Książę Gniewu - Mariah Stone

Kup ebooka

44.90 zł
33.68 zł (27,84 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Rath Hall, ma­rzec 1814 roku

Krew ska­py­wała na żwi­rową ścieżkę, zna­cząc ją ciem­nymi pla­mami, gdy Do­rian Per­rin, książę Rath, wkra­czał w ko­lejny dzień udręki. U jego boku kro­czył wil­czarz ir­landzki, Ty­tan. Ich kroki roz­ci­nały swym sze­le­stem ci­szę ro­do­wej po­sia­dło­ści. Po­śród gę­stej mgły ma­ja­czyły czarne, bez­listne drzewa, wy­cią­ga­jąc ku niemu cien­kie, ostre jak szpony ga­łę­zie, a chłód wil­got­nego po­wie­trza prze­ni­kał ma­te­riał ko­szuli, do­się­ga­jąc roz­pa­lo­nej, wil­got­nej od potu skóry księ­cia.

Do­brze. Za­słu­żył na każdy ból.

Roz­ha­ra­tane knyk­cie le­wej dłoni Do­riana krwa­wiły ob­fi­cie, prawa zaś po­zo­sta­wała w rę­ka­wiczce, skry­wa­ją­cej bli­zny bę­dące nie­ustan­nym przy­po­mnie­niem po­je­dynku, który go prze­śla­do­wał - do­wo­dem naj­strasz­liw­szego czynu, ja­kiego kie­dy­kol­wiek się do­pu­ścił. Zdej­mo­wał rę­ka­wiczkę tylko na tre­ningi bok­ser­skie, tak jak tego ranka. Dwa­na­ście lat nie­mal bez kon­taktu z po­wie­trzem nie przy­słu­żyło się po­kry­tej bli­znami skó­rze.

Ty­tan upar­cie pró­bo­wał zli­zy­wać krew z od­sło­nię­tych knykci Do­riana swym ró­żo­wym ję­zy­kiem. Szorstka, siwa sierść psa sprę­ży­ście ugi­nała się pod dło­nią księ­cia, gdy bez­wied­nie gła­skał czwo­ro­noż­nego przy­ja­ciela. Jedno z oczu wil­cza­rza było mlecz­no­białe, dru­gie czarne i błysz­czące. Się­gał Do­ria­nowi do pasa, a jego dłu­gie, ostre kły bu­dziły nie­po­kój na­wet wśród lo­ka­jów.

Na przy­cię­tym traw­niku sta­jenny trzy­mał Ere­busa, ma­syw­nego czar­nego ko­nia peł­nej krwi an­giel­skiej. Ogier pry­chał i roz­ko­py­wał darń w nie­cier­pli­wym ocze­ki­wa­niu. Do­rian po­ło­żył prawą dłoń na szyi zwie­rzę­cia, czu­jąc krew są­czącą się spod skóry rę­ka­wiczki.

- Do­ria­nie, naj­droż­szy - ode­zwał się zza jego ple­ców wy­soki, ko­biecy głos.

Książę od­wró­cił się, szybko spla­ta­jąc ręce za ple­cami.

Lady Bu­cha­nan, sio­stra zmar­łej matki, stała przed nim wraz z jego sio­strą, Cha­stity.

Ciemne mury Rath Hall wy­ło­niły się z mgły za nimi - trzy pię­tra zwie­trza­łego ka­mie­nia, po­ro­śnię­tego mchem i po­ro­stami. Wy­so­kie, ostro­łu­kowe okna ze szpro­sami, wy­peł­nione oło­wia­nymi wi­tra­żami, prze­ci­nały fa­sadę. Wie­życzki flan­ko­wały bryłę bu­dowli. Ich iglice roz­pły­wały się we mgle.

- Cio­ciu - rzekł na po­wi­ta­nie. - Sio­stro.

Po­ranny chłód wbi­jał się w skórę jak igły. Czoło Do­riana było zimne i lep­kie, a wil­gotne od wy­siłku włosy przy­kle­iły się do skroni. Ten ból i dys­kom­fort nie wy­star­czały jed­nak, by uci­szyć drze­miącą w nim be­stię.

W sza­rych, życz­li­wych i prze­ni­kli­wych oczach ciotki do­strzegł tro­skę.

- Czy zjesz z nami śnia­da­nie? Przy­je­cha­łam tylko na je­den dzień.

Jego ciotka - dama po sześć­dzie­siątce, wciąż pre­fe­ru­jąca suk­nie z do­pa­so­wa­nymi gor­se­tami i peł­nymi spód­ni­cami, modne w po­przed­niej epoce - przy­była wczo­raj i za­trzy­mała się na noc w dro­dze do Lon­dynu, gdzie za kilka ty­go­dni miał roz­po­cząć się se­zon. Rath Hall le­żało za­le­d­wie go­dzinę drogi od sto­licy, na tyle bli­sko, by łą­czyć urok wsi z wy­godą me­tro­po­lii.

Ty­tan usiadł przy bu­tach Do­riana i wy­dał z sie­bie znie­cier­pli­wione skom­le­nie.

Cha­stity, sio­stra księ­cia - bły­sko­tliwa i szczę­śli­wie nie­za­mężna - miała dwa­dzie­ścia osiem lat, cztery mniej niż on. Była rów­nie ciem­no­włosa co brat, zza oku­la­rów spo­glą­dały ude­rza­jąco błę­kitne oczy. Od in­nych ksią­żę­cych sióstr róż­niła się pro­stotą stroju: no­siła skromną szarą suk­nię, współ­gra­jącą z imie­niem ozna­cza­ją­cym czy­stość i nie­win­ność. Włosy upi­nała w cia­sny, prak­tyczny kok.

- Są­dzi­łem, że ze­chcesz zjeść śnia­da­nie w swo­jej sy­pialni - skła­mał. - A Cha­stity wie, że co rano wy­bie­ram się na prze­jażdżkę.

Po­czuł, jak krew ka­pie mu z dłoni pro­sto na trawę za ple­cami. Spoj­rze­nie Cha­stity ze­śli­zgnęło się po jego syl­wetce, za­trzy­mało na kar­ma­zy­no­wych kro­plach, a po­tem po­dą­żyło ich śla­dem z darni na żwi­rową ścieżkę.

Zbla­dła.

- Do­ria­nie, je­steś ranny! - wy­krzyk­nęła, ru­sza­jąc ku niemu.

Cof­nął się, ude­rza­jąc ple­cami w bok ko­nia, lecz Cha­stity nie zwol­niła. Mi­nęła sta­jen­nego i chwy­ciła Do­riana za lewą rękę, nim zdo­łał ją po­wstrzy­mać. Wcią­gnęła po­wie­trze z prze­ra­że­niem, do­strze­gł­szy krwawe roz­cię­cia na jego knyk­ciach.

Książę skrzy­wił się, sły­sząc okrzyk stra­chu z ust ciotki. Po­wi­nien był za­ban­da­żo­wać palce. Albo od­je­chać wcze­śniej.

- Co ty zro­bi­łeś? - za­py­tała Cha­stity sta­now­czo.

Do­rian za­zgrzy­tał zę­bami.

- Prze­sa­dzi­łem z bok­sem, to wszystko. Nie ma po­trzeby się nade mną roz­czu­lać.

Tego ranka przez wiele go­dzin wbi­jał pię­ści w wy­słu­żoną skórę worka tre­nin­go­wego. Każdy cios się­gał aż do ko­ści. Pot na gór­nej war­dze miał słony smak, a me­ta­liczny za­pach krwi przy­no­sił sa­tys­fak­cję. Cią­gły ból pra­wej dłoni ustą­pił miej­sca na­głym, słod­kim ka­tu­szom.

Ciotka po­spie­szyła w jego stronę, sze­lesz­cząc spód­ni­cami.

- Je­stem tu tylko na jedną noc, a ty ro­bisz coś ta­kiego? Roz­bi­jasz so­bie ręce do krwi?

Dłoń w rę­ka­wiczce była śli­ska i go­rąca, pul­so­wała bó­lem. Od­dy­chał ciężko, jakby wal­czył o każdy haust po­wie­trza.

- Nie mia­łam po­ję­cia, że ro­bisz ta­kie rze­czy - cią­gnęła. - Cha­stity, wie­dzia­łaś o tym?

Młoda ko­bieta po­krę­ciła głową.

- Wie­dzia­łam tylko, że tre­nuje ran­kami. Nie mia­łam świa­do­mo­ści, do czego się po­suwa... Do­ria­nie, dla­czego przy­naj­mniej tego nie opa­trzy­łeś?

Prze­łknął ślinę. Prawda była par­szywa - chciał czuć wię­cej bólu. Każda kro­pla krwi miała go przy­bli­żyć do od­ku­pie­nia.

- Nic mi nie jest. - Wy­rwał dłoń z uści­sku Cha­stity.

- Przy­niosę kosz z opa­trun­kami - po­wie­działa sta­now­czo. - Mam śro­dek an­ty­sep­tyczny... Rany trzeba na­tych­miast oczy­ścić, żeby nie do­szło do mar­twicy.

Mar­twica...

O tak. Wie­dział, jak groźna bywa - i jak wi­dok jego krwi działa na sio­strę. Już raz pra­wie go stra­ciła. To dla­tego tak bar­dzo za­an­ga­żo­wała się w stu­dia me­dyczne.

Oczy lady Bu­cha­nan wy­peł­niły się łzami.

- Spójrz na sie­bie: ukry­wasz się przed ro­dziną, ka­rzesz wła­sne ciało, izo­lu­jesz się. Dla­czego to ro­bisz?

Do­rian spoj­rzał ciotce w oczy i za­ci­snął szczękę. Jak miałby opi­sać de­mony, które go na­wie­dzały? Po­czu­cie winy, które nie­ustan­nie to­czyło jego du­szę?

- Jest mi do­brze tak, jak jest, cio­ciu - wy­ce­dził. - Nie po­trze­buję sa­lo­no­wych roz­ry­wek ani ro­dzin­nych zo­bo­wią­zań.

Po­krę­ciła głową.

- Mój drogi. Po­wi­nie­neś czer­pać ra­dość z ży­cia: zna­leźć ko­cha­jącą żonę, za­ło­żyć ro­dzinę, prze­żyć swoje naj­szczę­śliw­sze lata.

Od­wró­cił się, na­pi­na­jąc ra­miona. Te słowa bo­le­śnie go ude­rzyły. Żona? Ro­dzina? Szczę­ście? Brzmiały jak coś nie­osią­gal­nego. Jak on, z rę­kami spla­mio­nymi krwią i ser­cem po­ciem­nia­łym z wście­kło­ści, miałby za­słu­żyć na ta­kie bło­go­sła­wień­stwa?

- Nie wiesz, o czym mó­wisz - mruk­nął szorstko.

Wzrok Cha­stity spo­czął na jego pra­wej dłoni w rę­ka­wiczce.

- Le­dwo mo­żesz nią pi­sać, a mimo to ka­tu­jesz ją do krwi? Wy­gląda to tak, jak­byś się za coś ka­rał.

Do­rian gwał­tow­nie uniósł głowę.

- Zaj­mij się swo­imi spra­wami, Cha­stity.

Łzy na­pły­nęły jej do oczu, lecz wy­pro­sto­wała ra­miona. Zro­biło mu się wstyd. Był dla niej zbyt oschły. Gniew ustą­pił miej­sca drę­czą­cemu po­czu­ciu winy.

- Nie burcz na sio­strę - na­po­mniała księ­cia sta­now­czo ciotka. - Mó­wię cał­kiem po­waż­nie. Mu­sisz się oże­nić i po­sta­rać o dzie­dzica. To nie tylko twój obo­wią­zek jako księ­cia, ale rów­nież coś, co mo­głoby ci przy­nieść ulgę. Mi­łość po­trafi uzdra­wiać, sio­strzeń­cze. Je­śli nie ta do żony, to choćby do wła­snego dziecka.

Wy­dał z sie­bie ni­skie wark­nię­cie.

- Nie warcz na mnie - skar­ciła go. - Nie je­steś lwem. I wiesz, że mam ra­cję.

- Cio­ciu, na­prawdę...

- Wiem, że po­wta­rzam to od lat, ale kto ma to ro­bić, skoro twoi ro­dzice nie żyją? Wiesz, że twoja matka, moja droga sio­stra, po­wie­dzia­łaby to samo. A twoje dzieci by­łyby dla mnie jak wnuki.

Wes­tchnął prze­cią­gle, z ca­łych sił po­wstrzy­mu­jąc ko­lejne wark­nię­cie.

- Cio­ciu, mó­wi­łem już wiele razy: nie chcę się że­nić. Nie chcę mieć dzieci.

Zbli­żyła się po­woli, a jej duże, za­szklone łzami oczy przy­wo­dziły na myśl ża­ło­sne spoj­rze­nie po­rzu­co­nego ko­cię­cia. Ujęła go lekko za ra­mię.

- Ma­lutka wnuczka albo wnuk bar­dzo by mnie uszczę­śli­wili, naj­droż­szy. Kto wie, ile jesz­cze lat zo­stało mi na tym świe­cie? Chcia­ła­bym spę­dzić je na ko­ły­sa­niu nie­mow­lę­cia i za­ba­wie z nim.

Niech to dia­bli...

Znała je­dyną drogę do jego serca - li­tość. Od lat zaj­mo­wała w nim miej­sce matki. Praw­dziwa ode­szła, gdy miał dwa­na­ście lat, a wcze­śniej przez długi czas w ogóle jej nie wi­dy­wał - oj­ciec ode­słał ją, by "zro­bić z przy­szłego księ­cia męż­czy­znę, a nie roz­ka­pry­szo­nego ba­chora".

Całe swoje - jak­kol­wiek wąt­pliwe - czło­wie­czeń­stwo za­wdzię­czał ciotce.

Dla tych dwóch ko­biet go­tów był prze­no­sić góry.

- Za­sta­no­wię się nad tym - mruk­nął.

Ciotka uśmiech­nęła się z ulgą.

- Tylko o to pro­szę. Nie bę­dziemy ci prze­szka­dzać w ćwi­cze­niach. Do­siądź swego pie­kiel­nego ru­maka.

- A co z two­imi dłońmi? - za­py­tała Cha­stity.

- Na­zywa się Ere­bus - burk­nął, wciąż nieco przy­tło­czony wła­sną sła­bo­ścią wo­bec emo­cjo­nal­nych za­bie­gów ciotki. - A z dłońmi wszystko w po­rządku.

Sio­stra i ciotka od­wró­ciły się i ru­szyły ku do­mo­stwu. Bez­rad­ność i cier­pie­nie ma­lu­jące się na twa­rzy Cha­stity były dla niego nie do znie­sie­nia. Lecz wła­snymi ra­nami się nie przej­mo­wał. Je­śli miałby umrzeć z po­wodu za­ka­że­nia, tym le­piej - jego udręka wresz­cie by się skoń­czyła.

Wsko­czył na grzbiet Ere­busa, a sta­jenny od­su­nął się po­słusz­nie. Jedno ci­che cmok­nię­cie wy­star­czyło. Koń pu­ścił się ga­lo­pem. Ty­tan ru­szył za nimi, jego ma­sywne łapy po­ru­szały się mia­rowo.

Mknął przez spo­witą mgłą oko­licę, z pa­lą­cym ogniem w mię­śniach, uno­sząc się lekko w strze­mio­nach, gdy jego bio­dra pod­da­wały się ryt­mowi koń­skiego biegu. Ciemne syl­wetki sę­ka­tych drzew ma­ja­czyły w mlecz­nej mgle - stare i mar­twe, jak jego du­sza. Roz­ko­szo­wał się ostrym po­wie­trzem sma­ga­ją­cym jego skórę. Pręd­ko­ścią. Wol­no­ścią. Dziką ucieczką.

Gniew Do­riana pło­nął, gdy pę­dził przed sie­bie, szu­ka­jąc uko­je­nia w wy­czer­pu­ją­cym wy­siłku. Lecz bez względu na to, jak da­leko i jak szybko gnał, nie był w sta­nie uciec przed tym, co no­sił w gło­wie... od tego, co ni­gdy go nie opusz­czało.

Od ży­wego wspo­mnie­nia dnia, kiedy w po­ry­wie wście­kło­ści po­zba­wił ży­cia pana Johna Rose'a pod­czas po­je­dynku...

Od po­dej­rze­nia, że John uszko­dził jego pi­sto­let.

Od uspo­ka­ja­ją­cych słów se­kun­dan­tów - jego i Johna - że nie do­strze­gli żad­nych nie­pra­wi­dło­wo­ści.

A po­tem była już tylko eks­plo­zja w jego dłoni.

Gniew po­chło­nął go z nie­wy­obra­żalną siłą.

Walka... strzał z pi­sto­letu Johna... ciało opa­da­jące na Do­riana.

Mar­twe.

Gdy w końcu wró­cił do Rath Hall i zsiadł z ko­nia przy sta­wie na ty­łach ogrodu, ubra­nie miał prze­siąk­nięte po­tem. Ciężki od­dech mie­szał się z zim­nym, wil­got­nym po­wie­trzem. Ty­tan rów­nież dy­szał, krą­żąc przy brzegu stawu, z no­sem w prze­ro­śnię­tej tra­wie.

Ból mię­śni przy­niósł nie­mal ulgę. Tego wła­śnie chciał. Umysł jed­nak po­zo­sta­wał nie­spo­kojny, na­wie­dzany wspo­mnie­niami fa­tal­nego po­ranka sprzed dwu­na­stu lat, gdy stał się mor­dercą. Choć był ma­rzec, a woda na­dal lo­do­wata, Do­rian zdjął buty, prze­biegł kilka kro­ków i za­nu­rzył się w męt­nej toni stawu.

Szok prze­szył go na wskroś, lecz przy­jął go z sa­tys­fak­cją. Lo­do­waty uścisk wody otu­lił ciało. Odrę­twie­nie wpeł­zło w żyły. Każdy ruch był walką z nie­ubła­ga­nym cię­ża­rem prze­szło­ści. Ciemna, mu­li­sta woda prze­sło­niła mu wi­dok. Pły­nął da­lej, koń­czyny sta­wały się co­raz cięż­sze, klatka pier­siowa na­pi­nała się bo­le­śnie. Czy kie­dy­kol­wiek uda mu się wy­rwać z tego mroku? Czy za­zna wol­no­ści? Serce cią­żyło mu od żalu i winy.

Lo­do­wata woda przy­lgnęła do jego skóry jak ca­łun, gdy wy­wlókł się na błot­ni­sty brzeg. Upadł, z tru­dem ła­piąc od­dech. Pierś uno­siła się i opa­dała gwał­tow­nie.

Mru­gnął, strzą­sa­jąc wodę z oczu, i do­strzegł w od­dali ruch - dwóch jeźdź­ców, któ­rych roz­po­znał na­tych­miast, na­wet przez mgłę. Ci ksią­żęta byli jego naj­bliż­szymi so­jusz­ni­kami. łą­czyły ich wspólne grze­chy i ta­jem­nice. Pod­niósł się po­woli, a woda spły­wała z niego stru­gami, two­rząc ka­łuże u stóp. Jeźdźcy pod­je­chali i za­trzy­mali się na­prze­ciw niego.

- Tu je­steś, Do­ria­nie - za­wo­łał Lu­cien, książę Luhst, ze­ska­ku­jąc z ko­nia i z roz­ba­wie­niem przy­glą­da­jąc się prze­mo­czo­nemu przy­ja­cie­lowi. Złote włosy har­mo­ni­zo­wały z żół­tymi zdo­bie­niami jego płasz­cza, na któ­rym wid­niał ro­dowy herb z wy­twor­nym je­le­niem.

- Wi­dzę, że od­da­jesz się swoim sta­rym na­wy­kom. Do­syć tego. Przy­je­cha­li­śmy za­brać cię z po­wro­tem do mia­sta. Twoja nie­obec­ność zo­stała za­uwa­żona.

Obok Lu­ciena zsiadł z ko­nia rów­nież Con­stan­tine Buc­c­le­igh, książę Pryde, wy­soki i dumny. Ubrany był w in­dygo, a wilk w her­bie świad­czył o jego za­cie­kłej lo­jal­no­ści i ho­no­rze. Nie­wiele się zmie­nił przez ostat­nie dwa­na­ście lat - może tylko stał się chłod­niej­szy, no­sząc dumę jak zbroję. Od tam­tego strasz­nego po­ranka był jed­nak jed­nym z naj­bliż­szych Do­ria­nowi przy­ja­ciół.

- Gdzie jest po­zo­stała czwórka? - za­py­tał Do­rian.

Miał na my­śli resztę ich brac­twa - Sied­miu Ksią­żąt Grze­chu, jak żar­to­bli­wie się na­zy­wali, bo zda­wali się uosa­biać sie­dem grze­chów głów­nych. Na­wet ich na­zwi­ska brzmiały jak prze­winy: Rath - gniew, Luhst - roz­pu­sta, Pryde - py­cha, Enve­igh - za­zdrość, Ir­re­ve­rence - próż­niac­two, Ec­cess - prze­syt i For­tyne - chci­wość.

- Cze­kają w Eli­zjum - od­parł Pryde.

Ty­tan, skom­ląc ra­do­śnie, po­biegł w ich stronę. Prze­ra­ża­jąca be­stia znik­nęła. Pie­kielny pies Do­riana zmie­nił się w roz­en­tu­zja­zmo­wa­nego szcze­niaka, ma­cha­ją­cego ku­dła­tym, dłu­gim jak mio­tła ogo­nem i li­żą­cego dło­nie ksią­żąt. Twarz Pryde'a roz­ja­śnił sze­roki uśmiech - wy­nio­sły ary­sto­krata ustą­pił miej­sca chłopcu, który wresz­cie mógł po­ba­wić się z pu­pi­lem. Opadł na ko­lana i po­dra­pał Ty­tana po dłu­gim brzu­chu, a pies prze­wró­cił się na grzbiet, roz­pły­wa­jąc się w czy­stej bło­go­ści.

- Jedźmy do mia­sta - po­wie­dział Lu­cien. - Oby de­mony, które w nas drze­mią, dały się choć na chwilę udo­bru­chać.

Od­sta­wili ko­nie do stajni, po czym ru­szyli w głąb Rath Hall, prze­cho­dząc przez oka­załe, spo­wite pół­mro­kiem ko­ry­ta­rze. Z ciem­nych płó­cien ob­ser­wo­wały ich su­rowe ob­li­cza przod­ków Do­riana. W sa­lach stały wy­so­kie grec­kie po­sągi, a na kre­den­sach pię­trzyły się sta­tu­etki, wazy i re­li­kwie z ca­łego świata - skarby, z któ­rych jego oj­ciec był nie­zmier­nie dumny.

Ksią­żęta po­dą­żyli za Do­ria­nem do jego sy­pialni. Słu­żący Howe zer­k­nął na dłoń swego pana. Rana była świeża, choć krwa­wie­nie ustało.

- Sam to opa­trzę - za­strzegł Do­rian.

Nie po­zwo­lił lo­ka­jowi obej­rzeć blizn na pra­wej ręce. Wszedł do gar­de­roby, zdjął rę­ka­wicę i przy­jął każde ostry ukłu­cie bólu. Zmył krew w mied­nicy, osu­szył skórę i na­cią­gnął świeżą skó­rzaną rę­ka­wicę.

Gdy wró­cił do po­koju, ka­mer­dy­ner Po­pwell na­le­wał Luh­stowi i Pryde'owi trunki. Wnę­trze wy­peł­niały brzęk szla­chet­nego krysz­tału i ciężki aro­mat sta­rej brandy.

- Czy lady Cha­stity jest w domu? - za­py­tał Lu­cien, wy­glą­da­jąc przez okno.

Do­rian, Cha­stity i Lu­cien do­ra­stali ra­zem, dla­tego py­tał o nią przy każ­dej wi­zy­cie. Do­rian ufał mu jak bratu po tym wszyst­kim, co prze­szli, lecz wie­dział też, że to nie­po­prawny uwo­dzi­ciel.

- Jest. Pew­nie je te­raz śnia­da­nie z na­szą ciotką.

- Lu­cie­nie, wiesz, że mo­żesz mieć do­słow­nie każdą ko­bietę na świe­cie oprócz lady Cha­stity Per­rin? - wtrą­cił Pryde.

- Wie - uciął Do­rian, po­sy­ła­jąc Lu­cie­nowi ostrze­gaw­cze, po­nure spoj­rze­nie.

Ten, nie­ty­powo dla sie­bie, wy­glą­dał na spe­szo­nego.

- To musi być dla cie­bie męka - do­dał Pryde.

- A co z twoją ciotką? - Lu­cien wy­raź­nie zmie­nił te­mat. - Znowu mó­wiła o mał­żeń­stwie?

Do­rian wes­tchnął, za­po­mi­na­jąc na chwilę o prze­szło­ści.

- Tak, wciąż ma na­dzieję. Zro­bił­bym wiele, by ją uszczę­śli­wić. Gdy­bym tylko po­tra­fił po­go­dzić to z wła­snymi pra­gnie­niami.

Za­milkł, na­po­ty­ka­jąc pełne zro­zu­mie­nia spoj­rze­nia przy­ja­ciół. Wszy­scy znali cię­żar ro­dzin­nych obo­wiąz­ków i spo­łecz­nych ocze­ki­wań, ja­kie nio­sły za sobą ich ty­tuły - i trud buntu wo­bec tychże po­win­no­ści.

- Skoro mowa o pra­gnie­niach - ode­zwał się Lu­cien - sły­sza­łem, że w nad­cho­dzą­cym se­zo­nie mia­sto bę­dzie pełne uro­czych mło­dych dam. Może któ­raś roz­topi lód serca Ra­tha?

Pryde par­sk­nął śmie­chem, lecz Do­rian mil­czał, gdy Howe na­cią­gał na niego świeżą ko­szulę. Nie po­tra­fił wy­rzu­cić z głowy prośby ciotki. Pra­gnął dać jej szczę­ście, lecz wi­zja żony u boku wciąż wy­da­wała mu się nie­wy­obra­żalna - sama myśl o ko­niecz­no­ści jej po­szu­ki­wa­nia była dla niego nie do znie­sie­nia.

Zmro­ziła go sama per­spek­tywa tych po­twor­nych bali, na któ­rych ob­sia­dłyby go roz­en­tu­zja­zmo­wane de­biu­tantki w to­wa­rzy­stwie roz­e­mo­cjo­no­wa­nych ma­tek. Dreszcz prze­biegł mu po ple­cach. Howe na mo­ment prze­rwał wią­za­nie koł­nie­rzyka i wy­mru­czał prze­pro­siny.

- To nie twoja wina, Howe - mruk­nął Do­rian. - Nie mu­sisz prze­pra­szać.

- Czy wiesz, kogo wi­dzia­łem w mie­ście ze­szłej nocy? - Pryde zmie­nił te­mat, ku wiel­kiej uldze Do­riana. - Pana Geo­rge'a Rose'a.

Rose...

Do­rian znie­ru­cho­miał. Knyk­cie mu po­bie­lały, gdy ści­snął kra­wędź stołu. Miał wra­że­nie, że lo­do­wata dłoń wbiła mu się w pierś i ści­snęła serce.

- Do­prawdy? - wy­du­sił z sie­bie.

Howe do­pi­nał ostatni gu­zik ka­mi­zelki, nie­świa­dom bu­rzy wstrzą­sa­ją­cej jego pa­nem.

- Tak - cią­gnął Pryde, nie do­strze­ga­jąc na­pię­cia Do­riana. - Bie­dak pró­buje sprze­dać wszystko, by spła­cić ro­snące długi. Wy­gląda na to, że kształ­ce­nie Johna w Oks­for­dzie do reszty wy­czer­pały ich marne środki i są te­raz bez gro­sza przy du­szy.

