Książę musi odejść - Monika Gajos

Kup ebooka

38.37 zł
31.85 zł (38,37 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Nigdy nie potrzebowałem zbyt wiele, choć mogłem mieć wszystko, czego bym tylko zapragnął. Szczęście samo chciało się do mnie uśmiechać i cieszyło się, kiedy na nie łaskawie spoglądałem. Byłem przecież niezniszczalny oraz samowystarczalny. Byłem najlepszy w byciu najgorszym. To wywoływało zachwyt, zapychając pozornym poczuciem spełnienia.

Do czasu.

Potem jednak zjawiłaś się ty.

Przyszłaś, chociaż nie dostałaś zaproszenia. Nie miałaś go nigdy otrzymać, a tym bardziej odpowiadać, kiedy już przypadkiem trafiło w twoje dłonie. Próbowałem cię wyprosić, ale nie słuchałaś. Wtargnęłaś w moje życie z zimowym powiewem wiatru i jeszcze bardziej lodowatą determinacją. Wyciągnęłaś na wierzch brudy nagromadzone głęboko pod warstwą idealności. Zdarłaś ze mnie maskę. Zrobiłaś to w sposób pozbawiony delikatności. Otworzyłaś drzwi, które nie powinny były zostać otwarte, i pokazałaś, jak bardzo nie umiem grać w tę grę, nazwaną przesadnie życiem.

Nie spodziewałem się, że to właśnie ty mnie tego nauczysz... A zrobiłaś to. Zrobiłaś i odeszłaś bez słowa, a ja znów odczuwam brak tchu.

Bez ciebie nie radzę sobie z oddychaniem.

Próbuję.

Oddech. Drugi. Za dużo. Za mało.

Nie umiem znaleźć złotego środka, który przy tobie był największą oczywistością. Nabieram zbyt wiele powietrza i czuję, że nie jestem w stanie poradzić sobie z jego nadmiarem w pojedynkę. W płucach żarzy się ogień, ale tak inny od tego, którego dostarczała mi twoja obecność. Nie chcę go, próbuję się pozbyć, lecz nieudolnie. Ulegam.

Chciałbym, aby ktoś mi pomógł, ale wokół nie ma nikogo. Są tylko cisza i ciemność, które powinny otulić delikatną woalką spokoju, a powodują jedynie, że drżę z przerażenia. Irracjonalnie, bo przecież odkąd sięgam pamięcią, zawsze dążyłem do izolacji i stroniłem od ludzi. Powinienem być szczęśliwy. Nie jestem. Ta pustka boli i ciągnie w dół. Wiem, że nie będę w stanie wygrzebać się na powierzchnię w pojedynkę.

Ty jesteś moją ostatnią nadzieją.

Przyjdź. Zjaw się ponownie, bo zaraz udusi mnie samotność.

Przyjdź, przypomnij dawne lekcje i napełnij płuca tym cholernym tlenem.

Ten ostatni raz przyjdź i mi pomóż.

A ja pozwolę ci znowu zniknąć.

Ostatecznie.

Albo i nie?

Zawsze robiłem ci na złość. Czemu teraz miałoby się to zmienić?

4. Powrót, którego nie chciałam

Michalina

Zmierzam przed siebie szybkim krokiem, a z nieba cały czas siąpi deszcz. Już nawet nie próbuję się przed nim zasłaniać. Jest mi wszystko jedno, czy zmoknę jeszcze bardziej. I tak koszmarnie przemokłam. Włosy lgną do twarzy i szyi, jakbym dopiero co opuściła kabinę prysznicową, skórzana kurtka błyszczy od wilgoci, a w butach chlupocze woda.

Wchodzę na podwórko i wbiegam po schodkach prowadzących do domu. Koncentruję się na zamku i już planuję się z nim rozprawić, kiedy drzwi otwierają się niespodziewanie bez mojej pomocy. Drgam niespokojnie, po czym unoszę wzrok, spostrzegając przed sobą starszego mężczyznę.

