Książę nocy - Elizabeth Hoyt

Reflow text when sidebars are open.
Choć snułam dotąd wiele opowieści, żadna nie była tak dziwna jak legenda o królu Herli...
- z Legendy o królu Herli
Lipiec 1740 roku
Londyn, Anglia
Artemis Greaves nie lubiła myśleć o sobie, że jest cyniczna, lecz kiedy na oświetloną księżycowym blaskiem alejkę opadła zamaskowana postać, by stawić czoło trzem łotrom, zagrażającym Artemis oraz jej kuzynce, dziewczyna bezwiednie zacisnęła palce na ukrytym w bucie nożu.
Tak jak dyktował rozsądek.
Mężczyzna był wysoki i miał na sobie strój arlekina - getry oraz tunikę w czerwono-czarne romby, wysokie czarne buty, kapelusz z szerokim, opadającym rondem i czarną, zakrywającą pół twarzy maskę z groteskowo wielkim nosem. Arlekiny w założeniu miały dostarczać rozrywki - niezbyt wyrafinowanej - lecz nikt w alejce się nie zaśmiał. Przybysz wyprostował się po skoku z tak niezwykłą gracją, że Artemis zaparło dech w piersiach. Był niczym kot z dżungli - dziki i bezlitosny - i atakował jak on. Bez wahania.
Skoczył ku trójce łajdaków.
Artemis przyglądała się temu, klęcząc z dłonią zaciśniętą na niewielkim nożu. Nie widziała dotąd, by ktoś tak walczył - z brutalnym wdziękiem, wymachując błyskającymi w ciemności ostrzami zbyt szybko, by mogło nadążyć za nimi ludzkie oko.
Pierwszy z trójki napastników upadł, przetoczył się po ulicy i znieruchomiał. Kuzynka Artemis, lady Penelope Chadwicke, pisnęła, odsuwając się od krwawiącego mężczyzny. Drugi łotr zaatakował, arlekin uskoczył jednak, podsunął wyprostowaną nogę pod stopy napastnika, kopniakiem posłał go na ziemię i ponownie kopnął - złośliwie - w twarz. Ruszył na trzeciego osiłka i zdzielił go rękojeścią szpady w skroń.
Mężczyzna osunął się z łomotem na chodnik.
Artemis nerwowo przełknęła ślinę.
W brudnej uliczce zapanował nagle nienaturalny spokój, rudery zdawały się pochylać ku nim złowróżbnie, grożąc zawaleniem. Arlekin obrócił się, nawet niezdyszany, i spojrzał na Penelope. Szlochała cicho ze strachu, przytulona do ściany.
Odwrócił lekko głowę i przeniósł spojrzenie na Artemis. Westchnęła na widok stalowego błysku oczu ukrytych za dziwaczną maską.
Wierzyła kiedyś, że większość ludzi jest dobra z natury, a Bóg przygląda się jej z niebios i jeśli będzie uczciwa, szczera i zawsze zaproponuje ostatni kawałek malinowego placka komuś innemu, to nawet gdy przytrafi jej się coś smutnego, wszystko dobrze się skończy.
Tak było przedtem. Zanim straciła rodzinę oraz mężczyznę, który przysięgał, że kocha ją bardziej niż słońce. I zanim jej ukochany brat został zamknięty bez powodu w Bedlam, a ona popadła w taką desperację, że popłakała się z ulgi i wdzięczności, gdy zaoferowano jej posadę damy do towarzystwa głupiutkiej kuzynki.
Przedtem rzuciłaby się dziękować ponuremu arlekinowi za to, że uratował je w tak wspaniałym stylu.
Teraz spoglądała na niego zwężonymi oczami, zastanawiając się, dlaczego pospieszył z pomocą dwóm samotnym kobietom, przemierzającym o północy niebezpieczne uliczki St. Giles.
Skrzywiła się.
Może stała się jednak odrobinę cyniczna.
Zrobił dwa pełne gracji kroki i stanął nad nią. Spostrzegła, że przenosi spojrzenie z jej dłoni, zaciśniętej na żałosnym sztyleciku, na twarz. Jego szerokie usta drgnęły - z rozbawienia. Lub irytacji? Litości? Wątpiła, aby chodziło o to ostatnie, ale po prostu nie była w stanie tego odgadnąć - a z niewiadomych przyczyn bardzo jej na tym zależało. Nie wiedzieć czemu, miało dla niej znaczenie, co nieznajomy o niej myśli - i, oczywiście, co zamierza w związku z tym zrobić.
Wyciągnął rękę, a wtedy coś błysnęło. Artemis spojrzała na jego dłoń, zauważając przytłumiony blask złota na małym palcu. Położyła na niej swoją, czując żar bijący od mężczyzny, kiedy pomagał jej się podnieść. Stanęła tak blisko, że gdyby pochyliła się choć odrobinę, mogłaby musnąć wargami jego szyję.
Przyglądała się przez chwilę, jak bije tam puls, pewny i szybki, zanim podniosła wzrok. Nieznajomy wpatrywał się w nią, przechyliwszy lekko głowę, jakby szacował ją spojrzeniem, szukając czegoś w jej twarzy.
Zaczerpnęła powietrza i otworzyła usta, by zadać pytanie.
A wtedy Penelope skoczyła mężczyźnie na plecy. Wrzasnęła - zapewne oszalała ze strachu - i jęła uderzać pięściami w szerokie barki arlekina, nie czyniąc mu oczywiście szkody.
Zareagował, puszczając dłoń Artemis, po czym odwrócił się i uniósł ramię, aby odsunąć Penelope, jednak Artemis nie chciała uwolnić jego ręki. Instynktownie, ponieważ z pewnością nie próbowałaby go zatrzymać. Wyszarpnął się, a wtedy dziewczyna poczuła, że coś upada na jej dłoń.
Arlekin bez trudu wydostał się z uścisku Penelope i pobiegł w dół alejki.
Panna Chadwicke oddychała ciężko, z potarganą fryzurą i zadrapaniem na ślicznej twarzy.
- Mógł nas zamordować!
- Co takiego? - spytała Artemis, nie mogąc oderwać wzroku od krańca uliczki, gdzie zniknął nieznajomy.
- To był Duch St. Giles - powiedziała Penelope. - Nie rozpoznałaś go? Powiadają, że gwałci dziewczęta i morduje je z zimną krwią!
- Jak na zimnokrwistego mordercę okazał się całkiem pomocny - zauważyła Artemis, schylając się, by podnieść latarnię. Postawiła ją, kiedy w zaułku zjawiło się trzech opryszków. Na szczęście nie została przewrócona podczas walki. Dziewczyna z zaskoczeniem spostrzegła, że płomyk w środku się chwieje. Jej dłoń drżała, zaczerpnęła więc powietrza, aby się uspokoić. Nerwy nie pomogą im w bezpiecznym wydostaniu się z St. Giles.
Podniosła wzrok i zobaczyła, że nadąsana Penelope wydyma usta.
- Byłaś jednak bardzo dzielna, rzucając mi się na pomoc - dodała pospiesznie.
Twarz Penelope pojaśniała.
- Prawda? Przegoniłam strasznego zbója! To lepsze niż wypicie szklaneczki dżinu o północy w St. Giles. Jestem pewna, że lord Featherstone będzie pod wrażeniem.
Artemis przewróciła oczami, kierując się wraz z kuzynką w stronę powozu. Lord Featherstone był w tej chwili najmniej lubianą przez nią postacią. Niemądry truteń z towarzystwa nakłonił bowiem Penelope do założenia się, że przyjedzie do St. Giles o północy, kupi kubek dżinu i go wypije. O mało nie zginęły - albo i gorzej - a wszystko przez lorda Featherstone'a.
I nadal nie wydostały się z St. Giles.
Gdybyż tylko Penelope nie upierała się tak bardzo przy tym, by uważano ją za śmiałą - przeklęte słowo! - co miało przyciągnąć uwagę pewnego księcia, nie dałaby się zapewne namówić na podjęcie tak nierozsądnego wyzwania. Artemis potrząsnęła głową, rozglądając się czujnie, kiedy skręcały z alejki w jedną z tysiąca wąskich dróżek, z jakich składało się St. Giles. Rynsztok, biegnący środkiem ulicy, zapchany był czymś ohydnym, czemu wolała nie przyglądać się zbyt uważnie. Penelope zamilkła, podążając potulnie za kuzynką. Pochylona, niewyraźna sylwetka wychynęła z jednej z walących się budowli. Artemis zamarła, przygotowując się do ucieczki, jednak mężczyzna - czy też kobieta, trudno powiedzieć - wycofał się pospiesznie na ich widok.
Mimo to nie odprężyła się, dopóki nie skręciły za róg i nie dostrzegła powozu Penelope, stojącego przy nieco szerszej uliczce.
- O, jesteśmy - powiedziała właścicielka pojazdu, jakby wracały ze spaceru po Bond Street. - To było dość ekscytujące, nieprawdaż?
Artemis spojrzała na kuzynkę z niedowierzaniem - i nagle jej uwagę przyciągnął ruch na dachu budynku po przeciwnej stronie ulicy. Ktoś tam kucał, przyczajony. Gdy tak patrzyła, uniósł dłoń i dotknął nią kapelusza w parodii salutu.
Przebiegł ją dreszcz.
- Artemis? - Penelope wsiadała już do powozu.
Kobieta odwróciła wzrok od złowróżbnej postaci.
- Idę, kuzynko.
Wdrapała się po schodkach i usiadła sztywno na pluszowych poduchach o barwie indygo. Dlaczego za nimi podążał? By odkryć, kim są? A może chciał się upewnić, że dotrą bezpiecznie do powozu?
Nie bądź niemądra, zganiła się w duchu, i nie ulegaj romantycznym fantazjom. Wątpliwe, aby ktoś taki jak Duch St. Giles troszczył się o bezpieczeństwo dwóch głupiutkich damulek. Bez wątpienia miał własny powód, aby je śledzić.
- Nie mogę się doczekać, by opowiedzieć księciu Wakefieldowi o naszej dzisiejszej przygodzie - zauważyła Penelope, wytrącając Artemis z zamyślenia. - Założę się, że będzie nie lada zaskoczony.
