LEKCJE HARMONII
Informacje ze szkolnych katalogów klasyfikacyjnych znaczą pinezkami kolejne miejsca zamieszkania Żeleńskich na mapie Krakowa. Są więc: Szewska 25, Szewska 15, Świętego Krzyża 7, Gołębia 5 i wreszcie - jesienią 1888 roku - Sebastiana 10. Pięć adresów w ciągu siedmiu lat.
We wrześniu 1881 roku siedmioletni Tadeusz rozpoczyna naukę w drugiej klasie Wzorowej Szkoły Ćwiczeń przy męskim seminarium nauczycielskim. Szkoła mieści się w pałacu Larischa na rogu Brackiej i placu Franciszkańskiego.
W pierwszych miesiącach pobytu Tadeusza w Krakowie zarysowują się różnice dzielnicowe. W mowie potocznej używa słów, które w Galicji są tępione lub niezrozumiałe. Co ciekawe, są to germanizmy: na rysik mówi szyfer, na dworzec - banhof. Uczy się dobrze. W 1884 roku kończy czwartą klasę z bardzo dobrymi ocenami ze wszystkich przedmiotów. Obyczaje ma wzorowe, a pilność wytrwałą. Ma też dużo przekory, o czym świadectwo nie mówi. Kiedy matka zabrania mu powtarzania fragmentu z operetki Gasparone Karla Millöckera: "Pół dnia dla faceta trwa jej tualeta, by skokietować, by skokietować, by skokietować go", chłopiec śpiewa tak: "łóp ańd ald atecaf, awrt jej atelaut, yb ćawoteikoks, yb ćawoteikoks, yb ćawoteikoks og".
Jesienią 1884 roku Tadeusz rozpoczyna naukę w szacownym Gimnazjum św. Anny, inaczej Nowodworskiego, które za dwa lata będzie świętowało trzechsetną rocznicę założenia[4*]. Uczyli się tu Sobiescy, Jan Matejko, ojciec Tadeusza, kuzyni: Włodzimierz i Kazimierz Tetmajerowie. Do starszych klas uczęszczają: Stanisław Wyspiański, Józef Mehoffer, Stanisław Estreicher i przyszły chirurg Stanisław Ruff, z którym Tadeusz zginie tej samej nocy.
Stanisław Gabriel, Edward Narcyz i Tadeusz Kamil Marcjan Żeleńscy, około 1880 roku
Poziom nauczania w Gimnazjum św. Anny jest wysoki. Każdego roku w klasie Tadeusza pojawia się od dwóch do siedmiu uczniów drugorocznych. W pierwszym roku nauki klasa liczy sześćdziesięciu czterech uczniów, w ósmym - zaledwie trzydziestu. Chłopcy uczą się języków polskiego, niemieckiego, łaciny i greki, matematyki, geografii i historii, nauk przyrodniczych, kaligrafii, stenografii, propedeutyki filozofii, gimnastyki i religii. Nauczyciele i wychowawcy kładą nacisk na kult poezji romantycznej i podtrzymywanie tradycji patriotycznych.
Status społeczny uczniów w klasie jest zróżnicowany. Są to synowie chłopów, rzemieślników, nauczycieli, profesorów uniwersytetu; znajduję kilka nazwisk z arystokracji.
W skali oceniania stosowanej w Gimnazjum św. Anny obyczaje Tadeusza utrzymują się na średnim poziomie, określanym jako "odpowiednie". Jedynie w pierwszym półroczu klasy pierwszej otrzymuje notę chwalebną. W klasie szóstej nauczyciele ocenią jego zachowanie na dość dobre, w klasach siódmej i ósmej na dobre.
W dorosłym życiu Tadeusz też wystawi notę dawnym nauczycielom. We wspomnieniach z lat szkolnych przywoła postać Kowalikowskiego, opiekuna klasy we Wzorowej Szkole Ćwiczeń, który przysypiał na lekcjach. "Dopiero w tej chwili rodzi się we mnie podejrzenie, że on lubił się napić" - napisze w 1934 roku. Nieco wcześniej przypomni Józefa Feuchtingera, który "więcej niż dwa lata chodził swobodnie z objawami paraliżu postępowego", i dwóch nauczycieli podejrzewanych o homoseksualizm (wtedy karalny): katechetę N., który popełnił samobójstwo prawdopodobnie na wieść o złożonym doniesieniu, i łacinnika, który nauczał w starszych klasach - bez personaliów, ale nie anonimowo.
W narożnej kamienicy u zbiegu ulic Gołębiej i Wiślnej w latach osiemdziesiątych dziewiętnastego wieku po raz pierwszy zbiegają się ścieżki historyka literatury Stanisława Tarnowskiego i Tadeusza Żeleńskiego. W 1907 roku Tadeusz napisze wierszyk O bardzo niegrzecznej literaturze polskiej i jej strapionej ciotce. Starą ciotką będzie Tarnowski, siostrzeniec Józio będzie "modernistą", wcieleniem nowych kierunków artystycznych.