Do tej pory byłam przekonana, że w domu nikt na mnie nie czeka. Wysuwam z kieszeni spodni telefon i zerkam przelotnie na jego ekran, aby utwierdzić się w tym przekonaniu. Cyfrowy zegar wskazuje prawie godzinę szesnastą.

Ojciec zwykle pracuje całe dni i nie ma w zwyczaju kończyć przed czasem. Jest olbrzymim pracoholikiem. Na przestrzeni lat zdołałam się przyzwyczaić. Trochę. Czasami wydaje mi się, że gdyby mógł, zamieszkałby na stałe w warsztacie. Tymczasem to właśnie on stoi na progu i uśmiecha się w ten przepełniony czułością sposób, w który jednak tym razem wkrada się pewna nerwowość. Dłoń mu zauważalnie drży, gdy przesuwa nią po obsypanym zarostem policzku, a usta raz po raz zaciskają się w wąską linijkę, choć stara się nad tym zapanować.

Nabieram ostrożności.

- Tak wcześnie w domu? Stało się coś? - pytam mało ufnie i mijam go w progu, a on usłużnie się cofa, abym mogła bez problemu przejść z bagażami.

- Czy coś się musiało stać, żebym chciał pobyć kilka chwil z własną córką, gdy ta wreszcie raczy wrócić do domu po tygodniach nieobecności? - odpowiada pytaniem na pytanie. - I dlaczego nie dzwoniłaś, żebym odebrał cię z dworca? Zobacz, jak ty zmokłaś!

- Nie było takiej potrzeby, twój pracownik zaproponował mi podwózkę.

- Radek?

Bingo.

Nie jestem pewna, ilu zatrudnia obecnie ludzi, ale dość szybko odgadł, o kogo chodzi. Może jestem zbytnio podejrzliwa, lecz mimowolnie zaczynam się zastanawiać, czy tamto spotkanie rzeczywiście można uznać za tak przypadkowe, jak przedstawiał to sam zainteresowany. Lada moment okaże się pewnie, że Radek jest jedynakiem, nie dźwigał żadnych słoiczków, a na dworzec przybył na zlecenie mojego ojca. Co prawda nie znali godziny, o której planowałam przyjechać, ale nawet nieszczególnie bym się zdziwiła, gdyby chłopak koczował tam od rana. Jak cholerny anioł stróż z połamanymi skrzydłami i kilometrowym pechem, którym mnie zaraził.

Kiwam głową, ale nie ciągnę tego tematu. Odkładam na bok teczkę, opierając o walizkę, a torebkę kładę na szafce. Ojciec stoi przy ścianie, krzyżując ręce za plecami niczym uczeń wezwany do odpowiedzi, do której nie zdołał się przygotować na czas. Coś mi mocno nie gra w jego zachowaniu.

- No więc? - podejmuję temat, podchodząc do niego bliżej. - Powiesz, o co chodzi? Bo czaisz się niesamowicie. To do ciebie niepodobne.

Zbywa mnie. Rzuca jakimś płytkim "Zdaje ci się" i myśli, że to wystarczy, a ja mu odpuszczę.

Nie odpuszczam.

Dawno go już nie widziałam i może właśnie ta rozłąka powoduje, że łatwiej mi dostrzec, jak czas odcisnął na nim swoje piętno. Tata nie ma już idealnie wysportowanej sylwetki. Obecnie pod zbyt dużą koszulką chowa kilka nadprogramowych kilogramów. Ciemny zarost oraz równie czarne włosy ma poprzecinane siwymi pasemkami, a w kącikach niebieskich oczu dostrzegalne są urocze, kurze łapki. Jego szerokie czoło naznaczone jest licznymi zmarszczkami od zbyt częstego marszczenia. Wiem, że robi to, gdy tylko coś go martwi lub złości, a ja akurat ten jeden gest chyba przejęłam od niego w genach. Pewnie powinnam z tym walczyć, bo jeżeli tak dalej pójdzie, to na stare lata również najpewniej skończę z pofalowaną skórą, ale momentami to silniejsze ode mnie. Tak jak teraz.