- Mhm - mruknęła Artemis niezobowiązująco. Czy jakikolwiek mężczyzna pragnąłby pojąć za żonę kobietę o tak ptasim móżdżku, że zaryzykowała nocną wyprawę do St. Giles, by wygrać zakład, i uważała to za uroczy psikus? Starania Penelope, by zwrócić na siebie uwagę księcia, wydawały się w najlepszym razie nieprzemyślane, w najgorszym zaś po prostu niemądre. Serce Artemis ścisnęło się ze współczucia.
Z drugiej strony, Penelope była jedną z najbogatszych dziedziczek w Anglii. Góra złota pozwala przymknąć oko na mnóstwo wad. Poza tym kuzynka, obdarzona przez naturę kruczoczarnymi włosami, mleczną karnacją i fiołkowymi oczami, uważana była powszechnie za piękność. Wielu mężczyzn z pewnością nie dbałoby o to, co kryje się pod tak powabną powierzchownością.
Artemis westchnęła w duchu i pozwoliła, by paplanina podekscytowanej przygodą kuzynki obmywała ją, nie docierając głębiej. Powinna być bardziej uważna. Jej los związany był przecież nierozerwalnie z losem krewnej. Będzie musiała zamieszkać z nią w domu mężczyzny, którego Penelope zdecyduje się poślubić.
Chyba że ta uzna wówczas, iż nie potrzebuje już damy do towarzystwa.
Artemis zacisnęła palce na drobnym przedmiocie, który Duch St. Giles zostawił w jej dłoni. Zdołała zerknąć nań w świetle latarni powozu, nim wsiadły. Był to złoty sygnet z czerwonym oczkiem. Zamyślona, przesunęła kciukiem po kamieniu. Wydawał się stary, znoszony, przeniknięty tajemniczą mocą. Interesujące.
Taki sygnet mógł bowiem należeć do arystokraty.
* * *
Maximus Batten, książę Wakefield, obudził się jak co dzień z gorzkim posmakiem klęski.
Przez chwilę leżał z zamkniętymi oczami w wielkim, osłoniętym storami łożu, starając się przełknąć gulę w gardle, spowodowaną wspomnieniem pasm ciemnych włosów, unoszących się w różowej od krwi wodzie. Wyciągnął rękę i położył prawą dłoń na zamkniętej szkatule na stoliku obok łóżka. Szmaragdowe zawieszki z naszyjnika, zbierane latami, spoczywały bezpiecznie w środku. Kolia nie była kompletna i książę zaczynał już wątpić, czy kiedykolwiek taka będzie i czy dwa brakujące wisiorki nie zaciążą na dobre na jego sumieniu.
A teraz spotkała go następna porażka. Wyprostował lewą dłoń, czując lekkość, do jakiej nie przywykł. Zgubił sygnet ojca - rodowy sygnet - ostatniej nocy w St. Giles. Kolejne z długiej listy jego przewinień.
Przeciągnął się ostrożnie, wypychając z głowy niewygodne myśli, co było niezbędne, aby mógł wstać i pełnić swoje obowiązki. Pobolewało go prawe kolano, coś było również nie tak z lewym ramieniem. Jak na mężczyznę zaledwie trzydziestotrzyletniego nie był chyba w najlepszej kondycji.
Jego lokaj, Craven, stojący obok bieliźniarki, odwrócił się i spojrzał na chlebodawcę.
- Dzień dobry, Wasza Miłość.
Maximus skinął w milczeniu głową i odrzucił kołdrę. Wstał i podszedł nago do umywalni, zaledwie odrobinę utykając. Miednica z gorącą wodą już tam na niego czekała. A także brzytwa, świeżo naostrzona przez Cravena. Namydlił twarz, po czym przystąpił do golenia.
- Zje pan śniadanie z lady Phoebe i panną Picklewood? - zapytał służący.
Maximus ściągnął brwi, spoglądając na swoje odbicie w pozłacanym lustrze nad umywalnią i przesuwając ostrzem po szyi. Jego młodsza siostra, Phoebe, liczyła sobie zaledwie dwadzieścia wiosen, więc kiedy druga z jego sióstr, Hero, kilka lat temu wyszła za mąż, postanowił przenieść Phoebe wraz ze starszą kuzynką, panną Bathildą Picklewood, do Wakefield House. Cieszyło go, iż może mieć siostrę przez cały czas na oku, jednak dzielenie domu - nawet tak przestronnego - z dwiema damami bywało kłopotliwe, kolidowało bowiem z tym obszarem jego działalności, którego nie mógł ujawnić.
- Nie dziś - postanowił, goląc bokobrody. - Proszę, przeproś panie w moim imieniu.
- Tak, Wasza Miłość.
Maximus obserwował w lustrze, jak lokaj unosi z naganą brwi. Książę zwykle nie tolerował połajanek - nawet milczących - lecz Craven cieszył się szczególnymi względami. Stanowił - wraz z tytułem - spadek po ojcu, któremu służył przez piętnaście lat. Miał długą twarz, głębokie pionowe zmarszczki po obu stronach ust i opadające kąciki oczu. Musiał być dobrze po pięćdziesiątce, choć nie było to wcale oczywiste, sądząc bowiem po wyglądzie, mógł mieć zarówno trzydzieści, jak i siedemdziesiąt lat. I bez wątpienia będzie wyglądał tak samo, kiedy Maximus zmieni się w zdziecinniałego staruszka bez choćby jednego włosa na głowie.
Książę prychnął pod nosem i postukał brzytwą o skraj miski, strzepując pianę i zarost z ostrza. W tym czasie Craven wyjął z szafy bieliznę, pończochy, czarną koszulę, kamizelkę oraz bryczesy. Maximus odwrócił głowę, zeskrobał resztkę piany ze szczęki i wytarł twarz wilgotnym ręcznikiem.
- Zdobyłeś informacje? - zapytał, wkładając bieliznę.
- W rzeczy samej, Wasza Miłość. - Craven opłukał brzytwę i wytarł ostrożnie lśniące ostrze, po czym ułożył narzędzie w wysłanym aksamitem pudełku z rewerencją godną najświętszych relikwii.
- I?
Lokaj odchrząknął, jakby przymierzał się do recytowania poezji przed królem.
- Finanse lorda Brightmore'a przedstawiają się, na ile byłem to w stanie ocenić, całkiem dobrze. Posiada nie tylko dwa majątki z ziemią orną w Yorkshire, lecz także trzy działające kopalnie węgla w West Riding, stalownię w Sheffield, a ostatnio zakupił także akcje Kompanii Wschodnioindyjskiej. Na początku roku otworzył czwartą kopalnię, częściowo na kredyt, wieść niesie jednak, że inwestycja okazała się udana i dług zostanie bez trudu spłacony.
Maximus chrząknął, sięgając po bryczesy.
- Co się tyczy córki lorda, lady Penelope Chadwicke - kontynuował tymczasem Craven - jest powszechnie wiadome, iż lord Brightmore przeznaczył na jej posag ładną sumkę.
Maximus uniósł brwi z cynicznym uśmieszkiem.
- Wiemy, ile konkretnie?
- W rzeczy samej, Wasza Miłość. - Craven wyjął z kieszeni mały notes, polizał kciuk i przewrócił kilka stron, po czym wymienił sumę tak wielką, że Maximus niemal zwątpił w zdolności detektywistyczne swojego lokaja.
- Boże święty! Jesteś pewien?
Craven spojrzał na chlebodawcę z ledwie widoczną naganą.
- Dowiedziałem się tego od głównego sekretarza prawnika lorda, zgorzkniałego dżentelmena, który nie potrafi zachować umiaru w piciu.
- Ach, tak. - Maximus zawiązał krawatkę i włożył kamizelkę. - Czyli zostaje tylko sama lady Penelope.
- Otóż to. - Craven schował notes i zacisnął wargi, wpatrując się w sufit. - Lady Penelope Chadwicke ma dwadzieścia cztery lata i jest jedynym żyjącym potomkiem swego ojca. Pomimo dosyć zaawansowanego jak na pannę wieku nie brakuje jej adoratorów. Nie wyszła dotąd za mąż chyba jedynie dlatego, że jest bardzo... hm... wybredna.
- Kapryśna i zbyt wymagająca.
Craven tylko się skrzywił.
- Na to wygląda, Wasza Miłość.
Maximus skinął głową i otworzył drzwi sypialni.
- Dokończymy rozmowę na dole.
- Tak, Wasza Miłość.
Craven wziął świecę i zapalił ją od ognia na kominku.
Za drzwiami sypialni znajdował się szeroki korytarz, prowadzący na lewo ku frontowi domu i wspaniałym schodom, wiodącym ku ogólnie dostępnym pomieszczeniom Wakefield House.
Maximus skręcił w prawo, w stronę klatki schodowej dla służby i innych, bardziej prywatnych pokoi. Kiedy znaleźli się w holu, otworzył drzwi tak zamaskowane, by wyglądały jak fragment boazerii, i ruszył wraz z depczącym mu po piętach Cravenem pozbawionymi dywanu i chodnika schodami. Minął wejście do kuchni i zszedł piętro niżej. Schody kończyły się zwykłymi drewnianymi drzwiami. Mężczyzna wyjął z kamizelki klucz i je otworzył. Za drzwiami znajdowały się kolejne schody, tym razem z kamienia, stare i wydeptane. Maximus zaczął schodzić, a Craven za nim, zapalając po drodze świece osadzone w szczelinach w ścianie.
Książę pochylił się, przeszedł pod niskim łukiem i znalazł się w niewielkim pomieszczeniu wyłożonym kamiennymi płytami. Blask świecy zatańczył, odbijając się od ścian i wydrapanych na nich prymitywnych sylwetek. Maximus podejrzewał, że są starsze niż chrześcijaństwo. Na wprost znajdowały się kolejne drzwi z pociemniałego ze starości drewna. Prowadziły do piwnicy: długiej, zaskakująco wysokiej, z żebrowanym sklepieniem podtrzymywanym przez mocne filary o kapitelach rzeźbionych w prymitywny wzór. Ojciec i dziadek Maximusa wykorzystywali pomieszczenie jako piwnicę na wino, mężczyzna nie zdziwiłby się jednak, gdyby pierwotnie znajdowała się tu świątynia jakiegoś pogańskiego bóstwa.
