wo­łał za nimi:

- Wiem, co zro­bi­li­ście! Panna Ham­mond wła­śnie zre­zy­gno­wała z po­sady!

Po­ja­wił się lo­kaj nio­sący tacę z nie­wiel­kimi prze­ką­skami przy­po­mi­na­ją­cymi pasz­te­ciki z mię­snym lub wą­tro­bia­nym far­szem, po­dob­nym do foie gras, ude­ko­ro­wane świe­żymi ga­łąz­kami ziół. Książę Ec­cess się­gnął po je­den z nich i za­czął żuć, po­sy­ła­jąc dzie­ciom gniewne spoj­rze­nie.

W od­po­wie­dzi roz­legł się ich chi­chot. Gdy Tem­pe­rance zdjęła pe­lisę i po­da­wała ją ka­mer­dy­ne­rowi, Ja­cob­sowi, chło­piec wy­cią­gnął drew­niane pu­dełko, otwo­rzył je, a ze środka wy­bie­gły trzy małe, szare fu­trza­ste kulki, które po­pę­dziły po scho­dach w dół i znik­nęły w sa­lo­nie. Po­wie­trze prze­szył ko­lejny ko­biecy krzyk - praw­do­po­dob­nie jed­nej ze słu­żą­cych - a za­raz po­tem roz­legł się brzęk sztuć­ców roz­sy­pu­ją­cych się po pod­ło­dze. Dzieci wy­buch­nęły śmie­chem na szczy­cie scho­dów.

- Są nie­wąt­pli­wie bar­dzo in­te­li­gentne - po­wie­działa Tem­pe­rance, ob­ser­wu­jąc uważ­nie wszyst­kich troje. - Być może jed­nak po­winny skie­ro­wać swoje ta­lenty ku za­ję­ciom nieco mniej... my­sim. A je­śli cho­dzi o my­szy, wy­star­czy kot.

Prze­chy­lił głowę, a w ką­ci­kach jego brą­zo­wych oczu po­ja­wiły się zmarszczki roz­ba­wie­nia.

- Pro­szę za mną.

Gdy we­szli do jego ga­bi­netu, usiadł za wiel­kim biur­kiem i na­lał so­bie do kie­liszka ciem­nego trunku. Ka­mer­dy­ner po­sta­wił na bla­cie tacę z prze­ką­skami i wy­szedł. Wszystko w tym po­miesz­cze­niu przy­wo­dziło na myśl wy­godę i bez­tro­skie przy­jem­no­ści. Sofa wy­glą­dała na dużą i miękką, a po­kry­wa­jące ją po­duszki - na ak­sa­mitne w do­tyku. Mar­mu­rowy ko­mi­nek, w któ­rym we­soło trza­skał ogień, da­wał ko­jące cie­pło, bu­dząc w Tem­pe­rance nie­mal nie­od­partą po­kusę, by wy­cią­gnąć dło­nie ku pło­mie­niom i ogrzać prze­mar­z­nięte palce. Za­słony były cięż­kie i plu­szowe, dy­wan miękki i czer­wony. Na ścia­nach nie wi­siały wy­łącz­nie ma­ry­ni­styczne sceny sztor­mów ani por­trety su­ro­wych ksią­żąt z po­przed­nich po­ko­leń. Część z ob­ra­zów przed­sta­wiała skąpo odziane ko­biety gra­jące na in­stru­men­tach, od­po­czy­wa­jące w ku­szą­cych ogro­dach lub od­da­jące się słod­kim przy­jem­no­ściom. Na in­nych płót­nach wi­bro­wały ko­lo­rami stoły ugi­na­jące się od owo­ców, win, se­rów, mięs i de­se­rów.

Książę Ec­cess sie­dział wy­god­nie w swoim fo­telu ni­czym panna i władca tego domu. Uniósł kie­li­szek, za­czerp­nął głę­boko aro­matu trunku, po czym z wi­docz­nym za­do­wo­le­niem upił łyk.

- Kot mógłby pani zda­niem roz­wią­zać pro­blem my­szy w moim domu. - Spoj­rzał na nią spod kasz­ta­no­wych brwi. - Czy ma pani dla mnie jesz­cze ja­kieś wska­zówki? Ja­kieś do­dat­kowe uwagi do­ty­czące mo­jego za­cho­wa­nia, poza tymi, które tak wy­mow­nie przed­sta­wiła mi pani ty­dzień temu?

Tem­pe­rance po­czuła, że jej po­liczki ob­le­wają się ru­mień­cem.

- Nie mam.

- Hm. A więc nie za­mie­rza mnie pani prze­pro­sić za tak bez­ce­re­mo­nialne zru­ga­nie mnie? Ani za uraz nogi, któ­rego do­zna­łem?

- To nie przeze mnie do­znał pan urazu, Wa­sza Ksią­żęca Mość. Sam jest pan so­bie wi­nien. Po­wie­dzia­łam już wtedy, że na­ra­żał pan za­równo sie­bie, jak i in­nych.

- Panno Fields, czy nie za­po­mina pani przy­pad­kiem, że to ja mogę dać pani po­sadę, któ­rej pani szuka?

Mil­czała. Serce wa­liło jej jak mło­tem, pod­czas gdy wi­chura szar­pała szy­bami.

Książę wes­tchnął, wy­cią­ga­jąc rękę.

- Pro­szę za­tem o wy­kaz po­przed­nich po­sad.

Żo­łą­dek ści­snął jej się z nie­po­koju.

- Oba­wiam się, że go nie po­sia­dam.

- A for­malne wy­kształ­ce­nie?

Prze­łknęła ślinę.

- Żadne.

- Żadne? - Uniósł brwi. - Nie za­mie­rza mi pani na­wet spró­bo­wać za­im­po­no­wać?

Za­nim zdo­łała się po­wstrzy­mać, po­czuła, jak bu­dzi się w niej gniew.

- Wa­sza Ksią­żęca Mość jest w błę­dzie. To pan, jako mój przy­szły chle­bo­dawca, po­wi­nien sta­rać się za­im­po­no­wać mnie.

Książę Ec­cess ro­ze­śmiał się, po czym wsu­nął do ust ko­lejny pasz­te­cik. Za­mknął oczy na krótką chwilę, naj­wy­raź­niej de­lek­tu­jąc się sma­kiem, a na­stęp­nie otwo­rzył je po­now­nie. Przez mo­ment za­sta­na­wiała się, czy nie za­pro­po­nuje jej po­czę­stunku. Oczy­wi­ście jed­nak książę nie dzie­liłby się je­dze­niem ani na­po­jem ze słu­żącą. Mu­siała pa­mię­tać, że nie po­winna ocze­ki­wać, iż bę­dzie trak­to­wał ją jak równą so­bie. Nie była już damą.

Przy­naj­mniej nie do Bo­żego Na­ro­dze­nia.

W cie­płym spoj­rze­niu jego brą­zo­wych oczu igrało roz­ba­wie­nie, gdy przy­glą­dał się jej uważ­nie, re­je­stru­jąc każdy szcze­gół - włosy, twarz, ubra­nie. By­cie w cen­trum uwagi tego wiel­kiego, nie­zwy­kle przy­stoj­nego męż­czy­zny było... osza­ła­mia­jące. Co się z nią działo? Skąd brało się to go­rące mro­wie­nie roz­le­wa­jące się po ca­łym ciele? Ten brak tchu? To dziwne odrę­twie­nie, przez które my­śli ula­ty­wały jej z głowy? Do­bry Boże. Ona się po­ciła.

Czy na­prawdę tak bar­dzo przej­mo­wała się tym, ja­kie ro­biła na nim wra­że­nie?

Tem­pe­rance ni­gdy szcze­gól­nie nie zwra­cała uwagi na swój wy­gląd. Zwy­kle bez za­strze­żeń ak­cep­to­wała to, co Mil­lie ro­biła z jej wło­sami i gar­de­robą. Te­raz jed­nak po raz pierw­szy za­pra­gnęła wy­glą­dać atrak­cyj­nie. Włosy ucze­sała sama, spi­na­jąc je w kok tak cia­sno, jak tylko po­tra­fiła. Miała na so­bie suk­nię, któ­rej nie zmie­niała od ty­go­dnia; na nie­bie­skiej weł­nie wciąż wid­niały za­schnięte brą­zowe plamki po gu­la­szu. Dba­nie o wy­gląd nie na­le­żało w przy­tułku do rze­czy ła­twych. Po raz pierw­szy za­częła do­strze­gać każdą zmarszczkę na ma­te­riale, każdy wło­sek i py­łek przy­cze­piony do sukni. Nie­spo­koj­nie po­ru­szyła się na krze­śle.

- Czy by­łaby pani tak uprzejma wy­ja­śnić mi, co gu­wer­nantka ro­biła sa­mot­nie na ulicy tak późną porą, bez przy­zwo­itki?

Tem­pe­rance po­słała mu gniewne spoj­rze­nie.

- A czy Wa­sza Ksią­żęca Mość ży­czy so­bie, bym opo­wie­działa wszyst­kim, że to pan pę­dził uli­cami z fa­jer­wer­kami, na­ra­ża­jąc Lon­dyn na po­żar i ca­łu­jąc nie­winne ko­biety?

Jego spoj­rze­nie stward­niało nie­bez­piecz­nie. Po­chy­lił się nad biur­kiem, opie­ra­jąc łok­cie o blat.

- Czy to groźba?

- To za­leży od pana, Wa­sza Ksią­żęca Mość.

Tem­pe­rance prze­łknęła ślinę, sama nie mo­gąc uwie­rzyć, że zdo­była się na taką zu­chwa­łość.

- Nie są­dzę, panno Fields, by znaj­do­wała się pani w po­ło­że­niu po­zwa­la­ją­cym na wy­su­wa­nie gróźb. - Jego głos stał się chłod­niej­szy. - Czy zdaje so­bie pani sprawę, jak po­dej­rza­nie wy­gląda cała ta sy­tu­acja? Sa­motna ko­bieta błą­ka­jąca się po zmroku. Ko­bieta, która ob­ra­ziła księ­cia, po­zwo­liła mu się po­ca­ło­wać, a te­raz zja­wia się w jego domu bez wcze­śniej­szego umó­wie­nia wi­zyty, bez od­po­wie­dzi na ogło­sze­nie, bez ja­kich­kol­wiek do­ku­men­tów po­twier­dza­ją­cych jej kwa­li­fi­ka­cje... i naj­wy­raź­niej z ca­łym swoim do­byt­kiem przy so­bie... A mimo to ocze­kuje pani, że po­wie­rzę pod jej opiekę troje dzieci?

Nie od­wró­ciła wzroku.

- A czy Wa­sza Ksią­żęca Mość ocze­kuje, że będę za­chwy­cona per­spek­tywą pracy w domu czło­wieka tak lek­ko­myśl­nego, że od­da­jąc się przy­jem­no­ściom, nie za­sta­na­wia się nad kon­se­kwen­cjami, ja­kie grożą in­nym?

Drgnęła mu szczęka. Oparł się głę­biej w fo­telu, wy­stu­kał pal­cami rytm na bla­cie biurka, po czym się­gnął po ko­lejny pasz­te­cik.

- Ma pani szczę­ście, że sy­tu­acja zmu­sza mnie do ustępstw - po­wie­dział książę Ec­cess po chwili, gdy prze­łknął kęs. Pod­niósł stos pa­pie­rów. - Nie ma żad­nych no­wych zgło­szeń, choć ogło­sze­nie uka­zuje się od mie­sięcy. Na­wet gdy­by­śmy roz­po­częli po­szu­ki­wa­nia od nowa, mi­nę­łyby ty­go­dnie, za­nim uda­łoby się prze­pro­wa­dzić roz­mowę z nową kan­dy­datką. Zwłasz­cza zimą. - Wy­cią­gnął ku niej plik do­ku­men­tów. - Albo sły­szała pani, jak kosz­marna jest to praca, i pró­buje wy­ko­rzy­stać na­szą de­spe­ra­cję, albo sama znaj­duje się pani w tak roz­pacz­li­wym po­ło­że­niu, że go­towa jest przy­jąć po­sadę, któ­rej żadna po­rządna gu­wer­nantka by nie przy­jęła. Która z tych moż­li­wo­ści jest praw­dziwa?

Tem­pe­rance prze­łknęła ślinę. Choć bar­dzo tego nie chciała, mu­siała skła­mać.

- Je­stem nowa w Lon­dy­nie. Je­stem córką księ­ga­rza i dru­ka­rza z Che­shire i... mój oj­ciec nie­dawno zmarł. - To aku­rat nie było kłam­stwo i serce ści­snęło jej się z bólu. - Nie zo­sta­wił mi ni­czego. Dla­tego zna­la­złam się sama na ulicy po zmroku i nie mia­łam do­kąd pójść. Wa­sza Ksią­żęca Mość sam przed chwilą po­wie­dział, że jest zde­spe­ro­wany. Cóż... ja rów­nież.

Choć zmarsz­czył brwi, w jego oczach mi­gnęło współ­czu­cie.

- Gdzie spę­dziła pani ostatni ty­dzień?

- U matki przy­ja­ciółki. Zo­sta­łam tam dłu­żej, niż wy­pa­dało. - To rów­nież nie było cał­ko­wite kłam­stwo. Nie mu­siał wie­dzieć nic o przy­tułku, a pani Bar­ton z pew­no­ścią nie mia­łaby nic prze­ciwko temu, by zo­stała dłu­żej.

Książę Ec­cess wes­tchnął i przez chwilę mil­czał, po­grą­żony w my­ślach.

- Jak wy­glą­dała pani edu­ka­cja?

c sta­rała się nie drgnąć pod cię­ża­rem jego sta­lo­wego spoj­rze­nia i po raz ko­lejny wy­znała tylko część prawdy.

- Po­bie­ra­łam na­ukę aryt­me­tyki, geo­gra­fii, li­te­ra­tury, nauk przy­rod­ni­czych, ję­zyka fran­cu­skiego oraz hi­sto­rii. Matka nad­zo­ro­wała moją na­ukę ro­bó­tek ręcz­nych i mu­zyki. Mie­li­śmy nie­wielki for­te­pian. Oj­ciec po­zwa­lał mi ko­rzy­stać ze swo­jej bi­blio­teki, dla­tego do­brze znam po­etów i fi­lo­zo­fów.

- A jak za­mie­rza pani za­pa­no­wać nad dziećmi?

- Pań­skie dzieci są...

- To nie są moje dzieci.

Ru­mie­niec ob­lał jej po­liczki. Nie jego dziećmi? Czy to zna­czy, że nie był żo­naty?

- Och.

Przez chwilę wy­glą­dało na to, że książę Ec­cess po­zwoli jej trwać w nie­pew­no­ści, lecz po­tem zmarsz­czył brwi.

- To moi pod­opieczni. Osie­ro­cone dzieci mo­jego zmar­łego ku­zyna.

- A czy... czy Jej Ksią­żęca Mość bę­dzie uczest­ni­czyć w po­dej­mo­wa­niu de­cy­zji do­ty­czą­cych ich wy­cho­wa­nia?

Za­milkł na mo­ment, po czym po­chy­lił się nad biur­kiem i przyj­rzał jej się jesz­cze uważ­niej, wy­wo­łu­jąc w niej dziwne, mu­su­jące drże­nie. Do­kład­nie tak jak wtedy, gdy ją po­ca­ło­wał. Znów zro­biło jej się go­rąco. Czuła się lekka, miękka i po­datna na wpływ jego obec­no­ści. Skóra mro­wiła i była bo­le­śnie wraż­liwa.

- Nie ma żad­nej "Jej Ksią­żę­cej Mo­ści", panno Fields.

Dla­czego ta wia­do­mość przy­nio­sła jej ulgę, nie po­tra­fiła zro­zu­mieć. Po­winno być wręcz prze­ciw­nie. Po­winna się cie­szyć, że jest żo­naty i ma żonę. Cho­ciaż nie po­wstrzy­mało go to przed po­ca­ło­wa­niem ob­cej ko­biety na ulicy, więc za­pewne nie po­wstrzy­ma­łoby go rów­nież przed czy­nie­niem jej awan­sów, gdyby zna­la­zła się pod jego da­chem.

To była ko­lejna kwe­stia, któ­rej wcze­śniej nie roz­wa­żyła. Czy uzna, że może po­ca­ło­wać ją po­now­nie, kiedy zo­sta­nie gu­wer­nantką? Wy­ko­rzy­sta swoją po­zy­cję, by zmu­sić ją do rze­czy, któ­rych od niej za­pra­gnie?

Na samą myśl żo­łą­dek pod­szedł jej do gar­dła. Przy­się­gła so­bie, że ni­gdy wię­cej nie po­zwoli mu się do­tknąć. Nie za­mie­rzała do­pu­ścić, by w jej ży­ciu po­ja­wił się ko­lejny lord Bar­tho­lo­mew Lang­ston. Lord Lang­ston, sio­strze­niec jej ma­co­chy, był nie tylko czło­wie­kiem okrut­nym, ale rów­nież zło­dzie­jem. Pięć lat wcze­śniej ukradł na­szyj­nik na­le­żący do jej ojca i pró­bo­wał za­sta­wić go w lom­bar­dzie, lecz papa od­krył prawdę. Nie po­tra­fiąc od­mó­wić bła­ga­niom lady Au­ster, oj­ciec Tem­pe­rance, do­bry i ła­godny czło­wiek, za­nie­chał dal­szych dzia­łań. Za­cho­wał jed­nak kwit z lom­bardu jako do­wód - na wszelki wy­pa­dek.

Nie­stety kwit nie znaj­do­wał się w jej po­sia­da­niu. Był bez­piecz­nie ukryty w lon­dyń­skiej ka­mie­nicy papy - miej­scu, do któ­rego Tem­pe­rance nie mo­gła się zbli­żyć bez ry­zyka schwy­ta­nia.

