Ksiądz Jerzy Popiełuszko. Ksiądz Jerzy Popiełuszko - Ewa Czaczkowska, Tomasz Wiścicki

-
Proszę czekać

Przypisy

[1] N. Davies, Boże igrzysko, Kraków 2002.

[2] Copia publica transumpti processui Servi Dei Georgii Popiełuszko in odium fidei uti fertur interfecti, anno 2001. Summarium, M. Popiełuszko, s. 61.

[3] Tamże.

[4] P. Nitecki, Znak zwycięstwa. Ksiądz Jerzy Popiełuszko (1947-1984), Warszawa 2002, s. 27.

[5] Copia publica... Summarium, M. Popiełuszko, s. 61.

[6] Copia publica... Summarium, J. Popiełuszko, s. 177.

[7] Copia publica... Summarium, M. Popiełuszko, s. 62. O warunkach życia w Okopach por. E. Gabrel, Suchowola. Dzieje parafii, Białystok 2001.

[8] Czasem w literaturze pojawia się jako data urodzenia rok 1910. Marianna Popiełuszko w procesie beatyfikacyjnym wyjaśniła: "Urodziłam się 17 lub 7 listopada 1920 roku w Grodzisku, w pow. białostockim. W dokumentach cywilnych posługuję się datą urodzenia 1.06.1910 roku". Patrz: Copia publica... Summarium, M. Popiełuszko, s. 61.

[9] M. Kindziuk, Matka Świętego. Poruszające świadectwo Marianny Popiełuszko, Kraków 2012, s. 19.

[10] Copia publica... Summarium, M. Popiełuszko, s. 62.

[11] O Okopach i Suchowoli patrz: E. Gabrel, Suchowola..., s. 15 i n.

[12] M. Kindziuk, Miałem taką ranę jak Chrystus, "Gość Niedzielny" 1999, nr 42.

[13] Zgadzałam się z wolą Bożą. Rozmowa z Marianną Popiełuszko, matką księdza Jerzego, w: Ks. Jerzy Popiełuszko: syn, kapłan, męczennik; wybór i opracowanie ks. Piotr Burgoński, ks. Cezary Smuniewski, Warszawa 2010, s. 42.

[14] Ileż ten chłopak przecierpiał. Z ks. kanonikiem Piotrem Bożykiem rozmawia ks. Jan Sochoń, "Recogito" 2001, nr 11; por. Był człowiekiem religijnie nienasyconym. O księdzu Jerzym Popiełuszce mówi ksiądz Piotr Bożyk, w: J. Popiełuszko, Dotknięcie Boga. Myśli, modlitwy, wywiady; wybrał, opracował i wstępem opatrzył ks. J. Sochoń, Warszawa 2000, s. 133 i n.

[15] Copia publica... Summarium, J. Popiełuszko, s. 177.

[16] Copia publica... Summarium, M. Popiełuszko, s. 61.

[17] Tamże, s. 98.

[18] E. Lewicki, Liceum Ogólnokształcące w Suchowoli w zarysie (1945-1999), mps., Archiwum Liceum Ogólnokształcącego im. ks. Jerzego Popiełuszki w Suchowoli. O szkole także w: Kronika 1961/1962 oraz Kronika 1964/1965.

[19] Ks. prof. J. Sochoń, Pejzaż Polski, w: A. Olędzki, Ksiądz Jerzy Popiełuszko. Spotkania po latach. Wywiady, Kraków 2010, s. 24.

[20] Copia publica... Summarium, ks. J. Sochoń, s. 420.

[21] Zgadzałam się z wolą Bożą. Rozmowa z Marianną Popiełuszko, matką księdza Jerzego, w: Ks. Jerzy Popiełuszko..., s. 34.

[22] Dzieje Archidiecezjalnego Wyższego Seminarium Duchownego w Białymstoku, 1945-1980, opr. ks. Jan Pankiewcz, w: Archidiecezjalne Wyższe Seminarium Duchowne w Białymstoku, Białystok 1981, s. 49.

[23] Copia publica... Summarium, M. Popiełuszko, s. 65.

[24] Ksiądz prof. J. Sochoń, Pejzaż Polski, w: A. Olędzki, Ksiądz Jerzy Popiełuszko..., s. 22.

[25] M. Kindziuk, Świadek prawdy. Życie i śmierć księdza Jerzego Popiełuszki, Częstochowa 2004, s. 44, 45.

[26] Tamże, s. 43.

[27] R. Okiński, Kształcenie i wychowanie młodego kleru, w: Soli Deo. Dwudziestopięciolecie pracy w Archidiecezji Warszawskiej Stefana kard. Wyszyńskiego, Prymasa Polski, Warszawa 1974, s. 55.

[28] O programie nauczania w seminarium warszawskim, formacji duchowej przyszłych duchownych, dyscyplinie w: Z. Jakubicki, Dzieje seminarium duchownego św. Jana Chrzciciela w Warszawie (1939-1988), praca magisterska z historii Kościoła napisana na Papieskim Wydziale Teologicznym w Warszawie, sekcja św. Jana Chrzciciela, pod kierunkiem ks. prof. dra hab. Ludwika Królika, Warszawa 1997, Archiwum Archidiecezjalne Warszawskie.

[29] Copia publica... Summarium, bp W. Miziołek, s. 24, 25.

[30] Copia publica... Summarium, ks. J. Sochoń, s. 421.

[31] M. Pabis, Ł. Kudlicki, Cuda księdza Jerzego, Kraków 2011, s. 165.

[32] Tamże, s. 19, 20.

[33] Copia publica... Summarium, ks. W. Wasiński, s. 288, 289.

[34] Kard. A. Kakowski, Regulamin dla alumnów seminarium św. Jana Chrzciciela w Warszawie, 1936 rok, w: Z. Jakubicki, Dzieje seminarium duchownego..., s. 178.

[35] Kronika 1967/1968, Archidiecezjalne Wyższe Metropolitalne Seminarium Duchowne (AWMSD).

[36] Kard. S. Wyszyński, Na zakończenie millenijnego Te Deum narodu i Kościoła w stolicy, 26 VI roku millenijnego 1966, w: Zbiór kazań Prymasa Tysiąclecia, Instytut Prymasowski Stefana kardynała Wyszyńskiego, maszynopis, Warszawa, t. 24, s. 152.

[37] E.K. Czaczkowska, Represje karno-administracyjne wobec uczestników milenijnych uroczystości w Warszawie w świetle materiałów archiwalnych IPN, w: Pół wieku Milenium. Religijne, polityczne i społeczne aspekty obchodów Tysiąclecia Chrztu Polski (1956-1966/1967), konferencja 12-13 maja 2016, red. B. Noszczak (tom w przygotowaniu).

[38] Teczka ewidencji operacyjnej ks. Jerzego Popiełuszki w: M. Kindziuk, Świadek prawdy..., s. 404-406.

[39] O teczkach ewidencyjno-operacyjnych księży: J.T. Żurek, W obliczu śmierci. Zabójstwa osób duchownych w powojennej Polsce (1944-1989, w: Represje wobec osób duchownych i konsekrowanych w PRL w latach 1944-1989, red. A. Grześkowiak, Lublin 2004, s. 263-322; Sejm Rzeczypospolitej Polskiej, X kadencja, Sprawozdanie Komisji Nadzwyczajnej do Zbadania Działalności Ministerstwa Spraw Wewnętrznych z działalności w okresie X kadencji Sejmu RP (1989-1991), mps, s. 214, Biblioteka Sejmowa; oraz J. Żaryn, Dzieje Kościoła katolickiego w Polsce (1944-1989), Warszawa 2003, s. 206.

[40] Dane osoby z katalogu osób "rozpracowywanych", http://katalog.bip.ipn.gov.pl/informacje/77762 [dostęp: 14.04.2017].

[41] A. Lesiński, Służba wojskowa kleryków w PRL (1959-1980), Olsztyn 1995, s. 54 i n.

[42] Liczbę 229 kleryków wcielonych do wojska w 1966 r. podaje ks. Adolf Setlak (w: Służba wojskowa alumnów WSD w PRL i jej ocena w wypowiedziach alumnów i kapłanów rezerwistów, Olsztyn 2002), na podstawie materiałów archiwalnych sekretariatu Konferencji Episkopatu Polski. W tej liczbie mieści się 13 kleryków wcielonych z seminarium warszawskiego. Z rozmów z duchownymi, którzy ukończyli to seminarium, a którzy w latach 1966-1968 służyli w Bartoszycach, wynika, że z seminarium warszawskiego wcielono ostatecznie 9 kleryków. Z tego można wnioskować, że ogółem wcielono 225 kleryków. Natomiast według dokumentów Urzędu ds. Wyznań, urząd ten proponował wcielić z seminarium warszawskiego 14 kleryków; pięciu z nich na krótko przed terminem wcielenia stanęło ponownie przed komisją lekarską, uzyskując kategorię zdrowia niekwalifikującą ich do służby wojskowej. (Propozycje Urzędu ds. Wyznań w sprawie poboru i odroczeń służby wojskowej alumnów wyższych seminariów duchownych zakonnych i diecezjalnych, Warszawa, 13 października 1966, oraz Informacja szefa Oddziału I Zarządu I GZP WP, płk. Leona Morawskiego, o przebiegu zwolnienia do rezerwy i powołaniu do zasadniczej służby wojskowej alumnów seminariów diecezjalnych i zakonnych, Warszawa, listopad 1966, w: A. Lesiński, Służba wojskowa..., s.122-125). Z ostatniego dokumentu wynika też, że do 1 listopada nie dojechał jeden alumn z seminarium warszawskiego. Jako ogólną liczbę kleryków przewidzianych do wcielenia podano 259; do 1 listopada stawiło się w jednostce 241 alumnów oraz 59 żołnierzy, tzw. aktywistów. Inny dokument Urzędu ds. Wyznań informuje, że w 1968 r. z seminarium warszawskiego wcielono do wojska 8 kleryków, zaś wszystkich alumnów 204 (Wykaz alumnów WSD diecezjalnych wcielonych do wojska jesienią 1966 r. i w 1967 r., Urząd ds. Wyznań (UdsW), sygn. 125/597, k. 1, Archiwum Akt Nowych (dalej AAN)).

[43] Copia publica... Summarium, ks. W. Wasiński, s. 452.

[44] O służbie wojskowej kleryków por. ks. A. Setlak, Służba wojskowa...; A. Lesiński, Służba wojskowa...; ks. T. Fitych, Służba wojskowa alumnów w PRL, w: "Chrześcijanin w Świecie" nr 196 (1994), s. 119-135; J. Żaryn, Dzieje Kościoła katolickiego..., s. 201-205.

[45] Według relacji i osobistych zapisków ks. Wacława Szcześniaka w latach 1966-1968 z seminarium warszawskiego w Bartoszycach służyło 9 kleryków, z pierwszego, drugiego i trzeciego roku: Andrzej Dusza, Krzysztof Jackowski, Janusz Krawczyk, Zdzisław Solecki, Zbigniew Seremak, Adam Stefaniak, Wacław Szcześniak, Wiesław Wasiński i Jerzy Popiełuszko. Zdzisław Solecki, będąc jeszcze w seminarium, podczas wakacji się utopił. Jeden z kleryków wystąpił ze stanu kapłańskiego.

[46] A. Lesiński, Służba wojskowa..., s. 119.

[47] Tamże, s. 43 oraz relacje b. kleryków-żołnierzy.

[48] J. Popiełuszko, Listy z wojska, w: "Prawda-Wyzwolenie" 1986, nr 1, s. 92-96.

[49] Informacja szefa Oddziału I Zarządu I GZP WP, płk. Leona Morawskiego, o przebiegu zwolnienia do rezerwy i powołaniu do zasadniczej służby wojskowej alumnów seminariów diecezjalnych i zakonnych, Warszawa, listopad 1966, w: A. Lesiński, Służba wojskowa..., s. 125.

[50] J. Popiełuszko, Listy z wojska, w: "Prawda-Wyzwolenie" 1986, nr 1, s. 92-96.

[51] Tamże.

[52] Copia publica... Summarium, ks. J. Sochoń, s. 421.

[53] Archiwum prywatne rodziny Popiełuszków; por. J. Popiełuszko, Dotknięcie..., s. 26.

[54] E. Skurjat, Konstancja - babcia klerycka. Opowieść w odcinkach w: "Wiadomości Polskie", Sydney 1989, s. 24. Opowieść wnuczki babci kleryckiej, czyli Ernestyny Skurjat, która wyemigrowała z Polski, drukowana była w odcinkach w piśmie Polonii australijskiej, potem rozpowszechniana w kserokopiach.

[55] Archiwum prywatne Danuty Kamińskiej.

[56] A. Lesiński, Służba wojskowa..., s. 54.

[57] A. Setlak, Służba wojskowa..., s. 76.

[58] Ocena pracy polityczno-wychowawczej prowadzonej z alumnami w szkolnych batalionach ratownictwa terenowego, 26 listopada 1968, w: A. Lesiński, Służba wojskowa..., s. 143.

[59] Copia publica... Summarium, ks. W. Wasiński, s. 472.

[60] J. Popiełuszko, Listy..., s. 67.

[61] A. Setlak, Służba wojskowa..., s. 53 oraz rozmowa z ks. Setlakiem.

[62] Archiwum prywatne Danuty Kamińskiej.

[63] Meldunek o uroczystościach kościelnych w Olsztynie w dniach 25-26 listopada 1967 roku, 14 listopada 1967, w: A. Lesiński, Służba wojskowa..., s. 137.

[64] E. Skurjat, Konstancja..., s. 21.

[65] Tamże, s. 27.

[66] Archiwum prywatne Danuty Kamińskiej.

[67] Copia publica... Summarium, ks. W. Wasiński, s. 469.

[68] E. Skurjat, Konstancja..., s. 28; w teczce ewidencyjno-operacyjnej alumna Alka Popiełuszki (TEOK) jako datę opuszczenia koszar podano 15 października 1968 r.

"TO BYŁ MÓJ CHRYSTUS, KTÓREGO SPOTKAŁEM"

Marianna Popiełuszko - podpierająca się laską, z drugiej strony wsparta na ramieniu księdza Zygmunta Malackiego, proboszcza parafii św. Stanisława Kostki w Warszawie - wspinała się na kolejne stopnie ołtarza. Powoli, coraz wyżej. Szła za relikwiami syna Jerzego, zamkniętymi w posrebrzanej szkatule przypominającej sarkofagi pierwszych męczenników Kościoła, ułożonej na czerwonym suknie. Matka podążająca za relikwiami syna, błogosławionego męczennika... To bodaj jedyny taki moment w historii świata.

Był jasny, słoneczny dzień 6 czerwca 2010 roku.

- Ciesz się, Matko Polsko, ciesz się, Warszawo. Wysłuchana została modlitwa wiernych, którzy przez 26 lat odwiedzali grób w parafii św. Stanisława Kostki i modlili się o beatyfikację księdza Jerzego - mówił metropolita warszawski abp Kazimierz Nycz na rozpoczęciu mszy świętej odprawianej na placu Józefa Piłsudskiego, w której uczestniczyło od 150 do 200 tysięcy osób z kraju i zagranicy.

O godzinie 11.29 wysłannik Benedykta XVI, arcybiskup Angelo Amato, prefekt Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych, ogłosił: "Ksiądz Jerzy Popiełuszko jest błogosławionym męczennikiem Kościoła". Chwilę później uniosła się zasłona okrywająca portret księdza Jerzego w czerwonych szatach męczeństwa. "Nie daj się zwyciężyć złu, zło dobrem zwyciężaj" - śpiewał chór słowa z Listu św. Pawła, które stały się życiowym mottem błogosławionego. Przy jego portrecie ustawiono relikwiarz.

Dziewięćdziesięcioletnia Marianna Popiełuszko przez dłuższą chwilę rozmawiała z kardynałem Amato.

- Poprzez wyniesienie do chwały ołtarzy błogosławionego księdza Jerzego Popiełuszki Ojciec Święty Benedykt XVI mówi do Kościoła w Polsce: "Patrz, oto syn Twój żyje". Jest to wielki dar dla wielkiego narodu, którego księga świętości wzbogaca się o kolejną szczególną kartę - mówił w homilii watykański hierarcha. Wyznał też, że za każdym razem, gdy odwiedzał grób księdza Jerzego i przykościelne muzeum, "wzruszenie było tak wielkie, że prowadziło do łez". Ale mówił również, że "dziś Bóg zwraca się do Kościoła w Polsce i do Kościoła powszechnego, aby przestał płakać, ponieważ ten jego syn żyje w chwale nieba".

