Rozdział pierwszy
Michał podciągnął się na rękach i zajrzał przez okno. Spod kolorowej
powłoczki w fantazyjnie zaplecione słonie i żyrafy wystawała niezbyt
czysta, ale za to bardzo ładnie ukształtowana damska pięta.
Zeskoczył na ziemię i uśmiechnął się do swoich myśli.
Przed betonowym gankiem z czterema stopniami zrzucił ogromny,
jaskrawoczerwony plecak ze stelażem. Nie zamierzał walić w zamknięte na
głucho drzwi. "Tak, ja zawsze jestem nie w porę. Pięta - mruknął sam do
siebie - a myślałem, że czekają na mnie ze śniadaniem". Zdziwił się
tylko, że Kandra nie obszczekała go na powitanie.
Obszedł dom i od strony porośniętego gęstą koniczyną podwórka patrzył w pootwierane na oścież okna z framugami pomalowanymi na nietypowy,
ciemnobrązowy kolor. Popychane porannym wiatrem raz po raz leciutko
stukały, wypuszczając na zewnątrz nie tylko dramatycznie powiewające
firanki, ale też różne tony i odmiany chrapań i posapywań. Nie było
żadnych wątpliwości - wszyscy jeszcze spali.
Przedarł się przez miniogródek i zajrzał do dużego pokoju stołowego z kominkiem i rogami jelonka nad drzwiami. Tuż pod oknem stała ława, na
której piętrzyły się kubki z fusami po wieczornej herbacie, gazety,
niemal do końca wypalone świece, kolorowe pisma, które widział już nie
raz i spory półmisek z kikutem pszennego precla na środku. Tuż koło
talerza zauważył głowę psa. Kandra na widok starego znajomego wydała
krótki, stłumiony pisk, ale nawet nie drgnęła. Była zajęta pilnowaniem
resztki pieczywa.
- Chodź, sunia, pobiegasz sobie.
Pies jednak tylko łypnął na Michała i nadal siedział ze wzrokiem wbitym
w talerz.
- Pilnujesz precla! - domyślił się Michał i ostrożnie, żeby nie podeptać
roślin, wydostał się na podwórko.
Wpakował plecak w spory krzak bzu koło ganku, bo wydawało mu się, że tam
będzie w miarę sucho. Spojrzał na zegarek - była ósma czternaście.
Postanowił przejść się po okolicy.
Pogłaskał olbrzymi jesion po drugiej stronie drogi i od razu poszedł nad
jezioro. Jeszcze zanim zobaczył, jak wygląda brzeg, i czy dojście jest w porządku, postanowił przywitać się z wodą i zamoczyć chociaż nogi. Co
prawda siąpiło obrzydliwie, ale przecież to jeszcze nie powód, żeby nie
pobrodzić w wodzie - szczególnie, gdy człowiek od siedemnastu lat
uwięziony jest w blokach i prawdziwą wodę widuje jedynie podczas
wakacji. Po prawej stronie, gdzie była piękna, piaszczysta plaża, jakieś
dzieciaki, wymachując długimi wędkami, spychały łódkę na wodę. Prawie na
środku zdesperowany pływak zamaszyście przecinał jezioro. Nawet z tej
odległości Michał mógł ocenić, że to wytrawny pływak, bo pruł jak
motorówka. "Zaraz i ja to zrobię" - pomyślał i wyraźnie przyśpieszył
kroku.
Na pomoście spało dziecko. Było w takim wieku, kiedy trudno stwierdzić
jakiej jest płci. Zwinięte w kłębek, z lekko rozdziawioną buzią i zielonkawym gilem pod nosem, raz po raz naciągało na siebie całkiem już
mokrą ortalionową kurtkę.
Michał parsknął śmiechem i pokręcił głową. "Gdyby to widziała moja
mama". Przypomniał sobie, że jego siostra, która chodzi już do drugiej
klasy, nadal jest odprowadzana do koleżanki mieszkającej dwa mieszkania
od nich. Mama pakuje jej tornister, zrywa się na każde zawołanie i każdziuteńki, najgłupszy kaprys Emilki. I oczywiście jest głucha na
protesty jego i ojca. Nie ma nawet mowy, żeby siostra była gdzieś sama
przez dziesięć minut. A tu, nad siekaną kapuśniaczkiem, nie wiadomo jak
głęboką wodą, śpi jakiś maluch i nawet uśmiecha się przez sen. Michał
rozejrzał się dokoła. Nigdzie żywego ducha. Może ten pływak... a nie, już
zawrócił i z tą samą prędkością skierował się w inne rejony.
"Obudzę dziecko i niech powie, co tu robi. Potem zrobię wściekłą
awanturę jego starym" - postanowił, po czym cichutko usiadł koło
malucha. "To chyba jednak dziewczynka, bo ma takie niemożliwe długie
rzęsy" - zdjął swoją kurtkę i szczelnie nakrył malca.
O dziewiątej piętnaście dzieciak rozdzierająco ziewnął i zaszeleścił
dwiema warstwami ortalionu. Przetarł oczy, usiadł i zobaczył koło siebie
chrapiącego, wyjątkowo długiego człowieka, któremu kawałek uschniętego
liścia trzciny wodnej przykleił się do mokrego policzka.