Maria z Mohrów Kietlińska, właścicielka kamienicy przy ulicy Gołębiej 5, sugeruje, że Żeleńscy są nieco kłopotliwymi lokatorami. Nie pierwszymi w tym miejscu. W jej wspomnieniach najlepiej zapisał się hrabia Stanisław Tarnowski, który niegdyś mieszkał tu sam, a potem z rodziną. Tarnowski, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, prezes Akademii Umiejętności, był nieocenionym sąsiadem. Właścicielka kamienicy wylicza przymioty: "spokojny i delikatny, miał wzorowego kamerdynera Filipa" i - co istotne - "nie grał na niczym". Po Tarnowskim drugie piętro i część parteru zajął jego brat Jan z trzema synami i córką. Straszne psoty - pisze Kietlińska.
W 1887 roku do mieszkania na drugim piętrze wprowadza się rodzina Żeleńskich: Władysław z fortepianem i Wanda z synami: Stanisławem lat czternaście, Tadeuszem lat trzynaście i Edwardem lat dziesięć[5*]. Ulubioną rozrywką chłopców, podobnie jak wcześniej młodych Tarnowskich, jest upuszczanie przedmiotów wprost na głowy przechodniów idących ruchliwą ulicą Wiślną. Któregoś dnia szczotka do paznokci zrzucona z drugiego piętra rani w czoło młodą Czeszkę.
Maria Kietlińska: "Opatrzona przez nas prowizorycznie, wielce zirytowana dama udała się dorożką wprost na policję, gdzie już zastała p. Żeleńską pragnącą załagodzić niemiłą sprawę". Udało się, bo Czeszka i jej mąż należą do Towarzystwa Muzycznego.
I dalej: "Sytuacja o tyle była groźniejsza niż za Tarnowskich, że trzeba było wszystkie sprawki ukrywać przed popędliwością ich ojca, który - jak p. Żeleńska utrzymywała - gotów był w pasji zabić chłopaka"[1].
Z temperamentem Władysława Żeleńskiego sprawa jest skomplikowana. Dowcipny, jowialny, towarzyski, bywa też nieobliczalny. Wspomina średni syn: "Ojciec, najlepszy człowiek, przechodził z biegiem lat bardzo sarmacką ewolucję: z marzącego młodzieńca, jakiego widzę przed sobą na portrecie Grottgera, coraz bardziej przeistaczał się w wykapany obraz cześnika Raptusiewicza. Porywczość jego i niecierpliwość były przysłowiowe"[2].
W Krakowie Żeleński słynie z wybuchów gniewu, potrafi uderzyć w blat książką z nutami tak mocno, że ta rozkleja się na pół. Gwałtowne reakcje przechodzą mu szybko, ale ich skutki utrzymują się dłużej, bo irytacja kompozytora spada często na uczniów i uczennice na lekcjach harmonii. "Owa harmonia wbrew nazwie była wielce burzliwa i kończyła się często łzami" - wspomina Alina Świderska[3]. W metodach dydaktycznych Żeleński przypomina swojego nauczyciela Franciszka Mireckiego, który słynął w Krakowie z despotycznego usposobienia. Nad właściwym przebiegiem prywatnych lekcji dyskretnie z drugiego pokoju czuwa Wanda.
Synowie Żeleńskiego też kształcą się muzycznie. Lekcji w domu udziela im Antoni Płachecki, jeden z kilku nauczycieli Towarzystwa Muzycznego. O harmonii nie ma mowy.
"Lekcje - starała się o to matka - odbywały się w godzinach, gdy ojca nie było w domu; ale czasem ta matczyna dyplomacja zawodziła i ojciec stawał się przypadkowym lub umyślnym rewizorem nauki. Wówczas, niech ręka boska broni co się działo! Z ostatniego pokoju, kładąc pasjansa, słyszał "stary Żeleński" (nie taki stary wówczas) najlżejszy fałsz, najmniejszą skazę w rytmie; najpierw poprawiał niecierpliwie na odległość, krzycząc: "fis", głosem, od którego przyrastały palce do klawiszów; następnie, gdy kawałek z Leberta i Starka szedł coraz gorzej, ojciec wpadał jak burza do pokoju. Dostawało się i uczniowi, i nauczycielowi, a najgorsze, że z Płacheckim, jako z dawnym kolegą, ojciec był na "ty": ta forma miewa w krytycznych chwilach swoje poważne niebezpieczeństwo...
Huczał tedy salon od gromów ojca; na to wbiegała matka, która od początku lekcji z drżeniem nasłuchiwała każdego odgłosu. Widząc męża czerwonego, sinego niemal od krzyku, obejmowała go błagalnie:
- Władziu, nie irytuj się, zaszkodzisz sobie.
- Daj mi spokój! - prychał na nią ojciec.
- Władziu, na rany Boskie, ja też jestem człowiek i ojciec rodziny!
- Dureń jesteś!
- Władziu, nie mów tak do mnie, bo ja tu trupem padnę! - krzyczał Płachecki, również z krwią nabiegłymi oczami.
- Niechże pan męża nie drażni! - rzucała się ku niemu matka jak tygrysica.