Do­rian za­ci­snął szczękę. Po­czu­cie winy gry­zło go od środka jak wy­głod­niała be­stia.

- Dla­czego zo­stali z ni­czym? - za­py­tał przez spierzch­nięte usta.

- Po­nie­waż wszy­scy wie­rzą, że John sam ode­brał so­bie ży­cie - od­parł Pryde. - Plotki ob­ró­ciły się prze­ciw ro­dzi­nie Rose'ów. Dawni zna­jomi od­su­nęli się, bo­jąc się sko­ja­rzeń ze zszar­ga­nym na­zwi­skiem. Sześć có­rek nie miało wi­do­ków na za­mąż­pój­ście, a utrzy­ma­nie du­żej po­sia­dło­ści przy ma­le­ją­cych do­cho­dach cał­kiem ich po­grą­żyło. John był ostat­nią na­dzieją na po­prawę losu. Te­raz le­dwo wiążą ko­niec z koń­cem.

- Sześć có­rek... - po­wtó­rzył Do­rian.

Twa­rze przy­ja­ciół fa­lo­wały mu przed oczami, a w gło­wie kłę­biły się my­śli.

- Do­prawdy, pech - mruk­nął Lu­cien, nie spusz­cza­jąc z niego wzroku.

- Pró­bo­wa­łem po­móc - do­dał Pryde. - Da­łem panu Rose'owi wi­zy­tówkę księ­cia For­tyne'a. Mają się dziś spo­tkać.

Do­rian spoj­rzał na Pryde'a, gdy Howe po­pra­wiał mu kra­wat.

- Znasz For­tyne'a. Wy­kupi po­sia­dłość za bez­cen, przy­wróci jej dawną świet­ność i za­cznie na niej za­ra­biać.

- Pan Rose zna­lazł się w roz­pacz­li­wym po­ło­że­niu - od­parł Pryde. - Chce sprze­dać jak naj­szyb­ciej, byle unik­nąć wię­zie­nia dla dłuż­ni­ków. Każda suma bę­dzie lep­sza niż żadna.

Wię­zie­nie dla dłuż­ni­ków. A co z sze­ścioma mło­dymi ko­bie­tami i ich matką? Bez pie­nię­dzy i ko­nek­sji - przy­tu­łek, nę­dza. Dłoń Do­riana za­pul­so­wała bó­lem - bli­zny, ro­ze­rwane ścię­gna, świeże rany... Gniew eks­plo­do­wał, a za­raz po­tem spa­dło na niego miaż­dżące po­czu­cie winy za znisz­czone ży­cie.

Nie jedno - osiem ko­lej­nych. Sześć sióstr i dwoje ro­dzi­ców.

Czy mógł mieć na su­mie­niu jesz­cze osiem ist­nień? Przy­po­mniał so­bie bła­galny wy­raz twa­rzy ciotki, na­dzieję i łzy, gdy mó­wiła o wnu­kach.

Niech to dia­bli.

Pan Rose miał sześć nie­za­męż­nych có­rek i dług, który roz­pacz­li­wie pró­bo­wał spła­cić.

- Być może... da się to roz­wią­zać ina­czej - po­wie­dział Do­rian, sam nie wie­rząc we wła­sne słowa.

- Ina­czej? - Pryde uniósł brew.

Do­rian za­klął pod no­sem. Pewna moż­li­wość krą­żyła mu z upo­rem po gło­wie. Sza­leń­stwo - a jed­nak, je­śli ro­dzina się zgo­dzi, wy­star­czyłby rok u boku jed­nej z sióstr Johna. Spła­ciłby długi. Dla do­bra ciotki uda­wałby mał­żeń­stwo. Nie do­tknąłby dziew­czyny, nie ro­ściłby so­bie praw, które przy­słu­gi­wa­łyby mu jako mę­żowi. Po roku, gdy nie po­ja­wi­łoby się dziecko, orze­kliby, że młoda ko­bieta jest bez­płodna - i tyle. Ciotka, przy odro­bi­nie szczę­ścia, da­łaby mu spo­kój i prze­nio­sła swe na­dzieje na Cha­stity.

Czy osza­lał, czy to miało sens?

- Tak - po­wie­dział wresz­cie, pa­trząc ko­lejno na przy­ja­ciół.

Wal­czył z na­tło­kiem my­śli. Po­ślu­bie­nie sio­stry swo­jej ofiary ozna­czało zwią­za­nie się z ro­dziną, którą skrzyw­dził naj­bar­dziej. Zwąt­pie­nie i lęk ści­snęły go w gar­dle. Czy na­prawdę tak roz­pacz­li­wie pra­gnął zdjąć z du­szy to prze­kleń­stwo?

Wie­dział jed­nak, że bli­żej za­dość­uczy­nie­nia za grze­chy już być nie mógł.

Knyk­cie pa­liły, ból na­ra­stał w rytm przy­spie­sza­ją­cego pulsu. Zro­biłby to nie dla sie­bie, lecz dla ho­noru, dla po­kuty, dla próby od­ku­pie­nia choć ułamka krzywd.

Za­czerp­nął po­wie­trza.

- Po­ślu­bię jedną z có­rek pana Rose'a. I spłacę jego długi.

- Ni­gdy na­wet nie spo­tka­łeś żad­nej z nich! - wy­krzyk­nął Pryde. - Chcesz się oświad­czyć, nie wi­dząc panny mło­dej? I jak wy­bie­rzesz jedną z sze­ściu?

- To bez zna­cze­nia. Wy­biorę naj­młod­szą, je­śli jest w od­po­wied­nim wieku, bę­dzie naj­bar­dziej skora do współ­pracy, wolna od ro­man­tycz­nych zo­bo­wią­zań. Ile ma lat?

- Osiem­na­ście - od­parł Luhst. Zda­wał się za­wsze dys­po­no­wać wy­czer­pu­ją­cymi wia­do­mo­ściami o każ­dej wol­nej da­mie w Lon­dy­nie.

- W ta­kim ra­zie się nada.

- Je­steś pe­wien, Do­ria­nie? - za­py­tał ci­cho Lu­cien. - To de­cy­zja, która zmieni bieg two­jego ży­cia.

- Wiem - od­rzekł. - Tylko tak mogę udo­bru­chać ciotkę i po­móc ro­dzi­nie czło­wieka, któ­rego po­zba­wi­łem ży­cia.

- Za­sta­nów się jesz­cze - po­pro­sił Pryde. - Po­myśl o re­pu­ta­cji. Ro­dzinę Rose'ów od lat ota­cza skan­dal.

- Z mo­jego po­wodu.

- A co z nami? Po­mo­gli­śmy ci za­tu­szo­wać mor­der­stwo.

- Ni­gdy was nie zdra­dzę. Ma­cie moją lo­jal­ność aż po grób.

- Jak zdo­łasz spoj­rzeć jej w oczy i być przy niej sobą? - nie da­wał za wy­graną Pryde. - A je­śli się za­ko­chasz? Albo ona w to­bie? Po­my­śla­łeś o tym?

- Nie, Con­stan­tine. Nie spo­dzie­wam się, by kie­dy­kol­wiek chciała się do mnie zbli­żyć. Nie ma czło­wieka mniej god­nego mi­ło­ści niż ja.

Howe po­mógł mu wsu­nąć ra­miona w rę­kawy czar­nego płasz­cza z her­bem Rath - lwem w pło­mie­niach. Do­rian spoj­rzał w lu­stro. Lo­kaj omiótł szczotką jego barki i kar­ma­zy­nową ka­mi­zelkę.

- Ale... - za­czął Pryde.

Do­rian się wy­pro­sto­wał i uniósł pod­bró­dek. W spoj­rze­niu miał su­rową de­ter­mi­na­cję. Przyj­mie to wy­zwa­nie, choćby miało go znisz­czyć.

- By­łeś tam - po­wie­dział ci­cho. - Wiesz, co zro­bi­łem. Wiesz, że mu­szę od­ku­pić swe winy. Za­bierz mnie do pana Rose'a.

Roz­dział 2

- Kim oni są? - wy­szep­tał ktoś ze zgro­ma­dzo­nych.

Ko­bieta ukrad­kiem zer­k­nęła przez ra­mię, pod­czas gdy pa­stor wy­gła­szał nie­dzielne ka­za­nie.

Pannę Pa­tience Rose prze­szedł dreszcz, mimo po­ran­nego słońca wpa­da­ją­cego przez nie­wiel­kie okna ko­ścioła w Har­rin­ger. Sie­działa przed nią cała kon­gre­ga­cja. Mię­dzy nimi a jej ro­dziną po­zo­stały dwie pu­ste ławki.

- Nie­sławna ro­dzina Rose'ów - roz­legł się gło­śny szept in­nej ko­biety. - Ich syn ode­brał so­bie ży­cie.

Matka na­gle zbla­dła - mu­siała to usły­szeć. Pa­tience ści­snęła jej dłoń. Po­zo­stałe pięć sióstr sie­działo w tej sa­mej ławce, ści­śnięte jak ogórki w sło­iku, sta­ra­jąc się za­jąć jak naj­mniej miej­sca w ko­ściele.

To było ich stałe miej­sce od dwu­na­stu lat.

- Och... - szep­nęła pierw­sza ko­bieta i po­słała ro­dzi­nie Rose'ów spoj­rze­nie pełne cie­ka­wo­ści i po­zor­nej tro­ski. - Ja­kie to okropne. Co za skan­dal!

- O tak - przy­tak­nęła druga. - To bar­dzo nie­przy­jemna sprawa. Był ich ostat­nią na­dzieją na po­prawę losu. Te­raz pan Rose jest na skraju ru­iny, pró­buje sprze­dać swój ma­ją­tek w Lon­dy­nie. Nie­wiele zresztą warty.

Mama się wier­ciła, oczy miała za­czer­wie­nione od łez, a usta ścią­gnięte w wą­ską li­nię. Pa­tience - ucie­le­śnie­nie cier­pli­wo­ści za­pi­sa­nej w imie­niu - po­ło­żyła głowę na ra­mie­niu matki i po­gła­dziła ją po dłoni.

Na szczę­ście na­bo­żeń­stwo za­koń­czyło się po kilku mi­nu­tach i ko­biety z ro­dziny Rose'ów jako pierw­sze po­de­rwały się z ławki, by wyjść. Gdy Pa­tience szła za sio­strami i matką, głosy wier­nych, sze­lest ubrań i szu­ra­nie stóp po wy­po­le­ro­wa­nym ka­mie­niu od­bi­jały się w świą­tyni gło­śnym echem. Pani Rose była wy­raź­nie zde­ner­wo­wana. Jedną rę­ka­wiczką za­sła­niała drugą, by ukryć łatę i gruby szew po sta­ran­nej na­pra­wie wy­ko­na­nej przez Anne, sio­strę Pa­tience - ro­dzinną haf­ciarkę i kraw­cową.

Kiedy wy­szły na świeże, mar­cowe po­wie­trze, dziew­czyna wes­tchnęła z ulgą i już miała ru­szyć po­lną ścieżką w stronę Rose Cot­tage, gdy ku jej za­sko­cze­niu matka po­wie­działa:

- Zo­stańmy jesz­cze chwilę.

To było do niej zu­peł­nie nie­po­dobne - to wier­ce­nie się, ten na­pięty uśmiech, tak bar­dzo nie­pa­su­jący do wy­razu wiel­kich, zmar­twio­nych oczu.

- Je­steś pewna, mamo? - za­py­tała Pa­tience.

- Wszy­scy za­raz wyjdą - za­uwa­żyła Anne, spo­glą­da­jąc na su­rowy ka­mienny ko­ściół oto­czony za­dba­nymi krze­wami i przy­strzy­żo­nym traw­ni­kiem.

Wzrok mamy po­wę­dro­wał ku drzwiom, skąd do­bie­gały co­raz gło­śniej­sze roz­mowy wier­nych.

- Rze­czy­wi­ście - przy­znała.

Ze­szły na bok żwi­ro­wej ścieżki.

- Mam po­mysł, który może po­móc ta­cie. Po­zy­tywne my­śli, prawda, dziew­częta? Skoro on jest w Lon­dy­nie, ja spró­buję zro­bić, co w mo­jej mocy. Nie za­szko­dzi, czyż nie?

- To za­leży - od­parła naj­star­sza z sióstr, dwu­dzie­sto­ośmio­let­nia Emily.

- Prze­ko­nasz się - po­wie­działa mama, po­sy­ła­jąc jej uśmiech tak wy­mu­szony, że Pa­tience prze­biegł dreszcz.

Wszyst­kie sio­stry nie­mal jed­no­cze­śnie przy­brały po­dobne miny.

Wierni je­den po dru­gim opusz­czali ko­ściół. Za­moż­niejsi pa­ra­fia­nie, ubrani w naj­lep­sze nie­dzielne je­dwa­bie i ak­sa­mity, wy­cho­dzili z do­stojną po­wagą, a prost­szy lud wio­ski po­dą­żał za nimi. Dzier­żawcy i oko­liczni rol­nicy mieli na so­bie mocne, szorst­kie, lecz czy­ste ubra­nia. Wśród nich mie­szali się pie­ka­rze, krawcy i rze­mieśl­nicy w nieco lep­szych, prak­tycz­nych stro­jach.

Gdy mi­jali ro­dzinę Rose'ów, roz­mowy na chwilę mil­kły, a kroki zwal­niały. Le­d­wie do­strze­gal­nymi, sub­tel­nymi skrę­tami i ner­wo­wymi spoj­rze­niami na boki zwięk­szali dy­stans mię­dzy sobą a Rose'ami, pil­nu­jąc, by dzie­liło ich co naj­mniej kilka kro­ków - jakby po­wie­trze wo­kół ko­biet było ska­żone skan­da­lem.

W końcu z ko­ścioła wy­szła lady Ju­stina Fit­zroy, mar­kiza de Vir­toux, w to­wa­rzy­stwie syna.

Pa­tience sku­bała brzeg swo­jej sukni. Mar­kiza była wy­soką, piękną ko­bietą o sze­ro­kich ra­mio­nach. Miała w so­bie kró­lew­ską wy­nio­słość i chłód. Wło­żyła no­wo­cze­sną suk­nię z wy­so­kim sta­nem - dość nie­zwy­kłą jak na ko­bietę w jej wieku, które zwy­kle trzy­mały się fa­so­nów no­szo­nych w mło­do­ści, z do­pa­so­waną ta­lią i roz­ło­ży­stą spód­nicą. Lady de Vir­toux była pa­tronką pa­ra­fii w Har­rin­ger i wła­ści­cielką po­bli­skiej po­sia­dło­ści, w któ­rej cza­sem spę­dzała zimę. Zbli­ża­jący się se­zon za­mie­rzała, jak co roku, spę­dzić w Lon­dy­nie.

Jej syn no­sił za­szczytny ty­tuł wi­ceh­ra­biego Mi­que, odzie­dzi­czony po ojcu. Był męż­czy­zną po czter­dzie­stce, do­brze zbu­do­wa­nym, o przy­stoj­nych, ostrych ry­sach twa­rzy, moc­nym no­sie i kwa­dra­to­wej szczęce. Wą­sko osa­dzone zie­lone oczy i bujna grzywa fa­lo­wa­nych czar­nych wło­sów nada­wały mu su­rowy wy­gląd.

Lady de Vir­toux rzu­ciła ma­mie, Pa­tience i jej sio­strom spoj­rze­nie pełne zdzi­wie­nia i od­razy, po czym od­wró­ciła wzrok i ru­szyła w prze­ciw­nym kie­runku, szep­cząc coś do wi­ceh­ra­biego.

Pa­tience przy­gry­zła wargę. Ża­ło­wała, że nie opu­ściły ko­ścioła wcze­śniej, jak ro­biły to od lat w każdą nie­dzielę, za­nim ich obec­ność zdą­żyła ura­zić tych, któ­rzy nie mieli w swo­ich ro­dzi­nach żad­nych ta­jem­nic ani skan­dali.

Dło­nie mamy drżały, gdy spla­tała je ner­wowo. Wcią­gnęła głę­boko po­wie­trze, jakby do­da­wała so­bie od­wagi, i ru­szyła pro­sto w stronę mar­kizy.

- Mamo! - syk­nęła Pa­tience, a Anne wy­cią­gnęła rękę, jakby chciała za­trzy­mać matkę.

To było jak pa­trze­nie na nie­uchronny wy­pa­dek, któ­rego nie spo­sób po­wstrzy­mać.

- Lady de Vir­toux - po­wie­działa mama, dy­ga­jąc. - Lor­dzie Mi­que. - Skło­niła się rów­nież przed mło­dzień­cem.

Oboje spoj­rzeli na nią z wy­ra­zem czy­stej grozy i cof­nęli się o krok.

- Pro­szę wy­ba­czyć - rzu­ciła mar­kiza, od­wra­ca­jąc się ple­cami do mamy, go­towa odejść.

- Pro­szę! - za­wo­łała mama. - Nie po­de­szła­bym, gdy­bym nie była w roz­pacz­li­wej sy­tu­acji. Zajmę pań­stwu tylko chwilę.

Pa­tience i jej sio­stry wy­mie­niły spoj­rze­nia. Anne miała łzy w oczach, po­liczki pło­nęły jej ze wstydu.

- Co ona robi? - szep­nęła Emily. - Czy nie wi­dzi, że jej obec­ność nie jest po­żą­dana?

- Po­wstrzy­maj łzy, Anne - wy­szep­tała Be­atrice. - Weź się w garść. Nie po­trze­bu­jemy ko­lej­nego upo­ko­rze­nia. Uśmiech­nij­cie się wszyst­kie. Jak za­wsze.

Pa­tience z prze­ra­że­niem pa­trzyła, jak usta sióstr roz­cią­gają się w nie­na­tu­ral­nych uśmie­chach, jakby wy­ry­so­wa­nych dzie­cięcą ręką - smutne oczy i cien­kie wargi wy­krzy­wione w gry­ma­sie.

W tej chwili z ko­ścioła wy­szedł pro­boszcz pa­ra­fii, pa­stor Me­non - ni­ski męż­czy­zna po pięć­dzie­siątce, o ja­jo­wa­tej gło­wie i wy­dat­nym brzu­chu. Na jego twa­rzy go­ścił sze­roki uśmiech, który znik­nął, gdy do­strzegł pa­nią Rose i mar­kizę.

Zmarsz­czył brwi, a lady de Vir­toux ciężko wes­tchnęła.

- No cóż, po nie­dziel­nym na­bo­żeń­stwie na­leży oka­zać cnotę i mi­ło­sier­dzie - po­wie­działa chłodno. - Czego pani ode mnie ocze­kuje, pani Rose?

Uko­rzona ko­bieta ob­li­zała su­che, blade wargi. Dło­nie wciąż jej drżały.

- Dzię­kuję. Jest pani bar­dzo ła­skawa, lady de Vir­toux.

Wi­ceh­ra­bia Mi­que stał z unie­sio­nym pod­bród­kiem, trzy­ma­jąc chu­s­teczkę tak, jakby był go­tów na­tych­miast za­sło­nić nią nos przed nie­ist­nie­ją­cym za­pa­chem.

- Cho­dzi o ma­ją­tek mo­jego męża. O nasz dom. Rose Cot­tage i pięć na­le­żą­cych do niego go­spo­darstw. Nie przy­szła­bym z tą prośbą, gdyby sy­tu­acja nie była tak roz­pacz­liwa. Mój mąż jest te­raz w Lon­dy­nie i pró­buje sprze­dać wszystko, by spła­cić długi. Więk­szość z nich wo­bec pań­stwa ro­dziny, oczy­wi­ście. Jest pani znana z wiel­kiego mi­ło­sier­dzia. Pro­szę, niech pani po­prosi męża, by wy­co­fał na­kaz ca­pias ad sa­tis­fa­cien­dum wo­bec nas.

Ca­pias ad sa­tis­fa­cien­dum - na­kaz aresz­to­wa­nia dłuż­nika - był środ­kiem praw­nym, na mocy któ­rego wie­rzy­ciel mógł do­pro­wa­dzić do uwię­zie­nia dłuż­nika do czasu spłaty na­leż­no­ści.

Górna warga lady de Vir­toux unio­sła się w wy­ra­zie nie­smaku.

- Sąd dał panu Rose'owi czas na ure­gu­lo­wa­nie na­leż­no­ści i uwa­żam, że zo­stał po­trak­to­wany aż nadto spra­wie­dli­wie.

- Ow­szem. Je­śli jed­nak nie znaj­dzie na­bywcy albo nie zdoła ze­brać ca­łej kwoty, trafi do wię­zie­nia dla dłuż­ni­ków. Pro­szę, lady de Vir­toux, za chwilę stra­cimy dom. Pro­szę nie od­bie­rać na­szym dzie­ciom ojca... Stra­ci­li­śmy już syna...

Ku prze­ra­że­niu wszyst­kich zgro­ma­dzo­nych pani Rose ci­cho za­szlo­chała przed ko­ścio­łem. Nie miała chu­s­teczki, a lord Mi­que z pew­no­ścią nie za­mie­rzał za­ofe­ro­wać swo­jej, więc otarła łzy pal­cami w rę­ka­wiczce.

Wspo­mnie­nie sa­mo­bój­stwa Johna spra­wiło, że wo­kół za­pa­dła ciężka ci­sza. Za­raz po­tem przez tłum prze­biegł szept - mie­sza­nina li­to­ści i po­gardy. Spoj­rze­nia wę­dro­wały mię­dzy pa­nią Rose a wy­nio­słą damą, spra­gnione wi­do­wi­ska. Nie­któ­rzy się od­wra­cali, a ich wy­pro­sto­wane, na­pięte ciała i cien­kie li­nie ust mó­wiły wszystko o ich dez­apro­ba­cie.

Anne mocno uści­snęła dłoń Pa­tience.

Wy­raz twa­rzy mar­kizy był otwar­cie szy­der­czy, gdy spoj­rzała na żonę dłuż­nika z góry.

- Śmie pani zwra­cać się do mnie z tak bez­czelną prośbą? Fi­nan­sowa hańba pani ro­dziny jest po­wszech­nie znana, a pani ma czel­ność szu­kać u mnie po­mocy? - Jej głos wprost ocie­kał po­gardą.

Twarz pani Rose po­bla­dła.

- Pro­szę, lady de Vir­toux, bła­gam... Mój mąż może umrzeć w wię­zie­niu dla dłuż­ni­ków, a wtedy moim cór­kom i mnie po­zo­sta­nie że­brać na ulicy.

- Trzeba było po­my­śleć o tym wcze­śniej, za­nim za­czę­li­ście po­ży­czać pie­nią­dze na prawo i lewo - oświad­czyła mar­kiza. - Poza tym jako ko­bieta po­winna pani znać swoje miej­sce, a nie wtrą­cać się do mę­skich in­te­re­sów. Niech pani nie waży się wię­cej do mnie zwra­cać. Nie ży­czę so­bie być ko­ja­rzona z ta­kim upad­kiem.

Pa­tience wy­stą­piła na­przód i de­li­kat­nie po­ło­żyła dłoń na ra­mie­niu matki. Bez mru­gnię­cia okiem od­wza­jem­niła lo­do­wate spoj­rze­nie wiel­kiej damy. Nie po­zwoli, by okru­cień­stwo tej ko­biety zła­mało du­cha jej ro­dziny. Znajdą spo­sób - tego na­uczyli ją mama i tata.

- Pro­szę wy­ba­czyć ma­mie, lady de Vir­toux - po­wie­działa, od­cią­ga­jąc szlo­cha­jącą matkę. - Nie bę­dziemy już pani nie­po­koić. I pro­szę być spo­kojną, po­ra­dzimy so­bie.

Pod cię­ża­rem spoj­rzeń i szep­tów ode­szły ubitą drogą w stronę Rose Cot­tage. Po­wrót pie­szo miał im za­jąć co naj­mniej go­dzinę, ale ruch do­brze zrobi ma­mie - po­zwoli ode­rwać my­śli od upo­ka­rza­ją­cej sceny, na­cie­szyć się słoń­cem i sku­pić się na po­zy­ty­wach.

Poza tym Pa­tience nie mo­gła się do­cze­kać po­wrotu do swo­ich róż.

Rze­czy­wi­ście, gdy wra­cały, mama się uspo­ko­iła i na­wet zdo­łała przy­wo­łać na twarz swój zwy­kły uśmiech.

- Mamo - ode­zwała się Pa­tience mniej wię­cej w po­ło­wie drogi, kiedy do­znała na­głego olśnie­nia - a gdy­by­śmy użyły la­wendy i płat­ków róż z mo­jego ogrodu, żeby zro­bić sa­szetki za­pa­chowe? Mo­gły­by­śmy sprze­dać je na targu i za­ro­bić parę gro­szy, za­nim tata wróci.

- Wspa­niały po­mysł, ko­cha­nie! - ucie­szyła się mama. - Wresz­cie twoje róże będą się mo­gły na coś przy­dać. Zo­stały ci jesz­cze su­szone kwiaty z ze­szłego roku?

- Z pew­no­ścią.

- Wiem, gdzie są - wtrą­ciła Anne. - Po­szu­kam.

Anne była naj­lep­szą przy­ja­ciółką Pa­tience - nie tylko dla­tego, że były naj­bliż­sze so­bie wie­kiem. Obie skry­cie ko­chały na­ukę: Anne pa­sjo­no­wała się ma­te­ma­tyką, Pa­tience bo­ta­niką, choć nie mo­gły dzie­lić się swo­imi za­in­te­re­so­wa­niami z ni­kim poza sobą na­wza­jem.

- Ale, Pa­tience - ode­zwała się Emily - kto by chciał od nas co­kol­wiek ku­pić?

Py­ta­nie za­wi­sło w ci­szy nad sied­mioma ko­bie­tami.

- Ktoś może - od­parła Pa­tience, choć bez wiel­kiego prze­ko­na­nia. - Spró­bo­wać warto.

Pół go­dziny póź­niej, gdy Anne po­szła szu­kać su­szo­nych płat­ków róż i la­wendy, Pa­tience udała się do ogrodu, by przy­ciąć swoje au­tor­skie krzy­żówki. Uklę­kła przy krze­wie, wcią­ga­jąc w płuca po­wie­trze nio­sące obiet­nicę wio­sny.

Miała na so­bie ja­sno­zie­loną suk­nię, któ­rej lata świet­no­ści dawno mi­nęły. Dół był ubru­dzony, a żółty far­tuch szpe­ciło co naj­mniej pięć łat. Grzbie­tem nad­garstka Od­su­wała ko­smyki ja­snych wło­sów wy­my­ka­jące się spod wy­słu­żo­nego słom­ko­wego ka­pe­lu­sza. Wo­lała pra­co­wać go­łymi rę­kami, choć od­bi­jało się to na ich sta­nie - miała od­ci­ski i za­dra­pa­nia, a pod pa­znok­ciami zie­mię, któ­rej nie po­tra­fiła usu­nąć, choćby szo­ro­wała je go­dzi­nami.

Po­nie­waż w domu nie było służby, każda z sióstr od­po­wia­dała za swoją część go­spo­dar­stwa. Pa­tience przy­padł ogród wa­rzywny cią­gnący się za do­mem. O tej po­rze roku nie­wiele dało się upra­wiać poza grosz­kiem i rzod­kiewką. W piw­nicy zo­stało jesz­cze tro­chę ze­szło­rocz­nych, po­marsz­czo­nych wa­rzyw ko­rze­nio­wych i ziem­nia­ków, lecz nie wy­star­czą już na długo.

Od­da­wa­nie się bo­ta­nicz­nym pro­jek­tom - ta­kim jak krzy­żo­wa­nie róż - było nie­prak­tyczne, więc mu­siała się spie­szyć, za­nim mama lub któ­raś z sióstr, poza Anne, ją przy­ła­pie.