Marianna Popiełuszko tego dnia czuła się szczęśliwa i spełniona. "Byłam we łzach po śmierci syna, teraz jestem w radości. Cieszę się, że Pan Bóg pozwolił doczekać tej chwili" - opowiadała kilka dni przed beatyfikacją. Mordercom syna przebaczyła dawno, zaraz po tym, gdy zmaltretowane przez esbeków ciało jej syna wyłowiono z Wisły. Ale ta śmierć długo jej ciążyła, niczym kamień. "Ja jestem ból do samego nieba" - wyznała. Jak twierdził ksiądz profesor Jan Sochoń, "ona niejako współuczestniczyła w męczeństwie" syna, dojrzewając do roli matki męczennika, wyjątkowej w tradycji Kościoła. "Dojrzewał ks. Jerzy, i dojrzewała ona". Ratowało ją to, że patrzyła na Matkę Bożą. "Ona to dopiero wycierpiała. Widziała ciało zabitego Syna. Ja cierpiałam razem z Nią. Ona nad swoim Synem, ja nad swoim" - mówiła. I ufała, że również jej ofiara nie pójdzie na marne.

Śmierć księdza Jerzego Popiełuszki w październiku 1984 roku była moralnym zwycięstwem dobra nad złem. Jak pisał historyk Norman Davies, jeśli ktoś jeszcze do tej pory "nie rozumiał, o co toczy się walka w Polsce, ofiara życia Księdza Jerzego musiała przekonać najbardziej tępych ludzi"[1]. Ksiądz Jerzy został zamordowany, gdyż konsekwentnie, bez lęku i w sposób pokojowy upominał się o obecność wartości ewangelicznych w życiu społecznym: o prawdę, szacunek dla godności człowieka i jego praw. Wartości te - ponadczasowe i ogólnoludzkie - obnażające zło i fałsz systemu komunistycznego były dla tego systemu zagrożeniem. Arcybiskup Angelo Amato mówił w beatyfikacyjnej homilii, że nowy błogosławiony "był po prostu wiernym katolickim kapłanem, który bronił swojej godności jako sługi Chrystusa i Kościoła oraz wolności tych, którzy podobnie jak on byli ciemiężeni i upokorzeni. Ale religia, ewangelia, godność osoby ludzkiej, wolność nie były pojęciami zgodnymi z ideologią marksistowską. To właśnie dlatego rozpętał się przeciw niemu niszczący gniew wielkiego kłamcy, nieprzyjaciela Boga i ciemiężcy ludzkości, tego, który nienawidzi prawdy i szerzy kłamstwo. W tamtych latach, jak zdarzało się niekiedy w historii, na dużym obszarze Europy światło rozumu zostało przyćmione ciemnością, a dobro zastąpione złem. Przy pomocy jedynie duchowych środków, takich jak prawda, sprawiedliwość oraz miłość, domagał się wolności sumienia obywatela i kapłana. Lecz zgubna ideologia nie znosiła światła prawdy i sprawiedliwości. Dlatego ten bezbronny kapłan był śledzony, prześladowany, aresztowany, torturowany, a ostatecznie brutalnie związany i, choć jeszcze żył, został wrzucony do wody. Jego oprawcy, którzy nie mieli najmniejszego szacunku dla życia, z pogardą odnosili się nawet do śmierci. Porzucili go, jak niektórzy porzucają martwe zwierzę" - mówił papieski wysłannik od ołtarza, którego stopnie, ozdobione czerwonymi różami, przywodziły na myśl rzekę spływającej krwi... "Nie wystarczyłoby łez wszystkich polskich matek, aby załagodzić taki ból i mękę. Wobec tortur zadanych mu przez oprawców, ksiądz Jerzy okazał się odważnym męczennikiem Chrystusa". Kardynał Kazimierz Nycz natomiast, kreśląc życiorys księdza Jerzego, mówił, że zdawał on sobie sprawę "z grożącego mu niebezpieczeństwa, gdy go ostrzegano, odpowiadał: rola księdza jest taka, by głosić prawdę i za prawdę cierpieć, jeśli trzeba, nawet za prawdę oddać życie". Uczestnicy mszy świętej, wśród nich stu biskupów i około 1600 księży, modlili się za sprawców śmierci księdza Jerzego: "(...) aby zmarłym Bóg okazał swoje miłosierdzie, a żyjącym dał łaskę nawrócenia".

Śmierć księdza Popiełuszki wstrząsnęła sumieniami milionów Polaków. Była niczym nowe zbiorowe non possumus, punkt graniczny, którego nie wolno opuścić. Dodała sił, ożywiła zdławione w stanie wojennym nadzieje na wolność, odmieniła - i odmieniała przez lata - ludzkie życia. Do dnia beatyfikacji grób księdza Jerzego na warszawskim Żoliborzu odwiedziło 18 milionów osób, w tym 300 tysięcy z zagranicy, ze 134 krajów świata.

Za tę ofiarę złożoną z syna - kapłana i męczennika - dziękowano Mariannie Popiełuszko długimi oklaskami na stojąco. Świadkami wyniesienia go na ołtarze byli także siostra księdza Jerzego - Teresa, oraz bracia - Józef i Stanisław. Ojciec, Władysław Popiełuszko, który długo bolał nad śmiercią syna, zmarł w 2002 roku, w wieku 94 lat. Na placu Piłsudskiego znalazły się setki, tysiące - robotników, hutników, artystów, pielęgniarek i przedstawicieli wielu, wielu innych środowisk - które księdza Jerzego znały albo słuchały jego kazań podczas mszy świętych za Ojczyznę w kościele św. Stanisława Kostki. Dla wielu z nich był znakiem Boga - duchowym przewodnikiem. Zwłaszcza w stanie wojennym.

Benedykt XVI, którego przesłanie odtworzono na telebimach pod koniec nabożeństwa, zdecydował, że dniem wspomnienia błogosławionego Jerzego Popiełuszki będzie 19 października, dzień jego porwania i śmierci. Po zakończeniu obrzędów beatyfikacyjnych relikwiarz błogosławionego zaniesiono w procesji do oddalonej o 12 kilometrów, budowanej wówczas jeszcze Świątyni Opatrzności Bożej w Wilanowie i złożono w Panteonie Wielkich Polaków. Ciało księdza Jerzego pozostało jednak tam, gdzie spoczywało dotychczas - w grobie obok świątyni św. Stanisława Kostki na warszawskim Żoliborzu. W tym wypadku odstąpiono od zwyczaju, jakim jest przenoszenie ciała błogosławionego do świątyni po zakończeniu procesu. W kościele znajduje się relikwiarz księdza Jerzego, ciało natomiast jest tam, gdzie zostało pochowane 3 listopada 1984 roku i gdzie od ponad trzydziestu lat nieustannie klękają ludzie...

Beatyfikacja księdza Jerzego Popiełuszki była także świętem setek, tysięcy ludzi, którzy od pogrzebu kapłana trwali przy jego grobie, pełniąc honorowo służbę porządkową. Była spełnieniem przekonania, że oto stanął na ich drodze święty, którego śmierć stała się fundamentem wolności odzyskanej w 1989 roku. Karol Szadurski, w latach 80. ubieg­łego wieku pracownik Huty "Warszawa", po 1989 r. samorządowiec:

- Dla mnie spotkanie księdza Jerzego było jak spotkanie Jezusa. On był Jego odbiciem. Ten sam los, to samo otoczenie, tak samo świadome oddanie życia. Obaj byli w więzieniu, obaj dobrowolnie cierpieli za innych i obracali się w środowisku społecznie trudnym. Gromadziła się wokół nich biedota, robotnicy z huty, ludzie szykanowani. Nikt z tych ludzi nie uczył się zasad savoir-vivre'u, ale każdy miał honor. I każdy czuł się dobrze z księdzem Jerzym, bo to był kapłan, który przekazywał im moc i wiarę. To był mój Chrystus, którego spotkałem w życiu.

Rozdział pierwszy:

DOM POPIEŁUSZKÓW

Duchowa siła, charakter księdza Jerzego Popiełuszki, które w pełni dały o sobie znać po 1980 roku, zaczęły kształtować się daleko od Warszawy - na Białostocczyźnie, we wsi Okopy. W warunkach życiowo trudnych, uczących wytrwałości i pracowitości, a jednocześnie w domu naturalnie religijnym, w którym każdą życiową czynność i każde wydarzenie odnoszono do Boga.

Ksiądz Jerzy Popiełuszko, który niemal do święceń kapłańskich nosił imię Alfons, urodził się 14 września 1947 roku, w niedzielę. Poród zaczął się "przed zachodem słońca, gdy doiłam krowy. Pomagała mi przy narodzeniu syna moja mama, również Marianna. Poród był lekki, ale po porodzie zaczęła mnie bardzo boleć głowa i utraciłam wzrok"[2] - mówiła matka Marianna Popiełuszko podczas procesu beatyfikacyjnego syna w 1997 roku. Z chrztem rodzice nie zwlekali, uważali go za rzecz ważną. "Syna we wtorek wziął mąż na wóz konny i razem z sąsiadami pojechali do kościoła, aby go ochrzcić. (...) Ja nie byłam w kościele w czasie chrztu syna, ponieważ byłam wtedy osłabiona (trzy dni po porodzie) i w dodatku niewidoma. Wzrok odzyskałam w dzień po chrzcie świętym syna"[3]. Sakramentu chrztu Alfonsowi Popiełuszce w kościele pod wezwaniem św. św. Piotra i Pawła w Suchowoli udzielił wikary, ksiądz Antoni Sawicki, co starannie zapisał atramentem w księdze metrykalnej: "Roku 1947, dnia 16 września w suchowolskim rzymskokatolickim parafialnym kościele ks. Antoni Sawicki, wikariusz tego kościoła, ochrzcił imieniem Alfons niemowlę płci męskiej, urodzone z małżonków ślubnych Władysława Popiełuszko i Marianny z Gniedziejków dnia czternastego września tysiąc dziewięćset czterdziestego siódmego roku, we wsi Okopy parafii suchowolskiej. Trzymali do chrztu Alfons Kamiński i Marianna Lewkowicz (...)"[4]. Wikary nie dopisał, że dziecko urodziło się w liturgiczne święto Podwyższenia Krzyża, co w dłuższej perspektywie uznać można za znak.

W aktach cywilnych suchowolskiego urzędu zapisano inną datę urodzenia Alfonsa Popiełuszki - 23 września 1947 roku. Prawdopodobnie ojciec dziecka dopiero tego dnia dotarł do urzędu. I ta data pojawiać się będzie w oficjalnym życiorysie księdza Popiełuszki, który przez 24 lata nosił imię nadane mu na chrzcie. Marianna Popiełuszko w procesie beatyfikacyjnym zeznała, że imię to wybrała "już w maju, przed narodzeniem, gdy z całą rodziną w domu urządziliśmy nabożeństwo majowe. Czytałam wtedy czytankę przeznaczoną do rozważań majowych, w której było opisane życie Świętego Alfonsa Liguoriego"[5]. Józef Popiełuszko, brat księdza Jerzego, mówił z kolei[6], że wybierając imię Alfons, rodzice utrwalili w rodzinie pamięć o bracie matki Alfonsie Gniedziejko, który w 1945 roku, jako zaledwie dwudziestojednolatek, został zamordowany przez Rosjan, kiedy ci po raz wtóry tej wojny przechodzili przez ziemię suchowolską.

Alek, bo tak zdrobniale wołano w domu na Alfonsa, był trzecim dzieckiem Popiełuszków. Gdy się urodził, Teresa miała cztery lata, Józef - dwa. W 1949 roku urodziła się Jadwiga, która zmarła niespełna dwa lata później, a w 1954 roku przyszedł na świat Stanisław. Alek dorastał zatem wśród rodzeństwa, rodziców i dziadków. Babcia Teofila Popiełuszko od lat chorowała i chodziła o kulach, dziadek Jan wciąż pomagał w gospodarstwie. Pasał krowy, zabierając ze sobą na pastwisko wnuki, które z czasem, gdy on się postarzał, a one podrosły, zajmowały się tym zajęciem samodzielnie. Popiełuszkowie żyli bardzo skromnie; utrzymanie dużej rodziny z gospodarstwa nie było wówczas łatwe. Z około dwudziestu hektarów bardzo słabej ziemi (V i VI klasy), z których kilka zajmował las, zaledwie część nadawała się pod uprawę. Siali żyto, sadzili ziemniaki, hodowali krowy. Gdy dzieci mogły już pracować w polu, uprawiali także truskawki i tytoń, których pielęgnacja wymaga wielu rąk do pracy. "Należymy do ludzi niezamożnych, ale chleba nam nie brakowało", mówiła po latach Marianna Popiełuszko[7].

Popiełuszkowie posługiwali się charakterystyczną dla miejsca ich zamieszkania polsko-białoruską gwarą. W dwupokojowym domu z kuchnią panowała ciasnota. Kiedy Alek był dzieckiem, on, jego rodzice i rodzeństwo spali w jednej izbie z dużym kaflowym piecem. Lekcje odrabiano przy lampie naftowej. Elektryczność została doprowadzona do Okopów dopiero w latach 60. XX wieku.

W domu rządziła matka Marianna. Urodzona w 1920 roku[8], dwanaście lat młodsza od męża, była silną osobowością.

- Ona była przewodniczką domu. Miała przy tym świadomość, że jest narzędziem w ręku Opatrzności Bożej. Było w niej to pierwotne zaufanie, że to Bóg kieruje losami ludzi i że niezależnie od wydarzeń zawsze kieruje się miłością - mówi ksiądz profesor Jan Sochoń, filozof, pochodzący z Białostocczyzny, autor książek o księdzu Jerzym, którego znał osobiście.

Władysław Popiełuszko, rocznik 1908, spokojny, małomówny, żył jakby w cieniu żony. Oboje pracowici, prostolinijni, religijni, mądrzy naturalną mądrością, wpisaną głęboko w serce człowieka. Żyli zgodnie przez niemal sześćdziesiąt lat, bo "mąż i żona to jedno", twierdziła Marianna. "Jaki był - kochałam, jaki jest - kocham, i jaki będzie - będę kochać, bo tak przysięgę złożyłam. I dobrze było". Wychodząc za mąż, wiedziała, że dochowa przysięgi, "że nawet jak będzie ciężko, to będę kochać męża, jaki będzie. Bo małżeństwo to zawsze jest ciężar. To jest największy krzyż. Ale kto pójdzie swoją drogą, za swoim powołaniem, ten wytrwa. Ciężko każdemu, kto nie pójdzie swoją drogą"[9].

Przed ślubem, w 1942 roku, miała sen, którego sens zrozumiała dopiero po latach: "(...) zaniosłam do kapliczki Matki Boskiej, co stała naprzeciwko domu, dwie białe lilie". Nie pamiętała o nim, gdy w 1951 roku zmarła na koklusz córka Jadwiga. Przypomniała go sobie z całą wyrazistością dopiero czterdzieści lat później, w 1984 roku, i zaczęła się zastanawiać nad jego symboliczną wymową.

Alek Popiełuszko dorastał w bardzo pobożnej i prawej rodzinie, w której nauczył się zasad moralnych i życia religijnego. Rytm rodzinnego życia wyznaczały pory roku i kalendarz liturgiczny. Codziennie, niezależnie od tego, czy było to lato i czas ciężkiej żniwnej pracy, czy lekko rozleniwiająca zima, wszyscy zbierali się na wspólną modlitwę. "W środę modliliśmy się do Matki Bożej Nieustającej Pomocy, w piątki - do Serca Pana Jezusa, w soboty - do Matki Bożej Częstochowskiej", wspominała matka[10]. W maju odprawiano w domu nabożeństwa maryjne, w czerwcu - do Serca Jezusowego, a w październiku - różańcowe. Różaniec był zresztą odmawiany w domu Popiełuszków codziennie. I to z domu Alek wyniósł głębokie przywiązanie do tej właśnie modlitwy. Różaniec zawsze prowadziła matka, nawet wtedy, gdy Alek był już księdzem i na krótko odwiedzał rodzinę. W domu Popiełuszków rozbrzmiewał też Anioł Pański i godzinki, które śpiewała Marianna.

Alek od dziecka edukację religijną łączył z patriotyczną, w popularnej wówczas na wsi wersji obrazowej. Na ścianie jednej z izb wisiał duży obraz z Matką Boską w centrum i kilkoma ilustracjami przedstawiającymi "ważniejsze chwile z dziejów obrazu cudownego Matki Boskiej Częstochowskiej na Jasnej Górze".

Okopy od kościoła parafialnego w Suchowoli dzieli cztery i pół kilometra drogi, kiedyś piaszczystej latem, a błotnistej jesienią. Dlatego mieszkańcy wsi zbierali się kilka razy w roku na wspólną modlitwę w domach[11]. W Wielkim Poście, zgodnie z dawnym zwyczajem, spotykali się na tzw. stacjach. Wieczorem po pracy sąsiedzi odwiedzali się nawzajem i śpiewali różaniec. Każdego dnia w innym domu. Z kolei w środę "gradową", czyli w środę po święcie Zesłania Ducha Świętego, obchodzili z krzyżem procesyjnym wszystkie pola należące do mieszkańców wsi. Śpiewali przy tym różaniec i pieśni maryjne, zanosząc błagania o oddalenie klęsk żywiołowych, takich jak gradobicie. Natomiast przed świętem Wniebowstąpienia Pańskiego odprawiano tzw. dni krzyżowe, czyli nabożeństwa błagalne zarówno o urodzaje, jak i odwrócenie klęsk. Przez trzy kolejne dni mieszkańcy Okopów chodzili ze śpiewem i modlitwami od krzyża do krzyża, ustawianych na granicach pól sąsiednich miejscowości.