- Ja też mam swój ambit! - wołał stary pijak i łzy kapały mu na brodę. A malec, na swoim wysokim obrotowym krześle, drżał tylko, byłby się pragnął schować pod klawiaturę"[6*][4].
Z trzech synów kompozytora dwóch zachowa zainteresowania muzyczne. Stanisław Gabriel będzie pobierał lekcje śpiewu. Maria Kietlińska zapamięta z koncertów jego "przyjemny lecz słaby głos tenorowy". Najmłodszy Edward będzie amatorsko komponował jak kiedyś jego dziadek Marcjan. Tadeusz będzie trzymał się z dala od muzyki.
Syn Stanisława Gabriela pisze o relacjach Tadeusza z ojcem w liście do Wojciecha Natansona: "Boy pisał o nim mało, raz w recenzji nazwał go "Święta Cecylia z wąsami", ale do tematu tego wracał rzadko. Czy Pan zna teorię Karola Estreichera, wypowiedzianą w książce o Chwistku, że Boy nie lubił swego ojca?[7*] Nawiasem dodam: sprawami koncertów i wydawnictw muzycznych ojca zajmował się do wojny 1914 nie Boy, lecz mój ojciec. Boy rzadko odwiedzał swego ojca, mój ojciec znacznie częściej"[5].
Konrad Wallenrod, pierwsza opera Władysława Żeleńskiego, ma prapremierę w lutym 1885 roku na scenie teatru we Lwowie. Publiczność przyjmuje ją owacyjnie[6]. Latem kompozytor prezentuje dzieło w Krakowie. Sukces podsuwa mu nowe pomysły. Komponuje operę do libretta według Balladyny Juliusza Słowackiego, nazwie ją Goplana.
Jedno z nielicznych wspomnień Tadeusza o ojcu dotyczy właśnie tego utworu. "W ten sposób cała moja młodość upłynęła pod znakiem Balladyny; pasjami lubiłem przysłuchiwać się, kiedy ojciec przegrywał ją i prześpiewywał komuś z przyjaciół muzyków" - napisze dwa lata po śmierci kompozytora[7].
Właścicielka kamienicy przegrywania nie lubi, choć wprost tego nie pisze. Żeleński ma bowiem ten zwyczaj, że siada do fortepianu o dwudziestej drugiej i długo odgrywa partie skomponowane w ciągu dnia.
Rok 1888 poprawia status społeczny rodziny. 1 lutego oficjalnie rozpoczyna działalność krakowskie Konserwatorium. W pomieszczeniach szkoły na pierwszym piętrze starego domu przy placu Szczepańskim 3 Władysław Żeleński spędza dużo czasu - jest dyrektorem, członkiem komisji szkolnej i nauczycielem.
Po blisko siedmiu latach pobytu w Krakowie Żeleńscy przenoszą się do własnego domu[8*]. Pieniądze na zakup piętrowej willi w ogrodzie przy ulicy św. Sebastiana 10 pochodzą ze schedy rodzinnej. Grodkowice przypadły tradycyjnie najstarszemu bratu, Stanisławowi Żeleńskiemu, ten rozlicza się z rodzeństwem.
"Kazimierz dostał grodkowicki folwark Cichawę z ładnym drewnianym dworkiem, a Władysława - muzyka spłacił" - pisze Zbigniew Sroczyński[8]. Po śmierci Stanisława w 1909 roku ogromny kredyt zaciągnięty na regulację rodzinnych zobowiązań będzie spłacał jego syn.
Otrzymany kapitał Władysław Żeleński lokuje w obligacjach i polach w rejonie Jasła, które uchodzą za naftowe.
Droga z placu Szczepańskiego na Sebastiankę, jak mówi się w rodzinie, zajmuje Władysławowi Żeleńskiemu około dwudziestu minut. Krakowianie rozpoznają sylwetkę kompozytora na Plantach. Jest wysoki, pochylony w ramionach do przodu - tę cechę zewnętrzną odziedziczy po nim Tadeusz. Chodzi zamyślony, często podśpiewuje głosem niskim, tubalnym.
Kiedykolwiek zjawi się w domu, czeka na niego świeży obiad, Wanda jada wspólnie z mężem bez względu na porę. Alina Świderska obserwuje życie tej rodziny podczas prywatnych lekcji u Żeleńskiego. "O żadnych kłopotach domowych nigdy w ogóle nie słyszał. Nic mu nie hamowało fantazji"[9].
Tylko krakowska oszczędność czasem wyprowadza Władysława Żeleńskiego z równowagi. Na przykład wtedy, gdy Marcelina Czartoryska na wieczorze muzycznym serwuje herbatę i kruche rurki. Żeleński, zaproszony do trio, w antrakcie zrywa się z krzesła i oświadcza księżnej: "Teraz pójdę do domu na kolację - proszę na mnie poczekać".
Obecna w salonie Maria Kietlińska wspomina: "Księżna nie brała do serca tej pauzy i przymówki do jej herbaty z cienkimi słomkami i cierpliwie wraz z całym towarzystwem na powrót mistrza czekała"[10].