- Wi­działa już pani dzieci - ode­zwał się na­gle książę Ec­cess. - Wi­działa pani, jak źle się za­cho­wują. Ich szó­sta gu­wer­nantka w tym roku wła­śnie zre­zy­gno­wała. Jaki byłby pani plan? Jak za­mie­rza­łaby pani roz­po­cząć ich edu­ka­cję i za­pro­wa­dzić dys­cy­plinę?

Tem­pe­rance prze­łknęła ślinę. Z pew­no­ścią miała wy­star­cza­jącą wie­dzę, by zo­stać gu­wer­nantką, ale do­świad­cze­nia z dziećmi miała nie­wiele. Mo­gła je­dy­nie wzo­ro­wać się na swoim ojcu i być dla nich tym, kim on był dla niej - a także od­po­wie­dzieć temu im­po­nu­ją­cemu męż­czyź­nie tak, jak od­po­wie­działby papa.

- Jak już wspo­mnia­łam, wy­dają się nie­zwy­kle by­stre. Je­stem prze­ko­nana, że po­przed­nie gu­wer­nantki nie sta­wiały przed nimi do­sta­tecz­nie am­bit­nych wy­zwań ani nie po­bu­dzały ich umy­słów.

- A skąd może pani to wie­dzieć?

- Po­nie­waż sama by­łam bar­dzo po­dobna. Mój oj­ciec szybko to do­strzegł i ma­jąc szczę­ście dys­po­no­wać bo­gatą bi­blio­teką, za­chę­cał mnie do czy­ta­nia wszyst­kiego, co mnie in­te­re­so­wało. Naj­bar­dziej fa­scy­no­wały mnie za­gad­nie­nia zwią­zane z fi­zyką, ma­te­ma­tyką, al­ge­brą, geo­gra­fią i che­mią.

Książę Ec­cess lekko prze­chy­lił głowę na znak, że przy­jął tę od­po­wiedź do wia­do­mo­ści. Ką­cik jego ust drgnął. Miał nie­zwy­kle piękne, mę­skie usta - sze­ro­kie i zmy­słowe.

- Są­dząc po tym, jak po­mo­gła mi pani tam­tej nocy na ulicy, a także po tym, że sa­mot­nie po­ra­dziła so­bie pani w Lon­dy­nie i zna­la­zła so­bie schro­nie­nie, do­my­ślam się, że jest pani osobą dość od­porną. Czy się mylę, panno Fields? Jak szybko mogę spo­dzie­wać się pani re­zy­gna­cji pod wpły­wem stresu?

- Nie­ła­two mnie prze­stra­szyć i je­stem bar­dzo zde­ter­mi­no­wana, Wa­sza Ksią­żęca Mość. - Tem­pe­rance miała szczerą na­dzieję, że to prawda.

Po­ru­szył się w fo­telu. Je­den z pa­pie­rów prze­su­nął się, od­sła­nia­jąc le­żącą pod nim ga­zetę.

Sza­lona Dzie­dziczka wciąż za­gi­niona! Na­groda pięć­dzie­się­ciu fun­tów dla osoby, która po­może ją od­na­leźć.

Pięć­dzie­siąt fun­tów. Do­kład­nie tyle wy­no­siła roczna pen­sja gu­wer­nantki w tym domu. Prze­szył ją lo­do­waty dreszcz. Książę wie­dział o Sza­lo­nej Dzie­dziczce. Nie wie­dział jed­nak, jak wy­gląda. I nie miał po­ję­cia, że sie­dzi wła­śnie na­prze­ciwko niego.

- Czy ma pani cho­ciaż ja­kieś re­fe­ren­cje? - za­py­tał.

Tem­pe­rance z po­czątku na­wet go nie usły­szała. Jego głos do­cie­rał do niej jak przez wodę, pod­czas gdy pa­nika spa­ra­li­żo­wała jej ciało i ode­brała od­dech.

- Ja... pro­szę wy­ba­czyć?

Książę Ec­cess zmarsz­czył brwi.

- Re­fe­ren­cje, panno Fields. Czy jest ktoś, kto może za­świad­czyć, że nie jest pani osobą ukry­wa­jącą się pod fał­szy­wym na­zwi­skiem?

Te słowa były jak sma­gnię­cie bata. Być może do­strzegł strach w jej oczach. Może za­uwa­żył, jak krew od­pływa jej z twa­rzy, gdy prze­szył ją lo­do­waty chłód.

Na szczę­ście roz­le­gło się pu­ka­nie do drzwi. Gdy do ga­bi­netu wszedł lo­kaj z li­stem na tacy, Tem­pe­rance ci­cho i z ulgą wy­pu­ściła po­wie­trze, ma­jąc na­dzieję, że książę tego nie za­uważy.

Książę Ec­cess przez kilka chwil czy­tał pi­smo, po czym gwał­tow­nie po­de­rwał się z miej­sca. Ru­mie­niec wy­stą­pił na jego wy­so­kie ko­ści po­licz­kowe, a oczy za­bły­sły pod­nie­ce­niem.

- Moja kan­dy­da­tura na sta­no­wi­sko prze­wod­ni­czą­cego Za­rządu Han­dlu zo­stała oce­niona przy­chyl­nie... - wy­mam­ro­tał. - Prze­cho­dzę do ko­lej­nego etapu. Zo­sta­łem już tylko ja i jesz­cze je­den kan­dy­dat.

- Gra­tu­luję, Wa­sza Ksią­żęca Mość - po­wie­działa ci­cho Tem­pe­rance, ner­wowo wy­gła­dza­jąc za­gnie­ce­nia swo­jej sukni.

Prze­wró­cił kartkę na drugą stronę. Jego wy­raz twa­rzy na­tych­miast się zmie­nił. Triumf ustą­pił miej­sca po­nu­remu nie­za­do­wo­le­niu.

- Ale aby otrzy­mać tę po­sadę, mu­szę zmie­nić swoje po­stę­po­wa­nie... - mru­czał, szybko prze­bie­ga­jąc wzro­kiem ko­lejne li­nijki. - Nie­na­ganne za­cho­wa­nie... ko­niec z wy­ści­gami... pi­ciem... Wi­ze­ru­nek przy­kład­nego opie­kuna ro­dziny... A do tego wy­stawny bal bo­żo­na­ro­dze­niowy dla za­gra­nicz­nych dy­plo­ma­tów, który ma do­wieść, że sta­łem się in­nym czło­wie­kiem.

Jego szczęka wy­su­nęła się nieco do przodu i po­ru­szyła na boki w ten sam spo­sób, który Tem­pe­rance za­uwa­żyła już wcze­śniej.

Książę spoj­rzał jej pro­sto w oczy.

- Los wy­raź­nie pani sprzyja, panno Fields. Wy­gląda na to, że nie mam wy­boru. Nie­na­ganne za­cho­wa­nie nie do­ty­czy wy­łącz­nie mnie... lecz rów­nież mo­ich pod­opiecz­nych. Po­sada jest pani. Jed­nak je­śli nie zdoła pani nad nimi za­pa­no­wać albo od­kryję, że ukrywa pani przede mną coś istot­nego, będę zmu­szony pa­nią zwol­nić. - Przy­glą­dał jej się przez chwilę w za­my­śle­niu. - Jak brzmi pięć­dzie­siąt fun­tów rocz­nie? Zdaje się, że taką kwotę po­dano w ogło­sze­niu. Oczy­wi­ście za­pew­niam utrzy­ma­nie i za­kwa­te­ro­wa­nie. A pracę za­czyna pani na­tych­miast.

Była już nie­mal u celu. Mu­siała tylko zdo­być po­sadę, która ochroni ją przez te ostat­nie nie­bez­pieczne ty­go­dnie. Ostat­nia szansa na pod­ję­cie de­cy­zji mo­gą­cej wpły­nąć na całe jej dal­sze ży­cie. Tem­pe­rance od­chrząk­nęła i spoj­rzała w stronę okna. Śnie­życa roz­pę­tała się na do­bre. Za szybą nie było już wi­dać nic poza bielą.

Na­wet gdyby chciała, nie mo­gła te­raz odejść. Wy­glą­dało na to, że nie miała wy­boru.

- Przyj­muję ofertę - po­wie­działa.

- Do­sko­nale. Pro­szę jak naj­szyb­ciej za­pa­no­wać nad dziećmi. Chcę zo­ba­czyć wy­raźną po­prawę w ich za­cho­wa­niu do dnia Świę­tego Mi­ko­łaja. Praw­dzi­wym spraw­dzia­nem bę­dzie jed­nak bal bo­żo­na­ro­dze­niowy. Po­jawi się na nim sam pre­mier oraz Jego Kró­lew­ska Wy­so­kość, a także cała śmie­tanka to­wa­rzy­ska, która po­zo­sta­nie tej zimy w Lon­dy­nie.

Pre­mier. Lord Li­ver­pool. Tem­pe­rance za­marła. Lord Li­ver­pool był ku­zy­nem dru­giego stop­nia lady Au­ster, a pod­czas swo­jego je­dy­nego se­zonu to­wa­rzy­skiego zo­stała mu przed­sta­wiona. Czy mógł pa­mię­tać lady Aga­thę Hale?

Papo, mo­dliła się w du­chu. Pro­szę, po­móż mi po­zo­stać bez­pieczną.

Wszystko bę­dzie do­brze. Była tego pewna. Tra­fiła we wła­ściwe miej­sce. Mu­siała je­dy­nie trzy­mać się z dala od oczu in­nych i pod żad­nym po­zo­rem nie zwra­cać na sie­bie uwagi.

Jak trudne mo­gło się to oka­zać?

Roz­dział 4

- Wy­gląda prze­raź­li­wie po­praw­nie - szep­nęła naj­młod­sza dziew­czynka do star­szej sio­stry.

Star­sza ski­nęła głową.

- I jaka chuda. Blada jak ściana.

Sto­jący mię­dzy nimi brat po­tarł ręce.

- Nie wy­trzyma tu na­wet ty­go­dnia.

Cóż, mo­gli tak są­dzić. Nie wie­dzieli jed­nak, że będą mu­sieli zno­sić się na­wza­jem tylko do Bo­żego Na­ro­dze­nia.

Sto­jąc obok księ­cia, Tem­pe­rance przy­glą­dała się dzie­ciom stło­czo­nym po­środku prze­stron­nej szkol­nej sali ni­czym trzy drzewa na roz­le­głym polu. W cen­trum po­miesz­cze­nia znaj­do­wał się duży stół na­kryty zie­lo­nym suk­nem, oto­czony kil­koma krze­słami. Le­żały na nim po­roz­rzu­cane kartki, książki, mapy, ka­ła­ma­rze i pióra. Tam za­pewne miały od­by­wać się lek­cje.

Przy jed­nej ze ścian stała sofa, a obok wy­so­kich okien z za­sło­nami w cie­płym od­cie­niu ochry - szez­long. Przez okna wpa­dało mnó­stwo świa­tła, oświe­tla­jąc biurko. Trzy wy­so­kie re­gały wy­peł­nione były książ­kami po­świę­co­nymi geo­gra­fii, fi­lo­zo­fii przy­rody, zbio­rami mo­ra­li­za­tor­skich opo­wie­ści, pod­ręcz­ni­kami ję­zyka fran­cu­skiego i gra­ma­tyki ła­ciń­skiej, a także dzie­łami z za­kresu ma­te­ma­tyki i hi­sto­rii. Nad du­żym ko­min­kiem, na mar­mu­ro­wym gzym­sie, spo­czy­wały po­pier­sia, a o cie­pło­żółtą ścianę opie­rały się akwa­rele. W skle­pio­nej wnęce stał ogromny glo­bus; się­gałby Tem­pe­rance mniej wię­cej do pasa.

Wspólna szkolna sala dla trojga pod­opiecz­nych księ­cia była więk­sza i le­piej wy­po­sa­żona niż ta, którą jako dziecko miała wy­łącz­nie dla sie­bie. Prze­szył ją na­gły ból sa­mot­no­ści i tę­sk­noty za oj­cem. Nie­mal wi­działa sie­bie sie­dzącą w ta­kim po­koju nad książ­kami, po­chło­niętą lek­turą o pierw­szych do­świad­cze­niach z elek­trycz­no­ścią, pro­wa­dzo­nych w ubie­głym stu­le­ciu przez Niemca o na­zwi­sku Bose, Fran­cuza du Faya i An­glika, pana Graya. Szcze­gól­nie fa­scy­no­wały ją ob­ser­wa­cje Ben­ja­mina Fran­klina do­ty­czące pio­ru­nów i flu­idu elek­trycz­nego.

- Panno Fields, oto pani ucznio­wie. Mar­ga­ret, Ja­mes i So­phie - po­wie­dział książę Ec­cess.

Tem­pe­rance ski­nęła im głową z uprzej­mym uśmie­chem. Choć mu­siała spra­wiać wra­że­nie spo­koj­nej i kom­pe­tent­nej, w środku cała drżała z ner­wów.

- Bar­dzo mi miło was po­znać - rze­kła. - Bę­dzie mi przy­jem­nie wspól­nie z wami od­kry­wać nowe idee i po­sze­rzać wa­szą wie­dzę.

Dzieci nie od­po­wie­działy.

Spoj­rzała na księ­cia. Z pew­no­ścią wie­dział, jak so­bie z nimi ra­dzić... był prze­cież ich opie­ku­nem. Ale choć wy­soki, po­stawny i bu­dzący re­spekt, wy­glą­dał na rów­nie skrę­po­wa­nego jak ona.

- Zo­sta­wię was sa­mych - oznaj­mił. Po­tem po­chy­lił się ku niej. W jego ciem­nym spoj­rze­niu bły­snęło roz­ba­wie­nie, a ota­cza­jący go mę­ski za­pach mu­snął jej zmy­sły. - Ma pani osiem dni, by prze­ko­nać mnie, że po­tra­fią się po­pra­wić. W dzień Świę­tego Mi­ko­łaja przy­jadą moi naj­bliżsi przy­ja­ciele wraz z żo­nami i dziećmi na uro­czy­stą wy­mianę pre­zen­tów. Pro­szę tylko nie po­zwo­lić, by te trzy małe dia­bły do­pro­wa­dziły pa­nią do sza­leń­stwa do tego czasu... Po­wo­dze­nia.

Książę Ec­cess ob­da­rzył ją na po­że­gna­nie cie­płym, prze­cią­głym spoj­rze­niem. Jego wzrok za­trzy­mał się na jej ustach, spra­wia­jąc, że nie­mal się roz­pły­nęła mimo wy­jąt­kowo nie­ko­rzyst­nych oko­licz­no­ści. Gdy od­wró­cił się i wy­szedł, dzieci pa­trzyły za nim z tak wy­raźną tę­sk­notą w oczach, że ści­snęło ją w sercu.

Tem­pe­rance przy­po­mniała so­bie, jak wspo­mi­nał, że byli dziećmi jego zmar­łego ku­zyna. Sie­roty... tak jak ona.

Prze­szył ją ostry ból sa­mot­no­ści i po­czu­cia zdrady. Jej matka zmarła przy po­ro­dzie i przez całe ży­cie tę­sk­niła za mat­czyną mi­ło­ścią. Kiedy oj­ciec po­ślu­bił lady Au­ster, Tem­pe­rance miała za­le­d­wie dwa­na­ście lat. Przy­jęła piękną, dys­tyn­go­waną damę z czy­stym uwiel­bie­niem i ra­do­ścią w sercu. Ku jej uldze już w pierw­szych mie­sią­cach lady Au­ster stała się dla niej kimś na kształt matki, któ­rej ni­gdy nie miała.

Och, Tem­pe­rance bar­dzo sta­rała się być ide­alną córką. Po­rzu­ciła swoje na­ukowe za­in­te­re­so­wa­nia, ukryła książki po­świę­cone fi­lo­zo­fii przy­rody, prze­stała od­wie­dzać bi­blio­tekę ojca i pra­cow­nię do­świad­czalną. Za­miast tego za­częła od­gry­wać rolę mi­nia­tu­ro­wej damy z to­wa­rzy­stwa - nie­na­ganne ma­niery, tro­ska o fry­zurę i stroje, a także zmu­sza­nie się do uczest­ni­cze­nia w roz­mo­wach krą­żą­cych wo­kół plo­tek, cu­dzych ma­jąt­ków i naj­now­szej mody. Za to wszystko otrzy­my­wała pełne czu­ło­ści spoj­rze­nia i apro­batę swo­jej no­wej mamy.

Zwłasz­cza że lady Au­ster nie kryła, jak od­ra­ża­jące i nie­na­tu­ralne wy­dają jej się ko­biety zaj­mu­jące się mę­skimi dzie­dzi­nami, ta­kimi jak pi­sa­nie ksią­żek, astro­no­mia czy fi­lo­zo­fia przy­rody.

Lecz pew­nego dnia Tem­pe­rance nie była już w sta­nie dłu­żej tego zno­sić. Wró­ciła do la­bo­ra­to­rium do pracy nad udo­sko­na­le­niem bu­telki lej­dej­skiej. Fa­scy­no­wało ją, że na­czy­nie to po­trafi ma­ga­zy­no­wać fluid elek­tryczny, choćby tylko przez krótki czas, i pra­gnęła zna­leźć spo­sób, by prze­cho­wy­wać go wię­cej, tak aby można było uwal­niać go przez dłuż­szy okres.

Lady Au­ster zna­la­zła ją w la­bo­ra­to­rium... i zlę­kła się nie na żarty. Od­raza ma­lu­jąca się na twa­rzy osoby, którą Tem­pe­rance ko­chała, zła­mała jej serce. Do­piero co od­na­la­zła matkę, a te­raz znów ją tra­ciła.