Craven zamknął drzwi, a Maximus zdjął kamizelkę. Ubieranie się każdego ranka po to jedynie, aby po kilku minutach się rozebrać, mogłoby się wydawać stratą czasu, lecz książę nigdy nie pokazywał się w dezabilu, nawet we własnym domu.
Craven chrząknął.
- Kontynuuj - mruknął Maximus, nie odwróciwszy się. Stojąc w bieliźnie, podniósł wzrok ku miejscu, gdzie w suficie umieszczono kilka żelaznych pierścieni.
- Lady Penelope uważana jest za jedną z najpiękniejszych kobiet swoich czasów - powiedział Craven.
Maximus skoczył i przywarł do filaru. Wcisnął bose stopy w szczelinę i sięgnął ku wąskiemu występowi, który, jak wiedział, znajdował się nad jego głową. Stęknął z wysiłku, podciągając się ku sufitowi i najbliższemu pierścieniowi.
- Tylko w ostatnim roku o jej rękę ubiegało się dwóch lordów i zagraniczne książątko.
- Jest dziewicą? - Pierścień znajdował się tuż poza zasięgiem - co było zamierzone, choć w takie dni jak dzisiejszy Maximusowi zdarzało się przeklinać ten pomysł. Odepchnął się od filaru, wyciągając ramię. Gdyby nie zdołał złapać obręczy... cóż, twarda kamienna podłoga znajdowała się daleko, daleko w dole.
Pochwycił ją jednak, a potem wykorzystał rozpęd i wagę ciała, by rzucić się do przodu. Chwycił drugą ręką następny pierścień, a potem kolejny.
- Prawie na pewno, Wasza Miłość! - zawołał Craven z dołu, kiedy Maximus przemieszczał się bez trudu pod sufitem. - Choć dama odznacza się bowiem beztroskim i żywym usposobieniem, wydaje się przy tym dość ostrożna.
Maximus prychnął, chwytając ostatnią obręcz. Umieszczono ją nieco bliżej niż poprzednią, mógł więc zawisnąć pomiędzy nimi z ramionami ułożonymi nad głową w kształt litery V. Czuł, jak mięśnie barków naprężają się, płonąc z wysiłku. Wyprostował palce stóp, a potem podciągnął się powoli, z rozmysłem, póki prawie nie dotknął stopami sufitu.
Wytrzymał w tej pozycji, oddychając z wysiłkiem, aż zaczęły mu drżeć ramiona.
- Nie nazwałbym jej zachowania ostatniej nocy ostrożnym.
- Rzeczywiście - zgodził się z nim Craven, ewidentnie krzywiąc się w duchu. - Muszę też dodać, że choć lady Penelope dobrze radzi sobie z szyciem, tańcem, graniem na harfie i rysowaniem, nie jest w żadnej z tych dziedzin zbyt utalentowana. Nie uchodzi też za szczególnie bystrą. Nie to, by z jej intelektem było cokolwiek nie w porządku. Po prostu jest... eee...
- Głupiutka.
Craven mruknął niezobowiązująco i spojrzał na sufit.
Maximus wyprostował się, a potem puścił pierścienie i wylądował miękko na podeszwach stóp. Podszedł do niskiej ławy, gdzie leżało kilka armatnich kul różnej wielkości. Wybrał tę, która dobrze leżała mu w dłoni, umieścił ją w zagłębieniu barku, a potem pobiegł przez piwnicę i pchnął kulę w kierunku zawieszonego siennika. Przebiła go i uderzyła z głuchym łoskotem w kamienną ścianę.
- Dobra robota, Wasza Miłość. - Craven pozwolił sobie na delikatny uśmieszek, kiedy Maximus przytruchtał z powrotem. - Bele z pewnością są teraz przerażone.
- Craven. - Maximus pokonał chęć, by też się uśmiechnąć. Był jednak księciem Wakefield, a nikomu nie wolno było naśmiewać się z Wakefielda - nawet jemu samemu.
Wziął do rąk następną ołowianą kulę.
- Dobrze już, dobrze. - Lokaj chrząknął. - Podsumowując: lady Penelope jest bardzo bogata, bardzo piękna, modna i wesoła, ale brakuje jej bystrości oraz... instynktu samozachowawczego. Mam wykreślić ją z listy, Wasza Miłość?
- Nie. - Maximus powtórzył ćwiczenie z nową kulą. Od ściany odpadł fragment kamienia. Zanotował sobie w pamięci, aby sprowadzić grubsze bele.
Odwrócił się i przekonał, że Craven wpatruje się w niego, skonfundowany.
- Ale z pewnością Wasza Miłość oczekuje od przyszłej żony więcej niż tylko urody, sutego posagu i odpowiedniego pochodzenia?
Maximus utkwił w lokaju stanowcze spojrzenie. Odbyli już tę dyskusję. Craven wymienił właśnie przymioty najbardziej pożądane u przyszłej księżnej. O zdrowym rozsądku - lub jego braku - nie było wcześniej mowy.
Przed oczami Wakefielda mignęły szare oczy w naznaczonej determinacją kobiecej twarzy. Panna Greaves przyniosła do St. Giles nóż - błysk stali u cholewki jej buta nie mógł oznaczać niczego innego. Co więcej, wydawało się, że jest gotowa go użyć. Poczuł - zarówno wtedy, jak i teraz - podziw. Czy którakolwiek ze znanych mu dam mogłaby się wykazać tak bezprzykładną odwagą?
Odrzucił jednak te niestosowne myśli i powrócił do sprawy. Ojciec zmarł przed nim, uhonoruje więc jego pamięć, poślubiając najodpowiedniejszą kandydatkę na księżnę.
- Znasz moje zdanie na ten temat. Lady Penelope będzie idealną żoną dla księcia Wakefielda.
Podniósł kolejną kulę, udając, że nie słyszy, jak Craven mamrocze pod nosem:
- Dla księcia może i tak, ale czy dla mężczyzny?
* * *
Niektórzy porównywali Bedlam do piekła - lub czyśćca, pełnego nieustających tortur oraz szaleństwa. Jednak Apollo Greaves, wicehrabia Kilbourne, wiedział, czym było ono naprawdę.
Więzieniem.
I miejscem, gdzie nieustannie się na coś czekało.
Na to, by nocne pojękiwania dobiegły wreszcie końca. Na szuranie podeszew na kamiennej podłodze, zwiastujące nadejście posiłku składającego się z kawałka spleśniałego chleba. Chluśnięcie zimnej wody, oznaczające kąpiel. Lub na to, by opróżniono służące za toaletę cuchnące wiadro. Na jedzenie. Picie. Świeże powietrze. Na cokolwiek, co pozwoliłoby mu poczuć, że jeszcze żyje i nie oszalał.
Przynajmniej na razie.
Lecz przede wszystkim czekał na siostrę, Artemis. Przychodziła, gdy tylko mogła, zazwyczaj raz w tygodniu. Wystarczająco często, by utrzymać go przy zdrowych zmysłach. Bez niej byłby stracony już dawno temu.
Kiedy usłyszał więc delikatne postukiwanie kobiecych obcasów na brudnej podłodze korytarza, oparł głowę o ścianę i przywołał uśmiech na wymizerowaną twarz.
Dziewczyna pojawiła się chwilę później, wyglądając zza rogu. Jej słodka, poważna buzia pojaśniała na widok brata. Artemis miała na sobie czystą, chociaż znoszoną brązową suknię i słomiany kapelusik, liczący sobie co najmniej pięć lat i starannie połatany nad prawym uchem. Jej szare oczy przepełniały uczucie i troska. Zdawała się wnosić powiew świeżego powietrza, co było wszak niemożliwe: jak można poczuć brak smrodu?
- Braciszku - powiedziała niskim, spokojnym głosem. Weszła do celi, nie zdradzając oznak niesmaku na widok niezakrytego wiadra w kącie czy też stanu, w jakim sam się znajdował - pchły i wszy bowiem zadomowiły się u niego na dobre. - Jak się masz?
Na pozór było to niemądre pytanie, miał się bowiem - jak przez cztery ostatnie lata - kiepsko, uzasadnione jednak, gdyż siostra obawiała się, że jego sytuacja może pewnego dnia się pogorszyć. I miała rację: na końcu była przecież jeszcze śmierć.
Nie zamierzał wszakże mówić Artemis, jak blisko kresu zdarzyło mu się już znaleźć.
- Och, mam się po prostu bosko - odparł zatem z uśmiechem, mając nadzieję, że kobieta nie zauważy, iż dziąsła krwawią mu przy najmniejszym poruszeniu. - Nereczki w maśle były tego ranka doskonałe, podobnie jak sadzone jajka i stek z szynki. Powinienem pogratulować kucharce, lecz coś stanęło mi na przeszkodzie.
Wskazał zakute w kajdany stopy. Łańcuch, długi na tyle, by mógł zrobić dwa kroki w każdą stronę, łączył okowy z wielkim żelaznym pierścieniem w ścianie.
- Apollo - powiedziała z delikatną naganą w głosie. Kąciki jej ust uniosły się jednak mimo woli i uznał to za swój sukces. Postawiła na podłodze niewielki miękki worek, który z sobą przyniosła.
- Szkoda, że już jadłeś, przyniosłam ci bowiem trochę pieczonego kurczaka. Mam nadzieję, że zdołasz przynajmniej spróbować.
- Och, dam chyba radę - zapewnił.
Poczuł aromat pieczonego mięsa i do ust napłynęła mu ślina. Był czas, gdy nie zawracał sobie głowy rozmyślaniami o następnym posiłku - może poza ledwie uświadomionym życzeniem, by placek z wiśniami zagościł w menu na stałe. Nie w tym rzecz, że ich rodzina była bogata - prawdę mówiąc, było wręcz przeciwnie - lecz nigdy nie brakowało im jedzenia. Chleb, ser i pieczeń z zielonym groszkiem duszonym w maśle. Brzoskwinie gotowane w miodzie i winie. Zapiekanka rybna i małe muffinki, które czasem robiła matka. Dobry Boże, ten pierwszy łyk zupy ogonowej, kawałki mięsa tak delikatne, że rozpływały się w ustach! Soczyste pomarańcze, prażone orzechy, marchewki z imbirem i to coś słodkiego, wyrabianego z płatków róż. Zdarzało mu się spędzić cały dzień, rozmyślając po prostu o jedzeniu - nieważne, jak bardzo starał się zmienić bieg myśli.