Rozdział drugi:

"(...) BUDOWAŁ OŁTARZE, PRÓBOWAŁ ODPRAWIAĆ NABOŻEŃSTWA"

Pierwszego września 1954 roku siedmioletni Alek Popiełuszko rozpoczął naukę w szkole podstawowej w Suchowoli, miejscowości, gdzie według obliczeń z 1775 roku królewskiego kartografa i astrologa Szymona Antoniego Sobiekrajskiego znajduje się środek Europy. Licząca dwa tysiące mieszkańców Suchowola na pewno była centrum życia mieszkańców okolicznych wsi. Tu znajdowały się: kościół, szkoła podstawowa i liceum, ośrodek zdrowia, siedziba władz, Gminna Spółdzielnia, kilka sklepów, wszystko przy głównym i jedynym placu, który nazwano imieniem Tadeusza Kościuszki. Stąd można było pekaesem dojechać do odległej o dwadzieścia pięć kilometrów powiatowej Dąbrowy Białostockiej albo dalej - do Białegostoku i Warszawy. Linii kolejowej do Suchowoli nigdy nie doprowadzono.

W najlepszym okresie rozwoju, czyli przed II wojną światową (w 1950 roku utraciła prawa miejskie), Suchowola liczyła trzy tysiące mieszkańców. Przed 1939 rokiem połowę stanowili Żydzi. Mieli tutaj swoją szkołę, centrum kultury, dużą synagogę. Podczas wojny w centrum miasteczka Niemcy utworzyli getto, w którym zamknęli 5000 Żydów, zwiezionych tutaj także z pobliskiego Korycina, Jesionówki i Sztabina. Getto zlikwidowano w 1943 roku, a jego mieszkańców Niemcy zgładzili w Treblince. Ocaleli tylko nieliczni. O skomplikowanych wojennych losach ludzi z tych ziem świadczą ich mogiły - Suchowolanie ginęli w kampanii wrześniowej, walcząc w szeregach armii sowieckiej, albo w sowieckich łagrach, byli mordowani przez Niemców, NKWD, aż wreszcie przez UB.

Zamieszkujący ziemię suchowolską doświadczali wydarzeń typowych dla pogranicza geograficznego i kulturowego. Najpierw, w zamierzchłej przeszłości, walczyły o nie pogańskie plemiona Jadźwingów z nadciągającymi z południa Mazowszanami. Pierwsze osady, w tym wieś Okopy, założyli właśnie Jadźwingowie. Wieki później pokrywająca te tereny Puszcza Nowodworska rozgraniczała Litwę i Koronę. Wreszcie w okresie rozbiorów ziemia suchowolska najpierw znalazła się w rękach pruskich, potem rosyjskich. W końcu XVIII wieku osadzono tu szwadron Tatarów, których potomkowie do dzisiaj zachowali wiarę przodków; około stu mieszkańców Suchowoli wyznaje islam. Nie ocaleli natomiast unici, którzy jeszcze w pierwszych latach po rozbiorach Polski stanowili w Suchowoli sporą grupę wyznaniową. Podczas II wojny światowej ziemia suchowolska przeżyła dwóch okupantów - w 1939 zajęli ją Rosjanie, a w 1941 roku Niemcy.

Tej trudnej historii, wciąż świeżej w pamięci jej świadków, uczniowie nie poznawali w szkole, gdzie obowiązywał światopogląd marksistowski i przyjaźń ze Związkiem Radzieckim. Uczyli się jej od rodziców. W ten sposób poznawał ją i Alek Popiełuszko, słuchając choćby rodzinnych wspomnień o wuju Alfonsie Gniedziejko, członku Armii Krajowej, który walczył o prawdziwie wolną Polskę.

Szkoła podstawowa mieściła się w drewnianym budynku, kilkadziesiąt metrów od kościoła. Uczniowie z Okopów mieli do wyboru dwie drogi do niej, obie polne. Dłuższa była bardziej utwardzona, ale dzieciaki wolały chodzić krótszą, przez las, dlatego nazywano ją "drogą szkolną". Pokonanie dwa razy dziennie prawie czterokilometrowej trasy było dla każdego siedmiolatka sporym wysiłkiem. Zwłaszcza dla Alka, który z piątki pierwszoklasistów dochodzących z Okopów był najmniejszy i najbardziej wątły. Mirka Stańczyc, suchowolanka, pamięta, że niejednokrotnie prowadziła go z krwotokiem z nosa, ze szkoły do ośrodka zdrowia. Raz krwawienie było tak silne, że pobiegła po pielęg­niarkę, by ta przyszła z pomocą do szkoły.

Alek był wątły, ale wytrzymały na ból. W pierwszej albo w drugiej klasie, gdy uczniowie robili na zajęciach ludziki z kasztanów, kilkulatek wbił sobie gwóźdź w rękę. Choć krew ciekła obficie, nie zapłakał. Ból był jednak na tyle silny, że to zdarzenie mocno utkwiło mu w pamięci. Wiele lat później opowiadał o nim Waldemarowi Chrostowskiemu podczas jednej z ich licznych podróży samochodem. Powiedział: "(...) pomyślałem wtedy, że taką samą ranę miał Chrystus Ukrzyżowany"[12].

Nie wiadomo natomiast, czy Alek zapamiętał to, o czym często wspominała matka. Kiedy prowadziła synka na szczepienia, ten bez wahania wyciągał rękę i z szeroko otwartymi oczami patrzył, jak pielęgniarka wbija igłę. "Nigdy nie zapłakał na swoje boleści. Nigdy! Tak cierpliwy był, że nigdy nie zapłakał"[13], wspominała Marianna Popiełuszko.

W szkole podstawowej uczył się dobrze. Był obowiązkowy i pilny. W nagrodę za naukę i zachowanie dostawał książki, a na zakończenie siódmej klasy, razem z Mirką Stańczyc, został wyróżniony odznaką wzorowego ucznia.

Codziennie w drodze do szkoły Alek Popiełuszko mijał stojące przy drodze i w przydomowych ogródkach krzyże, czasem figury św. Jana Nepomucena, patrona mostów, chroniącego przed wylewaniem rzek. Krzyże - wysokie na kilka metrów albo niskie - są nieodłącznymi elementami krajobrazu tej ziemi, znakiem wiary jej mieszkańców i rodzajem dziękczynnych wotów. W Okopach co najmniej sześć krzyży postawił znany w całej okolicy Piotr Radkiewicz, trochę cieśla, trochę artysta, po którym pozostały przechowywane w domach figury aniołów, Matki Bożej i świętych.

Krzyże stawiano na polach i w ogrodach, wbrew temu, co działo się w państwowych urzędach. Kiedy w 1954 roku Alek zaczął chodzić do szkoły, krzyży już tam nie było. Dwa lata później pozwolono je zawiesić ponownie, by w 1958 roku rozpocząć tzw. dekrucyfikację. Ze szkoły wycofano także religię, od tego czasu nauczaną w parafiach.

Do Pierwszej Komunii Świętej Alek Popiełuszko przystąpił 3 czerwca 1956 roku. Dwa tygodnie później był już bierzmowany. Sakramentu bierzmowania udzielił mu Władysław Suszyński, biskup pomocniczy metropolii wileńskiej w Białymstoku (archidiecezja białostocka powstała w 1991 roku). Na bierzmowaniu Alek Popiełuszko przyjął imię Kazimierz. Nie wiadomo, co zdecydowało o takim wyborze - imię patrona wileńskiej diecezji, imię świadka bierzmowania Kazimierza Kamińskiego, sąsiada z Okopów, czy może pradziadka ze strony matki. Wiadomo, że po przyjęciu pierwszej komunii Alek został ministrantem. I był nim w suchowolskiej parafii aż do ukończenia liceum. Do mszy świętej służył o siódmej rano, przed rozpoczęciem lekcji. Aby zdążyć na czas, wstawał wcześniej niż inne dzieci z Okopów, samotnie szedł "szkolną" do Suchowoli. W swojej posłudze był bardzo pilny. W konkurencji z innymi kolegami o to, kto będzie służył więcej razy - wygrywał. W nagrodę raz dostał śpiewnik, innym razem łyżwy.

Wakacje, jak inne wiejskie dzieci, spędzał w domu. Pomagał w pracach polowych, przy żniwach. Gdy miał jedenaście lat, chodził już za pługiem. Któregoś roku, może było to podczas wakacji, odwiedził w Grodzisku babcię Mariannę Gniedziejko. Na strychu znalazł numery "Rycerza Niepokalanej", pisma wydawanego przez franciszkanów. Zabrał je do Okopów i tu często do nich zaglądał. Być może wtedy po raz pierwszy przeczytał o ojcu Maksymilianie Kolbem, świętym męczenniku z Auschwitz.

Kolejne książki o treści religijnej zaczął mu podsuwać ksiądz Piotr Bożyk, który w 1960 roku został prefektem w suchowolskiej parafii. Alek znalazł w nim duchowego opiekuna. Zwrócił uwagę kapłana swoją gorliwością i skupieniem w modlitwie. "Zauważałem go bardzo często przy ołtarzu, modlącego się, wpatrzonego w obraz, w krzyż. Miał zwykle oczy szeroko otwarte. Można było z nich wyczytać, że dzieje się w jego duszy coś, co nazwałbym przeżyciem religijnym. (...) Był na ogół chłopcem skupionym, wydawało się przeżywającym jakiś wewnętrzny dramat. (...) Widywałem go w kościele poza lekcjami, jak siadywał w ławie świątynnej, skrywał twarz w dłoniach i trwał w skupieniu"[14]. Wikary zapraszał Alka na plebanię, częstował herbatą, czasem czymś do jedzenia.

Kilka miesięcy przed przybyciem do Suchowoli nowego katechety, jesienią 1959 roku, parafia przeżywała nawiedzenie kopii obrazu Matki Bożej Jasnogórskiej. Peregrynacja obrazu była ważnym elementem dziewięcioletniej Wielkiej Nowenny, duszpasterskiego programu prymasa Stefana Wyszyńskiego, który miał przygotować duchowo Polaków do obchodów Milenium Chrztu Polski. Przybycie obrazu poprzedziły kilkudniowe rekolekcje - powitano go uroczyście na granicy parafii. Do kościoła, gdzie oczekiwał tłum wiernych, wprowadzono w honorowej asyście. Alek Popiełuszko jako ministrant musiał być w centrum wydarzeń. Czy to wówczas po raz pierwszy usłyszał o wielkim prymasie Stefanie Wyszyńskim? Być może już wtedy zrodziła się w nim myśl, że jeżeli iść do seminarium - to tylko w diecezji kardynała.

W każdym razie powołanie kapłańskie rodziło się w Alku od dziecka. "Gdy razem paśliśmy krowy i bawiliśmy się jako dzieci, Jerzy budował sobie ołtarze i próbował przy nich odprawiać nabożeństwa. Miał wtedy ok. pięć lat, bo jeszcze do szkoły nie chodził"[15] - mówił Józef Popiełuszko. Matka pamiętała zaś, że w wieku szkolnym "stół w domu przebudował na ołtarz. Ustawiał na nim swoje obrazki, a nawet usiłował skonstruować kadzielnicę"[16].

Musiała patrzeć z radością i nadzieją, gdy widziała, jak gorliwie syn modli się z rodzicami, a później jak sam służy do mszy świętych. Prosiła przecież o to Boga, gdy była w ciąży.

"Powiedziałam wtedy Panu Bogu, że jak będzie syn, żeby został kapłanem, a jeśli dziewczynka zakonnicą. Ofiarowałam go jeszcze przed urodzeniem Panu Bogu i na jego śmierć w konsekwencji patrzę jako na swoją ofiarę"[17] - mówiła po latach w procesie beatyfikacyjnym syna.

W tej niewykształconej kobiecie, wiodącej surowe pracowite życie, była ogromna życiowa mądrość. I wrodzona świadomość religijna. W każdej sprawie dnia codziennego widziała realizację Bożych zamysłów. Kiedy Alek, jeszcze jako mały chłopak, zapytał matkę, co ma robić, bo czasem czuje, że chociaż ludzie śmieją się z niego, powinien postąpić tak, a nie inaczej, poradziła mu: "Wysłuchaj zawsze tego, co mówią ci ludzie, ale zrób tak, jak mówi ci twój głos w tobie".

Ten głos to sumienie.

W szkole średniej nauczycielka języka rosyjskiego mówiła matce, że Alek zbyt często przesiaduje w kościele na różańcu, co - ostrzegała - może spowodować obniżenie oceny ze sprawowania. Marianna Popiełuszko odpowiedziała jej z całą stanowczością, która jeszcze po latach brzmiała w jej głosie: "Jest wolność wyznania. Każdy jak chce, tak żyje".

Popiełuszkowie uczyli dzieci szacunku i posłuszeństwa dla rodziców i dorosłych.

- Jeśli w domu jest Bóg, to nie ma kłopotów w wychowaniu (...). Co mam, to dam, a nie to, co dziecko zechce. Nie biłam żadnego, nie było takiej potrzeby - mówiła Marianna Popiełuszko, która wychowała czworo dzieci.

We wzajemnych relacjach w rodzinie Popiełuszków zachowywano pewien dystans. Dzieci zwracały się do rodziców w drugiej osobie liczby mnogiej. Gdy Alek został księdzem, rodzice i rodzeństwo mówili do niego w trzeciej osobie liczby pojedynczej, per księże Jerzy. W ten sposób wyrażano szacunek wynikający z sakramentu kapłaństwa.

- Ręka olejkowana, od błogosławieństwa, jest do całowania - tłumaczyła matka.

We wrześniu 1961 roku Alfons Popiełuszko, po pomyślnym zdaniu egzaminów z języka polskiego i matematyki, został przyjęty do pierwszej klasy liceum[18]. Suchowolanie byli dumni z tej szkoły. Założyło ją w 1945 roku, jako prywatną placówkę, grono co światlejszych mieszkańców miasteczka z księdzem Stanisławem Wilczyńskim na czele. W 1949 roku placówkę upaństwowiono. Szkoła była wiejska, ale na dobrym poziomie. Bywały lata, że na studia dostawało się nawet 80 procent jej absolwentów. Okres rozkwitu przeżywała w latach 60., kiedy prowadził ją Bronisław Bochenko, dobrze wspominany przez uczniów i nauczycieli. Bochenko, uczestnik kampanii wrześniowej, żołnierz Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, internowany w Szwajcarii, po wojnie uczył francuskiego. Jako dyrektor powtarzał gronu pedagogicznemu, że wspólnym jego i nauczycieli zadaniem jest stworzenie tej wiejskiej, z reguły biednej młodzieży jak najszerszych możliwości rozwoju i poznania. Stąd comiesięczne występy w szkole muzyków Filharmonii Białostockiej, pokazy filmów, częste pod koniec lat 60. wyprawy na spektakle teatralne do Warszawy, działalność znanej nie tylko w regionie szkolnej orkiestry dętej, licznych kół zainteresowań.

Liceum od szkoły podstawowej dzieliło zaledwie kilkadziesiąt metrów, tyle samo co do kościoła. Zajmowało ono kilka budynków - duży drewniany, po którym dzisiaj nie ma śladu, jednopiętrowy murowany, przed wojną ufundowany przez gminę żydowską z przeznaczeniem na cheder, oraz dawny żydowski dom modlitwy przystosowany na potrzeby sali gimnastycznej.

Alek Popiełuszko trafił do klasy B o profilu ogólnym. Klasa A miała rozszerzony program matematyczno-fizyczny. W nauce Alek się nie wyróżniał - nie był ani wzorowy, ani słaby. Nie miał kłopotów z zaliczaniem kolejnych semestrów, ale też nie wybijał się w żadnym z przedmiotów. Na świadectwie maturalnym osiągnął średnią ocen 3,6. Nie był dobrym mówcą, nie miał zdolności przywódczych. Przeszedł przez szkołę cicho, prawie niezauważony.

Rozpoczęcie nauki w liceum nie zmieniło jego rozkładu zajęć: rano msza święta, potem lekcje i powrót do domu, gdzie z zasady zanim zasiadał do nauki, pomagał w gospodarstwie. Odległość domu od szkoły, ale pewnie i charakter Alka sprawiały, że nie brał udziału w popołudniowych dodatkowych zajęciach. Jedynym wyjątkiem było kółko fotograficzne - tej pasji długo pozostał wierny. Na przerwach trzymał raczej z dziewczynami, bo większość kolegów w tym czasie w ustronnym miejscu zaciągała się papierosem. On nie palił. Nie jeździł też, jak wielu innych, na szkolne wycieczki, bo były to kosztowne wyprawy. Nie widywano go również na szkolnych zabawach ani na sobotnich potańcówkach.

- My, dzieci ze wsi, nie mogliśmy tracić czasu. Dla nas czas był cenny. - Krystyna Rojszyk, szkolna koleżanka Alka, też była ze wsi. Rozumieli się. Suchowolacy byli pewniejsi siebie, bardziej odważni. Czuli się lepsi.