W roz­pacz­li­wej pró­bie prze­ko­na­nia lady Au­ster, że nie ma się czego oba­wiać, Tem­pe­rance po­de­szła do niej z na­ła­do­waną bu­telką lej­dej­ską. Pró­bo­wała na­mó­wić ma­co­chę, by wzięła ją do ręki, by wzięła udział w do­świad­cze­niu, które da­wało Tem­pe­rance tyle ra­do­ści...

Za­miast chwy­cić bez­pieczną szklaną część na­czy­nia, lady Au­ster do­tknęła na­ła­do­wa­nego me­ta­lo­wego pręta prze­cho­dzą­cego przez ko­rek. Roz­legł się gło­śny trzask i od­rzu­ciło ją przez pół po­koju. Wbrew wszel­kim in­ten­cjom Tem­pe­rance ma­co­cha po­czuła ból i śmier­tel­nie się prze­ra­ziła.

Na­zwala Tem­pe­rance sza­loną. Oskar­żyła ją o próbę za­bój­stwa, twier­dząc, że od po­czątku nie chciała, by jej oj­ciec po­now­nie się oże­nił...

I tak wła­śnie Tem­pe­rance po raz drugi zo­stała bez matki.

Po­wra­ca­jąc my­ślami do szkol­nej sali, uświa­do­miła so­bie, że naj­gło­śniej­szym dźwię­kiem jest ci­chy sze­lest płat­ków śniegu ude­rza­ją­cych o szyby.

- Cóż - po­wie­działa po­god­nie do trojga dzieci, które ob­ser­wo­wały ją z po­nu­rymi mi­nami. - Co naj­bar­dziej lu­bi­cie czy­tać?

Skrzy­wiła się w du­chu na wła­sne słowa. Książki były jej ulu­bio­nym te­ma­tem, ale za­pewne nie czymś, czym mo­głaby za­in­te­re­so­wać zbun­to­wane, żądne przy­gód dzieci.

Zmarszczki na ich czo­łach tylko się po­głę­biły. Jesz­cze nie zdą­żyła na­prawdę za­cząć, a już ich tra­ciła.

Ja­mes pod­szedł do biurka, na któ­rym stał świecz­nik, i chwy­cił go wraz z książką.

- Nie lu­bimy czy­tać. Wo­limy pa­lić książki!

Chło­piec przy­trzy­mał opra­wiony w skórę tom nie­bez­piecz­nie bli­sko pło­mieni. Ogień li­znął róg okładki, a do noz­drzy Tem­pe­rance do­tarł cha­rak­te­ry­styczny za­pach przy­pa­lo­nego pa­pieru.

Pierw­szym od­ru­chem było rzu­cić się po książkę, lecz zmu­siła się, by po­zo­stać na miej­scu.

Sześć gu­wer­nan­tek w ciągu jed­nego roku. Naj­wy­raź­niej su­ro­wość za­wo­dziła raz za ra­zem.

- Do­sko­nale - od­parła spo­koj­nie, wy­cią­ga­jąc rękę. - Je­śli bar­dziej niż wie­dzę ce­ni­cie nisz­cze­nie, to oczy­wi­ście wasz wy­bór. Za­sta­na­wiam się jed­nak, czy przy­szło wam do głowy coś znacz­nie cie­kaw­szego niż zwy­kłe pa­le­nie róż­nych rze­czy.

Ja­mes się za­wa­hał. Czy­sta cie­ka­wość na krótką chwilę wzięła górę nad prze­korą. Za­nim jed­nak zdą­żył zro­bić co­kol­wiek wię­cej, Mar­ga­ret wes­tchnęła z obu­rze­niem.

- Moja książka do try­go­no­me­trii!

Prze­ma­sze­ro­wała przez po­kój, wy­rwała bratu tom z rąk i z roz­ma­chem stuk­nęła go nim w głowę.

- Au! - jęk­nął chło­piec, roz­cie­ra­jąc miej­sce, w które obe­rwał.

Mar­ga­ret usia­dła przy biurku i po­chy­liła się nad ze­szy­tem z wy­ra­zem sku­pie­nia na twa­rzy.

- Mar­ga­ret - ode­zwała się cie­pło Tem­pe­rance - je­stem pod wra­że­niem, że tak bar­dzo za­leży ci na try­go­no­me­trii.

Star­sza dziew­czynka wzru­szyła ra­mio­nami.

- Bo jest ła­twa.

Na twa­rzy Tem­pe­rance po­ja­wił się uśmiech. Try­go­no­me­tria była ła­twa? Czy nie do­kład­nie to samo mó­wiła kie­dyś ojcu o fi­lo­zo­fii przy­rody?

- Może mo­gła­byś mi po­ka­zać swoje za­da­nia? A przy oka­zji opo­wie­dzieć, ja­kie są twoje inne ulu­bione za­ję­cia?

Mar­ga­ret na­wet nie drgnęła.

- Pro­szę wy­ba­czyć, panno Fields, ale nie lu­bię ro­bić rze­czy na próżno.

- Na próżno?

- Jest pani siódmą gu­wer­nantką w tym roku. Nie po­tra­fię zmu­sić się do po­świę­ca­nia czasu cze­muś, co za mie­siąc będę mu­siała za­czy­nać od nowa z kimś in­nym.

Serce Tem­pe­rance ści­snęło się na te słowa. Cią­gła zmiana gu­wer­nan­tek z pew­no­ścią nie po­ma­gała dzie­ciom na­uczyć się wła­ści­wego za­cho­wa­nia. Po­dej­rze­wała, że bar­dziej niż ko­lej­nego planu dnia i no­wych za­sad po­trze­bo­wały mi­ło­ści oraz czu­ło­ści.

- So­phie, a co ty lu­bisz ro­bić? - za­py­tała naj­młod­szą, która wy­da­wała się naj­przy­jaź­niej­sza.

So­phie za­chi­cho­tała.

- Czy wie pani, co zna­czy va au dia­ble?

Brwi Tem­pe­rance po­wę­dro­wały wy­soko w górę. Mój Boże.

- Ow­szem, wiem.

- Va au dia­ble! - wy­krzyk­nęła dziew­czynka, pod­sko­czyła i za­to­czyła wiel­kie koło po po­koju, wy­śpie­wu­jąc słowa naj­wy­raź­niej bar­dzo spro­śnej fran­cu­skiej pio­senki.

- In­te­re­su­jesz się fran­cu­skim? - za­py­tała Tem­pe­rance swo­bod­nym to­nem, do­kła­da­jąc wszel­kich sta­rań, by za­cho­wać nie­wzru­szoną minę. - Mu­szę przy­znać, że twoja zna­jo­mość ję­zyka robi wra­że­nie. Na­wet ja nie znam tych pio­se­nek.

So­phie na­tych­miast prze­stała za­równo śpie­wać, jak i ska­kać. Przez chwilę pa­trzyła na nową gu­wer­nantkę ze zdu­mie­niem, być może za­sko­czona kom­ple­men­tem, skoro spo­dzie­wała się ra­czej na­gany.

- Ja... - Na jej twa­rzy roz­bły­snął naj­ja­śniej­szy z uśmie­chów. - Ale prze­cież te pio­senki są nie­grzeczne...

Przy sło­wie "nie­grzeczne" jej głos aż za­dźwię­czał z za­chwytu.

Tem­pe­rance się uśmiech­nęła.

- Ow­szem, są. I cie­szę się, że do­strze­gasz róż­nicę mię­dzy tym, co wła­ściwe, a tym, co nie­wła­ściwe. Być może inne gu­wer­nantki cię tego nie uczyły... - a jej ma­co­cha bez wąt­pie­nia uzna­łaby to za sza­leń­stwo - ...ale są­dzę, że dama po­winna znać ta­kie słowa. Wtedy sama może zde­cy­do­wać, kiedy na­leży ich uży­wać, a kiedy nie. Co po­wiesz na za­bawę w szpie­gów?

So­phie wes­tchnęła z za­chwytu.

- Szpie­gów?

To jedno słowo za­brzmiało jak obiet­nica naj­wspa­nial­szej przy­gody.

W tym sa­mym cza­sie Mar­ga­ret, po­chy­lona nad skom­pli­ko­wa­nymi za­da­niami z try­go­no­me­trii, pod­nio­sła głowę.

- Chcia­ła­byś ba­wić się z nami w szpie­gów? - za­py­tała Tem­pe­rance ta­kim to­nem, jakby od­po­wiedź nie miała dla niej więk­szego zna­cze­nia.

W tej sa­mej chwili Ja­mes po­now­nie otwo­rzył swoje pu­dełko i my­szy, naj­wy­raź­niej schwy­tane po po­przed­niej ucieczce, roz­bie­gły się po pod­ło­dze szkol­nej sali. Na szczę­ście Tem­pe­rance nie miała awer­sji do tych ma­łych istot. Jako praw­dziwa mi­ło­śniczka na­uki była prze­ko­nana, że każde stwo­rze­nie, duże czy małe, ma swoje miej­sce na ziemi. Po pro­stu po­zwo­liła my­szom bie­gać, co - je­śli są­dzić po wy­ra­zie twa­rzy Ja­mesa - już samo w so­bie było dla niego roz­cza­ro­wa­niem.

- Wie pani prze­cież, że wy­gry­wamy wojnę z Na­po­le­onem, prawda? - ode­zwała się Mar­ga­ret. - Wkrótce nie bę­dziemy już po­trze­bo­wać szpie­gów.

So­phie wy­raź­nie się sku­liła.

- Tak, wiem.

Tem­pe­rance ski­nęła głową. A więc przy­naj­mniej śle­dzili bie­żące wy­da­rze­nia.

- Bar­dzo trafna uwaga, Mar­ga­ret. Co jed­nak cie­kawe, pod­czas wojny szpie­dzy po­słu­gują się szy­frami, aby prze­ka­zy­wać in­for­ma­cje w ta­jem­nicy.

- Och. - So­phie wy­glą­dała na za­sko­czoną. - Tak, oczy­wi­ście, że o tym wie­dzia­łam - do­dała szybko.

- A chcia­ła­byś je roz­szy­fro­wy­wać?

Jej oczy zro­biły się wiel­kie jak mo­nety.

- Roz­szy­fro­wy­wać szy­fry?

- Wła­śnie tak. Roz­wią­zy­wać je i od­kry­wać, jaka wia­do­mość zo­stała na­prawdę ukryta.

- Och!

- Spraw­dzimy przy oka­zji twój fran­cu­ski i prze­ko­namy się, czy nada­wa­ła­byś się na fran­cu­skiego szpiega.

So­phie wy­pro­sto­wała ra­miona.

- Oczy­wi­ście, że nada­wa­ła­bym się na fran­cu­skiego szpiega!

- Do­sko­nale.

Serce Tem­pe­rance za­biło nieco lżej, gdy usia­dła przy biurku i za­częła pi­sać.

W przy­padku tych trojga bę­dzie mu­siała wy­ka­zać się sporą po­my­sło­wo­ścią - wi­działa to już te­raz - lecz to wy­zwa­nie w grun­cie rze­czy ją eks­cy­to­wało. Dzieci nie miały po­ję­cia, jak wiele z sa­mej sie­bie w nich do­strze­gała. Wi­działa znu­dze­nie w oczach Mar­ga­ret, gdy dziew­czynka z ła­two­ścią roz­wią­zy­wała ko­lejne skom­pli­ko­wane za­da­nia z try­go­no­me­trii. Wi­działa de­ter­mi­na­cję ma­lu­jącą się na twa­rzy Ja­mesa, który rzu­cał jej wy­zwa­nie, uda­jąc, że cał­ko­wi­cie ją igno­ruje. A biedna, ko­chana So­phie? Ona pra­gnęła je­dy­nie uwagi i uzna­nia, a tego Tem­pe­rance miała pod do­stat­kiem.

Tem­pe­rance uwa­żała, by szy­fry nie były zbyt trudne, ale jed­no­cze­śnie nie wy­ja­śniała za­sad ich dzia­ła­nia. Chciała, by dziew­czynka mo­gła po­czuć dumę z sa­mo­dziel­nego od­na­le­zie­nia roz­wią­za­nia.

Tym­cza­sem Ja­mes na­lał so­bie z ka­rafki wody do szklanki, która po­dej­rza­nie przy­po­mi­nała szklankę do whi­sky, i za­czął nad wy­raz wier­nie na­śla­do­wać księ­cia. Trzy­mał na­czy­nie z prze­sadną ce­re­mo­nial­no­ścią i ko­ły­sał za­war­to­ścią do­kład­nie tak, jak nie­zli­czone razy wi­dział u swo­jego opie­kuna.

- Ach, wy­borny rocz­nik - oznaj­mił niż­szym gło­sem, imi­tu­jąc zwię­zły, rze­czowy spo­sób mó­wie­nia księ­cia. - Nie ma to jak po­rządny kie­li­szek, żeby za­po­mnieć o wszyst­kich tro­skach.

Po­cią­gnął długi łyk, po czym otarł usta wierz­chem dłoni, ge­stem zde­cy­do­wa­nie zbyt świa­to­wym jak na chłopca w jego wieku.

- Jak udało ci się zła­pać te my­szy? - za­py­tała Tem­pe­rance, jak gdyby w ogóle nie sły­szała jego przed­sta­wie­nia. - To było bar­dzo sprytne.

- Ni­gdy pani nie sły­szała o pu­łap­kach na my­szy? - od­parł, na­wet na nią nie pa­trząc.

Ką­ciki ust Tem­pe­rance drgnęły z roz­ba­wie­nia.

- Ow­szem, sły­sza­łam. A czy te my­szy mają taką samą bu­dowę jak my?

Po­słał jej po­nure spoj­rze­nie.

- Oczy­wi­ście, że nie. Każdy to wie.

- Ale czy ty wiesz, czym się od nas róż­nią?

Ja­mes się za­wa­hał.

- Nie. A niby dla­czego miał­bym to wie­dzieć?

- Skoro trzy­masz my­szy jako swoje zwie­rzątka, chyba chciał­byś wie­dzieć, jak za­pew­nić im więk­szy kom­fort i jak funk­cjo­nują ich or­ga­ni­zmy? W ogóle znasz się tro­chę na ana­to­mii czło­wieka?

Była to dość nie­śmiała próba za­in­te­re­so­wa­nia go te­ma­tem, lecz Ja­mes na­tych­miast od­po­wie­dział z iry­ta­cją:

- Nie mu­szę znać ana­to­mii lu­dzi ani szkod­ni­ków. Wy­star­czy, że je kar­mię i trzy­mam. A naj­lep­sze jest to, jak gło­śno wrzesz­czą po­ko­jówki na ich wi­dok.

Mar­ga­ret prze­cią­gle ziew­nęła. Gdy Tem­pe­rance spoj­rzała w jej stronę, zo­rien­to­wała się, że dziew­czynka roz­wią­zała już wszyst­kie za­da­nia z try­go­no­me­trii. Uśmiech­nęła się do niej z uzna­niem.

- Do­sko­nale, Mar­ga­ret - po­wie­działa, za­pi­su­jąc dla niej nowe za­da­nie. - Wie­dzia­łam, że je­steś bar­dzo by­stra. Ale czy po­ra­dzisz so­bie z tym?

I tak, nie­ustan­nie sta­wia­jąc przed nimi nowe wy­zwa­nia, lecz ni­gdy nie wy­sta­wia­jąc ich umie­jęt­no­ści na zbyt ciężką próbę, Tem­pe­rance zdo­łała prze­trwać pierw­szy dzień w roli ofi­cjal­nej gu­wer­nantki. To­wa­rzy­szyło mu kilka my­szy, mnó­stwo mil­cze­nia i nie­przy­ja­znych spoj­rzeń, ale także odro­bina cie­pła.

Przez ko­lejne dni sta­rała się uni­kać księ­cia tak bar­dzo, jak tylko mo­gła. Na szczę­ście wy­da­wało się, że on rów­nież jej unika. Jed­nak dom, choć ogromny, nie był do­sta­tecz­nie wielki. Wy­star­czyło, że skrę­ciła za róg, a wpa­dała na niego wy­cho­dzą­cego z ja­kie­goś po­koju. Ko­ry­tarz na­tych­miast wy­peł­niał się mę­skim za­pa­chem san­da­łowca i czymś jesz­cze - wo­nią. która na­le­żała tylko do niego, któ­rej nie dało się z ni­kim po­my­lić. Ich spoj­rze­nia się spo­ty­kały, a wtedy przez krótką chwilę za­wi­sało mię­dzy nimi wspo­mnie­nie ust na ustach, ni­czym roz­błysk fa­jer­werku oświe­tla­jący uczu­cia, któ­rych Tem­pe­rance wo­la­łaby nie do­strze­gać.

Pew­nego razu scho­dziła po scho­dach z na­rę­czem ksią­żek dla dzieci i po­tknęła się na ostat­nim stop­niu. Książę za­re­ago­wał bły­ska­wicz­nie. Chwy­cił ją za ra­mię i przy­cią­gnął do sie­bie, za­nim zdą­żyła upaść. Przez mo­ment była przy­ci­śnięta do jego sil­nego, cie­płego ciała, czu­jąc pod dło­nią szyb­kie bi­cie jego serca.

- Ostroż­nie - mruk­nął ochry­płym gło­sem.

I za­częła się za­sta­na­wiać, czy mó­wił o scho­dach, czy może o czymś zu­peł­nie in­nym.

Pa­nu­jący w domu prze­pych, który wszy­scy uzna­wali za coś zu­peł­nie nor­mal­nego, co­raz bar­dziej ją krę­po­wał. Oj­ciec za­wsze po­wta­rzał, że osten­ta­cyjne oka­zy­wa­nie bo­gac­twa jest znacz­nie mniej istotne niż mą­dre nim roz­po­rzą­dza­nie. Żyli do­stat­nio i ele­gancko, ni­gdy ni­czego im nie bra­ko­wało, ale też ni­gdy nie byli roz­rzutni.