Nigdy nie uzna już pokarmu za coś oczywistego, co po prostu jest.
Odwrócił wzrok, aby nie patrzeć, jak Artemis wyjmuje udko. Odsunie to w czasie tak długo, jak zdoła, tę nieuchronną przemianę w wygłodniałe, bezmyślne zwierzę.
Poruszył się niespokojnie i łańcuch zadźwięczał. Dawali mu dość słomy, aby starczyło na siedzisko i wąskie posłanie, więc jeśli trochę się postara, znajdzie dla siostry w miarę czyste miejsce, aby też mogła usiąść. Innych wygód nie mógł jej zapewnić.
- Mam również ser i kawałek szarlotki, wyłudzone od kucharki.
Wydawała się z lekka zaniepokojona, a nawet zmartwiona, jakby wiedziała, że jest bliski rzucenia się na jedzenie i pochłonięcia wszystkiego jednym kęsem.
- Usiądź tutaj - powiedział burkliwie.
Opadła z wdziękiem na słomę, z nogami złożonymi po jednej stronie, jakby znajdowali się na pikniku, a nie w cuchnącym domu wariatów.
- Proszę.
Położyła udko i kawałek placka na czystej serwetce i podała mu ją. Wziął skarb ostrożnie, próbując oddychać przez usta, do tego tak, aby siostra nie domyśliła się, że to robi. Zacisnął szczęki i zaczerpnął powietrza, wpatrując się w jedzenie. Opanowanie było jedynym, co mu zostało.
- Proszę, Apollo, jedz.
Jej szept był niemal bolesny i przypomniał mu, że nie on jeden został ukarany za tamtą noc młodzieńczego szaleństwa.
Zniszczył wówczas nie tylko swoją przyszłość, lecz także siedzącej obok niego dziewczyny.
Ugryzł delikatnie udko i odłożył je na serwetkę, przeżuwając powoli i starając się utrzymać szaleństwo na wodzy. Cudowny smak wypełnił mu usta, sprawiając, że miał ochotę wyć z pożądania i głodu.
Przełknął kęs i położył sobie serwetkę na kolanach. Był dżentelmenem, nie zwierzęciem.
- Jak tam kuzynka?
Gdyby Artemis była w mniejszym stopniu damą, zapewne przewróciłaby teraz oczami.
- Rozprawia na okrągło o balu, na który wybieramy się dziś do miejskiej rezydencji wicehrabiego d'Arque'a. Pamiętasz go?
Apollo wziął do ust kolejny kęs. Nie obracał się nigdy w kręgach elity - nie miał na to dość pieniędzy - jednak ten tytuł coś mu mówił.
- Wysoki, ciemnowłosy facet o dość swobodnych manierach? Błyskotliwy i w pełni tego świadomy?
I robiący ogromne wrażenie na kobietach, pomyślał, zachowując tę uwagę dla siebie.
Skinęła głową.
- To on. Mieszka z babką, lady Whimple, co wydaje się trochę dziwne, zważywszy na jego reputację. Bal z pewnością został zorganizowany przez starszą panią, a on firmuje go tylko swoim nazwiskiem.
- Sądziłem, że Penelope bywa na balach niemal codziennie?
Artemis uśmiechnęła się leciutko.
- Czasami rzeczywiście można odnieść takie wrażenie.
Ugryzł kawałek placka i o mało nie jęknął, kiedy kwaskowo-słodki smak jabłek wypełnił mu usta.
- Skąd zatem podekscytowanie akurat tym balem? Czyżby zagięła parol na d'Arque'a?
- Och, nie. - Artemis z żalem potrząsnęła głową. - Wicehrabia by się nie nadał. Planuje usidlić księcia Wakefielda, a wieść niesie, że pojawi się on na dzisiejszym balu.
- Doprawdy? - Apollo spojrzał na siostrę. Jeśli ich kuzynka zdecyduje się wreszcie wyjść za mąż, Artemis może stracić dach nad głową, a on nie będzie mógł temu zaradzić. Zacisnął szczęki, zwalczając chęć, aby wykrzyczeć swą frustrację. Zaczerpnął jeszcze raz powietrza i napił się piwa przyniesionego przez gościa. Ciepły, gorzkawy smak chmielu uspokoił go na chwilę. - Cóż, życzę jej powodzenia, choć powinienem raczej współczuć Jego Miłości - Bóg jeden wie, że nie chciałbym, aby kuzynka skupiła swoje wysiłki na mnie.
- Apollo - złajała go delikatnie. - Penelope to miła dziewczyna, wiesz o tym.
- Doprawdy? - zapytał, drocząc się z nią. - Znana z filantropii i dobrych uczynków?
- Cóż, jest członkinią Syndykatu na rzecz Przytułku dla Sierot i Podrzutków - odparła sztywno jego siostra. Wyłuskała słomkę z posłania i zaczęła obracać ją między palcami.
- Sama mówiłaś, że wpadła na pomysł, aby przyodziać mieszkających tam chłopców w żółte kubraczki.
Artemis się skrzywiła.
- Ona się stara, naprawdę.
Zlitował się nad siostrą i zmienił temat, kończąc z góry skazane na niepowodzenie próby usprawiedliwienia skupionej wyłącznie na sobie kuzynki.
- Jeśli tak uważasz, jest to zapewne prawda. - Przyglądał się przez chwilę, jak Artemis zagina słomkę, tworząc kwadrat. - Czy jest coś, czego nie mówisz mi o dzisiejszym balu?
Spojrzała na niego zaskoczona.
- Nie, oczywiście, że nie.
Wskazał skinieniem głowy zmaltretowaną słomkę w jej dłoni.
- Co cię więc niepokoi?
- Och. - Zmarszczyła nos, spojrzawszy na źdźbło, i wyrzuciła je. - To nic takiego, naprawdę. Tylko że wczoraj w nocy...
Uniosła bezwiednie dłoń i zakryła nią miejsce, gdzie pod ozdobną chusteczką spoczywał wisiorek.
- Artemis.
Z trudem panował nad frustracją. Gdyby był wolny, mógłby ją wypytać, dowiedzieć się od służących i przyjaciół, o co chodzi, zbadać sprawę i rozwiązać ewentualny problem.
Tutaj mógł tylko czekać i mieć nadzieję, że Artemis powie mu prawdę o tym, jak wygląda jej życie na zewnątrz.
Podniosła na niego wzrok.
- Pamiętasz ten naszyjnik, który dałeś mi na piętnaste urodziny?
Pamiętał mały zielony kamień aż za dobrze. Młodemu chłopcu wydawał się prawdziwym szmaragdem, toteż był więcej niż dumny, mogąc podarować siostrze tak cudowny prezent. Ale nie o tym mieli teraz rozmawiać.
- Próbujesz zmienić temat.
Zacisnęła wargi w rzadkim u niej grymasie rozdrażnienia.
- Nic podobnego. Apollo...
- Co się wydarzyło?
Westchnęła, wypuszczając powietrze ustami.
- Pojechałyśmy z Penelope do St. Giles.
- Co takiego?! - St. Giles było istnym siedliskiem wszelkich nieprawości. Kobiecie takiej jak jego siostra mogło przytrafić się tam dosłownie wszystko. - Boże, Artemis! Nic ci się nie stało?! Nie zostałyście zaatakowane? Co...
Artemis potrząsnęła głową.
- Wiedziałam, że nie powinnam ci o tym mówić.
- Nie. - Szarpnął głową, jakby cios, który mu wymierzyła, był bardziej bolesny niż uderzenie pięścią. - Nie ukrywaj nic przede mną.
- Och. - Wyraz twarzy Artemis uległ natychmiastowej zmianie. - Masz rację, kochanie, nie powinnam niczego przed tobą zatajać. Pojechałyśmy do St. Giles, ponieważ Penelope przyjęła bardzo niemądry zakład, wzięłam jednak sztylet, który mi dałeś - pamiętasz go?
Skinął głową, starając się ukryć, że cierpi. Kiedy wyjeżdżał w wieku jedenastu lat do szkoły, uznał sztylecik za bardzo rozsądny prezent. W końcu zostawiał siostrę bliźniaczkę pod opieką na wpół szalonego ojca i matki przykutej do łóżka przez chorobę.
Lecz to, co chłopcu wydawało się sztyletem przyzwoitej wielkości, mężczyzna postrzegał nieomal jako zabawkę. Zadrżał na myśl, że jego siostra mogłaby próbować się obronić - w St. Giles - za pomocą tego nożyka.
- Nie denerwuj się - powiedziała, przywołując go do rzeczywistości uściskiem palców. - Przyznaję: zaatakowano nas, lecz wszystko dobrze się skończyło. Zostałyśmy ocalone przez Ducha St. Giles, ot co.
Najwidoczniej uznała tę informację za pocieszającą. Apollo zamknął oczy.
Powiadano, że Duch St. Giles morduje, gwałci, a to dopiero początek listy. Nie wierzył w to, wszak jeden człowiek - choćby i szalony - nie byłby w stanie dokonać wszystkich czynów, o które oskarżano Ducha. Z pewnością nie był on też jednak niewinnym jagniątkiem.
Otworzył oczy i złapał siostrę za rękę.
- Obiecaj, że nie dasz się wciągnąć Penelope w kolejny szalony plan.
- Ja... - odwróciła wzrok. - Wiesz, że jestem jej damą do towarzystwa, Apollo. Muszę robić to, czego sobie zażyczy.
- Ona jest zdolna roztrzaskać cię niczym figurkę z chińskiej porcelany, a potem wyrzucić i poszukać sobie nowej zabawki.
- Penelope nigdy by... - zaczęła Artemis, zaszokowana.
- Proszę, moja droga dziewczynko - powiedział ochryple. - Proszę.
- Postaram się - wyszeptała, obejmując dłonią jego policzek. - Dla ciebie.
Skinął głową, gdyż nie miał wyboru. Musiał zadowolić się obietnicą. Mimo to nie mógł przestać się zamartwiać.
