Książę Lestat - Anne Rice

Reflow text when sidebars are open.
Pisząc swoje książki, wampir Lestat używał pojęć, których nauczyły go inne poznane przez niego wampiry. Te z nich, które przyczyniły się w jakimś stopniu do powstania jego dzieł, przekazując mu swoje pamiętniki i inne spisane przeżycia, dodały do tych terminów swoje własne, czasami o wiele starsze od tych, których znaczenie zostało mu kiedykolwiek wyjawione.
Oto lista owych pojęć, znanych obecnie wśród nieśmiertelnych na całym świecie.
Dar chmury - zdolność starszych wampirów do przeciwstawiania się sile grawitacji, wzbijania się w górną warstwę atmosfery i unoszenia się w niej oraz pokonywania dzięki temu dużych odległości. Nikt nie jest w stanie powiedzieć, kiedy wampir może posiąść tę umiejętność, ale wola jej nabycia może sprawić cuda. Obdarzone nią są wszystkie naprawdę stare osobniki, bez względu na to, czy wiedzą o tym. Niektóre pogardzają nią i nie korzystają z niej, dopóki nie zostaną do tego zmuszone.
Dar ognia - zdolność pewnych wampirów do palenia materii telepatyczną siłą umysłu. Dzięki niej mogą sprawić, że zapłonie drewno, papier i każda inna substancja palna. Mogą też obrócić w popiół inne wampiry. Posiadają ją tylko starsze osobniki, ale nikt nie wie, kiedy i jak ją nabywają, zdarza się bowiem, że zdobywa ją od razu bardzo młody wampir stworzony przez starego. Obdarzony nią wampir musi widzieć tego, którego chce spalić, a zatem żaden nie może wyrządzić w ten sposób krzywdy innemu, jeśli nie znajdzie się na tyle blisko ofiary, by móc skierować na nią tę moc.
Dar umysłu - nieprecyzyjny termin, który odnosi się do różnych nadprzyrodzonych zdolności umysłu wampira. Dzięki darowi umysłu wampir może dowiadywać się o tym, co dzieje się na górze, kiedy śpi pod ziemią. Świadomie używając tego daru, może telepatycznie poznawać myśli zarówno śmiertelnych, jak i nieśmiertelnych. Może też za jego pomocą wywoływać obrazy w umysłach innych, a także otwierać zamki i drzwi albo zatrzymać pracę silnika. Podobnie jak w przypadku innych darów, wampiry rozwijają tę zdolność powoli i tylko najstarsze z nich potrafią wydobyć z umysłów innych osób informacje, których te nie chcą im przekazać, albo wysłać telekinetyczną falę energii niszczącą mózg i krwinki człowieka lub innego wampira. Wampir może usłyszeć i zobaczyć to, co postrzegają inni, nawet kiedy pozostają poza zasięgiem jego wzroku, ale żeby zniszczyć kogoś telekinetycznie, musi mieć ofiarę w polu widzenia.
Dar zaklęcia - zdolność dezorientowania, zwodzenia i urzekania śmiertelnych, a czasami innych wampirów. Posiadają ją w jakimś stopniu wszystkie wampiry, nawet nieopierzone, ale wiele z nich nie wie, jak z niej korzystać. Wymaga ona bowiem świadomego starania, by przekonać ofiarę, że rzeczywistość wygląda tak, jak chce ją przedstawić wampir. Nie jest to zniewolenie ofiary, lecz wprowadzenie jej w błąd. Niezbędny do tego jest kontakt wzrokowy. Nie można zakląć nikogo na odległość. Prawdę mówiąc, wiąże się to częściej z użyciem słów oraz spojrzeń i z całą pewnością z wykorzystaniem w jakiejś mierze daru umysłu.
Diabelski gościniec - średniowieczne wyrażenie używane przez wampiry na określenie obieranej przez każdego z nich drogi życiowej; termin powszechnie stosowany przez dzieci szatana, które uważały, że służąc mu, służą samemu Bogu. Kroczyć diabelskim gościńcem znaczyło wieść życie nieśmiertelnego.
Dzieci ciemności - określenie wszystkich wampirów, czyli tych, którzy należą do Krwi.
Dzieci mileniów - nieśmiertelni, którzy przeżyli ponad tysiąc lat, a zwłaszcza ci, którzy przeżyli ponad dwa tysiąclecia.
Dzieci szatana - termin oznaczający wampiry z czasów schyłku starożytności i późniejszych, które wierzyły, że są dosłownie dziećmi szatana i służąc mu poprzez żerowanie na ludziach, w istocie służą Bogu. Mieli purytańskie podejście do życia, które traktowali jako pokutę. Odmawiali sobie wszelkich przyjemności oprócz picia krwi i uczestniczenia od czasu do czasu w sabatach, na których tańczyli; żyli pod ziemią, często w ponurych i brudnych katakumbach i jamach. Od osiemnastego wieku nikt ich nie widział ani nie słyszał; najprawdopodobniej kult ten zaniknął.
Dziki Ogród - termin używany przez Lestata na określenie świata, zgodny z jego przekonaniem, że jedynymi naprawdę uniwersalnymi prawami są prawa estetyki, które rządzą pięknem otaczającej nas przyrody.
Klan wymownych - współczesne, popularne wśród nieśmiertelnych żargonowe określenie wampirów, których historie pojawiają się w "Kronikach wampirów", odnoszące się zwłaszcza do Louisa, Lestata, Pandory, Mariusa i Armanda.
Krew - pisane dużą literą, słowo to odnosi się do krwi wampira przekazywanej przez mistrza pisklęciu w procesie intensywnej i często niebezpiecznej wymiany. Określenie "w Krwi" oznacza, że ten, o kim się tak mówi, jest wampirem. Wampir Lestat miał ponad dwieście lat "w Krwi", kiedy pisał swoje książki. Wielki wampir Marius ma ponad dwa tysiące lat w Krwi. I tak dalej, i dalej.
Krew Królowej - wampiry stworzone przez królową Akaszę po to, by podążały jej drogą Krwi i walczyły z buntownikami z Pierwszego Miotu.
Królowa Potępionych - tytuł nadany wampirzycy Mekare przez jej siostrę Maharet po wchłonięciu przez tę pierwszą Świętego Rdzenia. Miał on wydźwięk ironiczny, ponieważ Akasza, pokonana władczyni, która chciała zapanować nad światem, nazwała się Królową Niebios.
Krwiopijca - najstarsza nazwa wampira. Było to proste słowo wymyślone przez Akaszę, które zastąpiła później wyrażeniem "bóg krwi" na określenie tych, którzy obrali jej drogę duchową i przyjęli stworzoną przez nią wiarę.
Mały łyczek - wypicie krwi śmiertelnemu tak, że ofiara nie wie o tym albo tego nie czuje, w ilości niepowodującej jej śmierci.
Mroczny dar - moc wampira. Obdarzając nieopierzonego Krwią, mistrz przekazuje mu mroczny dar.
Mroczna przemiana - akt stworzenia nowego wampira. Polega ona na wypiciu krwi pisklęcia i zastąpieniu jej potężną Krwią.
Nieśmiertelni - wspólna nazwa wampirów wszystkich epok.
Pierwszy Miot - wywodzące się od Khaymana wampiry zbuntowane przeciw królowej Akaszy.
Pisklę - nowy wampir, od niedawna w Krwi, a także potomek wampira w Krwi. Na przykład Louis jest pisklęciem Lestata, a Armand Mariusa. Maharet jest natomiast pisklęciem swej siostry bliźniaczki, Mekare, ta zaś pisklęciem Khaymana, który z kolei jest pisklęciem Akaszy.
Stwórca - wampir, który wprowadził kogoś w Krew. Ten prosty termin jest powoli wypierany przez termin "mentor". Czasami stwórcę nazywa się też "mistrzem", jednak również to słowo wychodzi z użycia. W wielu częściach świata uważa się, że wystąpienie przeciw swemu stwórcy albo dążenie do jego zniszczenia jest wielkim grzechem. Stwórca nigdy nie słyszy myśli swego pisklęcia i odwrotnie.
Święty Rdzeń - mózg albo siła życiowa ducha Amela, który znajduje się w ciele wampirzycy Mekare. Zanim przeszedł w Mekare, znajdował się w Akaszy. Uważa się, że każdy wampir jest z nim związany jakiegoś rodzaju niewidzialną pajęczyną czy siecią połączeń. Gdyby wampir, w którym znajduje się Święty Rdzeń, został zniszczony, zginęłyby wszystkie pozostałe.
Usłyszałem go przed laty. Coś bełkotał. Bredził.
Stało się to po zniszczeniu królowej Akaszy przez jedną z rudowłosych bliźniaczek, Mekare, która została Królową Potępionych. Byłem świadkiem tego wszystkiego - okrutnej śmierci Akaszy, kiedy wszyscy myśleliśmy, że zginiemy razem z nią.
Stało się to po zamianie ciał, której dokonałem ze śmiertelnym, i po tym, jak porzuciwszy marzenia o tym, że kiedykolwiek znowu stanę się człowiekiem, powróciłem do mej własnej, potężnej postaci wampira.
Było to po mojej wyprawie do nieba i piekła z duchem zwanym Memnochem, z której wróciłem na ziemię jako zraniony podróżnik, wyzbywszy się pragnień poszukiwania wiedzy, prawdy i piękna.
Przez wiele lat leżałem przygnębiony na posadzce kaplicy w starym budynku klasztornym w Nowym Orleanie, nie zważając na stale zmieniający się tłum nieśmiertelnych wokół mnie, słysząc ich, chcąc im odpowiedzieć, ale jakoś nigdy nie mogąc się zdobyć na to, by odwzajemnić choć jedno spojrzenie, odpowiedzieć na choćby jedno pytanie, przyjąć pocałunek czy czuły szept.
I wtedy po raz pierwszy usłyszałem Głos. Męski, natarczywy, rozbrzmiewający w mojej głowie.
Jak powiedziałem, bredził. I pomyślałem: "Cóż, chyba my, krwiopijcy, możemy zwariować tak samo jak śmiertelni, a to, co słyszę, jest wytworem mojego umysłu. A może jest to głos jakiegoś okaleczonego pradawnego przedstawiciela tego samego plemienia, który śpi gdzieś obok, a ja telepatycznie dzielę z nim jego niedolę?".
W naszym świecie istnieją fizyczne granice telepatii. Oczywiście. Jednak głosy, prośby, błagania, myśli można przekazywać za pośrednictwem innych umysłów, a zatem ten nieszczęśnik mógł równie dobrze znajdować się po drugiej stronie globu.
Jak już powiedziałem, bełkotał, mieszał języki starożytne i współczesne, czasami wydobył z siebie całe zdanie w łacinie lub w grece, po czym przechodził do powtarzania... zwrotów ze współczesnych filmów, a nawet piosenek. Przy tym cały czas błagał o pomoc, niczym mucha o ludzkiej głowie z końcówki arcydzieła filmowego klasy B: "Pomóż mi, pomóż mi!", jakby on też wpadł w pajęczą sieć i zbliżał się do niego gigantyczny pająk. "No dobrze, dobrze, co mogę zrobić?", pytałem, a on od razu odpowiadał. Był blisko czy też korzystał z najlepszego systemu przekazu w świecie nieśmiertelnych?
- Wysłuchaj mnie, przyjdź do mnie - jęczał i powtarzał to w kółko noc w noc, aż stawało się jednostajnym szumem.