Ale był chyba jeszcze jeden powód, który najlepiej ujął Jan Sochoń, który w innych okresach życia księdza Jerzego dostrzegali także inni: "(...) lubił "kilka kroków oddalenia". Z trudem zawierał przyjaźnie. Także w szkole, zwłaszcza średniej. Miał, oczywiście, kolegów, jak każdy młodzieniec w tym wieku, niemniej jednak najczęściej - i to mu zostało na całe życie - zachowywał pewien dystans. Był samotnikiem, ale późniejsza sytuacja życiowa i wypadki dziejowe sprawiły, że musiał być w środku wspólnoty. I to, jak pisze także w swoim dzienniczku, sprawiało mu niewątpliwą trudność, żeby otwierać się na innych, z empatią i zaangażowaniem"[19].

To wewnętrzne pragnienie oddalenia wiązało się z doświadczeniem duchowym, religijnym.

Krystyna Rojszyk wynajmowała pokój w domu przy ulicy Białostockiej. Vis-a-vis mieszkała siostra Alka, Teresa, po mężu Boguszewska. Kiedy zimą śnieg mocniej zawiał drogi, Alek zostawał u niej. Wtedy miał okazję dłużej rozmawiać z Krystyną.

- Umieli ze sobą rozmawiać. Krystyna to marzycielka. Pisała wiersze - przypomina sobie Mirka Stańczyc.

- Moje wiersze to były rymy częstochowskie, takie, jakie piszą kilkunastoletnie dziewczyny, głównie o miłości. Czytałam je Alkowi, a on pokazywał to, co sam napisał. Jego wiersze były inne. Nie potrafię właściwie powiedzieć, co to było - myśli, refleksje. Zawsze pisał o cierpieniu, o krzywdzie, o tym, jak je naprawić. Wiedziałam, że jest to mądre, ale myślałam: "Jesteś taki młody, myślisz, że udoskonalisz świat". Wydawało mi się, że nosi w sobie jakiś ból.

To spostrzeżenie powtarzali kilkakrotnie również inni znajomi, m.in. ksiądz Piotr Bożyk. Czyżby już wtedy, w tych surowych warunkach życia i przyrody, kształtowały się początki myśli o takim rodzaju kapłańskiego powołania, które Alek, już jako ksiądz Jerzy, kilka lat później wyraził na obrazku prymicyjnym: "Posyła mnie Bóg, abym głosił Ewangelię i leczył rany zbolałych serc"?

Trzynastego marca 1963 roku, po wejściu do klasy, położył na ławce Krystyny kartkę z życzeniami: "Najserdeczniejsze życzenia Imieninowe miłej Koleżance - Alek".

- Byłam jego koleżanką, nie sympatią.

Koledzy i nauczyciele mówią o Alku: grzeczny, sumienny, serdeczny, koleżeński. Taki swój. Pamiętają jego łagodny, choć raczej smutny uśmiech.

Do szkoły przychodził dość późno, tuż przed ósmą, po porannej mszy świętej. Mirka Stańczyc pamięta, że kiedy jako jeden z ostatnich wchodził do klasy, kilku kolegów witało go piosenką śpiewaną na melodię kabaretową: "Alfonsik, ach Alfonsik, gdzież jest twój wąsik...". To trwało jakiś czas. Nigdy nie zareagował; uśmiechał się refleksyjnie i siadał w ławce.

- Na pewno było mu przykro - mówi Stańczyc.

Egzamin maturalny zdał dobrze, aczkolwiek nie bez potknięcia. Na pisemnym oblał matematykę, ale wybronił się na egzaminie ustnym. Z języka polskiego dostał czwórkę za pracę na temat "Twórczość Stefana Żeromskiego przykładem związku pisarza z niedolą, walką i tęsknotami swego narodu". Ustny egzamin z geografii zaliczył na dostateczny, z egzaminu z historii i rosyjskiego był zwolniony z uwagi na dobre oceny na koniec semestru.

W liceum krystalizowało się Alka powołanie. Nie rozmawiał o tym z rodzicami ani z rodzeństwem, ale decyzja o pójściu do seminarium była dla nich jak najbardziej naturalna, wręcz oczywista. Również ksiądz Piotr Bożyk, który w 1963 roku został przez władze kościelne odwołany z Suchowoli, czuł, że Alek "już prawie cały jest pochłonięty kapłaństwem". O planach seminaryjnych wiedział tylko prefekt i Tadeusz K., szkolny kolega Alka. Przez jakiś czas siedzieli nawet w jednej ławce, a później razem znaleźli się w seminarium warszawskim. Ale zanim się to stało, na dużych przerwach wpadali we dwóch na plebanię, gdzie ksiądz Bożyk a to czymś ich poczęstował, a to dał parę groszy na bułkę. Po szkole chodzili do niego na rozmowy.

- Tylko dobrze się zastanówcie, zanim podejmiecie decyzję. - Rady księdza prefekta Tadeusz K. pamięta po wielu latach. To bodaj za namową księdza Bożyka w X klasie pojechali z Alkiem do Warszawy i Białegostoku, by odwiedzić tamtejsze seminaria. - W Białymstoku nam się nie podobało. - Tadeusz K. nie bardzo dziś kojarzy, czy to z uwagi na bardzo złe warunki mieszkaniowe, czy ogólną atmosferę.

Decyzję o wstąpieniu do seminarium podjęli w ostatniej klasie, na początku drugiego semestru. Niemniej jednak Alek poinformował o tym rodzinę dopiero po maturze. W szkole, nie licząc Tadeusza, z nikim na ten temat nie rozmawiał. Nie tylko dlatego, że był skryty. Nie sprzyjała temu atmosfera laickiej placówki, z narzuconą ideologią ateistycznego państwa, którą grono pedagogiczne, przynajmniej w założeniu, miało wpajać młodzieży wychowywanej w katolickich rodzinach. Wysiłki nauczycieli szły jednak na marne - w 1954 roku seminarium duchowne wybrało dziesięciu czy nawet dwunastu chłopców. Ilu uzyskało święcenia, nie wiadomo. Sylwester Sienkiewicz, później ksiądz, pamięta, że 1 września 1954 roku ówczesny dyrektor szkoły Włodzimierz Martewicz był tym faktem zbulwersowany. Podczas apelu powiedział:

- Dalej tak być nie może, żeby tylu młodych ludzi się marnowało. Od tego roku klasy będą koedukacyjne. - A kiedy uczniowie rozchodzili się do żeńsko-męskich już klas, rzucił jeszcze w kierunku dziewcząt: - Wiecie, co macie robić.

Nie na wiele się to zdało. Z rocznika księdza Sienkiewicza siedmiu spośród pięćdziesięciu absolwentów liceum zostało duchownymi. Latem 1959 roku, gdy klerycy z różnych seminariów przyjechali w rodzinne strony na wakacje, pewnego dnia przy ołtarzu w kościele św. św. Piotra i Pawła stanęło ich czternastu!

Alek Popiełuszko miał zatem licznych poprzedników. Nie wybrał jednak seminarium w Białymstoku, które przejęło tradycje seminarium wileńskiego, ale w Warszawie. Proboszcz Nikodem Zarzycki namawiał go wprawdzie, by wybrał "własne", prawdopodobnie tłumacząc, że w Warszawie znajdzie się w zupełnie obcym sobie środowisku, gdzie praca z ludźmi będzie trudniejsza. Jak zeznał w procesie beatyfikacyjnym ksiądz Jan Sochoń, "krzywym okiem" na wybór seminarium warszawskiego patrzył też Władysław Popiełuszko. "Nawet powiedział, że nie da mu ojcowskiego błogosławieństwa. Miał poparcie jedynie u mamy, która przekonała ojca i nie sprzeciwiał się"[20]. Kiedy proboszcz, z powodu wyboru warszawskiego seminarium przez Alka, wezwał matkę na rozmowę, ta powiedziała mu: "Proszę księdza, ja teraz nim nie rządzę. To jego wybór. Ja rządziłam w podstawówce, a teraz to jego sprawa, gdzie się kieruje"[21]. Do seminarium białostockiego, które miało niewiele powołań (w 1965 roku wstąpiło doń zaledwie 8 osób, a na wszystkich latach studiowało tylko 28 kleryków) przyjmowano po m.in. pomyślnie zdanym egzaminie z języka łacińskiego, którego w liceum w Suchowoli nie uczono[22]. Być może bywały od tego odstępstwa, bo w pamięci rodziny zachowało się, że Alek wybrał seminarium w Warszawie "ze względu na trudne warunki materialne". W seminarium białostockim klerycy musieli opłacać całe czesne, w stolicy zaś mogli zapłacić jego połowę, drugą zaś spłacić w pierwszych latach pracy kapłańskiej[23].

Ksiądz Jan Sochoń zwraca uwagę na jeszcze jeden - zapewne najistotniejszy - element: Boże prowadzenie. "(...) całe jego życie, jak życie każdego człowieka, miało swoją Bożą logikę. To ona sprawiała, że Jurek od dzieciństwa miał pomysł na siebie, choć nigdy się z nim nie ujawniał. Nawet gdy postanowił zostać księdzem, nikomu o tym nie mówił, nawet swoim najbliższym. Najzwyczajniej w świecie po balu maturalnym w liceum suchowolskim "uciekł" do Warszawy, goniąc za czymś, czego nie potrafił bliżej określić. Gnała go zapewne jakaś trudna do ujęcia pasja poszukiwania niewiadomego"[24].

Rozdział trzeci:

"PRAGNIENIA JEGO SĄ SZCZERE..."

Był wczesny ranek 18 czerwca 1965 roku. Na dworzec Wileński w Warszawie wjechał pociąg z Suwałk. Wysiedli z niego dwaj szczupli, niewysokiego wzrostu, trochę zagubieni chłopcy. Ten wyższy, Alek Popiełuszko, miał od tej pory często przemierzać tę trasę, niższy, Tadeusz K., jeszcze nie wiedział, że po trzech latach opuści stolicę na zawsze. Tego ranka szli na spotkanie, które miało doprowadzić ich do kapłaństwa.

Z Pragi pojechali na Krakowskie Przedmieście, odnaleźli gmach Wyższego Metropolitalnego Seminarium Duchownego św. Jana Chrzciciela. Mieli ze sobą potrzebne dokumenty: podanie, życiorys, świadectwo dojrzałości, odpis metryki chrztu i bierzmowania, świadectwo lekarskie. Alkowi brakowało jednego ważnego - opinii proboszcza. Ksiądz Nikodem Zarzecki nie pogodził się z tym, że Alek, mimo jego nalegań, nie wybrał seminarium w Białymstoku, i zaświadczenia nie dał.

Pozytywną opinię wystawili natomiast dwaj katecheci: ksiądz Piotr Bożyk i uczący religii w klasie maturalnej ksiądz Czesław Hlebowicz. Ten drugi napisał, że Alek Popiełuszko jest "dobrym i szlachetnym młodzieńcem, regularnie uczęszczał na religię, co miesiąc przystępował do sakramentów świętych, wzorowo i pobożnie zachowywał się w kościele". Ksiądz Bożyk zaświadczał, że "już w szkole podstawowej wykazywał umiłowanie ołtarza i nabożeństw. W czasach gimnazjalnych, w częstych rozmowach wypowiadał się o kapłaństwie jako celu swojego życia. Poglądy swoje utwierdzał w życiu eucharystycznym z Jezusem. Według mnie, pragnienia jego są szczere i dlatego warto się nimi zainteresować"[25]. Sam Alek zaś w podaniu o przyjęcie do seminarium napisał: "Prośbę swą motywuję tym, iż chcę zostać księdzem, ponieważ mam zamiłowanie do tego zawodu"[26].

Nie wiadomo, jak dokładnie przebiegała rozmowa Popiełuszki z wicerektorem seminarium księdzem Zbigniewem Kraszewskim i ojcem duchownym księdzem Czesławem Miętkiem. Zapewne pytania były standardowe. "Czy się, synu, dobrze zastanowiłeś?". Tadeuszowi K. długo brzmiały w uszach te słowa. Wicerektor pytał też o rodziców, rodzeństwo, czy są wierzący. Być może już wówczas pomiędzy księdzem Kraszewskim, późniejszym biskupem, a Alkiem, późniejszym księdzem Jerzym, zawiązała się nić sympatii. Po latach to ten właśnie biskup, podobnie jak ówczesny rektor, a później biskup Władysław Miziołek, stali się jego obrońcami. Tak czy inaczej, rozmowa na pewno przebiegła pomyślnie i Alfons Popiełuszko został przyjęty na pierwszy rok studiów w warszawskim seminarium. Razem z nim przyjęto 43 alumnów, z czego aż 25 przyjechało z innych diecezji. Natomiast na wszystkich latach rok akademicki 1965/1966 rozpoczynało w Warszawie 150 kleryków[27].

Nauka w seminarium duchownym była podzielona na dwa etapy[28] - na pierwszym i drugim roku dominowały przedmioty filozoficzne, na kolejnych latach teologiczne. Alek Popiełuszko jako słuchacz pierwszego roku miał wykłady z ontologii, logiki, teorii poznania, historii filozofii, historii Kościoła, liturgiki, ceremoniału. Uczestniczył w konwersatoriach: dogmatycznym, filozoficznym i biblijnym, chodził na zajęcia z języka polskiego i śpiewu. Na wszystkich latach uczył się tzw. grzeczności chrześcijańskiej, czyli chrześcijańskiego savoir-vivre'u (po łacinie urbanitas christianae), miał lektoraty języków obcych. Od drugiego roku kontynuował naukę francuskiego, z którego na świadectwie maturalnym miał ocenę dostateczną. Uczył się także języka łacińskiego. Wśród jego wykładowców był m.in. ksiądz Jan Twardowski, który prowadził zajęcia z języka polskiego, czy ksiądz profesor Marek Starowieyski, który uczył łaciny i greki.

Jakim studentem był Alek? Biskup Władysław Miziołek zeznał w procesie beatyfikacyjnym, że "w nauce był pilny, zdolności miał więcej niż średnie, egzaminy zdawał regularnie"[29]. Według księdza Jana Sochonia, Alek był "średnio zdolnym alumnem, ale systematycznym. Wszystkie egzaminy zaliczał w wyznaczonych terminach"[30]. Ksiądz Tadeusz Jaworski, który poznał Alka już po jego powrocie z wojska do seminarium, zapamiętał go jako człowieka spokojnego, opanowanego. "Wypełniał obowiązki, uczył się i modlił. Nie błyszczał w grupie. Można nawet powiedzieć, że był przeciętny, nie wyróżniał się. (...) Ale też nie był zadziorny, raczej opanowany"[31]. Jako sympatycznego zapamiętał go także ksiądz Zygmunt Malacki, który przez rok mieszkał z Alkiem w jednym pokoju, a niemal trzydzieści lat później został proboszczem parafii św. Stanisława Kostki, wkładając wiele wysiłku w rozwój kultu księdza Jerzego. "Oczywiście, gdybym wiedział, że on będzie błogosławionym, a ja będę proboszczem w parafii przy jego grobie, to prowadziłbym szczegółowe notatki" - mówił w 2010 roku. I jakkolwiek Alek i w jego oczach niczym specjalnym się nie wyróżniał w trakcie studiów, dawała się zauważyć w nim pewna powaga i wrażliwość na człowieka cierpiącego. "Często podkreślał, że nie można przechodzić obojętnie obok cierpiącego bliźniego"[32].

Pobyt w seminarium miał dać przyszłym kapłanom wiedzę teologiczną i filozoficzną, i - co równie ważne - ukształtować ich duchowo. To było jednym z podstawowych zadań ojca duchownego seminarium, księdza Czesława Miętka, który wykładał także teologię ascetyczną i mistyczną. Kształtowaniu życia wewnętrznego alumnów służyło codzienne czytanie lektur duchowych - najpierw wspólne, potem, na starszych latach, indywidualne - a ponadto rozmyślania, konferencje ascetyczne, dni skupienia, rekolekcje oraz, oczywiście, modlitwy, codzienny udział w mszy świętej i adoracja Najświętszego Sakramentu. Ojciec duchowny uczył kleryków, jak przeprowadzać codzienny rachunek sumienia, podsuwał im odpowiednie lektury, spowiadał.

Przyszłym kapłanom towarzyszyła w seminarium bardzo surowa dyscyplina.

- To było nie tylko kształtowanie dusz, ale i charakterów. Mówiono, że wojsko przy tym to drobnostka. - Ksiądz Sienkiewicz najlepiej zapamiętał zakaz siadania na łóżku w czasie wolnym.

Zasady seminaryjnego życia określał regulamin zatwierdzony przez kardynała Aleksandra Kakowskiego jeszcze przed wojną, w lutym 1936 roku. Dzień był ściśle zaplanowany: od pobudki o 5.30 do zgaszenia świateł w salach o 21.30. Od wieczora do śniadania o 7.20 alumnów obowiązywała cisza - silentium. Zatem w ciszy odbywała się poranna toaleta, w milczeniu szło się do kaplicy na mszę, prowadzono rozmyślania. Zajęcia odbywały się przez pięć dni w tygodniu, każdego dnia po pięć pięćdziesięciominutowych wykładów. Również po obiedzie poprzedzonym modlitwą Anioł Pański obowiązywał ściśle wyznaczony czas na naukę, odpoczynek, czytanie lektur duchowych, modlitwę. W dni wolne od zajęć wstawano pół godziny później, o 6 rano. Czwartek był ulubionym dniem, bo wtedy wszyscy szli na spacer. Po obiedzie wychodzono z seminarium w dwóch grupach, w wyznaczonych wcześniej kierunkach. Klerycy szli parami, ubrani w sutanny, nie licząc pierwszego roku, który nie miał jeszcze za sobą tzw. obłóczyn.