Kto zaopiekuje się Artemis, gdy jego zabraknie?
Dawno, dawno temu, kiedy Brytania była jeszcze młoda, mieszkał tam najlepszy z władców imieniem Herla. Dzielny i mądry, o silnym i szybkim ramieniu, nade wszystko uwielbiał polować w ciemnej, nieprzebytej puszczy...
- z Legendy o królu Herli
O lordzie Brightmore można powiedzieć wiele, pomyślała Artemis tego wieczoru: że jest szanowanym parem, człowiekiem bardzo świadomym swego majątku oraz statusu, a także - w najlepszych chwilach - chrześcijaninem zdolnym okazać współczucie, nawet jeżeli nie było ono do końca szczere i płynęło raczej z rozumu niż z serca. Co do jednego nie można było mieć jednak wątpliwości: nie był uważnym ojcem.
- Tatusiu, mówiłam ci wczoraj przy obiedzie, że wybieram się dziś na bal do wicehrabiego d'Arque'a - powiedziała Penelope, gdy osobista pokojówka, Blackbourne, wiązała jej pod szyją pelerynkę. Czekały w holu Brightmore House, aż przyjedzie po nie zamówiony powóz.
- Myślałem, że byłaś tam wczoraj - odparł lord niepewnie. Był dużym mężczyzną z wyłupiastymi niebieskimi oczami i dominującym nad twarzą, wydatnym nosem. Wrócił do domu z sekretarzem - drobnym mężczyzną o przerażającej głowie do liczb - i zdejmował właśnie trójgraniasty kapelusz oraz pelerynę.
- Nie, kochany - sprostowała Penelope, przewracając oczami. - Wczoraj jadłam kolację z lady Waters.
Artemis też miała ochotę przewrócić oczami, ponieważ poprzedniego wieczoru zajęte były tym, by nie dać się zabić w St. Giles, i nawet nie zbliżyły się do jadalni lady Waters. Przypuszczała zresztą, że damy nie ma w tej chwili w mieście. Penelope kłamała z zapierającą dech wirtuozerią.
- Hm... - mruknął lord. - Wyglądasz prześlicznie, Penny.
Penelope rozpromieniła się i obróciła, aby zaprezentować nową kreację z brokatowej satyny o barwie pierwiosnka, haftowanej obficie w bukieciki kwiatów w kolorze błękitu, czerwieni oraz zieleni. Uszycie sukni zajęło miesiąc i kosztowało więcej, niż dziewięćdziesiąt procent londyńczyków zdolnych było zarobić w rok.
- Ty, oczywiście, również, Artemis - dodał lord bez przekonania. - Całkiem ładnie, doprawdy.
- Dziękuję, wuju - odparła Artemis, dygając.
Uderzyło ją, jak bardzo jej obecne życie różni się od tego, jakie wiodła, dorastając. Mieszkali wtedy na wsi: tylko ona, Apollo, mama i tata. Tatuś nie utrzymywał kontaktów ze swoim ojcem i żyli nader skromnie. Nie było przyjęć, a co dopiero balów. Dziwne, że potrafiła przywyknąć do bywania na podobnych imprezach - i że perspektywa kolejnego wydarzenia po prostu ją nudziła.
Uśmiechnęła się kwaśno w duchu. Była wdzięczna lordowi - nie był nawet jej wujem, ale dalekim kuzynem. Nie spotkała ani jego, ani Penelope, dopóki żyli jej rodzice, a mimo to przyjął ją pod swój dach, gdy stała się towarzyskim pariasem.
Zważywszy na brak posagu i historię szaleństwa w rodzinie, nie mogła żywić nadziei, że uda jej się znaleźć męża i mieć kiedyś własny dom. Mimo to nie była w stanie zapomnieć, że lord odmówił - zdecydowanie i stanowczo - udzielenia pomocy jej bratu. Dopilnował jedynie, aby zamknięto go jak najszybciej w Bedlam zamiast w więzieniu, gdzie oczekiwałby na proces. Nie było to zresztą zbyt trudne: nikt nie życzył sobie, aby arystokrata został powieszony za morderstwo. Elita towarzyska nie zniosłaby czegoś takiego - nawet jeśli rzeczony arystokrata nie obracał się w najwyższych jej kręgach.
- Na balu wszyscy młodzieńcy będą patrzeć tylko na ciebie - kontynuował lord, spoglądając na córkę z uwagą. - Postaraj się nie stracić przez to głowy.
Może był jednak bardziej spostrzegawczy, niż Artemis skłonna była sądzić.
- Nie obawiaj się, tatusiu. - Penelope cmoknęła ojca w policzek. - Ja zbieram serca, ale ich nie rozdaję.
- Ha - mruknął jej ojciec, zaabsorbowany już tym, co sekretarz szeptał mu do ucha. - Czyli do zobaczenia jutro?
- Tak, kochany.
Wyszły, żegnane ukłonami gromady lokai oraz pokojówek.
- Nie rozumiem, dlaczego nie możemy zabrać Bon Bona - powiedziała kuzynka, gdy powóz ruszył. - Jego sierść uwydatniłaby koloryt sukni.
Biały Bon Bon był małym, starzejącym się pieskiem. Artemis nie była pewna, w jaki sposób mógłby podkreślić barwę czegokolwiek. Poza tym nie miała ochoty zakłócać biedakowi spokoju, gdy zobaczyła, że śpi skulony na zielono-różowym posłaniu, które zrobiła dla niego Penelope.
- Możliwe - mruknęła - lecz biała sierść mogłaby uczepić się materiału.
- Och. - Penelope zmarszczyła uroczo brwi, wydąwszy różane usteczka. - Może powinnam sprawić sobie mopsa. Lecz wszyscy już je mają. Stały się niemal pospolite, a płowa sierść nie jest tak zachwycająca jak biała.
Artemis westchnęła w duchu i powstrzymała się przed wyrażeniem swej opinii na temat wybierania psa ze względu na kolor sierści.
Penelope zaczęła paplać o psach, sukniach i modzie oraz przyjęciu w wiejskiej rezydencji księcia Wakefielda, na które zostały zaproszone. Artemis nie pozostało nic innego, jak tylko kiwać od czasu do czasu głową. Myślała o Apollu i o tym, jaki wydał jej się tego ranka wymizerowany. Był dużym mężczyzną - przynajmniej kiedyś. Bedlam sprawiło, że zapadły mu się policzki, spojrzenie straciło blask, a kości nadgarstków sterczały spod skóry. Będzie musiała zdobyć więcej pieniędzy dla strażników, przynosić mu więcej jedzenia. I może jakieś ubrania. Wszystko to było jednak działaniem na krótką metę. Jeśli nie uda jej się znaleźć sposobu, aby wydostać brata z Bedlam, Apollo nie przeżyje tam kolejnego roku.
Westchnęła cicho, podczas gdy Penelope rozprawiała o belgijskich koronkach.
Po półgodzinie wysiadły z powozu przed imponującą, tonącą w powodzi świateł rezydencją.
- Co za szkoda, doprawdy - powiedziała Penelope, strzepując spódnice.
- Co takiego? - Artemis pochyliła się, by wyprostować skraj sukni z tyłu.
- Lord d'Arque. - Kuzynka wskazała niedbałym gestem wspaniałą posiadłość. - Taki piękny mężczyzna, na dodatek bogaty... jest prawie doskonały.
Artemis zmarszczyła czoło, próbując nadążyć za pokrętnym tokiem rozumowania kuzynki.
- Prawie?
- Oczywiście, głuptasie - odparła Penelope, żeglując w stronę wejścia. - Nie jest przecież księciem, prawda? O, popatrz, lord Featherstone!
Artemis podążyła za Penelope, zmierzającą ku młodemu baronowi. George Featherstone miał wielkie niebieskie oczy o gęstych, podwiniętych rzęsach i pełne czerwone wargi. Gdyby nie mocna szczęka oraz długi nos, można byłoby wziąć go za dziewczynę. Przez większość dam z towarzystwa uważany był za wielce przystojnego, chociaż Artemis odstręczał złośliwy błysk w tych ładnych oczach.
- Lady Penelope! - powiedział lord, przystając na marmurowych schodach i kłaniając się z rozmachem. Ubrany był tego dnia w karmazynowy surdut oraz bryczesy i złotą kamizelkę, zdobioną fioletowym, jaskrawozielonym i czerwonym haftem. - Co słychać?
- Milordzie, z zadowoleniem muszę panu donieść, że byłam w St. Giles - odparła dziewczyna, wyciągając rękę.
Lord Featherstone nachylił się i spojrzał na swą rozmówczynię spod gęstych rzęs.
- I wypiła pani szklaneczkę ginu?
- Niestety, nie. - Penelope rozłożyła wachlarz i zakryła nim twarz, udając onieśmielenie. - Lepiej. - Opuściła wachlarz i się uśmiechnęła. - Spotkałam Ducha St. Giles.
Lord Featherstone otworzył szeroko oczy.
- Doprawdy?
- W rzeczy samej. Moja towarzyszka, panna Greaves, może zaświadczyć.
Artemis dygnęła.
- Ależ to cudowne, milady! - Baron rozłożył ramiona, zachwiał się i kiedy już wyglądało na to, że się przewróci, w ostatniej chwili postawił stopę na schodku powyżej i odzyskał równowagę. - Zamaskowany demon zniewolony urodą dziewicy. - Przechylił głowę i zerknął na Penelope z krzywym uśmieszkiem na wargach. - Zniewoliłaś go, prawda, milady?
Artemis ściągnęła brwi. "Zniewoliłaś" było dość ryzykownym słowem i mogło oznaczać również...
- Dobry wieczór paniom i panu, milordzie - rozbrzmiał tuż za nią głęboki, męski głos.
Artemis się odwróciła. Książę Wakefield: wysoki, smukły mężczyzna w eleganckiej białej peruce, ubrany w poważną czerń, wyłonił się z ciemności, stąpając bezgłośnie. Światło padające z okien rezydencji podkreślało surowość jego rysów: stanowczą linię ciemnych brwi, wydatny nos i wąskie, niemal okrutne usta. Książę nie był uważany przez damy z towarzystwa za tak przystojnego jak Featherstone, lecz gdyby oddzielić twarz od mężczyzny, który się za nią ukrywał, można byłoby dostrzec, że i jemu nie brak urody - chłodnej i surowej.