Książę zda­wał się na­to­miast roz­ko­szo­wać ob­fi­to­ścią. Mimo zi­mo­wej pory co­dzien­nie wy­mie­niano świeże kwiaty w ca­łym domu. W zwy­kłą środę po­da­wano po­siłki, któ­rych nie po­wsty­dzi­łaby się ro­dzina kró­lew­ska. Ku­po­wano rzad­kie książki, które po­tem nie­mal nie były czy­tane.

Po­siłki jej i dzieci rów­nież były prze­sad­nie wy­stawne i nie­po­trzeb­nie wy­kwintne. Mo­gła so­bie tylko wy­obra­żać, jak jada sam książę, choć służba zda­wała się w nie­wy­tłu­ma­czalny spo­sób nie­zwy­kle po­ru­szona tym, że za­ka­zał po­da­wa­nia so­bie al­ko­holu pod ja­ką­kol­wiek po­sta­cią.

Dwóch lo­ka­jów szep­tem wy­mie­niało się teo­riami na te­mat przy­czyn tej na­głej zmiany, a Tem­pe­rance przy­po­mniała so­bie list, który książę otrzy­mał, gdy roz­ma­wiali o jej pracy. Jego au­tor bła­gał go, by stał się in­nym czło­wie­kiem, i była to po­mysł, który z ca­łego serca po­pie­rała, choćby przez wzgląd na do­bro dzieci.

Wy­cho­wano ją tak, by ro­zu­miała róż­nicę mię­dzy uza­sad­nio­nym luk­su­sem a osten­ta­cją. Oj­ciec na­uczył ją in­we­sto­wać w rze­czy trwałe i war­to­ściowe. Wy­po­sa­że­nie ich la­bo­ra­to­rium było skromne, lecz pre­cy­zyjne, a bi­blio­teka skła­dała się ze sta­ran­nie do­bra­nych ty­tu­łów, za­miast im­po­no­wać roz­mia­rami. Tu­taj zaś Tem­pe­rance pa­trzyła, jak Ja­mes bez żad­nych kon­se­kwen­cji nisz­czy de­li­katny mo­siężny kom­pas. Wie­działa, że jej oj­ciec ka­załby jej zro­zu­mieć, ile pen­sji służby można by za niego wy­pła­cić i z czego mu­sia­łaby zre­zy­gno­wać, by zre­kom­pen­so­wać stratę.

Mimo ota­cza­ją­cego ją prze­py­chu ży­cie gu­wer­nantki wcale nie było ła­twe. Dzieci cho­wały jej szklane pry­zmaty, de­li­katne wagi la­bo­ra­to­ryjne, które od­kryła w roz­le­głej bi­blio­tece księ­cia, oraz inne przy­rządy, za­stę­pu­jąc je ku­chen­nymi uten­sy­liami: cho­chlą do zupy, trze­paczką do ja­jek i cy­no­wymi łyż­kami do na­kła­da­nia po­traw. Lecz za­miast się zło­ścić, Tem­pe­rance śmiała się ra­zem z nimi i za­chę­cała je, by uda­wały, że uży­wają tych przed­mio­tów jako "na­rzę­dzi do­świad­czal­nych".

Nie ozna­czało to jed­nak, że dzieci dały się oswoić.

Pod­mie­niały jej dzieła z za­kresu fi­lo­zo­fii przy­rody na jar­marczne ksią­żeczki, utrzy­mu­jąc, że stu­diują "współ­cze­sną li­te­ra­turę". Pew­nego razu Ja­mes scho­wał Prin­ci­pia New­tona za Krwawą dło­nią Tho­masa Ar­chera.

Po­ja­wił się też pro­blem, któ­rego Tem­pe­rance zu­peł­nie się nie spo­dzie­wała. Mniej wię­cej co drugą noc Mar­ga­ret pu­kała do drzwi jej sy­pialni, pro­sząc o po­moc. Za pierw­szym ra­zem oka­zało się, że Ja­mes cho­dzi przez sen, mam­ro­cząc coś o swoim ojcu. Nie spo­sób było go obu­dzić, więc Tem­pe­rance mo­gła je­dy­nie po­dą­żać za nim i pil­no­wać, by nie upadł ani nie zro­bił so­bie krzywdy.

Na­stęp­nego ranka ani Mar­ga­ret, ani Ja­mes nie da­wali po so­bie po­znać, że pró­bo­wała im po­móc. Jed­nak Mar­ga­ret znów pu­kała do jej drzwi przy ko­lej­nym ta­kim in­cy­den­cie... a po­tem jesz­cze przy na­stęp­nym.

Choć wie­działa, że wciąż nie zdo­była ich za­ufa­nia i że dzieci nie współ­pra­cują z nią tak chęt­nie, jak by so­bie ży­czyła, za­cho­wy­wała spo­kój. Była prze­cież Tem­pe­rance - zdy­scy­pli­no­waną za­równo z na­tury, jak i dzięki wy­cho­wa­niu. Wie­działa, co jest naj­waż­niej­sze. Jej przy­szłość za­le­żała od tego, by po­zo­stać nie­roz­po­znaną aż do Bo­żego Na­ro­dze­nia.

W prze­ci­wień­stwie do po­przed­nich gu­wer­nan­tek, które sta­wiały na su­rową dys­cy­plinę i mo­ra­li­za­tor­skie ka­za­nia, wy­brała inną drogę. Tam, gdzie one do­ma­gały się na­tych­mia­sto­wego po­słu­szeń­stwa, ona oka­zy­wała cier­pli­wość i nie­zmien­nie po­zo­sta­wała uprzejma oraz po­godna. Tam, gdzie ka­rały cie­ka­wość i kwe­stio­no­wa­nie przy­ję­tych norm, ona za­chę­cała do od­kry­wa­nia świata.

A mimo to dzieci po­zo­sta­wały nie­okieł­znane.

Wszystko zmie­niło się do­piero po po­łu­dniu w przed­dzień Świę­tego Mi­ko­łaja. Przy­naj­mniej w przy­padku Mar­ga­ret i So­phie. Na­wet Ja­mes za­czął wtedy oka­zy­wać za­in­te­re­so­wa­nie. Tem­pe­rance po­ka­zała im to, co od za­wsze było jej naj­więk­szą pa­sją - fluid elek­tryczny. To wła­śnie przez niego zy­skała nie­gdyś przy­do­mek Sza­lo­nej Dzie­dziczki.

Tem­pe­rance przy­nio­sła mi­skę z wodą, szklaną rurkę i kulkę, którą umie­ściła na po­wierzchni cie­czy. Po­tarła rurkę kró­li­czym fu­trem, wy­twa­rza­jąc fluid elek­tryczny i ła­du­jąc nim szkło, a na­stęp­nie zbli­żyła rurkę do kulki. Ta od­su­nęła się, choć Tem­pe­rance na­wet jej nie do­tknęła. Za­częła de­mon­stro­wać ko­lejne do­świad­cze­nia, a oczy dzieci roz­bły­sły, jakby wła­śnie po­ka­zała im praw­dziwą ma­gię. Ko­lejno wpra­wiały kulkę w ruch, za każ­dym ra­zem po­cie­ra­jąc rurkę fu­trem, gdy ła­du­nek się roz­pra­szał.

Wtedy Mar­ga­ret spoj­rzała na nią sze­roko otwar­tymi, lśnią­cymi oczami i za­py­tała:

- Czego jesz­cze może nas pani na­uczyć?

Tem­pe­rance wie­działa już, że ich nie­spo­kojne umy­sły za­częły wresz­cie czer­pać więk­szą przy­jem­ność z na­uki niż z buntu.

Oczy­wi­ście Ja­mesa nieco trud­niej było prze­cią­gnąć na swoją stronę, choć jego oczy rów­nież błysz­czały, gdy opo­wia­dała o me­cha­ni­zmach i za­sa­dach dzia­ła­nia róż­nych urzą­dzeń. Na­stęp­nego ranka, w dzień Świę­tego Mi­ko­łaja, ujaw­nił, co tak na­prawdę go in­te­re­suje.

Gdy Tem­pe­rance we­szła do szkol­nej sali, chło­piec przy­glą­dał się z nudą ze­ga­rowi sto­ją­cemu na ko­min­ko­wym gzym­sie i za­py­tał, czy może go ro­ze­brać na czę­ści, żeby zaj­rzeć do środka.

Bez chwili na­my­słu od­mó­wiła. Ze­gar dzia­łał bez za­rzutu i był zbyt cenny.

Ja­mes ze­rwał się na nogi. Ścią­gnął brwi, a jego usta wy­krzy­wił pe­łen go­ry­czy gry­mas.

- Jesz­cze pani po­każę.

Tego sa­mego po­po­łu­dnia Tem­pe­rance za­uwa­żyła, że Ja­mes stał się nie­zwy­kle ci­chy. W ciągu za­le­d­wie ty­go­dnia zdą­żyła się już na­uczyć, że był to ra­czej sy­gnał ostrze­gaw­czy niż po­wód do ulgi.

Po­sta­no­wiła nie pro­wo­ko­wać go bar­dziej i wró­ciła do lek­cji So­phie. Kiedy jed­nak po chwili pod­nio­sła wzrok, Ja­mesa nie było już w sali.

- Gdzie się po­dział Ja­mes? - za­py­tała Mar­ga­ret.

Mar­ga­ret, po­chło­nięta ob­li­cze­niami, od­po­wie­działa z roz­tar­gnie­niem:

- Po­szedł szu­kać in­nych me­cha­nicz­nych rze­czy do zba­da­nia, skoro nie po­zwo­liła mu pani ro­ze­brać ze­gara.

Tem­pe­rance na­tych­miast po­czuła nie­po­kój. Za­nim jed­nak zdą­żyła ru­szyć na po­szu­ki­wa­nia chłopca, do szkol­nej sali we­szła go­spo­dyni domu i po­pro­siła, by do­łą­czyły do księ­cia Ec­cess i jego go­ści w sa­lo­nie na uro­czy­stej wy­mia­nie pre­zen­tów.

Serce Tem­pe­rance za­biło ży­wiej na wspo­mnie­nie ko­lej­nej wspa­nia­łej bo­żo­na­ro­dze­nio­wej tra­dy­cji, którą tak uko­chał jej oj­ciec. Nie­mal czuła jego cie­płą dłoń na swoim ra­mie­niu, gdy roz­pa­ko­wy­wała zbiór dzieł, który spro­wa­dził dla niej z Bo­lo­nii - kom­plet prac pro­fe­sor Laury Bassi po­świę­co­nych fi­zyce i hy­drau­lice.

Wciąż pa­mię­tała błysk dumy w jego oczach, gdy wes­tchnęła z za­chwytu, od­kry­wa­jąc wśród nich prze­ło­mowe roz­prawy Bassi do­ty­czące wła­ści­wo­ści elek­trycz­no­ści.

- Pierw­sza ko­bieta zaj­mu­jąca ka­te­drę fi­lo­zo­fii przy­rody na uni­wer­sy­te­cie - po­wie­dział wów­czas z nie­ukry­wa­nym po­dzi­wem. - A jej ba­da­nia nad zja­wi­skami elek­trycz­nymi do­rów­nują pra­com sa­mego New­tona. Niech bę­dzie dla cie­bie in­spi­ra­cją, moja naj­mą­drzej­sza dziew­czynko. Z ta­kim umy­słem mo­żesz osią­gnąć wszystko.

Po­tem wspól­nie czy­tali na głos opisy do­świad­czeń Bassi, a Tem­pe­rance ogar­nęło cie­pło i szczę­ście, ja­kich wcze­śniej nie znała. Miała na­dzieję zo­ba­czyć po­dobną ra­dość na twa­rzach dzieci, gdy otrzy­mają swoje pre­zenty. Chciała, by roz­ja­śniły ich serca tak samo, jak ją za­wsze roz­grze­wały te bez­cenne chwile uwagi i tro­ski.

Tem­pe­rance wie­działa, że to próba. Ec­cess pra­gnął prze­ko­nać się w obec­no­ści go­ści, ja­kie po­stępy dzieci po­czy­niły pod jej opieką.

Gdy wy­pro­wa­dzała dziew­czynki ze szkol­nej sali, żo­łą­dek ści­snął jej się z nie­po­koju. Nie­obec­ność Ja­mesa pod­czas tak waż­nego wie­czoru z pew­no­ścią nie świad­czy­łaby naj­le­piej o jej pracy.

Lecz jesz­cze bar­dziej oba­wiała się cze­goś in­nego. Że wśród go­ści Octa­viusa znaj­dzie się ktoś, kto znał jej ojca.

Albo, co gor­sza, ktoś, kto roz­po­zna w niej Sza­loną Dzie­dziczkę.

Roz­dział 5

Octa­vius wy­pro­sto­wał się na krze­śle, gdy do sa­lonu we­szła panna Fields, a za nią So­phie i Mar­ga­ret. Po­wstrzy­mał od­ruch, by wstać, jak na­ka­zy­wała ety­kieta, gdy do po­miesz­cze­nia wcho­dziła dama równa mu rangą lub sto­jąca wy­żej w hie­rar­chii spo­łecz­nej. Z ja­kie­goś nie­wy­tłu­ma­czal­nego po­wodu za­wsze miał po­czu­cie, że panna Fields jest mu równa, choć była je­dy­nie gu­wer­nantką. Mimo usil­nych sta­rań, by za­cho­wać obo­jęt­ność, po­czuł, jak przy­spie­sza mu puls.

- A więc je­ste­ście! - za­wo­łała Mo­de­sty, pod­no­sząc się z miej­sca z wierz­ga­ją­cym ma­łym Au­gu­stu­sem na rę­kach.

Księżna Pryde, świeżo po­ślu­biona żona Con­stan­tine'a, pro­mie­niała, trzy­ma­jąc nie­mowlę. Książę Pryde na­le­żał do naj­bliż­szych przy­ja­ciół Octa­viusa i pa­trzył te­raz na żonę z dziec­kiem w ra­mio­nach z peł­nym czu­ło­ści wy­ra­zem twa­rzy.

- Czy wszyst­kie dzieci już są? - spy­tała. - Och, a gdzie Ja­mes?

Sa­lon na­tych­miast wy­peł­nił się ra­do­snymi po­wi­ta­niami. So­phie uklę­kła przed trzy­let­nią Stellą, która z nie­śmia­łym uśmie­chem tu­liła się do swego bio­lo­gicz­nego ojca, Lu­ciena, księ­cia Luhst. Octa­vius jed­nak nie po­tra­fił ode­rwać wzroku od panny Fields. Od jej nie­śmia­łego, ostroż­nego spo­sobu po­ru­sza­nia się po po­koju, od brą­zo­wej weł­nia­nej sukni ko­ły­szą­cej się wo­kół nóg, od lekko unie­sio­nych, na­pię­tych ra­mion i dłu­giej, smu­kłej szyi, którą zda­wała się nie­mal cho­wać, jakby szu­kała ochrony. Za nią uno­sił się za­pach la­wendy zmie­szany z jej wła­sną wo­nią, bu­dząc w nim nie­po­żą­dane go­rąco. Po­ru­szył się nie­spo­koj­nie na krze­śle, po­pra­wia­jąc po­zy­cję.

Dla­czego panna Fields spra­wiała wra­że­nie nie­ustan­nie spię­tej? Co za­przą­tało jej my­śli? Czy onie­śmie­lało ją to­wa­rzy­stwo sied­miu ksią­żąt i trzech księż­nych, czy też po pro­stu była z na­tury nie­śmiała? Octa­vius pra­gnął móc ją o to za­py­tać, zro­zu­mieć ją, ukoić jej nie­po­kój.

Po­ka­zać jej wła­sny spo­sób ra­dze­nia so­bie z nie­przy­jem­nymi emo­cjami.

Od ośmiu nocy le­żał bez­sen­nie, my­śląc o tym, że śpi za­le­d­wie dwa pię­tra wy­żej. Za­sta­na­wiał się, czy nosi nocną ko­szulę, czy halkę i jak dłu­gie są jej włosy, gdy opa­dają swo­bod­nie na ra­miona, uwol­nione z cia­snego koka. Wy­obra­żał so­bie, jak po za­śnię­ciu dzieci pro­wa­dzi ją do swo­jej sy­pialni, wyj­muje spinki z jej kru­czo­czar­nych wło­sów, aż roz­le­wają się po jego dło­niach ni­czym je­dwab, a po­tem po­ka­zuje jej do­kład­nie, jak sku­tecz­nie po­trafi od­pę­dzać tro­ski ca­łego dnia.

Dla­czego, u li­cha, był nią tak za­fa­scy­no­wany? Czyż to nie on jesz­cze kilka mie­sięcy temu oświad­czył przy sze­ściu przy­ja­cio­łach, że nie bę­dzie za­bie­gał o względy po­rząd­nej gu­wer­nantki ani pró­bo­wał jej uwieść? Żadna z sze­ściu po­przed­ni­czek panny Fields ni­gdy nie wzbu­dziła w nim choćby cie­nia za­in­te­re­so­wa­nia.

A jed­nak wy­star­czyło, że ci­cho za­jęła miej­sce w naj­dal­szym ką­cie sa­lonu i otwo­rzyła książkę po­świę­coną fi­lo­zo­fii przy­rody, by tętno na­tych­miast mu przy­spie­szyło. Gdy ich spoj­rze­nia się spo­tkały, przy­jemny dreszcz prze­biegł mu po ca­łym ciele. Octa­vius ob­li­zał wargi, jakby wła­śnie skosz­to­wał wy­bor­nego de­seru.