Dźgnął śpiącego kilka razy palcem wskazującym w szyję.
- Mamo, jeszcze pięć sekund - wymamrotał śpiący mężczyzna i przekręcił
się na drugi bok. Niestety, na ten manewr pomost był zdecydowanie za
wąski i długi pan wpadł do płytkiej, ciepłej jak zupa wody jeziora
Krzywe, zmuszając całą ławicę okoni do ucieczki w trzciny.
*
Rodzice Witka od zawsze kochali Mazury, a od wypadku ojca przyjeżdżali
tu co roku. Nie ciągnęły ich żadne inne miejsca. Nie widzieli problemu w komarach ani pokrzywach - tu byli u siebie. Zaczęli rozglądać się za
miejscem, do którego mogliby stale przyjeżdżać. I znaleźli. Siedem
kilometrów od Mrągowa, w miejscowości Krzywe kupili siedlisko. Było
wprawdzie zaniedbane, ale cóż piękniejszego niż mogłoby ich spotkać, niż
możliwość samodzielnego wyremontowania siedliska. Od początku zabierali
tu rodzinę, przyjaciół i oczywiście znajomych syna. W tym roku także
Witek zaprosił swoich kolegów z klasy. Co prawda Dominikę pierwszy raz
zobaczył dopiero w Krzywem, ale rodzicom to nie przeszkadzało. Po prostu
Ala, którą znali jeszcze z przedszkola, zabrała swoją najbliższą
koleżankę. W sumie miało być ich czworo z klasy Witka, Dominika i jeszcze Milena, córka znajomych ciotki Witka. Ale ta ostatnia miała
przyjechać dopiero pod koniec lipca.
Zasady były proste. Cały czas będzie ktoś dorosły. Poza tym każdy robi,
co chce. Zero przymusu.
*
Dominika Różycka nie była przebojowa. Dlatego, odkąd tylko przyjęła
zaproszenie Witka, którego na oczy nie widziała, dzień w dzień myślała,
jak się wymówić i lipiec przesiedzieć w domu.
Na dzień przed wyjazdem siostry w podróż po Europie Dominika chciała już
ostatecznie zrezygnować. Dowiedziała się bowiem, że Ala, jej
przyjaciółka i jedyna osoba, którą w Krzywem miała znać, nie może zostać
do końca lipca, bo szykuje jej się jeszcze wyjazd za granicę. Dominika
zamartwiała się tym cały dzień. W końcu wieczorem zwierzyła się
siostrze, o trzy lata starszej od niej studentce germanistyki, ale na
Magdzie nie zrobiło to najmniejszego wrażenia.
- Przecież i tak już ich poznasz do czasu wyjazdu Alki. Czasem ludzie
wyjeżdżają z grupą, w której nie znają nikogo. Czego ty niby tak bardzo
się boisz, że Ala musi być twoją tarczą? - Magda nie znalazła
najmniejszego zrozumienia dla oporów siostry. Nawet na moment nie
oderwała wzroku od stosu przewodników, w których samoprzylepnymi
karteczkami zaznaczała co ważniejsze strony.
"To będzie właśnie w tym wyjeździe najwspanialsze: nie znać nikogo" -
powtarzała sobie za radą siostry. "Poza Alą, rzecz jasna. Tylko, że to,
co jest najwspanialsze dla mojej siostry, niekoniecznie musi być dobre
dla mnie". Z niepokojem zastanawiała się, czy w ogóle udźwignie to, co
dla Magdy byłoby zaletą wakacji. Trudno. Już postanowiła. Jedzie! Z Alką
przecież nie zginie. Potem się zobaczy. Zapakowała swój zeszyt z przepisami na błyskawiczne ciasta, zwinęła przedłużacz i wsadziła go do
wielkiego pudła z prodiżem. Wzięła kilka ukochanych książek, wszystkie
ozdoby z koralików, ulubioną pościel (bo nie znosiła spać bezpośrednio
pod śpiworem), a na samo dno torby podróżnej wrzuciła drewnianego słonia
i ukochaną gumową żyrafę - pierwszy egzemplarz w jej afrykańskiej
kolekcji.
Po przyjeździe do Krzywego natychmiast zapomniała o swoich domowych
rozterkach. Bardzo szybko się zadomowiła. Najwspanialsze było to, że
osobiście poznała Hadriana Chabrosa. A co ważniejsze - Hadrian poznał
ją.
*
Pani Elżbieta siedziała na drewnianym leżaku i głaskała ogromny czarny
łeb swojego psa - teriera rosyjskiego. Kandra siedziała u nóg swojej
pani wyprostowana jak struna i tylko co jakiś czas wyciągała długi,
szorstki jęzor, usiłując w podziękowaniu polizać opalone ręce swojej
właścicielki. Jednocześnie, całkiem przy okazji, sprawdzała, czy nie
ukrywa się w nich coś do zjedzenia.