Artemis z trudem powstrzymała przenikający ją dreszcz. Nie, książę Wakefield nie miał szans, aby zostać ulubieńcem pań. Było w nim coś zimnego i obcego, co niemal odrzucało płeć piękną. Nie był mężczyzną, którego dałoby się zawrócić z obranej drogi urodą, subtelnością czy słodkimi słówkami. Ugiąłby się jedynie - zakładając, że w ogóle jest do tego zdolny - gdyby miał po temu własny powód.
- Wasza Miłość. - Penelope dygnęła z uwodzicielskim wdziękiem, zaś Artemis całkiem zwyczajnie. I tak nikt tego nie zauważył. - Jak cudownie pana dziś widzieć!
- Lady Penelope. - Książę pochylił się nad dłonią dziewczyny, a potem wyprostował. W jego ciemnych oczach nie było choćby śladu emocji, kiedy zapytał: - Czyżby wspomniano tu o Duchu St. Giles?
Penelope oblizała wargi w sposób, który mógłby uchodzić za kokieteryjny, Artemis sądziła jednak, że kuzynka jest po prostu zdenerwowana. Książę bywał bowiem co najmniej onieśmielający.
- Wspaniała przygoda, Wasza Miłość! Ostatniej nocy spotkałam Ducha we własnej osobie!
Książę po prostu na nią patrzył.
Artemis poruszyła się nerwowo. Penelope nie zdawała sobie chyba sprawy, że jej psota mogła nie spotkać się z aprobatą księcia.
- Kuzynko, może powinnyśmy...
- Lady Penelope doprawdy przypomina Brytanię - wtrącił lord Featherstone. - Słodycz oraz odwaga, do tego w pięknym kształcie, spotęgowana doskonałością manier i wdziękiem. Milady, przyjmij, proszę, tę błyskotkę jako dowód mojego podziwu.
Przyklęknął i wyciągnął ku Penelope dłoń, w której trzymał wysadzaną klejnotami tabakierkę. Artemis prychnęła pod nosem. Nie mogła się powstrzymać, by nie rozmyślać o tym, że kuzynka wygrała zakład, ryzykując życie ich obu. Wyglądało też na to, że baron chętnie ofiarowałby Penelope nie tylko to drogie cacko.
Głupiec.
Penelope sięgnęła po tabakierkę, lecz książę ją uprzedził. Pochwycił przedmiot silnymi palcami i wyszarpnął go z dłoni Featherstone'a tak zdecydowanie, że młody baron aż się skrzywił. Tabakierka była owalna, złota, z portretem dziewczęcia na wieczku otoczonym rzędem pereł.
- Bardzo ładna - zauważył Wakefield, przeciągając głoski, po czym odwrócił się do lady Penelope. - Niewarta jednak życia pani, milady. Mam nadzieję, że nie zaryzykujesz więcej czegoś tak cennego dla świecidełka.
Rzucił tabakierkę Penelope, która mrugnęła tylko, zaskoczona, zmuszając Artemis, by wysunęła się niezręcznie przed kuzynkę i pochwyciła błyskotkę, zanim upadnie na schody albo uderzy w Penelope.
Dokonała tego i książę utkwił w niej spojrzenie. Na chwilę wszystko wokół zamarło. Nigdy wcześniej nie patrzyła mu w oczy - jej przeznaczeniem było wszak siedzieć w kącie sali balowej czy salonu. Dżentelmeni rzadko zauważali damy do towarzystwa. Gdyby spytano ją wcześniej, jakiego koloru są oczy księcia, mogłaby jedynie odpowiedzieć, że ciemne. I takie właśnie były. Bardzo ciemne, niemal czarne, choć niezupełnie. Oczy księcia Wakefielda miały barwę głębokiego, nasyconego brązu, jak świeżo zaparzona kawa, wypolerowane drewno orzecha czy futro foki, lśniące w promieniach słońca. I choć przyjemnie było w nie patrzeć, były też lodowate niczym żelazo w zimie. Jedno dotknięcie mogłoby zmrozić jej duszę.
- Dobry chwyt, panno Greaves - powiedział, przerywając czar.
Odwrócił się i wszedł po schodach.
Artemis zamrugała, spoglądając w ślad za nim. Skąd książę znał jej nazwisko?
- Nadęty dupek - powiedział lord Featherstone na tyle głośno, że lord musiał go usłyszeć. Nie dał jednak po sobie nic poznać i wszedł do rezydencji. Lord Featherstone kontynuował zaś, zwracając się do Penelope: - Muszę przeprosić za brak manier księcia. Domyślam się, że stracił poczucie humoru i chęć do zabawy i zmienił się w starca, nie dobiegłszy czterdziestki. A może pięćdziesiątki? Przysięgam, sądząc po zachowaniu, mógłby być w wieku mojego ojca.
- Z pewnością nie. - Lady Penelope ściągnęła brwi, jakby naprawdę zastanawiała się, czy książę mógł postarzeć się w ciągu jednego wieczoru. - Nie może mieć więcej jak czterdzieści lat, prawda?
Pytanie skierowane zostało do Artemis, która westchnęła i schowała tabakierkę, by oddać ją później kuzynce. Gdyby tego nie zrobiła, Penelope gotowa była zostawić zdobycz w rezydencji albo w powozie.
- Myślę, że Jego Miłość ma trzydzieści trzy lata.
- Tak? - Penelope rozpogodziła się, a potem zamrugała podejrzliwie: - Skąd wiesz?
- Jego siostry wspomniały o tym przelotnie - odparła krótko Artemis. Penelope przyjaźniła się - a może raczej utrzymywała przyjazne stosunki - zarówno z lady Hero, jak i lady Phoebe, nie miała jednak w zwyczaju słuchać swych przyjaciółek, nie mówiąc o zapamiętywaniu ich słów.
- Ach, tak. Cóż, to dobrze. - Przytaknęła samej sobie, po czym przyjęła ramię lorda Featherstone'a i ruszyła ku wejściu.
Powitała ich gromada lokajów, gotowych przejąć okrycia, nim damy ruszą wspaniałą klatką schodową ku wyższym piętrom i sali balowej lorda d'Arque'a. Pomieszczenie wyglądało jak kraina z bajki. Różowo-biała marmurowa podłoga lśniła pod stopami. Kryształowe żyrandole połyskiwały, odbijając blask tysiąca świec. Wyhodowane w cieplarni goździki w rozmaitych odcieniach bieli, różu oraz czerwieni niemal wysypywały się z olbrzymich wazonów, napełniając powietrze kwiatowym aromatem. W drugim końcu sali grupa muzyków grała spokojny utwór. Goście, odziani w barwne stroje, przechadzali się w takt niesłyszalnej dla innych melodii niczym gromada wróżek i elfów.
Artemis zmarszczyła nos, zniesmaczona skromnością swej sukni. Była brązowa, więc jeśli inni goście byli elfami, musiała wyglądać pomiędzy nimi jak mały, ciemny troll. Kreacja została uszyta, kiedy dziewczyna zamieszkała z lordem i Penelope, i towarzyszyła jej od tej pory podczas każdego balu. Jej zadaniem było wszak wtopić się w tło, co robiła zadziwiająco skutecznie.
- Poszło doskonale - oznajmiła radośnie Penelope.
Artemis zamrugała, zastanawiając się, czy coś jej umknęło. Zgubiły barona, a tłum wokół nich gęstniał z każdą chwilą.
- Słucham?
- Wakefield. - Penelope otworzyła wachlarz zgrabnym ruchem nadgarstka, jakby miało to pomóc towarzyszce odczytać jej myśli i dokończyć zdanie.
- Nasze spotkanie z księciem? - spytała Artemis z powątpiewaniem. Z pewnością nie.
- Och, w rzeczy samej. - Penelope zamknęła wachlarz i postukała nim Artemis w ramię. - Jest zazdrosny.
Artemis wpatrywała się w kuzynkę. Przychodziło jej na myśl wiele przymiotników, którymi mogłaby opisać nastrój księcia, gdy ich opuszczał: pełen nagany, lekceważący, wyniosły, arogancki... prawdę mówiąc, kiedy tak o tym myślała, pewna była, że znalazłaby jeszcze z tuzin innych. Nie było wśród nich jednak określenia "zazdrosny".
Kaszlnęła ostrożnie.
- Nie jestem pewna...
- Ach, lady Penelope! - Dżentelmen z niewielkim brzuszkiem, napinającym materiał kamizelki, stanął przed nimi, blokując przejście. - Śliczna niczym róża latem.
Penelope skrzywiła się lekko na ten mało wyszukany komplement.
- Dziękuję, Wasza Miłość. Jest pan zbyt łaskawy.
- Czysta prawda, czysta prawda. - Książę Scarborough odwrócił się do Artemis i mrugnął. - Ufam, że znajduję panią w najlepszym zdrowiu, panno Greaves.
- W rzeczy samej, Wasza Miłość. - Artemis uśmiechnęła się, dygając.
Książę był przeciętnego wzrostu, lecz nieco pochyłe ramiona sprawiały, że wydawał się niższy. Nosił śnieżnobiałą perukę, elegancki strój w kolorze szampana i buty ozdobione diamentowymi zapinkami - na które, jak głosiła plotka, ledwie było go stać. Szeptano również, iż poluje na nową żonę, gdyż poprzednia zmarła przed kilkoma laty. Niestety, choć Penelope mogłaby wybaczyć przyszłemu mężowi lekki garb i brzuszek, nie była równie skłonna do wyrozumiałości w kwestii wieku, jako że książę, w przeciwieństwie do swego rywala, był już dobrze po sześćdziesiątce.
- Zamierzałam spotkać się z przyjaciółką - powiedziała zatem chłodno, próbując wyminąć natręta.
Lecz książę był weteranem wielu balów. Przesunął się co prawda z godną podziwu zwinnością, lecz zdołał ująć przy tym dłoń Penelope i wsunąć ją sobie pod ramię.
- Będę więc miał przyjemność odprowadzić panią do niej.
- Och, tylko że strasznie chce mi się pić - odparowała Penelope. - Może więc byłby pan tak łaskawy i przyniósł mi szklaneczkę ponczu?