Do dia­bła z tą ko­bietą. Spę­dziła w jego domu za­le­d­wie ty­dzień, a jej obec­ność dzia­łała na niego sil­niej niż bu­telka brandy, któ­rej od­ma­wiał so­bie od chwili, gdy otrzy­mał list in­for­mu­jący, że jest jed­nym z kan­dy­da­tów na sta­no­wi­sko prze­wod­ni­czą­cego Za­rządu Han­dlu.

Tylko do Bo­żego Na­ro­dze­nia, przy­po­mniał so­bie. Mu­siał pa­mię­tać, po co wła­ści­wie za­daje so­bie tyle trudu. Ob­ję­cie sta­no­wi­ska da­wało le­galny do­stęp do fran­cu­skich luk­su­sów. Ko­niec z po­le­ga­niem na prze­myt­ni­kach przy za­ku­pie po­rząd­nego wina, ko­niec z pła­ce­niem hor­ren­dal­nych sum mo­dy­stce za dzie­cięce stroje, ko­niec z oba­wami, że kursy wa­lut zmie­nią się przed dużą in­we­sty­cją.

Pró­bo­wał prze­ko­nać sa­mego sie­bie, że robi to dla dzieci. Od­bu­do­wana re­pu­ta­cja ro­dziny - po tym, jak sam tak grun­tow­nie ją zruj­no­wał - ozna­cza­łaby świe­tlaną przy­szłość po­li­tyczną i cenne zna­jo­mo­ści dla Ja­mesa jako dzie­dzica, a także ko­rzyst­niej­sze per­spek­tywy mał­żeń­stwa dla dziew­czy­nek.

Ale w głębi du­szy znał prawdę. Nie cho­dziło ani o przy­szłość dzieci, ani o fran­cu­skie luk­susy. Cho­dziło o udo­wod­nie­nie ojcu i temu za­lęk­nio­nemu, peł­nemu wstydu chłopcu, któ­rego wciąż w so­bie no­sił, że może być kimś wię­cej niż roz­cza­ro­wa­niem, które wy­pę­dziło matkę z domu. Gdy ucie­kła z młod­szą córką, zo­sta­wia­jąc syna za sobą, prze­sła­nie było aż na­zbyt ja­sne: nie był wart tego, by dla niego zo­stać.

Ale sta­no­wi­sko prze­wod­ni­czą­cego Za­rządu Han­dlu udo­wod­ni­łoby wszyst­kim, jak bar­dzo się my­lili. Po­ka­załby szy­der­czo uśmie­cha­ją­cemu się ojcu z wła­snych wspo­mnień, że bła­ga­jący i łka­jący chło­piec sku­lony pod ścianą wy­rósł na męż­czy­znę. W prze­ci­wień­stwie do ojca zdo­byłby sza­cu­nek dzięki wła­snym za­słu­gom, a nie wy­łącz­nie za sprawą uro­dze­nia.

Wresz­cie mógłby oka­zać się wy­star­cza­jący.

- Gdzie wła­ści­wie jest Ja­mes? - mruk­nął Octa­vius, roz­glą­da­jąc się po po­koju.

Dzień Świę­tego Mi­ko­łaja bez al­ko­holu wy­ma­gał sku­tecz­nego od­wró­ce­nia uwagi, dla­tego cie­szył się, że zgro­ma­dził sze­ściu ksią­żąt - swo­ich naj­bliż­szych przy­ja­ciół - a także żony Ra­tha, Luh­sta i Pryde'a wraz z ich dziećmi w swoim ulu­bio­nym sa­lo­nie. Ota­czały go uspo­ka­ja­jące barwy wcze­snej je­sieni: sto­no­wane zie­lone ściany, się­ga­jące od pod­łogi do su­fitu za­słony w od­cie­niu przy­ga­szo­nej rdza­wej po­ma­rań­czy, pełne ży­wych ko­lo­rów mar­twe na­tury przed­sta­wia­jące lśniące jabłka, wi­no­grona tak so­czy­ste, że aż pro­siły się o ugry­zie­nie, ru­miane brzo­skwi­nie i po­ma­rań­cze tak in­ten­sywne, że nie­mal czuł ich za­pach...

Bo­żo­na­ro­dze­niowe po­trawy były w jego domu su­rowo za­ka­zane, po­nie­waż już sam za­pach cy­na­monu, gałki musz­ka­to­ło­wej czy goź­dzi­ków wy­wo­ły­wał u niego mdło­ści, przy­pra­wiał o ko­ła­ta­nie serca i za­wroty głowy. Wciąż pa­mię­tał woń grza­nego wina w od­de­chu ojca, gdy ten wy­zy­wał go od le­ni­wych ba­cho­rów.

Octa­vius ode­pchnął od sie­bie to wspo­mnie­nie. Za­miast roz­pa­mię­ty­wać prze­szłość, do­pil­no­wał, by stół ugi­nał się pod naj­lep­szymi przy­sma­kami, ja­kie po­tra­fili przy­go­to­wać jego ku­cha­rze. Na trzech wy­so­kich pa­te­rach pię­trzyły się ma­ślane cia­steczka z na­sio­nami, pełne bo­ga­tego smaku, mig­da­łowe ma­ka­ro­niki opró­szone cu­krem, de­li­katne cia­steczka ra­ta­fia i cien­kie ni­czym mgiełka wa­felki, roz­pły­wa­jące się na ję­zyku jak po­ranny szron tknięty pro­mie­niami słońca. Pół­mi­ski pełne były wło­skich cu­kro­wa­nych mig­da­łów, kosz­tu­ją­cych za funt wię­cej, niż więk­szość służby za­ra­biała przez mie­siąc, kan­dy­zo­wa­nego im­biru po­zo­sta­wia­ją­cego na ję­zyku słodką ostrość, dak­tyli na­dzie­wa­nych mar­ce­pa­nem i su­szo­nych mo­reli znad Mo­rza Śród­ziem­nego, lśnią­cych ni­czym dro­go­cenne klej­noty.

Dzieci naja­dały się do nie­przy­tom­no­ści, Octa­vius na­wet im tego tro­chę za­zdro­ścił. O tym, jak trudno było mu za­cho­wać umiar, naj­le­piej świad­czyło to, że przy­go­to­wano je­dze­nie dla trzy­dzie­stu osób, choć ocze­ki­wano tylko dwu­na­stu go­ści. Sama myśl, że mo­głoby cze­goś za­brak­nąć, wy­wo­ły­wała u niego nie­mal pa­nikę. Le­piej zmar­no­wać, niż cier­pieć nie­do­sta­tek - ma­wiał za­wsze jego oj­ciec - i wła­śnie tego się na­uczył. Ża­den z nich ni­gdy nie zro­zu­miał zna­cze­nia słowa "dość".

- Ja­mes wła­śnie wy­szedł ze szkol­nej sali, ale za­raz po­wi­nien tu przyjść - po­wie­działa panna Fields. - Pani Da­vies go szuka.

A więc Ja­mesa przy­pro­wa­dzi go­spo­dyni. Do­brze.

Już sam wi­dok panny Fields wy­wo­ły­wał przy­jemny dreszcz w piersi Octa­viusa. Jej skromna suk­nia nie była w sta­nie ukryć ła­god­nej li­nii ta­lii ani rytmu, w ja­kim jej piersi uno­siły się i opa­dały przy każ­dym od­de­chu. Przez cały mi­niony ty­dzień my­ślał o smu­kło­ści jej szyi, gdy po­chy­lała się nad lek­cjami dzieci, i o tym, jak lekko roz­chy­lała usta, kiedy była sku­piona. Nie­je­den raz przy­ła­py­wał się na tym, że za­trzy­muje się przed drzwiami szkol­nej sali tylko po to, by słu­chać me­lo­dyj­nego głosu znie­wa­la­ją­cej gu­wer­nantki, wy­obra­ża­jąc so­bie, jak brzmiałby, gdyby szep­tała jego imię w ciem­no­ści sy­pialni.

Po­cią­gało go także to, jak pod­czas roz­mowy kwa­li­fi­ka­cyj­nej po­tra­fiła mu się prze­ciw­sta­wić, trak­tu­jąc go jak czło­wieka, a nie ty­tuł. Od ośmiu dni bo­le­śnie od­czu­wał jej obec­ność w swoim domu: ci­che skrzy­pie­nie pod­łogi nad jego sy­pial­nią, gdy prze­cha­dzała się po sali do na­uki, słodki głos nio­sący się ko­ry­ta­rzem pod­czas czy­ta­nia dzie­ciom oraz ku­szące mgnie­nia brą­zo­wych weł­nia­nych sukni zni­ka­ją­cych za ro­giem, ile­kroć ich drogi nie­mal się prze­ci­nały. Ja­ką­kol­wiek ma­gią wła­dała panna Fields, sama jej obec­ność ko­iła nie­ustanny głód tra­wiący jego wnę­trze - tę bez­li­to­sną po­trzebę ucieczki od wła­snych my­śli, któ­rej nie mógł już za­spo­koić naj­lep­szym fran­cu­skim ko­nia­kiem.

Mu­siał z tego wszyst­kiego zre­zy­gno­wać dla tego prze­klę­tego sta­no­wi­ska po­li­tycz­nego. Ha­zard mógł po­świę­cić. Karty stra­ciły swój urok, od­kąd każde roz­da­nie przy­po­mi­nało mu ty­siące fun­tów prze­gra­nych pod­czas jed­nego wie­czoru - pie­nią­dze, za które można by wy­ży­wić po­łowę Whi­te­cha­pel.

Z ko­bie­tami rów­nież skoń­czył cał­ko­wi­cie po tam­tej ka­ta­stro­fal­nej nocy, na ty­dzień przed pierw­szym spo­tka­niem z Tem­pe­rance, gdy obu­dził się w łóżku ja­kiejś kur­ty­zany z Co­vent Gar­den, nie ma­jąc bla­dego po­ję­cia, jak się tam zna­lazł. Znik­nął wtedy jego ru­bi­nowy pier­ścień, a plotki o jego "wy­czy­nach" do­tarły do uszu pre­miera za­le­d­wie kilka dni póź­niej.

Ale al­ko­hol...

Boże, jego brak był praw­dziwą tor­turą.

Przez ostatni ty­dzień trzeź­wo­ści Octa­vius ba­lan­so­wał na ostrzu noża, z ner­wami ob­na­żo­nymi ni­czym odarta z mięsa kość. Męż­czy­zna, który cza­ro­wał lon­dyń­skie sa­lony, znik­nął bez śladu, po­zo­sta­wia­jąc po so­bie roz­draż­nio­nego, za­pad­nię­tego w so­bie czło­wieka o pod­krą­żo­nych oczach, nie­zdol­nego do bły­sko­tli­wo­ści bez wina roz­wią­zu­ją­cego mu ję­zyk.

Znik­nął dow­cipny, cza­ru­jący lek­ko­duch, który po­tra­fił roz­ba­wić kró­lową i zjed­nać so­bie mi­ni­strów dla ko­lej­nego śmia­łego po­my­słu. Te­raz mu­siał sta­wić czoła swoim upio­rom na trzeźwo, jak traf­nie ujęła to panna Fields, a te prze­klęte zjawy wy­gry­wały. Je­dy­nym schro­nie­niem, ja­kie mu po­zo­stało, było je­dze­nie, więc ku­chenny per­so­nel pra­co­wał bez wy­tchnie­nia, by za­spo­koić jego nie­po­ha­mo­wane ła­kom­stwo.

- No do­brze, dzieci! - za­wo­łała Mo­de­sty z dźwięcz­nym śmie­chem. - Nie wszyst­kie na­raz!

To była cu­downa od­miana po mie­sią­cach spę­dzo­nych wśród wrza­sków i krzy­ków. W ciągu ty­go­dnia, który mi­nął od przy­jazdu panny Fields, Octa­vius za­uwa­żył, jak bar­dzo ucichł jego dom - i było to osią­gnię­cie więk­sze niż wszystko, czego do­ko­nały po­przed­nie gu­wer­nantki. Po ko­ry­ta­rzach nie bie­gały już my­szy stra­szące po­ko­jówki, nie trzeba było ze­skro­by­wać plam atra­mentu ze ścian czy z jego twa­rzy ani prze­pra­szać go­ści za fran­cu­skie prze­kleń­stwa wy­po­wia­dane przy nich przez dzieci. Jego słu­żący przez kilka dni nie­mal zdzie­rał mu skórę z twa­rzy, usu­wa­jąc dzie­cięce "dzieło sztuki", za­nim ślady wresz­cie znik­nęły, a od tam­tej pory nie po­ja­wiły się żadne nowe.

Octa­vius prze­łknął ślinę.

To mu­siał być zwy­kły zbieg oko­licz­no­ści. To wszystko nie mo­gło być za­sługą panny Fields.

So­phie i Mar­ga­ret po­de­szły ode­brać swoje pre­zenty wraz ze Stellą, pod­czas gdy mały Au­gu­stus spał spo­koj­nie przy piersi księż­nej Pryde. Stella, rów­nie zło­to­włosa jak Lu­cien, drżą­cymi pal­cami roz­darła pa­pier pierw­szego z kilku pu­de­łe­czek i za­częła otwie­rać po­darki je­den po dru­gim, wzdy­cha­jąc z za­chwytu na wi­dok kan­dy­zo­wa­nych śli­wek, ksią­żek i ma­lo­wa­nych drew­nia­nych za­ba­wek.

Octa­vius po­ru­szył się nie­spo­koj­nie na krze­śle, gdy do­strzegł blask w oczach księ­cia Luhst. W ką­ci­kach oczu męż­czy­zny ze­brały się łzy, gdy pa­trzył na nie­winną ra­dość swo­jej córki.

Być może szczę­ście dzieci rze­czy­wi­ście udzie­lało się in­nym, bo Octa­vius po­czuł szczy­pa­nie pod po­wie­kami, kiedy twarz Mar­ga­ret roz­pro­mie­niła się pod­czas roz­pa­ko­wy­wa­nia kan­dy­zo­wa­nych owo­ców. Dziew­czynka spoj­rzała na niego z uśmie­chem.

- Mama za­wsze da­wała nam kan­dy­zo­wane owoce na dzień Świę­tego Mi­ko­łaja.

Ski­nął głową, od­wza­jem­nia­jąc uśmiech i wal­cząc z na­pły­wem emo­cji, gdy So­phie do niego po­de­szła.

- Merci - po­wie­działa, opie­ra­jąc się o po­ręcz jego fo­tela. Jej oczy były sze­roko otwarte i lśniły. - Mogę dać panu bu­ziaka?

Z tru­dem prze­łknął gulę ro­snącą mu w gar­dle.

Po­wiedz coś za­baw­nego. Zbądź ją uro­czym kom­ple­men­tem.

Ale bez al­ko­holu miał pustkę w gło­wie. Dla­tego je­dy­nie ski­nął głową.

Dziew­czynka po­ca­ło­wała go w po­li­czek, a ten pro­sty gest wy­peł­nił go ko­lejną falą ra­do­ści, któ­rej wcale nie chciał do sie­bie do­pusz­czać.

Roz­ba­wione błę­kitne oczy księ­cia Rath spo­częły na nim, a Do­rian uśmiech­nął się lekko.

- Być może jed­nak zmie­nisz zda­nie o Bo­żym Na­ro­dze­niu - po­wie­dział.

Pa­tience, jego księżna, spoj­rzała z za­cie­ka­wie­niem na pannę Fields i za­uwa­żyła pół­gło­sem:

- Może to nowa gu­wer­nantka przy­nosi długo wy­cze­ki­waną zmianę.

Żo­łą­dek Octa­viusa za­ci­snął się bo­le­śnie.

Na twa­rzy panny Fields ma­lo­wał się wy­raz spo­koju, czy­stej bło­go­ści i cie­płej no­stal­gii, gdy ob­ser­wo­wała dzieci. Jej uśmiech przy­po­mi­nał mu uśmiech Mony Lisy. Spo­kojny. Po­godny. Pe­łen wspo­mnień. Czy na­le­żała do tych osób, które na­prawdę ko­chały Boże Na­ro­dze­nie? Dla niego każda świą­teczna tra­dy­cja była prze­siąk­nięta wspo­mnie­niami bólu i sa­mot­no­ści, nie mógł się do­cze­kać końca tego okresu. Ale może dla panny Fields święta zna­czyły zu­peł­nie co in­nego.

Roz­mowa mię­dzy ksią­żę­tami ze­szła na te­mat roz­pa­la­jący wszyst­kie sa­lony, w któ­rych zmu­szony był by­wać: Sza­lo­nej Dzie­dziczki.

- Żal mi tej mło­dej ko­biety - po­wie­dział Ar­chi­bald, książę Enve­igh. - Je­stem głę­boko prze­ko­nany, że ko­biety by­wają uzna­wane za obłą­kane tylko dla­tego, że pra­gną żyć nie­za­leż­nie, tak jak męż­czyźni.

Mo­de­sty spoj­rzała na niego z za­in­te­re­so­wa­niem, lekko ko­ły­sząc Au­gu­stusa w ra­mio­nach.

- Na­prawdę tak uwa­żasz? - za­py­tała.

Ale Octa­vius nie zwra­cał na nią uwagi. Do­strzegł bo­wiem, że panna Fields po­bla­dła i utkwiła wzrok w księ­ciu Enve­igh. Książka spo­czy­wa­jąca na jej ko­la­nach zo­stała cał­ko­wi­cie za­po­mniana. Palce za­ci­snęły się na skó­rza­nej opra­wie tak mocno, że po­bie­lały jej knyk­cie. Zda­wało się, że całą sobą chło­nie słowa Ar­chi­balda. Dla­czego roz­mowa o obłę­dzie ro­biła na niej tak silne wra­że­nie? Nie żeby ob­cho­dziło go, komu po­święca uwagę, rzecz ja­sna. Zwłasz­cza że Ar­chi­bald z pew­no­ścią nie po­trze­bo­wał ko­lej­nej wiel­bi­cielki.