Niestety, ojciec nie pali się, aby zdradzić, co go trapi. Milczy, a ja nie mam siły, aby z nim walczyć. Chciałabym usłyszeć to, czego on wyraźnie nie chce mi powiedzieć, ale jednocześnie nie zamierzam ciągnąć go za język za wszelką cenę. Nie bawią mnie te gierki.

Prycham cicho, po czym przechodzę dalej, w głąb domu. Tata nagle przytomnieje i próbuje coś z siebie wykrztusić, ale jest za późno - dzieje się samo.

Wchodzę do salonu i zamieram w pół kroku. Mój wzrok ze mną nie współpracuje. Zamiast posłusznie zatrzymać się razem z resztą ciała, on mknie dalej i dopada do postaci, która siedzi na sofie przed telewizorem.

W pierwszej chwili jej nie poznaję. Zmieniła się znacząco. Schudła, obcięła włosy na króciutko i potraktowała je jasną farbą. Mój umysł pozwala się oszukać, ulega temu złudnemu wrażeniu. Przez zaćmienie umysłu traktuję ją jak kogoś obcego i nawet uśmiecham się nieznacznie, jak często robię w kierunku przypadkowych sąsiadek, a słowa powitania niemalże opuszczają moje usta. Jakoś udaje mi się je powstrzymać.

Mrugam kilkukrotnie, a potem uświadamiam sobie, kim tak właściwie jest ta kobieta. Zimny dreszcz przebiega przez moje ciało, z miejsca ustawiając na pozycji ofiary. Zachowuję się jak dzikie zwierzątko pochwycone przez światła zbliżającego się z zastraszającą prędkością pojazdu. Powinnam uciec, ratować się za wszelką cenę, lecz nadal tkwię w tym samym miejscu.

Nie rozumiem.

Chcę spojrzeć gdziekolwiek indziej, ale nie potrafię. Wzrok mimowolnie powraca do intruza, a ja czuję się jak wszyscy ci ludzie, którzy natrafiają przypadkiem na trupa, na którego patrzeć nie chcą, lecz i tak to robią. Ich uwaga wędruje ku martwemu ciału. A kobieta, która wtargnęła do naszego domu, budzi we mnie emocje zbliżone do nieboszczyka. Albo i gorsze. On przecież niczym mi nie zawinił. Ona - owszem i to aż za bardzo.

Nie mogę oddychać.

Nie umiem. Zapomniałam, jak się to robi. Duszę się powietrzem, które zbyt długo przetrzymuję w płucach.

Nie umiem oddychać.

Chwieję się i opieram ramieniem o ścianę, w poszukiwaniu jakiejkolwiek stabilności. Powietrze w końcu powoli wydostaje się spomiędzy rozchylonych warg i zostaje zastąpione innym, ale to nie przynosi ulgi. Pali mnie każdy jego haust.

Kurczę się w sobie. Bezwiednie kręcę głową i mocno zaciskam powieki, jakby chcąc się pozbyć tego upiornego obrazu, jaki prawie wypalił się w mózgu. To nie pomaga. Wbijam paznokcie jednej ręki w nadgarstek drugiej, a pod opuszkami palców wciąż wyczuwam drobne zgrubienia będące pamiątką po tej największej słabości, jakiej dopuściłam się w moim życiu kilka lat temu. Sprawiam sobie ból, aby móc się opanować, ale nawet jego iskierki, które przemykają przez siatkę połączeń nerwowych, nie pomagają tego osiągnąć.

Jestem tchórzem. Nie umiem mierzyć się z koszmarami przeszłości, a taktyczne wycofanie jest wpisane na stałe w całe spektrum zachowań, które towarzyszą mi, odkąd tylko pamiętam. Robię krok do tyłu i jeszcze jeden. Zbyt wolno. To nie współgra z tym szalonym tempem, które narzuca mi własne serce.

Muszę uciec.

Rzucam się na oślep, ale ktoś mnie powstrzymuje. Łapie za ramiona i przytrzymuje w miejscu.

- Misia - odzywa się cicho, łagodnym tonem, próbując skupić na sobie moją uwagę.

Nie słucham. Zachowuję się jak opętana, ale szok jest zbyt duży.

- Misia, przestań. Uspokój się.