- Z największą ochotą, milady - odparł książę z, jak się zdawało Artemis, łobuzerskim błyskiem w oku - lecz jestem pewien, że towarzyszka pani nie będzie miała nic przeciwko temu, aby podjąć się tego zadania. Prawda, panno Greaves?
- Absolutnie nic - mruknęła Artemis.
Penelope może i była w pewnym sensie jej chlebodawczynią, dziewczyna lubiła jednak starego księcia - nawet jeżeli nie miał u kuzynki żadnych szans. Odwróciła się spokojnie, udając, że nie słyszy, jak Penelope parska, niezadowolona. Bar znajdował się po przeciwnej stronie sali i nie można było pokonać tej odległości zbyt szybko, należało bowiem omijać tańczące pary.
Artemis wciąż się uśmiechała, gdy usłyszała złowróżbny, głęboki głos:
- Panno Greaves. Mogę na słówko?
Oczywiście, pomyślała, spoglądając w zimne, brązowe niczym u foki oczy księcia Wakefielda.
* * *
- Jestem zaskoczona, iż wie pan, jak się nazywam - powiedziała panna Artemis Greaves.
Nie była kobietą, na którą zwróciłby uwagę w normalnych okolicznościach. Spojrzał na uniesioną ku niemu twarz i uświadomił sobie, że ma do czynienia z jedną z niezliczonej rzeszy kobiet niewidocznych: dam do towarzystwa, niezamężnych ciotek, biednych krewniaczek. Tych, które zawsze trzymają się na uboczu, dryfując spokojnie w cieniu. Każdy jako tako sytuowany mężczyzna miał wokół siebie podobne osoby, ponieważ do obowiązków głowy rodziny należało troszczyć się o nie, dbać, by miały dach nad głową, co jeść i w co się ubrać - a jeśli to możliwe, były w miarę szczęśliwe albo przynajmniej zadowolone ze swego miejsca w świecie. I tylko z tego, ponieważ nie liczyły się na rynku matrymonialnym. Nie wychodziły za mąż i nie rodziły dzieci. Praktycznie pozbawione były płci. Nie istniał więc żaden powód, by zwracać na nie uwagę.
A jednak on to robił.
Już wcześniej świadom był obecności panny Greaves, podążającej zawsze śladem kuzynki i ubranej w maskujący brąz - zupełnie jak wróbel w orszaku papugi. Rzadko się odzywała - przynajmniej w jego obecności - doprowadziwszy do perfekcji sztukę nierzucania się w oczy. Nie robiła absolutnie nic, by przyciągnąć uwagę.
Aż do ostatniej nocy, kiedy to ośmieliła się sięgnąć po nóż w najgorszej dzielnicy Londynu, spoglądając mu w oczy bez cienia strachu. Podziałało to tak, jakby stanęła w pełnym świetle. Nagle jej sylwetka wyodrębniła się z tłumu, a on naprawdę ją dostrzegł. Zobaczył spokojną, owalną twarz i zwyczajne, kobiece rysy - nie licząc wielkich, ciemnoszarych, bezsprzecznie ładnych oczu. Brązowe włosy miała upięte w skromny kok z tyłu głowy, dłonie o długich, bladych palcach - splecione w talii.
Zobaczył ją i uświadomienie sobie tego w przedziwny sposób wytrąciło go z równowagi.
Uniosła delikatnie brwi.
- Wasza Miłość?
Wpatrywał się w kobietę zbyt długo, zagubiony w myślach. Zirytowało go to i dlatego, gdy się odezwał, jego głos brzmiał bardziej szorstko, niż zamierzał:
- Co pani sobie myślała, pozwalając, by lady Penelope ryzykowała życie, udając się w nocy do St. Giles?
Wiele znanych mu dam zalałoby się łzami, słysząc tak ostro sformułowany zarzut.
Panna Greaves zamrugała jedynie z wolna.
- Nie jestem w stanie sobie wyobrazić, na jakiej podstawie odniósł pan wrażenie, iż mogę mieć jakikolwiek wpływ na to, co robi moja kuzynka.
Dobra odpowiedź, lecz nie był gotowy się nią zadowolić.
- Z pewnością wie pani, jak niebezpieczna jest to dzielnica.
- Och, w rzeczy samej, Wasza Miłość. - Przerwał jej skomplikowaną wędrówkę ku przeciwległemu krańcowi sali balowej i teraz podjęła ją na nowo.
Zmusiło go to, by jej towarzyszył, o ile nie chciał, aby po prostu zostawiła go i odeszła.
- Zatem z pewnością mogła pani wyperswadować kuzynce tak niemądre przedsięwzięcie?
- Obawiam się, że Wasza Miłość ma zbyt optymistyczny pogląd zarówno na uległość mojej kuzynki, jak i mój wpływ na nią. Kiedy Penelope wbije sobie coś do głowy, dzikimi końmi nie da się jej od tego odciągnąć. Gdy tylko lord Featherstone wspomniał o "zakładzie" oraz "śmiałości", sprawa była przegrana.
Jej słodki głos miał w sobie nutkę rozbawienia, niezwykle, jak uznał, pociągającą.
Ściągnął brwi.
- Zatem to wina Featherstone'a.
- Och, bezsprzecznie - odparła zaskakująco radosnym tonem.
Spojrzał na nią z naganą. Nie wydawała się ani trochę przejęta tym, że kuzynka naraziła je obie na śmierć.
- Lady Penelope powinno się zniechęcić do przebywania w towarzystwie dżentelmenów pokroju Featherstone'a.
- Cóż, tak. Jak również dam.
- Dam?
Spojrzała na niego z ukosa.
- Kilka spośród najbardziej niemądrych pomysłów mojej kuzynki podsunęły jej właśnie damy, Wasza Miłość.
- Ach!
Wpatrywał się w nią, zauważając bezwiednie, iż rzęsy ma ciemne i gęste, ciemniejsze niż włosy. Za sprawą farby?
Westchnęła i przysunęła się bliżej, muskając ramieniem jego ramię.
- Podczas ostatniego sezonu przekonano ją, iż żywy ptak będzie stanowił unikatowy dodatek do stroju.
Czyżby robiła sobie z niego żarty?
- Ptak.
- Owszem. Łabędź.
Wydawała się absolutnie poważna. Jeżeli bawiła się z nim w jakąś niemądrą grę, doskonale potrafiła to ukryć. Cóż, ktoś taki jak ona musiał umieć maskować myśli i emocje. Było to wręcz niezbędne do przeżycia.
- Nigdy nie widziałem lady Penelope z łabędziem.
Zerknęła na niego ukradkiem i zauważył, że kącik jej ust drgnął. Ledwie dostrzegalnie i tylko przez chwilę, lecz jednak.
- Dlatego że trwało to ledwie tydzień. Okazało się bowiem, że łabędzie syczą - i szczypią. Boleśnie.
- Lady Penelope została uszczypnięta przez łabędzia?
- Nie ona. Ja.
Ściągnął brwi, wyobrażając sobie tę jasną skórę w siniakach. Nie podobał mu się ten obraz. Jak często przydarzało jej się coś nieprzyjemnego, kiedy pełniła obowiązki towarzyszki lady Penelope?
- Doprawdy, czasami wydaje mi się, że kuzynkę należałoby zamknąć dla jej własnego dobra - mruknęła. - Lecz to się raczej nie zdarzy, prawda?
Oczywiście, że nie. Podobnie jak to, że panna Greaves znajdzie inne źródło utrzymania - z dala od niebezpiecznie lekkomyślnej kuzynki.
Świat tak po prostu nie działał, a nawet gdyby, i tak nie był to jego problem.
- Pani słowa wskazują, że konieczność powstrzymania lady Penelope przed realizacją jej pomysłów jest jeszcze bardziej nagląca, niż mi się wydawało.
- Próbowałam to robić, i nadal próbuję - odparła cicho. - Lecz jestem tylko jej damą do towarzystwa.
Zatrzymał się i spojrzał na nią, kobietę o wiele bardziej opanowaną i pewną siebie, niż wskazywałaby na to jej pozycja.
- Nie przyjaciółką?
Odwróciła się i spojrzała na niego z uśmieszkiem w kąciku ust, dyskretnym i ledwie widocznym, jakby nauczyła się nie uśmiechać zbyt szeroko, aby nie zdradzić swych emocji.
- Tak, jestem jej przyjaciółką. Krewną i przyjaciółką. Troszczę się o nią - i sądzę, że również jestem jej bliska. Lecz przede wszystkim jestem jej damą do towarzystwa. Nigdy nie będziemy sobie równe, ponieważ moja pozycja zawsze będzie niższa. Zatem, choć wolno mi było zasugerować, że lepiej zrezygnować z wyprawy do St. Giles, nie mogłam jej tego po prostu zabronić.
- A dokądkolwiek lady Penelope się udaje, to pani również?
Przytaknęła.
- Tak, Wasza Miłość.
Zacisnął szczęki. Wiedział, że tak jest, a jednak fakt ten budził irytację. Odwrócił wzrok.
- Gdy lady Penelope kogoś poślubi, to mąż przejmie stery. Będzie dbał o jej bezpieczeństwo. - I twoje, dodał w myśli.
- Zapewne. - Przechyliła głowę, przyglądając się mu. Czekając. Była inteligentną kobietą, z pewnością domyślała się więc, jakie ma zamiary względem jej kuzynki.
Spojrzał na nią stanowczo.
- Na pewno.
Wzruszyła ramionami.
- Przypuszczam, że tak byłoby najlepiej. Oczywiście, jeżeli mąż zdoła ją poskromić, nie będziemy miały więcej okazji, aby spotkać kogoś tak interesującego jak Duch St. Giles.
- Żartuje sobie pani z niebezpieczeństwa.
- Możliwe, Wasza Miłość - odparła uprzejmie, jakby to jemu należało dodać otuchy - muszę jednak przyznać, że było to ekscytujące spotkanie.
- Z łotrem i zbójem.
- Prawdę mówiąc, nie jestem tego wcale pewna. - Znów zaczęli iść i zorientował się, że zmierzają w kierunku baru. - Mogę zdradzić panu sekret, Wasza Miłość?