Mogłem się w każdej chwili wyłączyć. To żaden problem. Kiedy jesteś wampirem, musisz się nauczyć ignorować telepatyczne głosy, bo inaczej zwariujesz. Równie łatwo mogłem stłumić krzyki żywych. I robiłem to. Musiałem. Inaczej nie zdołałbym przetrwać. Nawet bardzo stare wampiry potrafią wyłączyć docierające do nich głosy. Jestem w Krwi od ponad dwustu lat. One od sześciu tysiącleci.
Czasami po prostu cichł.
W pierwszych latach dwudziestego pierwszego wieku zaczął mówić po angielsku.
- Dlaczego? - zapytałem.
- Bo to lubisz - odparł tym swoim rzeczowym męskim tonem. Śmiech. Jego śmiech. - Wszyscy lubią angielski. Musisz przyjść, kiedy cię wzywam. - A potem znowu zaczął bredzić mieszaniną języków o ślepocie, uczuciu duszenia się, obezwładnieniu, bezradności. Wszystko to znowu przeszło w wielokrotnie powtarzane błaganie: "Pomóż mi!", przerywane fragmentami poezji łacińskiej, greckiej, francuskiej i angielskiej.
Może to być interesujące przez trzy kwadranse, potem staje się monotonne i nudne. Oczywiście nawet nie chciało mi się odpowiadać.
W pewnym momencie krzyknął: "Piękno!", po czym dalej bez końca bredził, wracając jednak co i rusz do tego "piękna", zawsze z wykrzyknikiem, którym dźgał mnie w skroń niczym palcem.
- No dobrze, "piękno", i co z tego? - zapytałem w końcu.
Jęknął, zaszlochał i rozpoczął chaotyczny, przyprawiający mnie o zawrót głowy monolog. Wyłączyłem się chyba na rok, ale słyszałem jego głos dudniący pod powierzchnią, a potem, może ze dwa lata później, zaczął zwracać się do mnie po imieniu.
- Lestacie, łobuzerski książę!
- Och, odczep się!
- Nie, Lestacie, łobuzerski książę, mój książę, och, chłopcze! Lestacie...
Potem powtórzył to w dziesięciu współczesnych i sześciu czy siedmiu starożytnych językach, czym mi zaimponował.
- No to powiedz wreszcie, kim jesteś, bo pożałujesz - rzekłem ponuro. Musiałem przyznać, że kiedy czułem się niezwykle samotny, cieszyłem się, że mam go koło siebie.
A nie był to dla mnie dobry rok. Włóczyłem się bez celu. Miałem wszystkiego dość. Byłem na siebie wściekły, że nie podtrzymuje mnie na duchu "uroda" życia, nie czyni mojej samotności znośną. Błąkałem się nocami po dżunglach i lasach, podnosząc ręce, by czuć dotyk liści na niskich gałęziach, płacząc i mamrocząc sam do siebie. Wędrowałem po Ameryce Środkowej, zwiedzając ruiny miast Majów, a potem udałem się do Egiptu, gdzie zapuszczałem się w głąb pustyni i oglądałem rysunki naskalne w drodze do portów nad Morzem Czerwonym.
Do miast, które odwiedzałem - Kairu, Jerozolimy, Bombaju, Honolulu, San Francisco - stale napływały młode, błąkające się samopas wampiry. Znużyło mnie karanie ich za zabijanie niewinnych ludzi dla zaspokojenia niecnego uczucia głodu. Chwytano je i wtrącano do więzień, gdzie z nadejściem świtu zmieniały się w kupki popiołu. Czasami wpadały w ręce specjalistów z zakresu medycyny sądowej. Przykre utrapienie. Do niczego to nie doprowadziło, ale więcej powiem o tym później.
Ci mnożący się wszędzie włóczędzy zawsze byli skorzy do zwady, a ciągłe awantury między nimi i ich bandami uprzykrzały życie nam wszystkim. Nie wahali się próbować spalić każdego krwiopijcę, który wszedł im w drogę, albo uciąć mu głowy. Istny chaos.
Ale kimże jestem, by uczyć tych nadprzyrodzonych głupków poszanowania dla zasad? Czy kiedykolwiek stałem po stronie prawa i porządku? Przecież uważa się mnie za buntownika, za l'enfent terrible. A więc dałem im się wygnać z tych miast, nawet z Nowego Orleanu. Mój ukochany Louis de Pointe du Lac wyjechał wkrótce po mnie i od tamtej pory mieszka z Armandem w Nowym Jorku.
Armand dba o to, by bezpieczna wyspa, jaką jest Manhattan, pozostała taką dla niego, Louisa i dwójki młodych krwiopijców, Benjamina i Sybelle, a także dla wszystkich innych, którzy zechcą się przyłączyć do ich rozkosznych biesiad na Upper East Side. Nie jest to żadną niespodzianką. Zawsze wykazywał się wielką umiejętnością niszczenia tych, którzy go urazili. Był przecież przez setki lat przywódcą sabatu paryskich dzieci szatana i gotów był obrócić w popiół każdego krwiopijcę, który ośmieliłby się nie przestrzegać surowych zasad tych nieszczęsnych fanatyków religijnych. Jest bezwzględnym autokratą. To zadanie w sam raz dla niego.
Niech mi będzie wolno dodać w tym miejscu, że nie jest on wcale takim moralnym zerem, za jakie go kiedyś uważałem. Tak wiele z tego, co sądziłem i napisałem w książkach o nas, o naszych umysłach i duszach, naszym rozwoju czy upadku moralnym, okazało się błędne. Armand nie jest bez serca i nie brak mu współczucia. Pod wieloma względami wraca po prostu po pięciuset latach do swej prawdziwej natury. A co ja sam wiem o byciu nieśmiertelnym? Odkąd jestem w Krwi, od 1780 roku? To niezbyt długo. Naprawdę niezbyt długo.
Nawiasem mówiąc, pojechałem do Nowego Jorku, by potajemnie sprawdzić, jak się wiedzie moim starym przyjaciołom. Stawałem w ciepłe noce obok ich wspaniałej rezydencji na Upper East Side i godzinami słuchałem, jak młoda wampirzyca Sybelle gra na pianinie, a Benjamin i Armand rozmawiają.
Była to zaiste imponująca rezydencja - trzy stykające się ze sobą kamienice, każda z greckim portykiem i frontowymi schodami, za ozdobnym żelaznym ogrodzeniem, przekształcone w jeden zachwycający pałac. Korzystano tylko ze środkowego wejścia, nad którym osadzona była tablica z brązu z napisem: BRAMA TRÓJCY.
Benji jest wampirem, który prowadzi radiowy talk show transmitowany co noc z Nowego Jorku. W pierwszych latach jego istnienia program ten nadawano na falach eteru, teraz jednak jest to radio internetowe, które dociera do nieśmiertelnych na całym świecie. Widząc Benjiego, Beduina z urodzenia, nikt nie spodziewałby się, że jest tak bystry - został wprowadzony do Krwi, kiedy miał może ze dwanaście lat, ma więc zaledwie pięć stóp i dwa cale wzrostu. Jest wszakże jednym z tych nieśmiertelnych dzieci, które śmiertelni zawsze biorą za dorosłych o drobnej posturze.
Oczywiście nie mogę "słyszeć" Louisa, kiedy ich śledzę, ponieważ to ja go stworzyłem, a stwórcy i ich pisklęta nie potrafią czytać w swych myślach, ale mój nadnaturalny słuch nigdy nie był lepszy. Stojąc obok ich domu, z łatwością przechwytywałem jego głęboki, łagodny głos i jego obrazy, które pojawiały się w umysłach pozostałych. Przez koronkowe firanki widziałem utrzymane w żywych kolorach barokowe freski na sufitach sal ich rezydencji. Było w nich dużo błękitu - błękitnego nieba z przepływającymi po nim złotawo zabarwionymi obłokami. A dlaczego nie? Czułem też zapach trzaskających płomieni.
Zespół kamienic miał pięć kondygnacji i zbudowany był w stylu belle époque. Pod nim znajdowały się piwnice, a na górze ogromna sala balowa ze szklanym sufitem, przez który widać było gwiazdy. Zrobili z tego prawdziwy pałac. Armand zawsze był w tym dobry - czerpiąc z niewyobrażalnych zasobów, urządzał sobie oszałamiające siedziby, wykładane marmurem i starym drewnem, wyposażone w najdoskonalsze meble, jakie kiedykolwiek zrobiono. I zawsze dbał o to, żeby można było czuć się w nich bezpiecznie.
Ten smutny, porwany w Rosji, mały pisarz ikon, już dawno temu przyjął humanistyczną wizję Zachodu, dokąd go uprowadzono. Marius, jego stwórca, musiał się temu przyglądać z satysfakcją.
Chciałem do nich dołączyć. Zawsze chcę, ale nigdy tego nie robię. Prawdę mówiąc, zachwycałem się ich stylem życia - wyjazdami limuzynami rolls-royce'a do opery, na koncerty symfoniczne i spektakle baletowe, wspólnym chodzeniem na otwarcie wystaw muzealnych, znakomitą integracją z otaczającym ich światem ludzi, a nawet zapraszaniem śmiertelnych do tych pozłacanych salonów na wino i przekąski i sprowadzaniem muzyków, by dla nich grali. Jak świetnie udawało im się uchodzić za ludzi! Nie mogłem się nadziwić, że kiedyś sam tak żyłem, że przed stu laty i wcześniej potrafiłem robić to wszystko z taką samą finezją. Przyglądałem się im oczami głodnego ducha.
Głos na zmianę dudnił, ryczał i szeptał za każdym razem, kiedy tam przychodziłem, mieszając ich imiona z błotem, zgłaszał pod ich adresem różne pretensje. Pewnego wieczoru powiedział:
- To piękno do tego doprowadziło, nie rozumiesz? To była tajemnica piękna.
Rok później spacerowałem po piasku South Beach w Miami, kiedy ponownie to powiedział. Na pewien czas włóczędzy i bandyci dali mi spokój. Bali się mnie, bali się wszystkich starszych. Jednak za mało.
- Do czego, drogi Głosie? - zapytałem. Uznałem, że należy mu się kilka minut, zanim go wyłączę.
- Nie potrafisz sobie wyobrazić głębi tej tajemnicy - odparł konfidencjonalnym szeptem. - Nie potrafisz sobie wyobrazić jej złożoności.
Wymawiał te słowa, jakby je dopiero co odkrył. Szlochał. Przysięgam - szlochał. Był to przykry dźwięk. Nie upajam się bólem żadnej istoty, nawet moich najbardziej sadystycznych wrogów. A Głos płakał.
Polowałem, chociaż nie musiałem pić, odczuwałem pragnienie, będąc w szponach tego nieznośnego łaknienia, tego pożądania gorącej, tryskającej ludzkiej krwi. Znalazłem młodą ofiarę. Połączenie brudnej duszy i wspaniałego ciała o białym, delikatnym gardle sprawiało, że nie mogłem się jej oprzeć. Wziąłem ją, tę bladą kobietę o cudownych, brązowych oczach i połyskującej orzechowo skórze, czarnych włosach wijących się jak węże Meduzy, nagą w białej pościeli, w jej pachnącej, ciemnej sypialni, za której oknami widać było światła miasta, przyszedłszy po dachach, by ją dopaść. Walczyła ze mną, kiedy zagłębiałem kły w jej tętnicy szyjnej, zbyt spragniony, by mieć ochotę na cokolwiek innego. Daj mi te uderzenia serca. Daj mi tę sól. Daj mi ten wiatyk. Napełnij me usta.