- Na­prawdę tak uwa­żam - od­parł Ar­chi­bald, a jego spoj­rze­nie za­trzy­mało się na pan­nie Fields z in­ten­syw­no­ścią, która spra­wiła, że coś nie­przy­jem­nie skrę­ciło się w żo­łądku Octa­viusa. - Wy­bacz­cie, mam na­dzieję, że nie bę­dzie to nie­sto­sowne, je­śli opo­wiem wam odro­binę o wła­snej ro­dzi­nie. Moja matka cier­piała na na­pady głę­bo­kiej me­lan­cho­lii. Po­tra­fiła przez całe dni le­żeć w łóżku i nie da­wała się z niego wy­cią­gnąć. By­wały jed­nak też dni, kiedy za­mie­niała świat mój i mo­jego brata w praw­dziwy raj na ziemi. Nie­stety oj­ciec uwa­żał ją za sza­loną, po­nie­waż te wa­ha­nia na­stroju były tak gwał­towne, a nikt nie po­tra­fił wy­ja­śnić, dla­czego się po­ja­wiały, ani prze­wi­dzieć, kiedy miną ko­lejne dłu­gie, po­nure okresy, pod­czas któ­rych mia­łem wra­że­nie, że w ogóle nie uczest­ni­czy w na­szym ży­ciu.

Po sa­lo­nie prze­biegł po­mruk zro­zu­mie­nia, a Pa­tience, księżna Rath, po­słała Ar­chi­bal­dowi smutny uśmiech. Była w za­awan­so­wa­nej ciąży, a jej złote włosy uło­żono w nie­na­ganną fry­zurę wy­soko nad czo­łem. Im wię­cej czasu mi­jało od jej ślubu z Do­ria­nem, tym szczę­śliwsi się oboje zda­wali.

- Bar­dzo mi przy­kro, że pań­ska matka tyle wy­cier­piała - po­wie­działa ła­god­nie. - To mu­siało być nie­zwy­kle trudne.

- Było. A jed­nak my­ślę, że jesz­cze trud­niej­sze było to, jak bar­dzo mój oj­ciec ją lek­ce­wa­żył. Nie oka­zy­wał jej tro­ski ani życz­li­wo­ści. Po pro­stu za­mknął ją w jed­nej ze swo­ich po­sia­dło­ści. Są­dzę, że była tam bar­dzo, bar­dzo sa­motna.

- Och, z pew­no­ścią - od­parła Pa­tience. - To mu­siało być bo­le­sne dla was wszyst­kich.

Roz­mowa szybko prze­szła na inny te­mat, krą­żąc wo­kół ostat­nich Her­ba­tek z Mi­kro­sko­pami, w któ­rych or­ga­ni­za­cję za­an­ga­żo­wane były księżne Rath, Luhst i Pryde. Ku swemu ro­sną­cemu roz­draż­nie­niu, roz­le­wa­ją­cemu się po żo­łądku ni­czym kwa­śne wino, Octa­vius za­uwa­żył, że Enve­igh pod­niósł się ze swo­jego miej­sca po dru­giej stro­nie po­koju i usiadł na pu­stym krze­śle tuż obok panny Fields. Książę po­chy­lił się ku niej zde­cy­do­wa­nie bli­żej, niż Octa­vius uzna­wał za sto­sowne. Ten łotr mó­wił pół­gło­sem, tak ci­cho, że nikt inny nie miał szans usły­szeć jego słów.

Octa­viu­sowi bar­dzo się to nie po­do­bało. Co wię­cej, jego wła­sna re­ak­cja wpra­wiała go w kon­ster­na­cję. Po­czuł, jak dziwne go­rąco wy­pełza mu na karku, gdy ob­ser­wo­wał usta Ar­chi­balda po­ru­sza­jące się tuż przy uchu panny Fields. Jej zwy­kle sztywna po­stawa nieco się roz­luź­niła, kiedy go słu­chała.

Do dia­bła z nim.

Jego przy­ja­ciel miał oczy­wi­ście pełne prawo roz­ma­wiać, z kim tylko chciał, po­dob­nie jak panna Fields. To t?te-a-t?te od­by­wało się na oczach ca­łego to­wa­rzy­stwa. Nie było w tym nic nie­sto­sow­nego. A jed­nak wi­dok drob­nych zmarsz­czek, które po­ja­wiły się w ką­ci­kach oczu Ar­chi­balda, gdy panna Fields od­po­wie­działa mu szep­tem, spra­wił, że Octa­vius moc­niej za­ci­snął palce na po­rę­czy fo­tela.

Enve­igh po­chy­lił się jesz­cze bli­żej, a po­liczki panny Fields za­pło­nęły szkar­ła­tem, by chwilę póź­niej cał­ko­wi­cie po­bled­nąć. Twarz Ar­chi­balda zła­god­niała, na­bie­ra­jąc wy­razu peł­nego zro­zu­mie­nia i współ­czu­cia.

Niech to szlag.

Octa­viusa ogar­nęło prze­możne pra­gnie­nie usły­sze­nia choćby urywka tej szep­ta­nej roz­mowy. Na­piął nogi, go­tów w każ­dej chwili prze­mie­rzyć przez po­kój i za­żą­dać wy­ja­śnień ni­czym bar­ba­rzyńca, nie zwa­ża­jąc na kon­we­nanse.

Wtedy dwu­skrzy­dłowe drzwi pro­wa­dzące do holu otwo­rzyły się z hu­kiem. Ja­mes wpadł do sa­lonu, pod­ska­ku­jąc i wy­ma­chu­jąc zna­jo­mym przed­mio­tem, któ­rego wi­dok spra­wił, że serce Octa­viusa za­trzy­mało się na uła­mek se­kundy.

Po­je­dyn­kowy pi­sto­let ojca.

- Pro­szę zo­ba­czyć, co zna­la­złem w ga­bi­ne­cie Jego Ksią­żę­cej Mo­ści! - oznaj­mił chło­piec.

Już przy­jął po­zy­cję, którą naj­wy­raź­niej uwa­żał za wła­ściwą po­stawę po­je­dyn­kową: sze­roko roz­sta­wione nogi, wy­pro­sto­wane plecy, wy­cią­gnięte ra­mię skie­ro­wane pro­sto na pannę Fields.

Ku­rek był już na­pięty. Do­bry Boże. To był ten sam pi­sto­let.

Ja­mes miał dwa­na­ście lat. Octa­vius miał dzie­sięć, gdy oj­ciec za­cią­gnął go do ga­bi­netu, przy­ci­snął do ściany i po­sta­wił mu na gło­wie jabłko.

Książe nie mógł od­dy­chać.

Nie mógł się po­ru­szyć.

Nie.

- Ja­mes... - wy­chry­piał, nie mo­gąc zła­pać tchu.

Panna Fields pod­nio­sła się po­woli z miej­sca. Wi­dział jej dło­nie, spo­kojne i nie­ru­chome.

- Wy­star­czy, Ja­mes. Pro­szę mi to na­tych­miast od­dać.

- Chcia­łem zna­leźć coś me­cha­ni­zmem do ro­ze­bra­nia na czę­ści - za­pro­te­sto­wał chło­piec, wy­ma­chu­jąc pi­sto­le­tem pod­czas ge­sty­ku­la­cji. - Pro­szę spoj­rzeć. Zna­la­złem ideal...

- Ja­me­sie, nie! - pi­snęła So­phie, schy­la­jąc się gwał­tow­nie, gdy lufa prze­su­nęła się w jej stronę.

I na­gle Octa­vius nie był już w swoim sa­lo­nie. Przed oczami sta­nął mu ga­bi­net ojca. Po­czuł odór brandy. Kwa­śny za­pach wy­mio­cin. Słodka woń cia­stek trzy­ma­nych przez ka­mer­dy­nera sto­ją­cego obok drżą­cego ze stra­chu chłopca.

Jego sze­ściu przy­ja­ciół po­ru­szyło się nie­spo­koj­nie. Wszyst­kie spoj­rze­nia na­tych­miast zwró­ciły się ku Ja­me­sowi. Ciała na­pięły się do skoku. Każdy z nich mógł rzu­cić się na chłopca i wy­rwać mu pi­sto­let. Ale pod­czas sza­mo­ta­niny mógł paść strzał. A wtedy ktoś mógł zo­stać ranny. Albo zgi­nąć.

- Opuść pi­sto­let, Ja­me­sie - po­wie­działa panna Fields, wcho­dząc pro­sto na li­nię strzału, mię­dzy broń a So­phie. - Mogę ci po­ka­zać, jak ro­ze­brać stary ze­gar i spraw­dzić, jak działa.

Lufa była te­raz wy­mie­rzona w jej brzuch.

Octa­vius roz­pacz­li­wie pró­bo­wał po­zo­stać tu i te­raz, ale...

Ochry­pły głos ojca za­brzmiał w jego gło­wie.

"Stój spo­koj­nie, mała świnko. Na mi­łość bo­ską, na­wet nie drgnij".

Ar­chi­bald ja­kimś spo­so­bem zna­lazł się mię­dzy panną Fields a wy­lo­tem lufy. Uniósł ręce w uspo­ka­ja­ją­cym ge­ście.

- Ostroż­nie. Za­cho­wajmy wszy­scy spo­kój.

Ogłu­sza­jący huk. Gry­zący za­pach pro­chu. Dym wy­peł­nia­jący po­kój. Jego wła­sny spa­ni­ko­wany pisk, cienki jak kwik pro­się­cia. Drew­niana bo­aze­ria roz­pry­sku­jąca się drza­zgami, które zra­niły go w ucho. Prze­szy­wa­jący ból barku. Lepka, go­rąca ciecz spły­wa­jąca po ręce.

I wtedy coś w Octa­viu­sie pę­kło.

Ze­rwał się na nogi, po­ko­nał dzie­lącą go od Ja­mesa od­le­głość trzema szyb­kimi kro­kami i za­ci­snął dłoń na lu­fie pi­sto­letu do­kład­nie w chwili, gdy chło­piec za­czął się od­wra­cać.

- Do­syć, ty nic­po­niu! - ryk­nął Octa­vius tak gło­śno, że szyby w oknach za­drżały.

Ja­mes po­bladł.

Jego pierś uno­siła się i opa­dała w płyt­kim, ury­wa­nym od­de­chu.

Cof­nął się.

Pu­ścił broń.

So­phie i Stella się roz­pła­kały.

Młod­sza dziew­czynka wdra­pała się na ko­lana Lu­ciena, a ten na­tych­miast ob­jął ją ra­mio­nami, osła­nia­jąc przed wszyst­kim wo­kół.

Gar­dło Octa­viusa pa­liło ży­wym ogniem, gdy z jego ust wy­do­by­wały się ko­lejne dźwięki. Nie słowa. Tylko ból. Strach. Wście­kłość. Wszystko to zlane w je­den bez­ładny krzyk. Jego wła­sny głos brzmiał obco i da­leko, jakby na­le­żał do ko­goś in­nego.

Ja­mes rzu­cił się do ucieczki. Łzy spły­wały mu po twa­rzy.

Nie za­sta­na­wia­jąc się ani chwili, Octa­vius po­gnał za chłop­cem.

- Wra­caj tu­taj! Cze­kaj! Za­trzy­maj się!

Jego głos od­bi­jał się od ścian ni­czym wy­strzał, a każdy roz­pacz­liwy okrzyk niósł się przez ko­ry­ta­rze wraz ze stu­ko­tem jego bu­tów o po­sadzkę.

Roz­dział 6

Tem­pe­rance wpa­dła do ga­bi­netu księ­cia, ciężko dy­sząc. Prze­szu­kała, jak jej się zda­wało, każdy po­kój w roz­le­głej lon­dyń­skiej re­zy­den­cji i już kilka mi­nut temu stra­ciła z oczu za­równo Jego Ksią­żęcą Mość, jak i Ja­mesa. Wresz­cie zna­la­zła jed­nego z nich... lecz nie tego, któ­rego miała na­dzieję od­na­leźć.

Całe ciało mro­wiło ją tak, jakby zo­stała po­cięta mnó­stwem drob­nych ostrzy wsku­tek kilku wstrzą­sów, któ­rych do­świad­czyła w sa­lo­nie.

Pierw­szy prze­żyła, gdy do­tarło do niej, że już wcze­śniej po­znała Ar­chi­balda, księ­cia Enve­igh. Zo­stali so­bie przed­sta­wieni w Al­mack's, a póź­niej tań­czyli ra­zem pod­czas wiej­skiego kon­tre­dansa na balu wy­da­nym przez księżną Ash­ton. Był jed­nym z nie­licz­nych dżen­tel­me­nów, któ­rzy oka­zy­wali szczere za­in­te­re­so­wa­nie jej roz­wa­ża­niami o fi­lo­zo­fii przy­rody, za­miast uzna­wać je za coś nie­sto­sow­nego. Na szczę­ście nie wspo­mniał ani o tańcu, ani o jej za­in­te­re­so­wa­niu na­uką, mo­gła więc je­dy­nie mieć na­dzieję, że ani jej nie pa­mięta, ani nie roz­po­znał.

Dru­gim wstrzą­sem oka­zał się wi­dok Ja­mesa mie­rzą­cego z na­ła­do­wa­nego pi­sto­letu naj­pierw do niej, a po­tem do So­phie. Zmro­ziło jej krew w ży­łach, wszyst­kie mię­śnie ze­sztyw­niały, a od­dech ugrzązł gdzieś po­mię­dzy gar­dłem a płu­cami. Do­sko­nale znała to uczu­cie - ta­kie samo, ja­kie bu­dziły w niej palce Bar­tho­lo­mewa bo­le­śnie za­ci­ska­jące się na jej nad­garstku.

Trze­cim wstrzą­sem był gniewny wy­buch księ­cia Ec­cess. Przez ostatni ty­dzień ob­ser­wo­wała, jak usi­łuje od­zy­skać rów­no­wagę i jak z dnia na dzień ga­śnie w nim po­czu­cie hu­moru, które tak ją urze­kło pod­czas ich pierw­szego spo­tka­nia. Po­cząt­kowo wy­dał jej się bły­sko­tliwy, skryty i opa­no­wany. Jako gu­wer­nantka jego pod­opiecz­nych po­znała jed­nak czło­wieka zgorzk­nia­łego, zdy­stan­so­wa­nego i chłod­nego. Ale to, co zo­ba­czyła dziś, wy­kra­czało da­leko poza tę me­lan­cho­lię. Być może miała ra­cję... ucie­kał przed wła­snymi de­mo­nami. Czy w końcu go do­pa­dły?

A jed­nak Tem­pe­rance nie mo­gła za­prze­czyć, że od­po­wie­dzial­ność za Ja­mesa spo­czy­wała na niej. Książę pod­dał ją pró­bie, chcąc się prze­ko­nać, czy dzieci po­tra­fią za­cho­wy­wać się od­po­wied­nio w to­wa­rzy­stwie, a Ja­mes wy­raź­nie tej pró­bie nie spro­stał. Go­niła za nimi, roz­pacz­li­wie pra­gnąc na­pra­wić to, co ze­psuła.

A to, co zo­ba­czyła w ga­bi­ne­cie, spra­wiło, że ogar­nęło ją jesz­cze więk­sze przy­gnę­bie­nie.

Książę Ec­cess prze­trzą­sał jedną z szu­flad biurka. Po chwili wy­cią­gnął bu­telkę cze­goś, co wy­glą­dało na ko­niak, i zna­lazł kor­ko­ciąg. Za­miast zmie­rzyć się z tym, co go drę­czyło, po raz ko­lejny szu­kał uko­je­nia w al­ko­holu. Po ty­go­dniu spę­dzo­nym z dziećmi wie­działa już, jak bar­dzo ko­chają swo­jego opie­kuna i jak chęt­nie go na­śla­dują, zwłasz­cza Ja­mes.

- Wa­sza Ksią­żęca Mość, my­śla­łam, że prze­stał pan pić - po­wie­działa.

Książę gwał­tow­nie od­wró­cił głowę w jej stronę, a na jego twa­rzy ma­lo­wało się po­czu­cie winy czło­wieka przy­ła­pa­nego na go­rą­cym uczynku.

Kiedy ru­szyła w jego kie­runku, książę za­czął się co­fać ni­czym skar­cone dziecko. Ustę­po­wał krok za kro­kiem, aż oparł się o ścianę, która od­cięła mu drogę od­wrotu, a mimo to Tem­pe­rance na­dal szła na­przód, wy­cią­ga­jąc rękę po bu­telkę.

- Pro­szę mi ją od­dać.

Książę zmru­żył oczy.

- Panno Fields, za­po­mina się pani. Je­stem pani pra­co­dawcą.

I oto zna­lazł się za­le­d­wie krok od niej. Gdy Tem­pe­rance się­gnęła po bu­telkę, jej dłoń na­po­tkała pustkę. Książę rzu­cił się w prze­ciwną stronę, a ona ru­szyła za nim.

Krą­żyli po ga­bi­ne­cie ni­czym dzieci ba­wiące się w berka. Dłu­gie, cięż­kie spód­nice plą­tały się wo­kół ko­stek Tem­pe­rance, utrud­nia­jąc każdy krok. Mimo wzro­stu i po­staw­nej syl­wetki książę był szybki, po­ru­szał się z nie­mal zwie­rzęcą gra­cją, taką samą, jaką do­strze­gła, gdy do­sia­dał kasz­ta­no­wego ko­nia.