Wiał silny wiatr. Kolorowe ręczniki i bielizna tańczyły na sznurze. Pani
Elżbieta oparła głowę o oparcie leżaka i cofnęła się w czasie o trzydzieści dwa lata. Szła do pierwszej klasy. Miała na sobie plisowaną,
granatową spódniczkę, wywijała workiem z kapciami, a za rękę trzymała
swojego sąsiada z piętra - Janka. Minęło siedem lat, zanim Janek
pierwszy raz ją pocałował. Było to na szkolnym boisku, po zakończeniu
roku, zupełnie nie zwracał uwagi na trądzik na jej czole. Po kolejnych
siedmiu latach, trzymali razem wielki nóż ze stali nierdzewnej, kroili
swój weselny tort z polewą pistacjową i usiłowali udawać, że nie słyszą
sprośnych komentarzy wujka Maćka z Przemyśla. Wspominała jak powiedziała
Jankowi, że urodzi się Witek, bo od razu wiedziała, że to musi być
chłopczyk. Jak Janek się wtedy ucieszył... I kiedy postanowił zapuścić
włosy, i zapytał, co ona na to... I po wypadku... byli sobie bliżsi niż
kiedykolwiek. Był takim dobrym mężem, był naprawdę jej podporą. Tak, to
dobre słowo. Był. A teraz, po osiemnastu latach małżeństwa, trzeba było
znaleźć siły, żeby się rozwieść. Rozwód - obrzydliwe słowo.
"Nie będę teraz o tym myślała" - postanowiła. Nachyliła się i podniosła
stojący na trawie talerz z gruszkami. Wzięła maleńki nóż i zaczęła je
obierać. Zapach gruszek przypomniał jej inny pocałunek, z innym
mężczyzną. "Gdybym wtedy wiedziała, odeszłabym z tamtym" - nóż
ześlizgnął się i pozostawił nacięcie na kciuku lewej dłoni. "Gdybym
wiedziała to, co dziś... Gdybym... Ech... Dobrze, że nie wiedziałam". Zgarnęła
obierki i ogryzki do miski, wzięła garść do lewej ręki i podsunęła
Kandrze.
- Delikatnie, delikatnie sunia. - Pozwoliła psu wylizać dłoń. - Chodź do
domu. Jak dobrze, że nie wiemy, co będzie dalej. To by przecież wszystko
popsuło.
Usłyszała znajome głosy dzieciaków Kromków i skrzypnięcie bramy.
Zgarnęła koc, podniosła talerz, złożyła leżak i weszła do domu. Trzeba
było dla dzieci usmażyć ryby i ugotować kapuśniak, bo Pasemkowa dała im
aż dwie główki słodkiej kapusty z własnych zagonów. Potem mieli jeszcze
wszyscy zajrzeć do tego gospodarstwa, gdzie hodowano strusie. "Strusie w Krzywem!" - Elżbieta cichutko parsknęła śmiechem, nie pozwalając, aby
zły nastrój wszedł razem z nią do domu.
*
Tomasz Lipiec, listonosz z Mrągowa, stał przed dużym lustrem i patrzył
na swoje odbicie. Wcale się nim nie delektował, wręcz przeciwnie -
bardzo się sobie nie podobał. Jasnorude włosy były poskręcane w ciasne
spiralki, twarz od ucha do ucha i od włosów do brody gęsto pokryta
podwójną warstwą piegów. Na dodatek jego skóra była tak jasna, że niemal
przeźroczysta. Nie znosił swojego wyglądu.
- Niech to wszystko szlag trafi! - Ze złością wbił się w granatowy,
służbowy mundur. Był wściekły.
Kiedy z ciężką torbą wsiadał na swój motor, nadal był wściekły, ale czuł
się w pełni usprawiedliwiony. Dorosły, poważny mężczyzna, który dostał
swoją pierwszą w życiu pracę, nie może być rudy i piegowaty jak
dzieciak. A on był i to, jak sądził, uzasadniało jego nieustanną
wściekłość. Wyjechał z Mrągowa i przy zajeździe w dolinie skręcił w prawo. Kierował się do Krzywego. Odkąd przyjechali tam letnicy, bez
przerwy ktoś do nich pisał. I to strasznie ciężkie listy - o to też był
wściekły.
Rozdział drugi
Łąkę porastały głównie jakieś rozczochrane trawy i koniczyna. Prawie
dokładnie przez jej środek przebiegała jasna, równiutka dróżka z białego
piasku. Wystarczyło przejść kilka kroków, żeby zobaczyć powyrywane i niedbale rzucone łebki koniczynek. Jeszcze świeże, nie zdążyły
zmarszczyć się i zwiędnąć na słońcu. Potem przez kilkanaście metrów nie
było na jasnym piasku żadnych śladów. Już bardzo blisko jeziora Michał
zobaczył na ścieżce szczątki konika polnego. Ktoś - Michał wiedział już
kto - narysował patykiem wokół nich niezgrabne kółko, dlatego z daleka
rzucały się w oczy. Westchnął.
Na pomoście - w miejscu, gdzie pierwszy raz zobaczył śpiącego malca -
stało plastikowe, żółte wiaderko wypełnione błotem i kawałkami roślin.
- Czołem, szefie! - zagadnął przyjaźnie dzieciaka grzebiącego patykiem w przybrzeżnym mule.