Jeżeli opiekun roku pozwalał, klerycy mogli opuszczać seminarium także innego dnia, jednak zawsze przynajmniej we dwóch. Alek Popiełuszko z Tadeuszem K. jeździli wówczas do Niepokalanowa, do spokrewnionego z tym drugim franciszkanina ojca Kolumbana albo do rodziny Tadeusza w Ożarowie Mazowieckim.

Krótko po wstąpieniu do seminarium, bo już 8 grudnia 1965 roku, Alek wstąpił także do Sodalicji Mariańskiej, pragnąc pogłębić pobożność maryjną. Wtedy też przeczytał książkę Marii Winowskiej, emigracyjnej pisarki, Szaleniec Boży o ojcu Kolbem[33]. Efektem zgłębiania przez niego franciszkańskiej i maryjnej duchowości było noszenie szkaplerza św. Franciszka. Alek, który już jako dziecko czytał "Rycerza Niepokalanej", w czasach kleryckich, w okresie wakacji wyświetlał w Okopach przeźrocza o życiu ojca Kolbego, beatyfikowanego w 1971 roku. Na te seanse do domu Popiełuszków schodzili się sąsiedzi.

Regulamin kardynała Kakowskiego ustalał życie seminarzystów w najdrobniejszych szczegółach, czasem w sposób budzący dzisiaj zdumienie, choćby w punkcie, który stanowił: "Alumni będą przestrzegać zasad higieny, czystości i schludności. Twarz i ręce mają być zawsze czysto umyte. Nogi należy myć w porze zimowej co tydzień; w porze letniej - częściej"[34]. Regulamin ten sukcesywnie modyfikowano, ale nowy seminarium otrzymało dopiero w latach 70. ubiegłego wieku. Kiedy na przykład 27 października 1968 roku, "celem uniknięcia dalszych wykroczeń Ojciec Duchowy nadzwyczajnym ukazem zniósł ku wielkiej radości braci kleryckiej silentium podczas śniadania"[35], było to tak wielkie wydarzenie, że odnotowano je w seminaryjnej kronice.

Klerycy mieszkali w kilkuosobowych pokojach, zmieniając co pół roku zarówno pomieszczenia, jak i współlokatorów. Za naukę i utrzymanie częściowo płacili. W połowie lat 60., gdy studiował Alek Popiełuszko, czesne wynosiło pięćset złotych miesięcznie. Klerycy, których rodziców nie było stać na taki wydatek, płacili połowę. Resztę spłacali po święceniach.

W seminarium panowała ciasnota, dlatego część kleryków - tych ze starszych roczników - przeniesiono na Bielany, do rozpadającego się budynku dawnego Kolegium Mariańskiego. Władze państwowe nie tylko nie pozwalały na rozbudowę seminarium, ale przystąpiły właśnie do kolejnego ataku na tę uczelnię. W 1965 roku nałożono na seminarium warszawskie podatek dwa razy wyższy od płaconego dotychczas. W ten sposób chciano, po likwidacji niższych seminariów duchownych, doprowadzić do zamknięcia przynajmniej części seminariów wyższych, resztę zaś zmusić do podporządkowania się nadzorowi kuratorów państwowych.

To był jeden z elementów polityki wyznaniowej władz PRL, zaostrzających kurs wobec Kościoła w związku z przygotowaniami do Milenium Chrztu Polski. Obchody milenijne, do których przygotowywała dziewięcioletnia Wielka Nowenna, rozpoczęły się w Gnieźnie 14 kwietnia 1966 roku. Następnie jubileuszowe celebracje z udziałem episkopatu - do połowy 1967 roku - odbyły się we wszystkich diecezjach. Trzeciego maja na Jasnej Górze prymas Wyszyński z episkopatem dokonał aktu oddania w macierzyńską niewolę Maryi narodu polskiego - za wolność Kościoła w Polsce i na świecie.

Uroczystości milenijne w Warszawie odbyły się między 21 a 26 czerwca. Miały bardzo burzliwy przebieg. Napięcie wywołały władze, mobilizując bojówki partyjne do zakłócania religijnych uroczystości, organizując konfrontacyjne imprezy, które miały odciągnąć uwagę warszawiaków od kościelnych wydarzeń, oraz aresztując Obraz Nawiedzenia w drodze z Fromborka do Warszawy. Milicja dowiozła go do stolicy inną niż planowana trasą, wprost do katedry, dlatego w kościele św. Stanisława Kostki prymas witał puste ramy, co na wiernych zrobiło jeszcze większe wrażenie.

Jednym z uczestników warszawskich obchodów był kleryk Alfons Popiełuszko. Słyszał, jak na zakończenie uroczystości w katedrze, 26 czerwca, prymas Wyszyński mówił: "W historii Polski bywały konflikty, ale rzadko między Kościołem i narodem lub między Kościołem i rodziną, natomiast znacznie częściej między Kościołem a państwem, zwłaszcza w okresie zaborów. Mocarstwa rozbiorowe nie mogły ścierpieć tych, którzy głosili narodowi Ewangelię, i myślały, że zniszczą naród, jeśli wpierw zniszczą Kościół i jego hierarchię". Jego homilia była dziękczynieniem za dziesięć wieków chrześcijaństwa i wołaniem do Matki Boga o przemianę ludzi, o "nowego człowieka".

Prymas powiedział również: "Kościół nie może się zamknąć tylko w świątyniach, nie może się ograniczyć do spraw czysto religijnych. On musi tchnąć swego ducha na ulice i uliczki miast, musi wyjść ze świątyni, aby być obecnym w świecie współczesnym. (...) Kościół musi wejść w życie człowieka, w jego wychowanie i kształtowanie, bo ma tego człowieka odmienić, dać mu nowe oblicze, stanąć w obronie jego praw osobowych, jego indywiduum i istoty społecznej, ma tchnąć ducha w jego pracę moralną, społeczną, kulturalną, ekonomiczną, gospodarczą, a nawet polityczną. Bez ducha Ewangelii, bez prawdy Bożej, ludzkość poradzić sobie dzisiaj absolutnie nie zdoła. Widzimy to z codziennego doświadczenia"[36].

Nastrój był podniosły i radosny, ludzie wyszli z katedry z pieśnią Boże, coś Polskę. Uformowali pochód liczący około trzech tysięcy osób. Ormowcy i aktywiści partyjni nie pozwolili, by szedł on w kierunku placu Zamkowego, wierni skierowali się więc w drugą stronę. Na Nowym Mieście napotkali kordony milicji, rozproszeni zdołali się jednak przedostać na ulicę Miodową, pod rezydencję prymasa, gdzie skandowali hasła poparcia dla prymasa i biskupów. Była to odpowiedź na incydent sprzed dwóch dni, kiedy to wmieszane w tłum partyjne bojówki obrzuciły prymasa powracającego z milenijnych uroczystości wyzwiskami: "Baranie, ty baranie!". Z Miodowej grupa, formując spontanicznie pochód, przeszła na Krakowskie Przedmieście i skierowała się w stronę gmachu KC PZPR. Skandowano hasła religijne: "My chcemy religii w szkołach", "My chcemy Polski katolickiej", "Niech żyje papież", "Przebaczamy, żądamy wolności", "Niech żyje prymas", i polityczne: "Precz z reżimem komunistycznym", "Precz z milicją", "Pachołki Gomułki", "Precz z komunizmem", "Chcemy wolności sumienia i wyznania". Na skrzyżowaniu Nowego Światu ze Świętokrzyską pochód został zatrzymany przez ZOMO; milicja użyła pałek i armatek wodnych. Zamieszki trwały przez kilka godzin. Tego dnia zatrzymano 47 osób, natomiast podczas kilkudniowych warszawskich obchodów w sumie 106, z których 87 w trybie przyśpieszonym kolegia karno-administracyjne ukarały grzywnami i miesiącami aresztu[37].

Alkowi Popiełuszce, któremu towarzyszył brat Józef, udało się po uroczystościach milenijnych bezpiecznie powrócić do budynku seminarium. Nie przypuszczał zapewne, że niebawem i jego osobiście dotkną represje państwa wobec Kościoła.

Nie wiedział też, że już w połowie listopada 1965 roku, jako kleryk, został zarejestrowany w Departamencie IV Ministerstwa Spraw Wewnętrznych[38]. Księża katoliccy byli jedyną w Polsce grupą w całości objętą zainteresowaniem Służby Bezpieczeństwa. Podczas gdy inni musieli na to "zasłużyć", każdy kandydat do kapłaństwa trafiał do esbeckiej ewidencji przez sam fakt wstąpienia do seminarium. Począwszy od 1963 roku, każdemu alumnowi zakładano tzw. teczkę ewidencji operacyjnej na księdza, w skrócie TEOK, w której odnotowywano wszystkie fakty interesujące SB - aż do śmierci jej posiadacza lub jego rezygnacji z kapłaństwa. Zdobyte informacje wykorzystywano w różny sposób - do typowania księży "wyjątkowo niebezpiecznych", którymi SB zajmowała się w szczególny sposób (podsłuch, otaczanie agentami, działania specjalne, czyli różnego rodzaju szykany, aż po napaści, rabunki, pobicia), ale także do poszukiwania kandydatów do zwerbowania jako agentów czy rozmaitych działań dywersyjnych i manipulacyjnych. Taką TEOK założono, oczywiście, także alumnowi Alkowi, a potem umieszczano w niej co ważniejsze fakty z życia księdza Jerzego Popiełuszki. Teczki duchownych zostały zniszczone w trakcie wielkiego unicestwiania akt bezpieki w latach 1989-1990, gdy los komunizmu w Polsce był przesądzony - w jednej z ostatnich zorganizowanych akcji SB przed jej likwidacją. Podobny los spotkał akta księdza Jerzego, choć nie można wykluczyć, że - wobec wagi tej sprawy - któryś z wysokich funkcjonariuszy je sobie "sprywatyzował". Piątego marca 1990 roku ówczesny wiceminister spraw wewnętrznych generał Lucjan Czubiński, oficjalnie - i kłamliwie - poinformował w Sejmie, jakoby TEOK zostały zniszczone, ponieważ "nie miały znaczenia historycznego, archiwalnego ani naukowego"[39]. Było akurat odwrotnie: zniszczono je, ponieważ takie właśnie znaczenie - i to ogromne - miały, pokazując perfidię systemu, dla którego każdy ksiądz był potencjalnym przeciwnikiem. Treść TEOK księdza Jerzego można częściowo odtworzyć na podstawie zachowanych w IPN materiałów rejestracyjno-ewidencyjnych[40].

Teczka Alka Popiełuszki zapełniała się powoli. Na razie znajdował się na początku drogi do kapłaństwa. Wakacje spędził u rodziny w Okopach. Przez dwa tygodnie pracował również przy żniwach w należącym do seminarium prawie dwustuhektarowym majątku w Czubinie koło Rokitna. Rok później, czyli w 1967 roku, klerycy zdążyli jeszcze zebrać ziemniaki, zanim majątek skonfiskowano za niezapłacenie wysokiego podatku nałożonego rok wcześniej.

Rozdział czwarty:

"NIE MOŻNA MNIE ZŁAMAĆ GROŹBĄ ANI TORTURAMI"

We wrześniu 1966 roku Alek Popiełuszko wrócił do Warszawy, do seminarium. Na krótko. W październiku odbyły się obłóczyny - po raz pierwszy założył sutannę - moment i dla kleryka, i dla jego rodziny bardzo ważny jako pierwsza zewnętrzna oznaka przygotowań do stanu kapłańskiego. Sutanny długo nie nosił, bo w kieszeni miał już wezwanie do wojska. Kilka dni później, po pożegnaniu w seminarium, 25 października 1966 roku został wcielony do kleryckiej jednostki wojskowej w Bartoszycach, miasteczku oddalonym o kilkanaście kilometrów od północnej granicy z ZSRR.

- Wasz pobyt w wojsku jest ojczyźnie niepotrzebny. Zawdzięczacie go tylko waszym biskupom, którzy napisali "przebaczamy i prosimy o przebaczenie". - Te słowa oficera w mundurze lotnika, noszącego nazwisko Witik, który przyjechał do Bartoszyc z Głównego Zarządu Politycznego Wojska Polskiego w Warszawie, dobrze zapamiętali słuchacze.

Oficer ów nie przypuszczał nawet, jak ważne jest to, co powiedział, wyraźnie wbrew zaleceniom z grudnia 1964 roku, wydanym przez Zenona Kliszkę, członka Biura Politycznego KC PZPR, na posiedzeniu Komisji KC ds. Kleru: "Nie należy więcej używać argumentu, że pobór do wojska jest represją, lecz tłumaczyć, że służba wojskowa jest zaszczytnym obowiązkiem każdego obywatela i nie chcemy kleru pozbawić możliwości spełniania tego obowiązku"[41].

Wśród 229 kleryków, którzy w garnizonowej świetlicy przysłuchiwali się słowom porucznika - a może majora? - Witika, był Alfons Popiełuszko[42].

Początkowo samo dowództwo jednostki o kryptonimie JW 4413, czyli pułkownik Jerzy Ożga i jego zastępca major Aleksander Grelka, nie bardzo chyba wiedziało, co ma zrobić z ponaddwustuosobową grupą kleryków na siłę wyciągniętych z seminariów.

- Poinformowano nas, że jesteśmy batalionem szkolnym, tytułowano elewami. Po kilku dniach zorientowano się, że w takiej sytuacji musielibyśmy dostać szlify oficerskie. Zostaliśmy więc szeregowcami, a batalion pozostał wprawdzie szkolnym, ale ratownictwa terenowego - wspomina ksiądz Andrzej Regent, wówczas student drugiego roku seminarium w Pelplinie. W Bartoszycach przydzielono go do drugiej kompanii, tej samej, w której służył Alek Popiełuszko.

"W moim odczuciu jednostka wojskowa dla kleryków w Bartoszycach (...) była rodzajem obozu koncentracyjnego - mówił po latach ksiądz Wiesław Wasiński. Faktycznie niewiele mieliśmy wspólnego z bronią i uzbrojeniem, natomiast całymi dniami urządzano nam szkolenia polityczne, które trwały i po osiem godzin, a po nich kierowano nas do ciężkiej pracy fizycznej. Kopaliśmy więc okopy i transzeje, które po jakimś czasie trzeba było zasypywać, budowaliśmy schrony, strzelnice i baseny przeciwpożarowe w różnych miejscowościach. Były to zwykłe prace ziemne"[43].

Pobór kleryków do wojska był jednym z bardziej dotkliwych instrumentów walki władz PRL z Kościołem. Porozumienie między rządem a episkopatem z 1950 roku przewidywało, że studenci seminariów diecezjalnych i zakonnych nie będą, podobnie jak studenci innych uczelni wyższych, powoływani do wojska. Rząd po raz pierwszy złamał ten przepis w 1955 roku, a następnie robił to systematycznie co roku od 1958 aż do 1979 roku. Powoływanie alumnów do wojska wyraźnie nosiło charakter represyjny. Miało zdezorganizować pracę wyższych seminariów, które władze państwowe chciały sobie podporządkować. Pobór był wybiórczy. Biskupi bardziej stanowczy wobec polityki władz byli karani poborem większej liczby kleryków z podległych im seminariów. Hierarchowie zajmujący bardziej umiarkowane stanowisko mogli liczyć na łagodniejsze traktowanie i odraczanie poboru. Ta przemyślana polityka miała na celu poróżnienie episkopatu z rektorami seminariów. Ale co najważniejsze, decydując się na przymusowe wcielanie kleryków do wojska i prowadzenie dwuletniej intensywnej indoktrynacji, zwanej "pracą ideologiczno-wychowawczą", komuniści liczyli, że zniechęcą seminarzystów do kapłaństwa oraz zmniejszą napływ kandydatów do seminariów. Kiedy okazało się, że efekty tych działań są marne, głównym celem stało się "kształtowanie pozytywnej w stosunku do władzy ludowej postawy duchowieństwa"[44].

- Chcemy, żeby z was było pokolenie księży lojalnych, współpracujących z rządem. - Ksiądz Eugeniusz Sikorski, wówczas kleryk seminarium pelplińskiego, dobrze pamięta, co wyznał przyciśnięty do muru ów przysłany z GZP WP oficer, mówiący z charakterystycznym wschodnim akcentem.