- Co ona tu robi? - rzucam spazmatycznie i otwieram oczy, patrząc z przerażeniem w dobre, niebieskie tęczówki należące do osoby, która zawsze była dla mnie olbrzymim wsparciem. Jedynym, jakie kiedykolwiek otrzymałam.

Błądzę chaotycznie spojrzeniem po jego twarzy, nie potrafiąc skoncentrować się na żadnym konkretnym fragmencie. Za wszelką cenę próbuję odnaleźć wytłumaczenie, które pomogłoby mi zrozumieć absurd tej sytuacji. Wciąż trzymam się nadziei, że tata uspokoi mnie i powie, że tego tak naprawdę nie ma. Że to wszystko dzieje się tylko w mojej chorej głowie.

Takie zapewnienia nie padają.

- Wyszła, a to nadal jej dom - tłumaczy.

Nie mogę dać wiary, że po tym całym piekle, które nam zgotowała, ojciec nadal godzi się na to, aby wciąż była obecna w naszym życiu. Wiem, on jest zwolennikiem dawania drugich szans. Ja nie. A ta kobieta nie zasłużyła na jego dobroć.

- Świetnie! Tylko po co prosiłeś, żebym przyjechała?! Wracam do Krakowa! - Kieruję się od razu do wyjścia, choć dopiero weszłam.

Tata na to nie pozwala. Łapie za moją dłoń i przytrzymuje. Nie puszcza, mimo że szarpię i za wszelką cenę próbuję się uwolnić. Ma silny chwyt i jestem pewna, że zostaną mi po tym starciu sińce.

- Puść ją. Niech jedzie, skoro tak bardzo tego chce. Spójrz na nią. Ona nie umie przybywać z ludźmi. Żeby być w tym wieku i nie mieć żadnego życia? Przyjaciół? Chłopaka? Tylko bazgrze po tych kartkach i głupia myśli, że one wszystko zastąpią. Wariatka. Skończy samotna jako stara panna i wyjdzie na tym tak, że szklanki z wodą nie będzie miał kto jej podać, gdy sama nie będzie w stanie po nią sięgnąć. Nie udało nam się to dziecko, zdecydowanie nie - wtrąca się matka.

W jednej chwili wszystko puszcza. Uspokajam się. Histeria mija. Czuję się wręcz nienaturalnie spokojna, co dziwi nawet mnie samą. Spoglądam na mamę, a ona uśmiecha się kpiąco i mruży oczy, wiedząc, że trafiła w najczulszy punkt.

Chcę coś powiedzieć, obronić samą siebie, ale nie znajduję słów, które by mi to umożliwiły.

Milczę.

Porzucam walkę. Zaciskam wargi, aby ukryć ich drżenie. Oczy pieką niemiłosiernie, ale żadna z łez nie dostaje pozwolenia, by popłynąć dalej. Ojciec zamyka mnie w objęciach. Szepcze idiotyczne słowa pocieszenia i prosi, abym nie zwracała na nią uwagi i się nie przejmowała, ale nie jest to możliwe. Potrzebowałam długich miesięcy, aby na nowo zacząć żyć, a teraz dopada mnie przeświadczenie, że te wysiłki były zbędne.

- Misia, proszę. Zostań - odzywa się cicho tata, a w jego oczach migocze ta namiastka bólu, z jakim patrzył kiedyś, lata temu, gdy straszliwie pogubiłam się w swoim życiu.

Wciąż się nie odnalazłam, ale nauczyłam się stwarzać pozory. Teraz z tego korzystam. Wiem przecież, że dla niego jest to równie trudne i moja obecność, chociaż chwilowa, znacząco by mu pomogła. Właśnie dlatego postanowił ściągnąć mnie do domu.

Nie mogę zostawić go z tym samego.

Podejmuję decyzję, choć mam dziwne wrażenie, że w ciągu kolejnych dni pożałuję tego niejednokrotnie.

- Idę do pokoju - szepczę mu do ucha. Tata potakuje i uśmiecha się, choć bardziej przypomina mi to grymas niż jakiś radośniejszy gest.