- ...łem. - Chłopiec ani na chwilę nie przestawał ssać rękawa kurtki z wyhaftowanym na kieszeni napisem: "Napłoszek P.". - Łapiesz ze mną?
- A co łapiesz?
- Wszystko.
Istotnie, na brzegu leżało kilka opuszczonych już przez raki pancerzy i spora kupka, niestety jeszcze żywych, szczeżui i skójek. Piotruś
próbował, na szczęście bezskutecznie, złapać kilka małych rybek, które
śmigały w tę i z powrotem pod pomostem. W końcu, zapominając chyba o obecności Michała, przemówił do sporego patyka:
- Za to, co zrobiłeś, zostaniesz tu na zawsze. Ty przebrzydły dzieciaku!
- Zaczął łomotać patykiem o pomost.
- Co on zrobił?
- Był bardzo niegrzeczny i dlatego Bozia zabrała mu rodziców. Za to, za
to, za to! - Kijek przeszedł już niejedno, bo widać było na nim liczne
ślady uderzeń.
- To ten kij nie ma rodziców?
- Nie ma. Tacy niegrzeczni jak on nigdy nie mają rodziców.
- E, mają nawet bardziej niegrzeczni.
- Grzeczne dzieci mają rodziców, a niegrzeczne - fiu, do domu dziecka.
Tam ich miejsce.
- Ja też czasem jestem niegrzeczny, wiesz? A mam rodziców.
- A jak bardzo jesteś niegrzeczny?
- No, bardzo.
- Pokaż mi. Jak stąd dotąd jest niegrzeczność, to na ile ty jesteś
niegrzeczny?
Michał przez chwilę zastanawiał się, co złego zrobił. Od razu
przypomniało mu się kilka własnych wyczynów i poczuł znajome gorąco na
policzkach. Nie był święty, to pewne. Teraz zastanawiał się, jaka
odpowiedź będzie dla Piotrka najlepsza. W końcu pokazał.
- No, niestety, aż na tyle. - Przyłożył rękę do deski i pokazał, jak
dużo ma na sumieniu.
- A widzisz! - Piotrek był trudnym rozmówcą. - To dlatego jeszcze masz
rodziców. A ja jestem niegrzeczny aż na tyle! - Pokazał kres odległości
wyznaczonej przez siebie na deskach pomostu.
- Niemożliwe. Taki mały Piotrek nie może być aż tak niegrzeczny!
- Może!
- Nie może!
- Może! Zapytaj mojej pani. Ona ci powie, kto jest najbardziej
niegrzeczny na świecie.
- Kto niby?
- Napłoszek jest najgorszy. - Piotrek spuścił wzrok i zaczął stukać
końcem sandałka w pomost. Poprawił rękaw granatowej, szeleszczącej
kurteczki, którego przez cały czas nie przestawał żuć na wysokości
ramienia. Właśnie wtedy na pomoście pojawiła się mieniąca się magicznymi
kolorami ważka. Przysiadła, zatrzymała skrzydła i czujnie rozejrzała się
dokoła. Dobrze, że miała refleks, bo jak nic zginęłaby marnie pod
dziecięcym sandałkiem rozmiar 28.
Michał z zaskoczeniem spojrzał na Piotrka.
- Słuchaj, jadłeś śniadanie? Chodź do nas do domu, zrobimy sobie coś
smacznego.
- Do domu... nie chcę. Ja nigdy nie jem.
Obaj zamilkli i tylko Piotrek przez dłuższą chwilę z całej siły łomotał
kubełkiem o deski.
- Piotruś, a co ty takiego złego robisz?
Dziecko nie zareagowało.
- Hę?
- Nie mogę powiedzieć, bo wtedy umrę.
- E... Od mówienia to się tak łatwo nie umiera.
- Ja umrę. Widziałem taką fajną trumnę, że kawałek się otwiera. I tam
leży ktoś ubrany w swoje najlepsze ubrania. Masz już swoje najlepsze
ubrania?
- Do trumny? Nie, nie mam. - Michał wytarł sobie kilka kropel potu nad
szerokimi brwiami.
- Musisz mieć.
Rozmowa znów utknęła.
- Kąpiemy się? - zaproponowało dziecko.
Michał rozejrzał się po jeziorze. Dzieci Kromków właśnie wyciągały
kolejną rybę, ale nikt nie pływał. Trzciny wyginane wiatrem szumiały
głośno, wiatr szeleścił kurtkami chłopców, a na niebie nie było ani
śladu błękitu.
- Strasznie zimno. Przeziębimy się.
- To dobrze. Lubię być chory. Dostaje się wtedy dużo pić.
- A jak złapiesz zapalenie płuc?
- To od tego można mieć zapalenie płuca? - Dzieciak zaczął się
energicznie rozbierać. - Ja miałem już zapalone. Byłem w takim szpitalu.
Tam było cudownie.
- Cudownie?!
- Tak. Co ty? Nigdy nie byłeś w szpitalu? - Piotrek spojrzał na Michała
z wyższością. - To dobre miejsce. Tam nikt, ani razu, przysięgam na
wszystko, nie powiedział do mnie Napłoszek, tylko wszyscy Piotruś i Piotruś. Szkoda, że mnie wyleczyli.