Alek Popiełuszko był jednym z dziewięciu kleryków z warszawskiego seminarium wcielonych do wojska jesienią 1968 roku; sześciu było po pierwszym roku, trzech po drugim[45]. Rektor seminarium ksiądz Władysław Miziołek interweniował w Urzędzie ds. Wyznań, co odnotowano w urzędowych aktach, nie uzyskał jednak zwolnienia żadnego z alumnów. Decyzja urzędnika zależała od kilku czynników: stosunku biskupów diecezji do próby wprowadzenia nadzoru państwa nad seminariami, przebiegu uroczystości milenijnych w diecezjach oraz sposobu interwencji biskupów i prowincjałów zakonnych w sprawie odroczenia służby wojskowej alumnów. Zwracano uwagę, czy interwencja jest pisemna, czy osobista i w jakim tonie jest utrzymana. W ocenie urzędnika ordynariusz warszawski, czyli prymas Wyszyński, i rektor, ksiądz Miziołek, który w przesłanym piśmie powoływał się na obowiązujące ustalenia rządu i episkopatu z 1950 roku, zasługiwali na ocenę negatywną. Prośbę o odroczenie poboru odrzucono[46].

Popiełuszko trafił do wojska w najgorszym momencie - silnej konfrontacji władzy z Kościołem i poszukiwania przez komunistów nowych metod represji. List biskupów polskich do niemieckich w listopadzie 1965 roku i milenijne obchody Chrztu Polski, w których uczestniczyły setki tysięcy ludzi, wywołały wściekłość gomułkowskiej ekipy. Komuniści uderzyli z całą mocą: zaostrzono podejmowane od miesięcy próby podporządkowania seminariów, zażądano odwołania dziesięciu ich rektorów, w tym warszawskiego, podjęto próbę likwidacji czterech uczelni. W 1966 roku wcielono do wojska największą liczbę kleryków od 1955 roku (więcej powołano jedynie dwa lata później, kiedy pobór liczył 281 seminarzystów). Już drugi rok istniały jednostki wyłącznie kleryckie. Do 1965 roku alumni wcieleni do wojska służyli w tzw. diasporze, czyli w różnych jednostkach wojskowych w całym kraju. Zdaniem szefa Głównego Zarządu Politycznego WP generała Wojciecha Jaruzelskiego, ta forma odbywania służby wojskowej przez kleryków nie zdała jednak egzaminu, gdyż ci negatywnie oddziaływali na innych żołnierzy służby zasadniczej. Dlatego utworzono trzy kompanie kleryckie, w których miała być prowadzona odpowiednio intensywna tzw. praca ideologiczno-wychowawcza, nastawiona na kształtowanie postaw akceptujących władzę ludową. Nie rezygnowano przy tym z celu zasadniczego, czyli odciągnięcia alumnów od kapłaństwa. Rok później, czyli w 1966 roku, jednostki te przekształcono w samodzielne bataliony ratownictwa terenowego i podporządkowano bezpośrednio GZP.

Z Bartoszyc, największej jednostki kleryckiej, alumnów, którzy rok wcześniej rozpoczęli służbę wojskową, przeniesiono do jednostek w Brzegu i Szczecinie-Podjuchach. W ten sposób przygotowano miejsce na przyjęcie nowego, największego z dotychczasowych poborów.

Szeregowego Alfonsa Popiełuszkę, zwanego przez kolegów "Popiełuchem", przydzielono do trzeciej drużyny w trzecim plutonie drugiej kompanii. Kleryków z seminarium warszawskiego rozdzielono w taki sposób, że każdy służył w innej drużynie. W każdej z trzech drużyn plutonu było ośmiu kleryków i trzech tzw. aktywistów, czyli członków ZMS, ZMW albo kandydatów na członków PZPR, których żartobliwie zwano "braćmi podłączonymi". Ich zadaniem było rozbijanie solidarności kleryków, demoralizowanie ich i inwigilacja, choć prawdopodobnie nie wszyscy z nich godzili się na donoszenie. Niemniej systematycznie raz w tygodniu wzywał ich na rozmowy oficer kontrwywiadu kapitan Józef Salwin, który prowadził tzw. teczkę ewidencji operacyjnej na każdego z alumnów. Kontrolował ich korespondencję i zlecał nasłuch ich rozmów telefonicznych. Z dokumentów wynika, że po zakończeniu służby wojskowej teczki zostały przesłane do odpowiednich wojewódzkich urzędów do spraw wyznań oraz do Departamentu IV MSW[47].

Kadra wojskowa w Bartoszycach była specjalnie wyselekcjonowana i lepiej uposażona od służącej w innych jednostkach. Część podoficerów pracowała wcześniej w jednostkach karnych, m.in. w Orzyszu.

Klerycy zamieszkiwali w murowanym dwupiętrowym budynku położonym najdalej od bramy koszar, w których stacjonowała także jednostka czołgistów. Zajęcia obu grup różniły się diametralnie. Zgodnie z nowymi wytycznymi GZP WP, pracę polityczno-wychowawczą w jednostkach kleryckich "uznano za nadrzędną w stosunku do innych szkoleń, dlatego prowadzono ją stale, w każdej sytuacji. W pierwszym roku służby klerycy mieli 480 godzin szkolenia politycznego, w drugim - 360. Z wykładami przyjeżdżali do Bartoszyc specjalnie przygotowani oficerowie z GZP WP, absolwenci Wojskowej Akademii Politycznej im. Feliksa Dzierżyńskiego albo religioznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim. O jednym z takich wykładów pisał Alek Popiełuszko w marcu 1968 roku do księdza Czesława Miętka, ojca duchownego w seminarium warszawskim.

"Dzisiaj mieliśmy polityczne z niejakim panem Chorążewiczem. Przez całe siedem godzin mówił o stosunku państwa do Kościoła i perspektywach na przyszłość. Księdza Prymasa przedstawiał w najbardziej czarnym świetle. Wszystkiemu, co jest złe, winien jest ksiądz kardynał Wyszyński, że papież nie przyjechał do Polski - ks. Wyszyński winien. Gdy Kliszko chciał zawrzeć konkordat z Watykanem, zareagował ostro i powiedział, że nie może być konkordatu - Ks. Wyszyński. Najlepszym ustrojem dla Polski jest Królestwo - mówi Ks. Wyszyński. Zabronił biskupom spotkać się z de Gaullem - Ks. Wyszyński. Najmniejszej przyszłości nie ma polityka - Ks. Wyszyńskiego. Dobrą pożywką dla NRF-u jest - działalność Ks. Wyszyńskiego. Nie chce porozumienia między państwem a Kościołem - Ks. Wyszyński. Dąży do zmiany ustroju w Polsce - Ks. Wyszyński. Nie będę wszystkiego przytaczał, bo zanotowałem dzisiaj tego czternaście stron, ale myślę, że te parę cytatów pozwoli Ojcu wyobrazić [sobie] chociaż trochę przebieg wykładów politycznych. Jedno jest chyba tu ważne, że ten Chorążewicz wyjechał od nas zmyty. Kiedy został przyparty do muru, przyznał [nam] wiele racji, bo nie umiał odeprzeć naszych zarzutów. Okazało się, że jest to "chudy literat", magisterek, który nie orientuje się w tych sprawach poza tematem, jaki przygotował"[48].

Klerycy mieli obowiązek notowania wykładów. Od liczby zapisanych stron uzależniano wystawienie przepustki, choć w rzeczywistości bardziej decydował humor kaprala.

Na czym przede wszystkim polega specyfika kleryckiej jednostki wydzielonej, Alek Popiełuszko miał się przekonać szybko i bardzo boleśnie już w pierwszych dniach pobytu w koszarach.

- A może byśmy odmówili różaniec? - zaproponował któregoś popołudnia, gdy w czasie wolnym odpoczywano w sali. Andrzej Regent, przeniesiony niebawem do innego pokoju, pamięta, że część osób się spłoszyła, ale zaczęto odmawiać modlitwę. Nie wiadomo już, czy doniósł któryś z "braci podłączonych", czy kapral sam zauważył, co się dzieje, dość że natychmiast padło:

- Trzecia drużyna, na korytarzu zbiórka! Ja wam wybiję z głowy to kapłaństwo!

Od tej chwili ową groźbę alumni mieli słyszeć wielokrotnie.

Już w listopadzie 1966 roku szef oddziału I Zarządu Głównego Zarządu Politycznego WP pułkownik Leon Morawski w piśmie oznaczonym "Tajne. Spec. znaczenia" informował m.in. o sytuacji w Szkolnym Batalionie Ratownictwa Terenowego w Bartoszycach: "Już w pierwszych dniach wyłoniło się kilku przywódców podejmujących próby organizowania zbiorowych głośnych modlitw. Odpowiednie, taktowne, lecz zdecydowane przeciwdziałanie dowódców i aparatu politycznego doprowadziło do zaprzestania podobnych praktyk"[49].

Pułkownik Morawski został wprowadzony w błąd - praktyk nie zaniechano, nawet po zastosowaniu metod bardziej brutalnych niż "taktowne". Wspólne głośne modlitwy były głównym powodem konfliktów z kadrą drugiego plutonu i prześladowania kleryków.

- Alek Popiełuszko nie był jedynym, który się modlił. Modlili się także inni i również oni byli za to szykanowani przez kadrę wojskową - opowiada ksiądz Kazimierz Torla. W 1966 roku został on wysłany przez biskupa warmińskiego Józefa Drzazgę do Bartoszyc, aby opiekować się klerykami w czasie wolnym, gdy wychodzili z koszar na przepustki. Wyjechał stamtąd latem 1968 roku, na trzy miesiące przed opuszczeniem jednostki przez alumnów z poboru w 1966 roku.

Trzecia drużyna, "Alkowa", jak o niej mówiono już po 1984 roku, zajmowała wspólnie z pierwszą drużyną dużą salę na pierwszym piętrze, 24-osobową. Łóżko Alka znajdowało się pod oknem. Siadali na nim i na łóżkach stojących obok: Andrzej Szulc, Józef Skorupa, Kazimierz Pająk, Kazimierz Fryzeł, Michał Stańczuk, Wiesław Wasiński, Edmund Sikorski, Kazimierz Sewastianik, Edward Firek. Dochodzili inni. Odmawiali razem wieczorną modlitwę, różaniec, w niedzielę recytowaną mszę świętą, w piątki drogę krzyżową, godzinki, gorzkie żale. A nawet, bywało, prowadzili nocne czuwania, choć bez Najświętszego Sakramentu. Nie zawsze udawało im się odmówić modlitwę, nie zawsze ją dokończyć. Przerywał nagły alarm, dodatkowa musztra. Karano nocnymi pobudkami, wielokilometrowymi marszobiegami, czasem w maskach przeciwgazowych, a co bardziej opornych tzw. ZOK-iem, czyli zakazem opuszczania koszar, połączonym z koniecznością częstego meldowania się w pełnym rynsztunku.

- Nasza drużyna miała najwięcej nocnych alarmów. Potrafili nas zrywać kilka razy jednej nocy, co było niezgodne z regulaminem. Omijały nas lżejsze prace, rzadko dostawaliśmy przepustki. To wszystko było za coś - wspomina ksiądz Michał Stańczuk, wówczas kleryk seminarium w Siedlcach.

- Nie uważaliśmy się bynajmniej za męczenników - wyjaśnia po latach ksiądz Eugeniusz Sikorski.

Mimo to drużyna Alka różniła się od innych.

- W naszej drużynie modliliśmy się raczej indywidualnie, wspólne odmawiane głośno modlitwy były rzadkością. - Ksiądz Wacław Szcześniak był klerykiem warszawskim, ale służył w trzeciej kompanii z klerykami z kilku innych seminariów.

Klerycy przyjechali do Bartoszyc z trzydziestu uczelni diecezjalnych i zakonnych, w których byli w różny sposób kształtowani duchowo. Gdy znaleźli się w koszarach, w sytuacji dla nich ekstremalnej, okazało się, że różnią się także w ocenie tego, czy jest sens, by poprzez głośną modlitwę narażać się na szykany.

- Na początku na tym tle wybuchały konflikty, ale potem zapanowało poczucie wspólnoty - wspomina ksiądz Andrzej Regent, były żołnierz drugiego plutonu. - Popiełuszko uważał, że jak najwięcej powinniśmy się modlić wspólnie. I prawa do tego bronił z całą stanowczością.

Do 18 grudnia 1966 roku, kiedy odbyła się przysięga, żaden z kleryków nie opuścił koszar. Tego dnia Alka odwiedzili rodzice, brat Stanisław, z seminarium w Warszawie przyjechał Zygmunt Wirkowski. Po przysiędze rozdano pierwsze przepustki, lecz Popiełuszki nie było w gronie szczęśliwców. I to w zasadzie stało się regułą. Pozwolenie na wyjście poza koszary dostawał rzadko.

W styczniu 1967 roku w liście do księdza Czesława Miętka pisał:

"(...) Nie wiem, co wpłynęło na to, ale ostatnio przełożeni nasi obrali w stosunku do nas metodę "przez nogi do głowy". Dają w kość, ale nie zdają sobie sprawy, że tym samym przyczyniają się do lepszego zgrania bractwa. Stajemy się bardziej jednomyślni. Ja osobiście czuję się dobrze. Zahartowuję się zarówno pod względem duchowym, jak i zdrowotnym. Jeszcze nie byłem ni razu na przepustce. Ale wczoraj pod pretekstem włożenia pieniędzy na książeczkę PKO poszedłem po południu do miasta. Byłem w kościele i po raz pierwszy od miesiąca przyjąłem Komunię świętą. O godzinie 18.15 była Msza św. i Nowenna do MB Nieustającej Pomocy. Potem odwiedziłem Siostry i na 21.00 wróciłem do koszar. Bardzo Ojcu dziękuję za Naśladowanie Chrystusa. Jest to bardzo wygodna książeczka, dlatego noszę zawsze w kieszeni, bo na politycznym, którego mamy po same uszy, można z niej korzystać i śledzić piękne myśli w niej zawarte. Bardzo prosiłbym, jeżeli Ojciec może, albo niech któryś z kolegów to uczyni, aby przysłać mi w liście od czasu [do czasu] jakąś konferencję czy kazanie, żebyśmy mogli sobie wspólnie przeczytać, przemyśleć. Wspólną modlitwę praktykujemy w dalszym ciągu, wspólny różaniec, wieczorna modlitwa, w piątek Droga Krzyżowa, a w święta recytowana Msza święta. Można powiedzieć, że już nie przeszkadzają tak w modlitwie, chociaż może to być tylko okresowe, jako eksperyment"[50].

Nie mylił się. Już w liście z lutego 1967 roku opisał jedną z najcięższych prób, jakim został poddany w Bartoszycach. Powodem była odmowa zdjęcia z palca różańca, prezentu wręczonego przed wyjazdem do Bartoszyc wszystkim klerykom z seminarium warszawskiego przez prymasa Wyszyńskiego.

"Bardzo dziękuję za list i słowa otuchy. Tak, słowa otuchy, bo nieraz miałem pewne wątpliwości, czy rzeczywiście dobrze robię, stawiając czoło, cierpiąc za innych. Czy to nie jest jakaś lekkomyślność? Okazałem się bardzo twardy, nie można mnie złamać groźbą ani torturami. Może to dobrze, że [to] akurat jestem ja, bo może ktoś inny by się załamał, i jeszcze wkopał. Ostatnio zaszły pewne fakty, które pozostaną mi w pamięci, które nawet zanotowałem. 1-szy z nich to sprawa różańca wojskowego. Różaniec ten, jak się potem okazało, był tylko pretekstem. Zaczęło się od tego, że dowódca plutonu kazał mi zdjąć z palca różaniec na zajęciach przed całym plutonem.

Odmówiłem, czyli nie wykonałem rozkazu. A za to grozi prokurator. Gdybym zdjął, wyglądałoby to na ustępstwo. Sam fakt zdjęcia to niby nic takiego. Ale ja zawsze patrzę głębiej. Wtedy tenże dowódca rozkazał mi, żebym poszedł z nim do wyższych władz, a swemu pomocnikowi rozkazał, aby na 20-tą przyprowadził mnie na rozmowę służbową. Ponieważ nie było władz wyższych, rozmawiał ze mną sam. Straszył prokuratorem. Wyśmiewał: "Co, bojownik za wiarę". Ale to wszystko nic. O 17.45 w pełnym umundurowaniu jak do ZOK-u, stawiłem się na podoficerce. Tam sprawdzian trwał do 20-ej, z przerwą na kolację. O 20-ej zaprowadzono [mnie] do dowódcy plutonu.

Tam się zaczęło. Najpierw spisał moje dane. Potem kazał mi się rozbuć, wyciągnąć sznurówki z butów!, rozwinąć onuce. Stałem więc przed nim na boso. Oczywiście cały czas na baczność. Stałem jak skazaniec. Zaczął się wyzywać. Stosował różne metody. Starał się mnie ośmieszyć. Poniżyć przed kolegami, to znów zaskoczyć możliwością urlopów i przepustek. Na boso stałem przez godzinę (60 minut). Nogi zmarzły, zasiniały, więc o 21.10 kazał mi buty założyć. Na chwilę wyszedł z sali i poszedł do chłopaków (moich kolegów z plutonu).