Pal­cami ba­dała krzew, wy­szu­ku­jąc mar­twe lub chore po zi­mie pędy. Więk­szość ro­śliny była jesz­cze naga, w fa­zie spo­czynku, ale na koń­cach ga­łą­zek pęcz­niały już drobne, czer­wo­nawe pąki li­ści - pierw­sze oznaki no­wego wzro­stu. Krzew był wznie­siony i silny, z mniej­szą liczbą kol­ców niż u ty­po­wej róży ga­lij­skiej, co uła­twiało pie­lę­gna­cję. Choć nie miał jesz­cze kwia­tów, Pa­tience po­tra­fiła je so­bie wy­obra­zić.

Reszta ogrodu kwi­tła. Pa­tience na­prawdę uwiel­biała zaj­mo­wać się ro­śli­nami - ob­ser­wo­wać, jak ro­sną mar­chew, ka­pu­sta i pa­ster­nak, szu­kać spo­so­bów na walkę ze szkod­ni­kami, ulep­szać re­cep­tury na­wo­zów, ob­my­ślać me­tody na zwięk­sze­nie plo­nów. Wszystko roz­kwi­tało pod jej opieką.

Ogró­dek wa­rzywny i sad z ja­bło­niami i gru­szami były w do­sko­na­łym sta­nie, go­towe na nowe za­siewy, na­wo­że­nie, pie­lę­gna­cję i zbiory.

Kilka me­trów da­lej stała ma­leńka Rose Cot­tage. W prze­ci­wień­stwie do sadu i ogrodu wa­rzyw­nego dom nie był wcale za­dbany - od lat po­pa­dał w ru­inę. Biała farba na fra­mu­gach okien i krzy­wych okien­ni­cach dawno się złusz­czyła. Ce­gły kru­szały. Je­den na­roż­nik da­chu się za­padł i prze­cie­kał tak bar­dzo, że na ścia­nach i su­fi­cie po­ja­wiła się pleśń. Kilka szyb od dawna było wy­bi­tych i za­stą­pio­nych de­skami.

Gdyby tylko John żył... Skoń­czyłby Oks­ford, zo­stałby praw­ni­kiem w Lon­dy­nie i wspie­rałby ojca - kon­tak­tami, pie­niędzmi. Może po­mógłby też nie­któ­rym z sióstr do­brze wyjść za mąż...

- Pa­tience, tu je­steś! - za­wo­łała Anne, pod­bie­ga­jąc do niej. Złote loki, ty­powe dla Rose'ów, pod­ska­ki­wały przy każ­dym kroku. - Tata wró­cił z Lon­dynu! Roz­pacz­li­wie cię szuka.

- Nie po­wie­dzia­łaś im, że je­stem przy ró­żach? - jęk­nęła Pa­tience. - Nie chcę, żeby wie­dzieli, że wciąż się nimi zaj­muję.

- Moja za­pra­co­wana ogrod­niczka - dro­czyła się Anne, sia­da­jąc obok sio­stry na ziemi. - Ale to chyba nie o róże cho­dzi.

- Wró­cił wcze­śniej. - Pa­tience otrze­pała dło­nie z ziemi. - Mó­wił, czy udało mu się sprze­dać po­sia­dłość? - Ści­snęło ją w piersi na myśl o opusz­cze­niu je­dy­nego domu, jaki znała przez osiem­na­ście lat. Jej róże. Jej wa­rzywa. Jej sad.

- Nie - od­parła Anne, po­ma­ga­jąc jej wstać. - Wszę­dzie cię szuka, jakby ktoś go go­nił.

Pa­tience unio­sła brwi.

- Czego mógłby ode mnie chcieć? - Była wdzięczna, że jest naj­młod­sza, bez per­spek­tyw i ocze­ki­wań. Mo­gła upra­wiać ogród, czy­tać i pro­wa­dzić swoje małe ba­da­nia. - My­ślisz, że zna­lazł spo­sób, by po­pra­wić na­szą sy­tu­ację i unik­nąć wię­zie­nia dla dłuż­ni­ków?

Anne ci­cho za­chi­cho­tała.

- Je­steś nie­po­prawną opty­mistką, sio­strzyczko.

Pa­tience się uśmiech­nęła.

- Czyż nie wszyst­kie ta­kie je­ste­śmy?

Spo­kój ogrodu za­kłó­ciły na­głe szyb­kie, cięż­kie kroki na żwi­rze. Pa­tience pod­nio­sła głowę, a serce przy­spie­szyło, kiedy usły­szała zna­jome głosy ro­dzi­ców.

- Pa­tience! Pa­tience! - wo­łała mama, uno­sząc w biegu spód­nicę. - Gdzie je­steś, na­sza ma­rzy­cielko?

- Wró­ci­łem z no­winą, która od­mieni na­sze ży­cie na za­wsze! - krzy­czał tata, a jego głos niósł się po ca­łym obej­ściu.

Pa­tience i Anne wy­mie­niły za­sko­czone spoj­rze­nie. Po­de­rwały się na nogi, za­cie­ka­wione i za­nie­po­ko­jone. Gdy po­spie­szyły w stronę domu, Pa­tience do­strze­gła cztery po­zo­stałe sio­stry po­dą­ża­jące za ro­dzi­cami.

Oj­ciec, ni­ski męż­czy­zna o fa­lu­ją­cych, si­wych wło­sach do ra­mion, od­dy­chał ciężko. Miał okrą­głą twarz i duże nie­bie­skie oczy. Ubrany był w zno­szony, za­bru­dzony be­żowy płaszcz i bry­czesy.

- Jest! - Mama wska­zała na Pa­tience, ła­piąc od­dech. - Oto ona, pa­nie Rose!

- Ach, Pa­tience, chodź tu­taj! - za­wo­łał oj­ciec, za­trzy­mu­jąc się i chwy­ta­jąc za okrą­gły brzuch. Twarz miał za­czer­wie­nioną z emo­cji. - Dziew­częta, zbierz­cie się.

Sio­stry wy­mie­niły nie­spo­kojne spoj­rze­nia, a en­tu­zjazm matki przy­gasł pod cię­ża­rem na­pię­cia, które za­wi­sło w po­wie­trzu.

- Mó­wi­łem wam - cią­gnął oj­ciec, uno­sząc ręce - żeby ni­gdy nie tra­cić na­dziei. Na­wet w naj­czar­niej­szej go­dzi­nie.

- Czy ta go­dzina mi­nęła, tato? - za­py­tała Emily. - Zna­la­złeś kupca?

- Nie. Stało się coś lep­szego!

Przy­ga­sły wzrok ojca spo­czął na Pa­tience, a na jego twa­rzy po­ja­wił się nie­mal obłą­kany uśmiech, który wzbu­dził w dziew­czy­nie nie­po­kój.

- Pa­tience, moja droga - oznaj­mił - wy­cho­dzisz za mąż za księ­cia!

Za­pa­dła ogłu­sza­jąca ci­sza. Pa­tience po­czuła, jakby ktoś ude­rzył ją w pierś i po­zba­wił tchu. Sio­stry wpa­try­wały się w nią z nie­do­wie­rza­niem. W ich oczach do­strze­gła szok i coś jesz­cze... za­zdrość.

- Ja? Za księ­cia? - wy­du­siła z le­d­wo­ścią Pa­tience.

- Ow­szem - po­twier­dził oj­ciec z dumą. - Książę Rath po­pro­sił o twoją rękę, a ja przy­ją­łem jego pro­po­zy­cję w twoim imie­niu. To mał­żeń­stwo ocali na­szą ro­dzinę od nę­dzy.

Brudna dłoń Pa­tience za­ci­snęła się na far­tu­chu. Czuła, że zie­mia usuwa się jej spod stóp. Sły­szała słowa ojca, lecz nie po­tra­fiła ich po­jąć. Jak książę mógł chcieć wła­śnie ją? Ni­gdy nie by­wała w to­wa­rzy­stwie. Nikt z wyż­szych sfer na­wet nie wie­dział o jej ist­nie­niu.

- Dla­czego ja? - za­py­tała drżą­cym gło­sem. - Mam pięć star­szych i bar­dziej uta­len­to­wa­nych sióstr!

Spoj­rzała na Anne, która uśmiech­nęła się po­krze­pia­jąco.

- Książę po­pro­sił o naj­młod­szą - wy­ja­śnił oj­ciec - bo uznał, że naj­mniej praw­do­po­dobne jest, byś była uwi­kłana w ro­manse albo miała ad­o­ra­to­rów. Zda­wał się też po­ru­szony tym, co sły­szał o two­jej ła­god­nej na­tu­rze.

Słowa za­wi­sły w po­wie­trzu, a ogród za­wi­ro­wał Pa­tience przed oczami. Mru­gała szybko, szu­ka­jąc opar­cia - zna­la­zła je w ra­mie­niu Anne, moc­nym i pew­nym. Gdy pró­bo­wała coś po­wie­dzieć, z jej ust wy­do­był się je­dy­nie szept:

- K... książę?

- To nie­spra­wie­dliwe! - obu­rzyła się Be­atrice. - Emily i ja by­wa­ły­śmy już w to­wa­rzy­stwie! Star­sze sio­stry po­winny wy­cho­dzić za mąż przed naj­młod­szą!

- Zga­dzam się - przy­tak­nęła Pa­tience. - Może książę chciałby zo­ba­czyć ob­razy Emily... albo po­słu­chać śpiewu Be­atrice? Zmie­niłby zda­nie!

Cla­rice prych­nęła.

- Czy nie dość, że stra­ci­ły­śmy brata?

Na wzmiankę o Joh­nie Pa­tience drgnęła. Serce znów ści­snął jej do­brze znany ból.

- A te­raz mamy jesz­cze zno­sić ko­lejne upo­ko­rze­nie, bo po­mi­nięto nas przy za­mąż­pój­ściu? - wtrą­ciła Fran­ces.

- Ko­chane - ode­zwała się mama - nie ule­gaj­cie mrocz­nym emo­cjom. Za­zdrość... tak was nie wy­cho­wa­li­śmy. Pa­mię­taj­cie o ko­szyku. Za­mknij­cie to wszystko w środku.

- Do­brze po­wie­dziane, naj­droż­sza - przy­tak­nął oj­ciec. - Książę był nie­ugięty. Sam by­łem tak samo zdu­miony jak wy. Po­pro­sił o rękę naj­młod­szej... Spłaci moje długi za­raz po ślu­bie, dzięki czemu nie tra­fię do wię­zie­nia dla dłuż­ni­ków, nie bę­dziemy mu­sieli sprze­da­wać domu ani wy­jeż­dżać. Ale po­sta­wił też wa­runki.

Pa­tience prze­łknęła ślinę. W wy­obraźni wi­działa, jak jej róże usy­chają bez opieki, jak więdną gro­szek i rzod­kiewki. Ni­gdy nie do­koń­czy swo­jej pracy. Krzy­żówka róży, któ­rej na­wet nie nadała jesz­cze na­zwy, umrze ra­zem z jej ma­rze­niami.

- Po roku mał­żeń­stwa książę prze­każe nam po­sia­dłość, która za­pewni stały do­chód - cią­gnął oj­ciec. - Jed­nak przez ten czas mu­sisz z nim po­zo­stać. Je­śli odej­dziesz, umowa prze­staje obo­wią­zy­wać.

Pa­tience za­lała fala roz­pa­czy. Zro­zu­miała, jak wiel­kiej ofiary się od niej wy­maga. Ma­rze­nia o ba­da­niach bo­ta­nicz­nych i ukoń­cze­niu pracy wy­my­kały się jej z rąk.

Nie chciała tego. Ni­gdy nie chciała wy­cho­dzić za mąż - a już na pewno nie za księ­cia. Co, je­śli był stary, lu­bieżny i okrutny, a ona miała być tylko środ­kiem do celu?

Mama po­ło­żyła dłoń na ra­mie­niu córki i spoj­rzała na nią bła­gal­nie wiel­kimi, brą­zo­wymi oczami.

- Taka jest rola ko­biety, ko­cha­nie - po­wie­działa ci­cho. - Po to ro­dzimy się dziew­czę­tami. By za­wrzeć ko­rzystne mał­żeń­stwo: dla sie­bie i dla ro­dziny. Od­kąd nie ma Johna, nie­wiele może nas ura­to­wać. To je­dyna szansa.

Cię­żar ocze­ki­wań przy­gnia­tał Pa­tience z co­raz więk­szą siłą. Wie­działa jed­nak, że nie może po­zwo­lić, by po­chło­nęła ją roz­pacz. Za­wsze była opty­mistką - te­raz bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek mu­siała się tego trzy­mać.

- Do­brze - od­parła, czu­jąc łzy pod po­wie­kami. - Wyjdę za księ­cia Rath.

Mama za­pisz­czała z ra­do­ści, ta­cie wy­rwał się okrzyk szczę­ścia. Sio­stry znów za­częły się spie­rać, a Anne spoj­rzała na Pa­tience z tro­ską.

Jej do­tych­cza­sowe ży­cie do­bie­gło końca - i nie było już od­wrotu.

Roz­dział 3

Dzień ślubu - trzy dni póź­niej

Spoj­rze­nie Do­riana co chwila ucie­kało w dół nawy, ku ma­syw­nym dę­bo­wym drzwiom, przez które lada chwila miała wejść jego przy­szła żona.

Raz po raz za­ci­skał i roz­luź­niał zra­nioną dłoń, pró­bu­jąc zmniej­szyć ucisk skó­rza­nej rę­ka­wicy na bli­zny. Stary dzie­kan Ka­te­dry Świę­tego Be­ne­dykta w Ra­th­ford raz po raz po­dejrz­li­wie spo­glą­dał w jej stronę.

Ka­te­dra wy­glą­dała tego dnia szcze­gól­nie pięk­nie: wszę­dzie pło­nęły świece, a mi­ster­nie rzeź­bione ko­lumny, ławy i oł­tarz za ple­cami dzie­kana - przy­kryty śnież­no­bia­łym ob­ru­sem - przy­brano drob­nymi bu­kie­tami prze­bi­śnie­gów, kro­ku­sów i pier­wiosn­ków. Ściany zdo­biły bo­gato ha­fto­wane go­be­liny.

Po­wie­trze było gę­ste od za­pa­chu psz­cze­lego wo­sku, ka­dzi­dła i per­fum do­stoj­nych go­ści. Dla Do­riana cuch­nęło jed­nak ni­czym w wię­zie­niu.

Drew­niane ławy wy­peł­niał tłum. Jego ciotka sie­działa obok jed­nej ze swo­ich naj­lep­szych przy­ja­ció­łek, księż­nej wdowy Gran­dhamp­ton, po dru­giej stro­nie miała zaś lady Cha­stity. Sio­stra Do­riana nie mo­gła uwie­rzyć wła­snym uszom, gdy do­wie­działa się o na­głych za­rę­czy­nach. Miej­sca za nimi za­jęli lord Spen­cer Se­aton z żoną Jo­anną, a także bra­cia Spen­cera - Ri­chard i Pre­ston - wraz z mał­żon­kami. Sio­stra Spen­cera, Cal­liope, od nie­dawna księżna, sie­działa u boku męża, Na­tha­niela, księ­cia Kel­ford.

Ich szepty wy­peł­niały prze­strzeń, a Spen­cer co chwila po­sy­łał Do­ria­nowi spoj­rze­nia pełne współ­czu­cia, ale i zdu­mie­nia. Jak wszy­scy, był wstrzą­śnięty za­pro­sze­niem na na­gły ślub przy­ja­ciela, który przy­siągł po­zo­stać ka­wa­le­rem.

Za Se­ato­nami sie­dzieli Pryde, Enve­igh, Ec­cess, Ir­re­ve­rence i For­tyne - każdy z in­nym wy­ra­zem twa­rzy. Pryde spo­glą­dał na Do­riana po­nuro. Przez cały ty­dzień nie usta­wał w swych ka­za­niach: co on so­bie wy­obraża, za­mie­rza­jąc po­ślu­bić sio­strę czło­wieka, któ­rego za­bił? Czy nie bie­rze pod uwagę, że prawda może wyjść na jaw? A co ze szcze­ro­ścią? Przy­się­gli mil­czeć, za­po­mnieć, uznać sprawę za za­mkniętą - a te­raz na­ra­żał się na kon­se­kwen­cje karne, je­śli córka Rose'ów kie­dy­kol­wiek do­wie się, co się na­prawdę wy­da­rzyło.

Lu­cien sku­piał się głów­nie na tym, że Do­rian wresz­cie bę­dzie mógł roz­ła­do­wy­wać mroczną ener­gię każ­dej nocy w ra­mio­nach jed­nej ko­biety.

Ec­cess był w do­sko­na­łym hu­mo­rze, śmiał się jak zwy­kle, upo­jony my­ślą, że mał­żeń­stwo z nie­zna­jomą to na­der za­bawny żart losu.

Ir­re­ve­rence, ze swą bun­tow­ni­czą na­turą, twier­dził, że to i tak nie ma szans się udać.

Enve­igh tylko pa­trzył na Do­riana spod ciem­nych wło­sów, a w jego sta­lo­wym spoj­rze­niu czaił się ból. "Ro­bisz coś, na co wszyst­kim nam za­bra­kłoby od­wagi", po­wie­dział.

For­tyne zaś skwi­to­wał chłodno, że je­śli już ktoś ma się że­nić, po­wi­nien wy­brać żonę z po­sa­giem i ko­nek­sjami. Mał­żeń­stwo to trans­ak­cja, nie akt mi­ło­sier­dzia.

Wszy­scy jed­nak nie­cier­pli­wie cze­kali, by zo­ba­czyć pannę młodą - tak samo jak Do­rian.

Wie­dział tylko, że ma osiem­na­ście lat i na­zywa się panna Pa­tience Rose.

Jej ro­dzina sie­działa po dru­giej stro­nie nawy - ru­miani, o ja­snych wło­sach i nie­bie­skich oczach - i wszy­scy wier­cili się z prze­ję­cia. Je­śli choć odro­binę przy­po­mi­nała ich wszyst­kich - a także Johna, o nie­mal aniel­skiej uro­dzie - z pew­no­ścią była bar­dzo uro­dziwa.

Wresz­cie or­gany za­brzmiały uro­czy­ście, a po ple­cach Do­riana prze­biegł ner­wowy dreszcz. Coś w nim pę­kło. Nie na­le­żał do lu­dzi, któ­rzy ucie­kają przed nie­bez­pie­czeń­stwem. Ura­to­wał Jo­annę, żonę Spen­cera, przed śmier­cią. Re­gu­lar­nie wy­gry­wał walki bok­ser­skie. Wy­zy­wał na po­je­dynki co naj­mniej tu­zin razy - na Boga.

A jed­nak w wi­doku ko­biety, z którą miał się zwią­zać na za­wsze, był ja­kiś nie­moż­liwy do unie­sie­nia cię­żar.

Od­wró­cił się od drzwi. Se­kundy upły­wały w ryt­mie gwał­tow­nych ude­rzeń jego serca. Czuł ucisk w piersi, żo­łą­dek miał ści­śnięty w su­peł, a puls w zra­nio­nej dłoni bił jak bę­ben wo­jenny.

Usły­szał skrzy­pie­nie drzwi i ci­chy sze­lest tka­nin, kiedy go­ście ob­ra­cali się w jej stronę, szep­cząc pod­eks­cy­to­wani. Nie­osło­nięta lewa dłoń była śli­ska od potu - wy­tarł ją, zu­peł­nie nie po ksią­żę­cemu, o czarne pan­ta­lony.

Pa­nie, czy to może się już skoń­czyć?

To cier­pie­nie miało być jego po­kutą za naj­więk­szy grzech. To mał­żeń­stwo - drob­nym kro­kiem ku od­ku­pie­niu nie­wy­ba­czal­nego.

Nie było już od­wrotu. Mu­siał spoj­rzeć w oczy swo­jemu lo­sowi. Zo­ba­czyć swoją straż­niczkę wię­zienną. Swo­jego kata w sukni ślub­nej.

Od­wró­cił się.

Jego wzrok spo­czął na niej.

Czas się za­trzy­mał.

Nie - on w ogóle prze­stał ist­nieć.

Znik­nęło wszystko poza drobną, słodko za­okrą­gloną, ja­sno­włosą po­sta­cią o wiel­kich, błę­kit­nych oczach i ide­al­nej, aniel­skiej twa­rzy. Pro­mień słońca wpa­da­jący przez wi­traże ka­te­dry spra­wiał, że zda­wała się ja­śnieć mięk­kim, zło­tym bla­skiem, a włosy ukła­dały się wo­kół głowy ni­czym au­re­ola. Wiel­kie oczy iskrzyły. Wy­so­kie ko­ści po­licz­kowe ry­so­wały się w mięk­kiej, peł­nej twa­rzy. Pro­sta, ładna li­nia nosa do­peł­niała har­mo­nij­nych ry­sów. Pełne usta w ko­lo­rze ró­ża­nego płatka, z wy­raź­nie za­ry­so­wa­nym łu­kiem ku­pi­dyna, kon­tra­sto­wały z nieco peł­niej­szą dolną wargą. Ob­fity biust za­zna­czał się de­li­katną bruzdą nad li­nią de­koltu. Ra­miona były za­okrą­glone - cała syl­wetka krą­gła, miękka, pełna ży­cia. Na­wet stara mu­śli­nowa suk­nia, za­pewne nie­gdyś biała, dziś o od­cie­niu spra­nego, żół­ta­wego płótna, nie była w sta­nie stłu­mić tego dziw­nego, gwał­tow­nego uczu­cia swo­bod­nego spa­da­nia, które roz­lało się w żo­łądku księ­cia.

Do­rian wi­dział w ży­ciu wiele piękna. Olśnie­wa­jące ko­biety lon­dyń­skiej so­cjety, wła­sny ele­gancki dom z im­po­nu­jącą ko­lek­cją sztuki, gro­ma­dzoną przez ojca i przod­ków. Po­dró­żo­wał nad Mo­rze Śród­ziemne, w Alpy i do Szko­cji. Co mie­siąc by­wał w Eli­zjum, w to­wa­rzy­stwie naj­pięk­niej­szych ko­biet lek­kich oby­cza­jów, ja­kie Lon­dyn miał do za­ofe­ro­wa­nia. Oglą­dał za­pie­ra­jące dech w pier­siach za­chody słońca, pej­zaże, po­tęgę mo­rza.

Ale ta aniel­ska twarz, ten nie­winny uśmiech, to spoj­rze­nie szcze­rej do­broci nio­sły w so­bie we­wnętrzne świa­tło - tak od­mienne od mroku, który skry­wał w so­bie.

Zro­zu­miał to z prze­ra­ża­jącą ja­sno­ścią w jed­nej chwili.

Przez całe trzy­dzie­ści dwa lata swo­jego ży­cia nie wi­dział nic pięk­niej­szego niż panna Pa­tience Rose.

Jego żona.

Roz­dział 4

Pa­tience szła nawą, nie czu­jąc wła­snego ciała.

Prze­strzeń przed nią - wspa­niała, czy­sta mo­zaika po­sadzki - zda­wała się cią­gnąć w nie­skoń­czo­ność, a po le­wej i pra­wej stro­nie wy­peł­niały ją ławy pełne wpa­tru­ją­cych się w nią lu­dzi. Ośle­pia­jące świa­tło spra­wiało, że nie wi­działa naj­waż­niej­szej osoby - męż­czy­zny cze­ka­ją­cego na nią na końcu nawy.

Męż­czy­zny, który miał ją po­siąść, wy­da­wać jej po­le­ce­nia, ro­bić z nią, co ze­chce. Prze­szedł ją dreszcz. Zmie­rzała do oł­ta­rza, by po­ślu­bić nie­zna­jo­mego, który miał dość wła­dzy i ma­jątku, by za­aran­żo­wać to mał­żeń­stwo, nie wi­dząc jej wcze­śniej ani razu.

Dla­czego wła­ści­wie jej chciał?

Po le­wej stro­nie sie­działa jej ro­dzina - mama i sio­stry w swo­ich naj­lep­szych stro­jach, w wie­lo­krot­nie ce­ro­wa­nych czep­kach ozdo­bio­nych prze­bi­śnie­gami, z pe­le­ry­nami peł­nymi łat i sta­ran­nie zszy­tych dziur. Tata, w swoim zwy­kłym be­żo­wym sur­du­cie i bry­cze­sach, umył kę­dzie­rzawą siwą czu­prynę. Ły­sina na czubku głowy i czer­wone po­liczki lśniły. Ja­sno­nie­bie­skie oczy pa­trzyły na nią z uwiel­bie­niem i mi­ło­ścią - bo miała po­ślu­bić księ­cia i ich oca­lić.

Ja­koś sta­wiała kroki, choć każdy był jak bro­dze­nie w ba­gnie. Czuła się ma­leńka i nic nie­zna­cząca pod wy­so­kimi, skle­pio­nymi su­fi­tami, idąc tą długą, do­stojną nawą.

Po dru­giej stro­nie sie­dzieli go­ście księ­cia - piękni, dumni męż­czyźni i ko­biety, tak olśnie­wa­jący, że każdy z nich mógłby ucho­dzić za ob­raz albo dzieło sztuki. Ich stroje nie miały dziur ani łat, nie było na nich plam. No­sili bi­żu­te­rię, mi­ster­nie wy­ko­nane kwiaty z je­dwa­biu i atłasu, wy­so­kie kra­waty i herby ro­dowe. Plecy mieli wy­pro­sto­wane, dło­nie wolne od brudu i od­ci­sków, skóra pach­niała dro­gimi per­fu­mami.

Byli wspa­niali, wy­socy, ważni.

I do tego świata miała wejść?

Ona, która co nie­dzielę sia­dała na końcu ko­ścioła, bo żadna sza­no­wana ro­dzina w pa­ra­fii nie chciała sie­dzieć bli­sko Rose'ów. Ona, która dzie­liła łóżko z dwiema sio­strami. Ona, któ­rej pa­znok­cie ni­gdy w ży­ciu nie były na­prawdę czy­ste.

Ona - księżną...

Cóż za żart.

Żart i strata. Ni­gdy nie do­koń­czy swo­jej pracy, ni­gdy nie zo­ba­czy efek­tów wie­lo­let­nich prób krzy­żo­wa­nia róż. Nie wie­działa pra­wie nic o by­ciu księżną, ale była nie­mal pewna, że nie­wiele ma wspól­nemu z dniami wy­peł­nio­nymi grze­ba­niem w ziemi.

Zrobi jed­nak, co bę­dzie trzeba. Naj­waż­niej­sze, żeby za­pew­nić ro­dzi­nie bez­pie­czeń­stwo. John miał po­pra­wić ich los dzięki stu­diom w Oks­for­dzie i pracy praw­nika w Lon­dy­nie. Ale oczy­wi­ście już tego nie zrobi.

Zrobi to ona.

Oj­ciec nie trafi do wię­zie­nia dla dłuż­ni­ków, mama i sio­stry nie skoń­czą w przy­tułku ani na ulicy. Po­świę­ce­nie ró­ża­nego pro­jektu i na­uko­wych am­bi­cji było tego warte.

Mu­siała tylko od­wró­cić się od smutku, prze­łknąć łzy i przy­brać uśmiech - tak jak ro­biła to przez całe ży­cie, od śmierci Johna. Sku­pić się na ja­snej stro­nie rze­czy­wi­sto­ści i za­po­mnieć o tym, co traci.

Spoj­rzeć pro­sto przed sie­bie - na przy­szłego męża.

Ośle­pia­jące świa­tło wresz­cie osła­bło i mo­gła zo­ba­czyć męż­czy­znę sto­ją­cego obok pa­stora.