- Zaraz...
- I wiesz, tam jedna duża pani mi...
Dziecko przerwało, jakby bało się, że zdradzi najskrytszą tajemnicę.
Michał podszedł do niego i położył rękę na maciupeńkim, chudziutkim
ramionku.
- Tak?
- Ona mi, wiesz... ona mi zrobiła coś najwspanialszego na świecie. -
Michał cały czas trzymał rękę na ramieniu dziecka. - Ona mnie wzięła do
swojego łóżka. Była taka miękka i duża.
- Co ona ci zrobiła? - Ukucnął nad malcem i popatrzył mu prosto w oczy.
- Powiedz mi, Piotrusiu, co ona ci zrobiła?
Chłopiec nabrał powietrza i łzy zakręciły mu się w dużych, smutnych
oczach.
- Ona mi, tylko mi, tylko dla mnie... ona mi... zaśpiewała. I to kilka razy
- wyznał i rozpłakał się na całego, rozmazując po twarzy dziecięce gile.
*
Dominika wstała jakaś niewyraźna. Podciągnęła górę od piżamy i pomasowała sobie brzuch. Zajrzała na parapet. W słoiku stały fioletowe
dzwonki. Mało się nie rozpłakała z radości. Brzuch jednak nadal ją
bolał.
"No, dziś to ja sobie z jedzeniem dam spokój". Głowa też ją bolała. "Co
za dzień! Akurat kiedy wyszło słońce. Słońce! Co za złośliwość losu!
Nie, nie ma mowy, nie pozwolę sobie zepsuć tego dnia. Zrobię coś
przyjemnego... Na przykład... Na przykład...". Przypomniała sobie widziany w garażu biało-niebieski plastikowy kajak. "Nareszcie popływam kajakiem.
Może nawet z Hadrianem... Gdyby to inteligentnie rozegrać... Inteligentnie.
Hm...".
Zamknęła się w łazience. Strategię obmyśla się na osobności.
Przy śniadaniu przystąpiła do akcji.
- Co robimy? - Odczekała chwilę, aż każdy wypowie się w tej sprawie. Nie
miała zamiaru od razu kierować ich uwagi na pokryty pajęczynami kajak. Z entuzjazmem wysłuchała planów wyjazdu do Mrągowa (Ala z Witkiem),
wyprawy na jeżyny (Michał z Kandrą). Co prawda nie docierało do niej,
gdzie konkretnie kto się uda, ale jedno zauważyła: Hadrian nie miał
żadnych planów. Wtedy wytoczyła swoje najcięższe działo:
- A może byśmy po... Ja też jeszcze nie wiem, co by tu porobić. Taki fajny
dzień... Może zrobię pranie. A może... Wiesz, Hadrian, może popływamy
kajakiem? To może być jedyna okazja tego lata - zachichotała sztucznie i poczuła, że robi się czerwona. Czym prędzej zrzuciła na podłogę widelec
i wsadziła głowę pod obrus, żeby się ukryć.
Michał zakrztusił się kanapką, zasłonił usta ręką i wybiegł do łazienki.
Kandra oczywiście za nim, a raczej za resztkami kanapki, które trzymał w lewej dłoni.
- Ten kajak jest bezpieczny? - zapytała Dominika.
- Jasne. Jest w garażu, na samym wierzchu - odparł Witek.
- Ale jak my to zaniesiemy? Pewnie jest diabelnie ciężki. -
Zainteresował się Hadrian.
- Nie bądź taka Delikatnica Zmartwiona, spokojnie dacie radę - zauważył
Witek i bez ceregieli strzelił Hadrianowi gumką wystających ponad
spodnie, szlachetnie szarych, bawełnianych slipków z napisem "Turbo
diesel".
Michał, z zaczerwienionymi po zakrztuszeniu oczami, wszedł na końcówkę
żywiołowego planu Dominiki. Ona za wszelką cenę chciała popływać tym
kajakiem, nawet przechodzień by to zrozumiał.
Dominika w tempie ekspresowym wyszorowała zęby, trzy razy zmieniła
bluzeczkę, cztery razy fryzurę, po czym zdjęła z siebie wszystko i założyła kostium kąpielowy, białe króciutkie spodenki z wyhaftowaną
palmą i niebieską bluzkę z największym dekoltem, jakim dysponowała.
Pognała do wysprzątanej już przez mamę Witka kuchni i zrobiła kilka
urozmaiconych i efektownych kanapek, które misternie zapakowała w folię.
Zajrzała do chłopców, żeby sprawdzić, czy Hadrian jest już gotowy. Leżał
na łóżku i czytał.
- Idziemy? - "Jakie on ma genialnie umięśnione nogi!" Popatrzyła z uznaniem na długie, chude i owłosione kończyny Hadriana. Usiłowała
zapanować nad sobą i nie gapić się na napis.
- Może za chwilę, jeszcze trawię śniadanie.