- Zjedz coś. - Zmienia temat, a ja nie wiem, czy bardziej chce pomóc mnie, czy jednak samemu sobie. - Pewnie jesteś głodna po podróży.

Jestem. A raczej byłam. Teraz już nie. Nerwowe skurcze nieprzyjemnie ściskają mój żołądek.

- Nie chcę - mamroczę.

Zbieram teczkę, torebkę i walizkę, po czym wbiegam szybko po schodach, nie oglądając się za siebie. Staram się ignorować zachowanie matki, ale gdy słyszę tylko to jedno prychnięcie przepełnione jawną kpiną i szyderstwem, nie potrafię udawać, że mnie to nie rusza. Łzy przełamują opór, płyną, a ja ich dłużej nie powstrzymuję.

12. Rozwiązanie problemów

Michalina

Leżę na kanapie. Nogi trzymam zarzucone wysoko na oparciu, głową zwieszam się w dół, a moje włosy muskają powierzchnię futrzastego dywanu. Nie wiem, czy dzięki temu cała mądrość z powrotem spłynie mi do mózgu, ale próbuję wytrwale. To moja ostatnia nadzieja, żeby przywrócić sobie trzeźwość myślenia.

Trwam w tej pozycji już dłuższy czas i oprócz lekkich mdłości, nie udaje mi się wskórać zupełnie nic. Nie wpadam na sposób, który umożliwiłby mi spłatę zatrważającego długu. Nie odkrywam także, jak pozbyć się z ust alkoholowego posmaku, którym zostałam poczęstowana bez pytania. Najgorzej. Zostanę alkoholiczką. Na wieki wieków.

Słyszę czyjeś kroki tuż po swojej prawej stronie, ale nawet to nie wymusza na mnie reakcji. Trwam w bezruchu, nie otwierając oczu. Mam świadomość, że to w niczym mi nie pomoże, a jedynie opóźni nieuniknione. Musiałabym być naprawdę naiwna, aby wierzyć, że Elwira tak łatwo odpuści. Znam ją, to nie w jej stylu. Poza tym mieszkanie należy do niej, ja jestem tylko gościem i to dość upierdliwym. Po raz kolejny bez uprzedzenia zwaliłam się jej na głowę z moimi problemami. Każdy inny człowiek pogoniłby mnie już dawno temu, nie mogąc znieść depresyjnych oparów, które się za mną ciągną. Ona nie. Założyła na twarz maseczkę i udaje, że wszystko gra.

Wie przy tym o mnie wszystko. Dokładnie wszystko. Pozwoliłam jej na to. Pękłam. W chwili słabości dopuściłam do tego, aby demony przeszłości znów dały o sobie znać, a one przyszły i to dużo silniejsze niż zazwyczaj. Złamały mnie, a ja, próbując się ratować, złapałam Wirę za rękę i zapoznałam ją z nimi. Egoistycznie pociągnęłam ją na dno. Wszystko, byle tylko zminimalizować straty i ratować własny tyłek przed bolesnym upadkiem.

Zadzwoniłam do niej w środku nocy i opowiedziałam jej o moim życiu, nie pomijając żadnego szczegółu. Wyznałam wszystkie swoje grzechy, a ona słuchała cierpliwie. Nie przerwała mi ani na moment, a potem, gdy wreszcie zamilkłam, po prostu rozłączyła się bez słowa. Wtedy wydawało mi się, że ją straciłam, a razem z nią resztki nadziei na normalność.

Ona jednak zadzwoniła znowu. Niemal pół godziny później. Czając się na progu pokoju w akademiku i trzymając w dłoniach dwie butelki taniego wina. Wparowała do środka. Do pokoju, ale też do mojego życia. Nie pytała o nic, nie oceniała. Przyjęła mnie taką, jaką byłam. Nie kazała mi się zmieniać ani usilnie nie starała się doprowadzić mnie do porządku. Pozwoliła się wypłakać na ramieniu i uzupełniała puste kieliszki.

Nie umiałam jej za to podziękować wtedy i nie potrafię zrobić tego obecnie, ale czuję wielką wdzięczność. Nigdy jej tego nie wynagrodzę.