A potem buchnęła krew. Nie spiesz się! Byłem tą ofiarą, spustoszoną nagle jakby przez falliczne bóstwo, rzuconą z walącym sercem, opróżniającym tę kruchą formę, którą próbowało chronić, przez buchającą krew na podłogę wszechświata. Niestety, była martwa. Och, za szybko. Zgnieciona lilia na poduszce, z tym że nie była ona lilią - widziałem jej brudne występki, kiedy ogłupiła i wyczerpała mnie ta krew. Byłem rozgrzany, nawet rozpalony, oblizywałem wargi.
Nie znoszę leżeć obok martwego człowieka. Z powrotem po dachach.
- Podobało ci się to, Głosie? - zapytałem. Przeciągnąłem się w świetle księżyca jak kot.
- Hmm - odparł. - Oczywiście, zawsze to lubiłem.
- Więc przestań szlochać.
Wtedy odpłynął. Po raz pierwszy. Opuścił mnie. Zacząłem zasypywać go pytaniami. Bez odpowiedzi. Nie było tam nikogo.
Trzy lata temu zdarzyło się to.
Byłem w żałosnym stanie, czułem się przygnębiony, zniesmaczony, zniechęcony. Bez wątpienia sprawy układały się źle w całym świecie wampirów. Benji wzywał mnie w nieskończonych audycjach, bym wrócił z wygnania. Przyłączali się do tego inni. "Lestacie, potrzebujemy cię". Zewsząd płynęły lamenty, a ja nie mogłem odnaleźć wielu z moich przyjaciół - ani Mariusa, ani Davida Talbota, ani nawet bliźniaczek. Był taki czas, kiedy potrafiłbym z łatwością znaleźć ich wszystkich i każdego z osobna, ale ten czas minął.
- Jesteśmy osieroconym plemieniem! - wrzeszczał Benji przez internetowe radio wampirów. - Młodzi, bądźcie roztropni. Uciekajcie przed starymi, jak tylko ich zobaczycie. Bez względu na to, od jak dawna są w Krwi, nie są naszą starszyzną. Wyrzekli się odpowiedzialności za swych braci i siostry. Bądźcie roztropni!
Tamtej ponurej, zimnej nocy byłem spragniony, tak spragniony, że nie mogłem tego znieść. Och, w zasadzie nie potrzebuję już krwi. W moich żyłach płynie tyle krwi Akaszy, pierwotnej krwi starej Matki, że mogę żyć wiecznie bez odżywiania się. Byłem jednak spragniony i musiałem - a przynajmniej tak sobie mówiłem - skończyć z tą niedolą, zaspokoić pragnienie, ruszając późną nocą na łowy po ulicach Amsterdamu. Gotów byłem pożywić się krwią każdego łajdaka i zabójcy, którego udałoby mi się znaleźć. Robiłem to przecież już tyle razy. Ukrywałem ciała. Byłem ostrożny. Ale zawsze było to przygnębiające, ten bliski kontakt z emocjami, które potępiam - wprawdzie w moje usta tryskała wyborna gorąca krew, ale jednocześnie towarzyszyły temu wizje zepsutych i zdegenerowanych umysłów. Wiecznie to samo. Byłem zrozpaczony. W takim nastroju jestem zagrożeniem dla niewinnych i wiem o tym aż nadto dobrze.
Około czwartej nad ranem rozebrało mnie zupełnie. Siedziałem w wilgoci w małym parku publicznym na żelaznej ławce, zgięty wpół, w cieszącej się złą sławą, zaniedbanej dzielnicy, zamglone światła latarni ulicznych świeciły ponuro, jakby otaczała je sadza. Było mi zimno i bałem się, że po prostu nie przetrzymam tego. Nie osiągnę niczego w Krwi. Nie stanę się prawdziwym nieśmiertelnym, takim jak wielki Marius, Mekare, Maharet, Khayman czy nawet Armand. To nie było życie. W pewnej chwili ból stał się tak silny, jakby ktoś wbijał mi w serce i mózg noże. Splotłem dłonie na karku i niczego nie pragnąłem tak bardzo, jak umrzeć. Po prostu zamknąć oczy i umrzeć.
I wtedy dotarł do mnie Głos:
- Ale ja cię kocham!
Wzdrygnąłem się. Nie słyszałem go od tak dawna i oto był, ten sam zażyły ton, tak łagodny, tak czuły, niczym palce masujące mi głowę.
- Dlaczego? - zapytałem.
- Z nich wszystkich ciebie kocham najbardziej - odparł Głos. - Jestem z tobą, kocham cię.
- Kim jesteś? Jeszcze jednym rzekomym aniołem? Duchem, który udaje, że jest dobry? Kimś w tym rodzaju?
- Nie - odrzekł.
W chwili, kiedy zaczął mówić, poczułem rozchodzące się w moim ciele ciepło, to nagłe ciepło, jakie ogarnia osobę uzależnioną, kiedy wstrzyknie sobie upragniony narkotyk, to miłe, uspokajające ciepło, które poczułem przelotnie w Krwi, i zacząłem słyszeć deszcz, nie jako posępne bębnienie kropli o powierzchnie wokół mnie, lecz jako łagodną symfonię dźwięków.
- Kocham cię - powtórzył Głos. - A teraz wstań. Odejdź stąd. Musisz. Stawiaj kroki. Deszcz nie jest dla ciebie za zimny. Jesteś zbyt silny, żeby mu się poddać i żeby poddać się smutkowi. No dalej, rób, co ci mówię...
Zrobiłem. Wstałem, zacząłem iść i dotarłem do Hôtel de l'Europe, w którym się zatrzymałem, wszedłem do dużej sypialni o kunsztownie wytapetowanych ścianach i zaciągnąłem długie aksamitne zasłony przed światłem słońca. Błysk białego nieba nad rzeką Amstel. Poranne odgłosy.
Wtedy zastygłem. Przycisnąłem palce do powiek i zgiąłem się, ugiąłem się pod ciężarem samotności tak strasznej, że wybrałbym śmierć, gdybym miał taki wybór.
- Daj spokój, kocham cię - powiedział Głos. - Nie jesteś w tym osamotniony! Nigdy nie byłeś.
Czułem go w sobie i wokół siebie, otulał mnie.
W końcu położyłem się spać. Teraz śpiewał mi, śpiewał po francusku, jakiś tekst do ślicznej etiudy Chopina Tristesse...
- Lestacie, wracaj do Francji, do Owernii, gdzie się urodziłeś - szeptał mi do ucha, jakby był przy mnie. - Do starego zamku twojego ojca. Musisz tam jechać. Każdy z was, ludzi, potrzebuje rodzinnego domu.
Brzmiał tak łagodnie, tak szczerze. Dziwne, że to powiedział. Byłem właścicielem tego starego zamku. Przed wieloma laty wynająłem architektów i murarzy do jego odbudowy, chociaż nie wiedziałem, dlaczego to robię. Ujrzałem jego obraz, obraz tych starych wież wznoszących się na urwisku nad polami i dolinami, gdzie kiedyś tak wiele osób przymierało głodem, gdzie życie było tak gorzkie, gdzie byłem zgorzkniałym chłopcem zdecydowanym uciec do Paryża, zobaczyć świat.
- Jedź do domu - szepnął.
- Dlaczego nie idziesz spać, tak jak ja, Głosie? - zapytałem. - Wschodzi słońce.
- Bo tu, gdzie jestem, nie nastał jeszcze ranek, ukochany Lestacie.
- Aha, więc jesteś krwiopijcą, prawda? - powiedziałem. Czułem się, jakbym go przyłapał. Zacząłem się śmiać, chichotać. - Oczywiście, że jesteś.
Wpadł w furię.
- Ty żałosny, niewdzięczny zwyrodnialcu - wymamrotał... i znowu mnie opuścił.
No cóż, trudno. Czemu nie? Nie rozwiązałem jednak zagadki Głosu, nawet się do tego nie zbliżyłem. Czy był potężnym starym nieśmiertelnym i komunikował się ze mną z drugiego końca świata, przesyłając swój telepatyczny przekaz przez umysły znajdujących się między nami wampirów jak promień światła odbijający się od lustra do lustra? Nie, to nie było możliwe. Był na to zbyt bliski i wyraźny. Oczywiście można w ten sposób przekazywać innemu nieśmiertelnemu telepatyczne komunikaty, ale nie można rozmawiać z nim bezpośrednio, tak jak on cały czas rozmawiał ze mną.
Kiedy się obudziłem, był wczesny wieczór i Amsterdam wypełniał hałas ruchu ulicznego, wizg śmigających rowerów, miriady głosów. Bijące serca tłoczyły zapach krwi.
- Jesteś wciąż ze mną, Głosie? - zapytałem. Odpowiedziało mi milczenie, miałem jednak niejasne wrażenie, że nadal tam jest. Czułem się podle. Bałem się o siebie i zastanawiałem nad moją niezdolnością do miłości.
I wtedy to się stało. Podszedłem do sięgającego do podłogi lustra w drzwiach łazienki, by zawiązać krawat. Wiecie, jakim jestem dandysem. Nawet przygnębiony, włożyłem świetnie skrojoną marynarkę od Armaniego i koszulę frakową i, no, chciałem zawiązać ten jaskrawy, piękny, ręcznie malowany jedwabny krawat, ale... nie zobaczyłem w lustrze swojego odbicia!
To znaczy widziałem się tam, ale nie było to moje odbicie. Był tam inny ja. Uśmiechał się do mnie tryumfalnie, opierając się obiema rękami o szkło, jakby znajdował się w więziennej celi za lustrem, a w jego oczach migotały figlarne iskierki. Owszem, miał to samo ubranie co ja i był mną w najdrobniejszych szczegółach, włącznie z długimi, wijącymi się, jasnymi włosami i skrzącymi się niebieskimi oczami, ale nie było to moje odbicie.
Skamieniałem. W uszach zabrzmiało mi odległym echem słowo sobowtór, a w głowie pojawiły się obrazy wszystkich okropieństw, jakie kojarzą się z tym pojęciem. Nie wiem, czy potrafię opisać uczucie grozy, jakim przejął mnie widok mojej postaci zamieszkanej przez kogoś innego, kto na mnie kpiąco łypał i wyraźnie upajał się moim przerażeniem.
Zachowałem jednak niewzruszoną minę i nadal poprawiałem krawat, mimo że nie widziałem odbicia tego, co robiłem. A on wciąż uśmiechał się do mnie w ten sam lodowato szyderczy sposób, aż w moim mózgu rozległ się śmiech Głosu.
- Mam cię za to polubić, Głosie? - zapytałem. - Myślałem, że mnie kochasz.
Ubodło go to. Jego twarz - moja twarz - skurczyła się i wykrzywiła jak buzia małego chłopca, który za chwilę się rozpłacze. Podniósł ręce, jakby chciał się zasłonić. Jego palce drżały, powieki trzepotały. Obraz zniknął i pojawiło się moje prawdziwe odbicie. Stałem tam zaintrygowany, nieco przestraszony, nie czując jednak ani odrobiny złości. Ostatni raz poprawiłem krawat.
- Naprawdę cię kocham - powiedział smutno, niemal żałośnie Głos. - Kocham cię! - krzyknął i zaczął gadać, wrzeszczeć i rozwodzić się, a wszystkie te słowa, rosyjskie, niemieckie, francuskie, łacińskie, nagle się pomieszały...
Tamtej nocy Benji, nadając swą audycję z Nowego Jorku, powiedział, że nie może tak dłużej być. Nakłaniał młodych do ucieczki z miasta i ponownie błagał starszych plemienia, żeby wyszli z ukrycia.
Uciekłem przed tym do Anatolii. Chciałem znowu zobaczyć dawny kościół Hagia Sophia, pospacerować pod łukami tej budowli. Chciałem zobaczyć ruiny Göbekli Tepe, najstarszej odkrytej osady neolitycznej. Do diabła z problemami plemienia. Skąd przyszło Benjiemu do głowy, że jesteśmy plemieniem?
Spotkałem Farida sześć lat przed końcem minionego wieku. Było to po tym, jak poznałem Złodzieja Ciał, ale zanim poznałem Memnocha. I chociaż w owym czasie myślałem, że spotkanie to było przypadkowe, później zdałem sobie sprawę, że z całą pewnością nie było takim, ponieważ szukali mnie.
Stało się to w los Angeles, w łagodny, miły wieczór, kiedy zgodziłem się porozmawiać z nimi w kawiarnianym ogródku niedaleko miejsca na Bulwarze Zachodzącego Słońca, gdzie do mnie podeszli - dwa potężne wampiry, jeden wiekowy, drugi młody, posilony mocną krwią tamtego.
Tym starożytnym był Seth i jak to zawsze bywa z owymi wielkimi, którzy przetrwali do tych czasów, poznałem go po biciu serca, zanim go ujrzałem. Te pradawne potwory mogą skrywać swoje umysły i uchodzić za ludzi bez względu na to, ile mają lat, i często to robią, ale nie mogą zapobiec temu, by nieśmiertelny, taki jak ja, nie usłyszał bicia ich serca, a razem z nim słabego dźwięku, jakby odgłosu oddychania. Tyle że kiedy ten dźwięk dobiega od nich, przypomina mruczenie silnika.
I jest to, oczywiście, sygnał, żeby brać nogi za pas i uciekać gdzie pieprz rośnie, jeśli nie chcesz, by została z ciebie kupka czarnego popiołu albo tłusta plama na chodniku.
Ja jednak przed niczym nie uciekam, a poza tym nie byłem pewien, czy chcę jeszcze żyć. Niedługo przedtem w nieudanej próbie skończenia z tym wszystkim spaliłem sobie na pustyni Gobi skórę na ciemny brąz, więc stwierdzenie, że miałem do tego niefrasobliwy stosunek, byłoby niedomówieniem.
Zresztą tyle już przetrwałem, to miałbym nie przetrwać spotkania z jakimś staruchem? Znałem osobiście bliźniaczki, prawda? Znałem panującą królową. Nie zapewniały mi ochrony?
Ale już wtedy wiedziałem coś jeszcze. Otóż moje piosenki rockowe, moje nagrania wideo i przebudzenie przeze mnie królowej obudziły rzesze nieśmiertelnych na całym świecie, a nikt nie miał pojęcia, kim ani czym oni są. Wiedziałem tylko tyle, że są.
No więc szedłem sobie w gęstym tłumie Bulwarem Zachodzącego Słońca, rozkoszując się tym, zapomniawszy, że jestem potworem, że nie jestem już gwiazdą rocka, udając, że jestem ni mniej, ni więcej tylko pięknym Jonem Bon Jovim.
Akurat parę miesięcy wcześniej załapałem się na jego koncert i teraz obsesyjnie odtwarzałem jego piosenki na moim walkmanie. No i tak kroczyłem dumnie przed siebie, od czasu do czasu uśmiechając się zalotnie do mijających mnie nadobnych śmiertelniczek, unosząc od czasu do czasu różowe okulary słoneczne i puszczając do nich oko, z włosami targanymi wiecznie wiejącym na Zachodnim Wybrzeżu chłodnym wietrzykiem, czując się ni to dobrze, ni to źle, kiedy dobiegły mnie te uderzenia serca, te groźne uderzenia serca.
Maharet i Mekare nie zniknęły jeszcze wówczas całkowicie z tego świata, pomyślałem więc: "Co znowu zrobiłem? I kto będzie mnie o to zadręczał?", aż tu dostrzegam zmierzających w moją stronę tych dwóch niezwykłych krwiopijców, niższego, który miał dobre sześć stóp wzrostu, wspaniałą złocistą karnację i kruczoczarne włosy wijące się wokół przystojnej, dociekliwej twarzy, wielkie zielone oczy i kształtne usta otwarte w szczerym uśmiechu, elegancki, szyty na miarę, angielski - jak przypuszczam - garnitur i - o ile się na tym znam - piękne, również zrobione na zamówienie, jasnobrązowe półbuty, i wyższego, chudzielca, także o ciemnej, ale - mogłem przysiąc - poparzonej skórze, prastarego, o czarnych, krótko ostrzyżonych włosach na kształtnej głowie i migdałowych oczach, odzianego ekscentrycznie jak na ulice West Hollywood, chociaż pewnie nie Kairu czy Dżett, w długą do kostek, białą, płócienną galabiję, białe spodnie oraz sandały.
"Co za para" - pomyślałem i zanim zbliżyli się do mnie na pięć stóp, ten niższy, młodszy, od niedawna w Krwi, wyciągnął dłoń na powitanie. Płynnie i donośnie, z angielsko-indyjskim akcentem, przedstawił się jako doktor Farid Bhansali, a to jego "mentor", Seth, i że byłoby im bardzo miło, gdybym zechciał dotrzymać im towarzystwa i poszedł z nimi do ich ulubionej kawiarni tuż obok.
Ogarnęło mnie podniecenie, które nieomal doprowadziło mnie do łez, ale ukryłem przed nimi ten stan. Sam wybrałem samotność, tak? Sam to zacząłem, skąd więc te emocje?
Kawiarnia była śliczna, ze stolikami pokrytymi lnianymi, niebieskimi obrusami, które były niemal koloru nocnego nieba z łuną świateł ogromnej metropolii odbijającą się od warstwy wilgotnych chmur. Kiedy siedzieliśmy tam, bawiąc się jedzeniem, podnosząc od czasu do czasu widelce z curry, by delektować się aromatem potrawy, pomieszczenie wypełniały ciche, słodkie dźwięki sitar, splatające się z moimi myślami. W kielichach lśniło białe wino.
I wtedy mnie zaskoczyli.
Widzisz ten budynek po drugiej stronie ulicy? Nie, nie, tamten. To ich własność, mieści się tam ich laboratorium i byliby niezmiernie wdzięczni, gdybym zgodził się na współpracę i pozwolił zrobić sobie parę biopsji, co nie sprawiłoby mi najmniejszego bólu - próbki skóry, włosów, krwi, tego rodzaju rzeczy.
Potem popłynęła opowieść o tym, jak poprzedniego roku w Bombaju Seth wszedł do pokoju w szpitalu, w którym leżał konający Farid, błyskotliwy naukowiec, lekarz u szczytu kariery, ofiara spisku żony i kolegi z pracy. Pogrążony w śpiączce, uznał Setha za wytwór swojej udręczonej wyobraźni.
- I wiesz - powiedział tym swoim śpiewnym akcentem - pomyślałem, że pierwszym, co zrobię, będzie zemsta na żonie i na jej kochanku. Ukradli mi wszystko, włącznie z życiem. Ale prawie natychmiast o tym zapomniałem.
W starożytności Seth był uzdrowicielem. On też mówił z obcym akcentem, ale nie potrafiłem określić jakim, no bo niby jak, skoro został wprowadzony do Krwi u zarania dziejów?
Był, jak to się mówi, kościsty, miał cudownie symetryczne kości twarzy, ciekawiły mnie nawet jego dłonie, z ogromnymi kośćmi nadgarstków i kłykciami, oraz paznokcie, jak szklane, rzecz jasna, i to, jak jego zimną twarz rozpalały nagle emocje, kiedy zaczynał mówić i znikała upodabniająca ją do maski, narzucona przez Krew gładkość.
- Wprowadziłem Farida do Krwi, żebyśmy mieli lekarza - wyjaśnił. - Nie rozumiem nauki tych czasów. Nie rozumiem też, dlaczego nie ma wśród nas żadnych lekarzy ani naukowców.
I oto mieli teraz własne laboratorium, wyposażone w całą wynalezioną przez medycynę aparaturę.
Wkrótce znalazłem się na górnych piętrach tego budynku i podążałem za nimi przez jasno oświetlone pomieszczenia, podziwiając składający się z młodych krwiopijców personel, gotów zrobić mi rezonans magnetyczny lub tomografię komputerową albo pobrać krew.
- A co zrobicie z tymi danymi? - zapytałem. - I jak to zrobicie, to znaczy, że co, że wprowadzicie naukowców do Krwi?
- Nigdy nie myślałeś poważnie o czymś takim? - odparł Farid.
Kiedy już zrobiono mi biopsje i pobrano fiolki krwi, usiedliśmy w ogrodzie na dachu, oddzieleni wielkimi płytami hartowanego szkła od podmuchów zimnego wiatru znad Pacyfiku i migoczących w mgiełce świateł centrum Los Angeles.
- Nie rozumiem, dlaczego wszyscy najbardziej znani krwiopijcy to romantycy, poeci, którzy kierując się emocjami, wprowadzają do Krwi tylko ukochane osoby - rzekł Farid. - Och, zrozum, cenię twoją twórczość, każde napisane przez ciebie słowo. Twoje książki są biblią dla nieumarłych. Seth dał mi je od razu, powiedział, żebym się z nich uczył. Ale czy kiedykolwiek pomyślałeś, żeby wprowadzić tych, których naprawdę potrzebujesz?
Przyznałem, że przerażała mnie sama myśl o tym, przerażała tak, jak śmiertelnego mógłby przerazić pomysł zaprojektowania genetycznego wyposażenia swego potomstwa tak, by uprawiało pewne gałęzie sztuki czy wykonywało pewne zawody.
- My nie jesteśmy ludźmi - powiedział Farid i natychmiast się zawstydził, tak oczywiście i głupio to zabrzmiało. Autentycznie się zaczerwienił.
- A jeśli wskutek tego pojawi się jakiś następny krwawy tyran? - zapytałem. - Ktoś, przy kim Akasza z tymi swoimi rojeniami o panowaniu nad światem wyda się niewinnym dziewczątkiem? Zdajecie chyba sobie sprawę, że wszystko, co o niej napisałem, to szczera prawda. Gdybyśmy jej nie powstrzymali, zmieniłaby świat, uczyniłaby siebie boginią.
Faridowi odjęło mowę. Z wyrazem najwyższego niepokoju na twarzy zerknął na Setha, ale on przyglądał mi się tylko z wielkim zainteresowaniem. Wyciągnął olbrzymią rękę i położył ją łagodnie na prawej dłoni Farida.
- Wszystko dobrze - powiedział. - Lestacie, proszę cię, mów dalej.
- No więc przypuśćmy, że powstanie spośród nas taki tyran - ciągnąłem - i że ów tyran wprowadzi do Krwi techników i żołnierzy potrzebnych mu dla przejęcia władzy. U Akaszy wszystko było prymitywne, ten cały plan z "objawioną religią" jako sednem systemu, który rzuciłby jej świat do stóp, ale tyran, który dysponowałby laboratoriami takimi jak to, mógłby stworzyć nową rasę wampirów - wynalazców broni, zmieniających umysł narkotyków, bomb, samolotów i innych rzeczy niezbędnych do wywołania chaosu na świecie. I co wtedy? Tak, masz rację, wszyscy z nas, którzy są dzisiaj powszechnie znani, to romantycy. Tacy jesteśmy. Jesteśmy poetami. Ale też indywidualistami, z ogromną wiarą w jednostkę i miłość do jednostki.
Przerwałem. Brzmiało to tak, jakbym naprawdę w coś wierzył. Marzyciel Lestat. W co wierzyłem? W to, że jesteśmy przeklętą rasą i że trzeba nas zgładzić.
Seth podchwycił tę myśl i od razu odpowiedział. Mówił powoli, głębokim głosem, z tym nieokreślonym wschodnim akcentem.
- Dlaczego ty, który tak bezwzględnie odrzuciłeś objawione religie swego świata, masz o nas takie zdanie? Czym jesteśmy? Mutacjami. Całą ewolucją kierują mutacje. Nie twierdzę, że to rozumiem, ale czyż nie jest prawdą to, co napisałeś o tym, jak zniszczono Akaszę i jak rdzeń, źródło czy jakkolwiek zwiesz to, co nas ożywia, zostało przeniesione do ciała i mózgu Mekare?
- Tak, to wszystko prawda - odparłem. - I zapewniam cię, że te dwie gdzieś tam są, a należą do osób, które wolą trzymać się na uboczu, i jeśli myślą, że mamy jakiekolwiek prawo, by istnieć jako osobny gatunek, to nigdy nam o tym nie powiedziały. Jeśli dowiedzą się o tym laboratorium, zniszczą je... Być może - dodałem szybko, żeby było jasne, że nie jestem tego taki pewien.
- Dlaczego miałyby to zrobić, skoro mogę im tak wiele zaoferować? - zapytał Farid. - Mogę zrobić nieśmiertelne oczy dla Maharet, tej niewidomej, żeby nie musiała już używać ludzkich i stale wymieniać ich na nowe, kiedy umrą. To dla mnie bardzo prosta sprawa, jeśli będę miał odpowiednie wyniki analizy krwi. A co do tej niemej, Mekare, mógłbym zbadać, czy została jej jeszcze jakaś część mózgu, którą da się w pełni rozbudzić.
Musiałem się gorzko uśmiechnąć.
- Co za wizja.
- Lestacie, nie chcesz wiedzieć, z czego składają się twoje komórki? - zapytał. - Nie chcesz wiedzieć, jakie masz w krwi związki chemiczne, które powstrzymują senilizm?
- Senilizm? - Nie miałem pojęcia, o czym mówi. "Jesteśmy martwi - myślałem. - Jesteś lekarzem martwych".
- Ależ Lestacie - rzekł Farid. - Nie jesteśmy martwi. To poezja, do tego stara, więc długo nie przetrwa. Ostaje się tylko dobra poezja. Wszyscy jesteśmy jak najbardziej żywi. Twoje ciało to złożony organizm, który jest żywicielem pasożyta zmieniającego je rok po roku w jakimś nieodgadnionym, wyznaczonym przez ewolucję celu. Nie chcesz wiedzieć, czym jest to coś?
Słowa te wszystko zmieniły. Były dla mnie jak światło w ciemności, bo pod ich wpływem ujrzałem nagle całe morze możliwości, których nigdy wcześniej nie dostrzegałem. Oczywiście, że mógł coś takiego zrobić. Oczywiście.
Perorował dalej, uczenie i - jak sądzę - błyskotliwie, ale jego terminologia była dla mnie coraz bardziej niezrozumiała. Chociaż bardzo się starałem, nigdy nie mogłem zgłębić współczesnej nauki. Mimo nadprzyrodzonej inteligencji nie byłem w stanie pojąć, o co chodzi w badaniach medycznych. Miałem jako laik pewne, bardzo blade pojęcie o słowach, których używał - DNA, mitochondriach, wirusach, komórkach eukariotycznych, senilizmie, genomie, atomach, kwarkach i im podobnych. Ślęczałem nad książkami popularnonaukowymi, co tylko pogłębiało mój szacunek i pokorę wobec wiedzy i potęgowało poczucie, że jestem nikim i znalazłem się poza życiem, na które składały się takie wspaniałe odkrycia.
Wyczuł, że dalsze wywody są bezcelowe.
- Pozwól, że pokażę ci małą próbkę tego, co potrafię - powiedział Farid.
I znowu zeszliśmy do laboratorium. Nie było tam już prawie żadnego krwiopijcy, ale czułem słaby zapach człowieka. Może niejednego.
Złożył mi kuszącą propozycję. Czy chciałbym znowu poczuć namiętność seksualną, jaka ogarniała mnie, kiedy byłem dwudziestoletnim śmiertelnym młodzieńcem w Paryżu? Mógł to sprawić. Gdyby mu się udało, wytworzyłbym nasienie, a on chciałby wziąć jego próbkę.
Byłem oszołomiony. Oczywiście nie zamierzałem odrzucić tej propozycji.
- Dobrze, ale jak pobierzemy nasienie? - zapytałem ze śmiechem, lekko się rumieniąc. - Nawet kiedy jeszcze żyłem, wolałem przeprowadzać eksperymenty erotyczne z innymi.
Dał mi wybór. Za szklaną ścianą siedziała na dużym, miękkim łóżku młoda kobieta, odziana tylko w białą flanelową koszulę nocną, i w małym świetle lampki czytała książkę w twardej oprawie. Nie widziała nas przez jednostronnie nieprzezroczystą szybę. Nie mogła nas usłyszeć. Określiłem, że ma jakieś trzydzieści pięć lub trzydzieści sześć lat, czyli jest całkiem młoda jak na te czasy, chociaż nikt nie uznałby jej za taką dwieście lat temu. Musiałem sam przed sobą przyznać, że wyglądała znajomo. Miała długie, gęste, falujące włosy, zdecydowanie blond, choć raczej ciemnego odcienia, i głęboko osadzone niebieskie oczy, nieco za blade, by można je było uznać za piękne, harmonijne rysy i niewinnie wyglądające, ale zmysłowe usta.
Pokój, ze ścianami wyklejonymi tapetą z niebieskim wzorem toile de Jouy i z taką samą pościelą, lampkami ocienionymi falbaniastymi abażurami, a nawet obrazem, jaki można znaleźć w przeciętnej sypialni, przedstawiającym dziewiętnastowieczną angielską wieś - gęsi, strumień i mostek - przypominał scenę teatralną. Nie pasowały do tego tylko pisma medyczne na stoliku nocnym i ciężka książka w jej rękach.
W tej białej flanelowej koszuli, z jasnymi piersiami i długimi, kształtnymi nogami, wyglądała ponętnie. Zaznaczała coś długopisem w książce.
- Możesz odbyć z nią stosunek, a w takim wypadku wezmę nasienie z jej łona - wyjaśnił Farid. - Ale jeśli wolisz, możesz to zrobić sam.
Wykonał prawą ręką posuwisty gest, otwierając pięć palców.
Nie zastanawiałem się długo. Kiedy dzięki machinacjom Złodzieja Ciał wśliznąłem się w ludzkie ciało, zabawiłem się z dwoma pięknymi kobietami, ale nie byłem wtedy w moim ciele, w ciele wampira.
- Dobrze płacimy tej kobiecie, szanujemy ją, czuje się tutaj jak w domu - powiedział Seth. - Sama jest lekarką. Twój widok ani jej nie zdziwi, ani nie przestraszy. Jeszcze nigdy nie brała udziału w takim eksperymencie, ale jest na to gotowa. A kiedy będzie po wszystkim, zostanie hojnie wynagrodzona.
"No, skoro nie stanie się jej żadna krzywda..." - pomyślałem. Była taka czysta i śliczna, typowa, dokładnie wyszorowana Amerykanka, z tymi lśniącymi niebieskimi oczami i włosami koloru pszenicznego pola. Niemal czułem ich zapach. Prawdę mówiąc, czułem miłą woń mydła lub szamponu i słońca. Wyglądała tak rozkosznie, że nie mogłem się jej oprzeć. Chciałem wyssać jej krew do ostatniej kropli. Czy namiętność seksualna mogła przemóc to pragnienie?
- Dobrze, zrobię to.
Ale jak właściwie mogli ci dżentelmeni sprawić, by martwe ciało, takie jak moje, wytworzyło nasienie?
Odpowiedź nadeszła szybko, z serią zastrzyków, a nawet kroplówką, która miała podczas całego tego eksperymentu sączyć mi do krwi potężny eliksir ludzkich hormonów, tłumiący naturalną skłonność ciała wampira do opierania się senilizmowi na tyle długo, by wezbrało pożądanie, wytworzyła się i wytrysnęła sperma.
Pomyślałem, że to bardzo zabawne. Mógłbym napisać pięciusetstronicową rozprawę o tym, jak powstało to przeżycie, bo znowu poczułem biologiczną namiętność seksualną i rzuciłem się na tę młodą kobietę prawie tak bezlitośnie jak pożądliwy arystokrata z moich czasów na dójkę w swojej wsi. Ale stało się tak, jak dawno temu określił to mój ukochany Louis - był to "nikły cień zabójstwa", to znaczy blade echo picia krwi, i skończyło się - jak mi się wydało - niemal natychmiast, namiętność minęła, osunęła się w otchłań pamięci, jakby nigdy nie została rozbudzona, a jej szczyt, wytrysk, pozostał tylko wspomnieniem.
Czułem się potem dziwnie niezręcznie. Siedziałem na łóżku obok tej młodej kobiety, tyłem do gniazdka uwitego ze słodko pachnących poduszek w płóciennych poszewkach, i czułem, że powinienem z nią porozmawiać, zapytać, jak się tam znalazła i dlaczego tam była.
Zupełnie niespodziewanie, kiedy zastanawiałem się, czy to stosowne, a nawet mądre, sama mi powiedziała.
Nazywała się Flannery Gilman. Czystym głosem mieszkanki Zachodniego Wybrzeża Ameryki wyjaśniła, że studiowała "nas" od owego wieczoru, kiedy pojawiłem się jako gwiazda rocka na scenie pod San Francisco i kiedy to wskutek mojego przebiegłego planu, żeby zostać śmiertelnym artystą, zginęło tak wielu moich pobratymców. Zobaczyła wtedy wampiry na własne oczy i ani przez chwilę nie wątpiła w ich istnienie. Po koncercie widziała na parkingu, jak płoną. Zeskrobała nawet z asfaltu ich spalone i stopione szczątki. Zebrała do plastikowych toreb zwęglone kości wampirów i wywołała setki zdjęć, na których utrwaliła to, czego była świadkiem. Poświęciła pięć lat na badanie i opisywanie zgromadzonych próbek, przygotowując liczący tysiące stron dokument, który miał dowieść naszego istnienia i obalić wszelkie zastrzeżenia społeczności medycznej. Doszczętnie się spłukała.
I czym się to skończyło? Całkowitą klęską.
Mimo że skontaktowała się z co najmniej dwudziestoma innymi lekarzami, którzy też twierdzili, że widzieli wampiry i robili z nimi eksperymenty, przebadała i zweryfikowała zebrane przez nich próbki, każde cieszące się poważaniem stowarzyszenie medyków na świecie zatrzaskiwało jej drzwi przed nosem. Wyśmiewano ją, wykpiwano, odmawiano subsydiów na badania, a w końcu przestano wpuszczać na konferencje, a ci, którzy ją bojkotowali, zaczęli radzić, "żeby poszukała pomocy psychologa".
- Zniszczyli mnie - powiedziała spokojnie. - Moje życie legło w gruzach. Zrobili to nam wszystkim. Wrzucili nas do jednego worka z wyznawcami wiary o starożytnych astronautach, potędze piramid, ektoplazmie i zaginionej Atlantydzie. Pozostały mi tylko strony internetowe różnych świrów, spotkania ruchu New Age i zebrania dziwaków, na których witali nas tylko zapaleńcy, który wierzyli w niestworzone rzeczy, od ouija po Wielką Stopę. W Kalifornii odebrano mi prawo wykonywania zawodu. Rodzina zwróciła się przeciwko mnie. Moje życie praktycznie się skończyło.
- Rozumiem - odparłem ponuro.
- Nie jestem pewna, czy rozumiesz - powiedziała. - Na całym świecie jest aż nadmiar dowodów na wasze istnienie, ale nikt nie ma najmniejszego zamiaru niczego z tym zrobić. Przynajmniej nie teraz.
Zaniemówiłem. Powinienem był wiedzieć.
Myślałem, że gdyby wampir wpadł w ręce lekarzy, byłoby po wszystkim.
Roześmiała się.
- Stało się tak wiele razy - rzekła. - I mogę ci dokładnie opowiedzieć, jaki ma to przebieg. Wampir schwytany w dzień w jakimś zacienionym miejscu budzi się o zachodzie słońca, niszczy tych, którzy go złapali i pustoszy areszt, laboratorium czy kostnicę, gdzie go umieszczono. Jeśli jest na to za słaby, rzuca na nich urok i przekonuje ich, żeby go wypuścili, a wkrótce potem przychodzi czas odpłaty i cały materiał dowodowy, fotograficzny czy medyczny, włącznie ze świadkami, idzie z dymem. Czasami pomagają go uwolnić inni krwiopijcy. Niekiedy płonie całe laboratorium i giną prawie wszyscy, którzy się tam znajdują. Udokumentowałam co najmniej dwadzieścia takich wydarzeń. Każde miało ciąg oficjalnych, "racjonalnych" wyjaśnień, a tych, którzy ocaleli z pożaru, wyśmiewano i w końcu ignorowano. Niektórzy wylądowali w szpitalach psychiatrycznych. Nie musisz się o nic martwić.
- No i teraz pracujesz z Faridem.
- Znalazło się tu dla mnie miejsce - powiedziała z łagodnym uśmiechem. - Z powodu tego, co wiem, jestem tutaj traktowana z szacunkiem. Można by powiedzieć, że urodziłam się na nowo. Och, nie potrafisz sobie wyobrazić, jaka byłam naiwna, kiedy zobaczyłam cię tamtego wieczoru na scenie, taka pewna, że dzięki tym zdjęciom wezmę szturmem cały świat medyczny.
- Co chciałaś przez to osiągnąć? To znaczy, jakie miałaś wobec nas zamiary?
- Przede wszystkim chciałam, żeby mi uwierzono, a poza tym chciałam was badać! Robić dokładnie to, co robi Farid. W tym, co tam się bada - wskazała ręką ścianę, za którą istniał świat śmiertelnych - nie ma ładu ani składu. Zresztą to już bez znaczenia - dodała. - Pracuję dla Farida.
Roześmiałem się pod nosem.
Żar pożądania już dawno wygasł. Oczywiście teraz znowu chciałem tylko jednego - wyssać do ostatniej kropli krew z jej cennego, zachwycająco gorącego, ponętnego ciała. Zadowoliłem się jednak pocałunkiem, nachylając się do niej i przyciskając usta do jej ciepłego gardła, słuchając grzmotu krwi w tętnicy.
- Obiecali, że cię wprowadzą, prawda? - zapytałem.
- Tak - odparła. - Są honorowi. Nie mogę tego powiedzieć o moich kolegach medykach. - Odwróciła się do mnie, przysunęła bliżej i jeszcze raz pocałowała mnie szybko w policzek. Nie wzbraniałem się przed tym. Jej palce powędrowały do mojej twarzy. Dotknęła moich powiek. - Dziękuję - powiedziała. - Dziękuję za te bezcenne chwile. Och, wiem, że nie zrobiłeś tego dla mnie. Zrobiłeś to dla nich, ale i tak dziękuję.
Kiwnąłem głową i uśmiechnąłem się. Ująłem jej twarz w dłonie i pocałowałem z zapałem, który płynął teraz z Krwi. Czułem, jak jej ciało się rozpala, otwiera niczym kwiat, ale ta chwila minęła. Zebrałem się do wyjścia.
Farid i Seth powiedzieli mi później, że mają zamiar dotrzymać przyrzeczenia. Nie była jedyną zaproszoną przez nich lekarką i naukowcem, która miała obsesję na punkcie wampirów. Prawdę mówiąc, starali się jak mogli werbować tych nieszczęsnych "pomyleńców", których ludzkie życie legło w gruzach.
Na długo przez świtem zapolowaliśmy w trójkę. Na Bulwarze Zachodzącego Słońca trwała, jak to mówią, scena zbiorowa i wszędzie można było znaleźć mały łyczek, podobnie jak paru odrażających drani, którymi pożywiłem się z okrutnym zapamiętaniem w ustronnych uliczkach.
Myślę, że to eksperymenty medyczne sprawiły, iż byłem rozpaczliwie spragniony. Pozwalałem, żeby krew wypełniła mi usta, i trzymałem ją długo, zanim przełknąłem, zanim poczułem ową falę ciepła rozchodzącą się po moim ciele.
Seth był bezwzględnym zabójcą. Ci starzy prawie zawsze tacy są. Przyglądałem się, jak wysącza krew z młodego mężczyzny, jak ciało ofiary więdnie, kiedy Seth czerpie kwarta za kwartą życiodajny płyn. Przytulił głowę chłopca do piersi. Widziałem, że chce zmiażdżyć jego czaszkę. No i zrobił to, zerwał owłosiony czerep i wyssał krew z mózgu. Potem ułożył trupa niemal z czułością na stercie śmierci, skrzyżowawszy jego ręce na piersi i zamknąwszy mu powieki. Nałożył mu nawet i przygładził oderwany skalp, po czym odstąpił o krok, jakby był kapłanem doglądającym obrządku składania ofiary, mrucząc coś pod nosem.
Na długo przed świtem zasiadłem z nim znowu w ogrodzie na dachu. Zaczęły śpiewać ptaki. Czułem ciepło słońca i zapach witających je drzew, zapach otwierających się daleko w dole kwiatów jakarandy.
- A co zrobisz, przyjacielu, kiedy pojawią się bliźniaczki? - zapytałem. - Jeśli nie będą chciały, byście kontynuowali swoje eksperymenty?
- Jestem równie stary jak one - odparł cicho.
Uniósł brwi. Wyglądał elegancko w tej długiej, białej galabii, prawie jak kapłan.
- I potrafię obronić przed nimi Farida.
Wydawał się całkowicie tego pewien.
- Jak powiedziała ci królowa, przed wieloma wiekami istniały dwa wojujące ze sobą obozy. Bliźniaczki i ich przyjaciela Khaymana zwano Pierwszym Miotem. Zwalczali kult Matki. A ja zostałem przez nią stworzony, żeby z nimi walczyć, i w moich żyłach płynie więcej jej krwi niż w nich. Należę do Krwi Królowej, jak nas słusznie nazwano, a wprowadziła mnie w to z jednego, ale bardzo ważnego powodu: otóż jestem jej synem, a urodziła mnie, kiedy była jeszcze śmiertelniczką.
Przeszedł mnie zimny dreszcz. Przez długą chwilę nie mogłem nic powiedzieć, czułem pustkę w głowie.
- Jej synem? - wyszeptałem w końcu.
- Nie czuję do nich nienawiści - powiedział. - Nie chciałem nawet z nimi walczyć, naprawdę. Byłem uzdrowicielem. Nie prosiłem o Krew. Ba, błagałem matkę, żeby mnie oszczędziła, ale wiesz, jaka ona jest. Wiesz, że zawsze musi być tak, jak chce. Wiesz o tym równie dobrze jak każdy, kto pochodzi z tamtych czasów. Wprowadziła mnie do Krwi. I jak powiedziałem, nie boję się tych, którzy z nią walczyli. Jestem tak samo silny jak oni.
Nie mogłem wyjść z podziwu. Widziałem, że jest do niej podobny, ta sama symetria rysów, ten szczególny wykrój ust.
- W ludzkim życiu wędrowałem jako uzdrowiciel po świecie - rzekł, odpowiadając na moje myśli. Miał łagodne spojrzenie. - Chciałem się nauczyć jak najwięcej w mieście nad dwiema rzekami, zapuściłem się w głąb lasów Północy. Pragnąłem rozumieć, wiedzieć, sprowadzić do Egiptu wielkich uzdrowicieli. Dla matki nie miało to znaczenia. Była przekonana o swojej boskości i ślepa na cuda świata natury.
Jak dobrze go rozumiałem.
Nadeszła pora, żeby się pożegnać. Nie wiedziałem, jak długo może się opierać nadciągającemu świtowi, ale sam byłem już skonany. Czas było poszukać schronienia.
- Dziękuję za miłe przyjęcie - powiedziałem.
- Możesz przyjść tutaj, kiedy zechcesz - odparł.
Podał mi rękę. Spojrzałem mu w oczy i ponownie wydało mi się, że widzę w nim silne podobieństwo do Akaszy, chociaż ona miała dużo delikatniejsze rysy i większą urodę. Był w nich jakiś dziki, zimny blask.
Uśmiechnął się.
- Szkoda, że nie mogę nic ci dać - powiedziałem. - Chciałbym móc dać ci coś w zamian.
- Och, dałeś nam bardzo dużo.
- Co? Te próbki? - rzekłem kpiącym tonem. - Chodzi mi o gościnność, ciepło. Ja już odchodzę. Już od dawna odchodzę.
- Dałeś nam obu coś innego - powiedział. - Chociaż o tym nie wiesz.
- Co?
- Dowiedzieliśmy się z twojego umysłu, że to, co napisałeś o Królowej Potępionych, było prawdą. Musieliśmy się dowiedzieć, czy prawdziwie opisałeś to, co widziałeś, kiedy umarła moja matka. Nie mogliśmy tego w pełni pojąć. Nie tak łatwo pozbawić głowy kogoś równie potężnego. Jesteśmy tacy silni. Na pewno wiesz o tym.
- Owszem, ale nawet najstarsze ciało można przekłuć i pociąć. - Przerwałem. Przełknąłem ślinę. Nie mogłem mówić o tym tak zimno i nieczule. Nie mogłem znowu przywoływać tego widoku - jej odciętej głowy, ciała próbującego ją odzyskać, wyciągającego po nią ręce. - No więc już wiesz - powiedziałem. Wziąłem głęboki oddech i usunąłem to wszystko z umysłu. - Opisałem to dokładnie.
Skinął głową. Przez jego twarz przemknął cień.