- Trawisz? Z tego, co pamiętam ze szkoły, to to ci zajmie z osiem
godzin. Masz zamiar pływać przy księżycu? - Uśmiechnęła się, żeby ukryć
skrajną irytację. Miała szczerą ochotę palnąć go w ucho albo dać klapa i wrzasnąć: "Marsz pływać ze mną na kajaku!".
- Nie, ale może... pewnie ciężki ten kajak.
- No, sama to ja na pewno go nad jezioro nie dotacham.
- Dobrze już, dobrze. Zaraz ci pomogę. Ładnie wyglądasz. Powinnaś
chodzić w niebieskim, to super kolor dla blondynek.
Dominika o mało się nie przewróciła. Szczerze mówiąc, mogłaby nawet sama
zanieść ten kajak, byle słyszeć takie słowa. Garaż przywitał ich
zapachem kurzu. Dominika szybko oczyściła kajak z pajęczyn i nawet
zapomniała, że brzuch cały czas daje o sobie znać.
Kajak był ciężki, jak... kajak niesiony do jeziora. Oboje nieziemsko się
spocili i zadyszani spuścili go na wodę.
- Dlaczego dźwigasz takie ciężary? - To oczywiście był Michał, w wielkim
słomkowym kapeluszu, ze swoją krwiście czerwoną bluzą i reklamówką
wypchaną czymś po brzegi. Ten człowiek miał nadludzki dar pojawiania się
dokładnie tam, gdzie nikt go nie oczekiwał.
- Wcale nie jest ciężki - wysapała czerwona i spocona Dominika.
- Wcale! - mruknął z przekąsem Michał i patrząc na zdyszanego Hadriana,
bez cienia złośliwości zapytał: - Hadi, czego właściwie dotyczy ten
napis? - I nie czekając na odpowiedź, dodał: - Płyńcie ostrożnie i uważajcie na wiry. Aha, Witek mówił, że tam za trzcinami jest już
naprawdę głęboko.
- Wcale tam nie płyniemy. Nie martw się. Nie mogę się już doczekać,
kiedy na środku jeziora zamoczę ręce w wodzie. Uwielbiam to... -
Rozmarzyła się Dominika. - Wzięłam kanapki. Może gdzieś się rozłożymy? -
Pytającym spojrzeniem zahaczyła Hadriana.
- E... to masz zamiar pływać do obiadu?
"Do końca świata!!!" - Chciała krzyknąć, ale na szczęście nie zdążyła.
- Ha-di! Ha-di! - Ala stała jakieś sto metrów od nich i machając rękami,
darła się ile sił w płucach. - Twoja mama dzwoni! Chodź natychmiast!
- To wiesz, ja muszę wracać... Zresztą może sami popływacie. Ja mam dość
wysiłku na dziś. Sorry, tak wyszło...
- To nie płyniemy? - Dominika pomyślała, że jej się w życiu nic nie
udaje. Nic.
- Płyńcie, płyńcie. Ja... ja... ja sobie dziś poczytam. - I potruchtał w kierunku domu.
Dominika dłuższą chwilę patrzyła za nim, a kiedy się odwróciła, Michał
miał już zdjęte buty, trzymał wiosło na sztorc i był bardzo zadowolony.
- Wskakuj. - Wyciągnął rękę w jej kierunku.
Dominika zrzuciła sandałki, wgramoliła się na przednie miejsce. Wolałaby
już płynąć sama. "Cały dzień zmarnowany. Że też mnie podkusiło. Ten
człowiek w ogóle nie ma poczucia humoru. Co za mruk... Będziemy tak płynąć
i milczeć. Milczeć i płynąć. Ala też jest dobra! Mogła zaczekać z tym
telefonem. Matka Hadriana dzwoni dwieście razy dziennie. Alka... Już ja
jej powiem do słu...".
- To co? Moczysz ręce, bo jesteśmy na środku?
Brzuch bolał ją już nie na żarty. "Postanowiłam, że nie zmarnuję tego
dnia i nie zmarnuję".
- Jasne. - Dominika bardzo ostrożnie uklękła w kajaku. Pochyliła się do
przodu i zanurzyła ręce w wodzie, a głowę w marzeniach. To boskie
uczucie. Czujesz, jakby cały świat przepływał ci między palcami.
Dominika zamknęła oczy. Naprawdę tego nie chciała, ale jej myśli same
popłynęły do Hadriana.
Przez prawie pół godziny płynęli znów w całkowitej ciszy. Do
podświadomości Dominiki docierało, że Michał jakoś dziwnie posapuje.
Nagle kajak gwałtownie skręcił.
- Co robisz?
- Przepraszam cię bardzo, ale źle się czuję. Niedobrze mi. Musimy
wracać.
- Tak. Wiedziałam, że na ciebie można liczyć. Nie możesz wytrzymać
jeszcze pół godziny? Dopłyńmy do tego pomostu chociaż na sekundę i zobaczmy, co tam jest.
- Chcesz wysiadać z kajaka? Spacerować?
- Tak. Co w tym dziwnego?
- To wykluczone. Zaraz będę... zaraz mnie... zaraz zwymiotuję. Musimy
natychmiast wracać. - Michał miał wzrok wbity we własne kolana i nawet
na moment nie podniósł oczu.