Przyszedł do mnie z pocieszającą wiadomością: "Tam w sali w twojej intencji się modlą". Rzeczywiście, chłopaki wspólnie odmawiali różaniec. Ja zbywałem go raczej milczeniem, odmawiając modlitwy w myśli i ofiarując cierpienia, powodowane przygniatającym ciężarem plecaka, maski, broni i hełmu, Bogu jako przebłaganie za grzechy. Boże, jak się lekko cierpi, gdy się ma świadomość, że się cierpi dla Chrystusa.

Jak powiedziałem, różaniec był tylko pretekstem do tego, żeby się ze mną spotkać w formie służbowej, bo normalnie to już byłem na rozmowach. O różańcu wspomniał mi tylko pod koniec rozmowy. A tak cały czas mówił o różnych rzeczach, że przedtem miałem autorytet na sali, a teraz jestem narzędziem w ręku innych tchórzy, którzy sami się boją narażać. Oczywiście zmyślone. Chęć pokłócenia z kolegami. Ale na takich chwytach się znamy. O 22.20 przyszedł polityczny (politruk), kazał mi zdjąć różaniec przy nim. A niby z jakiej racji? Nie zdjąłem, bo przecież nikomu nie przeszkadza, a nie będę zdejmował, dlatego, że ktoś nie może na to patrzeć. Zwolnił mnie o 23.00. Wiesiek Wasiński miał w tę noc służbę, więc pomógł mi zdać broń do magazynku. Poszedłem na salę do spania. Ale nie zdążyłem się położyć. Gdy dowódca drużyny ogłosił alarm mojej [grupy] za mnie. Na alarmie zamiast 8-9 minut, wybieraliśmy się 18 minut. Potem ustawiliśmy się w dwójki i poszliśmy pod magazynek broni. A więc byliśmy zgrani. Dowódca plutonu rozkazał dowódcy drużyny, aby następnym razem przyprowadził mnie na taką rozmowę z RKM-em na szyi, który waży 15 kg. I rozmowa będzie trwała nie 3 godziny, ale do 4-5 godz. z zastosowaniem odpowiednich metod. Mam być poddany pod sąd koleżeński, jako buntownik. Ale mam na szczęście dobrych kolegów, którzy w tym sądzie zasiadają. Do Seminarium mają wysłać pismo z moją opinią. Obawiam się, że nie będzie ona zbyt pochlebna i żeby Władza nie była zaskoczona, bo to też będzie tylko eksperyment. Ojciec pyta, kiedy przyjadę na urlop. Huu! Trudne pytanie. Bo jeżeli Bóg zechce mnie i w ten sposób doświadczyć, to zgodzę się na to bez wahania. Otóż powiedziano mi na rozmowie, że nie ma siły, żebym kiedykolwiek pojechał na jakikolwiek urlop. Programowy też mi zabiorą. A gdyby nawet mama umarła, to mnie nie puszczą do domu. Ale dla pewności, żebym nie uciekł, za zgodą dowódcy Kompanii zamknie mnie na ten czas do aresztu. Na przepustkę też nigdy nie pójdę. A służba tak mi się będzie dłużyła, jakbym służył nie 2, ale 6 lat. Na przepustce właściwie jeszcze nie byłem. Raz bez wiedzy dowódcy plutonu poniosłem (niby) pieniądze na PKO i za to dostałem ochrzan, ale opłaciło się, bo wykorzystałem ten czas na pójście do kościoła. Najbardziej wkurzyłem pana porucznika, gdy po 2 i pół godzinnej jego gadce do mnie zacząłem głupio ziewać.

Pokazałem mu, że mnie jego gadanie mało obchodzi. To go poniosło. Sprawy modlitwy układają się w moim plutonie najlepiej. Ale to nie nasza wina, bo oni sami dobrali do tego plutonu grupę buntowników. Różaniec wspólnie odmawiamy codziennie. Przy każdej dziesiątce ktoś inny podaje intencję, a jedna intencja, jedna tajemnica jest w intencji własnej.

W niedzielę Mszę św. recytujemy, a w piątki Drogę Krzyżową odprawiamy. Wieczorem krótka wspólna modlitwa. Ostatnio zaczęliśmy praktykować czytanie jednego rozdziału z jakiejś książki do rozmyślania. Jest to coś w rodzaju wspólnego rozmyślania.

W ostatnią niedzielę tj. 29.01.67 r. urządziliśmy na sali dzień skupienia. Na czym on polegał, bardzo proste. Jak najmniej rozmawiać, a jak najwięcej czasu spędzić na modlitwie. I trzeba przyznać, że to nam się bardzo udało i wyjątkowo bardzo dużo mieliśmy czasu wolnego, prawie cały dzień żeśmy spędzili na modlitwie. Przerecytowaliśmy Mszę św., odmówiliśmy różaniec, zrobiliśmy rozmyślanie. Po południu wspólnie odmówiliśmy nieszpory (wprawdzie beze mnie, bo byłem znowu prowadzony do oficera inspekcyjnego). Czas obowiązkowo spędzany na świetlicy wykorzystaliśmy do czytania pobożnej lektury.

Z całego tego dnia byliśmy zadowoleni, każdy duchowo umocniony. W ten sam dzień, kiedy byłem na trzeciej kompanii, jakiś kapralina, chcąc się przylizać oficerowi, kazał mi zdjąć różaniec. Powiedział, to nie obrączka, żeby nosić w wojsku. Powiedziałem "jak dla kogo". Zaczął się rzucać i na siłę chciał zaprowadzić do oficera. Chłopaki się rzucili na niego, myślałem, że go zbiją. Kazałem, żeby oficer do mnie przyszedł, bo ja do niego nie pójdę. Bo niby z jakiej racji, dlatego tylko, że tak mu się podoba? Przecież on nie był moim przełożonym. Poszedłem potem do oficera, kazał mi zrzucić [różaniec], ale to już stara historia i teraz nie mogę się cofać, więc nie zdjąłem. Kapral naskarżył, że się z nim szarpałem i mam być ukarany w rozkazie. Ale już drugi dzień i żadnej kary nie ma. Żeby mi nie mogli nic zarzucić, to dzisiaj egzaminy zaliczyłem na bardzo dobrą ocenę. Nie będą mi zarzucali, że wszystkim się zajmuję, tylko nie tym, co trzeba. Pod względem fizycznym czuję się dobrze. Zahartowałem się. Apetyt mam nie najgorszy, ale niedomiar jedzenia uzupełniam w kantynie. (...)

Z Bogiem. Wdzięczny Alek P."[51]

"(...) teraz nie mogę się cofać" - pisał w liście do ojca Miętka. Nie cofnął się także, gdy na zajęciach sportowych kazano mu zdjąć medalik z szyi. Odmówił, za co kapral ukarał go rozkazem uchodzącym za poniżający godność: kazał mu się czołgać między swoimi nogami. Popiełuszko zdecydowanie odmówił, napisał skargę do swoich przełożonych. W GZP interweniował prymas, lecz w odpowiedzi dowiedział się, że są to, oczywiście, wymysły żołnierza.

Nie była to jedyna "niekonwencjonalna" metoda pracy z żołnierzami. O innej, związanej z nauką pływania, Alek Popiełuszko z przejęciem opowiadał jeszcze kilka lat później, gdy już jako ksiądz Jerzy pracował w Ząbkach. Otóż żołnierzy przewiązywano w pasie liną i wrzucano do wody. Kiedy któryś tonął, wyciągano go.

Ksiądz Andrzej Regent z kolei pamięta późną jesień, kiedy po zajęciach taktycznych dowódca nie pozwolił wysuszyć mundurów, tylko rozkazał złożyć je w kostkę. Następnego dnia rano żołnierze mieli je na siebie włożyć.

- Postawiliśmy się. Powiedzieliśmy, że nie włożymy mokrych mundurów, możemy pójść w letnich. Dowódca się zgodził. A potem, podczas ćwiczeń w strzelaniu na sucho, wspólnie z Popiełuszką powiedzieliśmy, że nie będziemy się czołgać po błocie bez przepisowego ubrania. Dowódca powtórzył, że to rozkaz z konsekwencjami, dlatego wykonaliśmy ćwiczenia. Po powrocie niezależnie od siebie napisaliśmy skargi do GZP, że zostały złamane przepisy. Po kilku dniach wezwał nas oficer polityczny, próbując ustalić, kto kogo instruował. W końcu jednak dano nam spokój - wspomina.

Alek Popiełuszko nie angażował się w dyskusje polityczne z oficerami prowadzącymi wykłady, w przeciwieństwie do części kolegów, którzy niejednego z tzw. politruków potrafili zapędzić w kozi róg. W tym czasie czytał religijne książki w małym formacie. "Bardzo cenił sobie książeczkę Tomasza a Kempis "O naśladowaniu Chrystusa". Powiedział, że zawiera bardzo dużo pięknych myśli, a jest maleńka"[52].

W listach pisanych z wojska do rodziców Alek nie wspominał o szykanach, jakie musiał znosić. Ale jeden z listów niemal w całości poświęcił cierpieniu, którego istotę tłumaczył prostym językiem. W przeddzień imienin ojca Władysława, 26 czerwca 1967 roku, odnosząc się do jakichś domowych utrapień, zauważył: "Trzeba pamiętać, że kogo Bóg doświadcza w cierpieniach, tego też bardziej kocha. W każdym utrapieniu trzeba szukać woli Bożej. Dlatego w Bogu trzeba szukać spokoju. Najlepiej w cichej modlitwie, w poleceniu wszystkiego, co się czyni, Bogu. W świecie, na tym padole łez jest już tak, że każdy cierpi. Nie ma ludzi, którzy by nie mieli jakichś przykrości, jakichś zmartwień. I dlatego nie trzeba się nigdy złościć z żadnego cierpienia"[53].

W wojsku cierpień klerykom nie szczędzono. Nieco wcześniej, bo w Wielki Piątek 1967 roku, dowódca trzeciego plutonu ukarał jego członków, w tym i Alka Popiełuszkę, trzydziestokilometrowym marszobiegiem. Powód: odmowa jedzenia mięsa w dzień ścisłego postu.

Ówczesny kleryk J.S. pamięta, że kiedy już dobiegli do celu, którym był sosnowy las, nagle usłyszeli komendę: "Na czubek sosen!".

"Ręce, nogi, mięśnie grzbietu mdlały, odmawiały posłuszeństwa. Ale cóż było robić. Gdy już wspięliśmy się na drzewa, padła komenda, aby w szybkim tempie zejść na ziemię. Z uczuciem ulgi zsuwaliśmy się pośpiesznie po chropowatej korze, raniąc sobie dłonie. I znów padały komendy: na czubek sosen, i z powrotem, na czubek sosen, i z powrotem... (...) Późnym wieczorem, mimo koszmarnego zmęczenia, wróciło nam poczucie humoru. Coś nas opętało. Jakoś przecież musieliśmy odreagować. Błaznowaliśmy dobrą godzinę"[54].

Kiedy zasypiano, w stronę Alka Popiełuszki, który głośno chrapał, niejeden raz leciał kapeć.

W lipcu 1967 roku Alek wraz z grupą kolegów wybrał się na przepustkę do Olsztyna. Nad jeziorem Krzywe zaczął rozmowę z ośmioosobową grupą dzieci, wśród których był trzyletni Sławek Kamiński. Zrobił im kilka zdjęć, a potem wysłał je rodzicom Sławka. W ten sposób rozpoczęła się długoletnia bliska znajomość z Danutą i Kazimierzem Kamińskimi. On był inżynierem budowlanym i członkiem parafialnego chóru, ona zajmowała się domem. W liście adresowanym do nich, w listopadzie 1967 roku, żołnierz Popiełuszko nazywał służbę wojskową kleryków "dziwną". "(...) dowódcy starają się jak najwięcej wykończyć nas fizycznie i psychicznie, żebyśmy po powrocie byli niezdolni do pracy w swoim kierunku, a nie starają się o nasze wyszkolenie czysto wojskowe!"[55]. Wielu kleryków więcej strzelało na zajęciach z przysposobienia wojskowego w liceum niż w wojsku na strzelnicy. "(...) w ciągu dwóch lat czynnej służby wojskowej żołnierze-alumni mieli zaledwie cztery razy ćwiczenia strzelania z ostrej amunicji, gdy w tym samym czasie zorganizowano dla nich 106 spotkań i odczytów, 250 gawęd, pogadanek i dyskusji, około 50 wycieczek, 40 konkursów, kilkadziesiąt razy brali udział w spektaklach teatralnych"[56].

Kadra próbowała odwieść alumnów od kapłaństwa na różne sposoby. W niedzielne przedpołudnia zamiast do kościoła obowiązkowo maszerowali oni do kina w centrum miasta albo do świetlicy garnizonowej na pokaz filmu. Wyświetlano im filmy propagandowe, fabularne i obyczajowe, wiele z nich powtarzając do znudzenia, jak choćby Z iskry rozgorzeje płomień, opowiadający o gazecie wydawanej przez Lenina w Szwajcarii, jeszcze przed rewolucją 1917 roku. Ale też wyświetlano obrazy "o dużych emocjach erotycznych"[57] albo antyreligijne. W specjalnym raporcie wojskowym informowano, że "ogółem w latach 1966-1968 wyświetlono ponad 700 filmów, w tym popularno-naukowych 400, a fabularnych ponad 300"[58]. Dowództwo pomyślało nawet o tym, by w pochodzie pierwszomajowym alumni szli razem z pracownicami zakładów dziewiarskich "Morena", czego z kolei bardzo im zazdrościli czołgiści.

Pod koniec służby, wspomina ksiądz Andrzej Regent, coraz bardziej natarczywie starano się odciągnąć kleryków od kontynuacji nauki w seminarium, obiecując wolny wstęp na wybrany kierunek studiów świeckich, szybki przydział mieszkania, a czasem odwołując się do szantażu - jakimś zdjęciem, przekręconą wypowiedzią, groźbą powiadomienia o tym seminaryjnych władz. Niedługo przed opuszczeniem koszar alumni dowiedzieli się, że jeden z nich jest agentem. Do seminarium wstąpił już jako pracownik SB, a wpadł przez własną głupotę - pisał pamiętnik.

Przez dwa lata służby dowództwo za wszelką cenę starało się złamać solidarność kleryków, jaką budowała wspólna modlitwa. Solidarność ta wyrażała się w najróżniejszych momentach. Na przykład kiedy ogłosili strajk głodowy po podaniu im solonych śledzi, prosto z beczki, albo wtedy, gdy niemal cała druga kompania odmówiła oddania krwi, co miało być wyrazem potępienia agresji amerykańskiej w Wietnamie. Dowódcy z upodobaniem uciekali się do starożytnej metody divide et impera. Jednych alumnów "wywyższano urlopami, częstymi przepustkami, nagrodami", podczas gdy innym nieustannie udzielano nagan. "Wciągają ich do różnych kółek, jak: brydżowe, sportowe, artystyczne, muzyczne, filatelistyczne itp. Alumni posiadający zainteresowania są zwalniani z zajęć, a reszta jest w tym czasie np. musztrowana. W takim stanie rzeczy poróżnienie między alumnami samo przychodzi". To fragmenty raportu przedstawionego kilka lat później, bo w 1976 roku, rektorom seminariów przez księdza Adolfa Setlaka, który w lipcu 1968 zastąpił w Bartoszycach księdza Torlę.

- Niektórzy z nas się żarli. Alek nie, nigdy nie słyszałem, by krzyczał, kłócił się - wspomina ksiądz Andrzej Regent.

Ksiądz Torla zapamiętał, że czasami, gdy szykany dowództwa wywoływały wśród kleryków duże napięcie, Popiełuszko próbował uspokajać nastroje. Mawiał: "Spokojnie, panowie, spokojnie. Przetrzymamy to".

- To był chłopak refleksyjny, myślący poważnie i z powagą podchodzący do obowiązków. Zdecydowany w swoim powołaniu. Wiedziałem ponad wszelką wątpliwość, że z niego będzie dobry ksiądz, czego nie mógłbym wówczas powiedzieć o około 30 procentach kleryków służących w Bartoszycach. - Ksiądz Torla zapewnia, że tak widział to wówczas, nie z późniejszej perspektywy. - Popiełuszko nie był jedynym w tym gronie tak głębokim, refleksyjnym klerykiem. Byli też inni, nawet jeszcze bardziej dojrzali wewnętrznie.

Ksiądz Setlak znał Alka Popiełuszkę krótko, jednak - jak twierdził - dobrze go zapamiętał.

- Alek modlił się więcej od innych i miał wewnętrzną dyscyplinę. Czasem prosiłem go, żeby pilnował chłopaków, karcił, kiedy nie klękają do modlitwy.

"Mężna, a może i bohaterska postawa księdza Jerzego w czasie naszej służby wojskowej pomogła wielu kolegom-klerykom z wojska ustrzec powołanie do kapłaństwa, a potem je realizować i pogłębiać" - mówi ksiądz Wasiński[59].