I wtedy resztki opa­no­wa­nia, ja­kie zdo­łała w so­bie ze­brać, wy­pa­ro­wały.

Był wy­soki. Sto­jąc na pod­wyż­sze­niu przy oł­ta­rzu, zda­wał się się­gać aż do skle­pio­nych, go­tyc­kich stro­pów. Star­szy od niej, lecz nie tak stary, jak się oba­wiała - ra­czej około czter­dziestki. Miał w so­bie coś po­są­go­wego, coś po­nad­cza­so­wego. Pa­smo si­wi­zny na tle ciem­nych, nie­mal atra­men­to­wych wło­sów spra­wiało, że jego ude­rza­jąco błę­kitne oczy wy­da­wały się jesz­cze ja­śniej­sze.

Była już bli­sko po­de­stu i nie po­tra­fiła ode­rwać wzroku od księ­cia.

Na Boga, był zbu­do­wany jak grecki po­sąg - ma­te­riał czar­nych pan­ta­lo­nów opi­nał grube, mu­sku­larne uda. Wą­skie bio­dra, szczu­pła ta­lia, sze­roka klatka pier­siowa i ra­miona ry­so­wały się wy­raź­nie pod ide­al­nie skro­jo­nym czar­nym sur­du­tem. Pod nim miał kar­ma­zy­nową ka­mi­zelkę i sta­ran­nie za­wią­zany śnież­no­biały kra­wat.

Ko­smyki w mod­nym nie­ła­dzie, jakby po­tar­gane wia­trem, oka­lały kan­cia­stą, ogo­loną twarz. Miał wy­so­kie ko­ści po­licz­kowe, a pro­stą li­nię nosa prze­ci­nało nie­wiel­kie zgru­bie­nie - może po zła­ma­niu? Do­strze­gła też kilka drob­nych nie­do­sko­na­ło­ści: ja­śniej­szą plamkę skóry na jed­nej trze­ciej dłu­go­ści gę­stej, czar­nej brwi oraz biały ślad po le­wej stro­nie peł­nej dol­nej wargi. Czy to były bli­zny? Po czym?

Pa­trzył na nią z tak prze­szy­wa­jącą in­ten­syw­no­ścią, że dreszcz prze­biegł jej po ple­cach. Jakby za­glą­dał pod ma­skę jej uśmie­chu - pro­sto w strach, smu­tek i po­czu­cie straty. Nie mo­gła się po­zbyć wra­że­nia, że zu­peł­nie tu nie pa­suje - jakby uno­siła się w próżni, wy­rwana z ko­rze­niami.

Nogi miała jak z waty, w żo­łądku kłę­bił się rój brzę­czą­cych psz­czół. Nie czuła rąk trzy­ma­ją­cych bu­kiet prze­bi­śnie­gów, choć ką­tem oka wi­działa, jak białe płatki drżą. Była lepka od potu i roz­pa­lona, pło­nęła od środka. Im bli­żej do niego pod­cho­dziła, tym mniej­sza się czuła pod tym chłod­nym, prze­ni­kli­wym spoj­rze­niem wspa­nia­łego męż­czy­zny.

Jej mąż. Naj­waż­niej­szy czło­wiek w jej ży­ciu. Miała do niego na­le­żeć, być jego...

Boże, co ten za­chwy­ca­jący męż­czy­zna mu­siał o niej my­śleć? Z pew­no­ścią wi­dział po­żół­kły ma­te­riał jej sukni, każdą łatę i cerę.

Nie. Co ro­biła, gdy była prze­ra­żona albo nie­pewna?

Uśmie­chała się. My­ślała po­zy­tyw­nie. I ni­gdy, prze­nigdy nie po­ka­zy­wała tych ciem­nych, nie­zdro­wych uczuć - ani in­nym, ani so­bie.

Więc to wła­śnie zro­biła.

Roz­cią­gnęła usta w sze­ro­kim uśmie­chu i spoj­rzała na niego.

I wtedy się po­tknęła.

Jej stopa za­ha­czyła o kra­wędź schodka. Drew­niana pod­łoga mknęła ku jej twa­rzy. Ude­rze­nie by­łoby straszne - czuła już, jak ból eks­plo­duje w po­liczku, oku i no­sie, w czaszce. Ja­kież to upo­ka­rza­jące - pierw­szą rze­czą, jaką zrobi przed swoim mę­żem, księ­ciem, jego ary­sto­kra­tycz­nymi go­śćmi i pa­sto­rem, bę­dzie ru­nię­cie twa­rzą na po­sadzkę.

Po ka­te­drze prze­to­czył się zbio­rowy jęk prze­ra­że­nia.

Ale pod­łoga ni­gdy nie do­tknęła przy­szłej panny mło­dej.

Uczu­cie spa­da­nia na­gle się urwało. Za­wi­sła w po­wie­trzu, gdy dwie silne dło­nie chwy­ciły ją za ra­miona. Jakby zstą­pił anioł stróż - siła była więk­sza niż co­kol­wiek, czego do­tąd do­świad­czyła.

Po­czuła cie­pło, bez­pie­czeń­stwo, ochronę. I lekki brak tchu. Jego do­tyk wy­wo­łał w niej mro­wie­nie, jakby po ciele prze­bie­gły drobne, kłu­jące iskierki.

Po chwili po­sta­wił ją na nogi i pu­ścił. Znów stała sama, z ser­cem wa­lą­cym o że­bra, wpa­trzona w lo­do­wate oczy księ­cia.

Pa­stor od­chrząk­nął, a szmer gło­sów i dźwięk or­ga­nów uci­chły.

- Czy mogę za­cząć, Wa­sza Ksią­żęca Mość?

- Tak - od­parł książę Rath.

Och, ten głos... Głę­boki i gładki jak ak­sa­mit.

Reszta ce­re­mo­nii mi­nęła jak we mgle. Pa­stor mo­no­ton­nie wy­po­wia­dał bło­go­sła­wień­stwa i mo­dli­twy, po­tem książę po­wie­dział "tak" - i ona, prze­klęta, też.

Wresz­cie przy­szła pora, by na­ło­żył jej ob­rączkę. Zimna, wil­gotna dłoń drżała, gdy wy­cią­gała ją w jego stronę. Kiedy ujął ją w swoją, za­uwa­żyła coś dziw­nego - miał na so­bie jedną rę­ka­wiczkę, prawą. Grubą, czarną, skó­rzaną. Skóra była gładka, poza kil­koma prze­tar­tymi i zma­to­wia­łymi miej­scami. Dla­czego za­sła­niał dłoń? Czy był ranny? Może to rana po jeź­dzie kon­nej, która wciąż się go­iła.

Pal­cami le­wej dłoni wsu­nął złotą ob­rączkę na jej czwarty pa­lec - ten, który, jak mó­wiono, łą­czy się bez­po­śred­nio z ser­cem. Do­tyk jego cie­płej, su­chej skóry prze­szył ją dresz­czem. Miał dłu­gie palce, dużą, zde­cy­do­wa­nie mę­ską dłoń, lekko opa­loną, z otar­ciami na kost­kach. Ude­rzył coś nie­dawno? Jak wy­glą­dała druga dłoń, skoro tę miał od­sło­niętą?

Po­tem pod­pi­sali księgę pa­ra­fialną i było po wszyst­kim.

Wśród okrzy­ków i szep­tów ze­szli nawą, nie do­ty­ka­jąc się, i wsie­dli do cze­ka­ją­cej przed ka­te­drą ka­rety. Ktoś ob­sy­pał ich płat­kami kwia­tów.

Ale w jej sercu nie tliła się ra­dość. To był naj­trud­niej­szy dzień w jej ży­ciu, choć pró­bo­wała się trzy­mać po­zy­tyw­nych my­śli. Oj­ciec bę­dzie bez­pieczny. Mama i sio­stry będą bez­pieczne.

Ale co z nią?

Roz­dział 5

Ka­reta ko­ły­sała się pod nią, a za oknem prze­su­wał się za­pie­ra­jący dech w pier­siach kra­jo­braz - fa­lu­jące wzgó­rza i ży­wo­płoty pod nie­bem w ko­lo­rze oczu jej męża...

Po­wie­trze było świeże, a jed­nak Pa­tience bra­ko­wało tchu.

Byli sami.

Chyba po raz pierw­szy w ży­ciu zna­la­zła się sam na sam z do­ro­słym męż­czy­zną, który nie był jej oj­cem ani bra­tem. Po raz pierw­szy też sie­działa w ka­re­cie za­przę­żo­nej w cztery ko­nie, z woź­nicą i dwoma lo­ka­jami sto­ją­cymi z tyłu. Po raz pierw­szy była w po­jeź­dzie wy­ło­żo­nym czar­nymi i kar­ma­zy­no­wymi je­dwa­biami, ha­fto­wa­nymi zło­tymi lwami w pło­mie­niach.

Koszt za­słon i je­dwa­bi­stej ta­pi­cerki ścian mu­siał być wyż­szy niż war­tość wszyst­kich su­kien jej sióstr ra­zem wzię­tych. Do­bry Boże, Anne mo­głaby uszyć z tego ma­te­riału suk­nię ba­lową.

Za oknem wi­działa te­raz białe ob­łoki prze­su­wa­jące się po nie­bie, dzier­żaw­ców pra­cu­ją­cych na po­lach, kępy drzew roz­siane po kra­jo­bra­zie, prze­pla­tane krze­wami i za­ro­ślami.

Wszystko to na­le­żało do niego. Tak jak ona.

Ner­wowo sku­bała fałdę sukni dłońmi w sta­rych ko­ron­ko­wych rę­ka­wicz­kach. Całe ciało miała wil­gotne od potu, ta­siemki czepka wpi­jały się jej bo­le­śnie pod brodą.

On sie­dział na­prze­ciwko - przy­stojny i onie­śmie­la­jący, z oczami te­raz ciem­no­nie­bie­skimi, ko­loru bez­kre­snego oce­anu, pod dłu­gimi, gę­stymi, ele­gancko wy­gię­tymi brwiami. Przez za­pach skóry, drewna i czy­stej tka­niny wy­czu­wała jego woń - piżmo, ber­ga­motkę i pieprz. Na Boga, na­wet wy­glą­dał tro­chę jak lew. Bli­sko osa­dzone oczy, wy­so­kie ko­ści po­licz­kowe i nos - sze­roki i długi, a za­ra­zem kró­lew­ski i po­cią­ga­jący. Ostra, kan­cia­sta li­nia szczęki pra­co­wała pod ide­al­nie gładką skórą, pełne usta były ścią­gnięte w cienką li­nię. Ra­miona pod ide­al­nie skro­jo­nym sur­du­tem po­zo­sta­wały na­pięte, a wiel­kie dło­nie za­ci­skały się na kra­wę­dziach sie­dzi­ska tak mocno, że skó­rzana rę­ka­wiczka na pra­wej dłoni była roz­cią­gnięta do gra­nic moż­li­wo­ści. Roz­sze­rzone źre­nice błą­dziły po wi­doku za oknem. Od­dy­chał szybko - kra­wę­dzie kar­ma­zy­no­wej ka­mi­zelki uno­siły się i opa­dały.

Zde­cy­do­wa­nie był nie­za­do­wo­lony. A może po pro­stu rów­nie spięty jak ona, po ślu­bie z nie­zna­jomą.

Po­trzeba roz­ła­do­wa­nia na­pię­cia, zła­go­dze­nia at­mos­fery, spra­wie­nia, by po­czuł się swo­bod­niej, nie po­zwa­lała jej da­lej mil­czeć. To było to, co po­tra­fiła naj­le­piej.

Ale o co za­py­tać wła­snego męża, kiedy nie wie­działa o nim nic?

Czy po­winna spy­tać, dla­czego jest tak roz­draż­niony?

Co jadł na śnia­da­nie?

Jaki jest jego ulu­biony ko­lor?

Co lubi czy­tać?

Czy po­trafi za­żar­to­wać? Boże, ze­ślij jej ja­kiś po­mysł na żart...

Nic. Je­dyne, o czym po­tra­fiła my­śleć, to jak wiele miej­sca zaj­mo­wał w cia­snej prze­strzeni ka­rety... która wcale prze­cież nie była cia­sna. Zda­wała się więk­sza niż spi­żar­nia w Rose Cot­tage.

Ci­sza mię­dzy nimi gęst­niała i cią­gnęła się tak długo, że dźwię­czała w uszach wy­so­kim, nie­przy­jem­nym to­nem. Nie wie­działa, gdzie po­dziać nogi, by nie do­tknąć jego ko­lan - było to nie­moż­liwe. Jego dłu­gie, mu­sku­larne nogi obej­mo­wały jej ko­lana. Ro­biła wszystko, by nie wpa­try­wać się w ry­su­jące się pod ma­te­ria­łem li­nie mię­śni. Po chwili skrzy­żo­wał po­tężne ra­miona na piersi - na­wet przez war­stwy ubra­nia wi­działa wy­raźny za­rys na­pię­tych mu­sku­łów.

W końcu coś w niej pę­kło i nie była już w sta­nie po­wstrzy­mać słów.

"Na li­tość bo­ską, po­wiedz co­kol­wiek po­zy­tyw­nego!" - na­ka­zała so­bie, za­nim otwo­rzyła usta.

- Chyba na­leżą się nam gra­tu­la­cje - ode­zwała się za­chryp­nię­tym gło­sem.

Był jak lew - chłodny, czujny, ob­ser­wu­jący zdo­bycz. Jego spoj­rze­nie prze­szyło ją na wskroś. Po­czuła się naga i bez­bronna, choć była szczel­nie okryta rę­ka­wicz­kami, czep­kiem i dłu­gim płasz­czem.

- Gra­tu­la­cje z ja­kiego po­wodu? - wark­nął.

Och, ten głos... Na­wet pod­szyty iry­ta­cją był naj­pięk­niej­szym, naj­głęb­szym mę­skim gło­sem, jaki kie­dy­kol­wiek sły­szała.

- Na­szego ślubu.

- Nie są­dzę, by było w zwy­czaju skła­dać so­bie na­wza­jem gra­tu­la­cje.

Za­śmiała się ner­wowo.

- Chyba rze­czy­wi­ście.

Znów za­pa­dła ci­sza. Sku­bała miękką ta­pi­cerkę pal­cami w rę­ka­wicz­kach. Nitka za­ha­czyła o nie­rów­ność pa­znok­cia i aż ją świerz­biło, by ją uwol­nić, wy­gła­dzić, ale nie śmiała.

Czuła się bar­dziej bez­bronna niż kie­dy­kol­wiek.

Znów od­wró­cił wzrok w stronę okna. Li­nia jego szczęki pra­co­wała ner­wowo, jakby pod skórą było uwię­zione ja­kieś stwo­rze­nie. Gor­set ści­skał jej klatkę pier­siową - prze­klęty gor­set - więc ła­pała po­wie­trze, pró­bu­jąc się uspo­koić. Boże, jak długo może trwać droga z ko­ścioła do Rath Hall?

Ktoś mu­siał coś po­wie­dzieć. Co­kol­wiek.

To była bez wąt­pie­nia naj­bar­dziej na­pięta i nie­zręczna sy­tu­acja w jej ży­ciu. Nie mo­gła dłu­żej zno­sić ci­szy. Dys­kom­fort uno­sił się w po­wie­trzu ni­czym gry­zący za­pach, któ­rego roz­pacz­li­wie pra­gnęła się po­zbyć.

- Co ja­dłeś na śnia­da­nie? - pal­nęła, a on spoj­rzał na nią z dez­orien­ta­cją.

Nie uśmiech­nął się, ale przy­naj­mniej z jego twa­rzy znik­nął gniewny gry­mas. Usta się roz­luź­niły, a oczy po­ja­śniały, przy­bie­ra­jąc ko­lor nieba tuż przed zmierz­chem. Coś w niej sa­mej jakby odro­binę się roz­luź­niło.

- To­sty - od­parł. - I pi­łem kawę.

- Kawę... - po­wtó­rzyła.

Jej my­śli od razu po­bie­gły do ka­wowca, Cof­fea ara­bica. Po­cho­dził z gór­skich re­jo­nów Afryki Wschod­niej i ro­dziła czer­wone ziarna, które po wy­pra­że­niu były ce­nione przez tak wielu. Rósł w wil­got­nym, cie­płym kli­ma­cie strefy pod­zwrot­ni­ko­wej. Ma­rzyła, by kie­dyś zo­ba­czyć praw­dziwy krzew ka­wowy i móc go zba­dać.

Ale to nie były rze­czy, o któ­rych po­winna mó­wić księżna.

- Ni­gdy nie pi­łam kawy - przy­znała. W isto­cie w ich domu nie było pie­nię­dzy na­wet na po­rządną her­batę, pili więc na­pary z mięty, la­wendy, owo­ców dzi­kiej róży i in­nych ziół, które Pa­tience upra­wiała lub zbie­rała w po­bli­skim le­sie. - Czy jest smaczna?

Pa­trzył na nią tym swoim prze­szy­wa­ją­cym spoj­rze­niem.

- Tak.

- A jak sma­kuje?

- In­ten­syw­nie. Można po­wie­dzieć, że jest tro­chę gorzka, ale przy­jem­nie pa­lona.

- Och. Czy to prawda, że po ka­wie czło­wiek czuje się żyw­szy i ma wię­cej ener­gii?

Ski­nął głową.

- Chyba tak.

Za­śmiała się ci­cho.

- Czy wie pan, że we­dług le­gendy kawa zo­stała od­kryta, gdy kozy zja­dły jej ja­gody i za­częły bie­gać jak opę­tane?

- Nie. Nie wie­dzia­łem.

- A same ro­śliny są po­dobno bar­dzo ładne. Tak przy­naj­mniej wy­nika z ilu­stra­cji bo­ta­nicz­nych, które wi­dzia­łam. Błysz­czące li­ście. Białe kwiaty. Czer­wone owoce.

Zmru­żył oczy.

- Ilu­stra­cji bo­ta­nicz­nych?

- Tak. Brat przy­wiózł nam księgę z ilu­stra­cjami bo­ta­nicz­nymi, gdy od­wie­dził nas w cza­sie stu­diów w Oks­for­dzie.

Wy­raz jego twa­rzy zmie­nił się gwał­tow­nie - za­sko­cze­nie ustą­piło miej­sca na­głej bla­do­ści, jakby zo­ba­czył du­cha.

A po­tem w jed­nej chwili znów się od­mie­nił. Mię­dzy jego brwiami po­ja­wiły się bruzdy. Źre­nice się roz­sze­rzyły, a oczy po­ciem­niały do barwy wzbu­rzo­nego mo­rza.

- Droga pani, zrobi pani przy­sługę i so­bie, i mnie, je­śli przez resztę drogi za­chowa pani mil­cze­nie.

Otwo­rzyła usta, po czym je za­mknęła. Co tak bar­dzo go roz­zło­ściło?

Mama miała ra­cję. Nie po­winna była tak in­te­re­so­wać się bo­ta­niką. On był księ­ciem - oczy­wi­ście mógł nie po­chwa­lać jej na­uko­wych za­pę­dów. Boże, psuła to mał­żeń­stwo już w pierw­szych mi­nu­tach.

Może po­winna wró­cić do bez­piecz­niej­szych te­ma­tów - na przy­kład do śnia­da­nia - byle nie wspo­mi­nać o ro­śli­nach, choć jej my­śli upar­cie wra­cały do ka­wowca: do sys­temu ko­rze­nio­wego, do tego, jak do­pro­wa­dzić go do kwit­nie­nia i owo­co­wa­nia.

- Lubi pan dżem tru­skaw­kowy? - za­py­tała.

Nie myśl o tru­skaw­kach! O tym, że naj­le­piej ro­sną w prze­pusz­czal­nej, gli­nia­stej gle­bie i owo­cują od póź­nej wio­sny do wcze­snego lata, zwłasz­cza przy ob­fi­tym słońcu.

Zmarsz­czył brwi.

- Pro­si­łem, pani, byś mil­czała.

- My­śla­łam, że dżem tru­skaw­kowy to bez­pieczny te­mat. Lubi pan dżem tru­skaw­kowy?

Od­chrząk­nął.

- Nie mam nic prze­ciwko.

Prze­twory były więc bez­piecz­nym te­ma­tem.

- Ja też. A ma­li­nowy?

Ści­snął pal­cami na­sadę nosa.

- Pro­szę. Bła­gam. Nie musi pani wy­peł­niać ci­szy py­ta­niami o moje pre­fe­ren­cje do­ty­czące dże­mów.

- Pro­szę mi wy­ba­czyć. Hm... A może pan chciałby za­dać mi ja­kieś py­ta­nie?

- Nie.

Za­mru­gała.

- Och. Czy tak dzia­łają ksią­żęce mał­żeń­stwa? Nikt z ni­kim nie roz­ma­wia?

- Tego wła­śnie bym so­bie ży­czył.

- Mu­szę przy­znać, że ni­gdy nie by­łam do­bra w mil­cze­niu. Mama za­wsze mó­wiła, że uro­dzi­łam się pod ga­du­ło­watą gwiazdą - do­dała z na­dzieją w gło­sie.

Jego lo­do­wate spoj­rze­nie znów na niej spo­częło.

- A ja uro­dzi­łem się pod gwiazdą, która ceni ci­szę i spo­kój.

- Ale na pewno jest coś, o czym lubi pan roz­ma­wiać - pró­bo­wała jesz­cze. - Po­li­tyka? A może ko­nie? Męż­czyźni zwy­kle je lu­bią... przy­naj­mniej tak czy­ta­łam.

W jego oczach mi­gnęło coś nie­ja­snego.

- Tak pani czy­tała?

Och, było jed­nak le­piej, kiedy mil­czał.

- Tak. Nie znam wielu męż­czyzn. Czy ra­czej wielu lu­dzi. Więk­szość tego, co wiem, po­cho­dzi od mamy i taty oraz z ksią­żek.

Przyj­rzał się jej uważ­nie - po­czuła, jak jej po­liczki ob­lewa pa­lący ru­mie­niec.

Do­bry Boże, był taki świa­towy, taki do­świad­czony. Przez chwilę czuła za­zdrość. Z pew­no­ścią my­ślał, że jest młoda, na­iwna i za­mknięta w swoim wiej­skim świe­cie. Ja­kie ona miała prawo być żoną tak pew­nego sie­bie męż­czy­zny? Po­trze­bo­wał przy swoim boku ko­goś sil­nego. Ja­kież to mu­siało być ko­jące - wie­dzieć do­kład­nie, czego się chce, i nie pró­bo­wać ni­kogo za­do­wa­lać.

- Nie ma pani żad­nych przy­ja­ciół na wsi? Córki miej­sco­wego pa­stora pew­nie z li­to­ści ra­czą do­trzy­my­wać pani to­wa­rzy­stwa.

Wstyd ude­rzył ją jak fala go­rąca.

- Ow­szem, pa­stor i jego żona oraz córki to je­dyni są­sie­dzi, któ­rzy utrzy­my­wali z nami kon­takty. Ale ra­czej z obo­wiązku niż z sym­pa­tii. Mimo to do­brze było mieć ko­goś, z kim można po­roz­ma­wiać, poza sio­strami i ro­dzi­cami.

Na twa­rzy księ­cia od­ma­lo­wało się zdu­mie­nie, a po­tem coś na kształt bo­le­snego po­czu­cia winy. Przy­gar­bił ra­miona, spoj­rze­nie przy­ciem­niało. Od­wró­cił się, a żyły na jego szyi pul­so­wały.

Wy­glą­dał, jakby ba­lan­so­wał na kra­wę­dzi fu­rii - ni­czym roz­wście­czony lew. Po­winna zo­sta­wić go w spo­koju. A jed­nak wciąż draż­niła dra­pież­nika.

Drgnęła skó­rzana rę­ka­wiczka na jego pra­wej dłoni. Wy­da­wało jej się, że po jego twa­rzy prze­mknął gry­mas bólu.

- Czy mogę za­py­tać, co stało się z pań­ską dło­nią? - ze­brała się na od­wagę. - Za­uwa­ży­łam rę­ka­wiczkę.

Przez chwilę wy­glą­dało, jakby miał się zła­mać, zda­wało się, że nieco się roz­luź­nił. Lecz za­raz znów ze­sztyw­niał, a gdy się ode­zwał, jego głos był zim­niej­szy niż sy­be­ryj­skie wia­try.

- Droga pani, czy twoim za­mia­rem jest drę­czyć mnie py­ta­niami? Czy też masz na tyle skromne zdol­no­ści in­te­lek­tu­alne, że moja wy­raźna prośba o mil­cze­nie oka­zała się dla cie­bie trudna do zro­zu­mie­nia?

Pa­tience cof­nęła się, jakby ją ude­rzono. Na po­liczki wy­pły­nął ru­mie­niec wstydu, ale i cze­goś na kształt gniewu. Sta­rała się być uprzejma, pró­bo­wała roz­ła­do­wać na­pię­cie, a on od­pła­cił jej po­gardą. Gdy w końcu się ode­zwała, jej głos był ci­chy, lecz twardy - aż sama się zdzi­wiła.

- Sta­ra­łam się tylko spra­wić, by ta po­dróż była mniej... przy­tła­cza­jąca. Co, jak wi­dzę, nie jest ła­twym za­da­niem.

Wy­da­wało jej się, że w jego oczach mi­gnął cień żalu. Lecz znik­nął rów­nie szybko, jak się po­ja­wił - ustę­pu­jąc miej­sca lo­do­wa­tej ma­sce.

Reszta drogi mi­nęła w cięż­kiej, nie­zno­śnej ci­szy, która zda­wała się trze­cim pa­sa­że­rem. Pa­tience sie­działa z dłońmi zło­żo­nymi na ko­la­nach, a jej my­śli ga­lo­po­wały.

Oj­ciec mó­wił, że książę chciał szybko się oże­nić i że wy­brał ją, bo chciał żony "ule­głej" - i wła­śnie taka pró­bo­wała być: miła, ugo­dowa, to­wa­rzy­ska. Ale skoro tak bar­dzo pra­gnął ci­szy i sa­mot­no­ści, po co w ogóle się że­nił? Miał prze­cież do wy­boru znacz­nie le­piej uro­dzone panny, przy­go­to­wane do roli księż­nej. Na na­zwi­sku Rose cią­żył skan­dal. Ona nie znała się na ni­czym poza ogro­dem, ró­żami i tym, jak trzy­mać głowę wy­soko oraz my­śleć po­zy­tyw­nie.

Więc to bę­dzie ro­bić. Bę­dzie my­śleć po­zy­tyw­nie. Uśmie­chać się.

A jed­nak w głębi umy­słu cza­iła się straszna myśl.

Był chłodny, być może okrutny - o czym świad­czyła krew na kost­kach jego dłoni - a Bóg je­den wie, co kryje się pod rę­ka­wiczką... Nie dbał o swoją żonę. Nie chciał z nią roz­ma­wiać ani na­wet prze­by­wać w jej to­wa­rzy­stwie.

Wciąż był ob­cym męż­czy­zną, który miał wo­bec niej ja­kiś plan - co do tego nie miała wąt­pli­wo­ści.

Są­dząc po jego chło­dzie i ostrych sło­wach, ten plan mógł się oka­zać prze­ra­ża­jący.

A ona była cał­ko­wi­cie pod jego wła­dzą.

Roz­dział 6

Pa­tience stała obok męża - cóż za oso­bliwe okre­śle­nie - w sali ba­lo­wej Rath Hall i ro­biła, co mo­gła, by za­pa­mię­tać na­zwi­ska go­ści, któ­rym ją przed­sta­wiano. Przy­cho­dzili je­den po dru­gim, by zło­żyć jej i księ­ciu gra­tu­la­cje.

Była tam ciotka księ­cia, lady Ele­anor Bu­cha­nan - cie­pła ko­bieta o nie­zwy­kle mi­łych oczach. Pa­tience za­sta­na­wiała się, czy szept, który usły­szała pod­czas ce­re­mo­nii - "Po­doba mi się!" - nie do­bie­gał wła­śnie od niej. Sio­stra księ­cia, lady Cha­stity, miała ten sam ko­lor wło­sów co brat, lecz w de­li­kat­niej­szym, ko­bie­cym wy­da­niu. Jej ma­niery były jed­nak rów­nie chłodne i zdy­stan­so­wane jak jego.

Jej nowa sio­stra...

Po­tem po­ja­wili się dwaj lor­do­wie Se­ato­no­wie z żo­nami. Dwie księżne Gran­dhamp­ton - jedna star­sza, wdowa, druga młoda i ładna. Byli też książę Gran­dhamp­ton oraz księżna i książę Kel­ford. Ten ostatni miał trzy sio­stry: jedna była mniej wię­cej w wieku Pa­tience, dwie po­zo­stałe - uro­cze bliź­niaczki, o kilka lat młod­sze.

Wszy­scy byli ude­rza­jąco przy­stojni, piękni i nie­na­gan­nie uprzejmi.

I wszy­scy przy­pra­wiali ją o za­wrót głowy, gdy bez­sku­tecz­nie pró­bo­wała wy­obra­zić so­bie, jak mo­głaby kie­dy­kol­wiek wpa­so­wać się w to ary­sto­kra­tyczne wnę­trze. Ściany wy­ło­żono ciem­no­nie­bie­ską bo­aze­rią, su­fit zdo­biły bo­gate sztu­ka­te­rie, a z góry zwi­sało kilka krysz­ta­ło­wych ży­ran­doli. W dłu­gich, łu­ko­wa­tych oknach wi­siały cięż­kie, ak­sa­mitne za­słony w głę­bo­kim od­cie­niu bordo, od­su­nięte na tyle, by do środka wpa­dało świa­tło sło­neczne. Mi­ster­nie rzeź­bione me­ble z ciem­nego ma­ho­niu, obite czer­wo­nym ak­sa­mi­tem, przy­ku­wały wzrok. W po­wie­trzu uno­siła się mie­szanka za­pa­chów per­fum, szam­pana i wy­staw­nych po­traw.

Dziw­nie było pa­trzeć, jak po sali krąży kilku lo­ka­jów i do­stojny ka­mer­dy­ner, po­da­jąc go­ściom na­poje. Przez więk­szość ży­cia ro­dziny Pa­tience nie było stać na­wet na jed­nego słu­żą­cego. Miała ochotę do nich do­łą­czyć - ode­brać tacę i sama roz­no­sić po­czę­stu­nek. Kie­dyś mieli go­spo­dy­nię i ku­charkę, za­nim John wy­je­chał do Oks­fordu. Mu­sieli je jed­nak zwol­nić, gdy wszyst­kie pie­nią­dze za­częło po­chła­niać jego cze­sne.

Pa­tience wciąż uprzej­mie ki­wała głową i uśmie­chała się z ca­łych sił do tych życz­li­wych lu­dzi, któ­rzy zda­wali się wi­tać ją w no­wym ży­ciu i nie wspo­mi­nali o jej po­tknię­ciu pod­czas ślubu. Nie da­wali po so­bie po­znać, że za­uwa­żają marny stan jej sukni ani to, że nie ma po­ję­cia, o czym z nimi roz­ma­wiać. Za­da­wała py­ta­nia o nich sa­mych, by nikt nie do­my­ślił się, jak bar­dzo czuje się tu nie na miej­scu.

Od­kąd wy­sie­dli z ka­rety, nie za­mie­niła z mę­żem ani jed­nego słowa.

- Wresz­cie mam oka­zję się przed­sta­wić - ode­zwał się wy­soki, przy­stojny męż­czy­zna o zło­tych wło­sach i fioł­ko­wych oczach. Miał ide­al­nie skro­jony sur­dut, ja­sno­żółtą ka­mi­zelkę i złoty sy­gnet z je­le­niem. Skło­nił się i omiótł Pa­tience spoj­rze­niem z mę­skim uzna­niem. - Do­ria­nie, przed­sta­wisz żo­nie swo­jego drużbę i naj­lep­szego przy­ja­ciela?

Do­rian... Tak miał na imię jej mąż. Pa­stor wy­po­wie­dział je pod­czas ce­re­mo­nii, lecz wów­czas wi­ro­wało jej w gło­wie i do­piero te­raz to do niej do­tarło. Ja­kie piękne, mroczne imię... zu­peł­nie jak on.

Gdy Pa­tience zer­k­nęła na męża, jego szczęka się na­pięła, a wzrok, któ­rym ob­rzu­cił rze­ko­mego naj­lep­szego przy­ja­ciela, był pełne wro­go­ści. W Pa­tience na­ra­stał nie­po­kój.

- Księżno, po­zwól, że przed­sta­wię: książę Lu­cien Luhst.

- Miło mi pa­nią po­znać - mruk­nął książę Luhst i wy­cią­gnął do niej dłoń, kła­nia­jąc się po raz ko­lejny.

Co ona po­winna...

- Dłoń, księżno - po­wie­dział Lu­cien z mięk­kim uśmie­chem i prze­bie­głym bły­skiem w oczach.

Chciał ją po­ca­ło­wać w rękę? Czy to wy­pa­dało? Na­wet jej wła­sny mąż tego nie zro­bił. Zer­k­nęła na Ra­tha, jego twarz drgała od le­dwo po­wstrzy­my­wa­nej fu­rii.

- Lu­cie­nie... - wark­nął książę Rath, ni­czym roz­ju­szony pies.

- No już, księżno - szep­nął Luhst z dia­bel­skim roz­ba­wie­niem. - Nie może mnie pani tak po pro­stu od­pra­wić z ni­czym. To je­dy­nie gest naj­wyż­szego sza­cunku wo­bec damy wy­so­kiego stanu.

Czuła na so­bie spoj­rze­nia wszyst­kich. Nie miała po­ję­cia o ta­kich oby­cza­jach. A mąż na­prawdę ją prze­ra­żał. Wsu­nęła dłoń w dłoń Luh­sta, a ten po­chy­lił głowę jesz­cze ni­żej i mu­snął ustami jej skórę.

Za­pło­nęła wsty­dem. Tak wła­śnie się czuła - jakby fala go­rąca prze­szła przez całe ciało. Gdy książę Luhst pu­ścił jej rękę, chciała za­paść się pod zie­mię.

- Wi­dzi pani, nie było tak strasz­nie, prawda? - rzu­cił z prze­wrot­nym uśmie­chem.

- Je­steś podły! - wy­ce­dził przez zęby książę Rath, zwra­ca­jąc na sie­bie uwagę wszyst­kich. - Uwio­dłeś każdą ko­bietę w Lon­dy­nie, a te­raz bie­rzesz się za moją żonę?

Ro­bił scenę. A Pa­tience nie ro­zu­miała dla­czego. Ta wście­kłość, za­ci­śnięte pię­ści, gwał­towny od­dech, na­brzmiałe ścię­gna na szyi pod za­czer­wie­nioną skórą...

Czy na­prawdę za­mie­rzał rzu­cić się na naj­lep­szego przy­ja­ciela za po­ca­łu­nek w dłoń? Prze­cież nie z jej po­wodu.

- Pro­szę wy­ba­czyć - wy­mam­ro­tała. - Pil­nie po­trze­buję świe­żego po­wie­trza.

Gdy w po­śpie­chu opu­ściła salę ba­lową, za­gu­biła się w nie­zna­nych ko­ry­ta­rzach Rath Hall, a serce ło­mo­tało jej w piersi. Prze­szła przez łu­ko­wate przej­ście i zna­la­zła się w dłu­giej, ele­gancko urzą­dzo­nej ga­le­rii. Na ścia­nach wi­siały por­trety przod­ków księ­cia na ciem­nych, nie­mal czar­nych tłach. Wy­po­le­ro­wana mar­mu­rowa po­sadzka od­bi­jała stu­kot jej ob­ca­sów, a po­po­łu­dniowe słońce wpa­dało przez wy­so­kie wi­tra­żowe okna, ry­su­jąc na plu­szo­wych dy­wa­nach mi­sterną mo­zaikę świa­tła.

Na końcu ga­le­rii znaj­do­wały się prze­szklone drzwi pro­wa­dza­jące na ka­mienny ta­ras i Pa­tience, przy­my­ka­jąc oczy, za­chły­snęła się chłod­nym, świe­żym po­wie­trzem prze­siąk­nię­tym za­pa­chem roz­kła­da­ją­cej się ro­ślin­no­ści i ziemi. Głę­bo­kie od­de­chy przy­nio­sły jej ulgę.

Do­piero gdy otwo­rzyła oczy, do­strze­gła to, co roz­cią­gało się tuż po­ni­żej ta­rasu. Ogród.

Ogromny - nie­mal bez­kre­sny - lecz skryty za ścianą su­chych drzew i za­ro­śli, przez które nie spo­sób było do­strzec cze­go­kol­wiek da­lej.

Roz­po­ście­rał się przed nią dziki, za­nie­dbany te­ren. Dawne traw­niki, nie­gdyś gład­kie i za­dbane, dziś gi­nęły w plą­ta­ni­nie chwa­stów i dzi­kich źdźbeł, wy­ra­sta­ją­cych ku niebu w nie­okieł­zna­nych kę­pach. Po­śród zie­leni ko­ły­sały się żółte główki mnisz­ków.

Gdzieś w gąsz­czu ro­ślin­no­ści ma­ja­czyły ślady daw­nych ra­bat. Wśród nie­ujarz­mio­nych je­żyn i cier­ni­stych pną­czy, które wiły się po ziemi ni­czym palce chci­wych rąk, stały stare, wy­schnięte krzewy róż. Drzewa - sę­dziwe i po­skrę­cane - gó­ro­wały nad ogro­dem jak be­stie za­sty­głe w cza­sie. Przy­tło­czone la­tami za­nie­dbań, po­chy­lały ku ziemi swe cięż­kie ko­nary, rzu­ca­jąc cień, który po­że­rał świa­tło.

Szła ścieżką, która mu­siała kie­dyś ist­nieć, dziś le­d­wie wi­doczną wśród za­ro­śli.

Za­chwy­cona, wstrzy­mała od­dech. Taka prze­strzeń - ogromna, a jed­no­cze­śnie opusz­czona i sa­motna. Jakże wy­raźny kon­trast wo­bec reszty domu, peł­nej prze­py­chu i ele­gan­cji.

Pra­gnęła do­tknąć ro­ślin tak bar­dzo, że aż mro­wiły ją palce. Prze­cha­dzała się po ogro­dzie, mu­ska­jąc li­ście i ło­dygi. Cie­szyły ją na­wet mniszki, po­krzywy i pod­biał. Przy odro­bi­nie pracy i pla­no­wa­nia ten ogród mógłby od­zy­skać dawne piękno.

Jej wła­sny, mały raj. Wi­działa go oczami wy­obraźni w ca­łej oka­za­ło­ści.

Szła jesz­cze przez kilka mi­nut, aż skrę­ciła i na­gle sta­nęła.

Szklar­nia.

Szklar­nia!

Czy­tała o nich tylko w książ­kach. Wy­da­wały jej się nie­mal mi­tem - tak dro­gie i trudne do wznie­sie­nia. Wie­działa jed­nak, że mogą być praw­dzi­wym azy­lem dla ro­ślin.

Był to duży, pro­sto­kątny bu­dy­nek z wy­so­kim, skle­pio­nym da­chem, zdol­nym po­mie­ścić na­wet drzewa. Że­la­zna kon­struk­cja, nie­gdyś po­ma­lo­wana na głę­boką czerń, no­siła ślady czasu - zie­lona, za­bez­pie­cza­jąca farba łusz­czyła się, od­sła­nia­jąc spa­ty­no­wany me­tal. Za­nie­dba­nie obiektu było aż na­zbyt wi­doczne. Brud i osad prze­sła­niały szyby, utrud­nia­jąc zaj­rze­nie do środka. Pa­tience do­strze­gała je­dy­nie za­rysy su­chych traw i po­skrę­ca­nych ga­łęzi przy­ci­śnię­tych do za­pa­ro­wa­nych szyb.

Ja­kie ro­śliny mo­gły tu nie­gdyś ro­snąć? Cie­ka­wość za­pło­nęła w niej na nowo i po raz pierw­szy od czte­rech dni po­czuła ukłu­cie praw­dzi­wej ra­do­ści - ta­kiej, od któ­rej serce za­czyna śpie­wać. Czy mo­głaby kie­dyś do­stać po­zwo­le­nie, by z tego ko­rzy­stać?

Po­de­szła do bu­dynku i po­ło­żyła dłoń na szkla­nych drzwiach, tak za­bru­dzo­nych, że le­d­wie było wi­dać wnę­trze. Czy książę miałby jej za złe, gdyby przy­wró­ciła temu miej­scu dawny po­rzą­dek? Czy mo­głaby pro­wa­dzić tu swoje bo­ta­niczne eks­pe­ry­menty? A gdyby zdo­była ja­kieś eg­zo­tyczne ro­śliny, trudne do uprawy w tym kli­ma­cie... po­mi­dory, cy­tryny, po­ma­rań­cze, figi, a może na­wet Cof­fea ara­bica?

Wy­cią­gnęła rękę, by otwo­rzyć drzwi szklarni, za­wa­hała się jed­nak. Gę­sty krzew za­sła­niał część wi­doku, lecz do­strze­gła ostre odłamki szkła. Zmarsz­czyła brwi. Szyba po pra­wej stro­nie drzwi była roz­bita. Brudne ka­wałki le­żały na ziemi, czę­ściowo ukryte w za­ro­ślach. Wy­glą­dało to tak, jakby pęk­nię­cie po­wstało od środka. Jak to moż­liwe? Co tu się wy­da­rzyło? Ko­lejna za­gadka tego domu i jej no­wego męża.

- Stać - usły­szała za ple­cami chłodny, ak­sa­mitny głos, a fala trwogi prze­bie­gła jej po krę­go­słu­pie.

Od­wró­ciła się. Po­śród dzi­kich krze­wów i drzew stał książę Rath. Był olśnie­wa­jąco, aż bo­le­śnie piękny - mroczny pan po­mię­dzy mar­twą ro­ślin­no­ścią a roz­pa­no­szo­nymi chwa­stami.

- Ja... - Za­ci­snęła palce na spód­nicy. Na­gle po­czuła się, jakby wtar­gnęła w cu­dzą pry­watną prze­strzeń bez za­pro­sze­nia.

- Co pani tu­taj robi? - za­py­tał.

Do­piero te­raz do­tarło do niej, że to pierw­sze py­ta­nie, ja­kie kie­dy­kol­wiek jej za­dał. Brzmiało jak oskar­że­nie. Miała wra­że­nie, że musi się tłu­ma­czyć.

- Czy nie mogę tu być? - od­parła py­ta­niem, ner­wowo gnio­tąc ma­te­riał sukni.

Jego wzrok po­wę­dro­wał ku szklarni. Przez twarz prze­mknął mu cień udręki.

- Nie.

- Dla­czego? - spy­tała, co­fa­jąc się o kilka ostroż­nych kro­ków od szklarni w jego stronę. - To tylko ogród. I aż prosi się o opiekę.

Szczęka mu drgnęła, gdy śle­dził każdy jej ruch.

- Bo tak po­wie­dzia­łem.

Za­trzy­mała się parę kro­ków przed nim. Wy­glą­dał na rów­nie wście­kłego jak wcze­śniej w sali ba­lo­wej. A jed­nak te­raz nie bu­dził w niej stra­chu. Spra­wiał ra­czej wra­że­nie... za­gu­bio­nego.

Był pa­nem tego miej­sca i jej mę­żem, a matka na­uczyła ją, że po­winna być po­słuszna. Ale nie po­tra­fiła przy­jąć ta­kiego wy­ja­śnie­nia.

"Bo tak po­wie­dzia­łem"? Nie. Miała py­ta­nia.

- Jaki jest po­wód pań­skiej od­mowy? - chciała wie­dzieć.

Wy­pro­sto­wał się, wy­raź­nie za­sko­czony.

- Po­wód?

- Bo choć "nie" bez wąt­pie­nia zna­czy "nie", uza­sad­nie­nie "bo tak po­wie­dzia­łem" nie jest ani szcze­gól­nie sen­sowne, ani prze­ko­nu­jące. Szcze­rze mó­wiąc, brzmi dość... dzie­cin­nie.

Ru­szył po­woli w jej kie­runku. W jego oczach zbie­rało się na bu­rzę. Górna warga unio­sła się, jakby miał ob­na­żyć zęby.

Żo­łą­dek pod­szedł jej do gar­dła ze stra­chu.

Cof­nij to, cof­nij to, cof­nij to!

In­stynk­tow­nie zro­biła krok do tyłu. Był od niej o wiele więk­szy i wyż­szy - mu­siała za­dzie­rać głowę, by na niego spoj­rzeć. A te mię­śnie... mógłby ją zła­mać jak za­pałkę, gdyby tylko chciał.

- Czy na­zy­wasz mnie dziec­kiem? - wark­nął.

- Nie - od­po­wie­działa, co­fa­jąc się po żwi­ro­wej ścieżce i roz­glą­da­jąc się go­rącz­kowo za czymś so­lid­nym, co mo­głaby po­sta­wić mię­dzy sobą a roz­wście­czo­nym księ­ciem. - Po pro­stu po­trze­buję lep­szego wy­ja­śnie­nia niż "bo tak po­wie­dzia­łem".

To tylko po­gor­szyło sprawę. Wi­działa te­raz biel jego zę­bów, gdy wargi za­ci­snęły się i wy­gięły.

- Uwa­żasz się za tak by­strą, że mo­żesz ze mną dys­ku­to­wać i za­da­wać mi nie­roz­ważne py­ta­nia? Twoja do­cie­kli­wość jest nie­bez­pieczna. To ty za­cho­wu­jesz się jak dziecko, słodka dziew­czyno. Wła­śnie wkro­czy­łaś w obcy świat. Nie bę­dzie tu ni­kogo, komu mo­gła­byś się wy­pła­kać na ra­mie­niu. Wy­szłaś za księ­cia. Mu­sisz na­uczyć się pa­no­wać nad sobą, wa­żyć słowa i py­ta­nia. Po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa to ostat­nie, na co mo­żesz so­bie po­zwo­lić.

Każde z tych oskar­żeń tra­fiało w samo sedno. Na­iwna. Młoda. Za­wsze go­towa zro­bić wszystko, byle tylko spro­stać ocze­ki­wa­niom in­nych. To wszystko była prawda. Jak to moż­liwe, że po­tra­fił ją przej­rzeć w ten spo­sób? Za­pewne dla­tego, że był star­szy i bar­dziej do­świad­czony. Ni­gdy wcze­śniej nie zna­la­zła się tak bli­sko ko­goś tak pew­nego sie­bie, po­tęż­nego i prze­ni­kli­wego.

Nie wie­działa, co ro­bić. Za­milk­nąć? Mó­wić da­lej? Pró­bo­wać go prze­ko­nać? Prze­cież jego za­cho­wa­nie nie miało lo­gicz­nych pod­staw.

- Ale czy to na­prawdę nie jest bez­pieczne miej­sce, skoro po te­re­nie po­sia­dło­ści kręci się tylu lo­ka­jów? - wy­rzu­ciła z sie­bie, co­fa­jąc się o krok, gdy on po­woli ru­szył w jej stronę z za­ci­śnię­tymi pię­ściami. - Obawy o moje bez­pie­czeń­stwo, o ko­bietę samą na ze­wnątrz, można chyba uznać za prze­sa­dzone. Chyba że w za­ro­ślach gra­sują dzi­kie niedź­wie­dzie, co wy­daje się mało praw­do­po­dobne. Niedź­wie­dzie stro­nią od lu­dzi, a na Wy­spach Bry­tyj­skich nie­mal już ich nie ma. Ar­gu­ment o dzi­kich zwie­rzę­tach też więc nie ma ra­cji bytu. Je­stem tu bez­pieczna. A może oba­wiasz się, pa­nie, że wy­ko­rzy­stam ogród do ucieczki? Że zniknę w cier­ni­stych krze­wach i prze­sko­czę mur? Za­pew­niam, że nie mam ta­kiego za­miaru. Za­leży mi, by tu zo­stać. Pań­ska umowa z moim oj­cem ozna­cza spłatę dłu­gów na­szej ro­dziny, oca­le­nie taty przed wię­zie­niem dla dłuż­ni­ków, a nas przed wy­lą­do­wa­niem na bruku. Nie ucieknę. Poza tym ten ogród na­prawdę wy­maga pracy... pracy, którą chęt­nie wy­ko­nam. Tu ro­śnie piękny kasz­ta­no­wiec. Tam ładny je­sion. Wy­star­czy­łoby przy­ciąć ga­łę­zie, usu­nąć su­che krzewy, do­sa­dzić świeży buksz­pan, by wpu­ścić tu wię­cej świa­tła i ży­cia.

Od­wró­ciła się ku szklarni i wes­tchnęła.

- A to... - po­wie­działa z drże­niem w gło­sie. - Na li­tość... pro­szę mi po­zwo­lić przy­wró­cić temu miej­scu dawną świet­ność.

Gdy spoj­rzała na niego po­now­nie, jego usta wy­krzy­wiły się w gry­ma­sie wście­kło­ści. Dłoń w rę­ka­wiczce drżała, za­ci­skała się i roz­luź­niała.

- Nie wolno ci do­tknąć ogrodu choćby pal­cem! - ryk­nął, a ona od­ru­chowo cof­nęła się o krok. Jesz­cze chwila, a przy­war­łaby ple­cami do szyby. - A zwłasz­cza nie waż się zbli­żać do szklarni!

- Ale, Wa­sza Ksią­żęca Mość...

- Co wię­cej - wark­nął, krą­żąc wo­kół niej jak dra­pież­nik szy­ku­jący się do ataku - bę­dziesz prze­strze­gać pew­nych za­sad. Ro­zu­miesz?

Na­pię­cie ści­snęło jej barki, a szyja jakby za­pa­dła się w ra­mio­nach. Przy­tak­nęła.

- Po pierw­sze: ty bę­dziesz mieć swoją część domu, ja swoją. Nie wolno ci wcho­dzić do mo­ich kom­nat.

Prze­łknęła ślinę. Co wy­wo­łało w nim aż taką wście­kłość?

- Żad­nego krę­ce­nia się po mo­jej czę­ści po­sia­dło­ści. Tylko na za­pro­sze­nie. Po dru­gie: nie bę­dzie żad­nych mał­żeń­skich obo­wiąz­ków. Nie ocze­kuj, że do cie­bie przyjdę. Nie po­ja­wiaj się w moim łożu, by mnie ku­sić.

Obo­wiązki mał­żeń­skie? Ku­sić go? Do­bry Boże, czy była dla niego aż tak od­py­cha­jąca? To pew­nie przez tę suk­nię.

- Dla­czego? - za­py­tała drżą­cym gło­sem, jakby była zra­niona.

Nie była. Dla­czego mia­łoby ją ra­nić nie­przy­jemne za­cho­wa­nie czło­wieka, który na­wet jej nie znał?

Ob­rzu­cił ją spoj­rze­niem tak pa­lą­cym, że mo­głoby stra­wić su­chą trawę.

- Nie uda­waj, że nie czu­jesz ulgi. Bę­dziesz miała dość obo­wiąz­ków jako moja księżna. Cze­kają cię okre­ślone za­da­nia, w tym or­ga­ni­zo­wa­nie przy­jęć, które od dawna za­nie­dby­wa­łem. Do tego dojdą po­win­no­ści to­wa­rzy­skie i wy­da­rze­nia lon­dyń­skiej elity.

Zwil­żyła su­che wargi i zro­biła krok w jego stronę. On od­ru­chowo się cof­nął.

- Ro­zu­miem.

- Je­śli nie bę­dziesz prze­strze­gać za­sad, będę zmu­szony cię uka­rać.

Uka­rać? Za­mru­gała, a jej po­liczki za­pło­nęły ru­mień­cem.

- Jak uka­rać? - za­py­tała.

Wy­mam­ro­tał pod no­sem coś, co mo­gło być je­dy­nie prze­kleń­stwem.

- Nie chcesz się tego do­wie­dzieć, księżno - wark­nął.

"Księżno"... brzmiało to tak, jakby zwra­cał się do ko­goś ob­cego. Uśmiech. Bez względu na wszystko szu­kaj po­zy­ty­wów. Jesz­cze cię nie wy­rzu­cił. Nie może cię wy­rzu­cić. Mu­sisz go za­do­wo­lić i prze­strze­gać jego za­sad, aby twoja ro­dzina była bez­pieczna.

- Po­sta­ram się prze­strze­gać pań­skich za­sad, Wa­sza Ksią­żęca Mość - po­wie­działa z wy­mu­szo­nym uśmie­chem. - Ale czy mogę o coś za­py­tać? Dla­czego się pan ze mną oże­nił?

Krew od­pły­nęła mu z twa­rzy, oczy bie­gały ner­wowo, a szczęka za­ci­snęła się z na­pię­cia.

- Słu­cham?

Pa­tience unio­sła brwi. Czy do­brze wi­działa? Ten prze­ra­ża­jący czło­wiek, książę, wy­glą­dał na za­kło­po­ta­nego... osa­czo­nego...

- Cóż - po­wie­działa, pod­cho­dząc do niego, wie­dziona na­głą od­wagą - od­kąd tata wró­cił z Lon­dynu z wia­do­mo­ścią o na­szych za­rę­czy­nach, nie daje mi to spo­koju. Na­wet mnie pan nie zna. Nie znał też mo­jej ro­dziny. Nie mam po­sagu, a pan chcesz spła­cić długi taty. Je­stem zwy­kłą córką wła­ści­ciela ziem­skiego, bez ty­tu­łów, za to z hańbą cią­żącą na na­zwi­sku. Dla­czego wy­brał pan mnie za­miast sza­no­wa­nej mło­dej damy ze szla­chet­nego rodu?

Wy­pro­sto­wał się, zmru­żył oczy, ścią­gnął brwi i wy­krzy­wił górną wargę w gry­ma­sie, ob­na­ża­jąc zęby. Po­czuła nie­przy­jemny ścisk w żo­łądku, gdy do­tarło do niej, że chwila triumfu wła­śnie roz­wiała się bez śladu.

- Za­sada nu­mer trzy - wark­nął. - Nie za­da­waj py­tań!

Roz­dział 7

- Wi­taj­cie, pa­no­wie - Thorne Black­more, wła­ści­ciel naj­bar­dziej eks­klu­zyw­nego pod­ziem­nego klubu w Lon­dy­nie, roz­ło­żył sze­roko ra­miona.

Do­rian i sze­ściu po­zo­sta­łych ksią­żąt we­szli do dłu­giego, trzy­pię­tro­wego, ce­gla­nego bu­dynku ukry­tego w cze­lu­ściach Whi­te­cha­pel. Był do­sko­nale utrzy­many i po­sia­dał roz­le­głe za­ple­cze z ofi­cy­nami, które za­pew­niały sprawne funk­cjo­no­wa­nie ca­łego Eli­zjum - oraz wszyst­kich in­nych po­dej­rza­nych in­te­re­sów, dzięki któ­rym Black­more do­ro­bił się for­tuny. Wej­ście zdo­biło pół­kole sze­ściu ostrych trój­ką­tów, po­dob­nych do pro­mieni sło­necz­nych - sym­bol znany wszyst­kim wta­jem­ni­czo­nym.

Ob­szerna, po­grą­żona w pół­mroku sala po­wi­tała Do­riana cięż­kimi za­pa­chami dro­giego al­ko­holu i ty­to­niu, eg­zo­tycz­nych per­fum oraz kawy. Ciem­no­tur­ku­sowe ściany, ozdo­bione wy­ra­fi­no­waną, zmy­słową sztuką, lśniły w bla­sku świec. W rogu kwar­tet smycz­kowy grał Sta­bat Ma­ter Per­go­le­siego, a para zna­ko­mi­tych śpie­wa­ków ope­ro­wych - męż­czy­zna i ko­bieta - wy­ko­ny­wała wolny, przej­mu­jący utwór. Ich głosy spla­tały się tak mi­strzow­sko, że wy­so­kie tony zda­wały się prze­szy­wać Do­riana do głębi.

Black­more rze­czy­wi­ście wie­dział, jak do­go­dzić klien­tom.

- Do­bry wie­czór, pa­nie Black­more - przy­wi­tał się Do­rian, wcho­dząc i roz­glą­da­jąc się po sali.

Stało w niej kilka sto­łów z krze­słami, przy któ­rych człon­ko­wie zwy­kle je­dli, pili i grali. te­raz jed­nak były pu­ste. Na prze­ciw­le­głym końcu po­miesz­cze­nia spo­czy­wała przy­cza­jona pan­tera, uno­sząc łeb i mie­rząc Do­riana oraz po­zo­sta­łych uważ­nym spoj­rze­niem, pod­czas gdy za szklaną ścianą py­ton po­woli su­nął wśród ga­łęzi drzewa ma­rula.

- Sły­sza­łem, że na­leżą się panu gra­tu­la­cje - ode­zwał się Black­more.

Szczęka Do­riana drgnęła.

- Dzię­kuję. Pań­ska sio­stra była na moim ślu­bie, wraz z lor­dem Ri­char­dem.

Thorne prze­chy­lił głowę. Zimne, ciemne spoj­rze­nie na mo­ment zła­god­niało na wspo­mnie­nie Jane.

- Je­stem pe­wien, że do­brze się ba­wiła.

Do­rian ski­nął głową.

- Mam taką na­dzieję.

Za­pa­dła ci­sza, w któ­rej za­wi­sło nie­wy­po­wie­dziane py­ta­nie: dla­czego Do­rian spę­dza noc po­ślubną tu­taj, a nie z żoną? Black­more był jed­nak so­wi­cie opła­cany za dys­kre­cję i speł­nia­nie naj­głę­biej skry­wa­nych pra­gnień ksią­żąt.

- Prze­pra­szam, że kilka dni temu od­wo­ła­łem na­szą re­zer­wa­cję - po­wie­dział Do­rian. - Wy­nik­nęły pewne pilne sprawy.

Mu­siał wów­czas przy­je­chać do Lon­dynu, by spo­tkać się z Geo­r­gem Rose'em i do­piąć wiele kwe­stii zwią­za­nych ze ślu­bem, w tym uzy­skać li­cen­cję.

- Ależ nie ma za co - od­parł Black­more. - Ro­zu­mie pan jed­nak, że opłata jest bez­zwrotna, a do tego do­cho­dzi na­leż­ność za pilną re­zer­wa­cję na dzi­siej­szy wie­czór. Mu­sia­łem za­mknąć klub dla zwy­kłych go­ści.

- Jak naj­bar­dziej - wtrą­cił For­tyne, zdej­mu­jąc fio­le­towy płaszcz i wie­sza­jąc go na opar­ciu krze­sła. - Pro­szę wy­sta­wić ra­chu­nek na moje na­zwi­sko. Ta wy­stawna noc to mój pre­zent ślubny dla jed­nego z naj­lep­szych przy­ja­ciół. Wy­gląda na to, że Rath pil­nie po­trze­buje swo­jej... ekhm... zwy­cza­jo­wej od­skoczni.

Black­more uniósł ciemną brew i prze­chy­lił ze zro­zu­mie­niem głowę.

Pryde za­ci­snął pię­ści.

- Skoro pan młody po­rzuca pannę młodą za­le­d­wie kilka go­dzin po przy­się­dze, to ich mał­żeń­stwo było po­myłką. - Zmie­rzył Do­riana oskar­ży­ciel­skim spoj­rze­niem swo­ich kasz­ta­no­wych oczu. - To do­piero po­czą­tek kom­plet­nej ka­ta­strofy. I wiesz dla­czego.

Be­stia cza­jąca się w Do­ria­nie ude­rzyła, pa­rząc go ni­czym roz­ża­rzony bicz po ży­wym mię­sie.

- Nic nie wiesz, Con­stan­tine.

Do­rian był wście­kły na sie­bie. Na pannę Rose - nie, na swoją księżną - za to, że za­da­wała tak trafne py­ta­nia, że się go nie bała, że nie trzy­mała się na dy­stans.

Przy­szedł tu, bo jej pra­gnął.

Prawda była taka, że w chwili, gdy zo­ba­czył ją w ko­ściele, cał­ko­wi­cie go ocza­ro­wała. I to go prze­ra­żało. Ni­gdy w ży­ciu nie czuł cze­goś po­dob­nego - mie­sza­niny za­chwytu i nie­mal cu­dow­nego zdu­mie­nia, że wkro­czyła w jego nędzne, sa­motne ży­cie.

Pra­gnął jej. Bar­dzo.

A jed­nak była tak nie­winna. Tak czy­sta. Tak młoda.

Z tym uśmie­chem, który ogrze­wał lo­do­wate głę­biny jego serca.

Mu­siał uśmie­rzyć sza­le­jącą w nim be­stię, która naj­bar­dziej lu­biła nisz­czyć piękne rze­czy: wa­zony, ob­razy, dzieła sztuki.

Gdyby wziął ją do łoża, znisz­czyłby i ją.

Nie mógł tego zro­bić nie­win­nej, pięk­nej isto­cie, jaką była jego żona.

Po­trze­bo­wał ko­goś, kto wie­dział, co robi. Ko­goś, kto ro­zu­miał jego po­trzeby.

Li­lith.

- To się źle skoń­czy - po­wie­dział Pryde, sta­jąc przy pra­wym ra­mie­niu Do­riana. - To jego sio­stra!

- Bę­dzie do­brze! - Lu­cien sta­nął obok Do­riana i klep­nął go mocno w ra­mię. - Jest śliczna, przy­ja­cielu. Zro­bi­łeś, co na­le­żało. To zna­czy... jesz­cze nie. To, co mu­sisz "do­brze zro­bić", czeka na cie­bie w Rath Hall.

- Za­mknij­cie się obaj. Do­pro­wa­dza­cie mnie do szału! - wark­nął Do­rian i ru­szył w głąb klubu. - Gdzie jest Li­lith, pa­nie Black­more?

Black­more, który ob­ser­wo­wał ich z roz­ba­wie­niem, ski­nął głową.

- Wszyst­kie pa­nie są już w dro­dze do was, pa­no­wie.

I wtedy się po­ja­wiły.

Li­lith była wy­soką, smu­kłą ko­bietą po dwu­dzie­stce, z ka­skadą lśnią­cych czar­nych wło­sów. Wpa­try­wała się w niego du­żymi, ciem­nymi oczami o ko­cim, uwo­dzi­ciel­skim wy­ra­zie. Miała na so­bie kar­ma­zy­nową suk­nię z głę­bo­kim de­kol­tem, po­zo­sta­wia­jącą nie­wiele dla wy­obraźni. Usta rów­nież po­ma­lo­wała na czer­wono. Za­sta­na­wiał się, czy ubrała się spe­cjal­nie dla niego, pod ko­lor jego barw.

Po­dą­żyły za nią po­zo­stałe pra­cow­nice domu uciech: blon­dynki, bru­netki, rude. szczu­płe, krą­głe, wy­so­kie i ni­skie - z naj­róż­niej­szych śro­do­wisk. Wszyst­kie piękne, sta­ran­nie do­brane przez Black­more'a i za­cie­kle przez niego chro­nione.

Wy­peł­niły salę, każda świa­doma swo­jej roli i tego, czego po­trze­buje dany książę.

Lu­cien chciał dziś trzech ko­biet. Pryde miał jedną stałą part­nerkę, z którą za­wsze zni­kał w osob­nym po­koju. Do­rian ni­gdy do końca nie wie­dział, co tam ro­bili - nie zdzi­wiłby się, gdyby Con­stan­tine po pro­stu z nią roz­ma­wiał, wy­ja­wia­jąc swoje lęki i se­krety.

Książę Enve­igh oparł się nie­dbale o plu­szową ka­napę. Je­dwa­bi­sta, zie­lona ka­mi­zelka po­ły­ski­wała pod ciem­nym płasz­czem z wy­ha­fto­wa­nym her­bo­wym wę­żem. Szare oczy bły­snęły, gdy pa­trzył, jak żi­go­lak ostroż­nie zsuwa suk­nię z ra­mion za­ru­mie­nio­nej ko­biety.

Książę Ec­cess od­chy­lił głowę w eks­ta­zie. Jego kasz­ta­nowy płaszcz z her­bo­wym dzi­kiem le­żał po­rzu­cony na pod­ło­dze. Ko­biety odziane w je­dwa­bie w od­cie­niach pu­dro­wego różu i złota po­le­wały swoje krą­głe kształty naj­lep­szą pa­ry­ską cze­ko­ladą. Barwy ich stro­jów kon­tra­sto­wały z jego wło­sami w ko­lo­rze mio­do­wego blondu. Palce wplą­tały się mię­dzy jego ja­sne ko­smyki, gdy mu­skał war­gami skórę, a w prze­ni­kli­wych ciem­no­brą­zo­wych oczach za­tań­czył fi­glarny błysk.

Ir­re­ve­rence i For­tyne udali się do od­dziel­nych kom­nat. Do­rian wie­dział, że reszta przy­ja­ciół rów­nież wkrótce zrobi to samo.

Li­lith nie spusz­czała z niego wzroku, gdy do sie­bie pod­cho­dzili. Jed­nak za­miast po­żą­da­nia, które za­wsze bu­dził w nim jej wi­dok, po­czuł zmie­sza­nie. Przed oczami nie­ustan­nie miał złote loki i nie­winne, wiel­kie, błę­kitne oczy oto­czone dłu­gimi rzę­sami. Nie ciemne, grzeszne spoj­rze­nie sto­ją­cej przed nim ko­biety. Li­lith była smu­kła i ete­ryczna, a on na­gle za­pra­gnął peł­nych piersi i krą­głych bio­der.

- Wa­sza Ksią­żęca Mość - szep­nęła mu uwo­dzi­ciel­sko do ucha, kła­dąc na jego piersi smu­kłą, ide­alną dłoń. - Za­sta­na­wia­łam się, gdzie by­łeś w ze­szłym ty­go­dniu.

Jej dło­nie były czy­ste i gład­kie, pa­znok­cie krótko przy­cięte, ide­al­nie wy­pie­lę­gno­wane. Za­uwa­żył, jak spra­co­wane, po­dra­pane i za­czer­wie­nione dło­nie miała jego żona. Pod krót­kimi pa­znok­ciami wciąż wid­niały ślady ziemi, mimo że bez wąt­pie­nia szo­ro­wała je z za­pa­łem.

Li­lith, nie­mal tak wy­soka jak on, przy­su­nęła się bli­żej i wy­szep­tała gar­dło­wym, zmy­sło­wym gło­sem:

- Chodź.

Ujęła go za rękę i po­pro­wa­dziła do zna­nej mu kom­naty. Każdy krok wy­da­wał się nie­wła­ściwy. Be­stia do­ma­gała się ulgi, mu­siała zo­stać na­kar­miona. Nie po­tra­fił wy­obra­zić so­bie dwu­na­stu mie­sięcy nie­ustan­nej po­kusy bez speł­nie­nia.

Przez wiel­kie, orze­chowe drzwi prze­szli do ko­ry­ta­rza z sze­re­giem drzwi po obu stro­nach. Mi­ja­jąc jedne z otwar­tych, zo­ba­czył księ­cia Ir­re­ve­rence'a, ubra­nego w nie­ska­zi­telną biel, le­żą­cego na je­dwab­nej po­ścieli ni­czym upa­dły anioł po­śród po­kus. Z wło­sami w ko­lo­rze po­pie­la­tego blondu zwią­za­nymi z tyłu le­ni­wie przy­glą­dał się kilku pra­cow­ni­com domu pu­blicz­nego krą­żą­cym wo­kół niego, go­to­wym speł­nić każdą jego za­chciankę.

W naj­wspa­nial­szej kom­na­cie Eli­zjum książę For­tyne, w bo­ga­tym fio­le­to­wym płasz­czu, od­da­wał się oso­bli­wej grze na po­gra­ni­czu ha­zardu i uwo­dze­nia. Za­wsze żą­dał naj­bar­dziej eks­klu­zyw­nej part­nerki. Do­rian nie wie­dział do­kład­nie, na czym po­le­gała ta za­bawa, lecz był pe­wien, że ten drań za­wsze wy­gry­wał - jak w in­te­re­sach.

Do­rian i Li­lith do­tarli do ob­szer­nej, luk­su­so­wej kom­naty z cięż­kimi, bro­ka­to­wymi ko­ta­rami za­sła­nia­ją­cymi okna. Po prze­ciw­nej stro­nie stało bo­gato rzeź­bione łoże z je­dwabną po­ścielą w ró­żane wzory i białą na­rzutą z norki. Złote kan­de­la­bry oświe­tlały każdy kąt, a przy ko­minku, w któ­rym tań­czył praw­dziwy ogień, stał mały, okrą­gły sto­lik z wi­nem i prze­ką­skami.

Na kre­den­sie le­żało pu­dełko z ak­ce­so­riami, któ­rych Do­rian uży­wał z Li­lith: ta­śmami, kne­blami, cien­kimi srebr­nymi kaj­dan­kami i pę­tami, opa­skami na oczy, mięk­kim ba­tem o dzie­wię­ciu rze­mie­niach i in­nymi. Wszystko ku­pił sam i nikt poza nim nie miał prawa z nich ko­rzy­stać.

Po­kój był przy­go­to­wany na jego roz­kosz z part­nerką, która wie­działa, co robi.

A jed­nak ból w piersi nie­ustan­nie przy­po­mi­nał mu o żo­nie.

Li­lith ro­ze­brała się i sta­nęła przed nim naga. Pa­trzył na nią, cze­ka­jąc, aż po­jawi się pod­nie­ce­nie, aż be­stia w nim wyda pierw­szy, głodny ryk.

Nic.

Na­wet wspo­mnie­nie chwil, gdy przy­gnia­tał ją do łoża, ści­ska­jąc dło­nią jej gar­dło, wbi­ja­jąc się w nią jak zwie­rzę, nie zwa­ża­jąc na jej kom­fort ani przy­jem­ność - sły­sząc je­dy­nie ryt­miczny, za­chłanny od­głos skóry ude­rza­ją­cej o skórę - nie po­ru­szyło w nim ni­czego.

A prze­cież ona to lu­biła. Za każ­dym ra­zem osią­gała speł­nie­nie przed nim. Po­tra­fiła przy­jąć całą jego bru­tal­ność, całą dzi­kość.

Li­lith i on... pa­so­wali do sie­bie. Byli tacy sami.

Jego żona uosa­biała wszystko to, czego jemu bra­ko­wało: lek­kość, nie­win­ność, otwar­tość, mło­dość i cie­ka­wość świata. Była z tych, któ­rzy mają serce na dłoni.

Była tym, czego pra­gnął naj­bar­dziej. I tym, czego ni­gdy nie mógł mieć.

Li­lith po­de­szła i po­ca­ło­wała go - de­li­kat­nie, wpraw­nie. Wcią­gnął w płuca jej za­pach.

Te­raz. Te­raz miał jej za­pra­gnąć. Te­raz be­stia miała się obu­dzić, ryk­nąć i rzu­cić ją na łóżko... Miał dać jej klapsa w jędrne po­śladki... i po­czuć jej mo­kre pod­nie­ce­nie na swo­jej dłoni.

Ale wy­obra­ził so­bie kształty swo­jej żony.

Nie po­tra­fił od­wza­jem­nić po­ca­łunku. Cze­kał, aż Li­lith zrobi coś wię­cej. Oplo­tła ra­mio­nami jego szyję, przy­ci­ska­jąc na­gie ciało do jego ubra­nia. Czuł jej cie­pło, je­dwa­bi­stą skórę, zna­jomy aro­mat - kie­dyś roz­pa­lał w nim ogień. Te­raz jed­nak, gdy jej wprawne dło­nie za­częły go roz­bie­rać, za­pra­gnął de­li­kat­nego za­pa­chu róż, który przy­lgnął do skóry jego żony. Do­tyk Li­lith, nie­gdyś elek­try­zu­jący, wy­da­wał się pu­sty wo­bec ła­god­nego mu­śnię­cia pal­ców żony, gdy na­kła­dał jej ob­rączkę.

Ob­jął Li­lith i przy­cią­gnął ją do sie­bie. Kiedy dło­nie ko­biety wę­dro­wały po jego ciele, my­śli Do­riana od­pły­nęły ku żo­nie. Nie tylko jej uroda go po­cią­gała - lecz także nie­winny duch, cie­ka­wość świata, od­waga, z jaką nie co­fała się przed nim na­wet wtedy, gdy był wście­kły i prze­ra­ża­jący, oraz to, jak upar­cie pró­bo­wała prze­bić się przez jego pan­cerz.

Za­po­mnij o pan­nie Rose! Za­po­mnij o pan­nie Rose!

Nie była już panną Rose. Była księżną Rath. Jego - mógł ją wziąć. Po­siąść. Ca­ło­wać. Dać klapsa. Do­pro­wa­dzić do roz­ko­szy.

- Czy wszystko w po­rządku, Wa­sza Ksią­żęca Mość? - za­py­tała Li­lith, co­fa­jąc się nieco i wpa­tru­jąc się w niego pół­przy­mknię­tymi oczami.

Pu­ścił ją i się od­su­nął. Be­stia obu­dziła się, ry­cząc z gniewu, że po­zba­wia ją roz­ko­szy.

Ale nie mógł. Na do­bre i na złe zło­żył przy­sięgę jed­nej ko­bie­cie przed Bo­giem i nie po­tra­fił do­tknąć in­nej.

- Nie mogę - wark­nął, po czym od­wró­cił się i wy­szedł z kom­naty Li­lith, z ser­cem dud­nią­cym w piersi i ro­ze­dr­ga­nym umy­słem.

Ni­gdy wcze­śniej nie zre­zy­gno­wał z przy­jem­no­ści, ni­gdy nie od­mó­wił so­bie speł­nie­nia naj­mrocz­niej­szych pra­gnień.

Idąc mrocz­nymi ko­ry­ta­rzami Eli­zjum, wciąż czuł pul­su­jącą po­trzebę - nie­za­spo­ko­joną.

Gdy wy­szedł w chłodne nocne po­wie­trze, obie­cał so­bie, że po­zo­sta­nie silny, jak­kol­wiek trudne by to było. Bę­dzie jeź­dził konno jesz­cze in­ten­syw­niej. Bę­dzie pły­wał dłu­żej. Za­trudni part­nera do boksu.

Co­kol­wiek, by roz­ła­do­wać na­pię­cie na­ra­sta­jące w nim jak para w ko­tle.

Wy­star­czyło tylko za­cho­wać sa­mo­kon­trolę. I nie wy­obra­żać so­bie słod­kiej, dzie­wi­czej żony ję­czą­cej z roz­ko­szy, gdy w nią wcho­dzi...

Roz­dział 8

- Dzień do­bry, Wa­sza Ksią­żęca Mość! - za­wo­łał na­stęp­nego ranka po fran­cu­sku ko­biecy głos, a Pa­tience pod­sko­czyła na łóżku, na­cią­ga­jąc koł­drę aż pod brodę.

Za­mru­gała w pół­mroku, pa­trząc na ko­biecą syl­wetkę ma­sze­ru­jącą przez jej sy­pial­nię w stronę okien. Ach tak - jej fran­cu­ska po­ko­jówka, która po­przed­niego wie­czoru po­ma­gała jej się ro­ze­brać.

- Dzień do­bry - wy­mam­ro­tała Pa­tience. - Ma­de­mo­iselle An­to­inette.

Drobna ko­bieta o de­li­kat­nych ry­sach, kasz­ta­no­wych wło­sach uło­żo­nych we­dług naj­now­szej fran­cu­skiej mody i cie­płych, brą­zo­wych oczach od­su­nęła cięż­kie za­słony, wpusz­cza­jąc do środka po­ranne świa­tło, a Pa­tience zmru­żyła oczy.

- Czy do­brze się spało? - za­py­tała ma­de­mo­iselle An­to­inette, ener­gicz­nie pod­cho­dząc do ko­lej­nego okna. Wciąż mó­wiła po fran­cu­sku. - Za­sta­na­wiam się, jak chcia­łaby się pani dziś ubrać.

Po­mimo ogra­ni­czo­nej zna­jo­mo­ści ję­zyka po­ko­jówki Pa­tience zro­zu­miała, że ko­bieta pyta, czy do­brze spała, czy nie było zbyt zimno i jak chcia­łaby się dziś ubrać.

Po­przed­niego po­po­łu­dnia, po wy­jeź­dzie go­ści we­sel­nych, go­spo­dyni, pani Kni­ght, przed­sta­wiła jej służbę, lecz Pa­tience była tak przy­tło­czona, że wszyst­kie twa­rze i imiona zlały jej się w jedno. A gdy ma­de­mo­iselle An­to­inette przy­szła po­przed­niego wie­czoru, by po­móc jej się ro­ze­brać, Pa­tience ode­słała ją, wsty­dząc się, że po­ko­jówka księż­nej zo­ba­czy li­chy stan jej gar­de­roby.

- By­wało le­piej - przy­znała Pa­tience, zmu­sza­jąc się do ci­chego śmie­chu.

Wciąż była zmę­czona. Ciało cią­żyło jej po bez­sen­nej nocy. W Rose Cot­tage spała w jed­nym łóżku z Anne i Fran­ces. W Rath Hall łoże wy­da­wało się ogromne i zimne.

- Och, pro­szę wy­ba­czyć - po­wie­działa ma­de­mo­iselle An­to­inette z sil­nym ak­cen­tem, wra­ca­jąc ku drzwiom. - Woli pani roz­ma­wiać po an­giel­sku?

Otwo­rzyła drzwi, by przy­nieść coś z ko­ry­ta­rza, i do środka wpadł po­wiew chłod­nego po­wie­trza, nio­sąc le­d­wie wy­czu­walny za­pach piżma, ber­ga­motki i pie­przu...

Jej mąż.

Sutki Pa­tience stward­niały same z sie­bie. Na pewno od prze­ciągu - nie dla­tego, że o nim po­my­ślała.

- Tak, pro­szę - zwró­ciła się do po­ko­jówki. - Oba­wiam się, że mój fran­cu­ski jest dość ogra­ni­czony.

- Och - od­parła ma­de­mo­iselle An­to­inette, wra­ca­jąc z du­żym dzba­nem pa­ru­ją­cej wody. Po­de­szła do umy­walki z ozdobną, pu­stą misą i lu­strem. - Oczy­wi­ście. Jak pani so­bie ży­czy. Więk­szość pań, któ­rym do­tąd słu­ży­łam, wo­lała fran­cu­ski.

Gdy wle­wała cie­płą wodę do misy, Pa­tience ner­wowo ob­li­zała wargi. Dziw­nie było pa­trzeć, jak ktoś inny przy­go­to­wuje jej wodę do my­cia. W domu Emily sta­wiała ko­cio­łek na ogniu, a Pa­tience zwy­kle wno­siła dzbany z cie­płą wodą na górę do trzech sy­pialni i na­le­wała do mis. Te­raz ręce miała bez­czynne, a żo­łą­dek ści­śnięty z po­czu­cia winy i dys­kom­fortu. Co miała ze sobą zro­bić?

- Uczy­łam się fran­cu­skiego, gdy by­łam mała. Kiedy mama miała wię­cej czasu i uczyła moje naj­star­sze sio­stry, Emily i Be­atrice. Coś chyba zo­stało mi w pa­mięci. Po­tem, zwy­kle wie­czo­rami, gdy wszy­scy sie­dzie­li­śmy ra­zem po ko­la­cji, ktoś czy­tał na głos je­dyną fran­cu­ską książkę, jaką mie­li­śmy w domu.

Ma­de­mo­iselle An­to­inette ski­nęła głową z uśmie­chem.

- Oczy­wi­ście! Jak pani so­bie ży­czy, Wa­sza Ksią­żęca Mość. Może ze­chce pani się te­raz umyć?

Wciąż w noc­nej ko­szuli Pa­tience ob­myła twarz i dło­nie, czu­jąc skrę­po­wa­nie z po­wodu obec­no­ści ob­cej osoby w tak in­tym­nej chwili.

Po osu­sze­niu twa­rzy ręcz­ni­kiem z naj­mięk­szej po­śród tka­nin spoj­rzała bez­rad­nie na ma­de­mo­iselle An­to­inette.

- Czy ze­chcia­łaby pani usiąść tu­taj? - za­py­tała po­ko­jówka, znów po fran­cu­sku, wska­zu­jąc wy­ście­łany, owalny sto­łek przy to­a­letce z du­żym lu­strem.

- Tak... oczy­wi­ście - od­parła Pa­tience.

Usia­dła, a An­to­inette nie prze­sta­wała mó­wić, żywo ge­sty­ku­lu­jąc, prze­cho­dząc co rusz na fran­cu­ski i na­tych­miast prze­pra­sza­jąc po an­giel­sku. Gdy cze­sała włosy Pa­tience, księżna czuła na skó­rze jakby ukłu­cia ty­siąca igieł. Obca osoba, słu­żąca, do­ty­kała jej - a prze­cież przez całe ży­cie znała tylko do­tyk sióstr i ro­dzi­ców.

Mam­ro­tała nie­pew­nie w od­po­wie­dzi na pro­po­zy­cje fry­zury i do­dat­ków, sie­dząc chyba do­brą go­dzinę, pod­czas gdy ma­de­mo­iselle ukła­dała mi­sterny kok u na­sady jej karku, z mięk­kimi lo­kami oka­la­ją­cymi twarz. Upię­cie ozdo­biono de­ko­ra­cyj­nymi spin­kami i de­li­katną sia­teczką z po­zła­ca­nej nici.

To była naj­pięk­niej­sza fry­zura, jaką Pa­tience kie­dy­kol­wiek miała. A jed­nak czuła się cał­ko­wi­cie nie na miej­scu, jakby stą­pała po chwiej­nym grun­cie. Bar­dziej obca być nie mo­gła.

Na­stęp­nie ma­de­mo­iselle An­to­inette roz­ło­żyła trzy suk­nie do wy­boru.

- O ta, ja­sno­nie­bie­ska, mu­śli­nowa, jest lekka i zwiewna, ide­alna na po­ranny spa­cer, je­śli pani ze­chce. Ten błę­kit pod­kre­śla ko­lor pani oczu, czyż nie? - cią­gnęła, wciąż wtrą­ca­jąc fran­cu­skie słowa. Ta la­wen­dowa jest ele­gancka, a za­ra­zem prak­tyczna. A mię­towa, lniana, jest świeża i pod­kre­śli pani młodą cerę. Nie­zwy­kle szy­kowna, bar­dzo modna w tym se­zo­nie w Pa­ryżu. Wszyst­kie pa­nie no­szą te­raz ten od­cień.

Pa­tience przyj­rzała się suk­niom. Żad­nych prze­tarć ani dziur - były nie­ska­zi­telne, nowe. Jej do­tych­cza­sowe suk­nie no­siły przed nią sio­stry.

- Skąd one się wzięły?

- Och, są­dzę, że to pre­zent ślubny od pani Ele­anor Bu­cha­nan. Zo­stały spryt­nie skro­jone tak, by pa­so­wały na różne syl­wetki, bo szyto je bez do­kład­nych miar, ale do­pa­suję je, gdy tylko je pani przy­mie­rzy.

Ach, ciotka Do­riana... Jakże to było za­ra­zem uprzejme i prak­tyczne. Mu­siała prze­wi­dzieć, że Pa­tience nie ma stro­jów god­nych księż­nej.

- A więc którą pani wy­biera, Wa­sza Ksią­żęca Mość?

- Chyba... tę nie­bie­ską.

Ma­de­mo­iselle An­to­inette ski­nęła głową i odło­żyła la­wen­dową oraz zie­loną do szafy.

- Ach tak, bez­pieczny wy­bór! I wie pani, na ostat­nim balu w Tu­ile­ries wszy­scy przy­stro­jeni byli w ta­kie ko­lory. Suk­nie były ab­so­lut­nie wspa­niałe!

Pa­tience le­dwo na­dą­żała za po­to­kiem słów po­ko­jówki. To był kres jej zna­jo­mo­ści fran­cu­skiego.

- Je­stem pewna, że były piękne.

Ma­de­mo­iselle ge­stem ka­zała jej unieść ręce i gdy to zro­biła, ścią­gnęła jej przez głowę ko­szulę nocną.

- A ka­pe­lu­sze! Pióra się­ga­jące nieba! Musi pani to kie­dyś zo­ba­czyć, musi tego spró­bo­wać - mó­wiła z za­chwy­tem, wciąż z fran­cu­skimi wtrę­tami. - Pro­szę so­bie wy­obra­zić, pióro wy­ra­sta­jące z ka­pe­lu­sza jak u ptaka w lo­cie!

Pa­tience nie po­tra­fiła wy­obra­zić so­bie nic dziw­niej­szego niż ogromne pióro na ka­pe­lu­szu, zwłasz­cza kiedy stała naga przed ko­bietą po­znaną za­le­d­wie dzień wcze­śniej. Chciała się za­kryć, pod­czas gdy ma­de­mo­iselle, nie­świa­doma jej skrę­po­wa­nia, się­gała po świeżą halkę.

- Te... pióra brzmią... oso­bli­wie - wy­mam­ro­tała Pa­tience.

Gdy ma­de­mo­iselle An­to­inette za­mie­rzała wło­żyć nową bie­li­znę przez jej głowę, Pa­tience ją za­trzy­mała - jedną ręką za­sło­niła piersi, drugą wy­cią­gnęła po halkę.

- Pro­szę, po­ra­dzę so­bie sama.

Ma­de­mo­iselle za­śmiała się ci­cho.

- Pro­szę bar­dzo, Wa­sza Ksią­żęca Mość! Je­stem tu po to, by to ro­bić. Pro­szę wy­cią­gnąć ręce.

Pa­tience nie miała od­wagi ani sił się sprze­ci­wiać i po­słusz­nie zro­biła, co jej ka­zano.

- A plotki, mój Boże! - cią­gnęła po­ko­jówka, jakby nic in­nego na świe­cie się nie li­czyło. - Sły­szała pani o pan­nie Be­ige i lor­dzie Smi­ście? Skan­dal!

Przy­naj­mniej miała już na so­bie halkę - miękką, białą jak ob­łok i pach­nąca la­wendą oraz my­dłem. Ma­de­mo­iselle wło­żyła jej gor­set przez głowę i ścią­gnęła go na ta­lię.

- Nie, nie sły­sza­łam... - od­parła Pa­tience.

Ma­de­mo­iselle mach­nęła ręką.

- Ach, to na­wet le­piej. Le­piej trzy­mać się z da­leka od ta­kich spraw, czyż nie?

Gdy Ma­de­mo­iselle za­sznu­ro­wy­wała gor­set, a po­tem na­kła­dała suk­nię, szcze­bio­cząc o plot­kach i wy­da­rze­niach lon­dyń­skiej so­cjety, Pa­tience stała spięta, za­sta­na­wia­jąc się, jak to moż­liwe, że tak wła­śnie wy­gląda te­raz jej ży­cie.

Kilka razy miała ochotę po­wie­dzieć, że ubie­rze się sama, lecz pod­dała się nie­uchron­nemu, wie­dząc, że ma­de­mo­iselle i tak uzna to za swój obo­wią­zek.

Było to jedno z naj­bar­dziej krę­pu­ją­cych do­świad­czeń w jej ży­ciu - być ubie­raną przez słu­żącą ni­czym lalka.

My­ślami, zu­peł­nie nie­za­in­te­re­so­wa­nymi plot­kami, po­wę­dro­wała ku ró­żom. Jak krzewy znio­sły po­dróż? Wy­ko­pała naj­lep­sze okazy, owi­nęła bryły ko­rze­niowe z zie­mią w płótno i przy­wio­zła je tu­taj wraz z mi­zer­nym wę­zeł­kiem ubrań i ze­szy­tami bo­ta­nicz­nymi. Te­raz stały gdzieś w za­bu­do­wa­niach go­spo­dar­czych, a książę na­wet nie po­zwa­lał jej ko­rzy­stać z ogrodu. Co się z nimi sta­nie?

- Bar­dzo pro­szę! - za­wo­łała ma­de­mo­iselle An­to­inette, co­fa­jąc się i przy­glą­da­jąc Pa­tience z za­do­wo­le­niem.

Gdy Pa­tience po raz pierw­szy spoj­rzała w lu­stro, nie po­znała sa­mej sie­bie. Ni­gdy w ży­ciu nie miała na so­bie tak pięk­nej sukni ani tak mi­ster­nie uło­żo­nych wło­sów. Tak po­winna była wy­glą­dać wczo­raj, wy­cho­dząc za księ­cia. Ta Pa­tience - w sukni, która spra­wiała, że jej oczy lśniły, a włosy błysz­czały ni­czym przę­dzione złoto - wy­glą­dała, jakby na­le­żała do wła­ści­wej strony nawy, do go­ści męża: ksią­żąt i księż­nych, lor­dów i dam.

A jed­nak w środku nie czuła się ani odro­binę bar­dziej na swoim miej­scu.

Pa­tience ni­gdy wcze­śniej nie do­skwie­rała tak doj­mu­jąca sa­mot­ność, jak w Rath Hall przez ko­lejne parę dni.

Za­mknięta w kom­na­tach zgod­nie z pierw­szą z za­sad męża, obej­rzała każdy za­ką­tek swo­jej czę­ści domu. Skła­dały się na nią: sy­pial­nia, przy­le­ga­jąca do niej gar­de­roba, dwie do­dat­kowe sy­pial­nie dla go­ści, sa­lon na dole do przyj­mo­wa­nia wi­zyt, wła­sna ja­dal­nia oraz bu­duar, w któ­rym mo­gła pi­sać li­sty, ry­so­wać, ha­fto­wać, czy­tać lub grać na for­te­pia­nie.

Cała ta prze­strzeń była co naj­mniej trzy­krot­nie więk­sza niż Rose Cot­tage. Tam dzie­liła ma­leńki dom z sied­mioma in­nymi oso­bami. Tu­taj była zu­peł­nie sama w tej ogrom­nej prze­strzeni.

Wszystko było nie­ska­zi­telne. Czy­ste. Bo­gate. Gzymsy ko­min­ków, kre­densy i ściany ozdo­bione były an­ty­kami i ro­dzin­nymi pa­miąt­kami. Zwa­żała na każdy ruch, żeby cze­goś nie strą­cić i nie roz­bić w drobny mak.

Rose Cot­tage tęt­niło nie­ustan­nymi roz­mo­wami, śmie­chem i krzą­ta­niną ro­dziny. W prze­ci­wień­stwie do tego ci­sza w Rath Hall była nie­po­ko­jąca - prze­ry­wana je­dy­nie ty­ka­niem ze­gara albo echem jej wła­snych kro­ków w roz­le­głych, pu­stych ko­ry­ta­rzach i po­ko­jach.

Jej ro­dzina wy­je­chała w dniu ślubu. Tak samo sio­stra księ­cia, Cha­stity, i jego ciotka, które prze­nio­sły się do lon­dyń­skiej re­zy­den­cji Ra­tha, by za­pew­nić no­wo­żeń­com pry­wat­ność.

Nie było to ko­nieczne. Świeżo upie­czeni mał­żon­ko­wie w ogóle nie spę­dzali ra­zem czasu.

Nie roz­ma­wiała z mę­żem od dnia ślubu, a jed­nak wy­czu­wała jego obec­ność w każ­dej drob­no­stce. Był w ciem­nych, ka­mien­nych mu­rach, w kunsz­tow­nych, sta­rych me­blach, w por­tre­tach przod­ków i bez­cen­nej sztuce. Był na­wet w ko­bie­cym wy­stroju jej kom­nat, ci­cho da­jąc do zro­zu­mie­nia, jak bar­dzo tu nie pa­suje.

Jej sy­pial­nia była wy­staw­nym wię­zie­niem z wy­so­kim su­fi­tem i cięż­kimi, an­tycz­nymi sprzę­tami. Po­wie­trze stało nie­ru­chome, prze­siąk­nięte le­d­wie wy­czu­wal­nym za­pa­chem la­wendy i po­li­tury. Ogromne łoże z bal­da­chi­mem, przy­kryte je­dwabną po­ścielą, znaj­do­wało się pod ścianą. Nad wnę­trzem gó­ro­wał ko­mi­nek - wy­soki i zimny. Mo­głaby po­pro­sić pa­nią Kni­ght, by ka­zała roz­pa­lić ogień, ale nie śmiała. Jak­żeby śmiała wy­da­wać ko­mu­kol­wiek po­le­ce­nia?

Ran­kami Pa­tience stała przy oknie, wstrzy­mu­jąc od­dech, gdy ob­ser­wo­wała księ­cia tre­nu­ją­cego z in­struk­to­rem. Wi­dok jego twar­dego, na­giego torsu był naj­moc­niej­szym ak­cen­tem dnia. Na­wet z okna wi­działa pracę mię­śni klatki pier­sio­wej i ple­ców pod lśniącą skórą. Ude­rze­nia na­brzmia­łych ra­mion były szyb­kie i nie­prze­wi­dy­walne, a ru­chy pełne bez­gra­nicz­nej gra­cji. Jak Ares, bóg wojny, nie oszczę­dzał się, nie co­fał - po­ru­szał się nie­ustan­nie, sku­piony na każ­dym kroku i ma­new­rze. Od czasu do czasu ma­so­wał dło­nią rę­ka­wicę. Naj­wy­raź­niej wciąż do­skwie­rał mu ból. Ni­gdy jej jed­nak nie zdej­mo­wał.

Nie tylko jego syl­wetka ją przy­cią­gała. Gdy po­ru­szał się z za­bój­czą gra­cją, czuła ukłu­cie tę­sk­noty - nie tylko za jego do­ty­kiem, lecz także za ła­two­ścią, z jaką funk­cjo­no­wał w swoim świe­cie. Był tu pa­nem, sil­nym i bez­po­śred­nim. Ona była więź­niem, spę­ta­nym obo­wiąz­kiem wo­bec ro­dziny i przy­tło­czo­nym ży­ciem, któ­rego le­d­wie ro­zu­miała.

Pustka łóżka, ci­sza kom­nat, usta­wiczne po­czu­cie osa­mot­nie­nia - to było zbyt wiele, a za­ra­zem zbyt mało. Wi­dok jego ener­gii i ży­cia tylko po­tę­go­wał jej pra­gnie­nie. Chciała na­le­żeć do jego świata, dzie­lić jego siłę, czuć się tak wolna i pewna sie­bie jak on.

Mo­gła je­dy­nie pa­trzeć i tę­sk­nić - coś w niej bo­le­śnie pra­gnęło chłod­nego męż­czy­zny, który zda­wał się cał­ko­wi­cie nie­osią­galny.

Na­cią­gał ko­szulę na spo­cony tors, do­sia­dał ogrom­nego, bu­dzą­cego re­spekt czar­nego ko­nia i z wil­cza­rzem ir­landz­kim u boku pę­dził przed sie­bie, jakby go­nił go sam dia­beł. Po pew­nym cza­sie Pa­tience wi­działa, jak za­nu­rza się w sta­wie nie­da­leko domu i długo po­zo­staje pod wodą, by po­tem wy­nu­rzyć się cały mo­kry i wy­czer­pany, po czym wró­cić do po­sia­dło­ści.

Pa­tience stała w sa­lo­nie, wpa­trzona w okno, gdy we­szła go­spo­dyni. Pani Kni­ght była ko­bietą po pięć­dzie­siątce, szczu­płą, o dłu­giej, wą­skiej twa­rzy i si­wych wło­sach gładko upię­tych z tyłu głowy.

Za­częła za­sy­py­wać ją py­ta­niami, a Pa­tience stała z roz­chy­lo­nymi ustami, pod­czas gdy pani Kni­ght cze­kała na od­po­wie­dzi.

Uśmie­chała się tylko, nie ma­jąc po­ję­cia, czym różni się sos ve­lo­uté od ho­len­der­skiego ani który z nich woli jej mąż.

Czy wo­lałby na ko­la­cję ca­nard a l'orange czy to­ur­ne­dos Ros­sini? A co z zupą - bo­uil­la­ba­isse czy po­tage a la re­ine? A menu na przy­szły ty­dzień - czy chcia­łaby uwzględ­nić ulu­bione da­nie księ­cia?

Ulu­bione da­nie? Do­bry Boże, Pa­tience nie miała po­ję­cia, co lubi - wie­działa tylko, czego nie znosi.

Jej.

W po­bliżu niego albo ogrodu.

Rzu­ciła tę­skne spoj­rze­nie za okno.

- Co­kol­wiek pani uzna za sto­sowne, pani Kni­ght.

Od­po­wie­dzią go­spo­dyni było le­d­wie do­strze­galne za­ci­śnię­cie warg. Pa­tience już otwie­rała usta, by za­py­tać, ja­kie jest ulu­bione da­nie księ­cia, lecz w porę się po­wstrzy­mała. Może to była jedna z tych rze­czy, które żona po pię­ciu dniach po­winna już wie­dzieć - ko­lejny do­wód, jak bar­dzo nie na­daje się na księżną.

- Może Wa­sza Ksią­żęca Mość po­trze­buje no­wych ubrań? - za­py­tała pani Kni­ght, zer­ka­jąc nie­znacz­nie na nie­bie­ską suk­nię Pa­tience. - Po­zwo­li­łam so­bie po­pro­sić lon­dyń­ską mo­dystkę lady Bu­cha­nan, by ju­tro przy­je­chała i zdjęła miary. Czy to pani od­po­wiada?

Twarz Pa­tience ob­lał ru­mie­niec. Na­wet go­spo­dyni wie­działa le­piej od niej, co na­leży zro­bić.

Uśmiech­nęła się. to była jej je­dyna tar­cza.

- Oczy­wi­ście. Dzię­kuję za tro­skę, pani Kni­ght.

Pani Kni­ght drgnęła lekko, jakby słowa ją za­sko­czyły. Czy nie była przy­zwy­cza­jona do uprzej­mo­ści?

- Cała przy­jem­ność po mo­jej stro­nie, Wa­sza Ksią­żęca Mość.

Pa­tience uśmiech­nęła się sze­rzej.

- Och, a łóżko jest tak mięk­kie i co rano pięk­nie po­ście­lone.

Pro­blem po­le­gał na tym, że Pa­tience nie po­tra­fiła w nim spać - czuła się tak sa­motna i tak ma­leńka w tym ogrom­nym łożu. W domu za­wsze sły­chać było roz­mowy, śmiech, śpiew, krzą­ta­nie się, skrzy­pie­nie de­sek pod czy­imiś sto­pami. W Rath Hall nocą pa­no­wała ci­sza tak głę­boka, że za­czy­nała so­bie wy­obra­żać dźwięki: dys­kretne skro­ba­nia w ciem­nych ką­tach, da­le­kie, cięż­kie kroki, nie­równe, ci­che stu­ka­nie w szyby. Le­żała spięta, jak na igłach, mimo mięk­kiej, czy­stej po­ścieli pach­ną­cej la­wendą i my­dłem.

Oczy­wi­ście nie była to wina pani Kni­ght.

Go­spo­dyni prze­chy­liła głowę. Drobna sieć zmarsz­czek ze­brała się wo­kół jej oczu.

- Cie­szę się, że tak pani uważa.

Czu­jąc, że za­czy­nają się le­piej ro­zu­mieć, Pa­tience na­gle na­brała od­wagi.

- Ogród - wy­du­siła, nie mo­gąc po­wstrzy­mać żalu. - Boli mnie serce, gdy wi­dzę, jak bar­dzo jest za­nie­dbany. A przy­wio­złam z domu krzewy róż...

Z twa­rzy pani Kni­ght znik­nęła wszelka życz­li­wość.

- Wcho­dze­nie do ogrodu jest su­rowo za­ka­zane, Wa­sza Ksią­żęca Mość.

- Ale dla­czego?

Usta go­spo­dyni drgnęły.

- Nie mnie o tym mó­wić. Bę­dzie pani mu­siała za­py­tać Jego Ksią­żęcą Mość.

- Ach - od­parła Pa­tience. Na wzmiankę o mężu uśmiech znik­nął jej z twa­rzy. - Ro­zu­miem. Czy dziś zje ze mną ko­la­cję?

- Oba­wiam się, że ży­czy so­bie ja­dać w sa­mot­no­ści.

Czy tak miało wy­glą­dać jej ży­cie przez cały rok? Od­dzielne światy, bez spo­tkań i roz­mów? Jaki w tym był sens? A ona? Jej krzewy róż uschną i umrą jak ogród wo­kół Rath Hall, a ona bę­dzie się błą­kać po pu­stych po­ko­jach, pró­bu­jąc wy­brać mię­dzy ca­nard a l'orange a ca­nard farci, czy jak to się tam na­zywa, aż sama zwięd­nie i umrze.

- Czy mogę za­py­tać jesz­cze o jedną rzecz... Czy wie pani, dla­czego za­wsze nosi tę rę­ka­wicę? - za­py­tała Pa­tience.

Spoj­rze­nie pani Kni­ght zmię­kło, gdy nie­znacz­nie prze­chy­liła głowę.

- Oba­wiam się, że nie mnie to zdra­dzać. Czy mo­żemy kon­ty­nu­ować? - do­dała. - Po­trze­buję pani de­cy­zji w spra­wie zmian w per­so­nelu, od­świe­że­nia po­koi go­ścin­nych i prze­aran­żo­wa­nia por­tre­tów ro­dzin­nych. W przy­szłym mie­siącu przy­je­dzie ma­larz, by spor­tre­to­wać pa­nią.

Na­za­jutrz, do­kład­nie jak za­po­wie­działa pani Kni­ght, przy­była mo­dystka, pani New­man, z ca­łym or­sza­kiem po­moc­nic i be­lami tka­nin oraz ko­ro­nek. Po raz pierw­szy kom­naty Pa­tience nie wy­da­wały się tak pu­ste.

- Wa­sza Ksią­żęca Mość, co pani są­dzi o tym je­dwa­biu na suk­nię ba­lową? - za­py­tała pani New­man z wy­cze­ku­ją­cym spoj­rze­niem.

- Hm... jest piękny - wy­mam­ro­tała Pa­tience, ostroż­nie do­ty­ka­jąc ma­te­riału. - Będę jej po­trze­bo­wać za sie­dem dni... Ciotka mo­jego męża za­pro­siła nas ła­ska­wie na wie­czór do swo­jej lon­dyń­skiej re­zy­den­cji. Ale ja... nie je­stem pewna...

- A ta de­ko­ra­cja tu­taj. Czy przy­pad­nie pani do gu­stu? - wtrą­ciła się asy­stentka, po­ka­zu­jąc szkic sukni z bo­gatą ka­skadą kwia­tów z je­dwa­biu i ta­fty na jed­nym ra­mie­niu.

- Być może... - od­parła Pa­tience. My­ślała tylko o tym, jak bar­dzo tę­skni za praw­dzi­wymi kwia­tami z Rose Cot­tage. Gdy zrobi się cie­plej, za­kwitną ob­fi­cie. A ona bę­dzie tu stać przy oknie, pa­trząc na mar­twy ogród.

- Musi pani wy­brać, Wa­sza Ksią­żęca Mość. Różne oka­zje wy­ma­gają róż­nych stro­jów - przy­po­mniała mo­dystka to­nem po­ucze­nia, nieco znie­cier­pli­wio­nym.

- Chcia­ła­bym cze­goś pro­stego - wy­znała Pa­tience, tę­sk­niąc za zna­jo­mymi suk­niami szy­tymi przez matkę, cie­płem ro­dziny, bez­pie­czeń­stwem kartki i pióra w dło­niach oraz ko­ją­cym szczę­kiem ogrod­ni­czych no­życ.

- Pro­stego, Wa­sza Ksią­żęca Mość? - Ko­bieta wy­glą­dała nie­mal na zgor­szoną. - Pani gar­de­roba musi od­zwier­cie­dlać pani po­zy­cję.

Pa­tience ski­nęła głową. Re­zy­gna­cja przy­tło­czyła ją ni­czym cięż­kie tka­niny, które jej pre­zen­to­wano. My­ślami po­wę­dro­wała ku ży­ciu, które zo­sta­wiła - prost­szemu, bliż­szemu szczę­ściu. Tu­taj, w cie­niu prze­py­chu Rath Hall, czuła się bar­dziej wid­mem niż księżną, kro­cząc w dro­gich suk­niach i ma­rząc o słońcu oraz ró­żach po­śród mroku.

Roz­dział 9

Na wi­dok Pa­tience scho­dzą­cej po scho­dach coś bo­le­śnie ści­snęło Do­riana w piersi, a jego spoj­rze­nie mi­mo­wol­nie po­dą­żyło za nią. Czas zda­wał się zwal­niać, a świat wo­kół roz­pły­nął się, po­zo­sta­wia­jąc tylko ob­raz jego żony.

Znik­nęła pro­sta, bura suk­nia, która skry­wała jej praw­dziwy blask. Te­raz Pa­tience miała na so­bie olśnie­wa­jącą je­dwabną kre­ację w od­cie­niu pu­dro­wego różu, opły­wa­jącą jej kształty i pod­kre­śla­jącą de­li­katne rysy. Ten ko­lor nada­wał jej mło­dzień­czy, zdrowy blask. Wy­soki stan i głę­boki de­kolt przy­cią­gały wzrok księ­cia ku ob­fi­temu biu­stowi, któ­rego wi­dok roz­pa­lał w nim po­żą­da­nie. Bu­fia­ste rę­kawy ozdo­bione były krysz­tał­kami mi­go­czą­cymi w bla­sku świec.

Złote loki miała sta­ran­nie upięte. Kilka skrę­co­nych ko­smy­ków oka­lało jej twarz, a ele­gancki kok zdo­biła de­li­katna, ró­żowa róża. Je­den lok opa­dał na jej ra­mię i książę mi­mo­wol­nie wy­obra­ził so­bie, jak owija go wo­kół pię­ści.

Gdy się po­ru­szała, je­dwab spód­nicy spły­wał wo­kół jej nóg ni­czym wo­do­spad. Dłu­gie, ku­szące rę­ka­wiczki obej­mo­wały jej ra­miona, a Do­rian wpa­try­wał się w ku­szący pas na­giej skóry mię­dzy kra­wę­dzią rę­ka­wiczki a brze­giem rę­kawa.

A jej twarz... Do­bry Boże w nie­bie, mógłby prze­mie­rzyć cały świat i nie zna­la­złby pięk­niej­szej ko­biety. Jej wiel­kie, wy­ra­zi­ste oczy iskrzyły się, gdy na­po­tkały jego spoj­rze­nie. Dłu­gie rzęsy rzu­cały de­li­katny cień na za­ru­mie­nione po­liczki. Uśmiech­nęła się do niego nie­śmiało, a za­ra­zem z ra­do­ścią, na­dzieją i eks­cy­ta­cją.

Był nie tylko ocza­ro­wany. Był w pie­kle.

Przez dwa­na­ście dni po ślu­bie sku­tecz­nie jej uni­kał, choć bo­le­śnie, nie­mal pod­skór­nie, czuł jej obec­ność w Rath Hall. Sły­szał jej kroki, sły­szał jej głos przez ściany, wy­czu­wał jej za­pach, gdy znaj­do­wała się w tym sa­mym po­miesz­cze­niu.

Była na­jeźdź­czy­nią - ta śliczna istotka z nie­win­nymi oczami, peł­nymi ustami i cia­łem. Za­wład­nęła jego umy­słem. Nie było mi­nuty, by o niej nie my­ślał.

I nie tylko o niej, lecz także o Joh­nie.

Nie­świa­do­mie stała się jego straż­niczką.

Jak, do dia­bła, miał pójść z nią na przy­ję­cie u ciotki, skoro wy­glą­dała w ten spo­sób? Każdy męż­czy­zna pra­gnąłby jej tak jak on.

Za­sta­na­wiał się, czy jego nie­zdol­ność do zbli­że­nia z Li­lith nie jest oznaką trwal­szego pro­blemu. Lecz pa­trząc te­raz na Pa­tience, miał cał­ko­witą pew­ność, że nie cho­dzi o żadną ułom­ność ciała - poza wy­raź­nym, do­tkli­wym dys­kom­for­tem w spodniach.

Po­wiedz coś, na­ka­zał so­bie.

- Do­bry wie­czór - od­chrząk­nął, gdy sta­nęła u jego boku, tak drobna i ku­sząca, że pra­gnie­nie, by jej do­tknąć, nie­mal spra­wiało mu ból. - Księżno.

- Czy Wa­szej Kró­lew­skiej Mo­ści po­doba się moja suk­nia? - za­py­tała. - Czy bę­dzie pan za­do­wo­lony, przed­sta­wia­jąc mnie to­wa­rzy­stwu? Czy po­do­bam się panu?

Do­bry Boże, czy ona na­prawdę pra­gnęła mu się po­do­bać?

Ża­ło­wał, że uni­kał jej przez ostat­nie dwa ty­go­dnie, choć wie­dział, że było to ko­nieczne. Sam dźwięk tych słów, wy­po­wie­dzia­nych jej peł­nymi, ró­żo­wymi ustami, spra­wił, że krew za­wrzała mu w ży­łach.

Ski­nął głową, nie mo­gąc ode­rwać wzroku od jej warg.

- Ow­szem - wy­chry­piał. - Bar­dzo mi się po­do­basz, księżno.

Głowę miał zu­peł­nie pu­stą. To mu­siały być jej usta. Ta­kie usta nie miały prawa ist­nieć. Pełne, mięk­kie, z łu­kiem ku­pi­dyna, który ide­al­nie wpi­sy­wał się w de­li­katne wgłę­bie­nie po­środku dol­nej wargi. Jak sma­ko­wa­łyby na jego ję­zyku? Czy mia­łyby smak tru­ska­wek, jak so­bie wy­obra­żał? A może wi­śni? Albo róż, któ­rych za­pach za­wsze uno­sił się wo­kół niej? Czy wes­tchnę­łaby, gdyby mu­snął jej wargi swo­imi?

W na­stęp­nej chwili ob­jął ją ra­mio­nami, przy­cią­gnął do piersi i po­ca­ło­wał. Mu­siał się po­chy­lić, by do­się­gnąć jej twa­rzy - była taka drobna.

Miękka.

Jej usta były naj­mięk­szą rze­czą na świe­cie. Słod­kim nek­ta­rem, który roz­pa­lił jego ciało. Wsu­nął ję­zyk mię­dzy jej wargi, a ona nie­śmiało go przy­jęła. Pra­gnął jej. Be­stia w nim sza­lała. Mu­siał świa­do­mie się po­wstrzy­my­wać, by nie ro­ze­drzeć de­li­kat­nej ko­ronki i je­dwa­biu, by nie strą­cić na pod­łogę krysz­tał­ków na­szy­tych na rę­ka­wach, a po­tem nie wziąć jej tak, jak tego pra­gnął.

Jęk­nęła w jego usta i zmię­kła w jego ra­mio­nach. Do­tyk jej ciała, za­pach róż w noz­drzach dzia­łały jak ożyw­czy elik­sir krą­żący w jego krwi. Nie czuł się już jak męż­czy­zna. Czuł się jak sam ogień. A ona była jego pa­li­wem, po­wie­trzem, ża­rem i cie­płem. Boże, mu­siał ją mieć.

Była jego żoną. To mo­gło być praw­dziwe mał­żeń­stwo. Czuł, że pra­gnie go tak samo, jak on pra­gnął jej. Mógłby ją do sie­bie do­pu­ścić, roz­ma­wiać z nią, ja­dać z nią ko­la­cje, po­znać ją...

Chciał tego.

Co on wła­ści­wie ro­bił?

Od­su­nął się i ją pu­ścił.

Chciał tylko jed­nego łyku jej nie­win­no­ści, jej czy­sto­ści. Bli­skość z nią, słu­cha­nie jej głosu - na­wet jej na­iwne py­ta­nia - ko­iły w nim coś jak bal­sam.

Od­dy­chała rów­nie ciężko jak on. Ku­szące pół­kule jej piersi uno­siły się i opa­dały. Była za­ru­mie­niona, jej wargi czer­wone od jego po­ca­łun­ków - i po­do­bała mu się taka. Oczy miała wiel­kie i ciemne, pa­trzyła na niego py­ta­jąco.

Drżała.

Uświa­do­mił so­bie, że on rów­nież drży.

- Pro­szę - wy­szep­tała. - Co to było?

- Twój po­ca­łu­nek - od­parł.

- Mój pierw­szy po­ca­łu­nek... - po­wtó­rzyła, do­ty­ka­jąc pal­cami warg.

Chciał być dla niej pierw­szym we wszyst­kim.

Je­dy­nym.

- To do­brze.

Chciał ze­psuć ją na swój wy­stępny spo­sób, na­pić się jej nie­win­no­ści i na­uczyć ją wszyst­kiego o ciele i roz­ko­szy. Ale nie mógł.

- Chodźmy, księżno - po­wie­dział, wpro­wa­dza­jąc nie­zbędny dy­stans. - Moja ciotka za­pewne na nas czeka.

Gdy wy­szli i wsie­dli do po­wozu, całe jego je­ste­stwo wciąż chwiało się od po­ca­łunku, od po­tęgi po­żą­da­nia, które go po­chło­nęło. Niech to szlag. Zro­zu­miał pro­stą prawdę: nie po­prze­sta­nie na jed­nym po­ca­łunku. Bez względu na kon­se­kwen­cje.

Kiedy je­chali po­wo­zem przez lasy w dro­dze do Lon­dynu, sie­działa sku­lona w prze­ciw­le­głym rogu - taka mała i nie­winna. Bo­le­śnie pra­gnął przy­siąść obok i wziąć ją w ra­miona. Do dia­bła - nie po­wi­nien tego ro­bić. Dał jej już bez­pie­czeń­stwo, sta­bil­ność i bo­gac­two. Nie mógł - nie po­wi­nien - ofia­ro­wać swo­jej em­pa­tii ani serca. To by­łoby jak oszu­stwo.

A jed­nak...

- Coś nie tak? Zimno ci? - za­py­tał, już się­ga­jąc do płasz­cza.

- Tro­chę... - od­parła, pa­trząc na niego wiel­kimi oczami, które ciem­niały, gdy jej spoj­rze­nie śli­zgało się po jego ra­mio­nach.

Pa­trzył, jak okrywa się jego płasz­czem, i ży­czył so­bie, by to były jego ra­miona. Przy­bli­żyła twarz do ma­te­riału. Czy go po­wą­chała? Za­do­wo­le­nie roz­le­wało się w jego ży­łach, gdy wi­dział, jak jego płaszcz ją osła­nia i chroni. Herb Ra­thów - czer­wony lew w pło­mie­niach - był ni­czym znak dla ca­łego świata, że na­leży do niego.

- To ra­czej... hm... nerwy - przy­znała.

- Nerwy? U cie­bie? - za­py­tał.

- Tak! Ni­gdy nie by­łam na przy­ję­ciu w May­fair... w ogóle ni­gdy nie by­łam na żad­nym przy­ję­ciu! Co mam mó­wić? Jak się za­cho­wy­wać? O co wolno mi py­tać...? A je­śli po­wiem coś, co cię za­wsty­dzi?

- Za­wsty­dzi mnie?

Ro­zu­miał jej nie­po­kój pro­win­cjo­nal­nej dziew­czyny, która wkra­czała do wiel­kiego świata. Za­sko­czyło go jed­nak, że na­wet te­raz mar­twiła się tym, by go nie ośmie­szyć.

Nie do­ce­nił jej. Ani wpływu, jaki na niego miała.

- Tak, cie­bie - od­parła. - Wy­cho­wa­łeś się w tym świe­cie. Wszy­scy pa­trzą na cie­bie z po­dzi­wem. Wielki, bo­gaty, po­tężny książę. Ja na­to­miast wiem, jak to jest, gdy wszy­scy spo­glą­dają na cie­bie z góry. Nie chcę, by przez sko­ja­rze­nie ze mną spo­tkało to i cie­bie.

Coś w jego sercu stop­niało. Po­trzeba, by ją ob­jąć, ści­snęła mu pierś.

- Słodka dziew­czyno - po­wie­dział, przy­su­wa­jąc się do niej. - Kom­plet­nie nie ob­cho­dzi mnie, co my­ślą o mnie inni. Ale je­śli kto­kol­wiek od­waży się pa­trzeć na cie­bie z góry, po­zna moc mo­jego gniewu.

Serce nie­mal mu pę­kło, gdy jej twarz roz­świe­tlił pro­mienny, to­piący lód uśmiech - uśmiech, który już zdą­żył tak do­brze po­znać w tym krót­kim cza­sie.

- Chyba twój tem­pe­ra­ment ma też do­bre strony - wes­tchnęła z ulgą. - Pew­ność sie­bie. Chcia­ła­bym mieć jej wię­cej.

Jego pew­ność sie­bie? Gdyby tylko wie­działa...

Chciał do­świad­czać świata tak jak ona - jako pro­stego, cu­dow­nego miej­sca. Chciał mieć jej cie­ka­wość lu­dzi i świata, jej pra­gnie­nie więzi, jej en­tu­zjazm. On od in­nych chciał tylko jed­nego - by dali mu spo­kój.

- Nie myśl o pew­no­ści sie­bie - mruk­nął.

Do­bry Boże, czy on ją po­cie­szał? Od kiedy stał się taki opie­kuń­czy?

A jed­nak mó­wił da­lej, nie­zdolny zo­sta­wić jej w nie­po­koju, pra­gnąc pod­nieść ją na du­chu.

- Nie po­trze­bu­jesz pew­no­ści sie­bie, by prze­trwać ten wie­czór. Ja będę miał jej dość za nas dwoje. Gdy­bym miał choć kro­plę two­jego na­tu­ral­nego uroku i szcze­ro­ści, nie mu­siał­bym stra­szyć lu­dzi.

Jej uśmiech ko­lejny raz roz­świe­tlił mrok po­wozu jak słońce.

- Mnie nie stra­szysz - wy­szep­tała, pa­trząc na niego z bły­skiem w oczach.

Och... Lu­cy­fe­rze.

Go­dzinę póź­niej do­tarli do May­fair, a jego ciotka przy­wi­tała ich z nie­skry­wa­nym en­tu­zja­zmem.

- Ko­chana moja - za­wo­łała, przy­glą­da­jąc się Pa­tience i uj­mu­jąc jej dło­nie w swoje. - Je­steś nie do po­zna­nia!

Pa­tience się roz­pro­mie­niła, a serce Do­riana na­brzmiało, gdy praw­dziwa ra­dość roz­świe­tliła twarz jego dro­giej ciotki. Była je­dyną osobą, która oka­zała jemu i Cha­stity współ­czu­cie i ludzką życz­li­wość po tym, jak ich matkę ode­słano. Ża­ło­wał tylko, że nie oże­nił się wcze­śniej, skoro to miało ją tak uszczę­śli­wić. Za­raz po­tem po­czuł ukłu­cie winy na myśl, że to wszystko po­trwa tylko rok i nie bę­dzie wnu­ków, o któ­rych tak ma­rzyła.

- Ni­gdy w ży­ciu nie ma­rzy­łam o tak pięk­nych suk­niach - po­wie­działa Pa­tience. - Te, które mi pani po­da­ro­wała, są wspa­niałe!

- Cała przy­jem­ność po mo­jej stro­nie - od­parła lady Bu­cha­nan, pusz­cza­jąc dło­nie Pa­tience i po­sy­ła­jąc Do­ria­nowi chy­tre spoj­rze­nie. - I wy­raź­nie prze­szłaś samą sie­bie tą suk­nią ba­lową! Zga­dzasz się, ko­chany, że twoja żona wy­gląda olśnie­wa­jąco?

Wiel­kie oczy Pa­tience spo­częły na nim, lśniące na­dzieją. Zda­wało się, że wstrzy­mała od­dech. Do­rian ski­nął głową, to­nąc w ich błę­ki­cie.

- Za­piera dech w pier­siach - od­rzekł. Ujął jej dłoń i wsu­nął ją pod swoje zgięte ra­mię.

Przez kilka chwil stali tak, ze sple­cio­nymi spoj­rze­niami, a on znów po­czuł zna­jomy im­puls, by przy­cią­gnąć ją bli­żej i po­ca­ło­wać.

Ciotka prze­rwała jego grzeszne my­śli, na­chy­la­jąc się do jego ucha.

- Spi­sa­łeś się wspa­niale, mój drogi. Moje wnuki będą piękne! Bła­gam, do­pil­nuj, by wa­sze mał­żeń­stwo ukła­dało się bez za­rzutu.

Serce Do­riana za­marło. Gdyby tylko wie­działa, że to mał­żeń­stwo było ska­zane na klę­skę, za­nim się za­częło.

- Pa­tience... czy mogę mó­wić do cie­bie po imie­niu? Wiem, że po­win­nam mó­wić "księżno", ale po­my­śla­łam, że nie bę­dziesz miała nic prze­ciwko. A ty zwra­caj się do mnie "cio­ciu", nie "lady Bu­cha­nan".

Pa­tience ski­nęła głową.

- To wspa­niały po­mysł! Zde­cy­do­wa­nie wolę tak.

- Do­sko­nale. A te­raz po­wiedz mi, Pa­tience, jak Do­rian cię trak­tuje? - za­py­tała, wyj­mu­jąc dłoń Pa­tience spod ra­mie­nia Do­riana i wsu­wa­jąc ją pod swoje, po czym po­pro­wa­dziła ją w stronę stołu z pon­czem i kie­lisz­kami.

Do­rian po­dą­żył za nimi na tyle bli­sko, by sły­szeć.

- Bar­dzo do­brze - od­parła Pa­tience i zer­k­nęła na Do­riana. - Ma pani wspa­nia­łego sio­strzeńca.

- Och, wiem o tym - od­parła jego ciotka z za­do­wo­lo­nym uśmie­chem. - Je­śli wy­daje się mru­kliwy albo za­czyna war­czeć, nie bierz tego do sie­bie. W głębi serca to na­prawdę słodki chło­piec.

Do­rian miał ochotę za­war­czeć w od­po­wie­dzi, lecz się po­wstrzy­mał. Gdy ciotka opro­wa­dzała jego i Pa­tience po sali ba­lo­wej, przed­sta­wia­jąc ich waż­nym oso­bi­sto­ściom to­wa­rzy­stwa, my­ślał tylko o tym, jak ochro­nić swoją piękną żonę przed dra­pież­nymi spoj­rze­niami in­nych męż­czyzn.

Była na­iwna, a oni mo­gliby ją zmiaż­dżyć. Nie­któ­rzy chcie­liby z niej kpić, bo po­cho­dziła z ubo­giej li­nii szla­chec­kiej. Może na­wet wie­dzieli o skan­dalu zwią­za­nym z jej na­zwi­skiem. Inni, dra­pież­nicy tacy jak on, chcie­liby wy­ko­rzy­stać jej nie­win­ność, by ją uwieść.

Czuł, jak skóra cierp­nie mu na karku, gdy po­ru­szali się po sali wy­peł­nio­nej dwoma albo na­wet trzema tu­zi­nami go­ści. Wszy­scy ob­rzu­cali jego żonę cie­kaw­skimi spoj­rze­niami. Nie­które były osą­dza­jące. Inne - jak prze­wi­dział - pełne mę­skiego za­chwytu i po­żą­da­nia. Ze­wsząd do­bie­gały szepty.

Ciotka za­trzy­mała się przed grupą lu­dzi, sta­wia­jąc Pa­tience dum­nie u swego boku. Wo­kół nich utwo­rzył się krąg no­wych zna­jo­mych, a jego żona zna­la­zła się w cen­trum uwagi.

Lord Ben­tley, dżen­tel­men w wieku jego ciotki, ode­zwał się:

- Wa­sza Ksią­żęca Mość, do­sko­nale so­bie pani ra­dzi. Musi pani być po­jętną uczen­nicą. To cenna ce­cha dla księż­nej, która ma przed sobą tak stromą drogę w to­wa­rzy­skiej hie­rar­chii.

Do­rian się na­piął, już otwie­ra­jąc usta, by bro­nić żony. Ku swo­jemu za­sko­cze­niu spo­strzegł jed­nak, że Pa­tience nie sku­liła się ani nie spe­szyła.

Za­śmiała się i ob­da­rzyła lorda Ben­tleya tym ja­snym, mi­go­czą­cym uśmie­chem, który zda­wał się roz­świe­tlać całe po­miesz­cze­nie.

- Ma pan ra­cję, lor­dzie Ben­tley, to była nie­zła po­dróż. Cał­kiem nie­dawno zna­la­złam się w nie­zręcz­nej sy­tu­acji. Je­stem tak przy­zwy­cza­jona do ro­bie­nia wszyst­kiego sama, że zu­peł­nie za­po­mnia­łam o ca­łej ar­mii służby do mo­jej dys­po­zy­cji. Przez do­bre pół go­dziny szu­ka­łam mio­tły, by za­mieść nie­wielki ba­ła­gan w swo­ich kom­na­tach, po czym przy­po­mnia­łam so­bie, że mogę po pro­stu za­dzwo­nić po po­ko­jówkę!

Pa­trzył na nią z po­dzi­wem, gdy pa­nie i pa­no­wie wo­kół nich się ro­ze­śmiali. Na­pię­cie w jego piersi ze­lżało. Nie mu­siała się mar­twić o pew­ność sie­bie - była od­ważna nie tylko wo­bec niego, gdy za­da­wała py­ta­nia i wy­su­wała prośby.

Ona była po pro­stu... sobą.

Nie mógł ode­rwać od niej wzroku, gdy z cza­ru­ją­cym uśmie­chem cią­gnęła:

- A po­tem nie­mal do­pro­wa­dzi­łam swoją po­ko­jówkę do omdle­nia. Po­nie­waż nie było przy mnie mo­jej sio­stry Anne, bez­wied­nie za­czę­łam ce­ro­wać nie­wielką dziurkę w poń­czo­sze, ku prze­ra­że­niu tej bied­nej Fran­cuzki! Upie­rała się, że ta­kie za­ję­cia są nie­godne księż­nej, i po­rwała "winny" przed­miot, po­zo­sta­wia­jąc mnie z roz­wa­ża­niami nad ta­jem­ni­czymi oby­cza­jami ary­sto­kra­cji.

Gdy wszy­scy znów się ro­ze­śmiali, Do­rian bez trudu wy­obra­ził so­bie szok fran­cu­skiej po­ko­jówki, którą ka­zała za­trud­nić pani Kni­ght. To rów­nież na­peł­niło go cie­płym roz­ba­wie­niem. Jego dłoń zna­la­zła się bli­sko ra­mie­nia Pa­tience. Czuł mię­dzy sobą a żoną iskry ener­gii, ni­czym drobne roz­bły­ski przy­jem­no­ści.

W trak­cie roz­mowy do grupy po­de­szła wdowa księżna Gran­dhamp­ton wraz z lady Ha­zel Fit­zge­rald, naj­star­szą z młod­szych sióstr księ­cia Kel­ford, która wy­glą­dała na bar­dzo zde­ner­wo­waną. Do­rian przy­wi­tał star­szą damę z sza­cun­kiem - znał do­brze jej wnuka, Spen­cera Se­atona. Wdowa była jedną z naj­bliż­szych przy­ja­ció­łek jego ciotki. Pa­nie przy­wi­tały się ser­decz­nie. W siód­mej de­ka­dzie ży­cia miała prze­ni­kliwe, błę­kitne oczy i per­fek­cyj­nie uło­żone siwe włosy.

- Mu­szę po­wie­dzieć - oznaj­miła - że to od­świe­ża­jące spo­tkać księżnę o tak przy­ziem­nej na­tu­rze i z nową per­spek­tywą.

Zga­dzał się z tym. Tak jak jego ciotka i wszy­scy wo­kół, był ocza­ro­wany wła­sną żoną. Czuł w so­bie sprzecz­ność: dumę, że ma taką ko­bietę u swego boku, i jed­no­cze­śnie pra­gnie­nie, by za­trzy­mać ją tylko dla sie­bie i nie po­zwo­lić dra­pież­ni­kom z to­wa­rzy­stwa przy­ga­sić jej świa­tła.

Kto by po­my­ślał, że młoda i nie­winna dziew­czyna okaże się dla niego ide­alną żoną i to­wa­rzyszką?

Kto by po­my­ślał, że tak bar­dzo mu się to spodoba?

Gdy ciotka za­pro­wa­dziła Pa­tience do ko­lej­nej grupy, a Pa­tience wciąż wszyst­kich cza­ro­wała, Do­rian do­strzegł Spen­cera z Jo­anną i prze­pro­sił, by za­mie­nić kilka słów ze sta­rym przy­ja­cie­lem i jego żoną.

Wkrótce od­na­leźli go Lu­cien i Con­stan­tine. Czy mógł ufać któ­re­mu­kol­wiek z nich w spra­wach Pa­tience tak, jak Spen­cer nie­dawno za­ufał jemu, po­wie­rza­jąc mu ochronę Jo­anny?

Lord Spen­cer Se­aton wró­cił do Lon­dynu w ze­szłym roku po przy­mu­so­wym wcie­le­niu do woj­ska. Stra­cił ty­tuł księ­cia i wszystko inne, po­nie­waż uznano go za zmar­łego. Trudno mu było się od­na­leźć, a to panna Jo­anna Digby przy­wró­ciła go do ży­cia, gdy ra­zem sta­wiali czoła wspól­nemu wro­gowi. Spen­cer po­pro­sił Do­riana, by czu­wał nad Jo­anną, a on obro­nił ją przed po­tęż­nym męż­czy­zną, który pró­bo­wał ich za­bić.

Za­nim zdą­żył dłu­żej się nad tym za­sta­na­wiać, przy­ja­ciele od­cią­gnęli go do pu­stego po­koju obok sali ba­lo­wej.

- Jak się czu­jesz po Eli­zjum? - za­py­tał Lu­cien. - Wy­sze­dłeś wcze­śniej. Wszystko w po­rządku?

- W po­rządku. Ja... hm... - Obej­rzał się przez ra­mię, by się upew­nić, że nikt ich nie sły­szy. - Nie sko­rzy­sta­łem z usług Li­lith.

Przy­ja­ciele spoj­rzeli po so­bie.

- Dla­cze­góż to? - za­py­tał Lu­cien.

Pryde wes­tchnął głę­boko. Jego kasz­ta­nowe oczy wy­ra­żały zro­zu­mie­nie.

- Bo w głębi du­szy jest lo­jal­nym czło­wie­kiem. Ma żonę i nie zhań­biłby jej ho­noru z inną ko­bietą.

Do­rian po­czuł, jak na­pi­nają mu się szczęki, i ski­nął głową. Pryde ro­zu­miał kwe­stie ho­noru jak mało kto.

- Mó­wi­łem ci, że stą­pasz po cien­kim lo­dzie, przy­ja­cielu. Ostrze­ga­łem cię, że to ka­ta­stro­falne mał­żeń­stwo.

- Je­śli chce się ko­chać z wła­sną żoną, co w tym złego? - za­py­tał Lu­cien. - Spójrz na nią. Gdyby była moja, nie wy­cho­dził­bym z jej łóżka.

Ostra fala za­zdro­ści spra­wiła, że Do­rian za­ci­snął zęby. Wszy­scy trzej spoj­rzeli na Pa­tience, którą wi­dzieli przez otwarte drzwi. Stała kil­ka­na­ście kro­ków da­lej, pro­mienna, śmie­jąca się dźwięcz­nie i roz­ba­wia­jąca wszyst­kich wo­kół. Jej spoj­rze­nie szybko od­na­la­zło Do­riana i znów po­czuł tę samą eu­fo­rię co pod­czas po­ca­łunku.

- Udajmy, że nie wspo­mnia­łeś o mo­jej żo­nie i swoim łóżku w jed­nym zda­niu - wark­nął przez za­ci­śnięte zęby. - Na­stęp­nym ra­zem, gdy za­su­ge­ru­jesz coś po­dob­nego, po­że­gnasz się z ży­ciem.

Pryde przy­gryzł dolną wargę, wy­su­wa­jąc pod­bró­dek.

- Rath, opa­nuj się. War­czysz na naj­lep­szego przy­ja­ciela. Od­ma­wiasz spół­ko­wa­nia z kim­kol­wiek poza żoną. Wy­raź­nie jej pra­gniesz.

Szczęki Do­riana za­ci­snęły się tak mocno, że nie­mal za­bo­lały.

- On ma ra­cję - zgo­dził się Lu­cien.

- Mu­sisz się za­sta­no­wić, co z tym zro­bisz - na­le­gał Pryde. - Pra­gniesz bli­sko­ści z żoną, ale wy­raź­nie nie mo­żesz po­wie­dzieć jej wszyst­kiego. To nie do­ty­czy tylko cie­bie. My dwaj też je­ste­śmy winni. Po­mo­gli­śmy ci to ukryć. Za­aran­żo­wa­li­śmy sa­mo­bój­stwo. Okła­my­wa­li­śmy wszyst­kim przez dwa­na­ście lat.

Lu­cien wes­tchnął.

- Prze­pra­szam. Tylko się z tobą dro­czę, przy­ja­cielu. Ni­gdy nie pró­bo­wał­bym uwieść two­jej żony.

Do­rian ski­nął głową.

- Wiem. Wiem. Nie po­tra­fię pa­trzeć na nią, nie przy­po­mi­na­jąc so­bie tam­tego zda­rze­nia w Oks­for­dzie z jej bra­tem.

- Wa­sza Ksią­żęca Mość - ode­zwał się zdła­wiony ko­biecy głos... który aż na­zbyt do­brze znał.

Od­wró­cił się i zo­ba­czył Pa­tience w progu.

- Ja­kież to zda­rze­nie zwią­zane z moim bra­tem? - za­py­tała.

Do­rian znie­ru­cho­miał, serce cią­żyło mu jak ka­mień.

Do­bry Boże, jak to moż­liwe, że po­de­szła tak bli­sko, skoro przed chwilą wi­dział ją roz­ma­wia­jącą z grupą lu­dzi kilka kro­ków stąd?

Jej oczy były sze­roko otwarte. Świa­tło, które wi­dział w nich jesz­cze kilka mi­nut wcze­śniej, zga­sło. Znik­nęła też iskrząca więź mię­dzy nimi.

Co on so­bie w ogóle wy­obra­żał? Ca­ło­wać ją... być z niej dum­nym... wy­obra­żać so­bie ży­cie, któ­rego i tak ni­gdy nie będą mieli?

To było jego prze­zna­cze­nie - strzec strasz­li­wego se­kretu. Być nie­szczę­śli­wym. Być sa­mot­nym.

Szu­kał wła­ści­wych słów, lecz wy­du­sił z sie­bie tylko:

- Pa­tience, ja...

- Zna­łeś go? - za­żą­dała od­po­wie­dzi.

Serce biło mu jak osza­lałe. Wstyd i strach nie­mal za­głu­szały roz­są­dek. Ściany zda­wały się na­pie­rać. Se­kret, który tak sta­ran­nie chro­nił, był te­raz za­gro­żony ob­na­że­niem ni­czym otwarta rana. Nie po­tra­fił tego znieść - zwłasz­cza po tym, jak po­zwo­lił so­bie uwie­rzyć, choćby na chwilę, że mię­dzy nim a Pa­tience może być coś praw­dzi­wego.

- Do­syć! - ryk­nął, a jego głos od­bił się echem w kom­na­cie, gdy ude­rzył pię­ścią w sto­jący obok stół, strą­ca­jąc na pod­łogę ozdobny wa­zon.

Odłamki por­ce­lany roz­sy­pały się po po­koju. Gwar roz­mów w są­sied­niej sali ucichł. Kilka osób po­de­szło do drzwi, by zaj­rzeć do środka.

- Do­ria­nie... - po­wie­dział ci­cho Lu­cien, ty­po­wym dla sie­bie ostrze­gaw­czym to­nem. - To już za­szło tro­chę za da­leko.

- Wa­sza Ksią­żęca Mość, pro­szę... - wy­szep­tała Pa­tience, ro­biąc nie­pewny krok w jego stronę, z oczami peł­nymi stra­chu i tro­ski.

Lo­kaj po­spiesz­nie pod­szedł, by ze­brać odłamki wa­zonu.

- Zo­stań tam! - wark­nął Do­rian do Pa­tience, nie­zdolny po­wstrzy­mać fu­rii, która go za­le­wała. - Nie ro­zu­miesz sił, ja­kie tu dzia­łają, ani nie­bez­pie­czeń­stwa, na ja­kie się na­ra­żasz, szu­ka­jąc od­po­wie­dzi!

Pa­tience za­wa­hała się, marsz­cząc brwi.

- Ale dla­czego? O co ja wła­ści­wie za­py­ta­łam?

- Nie będę od­po­wia­dał na py­ta­nia na­iw­nej, wy­cho­wa­nej pod klo­szem dziew­czyny, która nie zna praw­dzi­wego świata!

Gdy tylko te słowa opu­ściły jego usta, Do­rian spo­strzegł, jak bar­dzo zra­nił swoją żonę. Twarz Pa­tience po­bla­dła, jakby wy­mie­rzył jej po­li­czek. I w tej chwili wie­dział, że te ma­leń­kie prze­bły­ski szczę­ścia, na które po­zwo­lił so­bie wcze­śniej tego dnia, wła­śnie zga­sły.

- Skoro tak pan na­prawdę uważa, Wa­sza Ksią­żęca Mość - wy­szep­tała ła­mią­cym się gło­sem - nie będę już wię­cej spra­wiać panu kło­potu.

Z ostat­nim, peł­nym bólu spoj­rze­niem od­wró­ciła się i wy­bie­gła z kom­naty, zo­sta­wia­jąc Do­riana po­śród wpa­tru­ją­cych się w niego dam i dżen­tel­me­nów, wśród szcząt­ków jego fu­rii.

- Pryde, ni­gdy nie mia­łeś wię­cej ra­cji. Nie ma dwojga lu­dzi bar­dziej nie­od­po­wied­nich dla sie­bie niż ona i ja.