"No, pięknie. Mam dziesięć kanapek i szczęście do wspaniałych chłopaków.
Jeden lepszy od drugiego". Najpierw chciała Hadrianowi dać możliwość
ujawnienia uczuć, bo jeden Bóg raczy wiedzieć, dlaczego tak kluczy, a on
uciekł. Teraz ten.
Na brzegu przy ich pomoście widać już było, jak Kandra podskakuje i merda kikutem ogona. Nie było wątpliwości, że cały jej pysk uśmiechał
się na widok Michała.
Kajak zaskrzypiał o piasek i Michał bez jednego marnego słowa wyskoczył
na brzeg, chwilę postał drepcząc w miejscu, po czym niemal biegiem
poleciał w kierunku domu, a pies za nim. Dominika też wyszła na brzeg.
"No to jeszcze fajniej. Jestem ja i mój kajak. Ani go tu zostawić ani
nieść, bo tego po prostu nie zdołam zrobić". Spróbowała. Ani drgnął.
Jeszcze raz. Brzuch szarpnął ją nowym bólem.
- No i jak? - Ala miała na długich, rozpuszczonych włosach czerwoną
chusteczkę i wyglądała... genialnie.
- Lepiej nie pytaj. Naprawdę nie możesz wyglądać trochę gorzej? Oczu od
ciebie nie mogę oderwać. Irytujesz mnie. Co ci...
- Dominika! Masz krew na spodenkach.
- Co?
- Dostałaś chyba okres.
- Nie, nie, to niemożliwe. O Boże, nie.
- Nie przejmuj się tak. Zaraz ci coś przyniosę. Przewiążesz się bluzą w pasie i nikt nie zauważy. - Ala pożałowała, że nie ma na sobie czegoś,
czym od razu mogłaby poratować koleżankę. Niestety, wszystko czym
dysponowała, to krótka ruda sukienka na ramiączka i chusteczka na
głowie.
- Już ktoś zauważył. O matko, i to akurat on. Co za cholerny dzień! -
Dominika wyginała się do tyłu, żeby ocenić rozmiary kompromitacji.
- Kto? Michał? I co? On zauważył i dlatego wróciliście?
- Nie. On źle się poczuł... tak mówił - dodała już mniej pewnie.
- Czyli nic nie widział. Usiądź w kajaku. Zobaczę, czy on widział, czy
nie.
Dominika wgramoliła się do kajaka i ciężko klapnęła na przednim miejscu.
- Kompletnie nic nie widać - zawyrokowała beztrosko Ala.
- Uff, to dobrze. Chyba bym umarła. Chociaż zaczekaj...
Dominika ostrożnie uklękła i zanurzyła ręce w przybrzeżnej wodzie.
- A teraz?
- Teraz to... raczej... no, widać. Niestety, widok panoramiczny.
- No to jasne! Pakuj moje rzeczy. Wyjeżdżam. Przynieś mi tu plecak, bo
do domu to ja na pewno nie pójdę.
Mimo iż Ala próbowała na wszystkie sposoby przekonać koleżankę, że nic
takiego się nie stało, to jednak robiła to bez przekonania, bo sama
doskonale wiedziała, co ona czuje. Nie dziwiła się, że Dominika chce
wyjechać.
- Pewnie ten osioł już powiedział wszystkim. Zresztą nic mnie to nie
obchodzi. Idź, spakuj mnie i spróbuj... spróbuj...
- Wiem, wyczuć, czy on widział. - Domyśliła się Ala. - Siadaj tu i czekaj. Lecę.
Sylwek Pasemko, który akurat jechał na rowerze z potężną wiązką pokrzyw
dla zwierząt, miał okazję zobaczyć zadyszaną twarz letniczki. No takiej,
to jej jeszcze nigdy nie widział. A widział ją już... czterokrotnie.
Wiedział to dokładnie, bo... liczył wszystkie ich spotkania.
- Cześć. - Zamachał do niej.
- Cze... - odkrzyknęła, ale był pewien, że nie wiedziała nawet komu.
*
Michał od kilku minut bił się z myślami. Co robić? Przecież został tam
ten kajak. Nie przeżyje tego, jeśli dziewczyny będą musiały go z powrotem tachać. Na Hadriana w ogóle nie mógł liczyć, bo ten po rannym
wysiłku od razu wziął naprzemienny prysznic, żeby nie dopadły go
zakwasy. Teraz opalał się na leżaku przed domem. Co robić?
Tak jak stał, zapakował się do łóżka i okrył po szyję. Pal sześć kajak.
Po jakichś dziesięciu minutach do domu wpadła Ala.
Był już wtedy dobrze spocony, bo zakrył się śpiworem po czubek nosa.
- Jesteś naprawdę chory?
- Tak. Czy możesz podać mi szklankę wody? Niedobrze mi.
- A czemu wróciliście?
- Boli mnie głowa, to po wczorajszych rybkach... Zatrułem się, przeproś
Dominikę, że tak zepsułem wycieczkę. Może innym razem.
- Tak... wszyscy jedli te same ryby. - Ala świdrowała go podejrzliwym
wzrokiem, ale wyglądał bardzo źle, cały pokryty kropelkami potu. Musiał
rzeczywiście źle się czuć.