Ale kiedy Tem­pe­rance okrą­żyła biurko, jego noga za­ha­czyła o me­bel i książę się po­tknął - a to wy­star­czyło. Chwy­ciła chłodną szyjkę bu­telki, sama zdu­miona, że udało jej się prze­chy­trzyć ko­goś tak sil­nego i zwin­nego, i jed­nym szarp­nię­ciem wy­rwała mu ją z rąk.

- Pro­szę mi ją od­dać, panno Fields - wark­nął książę.

Przy­ci­ska­jąc bu­telkę do piersi, od­wró­ciła się na pię­cie i umknęła. Spód­nice za­sze­le­ściły wo­kół jej nóg, gdy prze­mknęła mię­dzy me­blami, wy­mi­ja­jąc krze­sła i sto­liki.

Sły­szała za sobą cięż­kie kroki; nie­mal czuła cie­pło jego ciała. Serce wa­liło jej o że­bra, gdy na­gle czy­jaś dłoń za­ci­snęła się na jej łok­ciu i ob­ró­ciła ją gwał­tow­nie.

Tem­pe­rance po­spiesz­nie scho­wała bu­telkę za plecy.

Książę Ec­cess gó­ro­wał nad nią ni­czym góra - rów­nie za­pie­ra­jący dech w pier­siach, co bu­dzący lęk. Na­pie­rał na nią, aż, co­fa­jąc się, oparła się ple­cami o twardy re­gał z książ­kami. Książę po­chy­lał się nad nią, co naj­mniej o głowę wyż­szy, ni­czym dra­pież­nik, który wresz­cie do­padł swoją zdo­bycz. Jego spoj­rze­nie było dzi­kie; oczy mie­niły się od­cie­niami brązu nie­mal prze­cho­dzą­cego w czerń, błysz­czały in­ten­syw­no­ścią, gło­dem i pra­gnie­niem, które już wcze­śniej w nim do­strze­gła.

Choć przy­pie­rał ją do kąta, Octa­vius trzy­mał ręce opusz­czone wzdłuż ciała i nie wy­ko­nał na­wet naj­mniej­szego ru­chu w stronę bu­telki, którą Tem­pe­rance ści­skała za ple­cami. A prze­cież jego dłu­gie ra­miona po­zwo­li­łyby mu bez trudu wy­rwać ją jej z rąk. Za­miast tego stał przed nią, a jego spo­kój bu­dził w niej to samo po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa, któ­rego do­znała w jego ra­mio­nach tam­tej ciem­nej nocy, gdy spo­tkali się po raz pierw­szy.

Tem­pe­rance sta­rała się nie my­śleć. Pro­blem po­le­gał na tym, że wtedy za­czy­nała czuć, a na to zde­cy­do­wa­nie nie po­winna so­bie po­zwa­lać. Po­chy­lił się bli­żej, wcią­gnęła w płuca jego cu­downy, mę­ski za­pach - skóry, drzewa san­da­ło­wego i wa­ni­lii. Jego usta zbli­żały się co­raz bar­dziej, a ona przy­po­mniała so­bie ich miękki, zmy­słowy do­tyk na swo­ich war­gach. Bra­ko­wało jej tchu. Cała jej uwaga, całe jej je­ste­stwo sku­piło się na ustach.

Nie mo­gła jed­nak ulec tym pra­gnie­niom. Nie po raz drugi. Obie­cała so­bie, że nie po­zwoli mu prze­kro­czyć tej gra­nicy.

Gdy jego twarz była już tak bli­sko, Tem­pe­rance za ple­cami mo­co­wała się z kor­kiem. Na chwilę przed tym, jak ich usta miały się ze­tknąć, wy­cią­gnęła go z szyjki bu­telki, od­wró­ciła na­czy­nie do góry dnem i wy­lała jego za­war­tość pro­sto na pod­łogę.

Po­kój wy­peł­nił plusk al­ko­holu wsią­ka­ją­cego w dy­wan oraz ostry za­pach dro­giego ko­niaku.

Książę Ec­cess wy­dał z sie­bie gar­dłowy po­mruk i rzu­cił się, by ode­brać jej bu­telkę, pró­bu­jąc oca­lić choć ostat­nie kro­ple trunku, lecz było już za późno.

Do­piero wtedy cof­nął się o krok, a jego twarz przy­brała wy­raz de­spe­rac­kiej fu­rii.

- Czy ma pani po­ję­cie, jak cenny był ten ko­niak? - wy­buch­nął. - Mu­sia­łem prze­my­cić go z Fran­cji za po­śred­nic­twem kilku kom­plet­nie nie­wia­ry­god­nych lu­dzi, ry­zy­ku­jąc wła­sną re­pu­ta­cję, a pani wy­lewa go na pod­łogę, jakby to były po­myje?

- Pań­ski pod­opieczny przed chwilą wy­ce­lo­wał na­ła­do­waną broń w So­phie - od­cięła się Tem­pe­rance, a jej dło­nie drżały. - Po­nie­waż na­uczył się od pana, że kiedy sprawy się kom­pli­kują, dzia­łamy, nie za­sta­na­wia­jąc się nad tym, kto może ucier­pieć. Pan pę­dzi uli­cami z fa­jer­wer­kami, on wy­ma­chuje pi­sto­le­tami wśród dzieci. Staje się taki jak pan, Wa­sza Ksią­żęca Mość!

Spo­dzie­wała się, że za­cznie się spie­rać, lecz on za­milkł, po czym spu­ścił głowę i ski­nął nią po­woli.

- Wiem.

Ta na­gła ule­głość, cał­ko­wity brak oporu, były w ja­kiś spo­sób bar­dziej roz­bra­ja­jące niż ja­ka­kol­wiek kłót­nia.

Książę Ec­cess po­trzą­snął głową, a gdy po­now­nie pod­niósł wzrok, w jego oczach cza­iło się coś na kształt na­wie­dza­ją­cego go wspo­mnie­nia.

- To po pro­stu... ta prze­klęta pora roku. Boże Na­ro­dze­nie... To... Nie po­tra­fię...

Tem­pe­rance zmarsz­czyła brwi. Nie­na­wi­dził świąt? Dla­czego? Co ta­kiego go spo­tkało?

- Nie po­trafi pan czego?

Książę Ec­cess wziął długi, po­wolny od­dech.

- Ma pani ra­cję, panno Fields. Mu­szę za­cho­wać trzeź­wość. To moja wina, że Ja­mes spra­wia kło­poty. Stra­cił ro­dzi­ców, a ja, za­miast oto­czyć go opieką, któ­rej tak bar­dzo po­trze­buje, ja... ja ucie­ka­łem w al­ko­hol za każ­dym ra­zem, gdy ży­cie sta­wało się zbyt trudne. Do dia­bła, on roz­pacz­li­wie po­trze­buje ko­goś, na kim może po­le­gać.

Przez chwilę Tem­pe­rance nie była w sta­nie wy­do­być z sie­bie ani słowa. Spo­dzie­wała się, że wszyst­kiemu za­prze­czy, że na­dal bę­dzie się ukry­wał i ucie­kał od rze­czy­wi­sto­ści. Tym­cza­sem wy­ka­zał się nie­zwy­kłą świa­do­mo­ścią wła­snych sła­bo­ści, a sza­cu­nek, który w niej wzbu­dził, roz­lał się cie­płem po jej piersi.

- Już od­mie­niła pani te dzieci - cią­gnął. - Przed chwilą wy­rwała mi pani z rąk bu­telkę ko­niaku. Na­wet moi naj­bliżsi przy­ja­ciele by się na to nie od­wa­żyli... Pro­szę mi po­móc, panno Fields. Niech mnie pani trzyma z dala od al­ko­holu. By­łem prze­ko­nany, że je­stem wy­star­cza­jąco silny, by się oprzeć, ale nie do­ce­ni­łem świąt.

Wciąż nad nią gó­ro­wał, przy­stojny i onie­śmie­la­jący, a świa­do­mość, że ten po­tężny męż­czy­zna prosi ją o po­moc, przy­zna­jąc się do wła­snej sła­bo­ści i bez­bron­no­ści, wy­da­wała się wręcz nie­re­alna. Tem­pe­rance wie­działa, że po­wie­rzono jej coś nie­zwy­kle cen­nego.

Czy była w sta­nie mu po­móc? Czy mo­gła zło­żyć taką obiet­nicę? Co wła­ści­wie wie­działa o uzdra­wia­niu po­ra­nio­nych męż­czyzn? Była prze­cież Sza­loną Dzie­dziczką - ko­bietą ucie­ka­jącą z za­kładu dla obłą­ka­nych, ży­jącą wśród kłamstw, ukry­wa­jącą na­wet wła­sną toż­sa­mość, opła­ku­jącą ojca i ży­cie, które, jak są­dziła, miało ją cze­kać. Jak ktoś tak głę­boko skrzyw­dzony mógł po­móc ule­czyć dru­giego czło­wieka?

A jed­nak ból księ­cia Ec­cess po­ru­szał w niej coś głę­boko ukry­tego, czego nie po­tra­fiła zi­gno­ro­wać.

- Po­mogę panu - szep­nęła.

W jego spoj­rze­niu zmie­szały się ulga, wdzięcz­ność i cień prze­moż­nego pra­gnie­nia.

- Panno Fields - wy­szep­tał ochry­płym gło­sem, na­pię­tym od le­d­wie po­wstrzy­my­wa­nego po­żą­da­nia. - Nie ma pani po­ję­cia, co pani ze mną robi.

Za­nim Tem­pe­rance zdą­żyła od­po­wie­dzieć, za­nim w ogóle zdo­łała ze­brać my­śli, jego dło­nie ujęły jej twarz, a usta wpiły się w jej wargi. To nie był już ten śmiały po­ca­łu­nek z ich pierw­szego spo­tka­nia. To była czy­sta, ni­czym nie­skrę­po­wana żą­dza.

Siła tego po­ca­łunku przy­ci­snęła Tem­pe­rance do re­gału. Książki po­sy­pały się na pod­łogę, gdy książę na­parł na nią swym cia­łem. Był na­tar­czywy, za­chłanny. Wes­tchnęła przy jego ustach i roz­chy­liła wargi, nie­zdolna oprzeć się wzbie­ra­ją­cej fali po­żą­da­nia, która prze­szy­wała całe jej ciało. Za­mie­rzała go ode­pchnąć, lecz za­miast tego za­ci­snęła dło­nie na po­łach jego sur­duta i przy­cią­gnęła go bli­żej, otwie­ra­jąc się przed nim bez reszty. Sma­ko­wał pra­gnie­niem tak nie­okieł­za­nym, że aż krę­ciło jej się od niego w gło­wie.

- Do­prawdy... - jęk­nął przy jej ustach. - Nie po­wi­nie­nem...

Ale książę Ec­cess nie prze­stał. Jego dło­nie zsu­nęły się na jej ta­lię, palce za­ci­snęły się na ma­te­riale sukni, gdy lekko uniósł ją ku gó­rze, przy­ci­ska­jąc Tem­pe­rance moc­niej do re­gału. Cię­żar jego ciała wię­ził ją w miej­scu, a ona czuła twar­dość jego torsu i szyb­kie, mocne ude­rze­nia jego serca.

I po­do­bało jej się to.

Gdy jego wargi po­wę­dro­wały ku jej szyi, Tem­pe­rance bez­wied­nie od­chy­liła głowę, a z jej ust wy­do­było się ci­che wes­tchnie­nie, ja­kiego ni­gdy wcze­śniej nie sły­szała. Zu­peł­nie za­tra­ciła się w tej chwili. Jego usta mu­skały wraż­liwą skórę pod jej uchem, a dło­nie błą­dziły po jej ple­cach z le­d­wie ha­mo­waną na­mięt­no­ścią.

- Cu­downa - wy­szep­tał chra­pli­wie przy jej szyi, a jego od­dech był go­rący i nie­równy. - Każ­dego dnia, gdy na pa­nią pa­trzę... umie­ram z tę­sk­noty...

Drżące dło­nie Tem­pe­rance po­wę­dro­wały na jego pierś. Przez ak­sa­mit ka­mi­zelki czuła szyb­kie bi­cie jego serca. Chciała go do­tknąć, po­trze­bo­wała po­czuć go bar­dziej, lecz to­nęła w na­tłoku wra­żeń, przy­tło­czona gwał­tow­no­ścią jego pra­gnie­nia.

Książę znów od­na­lazł jej usta. Ten po­ca­łu­nek był głęb­szy i bar­dziej za­chłanny niż po­przed­nie. Jedna z jego dłoni wplo­tła się w jej włosy, roz­luź­nia­jąc sta­ran­nie upięty kok, druga zaś spo­częła na jej ple­cach tuż nad ta­lią, przy­cią­ga­jąc ją jesz­cze bli­żej.

- Musi mnie pani po­wstrzy­mać - wy­mru­czał przy jej ustach.

Ale Tem­pe­rance nie po­tra­fiła zna­leźć słów. Nie była zdolna my­śleć o ni­czym poza ogniem, który roz­lał się w jej ży­łach. A kiedy nie ode­pchnęła księ­cia, kiedy pod­da­nie się wy­da­wało się tak przy­jemne, ta­kie ku­szące...

Roz­le­gło się pu­ka­nie do drzwi.

Od­sko­czyli od sie­bie jak opa­rzeni, oboje ciężko od­dy­cha­jąc. Tem­pe­rance na­tych­miast unio­sła dło­nie do wło­sów, pró­bu­jąc do­pro­wa­dzić do po­rządku zbu­rzoną fry­zurę, pod­czas gdy Octa­vius sta­nął przed nią od­ru­chowo, nie­mal osła­nia­jąc ją wła­snym cia­łem. Jego ra­miona były na­pięte jak struny.

Drzwi się otwo­rzyły i książę Enve­igh wy­chy­lił głowę, pró­bu­jąc zaj­rzeć po­nad ra­mie­niem księ­cia Ec­cess. Spo­glą­dał to na przy­ja­ciela, to na gu­wer­nantkę, a czoło marsz­czyło się co­raz bar­dziej. Ką­ciki ust za­ci­snęły, zdra­dza­jąc nie­po­kój... i coś jesz­cze. Coś mrocz­niej­szym. Coś, co do złu­dze­nia przy­po­mi­nało za­zdrość.

- Zna­leź­li­śmy Ja­mesa - po­wie­dział. - Twój pod­opieczny jest bez­pieczny.

Ra­miona księ­cia Ec­cess się roz­luź­niły, jakby spadł z nich ogromny cię­żar.

Od­dech Tem­pe­rance rów­nież po­woli wra­cał do normy, choć wargi wciąż ją mro­wiły, a całe ciało drżało od emo­cji.

Chle­bo­dawca po­słał jej spoj­rze­nie tak in­ten­sywne, że aż ugięły się pod nią ko­lana - obiet­nicę do­koń­cze­nia tej roz­mowy, która po­now­nie roz­nie­ciła w niej ogień. Szybko od­wró­ciła wzrok, czu­jąc su­chość w ustach.

W żo­łądku już za­czy­nało ją kłuć po­czu­cie winy. Za­cho­wała się nie­roz­waż­nie. Po­winna była go po­wstrzy­mać.

Nie­ważne. Mu­siała ukry­wać się jesz­cze tylko przez trzy ty­go­dnie. Do­tąd była tu bez­pieczna... Na­wet książę Enve­igh jej nie roz­po­znał. Wy­star­czyło za­cho­wać ostroż­ność i nie ulec po­ku­sie, którą sta­no­wił książę Ec­cess.

Choć po tym, co wła­śnie mię­dzy nimi za­szło, Tem­pe­rance nie była już pewna, czy sama ostroż­ność wy­star­czy.

Roz­dział 7

Śmiech So­phie po­niósł się ko­ry­ta­rzem, a chwilę póź­niej roz­legł się rzadko sły­szany chi­chot Ja­mesa. Octa­vius za­trzy­mał się w pół kroku. Nie był to ten dziki, nie­okieł­znany śmiech, po któ­rym zwy­kle na­stę­po­wały od­głos tłu­czo­nego kosz­tow­nego przed­miotu i prze­ra­żone krzyki słu­żą­cych. Tym ra­zem brzmiała w nim ra­dość. Za­do­wo­le­nie. Bez­tro­ska dzieci, które nie mu­siały się bun­to­wać i któ­rym po­zwa­lano być sobą.

Szedł wła­śnie w stronę szkol­nej sali i za­mie­rzał je­dy­nie zaj­rzeć przez drzwi, by upew­nić się, że po wczo­raj­szych wy­bry­kach Ja­mes ma się do­brze. Miał ochotę zo­stać dłu­żej, lecz nie są­dził, by chło­piec chciał go wi­dzieć. A jed­nak, gdy zbli­żył się do drzwi, za­wa­hał się z dło­nią opartą o fra­mugę i nie po­tra­fił odejść.

W pro­mie­niach gru­dnio­wego po­po­łu­dnio­wego słońca sie­działa panna Fields. Po obu jej stro­nach na so­fie roz­sia­dały się Mar­ga­ret i So­phie. Młod­sza z sióstr czy­tała na głos nie­na­ganną fran­cusz­czy­zną, od­gry­wa­jąc przy tym po­szcze­gólne role. Ja­mes sie­dział na pod­ło­dze, sku­piony tak bar­dzo, że aż wy­su­nął ko­niu­szek ję­zyka, i z wielką sta­ran­no­ścią roz­kła­dał na czę­ści stary ze­gar z sali dla służby.

Octa­vius po­czuł nie­mal fi­zyczne pra­gnie­nie, by do nich do­łą­czyć.

Pod opieką panny Fields dzieci wy­da­wały się szczę­śliw­sze. Na­wet Ja­mes - mimo wy­raź­nego oporu i nie­chęci do przy­zna­nia, że zmiany w domu spra­wiają mu przy­jem­ność - zda­wał się spo­koj­niej­szy.