W marcu 1968 roku Alek Popiełuszko napisał do ojca duchownego księdza Miętka ostatni z zachowanych listów. Z jego zakończenia wynika, że czas największych trudności minął. "Ostatnio na Kompanii zaistniała pewna sprawa, która nas cieszy, chociaż nie powinna, bo tak nieładnie cieszyć się z cudzej biedy. Otóż zachorował na żółtaczkę zastępca do spraw politycznych. W związku z tym mamy na Kompanii spokój, nie ma tyle konkursów, nie ukulturalniamy się tak, jak było jeszcze przed tygodniem. Zarządzono także na Kompanii kwarantannę, która polega na odizolowaniu nas od innych żołnierzy, gdyż grozi niebezpieczeństwo przeniesienia zarazków na inne Kompanie. Ale zarazki te mają dziwną własność, bo zagrażają innym tylko na posiłkach (na posiłki chodzimy w ostatniej kolejności, gdy nikogo nie ma na stołówce), bo na filmy czy zajęcia polityczne chodzimy razem z innymi żołnierzami. (...) U mnie nic ciekawego. Czuję się doskonale i ciągle mi na wadze przybywa. Obawiam się, że sutanna, którą zostawiłem w domu, po powrocie będzie mała"[60].

Tworząc wydzielone jednostki kleryckie, władze sądziły, że w ten sposób uzyskają lepszą kontrolę nad alumnami i dogodniejszą możliwość prowadzenia systematycznej pracy ideologicznej. Nie przewidziały, że również dla Kościoła będzie to o wiele korzystniejsza sytuacja - rektorom seminariów i biskupom łatwiej było objąć opieką duszpasterską alumnów skoszarowanych w trzech jednostkach niż rozproszonych na terenie całego kraju. Oczywiście praca z alumnami-żołnierzami prowadzona była przez Kościół nieoficjalnie i nie bez trudności.

Podstawowym jej celem było utrzymanie powołania kleryków, które służba wojskowa miała w nich zniszczyć. Lecz Kościół mógł mieć wpływ na żołnierzy tylko wtedy, gdy byli poza koszarami, na przepustce, dlatego starano się odpowiednio zapełnić im ten czas. Przysłany do Bartoszyc do pracy z klerykami ksiądz Kazimierz Torla zamieszkał przy kościele św. Jana Ewangelisty i Matki Boskiej Częstochowskiej, w samym centrum miasta. Do koszar miał stąd około kilometra. Klerycy dostawali przepustki najczęściej w niedziele.

- Przychodzili na mszę świętą, do której służyli w komżach zakładanych na mundury, co bardzo złościło oficera politycznego majora Grelkę - wspomina ksiądz Torla. - Po obiedzie słuchali wykładów księży profesorów, którzy co niedziela, według ustalonego harmonogramu, przyjeżdżali z seminariów z całej Polski. W okresie Wielkiego Postu klerycy przygotowywali i głosili kazania pasyjne, przygotowywali przedstawienia, na przykład z okazji Bożego Narodzenia, robili dekoracje kościoła - wylicza.

Plebania była otwarta dla kleryków każdego dnia o każdej porze - mogli tu zjeść, odpocząć, pouczyć się do egzaminu, pożyczyć książki z biblioteki, dobrze wyposażonej staraniem wszystkich seminariów. W koszarach początkowo wyrzucano im z szafek lektury religijne. Gdy jednak klerycy zorientowali się, że regulamin pozwala im przechowywać dwie książki wydane oficjalnie w PRL, zaczęli się domagać respektowania tego prawa. Gorzej było ze skryptami z wykładów, które przywożono im z seminariów. Te często przy kontroli konfiskowano, choć po jakimś czasie zwracano.

Na plebanię przychodził także szeregowy Alek Popiełuszko.

- Bywał dość często, ale czasem przychodził nielegalnie, bez przepustki. Wpadał wieczorem, bywało, że w nocy. Latem wrzucał czapkę przez okno do pokoju, gdzie spałem, i w ten sposób mnie budził. To był nasz umówiony sygnał. Rozmawialiśmy godzinę, półtorej i wracał do koszar - mówi ksiądz Torla, wieloletni wykładowca seminarium w Olsztynie.

Każde seminarium starało się utrzymać więź ze swoimi klerykami-żołnierzami. Z warszawskiego przyjeżdżał do Bartoszyc ksiądz rektor Władysław Miziołek, ksiądz wicerektor Zbigniew Kraszewski, ojciec duchowny ksiądz Miętek. Nie zawsze jednak mogli spotkać się ze wszystkimi swoimi klerykami, którym wymyślano w tym czasie pilne zajęcia. Kiedy pewnego razu ksiądz Adolf Setlak zgłosił chęć widzenia się z szeregowym Popiełuszką, odpowiedziano mu, że Alek leży w izbie chorych. Co nie było prawdą.

Raz podczas służby wojskowej Alka Popiełuszki jednostkę w Bartoszycach odwiedził prymas Stefan Wyszyński. Było to 11 sierpnia 1968 roku. Nie wszyscy jednak klerycy mogli się z nim spotkać, a tylko ci, którzy nielegalnie wydostali się z koszar na bartoszycką plebanię. Prymasowi powiedziano w jednostce, że nie może spotkać się z alumnami, gdyż w koszarach "panuje grypa azjatycka". A innym razem, "że mają warty i służby"[61].

Dowództwo z czasem zaczęło uprzedzać wizyty biskupów. W dniu 19 listopada 1967 roku Alek Popiełuszko pisał do Kamińskich w Olsztynie: "Na pewno już wiadomo, że 26 listopada, to jest za tydzień, do Olsztyna zjadą wszyscy księża Biskupi z całej Polski, wraz z księdzem prymasem Stefanem Wyszyńskim - aby uczcić 400-lecie Olsztyńskiego Seminarium Duchownego! Nas prawdopodobnie na te dni wyprowadzą daleko z Bartoszyc, gdyż boją się, że jeżeli w nich pozostaniemy - mogą nas odwiedzić księża Biskupi oraz przełożeni z Seminarium, którzy przyjechali do Bartoszyc i nie mogli się z nami zobaczyć, bo my akurat tego dziesiątego września musieliśmy przejść pieszo ponad sto kilometrów. Taka była "troska" o nas "braci ludowego wojska polskiego""[62].

Żołnierz Popiełuszko wspomina w tym samym liście, że gdy dwa miesiące wcześniej, 10 września 1967 roku, w położonym opodal Gietrzwałdzie prymas Wyszyński koronował cudowny obraz Matki Boskiej Gietrzwałdzkiej, klerykom urządzono zajęcia w terenie, nad jeziorem Lutry.

I tym razem, jak słusznie przewidywał, także przygotowano niespodziankę. Już 14 listopada szef GZP, generał dywizji Józef Urbanowicz, meldował ministrowi obrony narodowej, marszałkowi Marianowi Spychalskiemu: "(...) dowództwo Szkolnego Batalionu Ratownictwa Terenowego w Bartoszycach planuje przeprowadzenie szeregu przedsięwzięć zmierzających do uniemożliwienia alumnom wzięcia udziału w tej uroczystości. W dniu 24 XI br. zorganizowana zostanie dla alumnów wycieczka autokarami do Gdyni, Gdańska i Oliwy. Wyjazd nastąpi 24 XI br. z Bartoszyc, powrót 27 XI br. w godzinach wieczornych. Nocleg dla tej grupy żołnierzy zapewniono w Komendzie Helu. Dla żołnierzy pozostających w batalionie przewiduje się wiele imprez kulturalnych i sportowych (pozostają w garnizonie wyłącznie żołnierze nie-alumni)"[63]. W programie wycieczki nie przewidziano jednak jednego: że nie wszyscy biskupi pojechali do Olsztyna. W Gdańsku pozostał biskup Nowicki, a klerycy z seminarium gdańskiego zdążyli poinformować władze swojej uczelni, że będą na wycieczce w oliwskiej katedrze. Kiedy przyjechali, biskup już na nich czekał.

Goście z seminariów przywozili klerykom skrypty, słuchali spowiedzi, przyjmowali egzaminy. Ustalono, że ci, którzy zaliczą połowę egzaminów obowiązujących na drugim roku, zostaną przyjęci na trzeci rok studiów. Alek Popiełuszko jeden z egzaminów, z patrologii, składał u księdza Setlaka. Zdał na cztery.

Dwa razy w roku, przed Wielkanocą i Bożym Narodzeniem, w koszarach pojawiali się kapelani wojskowi lojalni wobec władz partyjno-państwowych.

- Zasadnicza nauka rekolekcyjna dotyczyła patriotyzmu. - Ksiądz Eugeniusz Sikorski zapamiętał rozczarowanie, jakie wywołała już pierwsza wizyta trzech kapelanów, odpowiednio w randze pułkownika, majora i kapitana. W jednej chwili alumnie stracili do nich zaufanie. Wartością tych wizyt było wyłącznie to, iż alumni mogli oficjalnie wyjść z koszar do kościoła i uczestniczyć w mszy świętej. W kościele przy konfesjonałach bartoszyckich księży ustawiały się długie kolejki, podczas gdy wymienieni kapelani niemal bezczynnie czekali na penitentów. Alek Popiełuszko - jako jeden z nielicznych - spowiadał się właśnie u nich. Kolegom tłumaczył, że nie ma pewności, że ci są donosicielami.

Niezwykłą opiekę duchową i materialną nad klerykami sprawowała Konstancja Skurjat, czyli po prostu "babcia", jak ją nazywali alumni. Znał ją każdy kleryk, który kiedykolwiek służył w wojsku w Bartoszycach. Znali ją z opowieści studenci we wszystkich seminariach w Polsce. Jej zdjęcie - starszej pani w czerni, z ciasno przy głowie upiętymi włosami - znajduje się zapewne na tableau każdego alumna kończącego służbę wojskową w bartoszyckich koszarach. Podobnie jak na tym z 1968 roku, ze zdjęciem Alka Popiełuszki.

Babcia klerycka to postać-legenda. Kobieta niezłomnego charakteru, o niezwykłej historii życia, którego połowę poświęciła dzieciom, a drugą połowę klerykom. Kiedy w 1953 roku, podążając za dorosłymi dziećmi, przyjechała do Bartoszyc ze wschodniej Wileńszczyzny, była już po sześćdziesiątce. Przez kilka lat sprzątała w bartoszyckich urzędach, prowadząc jednocześnie swoją "prywatną wojnę". Wszędzie gdzie była, z uporem wieszała krzyże, nie bojąc się nikogo. Jej silnego charakteru obawiały się natomiast wnuki. Kiedy pod koniec lat 50. w koszarach zaczęli się pojawiać klerycy, pod ich wpływem złagodniała. Znalazła nową misję. Żyła dla nich, oddana całym sercem.

"Ktoś rzucił hasło, aby pójść i przedstawić się babci Skurjatowej. Każdy z nas słyszał już o niej w swojej diecezji lub seminarium. (...) Zebrało się nas chyba ze stu. Podzieleni na mniejsze grupy powędrowaliśmy na Świerczewskiego. Naturalnie, nie dla wszystkich starczyło miejsca w babcinym mieszkaniu. Biedna staruszka biegała z mieszkania na ulicę i z powrotem, aby każdego osobiście powitać, ucałować, zamienić kilka słów, dodać otuchy. Każdego z nas pytała, skąd pochodzi. Alka Popiełuszko uznała za "Wilniuka", ponieważ pochodził z Archidiecezji Wileńskiej"[64]. Tak pierwsze spotkanie z babcią, jesienią 1966 roku, wspominał kleryk J.S.

Jednopokojowe mieszkanie Konstancji Skurjat stało otworem dla wszystkich alumnów. Ściany były oklejone ich zdjęciami w mundurach. Na wielkim stole w kuchni zawsze stały duże półmiski i talerze, na których gospodyni układała wszystko, co miała, co dostała od innych. Kiedy nie było jej w domu, klerycy wchodzili sami, bo dobrze wiedzieli, że chociaż na drzwiach wisi duża kłódka, nie jest zamknięte. W zeszycie wpisywali tylko "Byłem", "Zjadłem", "Zostawiłem książki", "Pożyczyłem pieniądze"... Czuli się jak u siebie, dlatego tak lubili tu przychodzić. Siostry serafitki na plebanii też przygotowywały dla nich jedzenie, ale tylko babcia mówiła do nich "synok " albo "mileńki" . Rozpieszczała ich plackami ziemniaczanymi, których smak wspominają po kilkudziesięciu latach. Z myślą o nich robiła jesienne przetwory, nastawiała owoce na wino. To przez to wino przez jakiś czas klerycy mieli zakaz chodzenia do babci. Jeden z nich doniósł do władz swojej uczelni, że babcia ich... rozpija.

- Nic bardziej bzdurnego - wspomina ksiądz Wacław Szcześniak. - Ona chciała nas wszystkich jak najlepiej ugościć.

Konstancja Skurjat bywała jednak w tej swojej miłości okazywanej klerykom bardzo wymagająca. W kuchni za drzwiami znajdowała się tzw. Szubienica, gdzie wieszała zdjęcia tych kleryków, którzy rezygnowali z seminarium.

Babcię Skurjatową odwiedzali czasem rektorzy seminariów, biskupi, rodziny kleryków, zostawiając jej pieniądze na żywienie seminarzystów. Raz nawet zaszedł kardynał Karol Wojtyła, by podziękować za opiekę nad krakowskimi klerykami.

To spotkanie wspomina wnuczka Ernestyna Skurjat:

"Jakże zdumiona i szczęśliwa była, gdy w jej skromnych progach pojawił się młody postawny kardynał. Ku jego rozbawieniu, zmylona jego wiekiem, potraktowała go jak syna.

- Siadaj, synok, siadaj. Takiej herbatki jak moja to nigdzie nie dostaniesz, mileńki. - I krzątała się przy kuchni z typową kresową gościnnością. Dostała od przyszłego papieża upominek pieniężny oraz zdjęcie z dedykacją. Po odjeździe dostojnego gościa długo stała przed domem. Na pytanie sąsiadek, kogo podejmowała, odrzekła z uśmiechem:

- A to był mój Wojtylko[65].

Poczęstowała go naparem z suszonej wschodnim zwyczajem marchwi.

Często mawiała, że jak umrze, to już kleryków do wojska komunistycznego brać nie będą. I rzeczywiście, zmarła w październiku 1980 roku, a w kwietniu z koszar wypuszczono ostatnich alumnów.

W świątecznych życzeniach z okazji Wielkiejnocy 1967 roku Alek Popiełuszko pisał do Kamińskich:

"(...) Dzień Zmartwychwstania Pańskiego jest takim dniem, który w historii ludzkości zapisał się jako dzień tryumfu Boga nad złem, nad śmiercią, dzień, który otworzył człowiekowi wrota do życia wiecznego. Ale tryumf ten został okupiony wielką ceną. Jest to cena najwyższa, jaka może istnieć! A mianowicie cena życia, cena wielkiego upokorzenia samego Boga-Człowieka, cena KRWI!"[66].

Święta Bożego Narodzenia 1968 roku miał już spędzić w seminarium.

Nieco wcześniej, 12 października, w święto Ludowego Wojska Polskiego, podobnie jak inni został awansowany na starszego szeregowego. "Awans uznał za parodię i był gotów tego awansu nie przyjąć, co z kolei groziło postawieniem go przed prokuratorem wojskowym. Przyjął awans tylko na prośbę kolegów"[67] - zeznał w procesie beatyfikacyjnym ksiądz Wiesław Wasiński. Zapamiętał też, że koledzy musieli przekonywać Alka, aby dla świętego spokoju nie odmawiał i przyszył do pagonów jedną belkę, bo w razie odmowy znów spotkają go szykany. Pięć dni później, w czwartek rano, 17 października 1968 roku, klerycy zdali umundurowanie. "O godzinie 9.15 przywdzialiśmy ubrania cywilne. Pierwszy pożegnał się z nami dowódca plutonu, wyjeżdżał bowiem w podróż służbową. Życzył nam wszystkiego najlepszego na "odcinku cywilnym". Wiele nie mówił. - Jak było, tak było, ale się skończyło - powiedział, po czym krzyknął: - Baczność, równaj w prawo. Czołem kompania... - Ale nie dokończył, bo rozpłakał się i czym prędzej odszedł do gabinetu. Ciekawa rzecz, jeszcze dwa dni temu szalał ze złości, a dzisiaj tak nas żałował. Godzina 12.00. Ostatni obiad w wojsku. Po nim serdeczne pożegnanie z kolegami, szefem i niektórymi dowódcami. Deszcz padał od samego rana. Po odwiezieniu nas na stację szef wręczył nam książeczki wojskowe i bilety. I oto po chwili deszcz przestał padać, chmury się rozeszły i zaświeciło słońce - pogoda wspaniała"[68]. Tak zapamiętał ten dzień jeden z alumnów.

Z dworca zawrócili jeszcze do miasteczka - pobiegli pożegnać księży, siostry serafitki i babcię Skurjatową.

Prawie trzydzieści lat później, 3 września 1996 roku, przed budynkiem, w którym mieściła się jednostka klerycka, postawiono kamień z napisem: "Wzorowemu żołnierzowi w służbie dla Ojczyzny od 1966-1968 ks. Jerzemu Popiełuszce tablicę poświęca wspólnota żołnierska 20 b.B.Z". Czyli 20. bartoszycka Brygada Zmechanizowana.

Inne czasy, inna ocena.