- Zawsze można się nas pozbyć w ten sposób. - Zmrużył oczy, jakby się zastanawiał. - Dekapitacja. Pewniejsza niż spalenie, jeśli chodzi o starych, bardzo starych...
Zaległa między nami cisza.
- Wiesz, kochałem ją - powiedziałem. - Kochałem.
- Tak, wiem - odparł - a ja, widzisz, nie. Tak więc nie ma to dla mnie znaczenia. Dużo bardziej liczy się to, że kocham ciebie.
Bardzo mnie to poruszyło, ale nie potrafiłem znaleźć słów, żeby wyrazić, co czuję. Objąłem go i pocałowałem.
- Jeszcze się zobaczymy - powiedziałem.
- Żarliwie tego pragnę - odparł szeptem.
Kiedy pojechałem tam znowu po latach, łaknąc ich obecności, chcąc się dowiedzieć, czy nic się im nie stało, nie udało mi się ich odnaleźć. W rzeczywistości już nigdy ich nie odnalazłem.
Nie śmiałem wysłać im telepatycznego przekazu. Z obawy o ich los trzymałem wiedzę o nich głęboko ukrytą w moim sercu. I przez długi czas żyłem w strasznym przekonaniu, że zniszczyły ich Maharet i Mekare.
Jakiś czas potem, w pierwszych latach nowego wieku, zrobiłem coś bardzo jak na mnie niezwykłego. Rozmyślałem o tym, jak zginęła Akasza, o tym, jak łatwo nas zniszczyć przez odcięcie głowy. Wszedłem do warsztatu płatnerza specjalizującego się w wyrobie replik starożytnego oręża i zamówiłem broń. Było to w Paryżu.
Sam ją zaprojektowałem. Na papierze wyglądała jak topór średniowiecznego jeźdźca, miała dwustopowy trzonek i ostrze w kształcie półksiężyca, o długości dwunastu cali. Chciałem, żeby toporzysko było dobrze wyważone, tak ciężkie, jak uda się zrobić. Również ostrze miało być wyważone, ale ostre jak brzytwa. Chciałem, żeby wykonał je z najtwardszego metalu na ziemi. Na końcu trzonka miał być zaczep z przymocowaną do niego skórzaną pętlą, taką, jakich używano w średniowieczu, żebym mógł założyć ją na nadgarstek albo nosić topór ostrzem do dołu pod długim surdutem.
Rzemieślnik wykonał istne cudo. Przestrzegł mnie, że topór jest zbyt ciężki, żeby można nim było swobodnie machnąć, i że mi się to nie spodoba. Roześmiałem się. Broń była idealna. Lśniące ostrze mogło przepołowić dojrzały owoc albo rozciąć powiewający na wietrze jedwabny szal, a przy tym było tak ciężkie, by jednym, potężnym ciosem powalić delikatne drzewo w lesie.
Potem miałem go zawsze pod ręką. Często nosiłem go zawieszony na guziku podszewki, kiedy wyprawiałem się na włóczęgę. Jego ciężar w ogóle mi nie przeszkadzał.
Wiedziałem, że niewiele bym wskórał przeciw darowi ognia takich nieśmiertelnych jak Seth, Maharet czy Mekare. Ale mogłem przed nimi umknąć dzięki darowi chmury. A przy spotkaniu twarzą w twarz z innymi nieśmiertelnymi topór dawał mi ogromną przewagę. Gdybym skorzystał z elementu zaskoczenia, pokonałbym pewnie każdego. Tylko czy można zaskoczyć tych naprawdę starych? No ale musiałem się jakoś bronić, prawda?
Nie lubię być na łasce innych. Nie lubię zdawać się na łaskę Boga. Tak więc od czasu do czasu polerowałem i ostrzyłem topór.
Bardzo się martwiłem o Setha i Farida.
Usłyszałem o nich w Nowym Jorku, a potem w Nowym Meksyku. Ale nie mogłem ich odnaleźć. Pocieszała mnie myśl, że żyją. Przynajmniej nie zniszczyły ich bliźniaczki. Może nawet by tego nie chciały.
Z upływem lat pojawiło się coraz więcej wskazówek, że Maharet i Mekare nie myślały wcale o świecie nieśmiertelnych, a to doprowadza mnie do spotkania z Jesse i Davidem, do którego doszło dwa lata temu.
Ciąg dalszy w wersji pełnej
Pomyślałem, że Benji Mahmoud miał pewnie dwanaście lat, kiedy stary Marius uczynił z niego wampira, ale nikt, włącznie z Benjim, nie wiedział tego na pewno. Urodził się w beduińskiej rodzinie w Izraelu, a potem został wynajęty i przewieziony do Stanów Zjednoczonych przez rodzinę młodej pianistki imieniem Sybelle - która była wyraźnie chora psychicznie - żeby jej towarzyszyć. Oboje spotkali w połowie lat dziewięćdziesiątych w Nowym Jorku wampira Armanda, ale wprowadzono ich do Krwi nieco później, kiedy Marius dokonał ich mrocznej przemiany w podarunku dla Armanda. Oczywiście Armand się wściekł, poczuł się zdradzony i bolał, że skrócono ludzkie życie jego podopiecznych i tak dalej, ale Marius uczynił jedyną rzecz, jaką można było zrobić z dwojgiem ludzi, którzy praktycznie żyli w naszym świecie i szybko tracili chęć na życie w jakimkolwiek innym. Ludzie, którzy zostają wychowankami wampirów, są zdani na taki los i Armand powinien był o tym wiedzieć. Powinien wiedzieć, że jakiś inny wampir spośród jego wrogów zgładzi jedno czy drugie albo oboje młodych tylko po to, żeby się do niego dobrać. Tego rodzaju sprawy łatwo mogą się tak potoczyć.
A więc Marius pozyskał ich.
Nie byłem w tamtych dniach sobą. Poobijany i załamany po moich przygodach z Memnochem, duchem, który twierdził, że jest "diabłem" z chrześcijańskiego systemu wierzeń, ledwie to wszystko zauważyłem, wiedząc tyle, że kocham muzykę Sybelle i niewiele więcej.
Kiedy w końcu dostrzegłem Benjiego Mahmouda, mieszkał w Nowym Jorku z Armandem, Louisem i Sybelle i wymyślił stację radiową. Jak wcześniej wspomniałem, początkowo nadawała w eterze, ale Benji miał zbyt dużą inwencję, żeby długo znosić narzucane mu ograniczenia świata śmiertelników, a zatem wkrótce przeniósł program do Internetu i nadawał go z kamienicy na Upper East Side, przemawiając do dzieci ciemności na całym świecie i zachęcając je, by dzwoniły do stacji.
W czasach swego tradycyjnego radia Benji mówił cichym głosem, na tle muzyki Sybelle, głosem, który bez specjalnego wzmocnienia nie był słyszalny dla uszu śmiertelnych, mając nadzieję, że dociera do wampirów rozsianych po świecie. Kłopot w tym, że wiele z nich też go nie słyszało. Kiedy więc przeszedł na radio internetowe, zaprzestał stosować tę sztuczkę. Po prostu mówił, mówił do nas, i nie zwracał w ogóle uwagi na entuzjastów literatury o wampirach ani na małych Gotów, którzy dzwonili do stacji, odsiewając ich łatwo na podstawie brzmienia ich głosów, by móc poświęcić czas na antenie prawdziwym dzieciom ciemności.
Wspaniała muzyka fortepianowa Sybelle była ważną częścią programu; czasami nadawali ją po pięć-sześć godzin w ciągu nocy, a czasami w ogóle nie. Ale przekazu Benjiego słuchano wkrótce od jednego do drugiego końca ziemi, a brzmiał on:
Jesteśmy plemieniem, chcemy przetrwać, a starsi nam w tym nie pomagają.
Kiedy zaczął o tym mówić, o pozbawionych rodziców i bezbronnych krwiopijcach nawiedzających wszystkie miasta na ziemi, o lekceważeniu i egoizmie "starszych", myślałem, że w końcu ktoś się obrazi i na pewno go uciszy albo przynajmniej odsunie w jakiś dramatyczny sposób.
Ale to Benji miał rację, nie ja. Nikt nie zadał sobie trudu, żeby go powstrzymać, bo nikogo to nie obchodziło. I dalej mówił włóczęgom, opryszkom i sierotom, którzy dzwonili do niego nocami, jak zachować ostrożność, jak wytrwać, jak pożywić się złoczyńcą i ukryć zabójstwo, pamiętając cały czas o tym, że świat należy do ludzi.
Uczył też nieśmiertelnych żargonu, faszerując swoje komentarze terminami z "Kronik wampirów", włącznie z takimi, których ja nigdy nie używałem, a może nawet nie słyszałem, ustanawiając dla wszystkich wspólny język. Było to ciekawe. Przynajmniej tak uważałem.
Parę razy pojechałem do Nowego Jorku po to tylko, żeby śledzić Benjiego. Wypracował już sobie wtedy własny styl. Nosił fachowo skrojone trzyczęściowe garnitury, zwykle z szarej albo brązowej prążkowanej wełny, wspaniałe pastelowe koszule frakowe, krzykliwe jedwabne krawaty Brooks Brothers i zawsze miał na głowie włoską fedorę z czarnego filcu, typowo gangsterski kapelusz, a na nogach wypucowane brogsy.
W rezultacie pomimo drobnej budowy ciała, okrągłej, radosnej twarzyczki i skrzących się czarnych oczu nie wyglądał wcale jak dziecko, ale jak mężczyzna niewielkiej postury, co stało się jego ulubionym określeniem samego siebie. "Mały". Mały był właścicielem pięciu galerii w Chelsea i SoHo, restauracji Greenwich Village tuż obok Washington Square i utrzymanego w staroświeckim stylu sklepu z odzieżą męską, w którym kupował kapelusze. Miał cały zestaw legalnych dokumentów, włącznie z prawem jazdy, oprócz tego karty kredytowe, telefony komórkowe, rower czy dwa, i często w letnie noce jeździł po Nowym Jorku odrestaurowanymi sportowymi samochodami MG TD, ale przeważnie woził go szofer w długim lincolnie. Mnóstwo czasu spędzał w barach i restauracjach, udając, że jada kolacje ze śmiertelnymi, którzy go fascynowali. Razem z Sybelle z powodzeniem polował w ciemnych zaułkach. Oboje dobrze znali sztukę małych łyczków, mogli więc do woli zaspokajać się nimi w klubach nocnych i na balach dobroczynnych, nie odbierając nigdy życia niewinnym ofiarom ani nie czyniąc z nich kalek.
Podczas gdy Sybelle była wyniosłą i tajemniczą osobą u jego boku - zachwycającą w sukniach od znanych projektantów i w drogiej biżuterii - Benji miał dziesiątki przyjaciół wśród ludzi, którzy uważali go za ekscentryka, zabawnego i zachwycającego z tym swoim "radiowym programem dla wampirów", uznawanym przez nich za performance najwyższego lotu. Przypuszczali, że podkładał wszystkie głosy w tym programie, włącznie z używającymi japońskiego czy chińskiego dziećmi nocy, które dzwoniły do niego podczas audycji i godzinami mówiły w swych ojczystych językach, zmuszając go do maksymalnego wykorzystania nadnaturalnych mocy, by mógł za nimi nadążyć.