Kiedy dama mówiła coś takiego, chodziło jej zazwyczaj o flirt, nie sądził jednak, by panna Greaves chciała z nim flirtować.
- Proszę - powiedział zaciekawiony.
- Myślę, że Duch może być kimś wysoko urodzonym.
Postarał się, by jego twarz nie zdradzała żadnych emocji, choć serce zaczęło mu szybciej bić. Co mógł zaniedbać?
- Dlaczego?
- Zostawił mi coś zeszłej nocy.
- Co takiego? - zapytał, czując nieprzyjemny ucisk w piersi.
Na jej wargach znów pojawił się ten dyskretny uśmieszek. Tajemniczy. Czarujący. Niesłychanie kobiecy.
- Sygnet.
* * *
Twarz księcia pozostała niewzruszona. Artemis zastanawiała się, co też sobie pomyślał i, co było dosyć niepokojące, co pomyślał o niej. Czy potępiał ją za to, że traktuje spotkanie z Duchem tak lekko? A może uraziło go, iż mogła sądzić, że rabuś-przebieraniec pochodzi z wyższych sfer?
Przyglądała mu się jeszcze przez sekundę, a potem ruszyła dalej. Zapewne to, co książę o niej myśli, nie ma znaczenia - wystarczy, by uznał ją za odpowiednią towarzyszkę dla Penelope. Nie zdarzyło się wcześniej, aby odszukał ją, chcąc porozmawiać. I wątpiła, czy znowu to zrobi. Mówiąc wprost, nie poruszali się po tej samej orbicie. Uśmiechnęła się z odrobiną goryczy. Co tu mówić o orbitach! Nie poruszali się w tym samym kosmosie.
- Zamierzała pani zanieść lady Penelope coś do picia? - spytał miłym dla ucha, głębokim głosem.
- Tak.
Dostrzegła kątem oka, że skinął głową.
- Pomogę pani. - Odwrócił się do lokaja nalewającego poncz i strzelił placami. - Trzy.
Ku rozbawieniu Artemis, lokaj rzucił się ku nim, podczas gdy książę stał, po prostu czekając.
- To bardzo uprzejmie ze strony Waszej Miłości - powiedziała, starając się, by nie zabrzmiało to ironicznie.
- Wie pani, że to nieprawda.
Spojrzała na niego szybko, zaskoczona.
- Tak?
Pochylił głowę, mamrocząc cicho:
- Wydaje się, że jest pani inteligentną kobietą. Zamierzam starać się o rękę pani kuzynki, moja propozycja to zatem nic innego, jak sposób, by znowu się do niej zbliżyć.
Nie było na to stosownej odpowiedzi, zmilczała zatem i wzięła do rąk szklaneczkę.
- Proszę mi powiedzieć - zaczął, gdy jęli torować sobie drogę przez tłum. - Aprobuje pani moje starania?
- Nie potrafię sobie wyobrazić, jakie mogłoby to mieć znaczenie - odparła Artemis, nie wiedzieć czemu zirytowana. Czyżby traktował ją protekcjonalnie?
- Nie potrafi pani? - Uśmiechnął się kątem ust. - Widzi pani, dorastałem w domu pełnym kobiet. Nie lekceważę wagi tego, co mówi się w zaufaniu w buduarze. Kilka krytycznych słów wypowiedzianych przez panią mogłoby zniweczyć moje wysiłki.
Spojrzała na niego, zaskoczona.
- Wasza Miłość przyznaje mi więcej władzy, niż naprawdę jej posiadam.
- Jest pani skromna.
- Nic podobnego.
- Hm...
Zbliżali się już do Penelope, pogrążonej z rozmowie z księciem Scarborough. Wakefield zmrużył oczy.
- Nie odpowiedziała pani na pytanie. Czy wesprze pani moje starania, panno Greaves?
Spojrzała na niego. W sytuacji, w jakiej się znajdowała, musiała postępować ostrożnie.
- Żywi pan względem Penelope jakieś uczucia?
- A czy ma to dla niej znaczenie? - Uniósł pytająco brwi.
- Nie. - Spojrzała na niego. - Lecz, jak się okazuje, ma dla mnie.
Penelope odwróciła się, dostrzegła ich i uśmiechnęła się olśniewająco.
- Och, Artemis, nareszcie. Zdążyłam wyschnąć na wiór. - Wzięła z rąk kuzynki szklaneczkę i spojrzała spod rzęs na Wakefielda. - Przyszedł pan, by jeszcze raz mnie złajać, Wasza Miłość?
Skłonił się i wymamrotał coś, całując jej dłoń.
Artemis cofnęła się o krok. A potem o kolejny. Penelope, Wakefield i Scarborough, tworzący żywy obraz, byli w tym teatrze aktorami.
Ona jedynie zamiatała scenę.
Oderwała wzrok od znamienitej trójki i rozejrzała się po sali. Pod ścianą ustawiono kilka krzeseł dla starszych gości lub tych, którzy zapragnęli przez chwilę odpocząć. Dojrzała znajomą twarz i ruszyła w jej kierunku.
- Nie napiłaby się pani ponczu?
- Och, jak miło! - Bathilda Picklewood była krępą damą o okrągłej różowej twarzy, okolonej siwymi loczkami. Na kolanach trzymała małego biało-brązowo-czarnego spaniela, rozglądającego się czujnie dookoła. - Pomyślałam właśnie, że będę musiała wstać i rozejrzeć się za czymś do picia.
Artemis wyciągnęła dłoń do spaniela - suczki, wabiącej się Mignon - a panna Picklewood upiła łyczek trunku. Mignon grzecznie polizała palce dziewczyny.
- Lady Phoebe się nie pojawiła?
Panna Picklewood z żalem potrząsnęła głową.
- Wiesz, że nie uczestniczy w tłumnych przyjęciach. Jestem tu dziś z przyjaciółką, panią White - odeszła, by przymocować do sukni oderwany skrawek koronki.
Artemis skinęła głową i usiadła obok starszej damy. Wiedziała, że najmłodsza siostra księcia nie bywa na tak dużych imprezach, mimo to miała nadzieję ją zobaczyć. Nagle coś przyszło jej do głowy.
- Lecz będzie obecna podczas przyjęcia w wiejskiej rezydencji brata, prawda?
- O, tak, nie może się wprost doczekać, w przeciwieństwie do księcia. - Panna Picklewood zachichotała. - Nienawidzi domowych przyjęć - właściwie każdych przyjęć. Powiada, że zabierają czas, który mógłby poświęcić ważniejszym sprawom. A właśnie, widziałam cię wcześniej z Maximusem.
Przypomnienie sobie, że książę ma na imię Maximus, zajęło Artemis kilka sekund. Dziwnie było pomyśleć, że ktoś taki w ogóle posiada imię, lecz to akurat do niego pasowało. Mogła go sobie wyobrazić jako bezlitosnego rzymskiego generała. To naturalne, że panna Picklewood zwraca się do arystokraty po imieniu, zważywszy, iż jest jego daleką krewną oraz od wielu lat opiekunką jego sióstr.
Spojrzała na starszą damę z nowym zainteresowaniem. Domostwo księcia musiało był pełne kobiet takich jak ona.
- Pomagał mi zdobyć poncz dla Penelope.
- Mhm.
- Panno Picklewood...
- Tak? - Dama spojrzała na nią jasnoniebieskimi oczami.
- Nie słyszałam chyba dotąd, jak to się stało, że zamieszkała pani z księciem i lady Phoebe.
- Och, to dość proste, moja droga - odparła panna Picklewood. - Przybyłam do Wakefield House po śmierci ich rodziców.
- Tak? - Artemis ściągnęła brwi ze wzrokiem utkwionym w swoje kolana. - Nie pamiętam tamtych wydarzeń.
- Cóż, to było dość dawno, siedemnaście lat temu. Biedna Hero skończyła zaledwie osiem lat, a Phoebe była jeszcze niemowlęciem - nie miała nawet roku. Gdy usłyszałam, co się stało - a mieszkałam wtedy z ciotką - wiedziałam, że muszę jechać. Któż inny miałby zająć się tymi dziećmi? Ani książę, ani biedna, droga Mary - matka Maximusa - nie mieli rodzeństwa. Przyjechałam od razu i zastałam dom pogrążony w chaosie. Służba była w szoku, zarządcy rozprawiali w kółko o ziemi, pieniądzach i dziedziczeniu i nikt nie zwrócił uwagi, że chłopiec prawie nie wstaje z łóżka. Zajęłam się dziewczętami i pomagałam Maximusowi, jak mogłam. Obawiam się, że już wtedy był bardzo uparty. Po jakimś czasie stwierdził, że skoro jest teraz księciem, nie potrzebuje niańki ani guwernantki. Nie było to miłe, lecz dopiero co stracił rodziców. Okropny szok.
- Hm... - Artemis spojrzała na księcia stojącego obok Penelope, z oczami na wpół zakrytymi powiekami i niemożliwym do odczytania wyrazem twarzy. - Przypuszczam, że to sporo wyjaśnia.
- O, tak. - Panna Picklewood podążyła wzrokiem za jej spojrzeniem. - W rzeczy samej.
Siedziały przez chwilę w milczeniu, a potem panna Picklewood wstała.
- Widzisz zatem: to może być całkiem dobre życie.
Artemis zamrugała, nie nadążając za tokiem myślenia towarzyszki.
- Słucham?
- Bycie damą zależną od dobrej woli krewnych - odparła panna Picklewood łagodnie i przygnębiająco zarazem. - Nie mamy własnych dzieci, lecz jeśli dopisze nam szczęście, możemy spotkać inne i pomóc im przejść przez życie. - Poklepała Artemis po kolanie. - W końcu wszystko jakoś się ułoży.
Artemis siedziała nieruchomo, walcząc z chęcią, by strząsnąć dłoń panny Picklewood. Wstać i krzyknąć najgłośniej, jak potrafi. Przemknąć przez salę balową, minąć drzwi i biec, póki nie poczuje pod stopami chłodnej trawy.
Jej życie nie będzie zawsze tak wyglądać. Po prostu nie.
Nie zrobiła nic równie dramatycznego, oczywiście, że nie. Zamiast tego skinęła grzecznie głową i zapytała pannę Picklewood, czy nie napije się jeszcze ponczu.