Sam Octa­vius rów­nież się zmie­nił, po­mimo tego, jak bli­sko był po­tknię­cia po­przed­niego wie­czoru. Od­kąd od­sta­wił al­ko­hol, nie był pe­wien, czy po­doba mu się czło­wiek, który do­tąd się za nim ukry­wał. Nie­ustanne pra­gnie­nie, które ka­zało mu wy­cią­gać dłoń po kie­li­szek ulu­bio­nego ko­niaku, brandy czy wina... za­tra­cać się w grze sma­ków, aro­ma­tów i sub­tel­nych niu­an­sów trunku, który przy oka­zji spra­wiał, że czuł się lżej­szy, za­baw­niej­szy i bar­dziej swo­bodny... by­wało nie­mal nie do znie­sie­nia.

Ale te­raz nie mógł so­bie na to po­zwo­lić.

Gdy tylko po bo­żo­na­ro­dze­nio­wym ogło­sze­niu rządu obej­mie sta­no­wi­sko prze­wod­ni­czą­cego Za­rządu Han­dlu, z ra­do­ścią wróci do daw­nych przy­zwy­cza­jeń. Nie bę­dzie już mu­siał z taką pie­czo­ło­wi­to­ścią strzec nie­ska­zi­tel­nej ma­ski. O ile za­chowa dys­kre­cję, nie grożą mu kon­se­kwen­cje w ro­dzaju ode­bra­nia sta­no­wi­ska przez lorda Li­ver­po­ola. To­wa­rzy­stwo przy­my­kało oko na grze­chy lu­dzi po­sia­da­ją­cych praw­dziwą wła­dzę.

Ta myśl po­ma­gała mu prze­trwać ko­lejne dni.

Ta myśl... i wi­dok panny Fields. Spo­sób, w jaki słu­chała czy­ta­ją­cej So­phie, lekko prze­chy­la­jąc głowę, z ła­god­nym uśmie­chem igra­ją­cym w ką­ci­kach ust. To, jak po­tra­fiła po­świę­cać uwagę wszyst­kim dzie­ciom, nie do­pusz­cza­jąc, by któ­re­kol­wiek z nich czuło się po­mi­jane - umie­jęt­ność, któ­rej on ni­gdy nie po­siadł. Ci­cha ele­gan­cja, z jaką sie­działa, z dłońmi zło­żo­nymi na ko­la­nach, pod­czas gdy jej szare oczy sku­piały się cał­ko­wi­cie na So­phie, po­tem na Mar­ga­ret, a na­stęp­nie na Ja­me­sie. Samą swoją obec­no­ścią bu­dziła w jego piersi cie­pło, któ­rego nie czuł od wielu lat.

Jakby usły­szała jego my­śli, panna Fields pod­nio­sła głowę. Gdy na­po­tkał spoj­rze­nie jej ży­wych, roz­iskrzo­nych oczu, na mo­ment za­bra­kło mu tchu.

- Ja... eee... Ja­me­sie, wszystko u cie­bie w po­rządku? - wy­du­sił z sie­bie Octa­vius, zwra­ca­jąc wzrok ku chłopcu.

Ja­mes za­mru­gał ze zdzi­wie­niem.

- U mnie, Wa­sza Ksią­żęca Mość? T-t-tak, wszystko do­brze.

- To do­brze.

I rze­czy­wi­ście było do­brze. Chło­piec wy­glą­dał na zdro­wego. Może tro­chę spię­tego, ale nie był już tak blady jak po­przed­niego wie­czoru. Na myśl o tym gar­dło Octa­viusa ści­snęło się bo­le­śnie. Roz­wa­żał prze­pro­siny za to, że pod­niósł głos tak gwał­tow­nie, iż wy­stra­szył bied­nego chłopca. Jed­nak słowa prze­pro­sin uwię­zły mu w gar­dle ni­czym ka­mień.

Za­pa­dła mię­dzy nimi ci­sza. Octa­vius wie­dział, że po­wi­nien odejść, lecz coś nie po­zwa­lało mu tego zro­bić. Pra­gnął być czę­ścią tej cie­płej, spo­koj­nej, do­mo­wej sceny, jakby od za­wsze było tu jego miej­sce.

W ro­dzi­nie.

Oczy­wi­ście miał ro­dzinę poza swo­imi pod­opiecz­nymi - młod­szą sio­strę.

Przez lata wy­sy­łał za­py­ta­nia do Fran­cji, Ni­der­lan­dów, państw pru­skich i nie­miec­kich, a na­wet do wło­skich księstw oraz Hisz­pa­nii, szu­ka­jąc naj­mniej­szego śladu po niej lub po ich matce. Za­wsze bez­sku­tecz­nie. Po­szu­ki­wa­nia przy­nio­sły tylko jedną dru­zgo­cącą wia­do­mość: ich mama zmarła sie­dem lat temu.

Sie­dem lat. Przez pięt­na­ście lat żyła z dala od niego. Ni­gdy nie mu­siała ucie­kać z kraju ani się ukry­wać - oj­ciec zmarł już na­stęp­nego ranka po jej wy­jeź­dzie, mo­gła więc wró­cić od razu. Ta świa­do­mość cią­żyła Octa­viu­sowi na sercu ni­czym ka­mień młyń­ski. Jego matka wo­lała po­zo­stać z dala od niego, niż do niego wró­cić.

Ale gdzieś w świe­cie wciąż żyła jego sio­stra i nie za­mie­rzał usta­wać w jej po­szu­ki­wa­niach. Była je­dyną bli­ską osobą, jaka mu po­zo­stała - sa­motną młodą ko­bietą po­zba­wioną na­leż­nego jej dzie­dzic­twa. Miał obo­wią­zek ją chro­nić i za­dbać, by ni­czego jej nie bra­ko­wało.

- Czy chciałby się pan do nas przy­łą­czyć, Wa­sza Ksią­żęca Mość? - za­py­tała panna Fields, wy­ry­wa­jąc go z za­my­śle­nia.

- Tak, Wa­sza Ksią­żęca Mość! - za­pisz­czała z za­chwy­tem So­phie, od­kła­da­jąc książkę na bok. Ze­rwała się na nogi i pod­bie­gła do niego lek­kim kro­kiem. Chwy­ciła go za rękę swoją cie­płą, małą dło­nią i po­cią­gnęła za sobą. - Pro­szę do nas do­łą­czyć! Niech nam pan po­czyta po fran­cu­sku!

Ale to tę­skne spoj­rze­nie Ja­mesa prze­są­dziło sprawę. Octa­vius po­zwo­lił So­phie za­pro­wa­dzić się do po­koju, czu­jąc się jak wielki nie­zdarny niedź­wiedź w skła­dzie por­ce­lany, go­tów po­tłuc de­li­katne sprzęty, skrzyw­dzić dzieci i ich śliczną gu­wer­nantkę.

Poza tym nie czy­tał szcze­gól­nie do­brze, a już zwłasz­cza po fran­cu­sku.

Nie­zdara - do­prawdy.

- To ty mi po­czy­tasz, So­phie - po­wie­dział, zaj­mu­jąc miej­sce na so­fie obok dziew­czynki.

- Oczy­wi­ście! - wy­krzyk­nęła. - Na co ma pan ochotę? Może Czte­rej ry­ce­rze? Czy­tał pan tę książkę?

- Nie, nie mogę po­wie­dzieć, że­bym czy­tał.

So­phie, co trudno by­łoby uznać za za­cho­wa­nie od­po­wied­nie dla mło­dej damy, pod­sko­czyła do bi­blio­teczki. Zda­wało się, że był to jej ulu­biony spo­sób po­ru­sza­nia się, ale panna Fields nie upo­mi­nała jej tak, jak zro­bi­łaby to więk­szość gu­wer­nan­tek. Z ja­kie­goś po­wodu Octa­viu­sowi to nie prze­szka­dzało.

- Uwa­żam, że bio­gra­fia Isa­aca New­tona jest znacz­nie cie­kaw­sza - oznaj­miła Mar­ga­ret, która pod­nio­sła się z wdzię­kiem ła­bę­dzia i po­de­szła do pó­łek w po­szu­ki­wa­niu od­po­wied­niej książki.

- A ty co byś wy­brał, Ja­me­sie? - za­py­tała życz­li­wie panna Fields.

Ja­mes zmarsz­czył brwi, spo­glą­da­jąc na nich z pod­łogi.

- Nic. To wszystko i tak jest głu­pie.

Panna Fields po­chy­liła się ku Octa­viu­sowi, a w ką­ci­kach jej oczu po­ja­wiły się drobne zmarszczki od uśmie­chu.

- Przy­naj­mniej nie zaj­muje się te­raz ła­pa­niem i wy­pusz­cza­niem ca­łej ar­mii my­szy.

- Nie, Czte­rej ry­ce­rze! - za­pro­te­sto­wała So­phie. - Bio­gra­fia uczo­nego jest nudna. Chcemy przy­gód i bi­tew, prawda, Wa­sza Ksią­żęca Mość?

Pod­nio­sła książkę i spoj­rzała na niego z na­dzieją.

Nie po­do­bało mu się, że dziew­czynki sprze­czały się ze sobą, zwłasz­cza o jego uwagę. Tylko co po­wi­nien wy­brać?

- Ja... ja...

- Może naj­pierw prze­czy­tamy o tych czte­rech ry­cer­zach, So­phie - za­pro­po­no­wała panna Fields - a po­tem bio­gra­fię Isa­aca New­tona. Czy ta­kie roz­wią­za­nie bę­dzie od­po­wied­nie, pa­nienki?

Mar­ga­ret ski­nęła głową na znak apro­baty, a po­dziw Octa­viusa dla gu­wer­nantki jesz­cze wzrósł.

- Je­stem już wy­star­cza­jąco do­ro­sła, żeby ustą­pić dziecku.

Jed­nak gdy to mó­wiła, zer­k­nęła na niego do­kład­nie w ten sam spo­sób, w jaki on sam przez lata spo­glą­dał na ojca, szu­ka­jąc jego apro­baty.

- Spodoba się panu! - za­wo­łała So­phie, wra­ca­jąc z książką na sofę. - Ro­land jest jed­nym z czte­rech ry­ce­rzy i na pewno go pan po­lubi, Wa­sza Ksią­żęca Mość.

Usa­do­wiła się wy­god­nie przy pan­nie Fields i otwo­rzyła książkę.

Octa­vius par­sk­nął ci­cho śmie­chem.

- A dla­czego miał­bym go po­lu­bić?

- Bo jest duży i silny jak pan, a do tego lubi do­brze zjeść i na­pić się wina.

Mu­siał za­ci­snąć usta, by ukryć uśmiech.

- Do­brze więc, So­phie. Po­czy­taj mi o Ro­lan­dzie.

Dziew­czynka unio­sła pod­bró­dek z pełną po­wagi miną i za­częła czy­tać.

Przez co naj­mniej pół go­dziny wszy­scy słu­chali jej w sku­pie­niu, a Octa­vius od­krył, że... spra­wia mu to przy­jem­ność. Ogar­nęło go rzad­kie po­czu­cie spo­koju, lek­kie i ko­jące za­ra­zem.

Za ple­cami So­phie, która czy­tała z po­chy­loną głową, Octa­vius na­chy­lił się ku pan­nie Fields.

- Do­ko­nała pani cudu, panno Fields. To praw­dziwa przy­jem­ność prze­by­wać z tymi dziećmi.

Uśmiech­nęła się, a jego serce roz­pa­lił ko­jący żar.

- Za­wsze były wspa­nia­łymi dziećmi, Wa­sza Ksią­żęca Mość.

Nie od­ry­wa­jąc wzroku od jej oczu, Octa­vius ski­nął głową. Ra­dość pul­so­wała gdzieś głę­boko w nim. Od­chrząk­nął. Być może po­peł­niał błąd.

- So­phie, prze­rwij na chwilę, pro­szę. Panno Fields, dzieci, chciał­bym, aby­ście wszy­scy czworo po­ja­wili się na nie­wiel­kim przy­ję­ciu, które wy­daję za trzy dni. To dla mnie ważne, po­nie­waż je­śli spo­tka­nie przy­pad­nie do gu­stu człon­kom Za­rządu Han­dlu oraz lor­dowi Li­ver­po­olowi, może po­móc mi ob­jąć sta­no­wi­sko prze­wod­ni­czą­cego Za­rządu Han­dlu.

Gdyby nie to, że lord Li­ver­pool chciał wi­dzieć w Octa­viu­sie czło­wieka od­mie­nio­nego - od­po­wie­dzial­nego opie­kuna i głowę ro­dziny - naj­chęt­niej ka­załby im po­zo­stać w szkol­nej sali, z dala od wzroku go­ści i wszel­kich kło­po­tów. Obec­ność do­brze wy­cho­wa­nych dzieci z pew­no­ścią jed­nak sta­no­wi­łaby do­wód jego prze­miany z hu­laki w sta­tecz­nego dżen­tel­mena. Po­trze­bo­wał ich tam.

Choć ro­zu­mo­wa­nie Octa­viusa wy­da­wało się bez za­rzutu, twarz panny Fields nieco po­bla­dła. Czy była to zwy­kła nie­śmia­łość na myśl o zna­le­zie­niu się w to­wa­rzy­stwie? Jakże chciał po­wie­dzieć jej, że je­śli cho­dzi o nią, nie ma naj­mniej­szego po­wodu do obaw. Zresztą, ile­kroć prze­by­wali w tym sa­mym po­miesz­cze­niu, i tak nie do­strze­gał ni­kogo poza nią.

So­phie wy­pro­sto­wała się dum­nie.

- Po­mogę panu, Wa­sza Ksią­żęca Mość. Może pan na mnie li­czyć. Czy będą tam fran­cu­scy dy­plo­maci? Z przy­jem­no­ścią za­ba­wię ich w ich oj­czy­stym ję­zyku.

Ro­ze­śmiał się.

- To by­łoby rze­czy­wi­ście bar­dzo po­mocne, So­phie. O ile tylko nie za­czniesz śpie­wać swo­ich ulu­bio­nych bie­siad­nych pio­se­nek.

- Czy moja obec­ność jest na­prawdę ko­nieczna, Wa­sza Ksią­żęca Mość? - za­py­tała ci­cho panna Fields. - Wo­la­ła­bym zo­stać u sie­bie i po­cze­kać, aż dzieci wrócą do swo­ich kom­nat.

Miał ra­cję. Mu­siał ją mieć. Była po pro­stu nie­śmiała i oba­wiała się wy­stą­pień w to­wa­rzy­stwie.

- Czy pani też ucieka przed wła­snymi du­chami, panno Fields? - za­py­tał ła­god­nie.

Resztki ko­loru znik­nęły z jej twa­rzy, a ką­ciki ust opa­dły.

- Ależ skąd - od­parła, po czym prze­łknęła ślinę. - Kto... eee... kto bę­dzie obecny?

Zmarsz­czył brwi, czu­jąc nie­przy­jemny skurcz w żo­łądku.

- Czy to ma zna­cze­nie? Pró­buje pani ko­goś uni­kać?

Po­trzą­snęła głową odro­binę zbyt ener­gicz­nie.

- Nie, nie, oczy­wi­ście, że nie.

Octa­vius chciał jej uwie­rzyć. Chciał wie­rzyć, że w jej prze­szło­ści nie było żad­nego męż­czy­zny.

- Jako ich gu­wer­nantka po­winna pani być obecna, gdy dzieci prze­by­wają w to­wa­rzy­stwie. Na wy­pa­dek gdyby wy­da­rzyło się coś nie­prze­wi­dzia­nego. To ważna część pani obo­wiąz­ków.

Przy­tak­nęła z nieco prze­sad­nym za­pa­łem.

- Oczy­wi­ście, Wa­sza Ksią­żęca Mość. Będę. A dzieci będą przy­go­to­wane.

Uprzej­mie ski­nął głową.

- Dzię­kuję.

W tej chwili roz­le­gło się pu­ka­nie do drzwi i po­ja­wił się lo­kaj.

- Wa­sza Ksią­żęca Mość?

Octa­vius miał nie­przy­jemne wra­że­nie, jakby ktoś wy­cią­gnął go z cie­płej ką­pieli pro­sto w chłodne po­wie­trze. Od­chrząk­nął.

- Tak, Ja­cob­sie?

- Książę Enve­igh przy­był z wi­zytą, Wa­sza Mi­łość, i pyta, czy mógłby do­łą­czyć do pań­stwa w szkol­nej sali.

Octa­vius zmarsz­czył brwi.

- W szkol­nej sali? Ależ skąd. Pro­szę go za­pro­wa­dzić do mo­jego ga­bi­netu.

Za ple­cami lo­kaja w ko­ry­ta­rzu stał Ar­chi­bald. Gdy Octa­vius spo­strzegł, że przy­ja­ciel na­tych­miast od­na­lazł spoj­rze­niem pannę Fields, mi­mo­wol­nie za­ci­snął szczękę. Enve­igh pre­zen­to­wał się nie­na­gan­nie - smu­kły i pe­łen ele­gan­cji tam, gdzie sam Ec­cess czuł się cięż­kim ol­brzy­mem.

Ar­chi­bald uśmiech­nął się sze­roko.

- Chciał­bym usły­szeć dal­szy ciąg tej hi­sto­rii, je­śli wszy­scy obecni wy­rażą zgodę.

Wnętrz­no­ści Octa­viusa ści­snęły się bo­le­śnie. Enve­igh nie ro­bił nic nie­wła­ści­wego, do­łą­cza­jąc do nich. Dla­czego więc miał wra­że­nie, że je­den z jego naj­bliż­szych przy­ja­ciół wtar­gnął tu po to, by za­gro­zić jego do­mo­wemu szczę­ściu?