W sumie Benji odniósł oszałamiający sukces jako wampir. Miał wspierającą program radiowy stronę internetową i adres poczty elektronicznej i czasami czytał w eterze, żeby tak powiedzieć, otrzymywane maile, ale zawsze sprowadzało się to do tego samego: Jesteśmy plemieniem i jako plemię powinniśmy trzymać się razem, być wobec siebie lojalni, dbać jeden o drugiego i liczyć na to, że uda się nam przetrwać w tym świecie, w którym nieśmiertelnych można spalić lub ściąć jak wszystkich innych. Starsi sprzedali nas!
I zawsze, zawsze pojawiało się tam ostrzeżenie Benjiego dla nieśmiertelnych: "Nie przyjeżdżajcie do Nowego Jorku. Nie próbujcie mnie znaleźć. Możecie kontaktować się ze mną telefonicznie albo przez pocztę elektroniczną, ale niech nikt z was nie postawi stopy w tym mieście, bo będzie musiał stanąć twarzą w twarz z Armandem, a tego nie życzyłbym nikomu". Prawdę mówiąc, zawsze przestrzegał ich, że żadne miasto nie jest w stanie zapewnić warunków dla przetrwania takiej liczby wampirów zrodzonych dla ciemności jak obecnie, więc nieopierzeni muszą być sprytni, szukać dla siebie nowych terytoriów i nauczyć się żyć w zgodzie z innymi.
Słuchacze opowiadali przez telefon o swej niedoli. Żyli w lęku i trwodze, ubolewali z powodu ciągłych awantur i byli przerażeni starymi, którzy mogli ich pierwszym spojrzeniem zamienić w popiół. Daremnie poszukiwali wielkiego Lestata, wielkiej Pandory, wielkiego Mariusa i tak dalej, i dalej.
Benji współczuł im, doradzał, a czasami po prostu łączył się z nimi w smutku.
- Nie pomagają nam, czyż nie? - oświadczał. - Dlaczego Lestat napisał te swoje książki?! Gdzie jest wielki uczony David Talbot, co z wielką Jesse Reeves, zrodzoną dla ciemności w ramionach pradawnej Maharet? Banda skupionych na sobie, samolubnych egocentryków!
A potem znowu zaczynał to swoje biadolenie:
- Lestacie, gdzie jesteś?
Niby że jestem jednym ze starszych? Daj spokój, bądź poważny!
Hmm, jeśli chodzi o wpływ, to zgoda. Oczywiście. Napisałem autobiografię. Stałem się supergwiazdą rocka, miałem jakby te swoje pięć minut! Opisałem, jak została zniszczona Akasza i jak źródło mocy przeszło z niej do wampirzycy Mekare. Przyznaję. Zrobiłem to. Napisałem i opublikowałem opowieść o Złodzieju Ciał i o Memnochu. No, dobrze już, dobrze. No i prawda, że gdybym nie zasypał świata moimi płytami rockowymi i nagraniami wideo, stara królowa Akasza być może nie powstałaby ze swego tronu i nie spowodowałaby wielkiej pożogi, w której spłonęły wampiry na całej tej planecie. Zgoda, to moja wina, przyznaję.
Ale mam przecież... zaraz, ile?... dwieście trzydzieści trzy lata w Krwi? Coś koło tego. Jak już powiedziałem, jestem pod każdym względem smarkaczem, lekkomyślnym dzieciakiem!
Prawdziwymi starszymi, tymi, z których zawsze szydził i wyśmiewał się, których stale obrażał, były dzieci mileniów - wielcy nieśmiertelni - Marius i Pandora oraz oczywiście bliźniaczki Mekare i Maharet i ich towarzysz, Khayman. Benji przedstawił to wystarczająco jasno.
- Jak ta Mekare może być Królową Potępionych, skoro w ogóle nie sprawuje rządów? - pytał. - Czy to nie jej siostra, Maharet, troszczy się o nas jak o jedną wielką rodzinę? A gdzie jest Khayman, równie stary jak bliźniaczki, dlaczego nie dba o nas, kiedy przedzieramy się przez świat, szukając odpowiedzi? Jak to jest, że Jesse, młoda Jesse z naszego świata, nie nakłania tych starych, by wysłuchali naszych głosów?
Jak już wyjaśniłem, to wszystko jednocześnie zdumiewało mnie i przerażało, ale nawet gdyby nikt nie kiwnął palcem, żeby uciszyć Benjiego, czy miało do czegoś doprowadzić? Spowodować, żeby coś się stało?
A tymczasem działy się inne rzeczy, złe rzeczy. Naprawdę złe.
Benji nie był jedynym wampirem, który robił coś zupełnie nowego pod gwiazdami niebios. Był też Farid, który pojawił się na długo przed Benjim. I myślałem, że on też długo nie pociągnie.
Na początku były duchy, niewidzialne istoty, które ujrzeć lub usłyszeć mogli tylko najpotężniejsi czarownicy i czarownice. Niektóre uważano za złe, inne chwalono jako dobre. Potrafiły odnajdywać zgubione przedmioty, szpiegować wrogów, a czasami wpływać na pogodę.
W pięknej wiosce na zboczu góry Karmel żyły dwie wielkie czarownice, Mekare i Maharet, które posiadały zdolność porozumiewania się z duchami. Jeden z nich, potężny Amel, potrafił w złośliwych figlach wysysać krew z ludzi. Jej drobne kropelki dostawały się do alchemicznej, tajemniczej istoty tego ducha, chociaż nikt nie wiedział, jak to się dzieje. Kochał on czarownicę Mekare i gotów był jej służyć na każde zawołanie. Darzył ją miłością za to, że żadna inna czarownica nie rozumiała go tak jak ona.
Pewnego dnia nadciągnęły hufce wroga - żołnierze potężnej egipskiej królowej Akaszy, która pragnęła posiąść tajemną wiedzę czarownic. Zła monarchini spustoszyła dolinę i wioski Mekare i Maharet i uprowadziła obie siostry do swego królestwa.
Rozwścieczony Amel, przyjazny duch Mekare, poprzysiągł królowej zemstę. Kiedy, zadźgana przez spiskowców z własnego dworu, padła na ziemię i konała, wszedł w nią, połączył się z jej ciałem i krwią i tchnął w nią nowe, przerażające życie. Tak oto na świecie narodził się nowy byt - wampir, krwiopijca.
Z krwi wielkiej królowej wampirzycy powstały w ciągu tysiącleci wszystkie inne wampiry, które poczynały się przez wymianę krwi.
Aby ukarać je za to, że przeciwstawiły się jej i jej nowej mocy, Akasza rozkazała wyłupić oczy Maharet i wyrwać język Mekare. Jednak zanim dokonano tej kaźni, sługa królowej, Khayman, sam świeżo stworzony krwiopijca, przekazał bliźniaczkom potężną Krew.
Wzniecili w troje bunt przeciw Akaszy, lecz nie zdołali położyć kresu ustanowionemu przez nią kultowi bogów krwiopijców. W końcu schwytano i rozdzielono bliźniaczki, wysyłając Maharet na Morze Czerwone, a Mekare na wielki ocean rozpościerający się na Zachodzie.
Maharet dotarła wkrótce do znajomego brzegu i przeżyła, natomiast Mekare, uniesiona przez fale oceanu ku nieodkrytym jeszcze i nienazwanym lądom, zniknęła z historii.
Wydarzyło się to przed sześcioma tysiącami lat.
Po dwóch tysiącleciach królowa Akasza i jej mąż, król Enkil, zamilkli i byli odtąd przechowywani przez starszych i kapłanów jako posagi w świątyni, ci bowiem, którzy ich strzegli, wierzyli, że w ciele Akaszy znajduje się Święty Rdzeń i że jeśli zostanie ona zniszczona, zginą wraz z nią wszyscy krwiopijcy na świecie.
Zanim nastała wspólna era, opowieść o tym, skąd się wzięła Krew, uległa niemal całkowitemu zapomnieniu. Przekazywali ją innym tylko nieliczni nieśmiertelni, ale nawet oni nie wierzyli w jej prawdziwość. Mimo to w świątyniach na całym świecie nadal władali bogowie krwi, wampiry przywiązane do starej religii. Bóstwa te, uwięzione we wnętrzach wydrążonych drzew lub w ceglanych piwnicach, łaknęły krwi, czekając z utęsknieniem na doroczne święta, podczas których składano im upragnione ofiary - złoczyńców, których mogły osądzić i potępić, i nasycić się ich krwią.
U zarania wspólnej ery pewien starszy, strażnik Boskich Rodziców, pozostawił Akaszę i Enkila na pustyni, by spaliło ich słońce. Na całym świecie zaczęli masowo ginąć młodzi krwiopijcy, płonąc w swych trumnach, świątyniach i gdziekolwiek indziej się znajdowali, gdy z nieba lał się żar na Matkę i Ojca. Jednak sami Boscy Rodzice byli zbyt silni, by zginąć. Ocalało też wielu z bardzo starych wampirów, chociaż byli okropnie poparzeni i cierpieli katusze.
Wtedy przybył do Egiptu świeżo stworzony krwiopijca, rzymski uczony imieniem Marius, by odszukać króla i królową, chronić ich i w ten sposób zapobiec powtórzeniu się zagłady świata nieśmiertelnych. Uznał to za swój święty obowiązek. Legenda o Mariusie i Tych, Których Należy Strzec, przetrwała prawie dwa tysiąclecia.
W 1985 roku opowieść o genezie Krwi, o tym, że królowa żyje i że znajduje się w niej Święty Rdzeń, poznał cały świat nieśmiertelnych. Ukazała się ona w książce napisanej przez wampira Lestata, który odtworzył ją też w piosence i tańcu na scenie, gdzie występował jako gwiazda rocka, wzywając świat do unicestwienia takich jak on.
Głos Lestata zbudził królową z trwającego dwa tysiące lat snu. Ocknęła się z marzeniem, by poprzez okrucieństwo i rzezie zapanować nad ludźmi i stać się dla nich Królową Niebios.
Pojawiły się jednak bliźniaczki z pradawnych czasów, by ją przed tym powstrzymać. One też słyszały piosenki Lestata. Maharet błagała królową, by zrezygnowała z krwawej tyranii, natomiast zaginiona przed niezliczonymi wiekami Mekare wydobyła się spod ziemi, odcięła wielkiej królowej głowę i pożarłszy jej mózg, wchłonęła Święty Rdzeń, po czym z pomocą siostry została nową Królową Potępionych.
Również i to opisał Lestat. Był przy tym. Na własne oczy widział przejęcie tej mocy i zaświadczył o tym przed wszystkimi. Śmiertelni nie zwrócili uwagi na jego "bajki", ale opowieści te wstrząsnęły nieśmiertelnymi.
Tak oto wiedza o ich pochodzeniu i o dawnych walkach, o mocnych i słabych stronach wampirów i o wojnach toczonych o panowanie nad mroczną krwią rozpowszechniła się w całym plemieniu nieśmiertelnych. Posiedli ją zarówno starsi, którzy od wieków spoczywali, pogrążeni w letargu, w grotach i jaskiniach, jak i młodsi, grasujący w dżunglach, na bagnach i w miejskich slumsach. Posiedli ją mądrzy i skryci ocaleni, którzy od stuleci żyli w odosobnieniu.
Odtąd wszyscy krwiopijcy na świecie wiedzieli, że mają wspólną historię i wspólne korzenie.
Oto opowieść o tym, jak wiedza ta zmieniła na zawsze owo plemię i jego los.