- Wiesz... my z Dominiką pójdziemy się teraz kąpać. Co ty na to?
Michał o mało nie usiadł na łóżku. "Jak to kąpać?! Przecież Domi...".
- To świetny pomysł. Idźcie, idźcie - powiedział zamiast tego. Zakopał
się głębiej w śpiwór i jęknął przeciągle, na co Kandra położyła swój
wielki łeb na jego śpiworze i cichutko zaskomlała.
Ala postała jeszcze chwilę nad Michałem. Poklepała Kandrę po łbie, a potem wzięła delicję szampańską i podała psu.
- Ostrożnie, sunia, ostrożnie - powtórzyła wielokrotnie słyszane słowa
pani Elżbiety. Pies tylko nerwowo zaczął przebierać nogami, spojrzał na
nią błagalnie, ale ciastka nie wziął.
- Trudno, zjem sama. - Wpakowała sobie delicję do ust, ale było jej
przykro, że suka nie chce od niej wziąć. Zupełnie nie rozumiała
dlaczego. Wzięła swoją długaśną koszulę flanelową i poszła powiedzieć
Dominice, że nie musi wyjeżdżać, bo Michał jest zielony od chorego
żołądka i na pewno nie widział krwi na jej spodenkach.
*
Po jakiejś godzinie dziewczyny siedziały już na schodkach ganku
obierając ziemniaki.
- Dziewczynki, skoczcie do Pasemkowej po jajka, bo mi zabrakło do
obtoczenia ryb.
Dziewczyny weszły do pokoju, by zmienić buty.
- Idziesz, bo wyglądasz nie najciekawiej?
- Nie, raczej zostanę i poczytam - Dominika rozciągnęła się na łóżku i od razu sięgnęła po pięknie ilustrowany album pt. Jezioro Wiktorii,
który przypadkowo odkryła na strychu.
- Nie ma sprawy, pójdę sama. Kandra! - Ala gwizdnęła na psa, który od
razu znalazł się przy niej.
Dominika położyła się na łóżku. Przesunęła się na brzeg najbliżej
parapetu i pogładziła fioletowe dzwonki w wazonie, zieloną twardą
gruszkę, piękny kawałek kory brzozowej i ten genialny kamień w kształcie
mewy. "Hadrian jest niesamowity! Prowadzi ze mną jakąś grę. Udaje, że
nic się nie dzieje, a podkłada te rzeczy codziennie rano na mój parapet
i patrzy na mnie. Jest niewiarygodny. I pomyśleć, że nie chciałam tu
przyjeżdżać". Dopiero po chwili ocknęła się z marzeń i poczuła, że
chętnie coś by poczytała, ale wszystkie swoje książki już skończyła.
Wczoraj Michał opowiadał Witkowi W co grają ludzie Erica Berne'a i nabrała ochoty, żeby to przejrzeć. Wstała i licząc na to, że Michał śpi,
cichutko weszła do pokoju chłopców.
Pokój był pusty. Michała nie było, a książka leżała na samym wierzchu,
więc Dominika wzięła ją bez oporów.
*
Gospodarstwo Pasemków było duże i wyglądało na wymarłe. Nie licząc burej
suki z gigantycznymi czarnymi sutkami, która na widok Ali nawet nie
uniosła łba, nigdzie nie było żywego ducha. Ala popatrzyła na morze
wylewających się z ogródka żółtych rudbekii i usiadła na drewnianej
ławeczce przed domem. Poczeka. Ma czas.
Była tu tylko raz od przyjazdu. Razem z mamą Witka przyszły kupić trochę
świeżego bobu, bo wszyscy nagle nabrali na niego ochoty. Gospodarstwo
jak gospodarstwo. Strasznie się kurzy i trzeba cały czas uważać, żeby
nie wleźć w kurzą kupę.
Po kilku minutach usłyszała hałas w stodole. Wstała, otrzepała spodenki
i poszła w tamtym kierunku. Jakiś wiejski chłopak, którego chyba już
widziała, przerzucał, a raczej układał wiązki drewna. Był cały brązowy i lśnił od potu. Koło jego nóg leżał aparat fotograficzny, ale Ala nie
zwróciła na niego uwagi.
- Cześć.
- Cześć - odpowiedział chłopak i nadal przerzucał drewno.
- Jest pani Pasemkowa, bo chciałabym kupić jajka? - Ala zamachała ręką,
żeby odgonić kurz.
- Ja tam nie wiem. Może w domu matka jest. Można wejść. Tam spod
dziesiątki jesteście? Z Warszawy może?
- Z Warszawy. - Ala zdjęła okulary słoneczne z włosów i założyła na nos.
- Z samej Warszawy, no, no. A duża ta Warszawa, co?
- Spora. - Ala popatrzyła na niego z niedowierzaniem. Prostak, czy kpi z niej w żywe oczy?
Przez moment stali w ciszy. Ala poczuła się spięta. W dobie internetu i komórek ten pyta, czy duża ta Warszawa. Szok! Wolała nie drążyć tego
tematu.
- Tu się kurzy, można wejść do domu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki